- Opowiadanie: Krzysztof85 - Wszystkie newskie zimy

Wszystkie newskie zimy

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Wszystkie newskie zimy

 

Jeżeli jesteś wrażliwy na piękno architektury, z pewnością powinieneś odwiedzić Sankt Petersburg. Jeśli interesuje cię wielka historia, tym bardziej. Stare mury wciąż noszą ślady przełomowych wydarzeń, które jakby upodobały sobie to miasto. Jeśli chcesz znaleźć mroczną „dostojewszczyznę” również nie będziesz zawiedziony. W ciemnych podwórkach starych kamienic, połączonych ze sobą siecią przejść i korytarzy, jakimś sposobem nie zdołała zadomowić się krzykliwa nowoczesność. Między murami straszącymi ubytkami cegieł zawisła atmosfera dawno już minionego czasu. Wyczujesz ją zwłaszcza zimowymi wieczorami, kiedy zamierające powoli odgłosy miasta tłumi świeży śnieg. W tej osobliwej ciszy instynktownie wzmaga się czujność i bezwiednie zaczynasz czegoś nasłuchiwać. A kiedy nagle dojdzie cię dźwięk samochodowego silnika, jesteś szczerze zdumiony. Podświadomie bowiem oczekiwałeś usłyszeć stukot końskich kopyt na ulicznym bruku.

 

Odkąd przyjechałem do miasta nad Newą, miałem w zwyczaju spacerować całymi godzinami. W tych samotnych wędrówkach towarzyszył mi jedynie wytarty, skórzany plecak i termos z herbatą. Mogłem sobie pozwolić na takie eskapady zwłaszcza teraz, na ostatnim roku studiów wschodoznawczych. Na horyzoncie majaczył kolejny etap obranej drogi, która kilka lat temu wyprowadziła mnie z małej miejscowości we wschodniej Polsce. W stolicy jednej z byłych republik radzieckich oczekiwało już obiecane stanowisko asystenta attaché w konsulacie. Teraz, mając wyjazd w bliskiej perspektywie, starałem się możliwie dużo spacerować i chłonąć atmosferę miasta, które wkrótce planowałem opuścić.

 

W jeden z cichych, zimowych wieczorów, trafiłem na zaułek Solny, małą uliczkę niedaleko miejsca, gdzie z Newy wypływa rzeka Fontanka. Tuż obok cerkwi św. Pantaleona zwrócił moją uwagę budynek nowszy i znacznie bardziej okazały. Był to gmach muzeum należącego do uczelni artystycznej imienia barona Sztiglica. Niestety muzeum było już zamknięte, więc tym razem musiałem zadowolić się oględzinami jego bogato zdobionej fasady. Zatrzymałem się po przeciwległej stronie ulicy, aby móc objąć wzrokiem bryłę budynku. Gmach nosił wyraźne cechy charakterystycznego dla końca XIX wieku historyzmu. Na fryzie umieszczono medaliony z podobiznami wielkich twórców dawnych wieków, a w centralnej części fasady relief przedstawiający artystę w otoczeniu muz. Powiodłem wzrokiem niżej, moją uwagę przyciągnęły dwie bogato zdobione latarnie. Na czterech rogach każdej z nich przysiadły tajemnicze, posągowe postacie. Jedna z nich była owinięta jakąś tkaniną, co od razu zwróciło moją uwagę. Zaintrygowany podszedłem bliżej.

 

Postacie okazały się chłopcami z atrybutami artystycznych rzemiosł w dłoniach. Szczególne! U ich stóp leżało kilka cukierków, a szyję jednego z nich oplatał szalik. Rzeźby różniły się od barokowych putti, mających zazwyczaj nieco karykaturalne kształty. Podziwiając staranność wykonania szczegółów i realizm proporcji, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że patrzę nie na rzeźby, ale na prawdziwych chłopców pogrążonych w twórczej pracy. Zachodziłem w głowę, kto mógł podarować małym artystom prezenty i w jakim celu?

 

Z zamyślenia wyrwał mnie czyjś głos.

– Młody człowieku, widzę, że zainteresowali was nasi chłopcy.

Dozorca od pewnego czasu musiał mnie obserwować. Był to wysoki, około sześćdziesięcioletni mężczyzna o twarzy okolonej krótką, starannie przystrzyżoną brodą. Na głowie nosił starą bretonkę, na nosie opierały się okulary w cienkiej oprawie. Ubrany w płaszcz i przewiązany z wierzchu białym fartuchem wyglądał jak relikt z kart podręcznika historii.

Wyjaśniłem, że zaintrygował mnie szalik na szyi jednego chłopców i cukierki, które pojawiły się tu zapewne w jakimś określonym celu.

– Faktycznie, młody człowieku, słuszna hipoteza. A jak sądzicie, w jakim? – zapytał z uśmiechem.

Jego ton sprawił, że poczułem się jak na egzaminie z antropologii, ale nie zbiło mnie to z tropu; w tej dziedzinie czułem się swobodnie. Odpowiedziałem, że słodycze przywodzą mi na myśl dary wotywne. Przyjmują one różne formy w zależności od tego, komu są ofiarowane. Niektórym duchom podobają się dym z cygar i alkohol. Innym: mleko, ziarno czy miód. A dla malców odpowiednie wydają się cukierki.

– Doskonale! Tak, macie rację. Studenci uczelni Sztiglica zostawiają chłopcom prezenty, prosząc o pomoc w egzaminach. Podobno to skuteczne.

– Bardzo sympatyczna miejska legenda, na pewno ją zapamiętam.

– Legenda? Cóż… Widzicie, w niektórych legendach jest ziarno prawdy. W innych, ziarno fantazji. Ale żadna nie powstaje ot tak, bez powodu.

 

Przyjrzałem mu się uważniej. Pomyślałem, że zapewne mam przed sobą człowieka, który podziela moje zainteresowania. Od kiedy przyjechałem do Petersburga, zafascynowałem się jego historią i folklorem, chłonąłem wszystko, co mogłem znaleźć na ten temat. Przytaknąłem dozorcy i pociągnąłem rozpoczęty wątek w kierunku prób wyrugowania wiary w przesądy na rzecz marksistowskiego materializmu. Zauważyłem, że po rozpadzie Związku Radzieckiego myślenie magiczne jednak powróciło, a z ukrycia wyszły ruchy religijne i wierzenia, które władza starała się wykorzenić. Wśród miejskich legend Petersburga i innych miast Rosji pojawiają się takie, w których to partyjni działacze nagle zostają skonfrontowani z niewyjaśnionymi wydarzeniami. Jakby ta Druga Strona rzeczywistości upominała się o tych, którzy ją negują. Przytoczyłem kilka przykładów miejscowych legend na poparcie swoich słów. Dozorca oparty o miotłę uśmiechał się i kiwał głową ze zrozumieniem.

– Widzicie, młody człowieku, te historie występują, jakby to ująć, na kilku poziomach. Przyjmijmy na tę chwilę trzy poziomy dla porządku. Przytoczone przez was, wszystkie co do jednej, to poziom pierwszy. Nie wszyscy je znają, ale zainteresowany znajdzie je bez trudu w niektórych popularnych wydawnictwach. Te historie z reguły nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, świadczą raczej o naszym myśleniu życzeniowym. Nie należy ich wszakże ignorować; niosą ze sobą dużą wartość poznawczą o nas samych, naszych przekonaniach i tęsknotach. Poziom drugi, to niewyjaśnione historie, które przekazywane są zazwyczaj w formie ustnej, najbardziej zaufanym osobom. Raczej niechętnie zapisywane, przeczytanie ich mogłoby grozić społeczną infamią, nawet represjami, kto wie… Czasem tylko można je znaleźć na łamach osobistych dzienników i pamiętników. Trzeci poziom to przypadki, którymi zajmują się podobno tajne służby. Wydarzenia mistycznej natury, ważne z punktu widzenia państwa, obronności, najwyższych szczebli polityki. Ale to oczywiście sprawy, w które lepiej się nie mieszać…

 

Powrócił do przerwanej pracy. Odgłos zamiatania granitowych płyt trotuaru przywołał mnie do rzeczywistości.

– Macie dużą wiedzę na ten temat. Czy to wasze amatorskie zainteresowania? Bez urazy, ale nie wydają się powiązane z waszą profesją.

– Nie do końca macie rację. Dozorca musi widzieć i wiedzieć wszystko, co dzieje się w jego obiekcie i okolicy. To równie ważne, jak utrzymywanie porządku. A dozorca w takim specyficznym mieście… Ale wróćmy do naszych chłopców. Mieliście rację w sprawie cukierków, jednak historia szalika ma zupełnie inne źródło. Widzę, że interesuje was ten temat. Spotkajmy się tutaj jutro o dziesiątej wieczorem, jeśli jesteście ciekawi pewnej historii z „poziomu drugiego”. Swoją drogą, nazywam się Wiaczesław Wasilicz.

– Jerzy – przedstawiłem się i uścisnęliśmy sobie dłonie.

– A teraz wybaczcie, muszę zrobić obchód. Życzę spokojnego wieczoru. – Zniknął za ciężkimi, muzealnymi wrotami, a ja zostałem na ulicy wpatrując się w wyobrażone na nich lwie paszcze.

 

Nie pamiętam dokładnie drogi do domu. Zatopiony w myślach prawie spowodowałem wypadek na Newskim prospekcie i dopiero wściekłe krzyki kierowcy zdołały mnie otrzeźwić. Nocą prawie nie zmrużyłem oka. Następnego ranka na uczelni przywitały mnie śmiechy i żartobliwe aluzje kolegów. Na zajęciach byłem rozkojarzony i nie mogłem się skupić. W końcu opuściłem fakultet, wymawiając się złym samopoczuciem. Postanowiłem nie wracać do domu, udałem się do katolickiej bazyliki św. Katarzyny, gdzie spędziłem pewien czas na modlitwie i rozmyślaniach. Następne kilka godzin spacerowałem bez celu. Najwyraźniej mam słabe nerwy i łatwo ulegam sugestiom. A może po prostu pod wpływem wczorajszej rozmowy zacząłem dostrzegać coś więcej w miejskim krajobrazie? Miałem wrażenie, że wody Newy są mroczniejsze niż zwykle. Wyniosłe pałace na nabrzeżach zdawały się kryć niebezpieczne sekrety, a okna kamienic zionęły smutkiem i rozpaczą.

 

Zjawiłem się przed muzealną bramą kwadrans przed wyznaczoną godziną. Wiaczesław nie zawiódł. Powitał mnie przyjaźnie i gestem zaprosił do budynku, który po chwili jednak opuściliśmy bocznym wyjściem. Znaleźliśmy się na podwórku. Parterowy budynek mieszczący służbowe mieszkanie dozorcy i stróżówkę, stał przytulony do ściany kotłowni. Podwórko pomiędzy gmachem muzeum a położoną po sąsiedzku uczelnią było wyłożone kostką brukową i pieczołowicie odśnieżone. Znak, że Wiaczesław Wasilicz traktował poważnie swoje obowiązki. Z podwórka na ulicę prowadziła brama z masywną kratą zaryglowaną od wewnątrz skoblem. Zatrzymaliśmy się na chwilę. Dozorca sięgnął po pojemnik ze smarem, wylał kilka kropel na mechanizm, poruszył nim kilkakrotnie i uśmiechnął się zadowolony z efektu.

– Wystarczy pracy na dzisiaj. Zapraszam na herbatę.

Ruszył przez podwórko pewnym krokiem gospodarza, a ja posłusznie podążyłem za nim.

 

Znaleźliśmy się w niewielkiej stróżówce. Pod oknem wychodzącym na podwórko stało biurko z lampą, a pod ścianą naprzeciwko kanapa przykryta narzutą. Stół i fotel zajmowały centralną część pomieszczenia. Całą boczną ścianę zasłaniał regał z książkami i różnymi ozdobami z poprzedniej epoki. Każdy mebel pochodził z innego kompletu i pamiętał inne czasy.

Na biurku leżała gruba księga służb oraz przybornik z materiałami do pisania.

– Proszę się rozgościć, wrócę za kilka minut. – Gospodarz zniknął w korytarzu.

Podszedłem do regału, aby przyjrzeć się książkom. Większość traktowała o historii Petersburga, poszczególnych dzielnic, zabytków i muzeów.

 

Na jednej z półek zwróciło moją uwagę stare zdjęcie przyklejone na kartonik z nazwą fotograficznego atelier. Wziąłem je do ręki. Fotografia przedstawiała młodego mężczyznę siedzącego na rzeźbionym krześle. Jego prosty garnitur wydawał się o co najmniej dwa rozmiary za duży. Nosił drobny wąsik i patrzył w obiektyw głęboko osadzonymi oczami. Po chwili wrócił mój gospodarz z dzbankiem herbaty.

– To mój poprzednik – wskazał na fotografię kiwnięciem głowy. – Z pochodzenia Polak, Karol Nikołajewicz Wierzbickij. Zajął stanowisko jeszcze w czasie blokady Leningradu, w grudniu czterdziestego drugiego roku – powiedział Wiaczesław, rozlewając napar do szklanek. – Zobaczcie, jak wygląda, skóra i kości. Poprzedni dozorca umarł kilka dni wcześniej. Wyszedł po wodę do przerębla na Fontance, ale nie dociągnął już swoich sanek z powrotem. Po prostu umarł z wyczerpania. Historia, jakich tysiące… Kilka dni później zastąpił go Karol Nikołajewicz. Dobrze pracował. Harmonogram każdego dnia, każdy obchód i każdą naprawę skrupulatnie zapisywał w księdze służb. – Dozorca wskazał cukiernicę, pokręciłem głową. Wsypał do swojej szklanki trzy łyżeczki cukru i kontynuował. – Nikołajewicz umarł nagle, to był atak serca. Musiał zastać go tutaj, w stróżówce. Był oczywiście sam. Nie zdołał dojść do bramy, znaleziono go na podwórku następnego ranka.

 

Odstawiłem zdjęcie na półkę. Zająłem wskazane przez gospodarza miejsce na kanapie i spróbowałem herbaty. Była bardzo mocna.

– A wy, Wiaczesławie Wasiliczu, dawno na posterunku? – zapytałem, tłumiąc ziewnięcie.

– Ja objąłem służbę kilka dni później – odpowiedział spoglądając na fotografię na półce. – Przejąłem posterunek poprzednika wraz ze wszystkim, co po sobie zostawił. Przeczytałem zapisy z wszystkich lat jego służby, czasu miałem aż nadto. Komplet roczników mam w szafie na zapleczu. Ale widzicie, to nie wszystko. Nikołajewicz prowadził jeszcze dziennik, w którym zapisywał swoje przemyślenia i obserwacje. Trafiało tam wszystko, czego nie chciał w oficjalnych zapisach. Zapewniam was, że to fascynująca lektura. Znacznie bardziej, niż te suche, służbowe księgi. W najbliższej okolicy na przestrzeni lat miało miejsce wiele dziwnych wydarzeń, a Nikołajewicz żywo się nimi interesował. Wczoraj obiecałem opowiedzieć o historii szalika i słowa dotrzymam. Wszystko jest tutaj, w rocznikach służby i dzienniku mojego poprzednika. Jeśli oczywiście wciąż jesteście zainteresowani?

Nie musiał pytać, przytaknąłem z entuzjazmem.

– Przygotowałem je wczoraj i zaznaczyłem odpowiednie fragmenty.

Podszedł do biurka, wyciągnął z szuflady dwie grube księgi i położył przede mną na stole. Był to rocznik służby z roku 1942 oznaczony datą i jedna o wiele grubsza księga bez widocznych oznaczeń. Z obu wystawały zakładki. Sięgnąłem po grubszy wolumin. Nim zdążyłem go dotknąć, dłoń dozorcy spoczęła na okładce uniemożliwiając otwarcie. Zdziwiony podniosłem wzrok.

– Mam do was tylko jedną prośbę, Jerzy – powiedział patrząc mi w oczy. – Czytajcie zaznaczone fragmenty. Tylko zaznaczone. Zgoda?

– Zgoda – odpowiedziałem lekko zmieszany.

– Dobrze. – Dozorca cofnął dłoń. – Ale zacznijcie od rocznika z czterdziestego drugiego roku, fragmenty od trzynastego grudnia.

Otworzyłem księgę na wskazanej dacie.

 

13.12.1942

 

Nazywam się Karol Nikołajewicz Wierzbickij. Dzisiejszego ranka przejąłem obowiązki dozorcy. Bez uwag.

 

12.00 – Obchód obiektu. Bez uwag.

15.00 – Obchód obiektu. Bez uwag.

18.00 – Obchód obiektu. Jeden z elementów latarni owinięty kawałkiem materiału. Przywróciłem porządek.

22.30 – Obchód obiektu. Bez uwag.

 

14.12.1942

 

9.00 – Obchód obiektu. Jeden z elementów latarni ponownie owinięty kawałkiem materiału. Przywróciłem porządek.

10.00 – Odśnieżanie chodnika, konserwacja narzędzi.

12.00 – Obchód obiektu. Bez uwag.

15.00 – Obchód obiektu. Bez uwag.

18.00 – Obchód obiektu. Jedna z rzeźb na latarni znów owinięta szmatą. Szmatę usunąłem.

22.30 – Obchód obiektu. Bez uwag.

 

15.12.1942

 

9.00 – Obchód obiektu. Szmata na latarni. Usunięta.

10.00 – Odśnieżanie chodnika.

12.00 – Obchód obiektu. Bez uwag.

15.00 – Obchód obiektu. Bez uwag.

16.00 – Odśnieżanie podwórka. Naprawa wózka.

17.50 – Interwencja milicji przy głównej bramie (posterunkowy A.S. Myszkin, I posterunek, Litiejny rejon).

22.30 – Obchód obiektu. Bez uwag.

 

16.12.1942

 

9.00 – Obchód obiektu. Bez uwag.

10.00 – Odśnieżanie chodnika.

12.00 – Obchód obiektu. Bez uwag.

15.00 – Obchód obiektu. Bez uwag.

18.00 – Obchód obiektu. Bez uwag

22.30 – Obchód obiektu. Bez uwag.

 

– Wygląda na to, że nowy dozorca stał się celem jakiegoś żartownisia – powiedziałem po krótkim namyśle, podnosząc wzrok na gospodarza. – Dopiero interwencja milicji rozwiązała problem.

– Tak może się wydawać. Co więcej, w kolejnych dniach problem owych „szmat” przestał występować, służbowe zapisy nie wspominają o nich więcej. Ale to nie tak…

Wiaczesław otworzył największą księgę.

– Teraz porównajcie z zapisami od czternastego do szesnastego grudnia w osobistym dzienniku Karola Nikołajewicza.

Ułożyłem opasły tom przed sobą, odnalazłem pierwszy fragment i zagłębiłem się w lekturze.

 

14.12.1942

 

Ledwie wczoraj przejąłem nowe stanowisko pracy, a już zaczęły się problemy… Dziś wieczorem po raz trzeci musiałem zdejmować z muzealnej latarni jakieś szmaty! Nie mam wątpliwości, że ktoś wiesza je tam celowo. Ale po co? Dla żartu? A może chce mnie zdyskredytować? Utrzymywanie porządku w budynku i jego otoczeniu to jeden z moich obowiązków. Jeśli ktoś będzie kręcił się pod obiektem i rozrzucał śmieci, długo nie zagrzeję tu miejsca… Doprawdy podejrzane. Materiał zawsze jest starannie zawinięty wokół szyi tego samego chłopca, który trzyma w rękach glinianą figurkę. Dziś wieczorem na jego głowie była w dodatku czapka, a osobliwy szalik zawiązano w elegancki węzeł! Jutro skupię się bardziej na obserwacji ulicy.

 

15.12.1942

 

Podczas porannego obchodu zorientowałem się, że chuligan znów tu był. Szybko przywróciłem latarni godny wygląd. Postanowiłem spędzić dzisiaj możliwie dużo czasu na ulicy, pomiędzy zwyczajowymi obowiązkami. Najpewniej udaremnię w ten sposób kolejny „zamach” na latarnię. Być może któryś z przechodniów wzbudzi moje podejrzenia… Cały dzień trzymałem otwartą bramę na podwórko i wykonywałem niewielkie prace naprawcze tuż przy wyjściu. Od czasu do czasu robiłem przerwę, żeby zapalić i wyjrzeć na ulicę. (…)

 

To było wczesnym wieczorem. W pewnym momencie zauważyłem pod latarnią jakąś podejrzaną postać. Obserwowałem ją przez chwilę. Gdy podniosła ręce ku rzeźbie, bez zwłoki podjąłem interwencję z całej siły dmuchając w służbowy gwizdek. Postać odwróciła się. To była kobieta. Ubrana, a właściwie owinięta w łachmany. Kilka warstw podartych sukni i spódnic, na głowie różnokolorowe chusty spod których wystawały pasma włosów. Płaszcz przewiązany sznurem miał w kilku miejscach naszyte łaty. Właśnie owijała szyję chłopczyka niebieską tkaniną. Zobaczywszy, że się do niej zbliżam, bynajmniej nie zamierzała przestać. Odwróciła się i kontynuowała! Gdy krótką chwilę potem znalazłem się bliżej, usłyszałem jej głos. Mówiła do rzeźby.

– Już dobrze, Antoszka, zaraz będzie ci ciepło… Mamusia przyniosła ci szalik. Już, już…

Zdumienie odebrało mi mowę! Stałem i patrzyłem na groteskowe przedstawienie, gdy nagle kobieta odwróciła się w moją stronę i zaczęła histerycznie krzyczeć.

– Ty hieno! Kanalio! Jak ci nie wstyd?! Kradniesz ubranka Antoszki, myślisz, że nie wiem?! Co z ciebie za człowiek?!

Szła powoli w moją stronę, mimowolnie zacząłem się cofać.

– Jemu jest zimno, nie rozumiesz?! Zimno!! Co z ludźmi robi ta przeklęta blokada! Tracicie resztki godności! Jak można okraść dziecko?! Jesteś zwykłą hieną! Hieną!

Po chwili nie miałem już dokąd się wycofać, za plecami poczułem ścianę. Kobieta krzyczała na całą ulicę, oskarżycielskim gestem wbijając mi palec w pierś. W oknach domu naprzeciwko pojawili się gapie, co za wstyd…

 

Z niezręcznej sytuacji wybawił mnie milicjant, który przybiegł najwyraźniej zaalarmowany krzykami.

– Marfa Piotrowna, co się tu dzieje?! W tej chwili zostawcie tego człowieka w spokoju!

Kobieta przestała dźgać mnie palcem. Błagalnym głosem zaczęła tłumaczyć funkcjonariuszowi, że jestem złodziejem. Milicjant najwyraźniej od razu rozeznał się w sytuacji. Bezceremonialnie przerwał ten chaotyczny bełkot i obiecał, że zajmie się sprawą. Stanowczo nakazał jej iść do domu, po czym zapewnił, że… nie pozwoli nikomu skrzywdzić Antoszki. Byłem całkiem zbity z tropu! Ale obietnica podziałała. Kobieta w łachmanach uspokoiła się w końcu. Pogłaskała rzeźbę, pocałowała w policzek i odeszła rzucając mi ostatnie, groźne spojrzenie. Ciężko wypuściłem powietrze i podziękowałem za wybawienie z niezręcznej sytuacji. Posterunkowy miał poważną minę. Zapytał, czy możemy gdzieś spokojnie porozmawiać, więc zaprosiłem go do stróżówki. Tak poznałem historię Marfy Piotrowny.

 

Kobieta całe życie mieszkała po sąsiedzku, ulicę dalej. Dużo przeżyła. Zbyt dużo. Jej rodzice umarli pierwszej zimy w blokadzie. Własnoręcznie ciągnęła ciała na sankach do kostnicy w Spaskim soborze. W marcu zbombardowali fabrykę, w której pracował jej mąż. Nie zdążył uciec do schronu. Już go nie zobaczyła; ofiary od razu wywieźli do pieców cegielni na Moskiewskiej. Marfa Piotrowna została sama z czteroletnim synem.

– Maleńki Antoszka, tylko on jej został. To… był piękny chłopiec – milicjant zawiesił głos.

– Rozumiem. Biedna kobieta…

– Nie rozumiecie. Mały przepadł. Były podejrzenia… Znaleźliśmy go szybko, w piwnicy u sąsiadów. Oni… Wyprowadziliśmy ich na podwórze i zastrzeliliśmy. Całą czwórkę. Bez sądu, jak psy.

 

16.12.1942

 

Muszę przyznać, że wczorajsze zdarzenie na ulicy i rozmowa z funkcjonariuszem milicji wstrząsnęły mną. Tak, ludzie w Leningradzie umierają tysiącami każdego dnia, z zimna, od głodu, chorób i bomb. Tracą dobytek, rodziny, zdrowie, życie. Czasem nadzieję, czasem człowieczeństwo. Ale dźwigać taki ciężar, jak ta nieszczęsna kobieta… Nie mogłem spać tej nocy. Wstałem wcześniej niż zwykle i wyszedłem na ulicę. Marfa Piotrowna stała pod latarnią. Nie wiedziałem jak zareaguje, ale podszedłem bliżej. Głaskała Antoszkę po policzku i opowiadała mu bajkę o dziadku, babci i kurze. Na szyi malca był szalik. Nawet nie myślałem, żeby go zdejmować. Już nie. (…)

 

29.12.1942

 

(…) Opowiada Antoszce jak wspaniale będą obchodzić kolejny Nowy Rok. Z najprawdziwszą choinką, udekorowaną mnóstwem kolorowych zabawek i cukierków. Sanki w całym mieście, jak dawniej będą wozić roześmiane dzieci. Nie trupy.

 

31.12.1942

 

(…) Dochodzi północ, składam Marfie Piotrownie noworoczne życzenia.

– Szczęśliwego Nowego Roku – odpowiedziała. Po raz pierwszy spojrzała mi w oczy i uśmiechnęła się lekko. Kiedyś musiała być bardzo ładna. Kiedyś? Dobry Boże…

 

07.01.1943

 

(…)

Kupię synkowi walonki,

całkiem nowe walonki,

będzie biegał po dróżkach,

w nowych walonkach na nóżkach.

(…)

 

Podniosłem oczy znad książki i spojrzałem w przestrzeń. Za oknem drobne płatki śniegu opadały powoli na bruk podwórka.

– Od piętnastego grudnia, kobieta stale pojawia się na kartach dziennika Karola Nikołajewicza – powiedział cicho Wiaczesław. – Jest pod latarnią nawet dwa razy dziennie. Czasem na chwilę, czasem na dłużej. Przynosi zabawki, opowiada bajki. Wieczorami śpiewa kołysanki i całuje chłopca na dobranoc. Początkowo Karol Nikołajewicz nie chce przeszkadzać Marfie w tych… spotkaniach. Później nabiera śmiałości i udaje mu się zamienić z nią kilka słów. Czasem przynosi jej kubek wrzątku, jeżeli akurat uda mu się zdobyć opał. Mam nawet wrażenie, że między wierszami dziennika można odczytać rodzące się ciepłe uczucia do kobiety. Kto wie, jak potoczyłaby się dalej ta historia, gdyby nie skończyła się tak nagle.

Widząc mój zdziwiony wyraz twarzy, przerzucił kilkanaście stron dziennika i zatrzymał się na ostatniej zakładce.

 

23.01.1943

 

Najbardziej mroźny dzień tej zimy. Temperatura spadła do ponad trzydziestu stopni poniżej zera. Rano ledwo ubłagałem Marfę, żeby nie zatrzymywała się długo u Antoszki. Sam również staram się nie wychodzić na ulicę. Noc będzie ciężka (…)

 

24.01.1943

 

Nie usłuchała! Ostrzegałem, prosiłem… Ale to, co stało się zaraz potem… Nie wiem, nie potrafię tego wytłumaczyć.

Obudziłem się nagle, jakby za sprawą zewnętrznego nakazu. Była piąta rano. W jakiś sposób od razu wiedziałem… Wyglądała jak bezkształtny kłąb szmat, który przyrósł do podstawy latarni. Chłopca prawie nie było widać, Marfa szczelnie owinęła go własnymi ubraniami. Zdjęła je, żeby przykryć to odlane z metalu nagie ciałko. Przywarła do niego, obejmowała bose stópki. Na jej twarzy zastygł ten sam wyraz, który widziałem tyle razy, kiedy opowiadała bajki, gładziła włosy. Bezbrzeżna miłość. Jeśli istnieje, wierzę, że właśnie tak wygląda. W tym momencie podjąłem decyzję. Póki będę na posterunku, każdej zimy… Każdej przeklętej zimy, na szyi Antoszki będzie szalik. Na pamiątkę wszystkich kobiet Leningradu i ich dzieci. Na pamiątkę miłości i szaleństwa, które legły u samych podstaw tego miasta. Petersburga, Piotrogrodu, Leningradu. Miłości i szaleństwa, z których wyrosło i bez których istnieć już nie może.

 

Ale czy to za sprawą niewysłowionej miłości nieszczęsnej kobiety zaszło to, czego świadkiem byłem chwilę potem? Czy zrzucić to na karb szaleństwa? Byłem w stanie silnego wzburzenia, ale nie, nie mogę się mylić. Kiedy zabrali ciało Marfy Piotrowny i zacząłem zdejmować z rzeźby kolejne warstwy, w pewnym momencie dotknąłem małej rączki. Była… ciepła. Przeżyłem wstrząs. Czy mi się wydawało? Jeszcze raz. Tak. Druga tak samo… Nóżka. Druga. Dotknąłem dłonią policzka…

Czy to możliwe, aby uczucie tak silne, mogło… Przyłożyłem dłoń do małej piersi. Dobry Boże! Jak podcięty osunąłem się na śnieg. W piersi… W rozgrzanej piersi Antoszki biło serce.

 

* *

 

Dozorca zamknął dziennik i odłożył go na biurko.

– Co o tym sądzicie, Jerzy? – spytał, przyglądając mi się uważnie.

Byłem szczerze poruszony. Chwilę trwało, zanim zdołałem zebrać myśli.

– Proszę nie zrozumieć mnie źle, Wiaczesławie Wasiliczu – powiedziałem, ostrożnie dobierając słowa. – Dziękuję za zaufanie i poświęcony czas. I za podzielenie się tą niesamowitą historią.

Wiaczesław pokręcił głową, a jego usta wykrzywił ponury uśmiech. – Nie wierzycie…

– Mam wątpliwości. Blokada, głód i stres utrzymujące się przez wiele miesięcy… W końcu nagła śmierć znajomej osoby…

– Miłość jest wielką siłą, Jerzy. Prapoczątkiem. Dostatecznie silna jest zdolna tchnąć życie nawet w kamień czy metal. Energia może łączyć się z materią!

– Ludzie żyjący ze schizofrenikami, też potwierdzają, że szaleństwo bywa zaraźliwe. Dodatkowo skrajne warunki…

– Chcecie się przekonać?

– Słucham?

– Myślicie, że wieszam ten szalik dla ozdoby? Ciało chłopca jest ciepłe, a serce bije, jak każdej zimy. Chcecie sprawdzić?

Moją odpowiedź zagłuszyło przeraźliwe wycie syreny.

– To w muzeum! – Dozorca zerwał się z fotela. – Zaczekajcie… Zaczekajcie tutaj!

Rzucił się do drzwi i wypadł na podwórko. Obserwowałem przez okno, jak biegnie w stronę służbowego wejścia. W ostatniej chwili zatrzymał i spojrzał w moją stronę, jakby wahał się przez moment. Sekundę później zniknął za drzwiami.

 

Długo starałem się zrozumieć, dlaczego Wiaczesław Wasilicz podzielił się ze mną tą historią. Może to kwestia tłumionej wiele lat potrzeby zrozumienia? Wpuścił mnie do domu, rozbudził ciekawość tajemnicami dziennika i historią rodaka… Próbowałem sobie wmówić, że poniekąd sam jest sobie winien. 

 

Resztę wydarzeń tego wieczoru zapamiętałem jak urwane klatki z filmowej taśmy. Dziennik. Plecak. Kurtka. Bruk podwórka, w tle świdrujący dźwięk syreny. Naoliwiony skobel u bramy z łatwością przesuwa się w zamku, wypadam na ulicę. Wrota muzeum otwierają się, przebiegam obok. Gwizdek dozorcy idzie w konkury z syreną. Kątem oka widzę latarnię. Kobieta w łachmanach podnosi rękę i wskazuje mnie palcem. Głowa chłopca powoli odwraca się w moim kierunku…

Noga uderza w jakąś przeszkodę, upadam. W tym momencie dozorca rusza w pościg. Rozpaczliwie podrywam się z chodnika i biegnę dalej. Słyszę jego krzyki. Potem prośby. Odgłosy pogoni oddalają się, jestem znacznie szybszy. Za plecami słyszę pisk opon, dźwięk pękającej szyby i uderzenia, którego nie można pomylić z niczym innym… Nie chcę wiedzieć, biegnę dalej przez ciemne, klaustrofobiczne podwórka. Na przemian znajduję przejścia i gubię się w labiryncie korytarzy…

 

…budzę się, z trudnością otwieram sklejone powieki. Leżę na kanapie w ubraniu, poznaję swoje mieszkanie. Czuję chyba wszystkie mięśnie, biodro promieniuje bólem. Próbuję przełknąć ślinę i zanoszę się suchym kaszlem. Zegar na ścianie wybija godzinę, odwracam się na drugi bok, żeby spojrzeć. Już prawie wieczór, spałem kilkanaście godzin. Wzrok pada na kurtkę i plecak rzucone pod ścianą. Plecak! Czuję bolesne uderzenie pulsu w skroniach. Zmuszam się, żeby wstać. Drżącymi rękami odpinam klamry i zaglądam do środka…

Dziennik był tam. W ciągu kilka następnych dni, walcząc na przemian z poczuciem winy, ciekawością i wstydem, poznałem całą jego zawartość. Wiaczesław Wasilicz nie kłamał. Jeżeli chociaż część wydarzeń, o których przeczytałem, faktycznie miało miejsce… Ile jeszcze podobnych historii kryje to miasto?

 

Czułem jednak dojmujące wyrzuty sumienia z powodu kradzieży i wypadku, który spotkał dozorcę. Próbowałem pokrzepiać się nadzieją, że nic poważnego mu się nie stało. Nie chciałem zakładać najgorszego, ale uporczywe myśli i poczucie winy dławiły mnie przez wiele bezsennych nocy. W końcu postanowiłem wyznać przewiny Bogu; udałem się do bazyliki św. Katarzyny przy Newskim prospekcie. Po spowiedzi, która przyniosła namiastkę ukojenia, zdecydowałem się pozbyć pamiątki swego grzechu, zostawiłem dziennik na ławce obok konfesjonału z nadzieją nigdy więcej go nie oglądać.

 

Niedługo potem opuściłem kamienne miasto nad Newą. Byłem daleko za Uralem, potem na gorącym Południu. Na placówkach w republikach, które przez lata przechodziły z rąk do rąk… Gdybyś mi powiedział, że powrócę do Wenecji Północy po niemal trzydziestu latach, zająć stanowisko generalnego konsula, pewnie bym ci nie uwierzył.

Nie mam już tyle czasu na spacery, co kiedyś. Staram się odwiedzać miejsca z lat młodości, kiedy pozwalają mi obowiązki i zdrowie. Nie dziw się jednak, że zaułek Solny zawsze omijam szerokim łukiem.

 

 

Koniec

Komentarze

Dziękuję bardzo betującym za Waszą pomoc! Oprócz wymienionych Oidrin i BosmanMat niemałą pomoc okazali również Grzesiek, Kamil, Mikos i Siergiej – dziekuję Wam!

www.popetersburgu.pl

Oidrinn zaprosiła do lektury Twojego tekstu – i nie żałuję, że się skusiłam. Bardzo dobrze mi się czytało ten bardzo efektownie stylizowany na klasyczną prozę, elegancko napisany tekst, w którym forma literacka współgra z nastrojem. Akcja jest niespieszna, powolna, a fabuła też klasycznie domknięta, ale dzięki temu skutecznie budujesz w tekście klimat niesamowitości i smutku. Tradycyjne metody wprowadzające wątki, jakie stosujesz (opowieść przypadkowo spotkanego człowieka, lektura dziennika, pozostawienie go kolejnym czytelnikom) są dobrze dobrane do pomysłu fabularnego i nastroju. W Petersburgu spędziłam raptem kilka dni, ale Twój tekst bardzo pięknie przypomniał mi to miasto – zarówno impresje, jakie zostały mi z własnego krótkiego pobytu, jak i “literacką” wersję, znaną z lektur (bo szalenie lubię rosyjską literaturę).

Ninedin, dziękuję serdecznie! Z drżącym sercem czekam na komentarze i bardzo się cieszę, że ten pierwszy, Twój, jest jednoznacznie pozytywny. Dziękuję również Tobie, Oidrin, za rekomendację! 

 

www.popetersburgu.pl

Również przeczytałem opowiadanie i nie żałuję. Może nie jestem doświadczony, a moja opinia nie będzie w pełni profesjonalna, ale chciałem zostawić jakiś ślad. W Petersburgu nigdy nie byłem, jednak ten wstęp sprawił, że mogłem poczuć jego klimat, przejść się chłodnymi uliczkami wraz z bohaterem i podziwiać architekturę. Zupełnie jakbym na chwilę przeniósł się na wycieczkę do Rosji. Co do reszty, faktycznie emocje są tutaj widoczne, czytanie z namiętnością, zwłaszcza, gdy pojawiła się kobieta ubierająca rzeźbę. Nie czyta się tego beznamiętnie, wręcz przeciwnie. Opowiadanie faktycznie jest powolne, jednak mi to nie przeszkadzało, wędrowałem przez nie z przyjemnością.

Z pewnością przeczytam resztę Twoich prac. Powodzenia ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Dziękuję, Danielu!

Reszty mojej twórczości na tym portalu to tylko jedno krótkie opowiadanie, w dodatku w zupełnie innym stylu i formie, więc nie obecuj sobie za dużo po nim. Mam jednak chęć pisać dalej o Petersburgu, który niezmiennie mnie fascynuje i sam podrzuca mi masę różnych pomysłów. Więc mam nadzieję w przyszłości kontynuować temat. W opowiadaniu jest kilka furtek, umożliwiających gładką kontynuację historii dziennika.

Pozdrawiam ziomka ze Szczecina – też stamtąd pochodzę!

www.popetersburgu.pl

Bardzo przyjemne opowiadanie, od dawna marzę o wizycie w Petersburgu, więc poznanie takiego aspektu jego fantastycznej historii było niewątpliwie miłym urozmaiceniem niedzieli :) Zazdroszczę doświadczeń!

Pomarudziłabym jedynie troszkę w kwestii formy: domyślam się, że celowo piszesz w taki powolny, tradycyjny sposób, niemalże z dziewiętnastowiecznej literatury, ale jakkolwiek bardzo zdecydowanie to lubię i nie jestem, brońcie bogowie, fetyszystką szybkiej akcji, długi wtręt z dziennika jednak bym jakoś choćby troszkę zdynamizowała, choćby przez uwagi narratora czy coś takiego. Ale to czepianie się, całość napisana z dużą kulturą i wyczuciem języka. Historyjka prosta, ale ładna.

Też czekam na dalsze petersburskie opowieści i klikam bibliotekę.

Powodzenia!

http://altronapoleone.home.blog

Jezu, Drakaina, miód na serce! :) Dziękuję za klik do Biblioteki!

Faktycznie, mam dość archaiczne tempo narracji. Nasiąkłem taką manierą przez swoje lektury i nie potrafię inaczej. Raczej nie czytam nowych rzeczy. Wolę Lovecrafta czy Grabińskiego po raz setny ;)

Pozdrowienia!

 

www.popetersburgu.pl

No to mamy podobne upodobania literackie, miło mi :)

http://altronapoleone.home.blog

Cześć, Krzysztofie!

Twój tekst urzeka narracją dobraną do sennej, ale intrygującej atmosfery miasta, o którym piszesz. Zajrzenie do niego przed publikacją było dużą przyjemnością czytelniczą, zwłaszcza że oddajesz tutaj coś więcej niż miasta, a mianowicie sposób, w jaki oddziałuje ono na postrzeganie tych, którzy ze względu na zainteresowanie dają się porwać jego skomplikowanej historii.

Językowo jest to w dużej mierze tekst nawiązujący do klasyki, ale ma to swój urok. Dodatkowy plus za nawiązanie do niektórych teorii, które są bardziej dla tych, którzy lubią antropologię i teorię kultury. Fajnie było zobaczyć, jak tekst nabiera kształtów i rozkwita, chyba to lubię najbardziej w betach. Mam nadzieję, że będziesz tu kontynuował swoją przygodę z pisaniem.

Pozdrawiam

Dziękuję Ci, Oidrin, za komentarz i lekturę, w dodatku nie jedną! Finalny kształt opowiadania to w dużej mierze Twoja zasługa!

Też mam nadzieję kontynouwać, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Mam kilka pomysłów, które dojrzewają w głowie. W przeszłości zaczynałem pisać kilka opowiadań, w których miałem jakiś pomysł a zupełnie brakowało mi fabuły przemyślanej od A do Z. Jak się nietrudno domyślić, te opowiadania nigdy nie zostały ukończone. Tym razem nie siadam do pisania, jeśli nie mam przemyślanej spójnej koncepcji, nauczyłem się doświadczeniem. Tak więc nie sądze, że należy się spodziewać ode mnie czegoś nowego w krótkim czasie, ale pewnie to nie jest moje ostatnie słowo :)

Jeszcze raz dzięki!

K.

www.popetersburgu.pl

Krzysztofie, przeniosłeś mnie tym opowiadaniem w inne miejsce, w inny czas. I bardzo mi się to spodobało, zwłaszcza że nie pokazałeś jednej historii, a kilka.

Dobrze było spacerować z bohaterem i towarzyszyć mu w podziwianiu tego, co oglądał. Miło było spotkać stróża muzeum i odbyć z nim zajmującą rozmowę. A następnego dnia, kiedy Michał odwiedził Wiaczesława i mógł zajrzeć do starych ksiąg i pamiętnika Karola Nikołajewicza Wierzbickiego, pojawiły się nowe opowieści – smutne i wzruszające, ale jakże tajemnicze i zadziwiające.

To była bardzo satysfakcjonująca lektura i cieszę się, że obiecujesz jeszcze wiele podobnych opowiadań.

Mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym móc zgłosić opowiadanie do Biblioteki.

 

Był to gmach muzem na­le­żą­ce­go… ―> Literówka.

 

moją uwagę przy­cia­gnę­ły dwie… ―> Literówka.

 

przy­wo­dzą mi na myśl dary wo­tyw­ne. Przyj­mu­ją one różne formy w za­leż­no­ści od tego, do kogo są kie­ro­wa­ne. ―> O darach napisałabym raczej: Przyj­mu­ją one różne formy w za­leż­no­ści od tego, komu zostały ofiarowane.

 

Ale żadna nie po­wsta­je ot-tak, bez po­wo­du. ―> Ale żadna nie po­wsta­je ot tak, bez po­wo­du.

 

chło­ną­łem wszyst­ko, co mo­głem zna­leźć na ich temat. ―> …chło­ną­łem wszyst­ko, co mo­głem zna­leźć na ten temat.

 

Od­wró­cił się i wró­cił do pracy. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Skoro trzymał miotłę, proponuję: Od­wró­cił się i zaczął zamiatać.

 

wy­pa­dek na New­skim pro­spek­cie… ―> Czy aby nie powinno być: …wy­pa­dek na New­skim Pro­spek­cie

 

Zna­leź­li­śmy się w po­dwór­ku. ―> Zna­leź­li­śmy się na po­dwór­ku.

 

Na biur­ku le­ża­ła gruba Księ­ga Służb… ―> Dlaczego wielkie litery? To nie jest tytuł dzieła, tylko nazwa księgi służbowej, tak jak np.: dziennik lekcyjny, książka skarg i wniosków czy dziennik pokładowy.

 

Nosił drob­ny wąsik i pa­trzył w obiek­tyw głę­bo­ko osa­dzo­ny­mi, za­pad­nię­ty­mi ocza­mi. ―>

Zbędne dookreślenie – oczy głęboko osadzone, to oczy zapadnięte.

Proponuję: Nosił mały/ niewielki wąsik i pa­trzył w obiek­tyw głę­bo­ko osa­dzo­ny­mi ocza­mi.

 

Wy­szedł po wodę do prze­rę­bla na Fon­ta­ce… ―> Literówka.

 

Kilka dni póź­niej za­mie­nił go Karol Ni­ko­ła­je­wicz. ―> Kilka dni póź­niej z­mie­nił/ zastąpił go Karol Ni­ko­ła­je­wicz.

 

skru­pu­lat­nie za­pi­sy­wał w Księ­dze Służb. ―> ?

 

Do­zor­ca wska­zał na cu­kier­ni­cę… ―> Wystarczy: Do­zor­ca wska­zał cu­kier­ni­cę

 

– Przy­go­to­wa­łem je wczo­raj i za­zna­czy­łem od­po­wied­nie frag­men­ty. Pod­szedł do biur­ka… –> Brak oddzielenia wypowiedzi i narracji. Winno być:

– Przy­go­to­wa­łem je wczo­raj i za­zna­czy­łem od­po­wied­nie frag­men­ty.  

Pod­szedł do biur­ka

 

wy­cią­gnął z szu­fla­dy dwie grube ksią­gi… ―> Literówka.

 

Był to rocz­nik służ­by z roku 1942 ozna­czo­ny datą i jedna znacz­nie grub­sza księ­ga… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Był to dziennik służ­by z roku 1942 ozna­czo­ny datą i jedna o wiele grub­sza księ­ga

 

– Do­brze – Do­zor­ca cof­nął dłoń. ―> Brak kropki po wypowiedzi.

 

16.00 – Od­snie­ża­nie po­dwór­ka. ―> Literówka.

 

oskar­ży­ciel­skim ge­stem wbi­ja­jąć mi… ―> Literówka.

 

Chwi­lę za­ję­ło, zanim zdo­ła­łem ze­brać myśli. ―> Chwi­lę trwało, zanim zdo­ła­łem ze­brać myśli.

 

Nie chcia­łem my­śleć o naj­gor­szym, ale upo­rczy­we myśli i… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

WOW! Dziękuję Ci, Reg, za ciepłe przyjęcie mojego opowiadania i za mile łechcące słowa ;)

Ledwie zdążyłem się rozejrzeć na portalu a tu już Biblioteka! Tylu tutaj miłych i skorych do pomocy ludzi, jesteście super! Dla takich ludzi chce się pisać!

Dzieki za wskazanie błędów, wnet je usunę.

Pozdrowienia,

K.

 

www.popetersburgu.pl

Bardzo proszę, Krzysztofie. Cieszę się, że łechtanie słowami sprawiło Ci przyjemność. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawa historia. Pozazdrościłem Jerzemu herbaty z Wiaczesławem Wasiliczem. Kwestia gustu, ale dla mnie język rosyjski ma w sobie coś, co pobudza do opowiadania i słuchania opowieści.

 

Mam pytanie odnośnie słowa stójkowy – w słownikach języka polskiego figuruje jako nazwa policjanta w zaborze rosyjskim, spróbowałem znaleźć to słowo w słownikach języka rosyjskiego i początkowe poszukiwania skończyły się niepowodzeniem – jeśli mieszkasz w Petersburgu, byłbym wdzięczny, gdybyś mógł mi w wolnej chwili napisać, czy “stójkowy” w języku polskim pochodzi od konkretnego rosyjskiego słowa, a jeśli tak, jak to się dokładnie pisze cyrylicą, co oznacza i skąd się wzięło :). 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Ciekawe, dowiem się! Dzięki za zwrócenie uwagi :)

www.popetersburgu.pl

 Cześć, Krzysztofie, pod Twoim opowiadaniem. Podobało mi się. Jakbym była w tym Solnym Zaułku. Pamiętam Petersburg z krótkiego wyjazdu w dzieciństwie. Miasto straszne bo takie wielkie, tyle wrażeń, że nie mogłam spać i płakałam. Potem z netu i jeżdżenia palcem po mapie, przewracania stron w albumie pełnym obrazów z Ermitażu, albumie nie-książce lecz jakby pudełku obciągniętym lnem, podarowanej mi przez wuja. Obrazy były wydrukowane na kredowym papierze i bałam się je skalać odciskiem palców, więc przed oglądaniem szłam do łazienki, by je dokładnie umyć. Nie byłam czyściochem, więc przyjęło się upominanie mnie przed obiadem i kolacją: "Umyj ręce, jak do albumu".

Opisujesz go tak, jak sobie wyobrażam już po dorosłości, choć boję się tłumu turystów (może bałam, bo pandemia).

Opko ładnymi słowami wymalowane, ciekawa historia, tempo – dla mnie ok. Postaci prawdziwe. Do czego trochę bym się czepiała? – może do zakończenia, ponieważ o ile historia chłopca nie mogła mieć innego zakończenia, to nie wiem, nie potrafię się domyśleć, co stało się ze stróżem, a chociaż to chciałabym wiedzieć, czyli zabrakło mi niejako kontrapunktu. 

Biblio skarżyłabym bez wahania, nawet nad piórkiem się zastanawiałam, ale męczy mnie ten kontrapunkt. 

 

Poza tym kilka zatrzymań:

Studenci uczelni Sztiglica

Tu zastopowałam, bo się sama zastanawiam, jak to pisać w opowiadaniu: czy w wersji rodzimej Sztiglica, czy zeuropeizowanej Stieglitza. Co poprawne – nie wiem. Napisałam, bo może ktoś mądrzejszy rozstrzygnie, jak to robić. 

Zauważyłem, że po rozpadzie Związku Radzieckiego myślenie magiczne jednak powróciło, a z ukrycia wyszły ruchy religijne i wierzenia, które władza starała się wykorzenić. Wśród miejskich legend Petersburga i innych miast Rosji pojawiają się takie, w których to partyjni działacze nagle zostają skonfrontowani z niewyjaśnionymi wydarzeniami. Jakby ta Druga Strona rzeczywistości upominała się o tych, którzy ją negują.

Trochę powtórzeń, powalczyłabym z nimi. ;-)

W końcu opuściłem fakultet(+,) wymawiając się złym samopoczuciem.

Konieczny przecinek przed lub za imiesłowem przysłówkowym współczesnym (-ąc, ący, ąca) i uprzednim (– łszy, -wszy). Nie znam się na tym, lecz po dwóch latach n forum wreszcie chyba nauczyłam się nazw i “skapowałam”. xd

Przejąłem posterunek poprzednika,(-,) wraz ze wszystkim, co po sobie zostawił.

Tu bez przecinka. Tak mi się wydaje?

pzd, a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Momentami zbyt sztywne od nagromadzonej faktografii (”Gmach nosił wyraźne cechy charakterystycznego dla końca XIX wieku historyzmu”), pod koniec przyspieszone i, przy pierwszej lekturze, nie do końca dla mnie czytelne fabularnie (dwa akapity od “Resztę wydarzeń tego wieczoru…”) ale i tak bardzo ładne, przejmujące i z wyczuciem napisane w najtrudniejszych momentach (to krótkie “Oni…” !).

Gratuluję. Klikałbym, gdyby było jeszcze trzeba.

Asylum, bardzo mi przyjemnie, że pobudziłem Twoje wspomnienia. Piękna historia z albumem, bardzo osobista. To ciekawe, jak działają skojarzenia. Czytałem kiedyś esej Iwaszkiewicza poświęcony jego wycieczce do Petersburga. Dla niego to miasto z dzieł Puszkina, Gogola, Dostojewskiego, wspomnień Mickiewicza i Witkacego. Dla Ciebie dziecięce wspomnienia obrazów w albumie. Dla mnie pewnie jeszcze coś innego.

W tym roku miasto jest zupełnie inne, turystów nie ma. Spodobałoby Ci się…

Dzięki za wskazanie punktów do poprawki!

A dozorca, cóż, miał wypadek. Potrącił go samochód w czasie pogoni.

 

Cobold, gdybyś widział, jak ten tekst wyglądał wcześniej, to byś zapłakał ;) Fragment, o którym piszesz był okropnie przeładowany informacjami o wyglądzie gmachu, jego historii, roli, którą miał pełnić… Koniecznie chciałem się popisać wiedzą, na szczęście zrozumiałem, że nie tędy droga i motzno odchudziłem tekst. To minimum zostawiłem, aby dać do zrozumienia, że bohater to inteligentny człowiek ;)

Dzięki Wam za lekturę i komentarze!

 

www.popetersburgu.pl

Nie będę może cytował całości, lecz jedynie fragment. Kupiłeś mnie tym opisem, w którym między wierszami zawarłeś treść trudną albo zgoła niemożliwą do oddania:

Jeśli jesteś wrażliwy na piękno architektury, z pewnością powinieneś odwiedzić Sankt Petersburg w poszukiwaniu podniet estetycznych. Jeśli interesuje cię wielka historia, tym bardziej. Stare mury wciąż noszą ślady przełomowych wydarzeń, które jakby upodobały sobie to miasto… A kiedy nagle dojdzie cię dźwięk samochodowego silnika, jesteś szczerze zdumiony. Podświadomie bowiem oczekiwałeś usłyszeć stukot końskich kopyt na ulicznym bruku.

Cechą mojego idiomu stają się z wolna nieśpieszne wstępy i stosunkowo szybkie zakończenia. Widzę, że u Ciebie jest podobnie. Budujesz klimat już na początku i wprowadzasz myśli czytelnika na słuszne tory. Historia napisana porządnie, brak większych uchybień czy potknięć. Ode mnie piątka! Tak trzymać!

Dzięki, Maćku! Faktycznie, są analogie i podobne zabiegi, jak w Twojej “Dziwożonie”. 

Mam nadzieję, że lektura była satysfakcjonująca :)

Pozdrowienia!

K. 

 

www.popetersburgu.pl

Nevaz:

Myślałem, że to będzie "Gorodowoj", a tego słowa na polski nie przetłumaczysz (gorod=miasto). Ale jak się okazuje, takie określenie funkjonowało w czasach przedrewolucyjnych.

Zapytałem miejscowego kumpla Siergieja, odpowiedział:

"W opowiadaniu raczej chodzi o "участкового милиционера", czyli o milicjanta niższej rangi, który nadzoruje określoną częścią miasta, naprzykład dwa-trzy kwartały.”

Uczastok = posterunek. A więc najlepiej byłoby zamienić go na posterunkowego. W opowiadaniu występuje też określenie "oficer", a posterunkowy to nie oficer. Będę musiał to jeszcze przerobić. Dziękuję Ci za zwrócenie uwagi!

K.

www.popetersburgu.pl

Cześć!

Klimatyczne, fantastyczne i nastrojowe. Czytało się przyjemnie, stopniowo dawkowałeś napięcie. Piękna i smutna historia ludzi, którzy widzieli oraz przeżyli trochę za dużo, ukazana w przystępny sposób. Przyjemny sposób przekazywania niełatwej historii. Bohaterowie zarysowani wystarczająco, klimat miasta (imho) dobrze oddany.

Jedyne, czego nie zrozumiałem to wydarzenia po włączeniu syreny. Dlaczego bohater ukradł dziennik? Co go do tego skłoniło? I dlaczego go później oddał? Nie kumam… Jakoś nie pasuje mi to do reszty tekstu, i wygląda trochę na “boga z maszyny”, ale może to element większej całości jakiejś (albo nawiązanie?).

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć Krar, fajnie, że podeszło! :)

Bohater pochodzi z małej miejscowości na wschodzie Polski, jest religijny, przywiązany do idei państwowości (przygotowuje się do pracy w polskiej dyplomacji), jakiejś mistycznie pojmowanej narodowej wspólnoty. Oczywiście to wszystko z typowym dla młodego wieku infantylizmem. Stąd i gdy pojawia się nieoczekiwana okazja (która “czyni złodzieja”, jak stare powiada przysłowie, hehe), wiedziony nagłym impulsem postanawia zawładnąć dziennikiem, zawierającym spuściznę rodaka. Poza tym Wiaczesław Wasilicz rozbudził jego ciekawość dając do zrozumienia, że dziennik zawiera sensacyjne informacje, którymi nie chce się podzielić. Odkrywa przed Jerzym tylko fragmenty dotyczące szalika.

A dlaczego go zostawia, w dodatku w kościele? Poczucie winy z powodu kradzieży, zawiedzionego zaufania, wypadku, kto wie, może nawet śmierci dozorcy w czasie pościgu. Bohater chce się oczyścić, częściowo dała mu to spowiedź, poza tym chce, aby ksiądz po wyjściu z konfesjonału znalazł dziennik i zabrał go. Naiwna wiara, że “oni już będą wiedzieli co z nim zrobić”. To również furtka do kontynuacji historii dziennika, jeżeli mnie najdzie ;)

Pozdrowienia!

K.

www.popetersburgu.pl

To opowiadanie zostało zainspirowane Petersburgiem. Miastem, w którym mieszkam od 5 lat i na którego przemożny wpływ nie sposób pozostać obojętnym.

Zaciekawiłeś. :)

Jeśli jesteś wrażliwy na piękno architektury, z pewnością powinieneś odwiedzić Sankt Petersburg w poszukiwaniu podniet estetycznych

 

Myślę, że to można wykreślić, bo już pierwszy fragment zdania wskazuje na to, czego mielibyśmy w Sankt Petersburgu szukać. 

 

jakimś sposobem nie zdołała zadomowić się krzykliwa nowoczesność

Zastanawiam się nad tym sformułowaniem. Jasne, że można coś zdołać zrobić jakimś sposobem. Ale nie zdołać? Hmm…

Poza tym spokojnie te dwa słowa można wykreślić.

 

W stolicy jednej z byłych republik radzieckich oczekiwało już obiecane stanowisko asystenta attaché w konsulacie. […]

W jeden z cichych, zimowych wieczorów, trafiłem na zaułek Solny, małą uliczkę niedaleko miejsca, gdzie z Newy wypływa rzeka Fontanka.

Wiem, że dość daleko, ale takim ładnym stylem piszesz, że się ciężko czegoś przyczepić.

 

Z zamyślenia wyrwał mnie głos starszego mężczyzny.

– Młody człowieku, widzę, że zainteresowali was nasi chłopcy.

Głos należał do dozorcy, który od pewnego czasu musiał mnie obserwować. Był to wysoki, około sześćdziesięcioletni mężczyzna o twarzy okolonej krótką

Niepotrzebnie powtarzasz, już to wiemy.

 

Tutaj przytoczyłem kilka przykładów miejscowych legend na poparcie swojej tezy.

Bardzo akademicko to zabrzmiało.

 

– Widzicie, młody człowieku, te historie występują, jakby to ująć, na kilku poziomach. Przyjmijmy na tę chwilę trzy poziomy dla porządku. Przytoczone przez was, wszystkie co do jednej, to poziom pierwszy. Nie wszystkim znane, ale zainteresowany znajdzie je bez trudu w niektórych popularnych wydawnictwach. Te historie z reguły nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, świadczą raczej o naszym myśleniu życzeniowym. Nie należy ich wszakże ignorować; niosą ze sobą dużą wartość poznawczą o nas samych, naszych przekonaniach i tęsknotach. Poziom drugi, to niewyjaśnione historie, które przekazywane są zazwyczaj w formie ustnej, najbardziej zaufanym osobom. Raczej niechętnie zapisywane, przeczytanie ich mogłoby grozić społeczną infamią, nawet represjami, kto wie… Czasem tylko można je znaleźć na łamach osobistych dzienników i pamiętników. Trzeci poziom to przypadki, którymi zajmują się podobno tajne służby. Wydarzenia mistycznej natury, ważne z punktu widzenia państwa, obronności, najwyższych szczebli polityki. Ale to oczywiście sprawy, w które lepiej się nie mieszać…

Świetny koncept, ale forma w jakiej go podałeś… Jakoś nie mogę sobie wyobrazić takiego monologu wygłaszanego przez dozorcę w zimową noc. Brzmi to jak wykład. Bym to skondensował, napisał bardziej potoczną mową. 

 

Spotkajmy się tutaj jutro o dziesiątej wieczorem, jeśli jesteście ciekawi pewnej historii z „poziomu drugiego”.

Aż mi przed oczami stanęły różne mistyczne sekty carskiej Rosji. A z drugiej strony zabrzmiało ciur RPGowo. 

 

– Mam do was tylko jedną prośbę, Jerzy – powiedział patrząc mi w oczy. – Czytajcie zaznaczone fragmenty. Tylko zaznaczone. Zgoda?

Wzbudza zainteresowanie. :)

 

– Nie rozumiecie. Mały przepadł. Były podejrzenia… Znaleźliśmy go szybko, w piwnicy u sąsiadów. Oni… Wyprowadziliśmy ich na podwórze i zastrzeliliśmy. Całą czwórkę. Bez sądu, jak psy

Zjedli go?

 

Coś mnie tknęło, przeczucie. Obudziłem się nagle, jakby za sprawą zewnętrznego nakazu. Była piąta rano.

Już wiemy, że coś go tknęło.

 

– Ludzkie emocje wydzielają energię. Jeśli jest dostatecznie silna, może łączyć się z materią. Z takim właśnie przypadkiem mamy do czynienia.

Twój tekst ma taki mistyczny, tajemniczy klimat, zbudowany na niedopowiedzeniu. Taki, jaki mają właśnie przekazywane w gronie rodziny albo znajomych historie o niewyjaśnionych zjawiskach. 

To zdanie… jakby mnie ktoś uderzył łopatą.

Dozorca wychodzi tu na eksperta od zjawisk paranormalnych. 

Do tego myślę, że gdyby je wykreślić, tekst nic by nie stracił. W moich oczach nawet zyskał.

 

 

Pięknie napisana historia. Bardzo nostalgiczna. Czuć, że znasz to miasto – a przynajmniej pozwalasz nam tak sądzić. ;)

Podobają mi się opisy, świetnie zbudowałeś klimat.

Co do fabuły, historia mnie wciągnęła, zaintrygowała i pozostawiła usatysfakcjonowanym. Uderzyłeś w realizm magiczny, gdyby się uprzeć, można tekstowi zarzucić brak fantastyki, ale mnie się to podoba. 

Jednak, moim zdaniem, ciut zbyt długi wstęp w stosunku do części właściwej, za to w zakończeniu bardzo przyspieszasz i styl trochę siada.

Przyczepiłbym się też do wykładu o tych trzech poziomach – wyszło na to, że tego trzeciego poziomu nie poznajemy, więc to taka strzelba, która nie wypaliła w ostatnim rozdziale. Trochę oczekiwałem na to, że przedstawisz nam historię z wyższego kręgu wtajemniczenia.

 

Widzę, że opowiadanie zostało zgłoszone w temacie piórkowym. Ja nie jestem pewien, musze się zastanowić, ale bez wątpienia to bardzo dobry tekst! 

 

Cześć, Gekikara, dzięki za lekturę i sugestie.

 

Zaciekawiłeś. :)

 

Faktycznie, parę lat już sam spaceruję po tym mieście podobnie jak bohater tej opowieści. Pomimo, że jest ogromne, zdołałem przez te kilka lat poznać je całkiem nieźle. Dwa lata pracowałem jako kurier rowerowy, więc bywałem wszędzie gdzie chciałem i nie chciałem bywać. Potem zostałem przewodnikiem, więc zainteresowanie petersburskimi zakamarkami i historią dalej się rozwijało. Dodaj do tego specyficzne lektury, które nakładają na rzeczywistość filtr niesamowitości, tak powstało to opowiadanie. I mam nadzieję będą kolejne.

 

Co do Twoich sugestii:

 

Jeśli jesteś wrażliwy na piękno architektury, z pewnością powinieneś odwiedzić Sankt Petersburg…

Masz rację, to zdanie jest kompletne, drugą część usunę.

 

jakimś sposobem nie zdołała zadomowić się krzykliwa nowoczesność

To zdanie zdecydowanie zostanie w takiej formie. Nowoczesność wciska się wszędzie, gdzie nie rzucisz okiem reklama, znaki drogowe, samochody… Ale gdy wejdziesz w podwórka, będziesz zdumiony – nowoczesność, którą tak dobrze widać na ulicy, jakimś sposobem (wskazuje to na zdziwienie) nie jest tam już wyczuwalna. Brakuje “rekwizytów”, jakbyś nagle przeniósł się w czasie o sto lat! 

 

Z zamyślenia wyrwał mnie głos starszego mężczyzny.

– Młody człowieku, widzę, że zainteresowali was nasi chłopcy.

Głos należał do dozorcy, który od pewnego czasu musiał mnie obserwować. Był to wysoki, około sześćdziesięcioletni mężczyzna o twarzy okolonej krótką

 

Fakt, poprawię.

 

Tutaj przytoczyłem kilka przykładów miejscowych legend na poparcie swojej tezy.

 

Tak, brzmi akademicko, ale nie widzę w tym zgrzytu, bohater to student na ostatnim roku, akademicki sposób wyrażania myśli nie jest mu obcy, przesiąkł nim.

 

Świetny koncept, ale forma w jakiej go podałeś… Jakoś nie mogę sobie wyobrazić takiego monologu wygłaszanego przez dozorcę w zimową noc. Brzmi to jak wykład. Bym to skondensował, napisał bardziej potoczną mową. 

Rozumiem Twój punkt widzenia. Mogłem również go przyjąć i przedstawić dozorcę jako prostego człowieka, któremu daleko do krasomówcy. Ale z drugiej strony stało moje doświadczenie życia tutaj. Widziałem alkoholiczki bredzące o “Mieczu Demoklesa” w stanie silnego upojenia. Widziałem zarosniętych dziadków w starych swetrach i powyciąganych dresach, rozprawiających na ławce o fizyce jądrowej. Mówię zupełnie poważnie. Petersburg jest miastem, które uczy bardzo szybko jednej ważnej rzeczy – nigdy nie sądzić po pozorach. Nie masz pojęcia, z kim rozmawiasz i jaka jest jego historia, szanuj wszystkich. Bohater też to rozumie. Dozorca pomimo wykonywanego teraz zajęcia, jest człowiekm inteligentnym. Kto wie, kim był kiedyś? Dlatego mając do wyboru oczekiwania czytelnicze (dozorca=prosty człowiek z miotłą) i miejscowe realia, wybrałem to drugie. 

 

Zjedli go?

Oczywiście nie całego, sporo zostawili na później. Kanibalizm (czynny i bierny) zdarzał się w oblężonym Leningradzie, niestety.

 

– Ludzkie emocje wydzielają energię. Jeśli jest dostatecznie silna, może łączyć się z materią. Z takim właśnie przypadkiem mamy do czynienia.

Masz rację, to trochę “łopata” w porównaniu do dotychczasowgo klimatu. Z drugiej strony zobacz, w jakim tonie wyrażał się wcześniej dozorca, to pasuje. Ale przerobię go, żeby był bardziej emocjonalny, w końcówce to napięcie rośnie.

 

Przyczepiłbym się też do wykładu o tych trzech poziomach – wyszło na to, że tego trzeciego poziomu nie poznajemy, więc to taka strzelba, która nie wypaliła w ostatnim rozdziale. Trochę oczekiwałem na to, że przedstawisz nam historię z wyższego kręgu wtajemniczenia.

Prawdopodbnie będę kontynuował te petersburskie historie. Trzeci poziom, podobnie jak zostawienie dziennika w kościele to furtki ku przyszłym przygodom! :)

 

Dziękuję Ci jeszcze raz za wnikliwą lekturę i za ciepłe przyjęcie mojego opowiadania!

Pozdrowienia,

K.

www.popetersburgu.pl

To zdanie zdecydowanie zostanie w takiej formie. Nowoczesność wciska się wszędzie, gdzie nie rzucisz okiem reklama, znaki drogowe, samochody… Ale gdy wejdziesz w podwórka, będziesz zdumiony – nowoczesność, którą tak dobrze widać na ulicy, jakimś sposobem (wskazuje to na zdziwienie) nie jest tam już wyczuwalna. Brakuje “rekwizytów”, jakbyś nagle przeniósł się w czasie o sto lat!

Bardziej by mi pasowało "z jakiegoś powodu" albo "jakimś sposobem uniknęło", ale oczywiście to tylko moje wrażenie, niech ktoś inny rozsądzi czy to poprawnie, czy niepoprawnie. :) 

 

Dozorca pomimo wykonywanego teraz zajęcia, jest człowiekm inteligentnym. Kto wie, kim był kiedyś? Dlatego mając do wyboru oczekiwania czytelnicze (dozorca=prosty człowiek z miotłą) i miejscowe realia, wybrałem to drugie. 

 

Nie miałem zamiaru umniejszać inteligencji dozorcy, po prostu fragment wydał mi się taki bardzo oficjalny, jakby wycięty z wykładu, przygotowanego wystąpienia, w którym jak najwięcej wiedzy ma się zmieścić w jak najmniejszej ilości słów. 

 

Prawdopodbnie będę kontynuował te petersburskie historie. Trzeci poziom, podobnie jak zostawienie dziennika w kościele to furtki ku przyszłym przygodom! :)

Będę wypatrywać kolejnego tekstu, bo klimat jest niesamowity. :) 

 

 

Hej!

Ok, motywację kradzieży jeszcze kupuję, ale tego jakoś nie:

A dlaczego go zostawia, w dodatku w kościele? Poczucie winy z powodu kradzieży, zawiedzionego zaufania, wypadku, kto wie, może nawet śmierci dozorcy w czasie pościgu.

Z tego co rozumiem, to chłopak chce pracować w jakiegoś rodzaju dyplomacji. A dyplomacja na wschodzie to w dużym skrócie wywiad (imho) i życie dosyć emocjonujące momentami. Jakoś mi to zachowanie nie pasuje do przyszłego dyplomaty, kogoś kto ma zdobywać przewagę lub przynajmniej korzyści finansowe.

Początkowo myślałem, że to aluzja do “Zbrodni i kary”, ale jednak motywacja bohatera jest tu inna,

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Gekikara, rozumiem, słowa dozorcy wyglądają tak jak mówisz, nieco sztucznie w tych warunkach. Jest to odpowiedź na to, co wcześniej powiedział Jerzy, który zaserwował Wiaczesławowi podobny “wykład”. Dozorca odpłaca taką samą monetą. Słowa Jerzego to jednak w dużej mierze opis:

 

“Przytoczyłem kilka przykładów miejscowych legend na poparcie swoich słów”

Jeśli wyobrazić sobie ten dialog, kwestia Jerzego jest pewnie jeszcze wiekszą info-bombą, niż kwestia dozorcy. Tyle, że nie jest widoczna ;)

 

Krar, cześć! Nie myśl o nim jak o Jamesie Bondzie, szpiegu czy tajnym agencie ;) To student, młody człowiek daleko od domu. Jeszcze nie ukształtowany, może działać zupełnie nieprzewidywalnie pod wpływem nagłego impulsu, a potem żałować tego, co zrobił. Stanowisko attache to najniższy stopień w dyplomacji.

Pozdrowienia!

K.

 

 

www.popetersburgu.pl

Bardzo przyjemny tekst. Powolny (dla mnie lekko za wolny, ale to kwestia gustu), sięgasz po ciekawe motywy związane z Petersburgiem. Parę fragmentów mocnych (te “Oni…”) zwraca szczególną uwagę.

Technicznie czyta się ok, bez większych grud.

Tak więc przyjemny koncert fajerwerków, choć też przyznam, że dla mnie lekko za wolny.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cudne to, świetnie się czytało, może dlatego, że lubię takie nieśpieszne, gawędziarskie opowieści. A ta na dodatek jest świetnie napisana, bardzo klimatyczna, bardzo rosyjska. To chyba tylko na wschodzie dozorcy potrafią się tak wyrażać i są tak oczytani ;)

Udało Ci się dobrze połączyć opowieść ze wstawkami z dziennika i pamiętnika, nie zatrzymywały mnie nawet te urzędowe wstawki.

Sama opowieść o żyjącej rzeźbie chłopca świetna, doskonale nawiązująca do historii miasta.

Gdybym miała pomarudzić, to na końcu zabrakło mi jakiegoś powrotu do tej historii. Nie wiem, gdyby mnie coś takiego spotkało, po powrocie do Petersburga sprawdziłabym przynajmniej, co się stało z dozorcą. Tymczasm Twój bohater po prostu omija to miejsce.

Generalnie jednak wrażenia zdecydowanie na plus. Mam nadzieję, że napiszesz jeszcze coś w klimacie Petersburga :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nowa Fantastyka