- Opowiadanie: Zanais - Smak młodości

Smak młodości

Mam na­dzie­ję, że wy­szedł hor­ror.

 

Wiel­kie po­dzię­ko­wa­nia dla be­tu­ją­cych: CMa (za dłu­uugi ko­men­tarz), fms­du­va­la (za czuj­ne oko) i Ge­ki­ka­ry (za na­pro­sto­wa­nie moich myśli).

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Smak młodości

 

Nie pa­mię­ta, czy kie­dyś była młoda.

Wciąż ima się jej kilka ostat­nich wspo­mnień o chacie wy­peł­nionej głosami nie­win­no­ści i szczę­ścia. Tę­sk­ni za nimi. Za ra­do­ścią w wiel­kich oczach i bia­łymi ząb­kami ob­na­żo­nymi w uśmie­chu. Czuła się wtedy po­trzeb­na. Żywa.

Wy­da­je się jej, że dawno temu miała imię, które za­po­mnia­ła z upły­wem lat. Dla­te­go, gdy niebo przy­bie­ra barwę uschnię­tej trawy, wy­cho­dzi do drzew i pyta:

– Jak mnie zwano?

Umę­czo­ne ga­łę­zie skrzy­pią; z wnętrza gru­be­go pnia sły­chać głos:

– Nie po­trze­bu­jesz imie­nia.

Gnie­wa ją ta od­po­wiedź, ale nie spo­dzie­wa­ła się innej. Wy­cią­ga długi nóż. Na­ci­na głę­bo­ko korę, a ko­rze­nie pod sto­pa­mi za­ci­ska­ją się pod wpły­wem bólu. Z rany po­wo­li wy­pły­wa kro­pla – biała jak mleko, lecz słod­sza, och, o ileż słod­sza. Pod­su­wa gli­nia­ną misę i cier­pli­wie zbie­ra gęsty płyn. Póź­niej czyni tak z pozostałymi drze­wa­mi. Gdy ponad ko­ro­na­mi widać gwiaz­dy, wciąż jest jeno sta­ru­chą. Graby i je­sio­ny pła­czą drżą­cy­mi li­ść­mi.

Wraca do chaty, gdzie aro­mat gę­stej sło­dy­czy z na­czy­nia cofa się ze wstrę­tem i nik­nie.

Nie pa­mię­ta, czy kie­dyś była młoda.

Zo­sta­ło wyłącznie teraz, a teraz cuch­nie per­ga­mi­no­wą skórą, wy­bla­kły­mi ży­ła­mi oraz pa­ję­czy­ną wło­sów. Sta­rość, za­po­mnie­nie i ona. Sta­ru­cha. Jej woń snuje się po izbie, wokół dawno nie­otwie­ra­nych sło­ików, mar­twych pa­ją­ków pod da­chem, wlewa się w skrzy­pią­ce drew­no ścian i nad­gni­ły sien­nik. Zu­peł­nie jakby przy każ­dym kroku zo­sta­wia­ła wokół część sie­bie, zna­czy­ła te­ry­to­rium jak wilk.

Tylko piec pach­nie ina­czej.

Cza­sem zbli­ża do niego wy­krzy­wio­ną twarz i gło­śno wcią­ga zwie­trza­ły zapach cier­pią­ce­go mięsa. Gdy już na­praw­dę nie może wy­trzy­mać głodu, otwie­ra że­la­zne drzwicz­ki – w które tak czę­sto ude­rza­ły małe piąst­ki – po czym za­glą­da do środ­ka, szu­ka­jąc za­schnię­tych linii tłusz­czu. Wy­su­wa cien­ki jak u węża język i prze­su­wa nim po sczer­nia­łych śla­dach, mla­ska­jąc gło­śno, gdy wspomnienie daw­nych sma­ków roz­le­wa się po brzu­chu.

Miesz­ka tu od… za­wsze? W ciem­nej cha­cie gdzieś w lesie. Sa­mot­na, jeśli nie li­czyć Gryz­ka, choć czar­ny kocur raptem tu no­cu­je, w dzień zaś znika mię­dzy gę­sty­mi krza­ka­mi, by wie­czo­ra­mi przy­nieść w darze polne myszy oraz żaby, po­kry­te krwią i śliną. Razem jedzą ich wiot­kie ciała, ale bez­ro­zum­ne zwie­rzę­ta sma­ku­ją zie­mią oraz od­cho­da­mi, a mięsa na cien­kich ko­stecz­kach jest mało, wiecz­nie za mało.

Pew­nej nocy sta­ru­cha śni o bieli i czer­ni, o hi­sto­riach, które opo­wia­da­no i które u­mar­ły wraz z ostat­ni­mi słu­cha­cza­mi. Czuje pie­czeń po­kry­tą ja­łow­cem, ty­mian­kiem, czosn­kiem (nawet przez sen ob­li­zu­je wargi), wy­słu­chu­je la­men­tów pieca – wiel­kie­go krzy­we­go pieca o ścia­nach wy­dra­pa­nych skrę­co­ny­mi od żaru pa­znok­cia­mi.

– Za­po­mnia­łaś o mnie – bur­czy zimny otwór. – Ale wkrót­ce na­sy­ci­my się wszy­scy. Nad­cho­dzą. Biel i czerń. Czerń i biel.

Ran­kiem leśne zwie­rzę­ta – zbyt młode i głu­pie, by trzy­mać się z dala od chaty – nad­sta­wia­ją uszu. Sta­ru­cha śpie­wa, jak to ro­bi­ła dawno temu. Śpie­wa, bio­rąc się do pracy, zmu­sza­jąc do wy­sił­ku słabe od głodu ręce.

Na­kła­da drew, krze­sze ogień. Gdzieś zza że­la­znych drzwi­czek do­bie­ga ra­do­sne po­mru­ki­wa­nie. Piec pa­mię­ta, wie, co się zbli­ża.

Sta­ru­cha sypie do miski mąkę ze spar­cia­łe­go wora, do­da­je jaja le­śne­go ptac­twa i dużo, dużo, dużo słod­kiej masy wy­pru­tej z drzew. Prze­cią­ga szpo­nem po wraż­li­wym miej­scu na po­licz­ku. Kapie krew. Zla­tu­je łza. Na ko­niec splu­wa gęstą śliną i mie­sza wszyst­ko ko­ści­stym pal­cem.

Jesz­cze słowa. Na­chy­la się nad misą i szep­cze do niej słowa star­sze nawet od lasów.

Cia­sto lą­du­je w piecu. Doj­rze­wa po­wo­li, bo magia jest nie­mal żywa. Bywa ka­pry­śna, obca i krnąbr­na. Jak dziec­ko.

Słoń­ce wę­dru­je za okna­mi, z po­cząt­ku w górę, póź­niej w dół. Od­bi­ja się na tafli po­bli­skie­go je­zio­ra jak roz­sy­pa­ne iskry.

Tar­ga­na nie­zro­zu­mia­łym in­stynk­tem, stara wy­glą­da przez okno. Do­strze­ga skra­wek bieli wśród krza­ków lesz­czy­ny, a obok prze­błysk ciem­nej ręki.

Dziew­czy­na i chłop­czyk. Ona roz­sze­rza oczy na widok chaty, usta czer­wo­ne jak krew roz­cią­ga­ją się w uśmie­chu. Krót­ka su­kien­ka od­sła­nia zdro­wą, zło­ci­stą skórę, marsz­czy się na pier­siach, które do­pie­ro za­kwit­ną. On? Niski, czar­no­skó­ry, chu­der­la­wy. Pełne wargi są za­ci­śnię­te i szare, oczy zaś mętne, puste, wod­ni­ste. Sta­ru­cha cmoka, z nie­za­do­wo­le­niem oceniając pa­ty­ko­wa­te nogi, ko­ści­ste ra­miona.

Nic, czego nie można na­pra­wić.

Magia wy­bu­cha z całą siłą za­klę­cia.

Raz, dwa, brzuch wy­gry­wa me­lo­dię – sta­now­czo, ale cicho, uprzej­mie; sta­ru­cha pląsa w kie­run­ku drzwi po pier­ni­ko­wej pod­ło­dze, pi­ru­et wzdłuż bisz­kop­to­wych ścian, pod­skok obok sza­fe­czek z kan­dy­zo­wa­nych skó­rek po­ma­rań­czy. I już – chwy­ta klam­kę z lu­kre­cji!

– Bied­ne ma­leń­stwa! Pro­szę, wejdź­cie, od­pocz­nij­cie. – Jej głos jest słod­szy niż cze­ko­la­do­wa strze­cha, lepki ni­czym pa­ję­czy­na.

Obawa na twa­rzy dziew­czyn­ki mie­sza się z cie­ka­wo­ścią, ostroż­ność ustę­pu­je ra­do­ści. Chłop­czyk tylko pa­trzy.

– Pewnie jesteście zzięb­nię­te i głod­ne. Mam tu przy­sma­ki, że palce lizać.

I sta­ru­cha ob­li­zu­je się w my­ślach.

Kła­nia się nisko, wpusz­cza dzie­ci i, gdy sie­dzą już na krze­słach, za­my­ka drzwi – szyb­ko i osta­tecz­nie jak drzwicz­ki od pieca.

– Jak was zwą?

– Je­stem Atra­ment – od­po­wia­da wesoło dziew­czyn­ka, na­stęp­nie wska­zu­je chłop­czy­ka – a to Póź­niej.

Sta­ru­cha kiwa głową. Nie musi ro­zu­mieć, nie musi oce­niać. Z pieca wy­cią­ga pę­ka­te, pa­ru­ją­ce cia­sto, na­kła­da dzie­ciom. Dziew­czyn­ka dmu­cha na swój ka­wa­łek i wsa­dza łap­czy­wie do buzi. Wy­wra­ca ocza­mi, mru­cząc. Chło­pak nie je. Zerka na Atra­ment z nie­wy­raź­ną miną.

– Jedz – roz­ka­zu­je dziew­czyn­ka.

Więc je. Wpierw nie­śmia­ło, po chwi­li łap­czy­wie jak wy­gło­dzo­ne szcze­nię.

Atra­ment uśmie­cha się jak gdyby nigdy nic.

– Dzię­ku­je­my. Bałam się, że nie znaj­dzie­my schro­nie­nia przed nocą. Wę­dru­je­my tak długo…

– Już do­brze – uspo­ka­ja sta­ru­cha. – Jedz­cie, ma­leń­stwa. Jedz­cie. Śmiej­cie się, mów­cie. Ten dom lubi sły­szeć dzie­ci. Ja rów­nież.

– Och! – wzdy­cha Atra­ment i głasz­cze chłop­czy­ka po gło­wie. – Póź­niej zna cu­dow­ne hi­sto­rie. Dalej, nie wstydź się. Opo­wiedz coś.

Później przełyka głośno.

– Dawno temu pe­wien męż­czy­zna szu­kał miej­sca, w któ­rym nie ma śmier­ci. Cho­dził od wio­ski do wio­ski, wy­pa­tru­jąc cmen­ta­rzy, a jeśli za­uwa­żył choć­by naj­mniej­szy, wtedy wę­dro­wał dalej. W końcu do­tarł do osady, gdzie nie spo­strzegł żad­ne­go grobu, miesz­kań­cy zaś byli go­ścin­ni i ser­decz­ni. Sam szejk, nad­zwy­czaj młody, przy­jął go pod swój dach. W trak­cie ko­la­cji, na któ­rej po­da­no wy­bor­ne mię­si­wo, męż­czy­zna za­py­tał: „Czy jest u was śmierć?”. „Nie”, usły­szał w od­po­wiedzi, „Tylko życie bez końca”. Podróżnik się ucieszył, lecz zdzi­wio­ny wie­kiem przy­wód­cy wio­ski, za­py­tał: „Gdzie twój oj­ciec?”. „Tutaj”, od­parł młody szejk, wska­zu­jąc na mięso.

Sta­ru­cha śmie­je się długo, klasz­cząc.

– Och, jaka cu­dow­na opo­wieść. Nie ża­łuj­cie sobie, jedz­cie. Wię­cej, wię­cej. – Kroi szczo­drze ka­wał­ki cia­sta i po­da­je dzie­ciom. – Nie je­ste­ście ro­dzeń­stwem.

– Po­dró­żu­je­my razem – od­po­wia­da Atra­ment, póź­niej szep­cze, jakby sama do sie­bie: – Ro­dzi­na… Na przy­kład brat.

– A skąd się tu wzię­li­ście, w samym środ­ku lasu?

– My… – Dziew­czy­na marsz­czy brwi, wodzi ocza­mi po cha­cie, nagle uśmie­cha się sze­ro­ko. – Za­błą­dzi­li­śmy! Nie znamy drogi. I… I zo­sta­li­śmy po­rzu­ce­ni przez ro­dzi­ców. Tak! Po­rzu­cili nas, praw­da?

Oczy sta­ru­chy wi­dzia­ły wiele dzie­ci. Smut­nych, we­so­łych, peł­nych na­dziei, pła­czą­cych. I głu­pich. Tak. Tych też nie bra­ko­wa­ło. Ważne, aby jadły. Lubi tłu­ściut­kie dzie­ci. Piec jest wielki, dużo zmie­ści.

Pa­trzy na nie z uśmie­chem.

Znów czuje się po­trzeb­na. Żywa. Jakby nie mięsa po­trzebowała, ale samego widoku mięsa. Obiet­ni­ca po­sił­ku bywa lep­sza niż po­si­łek. Ide­al­na. Nie­ska­zi­tel­na. W my­ślach za­ta­pia zęby w kru­chym udzie chłop­ca – nie spotkała jesz­cze ni­ko­go o tak czar­nej skó­rze. Gdyby tylko nie był tak chudy…

Czeka, aż cia­sto znik­nie w uśmiech­nię­tych bu­ziach, wtedy szep­cze do wierzb za oknem. Gięt­kie ko­rze­nie prze­bi­ja­ją pod­ło­gę, chwy­ta­ją nogi dzie­ci. Atra­ment krzy­czy, szar­pie się, sta­ru­cha re­cho­cze gło­śno, chłop­czyk… zbie­ra okru­chy z po­licz­ka i wsa­dza sobie do ust. Bez stra­chu, spo­koj­nie, obo­jęt­nie.

Za­mie­ra pisk dziew­czyn­ki i śmiech sta­ru­chy, nawet ko­rze­nie się za­trzy­mu­ją. Gry­zek prze­sta­je myć łapkę i prze­krzy­wia łebek znad ser­ni­ko­wej półki. Za oknem sły­chać muchy, zwa­bio­ne słod­ką ucztą.

Atra­ment marsz­czy brwi, war­czy:

– Bój się.

Chłopak od razu wybałusza oczy. Zaczyna wrzeszczeć i pła­kać, dziew­czyn­ka do­łą­cza po chwi­li.

Sta­ru­cha znów wy­bu­cha śmie­chem, ale w głębi serca podejrzewa, że coś fał­szy­we­go wpeł­zło do jej chaty. Jakby ugry­zła jabł­ko z błysz­czą­cą skór­ką, lecz zgni­łe od środ­ka.

– Nie szarp­cie się! – syczy, gnie­wem ma­sku­jąc moment sła­bo­ści. – Wierz­ba trzy­ma mocno i nie puści.

Za­łza­wio­ne twa­rzycz­ki oglą­da­ją kaj­da­ny na swych no­gach.

– Je­steś zła! – krzy­czy Atra­ment.

I po raz pierw­szy odkąd pa­mię­ta, sta­ru­cha pra­gnie się wy­tłu­ma­czyć. Nie wie, czemu, ale prze­czuwa, że to ważne. Dla niej samej.

– Zła? W lesie nie ma zła, są tylko dra­pież­cy i ofia­ry. A mięso nie może się zmar­no­wać.

– Chyba nie za­mie­rzasz… – Atra­ment milk­nie, wiel­kie oczy zer­ka­ją na me­ta­lo­we drzwicz­ki. – Je­ste­śmy dzieć­mi!

– Niedź­wiedź zjada wła­sne młode, gdy gło­du­je. Wa­ta­ha nie po­gar­dzi je­lon­kiem. Głu­piaś! – Sta­ru­cha grozi ko­ści­stym pal­cem. – Trzy­maj swoją mo­ral­ność z dala od lasu. Wy, mło­dzi, my­śli­cie, że stare ozna­cza słabe. Stare od za­wsze kar­mi­ło się mło­dym!

Magia za­mie­ra, cofa się jak wody pod­czas od­pły­wu. Pier­nik znów staje się pod­ło­gą, pełną drzazg od wy­ro­słych ko­rze­ni, cia­stecz­ka za­ku­rzo­ny­mi sło­ika­mi, a ścia­ny, za­miast kusić cze­ko­la­dą, za­cho­dzą nićmi po­rzu­co­nych pa­ję­czyn. Krwa­wy blask słoń­ca wlewa się okna­mi, sza­ry­mi od brudu i tłu­stych plam.

Sta­ru­cha milk­nie. Dla­cze­go nie wi­dzia­ła tego wcze­śniej? Wszyst­ko jest brud­ne i krzy­we. Nawet ona. Czy za­wsze tak miesz­ka­ła? Jak… zwie­rzę?

Rzuca dziewczynie mio­tłę.

– Po­sprzą­tasz tu. Wy­czy­ścisz całą chatę i obej­ście. Upie­czesz cia­sta. Chło­piec się cie­bie słu­cha, więc ka­żesz mu jeść. Byle dużo i czę­sto! Te ko­ści­ste koń­czy­ny mają znik­nąć, ro­zu­miesz? Do ro­bo­ty albo wy­dra­pię ci oczy i na­kar­mię nimi kota!

– To były same kłam­stwa, praw­da? Je­steś złą cza­row­ni­cą! Wiedź­mą! – krzy­czy Atra­ment, ale chwy­ta mio­tłę i za­mia­ta.

Te słowa ude­rza­ją sta­ru­chę jak obu­chem. Dusz­no jej, go­rą­co. Chwiej­nym kro­kiem wy­cho­dzi na ze­wnątrz. Sły­szy wiatr, szum liści, sze­lest pałek wod­nych – mie­sza­ją się, spla­ta­ją w jeden wiel­ki szy­der­czy śmiech.

Sta­ru­cha osuwa się na zie­mię.

Wiedź­ma, cza­row­ni­ca. Czy tak ją zwano? Dla­cze­go nie pa­mię­ta?

Czy to jej imio­na?

 

*

 

Dni suną jak wąż wśród traw. Pach­ną słod­kim cia­stem. Cuch­ną od­cho­da­mi, któ­rych pełne wia­dra dziew­czy­na wy­no­si o brza­sku.

Sta­ru­cha czuje się wy­pę­dzo­na z wła­sne­go domu.

Nie lubi tam wra­cać. Nie lubi pa­trzeć na jasne włosy Atra­ment, na jej zło­ci­stą skórę i usta, które bez prze­rwy coś szep­czą. A może tylko ru­sza­ją się bez sensu? Co­dzien­nie obie­cu­je sobie, że za­to­pi ostrze w sercu dziew­czyn­ki i co­dzien­nie tego nie robi. Prze­kli­na­jąc słabe plecy, powoli zbie­ra chrust. Szuka ziół na ukry­tych po­la­nach i grzy­bów wśród wil­got­nych cieni. Go­dzi­na­mi pa­trzy bez celu na szu­wa­ry, słu­cha­jąc re­cho­ta­nia żab, cierpli­wych na­wo­ły­wań cza­pli.

Wiedź­ma, cza­row­ni­ca. Te słowa kłę­bią się jej w my­ślach jak uwię­zio­ne trzmie­le.

Wie­czo­ra­mi, gdy sta­ru­cha wraca i kła­dzie się w kącie na świe­ży sien­nik, dziew­czyn­ka od­po­czy­wa. Cza­row­ni­ca ob­ser­wu­je ją spod wpół­przy­mknię­tych po­wiek i obie­cu­je sobie, że jutro, tak, jutro z pew­no­ścią za­bi­je to dziec­ko, a potem upie­cze i zje ze sma­kiem, cho­ciaż to pie­czo­ne żyw­cem sma­ku­ją naj­le­piej, ale do­brze, można zro­bić wy­ją­tek, tak, tak, za­bi­je ją i wszyst­ko bę­dzie jak daw­niej.

Chło­piec jest po­słusz­ny. Sie­dzi spo­co­ny w kącie, z za­pa­łem po­że­ra wy­pie­ki przy­go­to­wy­wa­ne przez Atra­ment. Piec cier­pli­wie pra­cu­je, roz­grze­wa chatę jak małe słoń­ce, cze­ka­jąc, aż za­mknie w sobie ofia­rę z dy­mią­ce­go mię­si­wa.

 Przed snem Atra­ment mówi do chłop­ca o dziw­nym imie­niu:

– Opo­wiedz mi hi­sto­rię, któ­rej nie znam.

Toteż Póź­niej opo­wia­da. Co­dzien­nie inną. O dziew­czy­nie, która po­ślu­bi­ła złego ducha, o wę­drów­ce Króla Węży, o tym, dla­cze­go nie­to­pe­rze la­ta­ją w mroku. Cu­dacz­ne hi­sto­rie z da­le­kich kra­jów.

Pew­ne­go wie­czo­ru, leżąc obo­la­ła po zbie­ra­niu ga­łę­zi, wiedź­ma wy­słu­chu­je bajkę o pięk­nej córce żół­wia mor­skie­go, i uświa­da­mia sobie, że zna jej za­koń­cze­nie. Sły­sza­ła ją parę nocy wcześniej.

– Nie! – Atra­ment pod­ry­wa się na nogi. – Już to opo­wia­da­łeś!

– Nie znam wię­cej hi­sto­rii – tłu­ma­czy spo­koj­nie Póź­niej.

Dziew­czy­na unosi mu głowę, by spoj­rzał jej w oczy.

– Przy­po­mnij sobie! Pro­szę!

– Przy­kro mi. Sły­sza­łaś już wszyst­kie.

– Zo­staw go – bur­czy wiedź­ma. – Idź spać.

Chło­piec od­wra­ca się do niej i uśmie­cha po raz pierw­szy.

– Nie czuję stra­chu. Nic nie czuję. Mnie tu nie ma.

Atra­ment wy­bu­cha pła­czem, dusi się od prze­ły­ka­nych łez. Sta­ru­cha nie zwra­ca na to uwagi. Nie­raz sły­sza­ła la­men­ty dzie­ci. Młode pła­czą. To nor­mal­ne.

Za­sy­pia więc i śni o lu­dziach z wy­krzy­wio­ny­mi twa­rza­mi, któ­rych usta są otwar­te, wy­peł­nio­ne bło­tem czar­nym jak tru­ci­zna. Chcą coś po­wie­dzieć, słowa wzbierają w nich jak czer­wie pod skórą, ale czar­na maź tylko bul­go­cze.

I nawet we śnie wiedź­ma ro­zu­mie, że to nie błoto.

To atra­ment.

 

*

 

Na­za­jutrz jest peł­nia. Biały jak oko ślep­ca księ­życ wisi na zim­nym nie­bie. To dobry czas, ma­gicz­ny czas, dla­te­go sta­ru­cha zbie­ra lub­czyk i inne zioła.

Wkrót­ce stare plecy sztyw­nie­ją od je­sien­ne­go chło­du. Cza­row­ni­ca coraz czę­ściej myśli o cie­płej cha­cie, w końcu ulega, pod­da­je się i wraca.

Po cichu wcho­dzi do środ­ka i do­strze­ga, że nagi chło­piec stoi nie­ru­cho­mo po­środ­ku balii z pa­ru­ją­cą wodą, po­zwa­la­jąc, by Atra­ment ob­my­wa­ła szmat­ką jego spo­co­ną skórę. Za­okrą­glił się tu i tam, ale mało, och, wciąż za mało tego cu­dow­ne­go tłusz­czy­ku. Jesz­cze nie jest go­to­wy. Wiedź­ma kła­dzie się na sien­ni­ku. Słoma trza­ska jak ła­ma­ne kości.

Księ­ży­c wy­cho­dzi zza chmur, jego blask pada przez okna wprost na jasne włosy dziew­czy­ny, które nagle żarzą się sre­brem jak włosy sta­ru­chy. Re­flek­sy wody suną po twa­rzy Atra­ment, rzeź­biąc fał­szy­we bruz­dy zmarsz­czek. Cie­pła skóra i krót­ka su­kien­ka tracą barwy, teraz lśnią; cała Atra­ment lśni jak od­prysk księ­ży­ca, jak sa­mot­ność, jak łak­ną­cy liter per­ga­min.

Wiedź­ma uświa­da­mia sobie, że wstrzy­mu­je od­dech, bo go­rą­ca pięść stra­chu ści­ska jej gar­dło. Ma ocho­tę ze­rwać się i biec, byle dalej, byle szyb­ciej, ale nic z tego – leży, nie­zdol­na do ruchu jak sarna uwięziona w pło­ną­cym lesie. Może jedynie cze­kać.

Za­uwa­ża, że i Póź­niej jest inny. Kro­ple wody spa­da­ją mu z wło­sów ni­czym okru­chy dia­men­tów, po ple­cach zaś suną płyn­nym zło­tem, roz­świe­tlo­ne aurą pło­mie­ni z pieca. Chłop­czyk za­czy­na śpie­wać, chra­pli­wie i mocno; obce dźwię­ki są pełne tę­sk­no­ty.

Wtem Atra­ment otwie­ra usta i wpierw ci­chut­ko, póź­niej coraz gło­śniej, jej pieśń w nie­zna­nym ję­zy­ku wy­pie­ra za­wo­dze­nie Póź­niej, po­że­ra opo­wieść z jego słów, aż zo­sta­je tylko jeden śpiew i cisza w ustach chłop­ca.

– To bajka – mówi Atra­ment. – Ostat­nia bajka o małym uczniu sza­ma­na. Two­rzył wiele opo­wie­ści, a one w końcu za­bra­ły go do sie­bie, by zo­stał ich czę­ścią.

– Bzdu­ry – mru­czy sta­ru­cha.

– Ale oszu­ka­ły go, bo nikt nie jest tak okrut­ny, jak hi­sto­rie. Umie­ści­ły w złej bajce, wci­snę­ły w nie­pa­su­ją­cą rolę i cze­ka­ły, aż słowa na­pra­wią błąd. Aż go zje­dzą, gdy prze­sta­nie być ważny. – Gąbka kre­śli ósem­ki na czar­nej skó­rze. Atra­ment wsta­je i myje włosy chłop­ca. – Lecz ty je­steś waż­niej­sza niż on. Ważna dla wielu, wielu ludzi.

Wiedź­ma pry­cha, od­wra­ca­jąc się na drugi bok.

– Głu­piaś. Mnie nikt nie zna, nikt nie chce znać. Nawet nie wie­dzą, że tu miesz­kam.

– Wie­dzą, że coś miesz­ka w lesie. To wy­star­czy. Resz­tę do­po­wie­dzą sobie sami.

– Do­po­wie­dzą! Ludz­kie ję­zy­ki wy­pa­czą wszyst­ko, o czym nie mają po­ję­cia, zo­hy­dzą i za­kła­mią.

– Kłam­stwa two­rzą naj­lep­sze hi­sto­rie – szep­cze Atra­ment.

Wiedź­ma za­my­ka oczy.

– Idź spać!

Nie zna żad­nych hi­sto­rii, choć uważa, że po­win­na; sta­rzy lu­dzie skła­da­ją się ze wspo­mnień i opo­wie­ści, za­skle­pio­nych w ich gło­wach jak bli­zny. Dla­cze­go nie ona? Jej życie ob­ra­ca się wokół za­gu­bio­nych dzie­ci. Zwa­bia je, po­że­ra, znów czeka. I tak bez końca. Jakby ist­nia­ła tylko w tym celu.

Za­sy­pia, ale nawet wtedy nie od­naj­du­je spo­ko­ju.

Kro­czy wśród ludz­kich ciał, na­gich i po­skrę­ca­nych, lecz ży­wych. Cią­gną się po ho­ry­zont. Usta mają za­ci­śnię­te z ca­łych sił, aż sły­chać, jak skrzy­pią zęby.

Ktoś jesz­cze tu jest.

Świe­tli­sta po­stać bez płci. Na­chy­la się nad le­żą­cą ko­bie­tą, roz­wie­ra jej wargi i wy­ry­wa język – pa­pie­ro­wy, długi i skrę­co­ny, za­pi­sa­ny ty­sią­ca­mi liter. Ostry, cien­ki wrzask prze­szy­wa uszy wiedź­my, słod­ki za­pach przy­pie­ka­ne­go mięsa wkra­da się do noz­drzy…

Sta­ru­cha otwie­ra oczy, zrywa się z sien­ni­ka, wciąż oszo­ło­mio­na przez tę krót­ką chwi­lę, kiedy sen prze­pla­ta się z rze­czy­wi­sto­ścią, ale nie – wrzask nie mija, a w cha­cie jest go­rą­co jak w roz­grza­nym…

Atra­ment prze­stę­pu­je z nogi na nogę, dło­nie trzy­ma po bo­kach głowy, za­gu­bio­ne w gę­stwi­nie roz­rzu­co­nych wło­sów, i krzy­czy, krzy­czy, krzy­czy, lecz nawet jej głos nie może za­głu­szyć wycia do­cho­dzą­ce­go zza że­la­znych drzwi­czek ani szczę­ku za­su­wy, gdy ktoś ude­rza w nie z wnętrza pieca.

– Nie był go­to­wy! – Wiedź­ma zrywa ze ścia­ny rę­ka­wi­cę, wście­kła i ro­ze­spa­na. Pró­bu­je od­cią­gnąć za­su­wę, ale metal trzy­ma mocno. – Puść!

Piec war­czy groź­nie, po czym znów mru­czy za­do­wo­lo­ny. Nie odda chłop­ca, do­pó­ki sam nie na­sy­ci się jego bólem. Teraz na­le­ży do niego, wraz ze skwier­czą­cym tłusz­czem, pę­ka­ją­cą skórą i płu­ca­mi czer­nie­ją­cy­mi przy każ­dym pa­rzą­cym od­de­chu.

Sta­ru­cha jęczy, ude­rza wście­kle w drzwicz­ki, raz, drugi, od­wra­ca się do Atra­ment.

– Co ty sobie…?

W mło­dych oczach widzi strach, lecz także po­nu­rą de­ter­mi­na­cję. Czas za­mie­ra mię­dzy jed­nym od­de­chem a dru­gim. Wiedź­ma do­strze­ga każdy szcze­gół zydla w rę­kach dziew­czy­ny: krzy­wo zbite nóżki, wy­szczer­bio­ne sie­dzi­sko, ster­czą­ce drza­zgi…

Samo ude­rze­nie jest roz­bły­skiem bieli.

To stary mebel, kru­chy jak próch­no, i tylko dzię­ki temu wiedźma wciąż żyje. Przy­sia­da jak pod­cię­ta, krew spły­wa po czole, w kark bucha pie­kiel­ny żar, uszy świ­dru­je pisk Póź­niej. Nóż. Gdzie nóż? Odrę­twia­ła ręka – jakby nie jej – błą­dzi po fał­dach sukni. Po­wo­li, zbyt po­wo­li.

Atra­ment chwy­ta opar­ty o ścia­nę ożóg i wzno­si go do ciosu.

Wiedź­ma pa­trzy obo­jęt­nie. W jej gło­wie tań­cu­ją krzy­ki, śmie­ją się runy i zwię­dłe li­ście. To nie w po­rząd­ku – po­ja­wia się nagle myśl. Prze­cież stare za­wsze kar­mi­ło się mło­dym.

Ko­rzeń okrę­co­ny wokół kost­ki dziew­czy­ny za­ci­ska się i cią­gnie ją gwał­tow­nie, by ochro­nić swą panią. Atra­ment pada. Krót­ki jęk cich­nie, gdy twarz z chrup­nię­ciem ude­rza o pod­ło­gę, roz­bry­zgu­jąc na de­skach krwa­wy kleks.

Palce wiedź­my za­ci­ska­ją się na rę­ko­je­ści noża. Teraz! Póki ta prze­klę­ta dziew­czy­na leży z roz­ło­żo­ny­mi rę­ko­ma jak po­rzu­co­na lalka. Wiedź­ma idzie na czwo­ra­kach, mdła żółć na­pły­wa jej do gar­dła, w oczach świat drga ni­czym po­wie­trze nad pa­le­ni­skiem.

Atra­ment rzęzi, pod­no­si głowę. Ze strza­ska­nej szczę­ki wy­sta­ją ostre końce po­ła­ma­nych zębów.

– Bła… gam…

Nóż wbija się w cie­mię Atra­ment pra­wie po rę­ko­jeść. Jedno oko ucie­ka w głąb czasz­ki, dru­gie na­bie­ga czer­wie­nią.

– B… B… – Usta dziew­czy­ny wciąż mówią, jakby nie ro­zu­mia­ły, że są już mar­twe; dłoń dra­pie deski, pa­zno­kieć od­cho­dzi z trza­skiem, ze­rwa­ny do ży­we­go mięsa. Siły ucie­kają z Atra­ment w jed­nej chwi­li i ciało nie­ru­cho­mie­je.

Ze­sko­czyw­szy z półki, zbli­ża się Gry­zek. Idzie mięk­ko, z pod­nie­sio­nym ogo­nem, obo­jęt­ny na wszyst­ko jak to w zwy­cza­ju kotów. Niu­cha plamę krwi wokół roz­rzu­co­nych wło­sów dziew­czy­ny i za­czy­na ją chłep­tać ze sma­kiem.

Wiedź­ma pry­cha na ten widok, po czym bada własną głowę, sy­cząc. Czeka ją kilka dni na sien­ni­ku. Stare ciało nie goi się tak szyb­ko jak młode. Tak, od­po­czy­nek. I dobre je­dze­nie… Sta­ru­cha po­cią­ga nosem. Ten aro­mat! Chło­pak wkrót­ce bę­dzie go­to­wy. Mięso – nie tyle, ile chcia­ła, ale wciąż wię­cej niż u żab lub myszy, och, ileż wię­cej! Byle nie przy­pa­lić. Trze­ba pil­no­wać…

Ból głowy ro­śnie jak wez­bra­na rzeka. Wiedź­ma mruży oczy. Nie wolno za­snąć, po­wta­rza sobie, nie wolno. Ciem­ność pod po­wie­ka­mi robi się coraz głęb­sza, roz­le­wa się na głowę i ciało wiedź­my, po­chła­nia ją całą.

Jak atra­ment.

 

*

 

Wciąż z za­mknię­ty­mi ocza­mi uświa­da­mia sobie, że coś gry­zie, że trzy­ma coś w dło­niach, że sie­dzi na krze­śle. Zna to uczu­cie, zna ten za­pach, a przede wszyst­kim… przede wszyst­kim zna ten smak, wzmoc­nio­ny ja­łow­cem, ty­mian­kiem i czosn­kiem. Kru­chy. Lekki.

Otwie­ra oczy.

Nie jest zdzi­wio­na, wi­dząc sze­ro­ką je­sio­no­wą deskę i spo­czy­wa­ją­ce na niej czar­ne ciał­ko – Póź­niej ma usta otwar­te w nie­mym krzy­ku, zęby roz­łu­pa­ne żarem, skóra jak spę­ka­na od suszy zie­mia błysz­czy bo­gac­twem przy­praw. Na udzie widać miej­sce, gdzie od­kro­iła ka­wa­łek mię­śnia, który teraz żuje. Ruch z lewej przy­cią­ga spoj­rze­nie wiedź­my. Mo­ment póź­niej zimny strach prze­szy­wa jej krę­go­słup, jakby ktoś wbił tam sopel i pchał bez li­to­ści.

– Za­bi­łam cię – szep­cze sta­ru­cha.

Atra­ment wzru­sza ra­mio­na­mi. Jej dłoń z drew­nia­ną łyżką zbli­ża się do głowy chłop­ca. Ktoś od­kro­ił mu czasz­kę na czub­ku, równo i sta­ran­nie. Łyżka wcho­dzi do środ­ka z mo­krym od­gło­sem. Cza­row­ni­cy zdaje się, że na dnie okrą­głych dziur, w któ­rych nie zo­stał nawet ślad po wy­go­to­wa­nych oczach, do­strze­ga ruch drew­na trą­ce­go o kość. Dziew­czy­na na­bie­ra skur­czo­ne od żaru reszt­ki mózgu, wy­cią­ga nie­cier­pli­wie, po czym zjada szyb­ko.

– Ukryte – mówi ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi. – Za­grze­ba­ne głę­bo­ko, na samej gra­ni­cy pa­mię­ci.

– Za­bi­łam cię – po­wta­rza wiedź­ma, pa­trząc na dziew­czę­cą twa­rzycz­kę i złote włosy.

– Racja, ale nie o to nam cho­dzi, praw­da? To byłby dziw­ny ko­niec. I dla cie­bie, i dla mnie.

– Demon.

– Tylko kiedy po­trze­ba. Po­trze­ba, ot co. Bo­ha­ter, smok, księż­nicz­ka, dia­beł, dziec­ko. Nie­skoń­cze­nie wiele in­nych, wciąż na nowo i na nowo.

Wiedź­ma sie­dzi nie­ru­cho­mo. W noz­drzach czuje na­tręt­ny aro­mat mięsa, ale w ustach tylko po­piół, jakby wy­pa­li­ła sobie język. Po­wo­li sięga do swych wło­sów, spo­dzie­wa­jąc się – nie, li­cząc na to – że opusz­ka­mi wy­czu­je pozlepiany za­krze­płą krwią koł­tun.

Włosy ma suche, czy­ste i rzad­kie. Jak za­wsze. Ani śladu rany.

Atra­ment ob­li­zu­je łyżkę.

– Przy­cho­dzą z uczuć. Więk­szość ze stra­chu, z nie­wie­dzy, z konieczności zro­zu­mie­nia świa­ta. No­si­my je w sobie i pra­gnie­my wię­cej. Wszy­scy bez wy­jąt­ku. Jak ja, jak ty. I on. – Spo­glą­da na Póź­niej. – Od­su­nął od cie­bie uwagę. Prze­pra­szam. Nie po­win­nam za­bie­rać go ze sobą, ale tak czę­sto robię się głod­na. Zo­sta­wi­łam go sobie na… póź­niej. – Chi­cho­cze.

Wiedź­ma go­rącz­ko­wo szuka wy­ja­śnie­nia, z tru­dem wy­do­by­wa na świa­tło umy­słu czy­ta­ne przed laty wersy z ma­gicz­nych ksiąg. Dla­cze­go tak mało pa­mię­ta? Tak nie­wie­le po­tra­fi? Dziew­czy­na spo­glą­da w jej oczy.

– Po­nie­waż tym wła­śnie je­steś. Starą ko­bie­tą, któ­rej prze­szłość nie ma zna­cze­nia.

– Wynoś się z moich myśli! – Cza­row­ni­ca zrywa się z krze­sła. – To tylko sen. Ude­rzy­łaś mnie w głowę! Nie żyjesz, a ja śnię.

– Więc jedz! – Atra­ment chwy­ta ze­sztyw­nia­łą dłoń Póź­niej, odła­mu­je ją z chrup­nię­ciem i wy­cią­ga w stro­nę wiedź­my. Czar­ny palec sterczy oskar­ży­ciel­sko. – Dla­cze­go nie jesz?! Teraz, do­pó­ki jesz­cze mo­żesz, do­pó­ki bajka na­bie­ra kształ­tu i wciąż można coś zmienić!

– Nie. To nie bajka – zaprzecza wiedź­ma.

– Skąd wiesz? A jeśli ktoś wła­śnie o nas mówi? Pro­wa­dzi jak ma­rio­net­kę na fe­sty­nie, sznu­rek tu, sznu­rek tam? Tak! Two­rzy mnie słowo po sło­wie, a ja, two­rząc wła­sne ist­nie­nie, stwa­rzam jed­no­cze­śnie cie­bie! – Twarz Atra­ment wy­krzy­wia wście­kły gry­mas, w ką­ci­kach ust zbie­ra się piana. – Jedz! Nie je­stem okrut­na, po­zwa­lam ci! Jedz, zanim pożrę nas obie!

Sta­ru­cha spo­glą­da­ła w oczy le­śnym du­chom, tań­czy­ła nago wokół błę­kit­ne­go ognia. Do­ty­ka­ła sza­leń­stwa. Za­miast z nim wal­czyć, dlaczego go nie objąć? Dlaczego nie po­zwo­lić, by prze­pły­nę­ło wokół cie­bie ni­czym fala? I wtedy… Może zo­sta­wi cię w spo­ko­ju.

Do­by­wa noża, spraw­nie od­ci­na pa­ru­ją­cy kawał chło­pię­ce­go uda i za­ta­pia w nim zęby.

Go­rą­ce mięso sma­ku­je jak atra­ment.

 

*

 

– Pro­szę! Obudź się!

Wiedź­ma pod­no­si głowę. Mruga ocza­mi. W zeschniętym na wiór gardle czuje drapanie. Sie­dzi przy stole; na bla­cie jest tylko zimny ka­ga­nek.

Spod ścia­ny do­bie­ga wes­tchnie­nie ulgi. Atra­ment klę­czy, unie­ru­cho­mio­na ko­rze­niem za­ci­śnię­tym wokół jej kost­ki. Włosy ma brud­ne, po­licz­ki za­pad­nię­te. Zło­ci­sta skóra po­sza­rza­ła, zbla­dła.

– Spa­łam – stwier­dza wiedź­ma.

– Tak. Czte­ry dni. Pro­szę! Je­stem głod­na.

Sen. Kiedy się za­czął? Cza­row­ni­ca roz­glą­da się, szu­ka­jąc pod­stę­pu, wy­tłu­ma­cze­nia, sama nie wie czego. Za oknem widzi żółk­ną­ce li­ście. Od wy­ga­słe­go pieca zieje pu­stym chło­dem.

– Puść ją.

Ko­rzeń cofa się i znika pod pod­ło­gą.

– Wynoś się. – Sta­ru­cha od­chrzą­ku­je. – Dalej! Wynoś się! – krzy­czy w stro­nę za­sko­czo­nej dziew­czy­ny. – Wynoś się! Już!

Do­pie­ro po dłu­giej chwi­li Atra­ment nie­śmia­ło rusza do drzwi, sku­lo­na, jakby oba­wia­ła się kary. Po dro­dze łap­czy­wie pije wodę z dzban­ka, za­bie­ra parę nad­psu­tych ja­błek i reszt­ki plac­ka, wciąż bacz­nie ob­ser­wu­jąc wiedź­mę. Wy­cho­dzi tyłem przez drzwi i do­pie­ro wtedy jej twarz roz­ja­śnia cień uśmie­chu. Rzuca się bie­giem ku drzwiom.

Sta­ru­cha wy­glą­da przez okno. Nie cie­szy się. Nie, jesz­cze nie. Wie, co wi­dzia­ła i co czuła. Zna kosz­ma­ry po­dró­żu­ją­ce w ciem­no­ści i sama uwa­ża­ła się za jeden z nich. Wtedy ją to nie ob­cho­dzi­ło, ale teraz?

Ostat­ni skra­wek su­kien­ki znika mię­dzy krza­ka­mi.

– Nie. To by się nie zda­rzy­ło – wiedź­ma sły­szy głos Atra­ment za ple­ca­mi. – Ale dzię­ku­ję.

Może nie pa­mię­ta wiele, może tylko li­znę­ła praw­dzi­wej mocy, ale ro­zu­mie Ciem­ność, ro­zu­mie, kiedy wpada się w jej łapy, one zaś nigdy nie pusz­cza­ją. De­cy­zja przy­cho­dzi nagle jak ćma, która nocą wla­tu­je w blask płomienia. Nie czas na roz­wa­ża­nia o ogniach pie­kiel­nych lub duszy. Nie trzeba jednać się z Bo­giem czy prze­bła­gi­wać Sza­ta­na. To coś w cha­cie, ta dziew­czy­na – nie ma nic wspól­ne­go ani z jed­nym, ani z dru­gim.

Wy­star­czy chwy­cić wier­ny nóż.

Lek­kie syk­nię­cie, chwi­la kłu­ją­ce­go bólu i wiedź­ma już leży na ple­cach, plu­jąc, par­ska­jąc, krztu­sząc się me­ta­lo­wym sma­kiem wy­pły­wa­ją­cym z pod­cię­te­go gar­dła.

Ga­sną­cy­mi ocza­mi widzi na­chy­la­ją­cą się nad nią Atra­ment.

– Dla­cze­go? Prze­cież takie za­koń­cze­nie jest bez sensu.

Świat ciem­nie­je. Na­dzie­ja na ni­cość umie­ra ostat­nia.

 

*

 

Sie­dzi i żuje. Zna ten smak. Po­piół. Strach.

Z ciała Póź­niej nie zo­sta­ło wiele: naga czasz­ka, ob­gry­zio­ne kości, parę strzę­pów na brud­nej desce. Wiedź­ma uświa­da­mia sobie, że po raz pierw­szy od dawna zapełniła żo­łą­dek. Mdli ją. Nie z po­wo­du śmier­ci, ale z po­wo­du życia. Nie ro­zu­mie, dla­cze­go nie po­zwo­lo­no jej umrzeć. Od dawna nie pła­ka­ła, ale teraz czuje, że stare oczy po­wo­li przy­po­mi­na­ją sobie, jak wy­pu­ścić łzy.

Atra­ment ko­ły­sze się na krze­śle.

– Je­stem w pie­kle? – pyta wiedź­ma. Przez mo­ment ża­łu­je wy­bo­rów, któ­rych do­ko­na­ła, a potem uświa­da­mia sobie, że to już bez zna­cze­nia.

– Nie, jesz­cze nie.

Mrok wy­peł­za z każ­de­go kąta, obej­mu­je wnę­trze chaty. Gdzieś w od­da­li milk­nie po­hu­ki­wa­nie sowy. Gry­zek śpi pod ścia­ną, koci tułów unosi się mia­ro­wo i spo­koj­nie. Świat za oknem ciem­nie­je, jakby gubił ko­lo­ry. W końcu niebo, je­zio­ro, pełne sło­dy­czy drze­wa zmie­nia­ją się w plamę czer­ni. Nie sły­chać już nic prócz ci­chych od­de­chów.

Atra­ment wsta­je i zbli­ża się do pieca, pod któ­rym nagle strze­la­ją pło­mie­nie. Go­ły­mi dłoń­mi otwie­ra że­la­zne drzwicz­ki. W środ­ku po­wie­trze syczy od żaru, jakby już od dawna cze­ka­ło roz­pa­lo­ne.

– Bę­dziesz ich fa­scy­no­wać.

– Kogo? – Wiedź­ma nie może ode­rwać wzro­ku od roz­grza­nych ścia­nek.

– Ludzi. To, co zro­bi­łaś. Dla­te­go opo­wie­dzą o tobie. Na­pi­szą.

Sta­ru­cha nagle do­my­śla się, jaki finał ma ta hi­sto­ria – w jed­nym mo­men­cie ro­zu­mie ją od po­cząt­ku do końca. Widzi opo­wieść roz­cho­dzą­cą się mię­dzy głod­ny­mi słu­cha­cza­mi jak za­ra­za, pa­trzy na pióro z kro­plą atra­men­tu na stalówce spi­su­ją­ce słowa w wiel­kiej księ­dze. Oglą­da czasy, gdy jej po­do­bi­zny będą w ma­łych ko­lo­ro­wych księ­gach, po­wszech­nych jak źdźbła traw. I wszę­dzie tam ostatecznie czeka na nią go­re­ją­cy piec.

– To nie opo­wieść – skrze­czy wiedź­ma, ale nawet ona sły­szy nie­pew­ność w swoim gło­sie. – Ja ist­nie­ję! Ist­nie­ję!

– Oczy­wi­ście – pry­cha Atra­ment. – Może za­ist­nia­łaś, kiedy pry­mi­tyw­ni lu­dzie po raz pierw­szy za­sta­na­wia­li się, co spo­tka­ło dziec­ko, które wy­szło z ja­ski­ni, by nazbie­rać jagód i nigdy nie wró­ci­ło. Może byłaś syl­wet­ką w ciem­no­ści, lę­kiem ukry­tym wśród drzew, cie­niem na gra­ni­cy po­strze­ga­nia. Stwo­rzo­na jako prze­stro­ga. A może… Nie. Liczy się tylko zło ukry­te w lesie, wiel­ki piec i ku­szą­ca obiet­ni­ca słod­kiej chat­ki. Resz­ta to hi­sto­ria dzie­ci. A teraz… teraz już pora.

– Nie!

Wiedź­ma do­pa­da drzwi, wy­bie­ga wprost w ciem­ność gęstą jak smoła, ale to nic, zna ten las jak samą sie­bie, miesz­ka w nim od… lat.

Bie­gnie na ślepo, pod sto­pa­mi czuje trawę i mięk­ką zie­mię, krza­ki chłosz­czą ją po twa­rzy. Ucie­ka, nie oglą­da­jąc się wstecz, jak naj­da­lej.

Zwal­nia. Staje.

Prze­cież nie po­win­na móc biec. Nie ze swo­imi obo­la­ły­mi ple­ca­mi, sła­by­mi no­ga­mi i zwiot­cza­łym cia­łem.

Świa­tło na ho­ry­zon­cie zbli­ża się jak spadająca gwiazda. Ro­śnie szyb­ciej i szyb­ciej, i wkrót­ce wiedź­ma do­strze­ga ogni­stą cze­luść pieca i sto­ją­cą przy nim Atra­ment.

Sie­dzi na krze­śle zre­zy­gno­wa­na.

Dziew­czy­na pa­trzy na nią z żalem.

– Szcze­gó­ły są nie­waż­ne. Lu­dzie i tak często je zmie­nią. Imio­na, wiek, kolor wło­sów, oto­cze­nie. Ale słowa muszą paść, by wpra­wić w ruch wy­da­rze­nia. Tym razem ci pomogę. Ty masz do ode­gra­nia swoją rolę, a ja… dziś będę spryt­ną dziew­czyn­ką. – Głos Atra­ment zmie­nia barwę: robi się cień­szy, pod­szy­ty stra­chem i fał­szy­wą pew­no­ścią sie­bie. – Zo­bacz, pani, czy żar już od­po­wied­ni. Nie umiem roz­pa­lać pieca.

Sta­ru­cha pragnie wyć i wyje, ale tylko we wła­snych my­ślach, bo gar­dło od­ma­wia jej po­słu­szeń­stwa. Oczy wil­got­nie­ją. Usta po­ru­sza­ją się same, chra­pli­wie wy­po­wia­da­jąc ko­lej­ne słowa:

– Głu­pia dzie­wu­cha! Na ni­czym się nie znasz.

Jej zbun­to­wa­ne ciało pod­no­si się i drep­cze do pieca, a on syczy i mla­ska ogni­stym ję­zo­rem. Atra­ment stoi bo­kiem; może to gra świa­teł oraz cieni tań­czą­ce­go ognia, ale wiedź­ma przy­się­gła­by, że tak jak tam­tej nocy, znów widzi starą, bar­dzo starą twarz pod ob­li­czem dziew­czyn­ki.

Stare karmi się mło­dym – przy­po­mi­na sobie wła­sne słowa i myśli o pierw­szych lu­dziach, któ­rzy po­czu­li głód opo­wie­ści.

Gdy się po­chy­la, czuje, jak żar wy­su­sza jej oczy.

A potem za­sty­ga w bo­le­snym ocze­ki­wa­niu, aż małe dło­nie spo­czną na ple­cach i pchną ją ku za­koń­cze­niu.

Koniec

Komentarze

Nie ma sprawy i do usług :)

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Wisisz betę? He he he 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Już opublikowałem, gdybyście nie widzieli :P

Interesująca ta bażń. Stara ale nowa.

To chyba najbardziej Baźniowe opowiadanie z dotychczasowych. Na tyle niejednoznaczne i tajemnicze, że skłania do ponownej lektury.

Hej, Misiu!

Dzięki za wizytę, mam nadzieję, że się spodobało.

Pozdrawiam serdecznie

 

Hej, Fanthomasie!

Cieszę się, szczególnie z drugiego zdania komentarza. O takie coś mi chodziło.

Dzięki i pozdrawiam.

Hej Zanais!

 

Po przeczytaniu, sam pomysł trochę skojarzył mi się z “Diagnozą strachu” vrchampsa – bohater uświadamia sobie, że jest elementem opowieści/ wytworem wyobraźni. Klasyczny, postmodernistyczny chwyt. Jednak liczy się podanie, a to było w tym opowiadaniu mistrzowskie!

Jeżeli miałbym się na siłę czepiać, to wytknąłbym dwie rzeczy:

1. W jednym miejscu za duże nagromadzenie porównań:

Blask księżyca wychodzi zza chmur, wpada przez okna wprost na jasne włosy dziewczyny, które nagle żarzą się srebrem jak włosy staruchy. Refleksy wody suną po twarzy Atrament niczym głębokie bruzdy zmarszczek. Ciepła skóra i krótka sukienka tracą barwy, teraz tylko lśnią; cała Atrament lśni jak odprysk księżyca, jak samotność, jak łaknący liter pergamin.

I za chwilę:

Krople wody spadają mu z włosów niczym diamentowe drobiny z pierścieni możnych dam, plecy zaś głaszcze aura płomieni z pieca – poświata żółtawa jak płynne złoto.

Czytając wyobrażam sobie te porównania, ale na tym przedostatnim się potknąłem, bo: jest nagi chłopiec, mokre włosy, krople wody jak diamentowe drobiny i pierścienie i jeszcze możne damy…

 

2. Niektóre kwestie wypowiadane przez wiedźmę i przez Atrament niepotrzebnie wyjaśniały coś, co było zawarte pośrednio w opowiadaniu. Oprócz tego brzmiały niepasująco, nie były stylistycznie osadzone w kontekście:

Powinniśmy być porzuceni, prawda?

Zbyt dosłowne wskazanie, że odbywa się tu pewnego rodzaju inscenizacja (szczególnie to “prawda?”).

Zła? Czy wilk jest zły, bo poluje na jelenia? Albo żuk, cierpliwie znoszący jaja pod padliną? Las nie marnuje mięsa.

Banalne, imho obniża poziom wcześniejszego tekstu.

Trzymaj swoją moralność z dala od lasu.

Słowo “moralność” poza kontekstem, jakby wtrącone z innego świata. To czarownica mówi do dziecka, czy autor do czytelnika?

 

Mocnych stron opowiadania jest wiele: sam pomysł, podwójna opowieść (dosłowna i metafora), styl, bogaty język, plastyczność opisów, klimat grozy, oraz zdecydowana większość dialogów. Podobały mi się na przykład te fragmenty:

 – Nie jesteście rodzeństwem.

– Podróżujemy razem – odpowiada Atrament, później szepcze, jakby sama do siebie: – Rodzina… Na przykład brat.

“Uderzyło” tajemnicą.

Atrament marszczy brwi, warczy:

– Bój się.

Strach momentalnie wykrzywia oblicze chłopaka. Wrzeszczy i płacze, dziewczynka dołącza po chwili.

Starucha znów wybucha śmiechem, ale w głębi serca czuje, że coś fałszywego wpełzło do jej chaty. Jakby ugryzła jabłko z błyszczącą skórką, lecz zgniłe od środka.

Świetnie zbudowana groza.

Chłopczyk zaczyna śpiewać, chrapliwie i mocno, obce dźwięki są pełne tęsknoty.

Wtem Atrament otwiera usta i wpierw cichutko, później coraz głośniej, jej pieśń w nieznanym języku wypiera zawodzenie Później, pożera opowieść z jego słów, aż zostaje tylko jeden śpiew i cisza w ustach chłopca.

Zaskakujące, nieco surrealistyczne, ale jak najbardziej na miejscu. Znowu budowana jest groza.

 

Podsumowując, jeden z lepszych tekstów jakie ostatnio czytałem.

 

P.S.: Chłopiec Później jest dla mnie zagadką (pewnie takie było zamierzenie). Czy chodzi o późniejsze pokolenia, na swój sposób interpretujące klasyczną opowieść?

Hej, kronos.maximus

Ja to już tak mam, że biorę sprawdzone schematy. “Diagnozy strachu” nie czytałem (nadrobię, vo we Wcieleniu też będę brał udział), ale zdaję sobie sprawę, że nic nowego nie wymyśliłem. Chociażby Stephen King i jego “Ostatnia sprawa Umney’a. Mam przynajmniej nadzieję, że w takiej konwencji niewielu próbowało ;) No i, oczywiście, próbowałem dodać coś od siebie.

Nagromadzenie porównań trochę poprawiłem. Trochę, bo jak zaczynam za bardzo ingerować sobie w styl, to mi dziwactwa wychodzą…

Moralność – widzę, czemu Cię kłuje w oczy. Jeszcze pomyślę nad zmianą, ale na razie nic mi nie pasuje w zastępstwie.

Dziękuję za miłe słowa :) Zawsze dobrze widzieć, który fragment się “udał”.

Wtem Atrament otwiera usta i wpierw cichutko, później coraz głośniej, jej pieśń w nieznanym języku wypiera zawodzenie Później, pożera opowieść z jego słów, aż zostaje tylko jeden śpiew i cisza w ustach chłopca.

To zdanie powstało zdecydowanie za długo ;)

P.S.: Chłopiec Później jest dla mnie zagadką (pewnie takie było zamierzenie). Czy chodzi o późniejsze pokolenia, na swój sposób interpretujące klasyczną opowieść?

Nie chciałbym zdradzać za wiele, ale nie, nie chodzi o późniejsze pokolenia :) Za daleka interpretacja.

Dzięki raz jeszcze za lekturę i pozdrawiam.

 

Na razie kliczek, z komentarzem przyjdę później.

Zanaisie, tak, naprawdę się spodobało. Dlatego gwiazdki dane były już po pierwszym komentarzu.

Przeczytawszy.

 

Hej, hej, Michale

Dzięki za kliczka i czekam na komentarz.

 

Misiu

Cieszę się :)

 

Hej, Oidrin

Witam jury! Dzięki za wpadnięcie i lekturę.

Mocneee, podoba mi się bogata symbolika i bardzo mroczny klimat. :]

Mogę się przyczepić do komentarzy narracyjnych – moim zdaniem, w porównaniu do całości, która jest bardzo zabarwiona emocjami – są naprawdę suche. Mam tu na myśli “powiedział”, “odparł” albo zrobił to, tamto etc. Bardzo tłumi to samą kwestię dialogową, tak jakby ktoś wyciszył w książce wszystkie dźwięki i wrzucił głos narratora. Co mogę polecić w zamian: więcej samodzielnych komentarzy narracyjnych. Ruchu, ale w towarzystwie rozmaitych bodźców. Np. zamiast: “krzyczy Atrament, ale chwyta miotłę i zaczyna zamiatać” możesz napisać coś w stylu: “…ale chwilę potem słychać nerwowe szuranie miotłą po podłodze”. Również polecam taki zabieg stosować w samodzielnych akapitach.

Pozdrawiam

S.

Hej, Sutsui

Mocneee, podoba mi się bogata symbolika i bardzo mroczny klimat. :]

Dzięki :)

 

Co do komentarzy narracyjnych, to bardzo indywidualna sprawa i przyznam, że akurat ja takie “odparł”, “powiedział” lubię i używam. Nie idę aż tak w minimalizm, aby wykluczać wszystkie: mruknął, warknął, syknął itd, ale zwykłe “powiedział” jest nadal u mnie podstawą.

Twój przykład z miotłą jest dobry, ale no, nie mój styl :)

Pozdrawiam serdecznie

Gratuluję kunsztu (np. słońce na jeziorze) i wyobraźni (np. korzenie wierzby, oplatające dzieci, cała procedura ciasta, wygłodniały piec). Podoba mi się zwątpienie złej postaci, szamotanie się ze sobą. 

 

Do tego – ja raczej nie lubię postmodernistycznych zabaw w literaturze, na ten przykład nie doczytałem nigdy żadnej książki Austera do końca, a ta historia zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pierwsza połowa jest zgrabnie napisana, ciekawa i niepokojąca, a potem jest jakiś lot w hiperprzestrzeń.

 

Mam kilka miejsc, które językowo są jak dla mnie do przemyślenia:

 

widokiem malutkich białych ząbków obnażonych uśmiechem.

A może “w uśmiechu”?

Jej woń tuli izbę,

Tu też nie jestem pewien…

Nakłada drew, krzesa ogień.

“Krzesa” jest poprawne? A nie “krzesze”?

 

Obietnica posiłku jest lepsza niż posiłek. Idealna. Perfekcyjna.

Jakoś mi to nie pasuje do stylu opka.

 

Wy, młodzi, myślicie, że stare oznacza słabe. Stare od zawsze karmiło się młodym!

To zdanie mnie powaliło :)

 

Ciepła chata kusi jak diabeł.

Nie wiem czemu, ale trochę mnie wybiło… Ale może to ja. Brzmi mi jakoś tak kolokwialnie.

 

Po cichu wchodzi do środka i dostrzega, że nagi chłopiec stoi nieruchomo pośrodku balii z parującą wodą, pozwalając, by Atrament obmywała szmatką jego spoconą skórę.

Głupie pytanie, czemu dzieci nie dały dyla? Albo inaczej, wiedźma ich jakoś nie zabezpieczyła? Czy korzenie dalej ich oplatają? Trochę mnie dziwi to, że wiedźma ich tak zostawia, bez informacji, że jednak uniemożliwiła ucieczkę.

Kroczy wśród ludzkich ciał, nagich i poskręcanych, lecz żywych. Ciągną się po horyzont. Usta mają zaciśnięte z całych sił, aż słychać jak skrzypią zęby.

Fotel zaskrzypiał od wciskania w niego przez opko.

 

Piec warczy groźnie, po czym znów mruczy zadowolony. Nie odda jej chłopca, dopóki sam nie nasyci się jego bólem. Teraz należy do niego, wraz ze skwierczącym tłuszczem, pękającą skórą i płucami, czerniejącymi przy każdym parzącym oddechu.

J.w. Dalej nie wymieniam, a jest jeszcze kilka takich fragmentów.

 

https://www.facebook.com/konserwatywnenarzekanie

Hej, GreasySmooth

Gratuluję kunsztu (np. słońce na jeziorze) i wyobraźni (np. korzenie wierzby, oplatające dzieci, cała procedura ciasta, wygłodniały piec). Podoba mi się zwątpienie złej postaci, szamotanie się ze sobą. 

Dziękuję, zła(?) postać bywa znacznie ciekawsza niż dobra.

Do tego – ja raczej nie lubię postmodernistycznych zabaw w literaturze, na ten przykład nie doczytałem nigdy żadnej książki Austera do końca, a ta historia zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pierwsza połowa jest zgrabnie napisana, ciekawa i niepokojąca, a potem jest jakiś lot w hiperprzestrzeń.

To dobrze, że nie napisałem książki – opowiadanie łatwiej doczytać ;) Nie miałem zupełnie pomysłu na Baźnie, który nie byłby czymś w moim przekonaniu oklepanym – zwykły człowiek, spotkanie zła, śmierć. Wiedziałem tylko, że chcę coś o kanibalizmie, a stąd już prosta droga do Jasia i Małgosi.

Miło mi, że podeszło.

 

Za poprawki dziękuję, już wprowadziłem.

Głupie pytanie, czemu dzieci nie dały dyla? Albo inaczej, wiedźma ich jakoś nie zabezpieczyła? Czy korzenie dalej ich oplatają? Trochę mnie dziwi to, że wiedźma ich tak zostawia, bez informacji, że jednak uniemożliwiła ucieczkę.

Hm, po pierwsze dalej trzyma je korzeń, uznałem, że skoro nie wspominam o uwolnieniu się z korzeni, to wiadomo, że nadal tam są. Po drugie, dzieci nie chciały uciec (a raczej Atrament nie chciała, Później nie ma nic do gadania), ponieważ taka historia nie miałaby sensu. Metodą prób i błędów trzeba doprowadzić do powstania historii.

(I zmieścić się w limicie ;) )

 

Dzięki wielkie za wizytę i komentarz.

Pozdrawiam!

Hej hej!

Tekst jest świetnie napisany, paskudztwa są paskudne, drastyczności drastyczne, ale piękno też dajesz radę tam wpleść.

Tym bardziej bolą mnie mieszane uczucia, bo zrobienie z tej opowieści “tylko opowieści” odbiera mi trochę ciężaru emocjonalnego. Jak zaczęłam przeczuwać, co kombinujesz, Drogi Autorze, cały czas miałam nadzieję, że Atrament jednak dopada prawdziwych ludzi/istoty i przerabia je na opowieści, stopniowo wchłaniając ich tożsamość, wpychając ich na właściwe tory i ostatecznie pożerając. Twoja wersja jest intelektualnie bardziej wyrafinowana, ale ostatecznie stępiła dla mnie ostrze całej opowieści.

Chociaż kanibalizm był dzięki temu bardziej, nomen omen, strawny, więc może to i dobrze ;)

Kliczek, rzecz jasna. Dziękuję za mocną lekturę!

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Hej, Anoia

Trochę się będę bronił ;)

Kto powiedział, że wiedźma nie może być prawdziwa? Dlatego, na przykład, nie zabrałem jej całkowicie pamięci. Utrata wspomnień mogła wyniknąć z powodów naturalnych – demencja, alzheimer czy coś podobnego, ale przecież nie mogę tych słów użyć w narracji wiedźmy sprzed kilkuset lat.

Atrament pojawia się później i zaczyna tworzyć historię, ale to nie znaczy, że to początek historii. Skoro Atrament jest historią czemu nie ma jej już w pierwszych zdaniach, czemu opowieść musi najpierw nabrać kształtu.

Wolę nie przesądzać ani za jednym, ani za drugim rozwiązaniem, bo to nawet nie o to tu chodzi. Zagubienie wiedźmy miało znaleźć swoje odzwierciedlenie w tekście. Przyznam, że pewne kwestie zostały wycięte z powodu limitu.

Ponadto Atrament to nie opowieść o Jasiu i Małgosi, tylko coś innego, dlatego Później musiał zostać, jego afrykańskie korzenie także.

Ale przynajmniej kanibalizm strawniejszy xD

Dzięki wielkie za wizytę :)

Mroczne, nastrojowe. Z początku niejasne, ale potem wszystko trafia na miejsce.

Fabularnie jest więcej niż poprawnie, nie ma zbytnio się czego czepić – a chyba ciężko o lepszą pochwałę ode mnie, bo ja uwielbiam się czepiać.

Kreacja postaci również bardzo dobra, uwierzyłem w narastającą dezorientację wiedźmy, jej stopniowo wyłaniającą się desperację. Momentami trochę męczył mnie schemat małej, groźnej dziewczynki – choć u ciebie ma on uzasadnienie fabularne, to jest nieco wyeksploatowany.

Jedno, czego mogę się czepić (więc to zrobię), to język. Bez dwóch zdań jest on bardzo bogaty, jak to u ciebie, ale momentami, szczególnie na początku, miałem poczucie przesytu, opisy wydawały mi się aż ciężkie od metafor i porównań. Potem ta tendencja się utrzymuje, ale kiedy już wsiąknie się w fabułę, łatwiej to przełknąć.

Kilka metafor nie do końca mi też zagrało:

Jej woń tuli izbę, snuje się wokół dawno nieotwieranych słoików,

Tulenie polega zwykle na obejmowaniu czegoś, tu siłą rzeczy to izba obejmuje zapach, więc trochę mi to zgrzyta.

Ciasto ląduje w piecu. Dojrzewa powoli, bo magia bywa kapryśna, obca i krnąbrna. Niemal żywa. Jak dziecko.

Niemal żywa, jak dziecko? Chyba nie o to chodziło w metaforze. Sugerowałbym pozmieniać kolejność: “bo magia jest niemal żywa. Potrafi być kapryśna, obca i krnąbrna. Jak dziecko.”

Więc je. Wpierw nieśmiało, po chwili łapczywie, jak nowo narodzone szczenię.

To już czepialstwo wyższego poziomu, ale nowo narodzone szczenięta nie jedzą, a piją.

Hej, None

Fabularnie jest więcej niż poprawnie, nie ma zbytnio się czego czepić – a chyba ciężko o lepszą pochwałę ode mnie, bo ja uwielbiam się czepiać.

Kreacja postaci również bardzo dobra, uwierzyłem w narastającą dezorientację wiedźmy, jej stopniowo wyłaniającą się desperację.

O, bardzo się cieszę. Nawet na becie pisałem, że None to pewnie mi wygarnie za narrację z perspektywy złej postaci, co niweczy całą horrorowatość tekstu ;) 

Momentami trochę męczył mnie schemat małej, groźnej dziewczynki – choć u ciebie ma on uzasadnienie fabularne, to jest nieco wyeksploatowany.

Zgadzam się i też mnie to bolało, nawet rozważałem zamianę ról – chłopiec Atrament i dziewczynka Później, ale pewne sceny zaczynały się robić niezręczne (np. kąpiel). Poza tym Małgosia też była starsza od Jasia. A kolejnej osoby do fabuły wprowadzać nie chciałem.

Jedno, czego mogę się czepić (więc to zrobię), to język. Bez dwóch zdań jest on bardzo bogaty, jak to u ciebie, ale momentami, szczególnie na początku, miałem poczucie przesytu, opisy wydawały mi się aż ciężkie od metafor i porównań. Potem ta tendencja się utrzymuje, ale kiedy już wsiąknie się w fabułę, łatwiej to przełknąć.

Kurczę, wiem. No tak już mam, że styl w tym opowiadaniu siedział mi w głowie i za nic nie chciał się zmienić, po prostu pasował mi do historii. Na dodatek cały czas uważam, że mam właśnie ubogie słownictwo, więc może podświadomie próbuję z tym walczyć. Z pewnością nie zamierzam tak pisać każdego opowiadania.

Jej woń tuli izbę, snuje się wokół dawno nieotwieranych słoików,

Tulenie polega zwykle na obejmowaniu czegoś, tu siłą rzeczy to izba obejmuje zapach, więc trochę mi to zgrzyta.

Tak, jesteś już drugą osobą, która zwraca uwagę na tulenie. Zmieniam.

Ciasto ląduje w piecu. Dojrzewa powoli, bo magia bywa kapryśna, obca i krnąbrna. Niemal żywa. Jak dziecko.

Niemal żywa, jak dziecko? Chyba nie o to chodziło w metaforze. Sugerowałbym pozmieniać kolejność: “bo magia jest niemal żywa. Potrafi być kapryśna, obca i krnąbrna. Jak dziecko.”

Też dobra sugestia.

Więc je. Wpierw nieśmiało, po chwili łapczywie, jak nowo narodzone szczenię.

To już czepialstwo wyższego poziomu, ale nowo narodzone szczenięta nie jedzą, a piją.

Podobnież xD

 

Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam :)

Nawet na becie pisałem, że None to pewnie mi wygarnie za narrację z perspektywy złej postaci, co niweczy całą horrorowatość tekstu ;) 

Przypuszczam, że to nawiązanie do opowiadania Alicelli, które faktycznie uwierało mnie pod tym kątem. Ale chociaż u niej była wiedźma i u ciebie była wiedźma, to jednak u ciebie ta wiedźma nie przeszkadzała. Z prostej przyczyny – choć czarownica niewątpliwie jest złą postacią, to bardzo szybko staje się jasne, że nie ona kontroluje wydarzenia. Co więcej, ona nawet nie bardzo wie, co się dzieje. Więc doskonale nadaje się na ofiarę. Z kolei u Alicelli wiedźma w zasadzie kontrolowała sytuację, nie groziło jej zbyt wiele i dysponowała niemal całą mocą sprawczą w opowiadaniu. Stąd różnica.

Tak, dokładnie o to chodziło. Wtedy już byłem w trakcie pisania tekstu i pomyślałem, że mam taki sam problem, ale, racja, różnica jest.

Interesująca wersja starej bajki. To na ogół ciekawy zabieg.

Pogubiłam się w tych ciągłych resetach sytuacji (Finkle lubią liniowy czas i klarowne wyjaśnienia). Ale w komentarzach padło sformułowanie “metoda prób i błędów”. To nakierowało mnie na interpretację, że Atrament (względnie Jaga) jakby rozgrywała grę, zapisując stan przed krytycznym etapem. Jak nie wyjdzie – odpala po raz kolejny. Ciekawe, że Jaga pamięta poprzednie podejścia, ale w sumie – czemu nie?

Po wykminieniu tej interpretacji tekst już mi się podoba. Bo i napisany bardzo ładnie.

Babska logika rządzi!

Na podstawie bajki o chłopcu, który pasąc owieczki zaczął z nudów wszczynać alarm o nadchodzących wilkach, Nabokov pisał kiedyś o chwili, w której narodziła się literatura. Po trosze zahaczasz tym tekstem o podobne rejony, jakbyś szukał odpowiedzi na pytanie, co było przed opowieścią, tą którą znamy, gdzie tkwią jej korzenie, jaka siła stoi za jej powstaniem w takim, a nie innym kształcie. To jest fajne. Tworzysz swoją metaopowieść aby zabrać nas gdzieś głębiej, do źródeł, które my wszyscy, piszący, chcielibyśmy poznać. Szkoda tylko, że robisz to przy okazji, po trosze, zatrzymując się w pół kroku i ustępując przed przyjętym z góry założeniem, że to ma być horror. Uciekasz wtedy w dość zgrabną, lecz nie satysfakcjonującą mnie jak powyższe sztuczkę o tym, że młodsze jest starsze niż się wydaje. Szkoda. Szkoda, że zabrało Ci konsekwencji. Zgrabnie lawirujesz i uwodzisz, lecz bystre czytelnicze oko widzi, że król jest nie tyle nagi, co wystrojony w szmatki nie do końca tworzące zgrabną całość. 

A tak bardziej wprost. W pewnym momencie napięcie siada. Gdy czar flirtu ze znanym wszystkim schematem mija, a Ty zaczynasz maglować naszą bohaterkę w tę i na zad. Pogubiłem się wówczas, nie wiem do końca czemu te wszystkie zabawy Atrament z bohaterką miały służyć. Jakbyś próbował kilku rozwiązań, nie mogąc zdecydować się na jedno. Nie wiem, czy finał mi to wynagrodził. Na pewno nie na tyle, ile obiecywałem sobie po doskonałym początku. Na pewno wrażenie, że można by z tej opowieści wycisnąć więcej, zostało.

W każdym razie tekst czyta się doskonale. Lubię Twój przesycony emocjami styl. Wrażliwość pozwalającą dostrzec szczegół i zabrać nas w świat bohatera, zarówno ten w którym żyje, jak i ten, który przeżywa. To bardzo cenne. I dla mnie, czytelnika, niezwykle przyjemne. To na długo zapada w pamięć, nastrój, psychika bohatera. Naprawdę zabierasz nas do innego świata.

I na koniec, z technikaliów. Często w tym tekście do budowy nastroju używasz porównań. Ja to lubię, ale przyznam szczerze, że w pewnym momencie zacząłem zwracać na to uwagę i momentami co kilka zdań coś było jak malowniczy element budujący ponury nastrój grozy świata przedstawionego. Powstało wrażenie przesytu, a na pewno warto by ten element tekstu przepuścić przez gęstsze sito.

Hej, Finklo

Drugi retelling bajki, mam nadzieję, że wyszedł lepiej niż ostatni…

Atrament tworzyła opowieść “na bieżąco” – składała ją, próbując różne wersje, jednocześnie reagując na poczynania Jagi (no i na tyle, jak dalece pozwalał limit). Chciałem pokazać proces rodzenia się opowieści, które zasłyszane zmieniały się wiele razy, ale jednak miały mniej więcej ten sam przebieg i zakończenie. Być może Atrament wie od samego początku jak skończy się ta historia, ale droga do zakończenia jest płynna i jaga pewnie wiele razy skończy w piecu, zanim opowieść ostatecznie okrzepnie.

A że pamięta, co się wydarzyło? Niech pamięta, i tak wiele na to nie poradzi.

Dziękuję za wizytę :)

 

Hej, Michale

Zapewniam, że tekst był przemyślany – niestety, musiałby zająć więcej niż 30k znaków – i tak samo głęboko rozważałem zmiany i cięcia oraz skupienie się na pewnym motywie. Jeśli tego nie widać, to już kwestia umiejętności warsztatowych i przelania myśli na papier.

Nie powiedziałbym, że na siłę próbowałem zrobić z tego horror. Bajka o jasiu i Małgosi sama z siebie jest horrorem, bo przecież mamy czarownicę, która zjada pieczone dzieci, a na końcu sama trafia do pieca. Po prostu zaserwowałem pomijane detale.

Co do porównań, to napiszę sobie kartkę nad laptopem, aby je ograniczyć. W tym opowiadaniu serce dyktowało, że porównania pasują, tym bardziej że ostatnio czytałem książki, w których było ich znacznie więcej. Postaram się wstrzymywać ;)

Cieszę się, że przynajmniej bohaterka okazała się strawna (ha, dowcip). Wejść w psychikę czarnego charakteru i zamienić go w ofiarę, było całkiem ciekawe i pouczające.

Dziękuję pięknie za komentarz i pozdrawiam.

Zapewniam, że tekst był przemyślany

W to nie wątpię, chyba jednak najbardziej zainteresowało mnie nie to, co wybrane zostało na główną oś opowiadania. Zresztą ja mam tak, jak napisała Finkla, lubię czas liniowy i przejrzystość sytuacji. Nawet w kryminałach gubię się po pięciu minutach.

 

Nie powiedziałbym, że na siłę próbowałem zrobić z tego horror.

Tego nie twierdzę, natomiast odniosłem wrażenie, że konwencja wyznaczyła Ci ramy, których zdecydowałeś się nie przekraczać. A ja przez pewien czas liczyłem na to, że opowiesz nam tu o czymś uniwersalnym, wykraczającym poza gatunkowość. Zresztą to takie moje czytelnicze marudzenie. Tekst, do czego już nas przyzwyczaiłeś, jest świeży, barwny, ciekawy. Baśniowość, pomijając nawet zapożyczenie, fajnie gra, Jest nastrój i opowieść. Czegóż chcieć więcej?

 

Pozdrawiam również. 

Ładna bajka. Najbardziej podobał mi się oczywiście Twój styl, przez który naprawdę po prostu się płynie. Miałam w paru momentach wrażenie, że trochę za dużo porównań i przymiotników upchnąłeś na małej przestrzeni, ale nie przeszkadzało to w odbiorze tekstu.

Lubię motyw sięgania do tego, co było przed baśnią, tudzież do tego, z czego baśń się narodziła. Miałam nadzieję, że zakończenie będzie nieco bardziej przejrzyste, ale prawdę mówiąc mniej więcej od momentu upieczenia Później zaczęłam podejrzewać, że skręcisz w inną stronę. I niestety, w końcówce coś hamuje, napięcie i atmosfera grozy rozpływa się w trochę nazbyt rozciągniętej rozmowie z Atrament. Przyznam, że trochę się ostatecznie zagubiłam w meandrach jej makiawelicznych knowań.

Niemniej, jest to zgrabny tekst, bardzo ładnie napisany, krwawy. Myślę, że gdyby trochę wygładzić fabułę i dodać znaków, to Robert Eggers mógłby nakręcić na podstawie tej historii niezły film ;)

No to witam po becie, Zan :)

 

Powtórzę się – bardzo udane opowiadanie, napisane stylem plastycznym, płynnym, obrazowym, po prostu przyjemnym dla oka. Mnie jednak kupiła przede wszystkim, wspominana już na becie, ucieczka spod topora wtórnej historyjki o wiedźmie i dzieciakach, o którą Cię (choć znam przecież już część Twojego dorobku) niesłusznie posądzałem. Skręt w stronę opowieści o baśni samej w sobie i jej uniwersalności, a także skupienie się na czarownicy jako kukiełki wtłoczonej w baśń, służki opowieści bez wolnej woli i perspektywy wyjścia z piernikowego matrixa uważam za najjaśniejsze punkty Twojego utworu.

Być może zgodziłbym się z niektórymi głosami krytyki, że zbytnio namnożyłeś porównań, że może za dużo tu dekoracji. Ale to nie szkodzi. W niczym nie przeszkadza. Opowiadanie jest naprawdę, naprawdę dobre. Wszystkich Baźni jeszcze nie czytałem, ale póki co to mój prywatny faworyt.

Chyba już nie trzeba Ci klika, ale sprawdzę w wątku. Gdybyś przypadkiem cierpiał  w tej kwestii na niedobory, to zrobię, co trzeba :)

 

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Uprzejmie informuję, że wysłałam do Biblioteki :) Z komentarzem wrócę za chwileczkę :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej, gravel

Dzięki za pochwały, styl mam wrażenie zmienia mi się z opowiadania na opowiadanie, więc jeszcze sobie stałego nie wypracowałem, ale to i tak zależy od tematyki.

Porównania – wiem, za dużo :P

Hm, na pewno chciałem włożyć więcej wydarzeń, ale musiałem ciąć ze względu na limit i może nie wszystko wybrzmiało tak, jak powinno. Nauczka na przyszłość, aby nie komplikować za bardzo tekstów konkursowych.

Myślę, że gdyby trochę wygładzić fabułę i dodać znaków, to Robert Eggers mógłby nakręcić na podstawie tej historii niezły film ;)

Eggers bardzo cenię, więc miło mi, że tak uważasz :) Właśnie, więcej znaków… ;)

W pierwszej wersji był większy nacisk na postać wiedźmy, ale fabuła wtedy rozłaziła się wtedy w wielu kierunkach.

Pozdrawiam i dzięki za odzew :)

 

Hej, fmsduvalu

Mój dorobek wskazuje, że stoję schematami xD Czasem tylko udaje mi się wprowadzić coś ożywczego między początkiem a zakończeniem. To weirdowy tekst, a tego gatunku jeszcze nie pisałem, więc trochę obawy było, jak wyjdzie.

Z porównaniami obiecuję walczyć, chociaż troszeczkę ;)

Jeszcze raz dziękuję za betę i pozdrawiam!

 

Hej, Irko

Dzięki i czekam ;)

Cześć, Zan!

 

Udana wycieczka do źródeł. Bardzo baśniowo, nieco folkowo, grozy też się uświadczy – jurki mogą być zadowoleni.

Miałem tu trochę skojarzeń z innymi portalowymi tekstami. M.in. gdy pojawiła się Atrament, na myśl przyszła mi Oblakinia Fms’a, a gdy zaczęły się kolejne kręgi/pętle/resety, przypomniałem sobie bardzo niedocenione wg. mnie opowiadanie Lany – Krąg taktu, szaleństwa i totalnej obłudy.

Pod koniec przyznam, że już nieco się gubiłem, ale mam wrażenie, że to co miało z tekstu wyjść – ogarnąłem :P Podane w przyjemny sposób, w kilku momentach naprawdę doceniłem umiejętność operowania słowem, szczególnie budowania obrazów hmm… brzydkich :) no ale to w końcu nie pierwsza Twoja próba zmierzenia się z takowymi :)

Jedno powtórzenie mi zgrzytnęło:

To dobry czas, magiczny czas, dlatego czarownica zbiera lubczyk i inne zioła.

Wkrótce stare plecy sztywnieją od jesiennego chłodu. Czarownica coraz częściej myśli o ciepłej chacie, w końcu ulega, poddaje się i wraca.

ale poza tym jest tradycyjnie bardzo dobrze.

 

Klikać nie trzeba :)

 

Pozdrawiam i powodzenia w krokusie!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

A wiesz, Krokusie, że mi też przez myśl przeszła moja poczciwa Oblakinia? Coś w tym musi być :)

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Tylko czekać, aż Zan zbije na tym opku fortunę i cyk! Pozew! Będę Cię wspierał, numer konta podam na priv.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Dogadani :) Zrobimy w sądzie hokuskrokus i grube miliony w kieszeni.

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Hej, Krokusie

Teraz kto mi uwierzy, że Oblakini jeszcze nie przeczytałem ? ;(

Nie róbmy tu procesu jak Johny i Amber.

Jeśli pogubiłeś się w tekście to trochę dobrze, ogólnie miało wyjść poczucie zagubienia – proces twórczy to takie właśnie (przynajmniej u mnie) zagubienie i kombinowanie, pisanie na bieżąco i kasowanie, aż powoli na horyzoncie wyłania się zakończenie.

Rzeczy hmm… brzydkie. Dzięki, mam nadzieję podbić poprzeczkę opowiadaniem na Wcielenie. Każdy lubi inny rodzaj horroru, ja taki… brzydki ;)

Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam :) 

Teraz kto mi uwierzy, że Oblakini jeszcze nie przeczytałem ? ;(

Czuj się zaproszony, Zan :)

 

A co do podobieństwa, to jest ono raczej poszlakowe – po prostu i moje, i Twoje opko dotyka samej istoty pisarstwa. Reszta jest już jednak ciągiem zasadniczych różnic. 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Odwiedzę z pewnością :) Muszę tylko zacząć pisać Wcielenie, bo weszło mi w głowę i nie chce wyjść. Jak zacznę, to poczytam.

No jestem. Tak mi się podobało, że po prostu musiałam zdążyć z klikiem :)

Teraz już wiem, jaki motyw folkowy wykorzystałeś. Choć nie od razu zajarzyłam, że to o tym opku wspominałeś pod moim tekstem. Wpaść na pomysł nie znaczy napisać, czego jestem najlepszym przykładem :)

Z góry przepraszam, ale specem nie jestem, więc terminy sobie dopasowuję do własnych potrzeb, mam nadzieję, że mimo tego będzie to wywód w miarę zrozumiały :)

Ja to widzę tak… Po pierwsze jest narracja stara jak ludzkość. Ciemny las, miejsce nieznane, niebezpieczne, w którym ludzie giną. Skoro giną, musi być w nim zło, straszne, tym straszniejsze, że nienazwane. Aby je oswoić trzeba nadać mu nazwę. A więc jest wiedźma (najlepiej stara), która pożera dzieci. Czemu? Bo jest zła. Czemu jest zła? Bo jest wiedźmą. Wyjaśnienie, które niczego nie wyjaśnia, ale wystarczy.

Skąd się wzięło? Może z tajemnicy, z wiedzy niedostępnej wszystkim ludziom, a nie zawsze wystarczającej. Dzieci przy porodzie czasem umierają, czasem razem z matkami, nie wszystkie choroby da się wyleczyć. I jeszcze z wiekiem przybywa doświadczenia, ale przychodzi moment, że wzrok już nie ten, może nie odróżnić zioła od trucizny, ręce drżą i nie zdołają obrócić dziecka w łonie matki. A poza tym w razie czego zawsze można pozbyć się tej jędzowatej wdowy z sąsiedztwa i zagarnąć jej zagon ziemi.

I to jest narracja, która funkcjonuje do dziś, w nieco zmienionej formie, albo przynajmniej ze zmienionymi słowami. Wysyłamy tam wojska, bo tam są źli ludzie. Czemu są źli? Bo są faszystami. I już się zamyka ludziom usta.

Ty trochę wiedźmę odczarowujesz. W pierwszym momencie jest u Ciebie staruszką, która niczego nie pamięta. Nie ma imienia, wspomnień z młodości, poza może śmiechem dzieci. W następnych akapitach odkrywasz jej inną naturę, ale to pierwsze wrażenie jednak pozostaje. Miałam wrażenie, że im bliżej jej chaty są Atrament i Później, tym bardziej wchodzi w rolę złej wiedźmy i nie powiedziałabym, że to jest jej prawdziwa natura. Właściwie to ona chyba nie ma prawdziwej natury, została stworzona na potrzeby narracji.

Atrament bierze tę zastaną narrację i próbuje do niej dopasować własną fabułę. Później jest nie do końca określony. Nie wiem, czy chciała go tylko później wykorzystać, czy może stwierdziła, że później dorzuci mu kolory: charakter, ludzkie cechy. Na razie to marionetka w jej rękach i nie wzbudza sympatii swoją biernością. Ale dość szybko stwierdziła, że trzeba się go pozbyć. Jestem pewna, że w jej opowieści to wiedźma wsadziła go do pieca. A potem próbuje różnych wariantów historii. Takiego, w którym ginie, takiego, w którym pozwala wiedźmie odejść. I wreszcie decyduje się na rozwiązanie znane z oryginalnej bajki.

Szczerze mówiąc, gdy Atrament pojawiła się w chacie czarownicy przypominała mi niektóre portalowe świeżynki jeszcze przed konfrontacją z Reg, Tarniną, czy Marasem ;) Ta sama pewność siebie, przekonanie o racji.

I teraz, czy opowieść, którą stworzyła Atrament mogłaby mieć szansę powodzenia? Odpowiedź: oczywiście, że nie, sama ciśnie się na usta. Bo przecież bohaterowie papierowi; czemu wiedźma za pomocą czarów nie sprawadza sobie zwierząt do spiżarni? Czemu pomiędzy przybyciem kolejnych dziatek żyje, jak żyje? I ten chłopak taki bierny, płaczliwy. A dziewczynka? Ach, jaka ona rezolutna, krząta się po chacie, robi porządki, a w małej główce wciąż układa plany. A kiedy przychodzi odpowiedni moment, wie co ma zrobić i ani chwili się nie waha. No, Mary Sue ;)

Tylko że ta opowieść już zyskała powodzenie. Jaś i Małgosia są chyba jedną z najbardziej znanych bajek, wciąż chętnie czytanych i przyjmowanych, jak się okazuje, zupełnie bezmyślnie. Jakby wciąż kierował nami ten sam strach przed ciemnym lasem, rządziła ta pierwotna część mózgu, wrzeszcząca: uciekaj albo zabij. 

Trochę odczarowałeś tę opowieść. Nie wiem, czy taki był Twój zamiar, ale wydaje mi się, że stworzyłeś ważny tekst nie tylko o pisaniu, ale też o czasem nieco bezmyślnym odbiorze różnych narracji. Rozebrałeś tę bajkę na części pierwsze i zaprezentowałeś, co się wewnątrz kryje. A ładny widok to nie jest.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

O, Irko, cóż za komentarz… :)

Teraz już wiem, jaki motyw folkowy wykorzystałeś. Choć nie od razu zajarzyłam, że to o tym opku wspominałeś pod moim tekstem. Wpaść na pomysł nie znaczy napisać, czego jestem najlepszym przykładem :)

Oboje pisaliśmy o pisaniu. Wpaść na pomysł zdecydowanie nie znaczy napisać, ale przecież bez pomysłu też się nie napisze ;) A pomysły już masz.

 

Mam wrażenie – może mylne – że stara kobieta jest strasznie w kulturze Europy i Azjii demonizowana. Nie wiem, trzeba by pytać Ninedin i Drakainę, ale wiedźmy są w wielu opowieściach, zawsze stare, choć mogą przybierać ładną postać i z reguły złe. Nie chcę tu wchodzić w jakieś rozważania, czy to patriarchalny strach przed mądrą kobietą, czy obwinianie (jak wspominasz) starych akuszerek za śmierć dziecka, albo najzwyczajniejsze w świecie prześladowanie “inności”.

Niby wiedźmy są też ofiarą chrześcijaństwa i próbą obrzydzenia, zakłamania dawnych bóstw, w szczególności Matki Ziemi. Dlatego mieszkają w dziczy, znają się na ziołach itp.

Nie wiem.

Uwaga, też próbuję pisać z sensem, ale może mi nie wyjść, bo mam problemy z ubieraniem myśli w słowa.

Nie chciałem decydować czy wiedźma (nazwijmy ją standardowo Jaga) jest prawdziwa, czy to postać wymyślona dla opowieści. Piszę z jej punktu widzenia, a skąd ona miałaby poznać, że jest tylko bohaterką bajki. Sama nie uważa się za złą (który zły tak o sobie myśli?), ma wytłumaczenie na swoje działania, a jak pokazują ostatnie wydarzenia, można wmawiać sobie wszystko. Jest czarownicą, ma trochę mocy, trochę wiedzy, zyskała ją w czasach, gdzie kobiecie było o to trudno, mieszka w lesie i czasem zjada dzieci, które i tak by zginęły.

Tylko czy to prawda?

Atrament i Później to opowieść i błąd, ale także potrzeba snucia opowieści i potrzeba zagarniania coraz to nowszych historii, zabierania ich z innych kultur. Później jest jednocześnie składnikiem opowieści i “posiłkiem”, ale to drugie staje się tylko dla jego opowieści, które trzyma w głowie. Atrament to głód – tworzy nowe historie, pożera motywy, wykorzystuje je, po czym idzie dalej. Bez końca.

Szczerze mówiąc, gdy Atrament pojawiła się w chacie czarownicy przypominała mi niektóre portalowe świeżynki jeszcze przed konfrontacją z Reg, Tarniną, czy Marasem ;) Ta sama pewność siebie, przekonanie o racji.

Dobre :D

Atrament przybywa do chaty już w swojej roli, jest jednocześnie opowieścią i częścią opowieści. Jaś i Małgosia też są na początku zachwyceni chatką z piernika, ale tutaj Atrament dopiero tworzy tę historię, dopasowując ją. Ona sama nie wie, jak to będzie przebiegać. Próbuje, zmienia, nadal próbując grać rolę biednej dziewczynki.

Geneza opowieści, którą każdy zna, jest trudna do napisania, bo czemu akurat tak, a nie tak. Tutaj nie daję “skończonej” bajki. Atrament będzie ją zmieniała dalej, ludzie ją zmienią, ale pewne sprawy/rzeczy/wydarzenia zostaną jako element wspólny.

Tak, gdyby się głębiej przyjrzeć bajce o Jasiu i Małgosi nieścisłości jest pełno, ale czy nie jest tak z każdą bajką. I czy komuś to przeszkadza? Ludzie chętnie czytają ugładzone wersje bajek, i masz rację, zupełnie bezmyślnie. Tylko detale mogą być za ostre. Kto pokazuje dzieciom pierwsze wersje Grimmów? Dla mnie sam fakt przy czytaniu o Jadze, że w wersji dziecięcej jest o spaleniu wiedźmy żywcem, był dużym zaskoczeniem. No, przepraszam, czytamy o sprytnej dziewczynce, ale tam jest okrutne morderstwo.

Hm, czy odczarowałem? Na pewno chciałem wejść w te niewygodne szczegóły bajki, te niedopowiedziane. Bo łatwo napisać, że wiedźma “zjadała dzieci”, ale prawdziwy horror kryje się w rozwinięciu tych skrótów.

No i pokazać ten straszny głód opowieści, a Jaś i Małgosia to jedna wielka opowieść o głodzie. Nie tylko jedzenia ;)

Dziękuję za klika i za komentarz :)

Zacznę od tego, ze tytułu nie rozumiem za grosz.

Psia krew, na sb mogłam zbudować oczekiwania. Dla mnie jest dobrze, lecz jako czytelnik mam swoje odczucia – smugi. Będę w tych smugach ostra, bo dobrze piszesz, masz fajne pomysły i lubisz "w tym robić". Tak, oczekiwania się zwiększają, to nieuniknione, chyba. Będę snuć na temat i niekoniecznie, znaczy po swojemu.

 

Dla mnie nad opowiadaniem trzeba byłoby jeszcze popracować. Jestem wielbicielką Saundersa i kofam, jeśli opowiadanie zapada mi w pamięć. Właśnie wyszły jego „Sielanki”. Jak on buduje ludzi, niesamowicie, Vonnegut, czułość, groza i dylematy. A ludzie, choć są zwyczajni, stają się bohaterami. Zdarzenia też nic takiego, każdemu się takie przytrafiają. Najlepsza proza. Czerpie z bogactwa najlepszej amerykańskiej przeszłości: O’Connor, Hemingway, Salinger (dalej nie będę wymieniała), zabarwia sobą. Żadnych zbędnych słów, ale trzeba oddać co jego – tłumaczeniu, bo znakomite. Ty, imho, ciut przesadzasz, kolorujesz.

Kompletnie nie czuję wyższości czasu teraźniejszego nad przeszłym w sytuacji, gdy i tak sporo opisujesz w oddalonej i wyjaśniającej narracji, inaczej niż robi to Gravel w opku o szczurze. Relacjonujesz, jeśli mam oddać różnicę postrzegania. Jeśli jest ""teraz" i używasz czasu teraźniejszego, dlaczego nie robić tego konsekwentnie, lecz oddawać „panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”, czyli czas teraźniejszy dla czytelników (niech się wczują, przecież to lubią, jakbym słyszała swoich marketingowcow), a my sobie będziemy na boczku jakieś dodatkowe info przemycali: metaforami, wspomnieniami, żeby temu czytelnikowi podsuwać tę jedynie słuszną wybraną przez Autora linię. Nie twierdzę, że taki był zamysł, a nawet, w gruncie rzeczy jestem bardzo, bardzo daleka od tego, ale tak to czytam. Widzę Staruchę, wnerwiam się i pytam z pretensją w swoich myślach: „Dlaczego nie poświęciłeś jej, tej postaci wystarczającej uwagi, przecież jest bohaterką! Jak mam przejąć się jej losem, jeśli ciebie kompletnie nie obchodzi? Ma być, więc jest? Naprawdę! Tak ma to działać?”

Wyjściowy pomysł jest dobry, reanimacja Jasia i Małgosi. Bardzo lubię uwspółcześnianie baśni. Zerknij, jak to robi np. M. Cunningham („Dziki łabędź”) i pewnie wielu przed nim i za nim, ale jego znam i opowiadanie o łabędziach zrobiło na mnie wrażenie, stąd wspomnienie. Twoje przetworzenie nie jest jasne. Moim zdaniem – zabijasz pomysł porównaniami i, powtórzę się, czasem teraźniejszym kształtowanym w określony sposób.

Zmieniłabym punkt widzenia. Nie czuję wiedźmy, jej ducha, charakteru. Zachowuje się jak panienka na wydaniu umieszczona w szklanej wieży tyle, że na osobności, choć nie wiadomo skąd te ząbki. ;-) Wrażenie wzmacnia narracja i metafory. W ogóle przedziwnie ją pokazujesz : ząbki i nacinanie (samo nacięcie nie jest niczym takim, drzewo zabliźni pod warunkiem że w dobrym miejscu się natnie gałąź, poza tym tnie nożem przez korę – gratuluję pomysłu, chyba że drzewa mają tam inną korę, a tak właściwie to jakie drzewo tnie, bo o tym ani słówkiem nie wspominasz, czyli konkretów brak, za to płyniesz). Do mojej rozchwianej głowy metafory słabo przemawiają, a i klimat budują umiarkowanie, dużo prędzej zrobiłaby to mocna postać działająca w konkretnych realiach, jakie by one nie były, fantastyczne bądź nie.

Początek przypomina mi opowiadania: dd na krajobrazy, a białe, ostre ząbki i klimat beznadziejnego osaczenia – Gravel; z kolei większa część fabuły – Ambush. Wskazania nie mają znaczenia, tzn. podrzucam je, abyś zerknął na różnice w przedstawieniu i zobaczył, co i jak się zmienia w odbiórze opowiadań.

Najbardziej, nawet szalenie, zainteresowały mnie dzieciaki: Atrament i Później. Imiona genialne, ale… nie wykorzytałeś ich. W zasadzie nie wiem, z czyjego punktu widzenia byłoby najlepiej prowadzić opowieść. Po swojemu chyba postawiłabym na najmniej znaczącą postać, czyli “Później”, albo zrezygnowała z pierwszoosobowej, bo jeśli Starucha trzeba byłoby “podkręcić”.

Dwie ekstra postaci pojawiają się znikąd: szejk w opowieści Później i kot Gryzek. Role epizodyczne, choć ten szejk – wystrzelił jak z katapulty.

Odniesienia do H. Lectera i Szeherezady – zauważone. ;-) Gładkie stare karmi się młodym, młode starym.

 

Opko jest łatwo czytalne i szybko. To duży plus, lecz zastrzeżenia pozostają w mocy: nie interesują Cię sytuacje, co jest widziane/słuchane/jedzone i co tam jeszcze. Nie zawsze kluczowa postać snuje historię. Nie wiem, czy to jest historia Staruchy?

 

Biblio – tak, ale już w niej jesteś!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Mam wrażenie – może mylne – że stara kobieta jest strasznie w kulturze Europy i Azjii demonizowana.

Ogólnie, zwłaszcza kiedy książki były jeszcze cholernie drogie i trudno dostępne, zgromadzenie wiedzy wymagało wieku. Droga prowadzi od niewiasty do wiedźmy. I pod wieloma względami jest jednokierunkowa.

A ostatnio panuje kult młodości. Jakby ludzkość o wiele wyżej ceniła jurność i płodność od doświadczenia. Opakowanie od zawartości…

Babska logika rządzi!

Prawda z kultem, ale starość trza umieć przedstawić. Droga jest zawsze jednokierunkowa. Jurność – w naszej Europie – niekoniecznie, bo tylko kłopoty, a w szerszym kontekście – dalsze kłopoty.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A o czym innym świadczy potraktowane botoksem i/lub makijażem oblicze telewizyjnego redaktora, polityka itd.?

Babska logika rządzi!

Ewidentne, po co? Nie wiem.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej, Asylum

To jedziemy ;)

Zacznę od tego, ze tytułu nie rozumiem za grosz.

Smak młodości odnosi się zarówno do bajki o Jasiu i Małgosi, w której czarownica zjada dzieci, jak i do tego, że wiedźma kończy zjedzona przez coś starszego.

Psia krew, na sb mogłam zbudować oczekiwania. Dla mnie jest dobrze, lecz jako czytelnik mam swoje odczucia – smugi. Będę w tych smugach ostra, bo dobrze piszesz, masz fajne pomysły i lubisz "w tym robić". Tak, oczekiwania się zwiększają, to nieuniknione, chyba. Będę snuć na temat i niekoniecznie, znaczy po swojemu.

Dzięki, ale zwiększanie oczekiwań przyniesie tylko rozczarowanie. Żaden pisarz, muzyk itd. nie będzie tworzył tylko coraz lepszych dzieł. ja przynajmniej o takim przypadku nie słyszałem. Poza tym “lepsze” – a przecież musi być lepsze, żeby zaspokoiło zwiększone oczekiwania – to bardzo subiektywne pojęcie. Ja mam nadzieję, że pisze lepiej niż na początku, ale próbując cały czas czegoś nowego, uważam, że resetuję swoje postępy.

estem wielbicielką Sandersa i kofam, jeśli opowiadanie zapada mi w pamięć.

Nie znam, nie wykluczam, że spróbuję poznać.

O’Connor, Hemingway, Salinger (dalej nie będę wymieniała), zabarwia sobą. Żadnych zbędnych słów, ale trzeba oddać co jego – tłumaczeniu, bo znakomite. Ty, imho, ciut przesadzasz, kolorujesz.

Hemingwaya kojarzę xD ale z niego był mistrz zwięzłego stylu – a trzeba lubić ten styl (umieć to inna sprawa). Mnie się teraz bardzo spodobała “Jej ciało i inne strony” Machado, a ona ma styl bardzo bogaty w porównania, przymiotniki – bardziej do mnie przemawia. Może źle robię, ale próbuję pisać to, co sam bym chciał przeczytać i stylem takim, który sam lubię.

Czas teraźniejszy – ok, nie wiem, czy wszystko zrozumiałem, ale zacznijmy od tego, że ja mało czytam, mało pisze, mało się znam na literaturze. Wybrałem czas teraźniejszy, bo mi po prostu pasował do tego opowiadania. Nie z powodu jakiejś funkcji merytorycznej. To opowiadania brzmiało w moim umyśle znacznie lepiej w czasie teraźniejszym. Czemu? Nie wiem. Ale tak, jak “Spleć z głosów…” nie napisałbym w czasie teraźniejszym, to tak tego tu nie zmieniłbym na przeszły. Wiem, że to słaba odpowiedź, ale jedyna, którą mam.

Widzę Staruchę, wnerwiam się i pytam z pretensją w swoich myślach: „Dlaczego nie poświęciłeś jej, tej postaci wystarczającej uwagi, przecież jest bohaterką! Jak mam przejąć się jej losem, jeśli ciebie kompletnie nie obchodzi? Ma być, więc jest? Naprawdę! Tak ma to działać?

Bo to nie opowieść o niej, tak jak Jaś i Małgosia nie jest historią złej wiedźmy.

To celowy zabieg. W Lowinie bohater był centrum historii, w Cess też, ale nie tu. To opowieść o opowieści, a więc to bardziej Atrament gra tu pierwsze skrzypce. Natomiast nie lubię narratorów wszechwiedzących, ktoś więc musiał być “oczami” – Atrament by się zupełnie nie nadawała.

Zmieniłabym punkt widzenia. Nie czuję wiedźmy, jej ducha, charakteru. Zachowuje się jak panienka na wydaniu umieszczona w szklanej wieży tyle, że na osobności, choć nie wiadomo skąd te ząbki. ;-) Wrażenie wzmacnia narracja i metafory. W ogóle przedziwnie ją pokazujesz : ząbki i nacinanie (samo nacięcie nie jest niczym takim, drzewo zabliźni pod warunkiem że w dobrym miejscu się natnie gałąź, poza tym tnie nożem przez korę – gratuluję pomysłu, chyba że drzewa mają tam inną korę, a tak właściwie to jakie drzewo tnie, bo o tym ani słówkiem nie wspominasz, czyli konkretów brak, za to płyniesz).

Ok, dużo tutaj zarzutów. Po kolei – jesli nie czujesz wiedźmy, to ja nie potrafię Ci inaczej jej pokazać w takim limicie, a po drugie nie chcę tego zrobić bardziej niż zrobiłem. Co mam pokazać? To postać prawie bez pamięci, pośrodku niczego, która siedzi jak pająk i czeka na ofiarę. Taka jest w bajce, podobna jest u mnie. To nie opowieść o niej, ale nie zgodzę się, że jej “nie ma”. Tak, chciałem dodać sprawę z jej wspomnieniami, ale limit, limit, limit a uciąłem dlatego, że opowieść jest tu ważniejsza.

Nóż i kora zgadzam się, tylko drzewa normalne też nie mówią ;) To nie ma znaczenia, co to za drzewa. Jakie znaczenie ma kot? Czy to chowaniec, czy zwykły przybłęda? W co jest ubrana wiedźma? Jak wygląda piec?

Jak mówi Atrament “ludzie dopowiedzą sobie szczegóły”.

Najbardziej, nawet szalenie, zainteresowały mnie dzieciaki: Atrament i Później. Imiona genialne, ale… nie wykorzytałeś ich. W zasadzie nie wiem, z czyjego punktu widzenia byłoby najlepiej prowadzić opowieść. Po swojemu chyba postawiłabym na najmniej znaczącą postać, czyli “Później”, albo zrezygnowała z pierwszoosobowej, bo jeśli Starucha trzeba byłoby “podkręcić”.

Dwie ekstra postaci pojawiają się znikąd: szejk w opowieści Później i kot Gryzek. Role epizodyczne, choć ten szejk – wystrzelił jak z katapulty.

No widzisz, znów nie wykorzystałem, ale nie wiem, co byś chciała. Każde ma swoją rolę i tę rolę odgrywa do końca (szczególnie Później). Rozumiem, że chcesz więcej, ale 30k znaków na trzy osoby to naprawdę niewiele, aby wszystkie pogłębić.

Nie no, Później mógłby mieć problem z prowadzeniem narracji, po tym, jak skończył jako danie ;)

Kot być musi, ale to tło. A szejk? Opowieść Później ma znaczenie, bo mówi coś o chłopcu, nawet parę spraw. Poza tym opowieść w opowieści, to zabieg, który mi się podoba ;) Ale starałem się, aby była krótka – zresztą to prawdziwa opowieść z folkloru Egiptu i Sudanu.

Odniesienia do Lecteura i Szecherezady – zauważone. ;-) Gładkie stare karmi się młodym, młode starym.

Trochę głupio się przyznać, że nie zawierałem tu odniesień do Szecherezady, a Lecteura nie znam ;p

 

Opko jest łatwo czytalne i szybko. To duży plus, lecz zastrzeżenia pozostają w mocy: nie interesują Cię sytuacje, co jest widziane/słuchane/jedzone i co tam jeszcze. Nie zawsze kluczowa postać snuje historię. Nie wiem, czy to jest historia Staruchy?

Odniosę się do Sb, bo mnie kusi – jak na stwierdzenie, że opowiadanie podoba ci się w ¾, a nie w ¼, to widzę w komentarzu bardzo odwrotne proporcje :P

Tu kluczowa postać nie snuje historii – powtórzę, to opowieść o powstawaniu opowieści. Każda narracja będzie błędna, bo musimy jakoś przetworzyć słowo na nasze postrzeganie, ktoś musi być narratorem, przekaźnikiem świata – Później nie może, bo kończy jak kończy, Atrament zniszczyłaby całe napięcie, więc zostaje Starucha. Czy to idealny wybór? Nie, ale najlepszy z możliwych (kota nie liczę :P )

 

Dzięki za rozbudowany komentarz i za lekturę. Polemika z Tobą to przyjemność i pokazuje mi inny punkt widzenia, na który bym nie wpadł.

Pozdrawiam!

 

 

Hmm. Mam po lekturze bardzo ambiwalentne odczucia.

Bo oczywiście jest to bardzo ładnie i efektownie napisane (lista drobnych uwag niżej). I jest tu niewątpliwie ciekawy pomysł na metatekst, odwołujący się do archetypów (z tą starością, mądrością i wiedźmiością to skomplikowana historia; greckie czarownice na przykład: Medea, Kirke, są młode i piękne, ale są też stare w sensie takim, że są wiecznie młode, bo długowieczność to doświadczenie i mądrość, a one na dodatek są półboginiami; chrześcijaństwo tu swoje ma oczywiście za uszami, ale i realia: znachorki zazwyczaj były stare; niemniej z patriarchatem to już bym była ostrożna, bo większość wczesnych kultur osiadłych ma przynajmniej częściowo matriarchat, gdzie stara kobieta jest bardzo wysoko w hierarchii społecznej). Może i najciekawszy pomysł na metatekst, jaki ostatnio czytałam, bo bohaterowie rzeczywiście toczą rodzaj gry o fabułę i to się wszystko dość sprawnie rozgrywa wewnątrz tej fabuły (aczkolwiek też bym wyrzuciła te najbardziej widoczne znaczniki) – to jest coś, czego mi np. brakło w “Słowodzicielce” Ceterari.

A z drugiej strony, podobnie jak kilka osób wcześniej, ten tekst mnie trochę znużył, bo w pewnym momencie, przy którejś iteracji, to zmaganie się postaci staje się monotonne. Czy był to materiał na coś krótszego, czy dłuższego? Nie wiem, bo nie wiem, jakie elementy wyciąłeś dla limitu.

Przyznam też, że mnie osobiście wybijały z rytmu imiona dzieci. Zwłaszcza że nie do końca zajarzyłam, o co chodzi z imieniem Później, ale może to moje gapiostwo, bo poza jedną grą słów w wykonaniu Atrament nic mi tu nie podpowiada sensownej interpretacji. Żeby było zabawniej, z początku myślałam, że imiona są na odwrót, inaczej mi się kojarzyły z płciami.

Bardzo sugestywne są te naprawdę horrorowe kawałki, ale całość to taki trochę postmodernizm, z którym nie do końca się w pełni dogaduję ;)

 

Obiecana lista technikaliów:

 

z wewnątrz grubego pnia

A nie: z wnętrza? Wewnątrz się jest.

 

Nic[+,] czego nie można naprawić.

 

Sam szejk – nadzwyczaj młody – przyjął go pod swój dach.

W takich przypadkach jestem za zapisem bez półpauz, bo w dialogu sugeruje to wejście didaskaliów. Akurat tu przecinki sprawdziłyby się idealnie.

 

Strach momentalnie wykrzywia oblicze chłopaka. Wrzeszczy i płacze

Strach wrzeszczy i płacze?

 

szelest pałek wodnych

Tu mam problem, bo sama pałka pałki jest miękka i nie bardzo szeleści. Podejrzewam, że miałeś na myśli całe rośliny, głównie ich liście i mam wrażenie, że ponieważ pałki nie odgrywają w opowiadaniu żadnej roli, lepsze byłyby po prostu trzciny, które niewątpliwie szeleszczą i to niemal archetypowo. W sumie w tym opowiadaniu wszelka nietypowość jest trochę zgrzytem, bo to jest tekst o najbardziej klasycznej narracji i fabule.

 

Blask księżyca wychodzi zza chmur,

Zza chmur wychodzi raczej księżyc, blask chyba bardziej się przez nie przedziera czy coś?

 

jak sarna okrążona przez płonące drzewa

Tak, to bajka, w której wierzba chwyta człowieka za kostki, ale jednak chyba tu animizacja drzew poszła troszkę za daleko?

 

po czym bada swą głowę, sycząc.

Lepiej: własną.

 

Czarny palec zdaje się wskazywać oskarżycielsko.

Czasownik wskazywać wymaga dopełnienia.

 

Światło na horyzoncie zbliża się jak powóz. Rośnie coraz szybciej i szybciej, i wkrótce wiedźma dostrzega ognistą czeluść pieca i stojącą przy nim Atrament.

Siedzi na krześle zrezygnowana.

Dziewczyna patrzy na nią z żalem.

Tu się troszkę zawiesiłam na podmiotach, mimo że chyba są okej. Oraz to porównanie z powozem jest jak dla mnie nagle z innej bajki.

http://altronapoleone.home.blog

Hej, Drakaino

Na becie już mnie ostrzegano, że ten tekst nie za bardzo się spodoba, ale co tam, trzeba pisać.

W starożytności rzeczywiście są te młode czarodziejki, ale jak wygląda sprawa w późniejszych wiekach? Czy były jakieś młode wiedźmy w opowieściach?

Rozumiem znużenie, ale, cóż, próbowałem przedstawić tworzenie finalnej wersji metodą prób i błędów. Jeśli nie wyszło wystarczająco emocjonująco, to mogę obwinić jedynie swój brak umiejętności. Środek jest zawsze dla mnie najtrudniejszy do napisania (prócz pierwszego zdania).

Imiona albo dostają pochwałę albo krytykę, więc nie mam tu nic do powiedzenia, bo zawsze ktoś będzie niezadowolony ;) Później – tak, chodziło tylko o to, że chłopak stanowi “posiłek dla Atrament. Jest dla niej tylko tym, niczym więcej. Miało odczłowieczyć chłopaka i pokazać Atrament, jako taką pożerajacą siłę.

Łapankę wprowadzę w życie :)

Dziękuję za wizytę :)

 

Bogowie, Zanaisie, Ty to bywasz bardziej marudny niż Maras :P

 

Napisałam Ci sporo pochwał, a przecież wziąłeś na warsztat coś cholernie trudnego, bo pisanie o pisaniu czy też literatura autoteliczna ;) to naprawdę bardzo wysoka poprzeczka. Napisałam, że lepiej sobie z tym poradziłeś niż nominowana do Zajdla powieść, a Tobie mało…

I nie o “emocjonująco” tu chodzi, bo jak może wiesz, staram się to podkreślać przy każdej okazji, nie jestem fetyszystką ani dynamizmu, ani porywających bohaterów, z którymi czytelnik musi się obowiązkowo utożsamiać i tak dalej. Tu mi nie zagrało do końca chyba to, że te iteracje są trochę za mało zróżnicowane i wyraziste, w zasadzie to o tym, że jest to metodą prób i błędów osiąganie wersji finalnej, zrozumiałam ostatecznie z lektury komentarzy.

Może gdyby one się urywały bardziej gwałtownie, żeby czuło się, że ktoś gdzieś w tle woła “cięcie, dubel!”? Bo przez długi czas myślałam, że obie bohaterki majaczą, a nie, że to się zapętla.

 

Co do młodych wiedźm, pamiętaj, że młoda i piękna to uwodzicielka, więc też zagrożenie, zwłaszcza w moralności chrześcijańskiej, ale wcale nie tylko. Czyli też nierzadko czarownica.

http://altronapoleone.home.blog

Bogowie, Zanaisie, Ty to bywasz bardziej marudny niż Maras :P

Do mistrza mi daleko :P

Napisałam Ci sporo pochwał, a przecież wziąłeś na warsztat coś cholernie trudnego, bo pisanie o pisaniu czy też literatura autoteliczna ;) to naprawdę bardzo wysoka poprzeczka. Napisałam, że lepiej sobie z tym poradziłeś niż nominowana do Zajdla powieść, a Tobie mało…

Przepraszam, jeśli tak zabrzmiało, ale nie miało. Akurat, że to powieść nominowana do Zajdla to nie wiedziałem, ale zrozumiałem, że pomysł był lepszy – ciesze się, tylko z realizacją wyszło gorzej :P

I nie mało mi, naprawdę – przecież wiem, że nie ma tekstu, który podoba się każdemu. Nie mam z tym problemu.

Skupiłem się na słowie “nużyły”. Dla mnie nużyć to nudzić, a jak opowiadanie nudzi, to lipa. Rozumie, co chciałaś powiedzieć – że nie czuć tego resetowania, na pewno można by tak to napisać, miałem zamysł na nieco dłuższe ujęcia, ale cenna uwaga. Uznałem, że krótsze sceny wprowadzą chaos. No coś trzeba wybrać.

Skoro ktoś, kto nie lubi postmodernizmu znajduje dobre strony opowiadania, to na pewno się cieszę :) Po prostu wiedziałem, że to trudna tematyka i łatwo coś sknocić. Kolejnych prób takich eksperymentów nie przewiduję :)

 

Spieszę z wyjaśnieniem (może powinnam zrobić “słowniczek drakainy”, bo najwyraźniej bywam jeszcze bardziej enigmatyczna niż Anet), że “nuży” i “nudzi” w moim słowniku dzieli semantyczna przepaść.

“Nuży” to takie marudzenie: no dobra, fajnie jest, ale trochę już za dużo o tym konkretnym czymś; “nudzi” = nie chce mi się tego dalej czytać, prask! “Nużyć” to bliższe “męczyć”, ale też nie dokładnie to samo, “męczy” jest znacznie mocniejsze i też grozi “prask!”

Jak coś mnie znużyło, to w 99% przeczytałam do końca i koniec bywał nawet satysfakcjonujący, jak znudziło, to sobie poszłam i nie czytałam do końca.

Tu, jak napisałam, iteracje były zbyt rozmyte, żebym od razu załapała, o co chodzi (to dopiero zakończenie i komentarze), więc zastanawiałam się, ile razy one jeszcze będą wpadać w ten torpor, budzić się, stwierdzać, że Atrament żyje albo nie żyje, i czy to do czegoś prowadzi.

http://altronapoleone.home.blog

Nie chciałem decydować czy wiedźma (nazwijmy ją standardowo Jaga) jest prawdziwa, czy to postać wymyślona dla opowieści.

Pisząc o zastanej narracji, miałam na myśli narrację jako sposób, w jaki nadajemy światu sens, jako pewną bazę, na której budujemy opowieść. I tak rozumianą narrację można w tym wypadku streścić jednym zdaniem: Wiedźma jest zła. I taką narrację przyjmuje Atrament. Sama to zresztą przyznaje:

Może zaistniałaś, kiedy prymitywni ludzie po raz pierwszy zastanawiali się, co spotkało dziecko, które wyszło z jaskini, by nazbierać jagód i nigdy nie wróciło. Może byłaś sylwetką w ciemności, lękiem ukrytym wśród drzew, cieniem na granicy postrzegania. Stworzona jako przestroga. A może… Nie. Liczy się tylko zło ukryte w lesie, wielki piec i kusząca obietnica słodkiej chatki.

Pisząc opko z punktu widzenia Jagi (a czemu nie ;)), odczarowałeś ją, albo ładniej mówiąc zwróciłeś człowieczeństwo, bo jako wcielenie zła została zdehumanizowana. A Ty dałeś jej głos, pozwoliłeś mówić, wyjaśniać, powiedzieć, co czuje.

 

Atrament i Później to opowieść i błąd, ale także potrzeba snucia opowieści i potrzeba zagarniania coraz to nowszych historii, zabierania ich z innych kultur.

 

Aa, czyli dlatego Później jest czarny, chciałeś mieć obcy element w tej historii. Mnie się wydawał po prostu jedynie naszkicowany, niedokończony i dlatego pozbawiony kolorów, czarny jak rysunek ołówkiem. I tu muszę przyznać, że to czerpanie z innych kultur trochę słabo widać, bo poza kolorem skóry on niczego świeżego, kulturowo nowego do opowieści nie wnosi.

 

Atrament to głód – tworzy nowe historie, pożera motywy, wykorzystuje je, po czym idzie dalej. (…) Atrament przybywa do chaty już w swojej roli, jest jednocześnie opowieścią i częścią opowieści. Jaś i Małgosia też są na początku zachwyceni chatką z piernika, ale tutaj Atrament dopiero tworzy tę historię, dopasowując ją. Ona sama nie wie, jak to będzie przebiegać. Próbuje, zmienia, nadal próbując grać rolę biednej dziewczynki.

Nie, no, to rozumiem ;) Ale w tym poszukiwaniu nowych opowieści jest ograniczona. Mówisz, że to głód, ale czego właściwie. Czy rzeczywiście nowych historii? Bo ona na tej zastanej bazie próbuje tworzyć nowe opowieści, ale jednego nie robi. Nie próbuje pogrzebać przy samej bazie, przy narracji: “Wiedźma jest zła”. Tego spróbowałeś Ty, jako autor opowieści o opowieści, ale nie ona. A przecież zburzenie tej bazy daje większe możliwości, więcej opowieści. Atrament to nie interesuje.

W ogóle nadałeś jej fajne imię. Atrament to coś, co łączy czytelnika i pisarza, pisarz nim pisze, czytelnik go czyta ;) I, jeśli spojrzeć na Atrament jako na pisarkę, to ona jest raczej głodna sukcesu. Opowieści, które tworzy nie są niczym nowym, niczego nowego nie wnoszą. Są powtórzeniem tej samej narracji: Wiedźma jest zła.

Podobają się jednak, więc jeśli spojrzeć na Atrament jako na czytelnika, to jest to głód opowieści, ale opowieści prostych, takich, które nie zmuszają do zastanowienia się, do jakiegoś przewartościowania własnego świata. To jest głód sieczki.

I takich właśnie opowieści szuka Atrament pisarka, opowieści, które łatwo się sprzedadzą. Ale ta narracja nie tylko przestarzała, ale też szkodliwa.

 

Bo łatwo napisać, że wiedźma “zjadała dzieci”, ale prawdziwy horror kryje się w rozwinięciu tych skrótów.

No, właśnie. Ty próbujesz, ale Atrament nie :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Fajna analiza, Irko!

http://altronapoleone.home.blog

Pisząc opko z punktu widzenia Jagi (a czemu nie ;)), odczarowałeś ją, albo ładniej mówiąc zwróciłeś człowieczeństwo, bo jako wcielenie zła została zdehumanizowana. A Ty dałeś jej głos, pozwoliłeś mówić, wyjaśniać, powiedzieć, co czuje.

Teraz widać to szczególnie z tym, co robi ostatnio kino (lepiej lub gorzej) – złe postaci nagle stają się narratorami opowieści i już nie wydają się takie złe. Na tym pewnie polega problem z prostymi historiami, jak bajki – tam nie ma szarości, nie ma argumentów drugiej strony. Jednak nie możemy dzieciom tłumaczyć, że wiedźma pożera małolatów, ale tak naprawdę nie jest taka zła ;) Zły bohater, który robi zło, bo lubi, wydaje mi się płaski. Poza tym chyba nie ma większego zła niż ubrane w szaty dobra.

 

Aa, czyli dlatego Później jest czarny, chciałeś mieć obcy element w tej historii. Mnie się wydawał po prostu jedynie naszkicowany, niedokończony i dlatego pozbawiony kolorów, czarny jak rysunek ołówkiem. I tu muszę przyznać, że to czerpanie z innych kultur trochę słabo widać, bo poza kolorem skóry on niczego świeżego, kulturowo nowego do opowieści nie wnosi.

Dobry pomysł z tym szkicem, ale chyba wolałbym uniknąć określania osób czarnoskórych jako “niedokończonych” ;) On nie miał wnosić nic nowego do TEJ opowieści. Atrament sama wspomina, że Później jest błędem. Wnosi tyle, że opowiada historię z dalekiego kraju i jest, powiedzmy, pierwszą próbą Jasia. Atrament jako głód szuka zapożyczeń i historii z różnych kultur, nie chciałem ograniczać tej ludzkiej potrzeby tylko do kręgu europejskiego.

 Nie, no, to rozumiem ;) Ale w tym poszukiwaniu nowych opowieści jest ograniczona. Mówisz, że to głód, ale czego właściwie. Czy rzeczywiście nowych historii? Bo ona na tej zastanej bazie próbuje tworzyć nowe opowieści, ale jednego nie robi. Nie próbuje pogrzebać przy samej bazie, przy narracji: “Wiedźma jest zła”. Tego spróbowałeś Ty, jako autor opowieści o opowieści, ale nie ona. A przecież zburzenie tej bazy daje większe możliwości, więcej opowieści. Atrament to nie interesuje.

Masz rację, nie grzebie przy bazie, jak to nazywasz, ale ja chyba inaczej podszedłem do “nowe”. Dla mnie nowa opowieść to zapożyczony, przemieszany, zmodyfikowany zbiór elementów podstawowych. Rozumiem tak Twoją wypowiedź, że Atrament powinna sięgnąć do samej postaci wiedźmy jako zła. Ok, aaaaale dlaczego Atrament ma tworzyć coś zupełnie nowego, skoro ona jest ludzką potrzebą opowieści, a ludzie stworzyli Jasia i Małgosię, a więc właśnie takie coś im pasowało.

W ogóle nadałeś jej fajne imię. Atrament to coś, co łączy czytelnika i pisarza, pisarz nim pisze, czytelnik go czyta ;) I, jeśli spojrzeć na Atrament jako na pisarkę, to ona jest raczej głodna sukcesu. Opowieści, które tworzy nie są niczym nowym, niczego nowego nie wnoszą. Są powtórzeniem tej samej narracji: Wiedźma jest zła.

Tak powtarzają narrację, ale przecież takie opowieści właśnie tworzymy. I opowieści o tym, jak to wiedźma nie jest zła, też powstaną poprzez Atrament. Hm, nie nazwałbym Atrament pisarką – raczej samą powieścią, procesem powstawania, tym siedzeniem przy kartce papieru, zmienianiem i kreśleniem, mimo że mniej więcej wiemy, co ma wyjść.

Podobają się jednak, więc jeśli spojrzeć na Atrament jako na czytelnika, to jest to głód opowieści, ale opowieści prostych, takich, które nie zmuszają do zastanowienia się, do jakiegoś przewartościowania własnego świata. To jest głód sieczki.

Atrament sama się denerwuje na swoją rolę – co chciałem pokazać, kiedy “lituje” się nad wiedźmą i mówi, aby jadła, póki może.

Tworzymy opowieści jako ludzie dla ludzi – Atrament jest tego odzwierciedleniem, więc tworzy takie historie, które ludzie chcą czytać, aaaalllleeee ponieważ jesteśmy w konkursie na Baźnie to piszę o Jasiu i Małgosi :)

Dzięki za tę analizę, Irko, dobrze się dyskutuje, choć mam wrażenie, że zaraz mnie skołujesz xD

Dzięki za tę analizę, Irko, dobrze się dyskutuje, choć mam wrażenie, że zaraz mnie skołujesz xD

O, czemu? ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Czytam i czytam Twoje wyjaśnienia w kwestii Później i coraz mniej rozumiem tę postać. Może za bardzo się przejąłeś tym, że on jest błędem, bo zrobił się trochę też błędem w opowiadaniu ;) Nic z tego wszystkiego nie jest czytelne w tekście (i tak, wiem, że zapewne moje wyjaśnienia pod moim opkiem też są z tej serii…), niestety :(

http://altronapoleone.home.blog

Czytam i czytam Twoje wyjaśnienia w kwestii Później i coraz mniej rozumiem tę postać. Może za bardzo się przejąłeś tym, że on jest błędem, bo zrobił się trochę też błędem w opowiadaniu ;) Nic z tego wszystkiego nie jest czytelne w tekście (i tak, wiem, że zapewne moje wyjaśnienia pod moim opkiem też są z tej serii…), niestety :(

Przepraszam, czy właśnie zarzucono mi, że błąd jest błędnym błędem? xD

Nie chce znów się powtarzać, bo pewnie jak nie potrafię wyjaśnić, to nie potrafię, ale w zamyśle Później jest zarówno błędnie wrzucony do opowiadania, ale także postacią, którą karmi się Atrament, biorąc historie i tworząc z nich nowe.

Jeśli to nie jest czytelne, to mea culpa. Zaczynam tęsknić za wesołym, prostym Lowinem xD

Zaczynam tęsknić za wesołym, prostym Lowinem xD

Ja za nim też tęsknię, ale nie z powodu tego opka, tylko po prostu

http://altronapoleone.home.blog

No, i masz Ci los. ;-) Kiedy ja właśnie chciałabym, abyś pisał dalej również podobne opowiadania i inne. A rozwój pisarski jest niesamowicie (musiałam dodać przymiotnik.:D) zauważalny. Wydaje mi się, że coraz bardziej świadomie kształtujesz treść, że nie wodzi Cię za nos, tak bardzo jak na samym początku bywało. Choć z tym wiążą się kolejne przeszkody – wiem. Ciągle na człowieka czyhają jakieś zasadzki.

 

Smak młodości (tytuł) zaczął mi mieszać w głowie, kiedy byłam już w połowie opka, ponieważ nie mogłam się odczepić od myśli: "Jak to młodości/starości, chodzi o coś innego, opowieść i jej smak, o co tu chodzi – rozpoczynanie, zmianę przebiegu zdarzeń, czy jakiś nieustający kołowrót?". W tym sensie tekst zdał mi się urwany.  

zwiększanie oczekiwań przyniesie tylko rozczarowanie.

Niekoniecznie, taki Depeche mode wydawał coraz lepsze, choć inne płyty, o Myśliwskim nie wspomnę. Oczekiwania mam tylko odnośnie warsztatu, bo cała reszta zależy od osoby i kontekstu.

Nie znam powieści Machado, sprawdziłam, że to ona napisała "Jej ciało i inne strony". Z przyjemnością zerknę. Zwłaszcza że przeczytałam o jej poczuciu humoru. ;-)

Ale tak, jak “Spleć z głosów…” nie napisałbym w czasie teraźniejszym, to tak tego tu nie zmieniłbym na przeszły. Wiem, że to słaba odpowiedź, ale jedyna, którą mam.

Odpowiedź jest mocna i jedyna możliwa. Jeśli tak musi być, czemu ma nie być? Jednak z wyborem czasu wiążą się ograniczenia, tj. nie ma skoków w bok, nadmiernego opisywania, bo się dzieje, jak w filmie, sekunda po sekundzie. Możesz przenosić uwagę z jednego bohatera na drugiego i im oddawać głos, myśli i wszystko inne, albo być tym kimś, który obserwuje teraz, jest bliżej nieznanym narratorem. 

Bo to nie opowieść o niej, tak jak Jaś i Małgosia nie jest historią złej wiedźmy. To celowy zabieg. W Lowinie bohater był centrum historii, w Cess też, ale nie tu. To opowieść o opowieści, a więc to bardziej Atrament gra tu pierwsze skrzypce. Natomiast nie lubię narratorów wszechwiedzących, ktoś więc musiał być “oczami” – Atrament by się zupełnie nie nadawała.

W zasadzie i Starucha, i Atrament się nie nadawała, masz rację, dlatego pomyślałam o Później, ponieważ to on snuł opowieści tak jak Szecherezada, niekończące się szkatułkowe opowieści, chyba żeby spróbować z zewnętrznym narratorem, po części to zrobiłeś.

wiedźmy… Co mam pokazać? To postać prawie bez pamięci, pośrodku niczego, która siedzi jak pająk i czeka na ofiarę.

Właśnie to, co teraz napisałeś. Bez pamięci i pająk. A limit, prawda, zabójczy, z drugiej strony sprzyja napisaniu tego, co się chce i nic więcej, bez esów-floresów. ;-)

Nóż i kora zgadzam się, tylko drzewa normalne też nie mówią ;) To nie ma znaczenia, co to za drzewa. Jakie znaczenie ma kot? Czy to chowaniec, czy zwykły przybłęda? W co jest ubrana wiedźma? Jak wygląda piec?

Ejże. :p Szczegóły mają znaczenie, osadzają czytelnika w fikcji, są czymś trwałym, mniej ulotnym niż odczucia i wrażenia bohaterów, które zaczynają działać wtedy, gdy niejako "boksują się" z reality, tą znaną czytelnikowi lub opisaną przez Autora. Stosunek postaci do rzeczywistości, szczegołów wiele mówi o tym kim są i jacy są.

Jak mówi Atrament “ludzie dopowiedzą sobie szczegóły”.

Mogę się różnych rzeczy jako czytelnik domyślać, ale, ale im mam silniejszą bazę tym mi łatwiej.

No widzisz, znów nie wykorzystałem, ale nie wiem, co byś chciała. Każde ma swoją rolę i tę rolę odgrywa do końca (szczególnie Później). Rozumiem, że chcesz więcej, ale 30k znaków na trzy osoby to naprawdę niewiele, aby wszystkie pogłębić.

Nie no, Później mógłby mieć problem z prowadzeniem narracji, po tym, jak skończył jako danie ;) Kot być musi, ale to tło. A szejk? Opowieść Później ma znaczenie, bo mówi coś o chłopcu, nawet parę spraw. Poza tym opowieść w opowieści, to zabieg, który mi się podoba ;) Ale starałem się, aby była krótka – zresztą to prawdziwa opowieść z folkloru Egiptu i Sudanu.

Ja tam nic nie chcę, prócz tego abyś pisał! :-) 30k na trzy osoby nie jest za mało, pod warunkiem, że nie chcemy czytelnikowi wszystkiego wyjaśniać – tak dokumentnie, zwłaszcza że bazujesz na znanej bajce.

Jak kot ma być tłem, dlaczego nie pojawił się wcześniej.

Szejk i opowieść Póżniej jest dla mnie jest super, właśnie przez Szeherezadę i zwrócenie uwagi na opowieść. To kluczowy moment, taki zwrotny. :-)

Trochę głupio się przyznać, że nie zawierałem tu odniesień do Szeherezady, a Lecteura nie znam ;p

E, tam, ja się przyznaję do wszystkiego. :p Przestałam się mamić, też przed samą sobą. A z Szeherezadą zrobiłam orta – już poprawiony, a Hannibalowi Lecterowi przekręciłam nazwisko, też poprawię. 

Odniosę się do Sb, bo mnie kusi – jak na stwierdzenie, że opowiadanie podoba ci się w ¾, a nie w ¼, to widzę w komentarzu bardzo odwrotne proporcje :P

Widzisz w swoich tekstach nie dorastam do satysfakcjonującej – 1/2. U Ciebie widzę pomysł, dobrą konstrukcję, język w punkt, świadomość i zrozumiałość (taką nie do końca, ale dużą), a zaserwowana zagadka wciągnęła. ;-)

Nie, ale najlepszy z możliwych (kota nie liczę :P )

Ten kot mógłby nie być taki zły. Jeśli drzewa gadają, i kot może być czymś wincyj. ;-)

Polemika z Tobą to przyjemność i pokazuje mi inny punkt widzenia, na który bym nie wpadł.

Dzięki, bo obawiałam się wstawić komentarz!

 

pzd sąd

a

 

PS. Widzę, że masz sporo nowych komentarzy, więc spokojnie poczekam na odpowiedź.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Mnie się czytało bardzo dobrze. To jest historia, którą przerabiano wiele, wiele, wiele razy i wzięcie jej po raz kolejny na warsztat to spora odwaga, zwłaszcza w tak karkołomnym kontekście (Drakaina ma rację, pisanie o procesie pisania / tworzenia bez popadania w minoderię i pretensjonalność nie jest łatwe). IMHO ci się udało, podoba mi się i to, jak łączysz historię bohaterów z tym głównym de facto tematem opowiadania o opowieści, doceniam kreację głównej postaci (ona mi się gdzieś, blado, skojarzyła z tym, co Gaiman w “Snow, Glass, Apples” robi z postacią złej macochy z “Królewny Śnieżki”) i bardzo wysoko cenię styl i język tego opowiadania. Brawo.

Drakaino 

Zaczynam tęsknić za wesołym, prostym Lowinem xD

Ja za nim też tęsknię, ale nie z powodu tego opka, tylko po prostu

Pisze się, bo obiecałem Finkli, ale mam wrażenie, że straciłem wenę do komedii. Ocenicie :P

 

Asylum

No, i masz Ci los. ;-) Kiedy ja właśnie chciałabym, abyś pisał dalej również podobne opowiadania i inne.

To opowiadanie mnie zmęczyło. Może nawet przerosło. Może czas na coś lekkiego ;)

A rozwój pisarski jest niesamowicie (musiałam dodać przymiotnik.:D) zauważalny. Wydaje mi się, że coraz bardziej świadomie kształtujesz treść, że nie wodzi Cię za nos, tak bardzo jak na samym początku bywało. Choć z tym wiążą się kolejne przeszkody – wiem. Ciągle na człowieka czyhają jakieś zasadzki.

Dziękuję. Zawsze są jakieś przeszkody. Na razie główna (dla mnie) to to, że pewne rzeczy mają sens w mojej głowie, a potem się okazuje, że nie bardzo.

 

Smak młodości – jak wspominałem, chodzi o zjadanie dzieci, ale i zjedzenie wiedźmy jako kogoś, kto jest młodszy niż opowieści.

Niekoniecznie, taki Depeche mode wydawał coraz lepsze, choć inne płyty, o Myśliwskim nie wspomnę. Oczekiwania mam tylko odnośnie warsztatu, bo cała reszta zależy od osoby i kontekstu.

Tylko to też subiektywne ;)

Nie znam powieści Machado, sprawdziłam, że to ona napisała "Jej ciało i inne strony". Z przyjemnością zerknę. Zwłaszcza że przeczytałam o jej poczuciu humoru. ;-)

Właśnie chodzi mi o “Jej ciało…”, powieści też nie czytałem. Poczuciem humoru mnie zdziwiłaś. Jej opowiadania mają wiele cech, ale śmiesznymi bym je nie nazwał. Raczej bardzo przygnębiającymi.

 

Czas tak – wiem, że ma ograniczenia. Piszę (aktualnie przerwa na inne konkursy) opowiadanie, gdzie już trzy raz zmieniałem czas, ale w końcu skończyłem na teraźniejszym. Wspomniana Machado też pisze w teraźniejszym i tak samo Kelly Barnhill, którą też polecam. Niektóre z ich opowiadań nie wyobrażam sobie w przeszłym.

W zasadzie i Starucha, i Atrament się nie nadawała, masz rację, dlatego pomyślałam o Później, ponieważ to on snuł opowieści tak jak Szecherezada, niekończące się szkatułkowe opowieści, chyba żeby spróbować z zewnętrznym narratorem, po części to zrobiłeś.

 

Później nie mógł być narratorem, bo w połowie historii ginie. Poza tym nie chciałem zaczynać opowieści od przyjścia do chatki wiedźmy. Wtedy nadal byłaby tylko archetypową złą wiedźmą bez głębi.

Właśnie to, co teraz napisałeś. Bez pamięci i pająk. A limit, prawda, zabójczy, z drugiej strony sprzyja napisaniu tego, co się chce i nic więcej, bez esów-floresów. ;-

W pierwszej wersji tekstu wspomnienia wiedźmy grają dużą rolę, ale cierpi reszta. Limit nie pozwolił, no i przeciągnął strasznie już i tak długą (może za długą) ostatnią scenę. Tak jeszcze z 3k znaków więcej… ;)

Ejże. :p Szczegóły mają znaczenie, osadzają czytelnika w fikcji, są czymś trwałym, mniej ulotnym niż odczucia i wrażenia bohaterów, które zaczynają działać wtedy, gdy niejako "boksują się" z reality, tą znaną czytelnikowi lub opisaną przez Autora. Stosunek postaci do rzeczywistości, szczegołów wiele mówi o tym kim są i jacy są.

Masz rację. Teraz inaczej bym napisał tę nieszczęsną korę. Na becie nikt też nie zwrócił uwagi xD 

Ja tam nic nie chcę, prócz tego abyś pisał! :-)

To na pewno będę robił, ale odpocznę od “głębokich” opowiadań…

Jak kot ma być tłem, dlaczego nie pojawił się wcześniej.

Szejk i opowieść Póżniej jest dla mnie jest super, właśnie przez Szeherezadę i zwrócenie uwagi na opowieść. To kluczowy moment, taki zwrotny. :-)

Kot przecież pojawił się bardzo szybko, kiedy wspominam, że przynosił martwe gryzonie.

Bardzo lubię sam motyw Szecherezady, ale wykorzystałbym go raczej, gdybym miał coś odwlekać. Gdyby Później odwlekał na przykład swoją śmierć. Tutaj opowieść o szejku, prócz obcego fokloru, którego chciałem dodać, przedstawia chłopca jako tego znawcę historii, co ma później wpływ na zachowanie Atrament i tłumaczy śmierć chłopca oraz scenę ze zjadaniem mózgu.

E, tam, ja się przyznaję do wszystkiego. :p Przestałam się mamić, też przed samą sobą. A z Szeherezadą zrobiłam orta – już poprawiony, a Hannibalowi Lecterowi przekręciłam nazwisko, też poprawię

Aaa, Lecter. Dobra :P Nie jestem jego fanem, scena ze zjadaniem mózgu kojarzy mi się raczej z “Szamanką” Żuławskiego, ale, tak czy inaczej, w opowiadaniu ma znaczenie – Atrament chce zjeść historie, a one są w pamięci, a pamięć jest w głowie ;) Poza tym to dobry horror (znów subiektywnie).

Polemika z Tobą to przyjemność i pokazuje mi inny punkt widzenia, na który bym nie wpadł.

Dzięki, bo obawiałam się wstawić komentarz!

Nie no, dobrze autora przemaglować, może coś zapamięta ;)

Dzięki :)

 

 

Ninedin

Dziękuję :) Kurczę, z tym “Snow, glass, apples” masz całkowitą rację, nawet się zastanawiałem czy nie będę miał za wielu podobieństw, bo i narrator to ta zła wiedźma, to jeszcze koniec bardzo podobny, ale nie chciałem zmieniać na siłę. Mam nadzieję, że wyszło wystarczająco inaczej.

Styl i język z “Żółtych zębów”, ale polubiłem go, więc nie wykluczam, że znów się pojawi. Tylko zdecydowanie mniej porównań… ;)

Dzięki za odwiedziny

Cóż za dyskusja…

Sam temat pochodzenia archetypów i mitów jest szalenie ciekawy i fajnie, że spróbowałeś się z nim zmierzyć w opowiadaniu. Atrament odczytałem (może niesłusznie, na skutek moich własnych skrzywień) jako postać negatywną, przekształcającą historię dla celów – uwaga, brzydkie słowo – komercyjnych. Z interpretacją wiedźmy jako autora walczącego o niezależność swojego pomysłu będzie przesada, ale wtedy wszystko pięknie się zgrywa.

Później jest dla mnie zagadką. Atrament go wykorzystuje, to pewne, bo chce poznać jak najwięcej jego opowieści, a ostatecznie dosłownie go ,,wchłania”, więc chłopiec może być pomysłem czekającym na realizację… ale wciąż nie rozumiem, czemu nazywa się ,,Później”. Gdy się pojawił, miałem kilka teorii, ale wszystkie upadły.

Znalazłem kilka baboli:

Dziewczynka dmucha na swój kawałek, wsadza łapczywie do buzi i wywraca oczami, mrucząc.

Wywraca oczami kawałek? Tak to brzmi.

Szare usta przełykają głośno.

No, ja nie wiem, czy usta mogą przełykać.

Chłopak natychmiast wykrzywia oblicze w przerażonym gry.

Tu coś zjadło końcówkę.

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Niby znany motyw, ale udało się tu wykrzesać z niego jakąś interesującą i niepokojącą głębię. Zagubiona wiedźma i jej ofiary, które tak naprawdę ofiarami nie są to dość przewrotny i udany retelling. Historia kupiła mnie pomysłem, jednak językowo jest tu miejscami barok przechodzący w rokoko. Rozumiem miłość do porównań, bo sama nią gorąco pałam, ale przez parę momentów przesytu widzę, że tekst się nie odleżał. Klimat baźni jednak czuć, a to chyba liczy się najbardziej.

Dziękuję za udział w konkursie i pozdrawiam.

Interesujący tekst, w ciekawy sposób wykorzystałeś tu znaną baśń. Dość makabryczną, tak jak w sumie większość baśni. Dodałeś jej czegoś więcej, jakiejś takiej powagi i uczuć, przez co stała się dość smutnym obrazem samotnej kobiety, która nawet nie pamięta już, czy naprawdę istnieje. Dzięki temu opowiadanie jest na pewno “życiowe” i pokazuje pewne rzeczy, przed którymi nie da się uciec zarówno w baśni, jak i w prawdziwym życiu. 

Tekst miejscami mocno wciągał, a miejscami nieco zwalniał, stawał się refleksyjny, więc było miejsce i na rozrywkę z lektury i na przemyślenia. Opisy bardzo barwne i szczegółowe, a jednak lekkie w odbiorze. Bardzo dziwnie opisałeś scenkę, gdy Atrament uderza wiedźmę krzesłem – dynamiczna scenka i wydaje się, że powinny być tu krótkie zdania, a rozciągnąłeś ją długimi opisami, ale chyba mi się to jednak podoba, bo rozumiem, że nie o dynamikę tu chodziło :)

Zająłeś się baśnią znaną i początkowo czytało się świetnie, ale to co zaczęło się dziać po upieczeniu chłopca sprawiło, że zrozumienie wyłączyło się i dokończyłam opowiadanie nie bardzo wiedząc o co chodziło. Pogubiłam się, Zanaisie.

 

po ple­cach zaś suną płyn­nym zlo­tem… → Literówka.

 

– Szcze­gó­ły są nie­waż­ne. Lu­dzie i tak zmie­nią ja wiele razy. → Literówka.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, Oidrin!

Racja, nie odleżał tyle, ile bym chciał, ponieważ terminy goniły. Zdaję sobie sprawę, że przebarwiłem język, ale miło mi, że i tak znalazłaś tu klimat :)

Dziękuję za konkurs i pozdrawiam.

 

Hej, Sonato!

Ciesze się, że wiedźma wzbudziła u Ciebie trochę litości. Tekst okazał się trochę zagmatwany, ale mam nadzieję, że widać warstwę emocjonalną. Przeznaczenie wiedźmy jest zdefiniowane od początku, bo opowieść zna każdy, jednak wiedźma próbuje walczyć, póki może.

Mam niecodzienny pogląd na opis walki mam może niecodzienny, ale wolę dłuższe zdania niż przerywanie akcji kropkami ;)

Dzięki za komentarz i pozdrawiam!

 

Hej, Reg!

Zdawałem sobie sprawę, że stąpam po cienkim lodzie z tym opowiadaniem, ale lubię eksperymentować :P Pocieszam się, że przynajmniej łapanka niedługa i mam nadzieję, że moje kolejne opowiadania sprawią Ci więcej przyjemności :)

Dziękuję za wizytę i że doczytałaś do końca ;)

Zanaisie, pozostaję z nadzieją graniczącą z pewnością, że lektura wielu Twoich opowiadań sprawi mi jeszcze mnóstwo przyjemności. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało się: Całkiem wiarygodnie przedstawiona Wiedźma.

Nie podobało się: Odniosłem wrażenie że jest trochę niezdecydowania w opowiadaniu starodawnego motywu na nowo. 

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Hej, Olgierdzie

Jeśli wiedźma wydawała się wiarygodna, to już dla mnie powód do radości, bo zawsze staram się skupić na bohaterach. Fabularnie bywa gorzej ;)

Hm, z tym niezdecydowaniem nie bardzo wiem, co masz na myśli.

Pozdrawiam i dzięki za lekturę

Wicked!

 

W zeszłym roku napisałeś tekst, w którym pytali: “czy zjedli tu murzyna”. W tym roku poszedłeś o krok dalej. Jest groza, jest kanibalizm – nic, tylko się zanurzyć. Zacne ujęcie perspektywy czarownicy, która istnieje po to, by skończyć w piecu. Umiejętnie mieszasz bajkę z jej perspektywy z rozważaniami na temat roli i położenia bohaterów, a także roli samych historii w ludzkiej zbiorowości. Opowieść jest niby przewidywalna, ale Atrament i położenie ciężaru na inne aspekty powodują, że wciąga i intryguje. CM chyba kiedyś napisał cos podobnego, ale nie w konwencji grozy (nie mogę linka znaleźć…)

Kupuję spojrzenie wiedźmy, która “lubi obcować z mięsem”. Odnoszę nawet wrażenie, że wręcz rozumiem jej punkt widzenia (spokojnie, i nie ma to nic wspólnego z kanibalizmem). Bardzo obrazowo pokazałeś to i przez to kreacja postaci nabiera głębi i budzi niepokój. Brawo!

Atrament jest pokazana w mniejszym stopniu, ale nadal wystarczająco. Natomiast zagadką jest dla mnie Później i ich relacja. Jeszcze nie wpadłem, co chciałeś pokazać tą postacią. Zakładam, że istotna jest scena kąpieli, ale nie potrafię jej powiązać z opowieściami. Pewnie dlatego druga połowa tekstu dłużyła mi się miejscami, bo nie wyłapałem też, do czego nawiązywały te kolejne próby sił (czyżby walka w celu znalezienia zakończenia po blokadzie? ) ;-)

Ładnie, obrazowo, miejscami naprawdę niekomfortowo. Wyszło. Pomyślę nad nominacją.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Hej, Krarze

W zeszłym roku napisałeś tekst, w którym pytali: “czy zjedli tu murzyna”. W tym roku poszedłeś o krok dalej. Jest groza, jest kanibalizm – nic, tylko się zanurzyć.

Raz na rok trzeba coś z kanibalizmem napisać ;)

 

Zakończenie jest przewidywalne, ale skoro opowiadanie jest o tworzeniu opowieści, nie mogło być inaczej. Kajdany przyjętego założenia. Liczyłem na to, że środek zaintryguje.

Wiedźma potrzebowała nieco głębi. To archetyp zła odpowiedzialnego za zaginione dzieci, ubrany w postać złej czarownicy z lasu. Ale jak to bywa z wybielaniem złych postaci, nie zawsze da się trafić, dlatego miło mi, że ją rozumiesz – znaczy, że coś wyszło :)

Scena z kąpielą pokazuje afrykańskie korzenie Później, ale też głód opowieści (głównie kultury białego człowieka), który zabiera i przekształca kulturę innych krajów/kontynentów. Atrament zabiera głos Później, przekształca jego pieśń na swoją, w końcu zjada dosłownie jego mózg, co i łączy się z bajką o Jasiu i Małgosi i tą opowieścią. To także scena, która początkowo musi się znaleźć w tej opowieści, wiedźma w końcu jest kanibalem, Atrament zaś ustawia sceny i wypróbowuje je, by ostatecznie ukształtować całą historię.

Jak sama mówi: ludzie zmienią szczegóły. Ważny jest ogólny zarys i sam proces powstawania historii.

Dzięki za wizytę i pozdrawiam! :)

Scena z kąpielą pokazuje afrykańskie korzenie Później, ale też głód opowieści (głównie kultury białego człowieka), który zabiera i przekształca kulturę innych krajów/kontynentów.

Tego nie złapałem, jakoś nie patrzyłem na chłopca jak na symbol Afryki – choć są ku temu przesłanki. Teraz faktycznie nabiera to spójności, choć imho mogłeś to jakoś bardziej zarysować (chyba że inni zrozumieli a tylko ja gapa ;-) ) Czas rzucic okiem na komentarze…

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Czarnoskóry syn szamana, podczas kąpieli jest porównanie do diamentów i złota. Ty nie gapa, inni też nie załapali Późnieja, choć przyznam, że nie robiłem go jakąś skomplikowaną metaforą czegoś. Przede wszystkim miał być zjedzony – musi być Jaś i musi być horror. Pewnie mogłem zrobić to lepiej, po fakcie zawsze człowiek mądry ;p

Przyjemnie się czytało :)

Przynoszę radość :)

Hej, Anet

Miło mi :)

Hej Zan!

 

Pomysł może nie jakoś bardzo oryginalny, ale bardzo dobrze podany, z mądrością której brakowało mi w innych tego typu opowieściach. Jest ciekawie, tajemniczo, choć początek nieco przegadany i dla mnie mógłby być nieco krótszy.

Bardzo horrorowo nie było, raczej obrzydliwie, ale mi to nie przeszkadza.

Najmocniejszym punktem jest dla mnie wiedźma, niejednoznaczna, ani dobra, ani zła, o której zmieniamy opinię wraz z tekstem. Bardzo lubię tego typu postacie, bo i wyglądają realistycznie, i skłaniają do refleksji.

O stylu rozpisywać się nie będę, bo jak zwykle bardzo dobrze; i w sumie tyle mogę napisać ;)

 

Dlaczego nie widziała tego wcześniej? Wszystko jest brudne i krzywe. Nawet ona. Czy zawsze tak mieszkała? Jak… zwierzę?

Kurde, to ja w moim studenckim barłogu xD

 

Tekst na pewno będę miło wspominać, ale czy długo? Jeszcze nie wiem ;)

 

Dziękuję za lekturę!

Hej, Gruszel

Pomysł może nie jakoś bardzo oryginalny, ale bardzo dobrze podany, z mądrością której brakowało mi w innych tego typu opowieściach

Oryginalny pomysł u mnie? Herezja! ;)

Jest ciekawie, tajemniczo, choć początek nieco przegadany i dla mnie mógłby być nieco krótszy.

Najmocniejszym punktem jest dla mnie wiedźma, niejednoznaczna, ani dobra, ani zła, o której zmieniamy opinię wraz z tekstem. Bardzo lubię tego typu postacie, bo i wyglądają realistycznie, i skłaniają do refleksji.

Te dwa zdania (trzy) się łączą. Początek to sama wiedźma, jej psychika i spojrzenie na świat, dzięki czemu później może się zmieniać, przejść ze złej, archetypowej wiedźmy na trochę mniej złą, a nawet może i budząca litość w swym uwięzieniu. Bez tego początku trochę by mi bohaterka “kulała” ;) Oczywiście, masz pełne prawo do bycia znudzoną początkiem :) Przyjmuję do wiadomości.

Bardzo horrorowo nie było, raczej obrzydliwie, ale mi to nie przeszkadza.

Cieszę się, bo jeszcze nie czytałem horroru, który by straszył, więc nie wiem, jak taki napisać.

O stylu rozpisywać się nie będę, bo jak zwykle bardzo dobrze; i w sumie tyle mogę napisać ;)

Kwestia gustu ;) Wielu uznało za zbyt ekstrawagancki.

Kurde, to ja w moim studenckim barłogu xD

To chyba normalne? U mnie było tak samo. Jeszcze się nasprzątasz ;)

Tekst na pewno będę miło wspominać, ale czy długo? Jeszcze nie wiem ;)

Wystarczy, jeśli wspomnisz przy czytaniu o Babie Jadzie i wrednej Małgosi :P

 

Dziękuję za odwiedziny!

 

To zawsze trochę dziwne, by komentować – i to jeszcze celem uzasadnienia głosu piórkowego – tekst, który się betowało, bo widziałem jak on się zmieniał. I w tym wypadku mam ciężki orzech do zgryzienia, bo o ile teks tnie odbiegł wiele od pierwotnej formy, to został zauważalnie poprawiony w kilku strategicznych miejscach.

Już w komentarzu betowym wskazywałem, że do pewnego momentu ten tekst ociera się – w moim odczuciu – o piórkowość. Mimo to nie nominowałem go, by oddać decyzję o jego przyszłych losach w ręce czytelników, którzy nie byli zaangażowani w betę. Jak widać, tekst został dominowany do głosowania. ;)

Posłużę się częściowo komentarzem z bety, ale będą tez nowe wstawki.

Od pierwszych zdań opowiadanie bardzo mi się podobało, ale ja chyba tak już mam, że lubię twoje pisanie, więc muszę się wysilić, żeby zebrać jakąś garść uwag. 

W pierwszych akapitach uwodzisz słowem, opisy przemyśleń Baby Jagi są fenomenalne. To ci się udało i chylę czoła. W ogóle był taki moment, że pomyślałem, że to jest opowiadanie wręcz piórkowe. Później pojawili się Atrament i Później i byłem niesamowicie ciekaw, gdzie nas to zabierze. 

Później, który dla mnie osobiście był bardziej intrygujący (ta scena z korzeniami, kiedy Atrament mu mówi, że ten ma się bać), tak sobie po prostu ginie (bo już nie ma historii, wiem, wiem). To czysto subiektywne, ale byłem zawiedziony.

Potem narracja już staje się trochę mniej wyszukana – choć trafiają się perełki – i sama Baba Jaga schodzi na dalszy plan, za to zainteresowanie skupia się na Atrament. I tu tkwi również największa siła tego opowiadania, ta przewrotność, kiedy w jakiś cudownie niepojmowalny sposób sprawiasz, że czytelnik sympatyzuje z Babą jaga, czyli zjadaczka dzieci i bajkowym potworem, a przecież nie dokonujesz w niej żadnej przemiany. Nadal jest potworem z lasu. Tylko potworem bezsilnym, który wpadł w sidła mocy o wiele większej niż on sam.

Doskonale się to komponuje z zagubieniem Baby Jagi, która nie bardzo wie, kim jest.

To znakomity retelling i przełamanie schematu.

Zakończenie opowiadania to już zabawa formą. Już nie tylko obserwujemy Atrament i Babe Jage, tylko jesteśmy świadkami rodzenia się opowieści. Tego, jak wyrasta a archetypu, pierwotnych obaw – i jak chce być opowiedziana. Dostrzegam tam  potencjał, by tekst wynieść na jakiś meta-tekstowy poziom i opowiedzieć o autorze piszącym tekst czy o rodzącej się opowieści, która jest poprawiana i zmieniana. Szkoda, że nie pociągnąłeś tej myśli dalej, miałbym teraz łatwiejszą decyzję.

Niemniej jednak tekst uważam za najbardziej pomysłowy z kandydatów do piórka w tym miesiącu, wydaje mi się, że wart jest umieszczenia w antologii. Dlatego będę na TAK.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Czasem zbliża do niego wykrzywioną twarz i głośno wciąga zwietrzały zapach cierpiącego mięsa. Gdy już naprawdę nie może wytrzymać głodu, otwiera żelazne drzwiczki – w które tak często uderzały małe piąstki – po czym zagląda do środka, szukając zaschniętych linii tłuszczu. Wysuwa cienki jak u węża język i przesuwa nim po sczerniałych śladach, mlaskając głośno, gdy wspomnienie dawnych smaków rozlewa się po brzuchu.

Ach, Zanaisie, myślałem, że masz świadomość, że od nadmiaru słodyczy może zemdlić.

 

Ona rozszerza oczy na widok chaty, usta czerwone jak krew rozciągają się w uśmiechu. Krótka sukienka odsłania zdrową, złocistą skórę, marszczy się na piersiach, które dopiero zakwitną. On? Niski, czarnoskóry, chuderlawy. Pełne wargi są zaciśnięte i szare, oczy zaś mętne, puste, wodniste. Starucha cmoka, z niezadowoleniem oceniając patykowate nogi, kościste ramiona.

Witaj, Zanaisie!

Zerknąłem w komentarze, żeby sprawdzić, czy ktoś zwrócił na to uwagę i prawdopodobnie będę w mniejszości. Trudno. Uważam, że to opowiadanie toczy okropna epitetoza, w jednym miejscu pojawiły się wręcz cztery (!) określenia pod rząd. IMO rozwadnia to przekaz, bo historia jest tak doprawiona, że widać same przyprawy i gdzieś umyka mięsko.

Pomysł miałeś w istocie zacny, bo wywróciłeś jasiomałgosiową bajkę na dziesiątą stronę w oryginalny, interesujący sposób. Nie spodziewałbym się po Twoim piórze, że mogłoby być inaczej. Odniosłem jednak wrażenie, że napięcie fluktuuje, żeby nie powiedzieć – siada, gdy nimb niejednoznaczności powoli opada, a Atrament nadal bawi się ze staruchą niczym kot ze swoją ofiarą.

Jak kwiat do kożucha pasuje w tym wszystkim szejk w opowiadaniu Później. :P

Wiele już zostało napisane o tym opowiadaniu, więc żeby się nie powtarzać: poniżej pewnego poziomu nie schodzisz, Zanaisie, choć tym razem nie poczułem się zachwycony. Rozwodniłeś tekst epitetami i scenami grozy, a jedne i drugie powinny służyć pokazaniu czegoś, a nie stanowić eksponat same w sobie. Przeczytałem bezboleśnie, choć gdy karty powoli wykładały się na stół, poczułem znużenie.

Hej, Geki

Sprawa piórkowa z tekstem betowanym zawsze jest problematyczna – miałem to samo u Ciebie ;)

Zmiany w tekście były w głównej mierze spowodowane tym, że mogłem pójść w różne strony, skupiłem się początkowo bardziej na postaci wiedźmy, później nastąpiła zmiana na proces tworzenia historii. Osobiście uważam, że trochę zabrakło limitu, ale są i głosy, że przynudzam, więc może i dobrze ;)

Dzięki za TAKa i cieszę się, że chciałbyś tekst zobaczyć w NF-owej antologii, ale na to szans nie ma :P

Pozdrawiam

 

Hej. MrBrightside

Ach, Zanaisie, myślałem, że masz świadomość, że od nadmiaru słodyczy może zemdlić.

Kusi zażartować, że domek Baby Jagi wymaga trochę mdłości, ale poprzestańmy na pewnym stylu opowiadania, który niekoniecznie pasuje każdemu xD

Epitetoza tutaj jest, przyznaję, ale poczyniona świadomie i z premedytacją. Taki styl pasował mi do opowieści i myślę, że walka z nim odbyłaby się tylko ze szkodą dla opowiadania. Mimo to rozumiem, że zemdliło ;)

Odniosłem jednak wrażenie, że napięcie fluktuuje, żeby nie powiedzieć – siada, gdy nimb niejednoznaczności powoli opada, a Atrament nadal bawi się ze staruchą niczym kot ze swoją ofiarą.

Czasem wyjaśnienie zabiera całą tajemniczość i atrakcyjność. Bywa :)

Jak kwiat do kożucha pasuje w tym wszystkim szejk w opowiadaniu Później. :P

Hm, szejk może pasuje jak kwiat do kożucha, ale sama opowieść jest nie tylko zaczerpnięta z prawdziwego folkloru, lecz także odnosi się do kanibalizmu oraz pokazuje afrykańskie korzenie Później i wyjaśnia jego rolę u boku Atrament. Dla mnie pasuje ;P

Wiele już zostało napisane o tym opowiadaniu, więc żeby się nie powtarzać: poniżej pewnego poziomu nie schodzisz, Zanaisie, choć tym razem nie poczułem się zachwycony

Nie można zachwycić wszystkim. Nie podeszło, to nie podeszło. Dziękuję za lekturę i mam nadzieję, że nie zanudziłeś się zbyt mocno :P

Pozdrawiam

Wracam okołopiórkowo: miałam spore myślenice, bo uważam, że pomysł zasługuje na publikację, ale jednocześnie miałam tyle z tym tekstem w jego obecnej formie tyle problemów, że nie mogę dać TAK-a. Niemniej jestem przekonana, że jeśli TAKi przeważą, poradzisz sobie z uzdatnieniem opka na potrzeby antologii ;)

http://altronapoleone.home.blog

Wracam okołopiórkowo: miałam spore myślenice, bo uważam, że pomysł zasługuje na publikację, ale jednocześnie miałam tyle z tym tekstem w jego obecnej formie tyle problemów, że nie mogę dać TAK-a. Niemniej jestem przekonana, że jeśli TAKi przeważą, poradzisz sobie z uzdatnieniem opka na potrzeby antologii ;)

Uzdatnianie odpada, bo tekst jest już po korekcie i ukaże się w „Baźniach” Domu Horroru :)

A, to gratulacje!

http://altronapoleone.home.blog

A dziękuję, spodobał się w obecnej formie ;)

Nowa Fantastyka