- Opowiadanie: Ambush - Płyń Wiśnią!

Płyń Wiśnią!

 

Motto: "Gdy cię mają wie­szać, po­proś o szklan­kę wody. Nigdy nie wia­do­mo, co się wy­da­rzy, zanim przy­nio­są." An­drzej Sap­kow­ski

 

Kla­sycz­ne fan­ta­sy, w któ­rym czy­tel­nik znaj­dzie po­dró­że, nie­bez­pie­czeń­stwa, ta­jem­ni­ce i magię.

W tek­ście wy­stę­pu­je dużo wul­ga­ry­zmów, ale z uwagi na róż­ni­ce kul­tu­ro­we, nie po­win­ni­ście od­czuć  głębi ich pro­stac­twa i roz­wią­zło­ści ;)

 

Chwa­ła be­tu­ja­cym!

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Płyń Wiśnią!

Mewia Skała od stro­ny morza przy­po­mi­na do złu­dze­nia mio­do­we cia­sto. Wyspa zbu­do­wa­na jest z pia­skow­ca i po­dziu­ra­wio­na wie­lo­ma ja­ski­nia­mi, uży­wa­ny­mi przez prak­tycz­nych miesz­kań­ców jako bu­dyn­ki miesz­kal­ne, czy skle­py. Miesz­czą się tam rów­nież go­spo­dy ofe­ru­ją­ce tak rzad­kie przy­sma­ki, jak za­pie­kan­kę z ry­bich wnętrz­no­ści i żół­wie jaja.

Tuń­czyk usiadł gwał­tow­nie i zwy­mio­to­wał sobie mię­dzy nogi.

– Parę se­zo­nów opro­wa­dza­nia po­dróż­nych po wy­spie, a wciąż mi się to śni – wy­beł­ko­tał, wal­cząc z koł­ko­wa­tym ję­zy­kiem. – Le­piej było iść na służ­bę do kupca – zwró­cił się do to­wa­rzy­szy.

Nie do­cze­kaw­szy się od­po­wie­dzi, pró­bo­wał wstać, ale mu się nie udało. Klap­nął wzbi­ja­jąc dro­bin­ki kurzu. Owio­nął go za­pach schną­cych na słoń­cu wo­do­ro­stów i prze­tra­wio­ne­go wina. Ko­lej­na fala mdło­ści ude­rzy­ła jak sztorm. Po­ran­ne świa­tło ra­ni­ło oczy, wnętrz­no­ści pa­li­ły ogniem. Otarł łzy i spró­bo­wał zo­rien­to­wać się, co z po­zo­sta­ły­mi.

Dorsz prze­padł, za to bez trudu udało mu się do­strzec Ce­fa­la, czego zaraz szcze­rze po­ża­ło­wał. Pi­ja­czy­na i we­so­łek pa­trzył na niego szkli­sty­mi ocza­mi go­to­wa­ne­go kraba. Jego nogi, brzuch i pier­ś po­kry­wa­ła ka­mien­na łuska, która po­wo­li obej­mo­wa­ła szyję.

– Coś ty nam podał, idio­to?!

– Ty­fe­czek Sff… – Ce­fa­lo­wi ze­sztyw­niał język. Pró­bo­wał mówić, ale nie był w sta­nie wy­do­być ar­ty­ku­ło­wa­ne­go dźwię­ku.

Tuń­czyk opadł na ko­la­na i za­mknął oczy.

 Kiedy nieco się zbli­ży­my, bę­dzie można do­strzec opla­ta­ją­ce całą wyspę grube, zie­lo­ne pną­cza. To nie ro­śli­ny, ale tu­ne­le mocy, skon­stru­owa­ne wieki temu przez tu­tej­szych magów. To one za­pew­nia­ją nie­zwy­kły uro­dzaj­ ro­ślin i są je­dy­nym źró­dłem słod­kiej wody – za­brzmia­ło na­tręt­nie w jego gło­wie.

– Na­ru­szy­li­śmy tunel mocy! – wy­szep­tał drżą­cy­mi war­ga­mi i znowu po­czuł mdło­ści.

Nie­ste­ty nie był mu dany dar al­ko­ho­lo­wej amne­zji. Dzień po wszyst­ko pa­mię­tał. Jego kom­pa­nii bu­dzi­li się z szarą papką w gło­wie, a on wie­dział, co ukradł, kogo ob­ra­ził i komu przy­pra­wił rogi.

Po­przed­nie­go dnia od­by­ły się za­ślu­bi­ny doży Me­ga­lo­do­na Szes­na­ste­go z ka­płan­ką nieba, prze­pięk­ną Se­le­ne. Kum­ple tra­fi­li do karcz­my “Pod Nie­bie­ską Ostry­gą” zaraz po ce­re­mo­nii ofia­ro­wa­nia, pod­czas któ­rej Se­le­ne, odzia­na je­dy­nie w stro­ik z pereł, tań­czy­ła na fal­licz­nym po­są­gu na szczy­cie wyspy.

Wy­pi­na­jąc w tańcu nie­sa­mo­wi­cie kształt­ny ty­łe­czek i obej­mu­jąc w cia­snym uści­sku sym­bo­li­zu­ją­cy morze krysz­ta­ło­wy fal­lus, Se­le­ne za­ślu­bi­ła wyspę i wpra­wi­ła w pod­nie­ce­nie co naj­mniej męską po­ło­wę jej miesz­kań­ców. Nawet niebo za­re­ago­wa­ło bły­ska­mi, a ocean mie­nił się tę­czo­wo.

Póź­niej wznie­sio­no ty­siąc to­a­stów za sam ty­łe­czek, omó­wio­no wszyst­ko, co doża mógł zro­bić Se­le­ne i jesz­cze sze­rzej to, jak ob­lu­bie­ni­ca mogła uszczę­śli­wić Me­ga­lo­do­na.

Gdy byli już mocno pi­ja­ni, Dorsz, który miał wej­ścia w krę­gach por­to­wych prze­myt­ni­ków, wy­cią­gnął pu­de­łecz­ko z cien­ko po­kro­jo­nym ko­rze­niem mor­skie­go im­bi­ru, od wczo­raj zwa­ne­go po­wszech­nie ty­łecz­kiem Se­le­ne. Wło­ży­li pod język po pla­ster­ku i wtedy się za­czę­ło. Jak czę­sto po za­ży­ciu wy­na­laz­ków Dor­sza, Cefal za­czął przy­sta­wiać się do swych przy­ja­ciół. Wresz­cie, kiedy po­su­nął się za da­le­ko, Dorsz wal­nął go w pysk z taką siłą, że nie­szczę­śnik wbił się w tunel mocy, roz­ry­wa­jąc go.

Miesz­kań­cy Me­wiej Skały byli w więk­szo­ści kup­ca­mi. Prag­ma­tycz­ni i mer­kan­tyl­ni do bólu, szczy­ci­li się to­le­ran­cją i go­to­wo­ścią do kom­pro­mi­su. Nie­mal wszyst­kie wy­stęp­ki można było roz­li­czyć zło­tem, z jed­nym wy­jąt­kiem. Za uszko­dze­nie tu­ne­li mocy prze­wi­dy­wa­no tylko jedną karę. Śmierć.

Przy­czy­na była pro­sta. Słod­ka woda i uro­dzaj ro­ślin, któ­rych nie trze­ba było upra­wiać, po­cho­dzi­ły z mocy tu­ne­li. Tra­cąc moc, wyspa sła­bła. Gro­zi­ły jej sztor­my, nie­uro­dzaj, a jakaś jej część mogła cał­ko­wi­cie ob­umrzeć.

Pe­cho­wo dla wyspy ka­pła­ni nie byli w sta­nie sami pro­du­ko­wać mocy. Od kilku wie­ków nie przy­rósł ani jeden tunel. Każde dziec­ko na Me­wiej Skale wie­dzia­ło, że moc mógł zdo­być je­dy­nie heros, który gotów był po­świę­cić wła­sne życie.

Śmia­łek, który krzyk­nie: „ja zdo­bę­dę moce”

On wy­ru­szy da­le­ko, za Nie­bie­skie Morze;

W znoju i krwa­wej walce nikt mu nie po­mo­że;

Pad­nie, a świą­ty­nia ży­ciem za­mi­go­ce.

 

Nie­ste­ty chęt­ni do bo­ha­ter­skiej i za­zwy­czaj dość bo­le­snej śmier­ci po­ja­wia­li się ostat­nio bar­dzo rzad­ko. Nikt z ży­ją­cych nie pa­mię­tał misji, która za­koń­czy­ła­by się po­wo­dze­niem.

Cefal wła­śnie koń­czył  się pe­try­fi­ko­wać. Usta cał­kiem mu ska­mie­nia­ły. Wresz­cie miał całe i równe zęby. Łap­czy­wie wcią­gał nosem po­wie­trze, nie zwra­ca­jąc uwagi na pły­ną­ce z niego smar­ki. Pa­trzył na Tuń­czy­ka z pre­ten­sją.

– Poj­mu­jesz, że je­steś wiel­kim szczę­ścia­rzem?! – wark­nął tam­ten. – Nie wiem, co się stało z tym trze­cim idio­tą, ale nikt nie od­pły­nie z wyspy bez zgody doży. Po tym, co zro­bi­li­śmy, nawet ro­dzo­ne matki nie udzie­lą nam po­mo­cy! Ka­pła­ni zrzu­cą nas ze skały, by ubła­gać bogów! – za­szlo­chał spa­zma­tycz­nie, a potem po­biegł ścież­ką nad stro­mym kli­fem, wyjąc jak upiór.

Błą­kał się bez celu go­dzi­nę, lub dwie, a w końcu po­sta­no­wił schro­nić się w po­bli­żu świą­ty­ni. Wspiął się na szczyt wyspy, gdzie gro­ma­dzi­ło się coraz wię­cej za­nie­po­ko­jo­nych miesz­kań­ców. Sta­nął w gęst­nie­ją­cym tłu­mie, na­cią­ga­jąc głę­bo­ko na głowę kap­tur. Mimo że drę­czy­ło go pra­gnie­nie, nie od­wa­żył się kupić wina, ani po­dejść do ka­na­łu mocy, by się orzeź­wić.

Zgro­ma­dze­ni szep­ta­li o świę­to­kradz­twie, które miało miej­sce po­przed­niej nocy. Mó­wio­no o ska­mie­nia­łym Ce­fa­lu, któ­re­go ponoć splu­ga­wio­no już na wiele spo­so­bów (nie­któ­re pew­nie mo­gły­by zdo­być jego uzna­nie, kiedy jesz­cze był żywy, ale nie był to dobry czas na roz­trzą­sa­nie tych kwe­stii). Po­wta­rza­no, że to uchla­ny jak świ­nia Cefal wsko­czył na ma­gicz­ną kon­struk­cję, wy­mie­nia­no też imio­na jego wspól­ni­ków. Za­miast uczci­wych, wy­spiar­skich, ry­bich imion pa­da­ły przy­dom­ki takie jak: łajza, po­sra­niec i ła­chu­dra.

Nagle gwar wzmógł się ni­czym sztorm. Straż­ni­cy miej­scy po­chwy­ci­li w por­cie i przy­wle­kli do świą­ty­ni Dor­sza.

– Śmierć! – skan­do­wał tłum!

– Na­tnij­cie mu ścię­gna! – wrza­snę­ła spa­lo­na słoń­cem ko­bie­ta. – Niech pływa we wła­snej krwi, cze­ka­jąc na głod­ne ryby!

Przed świą­ty­nię wy­szli odzia­ni w błę­kit­ne szaty ka­pła­ni. Ich siwe głowy okry­wa­ły czap­ki, zdo­bio­ne ostry­mi jak noże płyt­ka­mi ko­ra­li. W dło­niach trzy­ma­li za­ostrzo­ne musz­le.

Pa­choł­ko­wie po­wle­kli Dor­sza na półkę skal­ną, nad prze­pa­ścią.

Tłum zawył, ale Dorsz wrzesz­czał jesz­cze gło­śniej.

– Nie chcę do ryb!

Tuń­czyk czuł, jak drżą mu ręce i nogi. Zgiął się wpół, tar­ga­ny tor­sja­mi, ale jego żo­łą­dek był już cał­kiem pusty. Kiedy się wy­pro­sto­wał, za­uwa­żył, że ob­ser­wu­je go chudy, ale bo­ga­to odzia­ny męż­czy­zna.

Po ple­cach prze­biegł mu zimny dreszcz. Opu­ścił głowę, po­pra­wił kap­tur i zer­k­nął na chu­dziel­ca, który wciąż się gapił.

Dor­sza przy­wią­za­no do jed­nej ze świą­tyn­nych ko­lumn.

Tuń­czy­ko­wi przy­szło do głowy, że to może być ta sama, którą po­przed­nie­go dnia opla­ta­ła moc­ny­mi, dłu­gi­mi udami Se­le­ne. Wrza­ski przy­ja­cie­la nie za­po­bie­gły nie­spo­dzie­wa­nej erek­cji.

Prze­pchnął się do przo­du, zrzu­cił z głowy kap­tur i wrza­snął z ca­łych sił:

– Ja zdo­bę­dę moce!

Zgro­ma­dze­ni uci­chli, roz­su­wa­jąc się, jakby dotyk tego mło­de­go, nie­wy­so­kie­go blon­dy­na mógł za­ra­zić ich pe­chem.

Dorsz szlo­chał bez­gło­śnie.

 

***

 

Ka­pła­ni nie byli za­chwy­ce­ni he­ro­sem, który im się tra­fił, ale jak ma­wia­ło lo­kal­ne przy­sło­wie: “na wzbu­rzo­ne morze ślij i drzwi, byle były drew­nia­ne”. Tuń­czy­ka wy­po­sa­żo­no w mapę, łuk, szty­let z musz­li i bu­kłak, w który miał ze­brać moce.

– Jeśli nie zo­sta­niesz po­żar­ty, ob­dar­ty ze skóry, ani otru­ty, co wy­da­je się ra­czej nie­moż­li­we – mruk­nął znu­dzo­nym gło­sem sie­dzą­cy na ko­ra­lo­wym tro­nie naj­star­szy ka­płan – wró­cisz na wyspę. Na wy­ko­na­nie swo­jej misji masz sto dni. Po tym okre­sie trzej człon­ko­wie ro­dzi­ny Tuń­czy­ka Scom­bri­dae po­nio­są karę.

Gdy od­pro­wa­dza­no go do portu, wśród nie­na­wist­nych okrzy­ków i wznie­sio­nych pię­ści, zdo­łał jesz­cze zo­ba­czyć sto­ją­cych z boku pod stra­żą swoją matkę, nie­za­męż­ną sio­strę, brata z żoną i dzieć­mi oraz trzech ku­zy­nów z ro­dzi­na­mi.

Chyba le­piej było iść do wody – prze­mknę­ło mu przez myśl.

W por­cie straż­ni­cy na­po­ili go z musz­li. Jej za­war­tość była gorz­ko-słona jak jego myśli.

Usnął i przez wiele go­dzin drę­czył go kosz­mar, w któ­rym sia­dał na nim ol­brzym nie­okre­ślo­nej płci, ale z wiel­gach­nym dup­skiem. W rytm ko­ły­sa­nia stat­ku przez fale na­wra­ca­ła wizja opa­da­ją­cych, gar­gan­tu­icz­nych po­ślad­ków.

Obu­dzi­ły go ostre świa­tło i przej­mu­ją­cy ból głowy. Leżał na po­kła­dzie, we­pchnię­ty mię­dzy prze­wo­żo­ne to­wa­ry, cał­kiem jakby go ktoś tam wci­snął.

Krzyk mew uświa­do­mił mu, że zbli­ża­ją się do portu, ale nie miał siły wstać. Ku swemu prze­ra­że­niu do­strzegł, że tuż obok leży worek, z któ­re­go wy­sta­je głowa Dor­sza. Oczy przy­ja­cie­la były wy­trzesz­czo­ne i szkli­ste.

Nagle głowa prze­mó­wi­ła pi­skli­wie:

– Na przej­rzy­sty i nie­ustan­nie jurny miecz Wełma, ja­kież ona ma dłu­gie nogi?! Dłuż­sze niż ka­płan­ki nieba. Za­wsze ma­rzy­łem, żeby po­czuć, jak mnie opla­ta­ją, a teraz już nigdy tego nie do­cze­kam – za­szlo­chał ża­ło­śnie.

Tuń­czyk, czu­jąc ko­lej­ną falę mdło­ści, zo­ba­czył, jak Dorsz usi­łu­je się wy­do­stać z worka.

– Co ty tu ro­bisz? – spy­tał głu­pio.

– Do­rzu­ci­li mnie… – smark­nął Dorsz.

Tuń­czyk za­darł głowę i zo­ba­czył nogi. Ża­glo­wiec prze­pły­wał pod wy­so­kim na sześć­dzie­siąt stóp po­są­giem bo­gi­ni Łony. Z jego miej­sca wy­ko­na­ne z la­pis-la­zu­li nogi zda­wa­ły się nik­nąć w nie­bie i za­lot­nie roz­chy­la­ją­cych się, ka­mien­nych tasz­kach.

– Za­wsze chcia­łem od­wie­dzić Medis…

– Ja może też, ale nie jako worek, cze­ka­ją­cy na prze­mia­nę w rybią karmę.

– Zo­ba­czysz, zdo­bę­dzie­my moc i wró­ci­my! – po­wie­dział z za­pa­łem, roz­ciął Dor­szo­wi więzy i za­czął się gra­mo­lić na równe nogi.

W dali widać już było cu­mu­ją­ce stat­ki i krzą­ta­ją­cych się do­ko­ła nich ludzi.

Nagle widok prze­sło­ni­ła im po­tęż­na po­stać.

– Zwą mnie Mor­ski Dzik, a to jest mój okręt. Jak tylko do­pły­nie­my, macie zejść z po­kła­du i nie wra­cać – po­wie­dział nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu gło­sem.

Tuń­czy­ko­wi przy­szło do głowy, że miano, które nosił ka­pi­tan, do­sko­na­le pa­so­wa­ło do jego wiel­kie­go brzu­cha, ma­łych oczu gi­ną­cych w fał­dach tłusz­czu i szcze­ci­ny ob­ra­sta­ją­cej twarz, a nawet ster­czą­cej z uszu i nosa.

Ka­pi­tan splu­nął do morza i rzekł:

– Stra­ci­łem już kilka po­waż­nych zle­ceń przez pły­wa­nie z prze­klę­ty­mi.

– A jak mamy was zna­leźć, gdy zdo­bę­dzie­my moc?

– Gdy już do­ko­nasz cudu foczy synu, to po­ra­dzisz sobie i z tym… – par­sk­nął po­gar­dli­wie.

– On też uważa, że je­ste­śmy stra­ce­ni! – za­pła­kał Dorsz.

– Stra­co­ny jest Cefal! Do­pó­ki nie jedzą cię ryby i nie je­steś ka­mie­niem, masz szan­se! Mu­si­my wy­na­jąć osły, żeby jak naj­szyb­ciej prze­je­chać na drugą stro­nę Gór Czar­nych.

Nie­ste­ty szyb­ko oka­za­ło się, że ich po­dróż nie bę­dzie pro­sta.

W por­cie cze­ka­ła straż, która aresz­to­wa­ła wszyst­kich ze stat­ku, po­czy­na­jąc od zdzi­wio­ne­go ka­pi­ta­na, a skoń­czyw­szy na dwój­ce przy­ja­ciół.

Noc spę­dzi­li w celi, znaj­du­ją­cej się, są­dząc po od­gło­sach fal, pod po­zio­mem morza.

Nie na­kar­mio­no ich ani nie na­po­jo­no. Nie­któ­rzy zli­zy­wa­li słone kro­ple spły­wa­ją­ce ze skały.

– Je­ste­ście prze­klę­ci! – ka­pi­tan zbli­żył twarz do od­gra­dza­ją­cych ich krat. – Trze­ba było was uto­pić, jak tylko wy­szli­śmy w morze. Pierw­sza myśl jest naj­lep­sza!

– Trze­ba było nie pły­wać na Mewią Skałę, to złe miej­sce! – krzyk­nął inny ma­ry­narz.

– Je­ste­śmy prze­klę­ci – bia­do­lił szep­tem Dorsz, roz­ma­zu­jąc łzy na py­za­tej twa­rzy. – Je­stem głod­ny! – dodał, chli­piąc.

Na­stęp­ne­go dnia z płyt­kie­go snu obu­dził ich tupot kilku tu­zi­nów pod­ku­tych butów. Do celi wkro­czy­li straż­ni­cy, któ­rzy bez słowa za­rzu­ci­li im na głowy worki, zwią­za­li ręce i po­wle­kli ze sobą.

Prze­kleń­stwa z sil­nym ak­cen­tem Ar­chi­pe­la­gu Mroku świad­czy­ły, że za­ło­ga okrę­tu po­dą­ża­ła wraz z nimi. Pod sto­pa­mi migał czar­ny żył­ko­wa­ny na złoto ba­zalt.

Gdy ze­rwa­no im worki z głów, zdu­mie­ni zo­ba­czy­li, że znaj­do­wa­li się wy­so­ko ponad mia­stem, na are­nie ob­wie­dzio­nej ko­lum­na­mi z bia­łe­go mar­mu­ru. Przo­dem do morza stał wiel­ki, ka­mien­ny tron w kształ­cie łodzi.

Dorsz trą­cił przy­ja­cie­la łok­ciem i dys­kret­nie wska­zał na prawo, ro­biąc przy tym głu­pie miny.

Na ni­skich, sze­ro­kich so­fach le­ża­ło w wy­uz­da­nych po­zach kil­ka­na­ście naj­brzyd­szych nie­wiast, jakie kie­dy­kol­wiek wi­dzie­li. Była wśród nich ol­brzym­ka z wiel­ki­mi, nie­mal sło­nio­wy­mi usza­mi, smu­kła czar­nul­ka, któ­rej z roz­cię­cia sukni wy­glą­da­ły nogi po­kry­te zie­lo­ną, kro­ko­dy­lą łuską, a nawet dama z czte­re­ma pier­sia­mi i dwoma gło­wa­mi.

Słu­dzy wa­chlo­wa­li je za po­mo­cą za­wie­szo­nych po­wy­żej je­dwab­nych żagli i uzu­peł­nia­li  nie­ustan­nie kie­li­chy i tace z je­dze­niem.

– Może nas za­pro­szą – szep­nął Dorsz, prze­ły­ka­jąc ślinę.

– Może szu­ka­ją dla nich męża – zga­sił go sma­gły ma­ry­narz.

Dalej, przy pół­okrą­głych wro­tach, stali mło­dzień­cy w bla­do­zie­lo­nych tu­ni­kach, trzy­ma­ją­cy w rę­kach dłu­gie, krwi­sto­czer­wo­ne rogi. Po­dob­ny­mi ro­ga­mi mieli ozdo­bio­ne głowy, przez co bar­dziej przy­po­mi­na­li ukwia­ły niż ludzi.

W pew­nej chwi­li unie­śli do ust rogi i za­dę­li. Dźwięk przy­po­mi­nał sztorm, co wy­wo­ła­ło jesz­cze więk­szy nie­po­kój wśród poj­ma­nych.

Przez zło­ci­ste wrota do sali wszedł wy­so­ki, blady, czar­no­wło­sy mło­dzie­niec odzia­ny w pur­pu­ro­wą tu­ni­kę i takiż płaszcz. Zgro­ma­dze­ni zgię­li się w po­kło­nie.

Mło­dzie­niec zajął miej­sce na tro­nie – łodzi. Z bli­ska do­strze­ga­li sińce pod ocza­mi i spierzch­nię­te usta. Wy­glą­dał jakby był bar­dzo chory.

Za mło­dzień­cem z po­wa­gą kro­czył drob­ny sta­rzec, ko­le­bią­cy się na krzy­wych no­gach. Jego siwą głowę przy­kry­wa­ła wy­myśl­na czap­ka wy­ko­na­na z setek splą­ta­nych zło­tych węży. Iden­tycz­ne sym­bo­le zdo­bi­ły rów­nież płaszcz.

Jego głos brzmiał słabo, ale god­nie:

– Żmi­ju­nie, ka­pła­nie węża, na któ­re­go jaju ży­je­my, cze­ka­my.

Sta­rzec przez chwi­lę spo­glą­dał na zgro­ma­dzo­nych spod krza­cza­stych brwi, a potem za­in­to­no­wał ni­skim gło­sem pieśń:

Po­mię­dzy udami Łony prze­szło okrę­tów tuzin ty­się­cy, a jej ka­mien­ne lico uśmie­cha­ło się rade

Wszyst­ko, co przy­nio­sły, na­sy­ci­ło Medis, dało nam bo­gac­two i siłę nie­spo­ty­ka­ną

Uśmiech Łony był bło­go­sła­wień­stwem dla wszyst­kich miesz­kań­ców Medis

Słu­dzy, któ­rzy wcze­śniej grali na ro­gach, krzyk­nę­li grom­kim gło­sem:

Ra­dość bo­gi­ni dała wład­cy na­sze­mu Me­du­so­wi nie­spo­ży­te siły!

 

Stary prze­łknął ślinę i kon­ty­nu­ował:

Lecz kiedy do­strze­żo­no okręt pierw­szy po ty­siącu, roz­le­gło się wes­tchnie­nie Łony

Bo­gi­ni od­trą­ci­ła to, co chcia­ło w nią wnik­nąć, a jej ob­li­cze za­gnie­wa­ło się

Blask sło­necz­ny przy­gasł, a na Medis padł cień mrocz­ny jak skrzy­dło kruka!

 

Słu­dzy grom­kim gło­sem za­śpie­wa­li:

Król Medus opadł z sil, a smu­tek za­truł nasze dusze!

 

Słowa te wy­wo­ła­ły ży­wio­ło­we skar­gi i szlo­chy, wśród za­le­ga­ją­cych na so­fach dam.

Sta­rzec spoj­rzał na nie z tro­ską i kon­ty­nu­ował:

Prze­bła­ga­my Łonę nie szczę­dząc ofiar

Zło­ży­my wonny wosk, ka­dzi­dła, klej­no­ty i za­mor­skie wino

Spa­li­my na oł­ta­rzach ja­łów­ki i ja­gnię­ta

Na­kar­mi­my re­ki­ny, które cią­gną tron–łódź, tymi, któ­rzy za­gnie­wa­li Łonę.

 

Dorsz szlo­chał bez­gło­śnie. Ma­ry­na­rze pro­te­sto­wa­li.

Tylko szcze­ci­nia­sty ka­pi­tan za­py­tał:

– Od wielu lat że­glu­je­my po świe­cie i znamy roz­ma­ite prawa, ale czy ko­niecz­ne jest po­świę­ca­nie nas – uczci­wych rze­mieśl­ni­ków, pła­cą­cych po­dat­ki i po­cho­dzą­cych z po­tęż­ne­go Ar­chi­pe­la­gu Mroku?

– Król musi od­zy­skać siłę. Żony schną bez kró­lew­skich uści­sków, Medis czeka na dzie­dzi­ca, a pod­bi­te zie­mie nie mogą zo­stać wcie­lo­ne, do­pó­ki Medus nie po­siądzie ich księż­ni­czek.

Drob­ny król zda­wał się tonąć w tro­nie-ło­dzi. Nie od­zy­wał się ani sło­wem, tylko smęt­nie spo­glą­dał na żony.

Dorsz szep­nął:

– Nie zgła­szaj nas! Re­ki­ny są lep­szą opcją niż po­ma­ga­nie mu w mi­ło­snych zma­ga­niach!

Tuń­czyk miał ocho­tę od­wró­cić się i wal­nąć druha, ale nagle przy­szła mu do głowy myśl. Ukło­nił się, jakby był po­słem i rzekł buń­czucz­nie:

– Królu Me­du­sie, wład­co Medis, pra­gnę ob­wie­ścić no­wi­nę i za­pro­po­no­wać swą pomoc. Je­stem he­ro­sem wy­sła­nym z Me­wiej Skały w celu ura­to­wa­nia wyspy. Kie­dym zgło­sił się do tej misji, nie my­śla­łem, że mogę pomóc jesz­cze komuś. Teraz jed­nak po­ją­łem, że mogę za­ofia­ro­wać ci swe służ­by i przy­nieść owoc ogni­ste­go drze­wa z od­le­głej kra­iny Xi’a.

Dorsz osu­nął się ze­mdlo­ny na mar­mu­ro­wą po­sadz­kę.

Do­rad­ca spoj­rzał gniew­nie i ski­nie­niem dłoni na­ka­zał stra­ży wy­pro­wa­dzić ich.

Jed­nak wtedy za­stę­py żon za­czę­ły naj­pierw szep­tać mię­dzy sobą, potem świer­go­tać w dzie­siąt­kach ję­zy­ków, a w końcu krzy­czeć, wska­zu­jąc na prze­mian na Tuń­czy­ka i star­ca.

Dorsz ock­nął się kilka go­dzin póź­niej na ośle, gdy we trzech wjeż­dża­li po­wo­li na prze­łęcz Gór Czar­nych. Spoj­rzał na nik­ną­ce w dole mia­sto, ota­cza­ją­ce ich ze­wsząd nagie, ba­zal­to­we skały o prze­dziw­nych kształ­tach i sark­nął gniew­nie:

– W do­li­nie na­tknie­my się na pewno na ja­kieś sioło. Może za­pro­po­nu­jesz miesz­kań­com, że przy­wie­zie­my im coś z ja­kiejś da­le­kiej kra­iny? 

– Le­piej wę­dro­wać przez góry niż przez trze­wia re­ki­na. Nie są­dzisz? – od­parł Tuń­czyk.

– Nieco więk­sza szan­sa na skoń­cze­nie w je­dy­nym ka­wał­ku – dodał roz­glą­da­jąc się nie­spo­koj­nie do­ko­ła Wir – mru­kli­wy, czar­no­skó­ry ma­ry­narz z za­ło­gi ka­pi­ta­na.

– Płyń Wi­śnią – od­burk­nął cham­sko Dorsz.

 

***

– By­wa­łeś kie­dyś w tych stro­nach? – spy­tał Dorsz Wira, wska­zu­jąc głową po­kry­te mchem zie­lo­ne skały roz­rzu­co­ne po całej do­li­nie.

Ma­ry­narz te­atral­nie wy­wró­cił ocza­mi.

– Nigdy nie od­da­li­łem się wię­cej niż pięć mil od morza! Gdyby oj­ciec mi nie kazał, nie ru­szył­bym w te ostę­py.

– Mor­ski Dzik to twój oj­ciec?

– No, a kto?!

– My­śle­li­śmy, że to twój ka­pi­tan – wtrą­cił się Tuń­czyk.

– Na ar­chi­pe­la­gu męż­czy­zna zo­sta­je ka­pi­ta­nem tylko wtedy, gdy może ob­sa­dzić sy­na­mi sta­tek. Czę­sto ro­dzi­ny jego żon ofia­ro­wu­ją mu pie­nią­dze na pierw­szy okręt. Wra­ca­jąc z po­dró­ży, oj­ciec dzie­li zyski po­mię­dzy synów i ich matki.

– Mam na­dzie­ję, że za tym lasem w dole znaj­dzie­my już rzekę Wi­śnię. Zgod­nie z moją mapą mamy pły­nąć nią, aż do kraju X’ia. Może na wo­dzie po­czu­jesz się pew­niej.

– Każdy z nas prze­klął kie­dyś, krzy­cząc: „A płyń Wi­śnią!” i wam chyba też babki opo­wia­da­ły bajki o okrut­nych ograch zza Czar­nych Gór. Po­zwo­lisz więc, że po­czu­ję się pew­niej, kiedy wrócę na okręt – burk­nął zgryź­li­wie Wir.

Noc spę­dzi­li w lesie. Roz­pa­li­li ogni­sko i roz­ło­ży­li do­ko­ła po­sła­nia.

Wir za­czął opo­wia­dać o ży­ją­cych w la­sach nad Wi­śnią de­mo­nach, które ponoć wy­peł­za­ły spo­mię­dzy ko­rze­ni dębów, przy­cze­pia­ły się do ple­ców nie­szczę­snych po­dróż­nych i wy­sy­sa­ły z nich całą krew.

Mocno wy­stra­szo­ny Dor­sz przy­su­nął się tak bli­sko ognia, że czuć było tlące się na jego ka­po­cie włosy. On z kolei przy­po­mniał sobie hi­sto­rię gra­su­ją­cych na brze­gach Wiśni utop­cach, które szu­ka­ły ży­wych ludzi, by roz­szar­pać ich i po­ży­wić się wnętrz­no­ścia­mi.

Wir zri­po­sto­wał na­stro­jo­wą ga­wę­dą o zie­ją­cych ogniem smo­kach z kra­iny X’ia.

Ga­wę­dziar­ski po­je­dy­nek za­koń­czył się w ko­na­rach dębu. Nie było tam cie­pło, ani wy­god­nie, ale po­dróż­ni u góry czuli się bez­piecz­niej.

Wkrót­ce oka­za­ło się, że dąb był wła­ści­wym wy­bo­rem. Tuż przed wscho­dem słoń­ca wi­dzie­li ze swo­jej kry­jów­ki, jak zie­lo­ne, omsza­łe skały pod­cho­dzą, wę­sząc, do obo­zo­wi­ska, a na­stęp­nie po­że­ra­ją osły. W otwar­tych pasz­czach wi­ro­wa­ły ka­mie­nie, kiedy po­two­ry ry­cza­ły pod drze­wa­mi, ude­rza­jąc w nie i pró­bu­jąc strą­cić po­dróż­nych.

O ile to moż­li­we, Wir idąc pie­szo, był jesz­cze bar­dziej wy­stra­szo­ny niż wcze­śniej.

Nie­mal się nie od­zy­wał. Gdy ktoś zbli­żał się do niego, od­ska­ki­wał, klnąc plu­ga­wie:

– Gnom ci w koję!

Na szczę­ście już po dwóch go­dzi­nach mar­szu las zrzedł i do­strze­gli sze­ro­kie łąki, a w od­da­li rwącą rzekę oraz pierw­sze za­bu­do­wa­nia wsi. Potem, dla od­mia­ny, zrze­dły im miny, bo na miej­scu zo­ba­czy­li licz­ny od­dział ogrów.

Wszyst­kie za­bu­do­wa­nia za­mie­ni­ono już w gruzy. Dwa rosłe osob­ni­ki o sza­rej, po­kry­tej bro­daw­ka­mi skó­rze, wle­kły ostat­nie­go już chyba ży­we­go miesz­kań­ca. Inny ogry­zał nogę wołu, z któ­rej wciąż zwi­sa­ły okrwa­wio­ne ścię­gna i mię­śnie.

– Wiej­my do rzeki! – szep­nął po­sza­rza­ły na twa­rzy Wir.

– Do­go­nią nas albo uto­nie­my! Ta rzeka jest głę­bo­ka na trzy­dzie­ści stóp! – szep­nął Dorsz.

– A co to za fiu­fa­ne przy­błę­dy?! – Roz­legł się za ich ple­ca­mi dźwięk, przy­po­mi­na­ją­cy od­głos to­czą­cych się ka­mie­ni.

Drogę za­gra­dzał im po­tęż­ny ogr sinej barwy, który ra­do­śnie za­strzygł szpi­cza­sty­mi usza­mi i za­tarł sied­mio­pal­cza­ste ręce:

 – Chyba trze­ba bę­dzie się z nimi po­za­ba­wo­wać! Niech nie­bo­racz­ki zo­ba­czą swe flacz­ki!

– Ja­kieś obce – od­burk­nął drugi z wiel­ką pasz­czą wy­po­sa­żo­ną w dwa rzędy zębów. Chwy­cił za ku­brak pisz­czą­ce­go i wi­ją­ce­go się Dor­sza, a drugą ręką po­dra­pał się po łysej, po­kry­tej na­ro­śla­mi gło­wie. – Może spę­ta­my to i wy­śle­my ptaka z no­wi­ną do Żmi­ju­na?

Osa­cze­ni po­dróż­ni spoj­rze­li na sie­bie ze zdu­mie­niem.

– Ptaki już zja­dłeś, szczu­rzy bobku… Poza tym, tu już pra­wie skoń­czy­ła się fiu­fa­na za­ba­wa! – dodał siny ogr, za­gar­nia­jąc wiel­ki­mi ła­pa­mi Wira i Tuń­czy­ka.

Stuk­nął ich gło­wa­mi, śmie­jąc się ra­do­śnie ni­czym prze­ro­śnię­te dziec­ko.

– Skoń­czy­ła się?! – wrza­snął Tuń­czyk prze­raź­li­wie. – Ty po­mio­cie zie­lo­nych gła­zów, chyba nic nie zro­zu­mia­łeś z roz­ka­zów, które otrzy­ma­łeś!

Ogr, który wła­śnie za­mie­rzał stuk­nąć ich po­now­nie, za­wa­hał się.

– Zro­zu­mia­łem roz­ka­zów! Je­stem szef!

– A jak brzmia­ły roz­ka­zy?!

– W osa­dzie Łozy wybić do nogi, co żyje. Za­bu­do­wa­nia spa­lić!

– I tobie się wy­da­je, że skoń­czy­łeś?! – wrza­snął gniew­nie Tuń­czyk. – Po­staw no mnie na ziemi!

Zdu­mio­ny ogr wy­ko­nał po­le­ce­nie.

Tuń­czyk od­ko­pał le­żą­cy obok ka­mień, wska­zał wi­ją­ce się ro­ba­ki i roz­ka­zał:

– Zabić wszyst­ko! Jeśli nie chcesz na­ra­zić się na gniew Żmi­ju­na, le­piej do­kończ ro­bo­tę!

– Ale za­wsze star­cza­ło sa­mych ludzi…

– Przy­by­wam pro­sto z Medis! I mówię wy­raź­nie: „wszyst­ko, co żyje!”.

– To nam zej­dzie… – Ogr po­dra­pał się po ry­ża­wych ku­dłach.

– Brać się do ro­bo­ty! – roz­ka­zał Tuń­czyk.

Ko­rzy­sta­jąc z faktu, że ogry padły na brzu­chy, by le­piej wi­dzieć swoje nowe ofia­ry, po­dróż­ni nie zwle­ka­jąc, wsie­dli do oca­la­łej łodzi i ru­szy­li na po­łu­dnie. Na szczę­ście wszy­scy trzej że­glo­wa­li od dziec­ka.

 

***

 

Pły­nę­li kilka dni. Rzeka na prze­mian zwę­ża­ła się i roz­le­wa­ła sze­ro­ko. Na stro­mych brze­gach wi­dzie­li stwo­rze­nia, ja­kich nie tylko nigdy nie spo­tka­li, ale o któ­rych nawet nie sły­sze­li. Na sze­ro­kich łą­kach pasły się jabł­ko­wi­te jed­no­roż­ce. A wie­lo­barw­ne ośmior­ni­ce, któ­rych dwie macki po­sia­da­ły palce, pró­bo­wa­ły ich po­chwy­cić.

Ste­ru­ją­cy łódką Wir omi­jał na równi przy­po­mi­na­ją­ce szma­rag­do­wą pa­ję­czy­nę utop­ce, jak i biu­ścia­ste dzie­wo­je, ma­cha­ją­ce do nich ze skał. Zwłasz­cza to ostat­nie mocno gnie­wa­ło Dor­sza.

– Cóż by nam złego mogła taka dzie­wecz­ka uczy­nić?! – sar­kał. – A co by sobie czło­wiek na­tu­lił, to jego.

– Te dzie­wecz­ki, jak je zwiesz, to brze­gi­nie – są straż­nicz­ka­mi źró­deł. Chcą cię uto­pić i wy­ssać z cie­bie życie, by potem wzmoc­nić nim źró­dło!

– A skąd to niby wiesz?

– Źró­dła mocy by­wa­ją w róż­nych miej­scach świa­ta i wszę­dzie tam trze­ba się mieć na bacz­no­ści. X’ia jest pod tym wzglę­dem wy­jąt­ko­we. Tu ro­śnie ogni­ste drze­wo, można zna­leźć nie­zli­czo­ne źró­dła mocy i ponoć to tu miesz­ka Dymny Smok. To dzi­kie miej­sce, gdzie roz­sąd­ne­mu czło­wie­ko­wi zo­sta­je je­dy­nie obawa i nie­uf­ność.

Za­mie­rza­li spie­rać się dalej, ale mu­sie­li ma­new­ro­wać, omi­ja­jąc wy­sta­ją­ce z wody ostre skały. Ucie­kli w bocz­ny nurt i łódź otar­ła się lewą burtą o wy­so­ki na trzy­dzie­ści stóp, po­ro­wa­ty zie­lon­ka­wy skal­ny słup. Tuż za nim nurt ob­ró­cił łódź, od­sła­nia­jąc sze­ro­kie na­brze­że, utwo­rzo­ne z żół­tych skał i krwi­sto­czer­wo­nych na­mo­rzynów.

– Do­pły­nę­li­śmy! – szep­nął z na­boż­nym sku­pie­niem Wir.

– A gdzie Ogni­ste Drze­wo?! – za­cie­ka­wił się Dorsz.

– Wszę­dzie – od­parł Wir, otwie­ra­jąc oczy ze zdu­mie­nia.

Czer­wo­ne ko­rze­nie, two­rzą­ce na na­brze­żu bramę, pięły się dalej, opla­ta­jąc ści­śle stoż­ko­wa­tą, po­ro­śnię­tą bujną ro­ślin­no­ścią górę. Widok ten kon­tra­sto­wał z ota­cza­ją­cą górę po­pie­la­tą pu­sty­nią.

– Dziw­ny kraj… – szep­nął Tuń­czyk.

– Ponoć poza mocą, można tu zdo­być złoto, szla­chet­ne ka­mie­nie i za­cza­ro­wa­ne ptaki!

– W takim razie, czemu to takie pust­ko­wie?

– Zo­ba­czysz.

Za­bra­li z łodzi do­by­tek i ru­szy­li w górę, ko­rzy­sta­jąc z ko­rze­ni, a potem z ga­łę­zi drze­wa jak z dra­bin.

– Miej­cie otwar­te oczy i uszy! – ostrzegł ich Wir. – Tu wszyst­ko może być ja­do­wi­te, za­cza­ro­wa­ne, albo za­bój­cze.

– Dla mnie za­bój­cza jest ta wspi­nacz­ka – sapał Dorsz. – Nie mo­że­my po­szu­kać owo­ców przy rzece?

– Nie! – od­po­wie­dzie­li obaj.

Po go­dzi­nie wspi­nacz­ki wszy­scy trzej byli zzia­ja­ni, mo­krzy i źli, a szczyt góry i czu­bek drze­wa wy­da­wały się wciąż od­le­głe. Za nimi w dole wiła się błę­kit­na wstę­ga rzeki. Dorsz wska­zał błysz­czą­ce nie­da­le­ko źró­deł­ko:

– Spró­buj za­czerp­nąć z niego mocy i wra­caj­my! – Po­le­cił Wir, roz­glą­da­jąc się nie­spo­koj­nie.

– A co z obiet­ni­cą dla króla Me­du­sa?!

– Mo­że­my wró­cić do domu z in­ne­go portu… – za­pro­po­no­wał Dorsz.

– Odkąd do­wie­dzia­łem się, że to Żmi­jun wy­sy­ła ogry do są­sied­nich kró­lestw, po­dej­rze­wam, że to on stoi za sła­bo­ścią mło­de­go wład­cy.

– Mor­ski Dzik tak są­dził od po­cząt­ku. Są­dził też, że nigdy tu nie do­trze­my, a was miał za prze­klę­tych.

– My też nie mie­li­śmy za­mia­ru się z nim przy­jaź­nić… Chciał­bym pomóc kró­lo­wi.

Po­de­szli do źró­dła. Woda wy­pły­wa­ją­ca z mlecz­no­bia­łej, skal­nej misy, mu­so­wa­ła i ki­pia­ła.

Tuń­czyk wyjął z worka bu­kłak i kubek z ba­wo­le­go rogu i za­czął po­wo­li czer­pać. Nie do­ty­kał rę­ka­mi wody, sta­rał się też uni­kać przy­pad­ko­wych kro­pli.

– Po­śpiesz się. Nie wiem, czy bar­dziej prze­ra­ża­ją mnie czer­wo­ne ga­łę­zie, blade jak skóra nie­bosz­czy­ka li­ście, czy oczy, które spo­mię­dzy nich bły­ska­ją. Nie chcę spę­dzić tu nocy!

– Nie wiem, jak dzia­ła ta woda. Ja nie chcę skoń­czyć jak Cefal!

– To tylko źró­dło! – za­pro­te­sto­wał Dorsz, za­czerp­nął dło­nią wody i wypił.

– Osza­la­łeś?!

– Nie, chcia­ło mi się pić. Mo­że­my już wra­cać?

– Pójdę po owoc. Gdy­bym nie wró­cił do za­cho­du słoń­ca, wra­caj­cie beze mnie.

 

***

Po­dą­ża­jąc na szczyt, Tuń­czyk mijał ko­lej­ne źró­dła. Przy wielu sie­dzia­ły brze­gi­nie, które przy­zy­wa­ły go ge­sta­mi i śpie­wem. Wszyst­kie były pięk­ne i bar­dzo oszczęd­nie za­kry­wa­ły swoje wdzię­ki. Plu­ska­ły się w wo­dzie, cze­sa­ły włosy, lub wy­da­wa­ły wy­so­kie, pta­sie trele, ale mło­dzie­niec szedł przed sie­bie, nie roz­glą­da­jąc się na boki.

Na spłasz­czo­nym wierz­choł­ku góry od­na­lazł czte­ry, grube jak on sam ga­łę­zie drze­wa, po­kry­te ob­fi­cie owo­ca­mi. Zdjął ka­pe­lusz i z jego po­mo­cą ze­rwał pół tu­zi­na czer­wo­nych, kol­cza­stych ogór­ków i we­pchnął do worka. Potem, naj­szyb­ciej jak mógł, zbiegł w stro­nę rzeki.

Swo­ich to­wa­rzy­szy za­stał tam, gdzie ich zo­sta­wił. Wir pła­kał cicho, ukry­wa­jąc twarz w dło­niach. Dorsz sie­dział za­pa­trzo­ny w misę źró­dła.

– Wró­ci­łem, nie ma już po­wo­du do zmar­twień – po­wie­dział uspo­ka­ja­ją­co. – Idzie­my do łodzi?

– Ja tu chyba zo­sta­nę – mruk­nął Dorsz ma­to­wym gło­sem.

– Zwa­rio­wa­łeś?! – wrza­snął Tuń­czyk.

– Nie, chcia­ło mi się pić – od­parł i od­wró­cił się tyłem.

Jego plecy i kuper po­kry­wa­ły czar­ne pióra.

Tuń­czyk ob­ró­cił się do Wira.

– A ty?! – spy­tał.

– Też piłem. Prze­cież nic mu nie było…

– Może na­pij­cie się jesz­cze raz.

– Zła­piesz fre­ga­ty, bę­dziesz bo­ga­ty…

– Nie­po­trzeb­ne mi głu­pie wier­sze – żach­nął się Tuń­czyk. – Po co piłeś z tego źró­dła?!

Dorsz roz­chy­lił na bok ra­mio­na, za­ci­snął zęby, a na jego gar­dle wzdę­ła się czer­wo­na kula.

– Po pro­stu, chodź­my do łodzi – po­wie­dział ugo­do­wo Wir.

Gdy od­bi­ja­li od brze­gu, Dorsz był już pta­kiem ol­brzy­mim, jak ćwierć łodzi, a głowa Wira po­kry­ła się pierw­szy­mi pió­ra­mi.

– Kiedy i ja zo­sta­nę fre­ga­tą, przy­wiąż nam do nóg ża­giel – roz­ka­zał Wir. – Po­nie­sie­my cię przez góry. W ten spo­sób omi­niesz nie­bez­pie­czeń­stwa.

– Przy­kro mi, że tak się to skoń­czy­ło, Wirze. Po­lu­bi­łem cię.

– Ja cie­bie też. Mogło być go­rzej. Za­wsze lu­bi­łem ryby…

***

Drob­ny Tuń­czyk nie oka­zał się zbyt dużym ba­la­stem dla cza­ro­dziej­skich pta­ków. Prze­lot do Medis zajął im sie­dem dni. Po dro­dze od­po­czy­wa­li na ska­łach i wy­so­kich drze­wach, tam rów­nież oma­wia­li plan dzia­ła­nia.

Wspól­nie usta­li­li, że Tuń­czyk nie może zaraz po po­wro­cie zdra­dzić, że zdo­był owoce, bo Żmi­jun na pewno zna­la­zł­by spo­sób, by nigdy nie sta­nął przed kró­lem.

Każ­de­go ranka to­wa­rzy­sze-pta­ki sta­wa­li się nieco mniej­si. Stop­nio­wo za­ni­ka­ła im zdol­ność mowy. Gdy do­tar­li do celu, ko­mu­ni­ko­wa­li się je­dy­nie skrze­cząc i ma­cha­jąc skrzy­dła­mi.

Po przy­by­ciu do Medis Tuń­czyk zja­wił się w pa­ła­cu i za­żą­dał wi­dze­nia z wład­cą i to ko­niecz­nie w świą­ty­ni na wzgó­rzu. Dwo­rza­nie z po­cząt­ku za­re­ago­wa­li obu­rze­niem, ale wi­dząc jego de­ter­mi­na­cję, ustą­pi­li. Kiedy wra­cał na kwa­te­rę, na­pa­dło go trzech zbi­rów, któ­rzy ze zdzi­wie­niem od­kry­li, że mło­dzian, poza spodnia­mi, ko­szu­lą i ku­bra­kiem, miał przy sobie je­dy­nie znisz­czo­ną mapę i kilka stóp linki że­glar­skiej. Po­tur­bo­wa­li go nieco, ale pu­ści­li wolno.

Kilka dni póź­niej otrzy­mał we­zwa­nie na au­dien­cję. W bia­łej świą­ty­ni nad mia­stem za­stał króla Me­du­sa, blad­sze­go i słab­sze­go niż wcze­śniej. Mło­dzie­niec leżał bez­wład­nie w ło­dzi-tro­nie, a jego mał­żon­ki po­pła­ki­wa­ły cicho.

– Dzię­ku­ję wę­drow­cze, że pod­ją­łeś się misji – wy­szep­tał. – Ża­łu­ję, że się nie udała. Roz­ka­zu­ję, żeby Tuń­czyk z Wyspy Mew i jego to­wa­rzy­sze, przed rzu­ce­niem re­ki­nom, zo­sta­li udu­sze­ni.

– Mam na­dzie­ję ura­to­wać cie­bie królu i sie­bie – po­wie­dział Tuń­czyk gło­śno i za­kla­skał, a dźwięk roz­szedł się echem wśród mar­mu­ro­wych ko­lumn.

Wtedy prze­la­tu­ją­ce nad świą­ty­nią fre­ga­ty upu­ści­ły dwa worki. Tuń­czyk zła­pał je zręcz­nie, jeden za­rzu­cił sobie na plecy, a z dru­gie­go wyjął dwa doj­rza­łe owoce.

– Pro­szę mój królu, oto dar. Niech służ­ba oczy­ści ten owoc i poda ci miąższ. Wy­star­czy po­ło­wa. Myślę też, że mały kęsek po­win­na zjeść każda z two­ich ko­biet.

– Nie! – krzyk­nął prze­raź­li­wie Żmi­jun, sta­ra­jąc się za­gro­dzić mu drogę. – Ten po­miot ka­ła­mar­ni­cy chce  otruć na­sze­go wład­cę!

Król za­wa­hał się i spy­tał:

– Uko­cha­ne, która z was ze­chce pod­dać się pró­bie?

Po­ło­wa dam ze­rwa­ła się z po­słań, zgła­sza­jąc chęć przy­ję­cia eg­zo­tycz­ne­go leku.

Słu­żą­cy po­ło­ży­li owoc na zło­tej tacy i po­kro­ili na pla­ster­ki. Na­stęp­nie za po­mo­cą wy­ko­na­nych z ko­ra­la ły­że­czek na­bie­ra­li pełen pe­stek, po­ma­rań­czo­wy mus i kar­mi­li nim księż­nicz­ki. Osiem dam po­łknę­ło z za­do­wo­le­niem po kęsie.

– Nie chcę cze­kać – rzekł król – bo nie wiem, czy do­cze­kam świtu. Na­karm­cie i mnie!

Te, które po­sma­ko­wa­ły owocu, wy­rwa­ły tacę słu­gom i same przy­go­to­wa­ły dużą por­cję dla króla.

Po pierw­szym kęsie młody męż­czy­zna wy­pro­sto­wał się, a na jego po­licz­ki wstą­pił ru­mie­niec. Po dru­gim usiadł, uśmiech­nął się pro­mien­nie i łap­czy­wie zjadł resz­tę. Sta­nął wy­pro­sto­wa­ny, pa­trząc z mi­ło­ścią na swoje żony. Te, które były przy nim, w unie­sie­niu gła­dzi­ły kró­lew­skie barki, uda i na­mięt­nie ca­ło­wa­ły umię­śnio­ny brzuch. Po­zo­sta­łe, śmie­jąc się ra­do­śnie, cze­ka­ły na swoją kolej.

– Po­twier­dzam, że owoc do­star­czo­ny przez cu­dzo­ziem­ca ule­czył moją sła­bość. Zatem Tuń­czyk z Wyspy Mew otrzy­ma od nas dzban ru­bi­nów i dzban pereł – roz­ka­zał nie­dba­le, obej­mu­jąc dłoń­mi krą­gło­ści tu­lą­cych się dam. Uwol­nić też ka­pi­ta­na z za­ło­gą. – Nadto – dodał z wa­ha­niem – wszyst­kie żony, obec­ne i przy­szłe, muszą skosz­to­wać owocu drze­wa ognia, aby po­twier­dzić, że mnie mi­łu­ją.

Kro­ko­dy­la dama usi­ło­wa­ła się chył­kiem wy­mknąć, jed­nak schwy­tano ją i na­kar­mio­no prze­mo­cą. Gdy tylko prze­łknę­ła kęs, jej ciało objął ogień i w jed­nej chwi­li za­mie­ni­ła się w pył barwy ziemi w kraju X’ia.

Żmi­jun wrza­snął, za­mie­nił się w ogrom­ne­go, si­ne­go sępa i od­le­ciał.

 

***

 

 

Tuń­czyk, eskor­to­wa­ny z góry przez dwie fre­ga­ty, po­mknął bez­zwłocz­nie do portu. Ptaki za­ję­ły miej­sce na bo­cia­nim gnieź­dzie, a mło­dzień­ca ugo­ścił ser­decz­nie Mor­ski Dzik, wiel­ce rad z ura­to­wa­nia i uwol­nie­nia.

– Mam już syna morsa oraz kilka córek z sy­re­ni­mi ogo­na­mi. Zaj­mie­my się na­szym skrzy­dla­tym Wirem.

Dzię­ki po­myśl­nym wia­trom po­wrót na Wyspę Mew zajął im je­dy­nie trzy dni, pod­czas któ­rych ra­czy­li się ry­ba­mi i winem oraz ra­do­wa­li suk­ce­sem.

Gdy okręt do­bi­jał do portu, Tuń­czyk pa­trzył z za­chwy­tem na nie­gdyś znie­na­wi­dzo­ny widok. Pod­czas cu­mo­wa­nia ze­sko­czył na na­brze­że i co sił po­gnał w stro­nę świą­ty­ni. Szedł rad z sie­bie i uśmiech­nię­ty. Lu­dzie, któ­rych mijał, re­ago­wa­li zdu­mie­niem i ra­do­ścią. Wielu to­wa­rzy­szy­ło mu na świą­tyn­ne wzgó­rze, szep­cząc mię­dzy sobą.

Kiedy wcho­dził na plac świą­tyn­ny, roz­le­gły się okrzy­ki:

– Wy­bra­niec po­wró­cił!

Ka­pła­ni wy­szli ze świą­ty­ni, pa­trząc na niego z uzna­niem i na­dzie­ją.

– Wy­bra­niec po­wró­cił – ob­wie­ścił z na­masz­cze­niem naj­star­szy ka­płan i za­py­tał: – Czy wra­casz z mocą?!

– Tak – ob­wie­ścił z dumą Tuń­czyk, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie ręce. – Nie my­śl­cie też, że Dorsz – mój przy­ja­ciel, zbiegł. Jest tutaj. – Wska­zał fre­ga­tę, która przy­sia­dła na jed­nej z ko­lumn – ale nie­ste­ty utra­cił ludz­ką po­stać.

Miesz­kań­cy wyspy wi­wa­to­wa­li. Ktoś po­biegł po świe­że ryby dla Dor­sza.

W tej samej chwi­li z nieba spadł czar­ny kształt. I nim Tuń­czyk zdo­łał za­re­ago­wać, olbrzy­mi sęp wy­rwał mu bu­kłak. Roz­szar­pał pa­zu­ra­mi skó­rza­ny worek, potem chwy­cił mło­dzień­ca i po­de­rwał go w górę. Tuń­czyk za­darł głowę i zo­ba­czył oczy Żmi­ju­na. Sęp upu­ścił go na naj­bliż­szy tunel mocy.

Tuń­czyk wi­dział, jak ka­pła­ni mio­teł­ka­mi z piór usi­łu­ją bez­sku­tecz­nie chwy­tać ula­tu­ją­ce cząst­ki mocy. Po­czuł rów­nież, jak on sam z nie­przy­jem­nym chrup­nię­ciem za­pa­da się w tunel.

Tuń­czyk przez chwi­lę sie­dział, cze­ka­jąc na obe­lgi, razy i po­wol­ną pe­try­fi­ka­cję.

– Sępi pęd! – szep­nął, nie zwa­ża­jąc na po­wa­gę miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wał. – Wszyst­ko na darmo!

Nagle wpadł mu do głowy sza­lo­ny po­mysł. Się­gnął do kie­sze­ni i wrzu­cił wprost do za­pa­da­ją­ce­go się ka­na­łu mocy owoc ogni­ste­go drze­wa.

Usły­szał prze­cią­gły świst i nie­mal od razu, koło jego głowy wy­su­nę­ły się czer­wo­ne spi­ra­le mło­dych pędów. Ogni­ste drze­wo opla­ta­ło wyspę.

– Moc wró­ci­ła! – krzyk­nę­li chó­rem ka­pła­ni, uno­sząc ręce.

Tłum wi­wa­to­wał. Z piw­nic wy­ta­cza­no becz­ki naj­przed­niej­szych win.

Tuń­czyk ru­szył po­wo­li w stro­nę karcz­my, przy któ­rej Ce­fa­lo­wi zda­rzył się wy­pa­dek.

Na miej­scu zna­lazł źró­dełko, a obok niego swego druha. Cefal, ska­mie­nia­ły je­dy­nie do kolan, do­ma­gał się gło­śno pie­czy­ste­go, wina i uści­sków dziew­cząt.

Obaj już za­wsze mieli cie­szyć się ob­fi­to­ścią wszyst­kich tych dóbr. 

Tuń­czyk zdo­łał kupić karcz­mę “Pod Nie­bie­ską Ostry­gą”. Sia­dywał co wie­czór przy ławie Ce­fa­la, jedli, pili, wspo­mi­na­li stare dzie­je i kar­mi­li świe­ży­mi ry­ba­mi swoją fre­ga­tę.

Koniec

Komentarze

Cześć, Ambush! Na początek pierdołki, większość z tego to moje czepiactwo:

 

Jego nogi, brzuch i piersi pokrywała kamienna łuska, która powoli obejmowała szyję.

Pierś. Jedną, za to solidną, męską taką.

 

Selene zaślubiła wyspę i wprawiła w podniecenie co najmniej męską połowę jej mieszkańców.

Przerobiłabym jakoś to zdanie, bo co najmniej męska brzmi trochę niezręcznie i sugeruje, że oprócz tego, że była męska, cechowała się także czymś jeszcze.

 

Wreszcie, kiedy posunął się za daleko, Dorsz klepnął go w pysk

Strzelił? Huknął? Jebnął? ;)

 

Od kilku wieków, nie przyrósł ani jeden tunel.

Chyba zbędny przecinek.

 

Śmiałek, który krzyknie: „ja zdobędę moce”

On wyruszy daleko, za Niebieskie Morze;

W znoju i krwawej walce nikt mu nie pomoże;

Padnie, a świątynia życiem zamigoce.

Zapisałabym to kursywą, żeby się wyróżniało.

 

Kapłani zrzucą nas ze skały by ubłagać bogów!

A tutaj zagubiony przecinek przed by.

 

Jej zawartość była gorzka i słona jak jego myśli.

Czy coś może być jednocześnie gorzkie i słone? Może chociaż gorzko-słone?

 

Dokąd nie jedzą cię ryby i nie jesteś kamieniem, masz szanse!

Dopóki.

 

Jego siwą głowę przykrywała wymyślna czapka wykonana ze splątanych setek złotych węży.

Z setek splątanych złotych węży?

 

Żony schną bez królewskich uścisków, Medis czeka na dziedzica, a podbite ziemie nie mogą zostać wcielone, dokąd Medus nie posiądzie ich księżniczek.

Dopóki.

 

wskazując głową pokryte mchem zielone skały rozrzucone po całej dolinie.

Były zielone same w sobie, czy zielone od mchu? Bo jeśli to drugie, to imho nie ma potrzeby podkreślania ich koloru.

 

– Gnom ci w koję!

Piękne, pożyczam <3

 

Niech nieboraczki zobaczą swe flaczki!

To też xD

 

Drobny Tuńczyk nie okazała się zbyt dużym balastem dla czarodziejskich ptaków.

Spontaniczna tranzycja? ;)

 

I nim tuńczyk zdołał zareagować, olbrzymi sęp wyrwał mu bukłak i rozszarpał go pazurami.

Zmienił nie tylko płeć, ale i gatunek? ;)

 

 

Z uwag innych: bardzo często przerzucasz podmiot na sam koniec, co w przypadku długich zdań bywa problematyczne. Nie jest to błąd, ale może na przyszłość warto by się przyjrzeć tej kwestii, żeby w zdaniach panowała pełna jasność. Dla przykładu:

Tuńczykowi przyszło do głowy, że to może być ta sama, którą poprzedniego dnia oplatała mocnymi, długimi udami Selene.

mruknął znudzonym głosem siedzący na koralowym tronie najstarszy kapłan

 

Ogólnie czytało się przyjemnie, chociaż sama podróż wydała mi się minimalnie za długa, zwłaszcza, że przeżycia kompanii nie należały do szczególnie trzymających w napięciu. Początek podobał mi się najbardziej. Końcówka z kolei przyspieszona, trochę rozmyta – zabrakło mi jakiejś mocniejszej puenty.

Świat wydaje się umiarkowanie ciekawy: to znaczy nie zapadnie mi raczej w pamięć na dłużej, jak na przykład Śródziemie czy Meekhan, ale został skrojony w sam raz pod tekst tej długości. Wprowadzasz kolejne elementy settingu w sposób lekki, unikając infodumpów, dzięki czemu czytelnik może się bez problemu w tym uniwersum odnaleźć, nie wypadając z rytmu czytania.

Postaci natomiast oceniam raczej nieco poniżej średniej: może jest ich nieco za dużo, może są do siebie zbyt podobne, w każdym razie zlewały mi się ze sobą i po lekturze nie potrafiłabym już powiedzieć, kto był kim.

Co mnie drażniło w trakcie lektury, to lekki seksizm, taki w stylu klasycznego heroic fantasy: kobiety zepchnięte na margines opowieści, gdzieś tam są, ale kto by się nimi przejmował, c’nie. A jeśli już się pojawiają, to w roli rozseksualizowanych kapłanek, uwodzicielskich brzegiń, ewentualnie żon/sex-toyów. Trochę mnie to uwierało, ale Twój świat, Twoje zasady, dzielę się tylko subiektywnymi odczuciami.

Kliknę bibliotekę, ponieważ czytało mi się przyjemnie, a humor – w większości – do mnie przemówił.

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Czytało się przyjemnie, ale faktycznie na końcu wyszło jakoś zbyt ogólnie. Chyba do pierwszych trzech gwiazdek było najlepiej. Bardzo rozbawiła mnie rozmowa z Ogrami, a tekst “Niech nieboraczki zobaczą swe flaczki!” jest świetny xd

Jak podczas bety – brawa za pomysł, humor, ciekawostki, wielowątkowość oraz nader charakterystycznych bohaterów. :)

Klik, pozdro! :)

Pecunia non olet

@bruce bez bety nie byłabym tak zadowolona z opowiadania. Dziękuję<3

@Evil dzięki za wizytę i recenzję. Najbardziej dumna jestem z przekleństw;)

@gravel Dziękuję za wizytę i czas poświęcony na wnikliwą łapankę. Cieszę, że się plugastwa się spodobały, bo bardzo się w nie zaangażowałam. Za seksizm przepraszam, spróbuję w kolejnych zrównoważyć. Albo napiszę damskie, seksistowskie opko;)

Nad podmiotem muszę przysiąść.

Za seksizm przepraszam, spróbuję w kolejnych zrównoważyć. Albo napiszę damskie, seksistowskie opko;)

Z tego co pamiętam, to na Magię i Miecz obiecałaś heroiczne barbarianki z wielkimi cycami i stalowymi bikini, więc

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Jak się obiecuje,

mapę się rysuje,

cycate barbarianki,

niech już palą wianki

To ja dziękuję. :)

Pecunia non olet

 

@I jeszcze gravel

 

Selene zaślubiła wyspę i wprawiła w podniecenie co najmniej męską połowę jej mieszkańców.

Przerobiłabym jakoś to zdanie, bo co najmniej męska brzmi trochę niezręcznie i sugeruje, że oprócz tego, że była męska, cechowała się także czymś jeszcze.

 Mi chodziło o to, że nawet część żeńskiej się podjarała????

 

 

wskazując głową pokryte mchem zielone skały rozrzucone po całej dolinie.

Były zielone same w sobie, czy zielone od mchu? Bo jeśli to drugie, to imho nie ma potrzeby podkreślania ich koloru.

 No, mchy bywają też czerwone, żółte, brązowe.

 

– Gnom ci w koję!

Piękne, pożyczam <3

 Jestem dumna:D

Niech nieboraczki zobaczą swe flaczki!

To też xD

Znowu. 

 

Drobny Tuńczyk nie okazała się zbyt dużym balastem dla czarodziejskich ptaków.

Spontaniczna tranzycja? ;)

 Kuszące, ale nie laugh

 

Za seksizm przepraszam, spróbuję w kolejnych zrównoważyć. Albo napiszę damskie, seksistowskie opko ;)

Też można, ale moim zdaniem to konwencja klasycznego fantasy w stylu Howarda. Postmodernizm – postmodernizmem, ale wszystkiego psuć nie należy.

Seksizm polega na tym, że w poprzedniej pracy miałem zakaz (od Zarządu) przychodzenia do pracy w sukience. Nie to, że próbowałem, ale i tak dostałem.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Radek:

w poprzedniej pracy miałem zakaz (od Zarządu) przychodzenia do pracy w sukience. Nie to, że próbowałem, ale i tak dostałem.

laugh

 

Pecunia non olet

Z tego co pamiętam, to na Magię i Miecz obiecałaś heroiczne barbarianki z wielkimi cycami i stalowymi bikini

Wiem, że to uświęcone tradycją, ale są granice…

(zbieram się do napisania komentarza klikowego)

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

@Radek miało być zabawnie i z przymrużeniem oka, do tego wszystkie obiekty seksualne były szczęśliwe, ale skoro razi, to razi.

A , co do sukienki, to nie kusiło?;)

 

 

Postmodernizm – postmodernizmem, ale wszystkiego psuć nie należy.

Psuć?

 

Seksizm polega na tym, że w poprzedniej pracy miałem zakaz (od Zarządu) przychodzenia do pracy w sukience. Nie to, że próbowałem, ale i tak dostałem.

Bardzo mi przykro, Radku. Trzeba było spróbować, być może udałoby Ci się zmienić swoje środowisko na lepsze. Czasami ludzie reagują dokładnie tak, jak się po nich spodziewasz, ale bywa, że okazują się zaskakująco otwarci.

 

Wiem, że to uświęcone tradycją, ale są granice…

Granice? W fantastyce? ;)

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Klasyczne bohaterskie fantasy, gdzie autorka nie poskąpiła obowiązkowych elementów. Mamy karczemną awanturę, roznegliżowaną kapłankę, tunele mocy i quest. Bohaterowie muszą stawiać czoła pokusom, przechytrzyć stwory, które zwykły czaić się w górach, ale niektórzy transformują się w ptaki. To wszystko po to, żeby nie trzeba było zaganiać mocy do tuneli miotełkami.

Bardzo dobra robota!

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Dyskusji nie będzie, bo mam zszargane nerwy. Zgadnij, dlaczego.

Witaj @Radku, zgarnianie mocy miotełkami przypomina realizację projektu, bez narzędzi;) Dziękuję za betę i miłą recenzję.

@Tarnino Witam, mam nadzieję, że ukoiłam nerwy.

Sympatyczne, ale zostawia z niedosytem.

 

Fabularnie to dość lekka opowiastka, gdzie połowa rzeczy dzieje się “magicznie” (a więc nie ma sensu), a druga to kwestia działań bohatera (co się ceni) – więc bywa lepiej, bywa gorzej. Logika mocno zgrzyta tu na zakrętach (zaraz na początku ubódł mnie straszliwie fakt, że owe cenne, a kruche tunele mocy nie są nijak zabezpieczone, choćby kratką), a ciągi przyczynowo skutkowe bywają, powiedzmy, nieco naciągane.

Głównym mankamentem fabularnym jest jednak brak ewolucji bohatera. To jest w swej istocie bardzo klasyczna opowieść o tym, jak bohater popełnia błąd i wyrusza w podróż, by go naprawić. W tej konwencji bardzo potrzebne jest, by podróż zmieniła jakoś bohatera, by wrócił mądrzejszy, odważniejszy lub w inny sposób doskonalszy – dzięki czemu jest w stanie rozwiązać osiągnąć pełnię swych możliwości i rozwiązać problem. U ciebie Tuńczyk jaki zaczyna, taki kończy – zaradny, wygadany i niepowstrzymany. Nie rozwija się, nie żałuje nawet szczególnie wcześniejszych pomyłek. Ogólnie wszystko idzie mu tak łatwo, że trudno mu kibicować.

Co więcej, wplatasz tu, szczerze mówiąc trochę od czapy, wątki typowe dla “opowieści ku przestrodze” – nie otwieraj obcym, bo zje cię wilk, nie schodź ze ścieżki, bo zje cię wilk, pracuj uczciwie i solidnie, bo (zgadliście) zje cie wilk – ale tak naprawdę trudno powiedzieć, przed czym przestrzegasz – chyba przed uleganiem własnym słabościom? Sporo tu motywów seksualnych, więc spodziewałem się czegoś w temacie, ale ostatecznie Dorsz poległ na zwykłym pragnieniu, więc nawet tego morału nie da się przypiąć.

Do tego doliczyć można fakt, że fabuła jest dość mocno rozdrobniona, a wiele scen tak naprawdę ma niewielkie konsekwencje. Ogrów mogłoby tu w ogóle nie być. Motyw owoców jest niemal całkowicie oderwany od problemów domu bohatera – tak na końcu pojawia się sęp i komplikuje sprawy, ale ten problem zostaje rozwiązany dosłownie chwilę później i to bez najmniejszego trudu. Całość przypomina nieco coś w rodzaju Odysei – ciąg kolejnych, niemal niezależnych przygód – tyle że wciśnięty w limit, a przez to załatwiony po łebkach. Trudno mi się przez to było ekscytować przygodami bohatera, bo każda jedna kończyła się tak naprawdę, zanim na dobre się rozkręciła. Zdecydowanie wolałbym, żebyś wycięła ze trzy wątki i ograniczyła się do jednego, ale solidnie go opisała.

Pomijając jednak te mankamenty, nie jest aż tak źle. Czytało się lekko, głównie za sprawą języka, którym posługujesz się nieźle oraz humoru, który raz czy drugi udał się całkiem dobrze, a w pozostałych sytuacjach przynajmniej sprawiał, że sceny nabrały kolorytu.

Kreacja postaci ledwie zaznaczona, ale dobrze wpisująca się w konwencję (pomijając wspomniany brak ewolucji).

Światotwórstwo dość bogate, ale również załatwione po łebkach – świat wyraźnie działa tu na “magii” (czyli “bo tak”), więc choć to barwny obrazek, to jednocześnie brak mu jakiejkolwiek głębi.

 

Podsumowując – sympatyczne czytadełko, z kilkoma naprawdę poważnymi technicznymi mankamentami, które odebrały mi sporo radości z lektury.

 

@None Dzięki, że wpadłaś. To wszystko wina Tarniny!

Gdybym wywaliła trzy sceny z czterech to nie spełniłabym założeń konkursu, a limit dusi.

Faktycznie, trochę za łatwo Tuńczykowi to wszystko idzie. Przeżywa swoje przygody beznamiętnie, świetnie wie, co ma robić, co komu obiecać, czego nie wolno… Jak na ochotnika z musu, jest świetnie przygotowany.

Ale czytało się przyjemnie. Dzikie pomysły na plus. Podobał mi się pomysł na startową wyspę.

Babska logika rządzi!

@None:

Głównym mankamentem fabularnym jest jednak brak ewolucji bohatera.

A czy Conan (przynajmniej w środkowych książkach cyklu) przeżywał jakąś ewolucję? A Rincewind (Terry Pratchett)?

W pewnym sensie to cecha gatunku.

 

U ciebie Tuńczyk jaki zaczyna, taki kończy – zaradny, wygadany i niepowstrzymany.

We Władcy Pierścieni (najklasyczniejszy quest) Frodo przeżywa przemianę i przestaje się nadawać do świata Śródziemia. Sir Galahad jako rycerz bez skazy nie musi się zmieniać, ale po zdobyciu Graala nabywa mocy królewskich (leczenia chorych) i wydobywa miecz – tym razem króla Dawida ze skały. Parsifal też się nie musi zmieniać, wystarczy, że odkryje, kim jest.

Tuńczyk wydaje się bohaterem nieco conanowskim (Howardowskim), choć jeszcze bardziej niż on “mimo woli”. Jeśli coś na minus u Ambush, to jedynie brak ratowania dziewic. A wypadałoby.

 

Sporo tu motywów seksualnych, więc spodziewałem się czegoś w temacie, ale ostatecznie Dorsz poległ na zwykłym pragnieniu, więc nawet tego morału nie da się przypiąć.

Motywów seksualnych jak na lekarstwo. Opowieści karczemne się trzymają standardów, a jedynie strój kapłanki w czasie wykonywania obowiązków służbowych na rzeczonym fallicznym posągu można pod takowy podciągnąć. Jakkolwiek na tle rytuałów starożytnych, to wciąż obrazek dla dzieci.

Brzeginie – nasi bohaterowie oparli się ich wdziękom bez technik stosowanych przez Odyseusza, byli mocniejsi po prostu.

 

Poza tym należy uważać na sępy, wprawdzie zjadają padlinę, ale komu chce się tyle czekać!

 

@gravel:

Bikini armor – po prostu postawmy granicę, bo inaczej będzie trzeba obejrzeć wszystkie filmiki na YT, w których wyjaśniona jest bezsensowność tego urządzenia.

 

@Finkla:

Jak na ochotnika z musu, jest świetnie przygotowany.

Ale Rincewind (Świat Dysku) – poborowy, a nie ochotnik, radzi sobie jeszcze lepiej?

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

I dodam jeszcze, że to jest tekst na część rozrywkową, żartobliwą, więc z założenia nie bardzo głęboką.

@Radek uratuję Ci dziewicę, przynajmniej się postaram;)

Napiszę taki tekst typu “koncert życzeń” dla Ciebie będzie dziewica, dla gravel cycata wojowniczka. Jak ktoś ma jeszcze jakieś pragnienia, to piszcie śmiało.

Komu smoka?;)

 

@Radek

Aj, ładnie to tak autorki bronić? Sugerować, że sama nie potrafi się obronić? Seksizm, panie kolego, seksizm. :P

A czy Conan (przynajmniej w środkowych książkach cyklu) przeżywał jakąś ewolucję? A Rincewind (Terry Pratchett)?

W pewnym sensie to cecha gatunku.

Z Conanem nie mam doświadczeń. Rincewind jak najbardziej przechodzi ewolucję, choć głównie w późniejszych tomach swojego podcyklu (”Czarodzicielstwo”, “Ciekawe czasy”). Nie wspominając już o tym, że Rincewind jest parodią bohatera (w sensie literackim) więc siłą rzeczy nie całkiem wpasowuje się w kanon.

We Władcy Pierścieni (najklasyczniejszy quest) Frodo przeżywa przemianę i przestaje się nadawać do świata Śródziemia. Sir Galahad jako rycerz bez skazy nie musi się zmieniać, ale po zdobyciu Graala nabywa mocy królewskich (leczenia chorych) i wydobywa miecz – tym razem króla Dawida ze skały. Parsifal też się nie musi zmieniać, wystarczy, że odkryje, kim jest.

Tuńczyk wydaje się bohaterem nieco conanowskim (Howardowskim), choć jeszcze bardziej niż on “mimo woli”. Jeśli coś na minus u Ambush, to jedynie brak ratowania dziewic. A wypadałoby.

Nie bardzo rozumiem, co Frodo i rycerze okrągłego stołu mają wspólnego z zarzutem (zwłaszcza, że ich wyprawy mają zupełnie inny charakter – nie próbują naprawiać własnych błędów). Z Conanem, jak wspominałem, styczności nie miałem, nie wypowiem się.

Motywów seksualnych jak na lekarstwo.

?

Ceremoniał ze wstępu, posąg bogini Łony, król Medus i jego żony, poligamiczna rodzina Morskiego Dzika, no i brzeginie po kilkakroć. Wszystkie te elementy są w taki czy inny sposób powiązane z seksem i/lub jego rolą w społeczeństwie lub ogólnopojętą erotyką.

I ja nie mówię, że to źle. Motyw jak motyw. Ale pewna prawidłowość daje się zauważyć, stąd moje przypuszczenie, że może to do czegoś prowadzić. Nie prowadziło. Och well.

 

@Ambush

Dzięki, że wpadłaś. To wszystko wina Tarniny!

Gdybym wywaliła trzy sceny z czterech to nie spełniłabym założeń konkursu, a limit dusi.

Nie gniewaj się, ale wiesz, co mówią o złych baletnicach? :P Zresztą, kto mówi o wywalaniu scen. Zostaw sceny, spraw tylko, by wszystkie były powiązane z tym samym tematem. Wywal króla Medusa, ogry i brzeginie, a skup się na poszukiwaniu tej całej magicznej wody. Taka była moja intencja.

I dodam jeszcze, że to jest tekst na część rozrywkową, żartobliwą, więc z założenia nie bardzo głęboką.

Skoro już ktoś tu przywołał Rincewinda… Jedno drugiego nie wyklucza.

Napiszę taki tekst typu “koncert życzeń” dla Ciebie będzie dziewica, dla gravel cycata wojowniczka. Jak ktoś ma jeszcze jakieś pragnienia, to piszcie śmiało.

Komu smoka?;)

Czy jak poproszę o bohatera przechodzącego poprawną ewolucję wyjdę na złośliwca? Pewnie wyjdę. Wiec poproszę. :D

Aj, ładnie to tak autorki bronić? Sugerować, że sama nie potrafi się obronić? Seksizm, panie kolego, seksizm. :P

Niech broni! W realu sama ciągnę trójkę dzieci i psa (husky się nie trafił), to niech mnie chociaż w wirtualu jakiś rycerz ratuje;)

 

Podsumujmy, co mam zmieścić:

– dziewica w niebezpieczeństwie

– cycata bohaterka

– bohater, co rozwija się nie do poznania

 

Baletnicy nie skomentuję, bo dla mnie to słaby tekst.

None, na początku zaznaczę, że także będę bronić Autorki i to nie dlatego, że sama nie umie (jak zasugerowałeś wcześniej), ale – ponieważ, podobnie jak Radek, miałam przyjemność oraz zaszczyt betować to opowiadanie. 

Zarzucasz brak ewolucji bohatera. Po pierwsze w samej podróży bierze udział kilku bohaterów i ich ewolucja (osobowości, nie zewnętrzna, choć zostanie fregatą na pewno również zmieniło charakter nieszczęśnika) jest bardzo wyraźna, po drugie ewolucja począwszy od rozpoczęcia fabuły, jak najbardziej ma miejsce. Zmiana stosunku do piratów, sprytne wybrnięcie z zasadzki ogrów, jeszcze sprytnięjsze obejście zasadzki zdrajcy króla, dalekowzroczne zachowanie części zdobytych kielichów, samo zgłoszenie się do akcji, pomoc umierającemu władcy, narażanie dla niego życia. Czy Tuńczyk, jakiego poznajemy w pierwszych wersach opka, jest tym samym Tuńczykiem, którego widzimy pod koniec? Naprawdę nie zmienił się (charakterem i osobowością) ani na jotę? Niczego nie nauczyła go ta wyprawa? 

Co do zabezpieczeń tuneli, rozmawialiśmy na ten temat z Autorką podczas bety i uznała, że chce pozostawić to w takiej formie, do czego miała pełne prawo. Tunele nie były odpowiednio zabezpieczone, co świadczy o głupocie kapłanów lub ich dzikiej żądzy mordu wobec łamiących prawo. Może tak być? Może. To decyzja Autorki. Sam pomysł na tunele, fabułę, przygody bohaterów jest świetny i godny klika. :)

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

@None:

Aj, ładnie to tak autorki bronić? Sugerować, że sama nie potrafi się obronić? Seksizm, panie kolego, seksizm. :P

Śmiechłem, ale głównie dlatego, że znowu mam napisane, co uważam :-)

Sugerować :-D

 

Nie bardzo rozumiem, co Frodo i rycerze okrągłego stołu mają wspólnego z zarzutem

Rzuciłem listę bohaterów fantasy, którzy przemiany właściwie nie przechodzą, a jeśli – to bardzo nieznaczną, przynajmniej w skali Jacek Soplica → Ksiądz Robak.

Nie wspominając już o tym, że Rincewind jest parodią bohatera (w sensie literackim) więc siłą rzeczy nie całkiem wpasowuje się w kanon.

Oczywiście tak, ale jego wpływ jest (jak widać) większy niż samego Conana. No to jedźmy: jaką przemianę przeżył Rincewind w Czarodzicielstwie, bo

spoiler alert

w Eryku stał się demonem i potem nim przestał być.

/spoiler

?

 

@Ambush:

O dziewicy, smoku i rycerzu napisałem na wyzwanie. Teraz odchudzam, bo mi wyszło 2x500 :-(

Dawaj smoka :-)

 

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

@Ambush

Baletnicy nie skomentuję, bo dla mnie to słaby tekst.

Przykro mi, że tak to odbierasz, ale cóż… Zrzucanie winy za jakość tekstu na zasady konkursu trudno mi odebrać inaczej.

 

@bruce

None, na początku zaznaczę, że także będę bronić Autorki i to nie dlatego, że sama nie umie (jak zasugerowałeś wcześniej), ale – ponieważ, podobnie jak Radek, miałam przyjemność oraz zaszczyt betować to opowiadanie. 

To był żart. Serio.

Po pierwsze w samej podróży bierze udział kilku bohaterów

Bohaterów jest kilku, ale tylko Tuńczyk w realny sposób wpływa na wydarzenia – pozostali, poza napiciem się wody i robieniem za środek transportu, nie robią w tym opowiadaniu nic. Są bohaterami drugiego planu, więc to zrozumiałe, ale też nie ma co ich szczególnie analizować.

i ich ewolucja (osobowości, nie zewnętrzna, choć zostanie fregatą na pewno również zmieniło charakter nieszczęśnika) jest bardzo wyraźna

Ok, będę musiał cię prosić o obronienie tej tezy. Jaka konkretnie cecha osobowości uległa przemianie? Jaka wada, którą bohater przejawiał na początku zniknęła na końcu lub jaką zaletę w sobie wykształcił? W jakich dwóch scenach widać tą różnicę “przed” i “po”?

Zmiana stosunku do piratów, sprytne wybrnięcie z zasadzki ogrów, jeszcze sprytnięjsze obejście zasadzki zdrajcy króla, dalekowzroczne zachowanie części zdobytych kielichów, samo zgłoszenie się do akcji, pomoc umierającemu władcy, narażanie dla niego życia.

Hm… Zmiana stosunku do piratów to jedyna realna zmiana o jakiej można tu mówić, a to przecież drobiazg. Sprytne wybiegi nie świadczą o jakiejkolwiek ewolucji bohatera – on jest sprytny od początku do końca. Zachowanie kielichów to ogólnie lekka magia, bo bohater nie miał żadnych podstaw, by przypuszczać, że będą mu potrzebne. Zgłoszenie się do akcji i pomoc Medusowi – ponownie – to nie ewolucja, to ciągłe prezentowanie tej samej zalety, która pojawia się w tekście na początku. To nie tak, że bohater w pierwszej scenie odmawia pomocy potrzebującym, ale zostaje do niej zmuszony, a potem staje się altruistą. On od początku jest odważny, zaradny, przebiegły. W żadnej scenie nie pojawia się moment, kiedy możemy powiedzieć, że tych cech mu brakuje.

Czy Tuńczyk, jakiego poznajemy w pierwszych wersach opka, jest tym samym Tuńczykiem, którego widzimy pod koniec? Naprawdę nie zmienił się (charakterem i osobowością) ani na jotę? Niczego nie nauczyła go ta wyprawa? 

No ja nie widzę tu żadnej zmiany ani nauki. Ale jeżeli jesteś w stanie wykazać, że czegoś się nauczył i jakoś się zmienił, to pięknie, z radością przyznam się do błędu.

 

@Radek

Śmiechłem, ale głównie dlatego, że znowu mam napisane, co uważam :-)

Ech, to serio był żart. Niech tam, widać nieudany.

Rzuciłem listę bohaterów fantasy, którzy przemiany właściwie nie przechodzą, a jeśli – to bardzo nieznaczną, przynajmniej w skali Jacek Soplica → Ksiądz Robak.

Ale fantasy nie jest monolitem, nie każdy tekst tej konwencji rządzi się tymi samymi prawami. Zresztą… Frodo przechodzi przemianę na dosyć dużą skalę – od lekkoducha do bohatera. Musi przezwyciężać swoje słabości, pokonywać swoje wady (które notabene ostatecznie pokonują jego). Musi znaleźć w sobie odwagę, wytrwałość i tak dalej. Jeszcze lepiej jest to widoczne u Bilba, który przechodzi olbrzymią metamorfozę.

Ale oczywiście, że tak naprawdę nie ma to znaczenia. Wiadomo, że można znaleźć przykłady dzieł fantasy, w których bohater przechodzi niewielką ewolucję lub wręcz nie przechodzi jej wcale. Problem w tym, że w wybranej przez autorkę konwencji aż się o to prosi. Motyw podróży, mającej na celu naprawienie zła zwykle jest pretekstem do przedstawienia metaforycznej podróży bohatera w głąb siebie, w celu udoskonalenia się, co pozwala mu naprawić wspomniane zło. Czy jest to obowiązkowe? Nie, bo nic w literaturze nie jest. Ale to pomaga napisać angażujący emocjonalnie tekst, a tego tu w moim odczuciu zabrakło. Bo tak naprawdę bohater w żadnym momencie nie musi z niczym walczyć, o nic się starać, z niczym się mierzyć, niczego poświęcać – wszystko przychodzi mu łatwo, niemal bez wysiłku. A to niestety nie budzi emocji.

No to jedźmy: jaką przemianę przeżył Rincewind w Czarodzicielstwie,

Akurat w tej powieści jest to chyba najwyraźniejsze – Rincewind sporo się w tej powieści uczy, staje się mądrzejszy, bardziej wrażliwy. Musi zmierzyć się ze swoimi niedostatkami w kwestiach mocy magicznej i wizji siebie jako czarodzieja. Z emocjami względem kobiety, która go nie szanuje. W finale decyduje się poświęcić swoje życie dla dziecka (choć ostatecznie nie umiera) – co jest niemałym punktem zwrotnym dla zawodowego tchórza.

@None:

Ech, to serio był żart. Niech tam, widać nieudany.

A może żart dobry, jedynie publika (tzn. ja) ponura?

Zresztą… Frodo przechodzi przemianę na dosyć dużą skalę – od lekkoducha do bohatera.

Przyznam, że nie dostrzegłem, żeby Frodo był kiedykolwiek lekkoduchem. W sumie Pierścień go okalecza i to można uznać za przemianę, ale na upartego.

Jeszcze lepiej jest to widoczne u Bilba, który przechodzi olbrzymią metamorfozę.

Dlatego Bilba nie było na liście :-)

Musi zmierzyć się ze swoimi niedostatkami w kwestiach mocy magicznej i wizji siebie jako czarodzieja.

Masz na myśli, że pozbył się z głowy swojego jedynego zaklęcia? Jeśli tak, to masz rację.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Ok, pierwszy z brzegu cytat:

Niestety nie był mu dany dar alkoholowej amnezji. Dzień po wszystko pamiętał. Jego kompanii budzili się z szarą papką w głowie, a on wiedział, co ukradł, kogo obraził i komu przyprawił rogi.

O ile dobrze zrozumiałam (jeżeli nie, bardzo przepraszam, moja wina, widocznie nie jestem dobra w odgadywaniu intencji Autorki), Tuńczyk był, podobnie jak kumple, złodziejem, czarnym charakterem, obluzgującym innych obibokiem i niechlujem, do tego szukającym miłostek u kobiet zamężnych. W sumie tak na poważnie, to nikt nie wstawił się za nim, kiedy prawda o przestępstwie wyszła na jaw i każdy uważał, że zasługuje on na surową karę, zgodnie z prawem. Nie odbieram Tuńczyka, wracającego z wyprawy, jako postaci negatywnej, a taką był z całą pewnością na początku opowiadania. Nie jest wówczas już złodziejem, kłótnikiem, lowelasem. Podczas wyprawy również nie zauważyłam takich cech, a przejawiał je przecież wcześniej. Zamiast pomagać królowi, mógł go oszukać i podstępnie zająć się innymi, niecnymi sprawami. 

 

A co do wspomnianego, dość zaskakującego względem Ambush, rzekomego żartu, zapytam tylko, czy nigdy nie zdarzyło Ci się bronić betowanego tekstu, ponieważ miałeś o nim bardzo dobre mniemanie, a ktoś inny go surowo skrytykował? Serio? :))

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Ale Rincewind (Świat Dysku) – poborowy, a nie ochotnik, radzi sobie jeszcze lepiej?

Ale Rincewind w sytuacjach krytycznych zamyka oczy i idzie za Bagażem. A Tuńczyk okazuje się obryty w teorii jak klasowy kujon.

Babska logika rządzi!

A Tuńczyk okazuje się obryty w teorii jak klasowy kujon.

Nie ma co się przezywać!;P Percy też bryluje, choć podobno dyslektyk.;)

Właśnie czytam 4 tom, wyprzedziłam własne dzieci;)

Przy okazji @Finklo dziękuję za recenzję i klika.

@Ambush:

Jakby co (i nie co), to napisałem coś na wyzwanie. Jest smok, potencjalny rycerz, mag i dziewica bez skazy, ale się nie nadaje, bo za dużo słów :-(

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

@Radek, to tnij! Albo opublikuj, jako opko.

Ja właśnie zamierzam spełnić wsze wyzwanie w wyzwaniu, bo MiM mam inny pomysł. Bez stalowego bikini;)

Przyznam, że nie dostrzegłem, żeby Frodo był kiedykolwiek lekkoduchem. W sumie Pierścień go okalecza i to można uznać za przemianę, ale na upartego.

To może ja źle pamiętam “Władcę Pierścieni”? Czytałem to w LO.

Masz na myśli, że pozbył się z głowy swojego jedynego zaklęcia? Jeśli tak, to masz rację.

Pratchetta też czytałem lata temu, ale to akurat chyba wydarzyło się w “Blasku fantastycznym”. Tak czy inaczej, chodziło mi o fakt, że musiał się zmierzyć z faktem, że marny z niego mag w warunkach, gdy wszyscy inni magowie nagle stali się niesamowicie potężni. Poznał nieprzyjemne, mroczne oblicza magii. Na chwilę posmakował prawdziwej mocy, ale natychmiast ją stracił. Musiał mierzyć się z pogardą otoczenia tak ze względu an to, że jest magiem, jak na to, że jest marnym magiem. A także zmierzyć się z myślą, że mógłby magiem nie być. To ogólnie jeden z ważnych motywów powieści – wielu bohaterów próbuje w niej być kimś innym, niż jest i musi się mierzyć z faktem, że czasem nie wystarczy chcieć.

O ile dobrze zrozumiałam (jeżeli nie, bardzo przepraszam, moja wina, widocznie nie jestem dobra w odgadywaniu intencji Autorki), Tuńczyk był, podobnie jak kumple, złodziejem, czarnym charakterem, obluzgującym innych obibokiem i niechlujem, do tego szukającym miłostek u kobiet zamężnych.

Hm… Sporo wyczytujesz z bardzo wątłych przesłanek. Ale tak, masz rację, można to tak interpretować.

Niemniej, żadnej z tych cech nie prezentuje w trakcie akcji opowiadania. Odkąd go oglądamy, ani razu nie przejawia tych “czarnocharakterowych” cech – więc jeżeli uznać, że ewolucja zachodzi, to na samym początku tekstu, zanim zdążymy go poznać.

A co do wspomnianego, dość zaskakującego względem Ambush, rzekomego żartu, zapytam tylko, czy nigdy nie zdarzyło Ci się bronić betowanego tekstu, ponieważ miałeś o nim bardzo dobre mniemanie, a ktoś inny go surowo skrytykował? Serio? :))

Nie. Ale też nie przypominam sobie, żeby było to kiedyś konieczne. To nie przechwałki – ja po prostu rzadko betuję.

Ale ogólnie nie mam w zwyczaju bronić tekstów przed zarzutami innych użytkowników. Szczególnie, jeżeli potrafią owe zarzuty uargumentować – a mam nadzieję, że moje zostały uargumentowane.

Nie. Ale też nie przypominam sobie, żeby było to kiedyś konieczne.

Tu chodzi o to droga bruce, że:

  1. none dobrze betuje, a nie tak byle jak jak Wy;)
  2. none betuje dobre teksty, a nie takie gnioty;)
  3. należy w nowym portalu rozdzielić ekstraklasę, czyli FC Barcelonę, od Izolatora Boguchwała;)

Tu chodzi o to droga bruce, że:

none dobrze betuje, a nie tak byle jak jak Wy;)

none betuje dobre teksty, a nie takie gnioty;)

należy w nowym portalu rozdzielić ekstraklasę, czyli FC Barcelonę, od Izolatora Boguchwała;)

Dosłownie zdanie dalej wyjaśniłem, dlaczego to się nie zdarzyło. Wciskanie mi w usta czegoś takiego uważam za nieeleganckie. Nigdzie nie zasugerowałem, że beta została nieprawidłowo przeprowadzona, nie nazwałem tekstu gniotem (ani nawet tekstem złym). A co do ostatniego punktu – po co miałbym marnować czas i wysiłek na ocenę i analizę twojej twórczości, gdybym był zwolennikiem jakiegoś elitaryzmu? W takim wypadku czytałbym i komentował tylko uznanych autorów.

Bo, choć chyba nie jest to tak odbierane, moje komentarze mają być dla Ambush pomocą w rozwoju pisarskim. Nie wytykam wad (czy tego, co jest w mojej opinii wadami) dla zabawy czy jakieś sadystycznej przyjemności, ale po to, by mogła moje komentarze przemyśleć i (nawet jeśli się z nimi nie zgodzi) wyciągnąć wnioski na przyszłość, które być może będzie można wykorzystać przy pisaniu kolejnych tekstów. Bo, jak rozumiem, taki jest cel publikowania opowiadań na portalu.

Drogi None, nie mam zamiaru się sprzeczać, bo dojdzie tu do kolejnej awantury na komentarze, a tego nikt chyba nie chce. :)

Sprawa jest prosta – cytat z Niziurskiego – jak włos Mongoła Tuńczyk przed wyprawą, to przestępca, po wyprawie – to bohater. Nikt temu nie może zaprzeczyć, ponieważ to oczywista oczywistość. Koniec kropka. Ewolucja zatem miała miejsce. Ja to tak widzę.

Jak można poznać z powyższych komentarzy – wiele osób także. Masz inne zdanie? – Ok, Twoja wola. Po prostu się z nim nie zgadzam. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Więcej nie będę;)

Ale ja też jestem złośliwa z natury. I wszędzie były uśmiechy, żeby było wiadomo, że to żart.

Jednak tekst, że u mnie nie było takiej potrzeby, był nieco protekcjonalny.

 

Drogi None, nie mam zamiaru się sprzeczać, bo dojdzie tu do kolejnej awantury na komentarze, a tego nikt chyba nie chce. :)

Do awantury nie dojdzie, bo ja się awanturować nie zamierzam. Zamierzam kulturalnie rozmawiać na temat literatury.

Sprawa jest prosta – cytat z Niziurskiego – jak włos Mongoła Tuńczyk przed wyprawą, to przestępca, po wyprawie – to bohater. Nikt temu nie może zaprzeczyć, ponieważ to oczywista oczywistość. Koniec kropka. Ewolucja zatem miała miejsce. Ja to tak widzę.

Ale ani bycie przestępcą ani bycie bohaterem to nie są cechy osobowości. To raz. A zmian w mentalności Tuńczyka, które świadczyłyby o tym, że przewartościował swoje spojrzenie na świat nie widzę.

Dwa, że w takim razie argument Radka upada – bo Frodo też na początku był posiadaczem ziemskim, a został bohaterem.

Jak można poznać z powyższych komentarzy – wiele osób także. Masz inne zdanie? – Ok, Twoja wola. Po prostu się z nim nie zgadzam. :)

Każdy ma prawo do swojej opinii. Zwrócę tylko nieśmiało uwagę, że poza mną również inni czytelnicy zwrócili uwagę na kulejącą kreację postaci, choć nie rozwijali tak bardzo wątku.

Jednak tekst, że u mnie nie było takiej potrzeby, był nieco protekcjonalny.

Obawiam się, że nie wiem, o którym mówisz? Gdzie pisałem, że u ciebie nie było potrzeby (czego?)?

Chyba, że mówisz o moich betach – w takim wypadku celowo źle odczytujesz to, co piszę, bo wyraźnie zaznaczyłem, że zwyczajnie nie przytrafiła mi się taka sytuacja.

dojdzie tu do kolejnej awantury na komentarze, a tego nikt chyba nie chce. :)

Narzuca się pytanie lingwistyczne, czy Nikt to None? ;-)

 

@None:

To ogólnie jeden z ważnych motywów powieści – wielu bohaterów próbuje w niej być kimś innym, niż jest i musi się mierzyć z faktem, że czasem nie wystarczy chcieć.

Tak, ale potem, kiedy ustaje Czarodzicielstwo (Sourcery), wszystko wraca do normy. Nie pamiętam tylko, czy Rincewind odzyskuje swoje zaklęcie. Chyba wskoczyło mu jednak do głowy.

Dwa, że w takim razie argument Radka upada – bo Frodo też na początku był posiadaczem ziemskim, a został bohaterem.

Tak i to jest kwestia tego, jak przemianę potraktujemy. Wyłącznie jako atrybut wewnętrzny, czy “rolę społeczną”.

Uszczegóławiając, czy pułkownik zostając generałem przechodzi przemianę? A windsurfer po wypadku, kiedy zainteresuje się wędkarstwem?

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Narzuca się pytanie lingwistyczne, czy Nikt to None? ;-)

I powoli staje się jasne, kto oślepił Polifema!;)

A wracając do Tuńczyka… laugh – to wielkim poetą bohaterem on był. 

Pecunia non olet

Hej Ambush !!!!!

 

Niezwykła, fascynująca opowieść. Kurcze niemal w każdym zdaniu jest fajny pomysł i fantastyka. Mnóstwo jest tu pomysłów. Masz wielką wyobraźnię. Fajnie się czytało. Byłem ciekawy co będzie dalej. Jak się to zakończy. I co ważne wszystko było zrozumiałem dla mnie. A to lubię.

 

Pozdrawiam bardzo serdecznie!! :))

Jestem niepełnosprawny...

Awanturnicza opowieść z sympatycznymi bohaterami i mnóstwem niewiarygodnych przygód. Popisałaś się zacną wyobraźnią i pokazałaś wiele sytuacji zarówno zabawnych, jak i budzących pewną grozę i tylko trochę szkoda, że nie rzuciłaś pod nogi Tuńczyka kilku kłód, żeby mu tak łatwo nie szło.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

sym­bo­li­zu­ją­cy morze krysz­ta­ło­wy fal­lus , Se­le­ne… → Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

Dorsz wal­nał go w pysk… → Literówka.

 

Zgiął się w pół, tar­ga­ny tor­sja­mi… → Zgiął się wpół, tar­ga­ny tor­sja­mi.

 

wśród nie­na­wist­nych okrzy­ków i wnie­sio­nych pię­ści… → Literówka.

 

za­lot­nie roz­chy­la­ją­cych się, ka­mien­nych tasz­kach. → Wiem, że na Śląsku na torebkę mówi się taszka, ale zachodzę w głowę, czym taszki są tutaj?

 

za­rzu­ci­li im na głowy worki, za­wią­za­li ręce… → Czy tu aby nie miało być: …za­rzu­ci­li im na głowy worki, zwią­za­li ręce

 

na are­nie ob­wie­dzio­nej do­ko­ła ko­lum­na­mi z bia­łe­go mar­mu­ru. → Masło maślane – jeśli coś jest obwiedzione, do dookoła.

Wystarczy: …na are­nie ob­wie­dzio­nej ko­lum­na­mi z bia­łe­go mar­mu­ru.

 

odzia­ny w pur­pu­ro­wą tu­ni­kę o takiż płaszcz. → Literówka.

 

Mło­dzie­niec zajął miej­sce na tro­nie – łodzi.Mło­dzie­niec zajął miej­sce na tro­nie-łodzi.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy, bez spacji.

 

Jego siwą głowę przy­kry­wa­ła wy­myśl­na czap­ka wy­ko­na­na z setek splą­ta­nych zło­tych węży. Iden­tycz­ne sym­bo­le zdo­bi­ły rów­nież jego płaszcz.

Jego głos brzmiał słabo, ale god­nie: → Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Sta­rzec przez krót­ką chwi­lę spo­glą­dał… → Zbędne dookreślenie – chwila jest krótka z definicji.

 

które cią­gną tron – łódź… →…które cią­gną tron-łódź

 

utwo­rzo­ne z żół­tych skał i krwi­sto­czer­wo­nych na­mo­rzyn.Namorzyny są rodzaju męskiego, więc: …utwo­rzo­ne z żół­tych skał i krwi­sto­czer­wo­nych na­mo­rzynów.

 

szczyt góry i drze­wa wy­da­wał się wciąż od­le­gły. → …a szczyt góry i drze­wa wy­da­wały się wciąż od­le­głe.

Szczyt góry nie jest szczytem drzewa.

 

– Mo­że­my wró­cić do domu z in­ne­go portu… – za­pro­po­no­wał się Dorsz. → Czemu tu służy zaimek zwrotny?

 

i za­żą­dał wi­dze­nia u wład­cy… → …i za­żą­dał wi­dze­nia z wład­cą

 

ale wi­dząc jego de­ter­mi­na­cję, ustą­pi­li mu. → Drugi zaimek jest zbędny.

 

I nim tuń­czyk zdo­łał za­re­ago­wać… → I nim Tuń­czyk zdo­łał za­re­ago­wać

 

krzyk­nę­li chó­rem ka­pła­ni, uno­sząc w górę ręce. → Masło maślane – czy mogli unieść ręce w dół?

 

Sia­dywał co wie­czór przy sto­li­ku Ce­fa­la… → W karczmach nie było stolików, w karczmach ustawiano ciężkie stoły.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć Ambush!

 

Wartka akcja, tarapaty i gra na czas głównego bohatera, zgodne z mottem, które obrałaś (co chwila prosi o “szklankę wody” :)). Żartobliwe. Może trochę szybkie prześlizngnięcie się po poszczególnych motywach ale… limit w tym przypadku stanowi poważne wyzwanie.

Mi się podobało. Miła, wciągająca rozrywka na sobotni wieczór.

Pozdrawiam

@Reg Witaj. W zbroi greckiej, poza tym co zakrywało pierś i brzuch, były takie blaszane paski, doczepiane u dołu, chroniące uda. Taka, jakby miniówka:) Dziękuję za łapankę i miło mi, że dało się czytać.

@nartrof cieszę się, że udało mi się trafić w Twój gust… albo Tobie w mój;) Tak, mój bohater nieustannie prosi o wodę. Widać, jak w obrazku z żabą duszącą bociana, warto się nie poddawać.

Brawurowy pomysł, Ambush, jak wybrnąć z zasadzki linearnej bohaterskiej narracji. :-)) Zafundowałaś nam historię pomysłowego herosa Tuńczyka – lubię, gdy ludzie jak w mangach nie korzystają z supermocny, lecz z rozumu i konceptu czy intuicyjnej reakcji – oraz brawurowo. Osadziłaś ją na „tyłeczkach i cyckach”, więc musiałam sobie przetłumaczyć na fallusa/waginę i życie, więc przeżyłam. Poza tym jest jeszcze inna komentatorska widownia, choć jak… nie, nie napiszę tego przed rozstrzygnięciem konkursu, dodam po jego zakończeniu. :p Na wszelki wypadek wstawiłam sobie przypominajkę, aby nie zapomnieć o uzupełnieniu komentarza. :-)

Drugą rzeczą, ktora mi czasami doskwierała był rodzaj przesady, nazywam go niekoniecznym wzbogacaniem tekstu, np.

,Niestety szybko okazało się, że ich podróż nie będzie prosta.

„Niestety „ do wywalenia, bo raz, że przed niejaką chwilą się już pojawiło, poza tym pewnie mogłoby mieć jakiś sens przy pewnej rytmicznej powtarzalności, bo stylizacji i tak nie buduje.

,Przekleństwa z silnym akcentem Archipelagu Mroku świadczyły, że załoga okrętu podążała wraz z nimi. Pod stopami migał czarny żyłkowany na złoto bazalt.

Prosi się o połączenie zdań. :-) Są i inne przeładowania  – dla mnie, 

 

Drobiazgi:

,Dzień po wszystko pamiętał.

Literówki.

,podczas której Selene, odziana jedynie w stroik z pereł, tańczyła na fallicznym posągu na szczycie wyspy.

Tutaj chyba trzeba byłoby coś dodać, tj na czym tańczyła: wokół jak na rurze, czy postument był olbrzymi i miał rodzaj platformy, chyba, że przy/wokół posągu. xd

,Gdy byli już mocno pijani, Dorsz, który miał wejścia w kręgach portowych przemytników,

Tutaj jest chyba za dużo przecinków koło Dorsza, ale ktoś mądrzejszy ode mnie-)

,– Może nas zaproszą – szepnął Dorsz, przełykając ślinę.

– Może szukają dla nich męża – zgasił go smagły marynarz.

Kim jest „smagly marynarz”. Czy, aby nie Tuńczyk, główny bohater? Zamienniki, nie masz ku nim predylekcji, ale jeszcze ze dwa razy się pojawiły.

,Dwa rosłe osobniki o szarej, pokrytej brodawkami skórze, wlekły ostatniego już chyba żywego mieszkańca. Inny ogryzał nogę wołu, z której wciąż zwisały okrwawione ścięgna i mięśnie.

Tu jest coś nie tak z przecinkiem, chyba powinien być przed „skórze”, ale nie jestem pewna? A pokreślenie – przy okazji – do usunięcia?

 

Skarżypytuję, normalnie, więc nie będzie już. Fajna historia, lekko przypomina mi twój tekst – podróż/wyprawę do źródeł. Tamten też misię! :-)

 

pzd srd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum dziękuję za sympatyczną i głęboką recenzję.

 

Pozdrawiam

 

A

Ambush, dziękuję za wyjaśnienie. I owszem, czytało się bardzo fajnie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Obwieszczenie!

Książe CM III Okazyjnie Sprawiedliwy przybył pod Twój tekst, by rozjechać go równo z trawą poddać do rzetelnej ocenie.

Wiwat!

TV. A audience stands up from their seats and start cheering. Most people clap, some people pump their firsts, and some of them are screaming in excitement.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Wiwat CM III tego imienia!

Głęboka ci ona nie była, a tekst zwariowanie fajny. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Z łapanek znalazłem brak malutkiego "d" w nad:

Wir zaczął opowiadać o żyjących w lasach na Wiśnią demonach,

nad Wiśnią

 

 

Bohaterskie fantasy pełną gębą. None twierdzi, że bohater się ani odrobinę nie zmienił, ale czy naprawdę musiał? None twierdzi, że nie zna Conana, ja bym się do nieznajomości ojca założyciela heroic fantasy nie przyznawał, bo prawdę mówiąc i trochę wstyd i całą resztę można by skwitować: "nie znam się, ale się wypowiem". Ale abstrahując od znajomości bądź nie ojców założycieli – czy rzeczywiście zmiany żadnej nie było? Miałem wrażenie, że Tuńczyk, taki mocno "niechętny szermierz" jednak z przygody na przygodę jest zaradny – coraz bardziej. Owszem, jak pisze Finkla – jest obryty, sporo wie o świecie – ale kto mu broni?

Gravel oskarża o seksizm, a ja prawdę mówiąc protestuję przeciwko takiemu wyprostawianiu na siłę literatury. Że kobiety już nie mogą być słabe, nie mogą być trophy-wife, nie mogą być tłem? Wszystkie i zawsze już muszą być silne, niezależne, niekartonowe? Tfu. Howard się w grobie przewraca. A za chwilę jeszcze pada zarzut, że postacie pierwszoplanowe jakieś takie miałkie. “Czas antenowy” nie jest z gumy, albo zarysujemy silniej główną postać, albo dopieścimy halabardzistów.

 

 

Sporo tu motywów seksualnych, więc spodziewałem się czegoś w temacie, ale ostatecznie Dorsz poległ na zwykłym pragnieniu, więc nawet tego morału nie da się przypiąć.

 

Mam właśnie niedosyt takiego ujęcia, jak najdalszego od pruderii, które poruszyć może nie tylko górny ale i dolny mózg (mam na myśli koncepcję Stephena Kosslyna oczywiście ;-) ).

Wydaje mi się to ogólnie problemem polskiej literatury – nie tylko literatury fantastycznej, ale naszej literatury rodzimej w ogóle. Mamy bardzo mocno zarysowaną, mocną krechę – po jednej stronie mamy hard porno dla gospodyń domowych a po drugiej – normalną, “porządną” literaturę, w której jakiekolwiek motywy seksualne – są mocno podejrzane. 

Już Witkacy z takim podejściem do seksualności, do bebechów, do tego co nie “z ducha” a z ciała – próbował się rozprawić – ale jego dzieła pozostały niezrozumiane i nawet do dziś czytam ze zdumieniem ich interpretacje tak dalece nieprzystające do tego co pamiętam z lektury, że zastanawiam się, czy recenzent i ja na pewno czytaliśmy te same książki. Nawet największy z wielkich fantastów – Lem – od tematu seksu uciekał, a gdy już go podejmował to przez cztery warstwy abstrakcyjnych okularów (choć i tak robił to w pewien sposób genialnie, kto nie czytał “Doskonałej próżni” – szczerze polecam w tej mierze jej część pt. “Sexplosion”). Z fantastów polskich – o seksualność ocierał się w różny sposób na przykład Sapkowski (jeszcze wtedy, gdy było wolno, gdy fala neopruderii nas nie zalała) czy Ziemiański* (ze swoją Achają został przez pewne koła wyśmiany, właśnie za wątki seksualne, czy kinki). Najlepszy z polskich twórców fantasy – Nienacki – jako jedyny zrobił to jak należy w dającym do myślenia i mocno wyłąmującym się z gatunkowych ram, ale niestety słabo odebranym w naszym zaścianku Dagome Iudex.

Jako, że za swoją wręcz życiową misję uważam otwieranie ludziom oczu na to, że seks jest czymś dobrym, wspaniałym i rozwijającym – a nie czymś, co trzeba zamiatać pod dywan, ukrywać, obśmiewać – będę bronił takich utworów jak ten, które choć odrobinę erotyzmu wprowadzają.

Zdaję sobie sprawę z wielu mankamentów tego tekstu. Może rzeczywiście przygody mogłyby być bardziej rozbudowane. Może postacie – lepiej zarysowane. Może kobiety mniej papierowe. Może bohater powinien się bardziej rozwinąć w toku opowieści.

Ale mimo to – chciałbym taką literaturę – lekką, łatwą i przyjemną częściej widzieć na półce.

Dlatego: klikam bibliotekę.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

* nie wiem jakim cudem w pierwotnej wersji tego komentarza pomyliłem tu Ziemiańskiego z Ziemkiewiczem – wszystkich zainteresowanych przepraszam, a Radkowi dziękuję za zwrócenie uwagi na pomyłkę

entropia nigdy nie maleje

@Asylum nie chcę się kłócić;), ale dała mi do myślenia.

@Jimie Lejesz miód na mą duszę. Cieszę się, że są jeszcze odbiorcy niefrasobliwego fantasy z pieprzykiem.

Witam, zielone jak nadzieja, jury.

Jimie, na bogów, skąd pomysł, że ja próbuję na siłę prostować literaturę? Pozwolę sobie zacytować samą siebie i jeszcze Ci wybolduję najistotniejsze słówko, żeby nic przypadkiem nie umknęło:

Trochę mnie to uwierało, ale Twój świat, Twoje zasady, dzielę się tylko subiektywnymi odczuciami.

Nie zwołałam chorągwi, nie rozpoczęłam krucjaty, nie oblegam Twierdzy Ambush z zamiarem wyplenienia wszelkich oznak nierówności płciowej. Podzieliłam się moim prywatnym zdaniem na temat stosowania kobiecych postaci jako li i jedynie artefaktów do zdobycia.

A teraz zacytuję Ciebie, żeby równość była:

Że kobiety już nie mogą być słabe, nie mogą być trophy-wife, nie mogą być tłem?

Mogą, czemu miałyby nie móc? A ja mogę sobie na to narzekać, gdyż wolę, kiedy nie są. Nie zmienia to mojej ogólnej oceny opowiadania jako całkiem udanego (zauważ, że też kliknęłam bibliotekę), po prostu jest to motyw, który mnie drażni. Nic na to nie poradzę, gust mam, jaki mam.

 

Wszystkie i zawsze już muszą być silne, niezależne, niekartonowe?

Generalnie uważam, że żadna postać nie powinna być kartonowa, czy byłaby facetem, czy babą, czy niebinarniakiem.

 

Howard się w grobie przewraca.

A to mnie akurat nieszczególnie obchodzi, bo niewolnicze oddanie autorytetom – zwłaszcza takim, którzy się zdezaktualizowali dziesiątki lat temu – imho nie służy rozwojowi sztuki.

 

A za chwilę jeszcze pada zarzut, że postacie pierwszoplanowe jakieś takie miałkie.

I gdzie coś takiego niby napisałam? Stwierdziłam tylko, że postaci było dużo i zlewały mi się ze sobą.

three goblins in a trench coat pretending to be a human

Chyba sobie kupię trochę cegieł, bo sytuacja na forum jest dynamiczna;)

Droga gravel, ależ ja z Tobą wojować przecież oczywiście nie chcę. Mnie po prostu – zupełnie subiektywnie – irytuje chór narzekaczy, osób, które podkreślają takie – moim bardzo osobistym zdaniem nieistotne dla ogólnej jakości utworu – drobiazgi. Mamy tu pulpowy konkurs, na który również ja chciałem coś skrobnąć. I to tak trochę bardziej bez przejmowania się czy utwór ma głębię – bo czyż Indiana Jones ją ma? Czy w Indiana Jonsie inne postacie poza główną nie zlewają się w jedno: uniwersalnego przeciwnika, uniwersalnego pomagiera, uniwersalną kochankę? Do tego mamy to wcisnąć w 33 tysiące znaków (w 33 tysiące znaków to ja dopiero robię rozbieg! Wiem, stary jestem, powoli się rozkręcam, ale już tak mam niestety). Chciałem napisać coś prostego, w zgodzie ze schematem. W moim odczuciu – Ambush może nawet ten schemat uczyniła zbytnio skomplikowanym. Dałoby się jeszcze prościej (choć sam nie umiem). I o taką prostą papkę, dla rozrywki, chyba chodziło, c’nie? I o zawieszenie na chwilę na kołek nie tylko niewiary, ale i ideologii. O cieszenie się samym tekstem.

Przypomina to mi trochę sytuację z 1983 roku, gdy po seansach w USA, na których emitowano Seksmisję – oburzone feministki wychodziły z pokazów, najbardziej wściekłe o to, że Machulskiemu się udało je zmanipulować tak, że w czasie oglądania filmu kibicowały mężczyznom (a wiadomo: samiec to Twój wróg! ;-) )

W ogólnym klimacie, gdy utwór który jest choćby odrobinę nie political corectness już nie ma racji bytu (pewnie w myśl tego co pisał Goethe „wszystko co zaistniało do wytępienia się nadaje”) – będę po prostu bronił prawa do odrobiny seksizmu w literaturze, nawet jeśli seksizm uważam za zjawisko złe.

Podobnie za zły uważam rasizm. Ale czy literatura, w której złoczyńca jest przykładowo Murzynem a protagonista – białym – już z tego powodu ma być wyklęta? A jeszcze jak do tego dodamy jakiegoś stereotypowego ultrazdolnego Azjatę, który pomaga temu Murzynowi? A jeśli to się będzie mimo wszystko dobrze czytało? Czy powinniśmy taki utwór wyklnąć?

Chciałbym, by o jakości przynajmniej pulpowych utworów – decydowała ich ogólna “miodność” i przyjemność czytelnicza (niech nawet będzie i grzeszna ta przyjemność) – a nie linia ideologiczna ;-)

 

Ale może masz rację, że zareagowałem zbyt ostro – w końcu też biblioteczkę kliknęłaś – jeśli czymkolwiek co napisałem jakoś Cię uraziłem – przepraszam.

 

 

Ambush

Chyba sobie kupię trochę cegieł, bo sytuacja na forum jest dynamiczna;)

 

Chcesz wybudować dom, czy mur między komentującymi? ;-)

 

entropia nigdy nie maleje

Nie zwołałam chorągwi, nie rozpoczęłam krucjaty, nie oblegam Twierdzy Ambush z zamiarem wyplenienia wszelkich oznak nierówności płciowej.

Myślałam o Twierdzy Ambush!;)

Myślałam o Twierdzy Ambush!;)

 

W sumie słusznie. Ty się zamkniesz w twierdzy i poczekasz, aż komentujący się wybiją ;-)

Cwane ;)

Ale czego innego mogłem oczekiwać po kimś z nickiem Ambush!!!

 

Hmmmm…

 

entropia nigdy nie maleje

I z tym zdjęciem;)

Chciałam jedynie przeżyć krucjatę.

Dobrze kojarzę, że to Hiacynta Bucket?

entropia nigdy nie maleje

Bouquet! I ściągnij buty!

:)

Ja też mam tam ulubionego bo(c)hatera, którego coraz mocniej zresztą przypominam. Niejaki Powolniak.

 

entropia nigdy nie maleje

Może zrobimy casting na Różę?;)

Ja cały czas robię casting na Różę, nie zauważyłaś? ;-)

W prawie każdym komentarzu daje niedwuznacznie do zrozumienia ;-)

entropia nigdy nie maleje

Tobie należy się Stokrota!;P

Zrób konkurs!;)

Konkurssssss na Różę, Stokrotę… Muzę/y Jima – Jim wzajemnie też może być muzem (albo przynajmniej muzeum).

 

entropia nigdy nie maleje

@Jim:

Z powodu braku możliwości wyrażenia poparcia dla Twojego wpisu, wstawiając łapkę w górę, to się przyczepię.

EDIT1: /Uwaga! Będzie wulgarnie

Achaja jest dziełem Andrzeja Ziemiańskiego, a nie Rafała, który napisał m. in. “Walc stulecia”, czy “Pieprzony los kataryniarza”.

EDIT2: \Koniec wulgaryzmów.

Może jeszcze dodam, że perspektywa opowiadania z pogłębionym wnętrzem halabardnika, który stoi przy bramie z prawej strony, wydaje się kusząca.

 

@Asylum:

Tutaj chyba trzeba byłoby coś dodać, tj na czym tańczyła: wokół jak na rurze, czy postument był olbrzymi i miał rodzaj platformy, chyba, że przy/wokół posągu. xd

Mogło być coś pomiędzy, jak na przykład filar dżed, który symbolizuje, powiedzmy że stabilność. Wtedy nie trzeba nic dodawać. Taniec nie musiał być dynamiczny.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

czy “Pieprzony los kataryniarza”.

Radku, czy mógłbyś zaznaczyć, że w Twoim komentarzu występują wulgaryzmy? laugh

 

Ambush, będą cegły, będzie mur, to i zemsta być musi – obowiązkowo! laugh

 

Mamy tu pulpowy konkurs, na który również ja chciałem coś skrobnąć.

Jimie, weźmiesz udział także w “Przygodzie z cytatem”? Super. :)

Pecunia non olet

czy mógłbyś zaznaczyć, że w Twoim komentarzu występują wulgaryzmy?

Oczywiście!

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Oczywiście!

laughheart

 

Pecunia non olet

Radek

Kajam się na kolanach, nie wiem co mi tam pod klawiaturę Ziemkiewicza zamiast Ziemiańskiego przyniosło (tym bardziej, że od pewnej powodzi nie mam już książek w alfabetycznej kolejności autorów i Ziemiański stoi sobie na dolnej półeczce w salonie a Ziemkiewicz na drugiej od dołu w sypialni, swoją drogą muszę to kiedyś poukładać wreszcie).

Zrobię erratę mojego wzmiankowanego komentarza, ale z zaznaczeniem, że był tam błąd (by w błąd nikogo nie wprowadzać).

Przepraszam za karygodną pomyłkę.

 

Nie wiem natomiast o co Ci chodzi z halabardnikiem / halabardzistą – przecież to są synonimy.

 

bruce

Jimie, weźmiesz udział także w “Przygodzie z cytatem”? Super. :)

 

Nie wiem czy zdążę napisać i potem jeszcze obciąć do 33k znaków – ale rzeczywiście coś próbuję. Jak Ty to robisz, że płodzisz swoje teksty tak szybko?

 

entropia nigdy nie maleje

Nie wiem natomiast o co Ci chodzi z halabardnikiem / halabardzistą – przecież to są synonimy.

To mój błąd z kolei. Nigdy wcześniej nie słyszałem słowa halabardzista i to w żadnym kontekście. Całe życie człowiek się uczy.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Jim:

 

Nie wiem czy zdążę napisać i potem jeszcze obciąć do 33k znaków – ale rzeczywiście coś próbuję.

 

To wspaniale. :) Niecierpliwie czekamy. :)

 

Jak Ty to robisz, że płodzisz swoje teksty tak szybko?

 

Żeby jeszcze miały dobrą/odpowiednią/jakąkolwiek wartość, to bym była szczęśliwa, ale cóż… blush

 

Radek:

 

To mój błąd z kolei. Nigdy wcześniej nie słyszałem słowa

 

Ja tam w ogóle nie mam pojęcia, o jakich słowach Wy piszecie, lecz się nie przyznaję… laugh

 

Pecunia non olet

bruce

Żeby jeszcze miały dobrą/odpowiednią/jakąkolwiek wartość, to bym była szczęśliwa, ale cóż…

 

Ależ mają. To, że czasem je krytykuję, to tylko po to, byś pisała jeszcze lepsze :)

Już nie kryguj się tak.

Całkiem szczerze i bez znieczulenia (inaczej nie potrafię): Jeśli mam oceniać całokształt twórczości (tej, którą znam), to może nie jesteś w czołówce jeśli chodzi o jakość tekstów – pewnie wyżej umieszczę kilku innych portalowiczów – ale nie jesteś też gdzieś niziutko. Rzekłbym, że u Ciebie jakość tekstów nie jest wybitna, ale jest zdecydowanie ponadprzeciętna.

Wiem, nie potrafię w komplementy. Jestem zbyt szczery.

 

entropia nigdy nie maleje

Dzięki, Jimie, zawsze potrafisz serdecznie napisać. :)

Pecunia non olet

Bardzo sympatyczne, postaram się wrócić z sensowniejszym komentarzem, ale bez łapanki, bo przeczytane na komórce ;)

http://altronapoleone.home.blog

Pax, Jimbo, ja też z Tobą wojować nie zamierzam ;) Przepraszam za ton mojej odpowiedzi, jeśli wydał Ci się zbyt szorstki, ale nie ukrywam, że zirytowała mnie insynuacja, jakobym próbowała cokolwiek naginać pod własną wizję. Naprawdę, prędzej zeżarłabym swojego laptopa, niż próbowała kogoś cenzurować, choćby nawet napisał najbardziej seksistowskie opko ever. Z drugiej strony – nie zamierzam cenzurować siebie i udawać, że pewne motywy mnie nie drażnią, kiedy drażnią.

I o taką prostą papkę, dla rozrywki, chyba chodziło, c’nie? I o zawieszenie na chwilę na kołek nie tylko niewiary, ale i ideologii. O cieszenie się samym tekstem.

Rozumiem o co Ci chodzi, ale nie potrafię w pełni cieszyć się tekstem, w którym pewne elementy i motywy po prostu mnie uwierają. Nie umiem na życzenie wyłączyć irytacji, którą aktywują. Nic na to nie poradzę. Dla mnie feminizm – od razu zaznaczę, że definiuję go jako wiarę w równość płci i prawo do uczciwej reprezentacji w sztuce, nie wchodźmy teraz w dyskusje o jego odłamach – nie jest ideologią, tylko częścią mnie, której nie dam rady odwiesić na kołek, tak jak nie odwieszę miłości do pięknego stylu czy rozbudowanego światotwórstwa.

 

W ogólnym klimacie, gdy utwór który jest choćby odrobinę nie political corectness już nie ma racji bytu (pewnie w myśl tego co pisał Goethe „wszystko co zaistniało do wytępienia się nadaje”) – będę po prostu bronił prawa do odrobiny seksizmu w literaturze, nawet jeśli seksizm uważam za zjawisko złe.

Podobnie za zły uważam rasizm. Ale czy literatura, w której złoczyńca jest przykładowo Murzynem a protagonista – białym – już z tego powodu ma być wyklęta? A jeszcze jak do tego dodamy jakiegoś stereotypowego ultrazdolnego Azjatę, który pomaga temu Murzynowi? A jeśli to się będzie mimo wszystko dobrze czytało? Czy powinniśmy taki utwór wyklnąć?

I znowu: nie zamierzam niczego wyklinać ani zakazywać. Ale pozwolę sobie zachować prawo do wskazywania w komentarzach, że czasami subiektywnie nie mogę w pełni rozkoszować się miodnością tekstu, ponieważ to czy tamto działa na mnie drażniąco.

A o poprawności politycznej możemy kiedyś podyskutować przy piwku nowofantastycznym, nie tutaj, żeby Ambush nie musiała zaopatrywać się w cegły ;)

three goblins in a trench coat pretending to be a human

gravel

A o poprawności politycznej możemy kiedyś podyskutować przy piwku nowofantastycznym, nie tutaj, żeby Ambush nie musiała zaopatrywać się w cegły ;)

 

Tu są trzy problemy:

primo – piwa nie lubię

secundo – nie chcę swą parszywą gębą psuć wrażeń estetycznych innym – podczas picia wspomnianego sfermentowanego chmielu

tertio – nie umiem liczyć ani do dwóch ani do czterech, a trzy liczbą Twą będzie… ehhh to nie z tego…

quarto – jak wspomniałem na krzykpudle, obiecałem Henry’emu Cavillowi możliwość zagrania mnie na wszelkich fantastycznych piwach, konwentach i zjazdach i głupio mi by było, że biedaczek dla możliwości wcielenia się we mnie zrezygnował z roli Geralta i Supermana, a ja tu nagle się zjawiam gdzieś osobiście. To by było mocno nie fair.

 

Jimbo – słodkie :*

Ale jak to mówi bruce: pax między piszącymi, pax pisana ;-)

 

Zostawmy przy naszych subiektywnościach, bo przecież obiektywnym i tak się być nie da – a literatura od tego jest by właśnie coś w nas poruszać – subiektywnie bardzo. Bo jakby nie poruszała – to by znaczyło, że jest nijaka.

Więc jeszcze raz plus dla Ambush, że jej utwór nijaki nie jest – a właśnie – budzący emocje, rozmaite odczucia – pozytywne czy negatywne.

 

entropia nigdy nie maleje

Więc jeszcze raz plus dla Ambush, że jej utwór nijaki nie jest – a właśnie – budzący emocje, rozmaite odczucia – pozytywne czy negatywne.

Zgadzam się całkowicie, to tekst wywołujący skrajne emocje i – im dłużej o tym myślę – tym mniej owego “paxu” we mnie… laugh

Pecunia non olet

@drakaino Czekam niecierpliwie;)

@gravel Nie chcę się obwarowywać, ale zamarzył mi się mały zamek. Taki Chocim mi wystarczy;)

@Jimbo Jak będzie mi smutno, to przeczytam sobie Twoją recenzję:)

Sympatycznie misię czytało z uśmiechem tekst. Potem wciągnęły komentarze i nadziwić się nie mogę, ile w ich wymianie ognia. Inspirujące, chyba powstanie jakiś dribble. :)

Będzie mi miło Misiu, tylko użyj przekleństw;)

“Izolatorze, płyń Wiśnią!” :)

Pecunia non olet

Aleś Ty wulgarna!

laugh

Pecunia non olet

Mewia Skała od strony morza przypomina do złudzenia miodowe ciasto. Wyspa zbudowana jest z piaskowca i podziurawiona wieloma jaskiniami, używanymi przez praktycznych mieszkańców jako budynki mieszkalne, czy sklepy. Mieszczą się tam również gospody oferujące tak rzadkie przysmaki, jak zapiekankę z rybich wnętrzności i żółwie jaja.

Jak rozumiem, ten i kolejny fragment kursywą należy czytać głosem Makłowicza? ;D

Pośmiałem się, ale znalazłem też kawał dobrego światotwórstwa. Dawno nie spotkałem tak egzotycznej fantastycznej kultury, więc tu duży szacun.

Swoją drogą, przypomniała mi się taka historyjka ze zbioru ruskich bajek, który miałem jako dziecko. To było o dziadku, który idzie poprosić słońce o radę, a po drodze spotyka różne, mniej i bardziej dziwne indywidua i zbiera od nich kolejne prośby. Podobny motyw był też chyba u braci Grimm. Więc moim zdaniem jakaś głębia tu jest. ;)

Ja właśnie zamierzam spełnić wsze wyzwanie w wyzwaniu,

Właśnie tam zmierzam. :)

bo MiM mam inny pomysł. Bez stalowego bikini

D:

 

P.S.: Może jeszcze raz przejrzyj tekst za literówkami, bo gdzieś mi mignął ,,Tunczyk”.

"If you come as a viper/ We'll become Garuda birds and fly over you/ If you come as an angry tiger/ We'll become lions with a blue mane"

Witaj SNDWLKR, cieszę się, że Tuńczyk & CO przypadli Ci do gustu.

W wyzwaniu nie zmieściły mi się stalowe majty i parę innych, ale poczułam słabość do Arnolda i czuję, że spędzimy razem jeszcze trochę czasu.

Tunczyk, jest kiedy bohater słabnie;D Już poprawiam.

Dobry wieczór, lubię do poduchy poczytać coś wesołego, luźnego, działającego na wyobraźnię – tak czułam, że dobrym pomysłem będzie podlecieć tutaj :) Opowiadanie długie, ale byłam ciekawa, jak się kończy, więc "do wytrzymania" xd Fajni, wyraziści bohaterowie – to duży plus :) zwłaszcza, że dali się lubić ;) Pozdrowionka :)

Witaj Baśko.Szczepanowska, cieszę się, że wyprawa z chłopakami przypadła Ci do gustu.

 

Szalona kreacja świata to na pewno największy atut tekstu. Fabuła przyjemna, postacie mogłyby być bardziej wyraziste, ale ogóle miło spędziłem czas przy tym tekście.

Miło mi zygfrydzie89.

Nowa Fantastyka