- Opowiadanie: Jim - Taniec miłości i pogardy

Taniec miłości i pogardy

Z wiel­ką obawą i po­ko­rą, ale za­ra­zem z przy­jem­no­ścią i na­dzie­ją od­da­ję w Pań­stwa ręce pu­bli­ka­cję, przed­sta­wia­ją­cą tłu­ma­cze­nie nie­wiel­kie­go utwo­ru li­te­ra­tu­ry nad­deń­skiej pt. Ta­niec mi­ło­ści i po­gar­dy.
Tłu­ma­cze­nie to nie uj­rza­ło­by nigdy świa­tła dzien­ne­go, bez udzia­łu moich dro­gich współ­pra­cow­ni­ków.
W pierw­szej ko­lej­no­ści chciał­bym tu po­dzię­ko­wać li­gwi­stycz­nej za­awan­so­wa­nej sztucz­nej in­te­li­gen­cji okre­śla­nej skró­tem As Y-Lu­m98. Bez jej przy­ja­znych bitów, nie­moż­li­wa by­ła­by ja­ka­kol­wiek praca na ma­te­ria­le źró­dło­wym, a także ścię­cie utwo­ru do ram ob­ję­to­ścio­wych ak­cep­to­wal­nych przez współ­cze­sne­go czy­tel­ni­ka.
Od sa­me­go po­cząt­ku w pra­cach nad ko­lej­ny­mi od­sło­na­mi tek­stu (było ich w sumie 5 głów­nych i kil­ka­dzie­siąt po­mniej­szych), uczest­ni­czył znany po­dróż­nik, ba­dacz i poeta - Ge­ki­ka­ra. Bez jego rad i wska­zó­wek - jak wy­do­być z hi­sto­rii to, co w niej naj­waż­niej­sze - nie miał­bym szans nadać ca­ło­ści od­po­wied­niej dra­ma­tur­gii, do któ­rej my, lu­dzie je­ste­śmy przy­zwy­cza­je­ni.
Ni­czym jed­nak by­ła­by stro­na ję­zy­ko­wa i dra­ma­tur­gicz­na, gdy­bym zbłą­dził w nad­de­no­lo­gii. Tutaj z po­mo­cą przy­szedł pro­fe­sor B. Ase­ment­Key, po­wszech­nie uzna­wa­ny au­to­ry­tet w spra­wach świa­ta Hy­dros. To on do­ra­dzał mi w wielu trud­nych spra­wach do­ty­czą­cych eko­no­mii, tech­no­lo­gii i hi­sto­rii.
Pew­nie nawet praca tylu wszech­świa­to­wej sławy spe­cja­li­stów na nic by się zdała, gdy­bym le­piej nie zro­zu­miał psy­cho­lo­gii i emo­cjo­nal­no­ści nad­den. Tutaj nie­za­stą­pio­ną po­mo­cą była wni­kli­wa i wy­trwa­ła ba­dacz­ka zwy­cza­jów, ry­tu­ałów i za­cho­wań pani pro­fe­sor eg­zop­sy­cho­lo­gii, Mo­ni­que.M.
Jed­nak nawet tak wzbo­ga­co­ne tłu­ma­cze­nie mo­gło­by w dal­szym ciągu być nie­zro­zu­mia­łe, gdyby nie kon­sul­ta­cje naj­lep­sze­go współ­cze­sne­go spe­cja­li­sty od trans­kryp­cji i trans­la­cji kul­tu­ro­wej - ucho­dzą­ce­go za guru trans­kul­tu­ro­lo­gów - pro­fe­so­ra Ś. Wia­to­wi­dra.
Wresz­cie - gdyby nie od­da­na spra­wie po­praw­no­ści i ogól­nej "faj­no­ści" tek­stu Anet - czy­ta­ło­by się to dzie­ło dużo, dużo go­rzej.
Dzię­ku­ję Wam wszyst­kim!
Mam na­dzie­ję, że czy­tel­nik do­ce­ni nasz wspól­ny trud i wy­ba­czy mi wiele uprosz­czeń w opi­sie świa­ta Hy­dros, któ­rych do­ko­na­łem, by uczy­nić go bar­dziej ludz­kim i zro­zu­mia­łym. W po­przed­niej wer­sji tego wpro­wa­dze­nia pi­sa­łem też jesz­cze o kon­kret­nych de­cy­zjach, jakie pod­ją­łem (na przy­kład o skró­ce­niu nazw wła­snych, czy imion bo­ha­te­rów), jed­nak teraz ośmie­lę się te wy­ja­śnie­nia i uspra­wie­dli­wie­nia odło­żyć do czasu ewen­tu­al­nej dys­ku­sji już pod tek­stem.
Po tych przy­dłu­gich po­dzię­ko­wa­niach i przed­mo­wie, bez dal­szych wstę­pów, za­pra­szam już Pań­stwa do lek­tu­ry „Ta­ńca mi­ło­ści i po­gar­dy”.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Taniec miłości i pogardy

Czuję, że nasz czas się koń­czy. Sanie pod­ska­ku­ją. Zer­kam za sie­bie. Myśl gna ku pro­roc­twu. Jak to było? Bez­wod­ny ob­szar. Śmierć i znisz­cze­nie.

Rzu­cam okiem na Rarę, która po­wo­zi za­przę­giem. Na panią Ko­ra­lis, jej ob­li­cze biel­sze od śnie­gu, ledwo się uno­szą­cą w od­de­chu pierś, na od­bi­cie sza­re­go nieba w krysz­ta­ło­wej łzie na­szyj­ni­ka. Znów pa­trzę za sie­bie.

– Szyb­ciej, Raro! – na­ka­zu­ję. Rara za­ci­na batem. Płozy na­po­ty­ka­ją nie­rów­ność. Ko­le­bie.

– Szyb­ciej!

Pa­trzę na dło­nie. Lewą bez­ro­zum­nie mnę karty. Prawa drży. Szko­da, że nie je­stem choć tro­chę jak pani. Mądra. Oczy­ta­na. Zna­ją­ca ję­zy­ki. Znam jeden. Nasz. A i w nim brak mi słów. Ale przy­szedł czas… Czas, gdy skrom­na przy­bocz­na na­wi­re­ny Ko­ra­lis musi opo­wie­dzieć los wiel­kich tego świa­ta. Nikt inny prze­cież nie może.

 

* * *

 

Był to dziw­ny rok, znaki na pły­ci­znach i w głę­bi­nach zwia­sto­wa­ły klę­ski i nad­zwy­czaj­ne zda­rze­nia. Drża­ło dno oce­anu. Wstrzą­sy bu­rzy­ły wodę, po samą po­wierzch­nię. Wzno­si­ły po­tęż­ne fale. Wy­wo­ły­wa­ły wiry. Wul­kan w oko­li­cach Kiru, śpią­cy przez setki lat, zbu­dził się, po­mru­ki­wał i gro­ził. W Głę­bi­nie Kwia­tów uro­dził się del­fin z dwie­ma gło­wa­mi, w po­łu­dnio­wych pro­win­cjach umie­ra­ły rafy ko­ra­lo­we, na La­zu­ro­wych Pły­tach pasma pnąży rosły na opak, zie­lo­ną czę­ścią w dół, a w sto­li­cy, Perle w Perle, na szczy­cie ko­pu­ły po­ja­wił się grzyb o kształ­cie grobu.

Gdy wszy­scy zwra­ca­li oczy ku Dzi­kim Wodom, skąd spo­dzie­wa­no się nie­bez­pie­czeń­stwa, od­wie­dzi­ły­śmy tam­tej­sze świą­ty­nie. Pani szu­ka­ła naj­star­szych za­pi­sów pro­roctw. Po mie­sią­cach badań, z wiel­kim sto­sem no­ta­tek odpłynęły­śmy do sto­li­cy. Po­mię­dzy za­pi­ska­mi wier­sze Ko­ra­lis. Za­pa­mię­ta­łam jeden:

 

Już nie miesz­ka śpiew twój we mnie

błę­kit­ne słoń­ca oko nie spo­zie­ra

szu­kam bla­sku twego nada­rem­nie

żaden pro­mień nie do­cie­ra

 

W sto­licz­nej bi­blio­te­ce upły­wa­ły nam całe dnie. Pró­bo­wa­łam prze­ko­ny­wać, byśmy wyj­rza­ły spo­mię­dzy ksiąg i zo­ba­czy­ły pa­ra­dę rap­ta­rii z oka­zji Świę­ta Barw.

– Nono, prze­cież ty się boisz try­to­nów!

– Tak, pani, boję. Ale… – za­jąk­nę­łam się.

– Ale co?

– Rap­ta­re­ny są pięk­ne! Te ich lśnią­ce ladry! Ko­lo­ro­we kro­pie­rze!

– Tu masz opra­co­wa­nie o rap­ta­re­nach. A tam atlas zwie­rząt, po so­fij­sku, ale też są ob­raz­ki.

Zo­sta­ły­śmy w kra­inie liter. Kie­dyś pani nie przepu­ści­ła­by oka­zji, by zo­ba­czyć rap­ta­rię i jej do­wód­cę, be­la­ru­sa Emeta. Dłu­gie hap­ty­ny Ko­ra­lis pra­co­wa­ła przy pul­pi­cie, a ja pły­wa­łam mię­dzy re­ga­ła­mi, zmie­nia­łam świe­ce ma­gne­zjo­we i przy­no­si­łam żą­da­ne pisma. Ry­so­wa­ła do­kład­nie li­te­ry, gdy książ­ki były w in­nych ję­zy­kach. Wra­ca­łam wła­śnie z na­rę­czem cięż­kich wo­lu­mi­nów, gdy wpły­nę­ła Au­ro­ris.

Star­sza sio­stra Ko­ra­lis miała pra­wie dwa razy więk­sze od niej płe­twy, dłuż­szy ogon i peł­niej­sze pier­si. Pięk­na, dumna i wład­cza. Za to jej przy­bocz­na, Kuno, była szka­rad­na.

– Co cię spro­wa­dza, sio­stro? – spy­ta­ła pani. – Pa­ra­da się skoń­czy­ła?

– Po­trze­bu­ję cię. Udzie­lisz nam po­łą­cze­nia?

Ko­ra­lis z im­pe­tem odło­ży­ła księ­gę. Prąd po­de­rwał z pul­pi­tu parę kar­tek, prze­wró­cił bar­wi­dło. Pod­pły­nę­łam po­sprzą­tać ten ba­ła­gan.

– Ja? Czemu ja?

– Je­steś na­wi­re­ną.

Ko­ra­lis przy­gry­zła wargę. Mil­cze­nie prze­dłu­ża­ło się. Au­ro­ris od­gar­nę­ła włosy. Ja­sno­żół­te, fa­lu­ją­ce pasma od­sło­ni­ły na mo­ment drga­ją­ce mię­śnie karku, pul­su­ją­ce tęt­ni­ce na szyi. Bałam się, że użyje daru głosu. Za­miast tego wy­sy­cza­ła:

– Nie za­cho­wuj się jak na­ry­bek!

Pani prze­krzy­wi­ła głowę. Dia­dem na­wi­re­ny za­lśnił na jej czar­nych wło­sach.

– Wiesz, co dzi­siaj od­kry­łam? Jeśli nawet po­mi­nie­my, od­bie­ga­ją­cą bar­dzo mocno wer­sję al­gij­ską, zo­sta­ją trzy różne tłu­ma­cze­nia księ­gi Janis i pro­roc­twa Azu­na­ris. Koń­ców­ka prze­po­wied­ni brzmi:

 

i tak oto zro­dzi się z gnie­wu od­wiecz­nej Irais,

jej współ­ist­na córka, wcie­lo­na Ne­me­zis,

by po pra­wi­cy matki są­dzić ży­wych i umar­łych

 

Wer­sja so­fij­skiej nic nie mówi o „współ­ist­no­ści”. Obie sta­wia­ją Ne­me­zis po­ni­żej Irais, be­lij­ska na od­wrót…

– Nie zmie­niaj te­ma­tu. Zo­staw te teo­lo­gicz­ne roz­wa­ża­nia dla swych na­wi­nor, na­wi­re­no.

Ko­ra­lis mil­cza­ła. Au­ro­ris po­ło­ży­ła rękę na ra­mie­niu siostry:

– Prze­stań roz­dra­py­wać stare rany. Emet był z tobą. Też mi z tym trud­no. Bez prze­rwy bę­dzie nas po­rów­ny­wał. Ale je­ste­śmy ro­dzi­ną, praw­da? Prze­stań o nim my­śleć, jak o…

Ko­ra­lis strą­ci­ła rękę sio­stry:

– Wy­rzu­ci­łam go ze swo­ich myśli, gdy wró­ci­łaś z be­lij­skiej aka­de­mii wo­jen­nej. Skre­śli­łam pierw­szą li­te­rę imie­nia. Zo­sta­ło Met, co po gno­zyj­sku ozna­cza „Śmierć”. Emet dla mnie umarł.

– Ścią­gniesz nie­szczę­ście!

Do sali wpły­nę­ła młoda no­ro­da. Wy­ha­mo­wa­ła bar­dziej wy­rzu­tem ra­mion niż płetw, jed­no­cze­śnie gnąc się w ukło­nie.

– Gi­ga­re­na prosi do sie­bie. Przy­szły wie­ści z Dzi­kich Wód.

 

* * *

 

Nasza gi­ga­re­na, mając po pra­wi­cy Au­ro­ris, a po le­wi­cy Ko­ra­lis, udzie­li­ła au­dien­cji po­sel­stwu ce­sar­stwa Bel­lis.

Bel­li­sy prze­pły­nę­ły szpa­le­rem utwo­rzo­nym przez naj­do­stoj­niej­sze na­wi­no­ry, le­ga­ti­sy i be­la­re­ny kró­le­stwa. Po­słan­ki po­kło­ni­ły się dum­nie, otwie­ra­jąc in­kru­sto­wa­ny zło­tem, pla­ty­ną i szyl­kre­tem kufer. Z pod­świe­tlo­ne­go ma­gne­zjo­wy­mi lamp­ka­mi wnę­trza unio­sły się bą­bel­ki po­wie­trza, od­sła­nia­jąc bo­gac­twa: szaty utka­ne z cien­kie­go i prze­zro­czy­ste­go jak pa­ra­sol me­du­zy dno­wa­biu, wy­sa­dza­na dro­gi­mi ka­mie­nia­mi broń, opra­wia­ne re­ki­nią skórą księ­gi.

– Przed­wiecz­na Ne­me­zis, w swej wspa­nia­ło­myśl­no­ści śle dary, bo wiele sły­sza­ła o twej mą­dro­ści i po­boż­no­ści.

Po­słan­ka wy­ję­ła z kufra szatę.

– Oto suk­nia przy­mie­rza. Czer­wień sym­bo­li­zu­je pra­sta­ry klan Bel­lis, od któ­re­go nazwę wzię­ło nasze ce­sar­stwo. Czerń gor­se­tu jest sym­bo­lem bo­gi­ni Ne­me­zis. Fio­le­to­wo­czer­wo­ne sy­be­ry­ty, czar­ne mo­rio­ny i ciem­no­bur­gun­do­we agaty mówią o na­szych pod­sta­wo­wych war­to­ściach: wie­rze, po­słu­szeń­stwie i wier­no­ści. A tu dary dla twych córek. Dla wa­lecz­nej be­la­do­ry Au­ro­ris, sza­bla, na któ­rej rę­ko­je­ści poza aga­ta­mi, są rów­nież ru­bi­ny, sym­bo­li­zu­ją­ce od­wa­gę. Pa­sto­rał dla na­wi­re­ny Ko­ra­lis. Wy­ko­na­ny z czar­nych kości den­ni­ka, zdo­bio­ny bry­lan­to­wy­mi czasz­ka­mi.

Gi­ga­re­na na­ka­za­ła ode­brać dary, dała ręką znak i wnie­sio­no per­ło­wą skrzy­nię:

– Prze­każ­cie mój skrom­ny po­da­rek dla gi­ga­re­ny Ne­me­zis. Ob­ręcz ogo­no­wa stu dia­men­tów. Utka­na z ty­ta­no­wej sieci. Niech przy­jaźń rów­nie mocna jak ta sieć, na za­wsze trwa po­mię­dzy Ar­ka­dis i Bel­lis. Niech kwit­nie han­del i pokój.

Po zwy­cza­jo­wej wy­mia­nie grzecz­no­ścio­wych zwro­tów, Bel­li­sy prze­szły do rze­czy:

– Bo­gi­ni, niech bę­dzie bło­go­sła­wio­ny jej ma­je­stat, wzywa cię pani, byś ofi­cjal­nie uzna­ła Ne­me­zis za naj­wyż­szą bo­gi­nię kró­le­stwa Ar­ka­dis. A gdy to zro­bisz, naj­święt­sza Ne­me­zis dar ma dla cie­bie jesz­cze jeden, dar nie­zwy­kły: uzna cię za swoją córkę i na­miest­nicz­kę pro­win­cji Ar­ka­dis.

Za­pa­dła cisza. Au­ro­ris spur­pu­ro­wia­ła. Ko­ra­lis po­bla­dła. Try­to­ni za­ci­snę­li moc­niej dło­nie na trój­zę­bach.

Stara gi­ga­re­na za­cho­wa­ła spo­kój.

– Rzek­nij­cie wa­szej pani, że za dary dzię­ku­ję. Ale na­miest­nic­twa pro­win­cji Ar­ka­dis nie może mi ofia­ro­wać. Ar­ka­dis jest nie­za­leż­nym kró­le­stwem, a nie pro­win­cją. Je­stem gi­ga­re­ną. Nie na­miest­nicz­ką.

– Uznaj Ne­me­zis za Bo­gi­nię, złóż ofia­ry na jej cześć i nakaż lu­do­wi wie­rzyć w nią, a nasza mi­ło­sier­na pani ła­ska­wym okiem spoj­rzy na Ar­ka­dis. Zo­sta­wi ci tytuł gi­ga­re­ny, jeśli mo­dlić się bę­dziesz od­po­wied­nio żar­li­wie.

– Mamy wła­sną wiarę, w któ­rej naj­wyż­szą bo­gi­nią jest Vi­ta­lis, a nie Irais i jej córka, Ne­me­zis. Nie na­rzu­ca­my wiary pod­da­nym. Wol­ność jest pra­wem Ar­ka­dii. W tym, wol­ność wy­zna­nia.

Po­słan­ka pod­pły­nę­ła gwał­tow­nie ku górze, zmarsz­czy­ła brwi.

– Zważ swoje słowa, dumna gi­ga­re­no! – Wznio­sła pra­wi­cę, roz­ca­pie­rzo­ne szpo­ny na­głym ru­chem zwi­nę­ła w pięść – Nasze armie bez trudu zgnio­tą twe nie­licz­ne woj­ska. Nie chcesz chyba do­pro­wa­dzić do wojny?!

– Jak sądzę, Ne­me­zis rów­nież wojny nie pra­gnie. Prze­każ jej moje słowa i dary i za­pew­nij ją o przy­jaź­ni.

– Prze­ka­żę. Nie spo­dzie­waj się, że Bo­gi­ni bę­dzie li­to­ści­wa!

 

* * *

 

I tak się za­czę­ła wojna, któ­rej nie mo­gły­śmy wy­grać.

Siły Bel­lis bez trudu zdo­by­ły gra­nicz­ne mia­sta i pły­nę­ły na sto­li­cę. Do­wo­dzi­ła nimi Rap­tis, zwana krwa­wą. Na dro­dze do Perły za­trzy­mać je mogły dwie twier­dze – sil­nie umoc­nio­ny Kir i Głę­bi­na Kwia­tów.

Woda pod ko­pu­łą Perły w Perle za­ro­iła się od woj­ska i cy­wi­li, wy­peł­ni­ła bul­go­tem pław­nych pę­che­rzy, chrzę­stem zę­ba­tych kół, szczę­kiem oręża i po­krzy­ki­wa­nia­mi do­wód­czyń. Zwo­żo­no za­pa­sy żyw­no­ści, amu­ni­cji i ma­gne­zjum. Przed­mie­ścia za­tęt­ni­ły ko­lo­ra­mi – zło­ci­sty­mi sztan­da­ra­mi, wie­lo­barw­ny­mi kro­pie­rza­mi rap­ta­re­nów, ciem­no­gra­na­to­wy­mi zbro­ja­mi try­to­nów. Szla­ki u skle­pie­nia ko­pu­ły za­lśni­ły srebr­ny­mi tar­cza­mi świą­tyn­nych straż­ni­czek, bą­bla­mi wy­py­cha­nych na po­wierzch­nię gro­mo­mio­tów, bań­ka­mi sieci za­po­ro­wych. Wokół uno­si­ła się woń nad­cią­ga­ją­cej wojny – słony za­pach ty­się­cy opan­ce­rzo­nych try­to­nów, smród ma­szyn obron­nych i kwa­śno-słod­ki aro­mat za­kon­ser­wo­wa­nej żyw­no­ści. Staj­nie rap­ta­re­nów roz­war­ły fa­li­ste dachy, zgłęb­ni­ki pra­co­wa­ły pełną parą, oksy­re­nia roz­bi­ja­ły wodę na wy­bu­cho­we gazy. Senne za­zwy­czaj sącz­nie mie­li­ły wodę wszyst­ki­mi si­ta­mi, elek­trow­nie bu­cza­ły prze­cią­żo­ne. Chóry ka­płań­skie wzno­si­ły modły a jak wie­dzia­łam od pani, nie­wi­docz­ne dla mnie linie splen­do­ru, te­no­ru i eteru spo­wi­­ły cia­sny­mi splo­ta­mi mia­sto. Nad ze­wnętrz­ną, trze­cią ko­pu­łą uwi­ja­ły się ty­sią­ce sub­ren, wzno­sząc pan­cer­ny klosz.

Bel­la­do­ra Au­ro­ris w gra­na­to­wym do­lma­nie ze zło­tym sza­me­run­kiem po­chy­la­ła się nad mapą. Linki sza­me­run­ku na biu­ście na­pi­na­ły się groź­nie, jakby miały zaraz pęk­nąć. Jasne włosy tań­czy­ły wokół niej w nie­ła­dzie. Obok be­la­do­ry uno­si­ły się le­ga­ti­sy szta­bu i be­la­rus Emet. Szczę­kę miał kwa­dra­to­wą, z wy­su­nię­tym pod­bród­kiem, spoj­rze­nie prze­szy­wa­ją­ce, a w oczach mrok. Ciem­ne, gęste brwi. Płe­twy po­tęż­ne, ogon lśnią­cy i mocny. Odzia­ny był w zbro­ję pa­rad­ną, w tym samym od­cie­niu gra­na­tu, co mun­dur Au­ro­ris, la­mo­wa­ną zło­ty­mi pa­sma­mi.

Au­ro­ris wska­za­ła szpo­nem fi­gur­ki na mapie.

– Bel­la­do­ra Rap­tis ścią­ga cięż­ki sprzęt. Kiru szyb­ko nie zdo­bę­dą, pew­nie Rap­tis go obej­dzie i ruszy na Głę­bi­nę Kwia­tów. Le­ga­ti­sa Schy­lo­sis za­stą­pi jej drogę, a jeśli to nie po­mo­że, za­mknie się w mie­ście. Le­ga­ti­sa Oirer­lis ma zbyt mało sił, by przyjść z od­sie­czą, skupi się więc na opóź­nia­niu.

– Mu­si­my ude­rzyć na linie do­sy­ło­we Rap­tis. – Za­pro­po­no­wa­ła Mo­ra­is, naj­star­sza z le­ga­tis.

– Nie – od­par­ła twar­do Au­ro­ris. – Rap­tis na to czeka. Jest jak stara, cwana ośmior­ni­ca. Jedną macką owija Kir, dwoma sięga Głę­bi­ny Kwia­tów, pięć trzy­ma w po­go­to­wiu.

– Jeśli Rap­tis omi­nie Kir, bę­dzie w pu­łap­ce. Kir z jed­nej stro­ny – Mo­ra­is stuk­nę­ła szpo­nem w ikonę twier­dzy na mapie – Głę­bi­na Kwia­tów z dru­giej, po bo­kach pola pnąży. Bę­dzie­my ją kąsać, aż się wy­krwa­wi, zła­pa­na w klesz­cze.

– Nie. Rap­tis zdo­bę­dzie Głę­bi­nę Kwia­tów. Nie cof­nie się. Po­zna­łam ją w cza­sie nauki w aka­de­mii. Jest upar­ta. Am­bit­na.

– I okrut­na. Mó­wisz kró­lew­no, jak­byś ją po­dzi­wia­ła.

– Tak. Po­nie­kąd po­dzi­wiam. Nie prze­gra­ła żad­nej bitwy.

– Co więc pro­po­nu­jesz? – spy­ta­ła Mo­ra­is.

– Ude­rzyć w serce. W Ne­me­zis!

Mo­ra­is żach­nę­ła się:

– Do­pie­ro co mó­wi­łaś, że nie mamy szans z Rap­tis, a chcesz się mie­rzyć z Ne­me­zis? Jak chcesz po­ko­nać od­dzie­la­ją­ce ją od nas licz­ne gar­ni­zo­ny i ol­brzy­mią połać oce­anu?

Wspar­ła ją inna stara le­ga­ti­sa, Kon­gwa­is:

– Nikt nie może sobie ot tak, po pro­stu, wpły­nąć na teren Bel­lis i zabić im gi­ga­re­nę!

– To nie­moż­li­we! – po­par­ła inna z le­ga­tis.

Au­ro­ris ucię­ła rumor ude­rze­niem ogona w po­sadz­kę. Krzyk­nę­ła:

– Dość!

Ła­god­niej już do­da­ła:

– Wpły­nąć na ob­szar Bel­lis się nie da. Ale można tam… wje­chać. – Wska­za­ła szary ob­szar na mapie.

– Lo­dow­cem? – obu­rzy­ła się Mo­ra­is – To obłęd! Za­mar­z­nie­my!

Czoło Au­ro­ris prze­ora­ła bruz­da. Brwi się ścią­gnę­ły. Zna­łam tę minę. Za­sło­ni­łam twarz w oba­wie, że ude­rzy darem głosu. Miast tego ła­god­nym tonem spy­ta­ła:

– Be­la­ru­sie Eme­cie, mógł­byś?

Ton, któ­rym mówił Emet, bar­dziej ba­so­wy niż resz­ty try­to­nów, teraz stał się jesz­cze głęb­szy i niż­szy. Opo­wia­dał o tru­dach jazdy przez śnież­ną kra­inę. O zim­nie. Od­wod­nie­niu.

– Nor­di­sy wy­ho­do­wa­ły spe­cjal­ny ga­tu­nek rap­ta­re­nów. Na­zy­wa­no je nor­ta­re­ma­mi – Wrzu­cił do mie­dzia­ne­go wy­świe­tla­cza odro­bi­nę ma­gne­zjum i oczom ze­bra­nych uka­zał się obraz zwie­rzę­cia – Są mniej­sze i mają szczyp­ce nie­wie­le więk­sze niż mój tułów. Za to od­nó­ża krocz­ne są moc­niej­sze i wy­trzy­mal­sze. Po­ru­szają się po lą­dzie czy lo­dzie szyb­ciej od więk­szych krew­nia­ków.

Omó­wił bu­do­wę sań. Potem po­ka­zał hełm:

– To za­sło­na na twarz. Kon­cha ogrze­wa po­wie­trze po­bie­ra­ne zza ple­ców. Te ka­wał­ki skóry i fu­trza­ny wyłóg izo­lu­ją. Po­dob­ne są zbro­je. Nieco pę­ka­te, ale cie­płe.

Wtem wpły­nę­ła zdy­sza­na młoda dy­ro­da. Za­trzy­ma­ła się, wa­ha­jąc, czy pły­nąć dalej. Au­ro­ris zmarsz­czy­ła brwi:

– Ku­szi­lis! Jakie wie­ści?

– Złe, bel­la­do­ro.

– Co się stało? Mów!

– Kir… wzię­ty!

 

* * *

 

Ko­ra­lis odło­ży­ła księ­gę i pa­trząc mi pro­sto w oczy po­wie­dzia­ła:

– Po­pły­niesz do mojej sio­stry. Muszę się z nią spo­tkać. Bez świad­ków. Cze­kaj! Prze­bierz się za zwy­kłą sub­re­nę. Nie spiesz się. Płyń po­wo­li. Po­kręć się po obo­zie. Po­słu­chaj, co sub­re­ny i no­ro­dy ga­da­ją. O czym dys­ku­tu­ją dy­ro­dy. Chcę wie­dzieć, co ocean szep­ce, nim wy­peł­znie­my na lód.

– Ro­zu­miem, pani.

– Dam ci list. Jeśli by ktoś był z Au­ro­ris, po­wiesz, żeby prze­czy­ta­ła jak bę­dzie sama.

– Tak, pani.

Pły­wa­łam więc bez celu. Byłam jak lu­stro­ry­ba. Od­bi­ja­łam w sobie życie obozu, nie­zau­wa­żo­na, nie­waż­na. Zbie­ra­łam plot­ki. Ale naj­bar­dziej za­nie­po­ko­iło mnie, co zo­ba­czy­łam w kwa­te­rze Au­ro­ris.

Wra­ca­jąc, ukła­da­łam w gło­wie, jak mam to po­wie­dzieć.

– Nono, kiedy sio­stra bę­dzie miała czas się spo­tkać?

– Nie wiem, pani. Prze­ka­za­łam jej list, bo ktoś z nią był.

– Kto?

Za­wa­ha­łam się.

– No mów, kto!

– Be­la­rus Emet.

Ko­ra­lis za­śmia­ła się krót­ko.

– Moja ko­cha­na Nono. Tak o mnie dbasz. – Po­gła­dzi­ła mnie po twa­rzy, po czym się od­wró­ci­ła i znad książ­ki po­wie­dzia­ła szyb­ko – Mo­głaś przy nim mówić. Au­ro­ris nie ma przed nim ta­jem­nic. Opo­wia­daj, czego do­wie­dzia­łaś się po dro­dze.

– Nikt, nawet dy­ro­dy, nie wie czemu pły­nie­my tak da­le­ko na pół­noc.

– To do­brze. Trze­ba utrzy­mać ta­jem­ni­cę jak naj­dłu­żej.

– Snują naj­róż­niej­sze przy­pusz­cze­nia. Że Au­ro­ris chce ude­rzyć na Oy­ster­burg. Że chce znisz­czyć pną­żo­wi­ska Bel­lis. Albo wpaść na Dzi­kie Wody od stro­ny pół­noc­nej, wy­ko­rzy­stu­jąc szyb­ki prąd za­to­ko­wy. Od­ciąć Rap­tis od za­opa­trze­nia. Że to wszyst­ko zmył­ka i nasza druga, tajna armia szy­ku­je się by odbić Kir, a my za­wró­cimy by pomóc sto­li­cy.

– Im wię­cej wer­sji tym le­piej. Nie ma prze­cie­ków. Prze­pra­wa przez lo­do­wiec, tak sza­lo­na i ab­sur­dal­na, żad­nej nie przyj­dzie do głowy.

– Po­ja­wia­ją się też inne plot­ki. Że Ne­me­zis na­praw­dę jest Bo­gi­nią. I że walka prze­ciw niej nie ma sensu. Że opór jest świę­to­kradz­twem. Że po­win­ny­śmy zło­żyć broń i się pod­po­rząd­ko­wać.

Ko­ra­lis za­sę­pi­ła się. Spy­ta­ła gniew­nie:

– Kto tak mówi? Sub­re­ny?

Po­krę­ci­łam prze­czą­co głową:

– Nie. Sub­re­ny naj­mniej. No­ro­dy czę­sto. Ale naj­wię­cej dy­ro­dy.

Ko­ra­lis scho­wa­ła twarz w dło­niach. Mil­cza­ła. Od­gar­nę­ła gwał­tow­nie włosy, po­pra­wi­ła dia­dem i spy­ta­ła:

– Które dy­ro­dy?

– Prak­tycz­nie każda mó­wi­ła to samo. Jakby nie wie­rzy­ły w po­wo­dze­nie.

– Dzię­ku­ję, Nono, prze­bierz się i zrób listę tych dyrod.

– Tak, pani… Jest jesz­cze coś.

– Tak?

– Coś po­dej­rza­ne­go. Co wi­dzia­łam u Au­ro­ris.

– Byli sple­ce­ni? Może bel­la­do­ra się nie po­win­na afi­szo­wać, ale ja jej tego nie po­wiem.

– Byli sple­ce­ni, jak pod­czas tańca go­do­we­go. Stra­że mnie wpu­ści­ły, mimo że pew­nie nie po­win­ny. Byli bar­dzo sobą za­ję­ci. Pły­wa­łam dłuż­szą chwi­lę nim się ośmie­li­łam ode­zwać. Wi­dzia­łam u Au­ro­ris na pul­pi­cie z ma­pa­mi książ­kę.

– Rze­czy­wi­ście nie­zwy­kłe! Moja sio­stra bar­dzo rzad­ko czyta – za­chi­cho­ta­ła – Pew­nie o tech­ni­ce ob­lęż­ni­czej albo o prze­pra­wie przez lo­do­wiec? Za­pa­mię­ta­łaś tytuł?

– Tak, „Se­kre­ty cyklu płcio­we­go nad­den”.

– O! Jak miło. Moje tłu­ma­cze­nie z so­fij­skie­go. Dałam jej pierw­szy eg­zem­plarz. To cię tak za­nie­po­ko­iło?

– Nie, pani. Z książ­ki wy­sta­wał list. Wi­dzia­łam parę ostat­nich li­ni­jek i za­ma­szy­sty pod­pis. Udało mi się przyj­rzeć na tyle, by po­wtó­rzyć parę razy w myśli i za­pa­mię­tać.

– No i?

– Tam było na­pi­sa­ne:

 

(…) roz­waż moją pro­po­zy­cję. Teraz, gdy Twoja matka po­pa­dła w sza­leń­stwo, je­steś je­dy­ną na­dzie­ją dla swo­je­go ludu,

po­zdra­wiam,

 

Twoja naj­szczer­sza przy­ja­ciół­ka

 

Rap­tis

 

* * *

 

Moja pani nie ufała już bel­la­do­rze. Pró­bo­wa­łam po­sił­ków nim Ko­ra­lis po nie się­gnę­ła. Teraz roz­ka­za­ła Rarze, sub­re­nie ze stra­ży świą­tyn­nej, która peł­ni­ła u nas funk­cję woź­ni­cy, spraw­dzać je przede mną.

– Nie mogę cię stra­cić, Nono. Nie znio­sła­bym two­jej śmier­ci – wy­zna­ła mi w pew­nym mo­men­cie.

Ko­ra­lis była prze­ko­na­na, że ktoś ją śle­dzi.

– Cią­gle wi­du­ję w po­bli­żu sub­re­ny tej samej ikry co Au­ro­ris. Uwa­żaj.

Po­dwo­iła li­czeb­ność gwar­dii przy­bocz­nej, a resz­cie stra­ży świą­tyn­nej na­ka­za­ła trzy­mać się z dala od wojsk świec­kich. W cza­sie po­sto­jów two­rzy­ły­śmy osob­ny, wa­row­ny obóz.

Je­de­na­ste­go wie­czo­ra wy­peł­zły­śmy na lód. Try­to­ni roz­pa­li­li ogni­ska. Wy­mie­sza­li się z dy­ro­da­mi i no­ro­da­mi, i grali na lut­niach. Ofi­ce­ro­wie – na har­fach. Sub­re­ny trzy­ma­ły się z dala, na obrze­żach obozu. Je­dy­nie przy­bocz­ne miały szan­sę po­słu­chać pie­śni. Pani rzu­ci­ła na cały obóz aurę roz­grze­wa­ją­cą i ochron­ną.

Peł­zły­śmy ku ogni­sku, wokół któ­re­go sku­pi­ły się le­ga­ti­sy i naj­wyż­sze ka­płan­ki – na­wi­no­ry. Młody try­ton śpie­wał o losie We­la­nis.

 

Pięk­na We­la­nis się nie spo­dzie­wa­ła,

Że nie uj­dzie żywo z tej po­tycz­ki,

Że zdra­da przyj­dzie od sio­strzycz­ki,

Którą naj­bar­dziej uko­cha­ła

 

Drgnę­łam na przy­po­mnie­nie krwa­wej hi­sto­rii. Spy­ta­łam pani:

– Jak sio­stra mogła zabić sio­strę?

– Py­tasz o We­la­nis?

– Tak.

– Czę­sto zdra­da przy­cho­dzi z naj­mniej spo­dzia­nej stro­ny – wy­ja­śni­ła. – Azu­na­ris zo­sta­ła zdra­dzo­na przez ulu­bio­ną uczen­ni­cę. Sio­stra We­la­nis nade wszyst­ko po­żą­da­ła wła­dzy. To Emet gra? Po­słu­chaj­my.

Pani uni­ka­ła Emeta, ale chyba bar­dziej niż jego, chcia­ła unik­nąć nie­wy­god­ne­go te­ma­tu. Dy­ro­dy lekko dy­sząc, gro­ma­dzi­ły się wokół har­fia­rza.

– Drań – szep­nę­ła do mnie Ko­ra­lis – wplótł tony pie­śni go­do­wej!

Mnie zew do ni­cze­go nie wzy­wał, więc mo­głam go słu­chać w spo­ko­ju. Try­ton grał i śpie­wał pięk­nie. Smut­no. Dy­ro­dy sku­pia­ły się coraz bli­żej i bli­żej. Pierw­sza się otrzą­snę­ła Au­ro­ris. Odła­ma­ła ka­wa­łek lodu i rzu­ci­ła nim w try­to­na:

– Prze­stań!

Emet uśmiech­nął się krzy­wo i burk­nął:

– Prze­pra­szam. Tak mi się za­gra­ło. Harfa źle na­stro­jo­na.

Pod­jął nową, we­so­łą pieśń.

– Tak to mo­żesz nam grać, graj­ku! – śmia­ła się Kon­gwa­is, wznosząc ręce i wy­bi­ja­jąc rytm.

Emet za­grał ko­lej­ną pieśń, po czym odło­żył harfę i zro­bił miej­sce jed­ne­mu ze swo­ich ofi­ce­rów, który za­in­to­no­wał hu­mo­ry­stycz­ną przy­śpiew­kę. Ko­ra­lis chwy­ci­ła mnie za rękę, wbi­ja­jąc bo­le­śnie szpo­ny i za­wró­ci­ła w kie­run­ku na­mio­tu. Try­ton nas do­go­nił.

– Za­cze­kaj, kró­lew­no!

Ko­ra­lis pu­ści­ła moją rękę i od­wró­ci­ła się.

– Czego chcesz, be­la­ru­sie?

– Ostat­nio mnie uni­kasz.

– Twoje od­dzia­ły po­trze­bu­ją mo­dli­tew­ne­go wspar­cia? Za­klę­cia roz­grze­wa­ją­ce­go?

Za­dar­łam głowę. Pa­trząc z dołu, jak Emet i Ko­ra­lis mie­rzy­li się spoj­rze­nia­mi, przy­szło mi do głowy, że są jak dwa dumne i gniew­ne po­są­gi. Ko­ra­lis miała ścią­gnię­te brwi, wy­so­ko unie­sio­ne czoło, które roz­świe­tlał dia­dem na­wi­re­ny. Po twa­rzy Emeta, ocie­nio­nej i jakby wy­ku­tej w skale, nie prze­bie­gał żaden ruch, je­dy­nie pod­bró­dek się na­prę­żał, a oczy zda­wa­ły się ciem­niej­sze niż za­zwy­czaj.

Czy Emet wie o ko­re­spon­den­cji z Rap­tis? Ale prze­cież mu­siał wie­dzieć! Więc i on był w spi­sku!

– Ta wy­pra­wa przy­nie­sie nam nie­śmier­tel­ność.

– Albo śmierć.

– Będą o nas śpie­wać pie­śni.

Spoj­rzał ku ogni­sku:

– Nie takie jak ta. Wiel­kie, epic­kie po­ema­ty. Po­wta­rza­ne długo po tym, gdy nasze kości roz­sy­pią się w pył. Czyż to nie jest pięk­ne, Ko­ra­lis?

– Czego chcesz?

– Chcę, byś trzy­ma­ła się bli­sko sio­stry.

Ko­ra­lis po­krę­ci­ła głową.

– Nie­moż­li­we. Ale ty mo­żesz.

Emet od­wró­cił się po­wo­li i wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu:

– Sły­sza­łem, jak skra­casz moje imię. Wierz mi, będę z nią do samej śmier­ci.

– To bądź. I broń jej przed śmier­cią jak naj­dłu­żej.

Kuno, przy­bocz­na Au­ro­ris szturch­nę­ła mnie w żebro.

– Co się ga­pisz, Nono?

Nie wiem, skąd się wzię­ła tak nagle.

– Szla­chet­na bel­la­do­ra Au­ro­ris, prosi was do na­mio­tu do­wo­dze­nia.

Emet szep­nął na tyle gło­śno, że każda z nas usły­sza­ła:

– Cza­sem śmierć jest bramą do nie­śmier­tel­no­ści.

 

 

* * *

 

 

Na na­ra­dzie cze­ka­no tylko na nas. Au­ro­ris, nie zwle­ka­jąc, wska­za­ła na mapę:

– Ran­kiem każda z ko­lumn wy­ru­szy swoim szla­kiem. Emet z rap­ta­rią przo­dem. Kon­gwa­is pój­dzie szla­kiem wschod­nim, Mo­ra­is za­chod­nim, ja z sio­strą środ­ko­wym. Po­łą­czy­my się, scho­dząc z lodu do oce­anu.

– Bel­la­do­ro – za­czę­ła Mo­ra­is – jeśli masz rację, że Ne­me­zis za­czę­ła tańce go­do­we i strze­że ją parę ty­się­cy kar­sen, nie po­trze­bu­jesz całej armii. Po­zwól za­brać moje od­dzia­ły i ru­szyć na pomoc sto­li­cy.

– Nie, Mo­ra­is. Po dru­giej stro­nie lodu każda sza­bla bę­dzie po­trzeb­na. Emet wy­słał już try­to­nów na prze­tar­cie szla­ku. Spiesz­my się, by zdą­żyć zabić Ne­me­zis, nim sto­li­ca pad­nie.

– Wiesz, jak szyb­ko wzię­ty zo­stał Kir. Bez po­mo­cy sto­li­ca bę­dzie się bro­nić nie­wie­le dłu­żej. Po­zwól po­pły­nąć na od­siecz.

– Nie.

– Prze­bi­ję się do mia­sta i prze­ko­nam gi­ga­re­nę, by je opu­ści­ła!

– Moja matka nie bę­dzie się chcia­ła ra­to­wać, jeśli Perła pad­nie. Je­dy­na szan­sa to droga przez lód!

– Obłęd zwiesz szan­są? Zgi­nie­my! Za­miast wal­czyć! Za­miast bro­nić tego, co ważne! Miej li­tość cho­ciaż dla swo­jej ro­dzi­ciel­ki!

– To nie jest świat dla sta­rych dyrod! Jeśli się boisz lo­dow­ca, ode­ślę cię na tyły. Samą. Bez od­dzia­łów.

Stara le­ga­ti­sa mil­cza­ła. Na jej twa­rzy drga­ły wszyst­kie mię­śnie. My­śla­łam, że krzyk­nie coś teraz. Że wy­buch­nie. Ale miast z gnie­wem, od­po­wie­dzia­ła ża­ło­snym tonem:

– Nie boję się lo­dow­ca! A głu­piej śmier­ci całej armii. Armii, któ­rej można użyć do obro­ny!

Au­ro­ris zni­ży­ła głos do szep­tu, który prze­szedł w syk:

– Je­steś ze mną albo prze­ciw mnie!

Mo­ra­is spu­ści­ła głowę:

– Je­stem z tobą, pani.

– Idź teraz od­pocz­nij, wcze­snym ran­kiem wy­ru­sza­my. Ty, tak samo, Ko­ra­lis.

 

* * *

 

Mróz nie oszczę­dzał ni­ko­go. Mimo roz­pa­la­nych ogni, na­mio­tów i roz­grze­wa­ją­cych za­klęć, każ­de­go ranka znaj­dy­wa­ły­śmy kilka ciał przy­tu­lo­nych do sie­bie za­mar­z­nię­tych sub­ren. Cza­sem i któ­raś z norod nie do­trwa­ła świtu. Dy­ro­dy trzy­ma­ły się do­brze, ale nie­któ­re po­odm­ra­ża­ły sobie palce lub płe­twy. Z da­le­ka od ognisk, mróz wy­ci­skał z nas ostat­ki cie­pła. Gdy ku­li­ły­śmy się bli­sko ognia, na ple­cach czuć było dotyk zimna. Nawet gdy wtu­la­ły­śmy się w sie­bie w na­mio­tach, prze­ni­kał nas do szpi­ku kości chłód.

Chłód pa­no­wał też po­mię­dzy sio­stra­mi. Zresz­tą nie tylko mię­dzy nimi.

Au­ro­ris za­rzą­dzi­ła ciszę w ete­rze. Łącz­ność z ko­lum­na­mi Kon­gwa­is i Mo­ra­is utrzy­mywano przy po­mo­cy mar­swal­lo­wek – nie­wiel­kich ptasz­ków, zwa­nych sio­stra­mi burzy. Po­tra­fi­ły latać w bar­dzo złych wa­run­kach, za­ata­ko­wa­ne uży­wa­ły mocy pio­ru­nów prze­ciw na­past­ni­ko­wi.

Wśród sub­ren za­czę­ły­śmy na­zy­wać tę pocz­tę „fru­wa­ją­cą ża­ło­bą”. Z re­gu­ły przy­no­si­ła wie­ści, ile na­szych z ko­lum­ny Mo­ra­is albo Kon­gwa­is za­mar­z­ło lub zmar­ło z od­wod­nie­nia.

Trze­cie­go dnia zła­pa­ła nas burza śnież­na. Gdzieś w górze, wśród fio­le­to­we­go bla­sku, zde­rza­ły się z hu­kiem chmu­ry. W lo­do­wiec biły trój­zę­by bły­ska­wic. Trwoż­li­wie od­li­cza­łam czas mię­dzy bły­skiem i gro­mem. Ścia­na śnie­gu na­pie­ra­ła na nas z każ­dej stro­ny. Zro­bi­ło się ciem­no. Wzno­si­łam modły do wszyst­kich bogiń. Chwy­ci­łam panią roz­pacz­li­wie za rękę. Przy­tu­li­ła mnie.

Gdy w końcu burza mi­nę­ła i zna­la­zły­śmy miej­sce, gdzie można się schro­nić na noc­leg, do­li­czy­ły­śmy się po­ło­wy sań. Zbłą­ka­ne zjeż­dża­ły przez całą noc. Część nie do­tar­ła. Pod­no­si­ły się coraz gło­śniej­sze gło­sy, że wy­pra­wa jest zbio­ro­wym sa­mo­bój­stwem.

Pokrę­ci­łam się po obo­zo­wi­sku, po czym przy­nio­słam te wie­ści mojej pani. Ko­ra­lis sie­dzia­ła za­sę­pio­na nad księ­gą, twarz miała scho­wa­ną w dło­niach. Nie czy­ta­ła. Mia­łam wra­że­nie, że pani kłóci się z kimś za murem po­wiek. Przez jej lica prze­bie­gały jakby dresz­cze. Za­nie­po­ko­iłam się. Może była chora?

– A co, jeśli te wszyst­kie nie­za­do­wo­lo­ne mówią praw­dę? Jak są­dzisz, Nono? Co, jeśli Mo­ra­is ma rację?

– Nie wiem, pani.

– Ty nigdy nic nie wiesz!

– Prze­pra­szam.

Się­gnę­ła po lu­ster­ko. Po­pra­wi­ła dia­dem. Przy­glą­da­ła się kol­czy­kom.

– Nie, Nono. To ja prze­pra­szam. Co ty mo­żesz o tym wszyst­kim wie­dzieć? Au­ro­ris chce nas zgu­bić. Emet wie, ale nie zdra­dzi uko­cha­nej. Wy­sła­ła go przo­dem. To może być szer­szy spi­sek. Nie! To musi być szer­szy spi­sek. Kto jesz­cze? Kogo wta­jem­ni­czy­ła?

Odło­ży­ła lu­ster­ko tak gwał­tow­nie, że my­śla­łam, że je zbije.

– Wy­pra­wa przez lód! By zabić Ne­me­zis! Byłam sza­lo­na, że uwie­rzy­łam. Jak na­ry­bek! Wszyst­ko przez to, że każdy prze­by­ty gul­rok przy­bli­żał mnie do mo­je­go wła­sne­go ma­rze­nia!

Do na­mio­tu wsu­nę­ła się Rara:

– Pani, sio­stra wzywa cię do sie­bie.

– Przy­szy­kuj mnie, Nono. A ty Raro, za­alar­muj straż świą­tyn­ną. Na­pi­szę wam in­struk­cje, co robić, gdy­bym długo nie wra­ca­ła.

 

* * *

 

Do na­mio­tu bel­la­do­ry przy­by­ły­śmy hep­ty­nę póź­niej. Po­dob­nie jak wcze­śniej Ko­ra­lis z Eme­tem, tak teraz sio­stry, wy­pro­sto­wa­ne, ni­czym gniew­ne po­są­gi, wal­czy­ły na spoj­rze­nia wy­so­ko nad moją głową. Au­ro­ris, wyż­sza o dwie dło­nie, spy­ta­ła pod­nie­sio­nym tonem:

– Trzy­masz się osob­no. Jest jakiś mur mię­dzy nami. Co się stało?

– Je­stem zmę­czo­na. Jak wszy­scy.

Au­ro­ris pa­trza­ła na Ko­ra­lis długo. Po czym wy­bu­chnęła gnie­wem:

– Cho­dzi o Emeta, tak? Je­steś aż tak za­zdro­sna?!

– Nie je­stem za­zdro­sna!

– Kła­miesz!

Ko­ra­lis nic nie od­po­wie­dzia­ła. Wspar­ła się moc­niej na pa­sto­ra­le. Przy­mknę­ła oczy. Po­chy­li­ła. Au­ro­ris wy­ma­chu­jąc rę­ka­mi pod­peł­zła do niej i za­czę­ła szar­pać moją panią za ra­mio­na. Nie wie­dzia­łam, co mam zro­bić.

– Nie je­steś za­zdro­sna? Więc, o co ci cho­dzi? Czemu nie je­ste­śmy sobie bli­skie jak daw­niej? Czemu mi nie ufasz? Od­po­wia­daj! – Szar­pa­ła ją coraz moc­niej – Od­po­wia­daj!

– Co mam ci od­po­wie­dzieć?

– Czemu się tak za­cho­wu­jesz?

– A ty?

– Co ja?

– Czemu ko­re­spon­du­jesz z Rap­tis?

Au­ro­ris pu­ści­ła panią gwał­tow­nie, od­wró­ci­ła się i za­toczyła się w wiel­kim wzbu­rze­niu w głąb na­mio­tu.

– A, więc o to ci cho­dzi. Ko­re­spon­du­ję z Rap­tis! Ko­re­spon­du­ję! Ha!

Au­ro­ris zła­pa­ła na­szyj­nik i wy­cią­gnę­ła spo­mię­dzy pier­si bo­ga­to zdo­bio­ny klucz. Po­chy­li­ła się nad nie­wiel­ką szka­tuł­ką. Zamek szczęk­nął. Wy­ję­ła ze środ­ka kilka kar­tek. Ci­snę­ła nimi w Ko­ra­lis.

– Masz. Czy­taj. Czy­taj! Ko­re­spon­du­ję? Dobre sobie!

Ko­ra­lis schy­li­ła się po roz­rzu­co­ne kart­ki.

– Aż sześć li­stów?

– Sześć. Zo­bacz ostat­ni. Jest naj­cie­kaw­szy. No czy­taj! Czy­taj na głos!

 

Bel­la­do­ra Rap­tis do bel­la­do­ry Au­ro­ris

 

Moja droga, jak wi­dzisz, nie zraża mnie, że nie ra­czysz od­po­wia­dać na listy. I tak wiem do­brze, co się u Cie­bie dzie­je. Do­no­szą mi re­gu­lar­nie. Można więc po­wie­dzieć, moja przy­ja­ciół­ko, że je­stem bli­żej Cie­bie, niż my­ślisz.

Jesz­cze nie jest za późno, by prze­rwać tę wojnę.

Pi­sa­łam Ci, jakim smut­kiem na­peł­nił mnie fakt, że mu­sia­łam wa­lecz­ną le­ga­ti­sę Schy­lo­sis wydać na mękę, czu­łam się, jakby to moje ciało szar­pa­no, moje płe­twy ła­ma­no, moje pier­si wy­ry­wa­no. I wszyst­ko dla­cze­go? Bo w głu­pim upo­rze nie po­tra­fi­ła uznać ce­sa­rzo­wej za Bo­gi­nię!

Bła­gam Cię, nie idź śla­dem le­ga­ti­sy. Złóż broń, pod­daj się, a wsta­wię się u Bo­gi­ni, by po zdo­by­ciu Perły w Perle, nie tylko da­ro­wa­ła Ci życie, ale by uczy­ni­ła Cię na­miest­nicz­ką.

A może my­ślisz, że nie wiem, że zmie­rzasz na pół­noc? Że nie wiem, po co? Nad­de­ny od­da­ne Bo­gi­ni można zna­leźć wszę­dzie, nawet w Two­jej armii. Wiem wszyst­ko o każ­dym Twoim ruchu. Wy­prze­dzam Cię o dwa kroki. Zmie­rzasz w pu­łap­kę, którą sama na sie­bie za­sta­wi­łaś. Jeśli bła­gam Cię, byś się opa­mię­ta­ła, to je­dy­nie z sym­pa­tii, którą do Cie­bie żywię. Jesz­cze nie jest za późno! Złóż broń!

Jeśli nie my­ślisz o sobie, po­myśl, o pod­da­nych. Prze­rwij­my krwa­wą jatkę! Dla­te­go bła­gam, roz­waż moją pro­po­zy­cję. Teraz, gdy Twoja matka po­pa­dła w sza­leń­stwo, je­steś je­dy­ną na­dzie­ją dla swo­je­go ludu,

po­zdra­wiam,

 

Twoja naj­szczer­sza przy­ja­ciół­ka

 

Rap­tis

 

Ko­ra­lis prze­sta­ła czy­tać i prze­glą­da­ła po­zo­sta­łe kart­ki.

– Nie wiem, ile ona wie – po­wie­dzia­ła Au­ro­ris – listy znaj­du­ję w dziw­nych miej­scach. Oto­czo­ne je­ste­śmy przez szpie­gów i zdraj­czynie. Na szczę­ście, nie mają jak do­nieść, co się dzie­je, odkąd ogło­si­łam ciszę w ete­rze. Teraz, każde splą­ta­nie eteru jest wi­docz­ne. Każde drgnię­cie splen­do­ru i te­no­ru jest po­dej­rza­ne. Zresz­tą, ty wiesz to naj­le­piej.

– Nie od­pi­sy­wa­łaś jej?

– A ty byś od­pi­sa­ła?

Twarz mojej pani na prze­mian pur­pu­ro­wia­ła i ble­dła.

– Odłą­czę się jutro, w po­ło­wie dnia. Muszę zna­leźć gro­bo­wiec Azu­na­ris.

– Wiesz, że po­trze­bu­ję każ­dej sza­bli! Także two­ich. I two­ich mo­dlitw i za­klęć.

– Całe życie szu­ka­łam, a teraz mam oka­zję od­na­leźć. Udo­wod­nić, że Ne­me­zis żadną bo­gi­nią nie jest.

– Gdy obe­tnę jej głowę, nikt ją już za bo­gi­nię nie weź­mie. Jedź dalej z nami. Nie wiesz nawet, gdzie do­kład­nie jest ten gro­bo­wiec.

– Nie wiem.

Au­ro­ris wy­bu­chnęła gnie­wem:

– Po co go szu­kać, Ko­ra­lis? Mo­żesz zgi­nąć wśród śnie­gu i zimna, kości, le­gend, za­pi­sów pro­roctw. Co jeśli je­dy­ne co tam czeka, to śmierć?

– Oręż­nie sta­wisz czoła naj­gor­sze­mu złu na­szych cza­sów, a o mnie się oba­wiasz?

Au­ro­ris znów chwy­ci­ła ją za ra­mio­na:

– O nas obie. Mu­si­my się trzy­mać razem. Pro­si­łam Emeta, by cię do tego prze­ko­nał. Roz­ma­wiał z tobą, praw­da? Czuję, że gdy odłą­czysz, już się nie zo­ba­czy­my. Wszę­dzie czai się zguba.

– Są za­da­nia, które le­piej pod­jąć niż od­rzu­cić, choć­by u ich kresu cze­ka­ła zguba.

Au­ro­ris usia­dła przy pul­pi­cie z ma­pa­mi. Teraz to Ko­ra­lis nad nią gó­ro­wa­ła.

– Ko­ra­lis, pro­szę… czemu chcesz tak ry­zy­ko­wać? Liczą się czyny, a nie słowa prze­po­wied­ni!

– Nie, sio­stro, czyny się nie liczą, lecz myśli.

– Ty i twoje mą­dro­ści! Tylko dzia­ła­nie ma zna­cze­nie. Za­bi­ję Ne­me­zis i zmie­nię wszyst­ko. Wszyst­ko, ro­zu­miesz? Myśli rów­nież. Ne­me­zis już my­śleć nie bę­dzie.

Ko­ra­lis uśmiech­nę­ła się lekko.

– Nie znasz po­tę­gi wiary. One wie­rzą, że Ne­me­zis jest Bo­gi­nią.

– Gdy ją za­bi­ję, za­bi­ję i wiarę w nią.

– A co jeśli nie prze­sta­ną wie­rzyć?

– Jakie to bę­dzie miało zna­cze­nie? Po­ćwiar­tu­ję ciało i dam jej wła­snym re­ki­nom do po­żar­cia. By nie mogła zmar­twych­wstać!

– A gdy ktoś powie, że po trzech dniach Ne­me­zis po­wró­ci­ła?

Bel­la­do­ra wal­nę­ła ręką w sto­lik. Że­to­ny od­dzia­łów roz­pry­sły się na wszyst­kie stro­ny.

– Prze­cież to bę­dzie kłam­stwo!

Ko­ra­lis usia­dła obok Au­ro­ris. Schy­li­ła się po czar­ne serce sym­bo­li­zu­ją­ce Ne­me­zis i po­ło­ży­ła je z po­wro­tem na mapie.

– Praw­dzi­wość bóstw we­ry­fi­ku­je wiara wy­znaw­ców. Nic wię­cej. Fakty mogą być zu­peł­nie inne. Wiara ma swoją praw­dę, nie­za­leż­ną od rze­czy­wi­sto­ści.

Au­ro­ris się­gnę­ła po resz­tę że­to­nów i oto­czy­ła nimi sym­bol bel­lij­skiej ce­sa­rzo­wej.

– Pa­mię­tasz, czego na­ucza Hi­sto­ria Pod­wod­na? – spy­ta­ła Au­ro­ris, szcze­rząc kły w nie­we­so­łym uśmie­chu.

Ko­ra­lis od­po­wie­dzia­ła takim samym, smut­nym uśmie­chem.

– Nasza ulu­bio­na pieśń dzie­ciń­stwa. „Na­ucza wy­trwa­łych, jak tu żyć żeby zgnić”.

– Tak. – Au­ro­ris długo wpa­try­wa­ła się w sio­strę, po czym po­wie­dzia­ła – I oba­wiam się, dal­sze­go ciągu!

– To zna­czy?

– Że cały sens znowu wklęsł!

Ro­ze­śmia­ły się. Przy­tu­li­ły. Że­to­ny znów po­spa­da­ły ze stołu.

 

* * *

Po­szu­ki­wa­nia były żmud­ne, ale cie­ka­wiły mnie te obce bu­dow­le.

– Po co na da­chach te rury?

– Nie wiem, Nono, nie umiem wy­my­ślić dla nich żad­ne­go po­żyt­ku.

Błą­ka­ły­śmy się po sa­lach i ko­ry­ta­rzach, szu­ka­jąc drogi wśród ko­lum­nad, por­ty­ków i po­mo­stów. Peł­zać przez te złomy mar­mu­ru, lodu i ba­zal­tu, nie było wcale ła­twe. Już w pierw­szych ru­inach pod trze­ma sub­re­na­mi za­rwa­ła się po­sadz­ka. Ru­nę­ły w bez­den­ną prze­paść.

Pani od­pra­wi­ła ob­rzą­dek ża­łob­ny i długo kar­mi­ła nas sło­wa­mi księ­gi. Potem śmierć w me­cha­nicz­nej pu­łap­ce po­nio­sła no­ro­da z chóru. Czte­ry sub­re­ny zgi­nę­ły pod zwa­lo­nym ka­wał­kiem ścia­ny. Sama Ko­ra­lis była za­gro­żo­na, gdy osu­nę­ły się pod jej cię­ża­rem przę­sła po­mo­stu.

Ce­re­mo­nie się sta­wa­ły krót­sze. Moja cie­ka­wość osty­gła, za­stą­pi­ły ją strach i znie­chę­ce­nie.

– Czemu szu­ka­my wśród śnie­gów, pani? – spy­ta­łam w jed­nym z ciem­nych za­uł­ków – Mó­wi­łaś, że Azu­na­ris była na­wi­re­ną klanu Gno­sis, da­le­ko na po­łu­dniu.

– Gno­sis wy­gi­nę­ły a Nor­di­sy prze­nio­sły gro­bo­wiec w głąb swo­je­go pań­stwa. We­dług map, wła­śnie tu.

Gdy już zwąt­pi­łam, że kie­dy­kol­wiek od­naj­dzie­my co­kol­wiek w tej kra­inie zimna i śmier­ci, Ko­ra­lis wy­krzyk­nę­ła:

– Daj­cie wię­cej świa­tła!

Przeczy­ta­ła:

– „Grób Azu­na­ris, zwa­nej Świa­tłą. Wiel­kiej pro­ro­ki­ni. Na­szej matki”. Zna­la­złam!

Ko­ra­lis od­mó­wi­ła mo­dli­twę, którą za­koń­czy­ła sło­wa­mi:

– Wy­bacz, Azu­na­ris, że zmącę twój spo­kój, ale mu­sisz mi od­po­wie­dzieć na parę pytań.

Z na­boż­ną czcią wpeł­zły­śmy do gro­bow­ca. Na środ­ku stał sar­ko­fag po­kry­ty sce­na­mi z azu­na­riów i na­pi­sa­mi w kilku ję­zy­kach. Po bo­kach, na sto­ja­kach stały rzędy urn. Moja pani wy­ję­ła z jed­nej z nich jakiś zwój.

Za­czę­ła czy­tać:

 

Dwa ty­sią­ce lat temu w cza­sach Wiel­kie­go Roz­bi­cia, na­wi­re­na Azu­na­ris, tuż przed śmier­cią, wy­gło­si­ła swoją ostat­nią prze­po­wied­nię. W jej słowa wsłu­chi­wa­ło się dwa­na­ście na­wi­nor, uczen­nic Azu­na­ris.

Żad­nej z nich nie przy­szło jed­nak wtedy do głowy, by za­pi­sać wła­śnie usły­sza­ną wizję.

Sie­dem­dzie­siąt lat po śmier­ci Azu­na­ris za­czę­ły po­wsta­wać azu­na­ria, czyli opisy jej czy­nów i słów. Więk­szość za­gi­nę­ła, lub uzna­no je za he­re­zje. Osta­ły się czte­ry z nich.

 

– Na urnach są znaki z da­ta­mi we­dług Nor­dis. W tamtą stro­nę po­win­ny być coraz star­sze.

– Mam – wy­krzyk­nę­ła – Zna­la­złam!

– Co ta­kie­go, pani?

Oczy Ko­ra­lis pło­nę­ły, jakby były wy­ko­na­ne z ma­gne­zjum.

– Oto szan­sa dla Ko­ra­lis, na­wi­re­ny Ar­ka­dis, by po­ka­zać swoją war­tość!

Za­czę­ła mi tłu­ma­czyć:

– Wiesz, kim była Azu­na­ris?

– Każda to wie.

– Azu­na­rium Janis za­wie­ra zapis pro­roc­twa.

– Tego, które się za­czy­na od „widzę na końcu czasu?” – wy­si­li­łam pa­mięć – a koń­czy „na­dej­dzie wcie­lo­na Ne­me­zis, by są­dzić ży­wych i umar­łych”?

– Tak, wła­śnie tego. Spójrz­my, jak brzmia­ło przy pierw­szym za­pi­sie.

Pani za­czę­ła stu­dio­wać ma­te­ria­ły. Po­rów­ny­wać z no­tat­ka­mi. W jej oczach pło­nął ogień:

– Ne­me­zis zbu­do­wa­ła swą le­gen­dę na fał­szu! Ten znak al­fa­be­tu i ten. To nie ozna­cza „mio­ta­ją­ce”. Lecz „ży­wią­ce się”. A tu jest ro­dzaj męski. Męski, ro­zu­miesz?

– Nie ro­zu­miem!

– Jeśli kar­do­ry albo kar­se­ny Ne­me­zis by­ły­by tymi isto­ta­mi o lśnią­cych cia­łach… mu­sia­ły­by być try­to­na­mi! A Be­li­sy nie ufają try­to­nom. Ne­me­zis swo­ich part­ne­rów mor­du­je zaraz po tańcu go­do­wym! Od­dzia­ły kar­dor są zło­żo­ne z norod, a kar­sen z sub­ren i nie żywią się mocą pio­ru­nów, a nią mio­ta­ją!

Pani mó­wi­ła spiesz­nie, jakby ktoś ją gonił:

– Wróć­my do po­cząt­ku. Ne­me­zis się pysz­ni, że jej po wy­lin­ce nie od­pa­dły nogi. Że jest tą dwu­noż­ną isto­tą, która przy­by­ła zza bez­wod­ne­go ob­sza­ru, bo w mło­do­ści prze­by­ła pu­sty­nię na wy­spie Saar… Dziś Ne­me­zis jest zbyt ogrom­na i te nogi nie by­ły­by w sta­nie jej unieść. Mimo to, nadal się uważa za dwu­noż­ną isto­tę z prze­po­wied­ni. Roz­gła­sza, że jest wcie­lo­ną bo­gi­nią. W tek­ście jest ina­czej. Tych istot ma być całe ple­mię!

– Nie ro­zu­miem, pani. Je­stem za głu­piut­ka – od­po­wie­dzia­łam. Głowa pu­chła od rze­czy, które mó­wi­ła.

– Spró­bu­ję prze­ło­żyć na nasz język. Po­słu­chaj, jak na­praw­dę brzmia­ło pro­roc­two. Po­czą­tek jest taki sam:

 

Widzę na końcu czasu

Z da­le­kiej pust­ki

Zza bez­wod­ne­go ob­sza­ru

 

Na­stęp­na li­nij­ka też pra­wie jak była: „w me­ta­lo­wych musz­lach o ogni­stych ogo­nach”. Dla­te­go Ne­me­zis stwo­rzy­ła swoją musz­lo­wą ar­ty­le­rię. Ale to nie „me­ta­lo­we musz­le” a „w me­ta­lo­wych musz­lach”! Zu­peł­nie inny przy­pa­dek gra­ma­tycz­ny: In­es­si­vus a nie No­mi­na­ti­vus! Słu­chaj dalej:

 

W me­ta­lo­wych musz­lach o ogni­stych ogo­nach

Na­dej­dzie krwio­żer­cze dwu­noż­ne ple­mię

By siać śmierć i znisz­cze­nie

 

Wi­dzisz? Wyraz „ple­mię”! Nie jedna, dwu­noż­na isto­ta, a całe mnó­stwo! Nie o niej mowa!

– Więc o kim?

– Nie wiem. Ważne, że nie o niej. Zresz­tą, po­słu­chaj:

 

A za nimi przy­bę­dą

Nie­po­dob­ne do nich

Po­dob­ne w swej nie­na­wi­ści

Nie­ży­we ale po­ru­sza­ją­ce się

Bez­mó­zgie ale in­te­li­gent­ne

 

Ko­lej­na róż­ni­ca: „bez­mó­zgie” a nie „bez­myśl­ne”!

 

Ży­wią­ce się mocą pio­ru­nów

Isto­ty o lśnią­cych cia­łach

Za­bój­cy wła­snych ojców

 

Drżyj­cie więc

Bo czas jest bli­ski

 

I ko­niec. Za­my­ka się ładną klam­rą o cza­sie. Nie ma nic o wcie­le­niu. Sfał­szo­wa­no je.

Pani uśmiech­nę­ła się try­um­fal­nie.

– Teraz ogło­si­my świa­tu, że łże-Ne­me­zis nie jest żadną bo­gi­nią. Wyślę ptaka z wie­ścią.

 

 

* * *

 

Nad­le­cia­ła od­po­wiedź od Au­ro­ris:

 

Cie­szę się, że zna­la­złaś to, czego szu­ka­łaś. Kon­cen­tru­ję armię, poju­trze scho­dzę z lo­dow­ca do oce­anu. Może zdo­łasz nas do­gnać. Spiesz się!

 

Pę­dzi­ły­śmy dzień i noc. Jed­nak w końcu trze­ba było dać od­po­cząć nor­ta­re­mom. Za­trzy­ma­ły­śmy się na noc­leg w do­brze za­cho­wa­nych ru­inach Otran­to, za­mczy­ska Nor­dis, o dzień drogi od morza.

Zbu­dził nas rumor.

Wy­peł­złam za panią na mury.

Na dole cze­kał od­dział na­szych. Strasz­nie po­ra­nio­nych. Na czoło wy­su­nę­ła się Mo­ra­is. Bez hełmu, bi­żu­te­rii, cała po­obi­ja­na.

– Co tu ro­bisz? – spy­ta­ła Ko­ra­lis – Bitwa z Ne­me­zis wy­gra­na?

– Nie było żad­nej bitwy!

– Jak to?!

– Nie ze­szły­śmy nawet z lodu – wy­sa­pa­ła Mo­ra­is – To była rzeź. Mu­sisz ucie­kać!

– Pu­łap­ka?

– Tak.

– Jakim cudem? Była cisza w ete­rze, skąd Ne­me­zis…

– To nie Ne­me­zis…

– Nie ro­zu­miem!

– Ne­me­zis pew­nie nawet o tym nie wie.

– Więc? Co się stało?

– Emet. I jego rap­ta­ria. Na­pa­dli na nas w nocy, tuż przed ostat­nim eta­pem drogi po lo­dzie.

– On? Fa­wo­ryt mojej sio­stry? Czemu miał­by to robić?!

– Zdej­mij­cie hełmy, które roz­dał wam prze­klę­ty zdraj­ca! Pla­no­wał to od po­cząt­ku. Hełmy, które niby miały nas bro­nić przed zim­nem, unie­moż­li­wia­ją uży­cie daru głosu. Nie mia­ły­śmy żad­nych szans, gdy ude­rzy­li.

– Emet nigdy by nie pod­niósł ręki na moją sio­strę. Ko­chał ją!

Wi­dzia­łam, że Ko­ra­lis się za­wa­ha­ła. Przy­po­mnia­ły mi się słowa pie­śni, w któ­rej sio­stra zdra­dzi­ła sio­strę. Czy Mo­ra­is mó­wi­ła praw­dę? A może sama była zdraj­czy­nią?

– Opa­trz­cie im rany – rzu­ci­ła Ko­ra­lis.

Szy­ko­wa­ły­śmy się do obro­ny. Ale czy mo­gły­śmy li­czyć, że garst­ką sił oprze­my się Eme­to­wi i jego rap­ta­rii?

Ko­ra­lis ­ka­za­ła świą­tyn­ne­mu chó­ro­wi śpie­wać pieśń „Miej­cie na­dzie­ję”.

Mo­ra­is, z ręką na tem­bla­ku, wpeł­zła do nas na mury.

– Sub­re­ny od­na­la­zły pod zam­kiem drogę uciecz­ki. Tunel pod lodem. Za­trzy­ma­my zdraj­ców, ile się da. Ratuj się. Sanie są go­to­we do drogi!

– Nie, Mo­ra­is. Gra się toczy o coś więk­sze­go, niż moja, czy twoja głowa. Zresz­tą, nie ma już czasu, patrz, wi­dzisz tę ku­rza­wę?! 

Be­la­rus Emet, w lśnią­cej zbroi, wśród ofi­ce­rów, nad­je­chał w gon­do­li po­tęż­ne­go rap­ta­re­na.

– Pod­daj się, Ko­ra­lis, a uczy­nię twą śmierć szyb­ką i bez­bo­le­sną!

– Li­czysz na na­gro­dę za zdra­dę? Czeka cię tylko śmierć!

– To bez zna­cze­nia. Nie sta­wiaj oporu, męka bę­dzie krót­sza.

– Co zy­skasz, skła­da­jąc hołd Ne­me­zis? Ona za­bi­ja po tańcu go­do­wym!

– Czyż nie wiesz, że każdy z try­to­nów, który się zbli­ży z Bo­gi­nią, bę­dzie zba­wio­ny? Będę wię­cej niż jed­nym z nich. Za ty­siąc lat będą śpie­wać o mnie pie­śni.

– Eme­cie, nie mu­si­my wal­czyć. Mam do­wo­dy, że Ne­me­zis jest oszust­ką. Rzu­ci­ła czar. Od­cza­ru­ję cię. Czas zabić fał­szy­wą Bo­gi­nię. Jej śmierć jest waż­niej­sza, niż moje czy twoje życie.

– Nie! Jej życie jest waż­niej­sze niż czy­ja­kol­wiek śmierć!

Emet wzniósł jakiś przed­miot. Ko­ra­lis po­bla­dła. Od­wró­ci­ła wzrok. Za­mknę­ła oczy. Ja pa­trzy­łam. Emet śmiał się, trzy­ma­jąc za włosy głowę Au­ro­ris.

Chór śpie­wał wła­śnie „Miej­cie na­dzie­ję! Nie tę lichą, marną”.

Ko­ra­lis nagle otwo­rzy­ła oczy i ude­rzy­ła w try­to­na darem głosu. Cały mur za­drżał. Gdy się otrzą­snę­łam i wyj­rza­łam za blan­ki, do­strze­głam rap­ta­re­na bez gon­do­li. Po Eme­cie ani śladu. Pani le­ża­ła obok mnie bez czu­cia.

– Na sanie i jedź­cie taj­nym szla­kiem, byle dalej stąd! – roz­ka­za­ła Mo­ra­is – Opisz, co się stało. Opisz zdra­dę. Śmierć Au­ro­ris. Dam wam czas na uciecz­kę. Jedź­cie już!

Zło­ży­ły­śmy panią na sa­niach i we trzy; ja, woź­ni­ca Rara i nie­przy­tom­na Ko­ra­lis, po­je­cha­ły­śmy.

 

 * * *

 

Sanie pod­ska­ku­ją. Pa­trzę na dłoń. Nie­god­ną dłoń, którą spi­sa­łam hi­sto­rię dużo lep­szych ode mnie. Myśl gna ku pro­roc­twu. Od­wra­cam się za sie­bie. Biała pust­ka. Ślad sań. Nie widać po­go­ni. Ale nasz czas się koń­czy. A mnie się koń­czą stro­ny. Się­gam po urnę, by scho­wać co na­gry­zmo­li­łam. W gło­wie ko­ła­czą słowa pro­roc­twa:

 

Drżyj­cie więc, bo czas jest bli­ski!

 

Koniec

Komentarze

Na Thora, co tam się w becie działo… 327 komentarzy…

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki, mr.maras, za rozdziewiczenie niebetowej części komentarzy… więc Twój komentarz uznajemy za zerowy (nie w sensie zerowej wartości, ale w sensie najbardziej uprzywilejowanego miejsca… w Limes Inferior też byli “zerowcy”), a wszystkie poprzednie – za minus któreś, aż do minus trzysta dwudziestego siódmego ;-)

 

Małe wyjaśnienie (dałem je już na SB, ale to pamięć bardzo ulotna) – czemu aż tak burzliwa była to dyskusja. Po pierwsze: pięć razy wyrzucałem całość tekstu i wstawiałem nowy – nie zaczynając na nowo bety tylko po prostu wrzucając nową wersję :) Ubzdurało mi się z początku, że jestem w stanie opowiedzieć to co mam do opowiedzenia z kilku różnych punktów widzenia i zmieścić się w limicie pokazując różne perspektywy uczestników… potem wyrzuciłem coś, co pewnie by urosło do rozmiarów powieści i skupiłem się na dwóch punktach widzenia… wreszcie – na jednym… ale i ten jeden był zbyt skomplikowany, więc uprościłem jeden do pół ;-)

Uczcie się na moich błędach – nie róbcie w ten sposób bet. Uzyskacie tylko zniechęcenie betujących i najprawdopodobniej hejt od całej reszty na każde wspomnienie, że tekst nadal pokutuje w becie. Aaaaa… i Drakaina prosiła, by w ogóle na SB bet nie omawiać… Więc – macie tu gotowy antyprzykład, jak bet robić nie należy :)

entropia nigdy nie maleje

Jimie. Niebetujący to opowiadanie nie widzą tych komentarzy z bety. Widzą tylko ich niespotykaną liczbę.

Po przeczytaniu spalić monitor.

mr.maras Dzięki za wyjaśnienie :) Nawet nie znając tych komentarzy, tego co robić w becie nie należy, można “między wierszami” wyczytać, czyli nie należy:

– ciągnąć bety miesiącami

– nękać betujących prywatnymi wiadomościami, żebrząc by na tekst po raz kolejny spojrzeli

– pięciokrotnie wywalać opowiadanie i pisać je od nowa, z innego punktu widzenia (gdy fabuła się ani na jotę nie zmienia, a tylko jej sposób opowiedzenia)

– dyskutować o becie na SB

 

Pozdrawiam!

 

entropia nigdy nie maleje

Nie widziałem jeszcze opowiadania o tak długiej przedmowie, ale z drugiej strony nie było chyba też drugiej tak długiej bety, która już chyba urosła do rozmiarów forumowego memu i myślę, że jeszcze w niejednej dyskusji padnie nawiązanie do niej… ale nie o tym. 

W komentarzu powinienem ocenić to opowiadanie, ale przyznam szczerze, trudno mi to zrobić. Z jednej strony dlatego, że poznałem multum możliwości opowiedzenia tej historii, przez te wszystkie tygodnie i ponowne czytania świat dyrod i innych -yrod wydaje mi się znajomy prawie tak, jak mój własny, a z drugiej: zmęczył mnie jak czytanie od deski do deski dwunastotomowej encyklopedii. 

Mimo wszystko, postaram się jakoś to opowiadanie skomentować i to tylko tę wersję, nie porównując jej do poprzednich. 

Po pierwsze – zachęcasz swiatotworstwem. Jasne, pomysł budzi skojarzenia z Małą Syrenka i z Aquamanem, ale tak osadzonej fantasy jest mało, a przynajmniej ja takiej nie znam. Widać, że ten świat mocno rozbudowałes, że on żyje, a nam dane jest patrzeć na ledwie jego wycinek. Postaci, które obserwujemy, mają swoją historię, są mocno osadzone w wykreowanych realiach, czujemy ich związek ze światem i to, że mają zbudowane charaktery, choć nie zawsze jest jam dane to zaobserwować. Wszystko, o czym piszesz, wydaje się być większe i bardziej złożone, niż możemy wywnioskować z tekstu. To dobrze i niedobrze. Czemu dobrze, to chyba wiadomo, a czemu niedobrze? To będzie w kolejnym punkcie. 

Fabuła jest dość prosta, ale jak na tak prostą fabułę, sporo dróg prowadzi ja manowce i rozumiem, że chciałeś nas tym zmylić co do tego, kto będzie głównym złym na koniec – problem w tym, że wcale tego głównego złego, tego zdrajcy wbijającego sztylet w plecy nie oczekiwaliśmy, więc (przynajmniej dla mnie) pozostawia to szereg zarysowanych, ale niedokończonych, albo nawet niewybrzmiałych wątków. I nie twierdzę, że one wszystkie powinny mieć swoje zamknięcie. Możne raczej twierdzę, że części z nich mogłoby po prostu nie być.

Obecnie dostaliśmy coś pomiędzy, to jest – w moim odczuciu – już nie opowiadanie, ale jeszcze nie fragment fantasy. Trudno określić, co to takiego. To tak jakby ktoś wziął Dwie Wieże z Władcy Pierścieni, skondensowal je i wcisnął je w słoik o pojemności opowiadania, przyklepał, uciął to, co wystawało i zakręcił wieczko. W efekcie mamy zamkniętą całość, ale jest to całość zamknięta w specyficzny sposób. 

I specjalnie nie piszę, że zły, bo opowiadanie samo w sobie mi się podobało, nawet mimo opisanego wyżej wrażenia. 

 

P. S. Nie sądzę, że to – w obecnej formie – materiał na powieść. To materiał na fragment powieści. Materiał, który mógłby być do powieści dobrym punktem wyjścia. 

I nie twierdzę, że one wszystkie powinny mieć swoje zamknięcie. Możne raczej twierdzę, że części z nich mogłoby po prostu nie być.

 

Gros dyskusji podczas bety między Tobą i mną odnośnie tego opowiadania dotyczyła tego, co by trzeba wyrzucić, czego by trzeba się pozbyć by wątek główny błyszczał jak ten diament, a nie gdzieś pobłyskiwał jak złoto głupców – podałeś nawet mi plan, konspekt tego opowiadania – jakbyś je widział i od czego powinno się ono zaczynać… Wierzę, że gdybym się zastosował do Twoich sugestii, to opowiadanie mogłoby by być – ba – pewnie byłoby literacko lepsze. Ale to nie byłoby już moje opowiadanie, a opowiadanie Ge­ki­ka­ry na ten sam temat. Mam swoje, jak to Asylum ładnie określiła “idée fixe” – które powodowały, że Twoje propozycje były tak samo nie do przyjęcia, jak propozycje Bellis dla gigareny królestwa Arkadis. Nie mogłem tego opowiadania zacząć tak, jakbyś chciał, by się zaczynało – zburzyło by mi to całą koncepcję. Nie mogłem też wyrzucić więcej i zostawić tylko wątku głównego – z bardzo podobnego powodu. Dlatego w pewnym momencie miałem wrażenie, że nie uda się tego opowiadania upchnąć w mniej niż 80k znaków – bo – zdawałem sobie sprawę z tego, co napisałeś później – że to…

jakby ktoś wziął Dwie Wieże z Władcy Pierścieni, skondensowal je i wcisnął je w słoik o pojemności opowiadania, przyklepał, uciął to, co wystawało i zakręcił wieczko

Rzeczywiście tekst stawia więcej pytań niż odpowiedzi, większość wątków jest niedokończona i ledwo liźnięta (mimo, że i tak 90% odniesień, wątków i postaci wyrżnąłem albo bardzo mocno skompresowałem), ale mimo to sądzę, że stanowi zamkniętą całość i nie jest – jak się wyraziłeś w becie – jedynie streszczeniem. Co do książki – nigdy nie myślałem, by sama ta tylko historia miała być materiałem na książkę – tu się z Tobą zgadzam:

 

P. S. Nie sądzę, że to – w obecnej formie – materiał na powieść. To materiał na fragment powieści. Materiał, który mógłby być do powieści dobrym punktem wyjścia. 

 

Owszem – to, jak wyglądała pierwsza wersja – wyświetlana z wielu perspektyw, z pokazywaniem świata i motywacji “tych złych”, tych czarnych, białych, szarych i niedobrych ;-) – coś takiego mogło sugerować – ale jeśli myślę o książce w kontekście tego opowiadania – to jedynie tylko takiej, w której to opowiadanie byłoby wstępem, do dużo dłuższej i o wiele bardziej złożonej opowieści.

 

Dziękuję Ci jeszcze raz za betę i za ten komentarz. Wiem, że to pewnie musiało być frustrujące, że Cię o rady prosiłem, a następnie się do nich nie stosowałem – ale wierz mi, były mi one bardzo potrzebne. Odrzucając je – dokonywałem ważnej pracy umysłowej – bo Twoje sugestie – właśnie głównie te odrzucone (bo przecież część jednak wprowadziłem! Raptis prawie nie ma!) – bardziej rozumiałem swoje wybory. Bardziej świadomie podchodziłem do tekstu. Negując Twoje rady – określałem, czym to opowiadanie nie jest – jak rzeźbiarz określa rzeźbę, przez odrzucenie tego co w niej ma się nie znaleźć – tak ja, wyciosując ten kawałek marmuru – robiłem to tylko dzięki temu, że dzięki Ge­ki­ka­rze dłuto samo wiedziało co odrąbać! Wiem, że taka negacja się może wydać czymś bardzo nie-twórczym – ale było wręcz przeciwnie – tak jak napisałem w podziękowaniu – bez Ciebie bym tego nie stworzył, a Twoje skupienie na dramaturgii – pozwoliło mi moją własną dramaturgię tego opowiadania – lepiej sobie wewnętrznie uzasadnić. Nawet – jeśli Twoja fabuła i Twoja historia, obiektywnie – pewnie byłaby lepsza i zjadliwsza w czytaniu.

 

Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję!

 

 

 

entropia nigdy nie maleje

Zanurzyłem się w stworzonym świecie, z przyjemnością go obserwowałem, podziwiałem. Czułem, że ten świat żyje, że jest niezwykły, ale prawdziwy. Tylko momentami miałem wrażenie, że tonę przytłoczony stopniem jego rozbudowania i określeniami, których nie potrafiłem dopasować do odpowiednika w naszym świecie. Ale to nic złego, pewnie w przypadku tekstu dłuższego, łatwiej bym się połapał co jest co.

Historia ciekawa, chociaż czuć, że jest mocno skondensowana. W moim odczuciu końcówka nie wybrzmiała tak mocno, jak mogłaby wybrzmieć w tekście dłuższym, w którym poszczególne wątki byłyby bardziej rozbudowane. Też nie uważam, żeby to był wtedy materiał na całą powieść, ale taką 1/3 powieści? Może nawet pół? Chętnie bym poczytał dalsze losy tego świata po wydarzeniach z końcówki. Jest w tym spory potencjał, zarówno do opowiedzenia osobistych historii mieszkańców, jaki i do wielkich historii politycznych.

Pozdrawiam i polecam do biblioteki :)

PanDomingo

Niestety, limit uczynił wielką krzywdę temu tekstowi… a może jednak wyszło mu to na dobre? Owszem – koniec nie wybrzmiewa tak jak bym chciał. Cięcia są widoczne w całej strukturze i wielu wątkach, które są tylko sygnalizowane. Ale może to właśnie paradoksalnie – dobrze, że tekst jest taki krótki? Stanowi pewną zamkniętą całość – a jednocześnie zostawia sporo kwestii otwartych. Nie zdradza wszystkich motywacji, pozwala na ich swobodną interpretację. Wydaje mi się, że jednak, mimo cięć, bardziej wyszedł mi – że użyję filmowego porównania – pilot serialu niż tylko jego zapowiedź / trailler.

A zakonczenie – rzeczywiście mogłoby wybrzmieć lepiej – ale to pewnie już wada mojego warsztatu + zmęczenie materiału (w sumie – w moim odczuciu – na to zakonczenie czytelnika przygotowywałem przez całe opowiadanie – choć znaki tego były nieoczywiste – ale pozostawiam to ocenie czytających).

Dziękuję bardzo za odwiedziny, przeczytanie i polecenie do biblioteki, ja również pozdrawiam Pana, PanieDomingo :)

entropia nigdy nie maleje

Wiem jak dużo pracy Jim włożył w to opowiadanie, a i ja się trochę zżyłam z niektórymi bohaterami :). Bardzo podoba mi się ten podwodny świat i choć wielu słów nie rozumiem, to dla mnie tworzą klimat i wcale mi to nie przeszkadza. Historia też jest według mnie wciągająca i chyba kończy się dość zaskakująco.

 

Powodzenia w konkursie :)

Dziękuję bardzo Monique.M

Tę wytężoną pracę włożyliśmy w opowiadanie wspólnie, więc jeszcze raz podziękowania za Twój udział w becie. Cieszę się, że mimo tak długiego torturowania nią Ciebie i innych, nadal znajdujesz coś pozytywnego w tym podwodnym świecie.

Cieszę się, że miałem tak wspaniałych betujących!

 

Tym bardziej, że w pewnej chwili zwątpienia – Twoje słowa pozwoliły mi wytrwać – a nie skasować tekstu na wieczne nie-opublikowanie.

 

Pozdrawiam!

entropia nigdy nie maleje

smiley

Miło było zanurkować w tym podwodnym świecie czasów wojny. Koralis, Auroris i Nono to postaci żywe, dobrze zbudowane, interesujące. Można je polubić i im kibicować. Sama fabuła – przepowiednia oraz bitwa o przetrwanie – również niczego sobie.

To, co mi przeszkadzało to mnóstwo określeń, których zupełnie nie rozumiałam. Jasne, można było się domyślać co jest czym, ale moim zdaniem taka liczba nowych słów i nazw nie jest potrzebna w tak krótkim tekście. Zastąpienie choć części z nich normalnymi określeniami nie zaszkodziłoby klimatowi, a uczyniło tekst przystępniejszym.

Dodatkowo momentami tekst mnie nużył. Zaserwowałeś nam nieco opisów szczegółów, które niespecjalnie były potrzebne, a spowalniały akcję. Przydałoby się podkręcić tempo.

Podsumowując to wszystko, mam wrażenie, że czuć, że miał to być tekst znacznie dłuższy. Jestem pod wrażeniem szczegółowości świata, który stworzyłeś – poważnie, wow. Nie wiem jednak, czy zamiast tylu detali nie wolałabym dostać szybszej akcji. ;)

Zostaw ten żyrandol.

 

Mo­ni­que.M

 

\smiley/

 

 

Verus

 

Chyba to już taka moja wada, że lubię się rozsmakowywać w detalach… Jak mówi stare przysłowie: Jim tkwi w szczegółach (albo nie taki Jim straszny jak go malują? już mi się miesza na starość ;-) ). Sam lubię czytać bogate i spójne światowiska i takie również tworzyć. Nic chyba na to nie poradzę. Ale rozumiem, że akcja przez to kulała (betujący mi już to zarzucali, że niektóre rzeczy są zbędne, że spowalniają – uparłem się i zostawiłem, wbrew tym – jak widać dobrym radom) – jednak nie samą akcją Jim żyje – i tego Jim się będzie trzymał (kurczowo ;-) )

 

Co do Twoich uwag odnośnie słownictwa: była jedna taka wersja, wśród tych pięciu, w której wszystkie obcobrzmiące terminy zastąpiłem najbliższymi znaczeniowo nazwami z naszego świata (np. zamiast legatis były bodajże generałgubernatorki czy generalisy, a zamiast nawiren arcykapłanki, zamiast nawinor przeorysze itp.)… potrwała ta wersja przez czas jakiś… wszyscy uznali ją za bardziej jasną, przejrzystą i zrozumiałem… a ja czułem do niej taki kompletny wstręt, niechęć i opór… taką nienawiść wręcz – to była bodajże wersja trzecia – nie byłem w stanie się na nią wewnętrznie zgodzić. Owszem – uzyskałem to, o co mi chodziło – zrozumiałość – ale jakim kosztem? Pojęcia z naszego świata po prostu tam nieprzystają i są rażąco błędne… W którymś komentarzu w becie napisałem w końcu:

 

Koralis nie jest arcykapłanką, ani Emet pułkownikiem – przełożyłem pojęcia świata nadden na najbardziej zbliżone ziemskie, co niestety ma mniej więcej taki sens, jak pisząc o Japonii nazwanie szoguna hetmanem a daimyo magnatem …

W następnej wersji spróbowałem więc innego podejścia – użyłem terminów, które stworzyłem i od początku próbowałem je mimochodem tłumaczyć (Koralis je tłumaczyła Nono)… ale to znów było słabe. Bo Nono – owszem – orłem intelektu nie jest. Ale jednak jak na subrenę musi być dość bystra, inaczej nie została by przyboczną – więc nie może aż tak nie znać własnego świata…

 

No cóż – rozgadałem się. Jak zwykle. Ale – podsumowując – szogun nie jest hetmanem. I jeśli miałbym pisać opowiadanie o szogunacie – to go hetmanem nie nazwę.

 

Dziękuję bardzo za odwiedziny i zgłoszenie do biblioteki. Lecę czytać Twój tekst, który ledwo napocząłem :)

 

 

 

entropia nigdy nie maleje

Biblioteka moim zdaniem zasłużona, bo choć tekst ma swoje wady, to jest naprawdę dobry. :D Rozumiem przywiązanie do terminologii wszelakiej, choć ona się lepiej sprawdza przy dłuższych tworach, powieściach. Może jakby było więcej czasu to spotkanie w połowie drogi – zostawienie części terminów, zastąpienie pozostałych – byłoby rozwiązaniem. Ale wiadomo, tu cierpi spójność. No idealnego rozwiązania nie ma. Szanuję, że masz to twardo przemyślane i się z tego trzymasz. :D

Zostaw ten żyrandol.

Nie wiem dlaczego, a właściwie jednak chyba wiem, ale ta opowieść jakoś tak kojarzy mi się z “Ogniem i mieczem” Sienkiewicza, chociaż niewątpliwie Sienkiewicz pisał prościej.

Pozdrówka.

Verus Jeszcze raz dzięki – za wskazanie biblioteczne

 

Szanuję, że masz to twardo przemyślane i się z tego trzymasz.

Staram się ;-) Ale nie zawsze mi wychodzi – przykładowo – muszę się przyznać, że zrobiłem obiecanki bez pokrycia, bo jednak nie miałem czasu do Twojego tekstu usiąść – ale usiądę na pewno i skomentuję :)

 

 

Ro­ger­Re­deye

 

Miło, że podobieństwo nadal widoczne (bo zamierzone). I co zabawne – piszesz, że Sienkiewicz pisał prościej – w poprzedniej wersji opowiadania – Sienkiewicza praktycznie 1:1 parafrazowałem – ale betujący stwierdzili, że to za skomplikowane i że teraz się już tak nie pisze i że powinienem uprościć… Więc uprościłem…

Jak uprościłem Sienkiewicza, że stał się bardziej skomplikowany – nie wiem – ale dowodzi to pewnie mojego braku umiejętności wszelakich :)

 

Pozdrówka :)

 

entropia nigdy nie maleje

Najlepszym powieściom Sienkiewicza mało kto dorównał, a na pewno nie Gombrowicz, nudny jak flaki z olejem. Współcześnie tylko Eustachy Rylski podjął taką próbę bardzo dobrą powieścią “Warunek”.

Doczytam do końca, wtedy pewnie napiszę jakiś dokładniejszy komentarz.

Ale, jak na razie, odnoszę wrażenie, że to bardzo przyzwoity tekst jest.

RogerRedeye

A widzisz – myślałem, że to już komentarz po całości :) Czasem też tak piszę komentarze w trakcie lektury – na raty :)

Do Gombrowicza mam stosunek mocno ambiwalentny. Rylskiego cenię za styl, choć daleko mi do bałwochwalczego uwielbienia jakim niektórzy (powinienem rzec raczej – niektóre – bo opinie te słyszałem od kobiet, z którymi korespondowałem) – go obdarzają.

Cieszę się, że tekst sprawia dobre wrażenie :)

 

entropia nigdy nie maleje

Staram się ;-) Ale nie zawsze mi wychodzi – przykładowo – muszę się przyznać, że zrobiłem obiecanki bez pokrycia, bo jednak nie miałem czasu do Twojego tekstu usiąść – ale usiądę na pewno i skomentuję :)

Luzik, tekst nie ucieknie. :P

Zostaw ten żyrandol.

I nie uciekł :) Zostawiłem tam parę słów… wrażeń z lektury :P

 

entropia nigdy nie maleje

Hmmmmmm.

Przyznam się, że mam bardzo mieszane odczucia.

Z jednej strony bardzo spodobała mi się koncepcja świata – to rzadko wykorzystywany temat i jak chodzi o opisy to fajnie go przedstawiłeś. Kobiece bohaterki o silnych osobowościach – zawsze na plus. Fajnie, że nie uległeś sztampie i to nie siostra była zdrajczynią, choć sama dałam się na to nabrać, przyznaję. Fabuła prosta, ale spójna. 

Z drugiej strony jednak, niesamowicie zmęczyło mnie czytanie przez tak ogromną ilość słów, których nie rozumiałam. Jestem z tych, która musi wiedzieć i do pasji doprowadzało mnie to, że nie wiedziałam o co chodzi i tak szybko się gubiłam w tekście. To wielka krzywda dla opowiadania i bardzo zakłóciła odbiór. 

Widać też cięcia, brakowało dla mnie szerszego wyjaśnienia niektórych kwestii, chociażby liźnięcia wątku samego wybuchu wojny (no nie dogadały się, ale spodziewałabym się pertraktacji, negocjacji, w końcu chodziło o tyle istnień, które mogła pochłonąć wojna). Z drugiej zdrada samego Emeta – nie było takiego “wow” u mnie na końcu, ale raczej “mhm, ok”. Niby rozumiem, zdradził, chce być nieśmiertelny w pieśniach, ale nie kupiło mnie to (zabrakło pewnie pogłębienia tego wątku). Same relacje Emeta i Kornalis – można wywnioskować, że coś tam między nimi było i osobiście bardzo mi brakło zrozumienia co, dlaczego, kiedy.

Także trochę czuję się szczerze mówiąc rozczarowana (ryzyko rozbuchanego marketingu ;p) – myślę, że ten tekst, ale dłuższy robiłby o wiele większe wrażenie. Bo ma potencjał, ale za dużo i za mało jednocześnie (za dużo wątków, za mało pogłębienia). 

 

 

Mini łapanka:

ledwo się unoszącą w oddechu pierś

ledwo unoszącą się w oddechu pierś dla mnie brzmi lepiej jak chodzi o szyk, ale może celowy zabieg

wplótł tony pieśń godowej!

Pieśni.

– Ta wyprawa przyniesie nam nieśmiertelność.

– Albo śmierć.

– Będą o nas śpiewać pieśni.

Spojrzał ku ognisku:

Tutaj musiałam się wrócić i dwa razy przeczytać aby mieć pewność kto i co mówi. 

Jestem z tych, która musi wiedzieć i do pasji doprowadzało mnie to, że nie wiedziałam o co chodzi i tak szybko się gubiłam w tekście. To wielka krzywda dla opowiadania i bardzo zakłóciła odbiór. 

 

Niestety nie potrafiłem tego dobrze ugryźć. Jedyne co mi przyszło do głowy, a czego nie spróbowałem, to załączenie do opowiadania… słowniczka :)

Musiałem tu sprostać kilku sprzecznym wymogom i pewnie poległem w tej próbie. Tak jak już pisałem, w którejś z poprzednich moich wypowiedzi – nie chciałem, a wręcz nie mogłem zrezygnować z mojego słowotwórstwa. Miałem nadzieję, że czytelnik “osłucha się” z obcobrzmiącymi słowami i z kontekstu niejako wyłowi, co one znaczą. Bez przyszywania protez w postaci wyrazów z naszego świata, które jednak znaczą coś zupełnie innego.

 

Mini łapanka:

 “ledwo się unoszącą w oddechu pierś”

ledwo unoszącą się w oddechu pierś dla mnie brzmi lepiej jak chodzi o szyk, ale może celowy zabieg

 

Celowy zabieg. Mam wrażenie, że szyk, który zastosowałem uwypukla zły stan Koralis. Ale kto wie, może tylko tak mi się wydaje.

Co do tonów pieśni godowej – już lecę to poprawić.

Co do dialogu – nie jestem pewien. Nie lubię dialogów, w których jest za dużo didaskaliów. Poczekam na inne opinie, jeśli i inne osoby odniosą takie wrażenie jak Twoje – zastanowię się, jak to zmienić.

I tak racja – bardzo to ściąłem – i bardzo żałuję, że nie pokazałem lepiej motywacji Emeta – bo ta, którą się da łatwo odczytać i jest podana wprost – nie jest jedyną. No ale teraz już jest “po ptokach” i Emet musi zostać taki jaki jest. Niestety z konieczności – mocno płaski i papierowy. Do tego, jak dyskutowałem głównie z Monique.M na becie – Emeta widzimy bardziej z oddali niż w bezpośrednim działaniu, dlatego (cytat z Moniki):

(…) Tak mi się nasunęło, że jak na Emeta (głównego złego), jakoś go bardzo mało i widzimy go z dużego oddalenia. Może skróciłabym opis poszukiwania proroctwa (zostawić oczywiście, że tu ktoś przywalony, tam spadł a i te coraz krótsze modły też dobrze to oddają), ale ogólnie trochę to przyciąć, a w to miejsce trochę bardziej nakreślić bądź, co bądź jednego z bohaterów – Emeta. Bo tak to trochę pojawia się znikąd i jest nagle głównym rozgrywającym.

Pewnie trzeba było posłuchać tej rady. Niestety w czasie bety wielu światłych porad nie posłuchałem, wielu zrobiłem dokładnie na przekór. Pewnie to też męczyło moich betujących – proszę ich o rady – a potem i tak robię po swojemu – część rzeczy akceptuję i uwzględniam, a część – nie. Prawdę mówiąc w mojej pierwotnej wizji – którą miałem w głowie – poszukiwania w grobowcu miały być dłuższe, trudniejsze, wieloetapowe – ścinanie ich jeszcze bardziej – jak dla mnie nie wchodziło już w grę.

entropia nigdy nie maleje

Przeczytałem całość.

Nieźle, sam pomysł bardzo ciekawy i efektowny, ale opowieść, moim zdaniem, nadal wymaga dopracowania. Tekst się w kliku fragmentach niepotrzebnie ciągnie i wtedy brak mu wyrazistego dramatyzmu. Zdaje się też, że autora uwiodła łatwość tworzenia neologizmów… Jest ich zbyt dużo i wszystko byłoby w porządku, ale tylko w przypadku, gdy ich znaczenie jest jasne. A często jednak nie jest. Czytelnik nie może się domyślać, co może znaczyć dany wyraz.

Chyba byłoby o wiele lepiej, gdyby w opowieści uwypuklić mocniej rys posępności i spodziewanej, nieuchronnej klęski, a mimo tego woli oporu aż do końca. A tak, chyba trochę wszystko rozjeżdża się w różne strony. Ale zastosowanie przerobionego zwrotu “Bar wzięty…” bardzo dobre.

Przyzwoite i sprawnie napisane opowiadanie, ale mogło być o wiele lepiej.

Pozdrówka.

RogerRedeye

Dzięki za przeczytanie i opinię! Autorowi niestety zabrakło umiejętności by zarazem uzyskać więcej dramatyzmu, zachować “rys posępności i spodziewanej, nieuchronnej klęski, a mimo tego woli oporu aż do końca” i skrócić tekst. Myślę, że ten rys był bardziej widoczny gdy tekst miał jeszcze 60k znaków, ale gdzieś koło 50k wyraźnie zaczął znikać, poniżej 40k – zniknął zupełnie. Cóż – tak jak wspomniałem, gdyby autor był sprawniejszy, pewnie by się to udało. Co do neologizmów – już betującym się nie podobała ich duża liczba i autor dostawał podobny do Twojego feedback – jednak Jim to uparte bydle i mimo, że liczbę neologizmów ograniczył (wiem, trudno w to uwierzyć, ale było ich więcej) – to z niektórych zrezygnować nie był w stanie. Kłóci się to pewnie mocno z Jimowym założeniem, by tekst był przystępny i zrozumiały, jednak Jim odczuwa bardzo duży wewnętrzny opór, by nie rzec wręcz – wstręt – przed dalszym kastrowaniem tekstu z neologizmów.

Co do dłużyzn i braku dramatyzmu – niewprawnego autora pewnie uwiodły nie tylko neologizmy, ale i chęć pokazania stworzonego świata. Bądźcie wdzięczni betującym, że za ich sprawą, krnąbrny Jim jednak wyrzucił opisy uzbrojenia, strojów, potraw, sztućców, organizacji oddziałów, ruchów wojsk, biologii, zwierząt, obrządków religijnych, wyjaśnienia do czego służy tenor, splendor i eter. To za ich sprawą zniknęły szczegółowe opisy poszukiwań w starożytnych ruinach, reminiscencje z dzieciństwa, opowieści ludowe, opisy głębin morskich – i wiele, wiele innych – którymi Jim za bardzo napchał tekst, a które jeszcze bardziej dramatyzm osłabiały. Więc chwała moim betującym, że tak wiele z tego światotwórstwa, a raczej światoprzedstawienia (bo w końcu to nadal stworzone, tylko nie pokazane) – wyleciało. Betującym dziękowałem – tu podziękuję jeszcze raz – pewnie bez Waszych interwencji utwór byłby jeszcze mniej strawny (i miałby pewnie z jakieś 200 tysięcy znaków :) ).

Dzięki bardzo za przeczytanie i również pozdrawiam!

entropia nigdy nie maleje

Hm, ciekawe czy po tylu komentarzach zdołam powiedzieć coś odkrywczego… Póki co kolejkuję.

oidrin

Dzięki za odwiedziny – większość tych komentarzy dotyczyło tych pięciu wcześniejszych wersji z czasów bety :) Pewnie powinienem to usunąć i dodać na nowo – z czystym kontem komentarzowym – kolejne faux pass z mojej strony.

Myślę – że jak najbardziej – jeszcze sporo rzeczy odkrywczych można powiedzieć :)

 

Pozdrawiam, dzięki za skolejkowanie i czekam na przeczytanie i skomentowanie (Jim znów nie czuje, jak rymuje)!! ;)

entropia nigdy nie maleje

Pierwsze wrażenie jest spodziewane, że to nie jest opowieść na ten limit.

Mając do dyspozycji końcowy efekt i wszystkie zapowiedzi, o których słyszałem – w szczególności pomysł opisywania historii z pięciu różnych perspektyw – mam wrażenie, że gdybyś nie musiał się ograniczać i zdecydował dopracować dłuższą wersję, mogłaby z tego wyjść całkiem interesująca intryga.

To skracanie jest niestety widoczne i przez nie tekst cierpi. Słownictwo przytłacza jak na tak krótki tekst, nie dając się czytelnikowi ze sobą oswoić. Akcja zdaje się dziać zbyt szybko, w dość uproszczonej formie i pozbawiając tego atutu, który przy pierwotnym zamyśle sądzę, że mógłbyś nadać. A to wszystko kumuluje się jeszcze w głębokich opisach i powoduje, że (i przez niedobór akcji, i przez nadmiar dziwnego słownictwa) zaczyna momentami nużyć.

Równocześnie od strony fabularnej tekst mi się podoba, najbardziej chyba przepowiednia, choć i wszystkie postacie rzeczywiście wydają się być wiarygodne. Jedynie końcówka pozostawia lekki niedosyt, wrażenie niedomknięcia pewnych spraw.

Znalazłem też nawiązanie do Faramira :)

Ogólnie więc tekst na pewno nie jest zły, ma plusy, ale mógłby być dłuższy i lepszy. O ile tą długość wykorzystałbyś na rozwinięcie tego, co się dzieje, a nie tylko docisnął pedał światotwórstwa (choć i na to na pewno byłoby ówczas miejsce).

Golodh Dziękuję bardzo za odwiedziny i przeczytanie – rzeczywiście chyba niestety udało mi się uzyskać niespotykaną mieszankę zbyt szybkiej akcji i nudy ;-)

Cieszę się, że jednak coś się w utworze spodobało i znalazłeś jedno z rozrzuconych przeze mnie po tekście nawiązań :)

Pozdrawiam!

 

SaraWinter

Wiem, że nie możesz teraz jako jurorka odpisywać, ale chciałem tylko napisać, że ta grafika pod moim opowiadaniem, jest po prostu idealna :)

entropia nigdy nie maleje

– Jakie to będzie miało znaczenie? Poćwiartuję ciało i dam jej własnym rekinom do pożarcia. By nie mogła zmartwychwstać!

– A gdy ktoś powie, że po trzech dniach Nemezis powróciła?

– Prawdziwość bóstw weryfikuje wiara wyznawców. Nic więcej. Fakty mogą być zupełnie inne. Wiara ma swoją prawdę, niezależną od rzeczywistości.

W jej słowa wsłuchiwało się dwanaście nawinor, uczennic Azunaris.

Żadnej z nich nie przyszło jednak wtedy do głowy, by zapisać właśnie usłyszaną wizję.

Siedemdziesiąt lat po śmierci Azunaris zaczęły powstawać azunaria, czyli opisy jej czynów i słów. Większość zaginęła, lub uznano je za herezje. Ostały się cztery z nich.

– (…) Czas zabić fałszywą Boginię. Jej śmierć jest ważniejsza, niż moje czy twoje życie.

– Nie! Jej życie jest ważniejsze niż czyjakolwiek śmierć!

Kupiłeś mnie tymi fragmentami <3

Miałem zamiar przeczytać opowiadanie wczoraj przed snem, ale szybko zorientowałem się, że nie jest to lektura na dobranoc i trzeba pochylić się nad tekstem, jak należy. Przeczytałem więc solidnie i z uwagą teraz. 

Bardzo lubię tego rodzaju teksty, trochę o religii, trochę o wojnie, trochę o zdradzie, a wszystko to w fantastycznym i starannie zaplanowanym świecie. Podczas lektury cieszyły takie drobnostki, jak marswallowki, świece magnezjowe, obce języki i tak dalej – wszystko, co wskazuje na fakt, że świat tętni życiem niezależnie od historii opisanej w opowiadaniu. Bardzo to doceniam i bardzo mocno lajkuję. 

Fabuła jak fabuła, niby nic szczególnego, ale jednak zajmująca. Nie wiedziałem, ku czemu to zmierza i zakończenie było dla mnie niespodziewane. Mimo prostoty, moją uwagę wydarzeniami przykułeś. Mam jednak zastrzeżenie: kilka momentów aż prosi się o to, by mocniej, dosadniej oddać emocje bohaterów. Gdy rozpoczyna się wojna i do umysłów bohaterów dociera prawda, że nie może to być wojna wygrana standardowymi metodami, chciałbym poczuć ten popłoch, panikę, uczucie beznadziei w stolicy. Powinny być nerwowe przygotowania, strach, wyłamujący się bohaterowie, którzy stopniowo tracą nadzieję. Podobna rzecz z wędrówką przez lodowiec. Dodatkowo chciałem powiedzieć, że poruszone wątki takie jak nieufność między siostrami, zdrada, poszukiwanie prawdy o fałszywej bogini Nemezis aż proszą się o to, żeby przekuć je w pełnoprawne intrygi, co niestety nie jest możliwe do zrealizowania w tak krótkiej formie. Jeśli masz wersję tekstu sprzed tych wszystkich cięć, to bardzo chętnie bym ją przeczytał :P

Jeśli chodzi o wykonanie, mam wrażenie, że czasami przeładowujesz tekst trudnymi dla odbiorcy pojęciami, co może powodować solidne zawiechy. W niewielkiej, stonowanej ilości robi oczywiście robotę i bardzo pozytywnie wpływa na przyjęcie tekstu. Czasami trochę dziwna interpunkcja i dosyć kulawy szyk, ale te usterki są na tyle drobne, że w ogóle mi nie przeszkadzały i przeczytałem opko płynnie.

Maksymalnie upraszczając, z tekstu płynie nauka, że niemądra wiara wiedzie do niemądrych decyzji, a także że nigdy nie należy zanadto ufać objawieniom i proroctwom, bo każde z nich spisał ułomny człowiek w określonej intencji :P 

Nie wiem, czy masz już komplet, ale na wszelki wypadek kliknę do biblio, co mi tam. 

Pozdrawiam,

Amon

Przeczytałem więc solidnie i z uwagą teraz. 

Dziękuję za solidne przeczytanie :)

 

Kupiłeś mnie tymi fragmentami <3

Miło, mam nadzieję, że to była godziwa cena ;)

 

Fabuła jak fabuła, niby nic szczególnego, ale jednak zajmująca.

Starałem się to wyważyć: nie chciałem by fabuła przysłoniła świat, ani by świat przesłonił fabułę itp. Chciałem, by fabuła była elementem istotnym opowieści, ale pamiętałem, o głównych hasłach konkursu – Tajemnicy i o Świecie :)

 

Mam jednak zastrzeżenie: kilka momentów aż prosi się o to, by mocniej, dosadniej oddać emocje bohaterów.

Zdaję sobie sprawę z tego mankamentu. Próbowałem to ugryźć na parę różnych sposobów. Trochę obrały tutaj z emocji skróty, ale pewnie bardziej moja nieumiejętność. Dodatkowo moja własna konstrukcja psychiczna nie wpływa dobrze, na poznawanie i opisywanie takich stanów. Przyjąłem – na przyszłość poprawić, dopracować emocje (choć w sumie od dawna już próbuję i idzie mi z tym jak z nauką języków obcych :D )

 

proszą się o to, żeby przekuć je w pełnoprawne intrygi

Oj proszą się. To prawda.

 

Jeśli masz wersję tekstu sprzed tych wszystkich cięć, to bardzo chętnie bym ją przeczytał :P

Mam nawet pięć wersji (a ściślej to chyba z osiemdziesiąt :D ). Ale wolę ich nie udostępniać i potraktować jako niebyłe. Prędzej myślę o tym, by coś napisać jeszcze w tym świecie – i choć czuję do tego jakąś wewnętrzną potrzebę – to nie ukrywam, że tu będę bardzo zewnątrzsterowny – za tysiąc lajków i milion polubień… tfu… ehh… no – ten tego – no… jak się komuś spodoba ten podwodny świat to pewnie coś w nim jeszcze napiszę. Na razie mam odczucie, że najbardziej on się podoba… autorowi :D

Przyznam się, że pisanie tego tylko dla mojej własnej satysfakcji – mogę odłożyć – na święte nigdy ;P

 

Czasami trochę dziwna interpunkcja i dosyć kulawy szyk, ale te usterki są na tyle drobne, że w ogóle mi nie przeszkadzały i przeczytałem opko płynnie.

Fajnie, że mimo mojej niezręczności jednak udało mi się nie zabić tego tekstu :D

 

 

Nie wiem, czy masz już komplet, ale na wszelki wypadek kliknę do biblio, co mi tam. 

 

Dziękuję bardzo :)

I również pozdrawiam!

 

 

entropia nigdy nie maleje

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dwoistych odczuć doznawałam podczas lektury – z jednej strony podziwiałam Twoją wyobraźnię, pozwalającą na stworzenie osobliwego świata i nietuzinkowych bohaterów, a z drugiej – no cóż, Jimie, zmęczył mnie ten Taniec okrutnie.

Z trudem śledziłam akcję, która, niestety, nie zdołała mnie porwać. Ot, powstał konflikt, będzie wojna, a mnie jakoś nie nęcą sprawy wojenne, niezależnie od tego, kto z kim walczy i dlaczego, a zwłaszcza kiedy rzecz dotyczy religii, nieważne czy to znanej, czy wymyślonej.

Mimo wszystko usiłowałam skupić się na czytanej treści, ale mnogość wprowadzonych przez Ciebie terminów przytłoczyła mnie i skutecznie utrudniła lekturę. Drastyczne cięcia i upakowanie pomysłu w ograniczającym Cię limicie także, moim zdaniem, nie podniosło jakości tej historii.

Mam nadzieję, Jimie, że podczas Tworzenia kolejnych opowiadań, Twojej wyobraźni nie będzie już ograniczał gorset limitu. ;)

 

od­bi­cie sza­re­go nieba w krysz­ta­ło­wej sopli na­szyj­ni­ka. ―> Sopel jest rodzaju męskiego, więc: …od­bi­cie sza­re­go nieba w krysz­ta­ło­wym soplu na­szyj­ni­ka.

 

 Ko­ra­lis mil­cza­ła. Au­ro­ris po­ło­ży­ła jej rękę na ra­mie­niu: ―> Na czyim ramieniu Auroris położyła rękę Koralis?

A może miało być: Ko­ra­lis mil­cza­ła. Au­ro­ris po­ło­ży­ła rękę na jej ra­mie­niu:

 

 (…)roz­waż moją pro­po­zy­cję. ―> Brak spacji po zamknięciu nawiasu.

 

Try­to­ni roz­pa­li­li ogni­ska. Wy­mie­sza­li się z dy­ro­da­mi i no­ro­da­mi grali na lut­niach. ―> Czy dobrze rozumiem, że trytoni wymieszani z dyrodami, grali na lutniach norodami?

Pewnie miało być: Wy­mie­sza­li się z dy­ro­da­mi i no­ro­da­mi, i grali na lut­niach.

 

śmia­ła się Kon­gwa­is wzno­sząc do góry ręce i wy­bi­ja­jąc rytm. ―> Masło maślane – czy mogła wznosić ręce do dołu?

Wystarczy: …śmia­ła się Kon­gwa­is, wzno­sząc ręce i wy­bi­ja­jąc rytm. Lub: śmia­ła się Kon­gwa­is, wy­bi­ja­jąc rytm uniesionymi rękami.

 

Po czym wy­bu­chła gnie­wem: ―> Po czym wy­bu­chnęła gnie­wem:

 

Au­ro­ris zła­pa­ła za na­szyj­nik i wy­cią­gnę­ła… ―> Au­ro­ris zła­pa­ła na­szyj­nik i wy­cią­gnę­ła

 

Prze­rwij­my krwa­wą jatkę! Dla­te­go bła­gam, 

roz­waż moją pro­po­zy­cję. ―> Zbędny enter.

 

Au­ro­ris wy­bu­chła gnie­wem: ―> Au­ro­ris wy­bu­chnęła gnie­wem:

 

„Na­ucza wy­trwa­łych, jak tu żyć żeby zgnić.” ―> „Na­ucza wy­trwa­łych, jak tu żyć, żeby zgnić”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Po­szu­ki­wa­nia były żmud­ne, ale cie­ka­wa byłam tych ob­cych bu­dow­li. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Po­szu­ki­wa­nia były żmud­ne, ale ciekawiły mnie te obce budowle.

 

Peł­zać przez te złomy mar­mu­ru, lodu i ba­zal­tu, nie było wcale ła­twym. ―> …nie było wcale ła­twe.

 

Na­szej matki.” ―> Na­szej matki”.

 

 Emet wzniósł w górę jakiś przed­miot. ―> Masło maślane.

 

A mi się koń­czą stro­ny. ―> A mnie się koń­czą stro­ny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Jimie! 

Wreszcie mam chwilę, żeby napisać tu coś pokrótce o moich odczuciach, które, co tu dużo mówić, są dość mieszane. Z jednej strony urzekasz wyobraźnią, bo podwodny świat przedstawiasz bardzo soczyście i z dużą dbałością o szczegół, słowotwórstwo też wyszło Ci bardzo na plus. Z drugiej, nurt tego tekstu niestety nie porwał mnie tak jak powinien, a szkoda, bo wszystko jest napisane płynnie i z pomysłem. Podejrzewam, że głównym winowajcą tego jest limit, ale żeby go nie demonizować tak całkiem, postaram się dać parę konkretnych sugestii, co mogłoby ewentualnie ułatwić odbiór. Oczywiście nie bierz tego za przytyk, ale sądzę, że gdyby nad paroma detalami się tu pochylić, wycisnąłbyś z tej dość krótkiej formy znacznie więcej. 

Rzecz, która rozpraszała mnie najbardziej, to mnogość postaci, które przewijają się w tle i na pierwszym planie. 38k to mało i dużo znaków. Na przyszłość polecam zastanowienie się, czy aby pewnych postaci nie można scalić lub ewentualnie wyrzucić. Zyskują na tym najważniejsze w tekście relacje między bohaterami, którym można poświęcić więcej czasu antenowego. Konwencja imion, którą tu sobie wybrałeś też nie do końca mi pomogła, co może być winą mojego rozkojarzenia, ale to też mną trochę zakręciło. 

Druga rzecz to budowanie napięcia już od pierwszej sceny, która naprawdę nakręciła moje oczekiwania w stosunku do akcji. Niestety potem zaczęło się to rozmywać, po części pewnie przez to co wspomniałam już wyżej, po części przez to, że bardzo dużo informacji o świecie przekazujesz w dialogach, co jest fajnym i dynamicznym zabiegiem, ale… Czy żyjąc w jakiejś rzeczywistości analizujemy ją w codziennych wymianach zdań? 

Podsumowując, było tu dużo ciekawostek i smaczków, chętnie przeczytałabym jeszcze jakieś opowiadanie z tego świata, żeby lepiej go zrozumieć i poczuć. Tym razem jednak czegoś mi zabrakło. Co wcale nie oznacza, że jest to zły tekst, po prostu ja nie czuję w nim pewnych proporcji, które sprawiają, że wszystkie klocki są na miejscu. 

Pozdrawiam!

Najpierw powiem, że zawsze uważałam, iż universum buduje się na 2000 stron;)

Jestem zszokowana.

Jestem też oczarowana światem, który nam pokazałeś.

Przychylam się do przedpiśców, że duża liczba postaci, powoduje u czytelnika lekkie zagubienie ale czyta się pięknie.

CM

Dzięki za odwiedziny :)

 

Regulatorzy

 

Mam nadzieję, że z tych dwoistych uczuć jednak te pozytywne zostaną dłużej zapamiętane niż liczne potknięcia, niedoróbki i ogólna miałkość. Za zmęczenie tańcem – przepraszam – na pocieszenie powiem, że w rzeczywistości tańczyć nie mogę, bom chory na nogę ;-) Hehe – więc męczę tańcem tylko wirtualnie.

Przykro mi czytać, że akcję śledziłaś z trudem i nie była Cię w stanie porwać. Albo – ogólnie – nie umiem pisać porywająco, albo tutaj – mi nie wyszło, albo może – tym razem – na linii autor-czytelnik nie doszło do należytego po-rywo-rozumienia – mam nadzieję, że w następnych moich tekstach odnajdziesz coś godnego uwagi.

W odróżnieniu od Ciebie, ja bardzo lubię tematy dotyczące wojny i religii

Cytując Edguya:

 Sex Fire Religion

 Visionary position

W sumie tak jak się głębiej zastanowić.. to chyba każdy mój utwór jest albo o religii, albo o wojnie, albo o seksie. A najczęściej o tym wszystkim na raz. Cóż… chyba już taki prymityw ze mnie i do końca życia się nie zmienię. Czytając Wojnę i Pokój wynudziłem się niezmiernie bo było za dużo Pokoju a za mało Wojny, a seksu już jak na lekarstwo. Poza tym nie daje mi spokoju co to znaczy w przypadku damy “się zdetonować” – wstyd pytać – ale zawsze przychodziło mi do głowy, że te detonujące damy miały pod krynolinami pas szahida, albo po prostu puszczały bardzo zabójcze wiatry – a pewnie (jak sądzę z kontekstu) – chodziło raczej, że ktoś “zdetonował” to znaczy, że powiedział coś głupiego, coś w złym tonie… Ale tego się już nigdy nie dowiem, chyba, że przyjdzie tu Drakaina, albo inna znawczyni tej przeklętej epoki i wyjaśni ;)

 

Z trudem śledziłam akcję, która, niestety, nie zdołała mnie porwać.

 

Najgorzej… Najgorzej…

Cóż mogę napisać więcej. Hmm… Przepraszam. Przykro mi, że przeczytałaś coś, co nie było tego warte.

 

mnogość wprowadzonych przez Ciebie terminów przytłoczyła mnie i skutecznie utrudniła lekturę

 

Jak odpowiadałem już wcześniej – nie byłem w stanie z nich zrezygnować… czułem wewnętrzny sprzeciw przed usuwaniem ich. Mam nadzieję, że przynajmniej część czytelników mi to wybaczy. Niestety, gdybym je uczynił “zrozumiałymi” przestałyby być zrozumiałe dla mnie. I poczułbym się jak zdrajca wobec własnego tekstu i własnego świata. Rozumiem, że to utrudnia. Było to zgłaszane podczas bety. Ale nie zamierzam tego korygować – już i tak tych terminów jest dużo mniej niż pierwotnie.

 

Drastyczne cięcia i upakowanie pomysłu w ograniczającym Cię limicie także, moim zdaniem, nie podniosło jakości tej historii.

Nie wiem, czy limit tu winien, czy moja nieumiejętność. Historia rzeczywiście jest upakowana, ale niektórzy skarżą się, że mimo to – nudna – a i Ty napisałaś, że Cię nie porwało. Gdyby to było dłuższe, mogłoby nadal nie porwać, a być jeszcze cięższe do przebrnięcia. Kto wie – może niepotrzebnie klnę na limit.

 

Mam nadzieję, Jimie, że podczas Tworzenia kolejnych opowiadań, Twojej wyobraźni nie będzie już ograniczał gorset limitu. ;)

 

Oj, to od razu bym tu wrzucił jakiś pięcioksiąg ;-)

A tak serio – tutejsze konkursy zawsze mają limity. A pisania tutaj czegoś nie-na-konkurs nie widzę sensu, bo zależy mi na dużej liczbie komentarzy / opinii.

 

Za wszystkie łapanki i poprawki – ślicznie dziękuję – zaraz zacznę je wprowadzać.

 

Cześć Oidrin!

 

Cieszę się, że znalazłaś chwilę, żeby napisać o Twoich – mieszanych – odczuciach.

 

Miło, że urzekłem wyobraźnią, soczystym przedstawieniem świata i szczegółowością, ale przykro mi, że i Ciebie podobnie jak Regulatorów nie porwała ta opowieść.

 

Oczywiście nie bierz tego za przytyk, ale sądzę, że gdyby nad paroma detalami się tu pochylić, wycisnąłbyś z tej dość krótkiej formy znacznie więcej. 

Nie biorę tego (czy czegokolwiek) inaczej, niż ktoś sobie życzy bym brał :) Więc – spokojna głowa. A gdybym przytyków się bał – po prostu bym tu niczego nie publikował. Skoro publikuję – to znaczy, że potrzebuję krytyki. Kto wie – może za jakiś czas zrobię w tych portalowych publikacjach przerwę i wrócę dopiero za czas jakiś, gdy uda mi się przetrawić i wdrożyć tutejszy feedback – ale z pewnością nie będzie to miało charakteru rage-quit’u. Moje ego, choć kruchutkie jednak zmuszane jest przez racjonalną część mej istoty do trzymania rozbuchanego narcyzmu i dramoróbstwa w jakotakich ryzach ;-)

 

 

Rzecz, która rozpraszała mnie najbardziej, to mnogość postaci, które przewijają się w tle i na pierwszym planie.

Postaram się w następnym tekście mocno ściąć tę mnogość. W tym już pozostanie tyle ile jest.

 

38k to mało i dużo znaków.

Zgadza się. Choć jak dla mnie każda liczba poniżej 200k to mało ;P

 

Konwencja imion, którą tu sobie wybrałeś też nie do końca mi pomogła, co może być winą mojego rozkojarzenia, ale to też mną trochę zakręciło. 

 

Cóż. Konwencja ta z jednej strony jest mocno przemyślana (w sumie w pierwszej wersji tekstu było nawet wyjaśnienie co do niej) – a z drugiej, rzeczywiście, może przeszkadzać. Imiona są swego rodzaju tłumaczeniami. Mogę je odrobinę zmieniać, ale nie mogę zmienić konwencji, ani ich znaczenia (każde imię ma swoje znaczenie). Podobnie z nazwami własnymi, nie będącymi imionami. Przykładowo na prośbę betujących zmieniłem tłumaczenie imienia siostry Koralis – z Borealis na Auroris, a nazwę królestwa z Baucis na Arkadis (bo Baucis było zbyt podobne do Bellis). Ale jak widać – jedno i drugie jest zmianą typu synonimicznego. Nie mam tu dużego pora manewru. W oryginalnej formie imiona nadden są ogólnie dużo dłuższe (one lubią dużo mówić, więc i ich wyrazy są często dłuższe) – ale nie miałyby żadnych znaczeń dla współczesnego, ludzkiego odbiorcy. Nie każdy czytelnik musi wiedzieć co prawda wyrwany ze snu, co te imiona znaczą, ale mam wrażenie, że oczywistym jest, że można te znaczenia – łatwiej lub trudniej – wywnioskować. Niektóre, jak “Nemezis” są wręcz podane na tacy.

 

Druga rzecz to budowanie napięcia już od pierwszej sceny, która naprawdę nakręciła moje oczekiwania w stosunku do akcji.

 

Cieszę się, że udało mi się zbudować napięcie od pierwszej sceny. Nie cieszę – że nie udało się tego utrzymać. Bardzo chciałbym tu za Alfredem Hitschcookiem “zacząć od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno nieprzerwanie rosnąć”. Jak widać nie udało się. Jim – do kąta.

 

bardzo dużo informacji o świecie przekazujesz w dialogach, co jest fajnym i dynamicznym zabiegiem, ale… Czy żyjąc w jakiejś rzeczywistości analizujemy ją w codziennych wymianach zdań? 

Bardzo często nie analizujemy. To fakt. Ale to nie są codzienne sytuacje. Tych dialogów – mimo wszystko – będę bronił.

 

Podsumowując, było tu dużo ciekawostek i smaczków, chętnie przeczytałabym jeszcze jakieś opowiadanie z tego świata, żeby lepiej go zrozumieć i poczuć.

Postaram się sprostać tej sugestii :)

 

Tym razem jednak czegoś mi zabrakło.

Zatem muszę popracować nad sobą, by następnym razem teksty były lepsze. Może czas “rodzenia” tego tekstu był za długi. Następnym razem spróbuję podejścia skrajnie przeciwnego – wiem, że niby się tak nie robi – ale spróbuję tu wrzucić tekst – bez odleżenia, bez długiej obróbki, bez katorżniczego przepisywania na nowo itp. – może nieco niechlujny (a niech tam! ścierpię krytykę) – ale świeży i nie przegotowany ;-) I by – jak to określiłaś – użyć odpowiednich “proporcji, które sprawiają, że wszystkie klocki są na miejscu”. 

 

 

 

Ambush

Najpierw powiem, że zawsze uważałam, iż universum buduje się na 2000 stron;)

 

Tak, tak właśnie czynić należy :)

Rad jestem, że mimo skąpej objętości, świat oczarował.

I cieszę się, że mimo zbyt dużej liczby postaci “czytało się pięknie” :)

 

Pozdrawiam!

 

 

Ponieważ nie wiem, co więcej na Wasze wspaniałe komentarze odpowiedzieć, wrzucam ciekawostkę na temat Brinicle’a :

 

 

entropia nigdy nie maleje

Jimie, proszę, nie sugeruj mi słów, których nie napisałam.

Powiem to raz jeszcze – podziwiam Twoją wyobraźnię, stworzony świat i interesujące postaci, i choć nic nie poradzę, że sama historia mnie nie uwiodła, to na pewno nie przyszło mi do głowy, by nazwać ją miałką.

Owszem, zdarzyło mi się kilkakrotnie potknąć na usterkach. Owszem, nieco męczyły wymyślone nazwy, bo nie bardzo wiedziałam, co znaczą, ale przecież Taniec miłości i pogardy nie był pisany pod gust jednego czy drugiego czytelnika – to Twoje opowiadanie i miałeś prawo napisać je słowami, które uznałeś za najwłaściwsze.

Jimie, jestem przekonana, że jury należycie doceni zarówno Twój pomysł, jak i opisany świat. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uh, Jimie. Ostro pojechałeś. Oryginalny nie będę i przyznam, że rzuciłeś się z motyką na słońce. To nie limit na takie opowieści, Tobie bardziej trzeba książki ;)

Na pewno masz głęboko przemyślany świat, ze świetnymi nazwami – są lekkie i płynne, widać, że nie wymyślane na siłę. Styl też mi się podobał, trochę patetyczny, trochę dramatyczny, ale dobrze się go czyta. Zapowiada się porządna batalistyka w obcym świecie, wyprawa, zdrady, magia. Lubię batalistyczne teksty, także o samych przygotowaniach i tutaj mi się podobało, jak prowadzisz historie.

Wiadomo, ilość nazw przytłacza, co powoduje, że brnięcie przez tekst było nadzwyczaj powolne. Imion również nie szczędziłeś, potęgując zamieszanie. Nie wiem, czemu fragmenty z Nono zdecydowałeś się pisać z pierwszej osoby, bardziej pasowałaby trzecia, bo Nono wcale tu nie wydaje się główną postacią. Pogubiłem się przy niektórych momentach. Uważałem, że mówimy o syrenach i podwodnym królestwie, a tu postacie spadają w przepaść, albo potrzebują sani, albo rozpalają ogień czy wspominają elektrownie. Myślę, że to wina małego limitu i braku objaśnień, ale chaos to chaos. 

Klikam za wykreowany świat, bo zdecydowanie się należy.

Cześć, Jim,

uważam, że popełniłeś ogromny błąd. Może nie jest to dobry początek komentarza, ale to pierwsze, co nasuwa mi się na myśl. Umyśliłeś sobie zbyt ambitny pomysł i głupio trzymałeś się go do końca, niczym Jack z Titanica, który zamiast znaleźć inną tratwę, kurczowo tkwił z Rose, bo przecież trzeba… Twoje światotwórstwo jest wspaniałe, a pomysł cudowny (ten pokazany, jak i ten ucięty, który sobie wyobrażam), język bardzo przyciągający – zważ, że czytałam i czytałam, mimo tego, że nie do końca podążałam za fabułą, normalnie bym pewnie odpuściła, ale tutaj nie mogłam się oderwać. Ten tekst zdecydowanie pasuje do założeń konkursu. Ale.

Ale czasem trzeba odpuścić. Uparłeś się wcisnąć to opko w ten limit (który wcale nie jest mały swoją drogą, zazwyczaj konkursy tutaj mają o połowę mniejszy), ciąłeś i ciąłeś, bo ktoś ci wcześniej napisał, że się da. W większości przypadków się nie da. Tutaj się nie udało. Ja od razy podchodzę sceptycznie, gdy ktoś twierdzi, że uciął ze 60 tys., powątpiewam, czy to może się udać w sposób zadowalający. Historię można uprościć, można odjąć bohaterów, ale zmniejszyć świat już średnio. To opowiadanie ma podobną sytuację co nasz Wiedźmin – najpierw wyszedł film, okrojony niemożebnie, a później rozwijający wszystko serial.

Jak napisałam – czasem trzeba odpuścić. W większości przypadków, gdy piszę na konkurs, najpierw mam inny pomysł, ale ja już wiem, że się nie uda, że będę musiała ciąć i szybko biec do końca. Bo widzę tę historię w głowie. Drugi pomysł jest zawsze prostszy i zawsze wiem, że się zmieszczę. Wydaje mi się, że im więcej się pisze, tym łatwiej jest oszacować w głowie te znaki, bo kiedyś nigdy nie mieściłam się w limitach. Uważam, że zawinił tutaj brak tej umiejętności, a nie sam sposób pisania.

Podsumowując, uczyniłeś swojemu wspaniałemu tekstowi ogromną krzywdę. Powinieneś był uciąć go do 70/80 tys. i zamieścić normalnie, bez tagu. Poza konkursem + długi tekst = mało czytelników. Okej, im więcej tym lepiej, to jasne. Ale miałeś wybór: genialne opowiadanie ze świetnym światotwórstwem z mniejszym zasięgiem albo dobre opowiadanie, pod którym będzie dziesiątki komentarzy, że czegoś zabrakło.

Ponieważ gaduła z ciebie straszny, myślałam, że większość wycinania będzie dotyczyła bezsensownego lania wody, czyli czegoś, co należałoby zrobić niegdyś Tołstojowi. Ale tutaj poszła też, co było nieuniknione, lwia część fabuły i należnego charakteru postaci.

Dobra, trochę się rozpisałam, ale nieraz podkreślałeś, że chcesz znać prawdę i tylko prawdę. Na osłodę przypomnę, że bardzo mi się podobało, co już wcześniej napisałam, jak i powinno to wybrzmieć z samej długości tego komentarza. Naprawdę musiało mnie coś ująć skoro się tak napociłam. Aż dziwne ;)

 

 

– Moja kochana Nono. Tak o mnie dbasz – pogładziła mnie po twarzy. Po czym się odwróciła i znad książki powiedziała szybko:

Coś dziwnego się tutaj zadziało. Powinno być: (…) o mnie dbasz. – Pogładziła mnie po twarzy, po czym (…)

 

– Często zdrada przychodzi z najmniej spodzianej strony – wyjaśniła[+.] – Azunaris została zdradzona przez ulubioną uczennicę.

 

Starsza siostra Koralis,[-,] miała prawie dwa razy większe od niej płetwy, dłuższy ogon i pełniejsze piersi.

 

– Pewnie o technice oblężniczej,[-,] albo o przeprawie przez lodowiec?

 

– Tak to możesz nam grać, grajku! – śmiała się Kongwais wznosząc, wznosząc ręce i wybijając rytm.

 

Powodzenia!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Zanaisie

Sorki za ostre pojazdy, ale to chyba jednak głównie względem samego siebie, więc to był taki auto-pojazd :) A porywanie się z motyką na słońce, to by mogło być moje drugie, indiańskie imię (pierwsze to Deszcz w Twarz czyli Ité Omáǧažu)

 

Pogubiłem się przy niektórych momentach. Uważałem, że mówimy o syrenach i podwodnym królestwie, a tu postacie spadają w przepaść, albo potrzebują sani, albo rozpalają ogień czy wspominają elektrownie.

Masz rację, rzecz zaczyna się w podwodnym świecie, ale ponieważ to są Tajemnice Światów, one szybko ten znany sobie, bezpieczny świat opuszczają, by stanąć oko w oko, z o wiele groźniejszym, światem lodowca. Pewnie nie dostatecznie to wyartykułowałem, że akcja nie toczy się cały czas pod wodą, że bohaterki wychodzą na lód i tam się dzieje znaczna część fabuły.

Myślę, że to wina małego limitu i braku objaśnień, ale chaos to chaos. 

Niestety, chaos to chaos, nie ma co na limit zwalać :(

 

Klikam za wykreowany świat, bo zdecydowanie się należy.

Dzięki za klika! A, że reszta kulała – chciałoby się rzecz – cóż, takie życie :(

 

 

regulatorzy

Jimie, proszę, nie sugeruj mi słów, których nie napisałam. (…) sama historia mnie nie uwiodła, to na pewno nie przyszło mi do głowy, by nazwać ją miałką.

Masz rację, niepotrzebnie w Twoje usta włożyłem coś, co z nich nie padło. Przepraszam za to.

Jestem po prostu mocno skupiony na skuteczności, użyteczności pewnych rozwiązań. Skoro męczyłem ten tekst przez trzy miesiące, przez dwa miesiące katowałem nim betujących (aż sześcioro!) – a mimo to, większość osób pisze, że nie porywa – znaczy, że coś poszło grubo nie tak. Może po prostu – nie powinienem betować i pisać szybciej. Może nie skupiać się aż tak na detalach, drobiazgach itp. Może lepiej na razie sobie odpuścić i nie próbować od razu rzucić czytelników na kolana, a po prostu opowiadać historie – prościej, szybciej, efektywniej? Bo jeśli taki jest mój rezultat wytężonej wielomiesięcznej pracy – że to nie porywa, nie uwodzi – to po co coś takiego w ogóle pisać? Nie, nie jestem osobą, która lubi pisać do szuflady. Piszę dla czytelników, albo wcale. To co piszę dla siebie samego – nigdy i nigdzie nie opublikuję. Jeśli więc tekst, pisany z założeniem, że ma być zrozumiały, przyswajalny, łatwy do czytania – znów trafia kulą w płot, odbiorców mija gdzieś bokiem, to znaczy, że robię coś grubo nie tak – i żadna beta mi w tym nie pomoże.

Dlatego Twoja i inne opinie tutaj są dla mnie bardzo cenne… choć wyciągam z nich więcej, niż napisaliście. Wiem, że tutaj wszyscy są grzeczni i uładzeni, rzadko walą prosto między oczy. A przekaz jest jasny: Jim, ogarnij się.

Owszem, co do tego opowiadania – “miałem prawo napisać je słowami, które uznałem za najwłaściwsze” – ale skoro, nie udało mi się, w trakcie, nauczyć odbiorcy tego języka na tyle, by go może nie w 100% rozumiał, ale przynajmniej niezrozumienie jakichś fragmentów ignorował – to jest o wiele ważniejszy zarzut, niż to, że gdzieś napisałem “unosząc do góry"

Co do jury – nie pisałem tego tekstu by konkurs wygrać (choć byłoby miło i połechtałoby to moje autorskie ego), ale by zderzyć me pióro z czytelnikiem. Liczę też na jurorskie komentarze, bo z reguły są one bardzo wnikliwe. Mając informację zwrotną, będę musiał ją przeanalizować – i pewnie, tak jak wspominał Gekikara – zniknąć na jakiś czas, przetrawić, opracować. Wydaje się to sensownym podejściem. Czy będzie efektywnym – czas pokaże – przed takim dłuższym zniknięciem na pewno chcę tu jeszcze skonfrontować z opinią czytelników, jakiś jeden, dwa czy może nawet trzy teksty – ale już tworzone na zupełnie innej zasadzie – w pośpiechu, z marszu – nie przez brak szacunku dla czytelnika, a przez to by dobrze zrozumieć, co właściwie dała mi ta beta i jak duża jest różnica między tekstem surowym, a ociosywanym miesiącami.

Dzięki jeszcze raz za bytność pod mym tekstem i przepraszam za tę “miałkość” :)

 

 

Na pocieszenie, dla tych, co tu zbłąkali i oczekiwali czegoś lepszego, taka Mała Syrenka:

Pozdrawiam!

 

 

 

 

entropia nigdy nie maleje

Tak, LanaVallen, popełniłem błąd z tym opowiadaniem i to nie jeden, nie dwa. Próba wepchnięcia tego w ramy 40k znaków, pewnie była jednym z nich ale nie jedynym.

Jednak z pewnego punktu widzenia to zderzenie z publiką jest dla mnie swego rodzaju sukcesem. Nie przyzwyczajony jeszcze jestem do tak krótkiej pętli sprzężenia zwrotnego – to ciekawe doświadczenie. Utwór został źle przyjęty – owszem – ale uzyskałem interesujące komentarze do przyszłej walki. Od początku podkreślam, że swą bytność tu – zresztą jak całe życie – traktuję jako pewnego rodzaju jednorazowy eksperyment…

Jak pisała Szymborska:

 

Nic dwa razy się nie zda­rza

i nie zda­rzy. Z tej przy­czy­ny

 zro­dzi­li­śmy się bez wpra­wy

i po­mrze­my bez ru­ty­ny.

 

Może jednak masz rację, że przydałoby mi się nieco rutyny – kiedyś – pisałem dużo i szybko – teraz – zatrważająco mało i okropnie wolno. Powinienem wrócić do trzaskania tekstu za tekstem, do pisania praktycznie non stop – w każdej wolnej chwili – muszę tylko te wolne chwile sobie stworzyć / wygospodarować. Jak widać prozaikiem weekendowym jest być bez sensu, bo proza życia nawet weekendy potrafi zabrać.

 

Uparłeś się wcisnąć to opko w ten limit

Ano… uparłem się. Po troszę też – pewnie też nie miałem odwagi, po miesiącach bety powiedzieć, że tekstu się w taką formę i takie ograniczenia wcisnąć nie da, a przynajmniej ja zbyt cienki w uszach jestem i nie potrafię.

 

Jak napisałam – czasem trzeba odpuścić. W większości przypadków, gdy piszę na konkurs, najpierw mam inny pomysł, ale ja już wiem, że się nie uda, że będę musiała ciąć i szybko biec do końca. Bo widzę tę historię w głowie

 

W sumie – miałem podobnie – po stworzeniu w głowie tej historii, na ten konkurs miałem pomysł na rzecz dużo krótszą – ale nie starczyło na nią czasu. I chyba dobrze, bo patrząc wstecz, myślę, że była to historia niegodna uwagi.

 

Dobra, trochę się rozpisałam, ale nieraz podkreślałeś, że chcesz znać prawdę i tylko prawdę.

 

Tak i nadal to będę podkreślał. Nawet, jeśli mnie, jako twórcy może być w danym momencie przykro, że coś się nie przyjęło – czytaj “nie porwało” – to przecież płynie z tego dla mnie istotna nauka – więc pożytek dla mnie, z ostrzenia pióra – a i dla przyszłych czytelników, że jest szansa, że następnym razem przeczytają coś lepszego :) Więc jeszcze raz nawołuję: proszę o szczerą, jak najszczerszą i wręcz obcesową krytykę :)

 

Naprawdę musiało mnie coś ująć skoro się tak napociłam. Aż dziwne ;)

Cieszę się, że zatem coś Cię tutaj ujęło :) I to wcale nie dziwne, że się cieszę ;-)

 

 

entropia nigdy nie maleje

Ja , jak zwykle stanę okoniem w stosunku do przedpiśców.

Moim zdaniem, naprawdę nieźle skompaktowałeś opowieść ze świata nadden. Ręce i nogi ma. Spójne. Obcych, dziwnych zwrotów nie jest za wiele. Precz z uproszczeniami. Albo jest sf lub fantasy, albo obyczajowka rodem wzięta z tylko swoich bliskich doświadczeń. Bardzo trudno w nie utrafić, co nie? Niemożliwe? Moda, trend, wydawane bądź nie, przeczytane do tej pory i preferencje gatunki, obrazowanie. 

Twoja opowieść nie jest skompresowana i niepotrzebne jej żadne wydłużanie przy tej narracji (Nono), bo wzorce są oczywiste i jasne, reszta byłaby przegadaniem. W gruncie rzeczy, myślę sobie, że niedosyt czytelników i zwalanie na limit jest rodzajem przyzwyczajenia, że ma się ciągnąć jak makaron, a my możemy skanować i nic nam nie umknie, a tak nie jest, choć może będzie. Witam, w New Age. :-)

 

Pewnie, że mogłeś ze dwóch rzeczy nie odpuścić, gdy pojawiły się niespodziewanie uwolnione znaki. Dla mnie, są nimi: poselstwo (obietnica pomocy i udzielenie jej); nierozjaśnienie kwestii wpływu wiary – pierwej zapisany dialog zdawał mi się mocniejszy, ale mogę się mylić przez efekt pierwszeństwa i niedostępność do – w tym momencie – pierwotnego tekstu. 

Jednak, rozumiem opublikowanie i serdeczne „dość” tego tekstu. Byłeś nadzwyczaj cierpliwy w stosunku do nas i tekstu.

Cieszę się, że nie poszedłeś w YA.

 

Powodzenia w konkursie!

 

Zedytowałam, bo wkradło się „nie” przy „nie udzielaniu”.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie mogę powiedzieć, że spodobało mi się to opko. Z drugiej strony, nie mogę powiedzieć, że jest złe. Więc o co mi chodzi?

Może zacznę od plusów. Po pierwsze, mimo paru nieudanych zdań, Taniec miłości i pogardy jest po prostu dobrze napisany. Momentami trochę prosto, co prawdopodobnie wynika z próby zmieszczenia się w limicie konkursu, ale dobrze.

Po drugie – klimat. Nawet jeśli fabuła mnie niezbyt interesowała, to jednak podwodny świat został pokazany przecudnie.

Mam jednak parę problemów z opowiadaniem. Przede wszystkim, o czym już wspomniałem wcześniej, z fabułą. Opowiedziana przez Ciebie historia jest po prostu nijaka. Cenię oryginalny setting, ale nie otrzymałem nic specjalnie ciekawego. Na początku zauważyłem trochę problemów z tempem – opowiadanie zaczyna się długo, przez nie krótki czas trudno powiedzieć, co jest właściwie celem bohaterów i do czego to wszystko zmierza. Zasypywanie czytelnika trudnymi do zapamiętania nazwami własnymi bynajmniej nie ułatwia czytania.

Są również problemy z logiką. Dlaczego Koralis nie zapytała Auroris o list? Dlaczego Auroris nie powiedziała pozostałym o listach, które otrzymała od Raptis?

No i czasami trochę brakuje didaskaliów, przez co trudno stwierdzić, co kto mówi.

Połączenie fabuły, która mi się nie spodobała, z opisami pełnych słów, których nie rozumiem, sprawiło, że poczułem się po prostu zmęczony i ledwo doczytałem tekst do końca. Pomimo dobrych pomysłów, to opowiadanie nie spodobało mi się.

Teraz tylko czekać na wersję reżyserką z usuniętymi scenami. ;p

Pozdrawiam

'Cause nothin' lasts forever even cold november rain

Cześć Jimie.

Uf, rzutem na taśmę :)

 

Nie będę próbować robił łapanek, jak mam to w zwyczaju – aby samemu się z nich uczyć. Czas nie rozpieszcza, a chciałbym dziś jeszcze dodać kilka opinii. Napiszę, jeśli coś mi zgrzytnie ewidentnie lub coś się spodoba, jak choćby to:

 

W Głębinie Kwiatów urodził się delfin z dwiema głowami

:D Śmiechłem trochę ;)

 

na szczycie kopuły pojawił się grzyb o kształcie grobu.

Zapraszam do Kartuz, do Kolegiaty. Kościół, którego dach został wybudowany, aby przypominać wieko trumny.

 

błękitne słońca oko nie spoziera

Tego tyci nie rozumiem. Błękitnego słońca oko nie spoziera? Błękitnych słońc oko nie spoziera?

 

– Tak, pani, boję się. Ale… – zająknęłam się.

 

Starsza siostra Koralis miała prawie dwa razy większe od niej płetwy, dłuższy ogon i pełniejsze piersi. Piękna, dumna i władcza. Za to jej przyboczna, Kuno, była szkaradna.

Miło wiedzieć, że w innych światach, wśród innych ras jest zupełnie jak pomiędzy ludźmi ;)

 

Wyhamowała bardziej wyrzutem ramion niż płetw, jednocześnie gnąc się w ukłonie.

Fajny smaczek. Uwzględnienie fizyczności innej rasy.

 

– Nie – odparła twardo Auroris. – Raptis na to czeka. Jest jak stara, cwana ośmiornica. Jedną macką owija Kir, dwoma sięga Głębiny Kwiatów, pięć trzyma w pogotowiu.

Świetne. W tym momencie przekonałeś mnie do swojego świata. Mają własne powiedzenia, odrębne od naszych, które jednocześnie mają wielki sens. Świetny smaczek.

 

Wtem wpłynęła zdyszana młoda dyroda. Zatrzymała się, wahając, czy płynąć dalej.

To zapisałbym inaczej, aby unikać sugerowania typu, że nagle coś się stało. Żeby to pokazać:

 

Pojawienie się / wpłynięcie zdyszanej, młodej dyrody przerwało rozmowę. Dyroda (albo lepiej synonim) zatrzymała się z wahaniem.

 

Dzięki temu czujemy to “wtem”, czy “nagle”.

 

– Moja kochana Nono. Tak o mnie dbasz – Pogładziła mnie po twarzy, po czym się odwróciła i znad książki powiedziała szybko:

– Mogłaś przy nim mówić. Auroris nie ma przed nim tajemnic. Opowiadaj, czego dowiedziałaś się po drodze.

Brak kropki po “dbasz”. I ten dialog lepiej kontynuować po dwukropku. Tyci brakuje didaskaliów i chwilami muszę się zastanawiać, co kto mówi. Rozumiem, że to było pierwsze, co wylatywało podczas dramatycznego cięcia opka do limitu :D

 

– Moja kochana Nono. Tak o mnie dbasz. – Pogładziła mnie po twarzy, po czym się odwróciła i znad książki powiedziała szybko: – Mogłaś przy nim mówić. Auroris nie ma przed nim tajemnic. Opowiadaj, czego dowiedziałaś się po drodze.

 

– Nie mogę cię stracić, Nono. Nie zniosłabym, twojej śmierci – wyznała mi w pewnym momencie.

Zbędny przecinek po zniosłabym. Cholera. Miałem nie robić łapanki ><

Już nie robię.

 

Piękna Welanis się nie spodziewała,

Że nie ujdzie żywo z tej potyczki,

Że zdrada przyjdzie od siostrzyczki,

Którą najbardziej ukochała

Podoba mi się, że mają własną poezję. Nawet w moim stylu :D

Ale to akurat nie jest komplement. Nie jestem zbyt wyszukany pod tym względem. Ostatnio pewien Ślimak zaczął mi wyjaśniać, czym się różni poezja od poezji ;)

 

– Drań – szepnęła do mnie Koralis – wplótł tony pieśni godowej!

Również dobry smaczek :)

 

– Czemu szukamy wśród śniegów, pani? – spytałam w jednym z ciemnych zaułków – mówiłaś, że Azunaris była nawireną klanu Gnosis, daleko na południu.

Mówiłaś wielką.

 

 

Dobra. Do rzeczy.

Jestem na tak.

Mega wstawki, pokazujące, że świat jest przemyślany, żywy, ma swoje zwyczaje, swoją inność. To lubię i to cenię.

Światotwórstwo powala – i to w dobrym znaczeniu. Faktem jest, że pojęć u Ciebie baaaardzo wiele, a ja – przy ich dużo mniejszej ilości – musiałem w Wartowniku mierzyć się z opiniami o zbyt wielkiej ich liczbie.

To rodzaj opowiadania, które trzeba przeczytać dwukrotnie. Dopiero za drugim razem można już zrozumieć większość pojęć. Przeczytam kiedyś, obiecuję ;)

Końcówka powinna być bardziej rozwinięta względem początku. Podobała mi się przepowiednia, ruiny, odkrywanie tłumaczeń. Ale brakło mi tam czegoś więcej. Szczypty Indiany Jonesa. Pułapki. Klątwy. Zagrożenia. Trudności.

Jakbym miał się czegoś jeszcze czepiać, to niektóre dialogi brzmią nieco sztucznie, nienaturalnie. Zakładam, że limit swoje zrobił.

Mam na to wszystko remedium.

 

Zrób po prostu z tego książkę, a ja to kupię :)

Ewidentnie świetny pomysł dostał nieco po tyłku limitem.

Absolutnie nie uważam, że nie wyszło. Bo całościowo wyszło bardzo dobrze. A mogło być genialnie. Piórkowo :) Ale to pewnie z 70k znaków ;)

 

EDIT:

Achh, jeszcze ważna rzecz.

Patrząc na ilość komentarzy w becie oraz na dalsze komentarze, dyskusje, itd…

Cóż. Dochodzę do wniosku, że betowanie ma przynajmniej tyle wad, co zalet…

Witaj.

Opowiadanie porusza sporo problemów w relacjach ogólnoludzkich i w sumie dość pesymistycznie przedstawia ludzką naturę, odzierając ją ze wszystkich szat, zasłon, woalek, peruk czy zbroi: zdradziecką, niegodną, plugawą, ohydną, podstępną, złą. Wokół zdarzeń, jakie opisujesz barwnie, fantastycznie, wręcz baśniowo, rozgrywają się prawdziwe dramaty bohaterów, które nie są niestety obce żadnemu człowiekowi. 

Zamieszczona powyżej w komentarzach grafika dodaje opowiadaniu blasku, doskonale je wzbogacając, oczywiście, lecz Twoje obszerne opisy mogłoby posłużyć za całe arcydzieło filmowe! Wyobrażam sobie film, stworzony z potężnym rozmachem i inspirowany “Tańcem miłości i pogardy”. :)

 

Ponowne brawa za niekończącą się nigdy i nigdzie wyobraźnię, Jimie. :)

Pozdrawiam. :)

 

 

Pecunia non olet

Asylum

Obcych, dziwnych zwrotów nie jest za wiele.

Piszesz tak, bo masz skalę porównawczą i wiesz ile ich było z początku :D

Tym, którzy przyszli już po becie, trudno uwierzyć, że ja serio się ograniczałem.

 

Pewnie, że mogłeś ze dwóch rzeczy nie odpuścić, gdy pojawiły się niespodziewanie uwolnione znaki. Dla mnie, są nimi: poselstwo (obietnica pomocy i udzielenie jej); nierozjaśnienie kwestii wpływu wiary – pierwej zapisany dialog zdawał mi się mocniejszy, ale mogę się mylić przez efekt pierwszeństwa i niedostępność do – w tym momencie – pierwotnego tekstu. 

 

Poniekąd masz rację. Ale jedynie poniekąd. Ta obietnica pomocy od dwóch potężnych sojuszników, rozbudzenie nadziei i potem – zawiedzenie ich – miało swój sens i wplatało się mocno w to, o czym chciałem napisać. Ale zarazem – było dodatkowym wątkiem, dodatkową ścieżką, którą by można pójść. Owszem, było to dla mnie ważne – ale nie oszukujmy się, nawet w wersji, którą czytałaś, było to potraktowane po macoszemu. I w sumie… jakie to miało znaczenie dla czytelnika? Co by czytelnik na tym zyskał, gdyby się dowiedział, że wojnę poprzedziły jeszcze zabiegi dyplomatyczne, że królestwo Arkadis uzyskało gwarancje i obietnice pomocy od potężnych cesarstw Algis i Sofis? W wersji tekstu, którą czytałaś było tylko wzmiankowane, że i tak te gwarancje pozostały tylko deklaracjami, Algisy i Sofisy nie kwapiły się do żadnych działan poza demonstracyjnymi – owszem, ogłosiły mobilizację i obsadziły graniczne twierdze – ale dla królestwa Arkadis niczego to nie przyniosło, poza tym, że poczuły się jeszcze bardziej – zdradzone i pozostawione samym sobie. Myślę, że dla zrozumienia tego konkretnego opowiadania to tło polityczne nie było konieczne. Może jedynie dałoby to więcej do atmosfery beznadziejności Arkadis.

Z opowiadania wykroiłem wiele, wiele więcej, wątków, postaci, świata – różnych rzeczy, co dla mnie osobiście były ważniejsze. Ale zmiana perspektywy na Nono – właśnie to wykrojenie miała ułatwiać. Trochę żałuję, że nie udało mi się oddać, jak duża jest różnica intelektualna, a raczej nie tyle różnica, a przepaść – pomiędzy Koralis a Nono.

 

nierozjaśnienie kwestii wpływu wiary

 

Cóż. Kwestie związane z wiarą w tym świecie są zbyt skomplikowane, by je rozjaśnić w tak krótkim tekście. Nawet, gdybym poświęcił całe 40k znaków na objaśnianie spraw związanych z wiarą – byłoby to mało. Wspominane są tylko boginie, i tylko trzy z nazwy. Ale naddeny miały też przecież bogów (przedstawianych trytonomorficznie), siły natury (amorficzne), ich ambiwalentny stosunek do denników też ma podłoże w wierze (wspomnę, nie wiem czy pamiętacie, jak w jednej z wersji, gdy to Koralis była narratorką, pokazałem reminiscencję z dziecinstwa, z momentu, gdy opiekunka wiedzie młode dyrody w ciemność, w głębinę, gdzie nie dociera już żaden promien światła – to wpłynięcie w mrok miało charakter inicjacji – żałuję, że tę scenę musiałem wykreślić, choć oczywiście – niczego ona dla fabuły nie wniosła).

Żałuję też, że wykreśliłem nieco scen, dotyczących poszukiwan samego grobowca, przepowiedni, pułapek i zrezygnowałem z bardziej rozbudowanej sceny w samym grobowcu, którą od dawna planowałem, ale miałem ją dopisać tylko, jeśli limit pozwoli – ale do tego jeszcze wrócę odpowiadając Silvanowi.

 

Cieszę się, że nie poszedłeś w YA.

Ja YA nie rozumiem :) Trochę chciałem w pewnym momencie skręcić w tę stronę – ale nie udałoby mi się. Też się cieszę, że nawet za bardzo nie próbowałem :)

 

 

 

 

Simeone – dzięki za przeczytanie. Przykro mi, że się nie spodobało. Cóż. Mogę powiedzieć, że nie zakładałem, że każdemu się spodoba, choć nie ukrywam, że spodziewałem się, że więcej osób będzie zadowolonych. Cieszę się, że mimo, że Ci się nie podobało, to jednak znalazłeś jakieś plusy tego tekstu.

Twoje uwagi są w gruncie zbieżne z wieloma spostrzeżeniami, jaki w czasie bety pisał mi Gekikara myślę, że mógłbyś ogólnie napisać “#teamGeki” ;-)

Tłumaczyłem już, dlaczego do rad Gekikary się nie zastosowałem – i tylko powtórzę – że może i opowiadanie byłoby od tego lepsze, ale na pewno już nie moje. Myślę jednak, że ze względu na wkład i wysiłek jaki Gekikara włożył w opowiadanie i jego korekty, pora napisać bardziej szczegółowo, jak utwór by wyglądał gdybym Gekikary i BasementKeya mocniej posłuchał:

 

  1. Opowiadanie zaczynałoby się od fałszywej wersji przepowiedni, z adnotatką jakiegoś naddenskiego kronikarza
  2. Od początku byłoby mocne wprowadzenie Nemezis jako bogini z przepowiedni
  3. Kamera na Nemezis. Opis mordowania przez nią trytonów po tancu godowym
  4. Plan zgładzenia Nemezis
  5. Wyprawa Koralis (* Auroris wylatuje, jako zbędna postać)
  6. Odkrycie ruin i prawdy o przepowiedni
  7. Zdrada Emeta

(to nie cytat, ale chłopaki bardzo zbliżony plan mi zaserwowali, niektóre wyrażenia przekleiłem)

 

Myślę, że takie przedstawienie tej opowieści rozwiązałoby wiele problemów o których pisałeś – z tempem, fabułą, logiką itp. – ale na pewno to już nie byłoby moje opowiadanie. A opowiadanie Gekikary i BasementKeya

 

Co do zarzutów szczegółowych, rozumiem, że tak to odebrałeś, ale śmiem się z nimi nie zgodzić:

 

Są również problemy z logiką. Dlaczego Koralis nie zapytała Auroris o list? Dlaczego Auroris nie powiedziała pozostałym o listach, które otrzymała od Raptis?

 

A czy głównodowodząca ma obowiązek spowiadania się z czegokolwiek podwładnym? Czy w ogóle powinna to robić? Owszem, my mamy jakieś zboczenie, że polityka powinna być przejrzysta, a wszystko powinno być jawne… ale to jest po prostu nasza wada narodowa. Z której się do dziś nie możemy uleczyć, mimo mijających stuleci. Od Zygmunta I Starego, który ku zgrozie swojej żony, deliberował z dworzanami i szlachtą publicznie o najtajniejszych sprawach królestwa, po dwudziestopierwszowiecznych bezmózgich ministrów niszczących nasz wywiad i kontrwywiad w imię dekomunizacji i działania naszego niesławnego IPN-u, w wyniku których ujawniono nazwiska i dane, nie tylko polskich agentów, ale również agentów CIA z ostatnich trzydziestu lat, współpracujących z polskimi służbami. To, że jesteśmy ślepi i głusi i nikt się z nami nie liczy – odbywa się na nasze własne życzenie. Nikt nie powierza dzieciom sekretów. Auroris wie, że zdrada się czai na każdym kroku. Po co ma zdrajcom cokolwiek ułatwiać?

 

No i czasami trochę brakuje didaskaliów, przez co trudno stwierdzić, co kto mówi.

 

Cóż. Didaskalia mocno wypadły w czasie cięć, ale w sumie nie przepadam za ich nadmiarem.

Są dwie szkoły pisania dialogu – w jednej jest dużo didaskaliów a czytelnik jest prowadzony za rączkę. W drugiej – didaskaliów jest mało, a wiele zostaje do domyślenia. Z reguły wybieram świadomie tę drugą. Każda z tych szkół oczywiście może się przerodzić w swoistą patologię – ta pierwsza skutkować, że w dialogu będą praktycznie same didaskalia, druga – przegięta – że będą tylko “gadające głowy”. W moim odczuciu nie doprowadzam jednak do sytuacji “gadających głów”. Ale i tu – mógłbyś sobie podać rękę z Gekim – ja po prostu prze-didaskaliowanych dialogów nie lubię. Staram się nie przeginać w drugą stronę. Mimo to, wezmę to pod uwagę przy następnych utworach. Postaram się zwrócić uwagę, by nie było gadającogłowomani ;-)

 

poczułem się po prostu zmęczony i ledwo doczytałem tekst do końca. Pomimo dobrych pomysłów, to opowiadanie nie spodobało mi się.

 

Przykro mi, że tak się stało i że tekst Cię wymęczył :(

 

Teraz tylko czekać na wersję reżyserką z usuniętymi scenami. ;p

 

Oj, nie wiem, czy taka wersja kiedykolwiek powstanie, ale szykuję już kolejne opowiadanie w tym świecie :)

 

 

Silvan

Nie będę próbować robił łapanek

:)

 

:D Śmiechłem trochę ;)

Dobrze, że udało się nieco zachować z humoru w tym opowiadaniu. Asylum ceniła różnego rodzaju wstawki z mniej lub bardziej zamaskowanym humorem. Niestety po cięciach zostało tego bardzo mało – zresztą, większość była i tak dość głęboko poukrywana, by nie burzyć klimatu opowiadania. Trochę chciałem bardziej miejscami iść w satyrę, nawet bardzo mocno, ale jednak z różnych względów (nie tylko przez limit) nie zdecydowałem się na ten zabieg.

 

 

błękitne słońca oko nie spoziera

Tego tyci nie rozumiem. Błękitnego słońca oko nie spoziera? Błękitnych słońc oko nie spoziera?

 

Licentia poetica ;-) A tak serio: słońce nie jest błękitne, ale obserwowane z pod wody takie się wydaje, do tego patrząc w górę wydaje się jakby okiem (to zależy od kąta padania promieni, ale uzyskuje bardziej kształt elipsoidalny niż okrągły)  – ale oczywiście to wszystko metafora, bo tak naprawdę Koralis nie pisze o słoneczku, tylko o oczach Emeta.

 

 

To rodzaj opowiadania, które trzeba przeczytać dwukrotnie. Dopiero za drugim razem można już zrozumieć większość pojęć. Przeczytam kiedyś, obiecuję ;)

Cieszę się :)

 

 

Końcówka powinna być bardziej rozwinięta względem początku. Podobała mi się przepowiednia, ruiny, odkrywanie tłumaczeń. Ale brakło mi tam czegoś więcej. Szczypty Indiany Jonesa. Pułapki. Klątwy. Zagrożenia. Trudności.

Wyrzuciłem nieco scen, zmierzających w tę stronę i zrezygnowałem z jednej – w sumie dość ważnej dla mnie osobiście – sceny w grobowcu, którą dopiero projektowałem.

 

Jakbym miał się czegoś jeszcze czepiać, to niektóre dialogi brzmią nieco sztucznie, nienaturalnie. Zakładam, że limit swoje zrobił.

 

Czasem jestem dobry w dialogach. Wydaje mi się, że zazwyczaj jestem w nich dobry. Ale gdy się spieszę lub ścinam, to potrafią one brzmieć bardzo drętwo. Muszę rozruszać bardziej ten mięsien dialogowy :)

 

 

Mam na to wszystko remedium.

Zrób po prostu z tego książkę, a ja to kupię :)

 

Zobaczę jakie będą opinie po następnym, prostszym opowiadaniu z tego świata. Jeśli rzeczywiście komuś się to spodoba – to napiszę – a potem zacznę szukać wydawcy :)

 

Absolutnie nie uważam, że nie wyszło. Bo całościowo wyszło bardzo dobrze. A mogło być genialnie. Piórkowo :) Ale to pewnie z 70k znaków ;)

 

Pewnie i tak by nie było :) Piórko mile połechtałoby pod pachami moją próżność, ale zarazem piórek się tu trochę boję, bo coś mi świta, że wtedy trzeba podawać ludziom swoje personalia czy coś… brrrr…

 

Cóż. Dochodzę do wniosku, że betowanie ma przynajmniej tyle wad, co zalet…

Oj, tak :)

 

Dzięki za przeczytanie i cieszę się, że Tobie tekst dostarczył przede wszystkim pozytywnych wrażen i że uznałeś go za dobry :)

 

 

 

Na pocieszenie, taka przerobiona przeze mnie grafika:

 

entropia nigdy nie maleje

Bruce

 

Gdy pisałaś swój komentarz, ja pisałem swój :)

Ale nie mógłbym Cię oczywiście pominąć, tak jak Ty nie pominęłaś jednego z najważniejszych aspektów mojego opowiadania:

przedstawia ludzką naturę, odzierając ją ze wszystkich szat, zasłon, woalek, peruk czy zbroi: zdradziecką, niegodną, plugawą, ohydną, podstępną, złą. Wokół zdarzeń, jakie opisujesz barwnie, fantastycznie, wręcz baśniowo, rozgrywają się prawdziwe dramaty bohaterów, które nie są niestety obce żadnemu człowiekowi.

Miałem nadzieję, że pisząc o tych obcych istotach – naddenach, czy też jak wolicie syrenach (choć nie całkiem lubię to określenie, bo pierwotnie syreny były to pół-kobiety pół-ptaki, w polskim chyba brakuje słowa podobnego do angielskiego mermaid – jeśli takowe istnieje, chętnie się o nim dowiem), pokażę coś, co nam, ludziom, nie będzie obce.

 

Zamieszczona powyżej w komentarzach grafika dodaje opowiadaniu blasku, doskonale je wzbogacając, oczywiście, lecz Twoje obszerne opisy mogłoby posłużyć za całe arcydzieło filmowe! Wyobrażam sobie film, stworzony z potężnym rozmachem i inspirowany “Tańcem miłości i pogardy”. :)

 

Heh. Na wręczeniu Oskarów, nie zapomnę wspomnieć, że to przepowiedziałaś ;-)

 

 

Ponowne brawa za niekończącą się nigdy i nigdzie wyobraźnię, Jimie. :)

 

Dzięki :)

Pozdrawiam. :)

 

A skoro lubisz moje grafiki, to jeszcze jedna:

 

 

 

entropia nigdy nie maleje

Jimie

Heh. Na wręczeniu Oskarów, nie zapomnę wspomnieć, że to przepowiedziałaś ;-)

Trzymam za słowo. laugh

A grafiki – genialna sprawa! heart

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Piszesz tak, bo masz skalę porównawczą i wiesz ile ich było z początku :D

Nie wiadomo. Ja stawiałabym na – nie, bo usilnie próbowałam abstrahować od tego, choć nie wiadomo, na ile się udało. Jednak nie ma teraz tego dużo dla zrozumienia opowieści. ;-)

Ale jedynie poniekąd. 

Zgoda. I ja myślę, że wpływ poselstwa był nieznaczący. Inne czynniki były ważniejsze.

Pozycji Nono nie dałoby rady oddać w tekście, ponieważ to jej pospieszny zapis. Myślałam o tym, jak to przemycić, bo struktura – ważna, ale każdy zdawał mi się od czapy, bo nierealny. Jak tu się zastanawiać/wspominać/wyjaśniać  (komu?) historię nadden, gdy pisała ją dla podmorskich królestw.

Żałuję też, że wykreśliłem nieco scen, dotyczących poszukiwan samego grobowca

Tego i ja żałuję, bo był bardzo zajmujący i pokazywał też z boku relację nawiewny z subrenami.

Ja YA nie rozumiem :)

O, niektóre są dobre. Ten ostatni Booker (a może dopiero nominacja – już nie pomnę,  musiałabym sprawdzić) była dobra. Spróbuję dojść, o co konkretnie mi się rozchodzi i dpieszę edytkę. :-)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

W pierwszym momencie po przeczytaniu pomyślałam, że już dawno nie spotkałam bohatera o taaakim ego, jak Twój Emet, ale potem przyszło mi na myśl, że może jest wręcz odwrotnie. On jest słaby, stale wspiera się na kimś; najpierw jedna córka, a kiedy ta nie zapewniła mu tego, o czym marzył, wziął się za drugą. I na koniec jak ćma leci do Nemezis, żeby umrzeć w jej ramionach. Fakt, to świat, w którym dominują… hmm, jak to powiedzieć… samice i Emet ma nad sobą szklany sufit, ale on nawet nie próbuje kierować z tylnego siedzenia. Nie potrafi tego. Jest niepewny siebie i pewnie dlatego chce się znaleźć w blasku jupiterów. Ciekawe jest to, że siostry podejrzewają się nawzajem, ale żadna nie podejrzewa jego. Myślę, że obie doskonale wiedziały, co w nim siedzi, tylko nie przewidziały, do czego może to prowadzić. Muszę przyznać, że ja też nie, zaskoczyłeś mnie kompletnie :)

Opowiadasz o różnych postawach wobec religii. Nemezis ogłasza się boginią, wykorzystuje mocno instrumentalnie stare przepowiednie, a raczej dostosowauje je do sytuacji. Bycie boginią daje jej fory, gdy wygrywa, niektórzy zaczynają wierzyć, że rzeczywiście nią jest. Gigarena jest raczej politykiem, religia to część tożsamości jej kraju. Auroris jst wojowniczką, może i będzie umierać z imieniem własnego bóstwa na ustach, ale ono chyba nic dla niej nie znaczy. Najciekawiej wypada Koralis. Ta jest rzeczywiście wierząca i – choć jest też uczoną – to w swojej wierze jest piekielnie naiwna, gdy myśli, że odnalezienie jkiś starych tekstów cokolwiek zmieni. Generalnie myślę, że opowiadasz o wykorzystywanie religii przez politykę i całkiem nieźle Ci to wychodzi.

Czytało się nieźle, byłaby nawet lepiej, gdyby nie mnóstwo neologizmów wprowadzonych do tekstu. Potykałam się na nich, aż w końcu przestałam je rejestrować. Tekst trochę ucierpiał na limicie, jeszcze dycha by mu dobrze zrobiła. Szczególnie końcówka wydawała mi się pośpieszna. Moment triumfu Emeta jakoś tak nie wybrzmiał, choć może i nie miał wybrzmieć – taki triumf, jaki bohater ;)

Dla porządku: podobało mi się :) Kliczka bym dała, ale już nie potrzebujesz.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

 

 

Asy­lum

 

Po­zy­cji Nono nie da­ło­by rady oddać w tek­ście, po­nie­waż to jej po­spiesz­ny zapis. My­śla­łam o tym, jak to prze­my­cić, bo struk­tu­ra – ważna, ale każdy zda­wał mi się od czapy, bo nie­re­al­ny. Jak tu się za­sta­na­wiać/wspo­mi­nać/wy­ja­śniać  (komu?) hi­sto­rię nad­den, gdy pi­sa­ła ją dla pod­mor­skich kró­lestw.

 

 

Tak. Poddałem się z tym. Można trochę przekłamać, by lepiej opowiedzieć historię. Pamiętacie tę wersję, gdy bardziej oddałem tę intelektualną ułomność subren – Nono pisała wtedy w sposób zbyt denerwujący, zbyt infantylny, zbyt urągający inteligencji czytelnika.

Myślę, że dobrze, że z tego zrezygnowałem, że zawróciłem z tej drogi.

 

Irka_Luz

Cieszę się, że tak utwór odczytałaś!

Zaczynałem już wątpić… a nawet podejrzewać, że jestem kosmitą i nie potrafię zupełnie oddać tego co bym chciał.

Dziewczyny zwracały uwagę w czasie bety – że Emet jest za bardzo w cieniu. Mnie też uwierało, że nie miałem miejsca i sposobności by bardziej pokazać jego myśli i motywacje. Ale po Twoim komentarzu widzę, że niepotrzebnie – pięknie uchwyciłaś jego psychikę.

Prawdę mówiąc – w becie dziewczyny się pokłóciły o tę psychologię moich postaci, z jednej strony As Y-Lum98Anet:

(…) Pewnie, że Anet ma trochę racji, zwłaszcza gdy “wyjechałeś” z tym ukochanym i zazdrością o siostrę wprowadzając kolejny motyw. Od razu mi się najlepsze Harlekiny przypomniały (…)

 

Członkowie ich społeczności, żołnierze umierają, a one pyrlają o zakochaniu. Oj, nie chciałabym służyć pod takim głupim dowódcą ani chwili.

 

z drugiej Monique.M:

Mnie akurat wątek miłosny o tyle się podoba, że wprowadza różne emocje (nie tyle miłość, której tu jednak nie czuję, ale zazdrość, złość, nieufność), jest pożywką do niesnasek, a to właśnie jest ciekawe. Gdyby rzeczywiście zachowywały się logicznie i odsunęły na bok swoje emocje dla dobra swoich poddanych (zresztą dla mnie jednak po części to robią), były by robotami bez emocji

Ja sam broniłem moich postaci, że mogą zachowywać się nielogicznie, egoistycznie, czy nawet debilnie. Że mogą być naiwne, mieć błędne wyobrażenia, wierzyć w mrzonki. Może w utworze niezbyt podkreśliłem młodość całej trójki – zarówno Emeta jak i Auroris i Koralis – ale po sobie samym wiem, że nawet pan w statecznym wieku potrafi się nieraz zachować jak niedojrzały smarkacz, że potrafimy żywić nadzieje zupełnie płonne i zaklinać rzeczywistość myśleniem życzeniowym.

Świetnie uchwyciłaś rys psychologiczny każdej z postaci, a tu:

Najciekawiej wypada Koralis. Ta jest rzeczywiście wierząca i – choć jest też uczoną – to w swojej wierze jest piekielnie naiwna, gdy myśli, że odnalezienie jkiś starych tekstów cokolwiek zmieni.

pada w Twoim komentarzu zdanie, pod którym autor tego utworu by się czterema kopytami podpisał.

 

Cieszę się, że mimo, że tak dobrze rozpracowałaś psychikę moich bohaterów, to jednak udało mi się czymś zaskoczyć :)

Opowiadanie miało być wieloaspektowe i mimo, że ściąłem większość aspektów, uprościłem itp. – to cieszę się, że przynajmniej wyraźne pozostały te postawy – o których wspominasz. Tu każdy z bohaterów ma własną wizję i walczy o swoje… i każdy – w ten czy ów sposób przegrywa, bo te wizje są nierealne, naiwne, uproszczone…

 

Moment triumfu Emeta jakoś tak nie wybrzmiał, choć może i nie miał wybrzmieć – taki triumf, jaki bohater ;)

:)

 

 

Dziękuję za odwiedziny i za nadmiarowego kliczka ;-)

entropia nigdy nie maleje

Cieszę się, że tak utwór odczytałaś!

Zaczynałem już wątpić… a nawet podejrzewać, że jestem kosmitą i nie potrafię zupełnie oddać tego co bym chciał.

Hi, hi, też tak czasem mam. Miło, że dzięki mnie przestałeś podejrzewać swoje pozaziemskie pochodzenie ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Tak. Miast tego zdobyłem pewność. Oboje jesteśmy stamtąd ;-)

 

entropia nigdy nie maleje

Ta ilość komentarzy jest szalona. 

Jimie, byłem ciekaw, co przygotowałeś i muszę powiedzieć, że tego jest ogrom. 

Niestety nie poszło to na moją korzyść. Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy to ilość określeń, które wymyśliłeś(mam nadzieję że były wymyślone, bo inaczej okazałoby się, że nie znam sporej części słownika:). Tak więc przelatywały co jakiś czas, a ja nie miałem pojęcia o co chodzi. Dopiero później zacząłem ogarniać parę terminów.

Kilka rzeczy wspomnę krótko, po nie chcę aż tak powtarzać poprzedników.

Świat twój jest rozbudowany i szczegółowy. Limit znaków ci nie służył. 

Ale od siebie chciałbym coś dodać w kwestii tegoż nieszczęsnego limitu. Otóż sprawił on, iż czytelnik poświęca trochę czasu każdej z wielu przedstawionych przez ciebie postaci, przez co uważam, że nie poznałem ich tak bardzo jakbym chciał.

Mocno jednak zaciekawiła mnie ta cała sprawa z grobowcem i przepowiednią. Pomyślałem „O, to teraz będzie o ludziach”. Zwyczajnie nie byłem na to przygotowany, czyli plus.

Kolejna, i ostatnia niespodziewana rzecz to zdrada. Tryton z głową Auroris szczególnie wbił mi się w pamięć. 

Masz rację, ona jest szalona ;-)

 

Miło, że wpadłeś, że przeczytałeś i skomentowałeś :)

 

Kolejna, i ostatnia niespodziewana rzecz to zdrada. Tryton z głową Auroris szczególnie wbił mi się w pamięć. 

Cieszę się :)

 

Kolejna, i ostatnia niespodziewana rzecz to zdrada. Tryton z głową Auroris szczególnie wbił mi się w pamięć. 

Cieszę się, że cokolwiek z tekstu w pamięć zapada :)

 

 

Tatuaży niby nie lubię (nie pytajcie dlaczego, długa historia) – ale dla tych co lubią:

 

 

Pozdrawiam!

entropia nigdy nie maleje

No, nie powiem – usianie tekstu aluzjami, że wyszło jakieś “Wodą i trójzębem” wyszło Ci przednio :) Plus innymi aluzjami.

Przy “Kir… wzięty!” zwinęłam się ze śmiechu (bo na dodatek kir mi się alkoholowo kojarzy), choć już wcześniej różne znaki na niebie i ziemi wskazywały, że bawisz się nieco podobnie, choć mniej bezczelnie, jak niedawno ja, z naszą narodową świętością literacką ;)

Syrenę w huzarskim mundurze też propsuję, ofkors.

Zakładam, że “więcej światła!” też świadome :)

Propsuję ponadto spory religijne.

Oraz Asnyka na dodatek chyba z ukłonem w kierunku Piwnicy pod Baranami.

I domyślam się, że jest tu jeszcze mnóstwo innych aluzji, których nie kojarzę albo czytając sobie to na luziku nie zauważyłam.

 

A teraz do rzeczy. Jest to fajne opowiadanie, dobrze się je czyta, aczkolwiek po lekturze pozostałam z lekkim chaosem w głowie: kto, co, dlaczego, po co i tak dalej :) Podejrzewam, że w niewielkim stopniu jest to kwestia fabuły – bo ona jest dość składna, aczkolwiek prosi się o rozwinięcie – a w większym… monotonii nazewniczej. Z niezrozumiałego dla mnie powodu uparłeś się, żeby gros imion i nazw własnych kończyła się na “-is”. To sprawiło, że mi osobiście zaczęły się one mylić, zlewać w jedno, a momentami wręcz irytować. Podejrzewam nawet, że to było celowe – żeby uzyskać rodzaj homogeniczności, ale na mnie podziałało źle.

Od pewnego momentu siada też “innoświatowość”, bo zakładasz, że czytelnik zaakceptował już, że ma do czynienia ze światem podwodnym, z syrenami i trytonami, i przestajesz ten świat budować, przypominać o jego cechach charakterystycznych – bohaterowie zaczynają zachowywać się coraz bardziej jak ludzie i robi się taka niemalże alegoryczna rzeczywistość. A ja bym chciała w czymś takim tych podwodnych krain opisanych z całym przepychem – choćby i kosztem błyskotliwych dialogów i części komplikacji fabularnych.

Bo tak po prawdzie odniosłam wrażenie, że to jest materiał na co najmniej minipowieść, jeśli nie po prostu powieść. Tyle że na to musiałbyś ten świat potraktować poważnie i pokazać czytelnikowi, także zresztą pokazać odmienność jego mieszkańców, a nie tylko bawić się tymi elementami. Bohaterom większy epicki oddech też by dobrze zrobił, bo jest ich taki natłok, że po pierwsze mają małe szanse rozwinąć skrzydła jako pełnokrwiste postacie, a po drugie ja osobiście się trochę gubiłam w nich i ich wzajemnych relacjach. Zakończenie jest bardzo ładne i czymś mi pobrzmiewa, ale tego nie potrafię dokładnie uchwycić. Mam lepszą pamięć do poezji niż prozy, niestety.

Niemniej mimo wszystkich zastrzeżeń widzę tu potencjał na ciekawego autora portalowego :)

http://altronapoleone.home.blog

Drakaina

No, nie powiem – usianie tekstu aluzjami, że wyszło jakieś “Wodą i trójzębem” wyszło Ci przednio :) Plus innymi aluzjami.

Prawdę mówiąc, wszystkie moje teksty mają charakter mocno aluzyjny – tyle, że te aluzje zwykle są dość głęboko i są subtelne – tutaj dałem większość z nich na wierzchu. Cieszę się, że aż tyle nawiązań udało Ci się znaleźć i że sprawiłem Ci nimi radość :)

Propsuję ponadto spory religijne.

 

Często wplatam je w swoje bazgroły. Choć może raczej powinienem powiedzieć bardziej ogólnie – nie tylko religijne, ale filozoficzne. Tyle, że z reguły to robię w sposób zakamuflowany. Tu jednak programowo trochę walę sztachetą po zębach, belką w głowę i czytelnikowi podtykam pismo pod oczy. Gąszcz niezrozumiałych nazw i tak jest dostatecznie mętny, by jeszcze dodatkowo sensy gmatwać i ukrywać :) Stąd może prosto, a może wręcz prostacko – tak bardzo kawa na ławę.

 

Oraz Asnyka na dodatek chyba z ukłonem w kierunku Piwnicy pod Baranami.

 

Oba strzały celne :)

 

 

I domyślam się, że jest tu jeszcze mnóstwo innych aluzji, których nie kojarzę albo czytając sobie to na luziku nie zauważyłam.

 

Oj tak. Jest dużo więcej, a jeszcze więcej było we wcześniejszych wersjach, które zostały bestialsko ścięte… przykładowy fragment, który z bólem wyrzuciłem z opowiadania:

 

 

(…) A teraz, księżniczka Koralis, jako dorosła już dyroda, nawirena całego królestwa Arkadis, uzbrojona w swój pastorał i słowa modlitw, się z własnej woli pchała w paszczę tych archetypicznych lęków. Przeszukiwała ruiny, zmierzała do miejsc przeklętych, których same nazwy stroszyły łuski na plecach i włoski na karku. Oglądała surowe płaskorzeźby, obrazujące zapomniane rytuały, od których przewracało się w żołądku. Szukała sekretnych przejść, map i znaków. Śladów, mogących doprowadzić do świątyni i grobowca. I coraz bardziej była przekonana, że błądzi. Że zbłądziła już na samym początku. A cała ta wyprawa, była świętokradczym wariactwem.

Zdjęta tym nagłym wrażeniem zaczęła szeptać słowa modlitwy:

 

Na brednię naszą i na naszą nędzę

Na zatwardziałość w naszym szaleństwie

 

Nie mogła porzucić poszukiwań. Zbyt wiele od nich zależało. Musiała – zatwardziała w szaleństwie, brnąć dalej, choćby przez te ich „biedne matki dogorywające” – w brednię swą i bzdurę, która sama wymyśliła.

Dokończyła więc modlitwę szybko:

 

Na wszystko co jest udziałem naszym

Błagamy wzgląd miej ironiczna Pani

 

Wróciła myślą, do proroctwa, które ją tu, w krainę zimna i mroku, przywiodło.

Przepowiednia legendarnej nawireny Azunaris zaczynała się od słów „widzę na końcu czasu”. Było to poświadczone w wielu źródłach i choć zapisy jej widzeń różniły się od siebie, ten otwierający wers występował praktycznie stale. Czas się księżniczce Koralis niewątpliwie kończył. Czas całego kraju również. A może nawet, czas całego świata?”

 

 

 

Co do Twojej krytyki:

 

Podejrzewam, że (…) jest to kwestia (…) monotonii nazewniczej. Z niezrozumiałego dla mnie powodu uparłeś się, żeby gros imion i nazw własnych kończyła się na “-is”. To sprawiło, że mi osobiście zaczęły się one mylić, zlewać w jedno, a momentami wręcz irytować. Podejrzewam nawet, że to było celowe – żeby uzyskać rodzaj homogeniczności, ale na mnie podziałało źle.

 

Racja – ta monotonia jest zamierzona. W pierwszej, betowanej wersji tego tekstu tłumaczyłem się z tego tak:

 

(…) Opowiadając o naddenach (jak się określają ogólnie dyrody, norody i subreny, czasem rozciągając ten termin na trytonów) musiałem przyjąć jakiś język, który będzie zrozumiały dla współczesnego czytelnika. Oczywiście oddanie naddeńskich nazw, tak jak one brzmią, nie miałoby sensu. Już choćby to, że każde imię musiałoby się kończyć długim, wibrującym "-isisisisis" byłoby nader irytujące (stąd skróciłem to do pojedynczego "-is"). Gdy już przy imionach jesteśmy – dla nadden są one znaczące, choć w taki odległy sposób, w jaki dla nas jest znaczącym "Władysław" lub "Kazimierz". Starałem się to oddać w tłumaczeniu.

Stąd "Nemezis" to nie "Mumphureisisisisis" a "Nemezis" właśnie, bo ma to dla nas wyraźną, groźną konotację – i tak samo wyraźne i groźne było ono dla nadden (Mumphureisisisisis to imię bogini śmierci, chaosu i zemsty, córki bogini gniewu i nienawiści Xakhurrehisisisisis, której imię przetłumaczyłem na Irais).

Podobnego zabiegu użyłem przy tłumaczeniu nazw pospolitych. Przykładowo "magnezjum" nie ma nic wspólnego z magnezem (ani magnesem), ale ma się z tymi kojarzyć – jako surowiec energetyczny, wydzielający ciepło i światło.

Muszę dodać jeszcze, że to jest przekład z przekładu. Język królestwa Arkadis jest mi całkowicie obcy, zresztą nie zachowały się zapiski z wyprawy, a jedynie ich odpisy. Skorzystałem więc z dostępnych źródeł w języku cesarstwa Sofis i pojedynczych wzmianek w kronikach cesarstwa Bellis.

Ponieważ tłumaczenie, to nie tylko oddanie ogólnego sensu, ale też znalezienie pewnych kontekstów, wszak zupełnie innych dla naszej kultury i kultury naddeńskiej, z samej tkanki utworu wyrzuciłem sporo przypowieści i odniesień do dzieł tamtejszej literatury i w ich miejsce wstawiłem ziemskie, jak sądzę powszechnie zrozumiałe, kulturowe tropy i dosłowne cytaty (…)

 

Dalej zwracasz mi uwagę na zbytnie “uczłowieczenie” nadden. Asylum też mi to sygnalizowała. Zrobiłem to dla zrozumiałości. Oddanie ich rzeczywistych motywacji – nie jest możliwe – posługuję się więc protezami – konstruktami zbliżonymi, pożyczonymi z Ziemii, choć na Hydros nie mają one zbytnio sensu – ale widząc rzecz nieznaną, porównujemy ją do znanej – pamiętam, że kiedyś dyskutowaliśmy na SB o średniowiecznych przedstawieniach zwierząt, gdzie każde do konia było mniej więcej podobne (tak samo robił baca relacjonując swoją podróż do Zoo – i tylko wąż był do konia za Chiny niepodobny).

 

przestajesz ten świat budować, przypominać o jego cechach charakterystycznych

Niestety tak. Zabrzmi, jakbym się usprawiedliwiał – ale wyleciało z tekstu mnóstwo opisów głębin, roślin, raf koralowych, posiłków itp. – ze względu na zabójczy limit znaków. Wyleciały też reminiscencje pokazujące dzieciństwo bohaterek, obrzędy inicjacyjne, zabawy dziecięce – i wiele wiele innych. Przykładowo:

 

Czas przepływał przeze mnie, wirował. Nagle poczułam się znów maleńka niczym dziecko. Byłam

dzieckiem!

Byłam już pewna, że to szukany grobowiec. Linie splendoru, tenoru i eteru się poukładały w tę

przeplatankę charakterystyczną dla cmentarzy. Tyle, że tym razem przeplatanka miała kolce i kształt ogrodzenia. Azunaris się nawet po śmierci broniła przed odnalezieniem. Strzegła swych tajemnic. Spychała mnie w otchłań nie tak przecież odległego dzieciństwa. I… poddawałam się temu nurtowi.

Płynęłam.

Gdzie? Z kim?

Jesteśmy blisko powierzchni, na dalekich południowych wodach: ja, moja opiekunka i gromadka innych dzieciaków. Jest i moja starsza siostra, Borealis. Emet? Nie ma go z nami. Same dyrody.

Powinno być ciepło, ale panuje chłód.

Promienie, aż boleśnie intensywne, wymalowują jaśniejące, pulsujące wzory, odbicia fal powierzchni na porowatych kamieniach i kołyszących się w takt zmian prądu szkarłatno-granatowych ukwiałach.

Zahaczam o jakiś koral ręką, tuż spod niej wypływa długa ryba o wężowym kształcie i drobnych,

elipsoidalnych łuskach. Czuję jak ociera się o mnie śliskim ciałem. Po ciemoszarozielonym grzbiecie

rozpoznaję w niej piorunowego węgorza. Co on robi tak daleko na południe od swoich żerowisk? Muszę mieć nietęgą minę. Inne młodziutkie dyrody śmieją się ze mnie. Opiekunka się uśmiecha. Gestem każe płynąć za nią.

Mija mnie majestatycznie żółw. Ławica kolorowych rybek w błyskawicznych zwrotach lawiruje między mną, żółwiem, a spłoszonym węgorzem. W oddali gonią się młode płaszczki, o czarnych nakrapianych złotem grzbietach; do końca nie wiem, czy walczą ze sobą, polują, czy po prostu tylko bawią. W mijanej jaskini dostrzegam przyczajonego kolejnego drapieżnika, o równie wydłużonym i wężowatym kształcie, jak węgorz, jednak pozbawionego łusek i o brązowo-karmazynowym wzorze na swym bocznie spłaszczonym ciele.

Płyniemy w głąb, ku granicy szelfu. Zostawiamy za sobą bajecznie kolorową rafę, z jej bujnym,

intensywnym życiem, pełnym dźwięków i tanecznego pospiesznego ruchu. Barwy zmieniają swe oblicze.

Biały niebieszczeje, a czerwień, szkarłat i karmazyn stają się coraz ciemniejsze, aż czarne. Z góry wciąż dociera sporo światła ale jest zamglone i z wolna zmienia się w jednolity ambient, nie ma już w nim pulsujących wzorów. Dźwięki także stają się jakby stłumione i rozmyte.

Pasma pnąży, wijące się pionowo od samej powierzchni, na tej głębokości tracą swój zielony kolor.

Wkrótce światła będzie zbyt mało, by fotosynteza była możliwa i staną się szare. Tu w dole już trzeba uważać na pnąż gdyż z pożywienia staje się łowcą. Roztacza swe wabiące grążele, sieci, nibylistki, tylko po to, by cię nimi oplątać i strawić.

Blisko krawędzi szelfu, przy dnie trwa też jakaś walka. Poznaczona skomplikowanymi wzorami zielona muszla wije się w starciu z czymś o ciemnożółtym ciele z mnóstwem czarnych plamek. Nieco dalej przepływa dumny łosoś. Nagle żądło, zakamuflowane dotąd wśród piasku trafia go precyzyjnie w przełyk. Neurotoksyna zaczyna działać. Nieostrożna ryba drga w coraz to słabszych konwulsjach.

Mijamy granicę szelfu i płyniemy jeszcze głębiej. Delikatna, miękka poświata przypomina o tym, że

gdzieś tam w górze jest słońce. Wkrótce pogrążymy się w całkowitym mroku. Woda wokół staje się gęsta i coraz bardziej chłodna, o wiele chłodniejsza niż mi się wydawało, że być powinna. Każda z nas dzierży teraz pochodnię, z której z cichutkim bulgotem uciekają bąbelki powietrza. Skały to tylko niewyraźne cienie w mroku. Ryby, niewidzialne, dopóki nie wpadną w świetlną sferę wokół pochodni, pojawiają się i znikają jak duchy. Spoglądam w górę i na boki. Poza naszą malutką grupką nie ma tu nikogo, tylko nieprzeniknione ciemności. Jeszcze nigdy nie nurkowałam tak głęboko.

W takiej to scenerii opiekunka zaczyna jedną ze swych mrożących krew w żyłach opowieści. Najpierw mówi o dennikach i innych przerażających istotach z głębin. Wkrótce jednak zmienia temat i zaczyna opowiadać o starożytnym klanie Nordis i o ich pałacach wzniesionych nie pod powierzchnią, ale na lodzie, na północnym wielkim lodowcu. Wymienia przejmujące strachem nazwy miejsc, które dobrze znamy z innych legend: Cmentarzysko Bez Kości, Porzucona Aleja, Arktyczny Szlak, upiorne zamczyska Otranto i Udolpho. Tym razem wszystkie boimy się po równo. Nawet dzielna Borealis. Zbijamy się w zjeżone pochodniami stadko a opiekunka opowiada o kolejnych okropieństwach. I ta historia, jak wszystkie, kończy się źle. Ale tym razem jest nieco inna od pozostałych. Mówi o arcykapłance Azunaris i jej proroctwie. O jej lodowym sarkofagu.

Padają słowa przepowiedni:

Widzę, na końcu czasu

z dalekiej pustki

zza bezwodnego obszaru…

I przychodzi na mnie otrzeźwienie. Wiem już gdzie jestem, dokąd zmierzam i którędy muszę iść. Wracam do swojego czasu i do swojego ciała.

 

 

 

 

Cóż. Uznałem – że fabuła ważniejsza. Może nie słusznie. Może gdzie indziej trzeba było ścinać. Sam miałem wrażenie takie w pewnym momencie, że robię krzywdę temu tekstowi.

Pisałem w jednym z komentarzy w becie:

A co do podoba się / nie podoba – najbardziej się obawiam, że tekst coraz mniej pasuje do konkursu, bo:

– coraz mniej w nim tajemnicy

– coraz mniej w nim światów

Więc jakie Tajemnice Światów? Hę? ;-)

 

Szalony pomysł – skończyć opowiadanie na długo przed zdradą Emeta by zostawić więcej miejsca na opisy i tajemnice ;-)

 

 

Nie jesteś też odosobniona w tym poglądzie:

 

Bo tak po prawdzie odniosłam wrażenie, że to jest materiał na co najmniej minipowieść, jeśli nie po prostu powieść.

 

Przemyślę to. Może miast opowiadań, zbiorę to w jakąś całość, napiszę i wydam jako powieść. Może skoro tyle osób to sugeruje – to pomysł ten ma sens.

 

Niemniej mimo wszystkich zastrzeżeń widzę tu potencjał na ciekawego autora portalowego :)

 

Po raz kolejny – dziękuję :)

 

 

 

PS.

Dla Twojej wiadomości także “To tylko…” to opowiadanie rozgrywające się w świecie Hydros – ale ono też raczej nie jest dobre na chandrę.

entropia nigdy nie maleje

Dzięki za wyczerpującą odpowiedź, pokazującą jasno, że tak, to jest materiał na coś więcej niż dość krótkie opowiadanie :)

Skądinąd nie przyszło mi do głowy, że to inna planeta (?) / fantasyland, tak mocno mnie ta Nemezis i parę innych swojsko brzmiących imion zasugerowało.

 

Choć może raczej powinienem powiedzieć bardziej ogólnie – nie tylko religijne, ale filozoficzne.

Ja miałam wrażenie, że czytam o jakiejś Aleksandrii III/IV wieku, o jakichś doktrynalnych sporach gnostyków czy wczesnych chrześcijan ;)

http://altronapoleone.home.blog

Skądinąd nie przyszło mi do głowy, że to inna planeta (?) / fantasyland, tak mocno mnie ta Nemezis i parę innych swojsko brzmiących imion zasugerowało.

 

Tak, to inna planeta. Co więcej w tym samym uniwersum co planeta pająków z Pajęczej Madonny.

Ale rzeczywiście dotąd to skrzętnie ukrywałem :)

 

 

Ja miałam wrażenie, że czytam o jakiejś Aleksandrii III/IV wieku, o jakichś doktrynalnych sporach gnostyków czy wczesnych chrześcijan ;)

 

I znów dość dobrze strzelasz :) Niewiele brakowało, a wrąbałbym tu Hermesa Trismegistosa – a z czasów dużo późniejszych, za to z kraju Twojego Napoleona – Albilgensów itp. – mocno się jednak ograniczałem tutaj w przedstawieniu całości tego sporu. Może kiedyś napiszę opowiadanie, które przynajmniej częściowo będzie się toczyć w cesarstwie Sofis (choć kusi by za tło wybrać tym razem cesarstwo Algis albo Rzeczpospolitą Trytońską) – by pełniej oddać jak zażarte są to spory i jakich one kwestii dotyczą (przykładowo: stworzenia świata, natury bóstw, realności świata materialnego i niematerialnego, transcendencji, metaetyki itp.)

entropia nigdy nie maleje

w tym samym uniwersum co planeta pająków z Pajęczej Madonny

O. Podobała mi się Madonna, więc czekam na kolejne odsłony uniwersum!

 

http://altronapoleone.home.blog

Na razie rzeczywiście muszę sobie zrobić odpoczynek od portalu, więc “To tylko…” to chwilowo trzecia i ostatnia odsłona tego uniwersum :)

 

 

entropia nigdy nie maleje

Bardzo fajne światotwórstwo. 

Gorzej z tymi licznymi neologizmami. Za dużą część mentalnych mocy przerobowych musiałam poświęcać na ogarnięcie tego, pozgadywanie znaczeń (to ta zagadka? ;-) ), na śledzenie fabuły i zapamiętywanie postaci zostało za mało.

Zainteresowało mnie rozmnażanie rasy syren. Bo z jednej strony pada jakieś powiedzonko o ikrze, a z drugiej – mają piersi, czyli jakby ssaki ze starannym wychowywaniem potomstwa. To mi się gryzło wzajemnie.

Plus za liczne nawiązania, to zawsze wzbogaca tekst.

Babska logika rządzi!

Cześć. Fajne to światotwórstwo, ale mam wrażenie, że ta historia mogłaby zdarzyć się wszędzie. W sensie poza stworzonym światem, innym nazewnictwem nie ma tu nic nowego, jakiegoś haczyku, który by zaskoczył, pokazał tę tajemnicę. Jest coś w rodzaju religii, niezrozumiane proroctwo, ale ten moty już się pojawiał, a inny świat przedstawiony to za mało, że znów wydawał się świeży. I wiem, że wiele rzeczy zostało już napisanych, teraz często po prostu przerabiamy, ozdabiamy i nieco tylko korygujemy schematy, ale tutaj czegoś mi zabrakło.

Co nie zmienia faktu, że historia była naprawdę fajna. Po prostu realia wydawały się powtarzalne. Na początku tekstu męczyły mnie bardzo neologizmy.

Orężnie stawisz czoła najgorszemu złu naszych czasów, a o mnie się obawiasz?

Jest takie słowo? Nie widzę, dziwnie brzmi… czy tu coś innego miało być? Mężnie? Nie wiem XD

Poważnie nie mam pojęcia i nie nabijam się z niczego.

Ogólnie jestem zadowolony :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Finkla

Bardzo fajne światotwórstwo. 

Dziękuję

 

 

 

Gorzej z tymi licznymi neologizmami. Za dużą część mentalnych mocy przerobowych musiałam poświęcać na ogarnięcie tego, pozgadywanie znaczeń (to ta zagadka? ;-) ), na śledzenie fabuły i zapamiętywanie postaci zostało za mało.

 

 

 

Nie było moim zamiarem męczyć czytelnika. W jednej z wersji porzuciłem neologizmy na rzecz tłumaczeń i protez. Niech betujący zaświadczą. Ponoć było lepiej… Ściślej – wszyscy się z tym czuli lepiej, oprócz mnie. Ja do siebie czułem wstręt. Z dwojga złego, wolę, być wstrętny czytelnikom, a nawet zupełnie nieczytany niż mieć wstręt do samego siebie – że porzuciłem szczerość. Te neologizmy są próbą nazwania – nienazwanego. To co mi przychodzi na myśl na przyszłość – to wyjaśnienia pod tekstem – od gwiazdek – co dany wyraz znaczy.

 

 

 

Zainteresowało mnie rozmnażanie rasy syren. Bo z jednej strony pada jakieś powiedzonko o ikrze, a z drugiej – mają piersi, czyli jakby ssaki ze starannym wychowywaniem potomstwa. To mi się gryzło wzajemnie.

Nie Ciebie jedną :) Zresztą dla samych nadden to jest interesujące, zważ ten fragment:

– Tak, „Sekrety cyklu płciowego nadden”.

– O! Jak miło. Moje tłumaczenie z sofijskiego

 

Pewnie czeka mnie napisanie jakiegoś opowiadania, które to wyjaśnia. Ta pozorna nielogiczność jest zamierzona. Dobrze, że nie wchodziłem w szczegóły (a raczej Nono nie wchodziła i tak pewnie była bardzo skrępowana to mówiąc):

– Byli spleceni, jak podczas tańca godowego. Straże mnie wpuściły, mimo że pewnie nie powinny. Byli bardzo sobą zajęci

Bo wyszło by na to, że trytoni mają penisy, a po co im, skoro ikra i tak dalej :)

 

 

 

 

Na razie jednak tego nie wyjaśniam, bo liczę, że to nie ostatnie moje opowiadania w tym świecie i kiedyś nadarzy się okazja, by opowiedzieć o tym dokładniej. W cesarstwie Algis rozród i ogólnie sprawy związane z płciowością są centralną częścią ich religii – więc pewnie wystarczyłoby opisać dowolne zdarzenie z historii Algis, by tam niejako mimochodem wyjaśnić po co naddenom piersi, a trytonom penisy, jak to jest z tą ikrą, wylinkami, kiedy naddenom odpadają nogi i wiele, wiele innych spraw, które tu tylko liznąłem… ale na razie niech to pozostanie tajemnicą :)

Odniosę się tu do Twojego podpisu: “Babska logika rządzi!” – ja stosuję męską i ciekaw jestem, a nawet bardzo mnie “jara” – jak to będzie wyglądało jak wszystkie osoby, które o to pytały, w końcu zderzą się z wyjaśnieniem biologii nadden :)

 

Plus za liczne nawiązania, to zawsze wzbogaca tekst.

 

Dziękuję. Choć trochę może je za bardzo na wierzchu dałem (nie wiem czy to błąd) i szkoda, że w trakcie bety jednak większość z nich – przy ścinaniu – wyleciała, lub została jakaś rachityczna, nierozpoznawalna cząstka.

 

 

 

 

MaSkrol

 

Cześć. Fajne to światotwórstwo, ale mam wrażenie, że ta historia mogłaby zdarzyć się wszędzie.

 

Hmmm… nie wiem czy ma mi być smutno, czy mogę się ucieszyć, ze względu na uniwersalność tej historii

 

W sensie poza stworzonym światem, innym nazewnictwem nie ma tu nic nowego, jakiegoś haczyku, który by zaskoczył, pokazał tę tajemnicę. Jest coś w rodzaju religii, niezrozumiane proroctwo, ale ten moty już się pojawiał, a inny świat przedstawiony to za mało, że znów wydawał się świeży. I wiem, że wiele rzeczy zostało już napisanych, teraz często po prostu przerabiamy, ozdabiamy i nieco tylko korygujemy schematy, ale tutaj czegoś mi zabrakło.

 

Przykro mi, że odniosłeś takie wrażenie. Mam nadzieję, że następne historie, które będę pisał czymś Cię zaskoczą.

 

 

Co nie zmienia faktu, że historia była naprawdę fajna.

 

Dziękuję

 

 

Po prostu realia wydawały się powtarzalne.

 

Prawdę mówiąc, zamierzam trochę bardziej ponurkować w tej powtarzalności. Tylko niewielka część z grafik, które tu wrzuciłem jest mojego autorstwa. Szukając grafik do tych odpowiedzi (to w sumie dobry pomysł, by każdą ilustrować) – odkryłem, że temat Małej Syrenki – jest często eksplorowany – również wizualnie – w nieco mroczniejszych klimatach, takich jak mój świat Hydros. Zauważyłem, że istnieją nawet jakieś filmy, horrory, seriale o tej tematyce – jak kiedyś znajdę czas to to wszystko pooglądam – właśnie dlatego, by wyciągnąć część wspólną. Już dawno – z założenia – porzuciłem ułudę niepowtarzalności. Na początku swego życia tworzyłem dzieła, które miały być niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju, świeże i odkrywcze – jeszcze w podstawówce wymyśliłem nowy typ wiersza (rzeczywiście, poza moimi starymi brulionami takie wiersze nigdzie nie występują… na szczęście), jako nastolatek nowy typ powieści (teraz bym tego powieścią nie nazwał, co najwyżej eksperymentem formalnym :) ) Potem, co prawda z zupełnie innych przyczyn porzuciłem na ćwierć wieku pisanie, ale było mi w tym czelendżu łatwiej wytrwać, ze świadomością, że nowej dziedziny sztuki nie stworzę, że nie będę nawet nowym Homerem, a nawet Nobliści piszą w kółko o tym samym.

Dziś – świadomie – idę w to co powtarzalne, w to co spójne, co wspólne, a nie w to co wyjątkowe. Odkrywczość widzę na zupełnie innym planie, innym poziomie niż to, o czym wspomniałeś. Czy słusznie, czy nie – można dyskutować – ale prozy opartej na zaskoczeniach, czy niezwykłych zestawieniach od dawien dawna już nie piszę.

 

Na początku tekstu męczyły mnie bardzo neologizmy.

 

Do tego się już odniosłem wyżej, przy podobnym zarzucie Finkli.

 

Orężnie stawisz czoła najgorszemu złu naszych czasów, a o mnie się obawiasz?

Jest takie słowo? Nie widzę, dziwnie brzmi… czy tu coś innego miało być? Mężnie? Nie wiem XD

Poważnie nie mam pojęcia i nie nabijam się z niczego.

Jest takie słowo, choć może już nikt poza starymi ludźmi jak ja, go nie używa. Orężnie (od słowa oręż) znaczy tyle co zbrojnie, w uzbrojeniu, za pomocą broni. Nie jest synonimem mężnie.

 

Ogólnie jestem zadowolony :P

 

Cieszy mnie to :P

 

entropia nigdy nie maleje

Przykro mi, że odniosłeś takie wrażenie. Mam nadzieję, że następne historie, które będę pisał czymś Cię zaskoczą.

Nie, nie, to nie jest tak. Świat mnie nie zaskoczył, ale historia już jak najbardziej. Dobry pozytywny twist fabularny, nawet nie jeden, troszkę źle to opisałem. Fabularnie jestem bardzo zadowolony z lektury :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Już się nie kryguj i nie przesadzaj z tym wstrętem. Po prostu wyciągnęłam z tekstu mniej, niż mogłam, bo część uwagi musiałam poświęcić na poboczne rozkminy.

Babska logika rządzi!

Nie wiem czy uda mi się napisać coś oryginalnego, ale chciałem dać znać, że przeczytałem i całkiem mi się podobało. Większe natężenie neologizmów trochę spowolniło moją lekturę. Niemniej jednak uważam, że dzięki szerszemu kontekstowi zyskuje “To tylko…”. Żałuję, że nie przeczytałem tekstów w odpowiedniej kolejności bo przy pierwszej lekturze nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bogaty świat tworzysz.

 

Ma­Skrol

Dobry po­zy­tyw­ny twist fa­bu­lar­ny, nawet nie jeden, trosz­kę źle to opi­sa­łem. Fa­bu­lar­nie je­stem bar­dzo za­do­wo­lo­ny z lek­tu­ry :P

 

Dzięki, rzeczywiście Cię źle zrozumiałem :) Twoja opinia napawa optymizmem ;-)

 

 

Fin­kla

Już się nie kry­guj i nie prze­sa­dzaj z tym wstrę­tem. Po pro­stu wy­cią­gnę­łam z tek­stu mniej, niż mo­głam, bo część uwagi mu­sia­łam po­świę­cić na po­bocz­ne roz­k­mi­ny.

 

No cóż, będę musiał na przyszły raz lepiej to przemyśleć. Czy sądzisz że odnośniki w tekście by pomogły? W sensie np.

“ nawirena[1] jadła kraba” a na dole gdzieś [1] – nairena to… ?

 

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

 

Fla­drif

Nie wiem czy uda mi się na­pi­sać coś ory­gi­nal­ne­go, ale chcia­łem dać znać, że prze­czy­ta­łem i cał­kiem mi się po­do­ba­ło.

Każde przeczytanie jest oryginalnym, choć rzeczywiście czasem mam ten sam problem, że przedpiścy onieśmielają głębią analizy… ale to też komfort – bo wtedy się skupiam na tym, co dla mnie w lekturze najważniejsze. A widzę, że dla Ciebie najważniejsze – że podobało się. I dla mnie też! Dziękuję :)

 

Więk­sze na­tę­że­nie neo­lo­gi­zmów tro­chę spo­wol­ni­ło moją lek­tu­rę.

Ciągle kombinuję co z tym zrobić, może ten pomysł, który podałem wyżej przy odpowiedzi na komentarz Finkli?

 

 

Nie­mniej jed­nak uwa­żam, że dzię­ki szer­sze­mu kon­tek­sto­wi zy­sku­je “To tylko…”. Ża­łu­ję, że nie prze­czy­ta­łem tek­stów w od­po­wied­niej ko­lej­no­ści bo przy pierw­szej lek­tu­rze nie zda­wa­łem sobie spra­wy z tego, jak bo­ga­ty świat two­rzysz.

 

W sumie nie wiem jaka kolejność jest odpowiednia :) Może właśnie ta, w której czytałeś? ;-)

 

Coś widzę, że będę musiał Wam wysłać jakiś skrócony opis tego świata ;)

A szczególnie cyklu płciowego syren / nadden – bo to co trzecia osoba o to pyta – jak to piersi, jak to zajmowanie się potomstwem, jak to ikra? ;-)

 

 

 

Pozdrawiam Was wszystkich i dzięki za odwiedziny!!

entropia nigdy nie maleje

Tak, myślę, że jakieś przypisy/słowniczek mogłyby ułatwić odbiór.

Babska logika rządzi!

Długo myślałam. Biłam się sama ze sobą. Mam, Jimie, dwie ogólne zasady (tak – grodzę siebie, bo łatwo mnie zwieść na pokuszenie, a i jestem pochopna, więc stawiam sobie płoty). Betowanych przez siebie opowiadań nigdy nie zgłaszam do biblio, ani nie nominuję. Choć zdarzyły się już wyjątki, gdy "przeskoczyłam płot", wycinając dziurę w ogrodzeniu, łatwiej wyciąć niż przeskoczyć. ;-) Nie będę wyjaśniała dlaczego w tym właśnie przypadku, bo wielce ksobne i indywidualne. Niech wszyscy złożą na karb dziwności asylum.

 

Zgłaszam do wątku nominacyjnego. Rozważałam, czy bardziej to opko, czy równoległe. Łatwiej byłoby równoległe, ale… to jest pełniejsze, mega przepracowane (przez Ciebie) i dużo, dużo trudniejsze z uwagi na materiał wyjściowy, tamto jest bardziej plastyczne, ale stanowi ciąg scenek bazujących na jednym wątku, więc uboższe i choć wchodzi ciut głębiej w świat, lecz było dużo łatwiejsze do popełnienia. 

Pomimo tak długiej bety, wymiany tylu komentarzy, każde słowo było/jest Twoją decyzją, w odróżnieniu od wielu innych opek, które otrzymały piórko (domniemanie, gdyż w betach nie brałam udziału, mogę tylko świadczyć o tym, czego byłam obserwatorem). Cały tekst jest do szpiku przesiąknięty Tobą. Zero kompromisów. Nawet, gdy przychylałeś się do zdania któregoś z betujących, postępowałeś po swojemu. To dla mnie ważne.

 

Za co nominacja:

*światotworstwo, konsekwentne, obce,

*nazewnictwo mi nie przeszkadza, naprawdę nie ma go tutaj tak wiele. W końcu to 40k i kilka słów nie powinno sprawiać kłopotu,

*konsekwentnie poprowadzona narracja z POV Nono. Żadnego błędu, nie ma nic, czego ona nie byłaby świadkiem, nie mogłaby zaobserwować ze swojego poziomu,

*ładny język,

*tysiące nawiązań, dosłownych słów, fraz, niełatwo było je wpasować w formę portalową, oj niełatwo,

*akcja i zaskoczenia. Zdarzenia leciały na łeb na szyję, w dodatku przynosiły zwroty akcji, które wymuszały przemyślenie tego, co już się zdarzyło,

*dosadny język, nie ma owijania w bawełnę,

*logiczne do bólu.

 

Tyle, moim zdaniem, piórko się należy.

Czy opko ma wady – ma. Jak każde, lecz nie to oceniam – nominując. Szkoda, że nie mam głosu dyżurnej. Cóż, za rok, jak bogi pozwolą, poproszę o status dyżurnej. Tymczasowo, deklaracja nic nie znaczy. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Imponujący tekst. Coś jak początek trylogii Sienk… yy hmm :)

Świat wykreowany z rozmachem, mam wrażenie, że przygotowałeś go z myślą o dalszych opowieściach (i dobrze). Neologizmy nadają klimatu, bardzo mi się podobały, choć o kilka ich za dużo. Drobniutki filtr, rezygnacja z paru mniej istotnych lepiej by podkreśliła te ważne (intryguje mnie ‘belarus’ – Białoruś? że to odpowiednik naszych sąsiadów?;)). Fabuła niby prosta – są dwa ‘państwa’, szykuje się wojna, ale końcówką ze zdradą Emeta (i jej powodem), ładnie wszystko wywróciłeś. Spodziewałam się zdrady siostry, uśpiłeś moją czujność :)

Bardzo podobały mi się imiona, zwłaszcza Koralis. A najbardziej Apokalipsa św. Jana Azunarium św. Janis, w którym wizją zagłady są ludzie. Świetne nawiązanie.

Nowa Fantastyka