- Opowiadanie: Tensza - Koziorożec i Smok

Koziorożec i Smok

Smokopolitan Smokopolitanem, ale trzeba być wiernym swojej pierwszej miłości :D Wielu z Was tekst już czytało, ale może jeszcze komuś lektura sprawi przyjemność (a przynajmniej nie zaboli zbyt mocno?). To niby SF, ale bez głębszej filozofii i dużo bardziej faj niż saj.

Po raz milionowy dziękuję wszystkim licznym betom :)

Ilustracja Darii Lebidy, użyta za zgodą autorki. Bez linku do portfolio czy profilu autorskiego, bo nie udało mi się z niej takowego wyciągnąć.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Koziorożec i Smok

Ca­pri­corn śle­dził ruchy for­mu­ją­cej się na nowo skalnej ścia­ny. Ka­mien­ne bloki ocie­ra­ły się o sie­bie, prze­krę­ca­ły na boki, po czym z ci­chym zgrzy­tem wska­ki­wa­ły na wy­zna­czo­ne miej­sca. Kępy mchu wy­kwi­ta­ły ze szcze­lin i skry­wa­ły pod zie­lo­nym ko­żu­chem ko­lej­ne frag­men­ty urwi­ska, nio­sąc cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach le­śne­go runa. Wart­ki stru­mień spły­wał wy­żło­bio­nym lejem i roz­ga­łę­ział się na kilka sre­brzy­stych pasm, które dalej nik­nę­ły mię­dzy ska­ła­mi.

Wil­got­ny chłód prze­ni­kał skórę, zjo­ni­zo­wa­ne po­wie­trze wy­peł­nia­ło noz­drza, ale zmy­sły nie da­wa­ły się oszu­kać. Alar­mo­wa­ły, że urwi­sko nie jest dzie­łem na­tu­ry.

W rze­czy samej przed Ca­prim ukształ­to­wa­ło się dro­bia­zgo­wo za­pro­jek­to­wa­ne pole tre­nin­go­we. Chło­pak na­brał talku z przy­tro­czo­ne­go do pasa wo­recz­ka i wtarł go w dło­nie, potem wy­ba­dał stopą zie­mię. Ta w kilku miej­scach za­pa­dła się lekko. Capri nie chciał nawet spraw­dzać, co za pu­łap­ka kryje się pod spodem, więc spró­bo­wał po­now­nie parę kro­ków dalej. Tutaj pod­ło­że spra­wia­ło wra­że­nie sta­bil­ne­go, zatem roz­po­czął wspi­nacz­kę.

Wci­skał palce w plu­ją­ce wodą za­głę­bie­nia, które ni­czym bro­czą­ce rany zna­czy­ły cały sześć­dzie­się­cio­me­tro­wy klif. Sta­wiał stopy na za­chę­ca­ją­co wy­glą­da­ją­cych ustę­pach skal­nych, by nie­raz prze­ko­nać się, że nie dawały one od­po­wied­nie­go opar­cia. Wresz­cie, gdzieś w po­ło­wie wy­so­ko­ści ścia­ny, w ostro na­chy­lo­nym miej­scu, po­śli­zgnął się na wil­got­nym ka­mie­niu.  A pró­bu­jąc od­zy­skać rów­no­wa­gę, od­krył, że pod naj­bliż­szym mchem chował się pę­cherz po­wie­trza. I nic wię­cej.

Pomyłkę opłacił dosyć niefortunnym upadkiem, pod­czas lotu bowiem zde­rzył się głową z wy­jąt­ko­wo po­kaź­nym gła­zem, na któ­rym jesz­cze chwi­lę temu od­po­czy­wał. Nie­ste­ty, mo­ment sła­bo­ści skończył się dla chłopaka zła­ma­nym kar­kiem.

Wpa­tru­jąc się pu­sty­mi ocza­mi w ho­lo­gra­mo­we niebo, ze struż­ka­mi czer­wie­ni ście­ka­ją­cy­mi po twa­rzy, uło­żył zra­nio­ne usta w jedno tylko słowo:

– Cof­nij.

 Wo­do­spad zmie­nił swój bieg, srebr­ne nitki łą­czy­ły się w grub­sze pasma, aż tuż przy szczy­cie tra­fi­ły do wspól­ne­go ko­ry­ta. W tym cza­sie kręgi szyj­ne Ca­prie­go wska­ki­wa­ły na miej­sca, krwia­ki na czole szyb­ko ma­la­ły. Jak na pusz­czo­nym od tyłu fil­mie chło­pak wy­strze­lił w po­wie­trze, przy­kle­ił się do skał i zszedł z urwi­ska.

Potem uniósł głowę i roz­po­czął wspi­nacz­kę na nowo.

 

***

 

Pi­sces z ro­sną­cym pod­nie­ce­niem ob­ser­wo­wa­ła brata. Lu­bi­ła, gdy ćwi­czył, bo za­wsze wtedy zdej­mo­wał ko­szul­kę, do woli mogła więc po­dzi­wiać jego atle­tycz­ną syl­wet­kę, twar­de splo­ty mię­śni i silne ra­mio­na. Capricorn był szczupły, miał chło­pię­ce, pozbawione za­ro­stu policzki oraz się­ga­ją­ce za uszy blond włosy. Nikt jed­nak nie na­zwałby go znie­wie­ścia­łym chu­der­la­kiem. Nie, Capri był pięk­ny.

Pi­sces rzuciłaby mu się w ramiona, gdyby uj­rza­ła w sza­rych oczach cho­ciaż cień przy­zwo­le­nia. Ale one za­wsze po­zo­sta­wa­ły za­snu­te mgłą i nie­do­stęp­ne, skry­wa­jąc sze­re­gi bły­ska­wicz­nych kal­ku­la­cji za­cho­dzą­cych w umy­śle chło­pa­ka.

Capri w ogóle jej nie do­strze­gał, kiedy tak stał wpa­trzo­ny w te głu­pie ka­mie­nie i co uła­mek se­kun­dy mru­czał pod nosem:

– Cof­nij. Cof­nij. Cof­nij…

Nie zwró­cił na Pi­sces uwagi, nawet gdy skoń­czył już mam­ro­tać. Bez wa­ha­nia ru­szył ku szczytowi ścia­ny, pal­ca­mi od­naj­du­jąc nie­wi­docz­ne dla oka szcze­li­ny i bez­błęd­nie sta­wia­jąc stopy. Jak za­wsze do­tarł na sam szczyt szyb­ciej, niż się tego spo­dzie­wa­ła. A gdy tylko otrze­pał ręce, wydał roz­kaz re­kon­fi­gu­ra­cji i urwi­sko pod nim ożyło.

Pi­sces przy­ło­ży­ła zwi­nię­te dło­nie do ust i prze­krzy­ku­jąc szum pra­cu­ją­cych me­cha­ni­zmów, spy­ta­ła:

– Prze­le­cisz mnie w końcu czy nie, Capri?

Chłopak spoj­rzał na nią i z iry­ta­cją za­uwa­ży­ła, że zamiast odpowiedzieć, zaczął kalkulować, na ile jest to możliwe.

 

1. UMYSŁ KO­ZIO­ROŻ­CA

 

Capri po­pi­jał ciast­ka nie­sło­dzo­ną her­ba­tą i cze­kał, dla za­bi­cia czasu ćwi­cząc specyficzne możliwości swojego umysłu na klien­tach ka­wiar­ni.

Skubiąca szarlotkę ko­bie­ta z radością oddawała się jakiemuś czy­stemu. Wszyst­ko niebawem wyj­dzie na jaw, przez co mąż ją porzuci, a kochanek przerwie międzykastowy romans. Nuda. Dalej, je­dząc lody, sie­dzia­ła para za­ko­cha­nych de­for­man­tów. Męż­czy­zna oświad­czy się jesz­cze dziś i usły­szy ma­gicz­ne „tak”, a potem będą mieli mnó­stwo brzyd­kich dzie­ci. Nic cie­ka­we­go. Z kolei miz­drzą­ca się w kącie dwój­ka zwy­kla­ków długo nie wy­trzy­ma; za­czną się kłó­cić, do końca roku zerwą. Też nuda. Natomiast bez­dom­ny, przy­sy­pia­ją­cy przy oknie nad zimną kawą, w ciągu pół­to­ra mie­sią­ca umrze.

Cof­nij. Dodaj pie­nią­dze.

Bez­dom­ny, przy­sy­pia­ją­cy nad zimną kawą, zo­sta­nie okra­dzio­ny i po­bi­ty. W ciągu ty­go­dnia umrze.

Cof­nij. Odej­mij pie­nią­dze, dodaj szpi­tal.

Bez­dom­ny, przy­sy­pia­ją­cy nad zimną kawą, zo­sta­nie zdia­gno­zo­wa­ny – stward­nie­nie roz­sia­ne. W ciągu czte­rech mie­się­cy umrze.

Ca­pri­corn pod­sta­wiał ko­lej­ne zmien­ne do sy­mu­la­cji, ale wynik za­wsze był ten sam – nie­unik­nio­na śmierć w krót­kim cza­sie.

Ode­chcia­ło mu się dal­szych ćwi­czeń. Za­pa­trzył się w po­wierzch­nię nie­do­pi­tej her­ba­ty i za­czął ob­ra­cać w pal­cach jedno z ciastek.

Trzy­sta dwa­dzie­ścia sześć ob­ro­tów póź­niej do ka­wiar­ni wszedł Logan. Spry­ska­ny opa­le­ni­zną w pły­nie, z siat­ką sztucz­nych zmarsz­czek na twa­rzy i prze­bły­ska­mi si­wi­zny we wło­sach, wy­glą­dał sta­rzej niż za­zwy­czaj. Na ja­kieś pięć­dzie­siąt lat za­miast trzy­dzie­stu. Do tego ubrał się ina­czej: w skó­rza­ną kurt­kę, roz­pię­tą pod szyją ko­szu­lę oraz dżinsy. Capri oba­wiał się jed­nak, że wy­star­czy zer­k­nąć na wy­pie­lę­gno­wa­ne ręce i równe zęby męż­czy­zny, by przej­rzeć for­tel.

– Cześć, młody – przy­wi­tał się czy­sty. – Do­kań­czaj te swoje cia­stecz­ka i idzie­my.  – Nie przy­siadł się do niego, tylko sta­nął obok z wy­cze­ku­ją­cą miną. – Wy­ja­śnię ci wszyst­ko po dro­dze.

Chło­pak nie miał już ocho­ty jeść, więc bez zwło­ki wstał od stołu. Ale do­pie­ro na ze­wnątrz, w ni­kłym świe­tle wie­czo­ra, Logan pod­jął się tłu­ma­cze­nia.

– Idzie­my do Jamy. Sły­sza­łeś o tym miej­scu?

Capri po­tak­nął. Ską­d­inąd po­sia­dał in­for­ma­cje, że w Jamie od­by­wa­ły się nie­le­gal­ne walki mu­tan­tów, ponoć bar­dzo po­pu­lar­ne.

– W takim razie do­my­ślasz się, dla­cze­go cię po­trze­bu­ję. – Logan par­sk­nął śmie­chem. – Zresz­tą, co ja wy­ga­du­ję. Pew­nie już dawno wy­wró­ży­łeś sobie wszyst­ko w tym swoim po­je­ba­nym ro­zum­ku.

Chło­pak zi­gno­ro­wał drwią­cy ton to­wa­rzy­sza i nie­uprzej­me słowa. Ro­zu­miał, po co tam­ten go po­trze­bo­wał. Wszak­że szli przez Ko­cioł, je­dy­ną dziel­ni­cę pod ko­pu­łą Matki, w któ­rej po­zwa­la­no miesz­kać de­for­man­tom i sy­piać bez­dom­nym. Prze­stęp­czość kwi­tła tutaj w naj­lep­sze, uzbro­jo­ny rabuś czy zde­spe­ro­wa­ny bie­dak w każ­dej chwi­li mógł za­ata­ko­wać świe­cą­ce­go bia­ły­mi zę­ba­mi Lo­ga­na, a on dbał o swoją skórę jak o nic in­ne­go na świe­cie. Skoro przy­szedł do Kotła w prze­bra­niu, nie mógł sobie po­zwo­lić na ofi­cjal­ną ob­sta­wę. I po­trze­bo­wał ta­kiej mniej ofi­cjal­nej.

– Mam cię ochra­niać – stwier­dził Capri. Ode­zwał się pierw­szy raz od rana i jak za­wsze w podobnej sy­tu­acji czuł dziw­ne odrę­twie­nie wokół ust.

– Ta jest. – Jego to­wa­rzysz kla­snął w dło­nie. – Mądry chło­piec!

Capricorn nie lubił przy­ty­ków Lo­ga­na i sa­me­go Lo­ga­na rów­nież. Ale do­pó­ki oj­ciec kazał mu współ­pra­co­wać z czy­stym, chło­pak po pro­stu robił swoje, zby­wa­jąc mil­cze­niem wszel­kie głu­pie od­zyw­ki.

Przez jakiś czas szli we względ­nej ciszy: coś szu­mia­ło w tle, gdzieś roz­brzmia­ły przytłumione głosy, a nawet jakiś urwany krzyk, jednak nikt nie zaczepiał dwójki towarzyszy. Aż w pew­nym mo­men­cie, jak spod ziemi, wy­sko­czył bro­da­ty męż­czy­zna w pod­nisz­czo­nej wia­trów­ce i wy­tar­tych spodniach.

– Panie kie­row­ni­ku – utkwił spoj­rze­nie w Lo­ga­nie – zli­to­wał­by się pan nad bied­nym, sta­rym dzia­dem? Rzu­cił parę kre­dy­tów?

Nagle w źre­ni­cach czy­ste­go po­ja­wi­ły się zło­śli­we iskier­ki.

– Ależ oczy­wi­ście, sza­now­ny dzia­dzie – od­parł, wy­cią­ga­jąc port­fel. – Ile? Sto? Dwie­ście?

Mimo gę­ste­go za­ro­stu nietrud­no było do­strzec wyraz zdu­mie­nia po­wo­li wpeł­za­ją­cy na ob­li­cze że­bra­ka.

– Panie do­bro­dzie­ju – za­łkał. – Co łaska… Co łaska…

Logan wyjął błysz­czą­cy trzy­cy­fro­wą kwotą kar­to­nik, a bro­dacz, jak na ko­men­dę, od­sło­nił przed­ra­mię. Jed­nak zanim czy­sty przy­ło­żył pla­stik do skóry tam­te­go, za­wa­hał się osten­ta­cyj­nie.

– Ach, jedna spra­wa. – Cof­nął rękę. – Jako że wy­zna­ję ideę pie­nią­dza za­ro­bio­ne­go, miał­bym do sza­now­ne­go dzia­da proś­bę.

– Jaką, kie­row­ni­ku?

– A bucik mi się roz­wią­zał – po­wie­dział, ma­cha­jąc luź­nym sznu­ro­wa­dłem. Capri mo­ment wcze­śniej wi­dział, że czy­sty spe­cjal­nie je przy­dep­tał.

Bro­dacz omiótł ich oszo­ło­mio­nym spoj­rze­niem, jakby nie zro­zu­miał alu­zji, ale po chwi­li wa­ha­nia padł na ko­la­na i zajął się butem Lo­ga­na. Nie zdą­żył jed­nak wstać, gdy tam­ten po­wie­dział:

– I bu­zia­ka w czu­bek bym po­pro­sił. Wal­ną­łem się w duży palec, a na takie rze­czy naj­le­piej dzia­ła­ją ma­mi­ne ca­łu­sy. – Nie­szcze­ry uśmiech wy­krzy­wił mu wargi. – Ale od biedy mogą być ca­łu­sy sta­re­go dzia­da.

W że­bra­ku reszt­ki god­no­ści wy­raź­nie wal­czy­ły z na­dzie­ją na za­ro­bek. Wresz­cie za­ci­snął usta i po­chy­lił niżej głowę, jed­nak w ostat­niej chwi­li Logan od­su­nął się na bok, wybuchając gło­śnym śmiechem.

– Tyle wy­star­czy – rzekł zmie­nio­nym gło­sem. – Wy­cią­gaj tę swoją brud­ną łapę.

Bro­dacz po­słusz­nie od­sło­nił rękę.

– Osza­la­łeś, sta­ru­chu? – prych­nął czy­sty. – Bierz wszyst­ko, prze­cież brzy­dził­bym się uży­wać karty po tobie. – Rzu­cił pla­sti­kiem w czoło klę­czą­ce­go i ru­szył przed sie­bie. – Chodź­my, młody. Wy­star­cza­ją­co dużo czasu zmar­no­wa­li­śmy na to ścier­wo.

Capri nie ru­szył się z miej­sca. Po­pa­trzył na pod­cho­dzą­ce łzami oczy że­bra­ka i bez słowa po­mógł mu wstać. Wście­kłe spoj­rze­nie Lo­ga­na ze­śli­zgnę­ło mu się po ple­cach, gdy pod­niósł z ziemi kartę z na­bi­ty­mi kre­dy­ta­mi i wrę­czył ją bie­da­ko­wi.

– Prze­pra­szam za ko­le­gę, on jest bar­dzo chory. – Zro­bił krót­ką pauzę, po czym dodał kon­spi­ra­cyj­nie: – Cięż­ki przy­pa­dek skur­wy­syń­stwa. Nie­ste­ty, le­kar­stwa jesz­cze nie wy­na­le­zio­no.

Bro­dacz otarł po­licz­ki i par­sk­nął śmie­chem.

– Dobre, synu. Dobre. – Spu­ścił wzrok, po­cie­ra­jąc kciu­kiem pla­sti­ko­wy kar­to­nik. – Ale czego in­ne­go spo­dzie­wać się po czy­stym?

Capri po­ki­wał głową. Tak jak są­dził, przy­kryw­ka Lo­ga­na była do ni­cze­go.

– Jest pan bar­dzo spo­strze­gaw­czy. – Miał na­dzie­ję, że męż­czy­zna nie uzna jego słów za drwi­nę. – Po­wi­nien pan pra­co­wać w Stra­ży We­wnętrz­nej.

– Ach, synu. Gdyby tylko moja ko­cha­na mi na to po­zwa­la­ła.

– Żona? – spy­tał bez na­my­słu Capri, któ­re­mu wbrew po­zo­rom nie bra­ko­wa­ło mło­dzień­czej na­iw­no­ści.

– Wódka, synu – wes­tchnął bro­dacz. – Wódka.

 

***

 

„Smo­cza Jama” – gło­sił błysz­czą­cy neo­na­mi napis nad wej­ściem. We­szli do środ­ka; Logan dum­nie uno­sząc głowę, Capri ni­czym cień prze­śli­zgu­jąc się za nim.

W lo­ka­lu było pełno nor­ma­li i de­for­man­tów oraz – oczy­wi­ście poza Lo­ga­nem – po­zor­nie ani jed­ne­go czy­ste­go. Po­pi­ja­li róż­ne­go ro­dza­ju al­ko­ho­le i bez naj­mniej­sze­go skrę­po­wa­nia wcią­ga­li trip. Nar­ko­tyk bia­łym pu­chem osia­dał im na no­sach, eks­ta­tycz­na mgieł­ka za­snu­wała wzrok. Wy­glą­da­ło na to, że wszy­scy ba­wi­li się wy­bor­nie. Cen­trum zaś uciechy sta­no­wi­ła okrą­gła i nie­spo­dzie­wa­nie wiel­ka arena, od­dzie­lo­na okra­to­wa­niem od tłumu. Logan prze­py­chał się mię­dzy ludź­mi, tak by zna­leźć się moż­li­wie naj­bli­żej niej. Capri, rzecz jasna, rów­nież.

A tam, za me­ta­lo­wą siat­ką, uwi­ja­ła się star­sza ko­bie­ci­na, roz­ma­zu­jąc mopem przy­sy­cha­ją­cą na pod­ło­dze krew. Pa­pie­ros w jej ustach tlił się po­wo­li, co jakiś czas bru­dząc po­pio­łem nie­do­pra­ny far­tuch. Babka wy­glą­da­ła­by na nor­mal­kę, gdyby nie ogon, któ­rym po­ma­ga­ła sobie przy sprzą­ta­niu. Za­koń­czo­ny wło­cha­tym pę­dzel­kiem, za­gar­niał wy­bi­te zęby niby ma­gicz­na mio­teł­ka.

Logan wy­py­ty­wał ludzi o na­stęp­ną walkę, a Capri prze­pro­wa­dzał sy­mu­la­cje. Wy­cho­dzi­ło mu, że w Jamie przy­sło­wio­wa kosa pod żebro sta­no­wi­ła za­gro­że­nie na po­zio­mie trzy­pro­cen­to­wym. Przedaw­ko­wa­nie tripu – pięć pro­cent. Zwy­kłe obi­cie gęby – osiem. Za­tru­cie al­ko­ho­lo­we – aż sie­dem­dzie­siąt dzie­więć. Czyli ponad trzy czwar­te osób wy­cho­dzi­ło stąd za­la­ne w sztok.

Sprzą­tacz­ka opu­ści­ła arenę, zo­sta­wia­jąc na pod­ło­dze po­czer­nia­łe smugi i tro­chę po­pio­łu. Capri prze­mno­żył ob­li­cze­nia przez pa­nu­ją­ce w lo­ka­lu wa­run­ki hi­gie­nicz­ne i otrzy­mał obiecujący wynik. Nie miał szans opu­ścić Jamy bez ja­kie­go­kol­wiek ubyt­ku na zdro­wiu.

Nagle roz­brzmiał gong i roz­po­czę­to zbie­ra­nie za­kła­dów. Kuso ubra­ne pa­nien­ki z ter­mi­na­la­mi za­wie­szo­ny­mi u szyi prze­cha­dza­ły się mię­dzy go­ść­mi i ścią­ga­ły z ich przed­ra­mion naj­róż­niej­sze sumy – od paru jed­no­stek po kil­ka­set. Nie­któ­rzy, tak jak Logan, uży­wa­li kart.

– Postawiłem tysiaka na Achillesa, ponoć świet­nie pra­cu­je no­ga­mi – oznaj­mił czysty, najwyraźniej nie za­uwa­żając ukry­tej w tym stwier­dze­niu iro­nii.

Mocny dźwięk gongu znowu wy­peł­nił prze­sy­co­ne smrodem papierosów, za­dy­mio­ne po­wie­trze. Lu­dzie za­czę­li chwy­tać dłoń­mi kraty, nie­któ­rzy nawet przy­ty­ka­li do prę­tów wy­krzy­wio­ne w eu­fo­rii twa­rze.

Na śro­dek wy­szli de­for­man­ci. Jeden wy­so­ki i chudy jak tycz­ka, drugi bar­dzo niski, ale zde­cy­do­wa­nie le­piej zbu­do­wa­ny. Jego rogi znaj­do­wa­ły się nie­mal ide­al­nie na wy­so­ko­ści kro­cza prze­ciw­ni­ka. Tu nie były po­trzeb­ne żadne ob­li­cze­nia.

– Który to Achil­les? – rzu­cił Capri.

– Ten wyż­szy!

– To wła­śnie prze­gra­łeś ty­siąc kre­dy­tów, Logan.

Czy­sty w od­po­wie­dzi mu­siał prze­krzy­ki­wać pod­nie­co­ne wi­wa­ty tłumu.

– Co mó­wi­łeś?!

Chło­pak zro­bił pal­ca­mi od­wiecz­ny gest pie­nią­dza, a potem po­ka­zał kciuk do dołu. To spra­wi­ło, że Logan mo­men­tal­nie po­czer­wie­niał na twa­rzy.

– Kurwa! Nie mo­głeś mnie uprze­dzić?!

Capricorn po­krę­cił głową, ale nie pró­bo­wał wy­tłu­ma­czyć czy­ste­mu, że jego zdolności nie dzia­łają w ten spo­sób. Prze­cież wcze­śniej, bez po­trzeb­nych da­nych, nie mógł prze­pro­wa­dzić ob­li­czeń.

Walka była szyb­ka i nie­mal bo­le­sna do oglą­da­nia. Kar­ło­wa­ty mu­tant użył swo­ich rogów do­kład­nie tak, jak prze­wi­dział to Capri, a sła­bym punk­tem Achil­le­sa oka­za­ła się nie stopa, tylko ge­ni­ta­lia. Bied­ne, bied­ne ge­ni­ta­lia. Po fi­nal­nym cio­sie więk­szość mę­skiej wi­dow­ni syk­nę­ła współ­czu­ją­co, ła­piąc się za to i owo, a prze­gra­ne­go szybko ścią­gnię­to ze sceny. Wy­gra­ny natomiast war­czał, bił się w pierś i szar­pał kra­ta­mi. Małpi ta­niec trwał parę do­brych minut, potem na arenę wró­ci­ła sprzą­tacz­ka. Omio­tła wzro­kiem okrą­gły plac i osą­dzi­ła, że krwi po­le­cia­ło zde­cy­do­wa­nie za mało, by się wy­si­lać. Mach­nę­ła mopem dwa razy, nawet nie pa­trząc na efekt, i znik­nę­ła.

– To było ża­ło­śnie krót­kie – fuk­nął ro­ze­źlo­ny Logan.

 Capri tylko wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Dobra, gadaj – roz­ka­zał tam­ten. – Kto wygra na­stęp­ny?

– Nie wiem – od­parł z iry­ta­cją chło­pak.

– Jak to nie wiesz, młody? – Logan naj­wy­raź­niej cał­kiem serio pod­cho­dził do teo­rii z wró­że­niem. – Gadaj!

– Ech, daj mi naj­pierw pod­py­tać ludzi…

Capri za­ga­dy­wał ko­lej­ne osoby, starając się wy­bie­rać z tłumu te, które nie zbędą go byle wy­mów­ką albo wręcz prze­go­nią. Do­wie­dział się, ile mógł, zanim za­kła­dy do­bie­gły końca.

– Sta­wiaj na Mako.

– Tego od kra­cha­ga?

– Krav… – za­czął po­pra­wiać Lo­ga­na, ale ugryzł się w język. – Tak, tego.

Tym razem czy­sty obsta­wiał ostroż­nie, na po­czą­tek dorzucając do puli tylko dwie­ście kre­dy­tów.

Gong roz­brzmiał po­now­nie. Na śro­dek areny wsko­czył szczu­pły męż­czy­zna w czar­nej masce, z wło­sa­mi sple­cio­ny­mi w war­kocz – Mako wła­śnie – oraz zwa­li­sty ol­brzym od góry do dołu po­kry­ty ob­sce­nicz­ny­mi ta­tu­aża­mi. Na ten widok Logan siar­czy­ście za­klął i za­rzu­cił Ca­prie­mu umyśl­ne wpro­wa­dze­nie go w błąd, jednak chło­pak nie za­re­ago­wał. Wy­star­czy­ło mu jedno spoj­rze­nie na Mako, by wie­dzieć, że nie ma mowy o po­mył­ce.

Wo­jow­nik roz­po­czął swój ta­niec, pod­ska­ku­jąc na pal­cach, okrą­żał mię­śnia­ka wy­pro­wa­dza­ją­ce­go silne, jed­nak nieco cha­otycz­ne ciosy. Bawił się z ol­brzy­mem, aż wresz­cie ten nie wy­trzy­mał i za­szar­żo­wał do przo­du, ry­cząc wście­kle.

Mako zła­pał wy­cią­gnię­te ku sobie łap­sko i wy­ko­rzy­stał udo prze­ciw­ni­ka jak nie przy­mie­rza­jąc szcze­bel w dra­bi­nie, by wspiąć się mu na kark. Potem oplótł go no­ga­mi i nagle kula zbi­tych mię­śni ob­ró­ci­ła się w po­wie­trzu, a gdy wy­lą­do­wa­ła na pod­ło­dze, prze­kształ­ci­ła się w po­wa­lo­ne­go męż­czy­znę z bo­le­śnie wy­krę­co­ną za ple­ca­mi ręką.

Oko nie było w sta­nie uchwy­cić, kiedy i jak Mako za­ło­żył ol­brzy­mo­wi dźwi­gnię, jed­nak śle­piec po­tra­fił­by po­wie­dzieć, kto wy­grał walkę, po­nie­waż osi­łek ude­rzał pię­ścią o zie­mię, dając głośno znać, że się pod­da­je.

Tłum skan­do­wał en­tu­zja­stycz­nie:

– Mako! Mako! Mako!

Logan uśmie­chał się z trium­fem, jakby sam do­szedł do tego, na kogo warto było po­sta­wić pieniądze. Za­czął nawet pod­ry­wać jedną ze skąpo odzia­nych pa­nie­nek, gło­śno chwa­ląc się zna­jo­mo­ścią „kra­cha­ga”.

Co za idio­ta, wes­tchnął w duchu Capri. Potem za­sta­no­wił się, ile jesz­cze czasu przyj­dzie mu z nim spę­dzić. Wynik – zde­cy­do­wa­nie za dużo.

 

***

 

Zdą­żył na­wią­zać wiele cie­ka­wych zna­jo­mo­ści, a zwa­żyw­szy na to, że był dosyć ma­ło­mów­ny i uprzej­mie dzię­ko­wał za wszel­ki al­ko­hol, tym bar­dziej za trip, stanowiło to nie lada osią­gnię­cie. Po­wo­li za­czy­nał też ro­zu­mieć, po co Logan przy­szedł na pod­ziem­ne walki. Głów­ną atrak­cją wie­czo­ru miało być star­cie zwy­cięz­ców, któ­rzy zgło­szą ku temu chęć, i nie­ja­kie­go Dra­aka. Lu­dzie na­zy­wa­li go Smo­kiem i wielu do­da­wa­ło żar­tem, że lokal jest wła­śnie jego jamą.

To tłu­ma­czy­ło im­po­nu­ją­cą wiel­kość areny, mu­sia­ła się tam zmie­ścić pokaźna gro­ma­da zawodników. Ale przed chło­pa­kiem ob­ja­wia­ło się zgoła cie­kaw­sze za­gad­nie­nie – mię­dzy ludź­mi krą­ży­ła plot­ka, ja­ko­by Draak był nie­śmier­tel­ny. Ponoć prze­żył już czte­ry­sta lat i każda rana goiła się na nim bły­ska­wicz­nie. A Capri znał kogoś, kto miał bzika na punk­cie osią­gnię­cia nie­śmier­tel­no­ści. Znał wielu ta­kich kto­siów.

Prak­tycz­nie każdy czy­sty uwa­żał się przy­naj­mniej za pół­bo­ga i żaden nie mógł przejść do po­rząd­ku dzien­ne­go nad fak­tem, że kiedyś umrze, podczas gdy mu­tan­ci nie­raz za­sta­na­wia­li się, czy w ogóle do­trwa­ją jutra. Z kolei nor­ma­la­mi nikt się nie przej­mo­wał, nawet oni sami. Ich los był po prostu zbyt prze­cięt­ny, by wzbu­dzić ja­kie­kol­wiek za­in­te­re­so­wa­nie. Zo­sta­wa­li jesz­cze me­cha­nicz­ni, ale to zu­peł­nie inna bajka.

Capri swo­imi prze­my­śle­nia­mi naj­wy­raź­niej wy­wo­łał wilka z lasu. W na­stęp­nej walce miał wziąć udział rudowłosy de­for­man­ta z abio­tycz­nym ra­mie­niem. Nie dosyć, że mu­tant, to jeszcze rudy i zro­bo­ty­zo­wa­ny. Nie­wy­obra­żal­ny pech, ale też ogrom­ny fart – za­le­ży, jak na to spoj­rzeć, bo z jed­nej stro­ny tam­ten uro­dził się w naj­niż­szej war­stwie spo­łecz­nej i na do­kład­kę tra­fił do naj­rzad­szej, w nie­któ­rych krę­gach wy­so­ce po­mia­ta­nej grupy. Z dru­giej jednak ja­kimś cudem było go stać na za­stą­pie­nie utra­co­nej koń­czy­ny zme­cha­ni­zo­wa­ną re­pli­ką, mimo nieciekawej sy­tu­acji ży­cio­wej.

Capri bez za­sta­no­wie­nia kazał Lo­ga­no­wi po­sta­wić na niego wyż­szą kwotę. Ta­kie­go czło­wie­ka mu­sia­ła ce­cho­wać nie­sa­mo­wi­ta wola prze­trwa­nia.

To był ostat­ni po­je­dy­nek przed wiel­kim fi­na­łem. Prze­ciw­ni­kiem me­cha­nicz­ne­go oka­zał się szczu­ro­wa­to wy­glą­da­ją­cy wy­mo­czek z mocno pod­krą­żo­ny­mi ocza­mi. Na­zy­wał się Skirt.

Szyb­ko wy­szło na jaw, że głów­ną bro­nią Skir­ta jest żrąca plwo­ci­na, ście­ka­ją­ca mu z gro­te­sko­wo dłu­gich kłów, i nie­koń­czą­ce się przy­ty­ki. Chu­der­lak do­słow­nie i w prze­no­śni pluł jadem w prze­ciw­ni­ka, za wszel­ką cenę uni­ka­jąc bli­skie­go star­cia. Po cią­gną­cej, wy­da­wa­ło­by się, w nie­skoń­czo­ność za­ba­wie w kotka i mysz­kę, szyja gry­zo­nia wy­lą­do­wa­ła wresz­cie w ob­ję­ciach sta­lo­wej pu­łap­ki. Abio­tycz­ne ramię chro­bo­ta­ło me­ta­licz­nie, gdy uśmiech­nię­ty szel­mow­sko rudzielec za­sta­na­wiał się gło­śno, czy nie za­ci­snąć moc­niej pal­ców. Od razu uzna­no jego wy­gra­ną. Ina­czej ist­nia­ło za­gro­że­nie, że Skirt po­bru­dzi arenę ze stra­chu. Natomiast wąt­pli­we było, że sprzą­tacz­ka wy­czy­ści to do­kład­nie.

Wresz­cie przy­szedł czas na grand fi­na­le. Głosy na widowni za­wy­ły po­tę­pień­czo, prze­krzy­ku­jąc się w ro­ko­wa­niach i sta­wia­nych kwo­tach. Naj­wy­raź­niej w przy­pad­ku Smoka za­kła­dy wy­glą­da­ły ina­czej – zga­dy­wa­no, kto ile wy­trzy­ma. Bo kto wygra, było oczy­wi­ste.

 

2. WEJ­ŚCIE SMOKA

 

Draak cze­kał, aż cie­la­ki zo­sta­ną wpro­wa­dzo­ne do za­gro­dy, a potem wy­szedł do nich, szcze­rząc ra­do­śnie kły. Po­tęż­ne, po­kry­te łuską ra­mio­na roz­ło­żył sze­ro­ko i za­ry­czał razem z tłu­mem. To była jego wi­dow­nia: trzy pię­tra żąd­nych jatki ślepi, trzy kręgi wy­krzy­wio­nych dziko gęb. A cie­la­ki? Stały i cze­ka­ły grzecz­nie na jego pierw­szy ruch, wszak tutaj li­czył się czas.

Dzi­siaj ob­sa­da była nie­wiel­ka: jakiś ty­po­wy osi­łek, ro­ga­ty ka­rzeł, nin­dża z war­ko­czem, ko­bie­ta o ko­cich ry­sach, wy­gi­na­ją­ce się dziw­nie nie-wia­do­mo-co i ryży pół­ro­bot z bli­zna­mi na pier­si. Trupa cyr­ko­wa jak się pa­trzy.

Draak wy­krę­cił zło­żo­ne razem łapy, aż ko­stecz­ki chrup­nę­ły, potem po­dob­nie po­stą­pił z kar­kiem. Jak już skoń­czył to osten­ta­cyj­ne roz­cią­ga­nie się, utkwił spoj­rze­nie w me­cha­nicz­nym i ru­szył po­wo­li w jego stro­nę, ale cy­borg nie ucie­kał. Za to resz­ta trzę­si­dup umknę­ła ostroż­nie, zo­sta­wia­jąc pierw­szą ofia­rę na po­żar­cie be­stii.

Za­wsze to samo. Gdyby zajął się ru­dziel­cem, resz­ta rzu­ci­ła­by mu się na plecy, a prze­cież facet wy­ka­zał się nie lada ja­ja­mi. Nie. Jego zo­sta­wi sobie na deser.

Bły­ska­wicz­nie do­padł do czło­wie­ka-gumy o nie­okre­ślo­nej płci i wal­nął na odlew. Oka­za­ło się, że mimo ogrom­nej gięt­ko­ści nie-wia­do­mo-co za­miast odbić się od krat niby kau­czu­ko­wa pi­łecz­ka, tylko padło na zie­mię ze­mdlo­ne. To było roz­cza­ro­wu­ją­ce.

W tym cza­sie ktoś wspiął mu się na ple­cy i oto­czył szyję no­ga­mi. Draak re­cho­tał w naj­lep­sze, gdy nin­ja pró­bo­wał skrę­cić mu kark.

– To ła­sko­cze!

Się­gnął do góry i wbił pa­zu­ry w łydkę prze­ciw­ni­ka, a tam­ten jęk­nął z bólu, szar­piąc się ner­wo­wo. Uciecz­kę oku­pił cięż­ką raną. Krwa­wiąc ob­fi­cie i dy­sząc cięż­ko, prze­tur­lał się po ziemi. Później chwy­cił się za roz­ora­ną nogę i zastygł w takiej pozycji.

Draak nie zdą­żył wy­koń­czyć War­ko­czy­ka, po­nie­waż ko­ci­ca pró­bo­wa­ła wy­dra­pać olbrzymowi oczy. Złapał ją więc za luźną skórę na karku i po­trzą­snął ener­gicz­nie.

– Miau czy nie miau, oto jest py­ta­nie! – wrza­snął, ci­ska­jąc ko­bie­tę w kąt, jakby nic nie wa­ży­ła.

Tymczasem ro­ga­ty ka­rzeł z osił­kiem stwo­rzy­li lichy so­jusz. Jeden za­cho­dził Draaka z lewej, drugi z pra­wej stro­ny. Kur­du­pel z za­pa­łem przy­glą­dał się jego kro­czu, co nie­ko­niecz­nie przy­pa­dło do gustu Smo­ko­wi. Ba, można by po­wie­dzieć, że po­czuł się nie­zręcz­nie, wręcz wsty­dli­wie, ni­czym panna na wy­da­niu, któ­rej po­ten­cjal­ny mał­żo­nek bez­czel­nie waży cycki! Oho, tak nie bę­dzie.

Chwy­cił jeden z ty­cich rogów i za­czął krę­cić kar­łem przed sobą. Krę­cił i krę­cił aż malec obrzy­gał mu przed­ra­mię. Ro­ze­źlo­ny Draak od­rzu­cił kur­du­pla na bok i zła­pał ogłu­pia­łe­go mię­śnia­ka za gębę, by wy­trzeć nią wy­mio­ci­ny. Tam­ten miał brodę, która nada­wa­ła się do za­da­nia ide­al­nie, ścią­gając brud jak dru­cia­na gąbka.

O dziwo me­cha­nicz­ny, za­miast szy­ko­wać się do ataku, po­ma­gał temu z war­ko­czem. Z urwa­nej no­gaw­ki od spodni zro­bił pro­wi­zo­rycz­ny opa­tru­nek i wła­śnie wią­zał go na łydce rannego. Smoka tak to za­szo­ko­wa­ło, że aż przy­sta­nął, ga­piąc się na obu jak skoń­czo­ny dureń.

– Przy­sze­dłeś tu, żeby wal­czyć czy żeby niań­czyć in­nych?

– Spokojnie, mam wy­trzy­mać aż osiem minut. – Pół­ro­bot zer­k­nął na wy­ima­gi­no­wa­ny ze­ga­rek i stwier­dził: – Zmi­trę­ży­łeś przy­naj­mniej pięć, ale cóż… jesz­cze tro­chę czasu mi zo­sta­ło. Cier­pli­wo­ści.

Draak ro­ze­śmiał się, pre­zen­tu­jąc im­po­nu­ją­cy gar­ni­tur uzę­bie­nia.

– Lubię cię. – Na­chy­lił się, spi­na­jąc po­tęż­ne uda do skoku. – Ale nie dam ci tych ośmiu minut.

Wy­strze­lił w po­wie­trze i wzbu­rza­jąc tu­ma­ny kurzu, wy­lą­do­wał w miej­scu, w któ­rym chwi­lę wcze­śniej znaj­do­wa­li się War­ko­czyk oraz me­cha­nicz­ny. Ten pierw­szy le­d­wie zdo­łał się od­czoł­gać w bez­piecz­ne ukrycie, a są­dząc po bla­do­ści skóry i nie­pew­nej minie, nie­ba­wem miał zemdleć. Cy­borg z kolei wciąż grał na zwło­kę. Okrą­żał Dra­aka, tak by za­wsze po­zo­sta­wać za jego ple­ca­mi, za­po­mniał jednak o ogo­nie, który rap­tem pod­ciął mu nogi.

Smok dał upust skry­wa­nej głę­bo­ko li­to­ści i za­miast bez­par­do­no­wo roz­siąść się na le­żą­cym męż­czyź­nie, wci­snął go sobie pod pachę. Abio­tycz­ne ramię sta­wia­ło za­cie­kły opór, ale coś w środ­ku ję­cza­ło i chro­bo­ta­ło ża­ło­śnie, wró­żąc ry­chłą śmierć prze­cią­żo­nym me­cha­ni­zmom.

– Mam pro­po­zy­cję – wy­mru­czał ryżemu do ucha Draak. – Bo wi­dzisz, lu­dzie lubią, jak się rze­czy roz­pa­da­ją. Urwę ci twoją za­baw­kę, ale w za­mian za­fun­du­ję nową. A z tą będę igrał tak długo, że prze­ga­pię, kiedy minie ma­gicz­ne osiem minut, hę?

Rudzielec wydał z sie­bie zdu­szo­ne: „Chyba nie mam wy­bo­ru”. Naj­wy­raź­niej zro­zu­miał, jak szczo­drą ofer­tę wła­śnie mu zło­żo­no, po minie jed­nak trudno było oce­nić. Męż­czy­zna zro­bił się strasz­nie czer­wo­ny na twa­rzy i za­ci­skał po­wie­ki z wy­sił­ku.

– No, to mamy umowę – po­twier­dził Draak.

Potem zła­pał jed­no­cze­śnie za sta­lo­wy ło­kieć oraz prze­ciw­le­głe ramię ru­dziel­ca, raptem przy­tu­lił go do sie­bie jak uko­cha­ne dzie­cię i za­czął cią­gnąć. Tłum natychmiast zawył z ucie­chy, z kolei me­cha­nicz­ny szarp­nął się pa­nicz­nie.

– Zdro­wej ręki mi nie urwij!

– Masz słowo Smoka!

Splo­ty syn­te­tycz­nych mię­śni rwały się ni­czym je­dwab, włók­no po włók­nie, żyła za żyłą, a me­ta­lo­we łą­cze­nia pę­ka­ły jak za­pał­ki. Nagle za­pisz­czał prze­cią­gły alarm, ale rów­nie szyb­ko zdechł, gdy abio­tycz­na koń­czy­na za­wi­sła w pa­zu­rach Dra­aka. Smok ziew­nię­ciem dał do zro­zu­mie­nia, że jest już znu­dzo­ny cy­bor­giem i spe­cjal­nie nie za­uwa­żył, że koń­czą­cy cios był za słaby, by ogłu­szyć tam­te­go.

W ra­do­snym fer­wo­rze za­czął prze­cha­dzać się po are­nie, ma­cha­jąc w górze urwa­ną ręką. To było tro­feum z dzi­siej­szej walki, na­gro­da dla spra­gnio­nej krwi hordy. A jak już uznał, że osiem minut na pewno mi­nę­ło, od­wró­cił się i z za­sko­cze­niem wy­krzy­wia­ją­cym mu wargi spoj­rzał na wciąż sto­ją­ce­go na no­gach ru­dziel­ca. Tam­te­mu oczy roz­sze­rzy­ły się w cał­kiem praw­dzi­wej trwo­dze, gdy Smok ru­szył do szar­ży. Męż­czy­zna ma­chał po­zo­sta­łą mu ręką i pró­bo­wał prze­krzy­czeć wszech­obec­ny ja­zgot, ale Draak uda­wał, że nie ro­zu­mie, o co cho­dzi tam­te­mu. Przed­sta­wienie mu­sia­ło trwać, a ka­pi­tu­la­cja któ­rejś ze stron sta­no­wi­ła marny finał.

Kiedy wresz­cie ostat­ni ze śmiał­ków padł na zie­mię, wi­wa­ty osią­gnę­ły punkt kul­mi­na­cyj­ny. Draak żył dla ta­kich chwil. Uno­sząc wy­so­ko za­ci­śnię­te pię­ści, skan­do­wał razem z tłu­mem wła­sne imię. Może to dosyć pom­pa­tycz­ne, ale do dia­ska, był Smo­kiem! Na­le­ża­ło mu się nieco po­dzi­wu.

Forum grało dla niego mu­zy­kę uwiel­bie­nia, a on chło­nął każdą nutę z ukon­ten­to­wa­niem. I nagle tę pięk­ną me­lo­dię za­kłó­ci­ło na­tręt­ne bu­cze­nie ko­ma­ra. Smok od­szu­kał wzro­kiem owada i wark­nął:

– Cisza! Cisza, mówię!

Część osób po­słusz­nie umil­kła, resz­ta pod wpły­wem kuk­sań­ców i pię­ści su­ge­styw­nie wci­śnię­tych mię­dzy żebra po chwi­li rów­nież za­mknę­ła gęby.

– Ty! – huk­nął Draak, za­krzy­wio­nym pa­lu­chem wska­zu­jąc szpa­ko­wa­te­go męż­czy­znę na środ­ko­wym pię­trze wi­dow­ni. – Po­wtórz to.

Nie­zna­jo­my wy­prę­żył się cheł­pli­wie.

– Po­wie­dzia­łem, że jeśli sta­niesz do walki z moim pod­opiecz­nym – oto­czył ra­mie­niem sto­ją­ce­go obok chło­pa­ka, a ten zro­bił minę, jakby ze­bra­ło mu się na wy­mio­ty – bę­dziesz miał szan­sę wzbo­ga­cić się o okrą­głe pół mi­lio­na.

Draak wydał z sie­bie gar­dło­wy po­mruk.

– A ile ten twój młody czem­pion ma niby ze mną wy­trzy­mać?

Szpa­ko­wa­ty obu­rzył się de­mon­stra­cyj­nie.

– Wy­trzy­mać? – Po­krę­cił głową, ni­czym na­uczy­ciel kar­cą­cy tę­pa­we­go ucznia za złą od­po­wiedź, i cmok­nął gło­śno. – On ma z tobą wy­grać!

 

3. SERCE KO­ZIO­ROŻ­CA

 

– Nie zro­bię tego, Logan.

Czy­sty wy­gło­sił już swoją nie­do­rzecz­ną pro­po­zy­cję i usta­lił ze Smo­kiem ter­min walki. Capri dotąd mil­czał, jed­nak gdy tylko nada­rzy­ła się oka­zja, wy­cią­gnął Lo­ga­na na ze­wnątrz i rzu­cił nim o ścia­nę Jamy. Ko­lo­ro­wy neon mru­gał zło­wróżb­nie nad ich gło­wa­mi, kiedy chło­pak spo­koj­nie po­wtó­rzył:

– Nie zro­bię tego.

Przez mo­ment cięż­kiej ciszy mie­rzy­li się spoj­rze­nia­mi, a potem czy­sty wy­buch­nął drwią­cym śmie­chem.

– Po­trzą­śnij jesz­cze raz tą ma­gicz­ną bilą, którą cho­wasz pod czasz­ką, młody. – Po­zor­na we­so­łość, jak za­wsze, nie obej­mo­wa­ła błę­kit­nych oczu. – Nikt nie zdo­łał prze­lać krwi Smoka, a ktoś musi, więc zro­bisz do­kład­nie to, co ci każę. Ina­czej po­wiem two­je­mu oj­czul­ko­wi, że wzię­ła mnie ocho­ta na ta­kich za­dzior­nych chłop­ców, jak ty. – Logan wy­cią­gnął dłoń, jakby chciał mu­snąć po­li­czek Ca­prie­go, ale ten nawet nie drgnął, więc męż­czy­zna cof­nął palce. – Wy­star­czy prze­zna­czyć od­po­wied­nią kwotę na te jego ba­da­nia, a odda mi każde ze swo­ich dzie­ci. I ty do­brze o tym wiesz.

– Nie w moim przy­pad­ku. – Po­czuł wy­rzu­ty su­mie­nia wzglę­dem ro­dzeń­stwa, w końcu miał z nich naj­ła­twiej. – Oj­ciec nie po­zwo­li mnie skrzyw­dzić. Nie ry­zy­ko­wał­by, że tym spo­so­bem po­psu­je mój umysł… i wy­pa­czy zdol­no­ści.

Czy­sty zmarsz­czył brwi. Chyba do niego do­tar­ło, że chło­pak nie ble­fu­je, zaraz jed­nak roz­po­go­dził się i wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi, od­parł:

– W takim razie za­żą­dam two­jej sio­strzycz­ki. Tej, która za­wsze za tobą łazi. Pi­sces, tak?

Do­strze­ga­jąc nie­po­kój blon­dy­na, wy­szcze­rzył się trium­fal­nie.

– Tak, do­kład­nie – cią­gnął. – Bra­łem ją już raz, czemu nie wziąć znowu? Dziew­czy­na jest nie­uda­nym eks­pe­ry­men­tem, twój oj­czu­lek nie okaże li­to­ści.  – Czy­sty przy­su­nął się do Ca­prie­go na tyle bli­sko, by chło­pak po­czuł cie­pło jego od­de­chu na twa­rzy, i wy­szep­tał: – Ze­rżnę ją, a potem oddam… nie wiem, ochro­nia­rzo­wi? Albo le­piej – spro­wa­dzę mu­to­la z naj­więk­szym ku­ta­sem, ja­kie­go ten świat wi­dział. Twoją ma­lut­ką Pi­sces ro­ze­rwie na strzę­py. Pa­mię­taj… – rzekł gło­śniej, z po­wro­tem opie­ra­jąc się o ścia­nę – wy­star­czy tylko od­po­wied­nia kwota.

Ca­pri­corn wbił wzrok w zie­mię. Nie sprawdził, czy słowa Logana by się ziściły. Nie miał serca do prze­pro­wa­dze­nia sy­mu­la­cji.

 

***

 

Smok za­cią­gnął się cy­ga­rem i po­ło­żył nogi na biur­ko, pre­zen­tu­jąc go­ściom skó­rza­ne buty ze spe­cjal­ny­mi otwo­ra­mi na pa­zu­ry. W tle le­cia­ła mu­zy­ka, stary rock. Na ile Capri był w sta­nie stwier­dzić, nawet bar­dzo stary.

– Będę uży­wał noża – oznaj­mił blon­dyn.

Sie­dział na­prze­ciw Dra­aka, za ple­ca­mi czu­jąc obec­ność wiel­ce za­do­wo­lo­ne­go z sie­bie Lo­ga­na.

– Nor­mal­nie nie po­zwa­la­my wno­sić broni na arenę – od­parł tu­bal­nym gło­sem Smok. – Ale jak tak na cie­bie pa­trzę, chłop­cze, to współ­czu­cie wy­wra­ca mi wszyst­kie żo­łąd­ki. Do­sta­niesz nóż, ale swo­je­go nie pró­buj prze­szmu­glo­wać. – Za­krę­cił ostrze­gaw­czo dy­mią­cym się cy­ga­rem. – Nie chcę żad­nych sztu­czek z ma­cza­niem ostrza w tru­ciź­nie czy in­nych tego typu bred­ni.

Capri przy­jął wa­ru­nek.

– Jesz­cze jedno – dodał. – Przed walką, ale już po wej­ściu na arenę, będę po­trze­bo­wał tro­chę  czasu.

– Po co? – spy­tał Draak, nie kry­jąc za­sko­cze­nia.

– Żeby przyj­rzeć się za­rów­no tobie, jak i oto­cze­niu – od­parł szcze­rze chło­pak.

Miał za­miar jesz­cze dziś za­cząć zbie­rać dane o wiel­kim mu­tan­cie. Ba, prze­czy­ta wszyst­kie le­gen­dy o smo­kach, które zdoła zna­leźć, ale chwi­la wy­tchnie­nia zaraz przed star­ciem po­win­na za­pew­nić mu do­dat­ko­wą prze­wa­gę.

Draak wy­glą­dał na pew­ne­go sie­bie. Nie, nie tylko to. On na­praw­dę mu współ­czuł. Cóż, ba­zu­jąc wy­łącz­nie na po­wierz­chow­nej oce­nie, Capri rów­nież nie da­wał­by sobie wy­gó­ro­wa­nych szans na wy­gra­ną.

– Do­brze, chłop­cze – mruk­nął gar­dło­wo Draak. – Do­sta­niesz dwie mi­nu­ty. Bę­dziesz mógł się na­pa­trzeć do woli.

Capricorn ski­nął w po­dzię­ko­wa­niu, ale za­cho­wał mil­cze­nie, już teraz dając sobie czas na ob­ser­wa­cję.

Ogrom­ne ciel­sko Smoka po­zor­nie wy­glą­da­ło na cał­kiem do­brze osło­nię­te. Łuski wy­ra­sta­ły mu z ra­mion, cią­gnę­ły się po grzbie­cie i po­kry­wa­ły wszyst­kie koń­czy­ny, ale goła klat­ka pier­sio­wa de­for­man­ty była po­zba­wio­na na­tu­ral­ne­go pan­ce­rza. Szyja rów­nież. Z kolei zgru­bie­nia na nieco ga­dziej, choć wciąż bar­dzo ludz­kiej fizys oraz łysej czasz­ce tak na­praw­dę nie mogły dawać zna­czą­cej ochro­ny.

Capri już wcze­śniej za­uwa­żył, że ło­pat­ki gi­gan­ta są dziw­nie prze­ro­śnię­te i wy­krzy­wio­ne. Tro­chę na­iw­nie po­my­ślał, iż przy­po­mi­na­ją ki­ku­ty po utra­co­nych skrzy­dłach. Nie wi­dział w nich żad­ne­go za­gro­że­nia, a wręcz po­ten­cjal­ną ułom­ność. Poza tym był jesz­cze ogon, ale tego wy­star­czy­ło zgrab­nie uni­kać, nie za­po­mi­na­jąc, że za ple­ca­mi Dra­aka też nie jest bez­piecz­nie.

Po pod­su­mo­wa­niu wszyst­kie­go nie­za­prze­czal­nie naj­gor­sze po­zo­sta­wa­ły kły oraz pa­zu­ry. Po­win­ni za­ka­zać uży­wa­nia ich pod­czas walk, skoro tak re­stryk­cyj­nie trak­to­wa­li tutaj broń.

– Coś jesz­cze, chłop­cze? – ode­zwał się Draak.

Dla­cze­go lu­dzie nie po­tra­fi­li wy­trzy­mać choć­by pię­ciu minut w ciszy? Co ta­kie­go kryło się w at­mos­fe­rze spo­ko­ju i kon­tem­pla­cji, że wszy­scy po chwi­li sza­le­li?

– Nie. To…

– To ma być walka do krwi – wtrą­cił ob­ce­so­wo Logan. – Nie ja­kieś durne przed­sta­wie­nie, jak to, które od­sta­wi­łeś z me­cha­nicz­nym.

Smok zmarsz­czył czoło.

– Twój tre­ner jest bar­dzo spo­strze­gaw­czy, co, chłop­cze?

Pod­czas sar­ka­stycz­nej wy­po­wie­dzi mu­tant nawet nie zer­k­nął na czy­ste­go. Z pio­no­wych źre­nic nie­trud­no było wy­czy­tać, kogo tak na­praw­dę miał na myśli.

– I silny – od­parł Capri, a żeby roz­wiać ewen­tu­al­ne wąt­pli­wo­ści, dodał: – Zna się na kra­cha­ga.

„Tre­ner” oczy­wi­ście żywo po­twier­dził.

 

***

 

Jak mógł nie prze­wi­dzieć za­mia­rów Lo­ga­na? Tłu­ma­czył sobie, że męż­czy­zna wcale nie pla­no­wał zmu­sić go do walki z Dra­akiem. Że w ostat­niej chwi­li wpadł na ten – za­pew­ne w swoim mnie­ma­niu ge­nial­ny – po­mysł. Teraz Capri miał dwa ty­go­dnie, żeby wy­my­ślić, w jaki spo­sób po­ko­nać Smoka.

Nie po­wi­nien mar­no­wać czasu, nie po­wi­nien był tu w ogóle przy­cho­dzić.

– Nie śpisz, praw­da? – Usły­szał w ciem­no­ści szept Pi­sces i po­czuł, jak dziew­czy­na wier­ci mu się pod ramieniem. – Nie uda­waj. Po­zna­ję po od­de­chu, że nie śpisz.

Bez słowa po­ca­ło­wał ją w czoło.

– Za­sta­na­wia­łam się – pod­ję­ła – czemu nagle zmie­ni­łeś zda­nie. Wiem, że mam ide­al­ne po­ślad­ki, a cycki też ni­cze­go sobie, ale wcze­śniej za­wsze od­rzu­ca­łeś moje za­lo­ty. Co się stało, bra­cisz­ku? Wy­li­czy­łeś, że ule­gniesz mi prę­dzej czy póź­niej?

– Tak – skła­mał. Wolał nie mówić, że już od dawna pra­gnął jej rów­nie mocno, co ona jego, i dotąd się po­wstrzy­my­wał. Wy­po­mi­na­ła­by mu to do końca życia.

– I co? Ka­zi­rodz­two już cię nie brzy­dzi? – drą­ży­ła dalej.

To nigdy nie było pro­ble­mem. Pi­sces nie ro­zu­mia­ła, że rzu­ca­jąc ka­mie­niem w tłum, mo­gła­by tra­fić kogoś bli­żej ze sobą spo­krew­nio­ne­go. Nigdy nie chcia­ła przy­jąć do wia­do­mo­ści, że są ro­dzeń­stwem tylko z nazwy.

Nie. Pro­ble­mem był zmal­tre­to­wa­ny umysł dziew­czy­ny. Oj­ciec te­sto­wał na niej swoją teo­rię du­ali­zmu oso­bo­wo­ścio­we­go, ale do­pie­ro Ge­mi­ni w tej ma­te­rii oka­za­ły się suk­ce­sem. Naj­wy­raź­niej dwiema oso­ba­mi dzie­lą­cy­mi wspól­ne ciało trze­ba się uro­dzić, ina­czej w grę wcho­dzi­ła je­dy­nie cho­ro­ba psy­chicz­na, a Pi­sces była nie­za­prze­czal­nie chora. Co, razem z ta­len­tem, któ­rym ob­da­ro­wał ją papa, sta­no­wi­ło dosyć nie­po­ko­ją­ce po­łą­cze­nie.

Capri nie chciał zra­nić sio­stry. Bał się na­ru­szyć de­li­kat­ną ba­rie­rę se­pa­ru­ją­cą ją od sza­leń­stwa, a już nie­raz wi­dział, co się dzie­je po jej ze­rwa­niu, i nie miał naj­mniej­szej ocho­ty oglą­dać tego znowu. Do dziś po no­cach śnił mu się czar­ny ko­ciak, któ­re­go nie zdo­łał od­ra­to­wać, po tym jak Pi­sces żyw­cem ob­dar­ła go ze skóry.

– Czemu mi nie od­po­wia­dasz? – burk­nę­ła z wy­rzu­tem i ob­ró­ci­ła się do chło­pa­ka ple­ca­mi. – Już mnie nie ko­chasz, tak?

Objął ją pod pier­sia­mi i zło­żył de­li­kat­ny po­ca­łu­nek na karku.

– Ko­cham – po­wie­dział cicho.

Jego ręka po­ru­szy­ła się sama, szorst­kie palce prze­je­cha­ły po gład­kim brzu­chu. Pi­sces wes­tchnę­ła, Capri po­ru­szył dło­nią. Pod­nie­ce­nie gwał­tow­ną falą prze­to­czy­ło mu się wzdłuż krę­go­słu­pa, by po do­tar­ciu do mózgu ni­czym tsu­na­mi zmyć wszel­kie zmar­twie­nia. Chło­pak coraz śmie­lej pie­ścił drob­ne ciało Pi­sces, aż wresz­cie schwy­cił ją za bio­dra i wziął od tyłu.

Jed­nak póź­niej, kiedy za­spo­ko­jo­na usnę­ła mu w ra­mio­nach, na­tręt­ne myśli bez pro­ble­mu od­na­la­zły drogę po­wrot­ną do jego głowy.

 

4. SMO­CZA DUMA

 

Jama nigdy nie była tak pełna. Zwy­kla­ki, mu­tan­ci, nawet jacyś za­ka­mu­flo­wa­ni czy­ści; wszy­scy tło­czy­li się jak sar­dyn­ki w pusz­ce. Było parno od od­de­chów, do­słow­nie bra­ko­wa­ło tlenu.

Całe dwa ty­go­dnie zbie­ra­no za­kła­dy – teraz lu­dzie w na­pię­ciu cze­ka­li na wynik. Co bar­dziej opty­mi­stycz­ni po­sta­wi­li, że chło­pak wy­trzy­ma trzy mi­nu­ty. Rzecz jasna, czasu na „przy­glą­da­nie się”, o który po­pro­sił, nie wli­cza­no.

Ta­kesz, od­gry­wa­ją­cy jed­no­cze­śnie role pro­wa­dzą­ce­go i sę­dzie­go na are­nie, nawet z mi­kro­fo­nem nie był w sta­nie prze­bić się przez ścia­nę wrza­skli­wych żądań. Tłum chciał, by za­po­wiedź jak naj­szyb­ciej do­bie­gła końca, i oka­zy­wał to w znie­cier­pli­wio­nych, peł­nych prze­kleństw okrzy­kach. Aż wresz­cie za­wy­li, ni­czym sfora dzi­kich psów, gdy niski dźwięk gongu prze­to­czył się nad ogól­nym har­mi­drem.

Smok wkro­czył na pole walki jako pierw­szy; uniósł głowę, roz­ło­żył ra­mio­na i za­ry­czał grzmią­co. Ko­cha­li go, on ko­chał ich. Nie ist­nia­ła sil­niej­sza mi­łość niż ta opła­co­na krwią i bólem, a jeśli to były cudza krew i cudzy ból – tym le­piej.

W unie­sie­niu Draak nawet nie za­uwa­żył, kiedy chło­pak wszedł na arenę. Blon­dyn spo­koj­nie okrą­żył plac, usiadł na ziemi przed prze­ciw­ni­kiem i przymykając po­wie­ki, za­czął bez­gło­śnie mam­ro­tać pod nosem.

Smok nie sły­szał ni­cze­go poza wrza­ska­mi tłumu i wła­snym ry­kiem, ale dawno już na­uczył się od­czy­ty­wać słowa z ludz­kich warg.

„Cof­nij, cof­nij, cof­nij”.

Co to miało zna­czyć? Czyż­by chło­pa­ka ogar­nę­ła pa­ni­ka i chciał zre­zy­gno­wać? Cof­nąć czas i spra­wić, żeby to wszyst­ko nigdy się nie wy­da­rzy­ło?

Smo­ko­wi jeszcze bardziej zro­bi­ło się żal mło­dzień­ca.

– Nie cof­niesz czasu, chłop­cze – wy­szep­tał, nagle igno­ru­jąc uko­cha­ną wi­dow­nię. – Nawet ja tego nie po­tra­fię zro­bić.

Blon­dyn wstał, zanim mi­nę­ły obie­ca­ne dwie mi­nu­ty. Zmie­rzył prze­ciw­ni­ka dłu­gim spoj­rze­niem, jed­nak w sza­rych oczach próż­no było szu­kać stra­chu. Wypełniało je tylko sku­pie­nie.

Ta­kesz ude­rzył w gong, który tym razem roz­brzmiał nad­zwy­czaj po­nu­ro. Poza tym nic nie ule­gło zmia­nie. Smok nie ru­szył się z miej­sca. Chło­pak rów­nież. Tylko widownia nagle ucichła, oczekując w napięciu, kto wykona pierwszy ruch.

Draak otwo­rzył usta, ale nie zdą­żył po­wie­dzieć gło­śno tego, co miał na końcu roz­dwo­jo­ne­go ję­zy­ka. Prze­ciw­nik zro­bił to za niego.

– Przy­kro mi, chłop­cze, ale mu­si­my za­czy­nać – powiedział tym swoim łagodnym głosem, a Smok, nie wie­rząc wła­snym uszom, za­stygł nie­ru­cho­mo ze szczę­ka­mi roz­war­ty­mi sze­ro­ko. Spa­ra­li­żo­wa­ło go pierw­szy raz od ponad stu lat. Jeśli blon­dyn po­tra­fił czy­tać w my­ślach, walka na­bra­ła no­we­go wy­mia­ru, ale praw­do­po­dob­nie to był przy­pa­dek. Zwy­kły fart.

Draak szczęk­nął zę­ba­mi i ru­szył na prze­ciw­ni­ka, jednak chło­pak ani drgnął. A kiedy ogrom­na, łu­sko­wa­ta pięść po­szy­bo­wa­ła w jego stro­nę, zro­bił krok do tyłu i unik­nął ciosu. Tak po pro­stu. Nawet nie mru­gnął, gdy po­dmuch po­wie­trza zmierz­wił mu włosy.

Pod­nie­co­ne głosy wi­dow­ni ury­wa­ły się po kolei. Za­miast krzy­czeć, wszy­scy za­czę­li prze­cie­rać oczy ze zdu­mie­nia.

Blon­dyn stał nie­wzru­sze­nie, tuż pod nosem Smoka.

Roz­sier­dzo­ny ol­brzym za­mach­nął się jesz­cze raz. I jesz­cze raz. I jesz­cze! Ale efekt był za­wsze taki sam. Krót­ki, wy­da­wa­ło­by się zro­bio­ny od nie­chce­nia ma­newr spra­wiał, że Smok koń­czył z pu­sty­mi szpo­na­mi. Jakby chło­pak z wy­prze­dze­niem prze­wi­dy­wał każdy jego ruch.

Więc wtedy to nie był fart.

Draak dy­szał cięż­ko, bar­dziej ze zło­ści niż zmę­cze­nia. Na dobrą spra­wę do­pie­ro się roz­grze­wał. Bez ustan­ku za­sy­py­wał prze­ciw­ni­ka la­wi­ną cio­sów, mając na­dzie­ję, że tam­ten po­tknie się wresz­cie w swoim iry­tu­ją­cym tańcu uni­ków.

Nie zo­rien­to­wał się, że zdą­żył do­trzeć na brzeg areny. Bo­le­sny ucisk prę­tów, mię­dzy które we­pchnął łapę, uświa­do­mił mu to aż za do­brze. Roz­złosz­czo­ny, ryk­nął, stra­sząc kilka osób na par­te­rze wi­dow­ni, i za­parł się no­ga­mi, pró­bu­jąc wy­cią­gnąć za­klesz­czo­ną koń­czy­nę. Jed­no­cze­śnie był go­to­wy do obro­ny. Ocze­ki­wał, że chło­pak wła­śnie teraz za­ata­ku­je, nic ta­kie­go się jednak nie wy­da­rzy­ło.

Rzu­ci­ło nim do tyłu, gdy kraty w końcu pu­ści­ły. Ogo­nem po­mógł sobie za­cho­wać rów­no­wa­gę, wzro­kiem wciąż szu­ka­jąc prze­ciw­ni­ka, ale chło­pak znik­nął. Roz­pły­nął się w po­wie­trzu.

Gło­śne bu­cze­nie wi­dow­ni pod­po­wie­dzia­ło Smo­ko­wi, gdzie pa­trzeć. Za­darł głowę i zo­ba­czył blon­dy­na, który zwin­nie wspi­nał się po me­ta­lo­wym ogro­dze­niu.

Syk­nął z iry­ta­cją. Ze­ro­wy po­ziom areny ota­cza­ły mocne, sta­lo­we pręty, ale wyżej była zwy­kła siat­ka. Draak wąt­pił, by mogła wy­trzy­mać jego cię­żar.

Co miał robić? Rzu­cać w chło­pa­ka śmie­cia­mi ci­ska­ny­mi na pole walki przez tłum? Tylko by się zbłaź­nił! Czyż­by o to cho­dzi­ło tam­te­mu? Chciał po­zba­wić Smoka dumy? Zhań­bić?! Nie­do­cze­ka­nie!

Draak na­piął po­tęż­ne barki i za­mru­czał prze­cią­gle. Łuski gęsto spa­da­ły na zie­mię, kości trza­ska­ły, prze­bi­ja­jąc skórę, a ta roz­cią­ga­ła się w mę­kach. Prze­mia­ny nigdy nie na­le­ża­ły do naj­przy­jem­niej­szych. Po­czuł za­pach ście­ka­ją­cej mu po grzbie­cie krwi i wy­krzy­wił wargi w chy­trym gry­ma­sie.

Gdy wiel­kie, bło­nia­ste skrzy­dła ukształ­to­wa­ły się za jego ple­ca­mi, dwoma po­tęż­ny­mi mach­nię­cia­mi wzbił się w po­wie­trze.

– I gdzie…?

Nie do­koń­czył py­ta­nia, tylko wark­nął wście­kle, wi­dząc, jak usta blon­dy­na ukła­da­ją się w zda­nie: „I gdzie teraz chcesz uciec?”.

Le­ciał do góry, kie­ru­jąc się w stro­nę zwi­sa­ją­ce­go na ostat­nim pię­trze wi­dow­ni mło­dzień­ca, a lu­dzie – prze­wi­du­jąc, co zaraz na­stą­pi – ucie­ka­li stam­tąd w po­pło­chu. Był pe­wien, że teraz go do­pad­nie. Wy­szcze­rzo­ny od ucha do ucha, gruch­nął po­tęż­nym ra­mie­niem w prze­ciw­ni­ka, roz­ry­wa­jąc me­ta­lo­wą siat­kę jak pa­pier. Potem po­ru­szył skrzy­dła­mi, by od­fru­nąć nieco do tyłu i oce­nić po­czy­nio­ne szko­dy. Zo­ba­czyć, w jakim sta­nie jest chło­pak.

Po chwi­li zaryczał w nie­do­wie­rze­niu. Mło­de­go nie było, znowu gdzieś znik­nął.

– Na górze! – krzyk­nął ktoś z wi­dow­ni.

Ale było już za późno. Draak po­czuł cię­żar ob­ce­go ciała na ple­cach i zimne mu­śnię­cie stali na szyi. Prze­klę­ty nóż, za­po­mniał już o nim. Blon­dyn od po­cząt­ku walki nawet go nie wy­cią­gnął.

Jucha po­pły­nę­ła wart­kim stru­mie­niem i za­la­ła nagą pierś, pod czasz­ką Smoka za­szu­mia­ło. Na swo­jej uko­cha­nej are­nie był ni­czym w klat­ce, miał za mało miej­sca na po­wietrz­ne ma­new­ry. Nie mógł nawet zrzu­cić prze­ciw­ni­ka.

Za­czął spa­dać. Z hu­kiem ude­rzył o zie­mię, a mio­ta­jąc się, spró­bo­wał chwy­cić chło­pa­ka za nogi. Ale młody już wcze­śniej z niego ze­sko­czył i teraz za­ata­ko­wał.

Ostat­nim, co zo­ba­czył Draak, był błysk srebr­ne­go ostrza.

 

5. KIEDY PA­TRZYSZ NA RYBY, KRÓ­LIK POD­RZY­NA CI GAR­DŁO

 

Bra­ci­szek my­ślał, że może ukryć przed nią wszyst­ko. Że mil­cze­niem prze­sło­ni całą praw­dę. Ale Pi­sces nie była taka głu­pia. Wie­dzia­ła, że szy­ku­je się coś nie­do­bre­go już wtedy, gdy Capri wró­cił ze spo­tka­nia z Lo­ga­nem. Wy­glą­dał na bar­dzo stra­pio­ne­go i po­ca­ło­wał ją! Jakby tego nie pra­gnę­ła, zrozumiała, że coś było nie tak.

Zaczęła śledzić go wie­czo­ra­mi, a on za­wsze szedł w to samo miej­sce. Smo­cza Jama nie po­do­ba­ła się dziew­czy­nie, sie­dzia­ło tam mnó­stwo śmier­dzą­cych al­ko­ho­lem fa­ce­tów, spo­glą­da­ją­cych na nią z tym ohyd­nym bły­skiem w oku, który tak do­brze znała. Są­dzi­li, że sta­no­wi­ła­by łatwą ofia­rę. Na samą myśl od­zy­wa­ła się w niej Hare. Sio­stra całym ser­cem pra­gnę­ła po­ka­zać zbo­kom, jak bar­dzo się mylą.

Tego dnia Capri nie wy­po­wie­dział nawet jed­ne­go słowa i Pi­sces pojęła, że co­kol­wiek złego ma się stać, na­stą­pi to wła­śnie dziś. Dla­te­go zanim ru­szy­ła do Jamy, za­bra­ła ze sobą ulu­bio­ną za­baw­kę.

Nie miała pro­ble­mu, by prze­ci­snąć się na przód tłumu, za to mę­czy­ło ją złe prze­czu­cie. Wi­dzia­ła już kilka po­je­dyn­ków, odbywających się w lo­ka­lu, tym razem jed­nak pod­nie­ce­nie wi­dow­ni było wy­raź­nie wzmo­żo­ne. Lu­dzie cią­gle roz­ma­wia­li o ja­kimś „blon­da­sku”, który ma dzi­siaj wal­czyć i nie wró­ży­li mu dobrze.

Pi­sces za­gry­zła wargi, do­strze­ga­jąc wkra­cza­ją­ce­go na arenę Smoka. Wi­dzia­ła go już pod­czas po­przed­nich wizyt. Mu­tant był wiel­ki! Apa­ry­cją przy­po­mi­nał prze­ro­śnię­tą jasz­czur­kę, do tego darł się jak osza­la­ły, jed­nak coś w tych zło­tych oczach mó­wi­ło dziew­czy­nie, że nie jest aż taki zły, jak sam sie­bie ma­lu­je.

Serce jej za­mar­ło, gdy tylko uj­rza­ła Ca­prie­go. Po­dej­rze­wa­ła, że to on jest dzi­siej­szym prze­ciw­ni­kiem Dra­aka, ale tak na­praw­dę do­pie­ro teraz to do niej do­tar­ło. Pod­sko­czy­ła na dźwięk gongu, a potem wstrzy­my­wa­ła od­dech za każ­dym razem, kiedy brat uni­kał ciosu Smoka. Pi­sces znała jego moż­li­wo­ści, a jed­nak czuła strach. Capri wy­glą­dał tak kru­cho w po­rów­na­niu z nie­mal trzy­me­tro­wym de­for­man­tą.

– Tak! – pi­snę­ła, po tym jak wiel­ka pięść Dra­aka utknę­ła mię­dzy prę­ta­mi.

Jed­nak chwi­lę póź­niej za­czę­ła prze­kli­nać los. To było nie­uczci­we! Pod­czas kiedy Smok szar­pał się z kra­ta­mi, lu­dzie pró­bo­wa­li strą­cić Ca­prie­go z ogro­dze­nia. Pi­sces wi­dzia­ła krew na po­dra­pa­nych pal­cach chło­pa­ka i ze zło­ści ude­rzy­ła nie­ma­ją­ce­go z tym nic wspól­ne­go męż­czy­znę, który aku­rat stał obok niej. Mu­tant za­czął coś wrzesz­czeć, ale wy­star­czy­ło jedno zimne spoj­rze­nie Hare, by się za­mknął.

Ol­brzym uwol­nił rękę, a Capri moż­li­wie wy­so­ko za­wisł na siat­ce. I wtedy stało się coś po­twor­ne­go. Smok za­czął roz­wi­jać skrzy­dła.

– Ucie­kaj, Capri! – krzyk­nę­ła Pi­sces pa­nicz­nie.

Ale on nie sły­szał, w sku­pie­niu ob­ser­wu­jąc prze­kształ­ca­ją­ce­go się ol­brzy­ma. To uspo­ko­iło dziew­czy­nę. Tro­chę.

Za­sło­ni­ła usta i prze­sta­ła od­dy­chać, z trwo­gą pa­trząc, jak be­stia szar­żu­je na brata. I pra­wie osza­la­ła ze szczę­ścia, kiedy w ostat­niej chwi­li Capri sko­czył do góry i uchwy­ciw­szy się me­ta­lo­we­go za­cze­pu, za­wisł pod su­fi­tem.

Obie­ca­ła sobie, że za­bi­je tego, który wy­krzy­ki­wał pod­po­wie­dzi dla Smoka, choć te przy­nio­sły sku­tek od­wrot­ny od za­mie­rzo­ne­go. Draak spoj­rzał do góry, w ide­al­nym mo­men­cie od­sła­nia­jąc gar­dło. Capri opadł mu na plecy, przy­trzy­mał brodę i gład­kim ru­chem prze­ciął tęt­ni­cę szyj­ną. Krew chlu­snę­ła z rany, a tłum za­sko­wy­tał, jakby do­świad­czał bólu razem ze swym czem­pio­nem. Tylko Pi­sces nie mogła po­wstrzy­mać ra­do­ści.

– Dobij go, bra­cisz­ku! Dobij!

Smok po­wo­li le­ciał w dół i znaj­do­wa­li się jesz­cze w po­wie­trzu, kiedy Capri zwin­nie ze­sko­czył na zie­mię. Srebr­ne ostrze prze­je­cha­ło po żół­tych śle­piach, a ryk po­ko­na­nej be­stii wstrzą­snął areną. Draak za­krył twarz ra­mie­niem; od­czoł­gu­jąc się do tyłu, zo­sta­wiał za sobą ścież­kę z czer­wo­nych smug.

Lu­dzie krzy­cze­li. Nagle Pi­sces zo­rien­to­wa­ła się, że po­wo­dem nie jest tylko prze­gra­na Smoka. Nor­ma­le w mun­du­rach Stra­ży We­wnętrz­nej wtar­gnę­li do lo­ka­lu, za­ku­wa­jąc ko­lej­ne osoby z tłumu. Nie­trud­no jed­nak było za­uwa­żyć, że głów­ne z sił po­rząd­ko­wych zmie­rza­ją w stro­nę areny.

Go­ście Jamy ucie­ka­li, ile sił w no­gach. Ciżba po­rwa­ła dziew­czy­nę ze sobą, głu­cha na jej wście­kłe pro­te­sty. Pi­sces zdo­ła­ła wy­do­stać się ze ści­sku do­pie­ro po tym, jak stru­mień ludzi za­niósł ją do tyl­ne­go wyj­ścia. Wie­dzia­ła, że nie ma sensu wra­cać do bu­dyn­ku. Mu­sia­ła go okrą­żyć.

Bie­gła, roz­chla­pu­jąc brud­ne ka­łu­że, i wrzesz­cza­ła:

– Capri! Capri!

Nagle po­my­śla­ła, że w ten spo­sób może ścią­gnąć sobie straż­ni­ków na kark. Za późno. Dwóch za­stą­pi­ło jej drogę i Hare mu­sia­ła się nimi zająć.

Przez te ścier­wa stra­ci­ły strasz­nie dużo czasu.

Kiedy do­tar­ła przed Jamę, stały tam fur­go­net­ki z sym­bo­la­mi bia­łe­go koła wy­ma­lo­wa­ny­mi po bo­kach. Istna chma­ra iden­tycz­nych po­jaz­dów, oprócz jed­ne­go – opan­ce­rzo­nego jak na wojnę, zaparkowanego nie­da­le­ko fron­to­we­go wyj­ścia z lo­ka­lu.

Pi­sces zro­zu­mia­ła, że się spóź­ni­ła. Blond czu­pry­na tylko mi­gnę­ła jej w za­się­gu wzro­ku, gdy jeden ze strażników wci­skał Ca­prie­go na tył uzbro­jo­nej fur­go­net­ki. Część sa­mo­cho­dów już od­jeż­dża­ła – wszyst­kie zmie­rza­ły w tę samą stro­nę. A jed­nak, gdy opan­ce­rzo­ny wóz ru­szył, jako je­dy­ny skie­ro­wał się zu­peł­nie gdzie in­dziej.

Pisces na chwi­lę spa­ni­ko­wa­ła. Zabić ich wszyst­kich, szepnęła Hare. Ale co to da? Nie. Mu­sia­ły do­wie­dzieć się, dokąd za­bra­li bra­cisz­ka. Mu­sia­ły zna­leźć kogoś, kto…

Dziewczyna nagle utkwi­ła spoj­rze­nie w zna­jo­mej twa­rzy. Mimo opa­le­ni­zny i tego głu­pie­go prze­bra­nia, od razu roz­po­zna­ła Lo­ga­na. Roz­ma­wiał z ja­kimś straż­ni­kiem; obok stała luk­su­so­wa fura ze zna­kiem czy­stych.

 Pi­sces nie miała pro­ble­mu, by prze­kraść się do po­jaz­du. Mu­sia­ła tylko po­wstrzy­mać par­sk­nię­cie śmie­chu, gdy od­kry­ła, że zamki są od­bez­pie­czo­ne, i czym prę­dzej wśli­zgnę­ła się do ba­gaż­ni­ka.

 

***

 

Zdła­wi­ła łzy, które na­pły­wa­ły jej do oczu na samą myśl o tym miej­scu. Znała je. Już kie­dyś była tutaj, pew­nej okrop­nej nocy, którą spę­dzi­ła z Lo­ga­nem. Dla­te­go bez pro­ble­mu od­naj­dy­wa­ła drogę w roz­le­głej re­zy­den­cji.

Teraz po­szła do ła­zien­ki, by zmyć krew ochro­nia­rzy z rąk, brody i ust. Ina­czej czy­sty mógł­by za­cząć ucie­kać na jej widok, a tego nie chcia­ła.

Za­nu­rzy­ła głowę pod zim­nym stru­mie­niem i zer­k­nę­ła ukrad­kiem w lu­stro. Wy­pro­sto­wa­na ni­czym stru­na Hare pa­trzy­ła na nią wy­cze­ku­ją­co. Uśmie­cha­ła się. Kro­ple spły­wa­ły po czar­nych jak ot­chłań wło­sach i bla­dym czole, wpa­da­ły do ciem­nych oczu.

– Już, już – mruk­nę­ła Pi­sces i wy­tar­ła twarz.

Potem za­czerp­nę­ła głęb­sze­go od­de­chu i ru­szy­ła do ga­bi­ne­tu Lo­ga­na. Czysty mu­siał nie wy­cho­dzić z po­ko­ju, dzię­ki czemu nie za­uwa­żył tru­pów le­żą­cych pod drzwia­mi.

Gdyby to zro­bił, nie­chyb­nie usły­sza­ła­by jego krzyk.

 

***

 

Wsu­nę­ła się ostroż­nie do środ­ka. Zamek trza­snął ci­chut­ko, gdy sta­nę­ła z za­ło­żo­ny­mi rę­ko­ma przed biur­kiem czy­ste­go.

– Czego? – wark­nął męż­czy­zna. Sie­dział w fo­te­lu ob­ro­to­wym, od­wró­co­ny ple­ca­mi do wej­ścia, z bez­prze­wo­do­wą słu­chaw­ką przy uchu. – Roz­ma­wiam!

– Kopę lat, Logan.

Męż­czy­zna ob­ró­cił się gwał­tow­nie i zmie­nio­nym gło­sem po­wie­dział:

– Prze­pra­szam, panie ko­mi­sa­rzu. Od­dzwo­nię póź­niej. – Ze­rwał urzą­dze­nie z głowy i rzu­cił na blat. Potem wy­szcze­rzył się fał­szy­wie i spy­tał: – Pi­sces, sło­dziut­ka, co cię tu spro­wa­dza?

Dziew­czy­na za­ci­snę­ła moc­niej pię­ści, a sta­lo­we pa­zur­ki wbiły się bo­le­śnie we wnę­trza drob­nych dłoni.

– Co zro­bi­łeś z Ca­prim?

– Mła? – Za­mru­gał fi­glar­nie. – Nie ro­zu­miem, o co ci cho­dzi, słod­ka.

Logan niby od nie­chce­nia prze­je­chał dło­nią po brze­gu biur­ka i na­ci­snął coś. Wyraz za­sko­cze­nia na jego ob­li­czu po­wie­dział dziew­czy­nie, co kryło się pod blatem.

– Jeśli są­dzisz – pod­ję­ła Pi­sces – że twoi lu­dzie zaraz przybie­gną ci na pomoc, to się grubo my­lisz. Za­bi­łam ich.

Oczy Lo­ga­na roz­sze­rzy­ły się ze zdu­mie­nia.

– Wszyst­kich?

Wi­dzia­ła, że czy­sty za­czy­na po­wo­li do­strze­gać ślady rzezi na jej ubra­niu. Czer­wo­ne kro­ple, któ­rych nie zdo­ła­ła zmyć; za­dra­pa­nia, które po­zo­sta­wi­ły na niej pa­znok­cie ko­na­ją­cych ofiar. Po­trzą­snę­ła głową.

– Ko­niec ga­da­nia. Gdzie jest Capri?

Logan wstał z fo­te­la i wy­pro­sto­wał się dum­nie.

– W dro­dze do ośrod­ka ba­daw­cze­go. Wi­dzisz, twój oj­czu­lek po­zwa­la nam, Nie­ska­la­nym, wy­po­ży­czać efek­ty swo­jej pracy, ale nigdy nie dzie­li się se­kre­ta­mi. – Męż­czy­zna cmok­nął z nie­za­do­wo­le­niem. – Tak być nie może, za kogo on się uważa? Jego sekrety powinny należeć do nas. A Capri już należy.

– Co za­mier­zacie mu zro­bić?

Czy­sty zmarsz­czył brwi i po­pa­trzył na nią jak na skoń­czo­ną idiot­kę.

– Po­kro­imy jego móż­dżek w pla­ster­ki, co in­ne­go? 

Dziew­czy­na roz­ło­ży­ła ręce na boki i sprę­ży­ła mię­śnie do skoku, ale on tylko fuk­nął po­gar­dli­wie, nie dając się spe­szyć.

– Nawet o tym nie myśl, suko. Jeden te­le­fon i mogę ura­to­wać two­je­go chłop­ta­sia.

Pi­sces opu­ści­ła ra­mio­na, utkwiw­szy rap­tem puste spoj­rze­nie w męż­czyź­nie. Mu­siał wziąć to za ozna­kę ka­pi­tu­la­cji, bo wy­szcze­rzył się zło­śli­wie i dodał:

– Mar­twy tego nie zro­bię, praw­da?

– Tu się my­lisz, Logan – po­wie­dzia­ła bez cie­nia emo­cji. – Za­po­mnia­łeś, że kiedy pa­trzysz na ryby…

Po­stać dziew­czy­ny za­mi­go­ta­ła i zni­kła.

– …kró­lik pod­rzy­na ci gar­dło – wy­szep­ta­ła czy­ste­mu do ucha.

Jego wła­snym gło­sem.

 

***

 

Kró­li­ca Hare po­dzi­wia­ła trzy równe, czer­wo­ne pręgi zna­czą­ce wy­krę­co­ną szyję męż­czy­zny i ob­li­zy­wa­ła spla­mio­ne pa­zu­ry.

Krew była pysz­na, lep­sza od soku z mar­chwi. Cie­ka­we, jak sma­ko­wa­ło­by serce? Gdyby tylko miała czas, żeby spraw­dzić…

Zgar­nę­ła z biur­ka ze­staw słu­chaw­ko­wy, za­dzwo­ni­ła pod ostat­ni wy­bie­ra­ny numer i od­chrząk­nę­ła.

– Panie ko­mi­sa­rzu!

 

rys. Daria Lebida

 

6. KO­ZIO­RO­ŻEC I SMOK

 

Logan od po­cząt­ku po­gry­wał sobie z nim, a on, głupi, sku­pił całą uwagę na walce z Dra­akiem. I ni­cze­go nie za­uwa­żył.

Pew­nie zdo­łał­by uciec z areny, gdyby nie Smok. Ośle­pio­ny, jak­kol­wiek gojąc się w za­stra­sza­ją­cym tem­pie i ry­cząc wście­kle, wciąż pró­bo­wał wy­grać. Nie zwa­ża­jąc na ota­cza­ją­cych go straż­ni­ków, ude­rzał ogo­nem w stro­nę prze­ciw­ni­ka. Może stra­cił wzrok, ale nie węch, o czym Capri do­brze wie­dział. Tyle że chłopak nie uwzględ­nił w ob­li­cze­niach szwa­dro­nu We­wnętrz­nych, ro­bią­cego nalot na Jamę. A to ge­ne­ral­nie spra­wę dosyć mocno kom­pli­ko­wa­ło.

Tak, ostat­nie dwa ty­go­dnie były jed­nym wiel­kim pa­smem po­my­łek. Teraz pła­cił za po­peł­nio­ne błędy, zamknięty jak szczur w tej klat­ce na ko­łach, ze wzrokiem wlepionym w przy­gar­bio­ne­go Dra­aka.

Nad­garst­ki oraz kost­ki ol­brzy­ma krę­po­wa­ły cięż­kie kaj­da­ny, głowę owi­ja­ła prze­siąk­nię­ta krwią opa­ska, jed­nak rana na szyi zdą­ży­ła się za­skle­pić. Może nie „bły­ska­wicz­nie”, ale zde­cy­do­wa­nie szyb­ciej niż w przy­pad­ku zwy­kłych ludzi, któ­rzy zresz­tą takie cię­cie przy­pła­ci­li­by życiem. I zde­cy­do­wa­nie szyb­ciej, niż osza­co­wał to Capri.

– To było dobre, chłop­cze – wy­chry­piał nie­spo­dzie­wa­nie mutant i ra­mie­niem spró­bo­wał zsu­nąć ma­te­riał z oczu. – Nie pa­mię­tam, kiedy ostat­ni raz sto­czy­łem taki po­je­dy­nek.

– Miło mi to sły­szeć – wy­szep­tał Capri. Ode­zwał się, choć za nic nie miał ocho­ty; przy­naj­mniej tyle był wi­nien Smo­ko­wi.

– Nie kłam. – Tam­ten wresz­cie zdjął prze­pa­skę i mru­gnął do niego ozdro­wia­łym okiem, dru­gie skry­wa­jąc pod grubą po­wie­ką. – Wi­dzia­łem, że walka nie spra­wia ci przy­jem­no­ści.

– Nie. Nie spra­wia…

– Ale lu­bisz za­glą­dać innym do głów, co?

Chło­pak zmarsz­czył brwi w kon­ster­na­cji, zaraz jed­nak roześmiał się cicho.

– To nie tak. Ja prze­wi­dzia­łem twoje ruchy.

– Nie pier­dol! – Smok za­brzę­czał gru­bym łań­cu­chem. – Jak?

– Sam do końca nie wiem. – Capri wbił wzrok w pod­ło­gę fur­go­net­ki. – Dla mnie to rów­nie na­tu­ral­ne, co od­dy­cha­nie. Zbie­ram dane i roz­po­czy­nam kal­ku­la­cje, oglą­dam różne wer­sje wy­da­rzeń, po czym wy­bie­ram naj­lep­szą moż­li­wą.

– I to tak od uro­dze­nia?

Po­tak­nął.

– Na po­cząt­ku, oczy­wi­ście, byłem w tym słab­szy, ale z cza­sem się wy­ro­bi­łem. Oj­ciec wie­dział już, że nie można na mnie na­ci­skać. Stał się ostroż­niej­szy po nie­uda­nej pró­bie z moim… – za­jąk­nął się i wes­tchnął. – Z moim pro­to­ty­pem.

Draak przy­glą­dał mu się bez wiary, jed­nak gdy otwo­rzył usta, w jego gło­sie próż­no było szu­kać kpiny. Tylko za­cie­ka­wie­nie.

– Czyli co? Twój oj­ciec jest ja­kimś pie­przo­nym sza­lo­nym na­ukow­cem?

Capri nie mu­siał uda­wać roz­ba­wie­nia.

– Mniej wię­cej tak. Na po­cząt­ku nie było ko­lo­ro­wo, ale z cza­sem zdo­był re­no­mę i jego pro­jekt osią­gnął suk­ces.

– Jaki pro­jekt?

– My wszy­scy. Ja, moi bra­cia i sio­stry. Pro­jekt Zo­diak.

– Dla­te­go masz takie durne imię! – Smok par­sk­nął drwią­co. – Bo zga­du­ję, że Capri jest skró­tem od Ca­pri­cor­na, co?

Chło­pak po­de­rwał głowę. Może to dziw­ne, ale nigdy nie przed­sta­wił się Dra­ako­wi.

– Skąd wiesz?

– Do­my­śli­łem się pod­czas walki. Okrzy­ki tej two­jej sio­stry cią­gle wdzie­ra­ły mi się pod ko­pu­łę. Zwa­rio­wać było można.

Pi­sces! Był taki głupi. Taki głupi! Chwy­cił się za skro­nie i przy­mknął oczy. Jego to­wa­rzysz umilkł, wi­dząc, że nie­chcą­cy po­ru­szył nie­wła­ści­wą stru­nę w umyśle chłopaka. Nie wy­trzy­mał jednak długo.

– Jak my­ślisz, dokąd nas za­bie­ra­ją? Za­ło­żę się, że nie do aresz­tu, już dawno byśmy wy­sia­da­li.

– Nie wiem dokąd – wy­szep­tał Capri – ale wiem po co. Logan pra­gnie po­znać se­kret two­jej re­ge­ne­ra­cji. A ze mną… Ze mną spra­wa jest bar­dziej skom­pli­ko­wa­na. – Wes­tchnął gorz­ko. – Logan jest idio­tą, ale idio­tą z za­so­ba­mi, a tacy są naj­gor­si. Nie chciał ofi­cjal­nie za­dzie­rać z moim ojcem, więc wy­ko­rzy­stał kon­tak­ty w Stra­ży, by zgar­nąć jeden z jego two­rów dla sie­bie. I teraz spró­bu­je zaj­rzeć mi pod czasz­kę. Pew­nie ubz­du­rał sobie, że jakoś przej­mie mój dar, bo wąt­pię, by do­wie­dział się, że oj­ciec już dawno od­krył, jak za­trzy­mać pro­ces sta­rze­nia się ko­mó­rek. Zresz­tą to nie jest moż­li­we na „eta­pie czło­wie­ka”, nawet Nie­ska­la­ne­go – pod­kre­ślił sar­do­nicz­nie. – W Boga trze­ba bawić się wcze­śniej, przed po­wsta­niem życia.

Smok zmarsz­czył czoło i zmru­żył zdro­we oko.

– To ile ty masz lat, chłop­cze?

– Och, ja je­stem naj­młod­szy w ro­dzi­nie.

– Ile? – nie od­pu­ścił.

Capri po­czuł się za­wsty­dzo­ny.

– W paź­dzier­ni­ku skoń­czy­łem sie­dem­na­ście – wy­mru­czał.

Draak wy­buch­nął gło­śnym re­cho­tem. Ude­rzał skrę­po­wa­ny­mi dłoń­mi o uda, brzę­cząc łań­cu­cha­mi i trzę­sąc się tak mocno, że łzy za­czę­ły mu ście­kać po po­licz­kach.

– W paź­dzier­ni­ku?! To ty nawet nie je­steś spod Ko­zio­roż­ca!

 

***

 

Smok dał mu tro­chę czasu na prze­pro­wa­dze­nie kal­ku­la­cji. Trze­ba było przy­znać, że nie prze­szka­dzał, a nawet od­dy­chał jakoś tak ci­szej.

Capri li­czył. Oglą­dał wy­ni­ki. Pod­mie­niał dane. Tyle opcji, tyle ewen­tu­al­nych przy­szło­ści. Głowa za­czy­na­ła mu pękać.

– Za dużo nie­wia­do­mych – wy­pluł z iry­ta­cją. – Nie po­tra­fię…

– Spo­koj­nie, chłop­cze. – Draak uśmiech­nął się po­krze­pia­ją­co. – Wszyst­kie te lata, które dane mi było prze­żyć, na pewno na­uczy­ły mnie jed­nej rze­czy. – Sap­nął cięż­ko. – Nie można wie­dzieć wszyst­kie­go.

Ta pro­sta praw­da ude­rzy­ła Ca­prie­go ni­czym mocny cios w szczę­kę. Nagle za­chcia­ło mu się wrzesz­czeć.

– Wła­śnie. – Smok od­chrząk­nął. – Tak mnie to w sumie drę­czy… Skąd wie­dzia­łeś o skrzy­dłach?

Chłopak prze­łknął gulę zło­ści na­ra­sta­ją­cą w gar­dle i od­po­wie­dział cicho:

– Po pię­ciu dniach byłem już pe­wien, że się re­ge­ne­ru­jesz. A jed­nak te zgru­bie­nia na ple­cach… wy­glą­da­ły, jakby cze­goś bra­ko­wa­ło. Ale to nie mia­ło­by sensu, skoro ucię­ta dwa­dzie­ścia lat temu ręka od­ro­sła ci w parę dni. – Zro­bił krót­ką pauzę. – Wtedy od­na­la­złem ko­lej­ne za­pi­ski, wy­da­wa­ło­by się, o tym samym mu­tan­cie, tym razem jed­nak latał. Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, ko­niec koń­ców, za­ry­zy­ko­wa­łem. Po­sze­dłem za prze­czu­ciem.

Draak wy­krzy­wił się dra­pież­nie.

– W takim razie to samo zro­bi­my teraz. Niech tylko…

Capri za­prze­czył ener­gicz­nie.

– Logan może mieć Pi­sces. Tym razem nie będę ry­zy­ko­wał.

– No to dupa, chłop­cze. Dupa blada.

Od tego momentu roz­mo­wa prze­sta­ła się kleić. Obaj w jakiś spo­sób przeczu­wa­li, że ich wspól­na prze­jażdż­ka nie­dłu­go do­bie­gnie końca. Fur­go­net­ka parę minut później sta­nę­ła, a drzwi otwo­rzy­ły się sze­ro­ko. I wtedy stało się coś, czego Capri nie wi­dział w żad­nej z sy­mu­la­cji. Grupa uzbro­jo­nych po zęby straż­ni­ków prze­pu­ści­ła mię­dzy sobą ele­ganc­ko ubra­ne­go męż­czy­znę, a ten zdjął słu­chaw­kę z głowy, podał ją chło­pa­ko­wi i, jak gdyby nigdy nic, oznaj­mił:

– Te­le­fon do pana.

Capri chwy­cił urzą­dze­nie i ostroż­nie przy­sta­wił do ucha. Potem z oszo­ło­mie­niem wy­słu­chał prze­pro­sin ko­mi­sa­rza Stra­ży i tyle  – zdję­to Dra­ako­wi kaj­da­ny, wy­gło­szo­no ko­lej­ne słowa skru­chy, na koniec pusz­czo­no ich wolno, pro­po­nu­jąc rów­nież trans­port po­wrot­ny. Jako że za nic nie da­li­by się wci­snąć z po­wro­tem do fur­go­net­ki, podziękowali uprzejmie i nie minął kwadrans, a zo­sta­li sami w ciem­no­ściach.

– Wiesz, jak stąd wró­cić do cen­trum? – spy­tał Capri.

– Ni chu chu, chłop­cze. Ale pa­mię­taj…

 

***

 

Dzwo­nek za­brzę­czał we­so­ło, gdy drzwi ka­wiar­ni otwo­rzy­ły się przed chło­pa­kiem. To było takie sta­ro­mod­ne, nawet miało swój urok.

– Prze­pra­szam, że pana budzę.

Bez­dom­ny drgnął ner­wo­wo i zwró­cił na niego spoj­rze­nie nie­przy­tom­nych oczu.

– Widzi pan, je­stem le­ka­rzem – wy­tłu­ma­czył Ca­pri­corn. – I za­uwa­ży­łem…

Dodaj szpi­tal. Nie cofaj. W końcu nie mo­żesz wie­dzieć wszyst­kie­go.

Koniec

Komentarze

Nie dość że czytałam, to nawet betowałam, a na dodatek podobało mi się.

I bardzo się cieszę z Twojej publikacji. Natomiast ilustracja byłaby fajna, gdyby nie te oczy jak z japońskiego filmu animowanego.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Również czytałem i również podobało mi się ;)

Betować nie miałem co prawda okazji, ale recenzję wyczerpującą już napisałem!

Polecam każdemu – czytać bo zacne :)

 

A ta ilustracji ma taka być beeemik, nie tylko oczy, ale i włosy Capriego z anime :D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nie lubię anime. Dlatego mi się nie bardzo podoba.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Mi się podoba Pisces na tej ilustracji, Capri zdecydowanie mniej (nie łapię tych kółek wokół dłoni), ale to po prostu miłe mieć rysunek do swojego tekstu, więc wrzuciłam.

Bemik, Primagenie – dzięki wielkie, że zajrzeliście :)

Tylko nie "Tęcza"!

To jego moce są!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Tja, mózg mu rękoma wycieka :P

Tylko nie "Tęcza"!

Tak na poważnie: mnie się skojarzyła umiejętność Capriego z kostką Rubika – przekłada kostki, zmienia układy. Może autorka ilustracji też miała podobne skojarzenia? 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A ja mam, a ja mam ten numer smokopolitana w papiórze, w dodatku z własnoręcznym (i pierwszym jaki złożyła ever, więc absolutnie bezcennym) autografem autorki.

Ale…

Niechaj będę potępiony! –

nie zajrzałem na te strony!

 

Na szczęście, jak znam Tenszę, to dorobi się nominacji i będzie mi mus wreszcie przeczytać powyższe dzieło i skończy się wykręcanie innymi obowiązkami.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

bemik – może, tak tylko zastrzegam, że nie autoryzowałam tych kółek :P

Cieniu – no nie wiem, czy się dorobię, jeśli w sumie nikt tego nie przeczyta xD

Tylko nie "Tęcza"!

W takim wypadku kopnij mnie w dupę pod koniec miesiąca, a przeczytam na pewno. Oczywiście o tyle, o ile człowiek może być pewien w swoim życiu czegokolwiek. A potem – zobaczymy.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Trzymam cię za du… słowo ;P

Tylko nie "Tęcza"!

Fajny świat wykreowałaś Tenszo, mam nadzieję, że do niego powrócisz w kolejnych tekstach. Wyposażyłaś Capriego i Pisces w ciekawe moce (młodzieńcza fascynacja X-menami trwa) ich relacje mogłyby zostać pogłębione :)

Czytało się jednym tchem, opisy walk w porządku, humorystyczne wkręty dodały opowiadaniu dodatkowego blasku.

Postać Smoka kojarzyła mi się z tą pokazaną w Polskich Legendach przez Tomka Bagińskiego. Tekst powstał pewnie dużo wcześniej niż filmik więc po prostu postać mi się zwizualizowała :)

Bardzo dobry tekst, gratuluję publikacji i czekam na kolejne równie dobre opowiadanie Twojego autorstwa :)

O, ktoś wreszcie przeczytał :D Dzięki piękne, belhaju, za odwiedziny! Planuję jeszcze pisać o Zodiakach, mam nawet pomysł na książkę, ale tak pokręcony, że obecnie nie posiadam chyba wystarczających umiejętności, by ten pomysł zrealizować.

Tylko nie "Tęcza"!

Pokręcone pomysły są najlepsze :)

Świat który wymyśliłaś pozwala na wiele różnorakich, ciekawych rozwiązań.

Po zastanowieniu nominowałem też do piórka :)

Tekst wart tego, żeby więcej osób go poznało.

Ja sobie przeczytałem i jestem zadowolony z lektury. Bardzo dobre opowiadanie! Świetnie się czytało!

F.S

belhaju – teraz to dopiero poprawiłeś mi humor :) Dziękuję! A ciekawe rozwiązania same pchają się do głowy, problem tylko z wykonaniem, które nie zdradzi zakończenia, nie wyjdzie sztuczne, dziecinne, głupie, no i z zebraniem się do kupy, by napisać coś dłuższego.

Foloinie – dziękuję! :)

Tylko nie "Tęcza"!

Sam mam podobnie. Pomysły są, układają się w głowie. Tylko brak czasu na realizację :)

No, ale małymi kroczkami się w końcu uda :)

Czytałam kawał czasu temu, wbiło się w pamięć i z przyjemnością przeczytałam po raz kolejny. Lubię świat Zodiaków i czekam na kolejne opowiadanie z uniwersum. Raz jeszcze gratuluję publikacji w Smokopolitanie.

Klep.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dziękuję ślicznie, Alex :) Tyś największa pogromczyni medycznych baboli.

Tylko nie "Tęcza"!

Byłem, czytałem, pastwiłem się… :-)

 

Podoba mi się umiejętne zbudowanie postaci, rozegranie wielokrotnie przetrawionego motywu mutacji/supermocy w sposób nie budzący znużenia i przede wszystkim – finał. Finał stawia przygodowy w gruncie rzeczy tekst w nieco innym, moim zdaniem ciekawym, świetle – dzięki niemu "Koziorożec…" ucieka z szufladki.

Aż chciałoby się trochę bardziej w tą stronę, zobaczyć co jeszcze włazi pod skórę tytułowemu bohaterowi…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dziękuję, Rybko :) Przyznam, że z finału jestem w tym tekście najbardziej zadowolona. Chcę podobny myk, tyle że na większą skalę, zrobić w książce, ale jak sobie to układam w głowie to mi się zwoje skręcają i przegrzewają. Nie ma to jak wpaść na pomysł, którego samemu nie umie się ogarnąć :P

Tylko nie "Tęcza"!

Przeczytałam. Niestety tekst rozłożyłam sobie na raty, bo i czasu nie mam tyle, choć chciałoby się wszystko móc czytać na raz. Postacie wyszły bardzo ciekawie. Interesująco przedstawiony Copricon, Pisces i Draak. Pozostali tworzą ładne tło, które jak okazuje się na sam koniec, wcale nie musi nim być. Zgadzam się z Rybą, że aż chciałoby się historię dalej pociągnąć i dowiedzieć się, co stanie się z głównym bohaterem. Ta przemiana mogłaby być interesująca.

Co do samego pomysłu, walka wydaje się być dosyć prosta i z góry wiadomo, jak się skończy, choć nie przeszkadza to zupełnie, gdyż świat przedstawiony jest na tyle ciekawy, że mimo prostego pomysłu i w sumie jakiejś przewidywalności opowiadanie czyta się z przyjemnością. :)

Oczywiście gratuluje też publikacji. W pełni zasłużona.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Morgiano, dziękuję ci bardzo za odwiedziny, mimo że czas nie z gumy, a tobie go wyraźnie brakuje :) Jeśli tę książkę kiedyś wreszcie napiszę, ten tekst i jeszcze jeden bedą takim niby prologiem.

I dzięki podwójne za nominację!

Publikacja publikacją, ale odzew z NF to rzecz wyjątkowa ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Zer wstydem przyznaję, że wydrukowałam ze Smokopolitana, ale do tej pory nie przeczytałam. Dopiero dziś tutaj mi się ta sztuka udała.

Umiejętności Capri przypominały mi nieco Złotoskórego Dicka, do tego pozwoliły przewidzieć wynik walki. Jednak pięknie wszystko wykręciłaś niespodziewaną akcją. I bardzo spodobały mi się słowa Smoka, że nie można wiedzieć wszystkiego. Wprowadzają odrobinę niewiadomej normalności do tego niby w pełni przewidywalnego świata Capri. I zakończenie, to z bezdomnym, rewelacyjne. 

 

Co do obrazka – wolę się nie wypowiadać :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Czytałam, komentowałam nawet. Nie do końca pasowała mi kreacja świata, ale całość rozegrana nieźle, trzyma w napięciu i nie nuży :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

śniąca – dziękuję :) tylko udowadniasz, że publikacja tutaj i tak jest niezastąpiona. A sama staram się doceniać prace grafików i czasami po prostu zaciskam zęby.

Mirabell – w sumie się zastanawiam, czy świata trochę nie zmienić. Czytałam ostatnio 90k tekstu, który napisałam jakieś 1,5 roku temu i miał mi robić za początek książki, ale po odleżeniu jedyne na co nie miałam ochoty kląć to postaci. Tylko, kurcze, trudniejsze teksty trudniej się pisze… No, kto by pomyślał? ;)

 

A zbiorczo dziękuję za punkty do biblioteki. Może się jakoś tekst powolutku doczłapie :D

Tylko nie "Tęcza"!

Przykro mi, że nie mogę powtórzyć za większością komentujących przede mną, że czytałam opowiadanie wcześniej i że mi się podobało, bo przeczytałam je dopiero teraz, ale mogę powiedzieć, że choć z opóźnieniem to i dla mnie lektura była dużą przyjemnością. ;-)

Opisy walk – tak scen batalistycznych, jak i pojedynków, nigdy nie należały do moich ulubionych, dlatego jestem nieco zdumiona, bo jakkolwiek w tym opowiadaniu zajmują sporo miejsca, pochłonęłam je bezboleśnie, wręcz z pewnym zafascynowaniem, albowiem opowiedziałaś wszystko niezwykle malowniczo, a choć nie szczędziłaś szczegółów, opisy nie przytłaczają.

Bardzo interesujący są bohaterowie opowiadania, a ich osobliwe umiejętności i wzajemne relacje mocno zaciekawiają i budzą pragnienie poznania dalszego ciągu.

Koziorożec i Smok to jedno z tych opowiadań, w których widok kropki po ostatnim zdaniu sprawia prawdziwą przykrość.

Tekst człapał, człapał i doczłapał! ;-D

 

Ca­pri­corn był szczu­pły, miał chło­pię­ce, po­zba­wio­ne za­ro­stu rysy twa­rzy oraz się­ga­ją­ce za uszy blond włosy. – To rysy twarzy mogą mieć zarost?

Mam wrażenie, że włosy sięgały poniżej uszu. Za uszy można włosy odgarnąć.

 

Za­pa­trzył się w po­wierzch­nię nie­do­pi­tej her­ba­ty i za­czął ob­ra­cać jedno z cia­stek w pal­cach. – Czy w palcach miał ciastka i właśnie jedno z nich zaczął obracać?

Może: Za­pa­trzył się w po­wierzch­nię nie­do­pi­tej her­ba­ty i za­czął ob­ra­cać w palcach jedno z cia­stek.

 

Do tego ubrał się ina­czej: w skó­rza­ną kurt­kę, roz­pię­tą pod szyją ko­szu­lę oraz je­an­sy. – …koszulę oraz dżin­sy.

Stosujemy pisownię spolszczoną.

 

Póź­niej chwy­cił się za roz­ora­ną nogę i już nie pod­no­sił. – Czy to na pewno ostateczne brzmienie zdania?

 

Draak nie zdą­żył wy­koń­czyć War­ko­czy­ka, po­nie­waż ko­ci­ca pró­bo­wa­ła wy­dra­pać mu oczy. – Dlaczego kocica próbowała wydrapać oczy Warkoczykowi?

 

– Jeśli są­dzisz – pod­ję­ła Pi­sces – że twoi lu­dzie zaraz zbie­gną ci na pomoc… – Pewnie miało być: …że twoi lu­dzie zaraz zbie­gną się na pomoc… Lub: – …że twoi lu­dzie zaraz przybie­gną ci na pomoc

 

ze wzro­kiem wle­pio­nym w w przy­gar­bio­ne­go Dra­aka. – Dwa grzybki w barszczyku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tenszo, ja chyba nie czytałem, nie? Przeczytam, kiedyś, jak się wygrzebię z dyżurów.

reg – trzy korekty, ośmiu beta-czytaczy, a ty i tak coś znajdziesz :D Magia! A za ostatni punkcik bardzo dziękuję. Poprawki wprowadzę z samego rana, bo obecnie jestem w takim stanie umysłowego roztopienia, że przy okazji mogę dorzucić parę błędów :P

zygfrydzie – tak, tego nie czytałeś. Chyba jedyny tekst z wielu, którego nie betowałeś. Powodzenia w wygrzebywaniu się :)

Tylko nie "Tęcza"!

Magia, powiadasz… Hm, chciałabym!

Cokolwiek to jest, bardzo się ciesze, że mogłam pomóc. ;-D

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To znaczy dwa “w” mi na pewno dorzuciła korekta, bo osiem bet plus autor chyba nie przegapiłoby takiego czegoś ;) Z tym podnoszeniem też mi coś chyba namieszali. Ale reszta jest na mnie.

Tylko nie "Tęcza"!

A może to pozostałości po przeredagowaniu zdań?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Po przeredagowania zdań była jeszcze korekta, w której już nie brałam udziału ;) Pewnie na śledzeniu zmian coś umknęło, czasami przy tych wszystkich kolorach i przekreśleniach wzrok płata figle.

Tak czy inaczej poprawki wprowadzone, jeszcze raz dzięki!

Tylko nie "Tęcza"!

Bardzo ciekawy świat. Zainteresowało mnie, jakie cudowne właściwości ma reszta Zodiaku. Dlaczego projektant tak usłużnie wypożycza własne twory? Kasa to nie wszystko… Taaaak, uniwersum faktycznie ma potencjał na całą powieść.

Miałam jak Reg – nie lubię opisów walk, ale tym razem przeszły jakoś bezboleśnie.

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Finklo :) I za odwiedziny, i za nominację. Cieszę się bardzo, że podoba ci się świat Zodiaków.

Tylko nie "Tęcza"!

Świat jak świat – jak to w podobnych futurystycznych wizjach bywa. Ale bohaterowie i relacje między nimi wyszły naprawdę fantastycznie. Wielki plus za Draaka – ciekawą postać, na pewno nie prymitywny osiłek, którym byłby zapewne w wielu podobnych historiach. No i ta niepokojąca relacja między Capri i Pisces. 

W sumie taka przygodówka, z łomotem w tle. Ale to, co poboczne, co nie do końca dopowiedziane – to sprawia, że ten tekst jednak jest czymś więcej, sprawia, że trudno go zbyć wzruszeniem ramion. No a czyta się świetnie – wciąga i nie puszcza.

Taki napisałaś komentarz, że mnie zatkało ^^ dziękuję!!

Tylko nie "Tęcza"!

Mówiłem, że mus mi będzie tu wrócić i przeczytać, że będą nominacje i w ogóle?

Warto mnie słuchać, droga Tenszo, bo ja zawsze mam rację (no, chyba, że się akurat mylę ;).

 

Co do samego opowiadania… Kurcze, kolejny wielki niedosyt.

Nie wiem, albo to ja się stałem kupą krytykanckiego łajna, albo świat staje na głowie.

W każdym razie, o ile lektura, zwłaszcza, że wygodnie w łóżeczku wprost z papieru przysposobiona, była mi przyjemną, to jednak rozczarowanie totalnie rozczarowało, raz że płycizną, dwa, że pewną niezgrabnością.

Powietrze uszło z tekstu znacznie wcześniej niż z czytelnika, co było złe. Zapowiadało się na mocny, porządnie przygodowy, warty przeczytania i zapamiętania finał, a wyszło: o, przepraszam, nie chciałem. Po kawałku dobrego tekstu naprawdę nie tego oczekiwałem. No i z logicznego, czy raczej logistycznego, punktu widzenia, wydał mi się on dalece niespójny.

(ACHTUNG! Spoiler!)

Po co organizować całą tę walkę, robić wokół siebie tyle szumu, zwracać ogromną uwagę wszystkiego i wszystkich, a potem i tak odwalić manianę tak grubymi nićmi szytą, że tylko kompletny ignorant albo ktoś, kto bardzo by się starał nie ujrzeć rzeczy takimi, jakie są, mógłby ją kupić. Ale dla takich ludzi robić cyrk nie ma przecież sensu. Można było przecież zgarnąć Smoka ot tak, po prostu. Do obezwładnienia go Carpi też wcale nie był przecież niezbędny. Oddział szturmowy wystarczyłby w zupełności. Pretekst? Ten sam. O ile jakiś był.

Carpiego też można było usunąć w ciszy, gdzieś w jakimś zakątku. Dał się obezwładnić na arenie, dałby się i gdzie indziej, a nikt tego nie musiał w sumie widzieć. problemy z “ojcem”? “Napadli nas, nie mogłem nic zrobić, ale Capri walczył dzielnie. Nie, nie wiem, co z nim zrobili”. Historyjka również naciągana, ale już mniej. A przy tym równie dobra i mniej kłopotliwa tak naprawdę.

Logan był zadufanym w sobie głupcem, ale tak przerysowanym, że aż nie do kupienia. Nie w świecie, w którym go umieściłaś, nawet pomimo jego parasola ochronnego. Dlatego ten jego plan też nie.

Tak więc z finałem jestem na nie, a że koniec wieńczy dzieło…

 

Podobało mi się za to chyba wszystko, co nie było finałem (i Loganem). Smok – niby nie był typowym mięśniakiem, ale był za to typowym nietypowym mięśniakiem, jeśli wolno się tak wyrazić. Takich postaci, wyglądających stegozaury o mózgach wielkości orzeszka, ale przedstawiających sobą o wiele więcej i potrafiących zaskoczyć czytelnika jest tak naprawdę na kopy. Ale wykreować taką postać realistycznie i zmusić czytelnika, by czuł do niej jedynie słuszne uczucie – nieskrywana sympatię – to jest, kurde, sztuka. Tak więc za tę postać największy plus.

Capricornus już bardziej schematyczny – ot, maszyna do zabijania, która, choć musi, nie chce zabijać i musi “dojrzeć” do tego, by wyrwać się z odgórnie narzuconego schematu, by wreszcie być sobą. Ale to też jest przedstawione w sposób nienachalny i… no fajny, no. Więc nie zgrzyta, przyjemnie wchodzi, dobrze się czyta. Plus spory za to, że świetnie udało Ci się odidealizować tę postać, zarówno jako człowieka jak i maszynę do zabijania. Te jego drobne, ale bardzo realistyczne niedoskonałości czynią go cholernie ludzkim i prawdziwym.

Siostra – cicha woda, postać trochę za bardzo Deus Ex, ale polubiłem ją za jej bezpretensjonalność i bezpośredniość.^^

 

Tak więc czytało się świetnie, ale finał jednak trochę zbyt mocno rozczarował.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie zgodzę się z jedną nielogicznością, którą wytknąłeś – tak, Capri nie był niezbędny do walki ze Smokiem i to jest nawet napisane w tekście! On po prostu dał się złapać w pułapkę, przechytrzyć mimo swojego talentu.

Dlaczego w takiej nie innej formie? Bo o ile pierwsze odwiedziny w Kotle były wymuszone “odgórnie” na nim, to kolejne już przeprowadził na własną rękę. Zgarnięcie go cichcem byłoby zbyt oczywiste. A skoro zaginąłby, bawiąc się w wojownika, to już “niczyja wina? Poza tym Logan jest postacią bardzo zadufaną i niesamowicie podobała mu się idea zgarnięcia za jednym zamachem i wróbla, i gołębia ;)

Tylko nie "Tęcza"!

to jednak rozczarowanie totalnie rozczarowało, raz że płycizną, dwa, że pewną niezgrabnością.

Za to ktoś powinien przyznać mi karnego kutasa z ziemniaka. Chętnych pewnie nie braknie…

 

Nie zgodzę się z jedną nielogicznością, którą wytknąłeś – tak, Capri nie był niezbędny do walki ze Smokiem i to jest nawet napisane w tekście! On po prostu dał się złapać w pułapkę, przechytrzyć mimo swojego talentu.

Tego akurat bym nie uznał za “wytkniętą nielogiczność”. Wręcz przeciwnie, gdzieś chyba wspominałem, że podobało mi się w Caprim to, że mimo wszystko popełniał takie błędy. Po prostu dla mnie cała ta akcja była kwintesencją głupoty Logana; głupoty trochę już zbyt przejaskrawionej, by nie powodowała zgrzytu zębów. No bo właśnie to “zaginięcie” jest tak naciągane, że aż boli. Setki świadków nalotu, niechby i spod ciemnej gwiazdy, z czego pewnie wielu, bardzo wielu takich, którzy przy odpowiedniej motywacji wyjawią, że Capri i Smok nie zostali wywiezieni zwykłą suką, może podaliby jakieś konkretniejsze szczegóły… I już oczywistym się staje, że ktoś zrobił coś, czego robić był nie powinien… Tylko kto? Hmmm…

Ojciec Capriego nie został przedstawiony jako tchórz, ciamajda, głupiec czy ignorant, a przy tym był kimś, z kim należało się liczyć, więc takie z nim pogrywanie typu: “Nasikam ci do buta i będę udawał, że to pies”, w sytuacji, gdy właściciel butów w ogóle nie ma psa (że się posłużę taką durną metaforą) to dla mnie kosmos. Zwłaszcza, że samo życie bardzo łatwo potwierdziło “genialność” tego planu.

Zasadniczo wszystko sprowadza się więc do Logana – nieautentyczności tej postaci i jej postępowania, zatem i ja zawężam do tego punktu swoje zarzuty o “nielogiczność” akcji. No, ale smuteczek, że scena kulminacyjna tak po prostu siadła, jednak pozostaje.

 

Z ukłonem,

Twój Cień

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cóż, nie ukrywałam, że Logan jest idiotą. Specjalnie włożyłam to w usta Capriego. “Logan jest idiotą z zasobami”. Do tego ojciec Capriego, jakby wpływowy nie był, wciąż podlega prawu i decyzjom Straży ;) Więc jeśli miałabym go zetknąć z Loganem, to obaj pokazywaliby po sobie, że wiedzą bardzo dobrze, kto porwał i pokroił Capriego. Chodziło tylko o to, by ojciec nie mógł zbyt wiele z tym zrobić. Bo czy potrafiłby udowonić, że cały nalot został zorganizowany tylko po to, by porwać mu syna? Zodiaki nie są oficjalnym projektem, więc do mediów by nie poszedł. W sądzie z własnej woli stopy nie postawi. Zostałoby mu więc tylko załatwienie sprawy na własną rękę. Pytanie, czy mściłby się, wiedząc, że straci jednego ze sponsorów? Widzę ojca Zodiaków jako człowieka, który nie unosi się tak prostymi pragnieniami jak chęć zemsty. Liczy się bilans zysków i strat. Próbowałby więc jak najwięcej zyskać na tej sytuacji, nie bacząc, czy Logan będzie sie pysznił, że go wykiwał ;] Bo Logan zdecydowanie by się pysznił.

Podsumowując: uwierz mi, Cieniu, ja to naprawdę przemyślałam. A jeśli mówisz, że takie zagrywki jak “Nasikam ci do buta i będę udawał, że to pies, powołując się na oficjalne procedury” nie są realne, to może przypomnij sobie, co ostatnio robił wódz naszych wschodnich sąsiadów (podpowiedź: sąsiadujemy tylko z malutkim kawałekiem tego kraju) ;) Albo jak wygląda niesienie wolność według Amerykanów…

Tylko nie "Tęcza"!

Nie wiem, co ostatnio zrobił Wódz Wschodu (a co zrobił?), bo nie śledzę informacji, ale ani przez moment nie wątpię, że przemyślałaś sprawę. I tak, jak to przedstawiasz, ma to sens. Jednak opierając się na samym tekście (po którego lekturze tak naprawdę nie wiem, kim są czyści i co mogą, a czego nie), wywnioskowałem, że Logan i w ogóle Czyści muszą się liczyć z Ojcem Panem i cała ta farsa jest po to, żeby on, Logan, miał czyste ręce i nie musiał odpowiadać ani przed Ojcem (którego profilu psychologicznego też nie sposób stworzyć na podstawie skąpych informacji z tekstu), ani przed swoimi ziomkami, na których wkurzenie naukowca też mogłoby się jakoś odbić. I pod tym względem cała ta akcja jest kosmicznie durna. A to znów sprowadza nas do tego, że w moim małym, różowym rozumku niepełnosprytność tego kalibru, jaki prezentuje czysty, po prostu nie chce się zmieścić. Choć owszem, znam różnych idiotów i sam dosyć często bywam jednym z nich.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przez ostatnio miałam na myśli ostatnie lata, w których najechał Ukrainę pod pretekstem ratowania uciśnionych Rosjan ;) Zasadniczo jest to dla mnie zagranie na poziomie “pies nasikał ci do butów”, chociaż ty przecież nie masz psa… Do tego te obrady genewskie, na których wszyscy udawali, że pies może istnieć. I ta reakcja pokroju “niedobry, niegrzeczny wódz wschodu”. Przecież to idiotyzm straszliwy jest. I nie dzieło jednego idioty, a całej bandy, która rządzi resztą. W porównaniu z tym jeden bogaty debil wydaje mi się niczym…

No i Wódz na swoich podbojach wcale dobrze nie wyszedł – ceny benzyny uderzyły w jego królestwo okropnie. Ale chciał coś udowodnić, wielu Rosjanom podoba się, że wykazał się “siłą”. Jest taki typ ludzi, który po prostu musi pokazać od czasu do czasu, kto tu psem, a kto panem.

Cieszę się natomiast, że uważasz moje wytłumaczenie za sensowne. Jak już ci wspominałam, tekst traktuje w dużej mierze jako prolog :) A w książce to ja już będę miała miejsce na tłumaczenia i wywody.

Tylko nie "Tęcza"!

Trzeba przyznać, że pod względem przyjemności z czytania, to opowiadanie plasuje się w czołówce spośród wszystkich Twoich, które czytałem. Podobały mi się barwne walki, jak zawsze dobry styl (kilka zdań perełek), niezłe postaci. Trzeba się zainteresować, co to jest ten Smokopolitan. 

Dziękuję, zygfrydzie :)

Tylko nie "Tęcza"!

Przeczytałem i… Trzeba przyznać, że to jest dobrze napisane opowiadanie, bez dłużyzn ani zbędnych fragmentów. Najbardziej do gustu przypadły mi początkowe akapity – plastyczne opisy tuż przed i w trakcie wspinaczki robią wrażenie. Potem podobało mi się to, jak malujesz Capriego. Najpierw w akapicie, w którym opowieść prowadzona jest z jego perspektywy, później poprzez obserwacje Pisces. Ładne kontrapunkty.

 

Nie podobał mi się występujący na poziomie scen/opisów eklektyzm. To znaczy mamy świat fantasy, którego część atrybutów jest stonowana – poważny główny bohater; mniej poważny, lecz wciąż wiarygodny Logan(scenę z biedakiem uważam za taką na granicy ;-); siostrzyczka wreszcie – część natomiast przejaskrawiona, momentami kreskówkowa, jak chociażby odzywki Smoka czy jego konsternacja podczas pewnej akcji z małym przeciwnikiem. Miałem wrażenie, że momentami pojawia się lekkość, która pasuje do reszty jak pięść do nosa.

 

 

Per saldo jednak bohaterowie dobrze wykreowani, akcja interesująca, czyta się gładko i jak najbardziej przyjemnie. Wszystko, czego nie wymieniłem w minusach, jest przynajmniej dobre. :-)

 

PS Nie wiem czemu, ale pewnej chwili wydawało mi się, że to, co widziała podczas walki siostra, ostatecznie będzie się różnić od tego, jak to widział Capri. I pomyślałem sobie, że motyw z przewidywaniem jest zajebistą glebą pod narracyjne wygibasy. :-)

 

 

 

Dzięki wielkie, że wpadłeś, prosiaczku :) Staram się każdy ze swoich światów kreować trochę inaczej i ten akurat, parafrazując Kossakowską, jest takim anime, które zawsze chciałam napisać. Więc pewne przerysowanie było zabiegiem świadomym, choć staram się nie popadać w skrajności (np. rozbudowane dialogi w trakcie walki, jak to w anime bywa :P). Natomiast scena z żebrakiem jest wzorowana na prawdziwym wydarzeniu, którego byłam świadkiem, więc wiesz… ludzie też potrafią przerysowani i to bardzo negatywnie.

A że ogólnie przyjmuje twój odbiór jako pozytywny, to ciecham się :D

Tylko nie "Tęcza"!

Dobre, płynnie się czyta, bardzo przyjemnie. Nadludzka umiejętność precyzyjnego przewidywania w walce i poza nią – motyw dla mnie nienowy (Książę Nicości, Sherlock z Downeyem juniorem, coś w komiksach było, poza tym zawsze wyobrażałem sobie, że na czymś takim polega starcie Jedi :), tyle że Jedi używają nie obliczeń, ale mocowego jasnowidzenia; dzięki temu potrafią odbić strzał z blastera). Dodam jednak, że w Twoim KiS ów patent został naprawdę ładnie zrealizowany. Kulminacja z Pisces w roli głównej – kciuk w górę. Nie, nie mam na myśli sceny łóżkowej :)

Ilustracja pasuje; opowiadanie ma pewien posmak charakterystyczny dla estetyki manga/anime – imiona bohaterów, niektóre ich odzywki, zwłaszcza pojedynkowe :)

Koniec najlepszy. Już wiesz. Wszystko wiesz po tylu wpisach ;)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

5 złotych ;-P

 

O, widzisz, to dobrze wyczułem, skoro pisząc, gdzieś z tyłu głowy miałaś anime. :-)

 

Spoko, że się ciechasz. Śmiech/uśmiech to zdrowie, więc napiszę raz jeszcze: podobało mi się, bardzo porządne opowiadanie. :-)

jerohu – cieszę się niezmiernie, że postanowiłeś tym razem zostawić ślad swojej bytności pod moim opowiadaniem :) Z końcówki jestem wyjątkowo zadowolona, bo z tego co widzę, zmienia w oczach czytelników tekst oparty na akcji w “nieco więcej”. A jak już pisałam prosiaczkowi – skojarzenia z anime jak najbardziej właściwe. Wiadomo, nie każdemu musi to pasować (jak całe anime zresztą), ale chciałam bardzo tego spróbować, bo sama jestem fanką japońskich animacji z przesłaniem skrytym pomiędzy scenami walk.

 

prosiaczku – powiedzmy, że wiszę ci piwo :P

Tylko nie "Tęcza"!

Bardzo przyjemnie mi się czytało, pomimo, że zazwyczaj nie lubię czytać o bijatykach. Ale tutaj mnie wessało – chyba przez lekki styl i bardzo pasowne tempo akcji. Bardzo jestem ciekawa, jakie byłyby pozostałe znaki zodiaku ;)

 

Dzięki za odwiedziny, Werweno :) Głównym zodiakiem w powieści, która mi się wykluwa, mają być w ogóle Gemini – dwie osoby w jednym ciele. Bardzo mnie kusi narracja z puntu widzenia postaci, którą odmienia się jako “my” ;P

Tylko nie "Tęcza"!

Bardzo dobry znak, uważamy go za doskonały wybór – nieco dychotomiczny, ale bez odrobiny rozszczepienia jaźni nie mamy zabawy…;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zgadzamy się w pełni z Rybami :D

Tylko nie "Tęcza"!

Nominujący mieli dobry gust :) Niesztampowe opowiadanie, ma w sobie ‘coś. Chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej o świecie i pozostałych Zodiakach, ale z komentarzy widzę, że to fragment większej całości, więc pozostaje mi kibicować, żeby powieść została ukończona :) Czemu ‘królik' skoro ‘Hare’ (zając)? Nie jestem pewna, czy dobrze zrozumiałam końcówkę – wybrał szpital, bo w symulacji wyszedł najdłuższy czas?

pozdrawiam i jeszcze raz gratuluję :)

Z tym królikiem to takie zamierzone przekłamanie, bo królica brzmi lepiej niż zają… ję… no ;) Jesteś na razie drugą osobą, która to zauważyła, więc bilans nie jest chyba taki zły. Grunt, że się podoba, o!

A zakończenie – chodzi o to, że tym razem nie robił po prostu symulacji. Pomógł bezdomnemu, choć poprzednie symulacje zawsze miały negatywny wynik. Bo nie mógł wiedzieć wszystkiego i wynik w rzeczywistości wcale nie musiał być negatywny :)

Dzięki za odwiedziny!

Tylko nie "Tęcza"!

Zacząłem czytać tekst, jednak szybko odpadłem… Długi wstęp i rozwinięcie w drugim rozdziale opowiadają  w kółko i na okrągło o tym samym – cofnij, cofnij, cofnij… I bardzo mało dynamiki jest w tym cofaniu. Tekst się,  przynajmniej na początku, wlecze. A jak się wlecze, to jest przynudnawy. Przydałyby się skróty.

Sorry, ale dwa pierwsze rozdziały kompletnie zniechęciły mnie do dalszej lektury.

Pozdrówka.

No trudno ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Chyba sobie żartujesz?

 

Przylazłem tu z zamiarem ponarzekania, sądząc iż jestem w tym mistrzem. A tu gorzej niż sobie wyobrażałem w “najgorszych koszmarach”.

No niby mógłby tu i tam.

Szlag! Ale to jest po prostu, bez patroszenia, całkiem, całkiem :)

Prim "Corcoran" Chum

Dziękuję, Primie. Chyba pierwszy twój komentarz pod moim tekstem i patrz jaki miły :)

Tylko nie "Tęcza"!

Wybacz, sprawdzałem tylko czas reakcji  ^^

Prim "Corcoran" Chum

Hm, nie rozumiem albo nie chce zrozumieć?

Tylko nie "Tęcza"!

Na odpowiedź…

Taki tam żarcik, bo w sumie… ;)

 

Prim "Corcoran" Chum

Przeczytałem. Gratuluję lekkości pióra, bo czytało mi się szybko. Do tego, no cóż, lubię historię z supermocami, do tego okraszone steampunkiem to już w ogóle. Czytałbym. Również kibicuję, aby jakaś dłuższa historia się z tego wykluła, bo potencjał spory.

Fabularnie odczuwam niedosyt. Odebrałem Capriego jako wcielenie Mary Sue, co wypaczyło wszystkie elementy zaskoczenia w tekście. To prawda, że “uczłowieczasz” go drobnymi niedoskonałościami, ale mimo wszystko kłuło mnie to i zalatywało sztampą. Nie spodobała mi się też Pisces, która niczym terminator robiła z każdym co chciała. :v Polubiłem natomiast Logana. :)

Pozdrawiam!

Dobrze, że chociaż kogoś polubiłeś :D Dzięki za odwiedziny!

Tylko nie "Tęcza"!

Na początku przyznam, że zabierałam się do tego tekstu chyba ze trzy razy – za dwoma pierwszymi podejściami zniechęcałam się na samym początku, odrzucona wszechzajebizmem Capriego (uprzedzam, na tę postać polecą jeszcze moje hejty, bo znielubiłam gościa totalnie i uważam, że bez niego opowiadanie byłoby o niebo lepsze ;D). 

Imo najmocniejszą stroną opowiadania jest tło – świat, który wykreowałaś, jest ciekawy, barwny i chętnie dowiedziałabym się o nim więcej. Według mnie zmarnowałaś jego potencjał na opowiedzenie historii o czysto przygodowym charakterze. Ale to tylko moje zdanie, a ja nie lubię opowieści przygodowych :)

Irytował mnie nieco wymuszony humor, szczególnie w scenie, w której po raz pierwszy pojawia się Draak – jego odzywki kojarzą mi się z docinkami gimnazjalistów. Bardziej heheszkowate niż faktycznie śmieszne i błyskotliwe. 

Samo opowiadanie napisane natomiast lekko, w jakiś sposób wciągająco – jeśli pominąć dość nudny początek – czytało się samo. 

 

Jeszcze słówko odnośnie Capriego: nie obudził we mnie żadnych pozytywnych emocji. Przeciwnie, w każdej scenie, w której się pojawiał, miałam nadzieję, że wreszcie powinie mu się noga. 

Wszystkie postaci są nieco przerysowane, komiksowe. Generalnie nasuwały miłe, nostalgiczne skojarzenia z pierwszą filmową trylogią o X-Menach – trochę kiczowate, ale w tym ich urok. Nota bene, zwizualizowałam sobie Logana (pewnie przez zbieżność imion ^^) jako gładszą, czystszą wersję Wolverine’a i polubiłam go zdecydowanie najbardziej ze wszystkich bohaterów. 

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Jestem tak styrana, że nie wiem, czy ci z sensem odpiszę, ale spróbuję ;)

Capri miał być odrobinę irytujący (z tymi swoimi przemyśleniami na temat milczenia), ale ogólnie starałam się, żeby jednak był do polubienia. Z tym wszechzajebizmem się nie do końca zgodzę, bo pod koniec się grubo pomylił i ta noga mu się powinęła. Ale fakt faktem – pod koniec.

Wiesz, Logan też jest przerysowany. Swoją drogą jesteś dopiero drugą osobą (ale jak widać – druga pod rząd!), która go polubiła, więc statystycznie chyba nie jest (jeszcze?) tak źle :P

Dzięki, że wpadłaś!

Tylko nie "Tęcza"!

Logan jest super! Jak to możliwe, że nikt go nie lubi? Chyba, że to takie droczenie się, Tenszo? ;)

Podły szantażysta!

Babska logika rządzi!

Dałbym “1” do Zajdla, ale marysuizm Kaprysia. Była dwójka. ;)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Fanklub Logana mi się tu tworzy?:P Masakra.

Dzikowy – choć nie zrozumiałam “marysuizm Kaprysia“, to i tak doceniam dwójkę :) Dzięki!

Tylko nie "Tęcza"!

Za co? Dopiero po tekstach przeczytałem autorów, a co dopiero skojarzyć z ksywką? Mam świnkę, która nazywa się Caprica 6, czyli Kaprysia. Logiczną konsekwencją jest imię męskiego odpowiednika. :) Kapryś jest trochę za supciowy, żebym całkiem w niego uwierzył i to jedyny zgrzyt, bo poza tym łałciowałem w polskim busie i zaczepiałem sąsiadkę.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Tensza, poszukać na hasło "Mary Sue", to i marysuizm Kaprysia się wyjaśni :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ale w marysuizmie chodzi o absurdalnie przesadzone zalety. W ogóle – nie dajmy się zwariować i nie każmy autorom od początku i na siłę wciskać bohaterom ułomności. IMO Capri dobrze się wpasowuje w mangowo-superhirołową poetykę opowiadania. A że Logan jest najfaj to się rozumie samo przez się, może dlatego nikt nie pisał o tym wcześniej ;)

[edytowane]

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Chodzi mi raczej o to, że Kapryś jest eksperymentem. Wad nie mają tylko produkty taśmowe, a i to tylko przez 24 m-ce i dzień.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

OK, Dzikowy. Poza tym oczywiście każdy ma prawo do własnych uczuć i opinii.

Dla mnie to po prostu dobre, pomysłowe i ładnie skonstruowane opowiadanie akcji. A Capri pasuje do konwencji i w moim odczuciu jest w porządku jako bohater.

Żeby nie było za słodko, wyznam, że też wpisałem przy “Koziorożcu i Smoku” dwójkę (zaledwie). Wyżej oceniłem “Pajęczarkę”, gdyby kogoś to ciekawiło.

W przeciwieństwie do Dzikowego wiedziałem, na kogo głosuję. Czy zmieniło to w moich oczach rangę KiS (i w którą stronę) – słowo daję, że nie wiem. Ale starałem się być na tyle obiektywny, na ile się da.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Po prostu antologię zawsze czytam już na miejscu, a odkąd jest ebook, to czytam “w drodze”, toteż na dworcu też wiedziałem, na kogo zagłosuję. :) Zajdel to nagroda wrażeń, więc jest cenna, ale też nie zawsze miarodajna, bo w dużym stopniu losowa. Tensza ma świetny świat, mięsistych bohaterów (poza zgrzytem) i niezłą stawkę. Zazdroszczę, bo coraz rzadziej stykam się z fantastyką (co widać). Pajęczarka bardziej mi podeszła może z powodu tekstu Przybyłka, który mniesienie: był równie przeciętny, jak mój z Wolsunga, zbyt dosłownie ujęty w erpegu. Czyli nagroda “wrażeń”.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Za co? Dopiero po tekstach przeczytałem autorów, a co dopiero skojarzyć z ksywką?

Ej, nie twierdzę, że za nick mnie tam wstawiłeś. Wręcz przeciwnie – mam nadzieję, że tak właśnie nie było.

 

Tensza, poszukać na hasło "Mary Sue", to i marysuizm Kaprysia się wyjaśni :-)

Zrozumiałam “merysuizm”, natomiast za cholerę nie skojarzyłam Capriego z Kaprysiem ;) Ogólnie dzisiaj po pracy padłam i przespałam kilka godzin, jakbym była chora. Dopiero teraz zaczynam się czuć w miarę normalnie, więc może stąd to moje zaćmienie (znaczy ze zmęczenia). Choć tak po prawdzie to mi się Capri po prostu ze słowem “kapryśny” nie kojarzy ;)

Za Pajęczarkę się nie obrażam – poza nieco bondowskim finałem, też mi się bardzo podobała ^^ (i też na nią głosowałam). Co nie zmienia faktu, że jest mi super miło, jak tak czytam waszą dyskusję (bo widzę, że tekst ciekawi, a słowa jeroha to już miód na moje serce!).

Co do produktu taśmowego – w tekście jest powiedziane, że Capri jest już którymś z kolei Koziorożcem, po prostu na rzecz fabuły potraktowałam go model w pełni dopracowany. Obecnie mam w głowie starego Koziorożca, który jest bardzo ułomny i aż mnie świerzbią palce, by go dorzucić do puli :D Ale wpierw Gemini. 

 

Tylko nie "Tęcza"!

To chyba temat na ogólną i oddzielną dyskusję. Skończyła się epoka superbohaterów i epoka optymizmu technologicznego, dlatego przypakowany bohater jest podejrzany.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Wklejam, co tam sobie zapisałam w trakcie lektury:

 

przesycone smrodem papierosów, zadymione powietrze. ← masło maślane

 

W walkach na arenie, przed wejściem smoka, trochę za bardzo przegadujesz i rozwlekasz akcję.

 

Jakoś strasznie mi się to wydaje tanie i naciągane, te jak zwykle seksualizowane groźby względem bezbronnej siostry, te rozrywające kutasy… Te żarciki o smoczych jajach też mnie zniesmaczyły. Ale wiesz, jak to ze mną jest ;) Taką mam specjalizację naukową. 

 

No i znowu kot ucierpiał! Czemu nie mogła obedrzeć ze skóry psa? ;P

 

Całe szczęście, że siostrzyczka okazuje się morderczą dwuosobą, jestem udobruchana.

 

Pomijając moje drobne uwagi, kawał dobrej lektury, a zakończenie bardzo satysfakcjonujące (moralnie nienaganne). Brakuje mi wyjaśnienia, jak dokładnie rozróżnia się ludzi na czystych i brudnych. Widziałam z pięć brakujących przecinków, ale nawet nie przerywałam lektury, żeby to wyłapać. Poza tym, nie mam żadnych zastrzeżeń ;)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dzięki, enazet :) Uwagi bardzo się przydadzą, bo jestem w połowie książki i jak skończę, będę musiała przeredagować Koziorożca. W końcu to początek historii, a jako taki musi być super :D

I uwierz mi – Pisces to najsilniejsza postać w całej książce (której jeszcze nie ma :P). Zależało mi jednak na zaskoczeniu, stąd stereotypowy początek wprowadzenia jej postaci.

Tylko nie "Tęcza"!

No więc, zmierzyłem się wreszcie z legendą…

Jak to zwykle z legendami, spodziewałem się czegoś zupełnie innego. No bo wszyscy chwalą, Smokopolitan, Zajdel i w ogóle bez kija nie podchodź. Myślę sobie: będzie takie mądre i nowoczesne, że nic nie zrozumiesz. Pierwsze zaskoczenie: zrozumiałem (chyba)! Drugie: normalna przygodówka! Trzecie: takie anime, a mnie się podoba (bo ja anime nie lubię, ale lubię świadomą zabawę konwencją).

Potencjał pomysłu na 12 postaci jest ogromny. Jak to skończysz, to kupię i przyjadę na konwent po autograf. Na razie wyskakuję do Smoko po “Paradoks” (wrzucisz tu później?).

Napisane bardzo dobrze. W jakichś dosłownie 3 momentach byłem zawiedziony doborem słów, np. w zdaniu “Pomyłkę opłacił dosyć niefortunnym upadkiem, podczas lotu bowiem zderzył się głową z wyjątkowo pokaźnym głazem” – ten niefortunnywyjątkowo pokaźny, zwłaszcza w zestawieniu, brzmią jakoś tak szkolnie. A może problem tkwi w bowiem? To subtelna subtelność, ale spróbuj sobie to przeczytać z dystansem.

Poboczne żarciki (wódka, Achilles) fajne, postać zmutowanej sprzątaczki (takiej babki klozetowej) – moja ulubiona, a od Draaka na ringu wcale nie spodziewałem się bardziej wyrafinowanych odzywek – w końcu facet odgrywa swoją rolę jak zawodowy wrestler.

Jak miło znaleźć komentarz po jakby nie patrzeć stary tekstem ^^

Bardzo się cieszę, że ci się podobało. Paradoks planuję tu niedługo wrzucić, tylko muszę się zebrać do kolejnej redakcji, a wcześniej chce skończyć następny rozdział. Koziorożca też muszę zredagować. Jak patrzę na to zdanie, które zacytowałeś, to aż zgrzytam zębami :P Obecnie bardzo unikam “bowiem”. Jakoś nie pasuje do mojego stylu.

Dziękuję!

Tylko nie "Tęcza"!

Przecież ja już to oceniałem.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Nie rozumiem, Dju. Oczywiście, że oceniałeś :)

Tylko nie "Tęcza"!

No a ocena znikła więc ją odzniknąłem :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Mam chwilę czasu, to naskrobię jakiś komentarz :) Ale już na początku zaznaczę, że może być szalenie nieobiektywny, bo kiedy polubię głównych bohaterów, to prawie niczego innego nie zauważam ;)

 

Przeczytałam tekst za drugim podejściem, bo po pierwszym akapicie jakoś się nie wgryzłam, ale zobaczywszy Paradoks, zechciałam jeszcze wrócić i zostałam do końca z przyjemnością :)

 

Pisałam to już pod Paradoksem, ale wykreowany przez Ciebie świat jest naprawdę świetny. IMO Zodiak ma potencjał na niezłą książkę… No, kupowałbym ;) Chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o czystych, zdeformowanych i normalnych, i, oczywiście, o projekcie Zodiak. Naprawdę duże pole do popisu. Szczególnie, że zdolności takiego Capricorna, czy Gemini rozbudziły moją ciekawość ;)

 

Akcja może nie jest górnolotna, ale całkiem ciekawa. Kibicowałam Koziorożcowi w walce (którą przekonywującą i interesująco opisałaś) i Pisces w domu Logana. Może źle to zabrzmi, ale usatysfakcjonowała mnie akcja Rybki :D Nie czułam znowu jakiejś wielkiej niechęci do Logana. Zyskał sobie trochę w moich oczach przekornością. Na przykład kiedy zgłosił Capricorna do walki. O to, to – taka zachcianka, które często miewają wpływowi bogacze. Natomiast scena z żebrakiem mogła być trochę brutalniejsza. Jakoś tak zaburzyło to mój obraz Logana, kiedy podarował biedaczkowi swoją kartę ;( Miałam nadzieję na poniżający żart, żeby uwydatnić naturę okrutnika. Jak na przykład w rozmowie w której straszył skrzywdzeniem Pisces Capricorna. Może to moje miękkie serce, ale jak czytałam to czułam niepokój Capricorna i to było takie rozczulające <3

 

I w tym momencie powinnam napisać o relacji Capricorna i Pisces. Kurczę, cały czas gdzieś coś mi z tyłu głowy krzyczało, że nienaturalne. Ale gdzieś tam uchwyciłam sens tego wszystkiego i rozumiem, że na potrzeby opowiadania. Znaczy, nawet nie mogę powiedzieć, żeby to było na minus, bo nadaje z pozoru lekkiej przygodówce cech s-f, które obejmuje czasami zagadnienia kulturowe wypaczone przez czas, a więc czytelnik nie powinien porównywać ich do obecnie panujących norm. Co tu dużo mówić, polubiłam tych łobuzów ;) Chłodny, kalkulujący umysł Capriego i nieprzewidywalny, obłąkańczy dualizm Pisces ładnie ze sobą korespondują na zasadzie przeciwieństw :)

 

O Draaku rozpisywać się nie będę, bo jakoś nie przypadł mi do gustu pod względem charakteru. Trochę zgadzam się z Coboldem, że to taki typowy nietypowy osiłek ;)

 

I słów parę o końcówce. Ta przed gwiazdką mnie ucieszyła, była taka nieprzytłaczająca. Kamień spadł mi z serca, że bohaterowie wydostali się z opresji :D Po gwiazdce też nie jest źle, tak po prostu, normalnie ;)

 

Czekam na więcej (Paradoks się nie liczy ;)

 

 

 

lenah,  tak szybko się wpisałaś, że jednak nie zdążyłam się zniecierpliwić. Kontynuacja się pisze cały czas, dużo w niej Rybki i Capriego :D Za komentarz baaardzo dziękuję. Gdy tylko skończę pisać książkę, czeka mnie kompleksowa redakcja zarówno Koziorożca, jak i Paradoksu. Na pewno wezmą pod uwagę zarzuty portalowiczów. Oprócz tych sprzecznych, bo na nie to nic nie poradzę ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Z bliźniętami da się zrobić – jedną podkręcasz w tę stronę, drugą w tamtą… ;-)

Babska logika rządzi!

Ano właściwie racja xD

Tylko nie "Tęcza"!

Zwiedziony srebrem i nominacją do Zajdla, a popędzony pojawieniem się “Paradoksu bliźniąt” – przybyłem. 

Może na początek o tym, co mnie rozczarowało. Styl. Owszem, czytało się dobrze. Ale po pewnej renomie tego tekstu spodziewałem się, że do niczego nie będzie się można przyczepić, szczególnie na poziomie zdania. A tymczasem natykałem się na sporo niedociągnięć. Najbardziej raził dobór dziwnych słów. Może to kwestia subiektywna, ale nie rozumiem, po co pisać “ciżba” zamiast “tłum” albo “jucha” zamiast “krew”. Czasem nadmiarowe, niepotrzebne słowa, które tylko burzyły rytm zdań. Wiele przysłówków zupełnie nic nie wnosi, a nawet gorzej: czasem zalatuje od nich kiczem albo grafomanią (”zaklął siarczyście”). Przysłówki nie pobudzają wyobraźni tak jak czasowniki i rzeczowniki. Możesz nie wierzyć, ale pomyśl o tym, bo dawno nie widziałem tylu przysłówków w tekście ;)

Mako złapał wyciągnięte ku sobie łapsko i wykorzystał udo przeciwnika jak nie przymierzając szczebel w drabinie, by wspiąć się mu na kark.

Nie rozumiem, po co tutaj wtrącone jest “nie przymierzając”, szczególnie w scenie walki, w której powinno się liczyć każde słowo. 

A Capri znał kogoś, kto miał bzika na punkcie osiągnięcia nieśmiertelności. Znał wielu takich ktosiów.

Coś mi tu nie gra – najpierw dowiaduję się, że znał kogoś, a potem, że znał wielu ktosiów – co ten narrator, że tak zmienia zdanie… ze zdania na zdanie? :D A “ktosie” kojarzą mi się ze stereotypowymi ciotkami, które na rodzinnych imprezach pytają, czy ciągle jest się kawalerem/panną. 

W ogóle w narracji było dużo frazeologizmów i kolokwializmów, które burzyły klimat. 

próbowała wydrapać olbryzmowi oczy.

Literówka :D

Było jeszcze więcej zgrzytów. O tyle mnie to zdziwiło, że w “Czwartej wiadomości” nic takiego nie rzucało mi się w oczy. A o tyle zirytowało, że “Koziorożec i Smok” jest po prostu fajnym opowiadaniem. Na tyle fajnym, że aż chce się przeczytać więcej Twoich tekstów o Zodiakach. 

Trochę mi głupio, że jako jedyny się czepiam, ale naprawdę styl raził mnie w oczy. Może to kwestia gustu. A może nie. Nie chodzi o to, że jest źle, bo jest dobrze. Po prostu oczekiwałem czegoś nienagannego pod kątem warsztatu. 

No to teraz dobrze rzeczy :D Co tu wiele gadać, wszystko inne kupuję. Podoba mi się określenie Cobolda: “przygodówka”. Sporo dobrych pomysłów, niezłe dialogi, charakterystyczne postaci. Wiele wątków niedomkniętych, ale to na plus – mam ochotę na inne opowiadania z tego uniwersum. Sceny plastyczne, łatwo powstawały w wyobraźni. Czasem brutalnie, czasem z humorem. Ogólnie chyba jest tak, że większości osób się spodoba. 

No cóż, gratuluję srebra i nominacji do Zajdla :) I do zobaczenia pod “Paradoksem”! :D 

funie, tekst ma ponad dwa lata i przyznam, że sama aż boję się go czytać. “Czwarta…” jest teoretycznie niewiele (pół roku) młodsza, ale redagowałam ją, zanim wyszła jeszcze w 2016 i zaraz przed publikacją w 2017. Poza tym _mc_ to fenomenalna maszyna korygująca ;) Więc jak widzę, co mi tutaj wypisujesz, to zgrzytam zębami. Takich staroświecko brzmiących słów zdecydowanie nie używam już za dużo. I najchętniej zredagowałabym ten tekst, ale obiecałam go sobie nie ruszać, zanim nie skończę książki. Mnie niestety łatwo odciągnąć od pisania, a jak już się to zdarzy, powrót jest baaardzo trudny. W efekcie mam już 3 rozgrzebane książki, z czego Zodiaki obiecałam sobie skończyć za wszelką cenę ;)

Mimo niedoróbek bardzo się cieszę, że jeszcze ktoś do tekstu zagląda. Szczególnie że zamierzam kontynuację skończyć jak najszybciej i wcisnąć wydawnictwom do gardeł, aż im jelitem grubym wyjdą :P

Dziękuję, fun. Będę cię wypatrywać pod Paradoksem!

Tylko nie "Tęcza"!

Po “Paradoksie bliźniąt” przeczytałem i to opowiadanie. Ponownie bardzo fajnie wykreowany świat, oraz interesujący bohaterowie. Trochę martwi mnie, że nie ma wyjaśnień bardziej bezpośrednich kim są “zdeformowani”, czyści itp. Jako czytelnik s-f domyślam się, czym są, ale brak tej kropki nad i.

Trochę zdziwiło mnie nagłe zakończenie. Akcja nakręca się, ale rozwiązanie uderzyło mnie z zaskoczenia. Zabrakło dla mnie jakiejś sceny między Koziorożcem a Rybką, ale pewnie będzie to w trzeciej części.

Poza tym – jest bardzo dobrze :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Podobnie jak poprzednik, przeczytałem to opowiadanie po “Paradoksie bliźniąt” i muszę powiedzieć, że jest znacznie lepsze niż jego kontynuacja. Czytelnie, ładnie napisane, może trochę przewidywalne, ale mimo wszystko bardzo dobre. Nie wiem, czy nikt tego jeszcze nie wyłapał, czy co może być przyczyną faktu, że po ponad roku od publikacji nadal jest literówka (“olbryzmowi”), ale może po prostu się czepiam :)

Zasłużone piórko!

Precz z sygnaturkami.

NoWhereManie, dziękuję :) scen Capri-Pisces w trzeciej części nie brakuje.

Niebieski_kosmito, dziękuję, olbrzyma zaraz poprawię :) szkoda tylko, że kontynuacja aż tak ci się nie podoba.

Tylko nie "Tęcza"!

Po przeczytaniu tego tekstu nie potrafię zbyt wiele powiedzieć…

Niby dobrze się czytało, ale jednak “tego czegoś” nie poczułem. Ciekawie wykreowałaś świat. Podobał mi się klarowny i jak zwykle niesprawiedliwy podział społeczeństwa na kasty. Czyści, normale (czy też zwyklaki;) ) i mutanty wyszły Ci Tenszo całkiem dobrze. Każda grupa miała swoje konkretne miejsce w hierarchii.

Plusem tej historii jest dla mnie postać Smoka. Zabawny osiłek urządzający przedstawienie dla motłochu. Jednocześnie nie jest to bezmózgi kark. Kojarzy mi się to z wrestlingiem. Tam jest dopiero komedia;P Cały czas zastanawiam się, czy Amerykanie rzeczywiście myślą, że te walki są prawdziwe. Kiedy Capri poderżnął Draakowi gardło, zrobiło mi się autentycznie żal Smoka. Potem okazało się, że na szczęście dysponował on zdolnością regeneracji.

Użycie motywu kazirodztwa dodaje tej historii bardziej ludzkiego i rzeczywistego wymiaru. Któż z nas nie ma jakiś zboczeń lub co najmniej kilku trupów w szafie ukrytych przed światem?

No i jak zwykle okazuje się, że elita (w tym przypadku czyści) to największe sk*******y. To akurat znamy ze świata realnego.

Fajnie, że przeczytałem. Przyjemna i dość nieskomplikowana lektura przed snem, lecz tak jak wspomniałem. Szczęka nie gruchnęła o podłogę:) 

Pomimo, że nie przepadam za opisami bijatyk, tekst wciągnął od samego początku. Spodobał mi się osobliwy świat pełen zmodyfikowanych, poprzekształcanych ludzi. Trochę skojarzyło mi się z "Dworcem Perdido". Sama fabuła też niczego sobie. Bardzo zgrabna puenta po ostatnich trzech gwiazdkach. Z minusów postać Logana niezbyt mnie zaciekawiła.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Jeny, taki się tutaj ruch zrobił, aż czasami mi umyka, bo to jakby nie patrzec bardzo stary tekst ;)

Shaggo, no szkoda, fajnie przynajmniej, że postaci zaciekawiły, a Smoka nawet polubiłeś :D Dzięki!

Szyszkowy, a to mnie miło zaskoczyłeś. Znając nieco twój styl i upodobania, nie liczyłam, że ci się tekst spodoba. Dziękować!

Tylko nie "Tęcza"!

O, a to jest tekst bardzo ciekawy. Z tego powodu, że w ogóle mi się nie podobał. Więcej nawet. Pod nosem i bez światków nazwałbym go nawet beznadziejnym. Nic z tej historii nie zrozumiałem, o co chodziło nie wiem, czemu służyć miały te kazirodcze wtręty też nie mam pojęcia, no całkowita klapa. Przypomniało mi to nieco estetykę mangi i jeśli spojrzeć na opowieść przez takie okulary, to może nawet jeszcze, ale nie przepadam za mangą więc marna to pociecha. A tu się okazuje, że taki tekst się ludziom podoba, że zdobywa uznanie i w ogóle szafa gra. I co ja mam sobie myśleć? Albo jestem jakiś nie teges i upodobania mam wzięte z kapelusza, albo najpiękniejsza cecha ludzkości, jako zbiorowiska jednostek (ze szczególnym uwzględnieniem tej jego części, która zajmuje się wszelką twórczością) czyli różnorodność, po raz kolejny dała mi pstryczka w nos. Dla spokoju ducha przyjmuję za dobrą monetę tę drugą opcję, lecz przyznaję się bez bicia, że ten tekst, jak mało który, dał mi do myślenia. O sobie, o pisaniu i w ogóle o życiu;)

 

Pozdrawiam autorkę, choć naprawdę, strasznie mi się to opowiadanie nie podobało!

Pod nosem i bez światków

Świadków czy kryjesz pod pazuchą jakieś małe światki? :D (wybacz, nie mogłam się powstrzymać)

 

A że tekst nie trafił do gustu, to trudno. Życie, rzekłabym :)

Tylko nie "Tęcza"!

No tak, pod pazuchą trzymam masę światków, takim małych, zamieszkanych przez malutkie ludziki, a jeden to jest nawet światek koronny:)

Nowa Fantastyka