- Opowiadanie: MordercaBezSerca - Szpony i stal

Szpony i stal

Hasło konkursowe: Przedwieczni budzą się - Wielkie roboty

 

Tekst inspirowany brawurową powieścią “Wilkozacy” Rafała Dębskiego, oraz niemniej porywającymi opowiadaniami z konkursu portalowego: Mechy na strzechy.  

 

AmonRa – dzięki za betę :D !

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Szpony i stal

 

Młodszy lejtnant Dimitr Gaznicow wył ze strachu w ciasnej kabinie. Poharatany BM-7 pędził przez gęsty las, co rusz potykając się i gubiąc rytm. Lewa łapa utknęła w wykrocie. Mech zaczepił bokiem o smukłą sosnę. Pień trzasnął jak zapałka, ale odbił go z powrotem na właściwy kurs. Dima skontrował, pozwolił maszynie odzyskać równowagę i wydusił z silnika ostatnie rezerwy mocy. Pojazd wypadł spomiędzy drzew i pognał w dół zbocza, byle szybciej, byle dalej od lasu. Byle dalej od… nich.

Ale rzężący bystrochodnyj mech zwiadowczy zwalniał, niesiony już tylko siłą rozpędu. Żyroskop nie nadążał w pełni kompensować przechyłu kabiny, silnik pryskał olejem z rozbitej pokrywy zaworów, dymił z rozerwanej chłodnicy.

– Jeszcze troszkę, jeszcze kawałek! – skamlał chłopak, ściskając kurczowo drążki sterowania. Przyłożył twarz do wizjera peryskopu wstecznego. Przez kłęby dymu buchające z rozprutego pancerza ujrzał niknącą w oddali, nieruchomą ścianę lasu. Nie gonili go, a przynajmniej na razie nie.

Zwolnił dźwignie. Przekładnie jęknęły i ze zgrzytem zakleszczonych kół zębatych zdały obroty. Maszyna zaryła stopami w ziemię i znieruchomiała. Lejtnant nie miał odwagi zgasić silnika. Diesel dudnił nierówno na biegu jałowym, tuż za grodzią przedziału bojowego. Wentylator przestał odciągać dym ze spalonego oleju i tlącej się izolacji. Duszący smród nie tłumił jednak zapachu śmierci, który powoli wypełniał kabinę maszyny.

Dima zamknął oczy. Głowa opadła mu bezwładnie na pierś. Nie potrafił uspokoić szczękających zębów. Rozwarł posklejane brudem powieki i tłumiąc szloch spojrzał za siebie. Przez łzy wszystko wyglądało normalnie, ale wiedział, że to nieprawda. Otarł twarz wierzchem okopconej dłoni i… przez nitki siwego dymu zobaczył to, czego tak bardzo nie chciał ujrzeć.

Komandir siedział w fotelu na podwyższeniu wieżyczki działa. Ze swojego miejsca chłopak widział tylko jego nogi. Buty, jak zawsze wyglancowane po same cholewki, oparte na metalowych strzemionach obrotnicy, nogawki brunatnego munduru czerwonoarmisty poznaczone pasmami krwi. Dimitr przełknął ślinę, wychylił się przez oparcie siodełka i zmusił, by spojrzeć w górę, prosto w twarz dowódcy… Ale twarzy nie było. Pośmiertny tik upiornie wzdrygnął bezgłowym trupem, a rewolwer wysunął się z martwej dłoni i stuknął o podłogę.

Młodszy lejtnant zawył i nie mogąc nawet na chwilę oderwać oczu od koszmarnego widoku, po omacku złapał uchwyt pokrywy włazu nad głową. Jakimś cudem wypełzł na zewnątrz. Walczył o pierwszy haust czystego powietrza, ale nie zdążył. Spazmatyczny skurcz skręcił żołądek, a żółć chlusnęła przez nos i zaciśnięte usta. Dima objął odłamaną w połowie lufę armaty i ślizgając się na wymiocinach wywindował na dach wieży mecha. 

Przed nim rozpościerało się pasmo ziemi niczyjej. Równina, przecięta wstęgą szerokiej rzeki, wyglądała jak powierzchnia obcej planety. Na łagodnym stoku, przeoranym walcem nawały artyleryjskiej, sterczały kikuty martwych drzew i gruzy umocnień wrogiej linii obrony. Bunkry rozłupane niczym skorupki jajek, transzeje okopów i ziemianki wgniecione w ziemię pięściami pocisków burzących, resztki namiotów i baraków w drugiej linii. Wszystko to świadczyło, że „Rzeczpospolita Trojga Narodów zdychała, jak wściekły pies”! Przecież tak pisano we frontowych gazetach.

Dima potoczył wzrokiem po zdobytych dziś umocnieniach. Rankiem nie znaleźli tu ani jednego trupa, jednej kropli krwi. Całonocna nawała ogniowa biła w pustkę. Gdy o świcie stanęli na brzegu rzeki, ryknęli gromkie „Urra! Urra! Urra!”. „Tchórze uciekli! Wiwat międzynarodowy proletariat!” – krążyło od oddziału do oddziału, od kompanii do kompanii.  

Ale już wtedy wiedział, że coś jest nie tak. Oficerowie polityczni krzyczeli przez megafony patriotyczne hasła. Pomiędzy żołnierzami krążyli komisarze ludowi i zagrzewali do walki. Młodsi poborowi, którzy jeszcze nie widzieli boju na własne oczy, podchwytywali okrzyki z entuzjazmem. Czerwone sztandary witały każdą nową barkę desantową lądującą na brzegu i każdą kompanię, która przeprawiła się mostami pontonowymi. Ale starzy frontowcy wiedzieli… wiedzieli, że prawdziwa walka jeszcze się nie zaczęła. 

Pierwszy pluton batalionu zwiadu dostał rozkaz zabezpieczenia lewej flanki. Łodzie motorowe holowały platformy desantowe z sześcioma dwunożnymi, jedenastotonowymi maszynami. Dwa bataliony osłonowe piechoty dobiły do brzegu barkami i zdążyły zabezpieczyć przyczółek. Nikt do nich nie strzelał, nikt nawet nie próbował ich zatrzymać.

Za zwiadowcami rwała fala w brązowych mundurach. Setka barek wypełnionych żołnierzami, platformy desantowe dla mechów, wreszcie dwa mosty pontonowe – jedyny sposób, by przetransportować najcięższe maszyny trzeciej dywizji pancernej. Sześcionogie, ponad czterdziestotonowe kolosy KW-1 z potężnymi działami kalibru siedemdziesiąt sześć milimetrów zajmowały całą szerokość przeprawy.

Zwinne BM-7 wylądowały na piaszczystym brzegu bez żadnych problemów. Pluton rozstawił się w szyk bojowy i pomknął w górę łagodnego stoku, omijając łukiem linię pierwszych umocnień. Główne siły rozwinęły ławę natarcia w chwilę później. Pułk nowiutkich mechów średnich M-34 ruszył z rykiem silników. Za czworonożnymi maszynami zwartą linią szła piechota. Dima patrzył wtedy na tę potęgę i nie mógł uwierzyć, że jest jej częścią. Promienie wschodzącego słońca lśniły na nagich bagnetach.

– Na zachód, towarzysze! Po zwycięstwo! – zakrzyknęła radiostacja głosem dowódcy pułku.

Za Rodinu! – ryknęli w odpowiedzi i ruszyli.

Dima patrzył teraz na niedobitki tej armii i nie mógł uwierzyć, że wszystko potoczyło się tak szybko. Grupki pokrwawionych, przerażonych żołnierzy uciekały w kierunku rzeki. Przedpole zaścielały ciała tych, którym nie starczyło sił. Pojedyncze mechy wychodziły z lasu i próbowały dotrzeć jak najbliżej przeprawy, zataczając się na rozerwanych siłownikach. Sztandary już nie powiewały dumnie, tylko leżały w piachu, rozdeptywane setkami butów czerwonoarmistów, pragnących dostać się na bezpieczny drugi brzeg. Jedna z przeciążonych barek straciła stateczność i przy wtórze rozpaczliwych krzyków wywróciła do góry dnem.

Gaznicow w pierwszej chwili nie zrozumiał, dlaczego ludzie wrzeszczą. Barka szła na dno, a żołnierze na brzegu rzucili się do wody, chcąc pokonać rzekę wpław. Dotarło to do niego dopiero, gdy usłyszał za sobą ryk silnika. Z przerażeniem zobaczył, jak z lasu za nim wytoczył się jeden z ciężkich KW. Maszyna szła tylko na przednich nogach. Pozostałe wlokła za sobą, jak ranny kundel. Przechylony kadłub nie pozwalał naprowadzić armaty. A na pancerzu…

Dima zdusił w gardle skowyt strachu i wskoczył do otwartego włazu dowódcy. Strącił trupa z siodełka, złapał uchwyt karabinu maszynowego, zamontowanego na obrotnicy i szarpnął suwadło. Wdusił spust do oporu, a długa lufa diektiariowa rzygnęła strumieniem pocisków smugowych w kierunku dogorywającego KW-1. Iskry rykoszetów zatańczyły na pancerzu. Szare cienie odskoczyły na boki, wymykając się morderczej nawale.

Karabin zająknął się niewypałem. Łomotanie kolby o ramię nagle ustało. Lejtnant rozpaczliwie uderzył pięścią w talerz magazynka raz i drugi, szarpnął suwadłem i wreszcie wybił z komory nieodstrzelony pocisk. Szare sylwetki wyciągnęły się w długich skokach ku jego maszynie.

Po sekundzie trwającej wieczność, broń znowu zagrała ogłuszającym staccato. Pierwszy stwór zarył w ziemię z rozłupanym łbem. Drugi, trafiony w bark, zdołał uskoczyć między drzewa. Trzeci i czwarty zawróciły ku wrakowi i w kilku susach skryły się za pancerzem.

Chłopak drżącymi rękami odepchnął karabin i gramoląc się po trupie dowódcy zdołał wpełznąć do kabiny. Zatrzasnął właz na głucho i skoczył ku siedzeniu kierowcy. Niemal zdusił silnik, ale zaraz wrzucił właściwy bieg i zmusił BM do ostatniego wysiłku. Kulejący mech ruszył ciężko w kierunku zbawczego brzegu. Dimitryj wiedział, że potwory nie ustąpią. Klął i krzyczał, by zmusić rzężącą maszynę do szybszego biegu.

Lewa łapa broczyła olejem hydraulicznym z rozerwanych stabilizatorów. Bezduszny wskaźnik w kabinie pokazywał, jak z każdym krokiem życiodajny płyn wypływa z mechanizmu. Lejtnant naparł barkiem na dźwignię napędu i wolną ręką huknął w szkiełko instrumentu. Zaskowyczał przez zaciśnięte szczęki:

– No szybciej, jeszcze trochę…

BM-7 pędził na pełnych obrotach po trawiastym zboczu. Mijał ostatnich maruderów. Żołnierze machali, prosząc o pomoc, ale młodszy lejtnant nie zważał na nich, gnany zwierzęcym strachem. Zrzucał drążki napędu i rozłączał sprzęgła tylko po to, aby wykręcić przed lejami po pociskach i większymi stertami gruzu.

Nagłe uderzenie zachwiało mechem. Maszyna, wybita z równowagi w pół kroku, zaryła tępym pyskiem w piach szerokiej plaży. Dima poleciał na masywną krawędź włazu. Zęby zadzwoniły od uderzenia, a oczy na moment zakryła ciemność. Ostry ból rozszedł się u nasady nosa. Czołgowy hełmofon zamortyzował uderzenie, ale zamroczony chłopak nie mógł się zorientować, gdzie dół, gdzie góra.

Oprzytomniał od razu, gdy usłyszał wściekły ryk. Dookoła odezwała się nieskładna palba z karabinów, która jednak zaraz ustąpiła wrzaskowi przerażonych żołnierzy.

– Pomocy! Towarzysze, pomooocy! – darł się Dima, próbując wydostać nogi spod tablicy rozdzielczej.

Ciężkie uderzenia zadudniły po pancerzu. Stalowa płyta dachu najpierw ugięła się, a po chwili rozdarła jak karton. W wyrwie błysnęły długie pazury. Lejtnant desperacko skoczył w kierunku ciała dowódcy.

Szmaciana, pokrwawiona lalka, która jeszcze przed chwilą była jego komandirem, leżała wciśnięta w kąt przedziału bojowego maszyny. Dima odepchnął się od burty i ześlizgnął po pokrwawionej i zalanej olejem podłodze.

Stalowa płyta wpadła z jękiem do środka, ale lejtnant już kurczowo zaciskał dłonie na nagantcie dowódcy. Drżącym kciukiem odwiódł kurek i od razu szarpnął za spust. Broń kopnęła podrzutem, uderzając go grzbietem lufy w twarz, ale śmiercionośny pocisk pomknął w kierunku wyrwy w pancerzu.

Wściekły ryk oznajmił, że kula sięgnęła celu. Chłopak łkając z przerażenia, odciągnął kurek i strzelił jeszcze raz. Rykoszet odbił się od blachy i gwizdnął mu nad głową. Zanim ponownie odwiódł kurek, stwór zaatakował. Wbił do środka łeb i ramiona. Długie łapska wyciągnął, by rozszarpać wszystko, co stanie mu na drodze.

Dima zawył i wypalił w wielki, kosmaty psyk. Kula, wystrzelona prawie z przyłożenia, uderzyła w czerwone ślepie. Stwór sapnął i padł. Chłopak rozpaczliwie klikał pustym rewolwerem, próbując posłać w truchło nieistniejące pociski. Wreszcie opanował się na tyle, by kopniakiem odsunąć od siebie wilczy łeb i podnieść na czworaki.

Poterczuk! Poterczuk! ­– mamrotał jak w transie miano bajkowego potwora, którym straszyła go babcia.

Odepchnął się piętami od podłogi i zapadł w kącie, nakrywając głowę rękami. Było mu już wszystko jedno. Chciał tylko, żeby to się skończyło i żeby ten koniec był szybki i bezbolesny.

Nawet nie jęknął, gdy właz nad nim rozwarł się na całą szerokość, a do wnętrza wpadło światło zachodzącego słońca.

– Towarzyszu, łapcie! Bystro! Bystro! – krzyknął ktoś z góry.

Chłopak podniósł głowę i zobaczył wyciągniętą ku sobie rękę. Pochwycił ją bezwiednie, a ludzie w brunatnych mundurach wyciągnęli go z wraku.

Ktoś objął go ramieniem i prowadził ze sobą, inni krzyczeli i raz po raz dawali ognia z długich karabinów w kierunku ściany lasu. Dimitri nie mógł podnieść głowy. Wciąż oszołomiony próbował przebierać nogami i mamrotał cicho pod nosem „poterczuk… poterczuk”. Ledwie zarejestrował, że brodzi w wodzie. Czerwonej – od krwi. Ktoś pomógł mu wejść na pokład drewnianej łodzi.

– Ty odwrót osłonił! – ryknął mu do ucha wąsaty starszyna. – Mnogo ludzi uratował. Dla was medal, wy gieroj!

Dima nie słuchał. Siedział oparty o burtę i patrzył na oddalający się brzeg. Pomiędzy dymami płonących mechów, w czerwonym blasku zachodzącego słońca, wyraźnie odcinały się wysokie, potężne sylwetki demonów. Chłopak wzdrygnął się, zakrył uszy dłońmi i wtulił głowę między kolana.

Wilcze wycie poniosło się nad lasem.  

 

 

Koniec

Komentarze

Jestem na tak! Nie wymądrzając się nad technikaliami, bo nie mam o nich bladego pojęcia, to tekst czytało się płynnie. Akcja mimo niewielu znaków rwie do przodu. Spodobali mi się bardzo rosyjscy przedwieczni. Historia trochę liniowa, żeby nie użyć słowa "płytkawa", co ni diabła nie odebrało mi przyjemności przeczytania. Pozdrawiam.

Cześć Peterze!

 

Jeśli dało się przeczytać bez bólu oczu, to znaczy że technikalia są na akceptowalnym poziomie :D. Opowiadanie zostało solidnie zbetowane przez AmonaRa, więc nie spodziewam się zbyt wielu baboli, ale poczekamy na Reg i ostateczną weryfikację. 

Fabuła jest prosta jak drut – tu nie ma czego ukrywać :]. Liniowość i płytkość to bardzo trafne określenia. Chciałem napisać coś prostego i wartkiego. Dosłownie kilka minut z życia prostego żołnierza, przełamane krótką retrospekcją. To wszystko. Akcją jako wartość nadrzędna :D. 

 

pozdrawiam

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Jako kompletny dyletant w tej materii, nie potrafię nie docenić sporej ilości technicznych opisów, którymi przesycony jest tekst. Ładnie wplatasz je w wartką akcję, którą śledziłem z zaciekawieniem. Miks haseł sugerował starcie bestii z maszyną i faktycznie je dostałem. Ciekaw tylko jestem, czy bestie to Ogary z Tindalos, czy miałeś na myśli co innego?

Zgłaszam do biblioteki, pozdrawiam!

Cześć Adamie,

 

Miałem nadzieję, że te wilcze wycia i nawiązanie do “Wilkozaków” we wstępie trochę naprowadzi czytelnika :]. Widać za bardzo ztajemniczyłem ;]. 

Żeby jeszcze bardziej zagmatwać sprawę, bohater nazywa potwory poterczuki, czyli wschodniosłowiański demony/potwory zamieszkujące lasy i porywający małe dzieci. W większości podań miały postać dwunogą, z kozią, psią lub wilczą głową i długimi szponami. 

 

Wilkołaki/Ogary/Biesy – generalnie bez różnicy dla odbioru fabuły :D

 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

– Poterczuk! Poterczuk! – mamrotał jak w trasie miano bajkowego potwora, którym straszyła go babcia.

Literówka

Ktoś pomógł mu wejść na pokład drewniej łodzi.

j.w.

 

No cóż, przedstawiłeś tutaj krótką scenkę. W dodatku w konwencji (a właściwie nawet uniwersum, bo w tych tekstach zwykle pojawiają się z grubsza identyczne elementy), która była już wielokrotnie przedstawiana zarówno w formie literackiej, jak i graficznej, a Twój tekst niczym się nie wyróżnia. Co więcej, nie za bardzo widzę tu tych przedwiecznych. Bo wilkołaki (które zresztą są ledwo zarysowane) mogą być rasą służebną, ale na Wielkich Przedwiecznych to trochę za mało.

Cześć Światowiderze.

 

Dzięki za wyłapanie literówek:]. Jeśli chodzi o fabułę i tematykę, to się z Tobą jak najbardziej zgadzam – sztampa i nic innowacyjnego. To nie jest opowiadanie z rodzaju tych aspirujących, a ewidentnie rozrywkowe.

Bo wilkołaki (które zresztą są ledwo zarysowane) mogą być rasą służebną,

W imieniu miłośników i sympatyków wilkołaków stanowczo protestuję przed określaniem ich mianem rasy służebnej! Nie ma w podaniach ludowych nic na potwierdzenie tej tezy. To są zwykłe kalumnie rzucane przez populizatorów kina pryszczatego o wampirach w rurkach i dziewojach o skrzywieniu nekrofilskim! Wilkołki i Wilkołaki mają swoje prawa!

#WilkołakLivesMatters 

 

Historia ich obecności w słowiańskiej i germańskiej popkulturze, to lekko licząc tysiąc lat, więc dla mnie są jak najbardziej Przedwieczni, a i Wielkości im nie odmawiam. 

 

pozdrawiam

M.

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Jednakowoż wilkołakiem może być każdy człowiek (ewentualnie każdy obciążony klątwą). Trudno je więc w tej "wielkości" porównywać do takiego choćby Pana w Żółci.

A, to o takich Wielkich Przedwiecznych Tobie chodziło. Nie załapałem za pierwszym razem :D. U mnie Lovecrafta niet! Przepraszam – nie trawię.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Bardzo, bardzo podobają mi się takie klimaty, gdybym tylko mógł, zgłosiłbym do biblioteki.

Czytając, przypomniało mi się:

Miasto Siedmiu Diabłów oraz Krach Siwej Czapli. Chyba sobie odświeżę :)

 

Masz niezwykły talent do opisywania technicznych rzeczy związanych z maszynami czy bronią, co pomaga Ci tworzyć tak realne historia (post-apo czy wojenne). Ten realizm potrafi dać niesamowitą wiarygodność historii, a złączone z dobrze prowadzoną narracją, płynnymi opisami i ciekawymi postaciami, daje bardzo dobre opowiadanie.

I tak jest w tym przypadku.

Jest krótkie, ale jest tu silny klimat, który pozwala dać czytelnikowi satysfakcję.

Wielkie roboty są, przedwieczni są, choć nie tacy oczywiści.

Dla mnie będzie zgłoszenie do biblioteki.

Pozdrawiam i czekam na więcej takich historii, mogą być też dłuższe ;)

 

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Bardzo mi się :)

Technikalia mnogie, ale nie męczą, co samo w sobie jest dla mnie dużym atutem. Akcja wartka, opisów w sam raz, emocji dużo. Nie wiem jak to hasło konkursowe z Przedwiecznymi zrealizowane, ale hasła mają to do siebie, że można je interpretować na różne sposoby (sam tak robię), natomiast opowiadanie broni się samo.

Daję zdecydowanego klika.

Pozdrawiam

To ja się rozpisywać nie będę, bo chyba wszytsko zostało już powiedziane. Masz umiejętność bardzo obrazowego przedstawiania scen, co już Ci kiedyś napisałem. Technikalia, jakie wplotłeś w opowiadanie nie tylko nie męczyły, ale dodawały wiarygodności przedstawionej przez Ciebie scenie. Bo to scena i to jedyny zarzut jaki można mieć do opowiadania. A chciałbym w tym klimacie nieco więcej, bo mi się podobało :)

Co do Waszej dyskusji ze Światowiderem, to jeśli chodzi o przedwiecznych muszę stanąć po jego stronie. Hastur zrobiłby tam rozpirz lepszy niż wilkołaki ;) Co zaś do samych wilkołaków, to według mnie mogą być przedwiecznymi, bo czemu nie? Idea wilkołaków na przykład w World of Darkness nie zasadza się na jakiejś klątwie, ale robi z nich pierwsze dzieci Gai, obrońców naturalnego porządku świata. Czemu więc i Tobie odmawiać podobnych praktyk? Z drugiej strony mitologia wampirów z WoD też jest daleka od pisdeczek w rurkach, sprawdź sobie na przykład historię klanów Tzimisce, LaSombra, Malkavian albo Nosferatu – zdecydowanie nie są to rzeczy, które estetyką pasowałyby pryszczatym nastolatkom, zafascynowanym tłjlajtami i innymi badziewiami. Więc proszę mię tu wampierzy nie obrażać, bo jeszcze będę musiał jakiegoś Assamitę na Ciebie nasłać ;)

Dobra, bo się rozpisałem, a miało być krótko: bardzo dobre opowiadanie, bardzo ciekawy bohater i niezły świat, taki z grafik Różalskiego, ale też mi się z cyklem “Lewiatan” trochę skojarzył (bo mechy ;)).

Gratsy, świetna robota MbSie drogi :)

 

Poniżej kilka uwag (nie zarzutów):

 

Diesel dudnił nierówno na biegu jałowym, tuż za grodzią przedziału bojowego. Wentylator przestał odciągać dym ze spalonego oleju i tlącej się izolacji. Duszący smród nie tłumił jednak zapachu śmierci, który powoli wypełniał kabinę maszyny bojowej.

Za dużo tej bojowości, ostatnią bym wywalił.

 

Młodszy lejtnant zawył i nie mogąc nawet na chwilę oderwać oczu od koszmarnego widoku, po omacku złapał uchwyt pokrywy włazu nad głową.

Przekreślone do usunięcia, bo niby po co to dookreślać?

 

Za Rodinu! – ryknęli w odpowiedzi i ruszyli!

Ten drugi wykrzyknik jest raczej zbędny w didaskaliach.

 

Kulejący mech ruszył, ciężko utykając w kierunku zbawczego brzegu.

Skoro kulał, to utykał, nie trzeba tego powtarzać, do tego w jednym zdaniu. Do tego co znaczy “ciężko utykając”? Zrobiłbym to tak: Kulejący mech ruszył ciężko w kierunku zbawczego brzegu.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Cześć!

Przepraszam, że odpisuję tak późno i hurtowo, ale pracy dużo, a czasu mało :].

 

Pendrive, o Panie – „Seria z Tygrysem”! Mamy takie same gusta :].

 

Danielu, dzięki:]. Coś pomyślimy z tą dłuższością. Można by to opko przerobić na prolog do większej fabuły. Mam w głowie wstępny koncept: wilkołaki-kozaki, polsko-litwewscy szlachcice zaprzedający duszę diabłu, nieśmiertelny Jarema Wiśnowiecki, demony w husarskich zbrojach kontra armia czerwona :]. Tym razem to my jesteśmy ci źli.

 

Zanais, również dziękuję. Bardzo się cieszę, że już mi się udaje napisać coś technicznie i strawnie jedocześnie ;]. Co do hasła – to po prostu nie załapałem do końca, o jakich Wielkich Przedwiecznych chodziło. Dopiero Światowider mi to uświadomił. Ciekawe jak podejdą do tego Jurki Konkursowe i czy mnie w ogóle nie zdyskwalifikują :P. Zawsze zostanie mi satysfakcja, że się publice podobało.

 

Q, dzięki za wyłapanie baboli. Zgadzam się ze wszystkim, tylko ten właz zostawię. Jak ktoś nie siedział w czołgu, to może nie załapać, a chyba nie wyje to w tekście aż tak bardzo. Reszta w punkt i biorę, jak swoje :D.

Jeśli chodzi o Przedwiecznych, to przyznaję się do ignorancji. Szepczącego w ciemnościach czytałem ponad dwadzieścia lat temu i –  jak pisałem powyżej – nie złapało mnie :/. Rozumiem, że może się podobać i całość twórczości H.P. jest naprawdę bogata i rozbudowana, ale po prostu nie moje bajki :]. World of Darkness nie znam, ale chyba warto się dokształcić :]. Dzięki za polecenie.

I proszę Sodomitów na mnie nie nasyłać :p. Dotarło :D.

 

Pozdrawiam

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Cześć, Morderco!

Chyba pierwszy raz czytam Cię w wydaniu skróconym, tak chodzi tu o szorta. wink I nie wypada to źle, choć trampek też nie urywa. Zacznijmy od pozytywów: świetnie wyważone ekwilibrium opisów technicznych i akcji, przedstawiasz nam niby krótką scenkę, ale zostajemy wciągnięci w żywą, pełnokrwistą wizję świata. Czego mi troszkę zabrakło? Rozwinięcia wątku przedwiecznych istot w stopniu, który byłby nieco mniej pretekstowy. Siejesz ziarno niepewności w stylu lovecrafta, a jakże, i ponieważ wybrałeś sobie formę szorciaka, rzecz spina się z sensem. 

Podsumowując, czy tekst dobrze się czyta? Owszem. Czy założenia zostały zrealizowane? Hm… Spróbuj mnie przekonać, jak to widzisz.

Pozdrawiam

Cześć!

 

Wilkołaki stojące na drodze armii czerwonej, ciekawe. Co więcej, o zgrozo, uzbrojonej w mechy. Ciekawy pomysł na historię alternatywną, zastąpić czołgi mechami i wprowadzić “dodatkowe” stronnictwo, albo takiego asa w rękawie. Hasła konkursowe zrealizowane imho, wszak nikt nie mówił, że przedwieczni nie mogą być wilkostworami i żyć w “Rzeczpospolitej Trojga Narodów” ;-)

Napisane zgrabnie, z militarystycznym zacięciem mam wrażenie. Czytelnik dostaje nawet kilka informacji technicznych o mechach, co moim zdaniem całkiem dodaje klimatu. Jest element fantastyczny. Widzimy całą sytuacje z perspektywy prostego żołnierza, co potęguje atmosferę tajemniczości.

Jeżeli czegoś mi tu zabrakło to większej interakcji z wilkołakami. Nie do końca nawet wiem, jak wyglądają. Liczyłem tez na coś spektakularnego, co towarzyszyłoby wielkim przedwiecznym. Ale każdy ma jakąś tam swoją wizję.

Oraz mam problem z tym zdaniem:

wyglądała jak powierzchnia obcej planety.

Skąd bohater wie (zakładając czerwonoarmistę z okresy 2WŚ) jak wygląda inna planeta?

 

Ale podobało mi się ogólnie, pomysłowa interpretacja i sugestywny opis ofensywy na puste okopy.

3P dla ciebie: Pozdrawiam, Polecam do biblioteki i Powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć Oidrin i Krarze :]

 

Hmm, jakby się tu teraz zgrabnie wytłumaczyć, czemuż to w opowiadaniu o wilkołakach prawie wilkołaków nie widać :]?

Pomysł na fabułę był całkiem prosty – pokazać dosłownie kilka minut z życia zwykłego, szarego żołnierza. Takiego trybiku, który zostaje wrzucony w wir wydarzeń i próbuje utrzymać się na powierzchni. Spróbować oddać emocje – paniczne, zwierzęce przerażenie, mobilizację do walki, wreszcie rezygnację i otępienie, którego nie przezwycięża nawet niespodziewane ocalenie, a potem zupełne załamanie. Taki był wstępny koncept.

Żeby zrobić to wiarygodnie, musiałem przykleić narratora do bohatera i ograniczyć do minimum wszystko, co nie jest z nim bezpośrednio związane. Jedynym przełamaniem jest tu panorama i retrospekcja, które ukazują akcję w szerszym planie. Ale zważcie proszę, że dzieje się to tylko w momentach względnego bezpieczeństwa. Gdy pojawia się pokiereszowany mech z czymś, co niesie ze sobą zagrożenie, narracja znowu przechodzi na widzenie tunelowe.

Dzięki temu akcja jest bardziej nerwowa, szarpana i skupiona na detalach (niewypał, iskry, kurek rewolweru, pazury), a czytelnik sam, w swojej własnej głowie, zaczyna tworzyć obrazy najstraszliwszych potworów, z którymi mierzy się bohater. Dzięki temu, że nie podałem ich wyglądu na tacy, każdy może sobie je wyobrazić po swojemu. I dla każdego będą straszne w inny sposób.

Najbardziej boimy się nieznanego :D. Stare powiedzenie “nie taki wilk straszny, jak go malują” – nawet się zastanawiałem nad takim tytułem.

Tak rozumiem Przedwiecznych  – jako tajemnicę, zbyt potężną, by ją poznać, a do tego mającą nad nami niepomierną przewagę, pierwotną siłę, której nie jesteśmy w stanie nic przeciwstawić, bo nawet potężne maszyny – wytwory naszych rąk i umysłów – muszą przed nią paść na kolana :D. 

 

Oraz mam problem z tym zdaniem:

wyglądała jak powierzchnia obcej planety.

Skąd bohater wie (zakładając czerwonoarmistę z okresy 2WŚ) jak wygląda inna planeta?

Oj, w punkt! Masz rację – nie pomyślałem o tym. Raczej mało prawdopodobne :]. 

 

Dzięki i pozdrawiam :]

M.

 

 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

"Przez kłęby dymu"

Podwójna spacja.

 

 

Dobrze napisane, sprawnie, czuć bitwę.

Ale jest i ale.

Końcówka – wszyscy rozpierzchają w popłochu, a w finalnej scenie nagle znajduje się zorganizowana, niespanikowana grupa. Co samo w sobie dałoby się obronić przy odpowiednim opisie, ale nie gdy wygląda na to, że prowadzący tę grupę nie zdradza ani krztyny zdenerwowania. W dodatku wygląda to tak, jakby ta grupa czekała zaraz obok mecha, nieruszani przez wilkołaki. I co więcej – ta grupa najwidoczniej wiedziała, że żołnierzowi w środku się udało w walce z wilkołakiem. Ot, raz dwa. Znaczy jasne – przez szyby mogli widzieć. Ale przecie nie stali i patrzyli, gdy dookoła biegały potwory, co nie?

Czytało się dobrze, ale ten finał zbyt uproszczony, czegoś w nim brakło właśnie pod kątem “technicznego” uzasadnienia tego, co się stało.

 

Cześć Wilku,

Dzięki za wskazanie babola – poprawione :]. 

 

Przyznam szczerze, że trochę jestem zaskoczony Twoim odbiorem zakończenia. Spróbuję się pokrętnie wytłumaczyć :D.

 

wszyscy rozpierzchają w popłochu, a w finalnej scenie nagle znajduje się zorganizowana, niespanikowana grupa.

W tekście nie ma mowy o żadnej zorganizowanej grupie i żadnym liderze. Cały czas są niewielkie grupki żołnierzy uciekających w kierunku zbawczego brzegu.

Mech rozbija się na plaży, zaraz przy nich:

Nagłe uderzenie zachwiało mechem. Maszyna, wybita z równowagi w pół kroku, zaryła tępym pyskiem w piach szerokiej plaży.

Potem następuje atak wilkołaka, który przez dach próbuje się dostać się do środka. Zważ proszę, że nie ma słowa o innych stworach w tym miejscu. Chwilę wcześniej panikę żołnierzy stłoczonych na plaży wywołuje pojawienie się ciężkiego mecha atakowanego przez kilka potworów. Jednego Dima skosił z serią z dt, drugiego ranił, trzeci i czwarty zaatakowały później, na plaży. Reszta nie dotarła jeszcze poza ścianę lasu. 

Grupa żołnierzy, która uratowała Dimę też robi to chaotycznie:

Oprzytomniał od razu, gdy usłyszał wściekły ryk. Dookoła odezwała się nieskładna palba z karabinów, która jednak zaraz ustąpiła wrzaskowi przerażonych żołnierzy.

Ta palba w domyśle wyeliminowała trzeciego wilkołaka, ale żołnierze nie mieli już odwagi, by stawić czoła czwartemu. Dopiero, gdy zobaczyli, że ostatni padł – do mecha wsadził tylko łeb i ramiona, a reszta ciała została na zewnątrz – ktoś ruszył, by otworzyć właz i sprawdzić, kto go zastrzelił i ich uratował. Zważ proszę, że stało się to też po dobrej chwili – Dima zdołał się odsunąć łeb bestii, odczołgać na bok i skulić w kącie. 

Taki był mój zamysł :D Czytelnik miał zobaczyć tylko to, co mógł zobaczyć bohater. Chaos, brak rozeznania w szerszej perspektywie, subiektywna ocena sytuacji, działanie na granicy (a nawet poza granicą :] ) paniki. Przy działaniu pod ogromną presją, przy traumie, przerażeniu, adrenalina wybija instynkty i aplikuje tzw. widzenie tunelowe. Dlatego nie pokazuję szerszego planu w zakończeniu i nie tłumaczę jasno co, jak i kiedy. 

 

pozdrawiam

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Zorganizowana, nie znaczy że sformalizowany oddział. Jeden typ wskazuje ty rób to, ty tamto, ludzie robią – to jest forma organizacji ;) Ale ogólnie ja zwyczajnie widzę tu chaos bitewny, w trakcie którego nagle następuje uporządkowanie. Co jest możliwe, ale tu się dzieje w taki sposób, że tego “nie czuję”. Za to “czuję” jakby to nastąpiło zbyt szybko względem wyjaśnienia – bo na zewnątrz żeby ktoś zauważył nagle oklapnięte ciało, wyłapał kilku żołnierzy, a wcześniej jeszcze upewnił się, że nie ma kolejnych wilkołaków (warunki raczej nie sprzyjały szybkiemu upewnieniu ile z nich skosili inni i czy nie ma kolejnych)… :-)

Fajne, z reguły odbijam się od wojskowych technikaliów, ale muszę przyznać, że udało Ci się tak opisać bitwę, że czytałam z autentycznym zainteresowaniem. Na koniec to chyba młodszy lejtnant cholerne szczęście miał. Nie dość że mech mu się wyglebił w odpowiednim miejscu i czasie, to jeszcze akurat transport podpłynął ;) Choć z drugiej strony nie wiem, czy może liczyć na nagrodę, u sowietów to raczej czapy by była ;)

Trochę niedosyt mam, bo to tylko scenka z życia żołnierza, a ja bym chciała więcej.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć Irko,

 

Trochę niedosyt mam, bo to tylko scenka z życia żołnierza, a ja bym chciała więcej.

I właśnie takie komentarze sprawiają, że micha mi się uśmiecha :D. Gdy czytelnicy czują niedosyt, wiem, że jest dobrze napisane.

Już mi się wykluwa kolejna opowieść w tym anturażu – tym razem o samotnym ułanie. Powinienem skończyć przez święta. 

 

pozdrawiam

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Cześć, Mor­der­co­Bez­Ser­ca.

 

Nie­zwy­kle dy­na­micz­na i ob­ra­zo­wa scen­a budzi we mnie mie­sza­ne uczu­cia. Z jed­nej stro­ny prze­czy­ta­łem z przy­jem­no­ścią, ale z dru­giej nie wiem, co o tej hi­sto­rii my­śleć. Wła­ści­wie, to nic mi nie przy­cho­dzi na myśl. Młod­szy lejt­nant Di­mitr Ga­zni­cow dzię­ki swo­jej spraw­no­ści i du­że­mu szczę­ściu uszedł z ży­ciem, a przy oka­zji – nie będąc tego świa­do­my – zo­stał bo­ha­te­rem prze­gra­nej bitwy. Tyle za­pa­mię­ta­łem, choć muszę przy­znać, że w atrak­cyj­nych ob­ra­zach. Jed­nak nie zo­sta­nie to ze mną na długo.

Dodam jesz­cze, że za­bra­kło mi ja­kich­kol­wiek in­for­ma­cji o świe­cie i wy­ja­śnie­nia prze­kra­cza­ją­cej moją wy­obraź­nie wojny.

 

Po­zdra­wiam, Pop Lab.

Dodam jeszcze, że zabrakło mi jakichkolwiek informacji o świecie i wyjaśnienia przekraczającej moją wyobraźnie wojny.

Pozwolisz, Pop, że odpowiem za autora? I tak nie do końca odpowiem, ale po wyobrażenia o świecie i wojnie, pozwolę sobie odesłać Cię do grafik Jakuba Różalskiego :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Niektóre całkiem ładne, ale nie wiem w jaki sposób miałyby mi wytłumaczyć, dlaczego Armia Czerwona dysponuje taką technologią i dlaczego toczy się wojna z wilkołakami? No i skąd te wilkołaki? )) Czym jest Rzeczypospolita Trojga Narodów? Czy to jakaś restauracja/kontynuacja Unii hadziackiej? Czy nowy twór powstały z połączenia Polski-Białorusi/Litwy-Ukrainy. A może zupełnie coś innego. I znowu pytanie, skąd tu czerwonoarmiści?

Autor zawarł mnóstwo obrazowych scenek i bardzo mi się one podobały. Szczególne techniczne smaczki.

Nie znam ani twórczości Lovecrafta, ani Rafała Dębskiego, ani wspomnianych w przedmowie opowiadań, więc świat jest dla mnie obcy. Pewnie musiałbym wiele nadrobić, żeby się dokopać do jego fundamentów.

Wiedziałem, żeby przeczytać Kowala, ale odstraszyła mnie długość opowiadania… Cóż, jutro też jest dzień. ))

Pozdrawiam.

Dzięki Q :D. 

Dokładnie o to chodziło – po prostu jestem zbyt leniwy, żeby wymyśleć coś oryginalnego i szukam inspiracji w twórczości innych :P. A Jakub Różalski jest po prostu niesamowity. Nie wiem, jak mu się te kabelki w głowie poplątały, że mu wyobraźnia rodzi takie obrazy! Każdy kolejny lepszy od poprzedniego. 

 

Moje opowiadanie nie jest fabularną kalką z żadnej z jego grafik. Z tego co kojarzę chyba nie było obrazu o wilkołakach walczących z mechami :/. Przynajmniej ja nie widziałem. U Dębskiego też nie – tam jest XVII w. 

Tą Rzeczpospolitą Trojga Narodów otwarłem sobie furtkę do poprowadzenia tej fabuły trochę dalej. Właśnie pracuję nad dłuższym opo, [może minipowieścią :P?] w tych realiach. Szpony mogłyby być bardzo fajnym prologiem.

 

Pop Lab – w każdym razie, trzymam za słowo odnośnie ew. bety :P. Pomysł już mam i jak się ogarnę to wrzucę na betalistę.

 

pozdrawiam

M. 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Z chęcią zobaczę, jak łączysz wilkołaki, podrasowanych czerwonoarmistów i Rzeczpospolitą Trojga Narodów w logiczną całość. A jeśli zrobisz to równie atrakcyjnie, to beta będzie przyjemnością. Choć czuję pewne obawy, ponieważ mam ograniczoną tolerancję fantastyki, a powyższe połączenie przyprawia mnie o zawrót głowy. W każdym razie, ogarniaj się i wrzucaj, będzie ciekawie. ))

Młodszy lejtnant Dimitr Gaznicow wył ze strachu w ciasnej kabinie. Poharatany BM-7 pędził przez gęsty las, co rusz potykając się i gubiąc rytm. Lewa łapa utknęła w wykrocie. Mech zaczepił bokiem o smukłą sosnę. Pień trzasnął jak zapałka, ale odbił go z powrotem na właściwy kurs. Dima skontrował, pozwolił maszynie odzyskać równowagę i wydusił z silnika ostatnie rezerwy mocy. Pojazd wypadł spomiędzy drzew i pognał w dół zbocza, byle szybciej, byle dalej od lasu.

Bardzo ładny, dynamiczny opis sytuacyjny. 

 

gruzy umocnień wrogiej linii obrony.

Niby stworzona do obrony, ale strasznie wroga ta linia. 

 

rzygnęła strumieniem pocisków

Fajne sformułowanie. 

 

Bardzo dobrze napisany tekst. Czyta się płynnie, ani razu nie natrafiłem na załamanie rytmu. Wszystko jest przy tym zrozumiałe, zdanie pięknie zszyte, opisy bardzo obrazowe (aż mógłbym uwierzyć, że się na tych mechach dobrze znasz, tak sprawnie operujesz technikaliami) a i pomysł ciekawy wielce (choć wykorzystuje motyw, który – wydaje mi się – przejdzie niedługo do klasyki polskiej fantasy podobnie jak smutni, wiedzminowaci malkontenci wymachujący mieczem tj. mechy + wojny dwydziestowieczne), wszystko tak dopracowane, że prawie można przeoczyć fakt, jak mało fabuły jest w samej fabule i jak mało rozterek bohatera pierwszoplanowego na pierwszym planie. 

Czarujesz nas warsztatem i świetnym ukazaniem ucieczki z pola bitwy, ale czy czarujesz na tyle, by nie zauważyć, że w sumie nie ma historii w tej historii? Szczerze, to sam nie wiem, jestem rozdarty. 

 

Cześć.

Dzięki za komentarz :D. 

Szczerze, to sam nie wiem, jestem rozdarty. 

Nic sobie proszę nie rozdzierać, bo nie ma o co :P. Sam bez bicia się przyznaję, że to miała być popisówka warsztatowa, o ile mogę to tak nieskromnie określić. Miało być szybko, płynnie, dynamicznie i mam nadzieję – ciekawie. Fabuła: tylko tyle, ile niezbędne. Bohater: ledwie zarysowany. Akcja uber alles :D. 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Nie znam powieści Dębskiego, więc nie mogę ocenić, na ile znacząca jest inspiracja, a ile wniosłeś od siebie.

Jak lubię militarną fantastykę, tak pierwszy długi opis mnie przytłoczył, a potem – cóż, potem jest taka fantastyka spod znaku Fabryki Słów, poprawna, ale jak dla mnie nieporywająca. No i fabularnie czytelnik pozostaje z niedosytem, bo to sprawia wrażenie części wyrwanej z większej całości.

Czyta się ok.

http://altronapoleone.home.blog

Większość czytelników docenia militaria i szybką akcję, a mnie się spodobał bohater i zupełnie nie przeszkadza długość opowiadania, to znaczy, krótkość. Dima został nakreślony przekonująco, z krwi i kości, z bardzo prawdziwymi uczuciami.

Natomiast zgubiłam się trochę w rozkładzie bitwy, ilu sołdatów, gdzie i pod czyim dowództwem, a przeczytawszy Twoje wyjaśnienia, dalej pozostałam zgubiona.

Podobało mi się, bo lubię krótsze teksty.

Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka