- Opowiadanie: krar85 - Ludzie i wilki

Ludzie i wilki

Brak pomysłu na optymistyczną kontynuacje historii kaczątka, które zostało smokiem zmusił mnie do chwilowej zmiany priorytetów. Tym razem postawiłem na wyrazistą, kobieca bohaterkę. Krew, pot i łzy na udeptanej ziemi, urwane głowy oraz wyprute flaki ku uciesze żądnego wrażeń tłumu. Są też książę (dosłownie) i smok (symbolicznie), jest też magia, nadzieja i … przeczytajcie sami.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ludzie i wilki

Niewolnicy otwierają ciężkie, drewniane drzwi, światło dnia rozprasza duszny mrok. Żelazna krata podnosi się ze zgrzytem. Nieco świeższe powietrze wyrywa mnie z letargu. Mrużąc oczy, wstaję i ruszam. Na zewnątrz jest ciepło i sucho, ale śmierdzi tak samo jak w lochu. Niespiesznie wchodzę na arenę. Mimowolnie uśmiecham się, czując promienie słońca na zniszczonej, suchej skórze. Jest rano, na trybunach widzę tylko plebs. Książę jeszcze nie przyszedł. Nic dziwnego. Słyszałam, że poranne walki nie cieszą się tu popularnością. Walczą w nich zazwyczaj pospolici przestępcy oraz początkujący gladiatorzy, tacy jak ja.

– Nahor, co to jest? – Z ulotnej chwili zadumy wyrywa mnie drwiący głos.

– Nie wiem, braciszku, ale czuję, że się z nią zabawimy!

Szybko oceniam przeciwników. Obaj młodzi, obaj wściekli, a zarazem przerażeni. Oraz, jak wszystkie zbiry, pełni pogardy. Nahor ma niecałe sześć stóp wzrostu, żylaste ręce i raczej nie grzeszy odwagą. Nawet z daleka czuję jego strach. Dali mu krótki miecz oraz małą tarczę. Zdecydowanie bardziej martwi mnie jego brat. To on tu dowodzi, niski i krępy furiat o lisim wzroku. Strachu w nim niewiele, więcej żądzy. Dla wyrównania szans dostał włócznię długą na przynajmniej dziewięć stóp. Trzyma ją niepewnie, obiema rękami, i ani na chwilę nie spuszcza mnie z oka.

Przystaję dwadzieścia kroków od nich. Patrzą na mnie jak głodne psy na kawałek świeżego mięsa. Ślinią się i szydzą, chcąc dodać sobie otuchy. Staram się kontrolować oddech. Mój widok daje im pewnie nadzieję, wszak jakie zagrożenie może stanowić przeraźliwie chuda, umorusana kobieta. Podczas igrzysk wszyscy skazańcy dostają wybór: sznur albo arena. Większość wybiera arenę.

Zaspany mistrz ceremonii zaczyna beznamiętną przemowę. Wtedy ruszają.

– Zabij ją, Nahor! Szybko, będę tuż za tobą! – krzyczy niższy z braci.

Rozum podpowiada mu, że wygra, rusza więc posłusznie z blaskiem nadchodzącego tryumfu w oczach. Maszeruje coraz pewniej. Trochę mi go żal. Widać nigdy wcześniej nie słyszał o zmiennokształtnych.

Wypuszczam powietrze i przemieniam się w mgnieniu oka. Towarzyszący temu ludzki krzyk przechodzi we wstrząsający ziemią ryk potwora. Brudna tunika błyskawicznie pęka pod naporem rosnącego wilczego cielska. Ręce wydłużają się, paznokcie przeistaczają w okrutne, trzycalowe szpony. Całe ciało pokrywa gęsta, czarna sierść. Lśniąca jak polerowana stal i równie twarda.

– Co to do… – Nahor zatrzymuje się, rozdziawiając gębę. Nie daję mu dokończyć.

Atakuję szybko, bez strachu czy wahania. Przeciwnik nawet nie stara się zasłonić. Zamiera w bezruchu z szeroko otwartymi ustami. Kilkoma szybkimi ciosami pozbawiam go głowy i ramion. Pazury tną nie gorzej od katowskiego miecza. Po chwili zmasakrowane ciało bezwładnie opada na piasek.

Mistrz ceremonii milknie raptownie, widać nikt mu nie powiedział, co ma się stać. Urok porannych walk. Strzępki rozmów widowni, które słyszę, również sugerują, że wzbudziłam przynajmniej chwilowe zainteresowanie. Dobrze, o to chodziło.

Drugi z moich adwersarzy, włócznik, stoi jak stał. Boi się, ale ciągle patrzy mi w oczy. Nie jest głupi, oraz ma długą broń. Z nim będzie trudniej.

Zaczynam go powoli okrążać, zachowując bezpieczny dystans. Opuszcza broń, po czym uśmiecha się szyderczo. Widownia wyje i złorzeczy, zachęcając nas do walki. Stopniowo zmniejszam dystans, on markuje atak, ja odskakuję. Kilka razy powtarzamy ten sam schemat. W końcu, po piątym chyba odskoku, ląduję obok zwłok Nahora. Czas kończyć. Na chwilę spuszczam przeciwnika z oczu, by chwycić bezgłowe ciało. Włócznik, widząc swoją szansę, rusza. Błyskawicznie unoszę zwłoki, po czym ciskam nimi w adwersarza. Mężczyzna próbuje blokować, ale potyka się przy tym i opuszcza broń, tracąc równowagę. Wygrałam.

Pierwszym ciosem wytrącam mu broń, drugim zdzieram skórę z twarzy. Krzyczy. Kolejnymi szybkimi ciosami zabijam go i masakruję. Na koniec przegryzam jeszcze gardło, ku uciesze gawiedzi. Rozglądam się, w nadziei, że Książę dotarł już na trybuny. Mistrz ceremonii pospiesznie wyraża uznanie, nazywa mnie bardzo złym wilkiem, po czym każe wracać do lochu. Nie dostrzegam następcy tronu, widać jeszcze nie przybył. Pospiesznie przybieram więc ludzką postać i kłaniam się nisko.

– Wracaj! – woła nadzorca.

Znam zasady, spieszę do drewnianych wrót, zanim zaklęcia telekinetyczne pochwycą mnie, skrępują i wrzucą do klatki.

 

***

 

– To było niezłe, sam Głośny Grubas nie wiedział, co powiedzieć. – Z letargu wyrywa mnie głos nadzorcy. Jego mina wyraża zdziwienie pomieszane z uznaniem. Kiwa głową, podkręcając wąs. Ten zwalisty, tęgi mężczyzna o świńskiej aparycji kiedyś też pewnie walczył na arenie. Na jego łysej głowie i byczym karku widnieją liczne blizny oraz brzydkie tatuaże.

Siedzę w ciasnej, pordzewiałej klatce w zatęchłych podziemiach areny. Moje zmysły świdruje zapach krwi, moczu i ludzkiego strachu.

– Jesteś warta każdego srebrnego słońca, które za ciebie zapłaciłem. Walcz tak dalej, a dojdziemy na szczyt. Dostaniesz większą klatkę i …

– Kiedy następna walka? – pytam, nie chcąc słuchać kolejnych pochlebstw czy kłamstw.

– Nie wcześniej jak wieczorem, ale może lepiej jutro. Odpocznij sobie, zrobiłaś dziś przedstawienie. Teraz walczą rydwany. A wieczorem walczą ciężkozbrojni.

– Mogę walczyć z rydwanem – odpowiadam bez emocji, świdrując wzrokiem zdziwionego mężczyznę.

– Załoga rydwanu to trzech ludzi, gladiatorów, a nie zdesperowanych skazańców. Usieką cię!

– Daj mi szansę! – Zmieniam kolor oczu na czerwony. – Jakie są zasady?

– Takie jak zawsze. Żadnych. Wygrać, to jedyna zasada.

– Wygram.

 

***

 

Krata podnosi się. Przerażeni niewolnicy wybiegają na arenę i pospiesznie znoszą zwłoki woźniców. Wściekły nadzorca bluźni, bijąc obuszkiem w drewniane wrota. Nikt nie chce wchodzić mu w drogę. Zniszczony rydwan pewnie sporo go kosztował.

– Zabij ich, jeśli potrafisz, wilczyco! Psie syny, nawet konie mi usiekli. Jak byłbym młodszy, to…

Nie słucham go, wybiegam już na arenę. Rydwan zwycięzców toczy się powoli wśród wiwatów publiczności. Dumni jak pawie wojownicy biorą mnie chyba za jednego z niewolników. Omiatam wzrokiem trybuny. Choć są już niemal pełne, prawie natychmiast go dostrzegam. Dostojna sylwetka, jasne włosy, władczy wyraz twarzy. To musi być on! Te oczy, niebieskie jak niebo, zimne niczym lód i piękne jak księżyc w pełni. Mój Książę. Klejnot tej ziemi, to dla niego walczę.

– Szanowni państwo, nastąpiła zmiana w programie! – Mistrz ceremonii jest już w swoim żywiole, jego grzmiący głos wybija się ponad panująca wrzawę. – Paskudny Tygrys, zwany też Krwawym, zrozpaczony utratą cennego rydwanu postanowił znowu wypuścić bestię. Czy będzie to okrutna zemsta, czy też zwykłe polowanie na zwierza? Zaraz zobaczymy! Ale najpierw przywitajmy ją, wilczycę, która dziś rano przepięknie zarżnęła dwóch śmiałych gwałcicieli.

Tłumy stopniowo cichną, ciekawe rozstrzygnięcia. Załoga rydwanu bacznie mnie obserwuje. Woźnica, łucznik i miecznik w kolczudze, oraz dwa umierające ze strachu konie. Rydwan przyspiesza, gdy woźnica strzela z bata. Przyjmuję wilczą postać i ruszam biegiem. Z trybun słyszę głównie buczenie, ale mój wyostrzony słuch wyłapuje nieliczne głosy uznania. Wszyscy żądają widowiska. Okrążamy tak arenę, mierząc się wzrokiem. Pierwszy atakuje łucznik, strzała mija mnie ledwie o stopę. Woźnica robi ostry zwrot i rusza wprost na mnie. Widzowie krzyczą z zachwytu. Wbijam pazury w piach, by zmienić kierunek. Kolejna strzała świszcze gdzieś nieopodal, strzelec zna się na robocie. Rydwan przecina całą arenę, po czym zwalnia, by ustawić się do kolejnej szarży. To moja szansa. Gnając wzdłuż ściany, zachodzę ich od tyłu. Miecznik zeskakuje z pojazdu i wychodzi mi na spotkanie. Łucznik, skrywający się za jego plecami, wypuszcza kolejną strzałę. Biegnę. Żelazny grot przeszywa mi łapę. Warczę, ale nie zwalniam.

Z całej siły uderzam w miecznika. Powalam go na ziemię i wytrącam broń z ręki. Strzelec zaczyna napinać łuk, woźnica stara się smagnąć mnie batem. Widownia wyje z zachwytu. Mistrz ceremonii zagrzewa nas do walki. Wyskakuję, starając się dosięgnąć strzelca. Gdy jego prawa dłoń dociąga cięciwę do kącika ust moje szpony wbijają się w jego brzuch. Wrzeszczy. Zdążyłam. Krew tryska na rozgrzany piach. Mężczyzna krzyczy i wypuszcza strzałę w powietrze. Potężnym ciosem przewracam go na ziemię, by po chwili zatopić kły w jego ramieniu. Ręka za rękę. Woźnica umyka już na drugą stronę areny, miecznik usiłuje wstać. Na próżno. Porzucam rzężącego w konwulsjach strzelca, by zająć się ciężkozbrojnym. Przewracam go ponownie, a następnie z namaszczeniem unoszę do góry zdrową łapę.

– Litości! – błaga ranny mężczyzna.

Spoglądam na Księcia, mistrz ceremonii prosi o ciszę. Wszystkie oczy czekają teraz na gest arystokraty. Dziedzic wstaje, wkładając w ten ruch całą swoją szlachetność. Energicznie wyciąga rękę i bez wahania kieruje kciuk w dół.

– Pozdrów od nas piekło, czcigodny mieczniku, a my wypijemy dziś twoje zdrowie i zaopiekujemy się twoją kobietą – szydzi mistrz ceremonii.

Ranny mężczyzna spogląda błagalnie. Bez zwłoki dobijam go ku uciesze gawiedzi, wyję tryumfalnie i ruszam w pogoń. Tłum szaleje, kiedy dopadam woźnicę. Uderzam nim kilka razy o przewrócony rydwan, po czym proszę Księcia o wyrok. Niebieskooki brzydzi się dziś słabością. Ponownie nie ma więc litości.

– Dobrze było, ale się skończyło. Nie tylko Krwawy Tygrys stracił dziś rydwan… – przemawia Głośny Grubas, kiedy pod ludzką już postacią wracam do lochu.

Nadzorca czeka przy otwartej bramie.

– Nie dobiłaś koni – krzyczy, śmiejąc się.

Biedne zwierzęta. Przystaję, odwracam się i gwiżdżę. Subtelna magia płynie wraz z dźwiękiem prosto do przerażonych gniadoszy, uspokaja je i zaprasza. Zdenerwowane konie podbiegają do nas. Głaszczę je po mokrych od strachu pyskach. Nadzorca stoi jak wryty.

– Są twoje – mówię nieobecnym głosem. – Będą ci wiernie służyć, jeżeli będziesz je szanował.

– Co z twoją ręką? – pyta zafascynowany.

– Cała i zdrowa. – Pokazuję mu chude, brudne ramię. Nie widać już na nim żadnych śladów zranienia.

Mijam Krwawego i znikam w mroku. Bez słowa wchodzę do pordzewiałej klatki, a następnie czekam, aż umierający ze strachu niewolnicy zamkną rygle. Mam wrażenie, że osłaniający nadzorcę czarownik zgniótłby mnie telekinezą albo spalił na popiół, gdybym tylko zrobiła krok w inną stronę. Zwijam się w kłębek, by choć na chwilę zasnąć. Kiedy cię wreszcie spotkam, mój Książę?

 

***

 

– Kim ty jesteś? Czego ty tu szukasz? – pyta nadzorca, który zdążył już oddać konie stajennemu.

– Wolności.

– Bzdura! Widziałem, co potrafisz. Klatka nie stanowi dla ciebie szczególnej przeszkody, jak sądzę?

Nie jest taki głupi, domyśla się czegoś. Cholera! Trzeba było zostawić te konie, popisałam się jak szczeniak, upojona zwycięstwem.

– Czy mogę walczyć dziś wieczorem? – odpowiadam najspokojniej jak potrafię, starając się zmienić temat.

– Tak, ale…

– Czy Książę będzie na trybunach?

– Książę… – Oblicze nadzorcy sugeruje, że myśli. Na jego twarzy z wolna rysuje się uśmiech, gdy niezbyt szybko łączy fakty. – Nasz pan? Tak, dziedzic zawsze ogląda wieczorne walki.

– Chcę walczyć.

– Kobiety. – Nadzorca patrzy na mnie przez chwilę, jakby zatroskany, po czym odchodzi.

Sama w ciemności, zamykam oczy i błyskawicznie zasypiam, marząc o ciepłym słońcu oraz chłodnym wietrze, z dala od tego miasta i cuchnącej śmiercią areny.

 

***

 

Dwanaście wielkich pochodni, wspomaganych magią ognia, oświetla arenę. Ich blask jest na tyle silny, że nawet nie widzę trybun. Sądząc jednak po panującym hałasie, pękają w szwach. Nie widzę też Księcia, ale mam wrażenie, że czuję jego zapach, mieszankę bezkresnej dumy oraz szczerego zaciekawienia. Umyta i uczesana, w czarnej tunice, stoję naprzeciw trzech ciężkozbrojnych górali. Bycze chłopy, każdy mierzy przynajmniej siedem stóp, każdy dzierży równie długi miecz.

– Drżyj, ludu miasta Samarkand! Dziś wieczorem, na udeptanej ziemi, będą się działy rzeczy, o których jeszcze za sto lat będą śpiewać minstrele. Wilczyca, ze stajni Krwawego, wystąpi dziś po raz trzeci. Większość z was wie już, do czego ta niepozorna panienka jest zdolna. Dlatego miłościwy Książę kazał podwoić straże i sprowadzić kilku dodatkowych czarowników, by bestia nie wymknęła się przypadkiem spod kontroli. Oraz znalazł godnych jej przeciwników. Powitajcie ich brawami, oto znani i lubiani Rozrabiacy z górniczej doliny!

Na te słowa trzej górale prezentują swój oręż. Trybuny wiwatują. Na piach lecą kwiaty, monety i kolorowe chusty. Wrzawa momentalnie ustaje, kiedy zmieniam postać. Wojownicy przyjmują szyk. To zawodowcy, gardzący bogactwem urodzeni mordercy spragnieni sławy. Zrywam się do biegu, ale zamiast zaatakować i zginąć od niechybnej kontry, uderzam łapami w ziemię, by cisnąć piaskiem w twarze przeciwników. Tego nie przewidzieli. Oślepieni, wyprowadzają potężne, ale niecelne ciosy. Wielkie miecze ze świstem tną powietrze, gdy zabijam ich kolejno, jednego po drugim.

– Ktoś tu walczy nieczysto, i ktoś od tego umiera. – Z góry dobiega mnie głos mistrza ceremonii.

Adrenalina i żądza krwi pulsują w żyłach. Ostatni z górali pada, krzycząc przeraźliwie. Przystawiam mu szpony do gardła i spoglądam w stronę loży. Dwanaście wielkich pochodni przygasa raptownie, a w blasku magicznego niebieskiego światła ukazuje się władca. Jego ruchy są pewne i nieubłagane. Nie będzie litości. Odrywam głowę proszącemu o łaskę góralowi, po czym ciskam nią w widownię. Publika ryczy, mistrz ceremonii klaszcze, pochodnie ponownie zaczynają jaśniej świecić. Przez chwilę moje oczy spotykają jeszcze wzrok Księcia. Zauważył mnie. Nareszcie!

 

***

 

– To było coś! Zapamiętają to, wilczyco… Jak ty się w zasadzie nazywasz? Masz jakieś imię? – Nadzorca robi zakłopotaną minę.

– Wistela.

– Ładnie. O czym to ja…? Aha, plebejusze bili się o tę głowę, wiesz, aż straż musiała ich rozdzielić. Co tam się wyrabiało…

– Kiedy następna walka?

– Jutro rano – odpowiada chmurnie Tygrys, niepocieszony, że nie interesowały mnie dalsze losy głowy górala. – Ale powinniśmy poczekać do wieczora, dopiero wtedy On będzie na trybunach.

– Z kim będę walczyć?

– Z pobożnym przygłupem na białym koniu, dla ciebie łatwizna, jak mniemam. Po wszystkim koniecznie urwij mu głowę. Konia przygarnę. Ludzie już gadają, że łby to twoja specjalność.

– Pytałeś, czego chcę.

– Co? A tak.

– Chcę zostać mistrzynią.

– Co!?

– Mistrzynią tej areny. Chcę móc zasiadać w loży Księcia.

Krwawy Tygrys wpatruje się we mnie przez długą chwilę.

– Zapłaciliby mi za ciebie złotem. Ale to niemożliwe. Mistrzami zostają tylko paladyni.

– Pobiłam rozrabiaków, pokonam i paladynów.

– Od ponad czterdziestu lat nikt nie pokonał paladyna na tej arenie.

– Czas to zmienić.

 

***

 

Krata zamyka się ze zgrzytem. Nadzorca rzekł, że muszę wygrać przynajmniej dziesięć wieczornych walk z rzędu, by mieć szansę walki z jakimkolwiek paladynem. Tradycja. Dziś mam zmierzyć się z konnym, ale będą chyba jakieś zmiany. Czekam na niego już od dobrych kilku chwil, delektując się zachodzącym słońcem, a jego brama nadal pozostaje zamknięta.

– Miłościwy panie, szanowni goście, ludu Samarkandu, nastąpiła zmiana! – głos mistrza ceremonii odbija się echem. – Widzowie o słabych nerwach proszeni są o niezwłoczne opuszczenie widowni. Specjalnie z najgłębszych świątynnych kazamatów dostarczono nam grupę plugawych heretyków. Najwyższy kapłan uznał, że ci podli wichrzyciele i podżegacze nie są nawet warci stosu, przekazał ich więc w nasze ręce.

Wrota naprzeciwko otwierają się powoli. Do mych uszu docierają lamenty i krzyki rozpaczy.

– Przywitajcie ich gromkimi brawami. Oto ci, których głowy już niedługo polecą wysoko.

Kilkunastu piechurów wypycha heretyków na zewnątrz.

Nie!

Kulawego starca, kobiety i dzieci.

Nie!

Głównie dzieci. Żołnierze nie szczędzą ciosów batami lub pałkami, by wymóc posłuszeństwo. Kilkoro mniejszych pociech zostaje wręcz wyrzuconych na zewnątrz. Domyślają się, co ich czeka. Gdy wszyscy są już na arenie, żołdacy błyskawicznie chowają się, zamykając za sobą wrota.

Stoję wpatrzona w grupkę, która przyległa do drzwi. Jedni rozpaczliwe uderzają w bramę, inni płaczą. Kilka kobiet w milczeniu tuli swe przerażone pociechy, wpatrując się we mnie. Czuję, jak łzy napływają mi do oczu.

Nie zrobię tego!

– Ruszaj! Na co czekasz panno wilk, pokaż nam, jaki los spotyka bezbożnych! – Mistrz ceremonii zachęca mnie do ataku.

Nie reaguję. Włosy jeżą mi się na rękach. Zaklęcia telekinetyczne są o cal. Powietrze pachnie magią.

Nie zrobię tego!

Odwracam się powoli i wracam w swoją stronę. Słyszę niezadowolenie płynące z trybun. Plebs buczy, Głośny Grubas lży mnie, arystokracja drwi. Staram się nie spoglądać na Księcia.

– Co ty wyprawiasz, głupia! – krzyczy nadzorca, kiedy zbliżam się do kraty.

– Miałam walczyć! – odwarkuję, łzy płyną mi po twarzy. – A to jest rzeź!

– A to jest arena! Co z ciebie za potwór!? Oni i tak zginą. Do roboty!

– Czyżby panna wilk miała uczucia? A może to heretycy rzucili na nią urok? – Mistrz ceremonii nie traci zimnej krwi, widział już pewnie niejedno. – Ale za odmowę walki należy się kara. Najpierw jednak zajmijmy się heretykami, nim jeszcze kogoś zaczarują.

Nadzorca patrzy zrezygnowany. Nagle telekineza wykręca mi kończyny i powala na ziemię. Stawy trzeszczą, wyginane do granic swych możliwości. Ścięgna napinają się jak struny, mięśnie płoną z bólu. Nie mam nawet siły, by nabrać powietrza. Świat zwalnia i szarzeje, a ja odpływam w ciemność. Gdzieś na granicy świadomości dostrzegam jeszcze, jak z sąsiednich wejść wybiega na arenę sfora głodnych ogarów. A wiec tak zginę, wszystko na marne…

Ale nie. Brzemię czaru znika równie szybko, jak się pojawiło. Odzyskuję świadomość. Moja ludzka forma jest obolała, ale żyje. W miarę jak zmysły wracają, wśród powszechnego aplauzu słyszę radosne poszczekiwania ucztujących psów. Jak rzekł nadzorca, heretycy i tak zginęli.

– …gdzie wilk nie pomoże, ludu Samarkandu, tam wyślij sforę psów. Może nie pourywają im głów, ale chyba nikt z was, szanowni widzowie, nie chciałby być na ich miejscu.

Leżę kilkanaście stóp od kraty. Nadzorca bez słowa wpatruje się we mnie. W jego oczach widzę zawód i smutek. Jest w nich też szczypta złości. Nie jest wcale takim potworem, jak na człowieka. Dla niego arena jest całym światem. Muszę szybko wstać, by wrócić do lochu. Potem będę kombinować, co dalej. Trzeba było zachować się jak człowiek i zwyczajnie wyrżnąć tych heretyków…

– Szanowni państwo, cóż to za szczęśliwy dzień. Przynajmniej dla nas. Oto sam Lord Nartian postanowił pokazać bestii, gdzie jej miejsce.

Potężna postać spada z książęcej loży prosto na arenę. Skok z trzydziestu stóp nie robi na niej wrażenia. Szczupły, żylasty mężczyzna o zimnych, zmęczonych oczach. Ma niecałe sześć stóp wzrostu i sam nie stanowiłby dla mnie wyzwania. Ale ma na sobie magiczną zbroję, która dodaje mu przynajmniej dwie stopy i czyni śmiertelnie niebezpiecznym.

– Przywitajmy go brawami. Smok północy, z łaski bogów paladyn słońca, Lord Nartian!

– Paladyn – powtarzam jak zahipnotyzowana. Będę z nim walczyć, pewnie mnie zabije, ale jeżeli wygram…

Mężczyzna o zmęczonym wzroku niczym maszyna idzie w moją stronę, nie bacząc na wiwaty. Trzeba działać. Błyskawicznie zmieniam postać, by szybko zlustrować go wyostrzonymi zmysłami. Jest bardzo pewny siebie. Nic dziwnego, jego zbroja to w zasadzie golem idealnie zestrojony ze swoim panem. Walczył w niej w setce bitew, zawsze wychodząc bez szwanku. Pancerz zapewnia mu nadludzką siłę i odporność na ciosy. Pięćdziesiąt kroków. Jest klasycznie uzbrojony, w prawej ręce miecz, w lewej ciężka tarcza. Też magiczne wzmocnione. Czterdzieści kroków. Zaczynam powoli krążyć. Staram się wyglądać na mniejszą i ranną, ale pewnie się na to nie nabierze. Trzydzieści kroków. Próbuję ocenić, jak jest szybki. Jeżeli zbroja daje mu również nadludzką szybkość, jestem zgubiona. Jeżeli uda mi się go zaskoczyć…

Paladyn nieoczekiwanie przyspiesza i atakuje, niczym skorpion. Wyskakuje wprost na mnie, wyprowadzając cięcie. W ostatniej chwili unikam ciosu, lecz nim jestem w stanie skontrować uderza tarczą. Parzy! Te magiczne zabawki… Ledwie utrzymuję równowagę. Staram się odskoczyć, ale jest zbyt szybki. Jego miecz tnie powietrze jak spadająca gwiazda, jego tarcza z łatwością blokuje wszystkie moje ciosy. Zaraz zginę! Nie tak miało być… Udaje mi się uniknąć jeszcze kilku ciosów, ale tylko odwlekam wyrok. Kolejne szybkie pchnięcie przebija mój bark. Ryczę z wściekłości. Krawędź tarczy uderza w pysk. To koniec, gubię rytm. Publika pieje z zachwytu. Kolejne cięcie przeszywa łapę. A więc tak to jest przegrywać. Tracę równowagę i padam na ziemię. Zadowolony Nartian wpatruje się we mnie, jego czoło zdobi ledwie kilka kropli potu. Wspomagana mocą zbroi ręka wgniata mnie w ziemię, podczas gdy druga dociska iskrzącą się klingę do gardła. Paladyn z teatralną miną spogląda w stronę Księcia. Czyli tak się to skończy, ironia losu.

Przyszły monarcha powoli wstaje.

– Trafił wilk na kamień – szydzi mistrz ceremonii. – Jaki los spotka naszą bestyję, czy wróci zhańbiona lizać rany, czy też już jutro zobaczymy ją wypchaną na wystawie osobliwości?

Publika cichnie na dźwięk rogu. Wszyscy spoglądają na Księcia. Dziedzic energicznie podnosi rękę i przekręca dłoń. Wyrok: życie.

– Wracaj do lasu, wilczyco. Książę darował ci życie, ale taką postawą nie zyskasz jego aprobaty – rechocze Głośny Grubas.

Teraz wszyscy spoglądają na nas. Nartian odwraca głowę i podaje mi rękę. Podnoszę się, wpatruję w Księcia, który dumnie stoi pośród swej świty. Raptem zauważam, że jeden z książęcych dostojników również patrzy na przyszłego monarchę, ale w jego wzroku jest coś niedobrego, a słowa, które szepcze, zwiastują śmierć. Nagle w loży pojawiają się spowite w czerń sylwetki.

– Zdrada! – Mój ryk przeradza się we wrzask, gdy zmieniam postać.

Mężczyzna o nienawistnym spojrzeniu rzuca się w stronę arystokraty. W jego dłoni zauważam błysk metalu. Książę! Nartianowi wystarcza wyraz mojej ludzkiej twarzy, by zrozumieć, co się dzieje. Paladyn z szybkością gromu rusza w stronę loży, wydając w myślach polecenia ochronie. Wokół Księcia wybucha potworna wrzawa. Stal uderza o stal, magia niemal barwi powietrze. Protektorzy osłaniają swego pana, ale zamachowców jest coraz więcej.

– Skaczcie, Panie! – krzyczy Nartian, widząc, że dziedzic nie ma innej drogi ucieczki. – Złapię was.

Wszystko dzieje się błyskawicznie. Dziedzic waha się, ale ktoś popycha go i strąca w dół. Paladyn wyskakuje z iście kocią zwinnością, by złapać Najdroższego. Z lochów wybiegają zdezorientowani żołnierze popędzani przez dziesiętników. Publika krzyczy w ekstazie. Mistrz ceremonii gorączkowo wzywa do zlinczowania spiskowców, lecz niespodziewanie milknie. Gdzieś z góry spada z łoskotem kilka ciał. A po chwili na arenę opadają kolejni zamachowcy. Wysokie, szczupłe, obleczone w demoniczny mrok postacie o gorejących czerwienią oczach. Książę, kulejąc, kryje się za zdezorientowanym Nartianem.

A wiec jednak tak się to skończy. Rozkładam szeroko ręce i nieludzkim głosem wykrzykuję bluźniercze zaklęcia. W normalnych warunkach ktoś powstrzymałby mnie, ale nie teraz. Mrok wokół mnie również gwałtownie gęstnieje, a wielkie pochodnie zmieniają na chwilę kolor, czas zwalnia. Zmieniam postać. Ktoś stara się mnie pochwycić telekinezą, ale teraz słaba ludzka magia tylko ślizga się po mojej demonicznej tarczy. Pewnie spalą mnie za to na stosie, ale nie dzisiaj. Oceniam przeciwników nieludzkimi zmysłami i rzucam się w wir walki.

Czterech zamachowców bacznie mnie obserwuje. To czarownicy. Uderzają we mnie kolejne zaklęcia, uroki i tajemne słowa. Na marne. Przebijam się przez nie, a przyzwany demon w mej głowie śmieje się szyderczo, niwecząc ich wysiłki.

Pierwszy z morderców, ufny w swą magię, ginie nie podniósłszy nawet broni. Dwóch kolejnych atakuje mnie z szybkością węży, gdy trzeci szarżuje w stronę Nartiana. To jacyś fanatycy, stawiają wykonanie zadania nad własne życie. Wirujemy w śmiertelnym tańcu, a na moich łapach rosną kolejne krwawe wstęgi. Są ode mnie znacznie szybsi, ale ich pojedynkowe miecze nie na wiele się zdają, a moja tarcza szybko łamie ich magię. Jako pierwszy zwalnia wyższy z napastników. Powalam go niezwłocznie i ciskam piach w oczy jego kompana. Przeciwnik gubi rytm i siecze na oślep. Z łatwością skręcam mu kark potężnym ciosem. Jeszcze tylko jeden.

Ostatni z morderców radzi sobie zdecydowanie lepiej. Pajęczym paraliżem unieruchamia zbroję Paladyna, a dobiegający do niego żołnierze nie stanowią dlań wyzwania. Od Księcia dzielą go już tylko dwa kroki. Nie zdążę. Rzucam się do szaleńczego biegu, sprowadzeniec nagina dla mnie zasady rządzące materialną rzeczywistością. Za daleko! Książę widzi mnie, stara się podjąć walkę, ale szermierka nie jest jego mocną stroną. Jeszcze chwila wyśniony, wytrzymaj!

Zamachowiec nie traci czasu. Rani Księcia wytrącając mu zdobiony rapier. Mroczne, plugawe dłonie chwytają piękne, jasne włosy następcy tronu. Pewny swego morderca szykuje się do zadania ostatecznego ciosu, ale wtedy szpony dosięgają celu. Z łatwością rozbrajam go i odciągam od przerażonego monarchy. Zaskoczony spiskowiec próbuje czarować, ale miażdżę mu ręce. Wygrałam.

I wtedy moja tarcza przestaje działać. Demon, niezadowolony widać z mojego zachowania, znika. Czas przyspiesza, raptem ze wszystkich stron otaczają nas żołnierze. Magia uderza we mnie jak huragan. Padam na ziemię. Widzę, jak oswobodzony z mocy czaru Nartian podbiega do Księcia. Przyszły monarcha siedzi na ziemi trzęsąc się lekko. Czuję, jak brzemię zaklęcia wypycha powietrze z płuc. Paladyn pomaga mu wstać, po czym podnosi rękę do góry. Telekineza pryska. Cała arena drży od zgiełku.

– A mówili, że to psy są najwierniejsze. – Głos Grubasa jest nieco słabszy, a jego oddech wydaje się płytki. Tłumy cichną. – Poniżona i wzgardzona, walczyła. Mogła uciec, mili panowie, mogła zabić z zemsty, miłe panie, ale w godzinie próby okazała wierność. Plugawi tchórze zostali… – Mistrz ceremonii kontynuuje przemowę.

– Dziękuję w imieniu mojego pana – mówi Nartian. – Odkąd wstało słońce dwa razy uratowałaś Księciu życie.

– Zabij ich! – syczy przyszły monarcha drżącym głosem.

– Mój panie. Oni już nie żyją.

– Tamten jeszcze dycha. Urwij im łby i kończyny, i wyrwij kiszki!

– Miłościwy Panie, takie zachowanie…

– Cokolwiek rozkażesz! – odwarkuję nieludzkim głosem, zabierając się do dzieła.

Nartian odwraca wzrok, kiedy wypełniam wolę jego pana. Mój wybranek zaciskając zęby, kiedy głowy i trzewia zamachowców szybują w stronę trybun, barwiąc piach. Mój Książę, mój wyśniony, wreszcie do mnie przemówił.

 

***

 

W komnacie audiencyjnej panował półmrok. Naprzeciw przyszłego monarchy siedzącego na bogato zdobionym tronie stało trzech mężczyzn. Dwóch młodszych, stojących z tyłu, miało eleganckie, czerwone szaty. Trzeci, starszy, noszący skrzącą się, śnieżnobiałą togę rozmawiał z Księciem.

– Czcigodny Panie, odradzam stanowczo. To nieroztropne, zaufaj naszej mądrości.

– Gdzie była ta wasza mądrość, gdy kilka godzin temu próbowano mnie zabić?!

– Nie można jej ufać – wtrącił jeden z młodszych gości. – Ona włada czarną magią. To nie zwykły wilkołak a prawdziwy zmiennokształtny, elita wśród tych potworów, albo czarownica. Zgodnie z prawem Świątynia ma obowiązek przeprowadzić…

– Znam prawo, i biorę to na siebie, o ile ona będzie potrafiła zapewnić mi bezpieczeństwo!

– O czcigodny, przypomnij sobie, że twój ojciec paktował kiedyś z wilkołakami. – Starzec w bieli z wahaniem popatrzył arystokracie w oczy. – Pamiętasz, jak się to skończyło? Te stwory zabiły ponoć twą siostrę, a sam król ledwo uszedł z życiem.

– A człowiek, który dziś próbował mnie zabić, był ponoć moim bratem. Odwagi starcze, zaufaj mi. Odniosę sukces tam, gdzie mój ojciec zawiódł.

 

***

 

Dwie godziny po zachodzie słońca przybywa powóz. Mam służyć Księciu. Czysta i uczesana, wystrojona w najprzedniejsze jedwabie, jadę do pałacu. Na odchodne nadzorca pochwalił mnie i rzekł, że właśnie przechodzę do historii. Życzył mi też szczęścia w wyższych sferach. Przypomniałam mu, by dbał o konie.

Straż toruje drogę. Szlachta bawi się w swych rezydencjach, prosty lud gdzie popadnie, w całym mieście kwitnie nocne życie. W licznych szynkach i gospodach minstrele śpiewają o mojej dzisiejszej walce. Dziwna rasa ci ludzie, kilka dni temu przywieźli mnie tu w stalowej klatce jak zwierzę. Nazywali potworem, oni, którzy wiwatowali gdy mordowałam ich pobratymców. A dziś piją moje zdrowie.

– Pani losu, prowadź mnie. – szepczę do siebie kiedy powóz staje.

Panujący na dziedzińcu mrok rozświetlają pochodnie trzymane przez szpaler żołnierzy. Na szczycie schodów czeka na mnie sam Lord Nartian w asyście kilku mężczyzn w czerwonych szatach. Prowadzą mnie przez niezliczone korytarze, kręte schody oraz barwne pokoje. Przyszły król czeka na mnie na balkonie z pucharem wina w dłoni.

– Nareszcie! Witaj, dzielna wilczyco.

Książę… nie wie nawet, jak się nazywam.

– Witaj szlachetny panie.

– Zostawcie nas. Lordzie, wyprowadź swoich ludzi.

– Jak sobie życzysz panie! – Nartian znacząco spogląda na mnie i zwraca się do władcy. – Będziemy czekać pod drzwiami na każde wezwanie.

– Jeżeli was to uszczęśliwi.

– Szlachetny Panie, a naszyjnik? – odzywa się ktoś niskim, przejętym głosem. – Ona musi go założyć, są w nim zioła oraz malachit, to uniemożliwi jej…

– Załóż go żonie, a nuż pomoże. – Przyszły monarcha nie daje mu dokończyć. Kilku zbrojnych śmieje się. – A teraz bądźcie łaskawi nas wreszcie zostawić.

Gdy Nartian zamyka za sobą drzwi, Książę podaje mi puchar wypełniony aromatycznym trunkiem, a następnie gestem zaprasza na balkon.

– Dziękuję za uratowanie życia. Bez twej pomocy zginąłbym.

Milczę.

– Cóż za skromność. – Przyszły monarcha lekko pochyla głowę, by spojrzeć mi w oczy. – Pozwól więc, że ja okażę swą hojność. Nadam ci tytuł szlachecki. Pragnę także, byś od dziś mnie chroniła. No i od teraz jesteś wolnym człowiekiem… A właśnie, to jedna z wielu rzeczy, o które chciałem cię zapytać. Kim jesteś? Jesteś człowiekiem?

Odstawiam puchar obserwując panoramę miasta. Dostrzegam dziedziniec zamkowy, wielki rynek, nawet arenę. Reszta świata ginie gdzieś w mroku.

– Zwiecie nas zmiennokształtnymi, panie.

– Podobno jesteście elitą wśród wilkołaków? – mówiąc te słowa Książę delikatnie dotyka mego ramienia.

– Kiedyś tak było.

– A teraz? – Niebieskooki podnosi puchar do ust.

A więc jednak tak się to skończy. Oceniam odległość do rynku. Będzie z siedemset stóp. Zobaczymy, czy doleci.

– Teraz pozostała mi już tylko zemsta.

Świat zwalnia. Następca tronu nie jest w stanie choćby jęknąć. Moja ludzka ręka z nieludzką szybkością chwyta go za gardło, podczas gdy druga zręcznie łapie spadający puchar. Wszystko dzieje się bezszelestnie. Moje oczy nabierają żółtej barwy, ale nie zmieniam zupełnie postaci. Jeszcze nie. Przez długą chwilę patrzę na przerażone, blade książątko, które już dwa razy oszukało przeznaczenie. Tym razem nie ucieknie. Do oczu napływają mi łzy.

– Zaraz urwę ci szlachetną głowę, mości panie – szepcę, przyciskając czoło do czoła.

Kończyny duszącego się władcy zaczynają dygotać.

– Ale zanim się to stanie, powiem ci dlaczego, wszak ty niczym nie zawiniłeś. Twój ojciec próbował kiedyś wciągnąć nas w sprawy waszego świata. Trzysta trzy księżyce temu przybył wraz ze swymi ludźmi pod czarną skałę, by zawrzeć układ. Kilka wilczych klanów miało walczyć pod jego sztandarem. Wszystko było już uzgodnione, jako starsza miałam jedynie przypieczętować układ.

Delikatnie rozluźniam uścisk. Wystarczy, by zaczerpnąć powietrza, nie wystarczy, by krzyknąć.

– Ten dzień był zimny i pochmurny. Król ubrał się więc stosownie. Założył również ciepłe, czarne rękawice. Były zrobione z moich szczeniąt.

Moje łzy lecą na bladą twarz mdlejącego młodzieńca. Po ponad dwudziestu latach mam zemstę na wyciągnięcie ręki.

– Panie, wszystko w porządku? – Wzmocnione zmysły za drzwiami wyłapały mój szloch. Czas kończyć.

– Oko za oko, ząb za ząb, szczenię za szczenię. Sam rozumiesz, mój Książę! – krzyczę, skręcając mu kark. Pewnie i tak już go udusiłam.

Do Sali wpadają zbrojni. Moje zaklęcie ochronne w ostatniej chwili stawia czoła okrutnym mackom telekinezy. Jednym szarpnięciem urywam ofierze głowę, by cisnąć nią w stronę rynku. Powinna dolecieć. Ciekawe, czy będą się o nią bili. Nartian szarżuje w moją stronę, magowie zaraz rozplotą moją osłonę. Zwinnie przeskakuję przez balustradę i skaczę w mrok.

Spadając w ciemności zmieniam postać. Świat staje się jakby większy. Mój krzyk przechodzi w skrzek, gdy za duża suknia ześlizguje się z czarnych piór. Na balkonie rozbłyska jasne światło, w którego blasku kusznicy wypatrują celu. Kilka srebrnych bełtów przeszywa niesiony wiatrem jedwab. Wszyscy gorączkowo szukają wielkiej, podstępnej wilczycy. Nikogo nie interesuje mała, zbudzona widać nagłą wrzawą sroka.

Koniec

Komentarze

Fajne. :-)

Fabuła trzyma w napięciu, podobały mi się zwroty akcji. Strasznie często tam walczą. Nie lepiej dawkować? Lud powinien mieć czas na pracę i czas na igrzyska. A i piasek na arenie trzeba kiedyś wygrabić…

Interesująca motywacja bohaterki. Chyba dobrze tak, ale czy stary król dożył kary?

Babska logika rządzi!

Łyknąłem jak poranną kawkę. To znaczy, zamiast kawki. Nastawiłem ekspres i zacząłem czytać. Po czym wylałem ostygłą kawę, zrobiłem nową, wypiłem, zapaliłem i piszę niniejszy komentarz.

Wciągające. Odnosząc się do ostatniego komentarza, w ogóle nie przeszkadzało mi to, że ciągle walczyli – wszak to istotna część drogi bohaterki. 

Nie oznacza to, że nie mam uwag.

Niewolnicy otwierają ciężkie, drewniane drzwi, światło dnia rozprasza duszny mrok. Żelazna krata podnosi się ze zgrzytem. Nieco świeższe powietrze wyrywa mnie z letargu. Mrużąc oczy, wstaję i ruszam.

Zastanawia mnie, czy nie zaproponować zamiany zdań miejscami. Czyli:

Nieco świeższe powietrze wyrywa mnie z letargu. Niewolnicy (…) ze zgrzytem. Mrużąc oczy (…)

Dlaczego?

Otóż wydaje mi się, że najpierw trzeba zostać wyrwanym z letargu, by dostrzec/usłyszeć. Chyba, że to zapowiedź wyostrzonych zmysłów bohaterki, ale IMO na początku to dość głęboko zakopana sugestia.

Rzucam się do szaleńczego biegu, sprowadzeniec nagina dla mnie zasady rządzące materialną rzeczywistością.

Nie rozumiem.

Dwanaście wielkich pochodni, wspomaganych magią ognia, oświetla arenę. Ich blask jest na tyle silny, że nawet nie widzę trybun.

Jestem fanem ograniczania przymiotników i przysłówków, a to wydaje mi się niezłym przykładem, by wyjaśnić dlaczego. Bo są nieprecyzyjne i zaburzają styczne między wyobrażeniami autora i czytelnika. Twoje pochodnie były tak wielkie, że musiałeś wyjaśnić jak wielkie, by czytelnik zrozumiał ich siłę. :-)

(W tym momencie przekreśliłem pogrubiony wyraz “wielkich”).

Co do fabuły.

Na początku miałem przeczucie, że wilczyca chce zemsty. Im dalej w las, nie byłem już tego pewien. Czy to dobrze, że przeczucia mnie nie myliły? Zakończenie nie powinno mnie zatem specjalnie zaskoczyć, a jednak nie czułem się z tym źle. Problem mam z czymś innym – z królem. Nie rozumiem dlaczego na spotkanie w sprawie sojuszu przyjechał w rękawicach szczeniąt. Przypomniała mi się historia z Bolesławem Śmiałym. Są tacy, którzy przypuszczają, że był schizofrenikiem albo miał ChAD (już nie pamiętam dokładnie). Na przykład, kiedy wygnano go z Polski, znalazł schronienie na Węgrzech. I tam do witającego go władcy podjechał na koniu, jak do wasala. Może Twój król miał tak samo. Tak czy owak wydaje mi się, że wątek będący kluczem motywacji bohaterki mógłby być potraktowany bardziej dokładnie.

Ale, ale.

Ponad wszelką wątpliwość tekst jest napisany bardzo starannie. Autorze, lekko i sprawnie fechtujesz piórem.

Gratulacje.

 

 

Cześć.

Przeczytałem.

Ogólnie podobało mi się, choć mam kilka uwag.

 

Przede wszystkim – czy miałeś jakieś natchnienie w Bożogrobiu?

Z racji, że czytałem to niedawno (wg mnie słabiutka książka, podobnie jak tom pierwszy: Nibynoc) byłem niemal pewny, że tak się to skończy, jak skończyło :)

Choć przyznaję, że nieźle tropy gubiłeś:

Dostojna sylwetka, jasne włosy, władczy wyraz twarzy. To musi być on! Te oczy, niebieskie jak niebo, zimne niczym lód i piękne jak księżyc w pełni. Mój Książę. Klejnot tej ziemi, to dla niego walczę.

 

Niemniej jednak nie zepsuło mi to lektury.

 

Nasuwa mi się pytanie: (!!! SPOILERY !!!)

Dlaczego w sumie wilczyca nie zostawiła króla, aby go zarżnięto podczas ataku?

Ale ogólnie rozumiem, że chciała to zrobić osobiście, więc właściwie nie było pytania ;)

 

Dobra, co mi się podobało:

Całkiem fajna magia. Jak pisałem już gdzieś kiedyś, strasznie jaram się magią. We wszelkich grach zawsze grałem magiem i lubiłem czuć potęgę magii i magów. Do tej pory mi zostało. Lubię książki, gdzie magia ma sens, moc, itd.

Z tego powodu kosmicznie drażni mnie Potter – choć przeczytałem całość chyba 5x, to kiedyś wypisałem ponad 5 stron A4 nieścisłości i nielogiczności, jakich tam pełno. Uwaga, uwaga – nie zmienia to faktu, że w jakiś sposób Pottera lubię. Mógł być jednak wieeeeele lepszy.

U Ciebie to ledwie zalążek, ale czuć potęgę postaci – czuć moc magii, czuć moc wilczycy, gdy jedzie na całego i czuć moc palladyna – choć tu kolejne pytanie: pancerz natchniony Drogą Królów? Tamtejsze pancerze Odprysku były dość zbliżone mocami.

Niemniej jednak siadło mi to. Pomysły zacne.

 

Obaj młodzi, obaj wściekli, a zarazem przerażeni. Oraz, jak wszystkie zbiry, pełni pogardy.

Masz kilka zdań, które zaczynasz podobnie, jak wyżej – od oraz i innych spójników. Jak dla mnie brzmi to dziwnie.

 

Staram się wyglądać na mniejszą i ranną, ale pewnie się na to nie nabierze. Trzydzieści kroków. Staram się ocenić, jak jest szybki.

Powtórzenie.

 

A wiec jednak tak się to skończy.

Bohaterka wypowiada / myśli tę kwestię (lub jej wariację) dobrych kilka razy – jakby nie myślała o niczym innym ;)

 

To jacyś fanatycy, stawiają wykonanie zadania nad własne życie.

Fajnie, że to wyjaśniłeś. Nienawidzę głupich, samobójczych zamachów. Jedno zdanko, a różnica wielka.

 

Co mniej mi się podobało? Walki.

Jako fanatyk sztuk walk, choreografii, jakoś mimowolnie bardzo dokładnie je analizuję i się na nich skupiam. Dla mnie walki – tuż obok magii – to sedno.

Tak więc, walka nr 1:

 

Drugi z moich adwersarzy, włócznik, stoi jak stał. Boi się, ale ciągle patrzy mi w oczy. Nie jest głupi, oraz ma długą broń. Z nim będzie trudniej.

Zaczynam go powoli okrążać, zachowując bezpieczny dystans. Opuszcza broń, po czym uśmiecha się szyderczo.

Dobra: gość zobaczył – zakładam – potwora, pierwszy raz w życiu. Ten rozdarł jego brata przed chwilą i to tak konkretnie, że tak powiem – na pokaz. Z gościa nie był żaden wojownik, tylko gwałciciel, z łapanki. W moim odczuciu powinien być praktycznie sparaliżowany strachem, trząść się i pod siebie robić, a on uśmiecha się szyderczo?

 

Walka 2:

Miecznik zeskakuje z pojazdu i wychodzi mi na spotkanie. Łucznik, skrywający się za jego plecami, wypuszcza kolejną strzałę. Biegnę. Żelazny grot przeszywa mi łapę. Warczę, ale nie zwalniam.

Z całej siły uderzam w miecznika. Powalam go na ziemię i wytrącam broń z ręki.

Po pierwsze: no jeśli tu mega magia w grę nie wchodzi, to po tym strzale w łapę praktyczny brak reakcji, właśnie związanej z biegiem? Przerwane tętnice, przebite mięśnie, przecięte ścięgna, lub złamane kości? Grot / drzewce drażniące nerwy? Łapa wilka nie jest łapą słonia, więc taka strzała coś ważnego musiała poharatać.

Po drugie: to już byli zawodowcy. A ten miecznik co robił? Nawet miecza nie nastawił? On nie był zaskoczony, zaatakowany od tyłu. Ruszył na spotkanie wilczycy i po prostu dał się gruchnąć i zabić.

 

Walka 3:

Na piach lecą kwiaty, monety i kolorowe chusty. Wrzawa momentalnie ustaje, kiedy zmieniam postać. Wojownicy przyjmują szyk. To zawodowcy, gardzący bogactwem urodzeni mordercy spragnieni sławy. Zrywam się do biegu, ale zamiast zaatakować i zginąć od niechybnej kontry, uderzam łapami w ziemię, by cisnąć piaskiem w twarze przeciwników. Tego nie przewidzieli. Oślepieni, wyprowadzają potężne, ale niecelne ciosy. Wielkie miecze ze świstem tną powietrze, gdy zabijam ich kolejno, jednego po drugim.

No aż mnie to zabolało ;) Co to za zawodowcy, którzy idą ramię w ramię, nie rozchodzą się, nie próbują otoczyć wroga, lekceważą go. No zrobili wszystko, co zrobiliby amatorzy. A fakt, że tym jednym ciśnięciem piasku wilczyca oślepiła ich wszystkich… No błagam :P Nie kupuję tego. Poza tym jaka to była ilość piasku, że oni wciąż machali na oślep. Piasek w oczy może wybić z rytmu, na chwilę utrudnić patrzenie, ale raczej nie do takiego stopnia, że trzech mężczyzn pół minuty (bo w mniej nie mogła ich chyba zabić?) łazi, zupełnie nic nie widząc. Że tak podsumuję, ta scena ukuła mnie w oczy ;)

 

Walka 4: z paladynem:

Dużo lepsza. Może nie jakaś powalająca opisem, ale zdecydowanie bardziej realna i fajnie pokazałeś przewagę rycerza nad wilczycą, która też nieźle dawała radę.

I to budzi kolejne pytanie:

 

Po cholerę król chciał tego ochroniarza – w sensie bohaterkę – skoro widział, jak jego paladyn rozsmarował ją w parę chwil i był bezwzględnie lepszy? Fakt, że nie ochronili go przed zamachem wynikał wyłącznie z tego powodu, że rycerz oddalił się od niego, aby wilczycę pokonać.

Jest kilka odpowiedzi, jakie sam sobie tu daję, ale chętnie usłyszę to od Ciebie :)

 

Walka 5:

Walka bardzo dobra, chyba najlepsza, różnorodna. Czuć w niej magię, desperację, itd.

Kilka uwag:

a moja tarcza szybko łamie ich magię.

Nie jestem przekonany nad sensownością tego stwierdzenia, choć to już może głupkowate czepialstwo. Tarcza raczej jest defensywnym elementem (tak, tak, wiem doskonale, że można nią uderzać). Zapytam więc, czy świadomie użyłeś tego, że tarcza działa tu ofensywnie? Jeśli świadomie, to ok.

 

Powalam go niezwłocznie i ciskam piach w oczy jego kompana. Przeciwnik gubi rytm i siecze na oślep.

Ten piach, to chyba papryczką chilli był doprawiony ;)

 

I wtedy moja tarcza przestaje działać. Demon, niezadowolony widać z mojego zachowania, znika.

A dlaczego akurat teraz? Trochę fart, że akurat do końca walki dotrwał. Dlaczego był niezadowolony?

 

– A mówili, że to psy są najwierniejsze. – Głos Grubasa jest nieco słabszy, a jego oddech wydaje się płytki. Tłumy cichną. – Poniżona i wzgardzona, walczyła. Mogła uciec, mili panowie, mogła zabić z zemsty, miłe panie, ale w godzinie próby okazała wierność. Plugawi tchórze zostali… – Mistrz ceremonii kontynuuje przemowę.

Czy on rzeczywiście miał ochotę po tym wszystkim gadać? Dodatkowo skupiał się akurat na wilczycy?

 

I na koniec, moja największa wątpliwość… Król ledwie przetrwał zamach.

I jakoś tak strasznie ufnie do tej wilczycy podszedł, że mimo wszystko, bez żadnych zabezpieczeń / ochrony pozwolił sobie na rozmowę w 4 oczęta.

 

Sama końcówka ok, fajna zmiana w ptaszka.

 

Długość mojego komentarza nie świadczy o dopieprzaniu się, tylko o tym, że się wkręciłem :)

Całkiem niezła robota :)

Cześć Finkla! Miło, że wpadłaś.

Strasznie często tam walczą.

No bo to przecież igrzyska są, w dzień walki, a w nocy balanga. Na pracę przyjdzie czas jak przepiją i zjedzą wszystko, co mają.

A i piasek na arenie trzeba kiedyś wygrabić…

Raz w tygodniu pewnie tak, ale po co częściej, tylko psuje klimat (choć też niestety śmierdzi)

Chyba dobrze tak, ale czy stary król dożył kary?

Po części o tym będzie w następnym (mam nadzieję) opowiadaniu.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

MTF, miło słyszeć, że tekst wciągnął, motywuje do dalszego pisania i pracy nad warsztatem. Nad zaproponowanymi zmianami pomyślę, i postaram się do jutra coś niecoś pozmieniać.

Otóż wydaje mi się, że najpierw trzeba zostać wyrwanym z letargu, by dostrzec/usłyszeć. Chyba, że to zapowiedź wyostrzonych zmysłów bohaterki, ale IMO na początku to dość głęboko zakopana sugestia.

Nie wiem, czy dobrze użyłem słowa letarg. Chodzi mi o stan, podobny do snu, ale bez całkowitej utraty kontaktu z otoczeniem. Zwierzęta potrafią coś takiego, ludzie z czasów myśliwych zbieraczy też ponoć to potrafili. Przydaje się do spania w niezbyt bezpiecznych miejscach. Nauczycielka od jogi nazywa to letargiem.

Rzucam się do szaleńczego biegu, sprowadzeniec nagina dla mnie zasady rządzące materialną rzeczywistością.

Zbudowanie dramaturgii i pokazanie, jaka role pełni przywołane paskudztwo. On nie ma materialnej postaci, natomiast potrafi nieznacznie zmienić postrzeganie czasu przez bohaterkę, dzięki czemu może ona poruszać się szybciej niż by to wynikało z czystej fizyki.

Jestem fanem ograniczania przymiotników i przysłówków, a to wydaje mi się niezłym przykładem, by wyjaśnić dlaczego.

Pomyślę, i pewnie wprowadzę zmiany.

Co do fabuły.

Na wątek dziejów króla i genezy czynów wilczycy zabrakło miejsca, chciałem się dosyć mocno trzymać schematu konkursowego a i tak prawie przekroczyłem limit 33k znaków. Przyczyny to już gotowy materiał na kolejne opowiadanie.

 

silvan, cześć, miło słyszeć, że tekst się spodobał, motywuje do dalszej pracy; nie znam Bożogrobia, także nie czerpałem z niego.

Postaram się dzisiaj ustosunkować do Twojego komentarza.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

To opowiadanie to jest w zasadzie, aż do finału, jedna, bardzo długa, zróżnicowana scena walki/gladiatorskiego pojedynku. Z dość nietypową postacią w roli głównej, owszem, ale generalnie korzystająca z klasycznych tropów fantasy. W sumie nie do końca coś, co teoretycznie miałoby szansę przytrzymać mnie przy lekturze.

A jednak przytrzymało. Przeczytałam jednym tchem i z przyjemnością, mimo “nie mojej” tematyki. Umiesz dawkować napięcie, konstruować fabułę, postać też ci wyszła dobrze i wiarygodnie. W zasadzie zgrzytnęło mi tylko wyjaśnienie – całkowicie rozumiem zemstę bohaterki, ale to, jak jej dzieci/szczenięta zginęły (zdrada? bezmyślne ludzkie okrucieństwo? przypadek?) pozostaje dla mnie niejasne, a podane nieco zbyt szybko. 

Nie zmienia to faktu, że klikam bibliotekę z przekonaniem. To było czytelniczo naprawdę satysfakcjonujące doświadczenie.

Hej!

silvan, co do kwestii edycyjnych to przemyśle i postaram się do jutra wprowadzić zmiany. W kwestii fabuły:

Dlaczego w sumie wilczyca nie zostawiła króla, aby go zarżnięto podczas ataku?

Bohaterka wolała zabić Księcia osobiście, ale przede wszystkim chciała przeżyć. Taki miała pierwotnie plan, i go konsekwentnie realizowała. Nieudany zamach bardzo jej w tym pomógł.

Całkiem fajna magia (…) Niemniej jednak siadło mi to. Pomysły zacne.

Drogi Królów ani pancerzy Odprysku (jeszcze) nie znam, ale pewnie są podobne w jakimś sensie (Gekikara na becie też miał z tym skojarzenie, miałem to sprawdzić, czemu doba jest taka krótka…). Wizję oparłem na własnych oczekiwaniach: co ja bym chciał mieć z magicznej zbroi, że tak powiem ???? Ćwiczenie myślowe. Magię lubię jako element świata fantasy i to taką konkretną, wyrazistą, z mocą. Zakładam, że ma mieć spory wpływ na walkę (i nie tylko) w świecie. Tak jak zdobycze techniki w realu.

W moim odczuciu powinien być praktycznie sparaliżowany strachem, trząść się i pod siebie robić, a on uśmiecha się szyderczo?

Z tego co wiem to ludzie na trzy sposoby reagują na traumatyczne sytuacje: 3F (Fight, Flight or Freez). Walcz, uciekaj albo zatrzymaj się w bezruchu. Pierwszy z gości zamarł, i nawet się nie bronił. Drugi był typem preferującym walkę z zagrożeniem. Szyderstwo jest tu próbą wytrzymania presji przeciwnika, pokazania, że się nie boi.

Walka 2:

Wilczyca nie jest człowiekiem, i jest duża, znacznie większa od ludzi. Jedna strzała nie robi na niej wrażenia. Miecznik kupował czas strzelcowi, licząc na to, że ten powali potwora strzałą, a on tylko go dobije.

Walka 3:

Tu chodziło mi głównie o pokazanie sposobu działania bohaterki, umiejętności dostosowywania się do okoliczności i używania otoczenia na swoją korzyść. Pierwotnie miałem to bardziej rozpisane, ale skróciłem to, by nie przekroczyć limitu konkursowego. Generalnie, w bezpośrednim starciu z trzema piechurami chcącymi walczyć kupą na raz nie miała by szans (tak założyła), więc pomyślała i zadziałała inaczej, tracą tym samym atut. Bo kolejni przeciwnicy by się na to już przygotowali. Poza tym, jak masz na sobie hełm i pancerne rękawice, to bardzo trudno usunąć piach z oczu ????

Po cholerę król chciał tego ochroniarza…

Wistela pozabijała zamachowców, gdy Nartian stał sparaliżowany. Ich magia na nią nie działała. Oraz zdawała się być posłuszna, w przeciwieństwie do paladyna, który wręcz pouczał Księcia. No i jest to też trochę policzek dla reszty ochrony, która się nie wykazała.

a moja tarcza szybko łamie ich magię. (…) Demon, niezadowolony widać z mojego zachowania, znika.

Celowe, trochę metaforyczne. Nie chodzi o tarczę dosłowna, a raczej o cechę, jaka demon nadaje bohaterce. Staje się ona niewrażliwa na magiczny wpływ innych, i przy okazji zaburza działanie magii w pobliżu. Dzięki temu odnosi sukces tam, gdzie Nartian zawiódł. A demon pomaga bohaterce, póki ta zabija, jak pada ostatni z zamachowców i wilczyca czuje ulgę, to sprowadzeniec czuje, że nie będzie więcej zabawy i zwija interes.

Czy on rzeczywiście miał ochotę po tym wszystkim gadać?

Nie miał, ale trzeba było przywrócić porządek, a on miał posłuch, więc choć był ranny, mówił. Bo inaczej zaraz znaleźliby na jego miejsce innego. Mistrz takiej ceremonii to niezła fucha.

I na koniec, moja największa wątpliwość…

Książę jest młody, piękny, dobrze urodzony i niezbyt nadaje się na króla, że tak to nazwę. Sprowadzenie wilczycy to po części prztyczek w nos dla reszty ochrony (z paladynem na czele), i po części lekkomyślna ambicja. Wszak jego ojciec paktował z takimi jak bohaterka i nic nie wskórał. Królewicz chciał błysnąć, cóż, przynajmniej poleciał wysoko ????

Długość mojego komentarza nie świadczy o dopieprzaniu się, tylko o tym, że się wkręciłem :) Całkiem niezła robota :)

Miło słyszeć, motywuje do dalszej roboty. Za tym tekstem pójdą następne, mam już gotowy pomysł na prequel i ogólny zarys sequela (dlaczego doba jest taka krótka… Tak dużo pomysłów, tak mało czasu!). Opowiadania będą stanowiły odrębne twory, ale będzie to też tworzyć spójną całość. Pierwsze powinienem opublikować do połowy lutego (jak w pracy nie będzie pożaru, jak żadne dziecko nie zachoruje… )

 

ninedin, dzięki za wizytę i dobre słowo! Cieszy i motywuje. Chciałem wprawić się w opisach walki, a że pojawił się konkurs, to urodziła się wilczyca. Zgadzam się, jest to sporo klasyki (wilkołaki, arena, paladyni), niewiele nowego, ale taki miałem zamysł, coś klasycznego. Geneza i motywacja bohaterki, to już temat na kolejne opowiadanie, i tam już będzie trochę nowinek. Nie chciałem tu tego kompresować, bo byłoby zbytnio na skróty imho, i stałoby się to niestrawne (dopiero uczę się efektywnego zarządzania tekstem). Prequel powinienem opublikować do połowy lutego.

 

Tyle. Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

nie znam Bożogrobia, także nie czerpałem z niego.

I całe szczęście ;) Nic straconego.

Natomiast:

Drogi Królów ani pancerzy Odprysku (jeszcze) nie znam, ale pewnie są podobne w jakimś sensie (Gekikara na becie też miał z tym skojarzenie…

… to bardzo polecam. Jednak, przy tym, jak piszesz, jak ciężko z czasem… To moloch, trzy tomy mają razem ok 4 tysięcy stron i to na sporej kartce, niezbyt wielką czcionką. Przeczytałem już 3 razy, uwielbiam opasłe książki. Daj temu szansę, mimo braku czasu :)

 

Bohaterka wolała zabić Księcia osobiście, ale przede wszystkim chciała przeżyć. Taki miała pierwotnie plan, i go konsekwentnie realizowała. Nieudany zamach bardzo jej w tym pomógł.

Ok, kupuję to, ale… W sumie dlaczego nie mogła zmienić się w ptaszka, obserwować króla w jego zamku i dorwać go, gdy był sam? Nie znam tego, co było wcześniej, jednak z pewnością nie była uwięziona cały czas. Ewentualnie potraktuj to jako podpowiedź do prequela – żeby to dobrze uzasadnić ;)

 

Szyderstwo jest tu próbą wytrzymania presji przeciwnika, pokazania, że się nie boi.

Tak, znam i analizowałem niejednokrotnie 3F. I właśnie akurat to F mi do tego gościa i sytuacji nie pasuje – i zwłaszcza ten uśmiech. Rozumiałbym podjęcie walki, ale takiej desperackiej, z rozpaczliwym krzykiem po rozdartym na strzępy bracie.

 

Wilczyca nie jest człowiekiem, i jest duża, znacznie większa od ludzi. Jedna strzała nie robi na niej wrażenia. Miecznik kupował czas strzelcowi, licząc na to, że ten powali potwora strzałą, a on tylko go dobije.

Duża wilczyca – no ok. Jakoś nie zakładałem, że jest wiele większa niż normalny wilk. To już tę strzałę odpuszczam.

A co do miecznika, to chodzi mi o to, że: ok, kupował czas strzelcowi, ale co zrobił we własnej obronie? Bo to brzmi jak zupełnie nic. Limit znaków, wiem, ale może warto dodać coś w stylu, że chociaż próbował ją pchnąć mieczem, ale ta odtrąciła ostrze łapą. Nie będzie tak łyso.

 

u chodziło mi głównie o pokazanie sposobu działania bohaterki, umiejętności dostosowywania się do okoliczności i używania otoczenia na swoją korzyść. Pierwotnie miałem to bardziej rozpisane, ale skróciłem to, by nie przekroczyć limitu konkursowego. Generalnie, w bezpośrednim starciu z trzema piechurami chcącymi walczyć kupą na raz nie miała by szans (tak założyła), więc pomyślała i zadziałała inaczej, tracą tym samym atut. Bo kolejni przeciwnicy by się na to już przygotowali. Poza tym, jak masz na sobie hełm i pancerne rękawice, to bardzo trudno usunąć piach z oczu ????

Ok. Odruch oczny, że tak powiem, większość tego piasku wyeliminuje. Trafi kilka pierwszych ziarenek. Po prostu stałe, dłuższe oślepienie piaskiem, ot, po kopnięciu, uważam za praktycznie niemożliwe. Zerknij sobie na walkę Maximusa z tym Tygrysem, czy jak mu tam było (Gladiator).

BTW: Jak oni stali tak blisko siebie, że jedna struga piasku oślepiła ich wszystkich, a później machali mieczami na oślep, to jakim cudem się nie pocięli?

 

Wistela pozabijała zamachowców, gdy Nartian stał sparaliżowany. Ich magia na nią nie działała. Oraz zdawała się być posłuszna, w przeciwieństwie do paladyna, który wręcz pouczał Księcia. No i jest to też trochę policzek dla reszty ochrony, która się nie wykazała.

Ok, sensownie. To było jedno z wyjaśnień, jakie sam sobie udzieliłem :)

Ale i tak paladyn zostaje moim faworytem :) W jego krótkim opisie, ujęły mnie jego zmęczone oczy.

Nie wiem dlaczego, ale dzięki temu od razu wyobraziłem sobie i jego i jego historię. Daję okejkę.

 

Celowe, trochę metaforyczne. Nie chodzi o tarczę dosłowna, a raczej o cechę, jaka demon nadaje bohaterce. Staje się ona niewrażliwa na magiczny wpływ innych, i przy okazji zaburza działanie magii w pobliżu. Dzięki temu odnosi sukces tam, gdzie Nartian zawiódł. A demon pomaga bohaterce, póki ta zabija, jak pada ostatni z zamachowców i wilczyca czuje ulgę, to sprowadzeniec czuje, że nie będzie więcej zabawy i zwija interes.

Ok, w pełni przyjmuję oba wyjaśnienia.

 

Nie miał, ale trzeba było przywrócić porządek, a on miał posłuch, więc choć był ranny, mówił. Bo inaczej zaraz znaleźliby na jego miejsce innego. Mistrz takiej ceremonii to niezła fucha.

Spoko. Choć ja – na jego miejscu, jeśli miałbym siły gadać – gadałbym coś w stylu: proszę państwa, tego się nie spodziewaliśmy, zamach! To niezwykłe, co rozegrało się na naszych oczach, nasz pan i władca został zaatakowany, jak do tego doszło, bla, bla, bla.

Po prostu kwestia, którą wygłasza w tym momencie wydaje mi się nieco naciągana – w sensie nie pasuje do okoliczności. Poświęcił 100% wypowiedzi wilczycy, a nic królowi, zamachowcom, rycerzom, itd.

 

Książę jest młody, piękny, dobrze urodzony i niezbyt nadaje się na króla, że tak to nazwę. Sprowadzenie wilczycy to po części prztyczek w nos dla reszty ochrony (z paladynem na czele).

Ok, przyjmuję tak na 90%. Te 10% zostawiam na tchórzostwo większości władców, ogarniętych obsesją o swoje życie. Tacy nigdy nie rezygnowali z ochrony. Często nawet do wychodków ze strażą ganiali. No ale Twój król taki być nie musi ;)

 

Jeszcze co do klasyki – ja bardzo lubię i cenię klasykę. Odnoszę wrażenie, że cały świat ostatnio głowi się i sili na oryginalne światy i historie. A ja tęsknię za dobrą (i obszerną) klasyką.

Będę z niecierpliwością wypatrywać kolejnych części :)

Niestety, formalnie jestem zbyt krótko na portalu, aby “kliknąć”, ale w myślach klikam.

 

Cześć Krar,

 

Zamiana płci stereotypowych postaci zbiła mnie z tropu, dzięki czemu plot twist rzeczywiście zaskoczył. Czytało się łatwo, były też fajne smaczki, ale jak dla mnie zbyt rozbudowane sceny walki względem sceny finałowej. 

 

Pozdrawiam

silvan, przeczytam, przemyśle i dam znać.

 

Helmut, dzięki za wizytę oraz podzielenie się opinią. Faktycznie, scena finałowa jest krótka i wszystko szybko się tam dzieje. To wynika po części z limitu konkursowego (skracałem przy zakończeniu znacznie więcej niż na początku), a po części z pomysłu na pokazania dynamizmu sytuacji. Bohaterka dokonuje zaplanowanego zabójstwa, musi działać szybko i skupić się na zadaniu, jeżeli chce odnieść sukces i przeżyć. I tak poświęca trochę czasu, by coś niecoś wytłumaczyć ofierze (oraz czytelnikowi).

 

Podrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Luzik.

Jak doskonale wiesz – Ty decydujesz o wszystkim.

 

To tylko moje skromne opinie :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Witam serdecznie czcigodną organizatorkę całego konkursowego zamieszania! ;-)

Dzięki za wizytę i pozostawienie gifa (teraz będę się zastanawiał, co to oznacza…)

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Powtórzę wnioski z bety: przedstawiłeś prostą, ale angażującą historię o łaknącej zemsty desperatce, która próbuje wkupić się w łaski swojej ofiary, by podstępnie ją zgładzić.

Wydaje mi się, że schemat konkursowy został wypełniony – wilczyca pnie się po ,,schodkach", zyskując poklask publiki. Potem okazuje się, że ma dokonać rzezi niewiniątek i wszystko na krótką chwilę trafia szlag, ale spisek na życie Dziedzica pozwala jej wygrzebać się z dołka i wypełnić swoją misję.

Lwia część Twojego tekstu to opisy walki i na moje oko wypadły one dobrze. Starcia są dynamiczne, konkretne, brutalnie.

Choć od pewnego czasu można było się domyślić, że celem wilczycy jest zemsta, to motyw ,,szczenię za szczenię" stanowi pewne zaskoczenie.

Przyjemna, solidna lektura. Poleca do biblioteki.

Pozdrawiam!

Cześć krar:-)

przyciągnął mnie tytuł, który przywodzi na myśl jedną z moich ulubionych książek Ludzie i myszy.

Tym razem postawiłem na wyrazistą, kobieca bohaterkę.

To się zaraz okaże:-)

 

Krar, jestem po lekturze, na początek kilka uwag ode mnie:

 

Pierwszym ciosem wytrącam mu broń, drugim zdzieram skórę z twarzy. Krzyczy. Kolejnymi szybkimi ciosami zabijam go i masakruję.

Dobra, zdziera skórę z twarzy, ale ale zabijam Jak? masakruję Jak? Więcej szczegółów proszę:-)

 

Pazury tną nie gorzej od katowskiego miecza.

Nie podoba mi się to słowo. Może pazury tną równie precyzyjnie jak katowski miecz.

 

Wygrałam.

Bohaterka często powtarza to słowo, podkreślając swoją wygraną, ale wydaje mi się, że brzmi trochę sztucznie.

A wiec jednak tak się to skończy.

To też brzmi sztucznie, zbyt często pojawia się w tekście

 

– Miłościwy panie, szanowni goście, ludu Samarkandu, nastąpiła zmiana! – głos mistrza ceremonii odbija się echem. – Widzowie o słabych nerwach proszeni są o niezwłoczne opuszczenie widowni.

Moim zdaniem brzmi to niewiarygodnie, nie sądzę by mogły paść tam takie słowa, przecież przyszli własnie po to, by podziwiać śmierć, chyba, że to miało być ironiczne:-)

 

– Będziemy czekać pod drzwiami na każde wezwanie.

– Jeżeli was to uszczęśliwi.

:-)

 

Krar, jestem zadowolona z lektury:-) nawet bardzo. 

Bohaterka rzeczywiście jest wyrazista:-) Udało Ci się stworzyć naprawdę ciekawą postać, zdeterminowaną, silną a jednocześnie nieszczęśliwą i pełną bólu. Świetna scena, w której nie podejmuje się zabicia heretyków, twierdząc, że to rzeź nie walka. I tutaj muszę nawiązać do pewnej kwestii, która przedziera się przez Twój tekst, a mianowicie natury ludzkiej i zwierząt. Wiem, że pisano już o tym nie raz i nie dwa, ale ja lubię takie tematy. Dlatego arena to bardzo dobre miejsce, by dowieść, że czasami trudno rozróżnić kto jest kim, kto jest bardziej “ludzki”. W Twoim tekście bardzo dobrze to wybrzmiewa bez zbędnego patosu.

Oczywiście szybko można się domyślić, czemu dąży do spotkania z księciem, ale mi to nie przeszkadza, bo czytałam z ciekawością. 

Opisy walk bardzo dobre, tak samo jak kulminacyjna scena. Podoba mi się celowanie głową w stronę rynku:-) no i ostateczna przemiana w srokę, tu mnie zaskoczyłeś. 

Polecam do biblioteki i pozdrawiam

Życzę powodzenia w konkursie:-)

Historia w dużej mierze to opis walki, ale opowiadanie jest satysfakcjonujące i mi się podobało. Dobrze dobrałeś też styl szczególnie w pierwszej części tekstu. Jest tam bardzo dużo krótkich zdań, które moim zdaniem, bardzo pasowały do tego tekstu. Pojedynki opisane umiejętnie i dynamicznie, przyjemnie się to czytało. 

Podobał mi się też świat. W sumie to spokojnie mogłoby być część jakiegoś uniwersum. Na plus też końcówka, bo w sumie zostałem całkiem zaskoczony. Klikam więc.

 

Kilka uwag do Twojej rozwagi:

 

Na jago

Na jego

 

zrozpaczony widać utratą

Usunąłbym to widać

 

zestrojony za

zestrojony ze

 

Wyskakuje wprost na mnie, wyprowadzając cięcie. W ostatniej chwili unikam ciosu, lecz nim jestem w stanie wyprowadzić kontrę uderza tarczą

Powtórzenie.

 

A więc tak to jest przegrywać. Tracę równowagę i padam na ziemię. Zadowolony Nartian wpatruje się we mnie, jego czoło zdobi ledwie kilka kropli potu. Wspomagana mocą zbroi ręka wgniata mnie w ziemię, podczas gdy druga dociska iskrzącą się klingę do gardła. Paladyn z teatralną miną spogląda w stronę Księcia. A wiec tak się to skończy, ironia losu.

Masz dwa razy A więc i temu drugiemu brakuje ę.

 

– Pani losu, prowadź mnie! – szepczę

To jak szepcze to chyba nie powinno tam być wykrzyknika :)

 

Kończyny duszącego się powoli władcy zaczynają dygotać.

Usunąłbym duszącego się powoli.

Widzę, że biblioteka już nadciąga. Ja w tym nie pomogę z uwagi na brak uprawnień, więc – zważywszy na tekst w stopce autora – mogę skomentować w tylko jeden sposób:

Wyrwała się z obławy tej, schowała w obcy las,

lecz ile szczęścia miała w tym, to każdy chyba przyzna.

Mam łagodne wrażenie, że bohaterka, ogólnie rzecz biorąc, nie popisała się myśleniem strategicznym. Gdyby najęła się na konserwatorkę pałacowych pomieszczeń sanitarnych (zobacz też: “babcia klozetowa”), miałaby wszelkie szanse prędzej czy później znaleźć się sam na sam z księciem, a ryzyko znacznie mniejsze. Zresztą parę słynnych zamachów przeprowadzono w ten sposób.

Alternatywnie, książę ze swoją świtą brali chyba czasem udział w polowaniach? Historycznie, sporo szlachetnie urodzonych poginęło przy takich okazjach. Chociażby Kazimierz Wielki odniósł śmiertelną ranę podczas łowów na jelenia, jednego delfina Francji zabił dzik, również dzik według niektórych wersji przyczynił się do śmierci Stefana Batorego, niedźwiedź z kolei poturbował królową Bonę i doprowadził ją do poronienia, a pewien piastowski książę dzielnicowy zginął wskutek przywalenia drzewem. Inteligentna, władająca magią wilczyca monstrualnych rozmiarów nie powinna mieć większych problemów z wyzyskaniem podobnej sytuacji.

Samarkand

Samarkanda (w wielu językach bez tego końcowego “a”) to całkiem realnie istniejące miasto w Uzbekistanie. Brak nawiązań do specyfiki lokalnej. Akcja miała tam być umieszczona, czy to raczej pomyłka?

Tak czy inaczej, naprawdę wciągający tekst. Miło było, kiedy się zorientowałem, że jednak nie mam do czynienia z głupią dziewuchą zauroczoną księciem. Na koniec tylko jeszcze…

Kilka srebrnych bełtów przeszywa niesiony wiatrem jedwab.

Kto i po co wykuwa bełty ze srebra? Niby na wilkołaka? Te przesądy…

Gdy Nartian zamyka za sobą drzwi, Książę podaje mi puchar wypełniony aromatycznym trunkiem a następnie gestem zaprasza na balkon.

Przecinek przed “a”.

 

Podsumowując, miałem dużo przyjemności z lektury.

Cześć!

 

MTF

Jestem fanem ograniczania przymiotników i przysłówków, a to wydaje mi się niezłym przykładem, by wyjaśnić dlaczego. Bo są nieprecyzyjne i zaburzają styczne między wyobrażeniami autora i czytelnika.

Zastanawiałem się nad tym, i zostawię jak jest, „wielkich” odnosi się do rozmiaru samych pochodni, natomiast „silny” odnosi się do ich blasku. Może dużo przymiotników, ale chce tu przekazać, że pochodnie są duże i że mocno świecą. To w sumie dwie informacje.

 

adam_c4

 

Dzięki za dobre słowo oraz polecenie. I przede wszystkim wielkie dzięki za betę! Bez waszej pomocy tekst byłby dużo gorszej jakości (pełen literówek, powtórzeń i aliteracji). Oj długa jeszcze droga przede mną.

 

Olciatka

 

Miło słyszeć, że opowiadanie się spodobało. Dziękuje też za polecenie, motywuje do dalszej pracy. Bardzo byłem ciekaw, jak kobiety będą odbierać postawę bohaterki i jej punkt widzenia, bo opisywanie czegoś z takiej perspektywy to dla mnie coś zdecydowanie nowego. Cieszę się, że zwróciłaś uwagę na wątek cech ludzkich i zwierzęcych, bo od tego w sumie zrodził mi się pomysł na to opowiadanie. Temat nie nowy, ale chciałem słów kilka o tym napisać. Bohaterka jest z jednej strony „potworem”, konsekwentnie brnącym do celu (dosłownie po trupach), ale jednak pewnych rzeczy nie chce robić. Nawet ryzykując powodzeniem całego misternego przedsięwzięcia. No i z jej perspektywy ludzie, których spotyka często nie są za fajni…

Dobra, zdziera skórę z twarzy, ale ale zabijam Jak? masakruję Jak? Więcej szczegółów proszę:-)

Nie chciałem obniżać dynamiki, no i limit konkursowy… Ale w następnym będzie trochę więcej.

Pazury tną nie gorzej od katowskiego miecza.

Nie podoba mi się to słowo.

Tu nie chodzi o precyzję, a o zdolność cięcia. Kurcze, trochę branżowym językiem to opisałem, pomyślę jak to zgrabniej pokazać.

Bohaterka często powtarza to słowo…

Te krótki wstawki opisują emocje bohaterki w danej chwili (imho). Pomyślę, jak to ulepszyć jeżeli wygląda to sztucznie.

…chyba, że to miało być ironiczne:-)

Tak, to ma być forma ironii, ale też celebracji widowiska i przyciągnięcia uwagi publiczności.

no i ostateczna przemiana w srokę, tu mnie zaskoczyłeś.

Sroka musi być!

 

I jeszcze ostatnia kwestia… Co się stało z Twoim avatatem!? Gdzie kot!? Obecny avatar wygląda groźnie i tajemniczo… i pasuje do bizarro????

 

Edward Pitowski

 

Cieszę się, że tekst się spodobał i dziękuję za polecenie. Jednym z celów jego napisania było wprawianie się w opisy walki. Przyjemnie słyszeć, że to wyszło. To jest (będzie, mam nadzieję) część większego uniwersum – o tej bohaterce chcę napisać jeszcze dwa opowiadania: genezę (jak to król rękawice przygarnął i co z tego wynikło), oraz sequel (o polowaniu, które ogłoszono po morderstwie Księcia).

Uwagi rozważyłem i wprowadziłem poprawki. Każda dodatkowa para oczu zazwyczaj coś wyłapie, ale tekst na tym zyskuje. Raz jeszcze dzięki za poświęcony czas!

 

Ślimak Zagłady

 

Dzięki za przeczytanie i za dobre słowo. Miło spotkać czasem kogoś, kto zna twórczość Kaczmarskiego.

Mam łagodne wrażenie, że bohaterka, ogólnie rzecz biorąc, nie popisała się myśleniem strategicznym.

Tu zjadł mnie limit znaków i poziom skomplikowania historii. Będzie o tym w następnym opowiadaniu. Generalnie, bohaterka nie mogła się dostać do miasta, bo by ją zaraz zabili. „Legalnie” potwór mógł wjechać do miasta jedynie w klatce, jako atrakcja na arenę.

Samarkand

Miasto w Azji to Samarkanda, a u mnie jest Samarkand, bez „a” na końcu. Taka nazwa mi się spodobała, z kwestii światotwórczych jedno z drugim nie ma nic wspólnego.

 

Tyle. Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Dzięki za miłą reakcję i wyjaśnienia. Jeżeli powiadasz, że miasto było chronione magiczną barierą wykrywającą zmiennokształtnych lub czymś podobnym… Zapewne bohaterka nie miała dostępu do informacji pozwalających przewidzieć, kiedy i którędy książę uda się w teren… Skoro planujesz prequel, warto będzie ukazać proces myślowy, który doprowadził ją do obrania tak ryzykownego planu.

Miasto w Azji to Samarkanda, a u mnie jest Samarkand, bez „a” na końcu.

Uzbecy, którzy mają tu chyba najwięcej do powiedzenia, mówią Samarqand. Dokładnie takiego samego zapisu używają za nimi chociażby Niemcy, a Anglicy i większość Słowian (także Czesi i Słowacy) – z k zamiast q, czyli właśnie Samarkand. Skąd wzięła się polska forma, nie wiem, podobna do hiszpańskiej i włoskiej, a może nasze własne przesunięcie rodzajowe, ale w każdym razie Samarkand zdaje się równie samarkandowate jak Samarkanda, jeżeli nie bardziej. Widząc nazwę, naprawdę spodziewałem się, że piszesz właśnie o tym mieście, tylko kontekst kulturowy nijak nie chciał się zgadzać. W każdym razie doskonale rozumiem ból związany z dobieraniem nazw obiektów fantastycznych (a także imion).

Życzę wiele weny do pisania kolejnych części!

I jeszcze ostatnia kwestia… Co się stało z Twoim avatatem!? Gdzie kot!? Obecny avatar wygląda groźnie i tajemniczo… i pasuje do bizarro????

Nowy rok, nowa ja:-) :-)

Fajne i trzymające w napięciu. Świetnie opisujesz sceny walki (a jest ich dużo, co mi osobiście nie przeszkadza). Postać jest dobrze napisana, od razu można ją polubić i troszczyć o jej los – ja tak miałem. Podobało mi się też zakończenie, dobrze że bohaterce się udało, przecież o to tyle walczyła i tyle przeszła, chociaż w prawdziwym życiu różnie mogłoby się wydarzyć. 

Ogólnie napisane bardzo dobrze, przynajmniej w mojej skromnej ocenie. Dobrze się bawiłem. Gdybym mógł, na pewno dałbym Ci klik do biblioteki. Opowiadanie jest tego warte.

Pozdrawiam i powodzenia w pisaniu dalszych historii ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Hej :)

 

Jak obiecałem, przybywam :)

Pamiętam Twoje poprzednie opowiadania – i to dość dobrze. Antybajka o kaczątku, napisany na lovecraftowski konkurs tekst “Niedaleko od szosy” i moje ulubione dzieje druida z Rodos. Widać, że szlifujesz warsztat, bo Twoje opowiadania czyta mi się coraz płynniej. Jednak druid pozostaje nadal moim numero uno, jeśli chodzi o Twoje opowiadania.

Grasz tutaj na kalkach. Można pisać, że Twoje opowiadanie przypomina trochę to, czy tamto, ale ja napiszę, że mnie ono przypomina najbardziej takie dobre, oldskulowe heroic fantasy – momentami do bólu sztampowe, nie zaskakujące i nie wprowadzające jakichś nowości, ale fabularna ekwilibrystyka nie sprzyja klimatowi heroicznych przygód w szablonowym świecie fantasy. Fajne, dynamiczne, przyjemne w lekturze jest to opowiadanie.

Piszesz, że chciałeś sprawdzić swoje umiejętności w zakresie opisu scen walki. I wyszło. Krótkie zdania sprzyjają dynamice. A dajesz mi tej dynamiki sporo, bo w zasadzie całe opowiadanie walkami stoi. Też raz spróbowałem napisać coś szybkiego, dynamicznego, ale wyszło mi coś bardziej pokręconego, gdzie dynamika byłą dodatkiem jedynie, a nie główny motywem. U Ciebie to jednak ona gra pierwsze skrzypce a dodatkiem wydaje się cała reszta.

Sceneria jest oczywiście prosta – jest arena i poza nią tylko jakiś pałac w ostatniej scenie. To też ograny motyw, przypominający “Gladiatora”, “Spartakusa” albo klasyczne już filmy typu “Mortal kombat” lub “The quest”. Dobre zagranie, bo nie odciągasz scenografią uwagi od tego, na czym najbardziej Ci zależało.

Postacie znów na kalkach. Narzekałem w becie na tego nadzorcę, trochę skruwiela, trochę dobrotliwego przedsiębiorcę. To też oczywiście postać zbudowana na znanym schemacie, jednak po ponownym przeczytaniu narzekać już nie będę, bo to bardzo tutaj pasuje. Koniec końców nadzorca okazuje się postacią wcale pozytywną, a jednocześnie realistą skupionym nie na idei, ale na biznesie. Książę to kawał dupka, wilczyca to kobieta szukająca zemsty, zamachowiec to brat księcia a paladyn to dobry człowiek, który przysiągł wierność i służy, choć bardziej z obowiązku niż przekonania, ponieważ zachowanie następcy tronu mu nie odpowiada. Wszystko to już było. Pewnie nawet w podobnych konfiguracjach. Ale to nie zarzut.

Kojarzysz te zabawki dla dzieci, takie plastikowe pojemniki z otworami o różnych kształtach? Tutaj trzeba wsadzić gwiazdkę, tam trójkąt, tutaj kółeczko? I nie ma sensu próbować wpasowywać kółka w trójkąt bo nie wlezie. Twoja fabuła to taki pojemniczek właśnie, a kolejne jej elementy to te różnokształtne klocuszki, które wpadają do środka, dobrze wpasowane ręką świadomego tego, co robi, autora. Tylko Głośny Grubas jest tutaj elementem, który mi nie pasuje. On nie jest kształtem wsadzanym do nieodpowiedniego otworu – on jest częścią innego zestawu. Jak ludzik Playmobil wciśnięty na makietę z Lego. Zgrzytnąłem kilka razy zębami, kiedy pojawiały się te jego wypowiedzi, ponieważ wydał mi się on anachroniczny z tymi jego zapowiedziami. Bardziej przypomina dzisiejszych konferansjerów drących japę na różnorakich galach “Get ready to rumble!”, niż mistrza ceremonii ze świata fantasy. Jest elementem niepasującym ale jednocześnie takim, który przez to jak go przedstawiłeś, zapada w pamięć. Nie do końca mi to leży, bo nie trawię tych suchych konferansjerskich żarcików i uszczypliwości, jakie oni prezentują, jednak pomysł na jego kreację jest zaskakujący i nieoczywisty.

Na temat walk i kilku zgrzytów z nimi związanych ktoś już wcześniej pisał, ale to w sumie pierdółka. Ja się specjalnie i na siłę czepiać nie będę, bo czytało się całość płynnie, bez irytujących zająknięć mózgu, mającego trudności w odbiorze :)

Ciekaw jestem zapowiadanego przez Ciebie prequelu, bo motyw zemsty za rękawiczki ze szczeniąt jest ciekawy i ja sam jestem ciekaw, w jakim kierunku pójdziesz, opisując wydarzenia sprzed dwudziestu lat, jakie od tamtego momentu minęły dla Wisteli (nawiązanie do Vistuli?).

Lektura fajna, przyjemna, może nie zaskakująca, ale bardzo satysfakcjonująca :)

 

Poniżej kilka znalezionych podczas lektury rzeczy do naprostowania:

 

– Co to(+,) do… – Nahor zatrzymuje się, rozdziawiając gębę. Nie daję mu dokończyć.

Brakujący przecinek.

 

Nie jest głupi, oraz ma długą broń.

A tutaj chyba nie powinno być przecinka.

 

Mężczyzna próbuje blokować, ale potyka się przy tym i opuszcza broń, tracąc równowagę.

Subiektywne: usunąłbym przekreślone.

 

Mistrz ceremonii pospiesznie wyraża uznanie, nazywa mnie bardzo złym wilkiem, po czym każe wracać do lochu. Nie dostrzegam następcy tronu, widać jeszcze nie przybył. Pospiesznie przybieram więc ludzką postać i kłaniam się nisko.

Powtórzenie.

 

W ostatniej chwili unikam ciosu, lecz nim jestem w stanie skontrować(+,) uderza tarczą.

Tutaj też chyba przecinek powinien się znajdować.

 

Mój wybranek zaciskając zęby, kiedy głowy i trzewia zamachowców szybują w stronę trybun, barwiąc piach.

A to całe zdanie się trochę posypało.

 

Naprzeciw przyszłego monarchy(+,) siedzącego na bogato zdobionym tronie(+,) stało trzech mężczyzn. Dwóch młodszych, stojących z tyłu, miało eleganckie, czerwone szaty. Trzeci, starszy, noszący skrzącą się, śnieżnobiałą togę(+,) rozmawiał z Księciem.

Specjalistą nie jestem, ale wydaje mi się, że tam powinny być przecinki.

 

Zgodnie z prawem(+,) Świątynia ma obowiązek przeprowadzić…

– Znam prawo,(-,) i biorę to na siebie, o ile ona będzie potrafiła zapewnić mi bezpieczeństwo!

A tutaj chyba tak.

 

– Pani losu, prowadź mnie.(-.) – szepczę do siebie kiedy powóz staje.

A tej kropki tutaj być nie powinno.

 

Odstawiam puchar(+,) obserwując panoramę miasta.

A tu chyba tak.

 

Dzięki za fajną lekturę na wieczór i pozdrawiam serdecznie

 

Q

Known some call is air am

Historia trzymała mnie w napięciu, cały czas się zastanawiałam, jaki główna bohaterka ma plan, i w sumie nie spodziewałam się takiego zakończenia. Świetnie opisane sceny walki. Całość przeczytałam z przyjemnością!

Hej, krar!

Niezłe, naprawdę niezłe. Dużą robotę robi postać: bo przemienia się w wilka (uwielbiam to) i jest kobietą. Dawno nie czytałam tekstu z taką bohaterką, jest w niej coś serio przerażającego. Podoba mi się, że poza wilczą formą wciąż zachowuje się jak zwierzę.

Sceny walki świetnie napisane, ale mogłoby być tego trochę mniej, bo naprawdę byłam ciekawa, jak wyglądało życie bohaterki poza nimi. Jakkolwiek to zabrzmi, lubię czytać fragmenty, gdy bohater jest gdzieś uwięziony/przetrzymywany.

Póki co serwujesz nam bardzo dobre teksty, krar. Brawo ;)

 

A, jeszcze przypomniała mi się scena, gdy dziewczyna odmówiła rzezi. Uważam to za najgorszy moment w tekście, najgorzej napisany. Ktoś tam pisał o kalkach. Dopiero w tej scenie zauważyłam, że postać za bardzo się na nich opiera. Uważam, że mocniejszy efekty byłby bez myśli bohaterki, ale to taki malutki detal.

 

Powodzenia w konkursie! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Ślimak Zagłady

Ja z nazwami i imionami mam taki problem, że jak usłyszę pewne słowa, to mi się potem 25 lat potrafią w głowie siedzieć, i “prosić”, by je kreatywnie wykorzystać. Samarkanda jest dla mnie jednym z takich słów.

 

DanielKurowski1

Cieszę się, że tekst się spodobał. Motywuje do pisania kolejnych i poprawiana warsztatu. Walki było dużo, ale to przecież arena. W kolejnych tekstach walki będzie pewnie mniej, bo będę chciał próbować pokazywać inne rzeczy.

Jeszcze raz dzięki za dobre słowo!

 

Outta Sewer

Czekałem, czekałem, i się doczekałem, warto było czekać. (powtórzenie ;-) ) Tak jak napisałeś niewiele tu nowego, bo wszystko co napisałem (albo prawie wszystko) już było, już ktoś wymyślił. Celnie porównałeś to do klocków. Mam kilka świeżych (mi się tak przynajmniej wydaje) pomysłów, ale najpierw chcę się nauczyć dobrze pływać, nim skoczę na głęboka wodę, że tak powiem. Aby wykorzystać drzemiący w nich potencjał.

Głośny Grubas to taka hybryda obecnego potusa i prowadzącego Familiadę, wyszedł średnio mam wrażenie, ale takim go sobie wymyśliłem. Wistela nie ma nic wspólnego z Vistul (przynajmniej świadomie, bo nie potrafię odtworzyć procesu wymyślania) takie sobie imię wymyśliłem.

Bardzo mnie cieszy, że jesteś ciekaw prequela. O to też mi trochę chodziło, choć tekst sam w sobie ma stanowić spójną całość. Prequel też będzie samodzielnym tekstem, pokazanym z trochę innej perspektywy. Jak nic mi się w domu nie powywraca to do końca stycznia powinienem wrzucić na betę.

Listę rzeczy do naprostowania przeglądnę i do jutra wprowadzę zmiany. A póki co idę usypiać dzieci. Wrócę tu dziś, jak nie polegnę.

 

silvanKitty, LanaVallen dzięki za wizytę, odpiszę wam w następnym poście (mam nadzieję dziś, ale trochę później)

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Kitty

Miło słyszeć, że się spodobało. Jednym z celów całego opowiadania było wyrabianie się w opisywaniu walki. Cieszę się, że się spodobało i że zakończenie zaskoczyło.

Pozdrawiam!

 

LanaVallen

Dzięki za dobre słowo. Skoro wygląda jak zwierzę, to niech ma w sobie też cos z niego. Mi też zawsze podobały się “przemiany”, takie dosłowne. Zwłaszcza, gdy pierwszy raz okazywało się, że ktoś nie jest do końca człowiekiem. Zawsze chciałem o kimś takim napisać coś nie coś. O życiu bohaterki przed tym wszystkim będzie okazja (mam nadzieję) za jakiś czas przeczytać. Nad sceną z heretykami pomyśle i postaram się wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Pozdrawiam, i jeszcze raz gratulacje z okazji konkursu świątecznego.

 

silvan,

To moloch, trzy tomy mają razem ok 4 tysięcy stron i to na sporej kartce, niezbyt wielką czcionką.

Wciągam na listę. Czas jakoś znajdę – poszukam audiobooka czy coś, choć wolałbym przeczytać. Mam z tego więcej radości. ????

W sumie dlaczego nie mogła zmienić się w ptaszka, obserwować króla w jego zamku i dorwać go, gdy był sam?

O tym będzie w sequelu. Mówiąc w skrócie, tacy jak bohaterka nie maja innej drogi do miasta niż jako atrakcja na arenę.

Tak, znam i analizowałem niejednokrotnie 3F. I właśnie akurat to F mi do tego gościa i sytuacji nie pasuje – i zwłaszcza ten uśmiech.

Uśmiechanie się jest forma pokazania bohaterce, że przeciwnik się jej nie boi. Uśmiecham się, więc mam sytuację pod kontrolą, tak to sobie wymyśliłem.

Duża wilczyca – no ok. Jakoś nie zakładałem, że jest wiele większa niż normalny wilk.

Bohaterka po przemianie rośnie, jest wielkości raczej niedźwiedzia niż wilka i ma długi łapy, z sześć albo i siedem stóp zasięgu. Jest o tym wzmianka jakoś na początku. Waży z 250 kg. I ma dużo sił, potrafi zrobić kurzawę jak traktor w trakcie suszy.

Po prostu kwestia, którą wygłasza w tym momencie wydaje mi się nieco naciągana – w sensie nie pasuje do okoliczności. Poświęcił 100% wypowiedzi wilczycy, a nic królowi, zamachowcom, rycerzom, itd.

Limit znaków. Było potrzebne do historii a na sensowna otoczkę nie wystarczyło miejsca.

Ok, przyjmuję tak na 90%. Te 10% zostawiam na tchórzostwo większości władców, ogarniętych obsesją o swoje życie. Tacy nigdy nie rezygnowali z ochrony.

Książę jest jeszcze młody, nie popadł jeszcze w paranoję. A do tej pory był trzymany trochę pod kloszem, bo jego ojciec wiedział, że ktoś cierpliwie czeka na jego życie. Ale o tym będzie więcej w prequelu ????

Będę z niecierpliwością wypatrywać kolejnych części :)

Bardzo mnie to cieszy, dam znać na SB jak będę miał gotowy tekst.

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Dzięki za odp :)

 

Polecam, choćby audiobooka. To dość niezwykła książka, w której nie brak opisów, rozmyślań czy przeskoków czasowych. Jeśli Cię to nie zmoże, w nagrodę dostaniesz niezwykłą opowieść.

Jako ciekawostkę dodam, że do niedawna (jakieś 1.5 roku?) nie lubiłem audiobooków. Fakt, że nie mogę pochylić się nad jakimś fragmentem, przekartkować, wrócić szybko do danej strony, drażnił mnie.

Jednakże, gdy “moja” stacja radiowa zeszła już totalnie na psy, zmiękłem. I spróbowałem. Zacząłem od tego, że słuchałem wyłącznie tytuły, które już choć raz czytałem (wielokrotnie wracam do czytanych książek). Pozwalało mi to na koncentrację na jeździe. Jak mi coś “uciekło”, nie przejmowałem się za bardzo. Od pół roku próbuję z nowymi tytułami. I jest tyci gorzej, rzeczywiście, umykają mi detale, albo często muszę przewijać, gdy na musiałem się bardziej skupić na drodze. Ale w tym momencie nie wyobrażam sobie nie mieć AB do słuchania.

Co za infodump wrzucony w komentarz :D

 

Skoro wygląda jak zwierzę, to niech ma w sobie też cos z niego. Mi też zawsze podobały się “przemiany”, takie dosłowne. Zwłaszcza, gdy pierwszy raz okazywało się, że ktoś nie jest do końca człowiekiem.

Czytałeś Achaję? Mi książka dość mocno przypadła do gustu za wiele rzeczy (w tym filozofię walki), ale magia pozostała dla mnie niezrozumiana i dziwna (prawie niepotrzebna) do tej pory.

Tam autor poszedł daaaaaleko w tym kierunku. Gdy czarownik zmieniał się w ptaka, miał jedynie kilkadziesiąt sekund życia, gdyż jego mózg pozostawał “ludzki” (nie wielkościowo, ale w zapotrzebowaniu na energię / tlen), a płuca ptaka i jego metabolizm nie były w stanie tego nastarczyć w odpowiedniej ilości ;) To dopiero przemiana!

 

 

O tym będzie w sequelu. Mówiąc w skrócie, tacy jak bohaterka nie maja innej drogi do miasta niż jako atrakcja na arenę.

Wciągam i sequel i prequel na listę ;)

 

 

Uśmiechanie się jest forma pokazania bohaterce, że przeciwnik się jej nie boi. Uśmiecham się, więc mam sytuację pod kontrolą, tak to sobie wymyśliłem.

Duża wilczyca – no ok. Jakoś nie zakładałem, że jest wiele większa niż normalny wilk.

Bohaterka po przemianie rośnie, jest wielkości raczej niedźwiedzia niż wilka i ma długi łapy, z sześć albo i siedem stóp zasięgu. Jest o tym wzmianka jakoś na początku. Waży z 250 kg. I ma dużo sił, potrafi zrobić kurzawę jak traktor w trakcie suszy.

Cóż, tym bardziej nie byłoby mi do śmiechu :D

 

Limit znaków. Było potrzebne do historii a na sensowna otoczkę nie wystarczyło miejsca.

Ehh, ok. A jakie są zasady na portalu? Skoro można poprawiać (wręcz należy) wytknięte błędy, to może po finale konkursu można kilka słów dopisać? Nie sugeruję, abyś to zrobił, pytam tylko o zasady.

 

Bardzo mnie to cieszy, dam znać na SB jak będę miał gotowy tekst.

Patrz wyżej, na podkreślone ;)

 

Bohaterka po przemianie rośnie, jest wielkości raczej niedźwiedzia niż wilka i ma długi łapy, z sześć albo i siedem stóp zasięgu. Jest o tym wzmianka jakoś na początku. Waży z 250 kg. I ma dużo sił, potrafi zrobić kurzawę jak traktor w trakcie suszy.

Cóż, tym bardziej nie byłoby mi do śmiechu :D

To taki w sumie standardzik wilkołaczy z tym rosnięciem i zaburzaniem prawa zachowania masy :)

Grał któryś z Was w RPG “Warewolf: The Apocalypse” albo jego nowszą wersję “Warewolf: The Forsaken”? To część World of Darkness i tam wilkołaki przyjmują pięć różnych form:

Lupus – czyli zwykły wilk

Hispo – ogromny wilk, jak te z filmu “Zmierzch” (tfu, tfu, tfu)

Crinos – forma bojowa, czyli ogromny humanoid z wilczym łbem, obrośnięty futrem, wyposażony w ogromne pazury i kły

Glabro – forma pomiędzy Crinosem a człowiekiem, czyli człowiek pokryty futrem, z wielkimi kłami i pazurami

Homid – zwykła ludzka forma

Known some call is air am

 

“Zmierzch” (tfu, tfu, tfu)

: – D

 

Czytałem o tym, ale nie grałem.

Zaczęłam komentarz stwierdzeniem, że udało Ci się w krótkim tekście zawrzeć wiele treści. Potem zerknęłam na licznik i z nijakim zdumieniem odkryłam, że to wcale nie króciak, a całkiem porządny tekst ;) Potraktuj to jako komplement, przemknęłam przez Twoje opko kompletnie nie zdając sobie sprawy z jego długości :)

Doskonałe opko, mocne, brutalne, ale nie przesadzasz. Niby w większości są to opisy walki, ale świetne. Budujesz tymi opisami wyrazistą postać głównej bohaterki. Zakończenie zaskakuje.

I okazuje się, że potwory są mniej potworne niż ludzie, a ich potworności mają swoją przyczynę.

Aż żałuję, że nie potrzebujesz już klika :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Silvan

Ja audiobooki „odkryłem” w te wakacje, i od czasu do czasu czegoś słucham (w pracy, jak się nie pali albo w samochodzie, jak zdarzy mi się jechać samemu). Jakoś bardziej mi to ostatnio podchodzi niż vlogi, discovery czy inne konferencje.

Achaji nie czytałem, mam na liście, i mam nadzieje zacząć w tym roku.

Wciągam i sequel i prequel na listę ;)

Miło słyszeć, tylko pozwól mi to najpierw napisać. Najpierw będzie prequel, a potem sequel.

 

Outta Sewer

Tak jak napisałeś, zasada zachowania masy nie jest tu zachowana (choć pewnie dałoby radę dorobić jakieś relatywistyczne rozważania, wszak w pewnych warunkach przestrzeń sama może generować masę ???? ). We wspomniane RPG nie grałem, ale widzę, że tam temat został rozwinięty. U mnie bohaterka będzie przybierała jeszcze w inne formy, w zależności od sytuacji.

 

Irka_Luz

Miło słyszeć, że opowiadanie się spodobało. Walki sporo, tak był też cel ćwiczenia.

I okazuje się, że potwory są mniej potworne niż ludzie, a ich potworności mają swoją przyczynę.

Oj tak. Ludzie w tej opowieści nie pokazują się bohaterce z najlepszej strony.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Ciekawe opowiadanie, które jednak znacznie zyskałby na innym rozłożeniu proporcji.

Od początku wydaje się, że sięgasz po motywy dość klasyczne i znane. Na dzień dobry wzmianka o niewolnikach, arena, motyw walki na śmierć i życie. Do tego wzmianka o tradycyjnym wyborze: śmierć lub walka na arenie. Bezduszna, pragnąca krwi gawiedź. W sumie nic nowego.

Przełamujesz jednak tę schematyczność wprowadzając na arenę nie bohatera, lecz bohaterkę. Jeśli dorzucić do tego fantastykę, która daje bardzo szerokie możliwości opowiedzenia całej historii, tworzenia różnorodnych wojowników, zabawy samym motywem walki, przy którym można pokombinować z kreatywnością i puścić wodze fantazji, otrzymujemy pewną szansę przeczytania wcale obiecującego tekstu. Na razie tylko szansę, bo jednak tych znanych i ogranych motywów też trochę tu jest.

Jak to wszystko wypadło w odbiorze?

Przede wszystkim, co trochę mnie zdziwiło, w żaden sposób nie przeszkadzały mi te oklepane motywy. Czytało się ciekawie, a chociaż sięgasz jednocześnie po taki jednoznacznie ponury nastrój i to nie zdołało mnie w pierwszej chwili zniechęcić. Słowem, jeśli przyjąć, że początek opowiadania ma zachęcić do lektury, to Tobie z tym zadaniem w moim przypadku poszło dobrze. Choć gdybym miał wskazać, które konkretnie elementy zbudowały ową ciekawość, nie potrafiłbym chyba tego zrobić.

Być może swoje zrobiło też to, że odpuszczasz wolne wprowadzenie. Parę zdań i od razu znajdujemy się na arenie. Opowieść nabiera rozpędu, ma odpowiednie tempo, więc i łatwiej się w nią wkręcić.

Problemem natomiast jest to, że nie próbujesz tego tempa przełamać. I że bardzo zdawkowo opowiadasz historię. Jak pisałem na początku, w moim odczuciu to rozłożenie proporcji nie jest dobre. Scena walki świetnie działa na początku, ale później powszednieje. Za dużo w tym tekście bojów, krwi, chęci ukazania całej tej bezwzględności, jaka towarzyszy walkom i samym wojownikom – sposobie obchodzenia się z nimi, pozbawieniu ich życiu wartości.

Pokazujesz dużo walki, ale jak wspomniałem, mało opowiadasz. Nie budujesz historii bohaterki. Albo budujesz bardzo skąpo. To nie pomaga. Przy lekturze tego opowiadania czułem się trochę tak, jak w takiej długiej podróży pociągiem przy bardzo jednorodnym pejzażu za oknem. Na początku widzisz drzewa i cieszysz się tym widokiem. Natura, zieleń, oderwanie od miejskiego zgiełku. Ale po pewnym czasie masz już poczucie znużenia. Bo ciągle tylko drzewa. I drzewa. I drzewa.

Jak się ma ta średnio kreatywna metafora do Twojego opowiadania? Ano tak, że widząc kolejną scenę walki czułem się już bardziej jak przy lekturze scenariusza gry komputerowej, gdzie wojownik odwala kolejne walki, by w końcu dotrzeć do jakiegoś bossa.

A już pisząc zupełnie wprost, tak, jak na początku naharowałeś się, by we mnie ciekawość zbudować, tak później równie mocno pracowałeś, żeby ją uśpić. ;-)

Czytelnik potrzebuje historii. Gdzieś pomiędzy walkami chcesz (będąc czytelnikiem) poznać bohatera/bohaterkę, jej dokładniejsze odczucia, motywy działań, może jakąś historię. Chcesz zbudować więź z bohaterem, żeby później, w tych kluczowych scenach, móc mu kibicować, niejako walczyć razem z nim.

Tutaj, jak pisałem, te opisy są strasznie skąpe. Nie wiadomo do końca, o co ta cała walka (znaczy wiadomo, że to próba dotarcia do księcia, ale… właśnie tylko tyle, albo niewiele więcej), nie znamy dokładniejszych motywów bohaterki, która ewidentnie chce walczyć, a zatem jest to coś więcej niż ten podstawowy schemat: walczę, bo muszę – inaczej mnie zabiją.

Zdaję sobie sprawę, że część z tych kluczowych informacji nie mogła się na przestrzeni tekstu pojawić. Że niejako chowałeś te dokładniejsze wyjaśnienia, żeby końcówka wybrzmiała, jak trzeba. Tyle że to chowanie jest jednak szalenie trudne i wymaga wyczucia, bo jeśli schowasz za wiele, czytelnik nie będzie odpowiednio mocno zainteresowany zakończeniem.

Jeśli piszę o brakach, to wspomnę jeszcze o jednej rzeczy. Mianowicie, brakło mi tu jakiegoś przełamania nastroju. On jest jednoznacznie i jednostajnie smutny od początku do samego końca. Jasne, można to usprawiedliwić charakterystyką opowiadania. Tym nie mniej, z tym też trzeba trochę uważać, bo nadmiar tej ponurości, krwawości, bezwzględności w pewnym momencie zaczyna znieczulać.

O zaletach z kolei trochę już było. Całkiem fajnie masz to napisane. Tak, że nawet mimo dość wielu sprawdzonych i znanych motywów czyta się z ciekawością. Pomysł też wcale dobry, bo choć motyw opowieści o wojowniku walczącym o życie na arenie również nowy nie jest, to jednak zarówno przełamanie kobiecym (w jakimś stopniu kobiecym ;-)) bohaterem, jak i możliwość wsparcia motywów walki fantastyką potrafi wzbudzić zainteresowanie.

Jeśli dorzucić do tego ucieczkę od klasycznego obrazu “od niewolnika do bohatera”, który tutaj zastępujesz motywem walki opartej na chęci zemsty (może nie jakimś nowatorskim, ale jednak ciutkę przełamującym schemat) to dostajemy całkiem niezłe opowiadanie. Z perspektywami na dobre, gdyby rozłożenie proporcji było inne.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej CM!

Dzięki za przeczytanie i wyczerpująca odpowiedź. Przeczytałem, przemyślałem i postaram się (ja coś lubię te aliteracje) wprowadzić wnioski w życie pisząc kolejne teksty. Tak jak napisałeś, stosunkowo mało dowiadujemy się tu o samej bohaterce i jej motywacji, przez co trudniej zbudować z nią więź. Kolejna sprawa to content, jest tu niewiele poza opisami walki, brakuje “czegoś optymistycznego”, dającego nadzieję.

Wynikło to głównie z braku umiejętności zarządzania tekstem (albo ze zbyt złożonej historii, którą chciałem upchnąć). Pierwotnie tekst liczył 40k znaków, i jak ciąłem go, to skupiłem się głównie na klimacie areny i opisach walki, poświęcając trochę przedstawienie postaci i jej położenie. Po skończeniu tekstu doszedłem tez do wniosku, że by to wszystko upchnąć, to trzeba by jeszcze z 10k znaków dopisać, a ja już miałem o 7k za dużo. Zapewne ktoś bardziej doświadczony w pisaniu potrafiłby to sensownie upchnąć i wyważyć. Ja jeszcze nie umiem, ale piszę, i będzie lepiej zakładam.

Kolejne sprawy to schemat konkursowy, który chciałem wyraźnie zaakcentować (drabinka jak w grze komputerowej) oraz chęć pokazania położenia bohaterki, w którym nie ma (przynajmniej w sensie teraźniejszym) dobrych stron. Siedzi w klatce jako niebezpieczne dziwadło, żyje przyszłością, znosząc niewolę i upokorzenie w imię celu, który sobie postawiła. Nie mniej jednak zgadzam się, że przydałby się tu choć promień słońca (samo słońce, opisy księcia i konie to za mało…). Pomyślę nad tym.

Co do “braku nowości” to ten tekst miał być klasyczny, zawsze chciałem napisać “coś o wilkołakach” (choć bohaterka nie jest wilkołakiem), i “coś o arenie”. Trafiła się okazja. Zwyczajnie też lubię takie klasyczne fantasy i nie jestem fanem udziwniania na siłę. Mam trochę ciekawszych pomysłów, nowatorskich pomysłów (mam nadzieję…) ale najpierw chcę ogarnąć trochę lepiej warsztat.

Pozdrawiam i jeszcze raz dzięki za lekturę oraz konstruktywną krytykę!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Nowa Fantastyka