- Opowiadanie: Ambush - Gardziel

Gardziel

Ponieważ i ja posiadam nieco wiedzy o światach równoległych, postanowiłam się nią z Wami podzielić.

Przy okazji serdecznie dziękuję moim nieocenionym betującym.

Sajmar spojrzał na całość z góry, a nati-13-89 wniknęła w zakamarki.

Dziękuję za konstruktywne uwagi i znalezienie 1001 baboli.

Czytajcie i dowiedzcie się jak to jest, kiedy w życiu wszystko się zmienia.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Irka_Luz, Użytkownicy, Użytkownicy II, Finkla

Oceny

Gardziel

W Jaskini Wszechkodu panował półmrok.

Michał Róg spędzał czas przy komputerze. Jak zawsze. W końcu był programistą.

Od dawna już nie czuł panujących we wnętrzu zapachów, wśród których dominowała woń starych skarpetek, nie dostrzegał też otaczającego go chaosu.

Matka, która w pozostałych częściach domu zachowywała sterylną czystość, nie miała wstępu do tego pomieszczenia. Przywykła do tego jeszcze za czasów, kiedy Michała nie było na świecie, więc już się nie buntowała.

Codziennie wieczorem, zanim udała się na spoczynek, stawała pod drewnianą tablicą z wypalonym napisem:

 

JASKINIA WSZECHKODU

Odejdź!

 

Zatrzymywała się na moment, jak gdyby po raz kolejny analizując wypisaną tam treść, a następnie stukała do drzwi i przypominała:

– Misiu, znieś do kuchni brudne naczynia!

Z reguły jej słuchał, pomny inwazji karaluchów sprzed pięciu lat.

Poza tym ich kontakty ograniczały się do przypadkowych spotkań w domu i niedzielnych obiadów. Przy okazji, co kilka tygodni, znosił brudną pościel do prania, a matka wydawała mu nową.

Wiedział dobrze, że podkradała się czasem pod drzwi i słuchała, co działo się w jaskini. Zawsze miała ze sobą, w charakterze alibi, kilka sztuk wyprasowanych ciuchów albo coś do jedzenia.

Ostatnio Michał nie programował, bo już nie musiał i nie chciał. Jednak, żeby nie wywoływać u matki niepokoju, starał się rytmicznie stukać w klawiaturę, dlatego pisał recenzje opowiadań na jakimś forum internetowym.

Kiedy dwa miesiące temu stracił pracę, matka bardzo się zmartwiła, a on nie chciał jej wyjaśniać, jaki ma nowy pomysł na życie. Nie chciał opowiadać o tym, że ludzie go denerwują, że nie potrafią go zrozumieć, a on coraz lepiej czuje się w jaskini. Bał się, że uzna go za wariata.

Zresztą matka również grała mu na nerwach. Chodziła po korytarzu „mlaskając kapciami”, gderała teatralnie, mijając drzwi jaskini, a w czasie rzadkich zwarć słownych wyrzucała mu, że jest taki sam jak Ojciec.

Ojciec – czyli Tomasz Róg – zniknął, kiedy Michał był przedszkolakiem. Porzucił ich niespodziewanie, co sprawiło, że oboje stali się inni.

 

X

Zwolnienie z pracy nieco go zaskoczyło, choć w gruncie rzeczy powinien był się go spodziewać.

Spędził dwadzieścia lat tworząc kilometry genialnego kodu. Ludzie, którym cierpliwie tłumaczył podstawy, z czasem zostali szefami… i musiał im cierpliwie tłumaczyć podstawy.

Oczekiwano od niego coraz więcej, a on czuł coraz mniej satysfakcji z tego, co robił. Wreszcie popełnił kilka głupich błędów i dostał godzinę na spakowanie pudełka.

Nie urządził imprezy pożegnalnej. Obecni współpracownicy byli dla niego wyłącznie stażystami – co z tego, że czasem sprzed ośmiu lat. Poszedł na piwo z Adrianem, jedynym którego uważał za kolegę, ale nawet to spotkanie skończyło się porażką.

Pili, wspominali dawne czasy i narzekali na obecne porządki w firmie, aż wreszcie Tomek zaczął pocieszać go, że z takimi kwalifikacjami na pewno szybko znajdzie pracę.

Wtedy lekko pijany Michał wyznał:

– Nie będę szukał roboty. Po pierwsze, mamuśka zawsze nakarmi swojego jedynaka. A po drugie, wciągnąłem się w taką jedną gierkę.

– Gierki są super, tylko żebyś nie popadł w uzależnienie – huknął Adi, nieco zbyt głośno, najwyraźniej starając się stworzyć pozory łączącej ich więzi.

– To całkiem coś innego. – Michał pożałował, że się otworzył, ale brnął dalej. – Doznania, które oferuje Gardziel są zupełnie niepowtarzalne! Producenci nazwali to „wsysaniem”.

– Heh, chyba rozumiem.. – parsknął, mrugając porozumiewawczo, a Michał poczuł równocześnie chęć walnięcia go w gębę i natychmiastowego ukrycia się w swoim pokoju.

Ludzie to idioci! – sarknął w duchu. Ciągle podejrzewają innych o jakieś paskudztwa.

 

X

Wieczorami, kiedy telewizor w sypialni matki milknął na dobre, Michał mógł spokojnie odpalić Gardziel.

Jednak teraz nie był już narwanym, zielonym adeptem. Wiedział, że kto się nie przygotuje do wyprawy, może tego gorzko żałować.

Dlatego każdego dnia brał prysznic, starannie mydląc i opłukując szarym mydłem całe ciało, łącznie z włosami.

Matka cieszyła się, że tak o siebie dba, ale on tylko pozbywał się zapachu. Robił to dla bezpieczeństwa.

Jak zawsze po minięciu intra mógł zobaczyć mapę królestwa, a w prawym górnym rogu piękne, szmaragdowe smocze oko, z fioletową, wąziutką jak igła źrenicą.

Wpisał swój login “Michael Bloodyhorn” i hasło.

Nowa technologia sprawiała, że po kliknięciu w smocze oko, słyszał w głowie odgłos przełykania, albo nawet siorbania, jakby coś wsysało jego mózg. Chwilę potem był już w Czeluści.

 

X

Michael Bloodyhorn szedł wyciągniętym krokiem przez Bór Modliszki, rozglądając się niespokojnie.

Rosnące po obu stronach piaszczystej ścieżki drzewa miały niezwykły odcień ciemnego miodu. Za nimi wznosiły się purpurowe ściany stromego wąwozu, porośnięte kulistymi krzewami, które z dołu wydawały się całkiem czarne.

Według ludzi dobrze poinformowanych wielkie jak konie modliszki nie zamieszkiwały już tych terenów, ale nawet bez ich morderczych szczypców nie było to bezpieczne miejsce.

Poza tym dla bogato odzianego wędrowca bezpiecznie nie było nawet w mieście. Na dodatek nieforemny, wiklinowy kosz na grzbiecie nie dodawałby mu zręczności, zarówno podczas walki, jak i ucieczki.

Cała kraina, od Bazyliszków, aż po Belihrad, pełna była błędnych rycerzy, łowców smoków i zwykłych zbójców, którzy nie szukali dla swej profesji tak wyszukanych nazw.

Michael spieszył się, bo bardzo chciał dotrzeć do Belihradu przed jesiennym zrównaniem dnia z nocą. Wiedział, że biała skała przy świątyni Mokoszy emanuje wtedy największą mocą.

Oczywiście wierzył w magiczne właściwości niespodzianki, którą kupił od czarownicy za garść przejrzystych szafirów, ale jak to mówią „kto jagnię ofiaruje, ten drogę do domu znajdzie”.

Michael bardzo chciał już wrócić do domu. Nie chodziło o to, że bał się licznych niebezpieczeństw. Choć oczywiście się bał. Jednak nie przeżałowałby, gdyby coś mu się stało akurat teraz, kiedy zaczęło mu się powodzić.

Wiedział, że nie dotrze do celu do końca dnia, a jak dotąd nie znalazł bezpiecznego schronienia.

Ściany wąwozu zbliżały się do siebie tworząc wąską szczelinę. Michael poczuł dreszcz przeszywający ciało. Wąwóz był idealnym miejscem na zasadzkę, lecz biegła przez niego jedyna droga do mostu na rzece Białej i dalej do Belihradu.

Tuż przed Usteczkami Wandy, gdzie szczelina między purpurowymi skałami miała zaledwie cztery stopy, wszedł w gęste krzaki błękitnej jaśliny, usiadł na kamieniu i przez dłuższą chwilę nasłuchiwał.

Wiedział z doświadczenia, że bandyci nie są ani cierpliwi, ani zdyscyplinowani i często zdradzają swoją obecność. Jednak kanion zdawał się całkiem pusty.

Kiedy uznał, że droga jest bezpieczna, wyszedł z kryjówki i kolejny odcinek pokonał niemal biegiem. Droga meandrowała, więc pewnie przed wiekami Biała Rzeka płynęła właśnie tędy. Skały nad jego głową zmieniały barwę od krwistej czerwieni, przez fiolet, do indyjskiego różu. Były miejsca, gdzie łączyły się tworząc mroczne sklepienie, w innych znowu otwierały się szeroko. Tam gdzie dochodziło więcej słonecznego światła, wąwóz porastały kępki białych i żółtych kwiatów.

Kiedy wreszcie usłyszał narastający szum dzikiej rzeki, poczuł nagle taką słabość, że na krótką chwilę, zatrzymał się i oparł dłonie o gładkie ściany.

Wiedział, że musi natychmiast odpocząć. Na szczęście przed samym końcem wąwozu znalazł wykute w skałach stopnie i wspiął się po nich do płytkiej jaskini. Tam padł wycieńczony, kładąc pod głową mieszek ze skarbami. Potem szybko wsunął pod język kilka plasterków podróżnika, o którym jedni mówili, że był gatunkiem purchawki, inni że był to proszek z orientalnych żuków zatopiony w mastyksie.

Ważne, że wyzwalał umysł z Gardzieli i pozwalał wrócić do domu.

 

X

Początki Michaela w Gardzieli nie były wcale łatwe.

Do gry zachęcił go Ironsting – kolega z sieci, który miał już spore włości nieopodal Bazyliszków. Jednak, jako nowy gracz Michał mógł wybierać jedynie spośród ról ciury albo wyrobnika.

Nosił worki, uruchamiał kowalskie miechy, lub godzinami rąbał na opał sękate kłody.

Całymi dniami trudził się, a potem budził z poranionymi dłońmi i obolałym grzbietem.

Na domiar złego nikt go tam nie szanował.

Jego patron, którym zawsze był grubas, z kaprawymi ślepiami i nosem przypominającym kształtem i wielkością dorodną purchawkę, przy byle okazji kopał go w tyłek albo szarpał za uszy.

Szlachetne damy, piękne nierządnice, a nawet karczmiane dziewki mijały go, nie zaszczycając ani jednym spojrzeniem.

Najgorsi byli zaś rycerze. Chrzęszczące zbrojami żuki, pełne pychy i wściekłości.

Nieraz oberwał płazem po plecach. Jeszcze gorsze były ciosy, pięści obleczonych w metal.

Jednak to właśnie rycerz stał za odmianą jego losu…

Pewnego dnia, gdy niósł do karczmy worek brukwi, został potrącony przez galopującego rycerza. Upadł w błoto, a brukiew rozsypała mu się dokoła.

Siedział na bruku, z jedną nogą w rynsztoku i myślał, że zaraz zacznie beczeć jak dziecko, kiedy rycerz zawrócił, podniósł przyłbicę i szczerząc zęby w uśmiechu, zapytał:

– Michael – brachu! To ty biedaku?! Widzę, że nie za szczególnie ci się wiedzie…

– Chyba mam już dość tej twojej gry! Ironsting! Zacznę Krzyżowca II.

Tamten rzucił mu mosiężny token z symbolem smoka i literami IS z drugiej strony.

– Za siedem dni o świcie, bądź na „Lwim Zębie” – Usłyszał jeszcze, kiedy rycerz znikał w bramie prowadzącej do zamku. – Ironsting niejednego już urządził!

 

X

Kiedy minęło siedem dni, był tak niecierpliwy, że co pięć minut spoglądał na zegarek, nie mogąc się doczekać wyznaczonej godziny.

Kiedy tylko matka usnęła, nałożył słuchawki i wślizgnął się w Gardziel.

Bał się tylko jednego, że nie znajdzie się we właściwym miejscu, lecz nawigacja gry okazała się niezawodna.

Z głośnym tąpnięciem zleciał na płytę skalną, która barwą i fakturą przypominała pomarańczę.

Płaskowyż zwany Lwem zaczynał się tuż za Belihradem. Pomarańczowe, obrośnięte turzycą wzgórza wznosiły się tam łagodnie – były to Lwie Nogi. O dwa dni drogi dalej kolejne uskoki wynosiły nagi – Lwi Grzbiet, na który dotrzeć mogły jedynie kozice i sępy. Okrągła Głowa – podobno ślad po uderzeniu meteorytu – tkwiła dwieście mil dalej na północ. Jej najbardziej wysunięty kraniec zwano w królestwie Zębem.

Michael wylądował właśnie na Lwim Zębie. Leżąc na plecach, dławił się pyłem, a promienie słońca, które wchłonęło barwę skał, oślepiały go i wyciskały z oczu łzy.

Zza łzawej mgły złotego blasku dobiegł go rozkazujący głos:

– Okaż token!

Michael sapnął gniewnie, bo znowu go nie szanowano i traktowano jak pętaka, ale posłusznie wyciągnął token z mieszka zawieszonego na szyi i wyciągnął przed siebie na otwartej dłoni.

Było ich czterech. Smukły i nieco pryszczaty rycerzyk w lśniącej zbroi dosiadający karego rumaka wiódł trzech obdartusów o tępych gębach. Oni z kolei prowadzili dwukołowy wózek zaprzężony w chudego osiołka.

– Dołącz do pozostałych i ruszamy, bo tylko niepotrzebnie tracimy czas – sarknął gniewnie, z niewiadomego powodu, młodzieniec dosiadający konia. Mimo, że miał jeszcze mleko pod nosem, najemnicy musieli go słuchać.

Rycerz jechał przodem, a oni truchtali za nim jak stado bydła. Postoje trafiały się jedynie wtedy gdy zmęczony osioł odmawiał dalszego biegu.

Michael, już po godzinie ledwie powłóczył nogami, po dwóch do marszu zmuszał go jedynie lęk, że kiedy padnie towarzysze zostawią go na tym bezludziu.

Chcąc nie chcąc poznał się z pozostałymi trzema ciurami. Wtedy nasunęły mu się dwie myśli. Pierwsza krzepiąca, że awansował na giermka rycerza, druga mniej przyjemna, że coś go łączy z tymi ograniczonymi łazęgami.

Najstarszy z nich, Wasyl –  chudzielec o lisiej twarzy – towarzyszył rycerzom już w kilku wyprawach. Widać było, że wiele wiedział ale nie chciał dzielić się z pozostałymi swoim doświadczeniem.

Petrus był drobny i nerwowy. Cały czas paplał i z każdym chciał się zaprzyjaźniać. Ten, na którego wołano Wiseł, był masywny jak wół, mówił mało, za to szybko się męczył. Wtedy ziajał jak pies i cuchnął. 

Słońce stało w zenicie, kiedy zjechali w szeroką dolinę pokrytą szmaragdowozieloną trawą i przeciętą na pół łagodnie płynącą, szeroką rzeką o barwie kawy.

Gdy przekroczyli bród, zobaczyli zagajnik pełen rozśpiewanych ptaków. Dalej rozciągały się seledynowo-białe, pasiaste skały, całe podziurawione jaskiniami jak ser.

Zaraz za brodem, pod palmą upstrzoną purpurowymi i błękitnymi storczykami odpoczywało dwóch rycerzy. Jednym z nich był Ironsting.

Wstali, ale nie wyszli na przeciw nowo przybyłym.

– Mój drogi kuzynie, wreszcie jesteście… – Zabrzmiało to trochę jak pretensja, ale Ironsting zaraz rozświetlił twarz uśmiechem – To dobrze. Wykorzystamy efekt zaskoczenia. Atak przypuścimy jeszcze dziś.

– Nie lepiej odpocząć? – jęknął cicho wycieńczony młodzik.

– Szkoda czasu i atłasu, Archaldzie.

Nie wiadomo jak byłoby z atłasem, ale zgodnie z rozkazem Ironstinga słudzy, mimo zmęczenia wyciągnęli z wózka kolczugi i hełmy.

Jeśli prezentuję się w tych obwisłych gaciach i kolczudze tak jak oni, to powinienem zabić pozostałych uczestników, aby tego nie rozgadali – pomyślał zdegustowany Michael.

Chudzielec zręcznie wyprzągł osła i spętał mu zadnie nogi. Zadowolony zwierzak zaraz poszukał sobie soczystej kępy trawy.

Wszyscy zebrani przegryźli po kawałku suchego chleba i lekko już cuchnącego sera, wypili jako strzemiennego po łyku ciepłej wódki i ruszyli w stronę największej jaskini.

Rycerze jechali przodem, trzymając w gotowości miecze.

Michael biegł zaraz za nimi, chcąc dowieść swojej odwagi i przydatności. Starał się jedynie trzymać z dala od końskich kopyt i zadów, by uniknąć kalectwa i obesrania.

Zaniepokoiło go trochę to, że Wasyl najwyraźniej zamierzał dotrzymać towarzystwa osłu, który zadowolony pasł się w cieniu rozłożystej pistacji.

Tchórz parchaty! – pomyślał. Teraz do roboty! Ja też mogę być rycerzem! – dodał i zatarł ręce.

W tym samym momencie podskoczył, jak rażony gromem, słysząc przeraźliwy jęk.

To ten głupek Petrus wyjął z wózka poskręcany, dziwaczny róg i dął w niego z całych sił stojąc na szeroko rozstawionych nogach.

Michael patrzył na jego rozdętą gębę. Czuł gniew i jednocześnie nadzieję, że jej fioletowy kolor zwiastuje, rychły zgon grajka.

W przypływach dobrego humoru matka mówiła mu, że jego ojciec – Tomasz był muzykalny i nawet grał na gitarze. Najwyraźniej syn odziedziczył po nim słuch i teraz przez to cierpiał.

Jeszcze kilka zgrzytliwych jęków zraniło uszy obecnych, po czym dźwięk urwał się nagle. Twarz Petrusa stała się całkiem sina, a wytrzeszczone oczy zdawały się niemal wychodzić z orbit.

Czyżbym zdobył moc uciszania na wieki?, zastanawiał się w duchu Michael.

Odpowiedzią na to pytanie był ryk, od którego zawibrowała ziemia.

Niestety to nie był ani Petrus, ani osioł, ani nawet krzyk któregoś z rycerzy.

Dźwięk ów miał taką siłę, że Michaelowi wydawało się, że zaraz ogłuchnie. Jednak, to nie ryk okazał się najgorszy.

Szarżował na nich lśniący jak szkło, zielono-czerwony smok, do złudzenia przypominający olbrzymi storczyk.

Gad był wysoki na tuzin stóp, ale za to długi już chyba na kopę. Gnał w ich stronę, wijąc się na podobieństwo węża.

Trzy nieduże, pokryte szmaragdową łuską głowy kiwały się na smukłych szyjach. Kiedy smok rozchylał paszcze i ryczał, można było dostrzec ich purpurowe wnętrze, pełne ostrych jak sztylety, śnieżnobiałych zębów. Ciało smoka wyglądało jak połyskliwe zielononiebieskie pnącze, nawet przeźroczyste, błoniaste skrzydła, wyglądały jak liście.

Konni zręcznie rozproszyli się uciekając na boki, a szarżujący smok wypadł prosto na piechurów.

– Oż kurwa! – jęknął Michael. – Skończę jako przynęta dla smoka?!

Całkiem wbrew woli obrócił głowę i dostrzegł Wasyla kryjącego się za skalnym wyłomem. Chcąc iść w jego ślady, skoczył w bok, w stronę najbliższej jaskini. Jednak z rozpaczą dostrzegł, że ma do pokonania co najmniej sto kroków.

Smok, po wydaniu kolejnego przerażającego ryku, uniósł głowy, wystawiając rozwidlone, czarne języki i węsząc. Potem w kilku susach dotarł do przerażonego, stojącego niczym posąg i cuchnącego jak nigdy wcześniej Wiseła. Jedna smocza paszcza urwała biedakowi nogę. Żując ją zerkała na pozostałe jakby przechwalała się zdobyczą. Tamte syknęły rozgniewane.

Wiseł upadł wyjąc przejmująco, a wtedy dwie smocze głowy uciszyły go rozszarpując zgodnie okaleczone ciało. Smok zachowywał ostrożność, gdy dwa łby szarpały mięso, trzeci zawsze rozglądał się czujnie dokoła.

– Jeszcze jeden, może dwóch. Kiedy nasyci głód, na pewno się uspokoi – krzyknął Ironsting objeżdżając z daleka miejsce jatki. – Wtedy możemy próbować walki, albo ogniem odegnamy go od jaskini!

Michael Bloodyhorn chętnie pobiegłby do niego, aby nakłaść mu po gębie, a potem w nią napluć, ale to nie była idealna chwila na brawurę. Pchany instynktem, gnał w stronę jaskini, potykając się i szlochając,.

Za nic w świecie nie chciał być drugim daniem.

Był o kilka kroków od skał, kiedy usłyszał za sobą przeraźliwy, wysoki dźwięk. Domyślił się, że tym razem Petrus obył się bez rogu. Nie marnował czasu na odwracanie się, tyko biegł ile sił w nogach .

Wskoczył do jaskini. Poczuł ciepło nagrzanych słońcem porowatych skał i zaczął jak najszybciej czołgać się w głąb.

Niestety okazało się, że jaskinia była wąska, a kolejny ryk smoka odezwał się niepokojąco blisko.

Szlochając i bluzgając Bloodyhorn wpychał się tak daleko, jak tylko mógł, ale drogę zagrodził mu lśniący słup lapis lazuli. Wyobraźnia podsuwała mu obrazy smoka wyciągającego po kawałku z kryjówki jego ciało, co sprawiło, że płakał już w głos.

Gdzieś z tyłu usłyszał odgłosy węszenia i zamarł, starając się nie wydawać żadnego dźwięku, a nawet nie oddychać.

Wtedy poczuł rozdzierający ból.

Smok ział ogniem. Zemdliło go od swądu palonego ciała i natychmiast stracił przytomność.

 

X

Świadomość przywrócił mu ból. Doskonale wiedział, że magiczny podróżnik nie podziała, póki nie zdoła się odprężyć. A nie zdoła, bo chromolony smok spalił mu dupsko! Domyślał się też, że towarzysze nie zadadzą sobie trudu, żeby go uratować.

Nie był w stanie się obrócić. Dlatego, jęcząc z bólu, cal, po calu czołgał się rakiem do wyjścia.

Gdy wychynął z czeluści, słońce już czerwieniało, a drzewa i skały rozciągały na ziemi długie, miękkie cienie.

Na ciemnozielonej trawie leżała noga w rozczłapanej ciżmie, a kilka kroków dalej głowa osła.

Nie było wózka, rycerzy, ani ich pomocników. Nigdzie też nie widział smoka.

Michael zaczął powoli wspinać się na szczyt pasiastej skały.

Nie dostrzegał pomarańczowych chmur ani fiołkowej barwy doliny. Zrzucił kolczugę i powoli pełzł w górę, ignorując ból i strach.

Gdy wreszcie wspiął się na sam szczyt, schował do mieszka na szyi mały, pasiasty kamień. Potem wyprostował się i wskoczył wprost do smoczego oka w górnym rogu gry.

 

X

Obudził się w domu, na dywaniku w łazience. 

Przez trzy dni leżał w łóżku na brzuchu, podsycając cierpieniem, żar gniewu. Zbywał matkę, i czekał na poprawę, jednak, czwartego dnia rany zaczęły cuchnąć.

Wtedy zwlókł się z wyra, zamówił taksówkę i sycząc z bólu, pojechał do szpitala.

Tam najpierw spędził cztery godziny na SOR-ze, na zmianę stojąc i drepcząc w miejscu, no bo przecież nie mógł siedzieć. Gdy wreszcie trafił do izby przyjęć najpierw zadali mu nieznośny ból oczyszczając rany. Potem jakiś nadęty, młody doktorek obejrzał go z niesmakiem, aż wreszcie brutalnie sarknął:

– Nawet nie spytam, kto to panu zrobił, bo tacy jak pan nigdy nie chcą nic mówić. Ale proszę mi powiedzieć… czy było chociaż warto?

– Poparzyłem się kawą? – jęknął głucho.

– A co? Doodbytniczo próbował ją sobie pan podać? Ma pan poparzenia drugiego stopnia na udach i pośladkach. Siostra zmywała osmolenia… to jaka to była kawa?!

– Czarna – wystękał wściekle Michał.

W duchu pomyślał, że ludzie to jednak banda zboczeńców. Zawsze podejrzewają innych o jakieś dewiacje.

 

X

Z początku, po przeżytym upokorzeniu, postanowił rzucić to wszystko w diabły. Lecz fakt, iż został użyty jako przynęta sprawiło, że postanowił się odegrać.

Kilkakrotnie odwiedzał Belihrad najmując się do rozmaitych prac, ale głównie szpiegując Ironstinga i jego kompanię.

Kiedy nadeszła kolejna pełnia, wymył się starannie, odczekał godzinę, a potem wszedł do gry ściskając w dłoni kamień zachowany po ostatniej wyprawie. Niezawodna Gardziel przeniosła go wprost do Smoczych Skał.

Trafił na miejsce już po ataku. Na trawie walały się malowniczo rozwleczone różowoszare jelita, ale nie sposób było odgadnąć czy ich właściciel był kiedyś człowiekiem, czy zwierzęciem. Nie znalazł też smoka, ani zbrojnych.

Zaczął ostrożnie myszkować po okolicy. Znalazł napierśnik zdobiony topazowymi płytkami i nieco zdefasonowany srebrnomiedziany hełm. Schował zdobycz do worka i ukrył w szczelinie między dużymi zielonymi kamieniami, a potem ostrożnie wspiął się do jaskiń.

Tego dnia zdobył jeszcze garść krwistoczerwonych rubinów i misternej roboty krasnoludzki sztylet.

Kiedy blask słoneczny nieco przygasł, zabrał worek ze zdobyczą, wpełzł do tej samej jaskini, w której ostatnio ukrył się przed smokiem, włożył pod język dwa kawałki suchego podróżnika i wrócił do domu.

 

X

Od tamtego czasu wracał tam regularnie, zazwyczaj w okolicach nowiu.

Kiedy uzbierał już worek pełen skarbów, wybrał się na ulicę Psią, do belihradzkich krasnali.

Znając historie o obcesowości tego ludu, czuł lekką obawę przed spotkaniem, ale chciał oszacować swój majątek.

Wszedł do ciemnego, cuchnącego myszami kantoru i zamrugał oczami – usiłując dostrzec coś w półmroku. Z początku wszystko wydawało się jedynie kupą zakurzonych, zdezelowanych sprzętów lecz szybko okazało się, że wewnątrz ktoś siedzi.

– A czego tu, łazęgo pi.hm.na? – warknął rudowłosy, krzepki krasnal siedzący na wysokim fotelu, mocując w imadle metalową obręcz.

Ponieważ władze miejskie od lat prowadziły kampanię na rzecz moralności i przewidywały wysokie kary pieniężne za sianie zgorszenia i używanie słów plugawych, oszczędne krasnoludy opracowały system bluźnienia zastępując część przekleństwa znaczącym chrząknięciem.

– Skarby znalazłem. – Michael chciał mówić dziarsko, ale głos uwiązł mu w gardle. – Wycenić je tylko chciałem… jeśli można.

– Zobaczyć mu.hm.wa mogę, ale jak to pod.hm.ne komuś, to łeb urwę i nas.hm.m do środka! – ostrzegł rzeczowo. – Przychodzi piź.hm.c krzywnogi i d.hm.ę zawraca, a tu pie.hm.e terminy pilą…

Michael czekał czując jak cierpnie mu skóra. Analizował szybko, na ile podebranie skarbów smokom krasnoludy mogą uznać za kradzież. I w jaki sposób brodaty grubas może zrealizować swoje groźby.

Krasnolud, sapiąc gniewnie, rozsunął liczne metalowe kubki, niesprawne chronometry, dziwaczne części jakichś tajemniczych mechanizmów, ale i gliniane talerze z niezbyt świeżymi resztkami jadła. Położył sobie worek na kolanach i zaczął wyjmować z niego zdobycze Michaela.

Każdy egzemplarz oglądał, macał, niektóre nawet brał na ząb, a potem rozkładał pieczołowicie na trzy kupki.

Cały czas też szeptał do siebie pod nosem:

– Oż je.hm.utki. Wygląda jak sr.hm.aka par.hm.ego wielbłąda, a takie cacuszka w worku przywlekł.

Albo:

– Ażeby cię smok obe.hm.ał, sztylet roboty wujka Goldiego!

A kiedy wysypał na dłoń rubiny, jęknął jakby go coś zabolało, po czym ryknął na cały głos:

– Korund, krzywonogi ciu.hm.ku, przynoś tu zaraz mocnej kawy i słodkiej baklawy dla naszego szlachetnego gościa.

I chyba w wyniku tak długiej wypowiedzi bez chrząkania rozkaszlał się na dobre. Jego wielkie brzuszysko falowało nad i pod pasem. Bloodyhornowi przyszła do głowy głupawa myśl, że krasnolud ma w spodniach ukrytych kilka niewielkich smoków.

To jednak się nie potwierdziło, kiedy tamten zeskoczył na ziemię i, kiwając się na krzywych, krótkich nogach ruszył do drzwi, dając Michaelowi znak, żeby poszedł za nim.

Usiedli w miłym, choć nieco zagraconym ogródku na tyłach kantoru, na niewysokich, wytartych pieńkach. Krasnolud podał mu kopciuch z tytoniem i fajkę.

– Zwą mnie Bazalt. Bez pie.hmj skromności powiem, że jestem starszym tutejszej społeczności. Niech mi troll siądzie na głowie nieumytym du.hm.em! Nie muszę znać twego miana, ani tego, skąd na cudne cycuszki naszej Białej Mokoszy to zdobyłeś, ale chętnie będę cię tu częściej gościł.

– Ile to jest warte?

– W ch.hm.j – rzeczowo wycenił Bazalt. – Dziś mogę ci dać pięćdziesiąt dukatów i dobrego konia, ale masz u mnie otwarty kredyt.

Od tamtej pory dla Michaela Bloodyhorna zaczęło się bajkowe życie.

Nie chodziło tylko o to, że mógł spać w najlepszych karczmach, jeść pieczone dropie i zupę małżową z płatkami świeżego imbiru. W karczmie „U dobrego Króla Kraka” natknął się na Ironstinga. Najpierw zobaczył w jego oczach zdumienie, a potem zazdrość, kiedy pysznemu pankowi udało się oszacować jego strój i wartość dań, które czekały na niego na ławie.

Bazalt witał zawsze go z uśmiechem na twarzy i jeśli w ogóle przeklinał w jego towarzystwie to jedynie z zachwytu. Na dodatek okazało się, że belihradzkie dukaty były w niektórych kręgach całkiem wymienialne.

 

X

Z czasem jednak przestało mu wystarczać bogactwo. Pragnął szacunku i uznania.

Rozważał kilka opcji, ale najbardziej podobała mu się wizja poślubienia księżniczki.

Kontakt do odpowiedniej wiedźmy dostarczyli oczywiście niezawodni krasnoludowie.

Musiał minąć siedem gór i siedem rzek, zanim dotarł do jej brązowej jak pierniki i mocno krzywej chatki.

Wiedźma wyglądała całkiem jak wiedźma. Miała haczykowaty nos, zapadnięte policzki i najwyżej dwa zęby, co rzucało się w oczy, zwłaszcza kiedy zalotnie chichotała.

Ciemnymi, węzłowatymi paluchami chwyciła zręcznie mieszek z zapłatą, po czym ze wzmocnionej mosiężnymi klamrami skrzyni wyciągnęła niewielki, gliniany dzban.

– To moja ulubienica – mruknęła wpychając mu naczynie w dłonie. – Mam nadzieję, że i tobie dogodzi.

Ze środka dzbana dobiegało donośne i żałosne kumkanie.

 

X

Jeszcze przed świtem obudził go przejmujący chłód.

Czuł, że ciało ma zesztywniałe i bał się, że runie w dół ze skalnych stopni. Lecz to był dzień, w którym miały spełnić się wszystkie marzenia.

„Wreszcie i na mojej ulicy będzie święto” – jak mawiali ludzie w odległym Patykowie.

Po godzinie znalazł się nad Gardzielą. Przechodząc po wąskim moście zawieszonym nad głęboką na dwieście stóp przepaścią poczuł się mały i nieistotny jak pyłek.

Głęboko w dole, w wąskim, skalnym wąwozie, kłębiła się wzburzona rzeka Biała.

Skłębiona piana pryskała na wszystkie strony i osiadła na omszałych skałach. Wydawało się, że w Gardzieli czai się śnieżny demon.

Bloodyhorn przełknął rosnącą w gardle grudę strachu, przeszedł na drugą stronę przepaści i, jak zawsze kiedy tu przybywał zadarł głowę.

Na wysokiej, wapiennej skale pysznił się potężny Belihrad.

 

X

Gdy dotarł do karczmy w rynku, gruby i pazerny Nakon zerwał się na równe nogi i kłaniając się w pas wprowadził go do sali biesiadnej.

– Czego trzeba waszej miłości? – spytał z troską i życzliwością. – Izba z lawendową pościelą już czeka. Podać pieczeń z dzika, a może przygotować kąpiel?

 – Niech będzie kąpiel – odparł łaskawie Michael Bloodyhorn. – I niech mi przyniosą waszą słynną rybną polewkę i dzban tagrydzkiego wina. Aha, i wezwij balwierza.

Nie mógł się doczekać swojej nagrody, ale nie chciał pokazać się swojej księżniczce z zarośniętą gębą i w przepoconym kubraku.

Wziął długą kąpiel, a zabiegi golibrody sprawiły, że policzki miał różowe i gładkie jak pupa niemowlaka.

Zaglądając do zwierciadła trzymanego przez usłużnego balwierza Michael szepnął:

 – Całuśny jestem! Żadna mi się nie oprze!

Pozbywszy się służby wyciągnął z kosza dzbanek i ustawił na ławie. Jeszcze raz poprawił włosy i z namaszczeniem zdjął pokrywę.

Na dnie dzbana siedziała duża jak pięść, brązowa ropucha. Zwierzę miało czarne jak guziczki oczy, ale samo było dość odrażające.

Lecz jeśli marzenia wymagają ponoszenia ofiar, to prawdziwy heros nie powinien się wahać. Michael nie bawił się w żadne ceregiele. Ujął w obie dłonie rechoczącego i wyrywającego się płaza i uniósł go do twarzy.

Z bliska ropucha wyglądała jeszcze gorzej. Miała cienkie łapki, wielki brzuch i błotnisty kolor.

– Nic, to – westchnął i ucałował poczwarę prosto w pysk.

Poczuł smak mułu i stęchlizny. Po minucie czy dwóch uznał, że wystarczy. I odstawił zwierzę na ławę.

Zresztą w ropusze najwyraźniej już zachodziła przemiana. Rozbłysła wewnętrznym blaskiem, a jej skóra zbladła. Chwilę potem zaczęła rosnąć.

Michael zapobiegliwie przygotował damskie suknie i kilka pledów, żeby nie zawstydzać księżniczki, gdyby po przemianie pojawiła się nago.

Z fascynacją obserwował, jak wydłużają się członki stworzenia, oczy rozszerzają się i zapadają w oczodołach, a na środku głowy wyłania się nos.

Oblizał wargi, układając sobie w głowie przemowę, którą wygłosi by godnie przywitać nadobną damę.

Niestety, mimo że po kwadransie istota była już mocno człowiecza, nie udało mu się niestety dostrzec w niej piękna. Niska, pulchna, ze zmarszczkami na twarzy i bulwiastym nosem…

Co gorsza, kiedy spuściła ze stołu nogi i podrapała się bezwiednie po głowie, Michael dostrzegł, że jej jasne, kędzierzawe włosy były dość mocno przerzedzone, zwłaszcza na czubku głowy.

Szybko okrył ją pledami, bardziej żeby dać sobie czas do zastanowienia niż z życzliwości.

– I co teraz pocznę ze starą, grubą i łysawą księżniczką?! – westchnął w duchu. – Ja to mam szczęście… Może chociaż włości ma rozległe… Ciekawe, ile kosztowałoby zrobienie z niej piękności?

– Witaj yyy… szlachetna pani – wydukał długo szukając jakiegoś neutralnego określenia. – To ja jestem twoim wybawcą.

Jednak zamiast spodziewanych łez, podziękowań, a może nawet uścisków (choć akurat teraz już nie miał na to ochoty), odczarowana zdobycz zarzuciła mu pled na głowę i brutalnie pchnęła go na ścianę.

Upadł i bezradnie obserwował, jak ten podstarzały facet wkłada jego portki i koszulę.

Kurcząc się i zieleniejąc widział, jak niezgrabnie wspina się na okno, a następnie na dach karczmy.

Skubaniutki! Idzie prosto do smoczego oka, pomyślał.

Czemu on jest do mnie podobny?! Mam taki sam nos i brodę!

A potem już tylko kumkał i rozglądał się za smakowitymi muchami.

A nie! Usłyszał jeszcze przeraźliwy krzyk dobiegający gdzieś z oddali:

– Aaaaaaa! Tomasz? Co ty tutaj robisz?! I gdzie jest Michał?!

 

Koniec

Komentarze

nie też dostrzegał otaczającego go chaosu.

 

Coś tu chyba nie zagrało z gramatyką…

entropia nigdy nie maleje

Dziękuję za czujność;)

Jam jest entropia;(

Ambush

Oj tam oj, entropia od razu :) Entropia to w dużym nasileniu w tej Jaskini Wszechkodu :)

Masz dar obserwacji, całość mi się podobała, końcówka – zaskoczyła – bo zapomniałem o Tomaszu.

Całkiem miłe, fajne, przyjemne i lekkie.

 

entropia nigdy nie maleje

Ciekawie wykorzystany pomysł w tym konkursie :). Ogólnie całkiem niezłe, choć dostrzegłam kilka usterek (ponieważ czytałam z komórki, to nie wypisałam ich). Z ojcem coś się domyślałam, że pewnie jest w grze, choć zaskoczyłaś mnie z tą żabą :). 

 

Powodzenia w konkursie :).

@Jim & @Monique.M dziękuję za wizytę i recenzję. Dziękuję również w imieniu żab (hmm w sumie wszystkich;) Chciałam zaskoczyć czytelników.

Dziękuję SaroWinter, niestety w Gardzieli smoki nie dawały się oswajać.

 

Najbardziej rozbawiła mnie wizyta na pogotowiu. :) A pomysł na opowiadanie bardzo ciekawy.

Widocznie Lupus90Gno coś z Tobą nie tak:)

Dziękuję za czytanie.

Odkąd wpadłam na pomysł opowiadania na konkurs o złych, rozważam zmianę leków;)

Dobrze i fajnie napisane (podobają mi się te krótkie akapity), ale zabrakło mi tu jakiegoś celu, jakiegoś konkretnego pytania, które by zachęcało czytelnika do dalszego czytania. Tutaj mamy bohatera, który wchodzi do wirtualnego świata “bo tak”, bo bohater stracił pracę, bo gra jest fajna, bo w grze ma perspektywę bycia kimś – to okej, zrozumiałe, ale chyba trochę za mało, żeby zaciekawić. A gdyby wkroczył do tego świata w poszukiwaniu zaginionego ojca? Wtedy odbiorca dostałby konkretne pytanie, które prowadziłoby go przez opowieść “Czy Michał odnajdzie ojca?”. Oczywiście bohater po drodze mógłby ten cel zgubić, przeżywałby przygody i zdobywał bogactwa, ale koniec końców ojca odnalazłby w czasie i miejscu najmniej spodziewanym – dla siebie i dla czytelnika.

Trochę nie podobało mi się stereotypy programista = brudas i odludek, i skojarzenie gra komputerowa = uzależnienie. Jasne, bohater może akurat taki być, ale w moim odczuciu źle to wybrzmiało. (A to że bohater jest brudasem, chyba nie grało tu zbyt dużej roli).

Ponieważ władze miejskie od lat prowadziły kampanię na rzecz moralności i przewidywały wysokie kary pieniężne za sianie zgorszenia i używania słów plugawych, oszczędne krasnoludy opracowały system bluźnienia zastępując część przekleństwa znaczącym chrząknięciem.

To mi się podobało :)

– Oż kurwa! – jęknął Michael.

Oj, jurorzy będą niezadowoleni ;)

Popatrzyłem się kawą? – jęknął głucho.

To tak specjalnie czy jednak “poparzyłem”?

Poza wymienionymi kwestiami było okej, pozdrawiam :)

Jak poparzona skoczyłam i poprawiłam!

Dziękuję za czujność i za recenzję.

Co do celu wejścia, to nie wiem czy grywasz, ale jak tylko pomyślałam sobie o takiej grze, to nie bardzo mogłam przestać;)

Nie chciałam stereotypu programista brudas. Chciałam pokazać, że Michał ma problemy z ludźmi i z samym sobą. Poza tym on z czasem robi się czyściochem…kiedy już wie, że powinien.

W krasnoludy włożyłam wiele serca;)

CO do brzydkiego wyrazu, to w danej sytuacji musiałam!

 

Sam pomysł dość ciekawy, ale wykonanie zepsuło wrażenie. Dużo błędów, język dość toporny, a opis przeszłości Michała w grze brzmi jak sprawozdanie, nie niesie ze sobą żadnych emocji. Sam bohater, poza tym, że jest programistą i nie lubi ludzi, też nie wydaje się mieć za dużo charakteru.

Podoba mi się za to sposób, w jaki odniósł sukces i relacja z krasnoludami oraz rzeczywiście dość zaskakujące zakończenie. To na plus. Nad resztą jednak trzeba nadal pracować. Nie zrażaj się, skoro pomysły są, to warsztat też prędzej czy później uda się wyrobić. ;)

 

EDIT

 

Ludzie, którym cierpliwie tłumaczył podstawy, z czasem zostali szefami… i musiał im cierpliwie tłumaczyć podstawy.

Przy tym zdaniu parsknęłam śmiechem. Piękne. :D

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki za recenzję.

Co do sprawozdania, to limity znaków wymuszają kondensację.

Co do sprawozdania, to limity znaków wymuszają kondensację.

Ano prawda, w konkursie dużo osób się z tym chyba mierzy. :D

Zostaw ten żyrandol.

Moim zdaniem napisane sprawnie, z pomysłem, a i konstrukcja tekstu wyraźna. 

Kłopot mam z czymś innym. Fantastyki jest niewiele, a pomysł z zanurzaniem się w pełnozmysłowym virtualu powoli staje się dla mnie niestrawnym, bo tyle tego już jest. Gdy tylko ktoś pisze fantastykę wrzuca w nią kody i gry, a te tworzone są tak cholernie linearne i algorytmiczne, że nudne i nijak świata nie są w stanie zastąpić. Niby Twoja rzeczywistość żyje. Hmm, czy żyje też poza czasem wdepnięcia tam świadomości grającego? 

Za fantasy też, niestety, nie przepadam. Znudziły mnie już te, powtarzające się od czasów wydania Tolkiena, krasnoludy, elfy i karczmy, a od LeGuin – smoki i jeszcze inne.

 

Może i można tę moją awersję pokonać, lecz chyba tylko przez bohaterów, dramaty, wtedy, gdy np. gra jest tłem-krajobrazem zaledwie, w którym rozgrywa się historia. Przypomina mi się opko Bellatrix z konkursu sudeckiego, podaję link, aby lepiej zobrazować myśl.

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23699

 

Z drugiej strony rzecz, patrząc na opko, zaciekawiły mnie obserwacje matki i w ogóle wstęp oraz wnioski latorośli, dotyczące pracy. Widzę w tym zmysł obserwacji i, kurcze, nie uraź się, humoru. :-)

 

Generalne nie zwracałam uwagi na interpunkcyjne potknięcia. Zatrzymałam się jedynie na poniższym zdaniu:

,Przywykła do tego jeszcze za czasów, kiedy Michała nie było na świecie, więc już się nie buntowała.

Rozumiem, że sugerujesz – jaki ojciec, taki syn? Jeśli tak, trochę jest dla mnie grubymi nićmi szyte, gdyż nastolatki ciut różnią się od swoich ojców. 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję za komentarz.

Nie ukrywam, że mam ogromną słabość do smoków i krasnoludów;) ale może się rozwinę i z niej wyrosnę.

Dla porządku wspomnę, że Michał już nastolatkiem nie jest, bo dwadzieścia lat programował.

Oskarżenia o poczucie humoru zawsze przyjmę z radością;)

Wiem, lecz ciągle pozostał nastolatkiem. Smoki tez ogromnie lubię. :-)

Oskarżenia o poczucie humoru zawsze przyjmę z radością;)

O:o, spróbuj, bo coś czuję, że miałabyś bardzo celne obserwacje. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dziękuję szacownemu jury za wizytę;)

No to jestem :) 

Czyta się szybko i przyjemnie. Nie ma się co dziwić, bo tekst jest lekko napisany i w warstwie fabularnej też raczej nalezy do lekkich, więc nie będę się czepiać szczegółów, tylko wejdę głębiej.

Moim zdaniem ta forma jest taka w pół drogi. W sensie, że jest to pomysł albo na szorta, albo na pełnometrażowe opowiadanie. W tym momencie to takie trochę bardziej rozwinięte i fabularyzowane streszczenie. Może nawet szkic, na którym można by zbudować coś bardziej wciągającego.

Bo jeśli wziąć pod uwagę, ża naprawdę wartościowy jest ten twist w końcówce, to ginie on pod ciężarem innych wydarzeń, ponieważ calość prowadzona jest dosyć płasko. W sensie, że żadne wydarzenie nie wydaje się ważniejsze od pozostałych, żadnego nie akcentujesz mocniej. Po prostu przechodzisz od punktu do punktu. Gdyby te wszystkie wczesniejsze punkty, lącznie z wprowadzeniem bohatera skrócić do minimum, a prawdziwy nacisk położyć właśnie na samo zaskoczenie, to wyszedłby naprawdę zgrabny szort.

Natomiast gdyby iść w drugą stronę, trzeba by rozbudować świat, nadać mu klimat, którego tutaj najbardziej brakowało i trochę głębiej wejść w psychologię postaci. I powoli budować napięcie, żeby czytelnik wiedział, że do czegoś dążysz, do jakiegoś punktu kuliminacyjnego. Bo tego też mi trochę zabrakło. Wtedy zaskakujące zakończenie miałoby jeszcze wiekszą moc.

Mimo powyższego, to całkiem przyzwoity tekst. Z pomysłem i lekkim piórem, co zwiastuje potencjał w autorce :) Długo piszesz?

www.portal.herbatkauheleny.pl

Witaj Suzuki M.

Piszę już koło dwudziestu lat, nawet książkę mi kiedyś Prószyński wydał ale wciąż jestem na etapie dobrego zapowiadania się;)

Przemyślę sobie Twoje uwagi i postaram się rozwinąć pisarko.

Może faktycznie poćwiczę na szortach.

 

Dziękuję za wnikliwą recenzję i pozdrawiam

Z takim stażem i po debiucie to już raczej robisz drugie kółko ;) Ale znam takiego jednego, co to świetnie debiutował, potem na dwadzieścia lat słuch po nim zaginął, a dziesięć lat temu spotkaliśmy się na tym portalu, kiedy postanowił znowu podjąć rękawicę. Mam teraz na półce siedem jego książek, a w zeszłym roku za jedną z nich dostał srebrne wyróżnienie Nagrody im. Żuławskiego. Może teraz to Twój moment ;)

www.portal.herbatkauheleny.pl

Amen;)

Cholera, komentarz mi zżarło. Jeszcze raz, ale krócej.

Czy on się zmienił miejscami z tatusiem? I kto tatusia tak załatwił? Sam się, czy może mamusia pomogła? Ale jak, bo gra chyba nowa?

Czytało się nieźle, pomysł fajny. Trochę czułam gorset limitu, skraałaś mocno opisując przygody Michała w grze. Fajnie poradziłaś sobie z przekleństwami. Uśmiechnęło mi się parę razy. Podobało mi się.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj Irka_Luz, dziękuję za wizytę.

Całowanie żab bywa ryzykowne.

Nie wiadomo (przynajmniej na razie) skąd Tatuś wziął się w grze. Faktem jest, że zniknął przed laty… Może co odpalił z magnetofonu na Atari;)

Zależało mi na tym, żeby to czy to gra, czy jednak inny wymiar pozostało sprawą otwartą.

Być może pojawi się kontynuacja, bo przecież Tomasz powinien wrócić po syna.

 

Hejka, Ambush! :)

Podobało mi się! Nie będę tak zrzędliwy, jak Asylum, która od kilku dni tylko psioczy na nadmiar fantasy (:D). Pomysł uznałem za ciekawy, śledziłem przygody Michała/Michaela z dużym zainteresowaniem, a kilka razy zostałem zaskoczony. Humor zaserwowałaś przedni: wizyta na pogotowiu, krasnoludzki system przekleństw oraz końcówka z Tomaszem sprawiły, że się uśmiechnąłem ;) Na początku ubolewałem też trochę nad losem bohatera, który, jako jednostka niedostosowana społecznie, po utracie pracy zatraca się w wirtualnej rzeczywistości. 

Moja mini-łapanka:

 

Zwolnienie z pracy nieco go zaskoczyło, choć w gruncie rzeczy powinien był się go spodziewać.

Czy oba zaimki są potrzebne? Może da się to jakoś przeredagować?

 

Według ludzi dobrze poinformowanych wielkie jak konie modliszki nie zamieszkiwały już tych terenów, ale nawet bez ich morderczych szczypców nie było to bezpieczne miejsce.

Poza tym dla bogato odzianego wędrowca bezpiecznie nie było nawet w mieście. Na dodatek nieforemny, wiklinowy kosz na grzbiecie nie dodawałby mu zręczności, zarówno podczas walki, jak i ucieczki.

Cała kraina, od Bazyliszków, aż po Belihrad, pełna była błędnych rycerzy, łowców smoków i zwykłych zbójców, którzy nie szukali dla swej profesji tak wyszukanych nazw.

Za dużo było w tym fragmencie. Proponuję zrobić tak:

nawet bez ich morderczych szczypców miejsce nie należało do sielankowych/spokojnych

cała kraina(…) aż roiła się od błędnych rycerzy…

 

Jednak nie przeżałowałby, gdyby coś mu się stało akurat teraz, kiedy zaczęło mu się powodzić.

Może: gdyby coś mu się stało akurat teraz, kiedy poczuł smak sukcesu/nabrał wiatru w żagle (xD) 

 

Bał się tylko jednego, że nie znajdzie się we właściwym miejscu, lecz nawigacja gry okazała się niezawodna.

Może: Odczuwał tylko jeden lęk: że nie trafi do właściwego miejsca, ale nawigacja gry okazała się niezawodna.

 

Ten, na którego wołano Wiseł był masywny jak wół mówił mało, za to szybko się męczył.

Jeden dziwny ciąg. Ten, na którego wołano Wiseł, był masywny jak wół. Mówił mało, za to szybko się męczył. 

 

Wstali, ale nie wyszli na przeciw nowo przybyłym.

Naprzeciw. 

 

Trzy nieduże, pokryte szmaragdową łuską głowy osadzone były na smukłych szyjach. Kiedy smok rozchylał paszcze i ryczał, można było dostrzec ich purpurowe wnętrze, pełne ostrych jak sztylety, śnieżnobiałych zębów.

Może dało się dostrzec ich purpurowe wnętrze…

 

Wiseł upadł wyjąc przejmująco, a wtedy dwie smocze głowy uciszyły go rozszarpując zgodnie jego ciało. Smok był ostrożny – kiedy dwa łby szarpały mięso – trzeci zawsze rozglądała się czujnie.

Może: uciszyły go, rozszarpując zgodnie ciało nieszczęśnika. Poza tym trzeci zawsze rozglądał się czujnie, bo mowa o łbie.

 

Doskonale wiedział, że magiczny podróżnik nie podziała dokąd nie zdoła się odprężyć.

Czy nie powinno być dopóki? 

 

Domyślał się też, że jego towarzysze nie zadadzą sobie trudu, żeby go uratować.

Zbędny zaimek

 

W duchu pomyślał, że ludzie to jednak banda zboczeńców. Zawsze podejrzewają innych o jakieś dewiacje.

A to wspaniałe :D

 

Z początku, po przeżytym upokorzeniu, postanowił rzucić to wszystko w diabły. Lecz to, że został użyty jako przynęta sprawiło, że postanowił się odegrać.

Lecz fakt, że został użyty jako przynęta…

 

Na trawie walały się malowniczo rozwleczone różowoszare jelita, ale nie sposób było odgadnąć czy ich właściciel był kiedyś człowiekiem, czy zwierzęciem. Nie było też śladu po smoku i zbrojnych.

Nie dało się odgadnąć…

 

Wszedł do ciemnego, cuchnącego myszami kantoru i zamrugał oczami – usiłując dostrzec coś wewnątrz. Z początku wszystko wydawało się jedynie kupą zakurzonych, zdezelowanych sprzętów lecz szybko okazało się, że wewnątrz ktoś siedzi.

Proponuję tak: Z początku wszystko sprawiało wrażenie kupy zakurzonych, zdezelowanych sprzętów, lecz szybko okazało się, że w środku ktoś siedzi. 

 

Ponieważ władze miejskie od lat prowadziły kampanię na rzecz moralności i przewidywały wysokie kary pieniężne za sianie zgorszenia i używania słów plugawych, oszczędne krasnoludy opracowały system bluźnienia zastępując część przekleństwa znaczącym chrząknięciem.

używanie

 

Bloodyhornowi przyszłą do głowy głupawa myśl, że krasnolud ma w spodniach ukrytych kilka niewielkich smoków.

Przyszła.

 

– Ile to jest warte?

– W ch.hm.j – rzeczowo wycenił Bazalt. 

xD Dobre, dobre.

 

Najpierw zobaczył jego oczach zdumienie, a potem zazdrość, kiedy pysznemu pankowi udało się oszacować jego strój i wartość dań, które czekały na niego na ławie.

Najpierw zobaczył w jego oczach zdumienie.

 

Rozważał kilka opcji, ale najbardziej podobała mu się wizja poślubienia księżniczki.

Kontakt do odpowiedniej wiedźmy dostarczyli mu oczywiście niezawodni krasnoludowie.

Drugi zaimek zbędny.

 

Ponieważ widzę, że poprawiasz usterki na bieżąco, idę poskarżyć do biblioteki ;)

Pozdro,

Amon

 

O Amonie Ra

Dziękuję za donos i łapankę!

Poprawki naniosę jak tylko jurorzy skończą pracę, żeby nie fałszować rzeczywistości.

 

Pozdrawiam

 

Ambush

Cześć Ambush ;)

Ogólnie mi się podobało. Co prawda trochę opisy, nie tyle co nużyły, co dawały się we znaki, kiedy było ich za dużo, np. przy opisywaniu części uzbrojenia.

Wydawało mi się, że opowiadanie pójdzie w kierunku komputerowo-programistycznym, także mnie też początek pozytywnie zwiódł.

Ciekawy sposób na „unikanie” wulgaryzmów.

Historia sama w sobie rewolucyjna nie jest (może to przez to, że ostatnio słuchałem wersji audio opowiadania na podstawie podobnych motywów), aczkolwiek końcówki z powrotem Tomasza się nie spodziewałem. Generalnie stworzyłaś historię i przedstawiłaś ją w sposób spójny. Za całokształt zgłoszę opko do biblioteki.

Pozdrawiam!

Podobało mi się :) mimo bohatera, który niemal z miejsca wzbudził moją antypatię. 

Mam jednak kilka zastrzeżeń logicznych – biorąc pod uwagę bohatera i to jak ewidentnie czuje się lepszy od innych, trochę nie chce mi się wierzyć, że wytrzymałby tak długo jako pomiatany parobek. Tutaj brakło mi szerszej motywacji bohatera. No bo owszem można zanurzyć się w innej rzeczywistości, ale jednak daje mu ona na początku mocnego kopa (jest słówko o zemście na kumplu, który go wystawił, ale to nieco dalej).

Popieram poprzedników – widać skracanie akcji, a chętnie poczytałabym dalej. To już kwestia subiektywna, ale trochę brakło mi też wyjaśnienia koncówki. Bo dla mnie to tak troszkę jak z niczego się zadziało. 

OK, jest jakiś pomysł. Twist na końcu zaskoczył.

Trochę mam jak Shanti – zastanawiałam się, po co facet na początku do tej gry wracał, skoro tam tylko harował jako ciura.

Ale czytało się całkiem przyjemnie.

Babska logika rządzi!

Całkiem sympatyczne opowiadanie. Trochę za bardzo poszatkowane enterami i przeładowane kolorami, czasem też trafiały się problemy z przecinkami. Mam też parę wątpliwości co do logiki przedstawionego świata. Po pierwsze – jak ktokolwiek wytrzymuje dłużej w grze, w której na początku musi tyrać jak parobek? Ja rozumiem, że eskapizm i tak dalej, ale to już chyba jednak rzeczywistość lepsza. A po drugie… Bohaterowi osmaliło tyłek w grze, a rany odniósł naprawdę. A co z graczami, których smok rozerwał na sztuki? Gdyby ludzie byli znajdywani w swoich pokojach porąbani na kawałki, ktoś powinien się tym zainteresować, co w konsekwencji oznaczałoby, że gra powinna być powszechnie znana…

Za to fajne zakończenie ;)

Kiedy dwa miesiące temu, stracił pracę matka, bardzo się zmartwiła, a on nie chciał jej wyjaśniać jaki ma nowy pomysł na życie.

Przecinki powinny być inaczej: Kiedy dwa miesiące temu stracił pracę, matka bardzo się zmartwiła, a on nie chciał jej wyjaśniać, jaki…

Ten, na którego wołano Wiseł był masywny jak wół mówił mało, za to szybko się męczył.

Brakujące przecinki: Ten, na którego wołano Wiseł, był masywny jak wół, mówił…

Szarżował na nich lśniący jak szkło smok, do złudzenia przypominający olbrzymi storczyk.

Do złudzenia? Przyznam, że informacja o tym, że szarżował na nich praktycznie gigantyczny storczyk, brzmi dość śmiesznie.

– Jeszcze jeden, może dwóch. Kiedy nasyci głód, na pewno się uspokoi – krzyknął Ironsting objeżdżając z daleka miejsce jatki. Wtedy możemy próbować walki, albo ogniem odegnamy go od jaskini!

Wcięło półpauzę: …krzyknął Ironsting, objeżdżając z daleka miejsce jatki. – Wtedy możemy…

Doskonale wiedział, że magiczny podróżnik nie podziała dokąd nie zdoła się odprężyć.

Raczej: nie podziała, póki nie zdoła…

Niezłe opowiadanie, czytało się nawet nieźle. Fabuła sama w sobie wydawała się błądzić nie było większego celu, ani jakiegokolwiek nawiązania do problemów w życiu rzeczywistym (czego można było się teoretycznie spodziewać po takim początku opowiadania). W porządku tekst do poczytania dla zwykłej rozrywki, bohater nieco mnie irytował, ale to dobrze. Nie był bezpłciowy.

Powodzenia w konkursie.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Chwila nieuwagi i jestem zasypana komentarzami. Chyba muszę częściej wybierać się na weekend poza miasto;)

 

@Sagitt – wielkie dzięki. Co do wulgarymów, to nie ja, to te cho.hm.e krasnoludy.

@Shanti – dziękuję za recenzję. Faktycznie warto by pogłębić kwestie motywacji Michała.

@Silva – Miło mi. Zaraz naniosę Twoje poprawki, bo nie zmieniają treści.

@MaSkrol – dzięki za wizytę i recenzję. Coś przegapiłam, bo chciałam, żeby był wsobny ale fajny ten Bloodyhorn.

Pomysł ciekawy, choć dużo bardziej podobały mi się fragmenty z ‘reala’, zwłaszcza wizyta na SORze (…to jaka to była kawa?! – Czarna – wystękał wściekle Michał. – strasznie mnie to rozbawiło). Część opisów świata gry można imo usunąć bez większej szkody, zwłaszcza, że mam wrażenie, że trochę są słabsze stylistycznie. A twist na koniec niezły – nie spodziewałam się.

 

Dziękuję za wizytę i recenzję.

Dla bezpieczeństwa piję białą kawę;)

Będę ćwiczyć/skracać opisy. 

 

Pomysłów, by łączyć fantastykę ze światem wirtualnym było już zapewne bez liku. Nie jest to z pewnością pomysł, który sam w sobie zapunktuje świeżością. Inna rzecz, że i dobrze znany pomysł potrafi nieraz zaowocować świetnym opowiadaniem. Możliwości interpretacji jednego tematu jest od groma, a przecież nawet w to, co dobrze znamy, można tchnąć odrobinę świeżości. Jak jest w tym przypadku? Przekonajmy się.

Charakter opowiadania.

Strasznie rozchwiany. Nawet teraz, pisząc komentarz, mam duży problem, by ocenić, jaki konkretnie typ opowiadanie miałem okazję przeczytać. Z początku wydaje się, że idziesz w bardzo poważne klimaty. Że być może tekst będzie się nawet ocierać o dramat, opowiadający o stopniowym zatracaniu się w wirtualnej rzeczywistości. Tymczasem później ten poważny ton jakby przygasa. Czasem jest neutralny, jak w tych scenach, kiedy zapoznajemy się z Twoim pomysłem na Gardziel. Czasem lekki. Nieraz nawet „okołohumorystyczny”. W końcówce trochę bardziej bajkowy. Bywało, że i te tony się mieszały, jak w scenie w szpitalu, gdzie bohater trafia z objawami, jakie zwykle wykorzystuje się raczej w humorystycznych gagach. Tymczasem wydźwięk całej sceny wydaje się być raczej poważny. Ta mieszanina gatunkowa budzi jednak pewien dysonans. Nie do końca wiadomo, jak do historii podejść. Nie do końca wiadomo, jak ją odbierać. Nie nazwę tego jednak poważnym problemem. Raczej pewną komplikacją odbioru.

Świat.

Z jednej strony ma on w sobie wiele elementów powszechnych. Dość typowych. I nie chodzi nawet o to, że to rozczarowuje. Raczej ma się takie poczucie, że można było bardziej poszaleć. Pójść w coś zupełnie odmiennego. Czego nie znamy. Świat wirtualny jak żaden inny daje takie możliwości. Pozwala kreować najosobliwsze rzeczy, w dodatku mocno uwalniając wyobraźnię, bo od gier nie oczekuje się przecież żelaznej logiki (nawet, jeśli w tym przypadku mamy do czynienia z jaką wariacją gry, wykorzystującą motyw światów równoległych). Tam wiele rzeczy bywa nieraz robionych i na słowo honoru, z wyraźnym założeniem, że priorytetem ma być przede wszystkim grywalność.

Tutaj więc w mojej ocenie wykorzystujesz potencjał swojego pomysłu w ograniczonym stopniu.

Natomiast skupiając się już na samym świecie. Dajesz mu jednak zbyt mało argumentów, by mógł zrobić odpowiednie wrażenie. I to nawet nie jest krytyka z mojej strony. Raczej taka uwaga, że docieramy do tego punktu komentarza jurorskiego, w którym powinienem wymieniać jakieś obrazy czy konstrukcje, które mogą na dłużej zapaść w pamięć. Które będą mogły się mocno kojarzyć wyłącznie z Twoim opowiadaniem. Tutaj z kolei mamy tak, że jest pewien poziom światotwórstwa. Że faktycznie sporo czasu spędza się w tym świecie równoległym. Gdybym jednak miał po jakimś czasie wymienić, co konkretnie z niej zapamiętałem, to nie będę nawet ukrywał, że pojawi się spory problem.

To, co z kolei oceniam pozytywnie, to fakt, że konsekwencje zdarzeń w świecie wirtualnym wychodziły poza ten świat. Jak przy wizycie w szpitalu. To jest bardzo fajny, obiecujący motyw i aż szkoda, że nie został wykorzystany szerzej, bo z pewnością opowiadanie by na tym skorzystało.

Pozostając jeszcze na chwilę przy świecie. Motyw ucieczki do świata równoległego budzi pewne wątpliwości. I teraz: na czym one polegają? Pozornie dostajemy schemat: klęska w rzeczywistym świecie = ucieczka do świata równoległego. Natomiast wątpliwości budzi w tym przypadku sama korzyść z tej ucieczki. Bohater przecież zaczyna to swoje życie od skrajnie niskiego poziomu. Od słabej pozycji, wręcz upokorzeń. Licho jest tu wytłumaczony ten motyw ucieczki. Ciężko było mi dokładnie zrozumieć, jaka jest korzyść z tej „zmiany świata”. Co aż tak pociąga w tym świecie, by uciekać od rzeczywistości, do takich, a nie innych warunków? Na przestrzeni całego opowiadania omówienie tego motywu dostało zbyt mało miejsca, by pozostawić mnie bez żadnych wątpliwości.

Fabuła. Prosta i raczej na drugim planie. Widać, że priorytetem jest tu ekspozycja wirtualnego świata oraz lawirowanie pomiędzy światem realnym, a równoległym. Z tego też powodu nie stawiam tu jakoś szczególnie wygórowanych oczekiwań. Tym nie mniej parę uwag jest.

Na początku dostajemy dość utarty schemat. Bohater traci pracę i zatraca się w wirtualu (pisząc „wirtual”, nie jestem w stu procentach pewny, czy to dobre określenie do tej koncepcji, którą przyjęłaś, tym nie mniej taką przyjąłem i już będę się jej trzymał). Lekko przełamujesz ów schemat faktem, że zatraca się właściwie dobrowolnie i chyba nawet świadomie. Dalej bieg zdarzeń wydaje się być już momentami nawet pretekstowy. Bohater zaczyna budowę swojej pozycji w nowym świecie. W połowie dostajemy punkt drugi, czyli motyw zemsty. I to właściwie tyle. Jak pisałem, fabuła ewidentnie robi miejsce ekspozycji świata, ale jednak w tym cieniu chowa się zbyt głęboko. Wydaje się, że tekst próbuje oferować coś więcej niż tylko to, co wymieniłem. Tym nie mniej nie zostało to wyeksponowane w taki sposób, by mogło wybrzmieć, jak należy.

Technicznie. Na pewno cierpi interpunkcja. Czasem braknie przecinków, czasem wskoczą nie tam, gdzie trzeba. Raz, zdaje się, zostało nawet rozbite przecinkiem święte małżeństwo podmiotu i orzeczenia. Parę razy mignęły mi powtórzenia, albo przynajmniej twory powtórzeniopodobne (słowa brzmiące bardzo podobnie, umieszczone blisko siebie).

Język.

Wielkich fajerwerków nie ma, ale grafomaństwa również. Pojawia się jeden wulgaryzm:

– Oż kurwa! – jęknął Michael.

Zgodnie z zapowiedzią w takim przypadku zmieniłem go na dowolnie wybrane słowo (zwycięzcą losowania okazało się „źdźbło”), co sprawiło, że wypowiedź bohatera średnio miała sens.

Natomiast podobały mi się te zabawy słowem przy jednej z postaci, która właśnie ciskała takimi „nibywulgaryzmami”, odpowiednio „zmodyfikowanymi” pod tekst literacki. Tej zabawy (a przede wszystkim samej liczby słów) było trochę za dużo, tym nie mniej sam zabieg oceniam pozytywnie – jest to jakaś forma urozmaicenia.

Bohaterowie.

Twój pomysł na tekst skupia się przede wszystkim na budowie historii wokół głównego bohatera, więc to na nim zamierzam się skupić.

Bohaterowie jest nieoczywisty. Uciekasz od schematu kompletnie zagubionego gościa, który nie potrafi wyrwać się z wirtualu. Bo Michał zwyczajnie nie chce. Natomiast, kiedy przychodzi mi jakoś szerzej określić jego charakter, mam trochę problem. Z jednej strony ma w sobie tyle buty, by bez skrupułów wykorzystywać matkę, z drugiej, wpadłszy do alternatywnego świata, potrafi być przybity jak dziecko. Z jednej strony gdzieś tam akcentujesz zamykanie się na rzeczywisty świat, z drugiej ten motyw dostaje mało miejsca i nie zwraca na siebie zbyt wiele uwagi czytelnika.

Jest w tej postaci coś ludzkiego (nawet, a może zwłaszcza, w tych sprzecznościach), a jednak trudno wyrobić sobie o nim jakieś konkretne zdanie. Trochę chyba zabrakło mocniejszego „pociągnięcia” charakteru bohatera, tak, by bardziej wyraźnie działał na czytelnika. Budził w nim jakieś odczucia.

Podsumowując. Bierzesz na warsztat pozornie prosty pomysł, który daje jednak dostęp do wielu nieoczywistych rozwiązań. Tutaj udało się w jakiś stopniu z tego skorzystać, ale jednak z zastrzeżeniem, że były perspektywy i potencjał na dużo więcej.

Podziękował za udział w konkursie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CMie, dziękuję za tak obszerną i wnikliwą analizę mojego opowiadania.

Będę miała materiał do zastanawiania się na dłuższy czas.

Dziękuję za konkurs. Tematyka super, a i regulamin dał mi sporo radości.

Przecinki są dla mnie tajemnicą, ale uczę się.

Nowa Fantastyka