- Opowiadanie: krar85 - Nazywała się Melody

Nazywała się Melody

Opowiadanie z autorskiego uniwersum fantasy (świat Wisteli, tylko tym razem baz samej Wisteli). Również bez widowiskowych walk czy mniej świętych rycerzy, za to z lekką nutą steampunku. Taka bajka o wierze, oczekiwaniach i nadziei.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Nazywała się Melody

– A teraz, bracia i siostry, pokłońmy się słońcu! – zaintonował kapłan, wznosząc ręce.

Poczułam lekkie zażenowanie, widząc jak twarz mamy pokrywa się rumieńcem. Po chwili zgromadzeni w kaplicy zaczęli padać na kolana, a następnie przyciskać czoła do zimnej, kamiennej posadzki. Wszyscy, zgodnie ze zwyczajem. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego uroczystości na cześć słońca odbywały się w ciemnym, zimnym budynku, ale mama powtarzała, że zawsze tak było i tak trzeba.

– Dziękujemy ci za światło, które rozprasza mrok, dziękujemy za żar, który rozpala ducha… – Łagodny, a zarazem potężny głos starszego mężczyzny odbijał się echem od ścian kamiennego przybytku. Czytałam kiedyś, że to taka sztuczka. Magia, która sprawia, że słowa wypowiadane przed ołtarzem wydają się głośniejsze. Kwestia akustyki.

Kątem oka spoglądałam na mamę pogrążoną w mistycznej ekstazie. Niektórzy mówili, że była głupia i przesadnie religijna, ale ona po prostu nie urodziła się tak bystra jak inni i szczerze kochała wiarę. Niestety, ta miłość często bywała ślepa. Mama traktowała nauki jako prawdę objawioną. Ja nigdy nie podzielałam tej fascynacji, lecz dzisiaj wyjątkowo pragnęłam, by ta liturgia trwała bez końca. Stałam już w Kręgu kilka razy, a dziś po ceremonii ponownie mieliśmy tańczyć.

– A teraz, powstań ludu wybrany… – zaczął kapłan po krótkiej przerwie, wyrywając mnie z rozmyślań. Raptem gdzieś z góry dało się słyszeć łoskot i trzask. Wszyscy zamarli, a źródło dźwięków powoli sunęło wzdłuż dachu, przypominając nieco odgłosy gradobicia.

– Wali się! – krzyknął ktoś, a ludzie, jak w amoku, poderwali się do ucieczki. Odruchowo przywarłam do matki, starając się uchronić nas przed stratowaniem. O ucieczce ze świątyni raczej nie było mowy, chyba żebym ją zostawiła.

– Uciekajmy! – wołałam, jednak ona tylko patrzyła w górę, przytłoczona nagłą wrzawą.

Na nasze głowy posypał się kurz, ale nie spadły żadne cegły czy belki, a po chwili tajemnicze dźwięki przesunęły się wzdłuż dachu i ucichły.

– Jesteśmy w kaplicy, Katne – odezwała się, dopiero gdy wszystko ustało i zostałyśmy same. – To dom boży, tu nic nam nie grozi. – Spoglądała w moją stronę, lecz nie na mnie. Znałam ten wzrok, ten beztroski wyraz, który gościł na twarzy, ilekroć świat stawał się zbyt skomplikowany lub pędził zbyt szybko.

Odetchnęłam głęboko i wstałam, patrząc w stronę drzwi. Aktualnie nic nie wskazywało na to, by boży przybytek miał się zawalić, za to na zewnątrz najwyraźniej działo się coś ciekawego, sądząc po rozemocjonowanych głosach. Ludzie zadzierali głowy i wskazywali coś, nerwowo się przekrzykując.

– Zostań – powiedziałam odruchowo. – Zobaczę, co to za wrzawa.

Nie odpowiedziała, wpatrując się w ołtarz. Przed świątynią zgromadził się tłumek. Dostrzegłam ludzi, którzy nie brali udziału w liturgii, a przyszli zapewne z targowiska lub którejś z gospód. Co też się stało, że przyciągnęło uwagę całego miasteczka, czyżby znowu jakiś żartowniś wniósł owcę na dach?

– Czary! – mamrotał nerwowo jeden z żebraków, wspierający się o lasce. – I to na świątyni, taki wstyd! – dodał, widząc, że schwyciłam na chwilę jego spojrzenie.

– Może to anioł? – szeptali inni. – Może demon? Albo grzyb, czarodziejski lampion, dziwny latawiec?

Wyszedłszy na zewnątrz, mogłam wreszcie spojrzeć w górę. Pomimo młodego wieku doświadczyłam już całkiem sporo, ale ten widok sprawił, że zaniemówiłam. Czytałam o takich cudach, widywałam je nawet w snach, lecz jeszcze nigdy na jawie. Oto na dachu świątyni, albo nad dachem, ściślej rzecz ujmując, coś zawisło w powietrzu. Jakby kula, wielka i kolorowa, jak namiot cyrkowy, bezszelestnie rzucała cień na rynek, kołysząc się delikatnie. Karmazyn, zieleń, fiolet i złoto. Przywodziła na myśl słońce lub księżyc w stroju trefnisia, ale była blisko i wykonały ją raczej ludzkie, a nie anielskie ręce. Zwężała się na dole, gdzie opinały ją liny, na których zawieszono niewielki kosz.

– Balon – rzekłam, odzyskawszy głos. Poczułam jednocześnie ciarki na plecach. – Czarodziejski balon ze stolicy! – wykrzyknęłam, zapominając na chwilę o całym świecie.

 

***

 

– To anioł! A w zasadzie anielica – rzucił Togof, zobaczywszy mnie przy studni. – Przepiękna pani, zgrabna i powabna. Pomogli jej wysiąść z tego szachrajstwa i zabrali prosto do izby biesiadnej. Teraz rozmawiają.

Chłopak siedział na zydlu, kryjąc się przed skwarem w cieniu i naprawiał strzały. Był jednym z czeladników terminujących u Łowczego. Jeżeli nie rozszarpie go żaden niedźwiedź, za kilka lat będzie uczył dzieciaki myślistwa.

– Anioły mają podobno skrzydła – odparłam ostrożnie, kręcąc kołowrotem.

– A coś ty taka poinformowana? – zdziwił się, odkładając pióra.

– Wychowałam się w bibliotece, zapomniałeś? Zresztą na freskach w świątyni też można je zobaczyć.

– Więc kto to jest, wiesz? – zapytał, wbijając we mnie ciekawskie spojrzenie.

Lubiłam go, bo w przeciwieństwie do większości chłopców z osady trzymał ręce przy sobie podczas tańców i bywał całkiem bystry. Jeżeli kiedykolwiek musiałabym wyjść za mąż, to tylko za kogoś takiego jak on.

– To kobieta mag – zawahałam się – czarownica, ale taka dobra, w służbie świątyni.

Roześmiał się, a mnie zalała fala gorąca. Korba kołowrotu omsknęła się w dłoniach i wiadro z pluskiem spadło do wody. Zagryzłam zęby.

– A ja jestem Wielkim Łowczym. Nie żartuj tak, bo jeszcze ktoś uwierzy. Ludzie boją się czarownic…

– Kiedy to naprawdę czarownica! – fuknęłam. – Ty też uległeś jej urokowi, widząc w niej anioła.

Rozdziawił gębę. Mężczyźni…

– Takie jak ona rozmawiają z aniołami – wyjaśniłam. – Oraz chronią stolicę przed gniewem smoków. Pełnią straż wysoko na niebie, w koszach wśród chmur pod takimi kolorowymi kulami i kiedy tylko pojawia się smok, przeganiają go przy użyciu swojej magii.

Wpatrywał się we mnie przez chwilę, co zawsze wprawiało mnie w zakłopotanie. Oczywiście nie wpadł na to, by pomóc mi kręcić tym pieruńskim kołowrotem. Może jednak kiepski z niego materiał na męża.

– Po co tu przyleciała, przecież u nas nie ma smoków ani aniołów?

Po mnie, mam nadzieję.

– Nie wiem, ale Mówca pewnie zwoła wszystkich i przedstawi, jak sprawy stoją. Całe miasteczko tylko o tym dziś gada.

A potem zabierze mnie do stolicy i już nigdy więcej nie będę musiała tańczyć ani mocować się z żadnym kołowrotem.

 

***

 

Dzwon zaczął bić, kiedy siadałyśmy z matką do kolacji. Wybiegłam z domu, nie bacząc na jej bierne, wręcz apatyczne oburzenie. Od zawsze przeszkadzało mi całe to przywiązanie do tradycji. Czas na modlitwę, pracę, sen i posiłki, przerywany litaniami na temat cnót oraz roli kobiety. Każdy dzień według tego samego schematu, zorganizowany na tyle, by nie było czasu na myślenie o czymkolwiek.

– Poczekamy jeszcze chwilę, aż wszyscy się zbiorą – wołał stojący na podwyższeniu Mówca, głos rady starszych, kiedy dotarłam na majdan przed izbą biesiadną.

Balon stał tuż obok bożego przybytku, kosz został sprowadzony na ziemię i przybity szpilami do palowania bydła. Nieco zaniepokoił mnie widok Witka i Lamka, stojących pod ścianą z kijami podróżnymi. Wyglądali, jakby czegoś pilnowali, tylko przed kim? Czarownicy nigdzie nie było widać, musiała być więc nadal w środku.

– Spalą ją na stosie, ot co – deklamowała tęga kobieta o czerwonej twarzy.

– Koniecznie muszę zamienić z nią słowo – żartował z grupą towarzyszy zawsze uśmiechnięty syn kowala.

Ludzi z każdą chwilą przybywało i szybko zaczęłam mieć wrażenie, że przed izbą zebrało się całe miasto. Stara, patykowata zielarka oparła się o mnie niespodziewanie, potrącona przez grających w berka wyrostków. Już miałam skrzyczeć darmozjadów, kiedy odrzwia izby otwarły się i wszyscy zamilkli.

Czarownica wyszła powolnym, pełnym gracji krokiem. Rude, kręcone loki dodawały jej wzrostu i przywodziły na myśl rozszalały płomień. Ubrana w ciemnoczerwony, dopasowany do zgrabnej sylwetki strój i wysokie buty przyćmiewałaby wyglądem większość tutejszych kobiet, nawet wysoko urodzonych. Każdy mężczyzna z pewnością zabiegałby o jej względy, gdyby nie noga, a w zasadzie jej brak. Musiała stracić ją dawno temu, bo obserwując płynne ruchy trudno było uwierzyć, że tuż poniżej prawego kolana ma prostą, przypominającą drewniany kołek protezę.

– Wieść już się rozniosła – zaczął Mówca, przerywając niezręczną ciszę. – Mamy gościa ze stolicy. Przybyła do nas, wraz z zachodnim wiatrem, czcigodna pani, Mistrzyni Abelessa, zaklinaczka wiatru i badaczka pogody. Wbrew temu, czego wielu z was się obawia…

– Tak, jestem czarownicą – przerwała mu, jej głos był ciepły, ale też nienaturalnie niski. Zebrani zaczęli szemrać. Kilka osób, nie wiedzieć czemu, padło na kolana, spoglądając błagalnie w stronę kapłana. – Ale nie obawiajcie się, służę Świątyni. Wzniosłam się w niebo podczas burzy, by prowadzić badania, lecz wicher zerwał linę i przyniósł mnie aż tutaj. Jest mi bardzo przykro, że próbując wylądować, zawadziłam o świątynię i przerwałam liturgię.

– Pani Abelessa zostanie z nami jakiś czas – podjął Mówca, nieco urażonym głosem. – Za kilka dni przybędzie po nią powóz, który…

Stary kapłan chrząknął z jawną dezaprobatą.

– Odlecę – przerwała starszemu ponownie – jak tylko wiatry pozwolą. Rzekłam już, nie chcę was niepokoić dłużej, niż to konieczne, jak również nie mogę sobie pozwolić na błogie czekanie. Smoki mogą nadlecieć w każdej chwili, stolica musi być bezpieczna.

Smoki, a więc ona naprawdę walczy ze smokami. Jakże potężna musi być, czytałam kiedyś, że prawdziwy smok w czasie stu uderzeń serca potrafi spalić stutysięczną armię.

Kapłan pokiwał głową, spoglądając z ukosa na rudowłosą kobietę. Czyżbym widziała uśmiech na jego twarzy? Za to twarz Mówcy poczerwieniała lekko, jak zawsze kiedy się nie zgadzali. Ludzie zaczęli zadawać pytania. Przestałam słuchać, wyłączyłam się, wpatrując w nowo przybyłą. Musiałam działać, nie było czasu do stracenia, należało nawiązać kontakt, tylko jak? Tego mi nie powiedziały. Ludzie zadawali kolejne pytania, Mówca i kapłan odpowiadali, atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Gorączkowo mędrkowałam, jak choć na chwilę skupić na sobie jej uwagę, pokazać, że ja to ja…

– Krąg! – krzyknął nagle Mówca.

To słowo wyrwało mnie z rozmyślań.

– Wprawdzie zmierzcha już, ale pokażmy szlachetnej Pani, że gorliwie przestrzegamy zwyczaju – kontynuował, gestykulując, by zrobiono miejsce.

Nie! Paskudny dreszcz wstrząsnął moim ciałem.

– No dalej, zapraszam młodzież!

Zrobiłam krok do tyłu, spoglądając błagalnie w stronę zaułka. Dwadzieścia kroków, może nikt nie zauważy… Wtem ktoś chwycił mnie za rękę i pociągnął do przodu. Syn jednego z kowali, starszy o jakieś trzy lata, wielki i silny hulaka.

– Chodź mała, bo zaczną bez nas! – mówił, przedzierając się przez tłum. Nie tracił przy tym czasu, by na mnie spojrzeć.

Nie było sensu protestować. Kilka uderzeń serca później staliśmy już w kręgach, chłopcy na zewnątrz, dziewczęta w środku, znikąd ratunku. Ludzie zaczęli klaskać, gdzieś z tyłu pojawiło się, niby przypadkiem, kilku grajków z dudami i bębnem. Mówca wszystko zaplanował. Klnąc w myślach, pokornie ruszyłam, sztucznie uśmiechając się do kolejnych młodzieńców, którzy maszerowali w przeciwną stronę. Parobek, syn bednarza, górnik, kolejny parobek, rybak. Krążyliśmy tak coraz szybciej, w takt tych przeklętych oklasków, w końcu skupiłam się na plecach dziewczyny przede mną, bo już zaczynało mi się kręcić w głowie.

– Stać! – ryknął Mówca.

Ludzie przestali klaskać, a ja prawie wpadłam na towarzyszkę niedoli. Tyle że ona była chyba całkiem zadowolona z sytuacji. Wręcz rzuciła się na stojącego najbliżej chłopaka, porywając go do tańca w parach. Przełknęłam ślinę i spojrzałam w lewo. Wysoki brunet o wesołych oczach tylko na to czekał, objął mnie wpół i zaczęliśmy tańczyć, tym razem w absolutnej ciszy. Nie znałam go, był przystojny, zwinny oraz trzymał ręce na miejscu, jednak sam fakt, że trafiliśmy na siebie przypadkiem powodował, że czar pryskał a ja wyczekiwałam jedynie końca. Już dawno straciłam złudzenia, że opatrzność ma z tym durnym tańcem cokolwiek wspólnego. Decydował Mówca, któremu zwyczajnie zależało, by jego synowie obtańcowywali najlepiej urodzone i najurodziwsze panny.

Kiedy muzyka ponownie zaczęła grać, wróciliśmy do kręgów. W drugiej rundzie tańczyłam z rubasznym, lekko podpitym parobkiem a w trzeciej ze szczupłym krawcem o lisiej aparycji. Zignorowałam, kiedy jego koścista dłoń przypadkiem opadła na mój pośladek, lecz chyba potraktował to jako zachętę, bo za drugim razem bezczelnie się przy tym uśmiechnął.

– Łapy przy sobie! – krzyknęłam, zatrzymując się.

Chciałam ostentacyjnie spoliczkować go, ale chłopak był szybszy. Zrobił krok do przodu, jednocześnie ustawiając się bokiem, zręcznie schwycił opadającą rękę i przerzucił mnie przez biodro. Upadając, zdążyłam jedynie zasłonić twarz. Runęłam jak długa.

– Chyba nie są sobie pisani – zawyrokowała tęga praczka, przerywając ciszę.

– Bzdury pleciesz! Kto się czubi, ten się lubi! – zażartowała inna kobieta.

A potem wszyscy się roześmieli. Zabiję tego krawczyka! Zabiję też konia, który ulżył sobie niedawno w miejscu, gdzie upadłam. A na koniec uduszę bałwana, który wymyślił Krąg!

Z pewnością zostałam zauważona. Kiedy tylko muzyka zaczęła grać, a młodzi wrócili do kręgów, uciekłam, ludzie schodzili mi z drogi. Taki wstyd, prawie się rozpłakałam! Szybko jednak zrozumiałam, że to daje mi szansę, bo Witek i Lamek też tańczyli. Może jednak opatrzność maczała w tym palce? Wzięłam kilka głębokich oddechów, by się uspokoić, po czym zakradłam do balonu. Nikogo przy nim nie było, więc spokojnie zajrzałam do kosza. Był zaskakująco duży i wyglądał przytulnie, a jakby wyrzucić ukryte pod płachtą worki z piaskiem, to bez problemu można by się w nim schować.

Matce o niczym nie powiedziałam, bo nic dobrego by z tego nie wynikło. W nocy prawie nie zmrużyłam oka. Początkowo próbowałam zasnąć, szukając podpowiedzi, ale byłam zbyt podekscytowana. Jak tylko upewniłam się, że mama śpi, ostrożnie wstałam i zaczęłam się pakować. Nie wymyśliłam żadnego przebiegłego planu, jak te wszystkie bohaterki, o których czytałam. Przecież nie będą pilnować balonu przez całą noc. Zakradnę się do kosza nad ranem, ukryję i będę cierpliwie czekać. A kiedy wreszcie zacznie wiać w dobrą stronę, na zawsze opuszczę to przeklęte miejsce i zacznę nowe życie.

 

***

 

Obudził mnie chłód. Dziwne, przecież był dopiero koniec lata. Odruchowo zaczęłam masować zmarznięte nogi, starając się nie wydawać przy tym zbyt wielu odgłosów. Przez płachtę przeświecało słońce, musiał więc nadejść już ranek, strażnicy mogli być w pobliżu.

– Widzę, że mój nowy balast się obudził – stwierdził ciepły, kobiecy głos.

Zamarłam, czując jak serce gwałtownie przyspiesza rytm.

– Nie bój się, nic ci nie grozi, jesteśmy same – kontynuowała czarownica. – Nie wstawaj jeszcze, dam ci wpierw coś na rozgrzanie.

Otworzyłam oczy i zrozumiałam, że patrzy na mnie, delikatnie unosząc skrawek płachty. Zaczęłam powoli wstawać, jak tylko wychyliłam głowę powyżej krawędzi kosza, uderzył mnie lodowaty podmuch.

– Boże! – krzyknęłam, a głos utonął w bezmiarze przestrzeni. Byłyśmy w powietrzu! Świat, który znałam, leżał daleko w dole. Pola, lasy, jeziora, wszystko zlewało się w przepiękną, kolorową mozaikę, której widok przyprawiał o zawrót głowy. Wiele razy widziałam to już we śnie, ale rzeczywistość zdecydowanie przyćmiewała te obrazy. Z góry świat wydawał się płaski i taki mały, nieistotny…

– Tu go nie ma, choć może zefir zaniesie twoje wołanie przed jego tron – rzekła rudowłosa, okrywając mnie płaszczem. – Wzięłaś chociaż jakieś ciepłe ubranie?

– Tak, przygotowałam się do podróży.

– Podróży? – zapytała, znacząco unosząc brwi.

– Do stolicy – zawahałam się. – Bym mogła stać się jedną z was.

Świdrowała mnie przez chwilę wzrokiem, nic nie mówiąc, a potem zaczęła majstrować przy metalowym urządzeniu, zainstalowanym pod czaszą balonu.

– To smoczy palnik? – zapytałam. Nie spuszczając jej z oka wymacałam tobołek i zaczęłam wyciągać ubrania. W książkach nie pisali, że na górze jest tak paskudnie zimno.

– Tak, to smoczy kamień zakuty w stal – odparła, w tej samej chwili z palnika strzelił wysoki na kilka stóp płomień. – Musimy nabrać wysokości, bo przelecimy przez któregoś z aniołów.

Anioły? Anioły! Podskoczyłam, aż kosz się zakołysał, i zaczęłam rozglądać wokoło, ale niczego nie zauważyłam.

– Uczona, narwana i w gorącej wodzie kąpana… Ubierz się, napij, a wtedy pokażę ci skrzydlate i porozmawiamy o tym, co dalej.

Skrzydlate, tak o nich mówią? Nieważne, chyba nigdy w życiu nie ubierałam się tak szybko. Spodnie z baraniej skóry, wełniany sweter oraz zamolały płaszcz, który został po ojcu. Musiałam wyglądać przy niej, jak strach na wróble przy majętnym gospodarzu, lecz przynajmniej było mi cieplej.

– Wypij – powiedziała, uważnie mnie obserwując.

Jakaś inicjacja? Posłusznie wzięłam kubek i zaczęłam powoli łykać gęsty, słodki napitek. Był przyjemnie ciepły oraz niezwykle aromatyczny, z pewnością też czarodziejski, bo lekko zakręciło mi się w głowie i już nie czułam zimna.

– Pewnie stoisz na nogach, jak na podlotka, który pierwszy raz oderwał się od ziemi.

– Dziękuję! – odparłam, oddając jej pusty kubek.

– Tam – wskazała, jakby w odpowiedzi, ponownie majstrując przy palniku.

– Słucham?

– Anioły, pomiędzy tamtymi cumulusami, są jeszcze daleko, ale widać je wyraźnie.

Wytężyłam wzrok, szukając świetlistych postaci w lśniących zbrojach.

– Tam nic nie ma – odparłam po chwili.

– Cierpliwości.

Ponownie wytężyłam wzrok i dopiero wtedy dostrzegłam ruch. Niewyraźna, jakby utkana z mgły, przeraźliwie chuda postać miarowo machająca skrzydłami, a za nią kolejne. Było ich w sumie kilkadziesiąt, wszystkie podobne do siebie, ledwie zauważalne, przezroczyste. Nie przypominały tych z fresków.

– Będziemy z nimi rozmawiać? – zapytałam, wpatrując się dal.

Roześmiała się.

– Naczytałaś się bajek, co? To są anioły, inaczej zwane skrzydlatymi chmurami, nic szczególnego. Często widuję je w przestworzach. To nie Prawdziwi Aniołowie, których przedstawiają freski.

– To rodzaj chmur?

– Tak.

– Dlaczego więc zwiększyłaś wysokość?

– Bo kiedy się przez nie przelatuje, metal zaczyna się dziwnie elektryzować, a ogień zmienia kolor, nie lubię tego.

Anioły zbliżały się z każdą chwilą. Dopiero z bliska zauważyłam, że są dużo większe od ludzi, a ich skrzydła przypominają nieco ramiona wiatraków utkane z jedwabiu.

– Wspomniałaś coś o podróży na północ – przypomniała.

– Tak – odparłam, dziwnie ośmielona. – Jakiś czas temu zaczęłam mieć sny, w których dowiedziałam się kim jestem i co powinnam zrobić. Czarownice odwiedzały mnie we śnie, nauczyły czytać i pisać, kazały chodzić do biblioteki, nawet latałam z nimi wśród chmur, aż do stolicy a czasem dalej, do granic kraju za górami. Wszystko w snach. Pokazywały mi drogę i ostrzegły, że dziewczynom takim jak ja grozi niebezpieczeństwo…

– A zatem masz dar – westchnęła. – Kondolencje. Ale dlaczego sama nie wyruszyłaś w drogę, tak jak kazał ci głos ze snów?

– Sama? – zapytałam – Nie mam pieniędzy. Jestem tylko dziewczyną, a to bardzo, bardzo daleko. Ludzie tyle opowiadają o rozbójnikach, łowcach niewolników i dziwach, a mnie nikt nie nauczył życia w dziczy. Raz nawet myślałam, by dołączyć do pielgrzymki…

– Dobry pomysł, później mogłabyś zaciągnąć się na statek.

– Słucham?

– Z pielgrzymką bezpiecznie dotrzesz do stolicy, nie budząc podejrzeń. Możesz nawet dorobić po drodze. A jeżeli nie, to na statki czasem przyjmują dziewczęta.

O czym ona mówi?

– Ale przecież teraz mogę polecieć z tobą.

– Ale ja służę Świątyni. Głos nie mówił ci, że masz uciekać na północ, a w Świątyni czai się niebezpieczeństwo?

– Tak, mówił, lecz myślałam…

Westchnęła.

– Widzisz, ja właśnie uciekam ze stolicy, a balon leci tam, gdzie poniesie go wiatr, czyli zazwyczaj na południowy wschód.

– Nie przyleciałaś po mnie?!

Roześmiała się ponownie.

– Nie, czy głos mówił ci, że ktoś po ciebie przyleci?

– Nie.

– Dryfowałam w powietrzu od trzech dni, bez jedzenia i picia. W końcu musiałam wylądować, by zdobyć zapasy.

O ja naiwna! Pokładałam w niej tyle nadziei… Chciałam zapaść się pod ziemię. Musiała to zauważyć, bo westchnęła, spoglądając na mnie troskliwie.

– Mam przeczucie, że nasze spotkanie nie było do końca przypadkowe, ale nie mogę ci pomóc tak, jak tego oczekiwałaś, choć bardzo tego pragnę. Powiedz mi proszę, jak masz na imię?

– Katne – odparłam, czując cisnące się do oczu łzy.

– Ładnie, ja miałam na imię Melody, ile masz lat?

– Czternaście.

– Kiedyś też byłam młoda i również usłyszałam głos. Jednak nie poszłam za nim, ze strachu, zamiast tego zwróciłam się do Świątyni. Bałam się drogi na północ. Wiesz, co mówi prawo: człowiek mający dar może albo służyć Świątyni albo zostaje uznany za heretyka. Kapłani przywitali mnie z otwartymi ramionami, dostałam wikt i opierunek, oraz zaczęto uczyć mnie magii. Wytłumaczono także, że głos ze snów to tylko majaki.

– Dlaczego więc uciekłaś? – nie wytrzymałam. Czułam łzy płynące po policzkach.

– Bo to wszystko kłamstwo, Katne. Głos ma rację, dziewczęta z darem są w niebezpieczeństwie! Magia, której mnie nauczono, to zwykła iluzja, widowiskowa sztuka światła, cienia i wyimaginowanego ognia, która absolutnie niczemu nie służy. Moje błyskawice czy świetlne kule nie skrzywdziłyby muchy, są jak te anioły, może wyglądają przepięknie, ale to tylko mgła. Podczas rytuału przejścia, musiałam pozwolić obciąć sobie nogę, by pokazać oddanie, uległość i determinację w służbie. Jak mawia Ojciec Gabell: z czarownicami tak do końca nigdy nie wiadomo, a człowiek bez nogi nie ma jak ani po co uciekać.

– Ale przecież walczysz ze smokami, bronisz miasta przed…

Roześmiała się ponownie. Zorientowałam się, że pomimo uśmiechu z jej oczu również płyną łzy.

– Nie, Katne. To nie walka, a jedynie przedstawienie, choć czasem któraś z nas umiera. Raz w miesiącu smoki nadlatują z południa, mkną po niebie, zionąc ogniem i pozostawiając za sobą smugi czarnego dymu. Kapłani zawsze wiedzą, kiedy to nastąpi. Jak spektakl, który ma swoje prawa, wszystko jest przygotowywane przez kilka godzin, trochę jak z tym waszym tańcem. Kiedy tylko uderza dzwon, gotowe do startu balony wznoszą się w niebo, a my odgrywamy naszą rolę. Błyskawice, ogniste kule i łańcuchy mrozu dosięgają najeźdźców, ziemia drży a z nieba sypią się iskry. Z dołu wygląda to na przerażające stracie ludzi z potworami, większość mieszkańców kryje się w domach, jedynie najodważniejsi lub głupi ośmielają się podnosić głowy. Tak naprawdę smoki nas ignorują, a nasze sztuczki nie czynią im krzywdy. Mogłyby wszystko spalić, nawet zniszczyć całe miasto, jednak tego nie robią. Zazwyczaj po tym niby-ataku nie ma szkód. Polatają, poryczą, podpalą stóg siana albo porzucony wóz, pożrą krowę, barana i wracają na Świętą Górę.

– Nie rozumiem… Więc po co to wszystko?

– By się nas pozbyć, Katne! – krzyknęła, a w jej oczach na chwilę rozgorzał płomień. – Miasto na dole rzadko cierpi z powodu ataków, lecz praktycznie zawsze ginie któraś z nas. A to balon zapali się od palnika, a to któryś ze smoków zawadzi o kosz i wyrzuci z niego załogę. Świątynia traktuje poległe czarownice jak bohaterów, nazywając ofiarę ich życia ceną za bezpieczeństwo, ale to wszystko kłamstwa, mające na celu wabienie dziewczyn w ich szpony! Odkryłam to przypadkiem, kilka miesięcy temu…

Nie kryła już łez.

– W stolicy zawsze jest około dwustu czarownic – kontynuowała. – Niezależnie od tego, ile dziewczyn zostanie wyświęconych w danym roku. Jak wyświęcą dwadzieścia, w ciągu roku dwadzieścia zginie, a jak nie wyświęcą żadnej, wszystkie przeżyjemy.

Urwała i przytuliła mnie. Czułam niesamowite ciepło, bijące z jej ciała.

– Musisz iść za głosem ze snów, Katne – mówiła przez łzy. – W ukryciu, drogą do stolicy i dalej morzem, na północ. To jedyna nadzieja. Podróż nie będzie łatwa, będziesz cierpiała głód, chłód i niewygody. By przeżyć, będziesz też niejednokrotnie musiała służyć mężczyznom wbrew swojej woli. Jednak u kresu czeka cię nagroda, Raj: wolny świat za górami, nad którym Świątynia nie ma władzy. To stamtąd pochodzi głos, który słyszysz w snach, tam jest źródło! Pomogą ci, ale musisz tam najpierw dotrzeć.

– Nie chcę! – krzyknęłam. – Ja… Chcę wrócić do matki! Nie! Dlaczego ja… Nie takiego życia pragnęłam!

– Dla nas nie ma innej drogi. Musisz wybrać: ucieczka i szansa na wolność czy złota klatka i bezsensowna śmierć na polu fałszywej chwały.

– A co będzie z tobą? – zapytałam, bo ogarnęło mnie nagle straszne przeczucie.

Otarła łzy i uśmiechnęła się pogodnie.

– Kiedy dzwon uderzy na trwogę, jeden ze smoków nie poleci do stolicy. Nie ukryję się przed nim, lecz nie martw się, nie sprzedam tanio skóry – powiedziawszy to wskazała na żelazną skrzynię, przywiązaną do burty. – Mam tam coś, co pozwoli mi zranić, lub wręcz zabić potwora. Przynajmniej jednego. Mnie już nie ma, Katne, znajdą mnie, ale zanim odejdę, pomszczę tyle sióstr ile zdołam. Śmierć smoka będzie sporym problemem dla Świątyni.

Długo trwałyśmy w ciszy, wtulając się w siebie nawzajem. Ona pierwsza oprzytomniała, ostrożnie posadziła mnie i ponownie zajęła się palnikiem. Spoglądałam na niebieskawy płomień, który stopniowo kurczył się, w miarę jak kręciła mosiężnym kółkiem na spodzie palnika.

 

***

 

Niecałą godzinę później wylądowałyśmy na polu obok niewielkiej wioski. Spędziłam z Melody ledwie chwilę, a czułam się, jakbym żegnała kogoś bardzo bliskiego, kto rozumiał i akceptował mnie taką, jaka byłam. Mieszkańcy zbiegli się z okolicznych pól, a następnie padli na kolana, słysząc kto zaszczycił ich swoją obecnością. Melody potrafiła pięknie mówić, a świątynne symbole na czaszy oraz strach przed czarownicami sprawiały, że jej słowa stawały się prawem. Sołtys trzy razy przysięgał na słońce, że zapłaci za miejsce w powozie, który zawiezie mnie do stolicy.

– Bądź zdrowa, siostro i nie martw się o mnie. Jeżeli chcesz sprawić mi radość, przeżyj i opowiedz moją historię w kraju za górami – rzekła, wsiadając ponownie do gondoli. Uśmiech na jej twarzy wyglądał beztrosko, za to moje oczy ponownie się szkliły.

– Powodzenia! – rzuciłam, nie potrafiąc powiedzieć niczego sensownego.

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, a następnie głośno pobłogosławiła mieszkańców i rozkręciła palnik, by wznieść się w przestworza. Wtedy widziałam ją po raz ostatni.

 

***

 

Sołtys dotrzymał słowa. Podróż do stolicy okazała się zaskakująco szybka, pięć dni po pożegnaniu z Melody chodziłam po nabrzeżu portowym, zaczepiając mniej paskudnych marynarzy i kupców. Niestety, o tej porze roku niewiele statków wybierało się na północ. Dochodziło południe, kiedy dzwony w mieście nieoczekiwanie zaczęły bić.

– Smoki? – zawołał ktoś.

– Nie – odparł podchmielony drab, toczący beczkę do składu. – Smoki są raz w miesiącu, a poprzedni atak był ledwie dwa dni temu. Balonów też nie widać, to pewnie kolejne kapłańskie bajdurzenie.

Dzwony biły długo, a część ludzi na nabrzeżu ruszyła w stronę kaplicy portowej. Wiedziona ciekawością oraz zmęczona bezowocnymi poszukiwaniami dołączyłam do nich. Przed bożym przybytkiem stał młody, przystojny kapłan z przejętą, zatroskaną miną. W wypielęgnowanych dłoniach nerwowo przekładał kawałek pergaminu.

– Bracia i siostry w wierze – zaczął z przejęciem, większość zebranych patrzyła na niego jednak z obojętnym wyrazem twarzy. – Z południa napłynęły do nas niepokojące wieści. Dwa dni temu, nieopodal miasta Krzyż, podczas starcia ze smokiem poległa czcigodna Mistrzyni Abelessa…

Nie!

– Wszyscy pamiętamy jej niezachwianą wiarę i bezgraniczne oddanie świętej sprawie – kontynuował. – Jej ofiara nie poszła na marne, miasto zostało bowiem uratowane, a piekielna poczwara zginęła. Z tej okazji odprawimy dziś dodatkowe nabożeństwa, zapalimy kadzidła, a zebrane ofiary zostaną przeznaczone na pomoc obdarzonym mocą dziewczętom, by zachęcić je do tej niełatwej i bardzo potrzebnej posługi. Czcigodna Abelessa na zawsze pozostanie…

Nie mogłam tego słuchać! Chciało mi się krzyczeć, powiedzieć im prawdę, ale…

– Nazywała się Melody, głupcze! – wysyczałam przez zęby i odeszłam, starając się ukryć łzy.

Koniec

Komentarze

Publikuj, zobaczymy, jak zostanie odebrae. 

Trzymam kciuki. :-)

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Interesująca metoda pozbywania się czarownic. Ciekawe jeszcze, skąd się biorą smoki i dlaczego jest ich akurat tyle, ile potrzeba. Nie zdziwiłabym się, gdyby świątynia maczała w tym palce.

Czytało się fajnie, zawsze lubiłam babki, które wiedziały, czego chcą i niekoniecznie chodziło o coś uświęcone tradycją.

Babska logika rządzi!

Witaj.

Niesłychanie nastrojowa, wzruszająca opowieść. Mocno wciąga i czytelnik ma nadzieję na kontynuację przygód Katne. Bardzo przykro brzmi opis prawdziwych wydarzeń, opowiedziany przez Melody. Jak zawsze, sporo spraw jest zamiatanych pod dywan, a fałsz nieodmiennie króluje na świecie. 

 

 

Z technicznych dostrzegłam:

Jeżeli kiedykolwiek musiałabym wyjść za mąż, to tylkokogoś takiego jak on.

Świątynia czasem małą, czasem wielką literą

Mówca – także. 

Przestałam słuchać, wyłączyłam się, wpatrując (w) nowo przybyłą.

Zabije tego krawczyka!

rozglądać w około

Nie ukryje się przed nim

wskazała za (na?) żelazną skrzynię,

Balony też nie widać

 

 

Pozdrawiam. :)

 

Pecunia non olet

Z początku niekiedy przeszkadzał mi nieco szyk zdań, ale potem zaczytałam się tak, że zapomniałam o całym świecie.

Bardzo chciałabym poczytać dalej. 

 Asylum

Korelacja jest niczym innym niż stereotypem

Nie, imho korelacja i stereotym to dwie różne rzeczy, choć jakieś tam elementy wspólne są. Stereotyp to uogólnienie, a korelacja to zależność; w analizie danych mamy do czynienia z korelacjami, a o stereotypach tam nie słyszałem. Temat rzeka w sumie ;-)

Ok, ale praktyki w trakcie uczenia się nie zapewniają doświadczenia, ponieważ odpowiedzialność spoczywa na kimś innym.

Spójrz na to proszę inaczej. To jest „proste” społeczeństwo. Łowczy ma pozwolenie na polowanie, chcesz polować, to idź na termin do łowczego, albo kłusuj na drobnicę.

Ok, tylko czemu nie wiemy, przeciwko czemu się w gruncie rzeczy buntuje?

Dodałem małe conieco

Tak, ale co chciałeś użyć, a co się kojarzy

Mi się nie kojarzy akurat

No, nie wiem. Łatwo rękę z takiego ciągnięcia wyrwać,

Tak? Widać nigdy nie miałaś do czynienia z typem „tancerz-holownik”

Hmm, sama powiedziała Katne, że zginie i ma "niespodziankę"?

Tak, bo mając wybór ucieka, ale to wcale nie znaczy, że przyparta do muru nie będzie się bronić. To jest już temat na inny, dłuższy i już nie konkursowy tekst.

Jeszcze raz wielkie dzięki za całą pomoc na becie!

 

Radek

To jakby trochę oczywiste. Dobra, płynące ze słońca, najłatwiej zrozumieć nie na środku Sahary, ale gdy ciemno i zimno.

:-)

Jest napisane, że chłopak siedzi na zydlu, ale nie wynika, że bohaterka operuje studnią z kołowrotem.

Na początku jest informacja o studni, a więc zakładam, że coś przy niej jest, albo żuraw albo kołowrót. Uznałem, że takie wprowadzenie wystarczy.

Dalej mam tę samą uwagę o podmiocie domyślnym za starą zielarką:

Przemyślałem, przeczytałem, poprawiłem

Jeszcze raz wielkie dzięki za całą pomoc na becie!

 

 

Finkla

Serdecznie witam pierwszą czytelniczkę! Detali odnośnie kontroli populacji smoków nie pokazałem (ani nawet samych smoków), ale traktowanie czarownic może rzucić nieco światła na to zagadnienie.

Czytało się fajnie, zawsze lubiłam babki, które wiedziały, czego chcą i niekoniecznie chodziło o coś uświęcone tradycją.

Taki pomysł na bohaterkę się urodził, chciałem też wyrzucić z siebie nieco buntu przeciwko zbytnio zorganizowanej religii, która w kocu przestaje być religią.

 

 

Bruce

Niesłychanie nastrojowa, wzruszająca opowieść. Mocno wciąga i czytelnik ma nadzieję na kontynuację przygód Katne.

Dzięki wielkie za lekturę i dobre słowo. Nie wiem, czy będę jakoś ciągnął przygody Katne, ale o Melody zapewne jeszcze coś napiszę (tylko że nie tak szybko i będzie to długie)

Błędy już poprawiłem, dzięki za czujne oko!

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cała przyjemność po mojej stronie, to ja dziękuje i życzę powodzenia. :)

Wciągnęła mnie szczególnie postać Katne, jednakże Melody również jest niebanalna i zapewne zasługuje na nowe opko. :))

Pozdrawiam. ;)

Pecunia non olet

Hi, hi, beta już się skończyła. Przeczytam za tydzień, krar, gdy choć troszkę zapomnę, dobrze? ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ambush

 

Miło słyszeć, że wciągnęło. Rozbiegówka jest nieco przydługa, ale potem już się dzieje. Może kiedyś rozwinę ta historię, bo pomysł jest, tylko z czasem gorzej, a rozgrzebanych tekstów coraz więcej. Wielkie dzięki za lekturę!

 

bruce

 

Zgadzam się, w zamyśle chciałem obie bohaterki pokazać jako warte opisania. Katne jeszcze młoda, bardzo spragniona życia i głodna świata, Melody nieco bardziej doświadczona, znająca tą mroczniejsza stronę sił sprawczych. Ehh, pomysłów moc, tylko kiedy to napisać…?

 

Asylum

 

Zapraszam serdecznie, będę z niecierpliwością czekał na twój komentarz odnośnie wersji finalnej.

 

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Trzymam kciuki za czas i kolejne pomysły, bo to opowiadanie ma znakomity potencjał.yes

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witam serdecznie czcigodnych jurorów!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć, Krarze!

 

– Katne – odpadłam, czując cisnące się do oczu łzy.

Hue, hue. Chciała pewnie odpaść w Kręgu. Nieco się spóźniła ;) Wybacz ten niewyszukany żarcik ;)

 

Nie sądziłem, że dane mi będzie przeczytać na tym portalu o żenujących zabawach weselnych. Zabrakło jeszcze pijanego wujka Mietka bez koszuli, także u Ciebie wersja soft :P

A co do samego opka, to kompletnie nie czuć liczby znaków w czytaniu (tutaj duży plus), a z drugiej strony mam wrażenie, że zabrakło Ci miejsca na nieco fajniejsze relacje Katne-Melody. Scena w balonie jest w sumie bardzo informacyjna, dziewczyny z miejsca stają się psiapsiółkami i wszystkie emocje ze skradanki pryskają, a tajemnicza czarownica jest do rany przyłóż.

Początek za to wyszedł ciekawie, było intrygująco.

Jest potencjał na rozbudowanie wątku smoków, to nie do końca zostało też wyjaśnione, widać, że jest ciekawie wypracowany system przez kapłanów. To dodaje tego smaczku, że to tylko fragment uniwersum (choć ja nie poznajdywałem zbytnio powiązań, z tym że czytałem opka dość dawno, a “pod czarną skałą” wciąż wegetuje w kolejce). Chciałoby się więcej :)

Idę do klikarni, bo warto.

 

Pozdrawiam, polecam i powodzenia!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć Krokus!

 

Wielkie dzięki za przeczytanie.

Zabrakło jeszcze pijanego wujka Mietka bez koszuli, także u Ciebie wersja soft :P

Miał być, ale limit ;-)

mam wrażenie, że zabrakło Ci miejsca na nieco fajniejsze relacje Katne-Melody.

Trochę tak, choć chciałem skupić się na pokazaniu położenia Katne, i to zjadło sporo w rozbiegówce. Jak skończyłem, to już mi się nie chciało “pisać od nowa”, bo z tym by się to wiązało, trzeba by całość przebudować. Oj, nie lubię tych limitów znaków i trzymania się pierwotnego planu.

Jest potencjał na rozbudowanie wątku smoków, to nie do końca zostało też wyjaśnione, widać, że jest ciekawie wypracowany system przez kapłanów.

O smokach też coś kiedyś wreszcie napiszę… Czasu!

 

Jeszcze raz dzięki wielkie za przeczytanie, komentarz i klika!

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Bardzo fajna historia, Krarze.

Z całego serca kibicowałem Katne, którą z miejsca bardzo polubiłem – dziewczyna nie daje sobie w kaszę dmuchać, ale jest też świadoma ograniczeń, które nakłada na nią rzeczywistość. Mimo to nie boi się marzyć. Szkoda, że szybując pod chmurami zostaje sprowadzona na ziemię. Moją uwagę zwróciło zachowanie Melody podczas rozmowy – z reguły starsza, mądrzejsza i bardziej doświadczona postać, która serwuje trudną do przełknięcia prawdę, przyjmuje mentorski ton i w swym zgorzknieniu pozostaje niewzruszona. U Ciebie zaś pojawiły się emocje i łzy, doceniam ten zabieg. Z pewnością dodał postaciom autentyczności.

Gorzki, ładnie napisany tekst. Lecę zgłosić do biblioteki, pozdrawiam!

Cześć!

 

Czytało się przyjemnie, a historia zdecydowanie smutna. Podobała mi się kreacja zarówno Katne jak i Melody. Szybkiej akcji to tu nie ma, ale jest opowieść o wyborach, przeznaczeniu i zakłamaniu. Zdecydowanie podstępnie sobie to wszystko Świątynia zaplanowała. Zakończenie jest otwarte. Czyżbyś planował kontynuację? To, co mnie zastanawia to ten wybór Melody. Nie do końca wiem, jak śmierć smoka miała zaszkodzić Świątyni. 

Tekst dobrze napisany, a historia okazała się wciągająca, więc idę zobaczyć, czy już masz uzbierane punkciki do biblioteki i ewentualnie dorzucić swój głos.

Poczułam lekkie zażenowanie, widząc[+,] jak twarz mamy pokrywa się rumieńcem. 

Po chwili zgromadzeni w kaplicy zaczęli padać na kolana, a następnie przyciskać czoła do zimnej, kamiennej posadzki. Wszyscy, zgodnie ze zwyczajem. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego uroczystości na cześć słońca odbywały się w ciemnym, zimnym budynku, ale mama powtarzała, że zawsze tak było i tak trzeba.

Lekkie powtórzenie.

– Jesteśmy w kaplicy, Katne – odezwała się dopiero, kiedy wszystko ustało i zostałyśmy same.

Raczej “dopiero gdy” i przecinek przed całym wyrarzenem.

Spoglądała w moją stronę, lecz nie na mnie. Znałam ten wzrok, ten beztroski wyraz, który gościł na twarzy, ilekroć świat stawał się zbyt skomplikowany lub pędził zbyt szybko.

Odetchnęłam głęboko i wstałam, spoglądając w stronę drzwi.

Zagryzłam zęby.

Chyba wargi.

Jest mi bardzo przykro, że próbując wylądować[+,] zawadziłam o świątynię i przerwałam liturgię.

 Tyle, że ona była chyba całkiem zadowolona z sytuacji.

Wysoki brunet o wesołych oczach tylko na to czekał, objął mnie w pół i zaczęliśmy tańczyć, tym razem w absolutnej ciszy.

wpół

Zignorowałam, kiedy jego koścista dłoń przypadkiem opadła na mój pośladek, lecz chyba potraktował to jako zachętę, bo za drugim razem bezczelnie się przy tym uśmiechnął.

Troszkę to kanciaste.

Dziwne, przecież jest dopiero koniec lata.

Zastanowiłabym się, czy nie dać tu czasu przeszłego.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Adam

 

Szkoda, że szybując pod chmurami zostaje sprowadzona na ziemię.

Limit, choć też chciałem, by ta cudowna chwila nie trwała zbyt długo, wszak co dobre musi szybko się kończyć.

U Ciebie zaś pojawiły się emocje i łzy, doceniam ten zabieg.

Bardzo mnie cieszy, że te emocje zostały zauważone. Kombinowałem, jak pokazać w takiej fantastycznej osóbce człowieka z krwi i kości, a nie marmuru.

Gorzki, ładnie napisany tekst. Lecę zgłosić do biblioteki, pozdrawiam!

Gorzki, ale niezmiernie mi miło, że się spodobał. Dziekuję z komentarz i za klika!

 

Alicella

 

Podobała mi się kreacja zarówno Katne jak i Melody. Szybkiej akcji to tu nie ma, ale jest opowieść o wyborach, przeznaczeniu i zakłamaniu.

Początkowo chciałem jeszcze wrzucić tu walkę ze smokiem, ale byłoby to zdawkowe bardzo i musiałbym gonić przez tekst, albo pominąć inne aspekty. Ale nie bój się, będzie (kiedyś, mam nadzieję, że pod koniec tego roku jeszcze) jedno opko o Melody, bo jej historia domaga się napisania.

Zdecydowanie podstępnie sobie to wszystko Świątynia zaplanowała.

Chyba we wszystkich moich tekstach Świątynia taka jest. Muszę nad tym popracować w kolejnych tekstach, bo póki co pokazałem tylko jedną stronę przybytku, a jest jeszcze druga. Kidy to wszystko spiszę… Czasu!

To, co mnie zastanawia to ten wybór Melody. Nie do końca wiem, jak śmierć smoka miała zaszkodzić Świątyni.

I już wiem co dodać w kolejnym tekście ;-)

 

Błędy przeglądnąłem i poprawiłem, wielkie dzięki za czujne oko i komentarz!

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Opowiadanie w moim klimacie. Są czarownice i smoki, czyli to co lubię :). Bohaterka sympatyczna i chce się jej kibicować. Melody bardzo polubiłam i mam cichutką nadzieję, że jednak nie umarła, a jedynie tak się wydaje świątyni. Historia wciągnęła, tak że nie wiem kiedy skończyłam i mam nadzieję (tak, to próba wymuszenia cheeky), że niedługo przeczytam dalsze losy, ponieważ zbyt dobry sobie grunt na to przygotowałeś, i nie wypada zostawić biednego czytelnika na pastwę domysłów i smoków ;). Polecam do biblioteki.

 

I zauważyłam przejęzyczenie: Z dołu wyglądało to na przerażające stracie ludzi z potworam

Czołem! Ciekawy, nietypowy świat przedstawiony, i ten balon – miałam przed oczami krajobraz Kapadocji. :) 

Jak na samodzielne opowiadanie, trochę okrojone wprowadzenie w świat. Nie jestem fanką zgłaszania na konkurs fragmentów lub nawiązań do uniwersów zaprojektowanych wcześniej. Wolę przeczytać zamkniętą całość. Tutaj jednak było całkiem całkiem, udało Ci się przedstawić okoliczności na tyle, by umożliwić zrozumienie sensu.

 Wolne tempo opowiadania niweluje dobra pierwszoosobowa narracja – tak ją prowadzisz, że wczułam się nie wiadomo kiedy. :) Trochę jednak zabrakło mi akcji, fajnie byłoby na końcu zobaczyć starcie Melody ze smokiem, a nie dostać krótką informację, że się jej udało.

 

– A teraz, powstań ludu wybrany…

– A teraz powstań, ludu wybrany…

 

Rude, kręcone loki dodawały jej wzrostu i przywodziły na myśl rozszalały płomień.

Chciałabym, żeby i mi loki dodały co nieco do moich 156cm. ;) A poważnie, to ciężko mi sobie wyobrazić dodające wzrostu włosy.

 

Jakże potężna musi być, czytałam kiedyś, że prawdziwy smok w czasie stu uderzeń serca potrafi spalić stutysięczną armię.

Kilka uderzeń serca później staliśmy już w kręgach

Specyficzna jednostka miary czasu, więc użyta w krótkim odstępie daje wrażenie powtórzenia.

 

W drugiej rundzie tańczyłam z rubasznym, lekko podpitym parobkiem +(,) a w trzeciej ze szczupłym krawcem o lisiej aparycji.

 

A potem wszyscy się roześmieli.

roześmiali.

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Rzeczywiście, zapomniałam że to opowiadanie dotyczy pewnego uniwersum. A są na tym forum pozostałe opowiadania, a jeśli tak, to jakie mają tytuły? Mógłbyś wstawić taką informację we wstępie.

Monique.M

 

Opowiadanie w moim klimacie. Są czarownice i smoki, czyli to co lubię :)

Miło słyszeć, że podeszło.

Melody bardzo polubiłam i mam cichutką nadzieję, że jednak nie umarła, a jedynie tak się wydaje świątyni.

Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku napiszę tekst, z którego będzie można dowiedzieć się nieco więcej na ten temat (choć może mi się to przeciągnąć do połowy stycznia).

A są na tym forum pozostałe opowiadania, a jeśli tak, to jakie mają tytuły? Mógłbyś wstawić taką informację we wstępie.

Nie chciałem się na zbytnio reklamować, więc napisałem to tylko hasłowo. Tekst w zamyśle ma stanowić samodzielną całość, choć – jak wynika z komentarzy – nosi znamiona fragmentaryczności (trochę zgubił mnie limit, bo mi się zazwyczaj pomysły rozrastają, jak piszę dla przyjemności). Z tego uniwersum są jeszcze trzy opka (póki co): Ludzie i wilkiPod Czarną Skałą i Praworządny zły, chyba najlepiej przeczytać je właśnie w tej kolejności.

 

Dzięki wielkie za czujne oko i za polecenie, zaraz poprawię tekst.

 

 

Ghlas cailin

 

Ciekawy, nietypowy świat przedstawiony, i ten balon – miałam przed oczami krajobraz Kapadocji. :)

Dzięki, szukam, co by tu zrobić, by uczynić “własny świat fantasy” nieco bardzej unikalnym i subtelnie łączę go z rewolucją przemysłową i (nieśmiało) steampunkiem.

Jak na samodzielne opowiadanie, trochę okrojone wprowadzenie w świat.

Z każdym kolejnym komentarzem utwierdzam się w tym przekonaniu. Trzeba było pisać na dłuższy limit ;-)

Wolę przeczytać zamkniętą całość. Tutaj jednak było całkiem całkiem, udało Ci się przedstawić okoliczności na tyle, by umożliwić zrozumienie sensu.

Taki był zamysł, to ma być samodzielne opowiadanie… Ale z 1k znaków odnośnie świata przedstawionego zabrakło.

Trochę jednak zabrakło mi akcji, fajnie byłoby na końcu zobaczyć starcie Melody ze smokiem, a nie dostać krótką informację, że się jej udało.

Limit (i furtka na przyszłość)

 

Dzięki wielkie za czujne oko i komentarz, błędy zaraz poprawię.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Dzięki za linki :)

 

Jeśli masz wenę do rozszerzenia trochę opowiadania, na przykład o światotwórstwo, to spytaj jurków czy mógłbyś dodać pokonkursowo fragmenty. Ja już swoje opowiadanie rozszerzyłam :).

 

<Detektywa Lowina zapiski z urlopowych sesji czytania „Tytulików”>

Krar85 – Nazywała się Melody

Moja była też się tak nazywała. Zostawiła mi dziurę w sercu, która była niczym w porównaniu z dziurą w portfelu. Melodia nędzy i rozpaczy, słowo daję.

Bardzo lubię, kiedy opowiadania z autorskiego uniwersum są samodzielne. Niby odnosisz się tutaj do innych tekstów z tego świata, ale jednocześnie nie ma tu nic zagmatwanego, wszystkiego można się domyślić.

Opowieść jest spójna i z dobrym tempem. Podczas lektury nie miałem chęci sięgnięcia po drinka, co samo w sobie jest sukcesem.

Bohaterka jest… fajna. Wygląda na typową zbuntowaną nastolatkę, ale nie drażni, więc równowaga została zachowana. Melody też niezła, choć mam wrażenie, że za dużo jej nie było. No i sprawa z nogą mnie raczej rozśmieszyła (wiem, wiem, nie powinno, ale co poradzić).

Nie ma tu szybkiej akcji, raczej stawiasz na uczucia i upadek wizji świata bohaterki, i to dobrze. Aż chciałoby się dowiedzieć, co spotka Katne w jej podróży, a to już znaczy, że było ciekawie.

 

Cześć Zanais!

 

Moja była też się tak nazywała. Zostawiła mi dziurę w sercu, która była niczym w porównaniu z dziurą w portfelu. Melodia nędzy i rozpaczy, słowo daję.

;-)

Bardzo lubię, kiedy opowiadania z autorskiego uniwersum są samodzielne.

Też lubię, tylko, że to mocno ryzykowne, bo niektórzy tego nie lubią. Nic innego mi do głowy nie wpadało, a chciałem coś z autorskiego uniwersum pociągnąć dalej i jakoś tak historia sama się ułożyła. Mam ciągle ten problem, że moje opowieści rosną, więc limit zmusza do drastycznych kroków (rezygnacja z walki ze smokiem, w takiej czy innej formie). Zacząłem już rozgrzebywać tą historię nieco bardziej – pokazać to wszystko z perspektywy Melody – ale pewnie nie skończę tego w tym roku (rozgrzebałem 5 tematów i jakoś nie mogę się zdecydować, w jakiej kolejności to ogarnąć, czasu!)

Niby odnosisz się tutaj do innych tekstów z tego świata, ale jednocześnie nie ma tu nic zagmatwanego, wszystkiego można się domyślić.

Dobrze, tak miało być.

Podczas lektury nie miałem chęci sięgnięcia po drinka, co samo w sobie jest sukcesem.

Uważaj, bo jeżeli lubisz drinkować podczas czytania i organizujesz konkursy to może się to źle skończyć.

Melody też niezła, choć mam wrażenie, że za dużo jej nie było.

Prawda, było jej za mało. Limit, nie chciałem pędzić.

No i sprawa z nogą mnie raczej rozśmieszyła (wiem, wiem, nie powinno, ale co poradzić).

Czyli nad tym motywem będę musiał popracować.

Aż chciałoby się dowiedzieć, co spotka Katne w jej podróży, a to już znaczy, że było ciekawie.

Dajcie mi… czasu! Czemu życie jest takie krótkie…

 

Pozdrawiam i wielkie dzięki za konkurs oraz komentarze!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Krarze, wielce mi się spodobała Twoja baśń. A najbardziej, że obnażyłeś prawdę o kapłanach. Smutne jest to, że rzecz dotyczy kapłanów nie tylko baśniowych, że czarownicom dzieje się krzywda. Otuchą natomiast napawa decyzja Katne, która za kierunek swojej wędrówki obrała północ.

 

jeden z że­bra­ków, wspie­ra­ją­cy się o lasce. → …jeden z że­bra­ków, wspie­ra­ją­cy się laską.

Wspieramy się czymś. O coś możemy się oprzeć.

 

Za­gry­złam zęby.Zacisnęłam zęby.

 

Rude, krę­co­ne loki do­da­wa­ły jej wzro­stu… → Masło maślane – loki są kręcone z definicji. Jeśli włosy mają dodawać jej wzrostu, napisałabym: Rude, wysoko upięte loki do­da­wa­ły jej wzro­stu

 

Tego mi nie po­wie­dzia­ły. → Kim są te, które jej nie powiedziały?

 

ale po­każ­my szla­chet­nej Pani… → …ale po­każ­my szla­chet­nej pani

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Kiedy mu­zy­ka po­now­nie za­czę­ła grać… → Muzyka nie gra, grają muzycy na instrumentach.

Proponuję: Kiedy muzycy po­now­nie za­czę­li grać… Lub: Kiedy mu­zy­ka zabrzmiała ponownie

 

Kiedy tylko mu­zy­ka za­czę­ła grać→ Kiedy tylko mu­zy­ka znów zabrzmiała

 

Wzię­łam kilka głę­bo­kich od­de­chów, by się uspo­ko­ić, po czym za­kra­dłam do ba­lo­nu. → Nie brzmi to najlepiej.

Może: Wzię­łam kilka głę­bo­kich od­de­chów, by ochłonąć, po czym za­kra­dłam się do ba­lo­nu.

 

Ni­ko­go przy nim nie było, więc spo­koj­nie zaj­rza­łam do kosza. Był za­ska­ku­ją­co duży… → Może w pierwszym zdaniu:  Nikt go nie pilnował, więc

 

Pod­sko­czy­łam, aż kosz się za­ko­ły­sał, i za­czę­łam roz­glą­dać wo­ko­ło… → A może: Pod­sko­czy­łam, aż zakołysało koszem i za­czę­łam się roz­glą­dać wo­ko­ło

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka