- Opowiadanie: leniwy2 - Nie wracajcie

Nie wracajcie

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Nie wracajcie

 Rodzice Roba mieszkali w dużym domu na prowincji. Rob dawno ich nie odwiedzał, po awansie na nic nie starczało mu czasu. Oni też zresztą nie byli w najlepszej formie. Nieprzyjemnie o tym mówić głośno, ale rodzice Roba byli zmęczeni życiem – w przestronnych pokojach swojego prowincjonalnego domu czekali już tylko na śmierć.

Raz Emily usiadła obok Roba na kanapie i oparła głowę o jego ramię. To było po ogrodowym przyjęciu, które wyprawili dla znajomych bez konkretnej okazji. Wynajęli wtedy kucharza, żeby przez całe popołudnie przyrządzał mięso z grilla na tarasie. Goście mogli poruszać się swobodnie między tarasem a salonem, gdzie z wież muzycznych Rob puszczał bluesowe oraz jazzowe kawałki. Później zaczęły się tam nawet tańce.

Emily wtuliła się w Roba i objęła go w pasie.

− Podobało mi się dzisiaj – powiedziała.

− Mnie też. Ty mi się podobałaś.

Pocałował ją. Miała na sobie czarną suknię z cekinami. Emily od zawsze kojarzyła mu się z ciepłą kawą bez mleka i cukru. Wzięła go potem za rękę i poprowadziła do sypialni. Zapadał już wieczór, przez okno słychać było świerszcze.

Rob miał niejasne wrażenie, że tamtej nocy dzwonił też telefon. W pewym momencie poczuł się, jakby słuchawka telefonu przylegała ściśle do jego ucha. Słyszał dobiegające z niej trzaski i syki o ziarnistym charakterze, przypominające ponury szmer toczącego się żwiru. Halo? Czy ktoś powiedział halo? Telefon dzwonił dwa pokoje dalej, ale nikt nie chciał go odebrać.

Później leżeli obok siebie w łóżku, słuchając wody spływającej rynnami do ziemi. Emily opuszkami palców muskała ostrożnie jego klatkę piersiową.

− Podobno Tina zaliczyła duży casting – powiedziała. − Myślę, że przyszły rok będzie dla niej trudny. Ona też tak uważa.

Rob zgasił lampkę nocną i przytulił Emily do siebie.

− Chciałabym więcej takich przyjęć – powiedziała kiedy już prawie zasypiał. − Przyjęć jak to dzisiejsze albo nawet większych. Trzeba to powtórzyć.

− No jasne – powiedział Rob.

− Potrzebujemy tylko trochę więcej miejsca.

Rob nic nie odpowiedział, tylko pocałował ją w szyję.

Tamtego dnia zasypiając myśleli o domu na prowincji. Jego pokojach zastawionych porcelaną i bukietami sztucznych storczyków. Otaczających go pastwiskach, gdzie rosły maki i chabry. Korytarze domu były długie, a on sam rozległy, ciągnęły się i kluczyły, schodziły pod ziemię, plącząc się jak sznury na wietrze, a oni stąpali po nich z nabożną ciszą.

Później biała fasada domu wydęła się niby żagiel i wszystko w środku zmieniło się nie do poznania, tak że myśląc o nim Rob i Emily nie myśleli już o prawdziwym budynku, ale rozdygotanym mirażu, czymś co ich nie dotyczy i czego nigdy nie dotkną. Dom, jako miejsce, był dla nich nieskończenie odległy.

Jednak niedługo zapomnieli o całej tej rozmowie.

 

Żyło im się dobrze i na nic nie mogli narzekać. Oboje byli lubiani i szanowani wśród znajomych. Dzięki awansowi Roba, Emily nie musiała pracować. Od czasu do czasu wysyłała najwyżej krótką recenzję do Movies Weekly, żeby filmowy półświatek jeszcze do końca o niej nie zapomniał.

Rob piastował stanowisko szefowskie w jednym z oddziałów dobrze znanej firmy reklamowej. Nie wszyscy za nim przepadali, ale miał grono swoich popleczników. Wśród nich był na przykład Billy, który zajmował się organizacją grafiku.

Pół roku po przyjęciu Billy podszedł do Roba i podał mu złożoną kartkę papieru. Podając ją podniósł i opuścił podbródek płynnym ruchem. Oznaczało to, że sprawą należy się zająć jak najszybciej.

Papier w dotyku wydawał się być średniej jakości. Papierowy świstek, na którym człowiek bez zawahania mógłby spisać dłuższą listę zakupów spożywczych. Rozkładając go Rob zauważył, że rogi są lekko wymięte.

 

Drogi Panie McCoy,

 

Pański ojciec od paru dni gorączkuje. Wezwałam lekarza, ale musi Pan zrozumieć, że tutaj nie wszystko funkcjonuje tak jak w mieście. Możliwe, że zostanie zabrany do szpitala. Pani McCoy również nie czuje się najlepiej. Nie chcę Pana niepokoić, ale prawdę mówiąc, w ciągu ostatnich kilku dni ich stan mocno się pogorszył. Nie da się z nimi rozmawiać. Mam wrażenie, że z powodu niedotlenienia zupełnie stracili rozeznanie w tym co prawdziwe, a co nie.

Przepraszam, że nie kontaktuję się z Panem telefonicznie – sieć została zerwana przez burze przetaczające się nad Shelburne Falls parę dni temu. Będę Pana informowała wraz z rozwojem sytuacji.

 

Olivia Moore

 

 

Rob położył kartkę na biurku.

− To nie jest żart, prawda Billy? − zapytał.

− Dzisiaj rano przyszła tu jakaś kobieta – powiedział Billy. − Nie widziałem jej osobiście, wszystko wiem od recepcjonistki. Podobno zostawiła tę kartkę dla ciebie. Zostawiając ją wymieniła twoje imię.

Rob przetarł czoło. Czuł, że pocą mu się dłonie, a żołądek zjeżdża kilka pięter w dół − głęboko jak winda w szybie górniczym.

− To chyba nie jest żart – powiedział. − Dzięki Billy.

Kiedy Billy wyszedł, Rob zamknął się w biurze i usiadł na skórzanym fotelu, patrząc przez okno na panoramę Bostonu. W prawej dłoni trzymał długopis ze złotą skuwką i co kilka sekund uderzał się nim lekko w nogę. Wyglądało to tak, że większość czasu pozwalał ręce wisieć bezwładnie w powietrzu, ale czasem podnosił ją nagle na wysokość lędźwi (ramię wraz z przedramieniem tworzyły wtedy kąt prosty), po czym – długopis znajdował się wówczas między palcem wskazującym, środkowym i kciukiem − kilkukrotnie przekręcał nadgarstek, a czarny korpus i zatknięta nań skuwka zmieniały przestrzenną orientację z godziny trzeciej na piątą, uderzając bezdźwięcznie o wnętrze jego lewego uda.

Mimo wszystko było jeszcze dosyć wcześnie – rybitwy dopiero wzbijały się do ospałego lotu nad lśniącą od wschodzącego słońca Charles River.

− Jestem teraz u Tiny. Jesteśmy trochę zajęte – powiedziała Emily, kiedy do niej zadzwonił.

− Chodzi o rodziców.

− Hmm – powiedziała Emily. − Naprawdę jesteśmy zajęte. Może spotkajmy się za jakieś dwie godziny w Blue Bottle Coffee?

− Emily… – powiedział Rob. − Dobry pomysł, Emily − dodał po zastanowieniu. − Zróbmy tak.

Jednak tamtego dnia była prawdziwa zawierucha ze zleceniami i Rob nie miał nawet chwili, żeby wstać od biurka. Udało im się porozmawiać dopiero w domu.

Jedli pieczonego łososia. Rob położył kartkę przed jej talerzem. Było już po dwudziestej drugiej, więc włączyli kilka lamp i żyrandol z kryształowego szkła. Rob podniósł lampę solną i postawił ją na stole. Był przy tym niezbyt delikatny − kiedy ją stawiał zatrzęsły się talerze.

− To okropne – powiedziała Emily. − To naprawdę okropne.

− Dziwnie to wygląda – odpowiedział Rob.

Emily spojrzała w dół i obiema dłońmi wygładziła serwetę na kolanach.

− Chodzi mi o całą tę Olivię – powiedział. − Czemu nie zadzwoniła jak normalny człowiek?

− Oh, Robby…

Emily patrzyła w dół.

− Robby to przejdzie.

Jedli w milczeniu łososia. Ta kobieta miała nierówno pod sufitem. W podobnych sytuacjach wysyła się list polecony. I tak musiała pojechać do Shellburne Falls, żeby wezwać lekarza. Czy oni naprawdę nie mają tam poczty?

− Powinniśmy rozejrzeć się za jakimś domem opieki – powiedziała Emily, zbierając talerze. − Ta Olivia nie może się już nimi zajmować.

Później Emily rozebrała się i weszła pod gorący strumień wody, a spod drzwi łazienki buchnęło wilgotne powietrze. Wkrótce cały korytarz zrobił się szary od mgły. Rob dalej siedział w salonie, ale po chwili wstał, podszedł do telefonu i wybrał numer do rodziców.

Czekając na połączenie próbował przypomnieć sobie, kiedy tam ostatnio dzwonił. Pamiętał kobietę, niosącą kosz czerwonych owoców podobnych do jabłek. Widział ją oczami wyobraźni, schodzącą na piaszczysty brzeg po kamiennych stopniach. Trzymała kosz blisko przy biodrze, a jej ramiona oplatały go ściśle jak łodygi winorośli. To było chyba ponad rok temu. Wracali wtedy z Playa del Carmen.

Usłyszał sygnał, a potem suchy trzask, jakby ktoś podnosił słuchawkę.

− Halo? − powiedział Rob.

 

Tamtego dnia śniło mu się, że jedzie pociągiem. To był jeden z tych nawracających snów, przydarzających mu się dosyć często. Siedział w dosyć tłocznym przedziale, do którego ktoś ciągle wchodził. Na jawie nie byłby sobie w stanie przypomnieć twarzy siedzących tam osób ani treści toczących się rozmów, ale we śnie cała ta sytuacja wydawała mu się bardzo zwyczajna. Zanim się obudził nie miał powodów by sądzić, że to wszystko nieprawda.

W pewnym momencie do przedziału wchodził elegancko ubrany mężczyzna. Miał na sobie czarny garnitur, a na głowie kapelusz o płaskim rondzie. W ręku niósł torbę podróżną.

Mężczyzna siadał naprzeciwko Roba i spoglądał przez okno. Rob nie mógł dojrzeć jego twarzy. Mężczyzna poprawiał kapelusz i otwierał torbę. Szczeknięcie metalowych zamków odbijało się echem po przedziale, pod jego wpływem przestrzeń snu rozpływała się jak wosk. Rob słyszał swój oddech, przez moment widział coś w rodzaju tkaniny splecionej z grubych okrętowych lin, po czym budził się we własnym łóżku.

Tym razem jednak, kiedy mężczyzna otworzył torbę nie słychać było żadnego dźwięku, zaś Rob zdał sobie w końcu sprawę z tego, że śpi, że jest we śnie, na który nie ma żadnego wpływu. Że nic wokół nie dzieje się naprawdę. I że choćby chciał, nie może się obudzić.

Mężczyzna wyciągnął z torby zielone pudełko i potrząsnął nim jak paczką cygar. Przez okno do wagonu wpadała blada struga światła. Podszedł do Roba, położył mu pudełko na kolanach i odchylił wieczko. W środku była koperta. Rob otworzył ją, a w środku była jeszcze mniejsza koperta. Otworzył ją, a w środku była jeszcze mniejsza koperta. Otworzył ją, a w środku była jeszcze mniejsza koperta. Otworzył ją, a w środku była jeszcze mniejsza koperta. Otworzył ją.

 

Następnego dnia ktoś z całej siły pociągnął go za ramię. Towarzyszył temu ogromny ból i poczucie bezsilności.

− Billy… − powiedział Rob.

Była pora lunchu. Stojąc w kolejce do kafeterii, czytali cennik wypisany kredą na czarnej tablicy. W rogu tablicy zatknięty był sztuczny kwiat petunii. Sam kwiat bez łodygi. Trudno powiedzieć jak się tam w ogóle trzymał. Obaj wzięli sandwicze z jarmużem oraz hummusem i zanieśli je do biura. Billy odsunął krzesło, a potem postawił białą filiżankę z herbatą na stoliku. Nogi krzesła zapiszczały o podłogę.

− Wybacz Rob – powiedział Billy. − Nie byłem z tobą do końca szczery.

− Siadaj Bill. Usiądź i się nie krępuj.

− Mam na myśli wczorajszy liścik.

Rob słyszał go jak zza szkła.

− Co?

− Po prostu chciałem być uczciwy – powiedział Billy obserwując jego reakcję. − Powinieneś pogadać z Emily.

− Nie rozumiem.

− Przemyślałem całą sprawę. Dobrze się znamy, prawda? Chcę być wobec ciebie uczciwy. − Billy rozsiadł się wygodniej, po czym podniósł kanapkę do ust. − Wczoraj zanim wszedłem do firmy zapaliłem papierosa. Stałem tuż przed głównymi drzwiami i w pewnym momencie wyszła stamtąd kobieta. Blondynka, dosyć młoda, wysoka jak cyprys. Mówię ci, niezła sztuka. Nie jestem pewien w co była ubrana, ale poza tym wiesz Rob. Człowiek zapamiętuje takie rzeczy. Jak tylko wszedłem do środka recepcjonistka podała mi liścik, wspominając o tobie. Myślę, że to tamta kobieta mogła go zostawić.

− Aha – powiedział Rob. − Rozumiem. To raczej nic ważnego.

− Ale to nie wszystko. Chodzi o to, że ja ją już gdzieś widziałem. Pamiętasz te przyjęcie ogrodowe, które zorganizowaliście jakiś czas temu? Widziałem ją tam. Jadłem na zewnątrz średnio wysmażonego steka i zauważyłem ją przez szybę. Jak rozmawiała z Emily i z tobą. Bardzo była z siebie zadowolona. Uśmiechała się.

− Hmm. Dziwne.

− Ha ha. No sam to powiedziałeś Rob! To chyba dziwne. Koleżanka żony zostawiła do ciebie w pracy jakiś liścik. To chyba bardzo dziwne, co nie? Trzeba uważać.

− To nie to, co myślisz – powiedział Rob, ale sam miał mętlik w głowie.

− Lepiej, żebym nic o tym nie mówił? A może powinienem, co Rob? Pogadać o tym z ludźmi?

Billy uśmiechnął się szeroko i rozłożył ręce.

− Wrzuć na luz, Billy – powiedział Rob popijając herbatę. − Wrzuć na luz.

 

− Odebrałam go parę godzin temu. Akurat byłam w domu.

Rob zerknął z niedowierzaniem na kopertę, którą podała mu Emily. Grubymi, czerwonymi literami wypisano na niej słowa "list priorytetowy". Ilość znaczków się zgadzała, jeden z nich, z motywem floralnym (przedstawiający bukiet polnych kwiatów), był przyklejony krzywo. Drobną czcionką podano imiona i miejsca zamieszkania adresata oraz nadawcy. Wszystko było na swoim miejscu, sprawiało wrażenie porządku i wzbudzało w człowieku głębokie uczucie zaufania względem stojących nad nim instytucji. Wyglądało to dokładnie tak, jak zwykły list powinien wyglądać.

− Przeczytaj – powiedziała Emily. − Ja już czytałam.

 

Drogi Panie McCoy,

 

Przykro mi o tym pisać, ale stan pańskich rodziców ciągle się pogarsza. Od czterech dni nikogo tu nie było, mimo że wezwałam lekarza. Jadę bezpośrednio do szpitala. Będę Pana informowała wraz z rozwojem sytuacji.

 

Olivia Moore

 

− To bardzo nieodpowiedzialne – powiedziała Emily.

Rob bez słowa schował list do koperty i położył ją na blacie. Wziął szklankę z suszarki, podszedł do lodówki i nalał sobie trochę soku pomarańczowego.

− Kiedy to wszystko się uspokoi, powinniśmy ją zwolnić. Znajdziemy jakieś lepsze miejsce dla rodziców. Jak myślisz Rob? − powiedziała Emily. − Mogę się tym zająć, jeśli nie masz do tego głowy.

Rob milczał. Patrzył przez okno na ogród.

− Boże, przepraszam cię. Robby. Martwisz się o rodziców, a ja zawracam ci głowę takimi głupotami.

Emily podeszła do niego i objęła go w pasie.

− Słuchaj – powiedział Rob. − Kilka miesięcy temu kupiłaś nowy skorowidz. Przepisywałaś do niego numery telefonów. Jesteś pewna, że wszystkie przepisałaś poprawnie?

Odsunęła się, starając się spojrzeć mu w oczy.

− Całe dnie siedzisz u Tiny. Co ty tam właściwie robisz?

− Robby. O co ci chodzi?

− Ona nie miała być zajęta kręceniem jakiegoś filmu?

Emily odsunęła się od niego.

− Co ty robisz całe dnie u tej kurwy? − zapytał Rob.

Potem rzucił szklanką o ścianę i powiedział coś jeszcze. Tak naprawdę sam nie wiedział, co mówi. Nie miał pojęcia czy Emily go słyszy, wszystkie dźwięki, nawet dźwięk własnego głosu, dochodziły do niego zniekształcone, jakby przez rurę PCV. Przed oczami zrobiło mu się ciemno, pomyślał, że zaraz zemdleje. Później bardzo tego żałował.

Kiedy skończył Emily poszła do łazienki i zamknęła się w środku. Siedziała tam dalej, gdy wziął samochód i ruszył gdzieś przed siebie. Wrócił następnego dnia wieczorem, ale nie było jej wtedy w domu.

 

Rob obudził się w środku nocy. Przez chwilę nie wiedział, gdzie się właściwie znajduje. Dom trzeszczał i huczał − wiał silny północny wiatr. Z oddechu Emily wywnioskował, że ona też nie śpi. Jej plecy w półmroku wyglądały chorobliwie blado.

Przysunął się do niej. Miała chłodną skórę, o wiele chłodniejszą niż podejrzewał. Wzdrygnęła się kiedy, jej dotknął. Była bardzo sztywna. Sztywna prawie jak trup. Nagle przemknęło mu przez myśl, że ona może już nie żyć. A jednak czuł jej oddech, ciepło i zapach wykremowanego ciała, niepodobny do zapachu śmierci. Byli ze sobą tak długo. Nie pamiętał, czy zawsze pachniała w ten sposób.

W pewnym momencie Emily złapała go obiema dłońmi za przedramię.

− Boże, Rob. Ktoś chyba jest w domu – powiedziała.

Rob wstrzymał oddech. Za oknem szumiały liście brzóz. Czuł, jak krew pulsuje mu w skroniach.

− Naprawdę, ktoś jest na dole. Boję się.

Rob wyślizgnął się z pościeli, uchylił dolną szufladę szafki nocnej i wyciągnął z niej pistolet. Spojrzał na Emily, przykrył usta palcem, a ona kiwnęła głową. Otworzył drzwi i wyszedł na korytarz.

Emily leżała skulona w łóżku, patrząc w miejsce, gdzie zniknął Rob. Przed chwilą słyszała czyjeś kroki w kuchni. Słyszała jak czyjeś buty uderzały o marmurową posadzkę.

− Co się dzieje? − powiedziała do siebie. − Jezu, Jezu. Gdzie ja jestem?

Pokój był o wiele większy, o wiele wyższy niż zwykle. Zamknęła oczy. Pamiętała, że na ścianie naprzeciwko okna wisiał obraz, martwa natura. Był na nim półmisek, w półmisku kilka jabłek i bukiet kwiatów polnych. Widziała mlecze, osty, maki i dzwonki. Pomyślała, że jeśli otworzy oczy obraz zaraz zniknie. Nie miała pojęcia, kto go tam powiesił. Kto go wniósł do tego domu?

Ktoś wszedł do pokoju, a Emily skuliła się w sobie. Pierwszy raz widziała tego człowieka. Słyszała jak za oknem podmuchy wiatru przetaczają się raz za razem po łanach zboża.

− Nikogo tam nie było – powiedział.

− Jak to?

− Nie wiem – powiedział Rob. − Musiało ci się tylko wydawać.

Potem schował pistolet, położył się obok niej na łóżku i zasnął.

 

Rob próbował kilkukrotnie poruszyć cały ten temat z Emily, ale codziennie z samego rana uciekała do Tiny. Oprócz tego, na nic nie starczało jej czasu. Z drugiej strony w firmie mieli ostatnio spory crunch, więc on też był zalatany (klientowi nie spodobał się projekt strony i musieli robić coś na ostatnią chwilę). Ale ogólnie czuł wewnętrzny spokój. Uznał, że nic złego chyba się jednak nie dzieje. To chyba normalne, skoro byli ze sobą tak długo. Nie ma nic normalniejszego na świecie, pomyślał. Coś musiało się prędzej czy później zepsuć.

Elegancko ubrany mężczyzna spojrzał mu w oczy i poluzował krawat. Miał na sobie granatowy garnitur w białe prążki.

− Dzień dobry – powiedział.

− Przepraszam. Czy ja pana skądś znam? − zapytał Rob.

− Nazywam się Allister Moore. Zamieniliśmy parę słów, kiedy podpisywał pan umowę z Olivią. Jestem jej mężem.

Była sobota, rano, a ten mężczyzna stał przed drzwiami, które Rob otworzył w samym szlafroku. Chwilę temu Rob siedział w pokoju gościnnym i jadł jajecznicę. Gdy zobaczył twarz tego mężczyzny, poczuł się jakby ktoś uderzył go w brzuch. Ledwo mógł złapać oddech. Prawdę mówiąc czuł się, jakby miał zaraz upaść.

− To chyba ważne. Proszę, niech pan wejdzie.

− Nie, dziękuję. Podjechałem tu na prośbę Olivii. Tylko na chwilę. Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia na mieście.

− Aha. Rozumiem.

− Chodzi rzecz jasna o pańskich rodziców. Zadzwonilibyśmy, ale wie pan, to, co się teraz tam dzieje przechodzi ludzkie pojęcie. Chociaż niestety, tak właśnie bywa. Na prowincji wszystko działa wolniej. Ja już dawno się do tego przyzwyczaiłem. W gruncie rzeczy nie miałem innego wyboru.

− Co im jest?

− Może chce pan usiąść? − zapytał mężczyzna i spojrzał na niego badawczo.

− Nie trzeba. Niech pan mówi.

− Lekarz stwierdził, że sytuacja jest poważna.

− Tak?

− Jego zdaniem to był ciężki przypadek grypy. Przy pierwszej wizycie powiedział, że trzeba będzie wysłać ich do szpitala. Był przekonany, że już po nich. Ale po kilku dniach wszystko przeszło. Powoli im się poprawia.

− Dzięki Bogu – powiedział Rob i westchnął.

Potem oparł się o framugę drzwi. Mężczyzna poklepał go po ramieniu. Rob zauważył bordową, jedwabną chustkę w jego brustaszy. Była lekko wymięta, jakby wcześniej tamten przecierał sobie nią czoło. Widział na niej kropelki potu. Mógł je policzyć na palcach jednej dłoni.

− Olivia uważa, że powinien pan wrócić – powiedział Allister Moore, wkładając kapelusz. − Odwiedzić rodziców. Im też zrobiłaby dobrze jakaś odmiana. Nie chcę być uciążliwy, ale chyba powinien pan wrócić do domu. To jest też w końcu pańskie miejsce.

Ukłonił się i odszedł.

Na dzień przed wyjazdem Rob nie mógł zasnąć. Słyszał jak Emily chodzi na dole po kuchni i pokoju gościnnym. Słyszał jej kroki na schodach i w łazience. Kiedy otworzył drzwi przeszła obok niego korytarzem. Trzymała w ręku pudełko z drzewa sandałowego. W środku tliło się kadzidło o mocnym, gryzącym w gardło zapachu.

− Co ty robisz? Chodź spać – powiedział Rob.

Emily zeszła z powrotem do kuchni, postawiła na blacie spodek z barwionej porcelany, a potem zapaliła na nim świecę, która topiła się powoli przez całą noc.

 

Był niezły dzień na jazdę. Słońce przez cały czas wisiało w zenicie, błękitny klosz nieba rozpościerał się nad nimi wyjątkowo wysoko. Jechali drogą wijącą się między łanami żyta, które raz za razem smagał wiatr. Rob otworzył okno po stronie pasażera, a Emily rozpuściła włosy. Unosiły się wokół nich jak czarna pajęczyna.

W okularach słonecznych Roba widać było pomarańczowe pnie sosen, kołyszące się sennie, gdzieś daleko, na horyzoncie. Emily zachłysnęła się woskowym zapachem igieł. Odchyliła głowę do tyłu i słuchała świerszczy nawołujących się pośród zboża.

Oboje czuli niepokój. Jechali tam, jakby coś ważnego miało się wydarzyć. Jakby przekraczali jakąś granicę i nie było pewne, po której stronie lepiej się odnajdą. Robiło się nieznośnie gorąco.

− Wracamy, co Rob? – powiedziała Emily i otworzyła torebkę. − Nasz wielki powrót.

Od suchego powietrza piekły ją usta.

 

Jednak kiedy wysiedli, a niebo przykryły chmury w kolorze grafitu − biała fasada domu falowała na ich tle jak żagiel okrętu, Emily wtuliła się mocno w Roba, tak, że czuł na ramieniu bicie jej serca. Ostry, czarny dach piął się wysoko w górę.

− Olivia? − zawołał Rob.

Drzwi były otwarte, echo jego głosu niosło się przez chwilę głównym holem, aż ucichło.

Weszli razem do środka, trzymając się za ręce.

− Jakie to wszystko stare – powiedziała Emily.

− Olivia!

− Boże, Rob. Gdzie oni są?

− Pewnie gdzieś na górze.

Oprócz nich na parterze nie było żywego ducha. Rob zaszedł na chwilę do kuchni. W zlewie leżała brązowa misa, dwa talerze i kilka widelców.

− Chyba jeszcze nie jedli kolacji − powiedział.

Emily wtedy z nim nie było. Nie mógł się w niczym połapać. Wszystko plątało mu się w głowie. A przecież dobrze znał ten dom – spędził w nim tyle czasu. Zatrzymał się na moment przed wysokim lustrem w holu i spojrzał na swoją twarz. Wyglądał w nim naprawdę staro.

− Ładnie ci – powiedziała Emily, wychodząc na palcach z pokoju obok. − Dobrze, że tu jesteśmy. Nie chciałabym być nigdzie indziej.

− Co?

Objęła go w pasie.

− Muszą być na górze – powiedział. − Albo spacerują po sadzie. Zobaczymy ich z okna.

Przeszli więc krętymi schodami na piętro. Wnętrze sypialni było ciemne, na środku stało szerokie łóżko z czarnego drewna. Wcześniej Emily zamarła przed obrazem, który wisiał na ścianie, na drugim piętrze i nie chciała się ruszyć.

− Chodź – powiedział Rob i pociągnął ją za ramię.

Jednak kiedy wyjrzeli przez okno wychodzące na sad z sypialni nikogo tam nie zobaczyli.

− Nie mam już siły − powiedziała Emily i położyła się na łóżku. − To te schody.

Rob położył się obok niej. Czuł się bardzo zmęczony. Czuł wszystkie swoje kości. Sufit wisiał dziś wysoko nad ich głowami. Wyżej niż zwykle. Świat wirował.

− Robby, co my tu w ogóle robimy?

Rob przytulił Emily do siebie. Powietrze w domu było słodkie i ciepłe, mieszały się w nim zapachy herbaty, gazet, sztucznych i prawdziwych kwiatów. Zasypiając pomyślał, że oboje są już naprawdę starzy. Że może nadszedł już na nich czas.

− Jezu, Rob − powiedziała nagle Emily, dotykając jego piersi. − Czy my jeszcze kiedyś stąd wyjdziemy?

− Nie wiem – powiedział i ją objął.

Pod materacem zaskrzypiały deski. Na jabłoniach rozsiadło się kilka drobnych brązowych ptaków, trzepoczących miękko skrzydłami, a pola żyta smagane wiatrem unosiły się i opadały jak plecy olbrzyma. Gdzieś z daleka słychać było koła szorujące o żwir. Ktoś jechał polną drogą. Za przyczepą ciągniętą przez srebrnego Jeepa wzbijały się tumany kurzu.

Koniec

Komentarze

Nie zrozumialam.

Fajny klimat niepokoju, od poczatku czytelnik czuje, ze cos jest nie tak (brak motywacji Roba, by odwiedzic rodzicow), no i to sie tak wszystko powoli rozwija, wprowadzasz watek Emily (i potencjalnej zdrady, jak rozumiem?), wprowadzasz Olivie i jej listy (byloby milo na poczatku wspomniec, kim ona byla – czy oni ja zatrudnili do opieki?), wprowadzasz meza Olivii… I potem nagle konczysz wszystko scena jak z delirium – bardzo ladna, naprawde - w ktorej nic nie ma sensu. A przynajmniej ja nie zrozumialam, jaki byl zamysl autora.

 

Emily od zawsze kojarzyła mu się z ciepłą kawą bez mleka i cukru.

Sliczne zdanie.

To okropne – powiedziała Emily. − To naprawdę okropne.

Dziwnie to wygląda – odpowiedział Rob.

Robby, myślisz, że to poważne?

Cos sie tu zgubilo.

czyjeś kroki w kuchni. Słyszała jak czyjeś buty

powtorzenie

 

Chcialabym przy tym dodac, ze to troche absurdalne, ze po tylu latach na portalu nadal nie ogarniasz interpunkcji. Czy masz dysleksje? W tekscie brakuje jakichs 150 przecinkow, co jest norma w kazdym twoim tekscie, ktory czytalam.

 

Wylaczajac interpunkcje, napisane bardzo ladnie.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Na początki mi się dłużyło, czekałem aż tempo się podkręci i coś się wydarzy.

Potem się bardziej wczułem i czułem irytację i zniecierpliwienie, sam chciałem wsiąść do tego samochodu i pojechać do rodziców (to komplement, bo taki chyba był zamiar autora). Następnie przeszło to w horror, czekałem na uderzenie. Ale ono nie nadeszło. Klimat był dobry, był też niepokój, jak w dobrym filmie. Ale zabrakło mi na końcu jakiejś wisienki na torcie, zwrotu akcji lub mocniejszego akcentu, który zamknąłby opowiadanie w zgrabną całość. A tak raczej pozostało w onirycznych klimatach.

 

Kilka uwag:

 

Myślałem, że przyjęcie jest u rodziców Roba, że wciąż tam jesteśmy.

 

Rob miał niejasne wrażenie, że tamtej nocy dzwonił też telefon. W pewym momencie poczuł się, jakby słuchawka telefonu przylegała ściśle do jego ucha

Telefon – słuchawka telefonu. Wystarczyłaby sama “słuchawka”

 

przypominające ponury szmer toczącego się żwiru.

Czy szmer toczącego się żwiru jest/może być ponury?

 

− Potrzebujemy tylko trochę więcej miejsca – powiedziała Emily.

wyciąłbym “powiedziała Emily”. Wiemy, że to ona.

 

Dziwnie to wygląda – odpowiedział Rob.

Robby, myślisz, że to poważne?

Czegoś tu brakuje, jakiejś półpauzy −

 

− Nazywam się Allister Moore. Zamieniliśmy parę słów, kiedy podpisywał pan umowę Olivią. Jestem jej mężem

z Oliwią.

 

Pozdrawiam

Nie wiem co o tym myśleć. Bo z jednej stony są kawałki, które czyta się wyśmienicie, ale w pewnym momencie ma się wrażenie, że nie wiadomo w jakim celu się czytało.

Męczyły mnie te powtarzane sytuacje, nawracające listy i cała ta sytuacja.

Na końcu odniosłam wrażenie, że Rob i Emily byli właśnie jego starymi, znużonymi rodzicami.

hej kam, dzięki za odwiedziny.

Ostatnio mam w zwyczaju odchudzać mocno opowiadania z motywów i innych kół ratunkowych rzucanych w kierunku odbiorcy, bo tekst wydaje mi się potem zbyt oczywisty. Czasem może dojść do lekkiej przeginki w drugą stronę. Czy tu doszło – jeszcze nie wiem. Nie miałem w sumie okazji, żeby przeczytać na chłodno.

wprowadzasz Olivie i jej listy (byloby milo na poczatku wspomniec, kim ona byla – czy oni ja zatrudnili do opieki?)

Wydawało mi się, że to będzie dostatecznie klarowne z ich późniejszej rozmowy.

czyjeś kroki w kuchni. Słyszała jak czyjeś buty

Nie wiem, czy to powtórzenie zgrabne, ale celowe.

Chcialabym przy tym dodac, ze to troche absurdalne, ze po tylu latach na portalu nadal nie ogarniasz interpunkcji. Czy masz dysleksje? W tekscie brakuje jakichs 150 przecinkow, co jest norma w kazdym twoim tekscie, ktory czytalam.

Jeju, następnym razem nie licz, nie warto :) Nie mam dysleksji. Ogólnie ta interpunkcja cierpi, bo nie dość, że jest dla mnie problematyczna, to poprawki dodaję dopiero po pierwszym drafcie (a opowiadania na forum zwykle kończę na tuż przed dedlajnem, więc te ostatnie ruchy dłutem dokonywane są w atmosferze amoku i ogólnego szaleństwa). No i nie betuję.

Wylaczajac interpunkcje, napisane bardzo ladnie.

Dzięki, pozdrawiam.

 

 

hej Dawidzie, fajnie, że wpadłeś.

Następnie przeszło to w horror, czekałem na uderzenie. Ale ono nie nadeszło. Klimat był dobry, był też niepokój, jak w dobrym filmie. Ale zabrakło mi na końcu jakiejś wisienki na torcie, zwrotu akcji lub mocniejszego akcentu, który zamknąłby opowiadanie w zgrabną całość.

 

No wiem, że opowiadania na NFie muszą kończyć się jebnięciem tudzież przewrotem lub zawrotem głowy, bo inaczej coś jest nie tak i w ogóle niefajnie, ale jakoś nie miałem ochoty tym razem dociskać pedału gazu.

Myślałem, że przyjęcie jest u rodziców Roba, że wciąż tam jesteśmy.

Hmm. Okej widzę, czemu tak to można przeczytać. Zastanowię się nad tym.

Czy szmer toczącego się żwiru jest/może być ponury?

To chyba pytanie natury filozoficznej ;)

wyciąłbym “powiedziała Emily”. Wiemy, że to ona.

Zgoda.

Dzięki że wpadłeś, pozdrawiam.

 

 

Edit:

hej ambush

Sorki, że zmęczyłem. Nom, nieźle kombinujesz.

Pozdrawiam

No wiem, że opowiadania na NFie muszą kończyć się jebnięciem tudzież przewrotem lub zawrotem głowy, bo inaczej coś jest nie tak i w ogóle niefajnie, ale jakoś nie miałem ochoty tym razem dociskać pedału gazu.

Rozumiem. Chodziło mi o uczucie, jak oglądasz horror i wiesz, że zaraz coś się wydarzy. Napięcie, które szuka ujścia. Klimat był dobry, miałem poczucie, że zakończenie ma klimat rodem z filmu “Inni”. I podobnie jak Ambush uważałem, że oni tam zawsze byli, nigdy nie opuścili tego domu. Po prostu zabrakło mi czegoś co pozwoliłoby się w tym odnaleźć, połączyć wszystkie elementy. Ale rozumiem, eksperymentujesz z formą.

Opowiadanie momentami było bardzo niepokojące.

 

To chyba pytanie natury filozoficznej ;)

Po prostu nie jestem przekonany, czy toczący się żwir wydaje ponury dźwięk ;) czy użyłbym tego przymotnika w tym kontekście

 

wprowadzasz Olivie i jej listy (byloby milo na poczatku wspomniec, kim ona byla – czy oni ja zatrudnili do opieki?),

Nie zgodzę się, to akurat wynika jasno z tekstu

 

Ciekawy tekst o przemijaniu. Odniosłem wrażenie, że przestrzeń pomiędzy otwarciem, a finałem zmieściłaby niejedno, ale to nie zarzut. Wypełniłeś ją tym, czym wypełniłeś, rodząc w moim sercu rozmaite uczucia.

Narracja wydała mi się sucha, momentami monotonna, co też niekoniecznie musi być zarzutem. Często zwracasz uwagę na szczegół, co jest bardzo fajne. Zakończenie bardzo dobre. Poetycki obraz wypełniony kolorem, zapachem, dzwiękiem. Delikatna apoteoza codzienności, gdy wcale nie żal umierać.

No i fantastyka w stężeniu homeopatycznym, czyli tak jak lubię.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

hej Michał, fajnie tu widzieć star(sz)e twarze. hej irka

 

Dzięki śliczne za stonowany komentarz, bardzo przyjemnie mi się go czytało.

No i fantastyka w stężeniu homeopatycznym, czyli tak jak lubię.

Ha ha, no u mnie zawsze fantastyka tylko w formie szczątkowej. Piszę takie coś, piszę, zapominam w ogóle, że to ma wjechać na forum fantasy, a potem się dziwię, czemu tekst nie podoba się Finkli xD

 

Pozdrawiam was oboje

 

edit: no i oczywiście dzięki za klika

Bardzo interesujący tekst, który przemówił do mnie przede wszystkim klimatem. Lubię takie niby normalne, codzienne sceny, w których czai się niesprecyzowany niepokój. Finał też przypadł mi do gustu – taki kojąco spokojny, bez trupa w szafie czy potwora pod łóżkiem. Co okazało się bardziej zaskakujący, niż gdyby ten potwór tam był. Podsumowując, spokój, niepokój i zaskoczenie w jednym, nieprzesadnie długim tekście Podobało mi się. 

Narracja z początku wydała mi się ociężała i pełna dziwnych sformułowań, które z jednej strony trudno nazwać błędem, z drugiej nie brzmią naturalnie (oparła głowę o jego ramię → oparła głowę na jego ramieniu)

 

Potem klimat niepokoju (bardzo dobrze prowadzony przez całe opko) udzelił mi się na tyle, że opisy przestały mi przeszkadzać, a wręcz zaczęły nadawać osobliwego klimatu. Jeżeli to był eksperyment z formą, to powiem, że udany

 

Niestety oniryczna natura opowiadania oraz brak pewnej, jasnej konkluzji kłuje mnie w mózgownicę. Rozumiem pewną ucieczkę od “wykładania na ławę” pewnych rzeczy, ale tu nieco przegiąłeś w drugą stronę. Zaznaczam jednak słowo “nieco”. Opko da się interpretować, da się wyciągnąć jakieś wnioski, ale na pewno nie wynika to z faktu, że porozrzucałeś puzzle, które da się jako tako poskładać.

Gdy masz obrazek ze stu puzzli, możesz rzucić ich trzydzieści sztuk i niech sobie czytelnik wyobrazi (w domyśle – dopowie) resztę. Tu tych fragmentów jest sporo, nie mówię, że nie. Ale mam wrażenie, że pochodzą z różnych zestawów.

Przepraszam, że uproszczę, ale jeżeli próbujesz być “tajemniczy”, to struktura opowiadania musi być bardzo dobrze przemyślana względem efektu, jaki chcesz osiągnąć. Dla przykładu ten opis:

 

W prawej dłoni trzymał długopis ze złotą skuwką i co kilka sekund uderzał się nim lekko w nogę. Wyglądało to tak, że większość czasu pozwalał ręce wisieć bezwładnie w powietrzu, ale czasem podnosił ją nagle na wysokość lędźwi (ramię wraz z przedramieniem tworzyły wtedy kąt prosty), po czym – długopis znajdował się wówczas między palcem wskazującym, środkowym i kciukiem − kilkukrotnie przekręcał nadgarstek, a czarny korpus i zatknięta nań skuwka zmieniały przestrzenną orientację z godziny trzeciej na piątą, uderzając bezdźwięcznie o wnętrze jego lewego uda.

Jest to tak bardzo techniczny i specyficzny opis, że mógł być albo efektem myślenia kadrem filmowym (a to błąd), albo czymś w stylu strzelby Czechowa – stawiałem na to drugie, i niestety nic z tego nie wyszło. Podtykasz pod nos czytelnika kilka rzeczy – Oliwię, Tinę, Alistaira – i nic z tym nie robisz, nic z tego nie wynika.

 

Klimat 8/10

konstrukcja – mieszane uczucia, ale 7/10

Wrażenia 6/10

hej Zanais!

 

hej Reinee, fajnie, że wpadłeś.

Cieszę się, że Cię przesadnie nie zanudziłem. Ja ogólnie wolę spokojniejsze zakończenia (i w zasadzie spokojniejsze teksty), chociaż wiadomo, dobra przewrotka też w cenie. Dzięki śliczne za klika!

 

hej Folan!

Kurczę, długi komentarz, podzielę go trochę.

oparła głowę o jego ramię → oparła głowę na jego ramieniu

No nie wiem, oba te sformułowania brzmią dla mnie naturalnie. Przynajmniej “na czuja”. Chociaż w zasadzie kto nie pisze “na czuja”? Może Tarnina?

Potem klimat niepokoju (bardzo dobrze prowadzony przez całe opko) udzelił mi się na tyle, że opisy przestały mi przeszkadzać, a wręcz zaczęły nadawać osobliwego klimatu. Jeżeli to był eksperyment z formą, to powiem, że udany

To rzeczywiście był eksperyment formalny, ale inny niż sugerujesz. Po prostu chciałem napisać opko w minimalistycznym stylu a la Carver.

Przepraszam, że uproszczę, ale jeżeli próbujesz być “tajemniczy”, to struktura opowiadania musi być bardzo dobrze przemyślana względem efektu, jaki chcesz osiągnąć.

Nie staram się być “tajemniczy”, staram się, żeby to opko balansowało na granicy jawy i snu. A sen ma to do siebie, że nie zawsze jest logicznie spójny.

Jest to tak bardzo techniczny i specyficzny opis, że mógł być albo efektem myślenia kadrem filmowym (a to błąd), albo czymś w stylu strzelby Czechowa – stawiałem na to drugie, i niestety nic z tego nie wyszło. Podtykasz pod nos czytelnika kilka rzeczy – Oliwię, Tinę, Alistaira – i nic z tym nie robisz, nic z tego nie wynika.

Ten opis nie jest tam po to, żeby było “tajemniczo” albo dlatego, że “myślę kadrem filmowym” (swoją drogą – czemu błąd? napisali tak w jakimś podręczniku? ;)) ani jako strzelba czechowa. Ogólnie nie lubię obdzierać swoich tekstów ze skóry, więc trochę nie chcę tłumaczyć czemu tam jest. Fragment pojawia się tuż po tym jak Rob dostał dość ważną wiadomość, która nim w jakiś sposób wstrząsnęła.

A postaci są, jakie są. Tak jak w życiu (i we śnie) przychodzą i odchodzą, kontaktują się z nami raz, a potem znikają i zupełnie o nich zapominamy. A na końcu drogi też zwykle nie czeka żadne całościowe matematyczno-logiczne rozwiązanie.

 

Pozdrawiam was

Podobało mi się.

Nie ma tu właściwie jakiejś fabuły, za to klimat jest świetny. Niepokój, nieustanne wrażenie, że rzeczywistość jest zawsze podszyta pewną niewiarą i umownością. Jest kilka zdań w których to podkreślasz np. jak otwiera coraz mniejsze koperty albo tutaj:

Wyglądało to dokładnie tak, jak zwykły list powinien wyglądać.

Ładne zakończenie, które można czytać jako metaforę przemijania, albo bardziej dosłownie. W obu wypadkach wypada dobrze.

Pozdrawiam i klikam.

staram się, żeby to opko balansowało na granicy jawy i snu

Udało ci się – i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

(swoją drogą – czemu błąd? napisali tak w jakimś podręczniku? ;))

Prywatna opinia, ale poparta doświadczeniem. Niemniej przy takich “eksperymentach” wszystkie chwyty dozwolone.

 

A postaci są, jakie są. Tak jak w życiu (i we śnie) przychodzą i odchodzą, kontaktują się z nami raz, a potem znikają i zupełnie o nich zapominamy.

Ogólnie oniryczny klimat od razu rzuca się w oczy i “sen” to najlepsze słowo, jakim można opisać twoje opko. Więc efekt, jak powiedziałem, osiągnąłeś. Po prostu jako “niedzielny” czytelnik spodziewam się po opku jakieś konkretnej konstrukcji i pewnego szkieletu, tu go zabrakło – nie jest to krytyka oczywiście. Wyjście poza utarte formy to zawsze dobre ćwiczenie, niemniej nie tego szukam w zamkniętym tekście.

Zawsze mnie intryguje dwójka, stojąca za nickiem. Nie wyjaśniaj, niech tak pozostanie. ;-)

 

Opowiadanie ciekawe, bo bije z niego autentyzm. Jak na Carvera – czytałam komentarze – trochę za bardzo rozbudowane i mało mięsiste. Klimat jest, fabuła też, los też, choć carverowski byłby bardziej bezwzględny, do czego nie zachęcam, naturalnie. ;-) Cóż życie.

Gdybym miała oceniać według swoich preferencji czytelniczych i możliwości zrozumienia, rzekłabym – początek do poprawy, podobnie jak przejścia, reszta ok, a całość do wygładzenia.

 

Skarżę, ale proszę o przeczytanie, przejrzenie i wstawienie przynajmniej przecinków ewidentnych: przy imiesłowach, oddzielające orzeczenia i zdania podrzędne. Może być po zakończeniu konkursu, nie pamiętam zasad, tj. czy można przed wynikami.

 

Kilka drobiazgów wypisałam to Ci podrzucę:

,Emily od zawsze kojarzyła mu się z ciepłą kawą bez mleka i cukru.

O, matko, w życiu nie chciałabym się komuś kojarzyć z letnią kawą. Wystudzona jest raczej niesmaczna, a w tym miejscu budowałeś jeszcze chyba inny obraz relacji.

,powiedziała(+,) kiedy już prawie zasypiał.

,W pewnym momencie do przedziału wchodził elegancko ubrany mężczyzna.

Zerknij, czy nie miało być "wszedł"? Nie, chyba nie, gdyż sen się powtarzał, bądź wchodzący mężczyzna (i kto wie, czy nie miał w brustaszy bordowej chusteczki, a słowo brustasza – misię), lecz nie dałeś nijakiej o tym wzmianki. Rozpocząłeś od "Tamtego dnia" i kontynuowałeś powtarzalnością.

 

pzd srd i powodzenia w konkursie!

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

hej Edwardzie, miło Cię widzieć,

dzięki za odwiedziny i za klika.

 

hej Asylum,

Zawsze mnie intryguje dwójka, stojąca za nickiem. Nie wyjaśniaj, niech tak pozostanie. ;-)

To nie tłumaczę, zwłaszcza, że jest tam z pobudek nudno pragmatycznych ;)

No prawda, Carver potrafi krótko i dosadnie, ale bardziej mi chodziło o jego styl nie budowę utworu. Dzięki za polecankę. Przysiądę do poprawek wkrótce.

O, matko, w życiu nie chciałabym się komuś kojarzyć z letnią kawą. Wystudzona jest raczej niesmaczna, a w tym miejscu budowałeś jeszcze chyba inny obraz relacji.

No tak, ale przecież ciepła to co innego niż letnia. Ciepła to już nie wrząca, ale na pewno nie chłodna, przyjemna, nieparząca w język i dalej dobra ;p

Zerknij, czy nie miało być "wszedł"? Nie, chyba nie, gdyż sen się powtarzał, bądź wchodzący mężczyzna (i kto wie, czy nie miał w brustaszy bordowej chusteczki, a słowo brustasza – misię), lecz nie dałeś nijakiej o tym wzmianki. Rozpocząłeś od "Tamtego dnia" i kontynuowałeś powtarzalnością.

Tak, sen miał być powtarzalny. Nie wiem jakim cudem uciąłem zdanie, które o tym odbiorcę informowało, ale jakoś dałem radę. Dobrze, że zauważyłaś.

 

Pozdrawiam was

− Podobało mi się dzisiaj – powiedziała.

− Podobno Tina zaliczyła duży casting – powiedziała.

− Chciałabym więcej takich przyjęć – powiedziała kiedy już prawie zasypiał.

− No jasne – powiedział Rob.

− Dzisiaj rano przyszła tu jakaś kobieta – powiedział Billy.

− Jestem teraz u Tiny. Jesteśmy trochę zajęte – powiedziała Emily, kiedy do niej zadzwonił.

− Hmm – powiedziała Emily.

− Emily… – powiedział Rob.

− To okropne – powiedziała Emily. − To naprawdę okropne.

− Dziwnie to wygląda – odpowiedział Rob.

− Chodzi mi o całą tę Olivię – powiedział.

− Powinniśmy rozejrzeć się za jakimś domem opieki – powiedziała Emily, zbierając talerze.

− Halo? − powiedział Rob.

− Billy… − powiedział Rob.

− Wybacz Rob – powiedział Billy.

− Po prostu chciałem być uczciwy – powiedział Billy obserwując jego reakcję.

− Aha – powiedział Rob.

− To nie to, co myślisz – powiedział Rob, ale sam miał mętlik w głowie.

− Wrzuć na luz, Billy – powiedział Rob popijając herbatę.

− Przeczytaj – powiedziała Emily.

− To bardzo nieodpowiedzialne – powiedziała Emily.

Jak myślisz Rob? − powiedziała Emily.

− Słuchaj – powiedział Rob.

− Boże, Rob. Ktoś chyba jest w domu – powiedziała.

− Co się dzieje? − powiedziała do siebie.

− Nikogo tam nie było – powiedział.

− Nie wiem – powiedział Rob.

− Dzień dobry – powiedział.

− Dzięki Bogu – powiedział Rob i westchnął.

− Olivia uważa, że powinien pan wrócić – powiedział Allister Moore (…)

− Co ty robisz? Chodź spać – powiedział Rob.

− Wracamy, co Rob? – powiedziała Emily (…)

− Jakie to wszystko stare – powiedziała Emily.

− Chyba jeszcze nie jedli kolacji − powiedział.

− Ładnie ci – powiedziała Emily (…)

− Muszą być na górze – powiedział.

− Chodź – powiedział Rob i pociągnął ją za ramię.

− Nie mam już siły − powiedziała Emily (…)

− Jezu, Rob − powiedziała nagle Emily (…)

− Nie wiem – powiedział i ją objął.

 

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

https://synonim.net/synonim/powiedzie%C4%87

Ja tu zostawię ten linczek…

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

hej Ghlas, dzięki, że wpadłaś…

 

…i dzięki, za linka, ale raczej nie skorzystam. Nie wiem, spójniki też mi wypiszesz? xd

Ale szczerze, to racja, następnym razem wrzucę też parę razy “odrzekł” i “odparła” (naprawdę i szczerze).

Nie wiem, spójniki też mi wypiszesz? xd

Po co ten sarkazm? Mam napisać, że piękne opowiadanie i wszystko super, kiedy ewidentnie coś mocno nie gra? :) Nie oczekuj samych pochwał.

Nie chodzi też o wrzucenie parę razy “odrzekł/odparł”, bo to jest potraktowanie problemu na odwal.

Szepnął, prychnął, uspokoił, wydukał, wycedził, wyjąkał i sto innych – tym wszystkim malujesz emocje postaci, których nie zawrzesz w zaproponowanych przez ciebie zastępnikach. Dialogi przestają być płaskie, nie niosą tylko informacji o tym, co postać powiedziała, ale także tą, co czuje.

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Po co ten sarkazm? Mam napisać, że piękne opowiadanie i wszystko super, kiedy ewidentnie coś mocno nie gra? :) Nie oczekuj samych pochwał.

Nie oczekuję samych pochwał, oczekuję krytyki opowiadania, nawet ostrej, z taką najlepiej wejść w polemikę. Komentarz pod tytułem “AAAAAAAAA! masz linka”, niezupełnie się w te oczekiwania wpisuje (nieważne, jak zabawny by nie był).

Szepnął, prychnął, uspokoił, wydukał, wycedził, wyjąkał i sto innych – tym wszystkim malujesz emocje postaci, których nie zawrzesz w zaproponowanych przez ciebie zastępnikach. Dialogi przestają być płaskie, nie niosą tylko informacji o tym, co postać powiedziała, ale także tą, co czuje.

Ale ja właśnie nie lubię jak moi bohaterowie dukają, cedzą, dyszą i podejmują się różnych innych czynności fizjologicznych zamiast mówienia. Emocje są malowane przez wypowiadane słowa. Kiedy w dialogu widać irytację, to czy postaci naprawdę muszą co chwilę prychać, wzdychać, płakać itd., itp. żeby odbiorca zauważył, że w tamtym akurat pojedynczym momencie są zdenerwowane?

Żeby była jasność, nie jestem w tej kwestii absolutystą, czasem ktoś się może zająknąć albo coś wyszeptać, tutaj nie widziałem takiej potrzeby (dlatego wspomniałem, że “odrzekł”, “odparła” byłoby na miejscu).

Rzadko podchodzę do ludzi z podobną dozą ironii, w tym wypadku po prostu rozbawił mnie Twój komentarz, wynika z niego, że miałaś czas przeczytać opowiadanie (chyba?), miałaś czas wypisać te 30 – 40 “powiedział” (i je poboldować), miałaś czas zarzucić linkiem, ale na jakąkolwiek szerszą wypowiedź już czasu zabrakło. Było to dla mnie bardzo smutne :( Smutno-zabawne. Zwłaszcza, że to chyba nie był komentarz na gorąco, bo na opku widzę ten sam licznik wyświetleń co parę dni temu.

I to nie tak, że zawsze musisz pisać długo i konstruktywne, nikt Ci nie zabroni pisać jak chcesz, to jest forum pisarskie, ale z drugiej strony autor też nie zawsze musi Ci odpowiadać laurką. Zwłaszcza, że moja odpowiedź chyba jakaś super paskudna nie była.

 Jeśli już negatywnie komentuję opowiadania na tym portalu, to tylko wypisując błędy techniczne/konstrukcyjne. Piszesz, że oczekujesz krytyki choćby ostrej – a po co mam jęczeć w dziesięciu linijkach, że mi się nie podoba i ledwo przebrnęłam? Taki mam gust. Odpiszesz, że ty to widzisz inaczej. ;) 

 

Moje wypunktowanie powtórzeń cię rozbawiło, a to, co dodałam konstruktywniej odrzucasz. No i masz prawo, cóż mogę więcej powiedzieć? Coś, co jest dla Ciebie celowym zabiegiem, dla mnie czyni opowiadanie płaskim tekstem. I cyk, dyskusja utyka w martwym punkcie. Widocznie nasze gusta są zbyt rozstrzelone.

And that’s okay, you do you, jak to mówią. Nie mnie, to spodoba się innym :)

 

Ale ja właśnie nie lubię jak moi bohaterowie dukają, cedzą, dyszą i podejmują się różnych innych czynności fizjologicznych zamiast mówienia.

W takim razie zachęcam cię do rezygnacji z jakiegokolwiek czasownika w tym miejscu. Przykładowo, zamiast:

Emily wtuliła się w Roba i objęła go w pasie.

− Podobało mi się dzisiaj – powiedziała.

można to ująć w ten sposób:

 

– Podobało mi się dzisiaj. – Emily wtuliła się w Roba i objęła go w pasie.

 

Znamy podmiot, bo odnosimy się do niego bezpośrednio po dialogu. I unikamy tej “powiedziałozy” trzeciego stopnia.

A czy skorzystasz z rady, czy odrzucisz, to już twoja decyzja. Nie będę z nią polemizować.

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Piszesz, że oczekujesz krytyki choćby ostrej – a po co mam jęczeć w dziesięciu linijkach, że mi się nie podoba i ledwo przebrnęłam?

Żebym wiedział jak odebrałaś tekst. Skąd mam wiedzieć, że przez tekst ledwo da się przebrnąć, jak nikt mi tego nie powie (ba, strona, której się tekst podobał napisze w komentarzu, że super i już mam wykrzywiony ogląd na rzeczywistość).

Moje wypunktowanie powtórzeń

Powtórzenia są wtedy, jak jedno słowo występuje w bliskim sąsiedztwie drugiego, połowa albo więcej tych “powiedział”/”powiedziała” to nie powtórzenia.

Coś, co jest dla Ciebie celowym zabiegiem, dla mnie czyni opowiadanie płaskim tekstem.

Chciałbym tylko zauważyć, że te jedno zdanie jest bardziej bardziej konstruktywne, niż cały Twój pierwszy komentarz.

W takim razie zachęcam cię do rezygnacji z jakiegokolwiek czasownika w tym miejscu. Przykładowo, zamiast:

 

Emily wtuliła się w Roba i objęła go w pasie.

− Podobało mi się dzisiaj – powiedziała.

 

można to ująć w ten sposób:

 

– Podobało mi się dzisiaj. – Emily wtuliła się w Roba i objęła go w pasie.

 

Znamy podmiot, bo odnosimy się do niego bezpośrednio po dialogu. I unikamy tej “powiedziałozy” trzeciego stopnia.

Wiesz co, zgadzam się z Tobą. To po prostu lepiej brzmi. Przeleciałem po tekście wzrokiem i pewnie parę razy bym tę radę zastosował. Musisz być teraz w ciężkim szoku xd

Pozdrawiam

Cieszę się, że udało się znaleźć złoty środek. Pozdrawiam również :)

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Zawsze ciekawie się obserwuje rozwiązania stylistyczne w Twoich tekstach. :) W tym przypadku akurat może nie jest to mój ulubiony styl, nie przepadam za takim skrajnym minimalizmem, ale widać, że to świadomy i przemyślany zabieg. Przy takiej narracji na jednym tonie wszystkie opisy – niezależnie, czy przeżyć, czy przedmiotów – wydają się mieć równorzędne znaczenie, co buduje atmosferę niepokoju i odrealnienia (chociaż nie tak do końca na jednym tonie – warto zwrócić uwagę na miejsca, w których narracja się zagęszcza, żeby naświetlić jakiś konkretny detal). Bardzo podobało mi się to, co pojawiło się już w poprzednim tekście, czyli granie z poczuciem czasu i przestrzeni, nieoczywiste przejścia między poszczególnymi scenami, które pogłębiają wrażenie pewnej deformacji rzeczywistości.

Tekst bywa dosyć nieprzystępny, trudno mi tak jednoznacznie go ocenić, ale na pewno doceniam tworzenie poczucia dziwności w niewymuszony sposób, bardziej na poziomie formy niż treści.

Powodzenia w konkursie!

 

Edit:

W sumie to niezbyt się odniosłam do fabuły, więc chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na bardzo odpowiednie zakończenie i subtelne zaznaczenie punktu kulminacyjnego (przekroczenie niedookreślonej granicy).

Cześć!

 

Pierwsze określenia jakie przychodzą mi do głowy po lekturze to dziwne i niepokojące. Odniosłam wrażenie, że nigdy nie było żadnych rodziców, a tak naprawdę to Rob i Emily mieszkali w domu, który chciał ich do siebie wezwać z powrotem. To jednak nie zgadza mi się z wątkiem dotyczącym koleżanki Emily i snem, w którym pojawia się pudełko z listem.

Postaci zachowują się zdecydowanie niestandardowo, co jeszcze potęguje uczucie niepokoju. Czasami opisujesz jakiś szczegół bardzo dokładnie, jak na przykład to bawienie się długopisem, co ogniskuje uwagę czytelnika, ale potem nie ma to żadnego znaczenia, być może to miało dodać grozy, ale mnie nie przekonało. 

W sumie klimat mi się podobał, ale styl tekstu mnie bardzo utrudniał lekturę. Jest mnóstwo powtórzeń i wygląda na to, że większość celowa, ale nie czytało mi się tego dobrze, co chwila się zatrzymywałam, bo zdania są kanciaste. Są też problemy z interpunkcją i nagromadzenie zaimków.

 Rodzice Roba mieszkali w dużym domu na prowincji. Rob dawno ich nie odwiedzał, po awansie na nic nie starczało mu czasu. Oni też zresztą nie byli w najlepszej formie. Nieprzyjemnie o tym mówić głośno, ale rodzice Roba byli zmęczeni życiem – w przestronnych pokojach swojego prowincjonalnego domu czekali już tylko na śmierć.

Raz Emily usiadła obok Roba na kanapie i oparła głowę o jego ramię.

Dużo tu Roba i właściwie przez cały tekst bardzo często powtarzasz imiona, myślę, że dobrze zrobiłoby temu teksowi częstsze stosowania podmiotu domyślnego. Mnie te powtórzenia mocno wybijały z lektury.

Goście mogli poruszać się swobodnie między tarasem a salonem, gdzie z wież muzycznych Rob puszczał bluesowe oraz jazzowe kawałki.

To nie najlepsze określenie. Można by to zdanie przeredagować.

− Chciałabym więcej takich przyjęć – powiedziała[+,] kiedy już prawie zasypiał.

Rob piastował stanowisko szefowskie w jednym z oddziałów dobrze znanej firmy reklamowej.

Może lepiej kierownicze albo zarządcze.

Pół roku po przyjęciu Billy podszedł do Roba i podał mu złożoną kartkę papieru. Podającpodniósł i opuścił podbródek płynnym ruchem.

Dość mocna aliteracja.

Rozkładając go[+,] Rob zauważył, że rogi są lekko wymięte.

Rob podniósł lampę solną i postawił na stole. Był przy tym niezbyt delikatny − kiedy ją stawiał zatrzęsły się talerze.

− Po prostu chciałem być uczciwy – powiedział Billy[+,] obserwując jego reakcję.

Nie jestem pewien[+,] w co była ubrana, ale poza tym wiesz[+,] Rob.

Jak tylko wszedłem do środka[+,] recepcjonistka podała mi liścik, wspominając o tobie.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

 

<Detektywa Lowina zapiski z urlopowych sesji czytania „Tytulików”>

Leniwy2 – Nie wracajcie

Aż mi dreszcze po płetwach przeszły. Tworzyć klimat to Ty potrafisz. Niepokój przebija z tekstu, mimo że nic dziwnego się nie dzieje. A może właśnie dlatego? Opisujesz zbędne rzeczy, co jest zarówno wadą (bo przyznam trochę nudziło), jak i zaletą (bo jednocześnie 

drażnisz i wprowadzasz uczucie, że coś jest nie tak). Sprawa jest zagmatwana, sama fabuła rozwija się powoli, a źródło całego niepokoju pozostaje ukryte aż do końca.

Subiektywnie pomarudzę – wolę, kiedy fantastyki jest ciut więcej i kiedy nie muszę główkować, co ja właśnie przeczytałem. Trochę się domyślam, rozwiązanie mam na końcu języka, ale to jednak nie to. Jeśli zostawiłeś w tekście ślady i tropy, to, niestety, nie udało mi się ich wyłowić. Zawsze istnieje takie ryzyko przy pisaniu zagadkowych tekstów, więc nie krytykuję, tylko stwierdzam fakt.

Bardzo niepokojące, bardzo tajemnicze. Tyle mogę powiedzieć.

 

 

<Detektywa Lowina zapiski z urlopowych sesji czytania „Tytulików”>

Leniwy2 – Nie wracajcie

Aż mi dreszcze po płetwach przeszły. Tworzyć klimat to Ty potrafisz. Niepokój przebija z tekstu, mimo że nic dziwnego się nie dzieje. A może właśnie dlatego? Opisujesz zbędne rzeczy, co jest zarówno wadą (bo przyznam trochę nudziło), jak i zaletą (bo jednocześnie 

drażnisz i wprowadzasz uczucie, że coś jest nie tak). Sprawa jest zagmatwana, sama fabuła rozwija się powoli, a źródło całego niepokoju pozostaje ukryte aż do końca.

Subiektywnie pomarudzę – wolę, kiedy fantastyki jest ciut więcej i kiedy nie muszę główkować, co ja właśnie przeczytałem. Trochę się domyślam, rozwiązanie mam na końcu języka, ale to jednak nie to. Jeśli zostawiłeś w tekście ślady i tropy, to, niestety, nie udało mi się ich wyłowić. Zawsze istnieje takie ryzyko przy pisaniu zagadkowych tekstów, więc nie krytykuję, tylko stwierdzam fakt.

Bardzo niepokojące, bardzo tajemnicze. Tyle mogę powiedzieć.

 

Nowa Fantastyka