- Opowiadanie: Krokus - Powiadają, że drzewa mają dusze

Powiadają, że drzewa mają dusze

Opowiadanie o miłości z elementami erotyki (w założeniu miał to być po prostu erotyk), choć na becie padła opinia, że to tekst nawet trochę antyerotyczny. Z niemałą obawą opinię zostawiam Wam, drodzy czytelnicy.

 

Serdecznie dziękuję betującym (w kolejności alfabetycznej): Anoia, Asylum, ManeTekelFares, Radek, Zanais. Wykonali kawał dobrej roboty, za co należą im się brawa! Do tego opowiadanie wisiało im na profilach pod trzema różnymi tytułami, po czym publikuję je pod jeszcze innym – tak zadecydowała moja żona...

 

Na końcu tekstu wstawiam zdjęcie alei, która była pierwowzorem miejsca akcji – drogi do bramy pobernardyńskiego klasztoru w Ostrzeszowie.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Powiadają, że drzewa mają dusze

Trybularz dynda na trzech łańcuszkach, dym obejmuje zakapturzone sylwetki, sięga murów klasztornych. Niewielka procesja mamrocze:

– Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio…*

Dookoła jeszcze rosa, a na łąkach pod klasztornym wzgórzem mgły. Braciszek kaptur habitu ma naciągnięty na głowę, patrzy w dymiącą szkatułę. Przymyka oczy i potyka się na bruku, ale siostrzyczki za plecami ani drgną i dalej mamroczą:

– …tuque, Princeps militiae Caelestis…**

Mamroczą tak co dzień rano i wieczór. Rano z kadzidłem, by przepędzić zło, co nocą przylazło pod mury, a wieczorem z wodą święconą, by żadne licho na ogrodzenie wejść nie mogło.

 …divina virtute in infernum detrude. Amen.***

Dzień za dniem tępią zło, co na klasztor czyha; to nieochrzczone, które z prastarych czasów zostało, i wciąż mami ludzi słabego ducha. Plewią i plewią, wyplewić nie mogą.

 

* Święty Michale Archaniele, broń nas w walce…

** …a Ty, Książę wojska niebieskiego…

*** …mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

 

Swaty

 

W sadzie, na jabłoni, tej co tuż przy murze klasztornym rośnie, siedzi Zyta w letnim habicie. Macha nogami na przemian, a jakby jaki młodzian pod drzewem stanął, to może i co ciekawego by zobaczył, ale w dole jeno świerszcze. Imię ma nieprzypadkowe, bo jak przez alfabet spojrzeć to Zyta na samym końcu stoi i tak właśnie nazywają wszystkie siostry co z hańby, a nie powołania, do klasztoru przystają. Wgryza się w jabłko, a sok ścieka jej po brodzie jak kwaśne łzy.

Dziewczynie jest tu dobrze. Gałąź w sadzie to ostatnia wolność jaka jej została i zawsze gdy przeorysza do miasta wychodzi, młoda siostra na drzewo włazi i wspomina chwile spędzone w ogrodzie, sadzie i lesie ojca. Ojciec, papa, dał jej na chrzcie Agnieszka, bo to imię w alfabecie najpierwsze, a ona pierwszą córą była. Ten sam papa przywiózł ją później do klasztoru i w złocie za trzydzieści lat z góry zapłacił. Gdy odjeżdżał, nie spojrzał za siebie ni razu.

Zyta widzi, jak drogą ku wzgórzu klasztornemu jedzie wóz drabiniasty, a powozi stary leśnik, Maciej Kozioł. Człek prosty, dobrze mu z oczu patrzy, ale gębę ma typowo chłopską i wobec murów zakonu przepełnioną strachem. Za plecami Macieja jedzie na wozie mały las, bo leśnik będzie sadzić młode lipy po obu stronach drogi do bramy klasztornej. Teraz po bokach stoją jeno płoty: z lewej ten, co sad okala, a z prawej ten, co winnicę ogradza. W letnie popołudnia słońce pali ubitą ziemię i przez to możni niechętnie na modlitwy chadzają.

Leśnik wstrzymuje konia u stóp wzgórza, na początku drogi do bramy. Zyta w podskokach, jak dziewczynka, gna w dół. Uśmiecha się, spod welonu na twarz spada jej czarny kosmyk, co go zawsze za ucho zaczepia, a ten wciąż, i wciąż chce oczy zasłaniać i po nosie gilgać.

– Pochwalony, panie Macieju!

Leśnik już karmiak koniowi zawiesił, a teraz patrzy niepewnie na młodą siostrzyczkę i boi się, tak jak się boi wszystkiego, co klątwę może rzucić.

– Pochwalony – odpowiada.

– Pan sam je będzie sadził?

Maciej w oczach ma strach, a w ustach źdźbło.

– Ano, sam.

Zyta ogląda sadzonki, zerka co chwila na leśnika, a uśmiecha się przy tym tak, że piernika za serce ściska i trochę niżej również. Jeszcze większy go strach na to bierze.

– Pan ma je już poukładane, która gdzie ma rosnąć?

– Po… poukładane?

Błyskają oczy dzierlatki, serce mocniej wybija rytm.

– Mnie właśnie przeorysza wysłała – mówi i obserwuje leśnika, ale temu jeno strachem twarz zachodzi – żeby pilnować, jak pan Kozioł lipy układa, czy pasować będą.

Maciej szeroko otwiera oczy i usta, a źdźbło spada na ziemię. Siostrzyczka natomiast rozgląda się, jakby kto miał ich podglądać.

– Pan się nie martwi, panie Macieju – mówi nieco ciszej. – Wiemy, jaka z przeoryszy wredna jędza. – Leśnik aż podskakuje i jęczy na te bluźnierstwa. – Ja je poukładam, troski oszczędzę.

Kozioł patrzy na dzierlatkę i nie wie co zrobić. Zyta uśmiecha się i kiwa głową, on powtarza ruch, ale nieco wolniej. W końcu bierze szpadel i idzie kopać.

Siostrzyczka wdrapuje się na wóz i dotyka pierwszej lipy. Wdycha woń liści, przytyka ucho do gałązek i słucha, bo choć nieochrzczone, drzewa mają i duszę, i serce, a słuchając serca, wiele dobrego można uczynić. Tak nauczał Jaśko, gdy chadzali po sadach i lasach papy. Kazał jej się przytulać do drzew, słuchać jak soki krążą po żyłach, a serce śpiewa i tęskni za wiatrem, co gałęziami kołysze. Tak właśnie kochają drzewa, mówił, muskają liśćmi korę pni i gałęzi, są delikatne, nie wadzą sobie, ale razem ku słońcu wzrastają. I sam muskał jej szyję opuszkami palców, a wiaterkiem oddechu głaskał skórę między pocałunkami. Mówił, że usychają tylko te drzewa, które nigdzie dookoła nie napotkają swej bratniej duszy lub kochającego serca, a ona mu wierzyła. Gdy tak wysłuchiwała melodii drzewnej miłości, wtulała się w pień, on podchodził od tyłu, przyciskał tors do jej pleców, lędźwie do pośladków i szeptał. Ręce błądziły, to po drzewie, to po biodrach i wyżej. Zyta, choć we wspomnieniach jeszcze Agnieszka, uśmiecha się smutno.

Widzi, że Maciej Kozioł już połowę dołów pod sadzonki wykopał. Siostra chwyta więc liście, słucha uważniej. Serce tego drzewa jest wrażliwe, niewieście, a w tamtym dzikie jak u młodziana. Długie chwile mijają, ale Zyta już wie, gdzie którą lipę wkopać, by naprzeciw siebie rosły te, co obdarzą się uczuciem. Dobiera je w dwanaście par, bo każda dwójka posadzonych drzew to zasiana miłość.

 

Dusza

 

Lubomir uwielbia obserwować – to najciekawsza z jego życiowych przyjemności. Ogląda więc wszystko, co tylko dojrzeć może.

Lubi swoich braci, tych jedenastu co przy sadzie rosną. Gdy wiatr szarpie gałęzie, Lubomir kołysze ramionami jak oni. Lipy rosnące naprzeciwko, wydają się obce i odległe jak przeciwny brzeg jeziora.

Swoje imię zawdzięcza służce bożej, Zycie, która co dzień wychodzi przez bramę klasztorną i drzewa pielęgnuje. Zaczyna od strony sadu, lipa po lipie, przemyka dłońmi między liśćmi, głaszcze korę na gałęziach i wciąż giętkich pniach. U stóp wzgórza przechodzi na drugą stronę, przy winnicy, i drzewo po drzewie, wraca ku bramie, a Lubo z zazdrością patrzy, jak bawi się gałązkami tych lip naprzeciwko.

Łaknie pieszczot zakonnicy, całe dnie tęskni za dotykiem, chce poczuć ciepło jej ciała na korze. Nie może się doczekać, aż wzrośnie, a pień zesztywnieje, nabierze obwodu, kora pomarszczy się i zgrubieje. Siostrzyczka przyjdzie, obejmie go i będzie szeptać to, co i teraz: trochę o miłości, trochę o trosce.

Przychodzą i dni zimniejsze, chłód do snu tuli; Lubo ani nie spojrzy, a już nagi stoi, oczy przymyka. W ostatnim widzie, płatki śniegu leniwie i chaotycznie padają na drogę.

Budzi go słońce i mrowienie pod korą, jest wiosna. Bracia i te lipy naprzeciwko, wszyscy nadzy, wystawiają gałęzie do słońca.

Co kilka dni obserwuje, jak możni do klasztoru spacerują. Panowie w kapeluszach i z fajkami rozprawiają między sobą, a za nimi idę one: piękne damy i ich córki. Lubomir patrzy na suknie do ziemi, na wąskie talie i dumne piersi, aż go pod korą swędzi. Napatrzeć się nie może na delikatne, białe twarze, jakże inne od tych chłopskich, ogorzałych słońcem i wysuszonych wiatrem. A gdy tylko znikają, wypatruje ich na nowo i tak mu mija dzień za dniem.

Przychodzi lato, damy spacerują z parasolami, by ochronić się przed słońcem, a Lubo chciałby nakryć je swoimi liśćmi. Wstyd mu, bo sięga gałęziami ledwie na kilka stóp w stronę drogi.

Frustracje koi Zyta. Odwiedza go co dzień po południu, tuli, muska i szepcze.

Przychodzi jesień, za jesienią zima, a po zimie znów budzą go pąki na gałęziach. Choć tego nie dostrzega, wzrasta; kora mu grubieje, a konary sięgają coraz dalej i coraz wyżej, czas płynie szybciej i szybciej. Córki stają się damami, damy maszerują już jako matrony. Lubo wciąż nie może się napatrzeć, a gałęziami zuchwale sięga ponad drogę.

Coraz częściej nie zasypia na noc, odkrywa przyjemności spoza słonecznego światła, bo gdy dzień zasypia, budzą się potwory. Odwiedzają ich Skrzaty, Baby i Północnice, czasem przychodzi Bies, a raz przybył sam Borowy, by opowiadać historie starych lasów. Jednak Lubo co noc wypatruje Rusałek w zwiewnych giezłach, z włosami opadającymi na ramiona. Biegają między lipami, a w świetle księżyca widzi ich talie, biodra i nogi przez lekki materiał; znów swędzi go pod korą.

Przychodzi noc inna niż poprzednie, gdy Lubo staje obok swego pnia, w ciele jak ludzkim. Jest nagi, bada dłońmi tors, brzuch, uda, przeczesuje palcami krótkie włosy, w których czuje pojedyncze listki. Rozgląda się, szuka kogoś, kto mógłby wytłumaczyć te dziwy, ale dziś żadne nocne stwory nie biegają między lipami. Słyszy szelest z naprzeciwka, od drzew co przy winnicy rosną. Wytęża wzrok, ale nic nie dostrzega. W strachu i oczekiwaniu, oparty o swój pień, zasypia.

Po południu przychodzi Zyta. Wtula się w korę, ale Lubo widzi, że to już nie ta Zyta co kiedyś. Ciało wciąż ciepłe, ale nie tak jędrne, a skóra twarzy naznaczona zagięciami i przebarwieniami. Kosmyk, co na twarz spod welonu spada, już nie czernieje, a połyskuje srebrnymi włosami.

– Boisz się, Lubo – mówi.

Drzewo nie wie, czy to pytanie, czy stwierdzenie. Nie ma jak odpowiedzieć.

– Usłyszę cię, jeśli zechcesz. – Zyta obejmuje pień jeszcze mocniej, ucho przyciska do kory. Czeka.

Lubo nie wie, co zrobić, boi się nie mniej niż nocą, ale wtulona kobieta koi jego nerwy i drzewo zaczyna opowiadać. Gdy kończy, siostra przesuwa ręką po korze i mówi:

– Jesteś Drzewną Duszą, Lubo. To nie chrzest i nie wiara tworzy dusze, one są we wszystkim, co żyje. Odważ się, wyjdź i żyj.

 

Jesień

 

Lubo spod swego pnia obserwuje nocne życie Skrzatów, gdy tuż za nim, przez płot przeskakuje Rusałka. W podwiniętym gieźle trzyma jabłka, odsłaniając przy tym wszystko od pasa w dół. Duch czuje, jak pąs wychodzi mu na twarz, gdy przypomina sobie, że sam jest nagi, jednak robi krok w przód. Chce pomóc, ale miast chwycić skaczące z ogrodzenia dziewczę, trąca ją niezdarnie. Owoce rozsypują się, a Lubo zaraz klęka i próbuje wszystkie wyzbierać. Czuje dłoń na ramieniu. Podnosi wzrok, obok kuca Rusałka i patrzy wprost w jego oczy. Jedną ręką chwyta jabłko, drugą podciąga Ducha za brodę, by wstał. Wgryza się w miąższ owocu, skórka chrupie, a sok wycieka z boku. Chłopak tonie w srebrzystych oczach i zamiera bezradnie. Patrzy na wilgotne usta, lekko rozwarte. Chciałby chwycić ją za policzek, ale w rękach trzyma wyzbierane jabłka. Rusałka podchodzi tak, że Lubo czuje jej piersi na torsie. Wzdryga się, nachyla i usta ich łączą się w pocałunku. Jest słodki, bo hojnie w tym roku sad obrodził. Chwilę późnej chłopak widzi już tylko zwiewne giezło niknące wśród cieni.

Gdy nadchodzi dzień, Duch pogrąża się w swoim pniu i wraca myślami do nocy. Ze stuporu wyrywa go dreszcz, co idzie z gałęzi, którą najśmielej do przodu wypuścił. Patrzy na drogę, a tam niknie granica między cieniem jego i tej lipy naprzeciwko. A jaka ona ładna, nie zauważył wcześniej. Wiatr kołysze konarami tak, że liście Lubo muskają jej korę, ich gałęzie haczą o siebie w nieśmiałym tańcu. To znacznie przyjemniejsze niż plątanie się korzeniami pod ziemią.

– Bogna. – Liście dziewczyny mówią dotykiem.

– Lubo – odpowiada w ten sam sposób.

Ma wrażenie, że od gałęzi Bogny bije ciepło, takie jakim darzyła go wcześniej Zyta, gdy tuliła się lata temu.

Czuje, jak wchłania wodę z gleby, a ta krąży naczyniami przez pień i gałęzie, aż po liście, które zielenią się jak nigdy dotąd. Ma wrażenie, jakby drugi raz w tym roku wypuszczał pąki. Wiej, wietrze, myśli, łaknie muskania jej liści, chciałby ją dotknąć kora o korę, ale wiatr cichnie.

Gdy przychodzą wieczorne mgły i okalają wzgórze białą tonią, Duchowi o ludzkim obliczu miesza się w głowie. Patrząc na sad, oblizuje wargi, przypomina sobie jabłkowe usta Rusałki. Kiedy zerka w drugą stronę, ciepło rozlewa mu się od serca do najdalszych zakamarków ciała. Gdyby mógł schwycić Bognę, ująć za rękę, a może i pocałować. Na samą myśl jakby gorączka go brała, tak soki krążą mu w żyłach, choć wrześniowa noc zwiastuje już jesień.

Wystarczyłoby przejść przez drogę, na której mienią się srebrzyste plamy księżycowego światła. Lubo robi krok w przód, ale wtedy za plecami trzaska gałązka.

Rusałka przemyka wzdłuż płotu, przystaje. Duch nie potrafi stwierdzić, czy to ta sama, którą całował. Dziewczę ręką zachęca, by za nią podążał i biegnie w dół, ku łące. Lubo chce ją zawołać, ale głos więźnie w gardle. Jak ona może mieć na imię?

Rusza w pogoń, gna co sił. Mija swych braci, jest coraz bliżej, ale ona zaraz wbiegnie w mgliste jezioro, czarne włosy znikną w bieli. Przecinając drogę z lasów do miasta, próbuje schwycić dziewczynę, ale łapie tylko giezło. Materiał drze się, Lubo puszcza, przystaje. Strach go bierze, co powie Rusałka, która zniknęła już w mlecznej toni.

Cisza. Nie słychać nawet kroków z podmokłej łąki.

Z mgły dochodzi chichot. Księżycowe światło wydobywa z bieli czarnowłosą. Duch robi krok w przód, dziewczyna się cofa, Lubo idzie coraz pewniej, widzi ją już wyraźnie. Czuje, że stopy trafiają na twardy grunt, jakby wyspę na bagnach, którą teraz otacza chmura. Dostrzega Rusałkę, to chyba nie ta z jabłkowymi ustami. Z giezła niewiele zostało, wisi na jednym ramieniu, odsłaniając pierś. Dziewczyna dwoma palcami chwyta materiał, odsuwa ramiączko na bok, koszula opada na ziemię.

Lubo nie chce podejść bliżej – nie objąłby wzrokiem jej całej, gładkich nóg, talii jak u szlachcianek w gorsetach, piersi rozchodzących się na boki, figlarnego uśmiechu i zadziornych oczu. Nie chce z niczego zrezygnować, wciąż patrzy i chce, by to trwało wieczność, ale dziewczyna podchodzi, dłonią przesuwa po jego twarzy, zamykając mu powieki. Lubo czuje jej ciepło, a potem całe ciało jak przylega, oplata go nogami. Ich oddechy się krzyżują, usta łączą. Duch chce tę chwilę rozciągnąć, ale czas podstępnie umyka.

Wschodzi słońce i Lubo pierwszy raz czuje, by na jesień taki chłód go brał od korzeni. Wciąż patrzy przez drogę za dnia i w nocy, ale Bogna jakby opuściła swój pień, choć z dnia na dzień stroi się w coraz to piękniejsze barwy. Tak mija dzień za dniem, aż do końca jesieni, gdy oboje, nago stojąc, zapadają w zimowy sen.

 

Wiosna

 

Strzelają zielone pąki i Lubo znów mniej śpi, a więcej patrzy. Nocami dostrzega po drugiej stronie drogi cień, jednak nie widzi, czy to znów jakaś Rusałka, czy może Bogna. Na równonoc robi nawet krok w stronę zjawy, ale wtem chmury nadchodzą i całą aleję w cieniu kryją.

Wiosenny wiatr kołysze gałęziami i Bogna, głaskana liśćmi, znów się odzywa. Razem wyciągają ku słońcu ramiona.

Nocą księżyc świeci mocno na rozgwieżdżonym niebie. Lubo staje obok swego pnia, ale stara się trzymać cienia. Czas płynie wolno, choć zawsze gnał, chłopak czeka niecierpliwie, w końcu jest! Widzi dziewczynę, schowaną nieco za drzewem, kąciki ust Lubomira wędrują ku górze, chce iść do przodu, ale spogląda na drogę. To granica. Tam do góry, gałęzie łączą się niczym łuk mostu nad rzeką, ale tu, u dołu, ubity trakt przeraża niczym górski potok.

Bogna w kilku krokach podbiega do sąsiedniej lipy, tej co rośnie nieco niżej. Lubo zerka w prawo, na brata, idzie w dół.

Dochodzi do ostatniego drzewa w rzędzie, opiera się dłońmi o korę. Tu aleja lip dochodzi do szlaku wiodącego od lasów na prawo, do miasta na lewo. Na wprost jest bagnista łąka, zasnuta wieczorną mgłą, jak dymem z kadzidła, który co ranek spowija klasztorne mury. Duch słyszy szelest po drugiej stronie, patrzy. Rozmyty cień niknie w wilgotnej zawiesinie.

Lubo niepewnie robi krok do przodu, jedną dłoń wciąż trzyma na pniu, ogląda się w stronę bramy. Pusto, choć ma wrażenie, że wszystkie drzewa na niego patrzą.

Paznokciami drapie korę, zaciska dłoń i już stoi sam, na wprost jest mgła, a we mgle jest ona. Wzdycha głęboko i postępuje o krok, i jeszcze jeden. Wolno zanurza się w bieli, podmokła trawa chwyta jego stopy.

Staje. Z lewej słyszy chlupot, to kroki, to ona. Lubo idzie w stronę głosów, soki uderzają do głowy, dzwoni mu w uszach. Widzi cień, to ludzka sylwetka wyłania się z mgły, jeszcze krok, dwa i zobaczy ją wyraźnie.

Bogna trzyma ręce przy tułowiu, przebiera palcami, prostuje je, a potem zaciska. Patrzy w dół, nie chce podnosić wzroku, ale usta się uśmiechają, choć próbuje być poważna. Długie, ciemne włosy, pozlepiane od wilgoci, przeplecione liśćmi, opadają na ramiona i niżej, zasłaniając nieco piersi. Lubo mierzy ją wzrokiem od góry do dołu, całą nagą. Marszczy brwi, robi krok do przodu.

Bogna nie jest ani jak damy w sukniach, ani jak Rusałki. Biodra ma szersze, a talię prostą, bez wcięcia. Szerokie ramiona nie współgrają z niewielkimi piersiami, a skóra, choć posrebrzana księżycowym światłem, ma oliwkową, przybrudzoną barwę, jakże inną od bladych lic panien idących na mszę.

Bogna podnosi wzrok, patrzy mu w oczy, wzdryga się mimowolnie. Wyciąga rękę, chce ująć jego dłoń.

– Lubo?

Duch dwoma palcami rozgarnia kosmyki jej włosów – kilka na lewo, kilka na prawo. Marszczy brwi. Trąca jej skórę opuszką palca, jest ciepła. Chłopak kręci głową, patrząc na zbyt duże brodawki. Widzi, jak ciało dziewczyny drży.

– Zimno mi – mówi Bogna.

Lubo wreszcie patrzy na jej twarz, na oczy, z których płyną łzy. Dreszcz przechodzi mu po plecach – takie piękno w tych oczach, ale i strach, i smutek.

Bogna zaciska powieki, tłumi łkanie. Ucieka, a Lubo stoi i patrzy przed siebie z podniesioną ręką, którą jeszcze chwilę temu muskał jej skórę. Świerzbi go w końcach palców wspomnienie ciepła ciała dziewczyny, jakby pąki puszczał.

Mleko mgły ciemnieje, to księżyc zakryły chmury. Wiatr szarpie włosy Lubomira, jest mu zimno. Patrzy jeszcze chwilę w cień, gdzie znikła Bogna, potem wraca wzdłuż sadu na aleję lip, do siebie. Tam będzie mógł wciąż patrzeć i głaskać ją liśćmi tej najdłuższej gałęzi, przecież wiatr przybiera na sile, rozkołysze konary, znów będą się trącać, ocierać, znów będzie przyjemnie.

Przychodzi burza, wicher dmie jak w śnieżycę. Gałęzie wyginają się boleśnie, aż w końcu łamią. Dwie na całej alei. Jedna Lubomira i jedna Bogny; te, którymi splatali się nad drogą.

 

Wspomnienia

 

Rano do leżących na drodze gałęzi przychodzą dwie siostrzyczki i braciszek z dymiącym trybularzem. Mamroczą:

– Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio…

A gdy już kończą mamrotać, pojawia się więcej sióstr i radzą co też począć i jaki diabeł zdrowe, grube gałęzie połamał. Uradzają, by po chłopów do wioski posłać: narąbią drwa, do drewutni zaniosą i jeszcze na ofiarę rzucą.

Rozchodzą się i wtedy przychodzi Zyta. Jest gruba, pomarszczona i stara, a jedynie po oczach i siwym kosmyku wystającym spod welonu widać, że to wciąż ta sama Zyta, co kazała lipy według swojego widzimisię posadzić. Staje nad złamanymi gałęziami, ale nie jojczy. Łapie się pod boki, patrzy to na Lubomira, to na Bognę, to w niebo, przez dziurę w zielonym sklepieniu nad drogą. Kręci głową, ale pod nosem chyba widać uśmiech.

Idzie do dziewczyny, obejmuje pień, przykłada ucho do kory. Lubo denerwuje się, bo teraz baba babie nagada i wyjdzie, że wszystko jego wina.

Po chwili widzi, jak Zyta idzie do niego. Próbuje wyczytać coś z jej twarzy, ale nie potrafi. Boi się, a strach ogarnia go od najgłębszych korzeni, aż po czubek. Spodziewa się krzyku, a może i gorszych rzeczy.

Ale staruszka przytula go, obejmuje tak samo jak Bognę. Lubo czuje to ciepło, przypomina sobie, jak był młodą lipą. Słońce ogrzewa liście, wiatr delikatnie kołysze konarami.

– Jesteś durniem – mówi Zyta spokojnym tonem.

Lubo zamiera, usztywnia gałęzie. Jak to? myśli.

– Tak to – odpowiada kobieta.

Lubo milczy, a Zyta uśmiecha się i przymyka oczy.

– Jesteś pięknym drzewem, Lubo. A, ona – pokazuje na Bognę ­– jeszcze piękniejszym. Pewnie niełatwo wam przejść do ludzkiej postaci, bo ludzkie ciała są śmieszne. Tu za mało, tu za dużo, tam płasko, choć miało być krągło, tam znowu krągło, choć chciałbyś prosto. I starzeją się szybko, znacznie szybciej niż wy.

Lubo przypomina sobie noc, mgłę i Bognę.

– To ja kazałam was tak posadzić, wszystkie dwadzieścia cztery. Ułożyłam was parami według tego, co czułam w pniach i korzeniach. Nie chciałam, by któreś uschło, bo drzewa bez miłości usychają, Lubo, tak samo jak ludzie. Dlatego młode drzewa posadzone bez bratniej duszy obok, marnieją lub robactwo je zjada, tak jak i stare, które swych uczuć nie piastują. Nie możecie wstać i przesadzić się w inne miejsce, by wzrastać u boku innego drzewa. – Wzdycha. – Może gdyby ludzie też tak mieli, bardziej dbaliby o siebie nawzajem.

Zyta z trudem siada pod drzewem, plecy i głowę opiera o pień.

– Nie pomyliłam się. Wiem, że się nie pomyliłam.

Lubo zerka na Bognę. Ta ani drgnie, nawet liściem nie ruszy.

– Piękne Rusałki do was przychodzą, prawda, Lubo? Ich młodość szybko mija. Tym szybciej, im bardziej brakuje im miłości, a wtedy… wtedy zostają z nich stare, pomarszczone baby wodne. – Zyta chichocze. – Takie jak ja.

Nie, ty nie…

– Cicho, proszę. Ja miałam mówić – karci, ale uśmiecha się pod nosem. – Złudne jest piękno ciała.

Zyta kiwa głową na złamane gałęzie.

– Długo się do siebie wybieraliście, nie jesteście już młodzi, a jeśli będziecie czekać, aż gałęzie odrosną… Wtedy patrz, Lubo, w oczy, a nie uschniesz.

Siostra milczy, wiatr przygasa, tylko ptaki śpiewają wśród listowia.

– Już czas – mówi.

Lubo myśli, że pójdzie, zostawi go, ale Zyta się nie rusza.

– Ja też kiedyś kochałam.

Lubo chciałby strząsnąć z siebie ptaki, niechże ucichną!

– Ja wciąż kocham.

Ptaki same milkną. Świerszcze i wiatr również.

– Jaśko był synem leśnika, co u mojego papy robił. Wszyscy ich szanowali, a papa cenił sobie towarzystwo znawcy leśnej flory podczas konnych przejażdżek po swoich borach. Tak się poznaliśmy. Wkrótce, zamiast wybierać się na samotne jazdy, brałam Jaśka ze sobą, by opowiadał mi o wszystkim, co można znaleźć w lesie. A mówił pięknie, z miłością na ustach i w oczach, a przecież papa sam zawsze mówił, żeby oceniać ludzi po oczach. Gdy zakiełkowała miłość, okazało się, że papa nie wspomniał, że „ludzie” to jedynie szlachta, a nie, jak ich określał, „prostacy”. Miłość okazała się złem, a zło się plewi. Jaśko poszedł w dyby i żywy z nich nie wyszedł, a ja trafiłam tutaj – wskazuje głową na bramę klasztorną – gdzie zło się plewi, a miłości nie szuka.

Milknie, a wszystkie lipy zdają się nachylać ku niej, by nie umknął im choćby szept.

– Dusze zostają tu, poza śmiercią, jeśli mają nierozwiązane sprawy. Jaśko mówił, żeby siać miłość, więc siałam. W rok po tym, jak go skatowali, sadził Maciej Kozioł lipy na drodze do klasztoru, a ja obiecałam sobie, że każda znajdzie miłość i żadna nie uschnie. Choć w was wierzę, to jednak nie wiem. To dobry czas, by zostać. Mam dla kogo.

Nikt jeszcze tego nie wie, ale serce Zyty staje. Tylko wiatr kręci się z cichym szmerem wokół staruszki.

 

Ślub

 

Martwą zakonnicę okadzają z mamrotaniem, a następnie ciało zanoszą do klasztoru. Chłopi rąbią gałęzie i porządkują aleję; wieczorem nie ma już śladu po hecach, jakie się tu wydarzyły.

Lubo chciałby płakać, ale nie wie jak; nie wyjdzie znów z siebie, bo boi się spotkać Bognę, boi się spotkać kogokolwiek. Zasypia wraz z ostatnim promieniem słońca.

Budzi go szelest, to wiatr porusza gałęziami lip. Jest pełnia i księżycowe światło maluje srebrny krąg przez wyrwę w liściastym sklepieniu. Coś biegnie między drzewami, tu obok sadu i tam, pod winnicą. Lubo wpatruje się, cienie wychodzą spomiędzy drzew i wzdłuż alei stoi szpaler wszelkich stworzeń nocy: Skrzaty i Lelki, Bożątka i Porońce, Rusałki i Rodzanice, Baby i Północnice, jest Bies i Borowy, są Diabły i Czarty, a nawet samo Licho, Wampierz i jakiś mniejszy smok. Takiej zgrai Lubo jeszcze nie widział i nadziwić się nie może. Wszyscy patrzą ku bramie klasztornej, a tam w habicie stoi duch najprawdziwszy – Zyta. Uśmiecha się i patrzy w dół, ku stopom wzgórza. Lubo podąża za jej wzrokiem, ale nie widzi dokładnie. Od łąki ciągnie się mgła, a z mgły wychodzi sylwetka, niewyraźna w cieniu drzew. Lubo wytęża wzrok, to człowiek, nie! Duch, co patrzy na Zytę, a ona na niego. Siostra staje w srebrzystym kręgu między Lubo a Bogną i ściąga welon. Do niesfornego kosmyku, dołącza wodospad siwych włosów. Zyta zdejmuje habit i rzuca w bok. Stoi w cieniutkim gieźle, takim, jakie noszą Rusałki, ale jest leciwa i zupełnie do nich niepodobna. Lubo odwraca z odrazą wzrok od starego ciała, ale w ostatniej chwili widzi jej twarz. Szczęśliwą. I już Drzewny Duch nie może oderwać się od tego widoku. Widzi każdą jej zmarszczkę, każdą fałdę na skórze, przebarwienia, blizny i znów czuje jej ciepło na korze, dotyk i szepty o miłości. To ta sama Zyta, jest tego pewien. Piersi nie unoszą się już dumnie pod materiałem, a niekształtne nogi znaczy pajęczyna ciemnych żył.

Gdy spogląda w dół, Jaśko jest już blisko. Ubrany jedynie w wełniane spodnie, wypina dumnie młodą pierś poszarpaną razami bata. Rany nie sączą krwi, jakby ktoś przemył je z troską. Twarz przyciemnia kilkudniowy zarost na wciąż młodzieńczej, jeszcze nieociosanej twarzy. Lubo zagląda w jego oczy i nadziwić się nie może. Młodzian patrzy tylko na swą wybrankę; żadna Rusałka, Rodzanica, czy Północnica nie otrzymuje choćby przelotnego spojrzenia, a jego źrenice błyszczą tak, jak błyszczeć mogą tylko na widok największego skarbu.

Spotykają się w srebrnym kręgu. On klęka u jej stóp, ona dłoń kładzie mu na policzku, każe wstać. Stoją tak i patrzą tylko na siebie. Młode ręce Jaśka chwytają stare ciało Zyty, czy raczej Agnieszki, i podnoszą. Oboje pochylają się ku sobie. Całują. I wtedy wiatr wieje wśród liści, które szeleszczą niczym oklaski wielotysięcznego tłumu, a nocne dziwy na alei uśmiechają się tak, jak można się uśmiechać nie ustami, a jedynie sercem.

Lubo patrzy ponad Młodą Parą na Bognę. Jakże chciałby uchwycić jej wzrok, ale gdzie są jej oczy?

Jaśko zabiera swą żonę w dół, z dala od bramy klasztornej, a wszystko, co wzdłuż alei stoi, pochyla głowy przed oblubieńcami, którzy nikną na łące, we mgle.

 

Oczy

 

Codziennie wieczorem Lubo wychodzi z siebie, staje za pniem i patrzy na Bognę. Czeka na najdrobniejszy ruch, choćby cień. Za dnia ze wszystkich sił sięga młodymi gałęziami na drugą stronę alei. Jeszcze nie dziś i nie jutro, ale w końcu znów domkną sklepienie nad aleją lip.

Dzień za dniem, tydzień po tygodniu, Lubo nie widzi już nic poza Bogną. Mijają kolejne pory roku, a chłopak nie odwraca wzroku na żadną Rusałkę, czy młodą szlachciankę.

Gdy pewnego dnia, w nikłym świetle księżyca dostrzega sylwetkę po drugiej stronie alei, idzie w dół, wzdłuż sadu. Nie zerka przez drogę. Spogląda na swe ciało. Pomazana odbarwieniami, szorstka skóra kryje pajęczyny żył. Bierze go wstyd, bo już nie wygląda jak Jaśko, ale wie, że nie może się zatrzymać. Wchodzi we mgłę, skręca w stronę dziewczyny. Słyszy chlupot, jak wtedy, lata temu.

Z mgły wychodzi ona. Nie zdążył spojrzeć na jej ciało – patrzy tylko w oczy, chwyta to spojrzenie i już wie, że nie puści. Podchodzi i kładzie jej dłonie na polikach. Mógłby tak trwać, zastygnąć na zawsze. Powieki same opadają, a usta łączą się po raz pierwszy.

 

Koniec

Komentarze

Aj, chciałem dać do kolejki a się zaznaczyło przeczytane, tym bardziej czuję się zobowiązany więc… Wrócę niebawem!

Nie masz pojęcia, Krokusie, jak wielką przyjemność sprawiła mi lektura tego opowiadania. Jestem nim urzeczona.

Dawno nie zdarzyło mi się czytać historii tak pełnej wszelkich uczuć – tych pierwszych, młodzieńczych i tych bardziej dojrzałych, które mimo upływu lat nie starzeją się, nie odchodzą. Dodałeś do tego gromadę rozigranych Duchów i Stworów, mnóstwo drzew, a wszystko pisałeś z wielkim znawstwem rzeczy – zarówno o sprawach dotyczących ludzi, jaki i odnoszących się do przyrody. Opowiadanie, moim zdaniem, wręcz ocieka erotyką i jest to erotyka w najlepszym z możliwych gatunku.

Radością i optymizmem napawa widok alei Lip. ;D

Krokusie, wiem że poprawisz usterki, więc już teraz radośnie i szparko pomykam do klikarni i do nominowalni. 

 

Le­śnik już kar­miak koniu za­wie­sił… → Le­śnik już kar­miak koniowi za­wie­sił

 

Przy­cho­dzi lato, damy cha­dza­ją z pa­ra­so­la­mi… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Zer­ka­jąc w drugą stro­nę, cie­pło roz­le­wa mu się od serca… → Czy dobrze rozumiem, że to ciepło zerkało w drugą stronę?

 

pró­bu­je schwy­cić dziew­czy­nę, ale łapie tylko za gie­zło. → …ale łapie tylko gie­zło.

 

Dziew­czy­na dwoma pal­ca­mi chwy­ta za ma­te­riał… → Dziew­czy­na dwoma pal­ca­mi chwy­ta ma­te­riał

 

ba­gni­sta łąka, za­la­na wie­czor­ną mgłą, jak dymem z ka­dzi­dła, który co ranek opły­wa klasz­tor­ne mury. → Czy mgła i dym mogą coś zalać i opływać, czy może raczej: …ba­gni­sta łąka, zasnuta wie­czor­ną mgłą, jak dymem z ka­dzi­dła, który co ranek spowija klasz­tor­ne mury.

 

Pal­ca­mi dra­pie korę… → Nie wydaje mi się, aby można coś drapać palcami; drapać można paznokciami, pazurami.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wzruszyłeś misia Autorze. Więcej miś nie napisze, bo nie potrafi o poezji.

Piękna opowieść o miłości, namiętności i innych porywach. I jaka zielona;)

Bardzo ładnie opisałeś wszystko co płonie w ludziach i innych istotach. 

Tylko Zyty troszkę szkoda.

Łacina na dłuższą metę nużąca (pewnie jakieś urazy z bolesnych kolokwiów), ale tu podana w małej, atrakcyjnej dawce. 

Biedna Zyta powtórzę. Może nie dlatego że zmarła, ale że tak czującą, płonącą i kuszącą istotę zamknięto w klasztorze.

 A najpiękniejsze są takie pocałunki, które wywołują wiatr????

 

Cześć, Realuc!

Zapraszam, bez pośpiechu :) tekst będzie tu również jutro, za tydzień, a i później pewnie też :)

 

Cześć, Reg!

Nawet nie wiesz jaką przyjemność sprawiło mi czytanie Twojego komentarza :)

Opowiadanie, moim zdaniem, wręcz ocieka erotyką i jest to erotyka w najlepszym z możliwych gatunku.

A ta część cieszy mnie najbardziej, bo nie wszystkim erotyka podchodzi. Do tego chciałem żeby ten aspekt wyszedł dobrze.

Poprawki wprowadziłem bez wyjątku i jak zwykle za nie serdecznie dziękuję!

za giezło, za materiał – nauczę się tego. Obiecuję!

 

Dziękuję za klika i nominację!

 

Cześć, Misiu!

Chyba każdego autora cieszy, gdy czytelnik się wzrusza, i ja nie jestem wyjątkiem :) zatem dziękuję Ci za przemiły komentarz!

 

Cześć, Ambush!

Bardzo mnie cieszy Twój odbiór :) Oj, płonie w nas niejedno :D

Zygnieszka, cóż, nie miała życia takiego, jakie sobie wymarzyła, ale ostatecznie trafiła w ręce ukochanego, a i po drodze rozsiała sporo miłości. Mam nadzieję, że odeszła spełniona :)

I dziękuję za klika :)

 

Dziękuję Wam za lekturę i komentarze!

Pozdrowionka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Krokusie, jak widać wróciłem szybko, gdyż zaintrygował mnie Twój tekst.

W pewnym momencie miałem myśli typu:

Czy ja czytam tekst o zboczonym, napalonym drzewie, który ma chętkę na wszystko, co ma cycki i się rusza? Gdzie tu jakaś głębsza fabuła?

A wiesz co wydarzyło się, gdy zakończyłem lekturę? Szczęka mi opadła. Z wrażenia, a jakże.

Tekst jest dla mnie wyśmienity, i to za sprawą wielu płaszczyzn. Po pierwsze bardzo dobrze napisany, samo się czyta, i stworzyłeś pewien specyficzny styl, rzuciłeś do niego szczyptę archaizacji, i naprawdę nieźle to wyszło. Po drugie oryginalność. Oscylujesz wokół znanych wszystkim swojskich, słowiańskich klimatów, wplatasz w treść dobrze znane stwory, ale motyw dusz, miłości drzew, i splecenie tego wszystkiego w jedną, logiczną całość, miodzio. Po trzecie, i najważniejsze, bo najbardziej mnie urzekło, to to, jak zagrałeś emocjami. W jaki sposób ukazałeś zmianę postrzegania miłości przez Luba. Że to nie ciało, a dusza zaklęta w oczach jest najważniejsza. Że miłość nie polega na zaglądaniu pod spódnicę, a zaglądaniu w głąb drugiej istoty. Jak ważne są nasze pragnienia i ich spełnianie. No i w końcu jak wiele w tym wszystkim często niesprawiedliwości. Scena, w której duch zamordowanego Janka unosi starą Zytę – majstersztyk.

Jedno zażalenie: Naprawdę napaliłem się na erotyk, a byłeś w tym temacie bardzo ostrożny. Z każdą sceną liczyłem na coś więcej, a się nie doczekałem. Ale jak napisała mi ostatnio Reg pod opowiadaniem: 

Lepszy niedosyt niż przesyt. 

Tego więc się będę w tym przypadku trzymał :P

Klikam tu i tam. 

Pozdrawiam!

Ech, Krokusie, napisałeś historię tak zaprzątającą myśli, że nie mogłam skupić się na czytaniu kolejnego tekstu i musiałam odłożyć jego lekturę do jutra, bo teraz głowę mam pełną postaci z Twojego opowiadania.

I nie wydaje mi się, abyś musiał się troskać o jakość „swojej” erotyki – takt, umiar i umiejętnie ważone słowa są jej siłą. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak już pisałam na becie – chyba nigdy nie czytałam niczego podobnego. Urzekasz klimatem, jest spokojnie, lirycznie i pięknie. Świetne opowiadanie, do zapamiętania na długo.

„Jak mogła się zamknąć z tym draństwem, a teraz nie chce się otworzyć?! Kto to w ogóle kupił?! Czy ktoś tego używa?!”

Cześć, Realuc!

Czy ja czytam tekst o zboczonym, napalonym drzewie, który ma chętkę na wszystko, co ma cycki i się rusza?

No trochę tak jest XD

Bardzo dziękuję za taką opinię, jest budująca pod wieloma względami – tekst odczytałeś tak jak chciałem, spodobało się to, co było dla mnie w nim ważne, więc mam z tego sporo satysfakcji :)

Jedno zażalenie: Naprawdę napaliłem się na erotyk, a byłeś w tym temacie bardzo ostrożny. Z każdą sceną liczyłem na coś więcej, a się nie doczekałem.

Mówisz, że mógłbym pójść nieco dalej? Ja myślałem, że pójdę, ale ostatecznie nieco przytemperowałem erotyki – byłem ostrożny, tak jak piszesz. Akurat na tej płaszczyźnie spodziewam się bardzo różnych opinii. Ale dobrze, że zostałem po stronie niedosytu :P

Dzięki za komentarz i kliki!

 

Witaj ponownie, Reg!

Trudno o bardziej łechcący komplement :) Dziękuję! I jednocześnie przepraszam pechowego autora, że musi czekać na komentarz do swojego tekstu o jeden dzień dłużej :P

 

Cześć, Anoia!

Jeszcze raz bardzo dziękuję za pomoc na becie i ponowną wizytę :)

Świetne opowiadanie, do zapamiętania na długo.

To słowa, z których każdy autor się ucieszy, dziękuję!

 

Dziękuję za komentarze,

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Piękny i niezwykle sugestywny opis baśniowego świata, do tego wiarygodne tło obyczajowe. Zyta ma swoją mądrość, której zapewne nie ma przeorysza. 

https://krotkahistoriaobyczajow.blog

No, jak na romans, to całkiem nieźle.

Bardzo dobry pomysł na uczucia drzew. I dałeś radę dobrze go pokazać. Wszystko należycie wybrzmiało, nie poszedłeś w stronę prymitywnego wtykania gałęzi do dziupli. Ani nawet, nieco bardziej subtelnego, negocjowania z pszczółkami, żeby latały w odpowiednią stronę i we właściwej kolejności.

Świat fantastyczny przedstawiony w tekście też mi się podobał. Miło sobie przypomnieć, że my nie gęsi, też mamy rozbudowaną mitologię i lasy zaludnione rozmaitymi stworami.

Agnieszka i Jaśko nie mieli farta. Ale Jaśkowi trochę się dziwię, powinien wiedzieć. Cóż, jemu decydować, czy było warto.

Jestem na TAK, czyli, chociaż utwór niezupełnie z mojego ulubionego gatunku.

Babska logika rządzi!

Cześć!

 

Krokusie, napisałeś piękne opowiadanie, pełne subtelności, uczuć i baśniowego świata. Wykorzystałeś wszystkie atuty jakie daje narracja w czasie teraźniejszym i mam tu takie same odczucia, jak w przypadku “Pręgierza”. To opowiadanie jest niesamowicie “ludzkie”, nie wiem jak inaczej to określić, chodzi mi o ogromną emocjonalność tekstu, ale nie opisaną wprost, jedynie sygnalizujesz oszczędnymi słowami. Na przykład ten fragment:

Po południu przychodzi Zyta. Wtula się w korę, ale Lubo widzi, że to już nie ta Zyta co kiedyś. Ciało wciąż ciepłe, ale nie tak jędrne, a skóra twarzy naznaczona zagięciami i przebarwieniami. Kosmyk, co na twarz spod welonu spada, już nie czernieje, a połyskuje srebrnymi włosami.

Ten opis jest piękny (tylko słowo “zagięcia” troszkę mi tu nie pasuje) i od razu wywołuje w wyobraźni niemal huragan, bo jakże krótkie jest życie człowieka. Nie bez powodu mówi się, że drzewa mogłyby opowiedzieć niesamowite historie, gdyby potrafiły mówić i właśnie to czuć w tym fragmencie. 

Przekaz opowiadania jest romantyczny i może prosty, ale piękny i przekazany w sposób nienachalny, a naprawdę dobrze ugruntowany w tej historii. Nic nie zrobiłeś tu na siłę, nie atakujesz czytelnika morałami.

Czytałam opowiadanie dwa razy i za drugim razem podobało mi się bardziej, a to jest coś, czego doświadczyłam na tym portalu dopiero trzeci raz. Zwykle kolejne czytanie jest bardziej krytyczne i dostrzega się więcej mankamentów, tekst już nie zachwyca, ale nie w tym przypadku.

Poszedłeś mocno w tematykę obyczajową i romantyczną, ale nie zaniedbałeś fantastyki, co jest niezłym wyczynem. Tutaj ten świat aż buzuje magią i wierzeniami. Do tego perspektywa drzewa wyszła bardzo ciekawie, jak również to w jaki sposób okazują sobie uczucia.

Jeśli miałabym na coś ponarzekać, to na monolog Zyty, myślę, że lepiej wypadłyby jednak krótsze wypowiedzi przetykane narracją. Wprowadzasz też wiele stworów, ale stanowią one jedynie wyliczankę i niezbyt czuć ich obecność w tym świecie. 

Udaję się do odpowiednich wątków :)

 

I jeszcze łapanka ;)

Gałąź w sadzie to ostatnia wolność jaka jej została i zawsze jak przeorysza do miasta wybywa, młoda siostra na drzewo włazi i wspomina chwile spędzone w ogrodzie, sadzie i lesie ojca.

gdy

No i to “wybywa” trochę mi nie pasuje.

Zyta widzi, jak drogą ku wzgórzu klasztornemu jedzie wóz drabiniasty, a powozi stary leśnik[+,] Maciej Kozioł.

Człek prosty, dobrze mu z oczu patrzy, ale gębę ma typowo chłopską i wobec bram zakonu przepełnioną strachem. Za plecami Macieja jedzie na wozie mały las, bo leśnik będzie sadzić młode lipy po obu stronach drogi do bramy klasztornej.

Teraz po bokach stoją jeno płoty: z lewej ten, co sad okala, a z prawej ten, co winnicę graniczy.

Na pewno “graniczyć”? Bo to nie to samo co ograniczać.

Uśmiecha się, spod welonu na twarz spada jej czarny kosmyk, co go zawsze za ucho zaczepia, a ten wciąż, i wciąż chce oczy zasłaniać i po nosie gilgać.

Łaknie jej pieszczot, całe dnie tęskni za dotykiem, chce poczuć ciepło jej ciała na korze.

Odwiedzają ich Skrzaty, Baby i Północnice, czasem przychodzi Bies, a raz przybył sam Borowy, by opowiadać historie starych lasów.

Tu mam zagwozdkę, bo nie widzę uzasadnienia dla zapisu wielką literą. 

Lubo nie wie[+,] co zrobić, boi się nie mniej niż nocą, ale wtulona kobieta koi jego nerwy i drzewo zaczyna opowiadać

Jest gruba, pomarszczona i stara, a jedynie po oczach i siwym kosmyku wystającym spod welonu, widać, że to wciąż ta sama Zyta, co kazała lipy według swojego widzimisię posadzić.

On klęka u jej stóp, ona dłonią chwyta go za policzek, każe wstać. Stoją tak i patrzą tylko na siebie. Młode ręce Jaśka chwytają stare ciało Zyty, czy raczej Agnieszki, i podnoszą.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć, GreSmo!

Zyta ma swoją mądrość, której zapewne nie ma przeorysza. 

Zbudowałem sobie obraz Zyty, jej rolę w klasztorze, ale nie zmieściło się to w tekście :)

Dzięki za miły komentarz!

 

Cześć, Finklo!

nie poszedłeś w stronę prymitywnego wtykania gałęzi do dziupli.

Ojej, może następnym razem… XP

Wyposażyłem się nawet w “Bestiariusz słowiański” i uważnie go kartkowałem przed pisaniem :)

Ale Jaśkowi trochę się dziwię, powinien wiedzieć.

Pewnie wiedział, ale, jak to młodzi, co innego mu w głowie siedziało. Tu wręcz może zaskakiwać dojrzałość tego uczucia ;)

Dzięki za kliczka i TAKa, szczególnie, że to faktycznie gatunek nie dla każdego (dla mnie zresztą chyba też nie :P)

 

Cześć, Alicello!

Pozwól, że do łapanki siądę później, jak będę miał więcej czasu.

To opowiadanie jest niesamowicie “ludzkie”, nie wiem jak inaczej to określić, chodzi mi o ogromną emocjonalność tekstu, ale nie opisaną wprost, jedynie sygnalizujesz oszczędnymi słowami.

Bardzo cieszy taka opinia, bo pisał to facet, który jednak nie jest taki mocny w emocje.

Lubo i Bogna jeszcze wiele siostrzyczek przeżyją, nie wiem tylko, czy jakaś wybierze się tych opowieści wysłuchać ;)

nie atakujesz czytelnika morałami.

Oj, tego się bałem i, szczerze mówiąc, pod tym względem właśnie na Twój komentarz czekałem (z obawą XP). Kamyczek z serca.

Czytałam opowiadanie dwa razy i za drugim razem podobało mi się bardziej

Dziękuję za takie słowa!

Poszedłeś mocno w tematykę obyczajową i romantyczną, ale nie zaniedbałeś fantastyki

Tutaj sam byłem zaskoczony, jak ten pomysł mi zagrał, bo wiele razy się łapałem, że tekst mocno fantastyczny okazywał się być o niczym, z kolei te, które niosą ze sobą mocną treść, pomijały fantastykę. I jeszcze próbowałem ją tam wepchnąć na siłę :P

Dziękuję za komentarz, kliczka i nominacje, choć znacznie bardziej cieszą wypisane wyżej odczucia :)

 

PS. Za “Pręgierz” się niedługo też wezmę – myślę, że pójdzie w lutym lub marcu, zależy ile czasu mi to zajmie :)

 

Dziękuję Wam za lekturę i zostawione komentarze!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Oj, tego się bałem i, szczerze mówiąc, pod tym względem właśnie na Twój komentarz czekałem (z obawą XP). Kamyczek z serca.

W części “Wspomnienia” detektor morałów mi trochę piszczał, ale uratowała Cię ta analogia do drzew i uzasadnienie dlaczego posadzenie ich naprzeciwko siebie było takie ważne, bo to się wszystko spięło fabularnie. Powiem jednak, że to zdanie: Złudne jest piękno ciała i to: Może gdyby ludzie też tak mieli, bardziej dbaliby o siebie nawzajem bym wywaliła.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Alicello, szczerze mówiąc, mam wrażenie, że za często mylisz morały z przemyśleniami bohatera. Ludzie (i inne istoty) wyciągają wnioski, mają swoje myśli – czasem banalne, a czasem nie – i pokazywanie tego to nic złego.

No i przyszedł czas pierwszej nominacji w nowym roku. Czas miecza i topora nowej Loży i nowego głosowania, czas wyboru kolejnych najlepszych tekstów portalu. Przede wszystkim gratulacje, Krokusie, że jako pierwszy zdobyłeś nominację i to w tak ekspresowym tempie! Postaram się uzasadnić mój głos – jaki by nie był, bo wstęp zacząłem pisać przed przeczytaniem tekstu – bo to chyba najbardziej fair zachowanie. Nie wiem na ile wyczerpujący będzie to komentarz, ale postaram się (co nie jest dla mnie sprawą łatwą… w sensie pisanie komentarzy, nie staranie się jako takie). :P

 

Plewią i plewią, wyplewić nie mogą

Skojarzyło mi się z "Rzepką", pewnie zamierzenie, ale stworzyło przez to pewien komizm, a ten już nie wiem, czy był zamierzony. 

 

Ojciec, papa

Raczej oczywiste, co oznacza papa. 

 

Ten sam papa przywiózł ją później do klasztoru i w złocie za trzydzieści lat z góry zapłacił.

Nie jestem ekspertem od życia klasztornego, ale nigdy nie słyszałem o opłacie – i to liczonej w latach – za przebywanie w klasztorze. Masz jakieś źródło, na którym oparłeś tę informację? 

 

co winnicę graniczy.

Graniczyć można z czymś.

 

W letnie popołudnia słońce pali ubitą ziemię i przez to możni niechętnie na modlitwy chadzają.

W klasztorze – i to żeńskim – odbywały się publiczne nabożeństwa? Co z nakazem izolacji? Przynajmniej w teorii osoby świeckie spoza klasztoru nie powinny mieć wstępu za mury klasztoru (poza, oczywiście, wydzielonym miejscem bo i takie sytuacje się zdarzały). 

 

pąki puszczał.

Choć nie ma literówki, zobaczyłem ją w wyobraźni. :P

 

– Jesteś pięknym drzewem, Lubo. A, ona – pokazuje na Bognę – jeszcze piękniejszym. Pewnie niełatwo wam przejść do ludzkiej postaci, bo ludzkie ciała są śmieszne

Do tej pory wszystko było owiane mgłą tajemnicy i mistycyzmu, przynajmniej tak czułem te przemiany drzew w ludzi. W tym miejscu banka pękła, bo okazuje się, że dla Zyty wszystko jest jasne, że nie ma w tym niezrozumiałego. To mój subiektywny odbiór, ale tak to odczułem. 

 

Dobrze, czas na wrażenia ogólne. Przede wszystkim tekst jest pięknie napisany, a styl załamuje się może tylko w jednym fragmencie, kiedy Zyta opowiada swoją historię albo tuż przed tym (mówi zbyt współcześnie). To się chwali i widząc tutaj solidną pisarską robotę. 

Klimat opowiadania jest iście romantyczny (i mam tu na myśli epokę, nie potoczne znaczenie) i dobrze komponuje się z wręcz melancholijnym snuciem opowieści.

Początek opowiadania intryguje i zaciekawia postacią Zyty, która, niestety, schodzi na dalszy plan by ustąpić miejsca drzewom – i w tym momencie nadal jest interesująco, ciekawie i świeżo… aż gdzieś do fragmentu zatytułowanego wiosna, gdzie odczułem pewne zmęczenie. Czytałem jednak dalej, zaciekawiony tym, co pokażesz dalej, bo dobry początek i świetny styl uznałem za obietnicę. 

I, niestety, nie czuję, by została ona spełniona. 

W tekście na potęgę mnożą się opisy, przy tym w części są one powtarzalne lub bardzo do siebie podobne. Pod tą obudową snuje się wątek miłości drzew, a przynajmniej tak mamy myśleć, ale – jak dla mnie – to wcale nie miłość ani nie drzewa. 

Nie miłość, bo od początku do końca (jeśli chodzi o Lubomira, bo wątek Zyty wypada lepiej, choć jest skoncentrowany w jednej wypowiedzi i znika tak szybko, jak się pojawił) uczucia Lubo skupiają się na wrażeniach wizualnych. Patrzy na Zytę, patrzy na Rusałki i coś go pod korą swędzi (swoją drogą, odebrałem to jako bardzo wulgarne określenie w porównaniu do reszty tekstu, podobnie gruby i twardy pień), potem patrzy na Bognę i go nie swędzi. I tyle. Przemiana gdzieś tam majaczy na końcu, bo mu Zyta powiedziała, że dobrała ich w małżeństwo aranżowane i do siebie z Bogną pasują. 

Nie drzewa, bo choć pojawiają się i pąki, i gałęzie, to większość tekstu – bezpiecznie dla autora – postać Lubo jest do bólu zantropomorfizowana, posiada ludzkie uczucia, ludzkie przemyślenia, ludzkie reakcje, nawet ludzką seksualność. Już nawet nie jest drzewem, tylko duchem mieszkającym w drzewie, który nocami wychodzi pomacać piersi rusałek. I w zasadzie na tym skupia się cała fabuła. Nic w niej nie stanowi punktu zagrożenia dla bohatera, nic nie popycha go do działania, nic nie tworzy dylematu (no, może lekko go zarysowuje). Wychodzi na to, że obserwujemy – poetycko i pięknie opisaną – historię o tym, jak to nastolatek odkrywa świat żądz seksualnych. Dla mnie to o wiele, wiele za mało, nawet jeśli tekst kończy się o tyle mądrym, o ile do bólu powtarzanym morałem, że wygląd to nie wszystko. 

Nie pokusiłeś się, Krokusie, by drzewa uczynić bardziej drzewiastymi. A można było. Gdzie tu pylenie, gdzie kwitnięcie kwiatów, gdzie wzajemne wspieranie się drzew i opieka nad chorymi. Drzewa przecież dzielą się substancjami – a nawet informacjami – przez system korzeniowy i przez łączące je grzybnie… a te mogą ciągnąć się kilometrami (są i tacy, co sądzą, że lasy na całych kontynentach mogą być w jakiś sposób połączone). Drzewa to temat fascynujący i szkoda, że go nie zgłębiles przed opowiadaniem, a jeśli zgłębiles, to że nam tego świata nie przedstawiłeś, a uczyniłeś z niego dekoracje dla – pięknie napisanej, to podkreślam – tej historii, która dla mnie, podkreślam, dla mnie, nic konkretnego w sobie nie zawiera. 

Pojawiające się biesy i inne stworzenia ze słowiańskiego inwentarza też zbyt wiele nie robią, ot, pojawiają się albo z nazwy, albo gdzieś w polu widzenia, nie odgrywając żadnej roli, ani bezpośredniej, ani pośredniej, więc dla mnie to również tylko ozdobniki.

Piękne jest to twoje opowiadanie, Krokusie, i nie mam wątpliwości, że pisać potrafisz, oraz, że piórko prędzej czy później otrzymasz (może i tym razem), ale dla mnie samo to nie wystarczy, a ten tekst to nie diament tylko cyrkonia.

Będę głosować na NIE. 

Zanaisie, byłam absolutnie pewna, że za chwilę przyjdziesz, widząc, to co napisałam xD

Niczego nie mylę, dlatego napisałam, że tutaj nie ma atakowania czytelnika morałami, bo wszystko co mówi Zyta wynika z sytuacji i jest uzasadnione fabularnie. I tak zgadzam się z Tobą, że ludzie mają przemyślenia, czasami mądrzejsze, a czasami banalne, ale ludzie a postaci literackie to nie to samo.

Popatrz na to:

– To ja kazałam was tak posadzić, wszystkie dwadzieścia cztery. Ułożyłam was parami według tego, co czułam w pniach i korzeniach. Nie chciałam, by któreś uschło, bo drzewa bez miłości usychają, Lubo, tak samo jak ludzie. Dlatego młode drzewa posadzone bez bratniej duszy obok, marnieją lub robactwo je zjada, tak jak i stare, które swych uczuć nie piastują. Nie możecie wstać i przesadzić się w inne miejsce, by wzrastać u boku innego drzewa. – Wzdycha. – Może gdyby ludzie też tak mieli, bardziej dbaliby o siebie nawzajem.

Czy naprawdę ta końcówka coś tu wnosi? Jasne, że to jest przemyślenie Zyty, ale jednocześnie jest to podsumowania całej wcześniejszej wypowiedzi. Nie trzeba tego czytelnikowi mówić, bo on to już wie, już to wywnioskował kilka linijek wyżej. Oczywiście dużo gorzej by to brzmiało, gdyby było w narracji.

– Piękne Rusałki do was przychodzą, prawda, Lubo? Ich młodość szybko mija. Tym szybciej, im bardziej brakuje im miłości, a wtedy… wtedy zostają z nich stare, pomarszczone baby wodne. – Zyta chichocze. – Takie jak ja.

Nie, ty nie…

– Cicho, proszę. Ja miałam mówić – karci, ale uśmiecha się pod nosem. – Złudne jest piękno ciała.

Ta wypowiedź nie tylko znowu jest podsumowaniem, ale też się trochę odkleja od dialogu.

 

Więc naprawdę uważasz, że te dwa zdania są tu niezbędne, bez nich nie zrozumiałbyś przekazu opowiadanie? Masz prawo podchodzić do tego inaczej, bo kwestia oczywistości też jest subiektywna, coś co dla jednego będzie niemal frazesem, dla kogoś innego może stanowić odkrycie, bo zarówno doświadczenia życiowe jak i czytelnicze każdy ma inne.

Mój odbiór tych dwóch zdań jest właśnie taki, dla mnie są zbędne i oczywiste, a komuś innemu mogą się podobać, dlatego piszę, że ja “bym wywaliła” i nie zamierzam nikogo do swojego zdania na siłę przekonywać.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Zanaisie, byłam absolutnie pewna, że za chwilę przyjdziesz, widząc, to co napisałam xD

Myślę, że po mojej ostatniej becie, nie powinienem być zdziwiony ;)

Oba zdania bym zostawił.

W pierwszym to nie wynika z wypowiedzi, w drugim trochę bardziej, ale brzmi naturalnie w połączeniu z uśmiechem Zyty. Wolę (tak, tak, subiektywizm) kiedy bohaterowie są bardziej ludzcy – głoszą frazesy, mylą się, powtarzają, popełniają błędy. 

Może gdyby ludzie też tak mieli, bardziej dbaliby o siebie nawzajem.

Zyta brzmi tu wiarygodnie, bo sama doświadczyła nieszczęśliwej miłości. Równie dobrze może to mówić z poczucia żalu po Jaśku.

Złudne jest piękno ciała.

Tłumaczysz coś nastolatkowi, to powtarzasz mu to dwadzieścia razy (i tak za mało). Zyta próbuje wyprostować poglądy Lubo, więc nie dziwi mnie, że podkreśla pewne “oczywistości”.

 

Kopii kruszyć nie zamierzam, ale musiałem zareagować, bo mam nadzieję, że Krokus zobaczy też inny punkt widzenia i te zdania zostawi. Jego decyzja.

Hej Krokusie!

Piękne opowiadanie, o akceptacji nie tylko niedoskonałości bliskiej osoby, ale i swojej własnej. O dorastaniu, błędach i nauce miłości, a przynajmniej ja to tak zrozumiałam. Rozpisywać się nie będę, mądrzejsi się wypowiedzieli ;D Trzymam kciuki za piórko!

Hej Korkus,

Świetne opowiadanie, lekkie i zwiewne. Stylizacja językowa nadaje mu oryginalności i świeżości, podobnie jak oryginalny pomysł nadaje większej głębi prostemu zdaje się przekazowi. Widać w opowiadaniu oryginalny i rozpoznawalny sznyt więc to też na duży plus.

Co do kwestii erotyki zapewne dla każdego będzie to nieco inna miara, dla jednej osoby za dużo, dla innej za mało. Jedyne co ja mógłbym dodać jako radę na przyszłość, że więcej nie koniecznie musi znaczyć mocniej. Żeby bardziej zabarwić opowiadanie mogłeś dodać parę zdań w tym klimacie, ale niekoniecznie mocniejszych, ale ostatecznie to Ty decydujesz ile to jest odpowiednio bo to Ty jesteś autorem opowiadania.

Co do słowiańskiej menażerii także powiedziałbym, że więcej nie znaczy lepiej. W tych wspominkach brakuje nieco krótkiej charakterystyki czy domniemanego celu. Myślę, że wybrzmiałoby to lepiej dla opowiadania.

Dodatkowo jedynie zaznaczę, raczej na przyszłość, w którymś momencie zacząłem odczuwać pewną powtarzalność. Nie do końca jestem pewien czy to przez brak bogatszej gamy metafor czy coś innego. Nie stanowiło to większego problemu ze względu na krótką formę, ale może pomoże Ci ta uwaga przy dłuższych opowiadaniach.

Ogółem bardzo fajne, artystyczne opowiadanie choć nieco proste w swym przekazie, ale też i nie wszystko musi mieć 5 i 6 dno. Przede wszystkim spójne stylem, motywem. Gratuluje świetna robota :).

 

Oceniam na takie 4.6-4.7, a że tak nie można to daję naciąganą 5-tkę.

Zanaisie,

W pierwszym to nie wynika z wypowiedzi, w drugim trochę bardziej, ale brzmi naturalnie w połączeniu z uśmiechem Zyty. Wolę (tak, tak, subiektywizm) kiedy bohaterowie są bardziej ludzcy – głoszą frazesy, mylą się, powtarzają, popełniają błędy. 

Dla mnie wygłaszanie wprost morałów, wcale nie czyni postaci bardziej ludzką (poza wyjątkami, kiedy jest to uzasadnione fabularnie), wprost przeciwnie, bo sztuczną, stworzoną niemal tylko po to, żeby autor mógł przekazać konkretną kwestię. A popełnianie błędów i pomyłek przez bohaterów to zupełnie inny temat.

Zyta brzmi tu wiarygodnie, bo sama doświadczyła nieszczęśliwej miłości. Równie dobrze może to mówić z poczucia żalu po Jaśku.

No nie, bo powód, przez który straciła Jaśka był inny, nie wynikał z brak walki o związek, czy wybranie tego co bardziej atrakcyjne.

Tłumaczysz coś nastolatkowi, to powtarzasz mu to dwadzieścia razy (i tak za mało). Zyta próbuje wyprostować poglądy Lubo, więc nie dziwi mnie, że podkreśla pewne “oczywistości”.

Nie szłabym w taką analogię, bo mamy do czynienia z duchem drzewa, poza tym Zyta to mówi do siebie. Gdyby to miało być faktycznie podkreślenie, to narracja dialogowa byłaby inna.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Dlatego, Alicello, nie będę się spierał dalej, bo mamy zupełnie inne podejście do “morałów”. Jak wspominałem, niech teraz Krokus decyduje, kogo posłuchać ;) 

Wyobraźnia… Ty ją napewno masz:) swędzące opowiadanie:)

Przyszedłem tu zwabiony nominacjami wszelakimi, żeby przekonać się, co to za rewelację napisałeś, Krokusie :)

Okazuje się, że forum po raz kolejny miało rację. Tekst jest bardzo dobry i mi sie podobał.

Mimo, że historia niespecjalnie leży w mojej sferze zainteresowań, to nie sposób nie docenić pięknego, niespiesznego sposobu budowania narracji, plastyki wypowiedzi, słów płynących tajemnicą i niedopowiedzeniami niczym nocne mgły, zalegające na leśnych polanach.

Jest przepięknie, i choć zgodzę się, że historia nie jest może diamentem, to nie porównałbym jej do cyrkonii. Gdybym miał porównywać ją do kamieni, to kojarzy mi się z agatem, którego przekrój przypomina słoje drzewa.

Powiem uczciwie, Krokusie, że chociaż jestem urzeczony, to trudno mi wydukać coś więcej. Takie słowa się czyta, a nie o nich uczenie rozprawia. Bibliotekę już masz, piórkową nominację również, więc pozostaje mi ukłonić się dwornie, pozamiatać kapeluszem po ziemi i życzyć równie udanych tekstów w przyszłości :)

Wróciłem :P Czytałem dziś jakiś artykuł pod jakimś linkiem i było coś o obserwowaniu jak to się użytkownicy spierają pod Twoim opowiadaniem… Nie będę podsycał dyskusji, popcornu też nie zdążyłem otworzyć :)

Alicello,

W części “Wspomnienia” detektor morałów mi trochę piszczał

Jak to mawiał Grzesiu Halama: Ja wiedziałem, że tak będzie! XD przy każdym kolejnym czytaniu, na tym fragmencie, stawał mi Twój awatar przed oczami, ale uczciwie powiem, że tylko raz przemknęła mi myśl o wykreśleniu poddanych dyskusji zdań i dość szybko ją odrzuciłem – w tej kwestii jestem przekonany do tego jak jest :)

Także Zan, Ali,

 

 

Witaj, Geki!

 

Wprowadzenie do komentarza piórkowego podniosłe :D ale też budujące, dziękuję!

Skojarzyło mi się z "Rzepką", pewnie zamierzenie, ale stworzyło przez to pewien komizm, a ten już nie wiem, czy był zamierzony. 

Tak, nawiązanie zamierzone, wiedziałem, że może być odczytane komicznie i to po części też zamierzone. To już moje spojrzenie na kwestie tępienia przez kościół różnych aspektów naszego życia. Nie chciałbym tu budować jakiegoś piątego dna tego tekstu, więc tak to zosatawię.

Raczej oczywiste, co oznacza papa. 

To trochę część budowania bajędy, a trochę skontrastowanie tego jakim okazał się człowiekiem ojciec Zyty. W myśl powiedzenia “ojcem może być każdy, tatą tylko nieliczni”, “papa” jest dla mnie jeszcze bardziej zażyłym określeniem.

Nie jestem ekspertem od życia klasztornego, ale nigdy nie słyszałem o opłacie – i to liczonej w latach – za przebywanie w klasztorze. Masz jakieś źródło, na którym oparłeś tę informację? 

Tu, muszę przyznać, napotkałem na barierę w internecie, albo brak umiejętności wyszukiwania informacji. Nie jestem w stanie podać źródła, ale wypytywałem tu i ówdzie, i usłyszałem o takich praktykach. Moimi “źródłami” byli np. przewodnicy w klasztorach (np. w Krzeszowie), ale to były rzeczy zasłyszane lata temu przeze mnie, moich rodziców itd. Trudno o takich rzeczach wyczytać np. na stronach internetowych poszczególnych klasztorów, bo to wciąż wstydliwe rzeczy dla kościoła katolickiego.

Graniczyć można z czymś.

Owszem, tu raczej poszedłem w język potoczny. Rozumiem zgrzyt.

W klasztorze – i to żeńskim – odbywały się publiczne nabożeństwa? Co z nakazem izolacji? Przynajmniej w teorii osoby świeckie spoza klasztoru nie powinny mieć wstępu za mury klasztoru (poza, oczywiście, wydzielonym miejscem bo i takie sytuacje się zdarzały). 

Z tego co wiem, nie każdy klasztor jest i nie każdy był izolowany zupełnie, a mowa jedynie o wstępie do kaplicy/kościoła. Nie mówię tu o żadnym konkretnym zakonie, bo też nie miałem konkretnego na myśli. Nie chciałem wprowadzać tej historii w żadne konkretne miejsce, miała to być raczej uniwersalna opowieść. Pierwowzór był wcześniej klasztorem męskim. I tak, to było dla mnie wygodne.

Choć nie ma literówki, zobaczyłem ją w wyobraźni. :P

Najważniejsze, że nie trzeba było angażować innych zmysłów ;) z tymi słowami obchodziłem się jak saper z bombą XP

Do tej pory wszystko było owiane mgłą tajemnicy i mistycyzmu, przynajmniej tak czułem te przemiany drzew w ludzi. W tym miejscu banka pękła, bo okazuje się, że dla Zyty wszystko jest jasne, że nie ma w tym niezrozumiałego. To mój subiektywny odbiór, ale tak to odczułem. 

Zyta wiedziała o wszystkim od Jaśka – trochę czasu upłynęło, nim ich przyłapali :)

 

Co do wrażeń ogólnych,

Styl był dla mnie wyzwaniem i wierzę, że może fragmentami falować, niemniej jednak dziękuję za pochwałę. Miał być powolny i wiedziałem, że w pewnym momencie może zmęczyć, dlatego pilnowałem żeby się nie rozpisać – może nie do końca się to udało.

Nie miłość, bo od początku do końca (jeśli chodzi o Lubomira, bo wątek Zyty wypada lepiej, choć jest skoncentrowany w jednej wypowiedzi i znika tak szybko, jak się pojawił) uczucia Lubo skupiają się na wrażeniach wizualnych.

Ja to traktuję jako tekst nie tylko o miłości, ale też o dojrzewaniu i pisałem go z myślą o tym co mamy teraz. A młodzi ludzie są wizualnie bombardowani nienaturalnymi wzorcami piękna – photoshop, modelki po operacjach plastycznych itd. Odbiór swędzenia pod korą jako wulgarny w zasadzie mnie cieszy, choć Tobie może nie pasować – ta wulgarność i jej upodobanie to zmora dla osób dojrzewających, kształtujących swoje wzorce. A to, że gdy patrzy na Bognę i go nie swędzi też jest zamierzone, bo tak właśnie postrzegałem moje własne zauroczenia jako kilkunastolatka. Byłem zadurzony w dziewczynach, które nie były szkolnymi pięknościami, miały nadwagę, jakieś inne niedoskonałości i miałem z tym problem. Co więcej, wiem, że nie byłem w tym odosobniony, tu też wchodzi kwestia otoczenia itd. Uważam, że to temat ważny, jeśli nie wybrzmiał w tekście – szkoda i jest to tylko moja wina.

Antropomorfizacja bohatera wiąże się z powyższym. Na pewno dało się to opisać subtelniej, ale nie zdecydowałem się tego zrobić.

Gdzie tu pylenie, gdzie kwitnięcie kwiatów, gdzie wzajemne wspieranie się drzew i opieka nad chorymi. Drzewa przecież dzielą się substancjami – a nawet informacjami – przez system korzeniowy i przez łączące je grzybnie

Pylenie niekoniecznie odbywa się pomiędzy drzewami, bo drzewa są w zasadzie obojnakami. Co do łączenia się drzew, to jest tylko subtelna wzmianka, o tym, że go bierze chłód od korzeni. Interesowałem się faktem porozumiewania się drzew między sobą, ale też dochodzi nieco inna kwestia: rozbudowane systemy komunikacji między drzewami występują na obszarach naturalnych. W miejscach gdzie zachodzi interwencja człowieka, przywrócenie lasu do stanu naturalnego trwałoby setki lat, więc jest w zasadzie niewykonalne. A tutaj mamy drzewa, które są sadzone przez człowieka po dwóch stronach ubitej drogi – ukształtowanie się grzybni, całej sieci przepływu informacji to proces, który nie dzieje się z dnia na dzień.

więc dla mnie to również tylko ozdobniki.

Są tłem, ale dostały rolę budowania tego złego świata za murami klasztoru – rozumiem zarzut, po części się z nim zgadzam.

Piękne jest to twoje opowiadanie, Krokusie, i nie mam wątpliwości, że pisać potrafisz, oraz, że piórko prędzej czy później otrzymasz (może i tym razem), ale dla mnie samo to nie wystarczy, a ten tekst to nie diament tylko cyrkonia.

Bardzo Ci, Geki, dziękuję za, przynajmniej dla mnie, pozytywną ocenę tekstu. Ani trochę nie czuję się pokrzywdzony, bo uargumentowałeś wszystko w sposób dla mnie zrozumiały. Wdzięczny jestem właśnie za to jak przyłożyłeś się do tego komentarza, a czy piórko będzie, czy nie, to kwestia dla mnie mniej istotna – nominacja to, według mnie, to przede wszystkim okazja do zmierzenia się z takimi opiniami. Dziękuję!

 

Cześć, Gruszel!

Bardzo Ci dziękuję za przemiły komentarz, opowiadanie odczytałaś właśnie tak, jak chciałem :) to dla mnie najlepsza pochwała :)

 

Cześć, Dragoninie!

Dziękuję za docenienie stylu, tym bardziej że to raczej nie to co piszę zazwyczaj – tutaj targnąłem się na nieco stylizacji i cieszę się, że się podobało.

Erotyka to kwestia bardzo złożona w odbiorze, dziękuję Ci za opisanie swoich wrażeń – w tym obszarze robię pierwsze korki, więc każda opinia jest dla mnie cenna.

Co do słowiańskich stworów, to ich rolą jest jedynie kontrastować z wiarą katolicką i umacniać mur, który graniczy dwa światy – ten jeden, zamknięty w sobie, i ten drugi, który też ma prawo istnieć.

Dodatkowo jedynie zaznaczę, raczej na przyszłość, w którymś momencie zacząłem odczuwać pewną powtarzalność. Nie do końca jestem pewien czy to przez brak bogatszej gamy metafor czy coś innego. Nie stanowiło to większego problemu ze względu na krótką formę, ale może pomoże Ci ta uwaga przy dłuższych opowiadaniach.

Byłem świadomy, że nie jestem Ajwenhołem, by móc pisać w ten sposób na dłuższy dystans, stąd starałem się streścić opowieść. Uwaga dla mnie cenna, ale też potwierdzająca to co sam czułem :)

Dziękuję za pozytywną opinię, cieszę się, że się spodobało :)

 

Cześć, Vr!

Wyobraźnia zrobiła mi mały prezent przy wymyślaniu tego opka, sam jestem zaskoczony :)

 

Dziękuję Wam wszystkim za lekturę i komentarze! Wypuścili mnie z kwarantanny, toteż czasu mniej i chyba już nie dam rady siąść do łapanki, Ali. Ale przerobię ją, obiecuję, bo to dla mnie zawsze nauka.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Skrobałem, skrobałem, w międzyczasie wpadł i Silver!

Witaj!

Bardzo Ci dziękuję za przemiłą opinię. Tekst na pewno diamentem nie jest, porównanie do agatu bardzo miłe :)

Cieszy mnie kolejny zadowolony czytelnik, bo jakby na to nie patrzeć, właśnie dlatego piszę :) Styl był dla mnie swoistym eksperymentem i wielką próbą, więc zasadziłeś mi tu spory komplement.

pozostaje mi ukłonić się dwornie, pozamiatać kapeluszem po ziemi i życzyć równie udanych tekstów w przyszłości :)

Bardzo dziękuję! Przyda się, bo z takim odbiorem mojego tekstu jeszcze się nie spotkałem :)

 

Dzięki za wizytę i pozytywny komentarz!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Wróciłem :P Czytałem dziś jakiś artykuł pod jakimś linkiem i było coś o obserwowaniu jak to się użytkownicy spierają pod Twoim opowiadaniem…

xD

Jak to mawiał Grzesiu Halama: Ja wiedziałem, że tak będzie! XD przy każdym kolejnym czytaniu, na tym fragmencie, stawał mi Twój awatar przed oczami, ale uczciwie powiem, że tylko raz przemknęła mi myśl o wykreśleniu poddanych dyskusji zdań i dość szybko ją odrzuciłem – w tej kwestii jestem przekonany do tego jak jest :)

I bardzo dobrze :), ja Cię nawet przez sekundę nie podejrzewałam o usuwanie tych zdań z powodu mojego marudzenia, dlatego pozwoliłam sobie na tę dyskusję.

 

A żeby nie było śmieciowego komentarza to jeszcze jedna kwestia, o której zapomniałam napisać wcześniej. Jak dla mnie to Zyta jest w tym opowiadaniu główną bohaterką, ale pokazaną oczami Lubo i tego, jak wpłynęła na jego życie. Bardzo mi się taki zabieg podoba.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Klasztory żeńskie i msze. Ślub mojej przyjaciółki (jeśli dobrze pamiętam) odbywał się w kościele przyklasztornym. Tam było coś w rodzaju bocznej nawy – za kratą siedziały mniszki, mogły widzieć ołtarz i najważniejsze wydarzenia, ale kontakt ze zwykłymi śmiertelnikami bardzo słaby. Czyli można coś takiego zorganizować i pewnie już kiedyś korzystano z takiego rozwiązania.

Babska logika rządzi!

Krokusie, pisałem Ci już w becie, że wszystkim nie dogodzisz i świetnie, że postawiłeś na swoim. Bardzo starannie opowiedziana historia. Niby wiele się nie dzieje, a emocje czuć w każdym prawie każdym zdaniu.

To jest taki rodzaj tekstu, który skłania do refleksji, stając się życiowym drogowskazem.

Co do zasady, nie klikam i nie nominuję betowanych przez siebie tekstów. Ale, gdyby przypadkiem (mało prawdopodobne) brakło tego pół taka, uczynię wyjątek, bo naprawdę warto.

I znów jestem :)

 

Alicello,

Jak dla mnie to Zyta jest w tym opowiadaniu główną bohaterką, ale pokazaną oczami Lubo i tego, jak wpłynęła na jego życie. Bardzo mi się taki zabieg podoba.

Mówiąc szczerze, ja zawsze myślałem o Lubo, jako o głównym bohaterze, jak tak się nad tym zastanawiałem później, to stwierdziłem, że oboje są w tej historii równie ważni. Natomiast jest dla mnie wielką przyjemnością widzieć, że ktoś odczytał to w inny sposób. Z tym że wtedy słowo “zabieg” mnie nieco zawstydza, bo zabiegi są intencjonalne :P

Przerobiłem łapankę :)

Na pewno “graniczyć”? Bo to nie to samo co ograniczać.

Już wczoraj Gekiemu napisałem, że to zostawiam, ale cały dzień mnie to męczyło, bo wychodziłem na hipokrytę – zdarza mi się wypomnieć komuś użycie niewłaściwego słowa, mimo argumentacji, że “przecież wiadomo o co chodzi”. No i zmieniłem :)

Uśmiecha się, spod welonu na twarz spada jej czarny kosmyk, co go zawsze za ucho zaczepia, a ten wciąż, i wciąż chce oczy zasłaniać i po nosie gilgać.

To zostawię, jak jest, bo nie wyszłoby czasem, że “czarny kosmyk” ma twarz i na tę twarz spada?

Tu mam zagwozdkę, bo nie widzę uzasadnienia dla zapisu wielką literą. 

I tu mam zagwozdkę, bo pisałem to dość dawno i teraz nie pamiętam, czy robiłem nad tym rozkminę, czy poszło tak z marszu. Potrzebuję czasu na zastanowienie się.

Jest gruba, pomarszczona i stara, a jedynie po oczach i siwym kosmyku wystającym spod welonu, widać, że to wciąż ta sama Zyta, co kazała lipy według swojego widzimisię posadzić.

To “a” jeszcze zostawię, przecinek oczywiście usunięty.

 

Dziękuję jeszcze raz! Za komentarze, łapankę i dyskusję :)

 

Finklo,

Czyli można coś takiego zorganizować i pewnie już kiedyś korzystano z takiego rozwiązania.

Aktualnie w klasztorze, który był pierwowzorem miejsca akcji rezydują Siostry Nazaretanki i tam nie ma żadnej izolacji – siostrzyczki siedzą po prostu w pierwszych ławkach (choć też nie tylko), prowadzą przedszkole, lekcje religii w szkołach i wiele, wiele innych działań społecznych (i są zaprzeczeniem obrazu klasztoru z opowiadania – wykonują świetną pracę).

Wiem też, że są właśnie klasztory, gdzie zakonnice są oddzielone kratą od innych wiernych, a są oczywiście też takie, gdzie izolacja jest pełna i tylko wybrane siostrzyczki mogą się kontaktować, w celu załatwienia niezbędnych spraw.

To jest jednak obraz aktualny, ale nie jestem w stanie powiedzieć jak było w dalszej lub bliższej przeszłości.

 

Cześć, MTF!

Jeszcze raz bardzo dziękuję za uwagi podczas bety, fajnie że wpadłeś i tu :)

To jest taki rodzaj tekstu, który skłania do refleksji, stając się życiowym drogowskazem.

To dla mnie ważkie słowa, choć nie wiem, czy udźwignę część z życiowym drogowskazem :P Niemniej jednak to co chciałem powiedzieć, powiedziałem i cieszy mnie, że w tekście to wybrzmiało :)

Dzięki za chęć wsparcia półtakiem!

 

W ogóle to w całym zamieszaniu chyba zapomniałem podziękować jeszcze Ambush za nominację (i nie, to nie dlatego, że nie była pewna) – jak Ci, Łowuszko, odpowiadałem to chyba jeszcze o niej nie wiedziałem, a potem w ferworze komentarzy mi to umknęło. Dzięki!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Z tym że wtedy słowo “zabieg” mnie nieco zawstydza, bo zabiegi są intencjonalne :P

O masz ci los xD, no nie to miałam na myśli. Chodziło mi po prostu o takie pokazywanie bohatera czyimiś oczami, a nie o fakt czy było zaplanowane, czy nie.

Uśmiecha się, spod welonu na twarz spada jej czarny kosmyk, co go zawsze za ucho zaczepia, a ten wciąż, i wciąż chce oczy zasłaniać i po nosie gilgać.

To zostawię, jak jest, bo nie wyszłoby czasem, że “czarny kosmyk” ma twarz i na tę twarz spada?

Moim zdaniem nie wyszłoby tak, bo masz podmiot domyślny wynikający z poprzedniego zdania, poza tym “jej” w żaden sposób mi tu nie wpływa na zmianę podmiotu, ale nie upieram się, bo to drobnostka jest przecież ;)

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Bardzo Ci dziękuję za przemiły komentarz, opowiadanie odczytałaś właśnie tak, jak chciałem :) to dla mnie najlepsza pochwała :)

W takim razie cieszę się że udało mi się tak dobrze cię pochwalić ;P Odczytywało się łatwo, bo wszystko było jasne i bardzo sugestywne. Więcej takich opowiadań z przekazem!

Cześć!

 

Bardzo ciekawy tekst, nie mam pojęcia, czy to erotyk czy raczej studium tęsknoty ale czytało się dobrze. Wpadnę wieczorem z dłuższym komentarzem.

 

Z rzeczy edycyjnych jedno mi się rzuciło:

Tak mija dzień za dniem, aż do zimy, gdy oboje, nago stojąc, zapadają w zimowy sen.

I nawet żarcik sytuacyjny się trafił:

Idzie do dziewczyny, obejmuje pień, przykłada ucho do kory. Lubo denerwuje się, bo teraz baba babie nagada i wyjdzie, że wszystko jego wina.

;-)

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Tu, muszę przyznać, napotkałem na barierę w internecie, albo brak umiejętności wyszukiwania informacji. Nie jestem w stanie podać źródła, ale wypytywałem tu i ówdzie, i usłyszałem o takich praktykach. Moimi “źródłami” byli np. przewodnicy w klasztorach (np. w Krzeszowie), ale to były rzeczy zasłyszane lata temu przeze mnie, moich rodziców itd. Trudno o takich rzeczach wyczytać np. na stronach internetowych poszczególnych klasztorów, bo to wciąż wstydliwe rzeczy dla kościoła katolickiego

No właśnie nawet w związanych z historią miejscach nie odnalazłem wzmianki, więc temat mnie ciekawi. 

 

Byłem zadurzony w dziewczynach, które nie były szkolnymi pięknościami, miały nadwagę, jakieś inne niedoskonałości i miałem z tym problem. Co więcej, wiem, że nie byłem w tym odosobniony, tu też wchodzi kwestia otoczenia itd. Uważam, że to temat ważny, jeśli nie wybrzmiał w tekście – szkoda i jest to tylko moja wina.

Wielka szkoda, bo do tego konfliktu wewnętrznego i przemiany bohatera nie dochodzi, w efekcie nie odczułem tej opowieści o dojrzewaniu, a tylko opowieść o niedojrzałym pragnieniu jędrnych piersi (nie żebym nie lubił jędrnych piersi, ale te wolę obserwować w przyrodzie, a nie w literaturze). 

 

Pylenie niekoniecznie odbywa się pomiędzy drzewami

Powiedz to mojej alergii na pyłek lipy. 

 

Co do łączenia się drzew, to jest tylko subtelna wzmianka, o tym, że go bierze chłód od korzeni. Interesowałem się faktem porozumiewania się drzew między sobą, ale też dochodzi nieco inna kwestia: rozbudowane systemy komunikacji między drzewami występują na obszarach naturalnych. W miejscach gdzie zachodzi interwencja człowieka, przywrócenie lasu do stanu naturalnego trwałoby setki lat, więc jest w zasadzie niewykonalne. A tutaj mamy drzewa, które są sadzone przez człowieka po dwóch stronach ubitej drogi – ukształtowanie się grzybni, całej sieci przepływu informacji to proces, który nie dzieje się z dnia na dzień

Oczywiście, ale to już rolą autora głowić się, jak tekst skomponować, by dany temat przedstawić. Moim zadaniem jest marudzić. :P

 

Bardzo Ci, Geki, dziękuję za, przynajmniej dla mnie, pozytywną ocenę tekstu. Ani trochę nie czuję się pokrzywdzony, bo uargumentowałeś wszystko w sposób dla mnie zrozumiały. Wdzięczny jestem właśnie za to jak przyłożyłeś się do tego komentarza, a czy piórko będzie, czy nie, to kwestia dla mnie mniej istotna – nominacja to, według mnie, to przede wszystkim okazja do zmierzenia się z takimi opiniami. Dziękuję!

Ależ bardzo proszę. Opowiadanie jest bardzo dobre i podobało mi się, ale to jest właśnie tak, jak zauważyłeś – w kontekście komentarza potencjalnie piórkowego trzeba przyjąć inny punkt odniesienia niż w przypadku komentarza pod opowiadaniem, które ma dostać się do biblioteki. 

Słabe teksty nominacji nie otrzymują. ;) 

Zamiast wczora z wieczora wpadam dopiero dzisiaj.

 

Bardzo spodobał mi się nastrój oraz “zmysłowość” tekstu. Język i sposób obrazowania zdecydowanie pasuje do erotyku. Obrazowo, delikatnie, delikatnie poza granice pierwszej fascynacji. Klimat i nastrój to najmocniejsze elementy opowiadania imho. Pasują do niego również nieco rubaszne żarty: Zyta z jabłkiem na drzewie, obawa przed tym, co kobieta kobiecie nagada, oraz:

Nie może się doczekać, aż wzrośnie, a pień zesztywnieje, nabierze obwodu.

;-) Tworzy to spójną, budząca tęsknotę całość.

 

Nieco gorzej wygląda fabuła, bo jest jej tu niewiele. Erotyk, wiem, ale… Przepięknie opisujesz sceny i pokazujesz pewną historię, ale jak na tak plastyczny i dopracowany warsztat zabrakło mi tu czegoś więcej do przekazania.

Logicznie, nieco mi zgrzytał też fakt, że Lubo tak bardzo polega na wzroku, którego drzewa przecież nie mają. To jest część większego zgrzytu – bardzo mocno tego “pana drzewo” uczłowieczyłeś, co również do erotyku bardzo pasuje, ale do fantastycznego erotyku o drzewach już nie tak bardzo. Mocno sprawę ratuje dotyk, którym bohaterowie również się komunikują, ale mimo wszystko jest to bardzo ludzkie. Kolejna sprawa, to kwestia płci drzew. Z tego co kojarzę, to lipy mają męskie i żeńskie kwiatki, więc jakby każda miała “obie płcie”. Wiem, niby drobiazg, ale też przeogromne pole go popisu dla wprowadzenia fantastyki i “perspektywy drzewa” przykładowo. A zamiast tego mamy jakby ludzi pod postacią drzew.

Podsumowując, bardzo nastrojowy tekst z potencjałem na znacznie więcej. Aż żal drzewa na działce wycinać.

 

Pozdrawiam!

 

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć, Krarze!

 

Wypatrywałem Cię z niecierpliwością :P

Powtórka naprawiona :) Dzięki!

Cieszy mnie, że nastrój przypadł do gustu, bo tym właśnie, i do tego emocjami, miał właśnie stać ten tekst.

Gdy pisałem o wzrośnięciu i nabraniu obwodu, wiedziałem, że część czytelników zabranie myślami za daleko :P ale hole, hola ;) tak właśnie rosną drzewa :P

Nieco gorzej wygląda fabuła, bo jest jej tu niewiele. Erotyk, wiem, ale… Przepięknie opisujesz sceny i pokazujesz pewną historię, ale jak na tak plastyczny i dopracowany warsztat zabrakło mi tu czegoś więcej do przekazania.

Z założenia tekst nie miał być długi, bo uważam, że inaczej by zmęczył. Nie chciałem też iść w większą dynamikę, bo to nie pasowałoby do założeń, stąd zostałem z dość prostym przekazem, ale jednak, według mnie, bardzo “na czasie”.

Logicznie, nieco mi zgrzytał też fakt, że Lubo tak bardzo polega na wzroku, którego drzewa przecież nie mają. To jest część większego zgrzytu – bardzo mocno tego “pana drzewo” uczłowieczyłeś, co również do erotyku bardzo pasuje, ale do fantastycznego erotyku o drzewach już nie tak bardzo.

Cóż, drzewa były tylko pretekstem, żeby napisać historię o ludziach – tutaj nie mam co udawać, że było inaczej. Wzrok i bodźce przezeń odbierane to właśnie to co często w miłości gubi, a o tym miała być ta opowieść. A do tego historia jest o drzewnych duszach, co się wiąże też z kolejnym zgrzytem:

Kolejna sprawa, to kwestia płci drzew. Z tego co kojarzę, to lipy mają męskie i żeńskie kwiatki, więc jakby każda miała “obie płcie”. Wiem, niby drobiazg, ale też przeogromne pole go popisu dla wprowadzenia fantastyki i “perspektywy drzewa” przykładowo. A zamiast tego mamy jakby ludzi pod postacią drzew.

Lipy, jak większość drzew, są w zasadzie obojnakami – to fakt. Tutaj oddzielam zupełnie miłość od rozmnażania. W momencie, gdy historia się kończy, lipy mają między 30 a 50 lat – zależy jak życie było łaskawe dla Zyty. Zatem pierwsze pylenia mają już za sobą. Zyta wsłuchiwała się w drzewne serca:

Serce tego drzewa jest wrażliwe, niewieście, a w tamtym dzikie jak u młodziana.

Choć oczywiście serca jako takiego również próżno szukać w drzewach :)

Zatem tak – mamy ludzi pod postacią drzew i wiem, że wielu osobom może to zgrzytać, mogą się pojawić inne korytarze, którymi opowiadanie mogło podążać. Cóż, taki już los autora :)

 

Dziękuję za wizytę i komentarz! Cieszą pozytywy, a to co wskazałeś ma swoje podstawy, jest zatem i nauką, i polem do rozmyślań :)

 

Pozdrawiam!

 

Geki,

Powiedz to mojej alergii na pyłek lipy. 

 

Choć ja akurat nie lubię się ze zbożami…

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Wpadam zwabiony licznymi nominacjami piórkowymi. I trochę kręcę nosem, jak to ja.

 

To ładnie napisany tekst, choć stylizacja była momentami męcząca (ale ja nie lubię stylizacji, więc de gustibus). Jest sielsko, barwnie i momentami erotycznie. A potem bam, morał – jaką babę masz, taką masz, nie grymaś, bo innej nie dostaniesz. :P

 

Żarty żartami, ale serio, w moim odczuciu to dość upiorny tekst.

Ten tekst jako metafora dojrzewania nie sprawdza się w mojej opinii. Głównie dlatego, że bohater przechodzi transformację od oceniania po wyglądzie do oceniania po oczach za sprawą jednej rozmowy (plus iluś tam lat czekania) – a trudno to nazwać ewolucją, procesem. To bardziej bajka, w której dobra wróżka rozwiązuje wszystkie problemy dwojga ludzi (duchów) jednym magicznym słowem.

Mam również ogromne wątpliwości odnośnie przesłania tego tekstu. Z komentarzy wynoszę, że miało to być coś w stylu “nie szukaj miłości tylko na postawie wyglądu” – ale relacja miedzy bohaterami aż do końca pozostaje czysto fizyczna. Nie ma tu niemal żadnej komunikacji, poznawania siebie, przyjaźni, wspólnych zainteresowań, czułości, opieki… Nic, tylko pocieranie się gałęziami, tęskne spojrzenia i marzenia. A patrzenie sobie w oczy jako metoda wyboru partnera to wciąż ocenianie po wyglądzie. :P

No i ta zakonnica, dobra wróżka tej baśni, która dobrała drzewa w pary, a kiedy jedno z nich tęskni za innym życiem, czule je sforuje, sugerując, by przestało marzyć i brało taką partnerkę, jaką mu przydzielono. Bo ona przecież nieomylna, maja być razem szczęśliwi i już.

Nie uwiódł mnie również słowiański bestiariusz, który jest i szczerzy kły, ale nic szczególnego w tym tekście nie robi.

 

Dobra, jad wylany, teraz trochę plusów.

Stylistycznie to naprawdę mocny tekst. Ładnie napisany, nastrojowy. Momentami sielski, momentami pełen tęsknoty. Skutecznie malujesz słowami emocje, cały czas wiem, co mam czuć. Cały wątek Zyty/Agnieszki i Jaśka uważam za może nie bardzo oryginalny, ale udany – ładny romans z tragicznym środkiem i szczęśliwym zakończeniem. Elementy erotyzmu opisane z umiarem, choć kilka fraz powtarza się częściej, niż by się chciało.

 

Podsumowując – podziwiam język i styl, doceniam ładnie opisany romans i interesujący pomysł, ale mam wrażenie, że albo coś mi umyka, albo ten tekst nie do końca przekazuje to, co miał. Ale ze mnie marny romantyk, więc kto wie.

Czytałam Twoje opko i gdzieś, w którymś momencie zaczęła mi w uchu brzęczeć piosenka Do you love me? ze Skrzypka na dachu. Można się tu doszukiwać morału, by nie oceniać po wglądzie, ale jak słusznie zauważa Zyta, drzewa nie mają specjalnego wyboru, nie przemieszczą się. Mają tylko tego, kto rośnie naprzeciwko. Dlatego widzę tu bardziej przesłanie, że najpierw szacunek, otwartość na tę drugą osobę, a miłość ma szansę przyjść z czasem. I może to nie jest przesłanie tylko dla drzew, ale też dla ludzi, by nie oczekiwać, że od razu piorun trafi, wzniosłe uczucia się wzbudzą, ale żeby dać uczuciu szansę, by się rozwinęło.

Zyta zabawiła się w swatkę, ale zwracała uwagę przede wszystkim na to, co drzewom w duszy gra i tak je dobrała, by miały szansę się pokochać i przeżyć, skoro drzewa miłości pozbawione umierają. Włożyła w ten dobór całą swoją wiedzę o miłości i całą swoją miłość, a i życzyła drzewom jak najlepiej :)

Przepięknie to napisałeś :) Kiedy zobaczyłam tag erotyka, westchnęłam ciężko, bo mało kto potrafi dobrze pisać erotyczne teksty, ale okazało się, że do tego rzadkiego gatunku należysz. Powinniście być pod ochroną ;) Erotyki nie ma za dużo, akurat tyle, ile trzeba. Drzewa IMO nie do końca są zantropomorfizowane, ich dusze mają ludzkie kształty, ale to nie do końca ludzie. Ludzkie dusze są chyba raczej bardziej mistyczne, a te drzewne – fizyczne. Dusze drzew są niewątpliwie podatne na wpływy, Lubo przez lata obserwuje Zytę i kobiety maszerujące do kościoła i stają się one jakimś wzorcem. Ciekawa jestem, jakby Lubo się zachowywał rosnąc w lesie ;)

Pomykający dookoła słowiański bestiariusz dodaje opowieści smaczku i pozwala tworzyć klimat. A ten masz palce lizać. No, podobało mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, None!

I trochę kręcę nosem, jak to ja.

A kręć, kręć! :D

Głównie dlatego, że bohater przechodzi transformację od oceniania po wyglądzie do oceniania po oczach za sprawą jednej rozmowy (plus iluś tam lat czekania) – a trudno to nazwać ewolucją, procesem. To bardziej bajka, w której dobra wróżka rozwiązuje wszystkie problemy dwojga ludzi (duchów) jednym magicznym słowem.

Nie zgodzę się z tym – rozmowa rozmową, ale można powtarzać dzieciom setki razy, a to nie przemówi im do głowy tak, jak przemówi przykład. Momentem przemiany jest ślub Zygnieszki i Jaśka:

Lubo odwraca z odrazą wzrok od starego ciała, ale w ostatniej chwili widzi jej twarz. Szczęśliwą. I już Drzewny Duch nie może oderwać się od tego widoku. Widzi każdą jej zmarszczkę, każdą fałdę na skórze, przebarwienia, blizny i znów czuje jej ciepło na korze, dotyk i szepty o miłości. To ta sama Zyta, jest tego pewien. Piersi nie unoszą się już dumnie pod materiałem, a niekształtne nogi znaczy pajęczyna ciemnych żył.

i

Lubo zagląda w jego oczy i nadziwić się nie może. Młodzian patrzy tylko na swą wybrankę; żadna Rusałka, Rodzanica, czy Północnica nie otrzymuje choćby przelotnego spojrzenia, a jego źrenice błyszczą tak, jak błyszczeć mogą tylko na widok największego skarbu.

I oczywiście nie zaprzeczę w żaden sposób, że jest to bardzo uproszczone – w zasadzie cała przemiana następuje w dwie noce – nieudane podchody do Bogny i ślub duchów 24 godziny później.

A uproszczone jest dlatego, że jest stylizacja :P nie dziwi mnie, że zmęczyła – wiedziałem, że im dłuższy tekst, tym będzie z tym gorzej, dlatego skracałem bardziej zawzięcie niż to robię na konkursy. Przez to mogą cierpieć inne warstwy, no ale cóż… trzeba było się na coś zdecydować :)

Mam również ogromne wątpliwości odnośnie przesłania tego tekstu. Z komentarzy wynoszę, że miało to być coś w stylu “nie szukaj miłości tylko na postawie wyglądu” – ale relacja miedzy bohaterami aż do końca pozostaje czysto fizyczna.

Nie zaprzeczę, ale też Drzewne Dusze są słowiańskimi stworami – obiektami kultury tak bardzo ostatnio rozbuchanej erotyzmem. Z jednej strony to ich sposób na to by kochać, ale z drugiej to postawienie się naprzeciw klasztorowi, który wszelkie objawy miłości innej niż sakramentalna, jest przeciwny. Ale wiem, że to nie do końca może być odczytywalne z tekstu.

A patrzenie sobie w oczy jako metoda wyboru partnera to wciąż ocenianie po wyglądzie. :P

Pisząc ten tekst, nie ukrywam, że sięgnąłem do lat młodzieńczych i sytuacji gdzie nie potrafiłem powiedzieć dlaczego ta, a nie inna dziewczyna podoba mi się najbardziej, bo obiektywnie rzecz ujmując, nie zawsze ganiałem za boginiami. Tu tak samo Lubo miał zauroczyć się w Bognie, a jednocześnie wciąż oglądać się za Rusałkami – to wymaga nieco zawieszenia niewiary: Zyta wiedziała kto w kim się zauroczy i tak się stało z młodym Lubo, a jednocześnie jego wzorce nie pozwalały mu na to, by pielęgnować to uczucie. Rozumiem, że nie do każdego to musi trafić, bo tu jednak postawiłem sprawę na dość cienkiej linie.

Z tym strofowaniem rzecz się ma podobnie jak z przemianą – nie było jej źródłem, a raczej wprowadzeniem. To ślub jest momentem kulminacyjnym.

Nie uwiódł mnie również słowiański bestiariusz, który jest i szczerzy kły, ale nic szczególnego w tym tekście nie robi.

Stwory miały zrobić kontrast do wierzeń chrześcijańskich, ale poza tym owszem – są raczej ozdobnikiem.

Stylistycznie to naprawdę mocny tekst. Ładnie napisany, nastrojowy. Momentami sielski, momentami pełen tęsknoty. Skutecznie malujesz słowami emocje, cały czas wiem, co mam czuć. Cały wątek Zyty/Agnieszki i Jaśka uważam za może nie bardzo oryginalny, ale udany – ładny romans z tragicznym środkiem i szczęśliwym zakończeniem. Elementy erotyzmu opisane z umiarem, choć kilka fraz powtarza się częściej, niż by się chciało.

Bardzo dziękuję za taką opinię :)

Podsumowując – podziwiam język i styl, doceniam ładnie opisany romans i interesujący pomysł, ale mam wrażenie, że albo coś mi umyka, albo ten tekst nie do końca przekazuje to, co miał. Ale ze mnie marny romantyk, więc kto wie.

Nie uważam, żeby Ci coś umykało, None. Napisałeś jak odbierasz ten tekst i za to jestem Ci bardzo wdzięczny. Po prostu każdy odbierze go inaczej, a ja wiedziałem, że opinie będą bardzo różne. Najbardziej się cieszę, że przyszedłeś i zostawiłeś obszerny komentarz – dla mnie to spojrzenie z kolejnej strony na ten tekst i na pewno nauka na przyszłość. Dzięki!

 

 

Cześć, Irko!

Czytałam Twoje opko i gdzieś, w którymś momencie zaczęła mi w uchu brzęczeć piosenka Do you love me? ze Skrzypka na dachu.

To dość mocny komplement :) Dziękuję!

Dlatego widzę tu bardziej przesłanie, że najpierw szacunek, otwartość na tę drugą osobę, a miłość ma szansę przyjść z czasem. I może to nie jest przesłanie tylko dla drzew, ale też dla ludzi, by nie oczekiwać, że od razu piorun trafi, wzniosłe uczucia się wzbudzą, ale żeby dać uczuciu szansę, by się rozwinęło.

W tym względzie rolę miała odegrać droga, której Lubo nie przekraczał. Ja ze swojej młodości pamiętam, że czasem dzieciaki z innej klasy, albo z innego osiedla były czasem jak obcy, czy wręcz wrogowie. Po latach, gdy ich poznawałem, okazywało się, że są tak samo fajnym ludźmi jak ci “swoi”. Ale przyznam, że odczytałaś to nieco inaczej niż założyłem, co jest dla mnie bardzo ciekawe i przyjemne. Choć temat pielęgnowania uczuć był tu na pewno na jednym z pierwszych miejsc.

Kiedy zobaczyłam tag erotyka, westchnęłam ciężko, bo mało kto potrafi dobrze pisać erotyczne teksty, ale okazało się, że do tego rzadkiego gatunku należysz.

To bardzo miłe, ale wstrzymam się z hurraoptymizmem – jak już było zaznaczone w komentarzach – byłem bardzo ostrożny. To moje pierwsze podejście do erotyki i nie powiem, żebym napisał taką erotykę jaką chciałbym czytać. Ale odbiór tej kwestii zawsze będzie bardzo różny i cieszy mnie, że według Ciebie wyszło dobrze.

Ciekawa jestem, jakby Lubo się zachowywał rosnąc w lesie ;)

Drzewa w lesie mają łatwiej :) Ale co mógłby zobaczyć… cóż, trzeba iść do lasu i samemu się przekonać :D

Pomykający dookoła słowiański bestiariusz dodaje opowieści smaczku i pozwala tworzyć klimat. A ten masz palce lizać. No, podobało mi się :)

Cieszy mnie taka opinia :) Dziękuję serdecznie za wizytę i komentarz!

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Nowa Fantastyka