- Opowiadanie: GaPa - Jak na sznurku

Jak na sznurku

Zdałem sobie sprawę, że jeśli mam chwilkę i popełnię jakieś dłuższe opowiadanko, to w zasadzie cały czas liżę ten sam temat – zmiany, jakie następują dzięki rozwojowi technologii (informatycznych, genetyki). Jakoś zawsze mnie pasjonowało, jak wpłyną na życie najzwyklejszych nas szaraczków. Może tym tekstem zakończę sprawę?

Opowiadanie jest do przeczytania w archiwalnym, szóstym numerze Silmarisa (z fajną grafiką czerwonego przycisku autorstwa Bogusza Jaśniaka). Niewdzięczna praca korektorska przypadła w udziale Finkli, Ma­rian­nie i Adamowi, za co im serdecznie współczuję.

Tak w zasadzie to był króciutki szorcik, ale Jose piękną francuszczyzną (ja wiem, prawdziwa dama musi znać takie SŁOWA) wytłumaczyła mi, że trzeba sprawę rozbudować. Mam szczerą nadzieję, że trafi za to do piekła, gdzie będzie wesoło bawić się ze znajomymi, zamiast w bezpłciowej postaci samotnie ryczeć hymny na rachitycznej podpórce z pary wodnej. A jeśli do tego dziewczyna ma lęk wysokości? Brrr.... to ci atrakcje. Z drugiej strony, czytała ten tekst przed wszelkimi poprawkami, może więc już jest w miejscu przeznaczenia?

٩(̾●̮̮̃̾•̃̾)۶

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy V, mr.maras, NoWhereMan, Użytkownicy II

Oceny

Jak na sznurku

Supertajne spotkanie właśnie się rozpoczęło. Szefowie największych koncernów świata błagali na kolanach, by ich, właśnie ich firmą zarządzał, prowadząc świetlistym szlakiem ku giełdowej hossie, jednak Ren Czartowski wyrzekł skromnie (tonem gościa, który przebył wszystkie drogi, odnajdując PRAWDĘ): „Kochane ludziki, to nie moja skala”, pokręcił z niesmakiem głową i wyszedł, ignorując rozpaczliwe gesty klęczących menedżerów. Zgodnie z logiką snu po kilku krokach dotarł na małą, prywatną wyspę, gdzie w gronie przyjaciół miał spędzać czas na niewyszukanych rozrywkach i rozmowach po coraz mniej egzotyczny świt. I właśnie wtedy, gdy miał ujrzeć roześmiane twarze, by bawić się jak nigdy dotąd, wizja odpłynęła, porzucając go z uczuciem dojmującej straty.

– Niech to… – rzucił niepewnie.

Rozbudzał się, grzebiąc tu i ówdzie dłonią, wciąż trzymając senną ułudę na cienkiej nici pomiędzy jawą a krainą zużytych marzeń, gdy wątłe połączenie puściło. Zaniepokojony zerknął na Całodobowy Rejestrator Morfeusz Model Total 4.v22. Urządzenie było nieaktywne. Więc nic nie zachowa z tej nocy, poza przerażającym poczuciem pustki. Niemal dziecinnym głosem, jakby licząc, że z offu dobiegnie wszechwładny komentarz, wyprowadzając go z błędu, wyrzekł:

– Nie tak kończą się sny z katalogu. Może nawet mój własny mózg to wykombinował. A więc mam puste konto. Brawo. Piękny poranek.

– Na śniadanie stać cię więc tylko na parówki. Najlepiej firmy „Zdeprawowane Świnki Egzalta-tacji" – odparł z kamienną twarzą siedzący w fotelu sąsiad, As Kos. Jego obecność nie była niczym dziwnym, już dawno, tak na wszelki wypadek, wymienili się zapasowymi kluczami do mieszkań. Kolejny dialog Ren przeprowadził wyłącznie w myślach.

„– Wiem, że jesteś reklamowym robotem, perfidnie przybrałeś tylko formę mego kumpla, bo podpisałem jakąś tam zgodę marketingową. Zjem „Po czwakroć witaminizowane serdelki rozkoszy”. Nieczuły jestem na wasze brzydkie, podstępne zagrywki.

– Panie Czartowski, znów pan wygrał – zachrobotał z szacunkiem robot i sztywno opuścił pokój, już w drodze tracąc rysy twarzy sąsiada”.

W rzeczywistości Ren pokręcił z niesmakiem głową i ruszył do łazienki. Chciało mu się lać. Wiedział, że nie jest w stanie rozstrzygnąć, czy siedząca w fotelu postać to fantom, czy sąsiad. Miał ochotę cisnąć w nią kapciem, ale:

a) jeśli to robot reklamowy, mógł odpowiedzieć ogniem

b) jeśli to jego sąsiad…

To dobrze, najlepiej jakby dostał prosto w gębę. Bo ta zagrywka ze „Zdeprawowanymi Świnkami Egzaltacji" była w stylu Asa, wyglądała na typowy dla niego żart, kolejny owoc kilku dni pracowitego knucia. Będzie robił wszystko, by utwierdzić Rena w przekonaniu, że jest robotem reklamowym, ciesząc się jego zakłopotaniem. Zupełnie wypaczone poczucie humoru. Z kolei jeśli to nie on… Cóż, nie jest w stanie „zagiąć” realizującego cele sprzedażowe uzurpatora, który podstępnymi algorytmami bez wysiłku żongluje zettabajtami danych na odległych serwerach. Och, w istocie robot, zamiast udawać jego przyjaciela, powinien donośnym głosem Boga ze starych filmów zagrzmieć: „Wiem wszystko! Powiadam, zjedz parówkę! Sklep jest za rogiem, poprowadzony będziesz przez święte zastępy motohostess do półki wybranej! Pójdź!”. Jeszcze te wszystkie ustawy o równouprawnieniu, poszanowaniu, wolności handlu itd. itp., z powodu których nie mógł wprost zapytać o tożsamość gościa.

Kiedy Ren wyszedł z łazienki, w sypialni nie zastał nikogo. Szybko zapomniał o normalnym przecież zdarzeniu, ale robiąc zakupy, ze zdumieniem odkrył, że w koszyku ma o c z y w i ś c i e tylko i wyłącznie produkty firmy o trzywyrazowej nazwie. Logo producenta przedstawiało gromadkę animowanych świnek, wijących się pośród utworzonych z wędlin liter ZŚE. Całość utrzymano w sepii, co sugerowało wieloletnią obecność na rynku; stara, solidna marka. Miał chwilę – wysłużony automat sprzedażowy co chwilę się resetował – więc sprawdził. Była to nowa odnoga uwikłanego w liczne skandale konsorcjum, ostrą reklamą próbującego zdobyć rynek. Zapłacił i zamyślony przewinął resztę dnia.

 

Następnego poranka wstał wcześnie i zakradł się do Kosa. Tak jak się spodziewał, sąsiad jeszcze spał. Kiedy ten tylko otworzył oczy, Ren wyskandował:

– Hej stary, wpadłem pogadać, ale przypomniałem sobie, że zostawiłem na ogniu parówki firmy „Zdeprawowane Świnki Egzaltacji". Aż tu czuć smakowity zapach.

Machnął gospodarzowi ręką na pożegnanie i wrócił do swojego mieszkania. Przez chwilę się śmiał, a potem z utkwionym w niewidzialnym punkcie spojrzeniem zamarł.

Co za świat, rozmyślał zdruzgotany Ren, chcę moje wypasione, cudownie zbilansowane sny w korzystnym planie ratalnym. Wspomniał trailer z tegorocznego katalogu, który holograficzną sztuczką zapewnił mu kilka minut fantazyjnej podróży, gdy siedział na sedesie. Wciąż rozcierał guza, gdyż dał się wciągnąć kolorowemu klipowi i uderzył głową w ścianę, którą wziął za ukrytą za wodospadem jaskinię pełną przygód. Połknął haczyk, ta reklama była świetnie sprofilowana, umiał to docenić. Nie pozostało nic innego, musiał zarobić. Nie ociągając się więc, ruszył do drzwi. Obrzucił pełnym obrzydzenia spojrzeniem mieszkanie, po czym wyszedł, wtapiając się w tłum odizolowanych sylwetek.

Kolejna bezbarwna podróż do krainy niezadowolonych klientów dobiegła końca i oto otwierał usytuowany w odległych zakamarkach centrum handlowego, daleko za modnymi butikami, niewielki stragan. „Zagadaj z tkanką”, tak mówili na mieście o modzie na staroświecką formę obsługi. Jaskrawo świecący neon, „Ludzka obsługa. Certyfikat Autentyczności”, podkreślał, że jego stanowisko istnieje wyłącznie dzięki efemerydalnemu trendowi. Ren usadowił się za wąską ladą, grając w darmowe, wypełnione wściekłymi reklamami gry. Z rzadka opuszczał wirtualny świat – ale zawsze, gdy z rozgrywki wyrywał go sygnał zbliżającego się incydentalnie klienta. W nagrodę za zapuszczenie się w zapomniane rejony świątyni komercji zgodnie z dwutygodniowym, automatycznie przedłużanym kontraktem, sprzedawca musiał obdzielić konsumenta drogocenną, papierową ulotką zachwalającą przeszczepy twarzy.

W rytm doprowadzającej do szału zapętlonej, skocznej melodii, rozbrzmiewał bezsensowny refren. „Gratis jedna, możesz dokupić – la, la la la – konfiguracje wizerunku każdego celebryty – znajomi paaadną z zazdrości – hu! ha! – kij im w odbytyyyyy! Bliscy ideałuuuuuuuu”. Przez męczącą muzykę przebijał się głos spikera, czytającego wiadomości z podnieceniem przekraczającym wszelkie skale. „Czerwony Generał triumfuje! Darknet na kolanach! Koronkowa akcja, precyzyjnie zaplanowana przez samego szefa policji…” płynnie przeszło w informację o niesamowitych własnościach implantów, jakie wszczepiła sobie Gina Va, celebrytka o „piersiach w siedmiu smakach dyskoteki Szatana”, i to z przedłużonym okresem gwarancji. Ren mógł myśleć wyłącznie o odpoczynku w wygodnym łóżku, marzył o tym, aż marzenie posłuszne dobowemu rytmowi zawiodło go do krainy obfitości.

Stan konta przeskoczył bezwzględne zero, co ułatwiało życie na umęczonej planecie. Podekscytowany Ren Czartowski wybrał z katalogu upragniony sen, kończący się eksplozją szczęścia, nie poczuciem straty, jak ostatnio, gdy zdany był na własny, nieprzewidywalny mózg. Niezawodny Morfeusz, wart tyle, ile cała reszta wyposażenia, z wciąż dającą się odczytać dedykacją „{Wszystki|Najlepsz}EGO na trzydzi3ste ur0dziny", wesoło mrugał zieloną diodą gotowości, więc w dowolnej chwili będzie mógł wrócić do fantastycznych przygód, musi tylko pilnować salda. Ociężale wśliznął się w noc, posłuszny wciąż pulsującemu w tętnicach rytmowi absurdalnej piosenki.

 

Dzień delikatnie obejmował w posiadanie miasto. Ren ziewnął szeroko, skinął głową harcującemu zadziornie promykowi słońca. Przeciągnął się i raźno wyskoczył z łóżka, wesoło pogwizdując melodię szlagieru reklamowego z pracy.

As wszedł bez pukania i zajął miejsce w fotelu. Był naburmuszony. Chwilę zajęło, nim się odezwał.

– Dobra. Skąd…?

– Tezeten?

– No, parówki, że ja.

– To… Po pierwsze sprawdziłem firmę. Są nowym graczem, więc to naturalne, że ostro wbijają na rynek. Potem korelacje. Akcje jednej z firm marketingu bezpośredniego znacząco poszły w górę, więc sprawa była jasna. Pytanie tylko, jak skorzystać z tej wiedzy. Ty wiedziałeś, że sprawdzę. Ja wiedziałem, że ty wiesz i tak dalej. Wraz z matką chrzestną, Czystą Nauką, rozłożyliśmy zagadnienie na czynniki pierwsze. Z układanki wyłoniła się twoja twarz.

– Brzmi prawdopodobnie. A tak naprawdę naprawdę?

– Roboty, szczególnie andki, nie lubią dysfunkcji. Zająknąłeś się. Kiedy jesteś zdenerwowany…

– Przecież to łatwo zagrać.

– Jednak unikają tego.

– To zamyka sprawę! – huknął As, trzykrotnie głośno waląc pięścią w stół.

Wiedział, że zirytuje to ostrożnego z natury Rena, więc korzystając z jego komputera, zaczął zwiedzać wywrotowe fora darknetu. Szukał wyśmiewanych tam wirusowych sloganów o nieustalonym pochodzeniu, zdobywających przestrzeń publiczną z gwałtownością pożaru sawanny. Co smaczniejsze kwestie wygłaszał tonem kościelnego hierarchy.

– Nie ma czasu na zastanawianie. Pracuj na swój sen i nie syp piachu w tryby maszyny, która ci go serwuje. Baw się, pracuj! Dziewczyno, nie marnuj czasu na szkołę! O żeż…

Ren spojrzał ponad ramieniem pobladłego sąsiada. Odtwarzany fragment przepełniony był nieludzkim sadyzmem. Odrażający Obraz Przy Tym Nie Pozostawiający Złudzeń. PRAWDZIWY. Brakowało płaszcza ochronnego, sugerującego umowność scen. Opłata za pełny dostęp była astronomiczna. Wstrząśnięty As zdążył tylko pozostawić handlarzowi okrutnych filmów obraźliwy komentarz, nim Ren odciął go od sieci. Obaj przez chwilę nie mogli złapać tchu. Ohydne kadry paliły powieki. As pierwszy odzyskał głos.

– Chore, amatorskie nagranie. Światło do niczego. Do-dobrze, że dźwięk był wy-wyłączony. Z drugiej strony, ra-raczej nie mogli liczyć na du-duble.

– Naplet. Takie teraz będziesz miał hasło do mojego terminala. Frajer, skunks, naplet.

– Wylu-luzuj.

– Po co? Po co się tam pchałeś? Zwykłe porno jest za słabe?

– To, że nie widzisz zła, nie oznacza…

– A co możemy zrobić! Chcę tylko, żebyś znikł w ścieśniającej się perspektywie korytarza.

Co też się i stało.

 

Podróż do pracy zapamiętał jako skompresowany widok kiwających się we wspólnym rytmie głów. Szybko, jak najszybciej rozłożył stragan i odciął się od rzeczywistości. Grał bez zastanowienia, na reklamach zmieniając grę na kolejną. W powidokach wciąż widział… wciąż widział. Kolejna rozgrywka. Jeszcze jedna. Głośniej! Ukryty poziom! Wystarczyło tylko rozpoznać cycki celebrytki. Bez wahania wpisał „Gina Va". Gra wpuściła go, gdy uświadomił sobie, że nazwisko powinno być pierwsze. Prychnął ze śmiechu. „Trafny nick, złociutka".

Zupełnie stracił poczucie czasu. W którymś momencie ze zdumieniem odkrył, że od dawna nie uświadczył żadnego przerywnika, reklamy. Nic. Za to rósł wskaźnik p r a w d z i w y c h pieniędzy, które otrzymywał za wykonywane zadania. „Po prostu jestem świetny". Kolejny przebłysk kontaktu ze światem miał, gdy w grze przeskoczył z epoki kamiennej do epoki brązu. Ubrany był tylko w przepaskę biodrową, zwisającą niemal do kolan. „I dobrze, żeby nic nie wystawało", wymamrotał i rzucił się na wroga. Kruszył mury, zdobywał zamki. Nie przerywał. Inwestował wszystko w coraz lepsze wyposażenie. Pokonywał kolejnych bossów. Ostatniego załatwił kierowanym pociskiem taktycznym i już przemierzał kosmos w poszukiwaniu następnego wyzwania.

Królowej nadano imię ku czci słynnej profesor fizyki teoretycznej, która odwiedzała telewizje śniadaniowe w obcisłej bluzce. Brylowała w sieci, bo już kilkukrotnie wątłe zapięcie nie upilnowało dorodnych piersi. Na jednej widniało niewielkie logo znanego koncernu lotniczego. Mieh Jose. Jej twarz śledził, tropił w plątaninie planet i asteroid zimnego, czerwonego karła. Niszczył floty i wysadzał światy, wciąż niepokonany. W ekstazie unicestwił cały układ słoneczny. Przeskoczyli na poziom galaktyk.

I wreszcie. Ostateczna rozgrywka. Twierdza miała rozmiar kilku parseków. Sprawdził swój wynik. Kwota była oszołamiająca, ale gdy zobaczył, jaka jest nagroda za zatłuczenie królowej, nie miał wątpliwości. Kupował w szale kolejne okręty, tracił jednostki flagowe i powoli zdobywał teren. Odetchnął głęboko. Broniła się dobrze i zapas gotówki skurczył się znacznie, ale pozostało już samo jądro – matowy sześcian, oświetlony blaskiem wybuchów dogorywającej bazy. Miał ją.

Na czele brygady szturmowej przemierzał korytarze ostatniego bastionu wroga, chciał sprawę załatwić osobiście, oko w oko. Pragnął widzieć, jak zdycha, okraszając wnętrznościami tron, który jemu się należał. Kosztowało to sporo wysiłku i niemal wszystkie zasoby, ale już ją widział. Obserwowała go, dumna, władcza, o drwiącym spojrzeniu. Żywy trup – pomyślał i przypuścił atak. Niewidzialna bariera była nie do ruszenia, nawet jej nie osmalił. Nastawił kilka automatów na ciągły ostrzał i zaczął badać teren. Jest! Poziom niżej. Mały obszar, o którym zapomniała. Tędy wejdzie. Musiał tylko przewiercić superwytrzymały strop. Idealnie! Stan konta zredukował do zera, ale już puszczał w ruch zakupiony świder.

Od razu poczuł, że coś jest nie tak. Było za późno! Eksplozja w rytm ostrej muzyki rozrywała członki. Czas niemal zatrzymał się, dając mu szansę policzenia każdej komórki organizmu, każdego nerwu. Bólu nie zabrakło dla żadnego i rozpoczęła się powtórka. Wił się, szukając ulgi. Dostrzegł wielki, czerwony przycisk bezpieczeństwa. Zajęło mu wieczność czy dwie, nim go wcisnął, napierając całym ciałem.

Rzeczywistość zaskoczyła i zorientował się, że jest w swoim żałosnym straganie. Stojący przed nim drobny mężczyzna delikatnie uniósł jego dłoń, nie spiesząc się odlepił od niej arkusz urzędowo wyglądającego papieru, prosząc, by nie zgubił kopii, po czym zajrzał za kontuar. Obrzucił bacznym spojrzeniem poszerzającą się na spodniach sprzedawcy plamę i zatkał nos.

– Gratulacje dla twórcy komentarza miesiąca darknetu – wyrzekł i dopiero wtedy dotarło do Rena, że gość ma przeszczep twarzy, jeden z droższych modeli. Rysy twarzy zmieniały się w oszałamiającym tempie. Zasmużone, zimne światła wirowały, wirowały…

 

Musiał upaść, bo niezgrabnie zbierał się z podłogi. Centrum handlowe tkwiło w fazie zombie, jak nazywał nocną porę, kiedy czynne były nieliczne spośród dostępnych atrakcji. Gapił się na przypieczętowaną odciskiem palca umowę kredytową. Oto cena za wyrwanie się z matni bólu. Wystarczyło podłożyć kartkę w chwili, gdy w świecie gry cisnął wielki, czerwony przycisk. Wpadł w pułapkę. Otwórz oczy! Za chwilę w lustrze wystąpi zdobywca Superpucharu Frajerów! Świat sprasował go w kulkę i miotał po ludnych ulicach, odbijał od lamp, przeciągał po śmietnikach i zapomnianych skwerach, by rzucić w wymiętą karuzelę zapomnienia.

 

Cztery lata… nieskończoność, której nie mogły objąć najdłuższe nawet ramiona. Myśl ta rozwiała się w różne strony, porywając świadomość Rena za sobą. Gonił ją po wzgórzach. Wtedy domyślił się, że sam jest malutką kropką, którą ściga. Kiedy usiadł, by zastanowić się, co robić, wspomnienia powróciły. Zwymiotował nimi.

Był w mieszkaniu. Wyjrzał przez okno, ze złudną nadzieją, że jest w stanie odczytać porę roku, w Metropolii było to niemożliwe. A jednak, rozmyślał zdumiony, muszą być takie miejsca. Przekraczasz próg i wita cię wiosna, jesień. Gdzie życie płynie w rytm uderzeń serca, a nie w fantomowym wyścigu gigaherców.

– Mów – wychrypiał w stronę siedzącego nieruchomo w fotelu sąsiada.

– Co pamiętasz?

– Wszystko do wyjścia z pracy. I gorączkę.

– Więc opowiadam, jak jest, szybko i sprawnie, nie przedłużając, bo pewnie umierasz z niepokoju, czując się jak wypruty flak najpodlejszego ze ssaków. Cóż, żyjesz. Łapiesz? Taka analogia. Kanałowe leczenie zęba bez znieczulenia, a w tym czasie miss uniwersum robi ci loda. Dobra dobra, się nie niecierpliw, wracam do tematu. Tydzień zajęło, nim lekarz stwierdził, że nie trzeba wróżyć z fusów. To musiało być w egzemplarzu umowy, który zabrali. Zaprogramowane na ciebie DNA czy jakiś patogen. Więc myślę, że nie chcieli ciebie załatwić, tylko postraszyć.

– Mnie… Słuchaj, jest jeszcze taka sprawa…

– ?

– Trzeba jednego gościa namierzyć. Może się uda…

– OK, co wiesz?

– Imię na „A", sądzi chyba, że w sieci można pozostać anonimowym. Zawiesza „wyważone", krytyczne opinie na temat oferowanego towaru handlarzom z darknetu. Z, wyobraź sobie, cudzego komputera.

– Niedobrze robi. Gdybym go namierzył, to…?

– Powiedz mu, żeby rosołu nagotował.

– Da się zrobić. Coś je-jeszcze? – dopytywał matowym głosem As.

– Myślę, że było tak. Za tanie świecidełko jakiś dwunastolatek w trzynaście sekund sprawdził, skąd padł komentarz, przy czym przez jedenaście szukał wykałaczki. Parę minut potem sympatyczny – aczkolwiek nie do zapamiętania – gość z przeszczepem twarzy zarzucał mi finansową pętlę na szyję.

– No, i wiedz, że załatwili to profesjonalnie, umowa kredytowa jest w porządku, nie do podważenia. Na szczęście to bank głównego nurtu, nie jedna z tych „niezależnych" organizacji, która potem wysyła wyposażone w odlotowe zabawki fantomaty, pilnujące rat spłat. A jeśli nie spłacasz…

– …się wywracasz, wywracasz – Ren mechanicznie dokończył popularny slogan reklamowy. Tknięty impulsem dodał: – Cztery lata.

– Czyli nie po próżnicy cały czas pytlowałem. Ha ha, zapłodniłem twój mózg. Dokładnie policzyłem. Jako że będziemy spłacać razem, łącząc moc naszych fortun, to w tym czasie wyjdziemy na czysto. To tylko tysiąc czterysta czterdzieści dni, niewiele ponad dwa miliony minut. Sam wiesz, jak czas szybko leci. Ani się obejrzysz. Oczywiście parę sprzętów będziemy musieli opchnąć. W zasadzie nieco zbędnego balastu już upłynniłem.

Ren odruchowo zerknął na nieaktywnego Morfeusza. As uciekł spojrzeniem w bok, kontynuując niezmienionym tonem.

– Przechodzone rejestratory słabo stoją, ten złom zachowamy. A już za (chórem!) cztery słodkie lata… – cedził monotonnie, aż Ren znowu wślizgnął się w rejon pomiędzy snem a jawą. Cienka zasłona, której nie miał ochoty rozerwać, chroniła przed wszystkim wokół. Spadł w niedające się opisać obrazy. Z zadumy wyrwał go głos przyjaciela. Wbił się pytaniem w równy ciąg słów.

– Ale dlaczego tak się stało?

Wyrzekłszy to, skamieniał. Z mocą faktu uderzyła w niego myśl, że mógł zostać bohaterem sprzedawanego w darknecie filmu. Nieważne, czy ostatnią podróż odbyłby z niskim, spokojnym gościem, który podłożył mu umowę. Nie miałoby to żadnego znaczenia w upstrzonej ciemnymi plamami piwnicy. Od tego wszystkiego dzieliła go bariera nie grubsza niż arkusz papieru. Zadecydował kaprys albo wynik rzutu kostką, szybko podjęta decyzja tej samej wagi, jaką on przykładał do wyboru: rogal czy zwykła bułka? Sparaliżowany nie mógł się ruszyć. Stalowozimna dłoń chwyciła żebra, zamrażając klatkę piersiową. Twarz zastygła niczym jeszcze nie uruchomiony tani przeszczep.

– Przez chwilę nasz świat przeciął się z innym, dusznym, gdzie skrupuły są od dawna niewidzianą monetą. – Ten tekst As skierował do wyrażających zdziwienie brwi Rena. Zaciśniętym mocno wargom mówił o pochwale tchórzostwa. I o tym, że w istocie dostali tylko prztyczka. Para frajerów, której w końcu musiało się to w ten czy inny sposób przytrafić, a najbardziej Renowi, który zawsze ślizga się na granicy wypłacalności, jak każdy uzależniony od cyberrozrywek. W istocie to nawet zabawne, że lawinę wywołał mały komentarz na forum, ale widocznie taki mają model biznesowy. Wyraźnie w kierunku nosa As skierował tyradę o poświęceniu służb, penetrujących zakazane rewiry w brudnej rozgrywce, o której zwykli obywatele wolą nie wiedzieć. Że podziemny świat pełny jest prymitywnego okrucieństwa i skomplikowanych, wielopiętrowych planów, dlatego walka jest niełatwa. Słowa wylewały się z niego, przylepiały do wyposażenia mieszkania, odczyniając mroczny urok. A potem Ren ze zdumieniem odkrył, że włączył się do rozmowy. Przemawiali na zmianę, tracąc poczucie, kto wypowiada słowa. Nie liczyła się treść. Były budulcem, z którego wznosili niewidzialny most.

Z kolejnego transu znowu wyrwała go opowiadana przez Asa historia.

– Rozumiesz? Leżała przed blokiem, każdy spotkał ją setki razy w drodze do pracy czy kolejce do psychomatu. Jeden z wielu sąsiadów, z którym nie zamieniłeś nawet słowa. Nikt nie przystanął zapytać, co się stało. Klucze znalazłem w torebce. Miała drobne, posiniaczone ciało. Rozebrałem ją i wykąpałem. Woda zabarwiła się na czerwono. Ktoś ją naprawdę nieźle stłukł. Cały czas mamrotała, że nic jej nie jest, że da sobie radę. Błagała, by nikogo nie powiadamiać. Odszedłem dopiero, gdy zasnęła zdrowym snem. Pochrapywała jak jakieś małe zwierzątko domowe. Potem mijaliśmy się bez słowa, jak przedtem.

– Mam się rozebrać i wskoczyć do wanny? A może od razu…? – odparł złośliwie Ren, odchylając kołdrę, ale wiedział o co chodzi w tej – był tego zupełnie pewny – zmyślonej naprędce historyjce. Czyjąś obecność. W gorzki czas słychać przyjazny oddech i dajesz radę. Potem, z perspektywy tych, co przeżyli, groza blaknie, gwałtownymi ugryzieniami powracając w chwilach zwątpienia. Przypomniał sobie słowa lekarza, zszywającego zapłakanemu młodzieńcowi, którym kiedyś był, łuk brwiowy. „Rana się zagoi, ale ślad zostanie".

 

Słuchał jednym uchem Asa, tłumaczącego zasady gry w karty. Nowa, bezpieczna rozrywka. Ren wziął nadrealne kartoniki o przyjemnej w dotyku fakturze i zaczął je układać kolorami i figurami.

Podobały mu się. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę jest zadowolony. Pozbył się odpowiedzialności, która zawsze go dusiła, odbierając przyjemność egzystencji. Te wszystkie konsekwencje bycia dorosłym. Kumpel przejął kontrolę. Powie, co i jak, przeprowadzi przez pokręcone ścieżki życia. Przerwał potok słów, prosząc o powtórzenie. As spełnił żądanie, przy czym – Ren był o tym przekonany – co do słowa wyrecytował wcześniejszy tekst, jakby ktoś po prostu cofnął nagranie. W oczach sąsiada dostrzegł osobliwy poblask. Zmęczony odsunął od siebie niesformułowaną myśl, zapytał jedynie o liczbę kart w talii, jakby potrzebował stałych i niepodważalnych faktów, niczego więcej.

– Pięćdziesiąt dwie.

– Pięćdziesiąt dwie, wie – niczym echo powtórzył Ren. – Cóż, powinniśmy wyciągnąć wnioski z całej tej historii – dodał i po chwili całkowicie dał się ponieść grze.

Cienie wędrowały po meblach, wyszarzając pokój, aż sen porwał zmęczonego człowieka na nieistniejące terytoria.

 

Powrócił do rzeczywistości bez nawet małego przebłysku, co spotkało go w niekontrolowanej krainie fantazji. Warto było za to podziękować, więc to zrobił. Jeszcze bał się skorzystać z sieci, ale ledwo wygrał z pokusą. Z drugiej strony wszystko wydawało się takie skomplikowane. Niespodziewanie zerwał się z łóżka i podskoczył z animuszem. Jeżeli nie będzie brał urlopu, to za niecałe cztery lata, gdy światełko na Morfeuszu zmieni barwę ze wstrętnobursztynowej na przyjazną zieleń, będzie miał do wykorzystania… Musi spytać Asa, na pewno będzie wiedział. Wtedy zaszaleje! Oczami wyobraźni widział swoją sylwetkę wygodnie ułożoną na kanapie, zanurzoną w jednym z katalogowych, dwutygodniowych snów klasy premium. Obok będzie wesoło bzyczała aparatura do odżywiania pozajelitowego. Nie mógł się doczekać spełnienia wizji, od której dzielił go niekorzystny zapis bitów na odległym serwerze bankowym. A może sfrunie cyberwróżka i spełni jego życzenie wcześniej? Nigdy nie można tego wykluczyć. Nigdy.

 

Wydawało się, że przyjaciel cały czas obecny jest w pokoju, czuwając, „dopóki nie wydobrzejesz i nie wrócisz do pracy". O dziwo, stanowisko na straganie, wedle jego zapewnień, wciąż czekało. Organizm dochodził do siebie, w moczu nie było krwi, nie padał omdlały po kilku krokach, nawet zmarszczki znikały. Więc faktycznie, to był zwykły prztyczek. Świt brzdąkał na harfie nocy, podmieniając daty w kalendarzu.

 

Te cholerne słowa ciągle uciekały, niczym ziarenka kwarcu porywane z piaskownicy, którą było życie. Nagle go to przeraziło, bo – z niejasnych powodów – wydawało mu się, że powinno być oceanem. Czuł znużenie, poduszka wzywała. Czas odkręcił kurek z godzinami, dniami i zapomnieniem.

 

Twist

 

Nie mógł oderwać się od klocków, najnowszego prezentu od Asa. As był dzisiaj smutny, ale przynajmniej się nie jąkał. To dobrze, bo łatwo go zrozumieć. Hurra! Wycieczka! Ren dostał przebranie! Czarny, błyszczący strój. As powiedział, że ma zadanie dla Rena. I potem będzie nagroda! Pójdą zjeść, i że Ren będzie mógł wybierać dania. „Parówki są pyyyyszne!", krzyknął Ren. As wiedział, jakie on lubi najbardziej, bo As był dobry i się nim opiekował. Chyba od zawsze. Fajny jest świat. Taka piaskownica pełna zabawek, które można ciskać z kąta w kąt. A kiedyś to on zaopiekuje się Asem, bo tak robią przyjaciele. Uśmiechnął się do niego z wdzięcznością.

Jechali autem! Potem musieli długo czekać w wąskiej uliczce. As cały czas powtarzał, co Ren ma zrobić. To było trudne do zapamiętania, Ren kiwał jednak głową, że rozumie. I że tak, to ważne, by zrobił wszystko zgodnie z instrukcją. Zadowolony usłyszał, że As wie, że Ren sobie poradzi. W dodatku As będzie niedaleko. Nie, As nie może pójść. To zadanie dla Rena Superbohatera! Tak, As zaczeka, pokaże gdzie. Zapamiętasz? Pokiwał głową. No pewnie. Przecież miał specjalny strój. Potem Ren otworzył drzwi. Szli długim korytarzem i weszli do wielkiej kuchni. To pewnie tutaj zjedzą. Jednak nie? Pamiętasz? Jesteś na misji. As dał mu podarunek, który trzeba zanieść innemu panu. Potem Ren musi wrócić do Asa. Ren denerwował się, że zapomni, co ma powiedzieć. As mówił, że wszystko się uda. A potem As wskazał Renowi wielkie drzwi i powiedział że już, żeby szedł.

Ren aż przystanął, tak piękne było pomieszczenie. Z sufitu zwisały wielkie żyrandole. Na podeście grała orkiestra. Ren rozpoznał gitarę, trąbkę i perkusję. Ale to fajne! Na tych wszystkich rzeczach grał jeden gość z sześcioma rękoma! I jeszcze śpiewał! Tak jak mówił As, (bo As zawsze ma rację) Ren bez trudu odnalazł stolik. Trochę się denerwował i chyba zapomniał co ma powiedzieć. Ufff, w ostatniej chwili mu się przypomniało!

– Oto rachunek i pióro – powiedział do pana o tak czerwonych włosach, że aż chciało mu się zaśmiać. W istocie może i tak by zrobił, ale ktoś krzyknął głośno „Hej, ty!", muzyka przestała grać i nagle pociemniało mu w oczach.

 

Chmara podekscytowanych techników opuściła pokój. Mason nerwowo przestępował z nogi na nogę. Jego przełożony, sam „Czerwony Generał", jak go nazywali jedni, „Rudy Kutas", jak inni, lub po prostu Szef, jak zwracali się do niego podwładni, zafascynowany przypatrywał się dwóm mężczyznom, od których odgradzała go tylko wątła (zdaniem Masona) przegroda przeciwpancernego, działającego jak lustro weneckie tworzywa.

Był to zwykły, niedofinansowany komisariat, dlatego Mason nie ufał systemom obronnym. Bał się, że zawieść może wszystko, nawet niezależny system wentylacji.

– Tu nie jest bezpiecznie. Szefie, zabierajmy się do centrali. Sprawa śmierdzi.

– Blisko podeszli – odparł zagadnięty. Drżały mu nozdrza. – Co wiemy?

– Ten chlipiący, wyższy, to Ren Czartowski. Sierota i debil. Ponoć cud, że mówi. Niewinny i dobry, dlatego detektor agresji zawiódł. Chmura bakterii, DNA zgodne z osobniczym wzorcem. Szkoły ukończone z dobrymi wynikami, nie wiemy, co spowodowało takie uwstecznienie. Niedawno zaciągnięty kredyt na dużą kwotę. Miesiąc temu był wyszczekanym sprzedawcą z wizją przyszłości, a teraz należałoby mu szukać miejsca w przedszkolu. Wygląda raczej jak ofiara. Mamy monitoring, przyprowadził go ten drugi, As Kos.

– Gość nazywa się As Kos? Ma imię jak postać z holohistoryjek? To nie jest nielegalne?

– Martwi to nas, Szefie? Wracając do Czartowskiego. Wystarczyło dotknąć piórem papieru, by dwuskładnikowy aerozol DNA, ukierunkowany na Szefa…

– To dlatego nie wychwyciła go żadna z bramek SITA.

– Dokładnie. Po uwolnieniu podobno byłaby to kwestia sekund, wystarczyłaby śladowa ekspozycja. Chłopcy już są pod wrażeniem, w LABCentralnym nie mogą się doczekać próbek. Idziemy dalej. Drugi…

– As Kos!

– …to replika. DNA zgodne z pierwowzorem. Zdaniem techników ubrania zdjęli z żywego jeszcze oryginału, dzięki czemu chmura bakterii zgadzała się z wzornikiem. Oczywiście prawdziwy Kos…

– As Kos!

– …może jeszcze kontynuować egzystencję, ale nie stawiałbym na to. Wzajemne relacje? Wychowali się wspólnie w domu dziecka. Obaj niepraktykujący hetero. Mieszkali, pracowali, niezamieszani i te de, i te pe. Wydaje się, że odkąd skretyniał, Renem zajmował się ten drugi. Nie wiemy, kiedy dokonano podmiany. A potem hokus pokus i mamy zabójczy duet, Debil i Replika. Oto narzędzia zła. Szefie, chodźmy stąd.

– A jednak udało nam się. Mason, brawo! Znokautowałeś go w ostatniej chwili. W restauracji oczywiście musieli kogoś mieć. Szkoda, dawali tam prawdziwą wołowinę.

– Szefie…

– Mason, przestań się wiercić! Już zjeżdżamy. Tych dwóch do nas. Co technicy mają o tej wspaniałej jakości kolekcjonerskiej replice Asa Kosa?

– Nic. Nowy typ. Niestabilny, skomplikowany, nic nie mogą zagwarantować. Analiza zajmie miesiące.

Wtedy właśnie zadzwonił telefon Szefa i czas wykonał jeden ze swoich wspaniałych trików, jak film nagrany w tempie tysiąca klatek na sekundę puszczony czterdzieści razy wolniej. Masonowi wydawało się, że godzinami gałka oczna repliki wybrzuszała się, nim narodził się z niej niewielki pocisk pędzący ku dzielącej ich przegrodzie. Jednocześnie żuchwy rozchyliły się, jakby były na zawiasach. Góra głowy odpadła i z wnętrza zaczęły wylatywać przezroczyste bańki, cicho pękając.

Niczym odgłos przygotowywanego w oddalonej kuchni popcornu, pomyślał zrozpaczony Mason, wiedząc, co się stanie. Tworzywo puściło i Szef padł na podłogę, jeszcze zanim ostatni kawałek wirujących odłamków znieruchomiał. Nie była to dobra śmierć. W dodatku małą cząstką rozumu Mason akceptował to, że Ren podszedł do drgającego truchła repliki przyjaciela i błagał, szarpiąc go za rękę, „As, możemy już wrócić do domu? Nawet bez parówek?”. Wydawało się to logiczne i uzasadnione. Znacznie większa jednak część Masona zastanawiała się, czym jest dźwięk, zagłuszający syreny, nim zdał sobie sprawę, że to on wyje. To także wydawało się logiczne.

Rozpaczliwy hymn bezsilności, nie niosący spokoju jasnego tonu trąbki na pogrzebie. Dotkliwa porażka. Stracili przywódcę i symbol. Oto kim był Rudy Kutas: świętym naszych czasów, szalonym i skutecznym. Kolos powalony w podstępnej rozgrywce, w której chodziło o to co zwykle.

W pomieszczeniu zagotowało się od ciężkozbrojnych. Rzeczywistość przez chwilę zachwiała się. Mason był pewny, że dreszcz, który go przeszył, rozszedł się koncentrycznie po całej Metropolii. Zmarszczka w samej strukturze świata. Cóż, fale rozejdą się i znikną, nagłówki zapłoną czerwienią z ostatniej chwili, nim zostaną zastąpione innymi. Odwrócił się i odszedł. Miał nadzieję, że pada. Tego mu było trzeba. Zimnych, oczyszczających kropel, które zmyją znużenie. Jutro kolejny początek. W myśli tej kryło się tyle radości, co w zaropiałym oku maltretowanego kota, nieważne czy repliki.

Koniec

Komentarze

Ech… napisałeś opowiadanie o ciekawych sprawach w interesującym świecie. Ale… wybacz, bo to subiektywne, bardzo cieżko się czyta. Niektóre porównania perełki. Inne wydają się przekombinowane i wprowadzają tak duży szum informacyjny, że nadpisują się na przekazy wcześniejsze, przez co musiałem wracać i czytać ponownie.

Ogólnie ciekawe sprawy zostały poruszone,  ale w stylu ciężkostrawnych. Mam nadzieję, że mój odbiór tekstu będzie niszowy. 

 

 

– Mam się rozebrać i wskoczyć do wanny? A może od razu…? – odparł złośliwie Ren, odchylając kołdrę, ale wiedział o chodzi w tej – był tego zupełnie pewny – zmyślonej naprędce historyjce.

 

@Black­burn – dzięki Ci za komentarz. Hm, wydaje mi się, że faktycznie dość ciężko mi się to pisało, co pewnie czuć, ale temat ciskał się po czaszce i nie dawał spokoju. Wszystko poukładane i tylko spisać, a tu opór. Jak się musiały męczyć te biedne dziewczyny, które mi pomagały! Podejrzewam, że po prostu nie rozgryzłem dobrze postaci (oprócz Masona, z nim nie miałem takiego problemu), bo z dialogów też nie jestem zadowolony. Myślę, że najpłynniej “wchodzi” scena grania oraz ostatnie akapity, jest też chyba parę fajnych patentów i dość (moim zdaniem oczywiście) kompletny świat.

Może ktoś z pozytywów powyciąga dość, by być zadowolonym z lektury.

 

pzdr

@('_')@

GaPo, Hm… mój komentarz rzeczywiście ma wydźwięk negatywny, ale, tak, świat jest ciekawy i niepokojący a poruszony problem ważki – daje do myślenia o przyszłości, a i o teraźniejszości.  Dzięki temu lektura wciągnęła i doczytałem do końca. Opis gry był klarowny, potwierdzam. Było kilka zdań, przy których się zatrzymałem – perełki. O tym, co mi się nie podobało, napisałem wcześniej, więc nie będę powtarzał. No po prostu mam ambiwalentne wrażenia. 

 

Edit: a, pomysł z Morfeuszem jest moim zdaniem genialny. Taki wynalazek to byłaby rewolucja na skalę jaka była z radiem, tv czy internetem. Chciałbym. ;)

Tak też odebrałem Twój komentarz, @Black­burnie. Gdyby był jakiś system pozytywnego oceniania przydatności komentarzy, niezwłocznie bym go użył ;)

pzdr

d[ o_0 ]b

Skądś to znam… ;-)

Ogólnie jestem rozdarta – parę pomysłów mi się spodobało, ale całość zaiste ciężkostrawna, przez to nie czyta się lekko. Niekiedy miałam wrażenie, że tekst mnie przerasta. Irytujące wrażenie, psiakitka.

Nie tylko ja pracowałam nad korektą. Marianna i Adam też się przyłożyli. :-)

Babska logika rządzi!

@Fin­kla – zmieniłem preambułę. Po prostu w nazwie pliku z poprawkami gdzieś mi mignęła Finkla i tak mi się zakodowało. Co do opowiadania to tak właśnie mi się wydawało, że (oczywiście jeśli) ma się to komuś spodobać, to bardziej Adamowi niźli Tobie ;). Jose mi jednak przetrzepała skórę i mam wrażenie, że przy kolejnych tekstach będzie lepiej w tym aspekcie. Np Bobby idzie do szkoły powstał później od “Jak na sznurku”. Nowy ja!

 

@Black­burn – z Morfeuszem bo byłby raz-dwa cały ekosystem – mniej czy bardziej legalny. Takie tam zwykłe ludzkie sprawy – hakujesz konsolę sąsiada i wykradasz jego najskrytsze pragnienia, wrzucając anonimowo na jego face filmiki, pracujesz nad znajomą dziewczyną, delikatnie zmieniając rysy twarzy amanta z jej snów (by przypominały, kurka, Ciebie ;), nawet goście produkujący sterowniki do maszyn odżywiających pozajelitowo swoją porcję tortu by mieli. Wielkie przepływy środków pieniężnych! Nie mówiąc o całej masie kreatywnych gości (AI tudzież?) dbających o najwyższy poziom rozrywki. Ho ho, mikropłatności w snach!

pzdr

<*_*>

GaPa, dawaj, napisz opowiadanie fantastyczno-kryminalne, gdzie osią fabuły jest shakowana cześć ekosystemu Morfeusza – i implikacje z tym związane: śledztwo, tracący zmysły użytkownicy albo uzyskujący dziwne zdolności przez włamanie się do ich najgłębszych pokładów podświadomości, zarażanie cudzymi snami, podmiana świadomości… szerokie pole do popisu. :)

Incepcja czyli rzecz o rolniku, który nagle pokochał muzykę klasyczną i śpiewaku tenorowym, który założył zagon kartofli na gmachu opery? Wszystko przez błąd jednego przemęczonego programisty Morfeusza… ;)

pzdr

ô¿ô

Czytałbym. :)

Przykro mi, GaPo, czytałam z trudem, ale choć cały czas starałam się pojąć, o czym czytam, starania poszły na marne i muszę wyznać, że nie wiem, co przeczytałam. :(

 

Nie czuły je­stem na wasze brzyd­kie, pod­stęp­ne za­gryw­ki. –> Nieczuły je­stem na wasze brzyd­kie, pod­stęp­ne za­gryw­ki.

 

– … może jesz­cze kon­ty­nu­ować eg­zy­sten­cję… –> Zbędna spacja po wielokropku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest rzeczywiście pewien kłopot z czytaniem tego opowiadania. Z gęstością słów, znaczeń, z pewną ekwilibrystyką myśli i skojarzeń. Z obrazowaniem świata przez jakby przymrużone oko narratora, z niepowagą wszystkiego i misz-maszem odjechanych scen. Poplątaniem tego co opisowe w opisach.

Ten świat błyska po oczach jak stroboskop i nieco męczy w odbiorze.

Ale jednocześnie ten chaos dobrze oddaje chaotyczne przenikanie się rzeczywistości wirtualnej z światem rzeczywistym, gry z realem, zmian zachodzących w mózgu bohatera, jego ogłupianie przez całą tę technikę i odklejanie sie od świata realnego.

Dosyć ciężka ale jednak satysfakcjonująca lektura. Klikam na bibliotekę.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czytałem ten tekst w Silmarisie, ale niestety go nie zrozumiałem.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

@mr.maras – cieszy mnie takie odczytanie tekstu (oczywiście niedobrze, że mozolnie, pozytywnie, iż z satysfakcją)

@re­gu­la­to­rzy, @Szysz­ko­wy­Dzia­dku mr.maras ładnie mi wytłumaczył, o co tu chodzi. Widocznie to ten gość, który intuicję umie ubrać w słowa ;)

 

Dzięki za komentarze.

pzdr

ب_ب

Podpinam się pod komentarze Mr Marasa i Blackburna. Świat rysujesz ciekawy, motyw wirtualnej rzeczywistości, choć supernowy nie jest, pokazujesz ciekawie. Jednocześnie, jak to dobrze określił Mr Maras, “dajesz stroboskopem po oczach”. Były momenty, gdy musiałem przystanąć, odsapnąć i przeczytać jeszcze raz, bo nagle gubiłem się w narracji.

Fabularnie wydaje mi się, że niczego nie brakuje – o ile właściwie wszystko zrozumiałem.

Podsumowując: trudny koncert fajerwerków. Klika ode mnie dostanie, bo świat mnie zainteresował, pojawiają się tutaj ciekawe motywy, ale odbiór mógłby być mniej męczący.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki, @No­Whe­re­Man, za komentarz. Kimże bym-był-że, gdybym twierdził, że nie ma tu co poprawiać… Tak jak napisałem, wiedziałem jak to wszystko tam działa, ale nie za bardzo “czułem” tych dwóch gości, Asa i Rena. Podsumowując: słodko/kwaśno. Czy uda mi się wyzbyć dominującej niekiedy męczącej maniery? Ale o tym w następnym odcinku ;)

pzdr

ة_ة

Fabuła w sumie prosta, za to wizja niepłytka.

Mnie się podobał zwłaszcza nastrój tego opowiadania. Twoja proza jest żywa i gęsta, tak jak zazwyczaj. Jest bohater w sidłach odczłowieczonego systemu, do tego zacieranie się granic rzeczywistości, trochę jak u Dicka, i czuć podobny jak u klasyka pośpiech w przelewaniu wizji na papier (miejscami).

Przez specyficzny styl oraz niepełne przedstawienie różnych futurystycznych idei czytelnik może być nieco zagubiony. Poczuć się obco. To niekoniecznie źle, bo jednocześnie dostajemy lepsze zanurzenie, paradoksalny autentyzm.

Nie powiem jednak, że nie można było tego opowiadania napisać lepiej, bardziej go dopracować, tu i ówdzie lepiej wyeksponować zdarzenia. Że nie dało się przekazać emocji bohatera wyraźniej.

Twist wydaje się niesygnalizowany i oderwany, co mi nie odpowiada. OK, został zapowiedziany dosłownie – bardzo nietypowy zabieg ;) Nie o to jednak chodzi. Chodzi o to, że końcówka słabo wynika z przebiegu fabuły (chyba że coś mi umknęło).

Sama w sobie końcowa scenka jest dobra, ma moc.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki za konkretny komentarz, panie @jeroh. Nie da się ukryć, jestem wyznawcą Dicka ;) Co do twista to, jak zauważyłeś, fabuła jest w sumie prosta: kliknij po SPOILER, więc twist to niejako przedstawienie konsekwencji wydarzeń poprzedzających.

Cóż, bohaterowie mi się (niemal dosłownie) już wyczerpywali… Ale tak chyba wygląda życie? Ktoś daleko podejmuje decyzje, z jego punktu widzenia są tylko narzędzia (As i Ren, ot takie szaraczki do skubania) i sposobność. Zresztą, tutaj ów ktoś upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu, zaiste ekonomiczna prostota rozwiązywania spraw.

Wydawało mi się, że takie zakończenie będzie OK. Zresztą, scena końcowa to ta, z której akurat jestem zadowolony. Myślę, że bez ostatnich akapitów byłoby, hm, cienko ;)

 

pzdr

˚∆˚

Nowa Fantastyka