- Opowiadanie: katia72 - W mroku do mnie przyszedłeś

W mroku do mnie przyszedłeś

Nie wiem, czy jeszcze w terminie i nie wiem, czy na temat :( Tak czy inaczej, jeśli tekst nie spełnia wymogów konkursu, oczywiście usunę konkursowy tag :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

W mroku do mnie przyszedłeś

Przyjemny szum silników, melodia szafirowego oceanu i bicie mojego serca. Powoli zapadałam w sen. Przedmioty znajdujące się w kabinie traciły kształty, zlewały się w wirującą, wielokolorową kulę. Zamknęłam powieki. Znowu byłam bawiącym się na łące, śniącym o podbijaniu nowych lądów dzieckiem. Znowu biegałam w ogrodzie marzeń, gdzie między złotymi jabłoniami sunęły wstęgi srebrnej mgły. Pluskałam się w falach błogiego wyłączenia, aż…

― Robbi! Wstawaj! Toniemy!

― Co się dzieje?! Gdzie ja jestem?!

Usiadłam na koi. Przetarłam oczy. To chyba był Mark, ale widziałam go jak przez mgłę.

― Obudź się! Musimy uciekać! Robbi! Proszę!

Otrząsnęłam się, wzięłam głęboki oddech, a gdy wreszcie dotarło do mnie, o czym krzyczy mąż, zerwałam się na równe nogi, wskoczyłam w kombinezon, włożyłam kask i popędziłam na korytarz. Przez drzwi prowadzące do kabiny sterowniczej wlewała się woda. Do mojego nosa docierał swąd spalenizny.

― Co… Jak to możliwe? ― wyszeptałam, chwytając Marka za rękaw.

― Coś nas zaatakowało. Chodź, Robbi.

Dotarliśmy na pokład. Sendi i Grado stali przy burcie, machając rękoma w naszym kierunku i wrzeszcząc:

― Szybciej!

Kapsuły ratunkowe czekały spuszczone na wodzie. Mark chwycił mnie w ramiona, by następnie wrzucić do szafirowego oceanu. Gdy już udało mi się wypłynąć na powierzchnię, zaczęłam przeraźliwie krzyczeć:

― Pomocy! Pomocy!

Na szczęście ułamek sekundy później mąż wylądował tuż obok i pociągnął mnie w stronę kapsuły ratowniczej. Wgramoliliśmy się do środka, zapięliśmy pasy i Mark odpalił silnik. Dopiero po paru minutach odezwałam się drżącym głosem:

― Co nas zaatakowało? Co teraz zrobimy? Co z naszym statkiem? Dlaczego go nie ratowaliśmy?

Mark zmarszczył czoło, zacisnął dłonie na drążku sterowniczym i odparł:

― Jakieś stwory. Wypaliły dziury w kadłubie, a gdy zaczęliśmy do nich strzelać, odpłynęły. Robbi, nie mieliśmy żadnych szans, żeby uratować statek.

Poczułam napływające do oczu łzy i nieprzyjemną suchość w gardle.

― Nie płacz. Dopłyniemy do wyspy. To, jak wiesz, niedaleko i nadamy sygnał do bazy. Poza tym kapitan zdążył już wezwać pomoc.

― A co jeśli dopadną nas te stwory? Albo rozbijemy się o skały?

― Nie wiem.

Mark zacisnął wargi i zmrużył lewą powiekę. Robił tak zawsze, gdy się denerwował. Włożyłam dłonie między kolana i zaczęłam bezgłośnie liczyć. Nie doszłam nawet do stu, kiedy rozległ się okropny huk. Nastała ciemność i cisza, którą przerwał dopiero mój krzyk:

― Mark! Gdzie jesteś?! Mark!

― Ja… ja…

― Mark! Mark! 

Nic, tylko znowu ta okropna cisza.

― Mark, powiedz coś… Proszę… Błagam…

Rozpięłam pas, włączyłam światełko w kasku i przeczołgałam się do męża. Szybka przez którą patrzyłam na jego twarz, zachlapana była karmazynem. Krew ciekła mu też po policzkach. Przyłożyłam palce do szyi. Nie wyczułam pulsu. Czujnik kontrolujący pracę serca i oddech mrugał na czerwono. Znieruchomiałam, odnosząc wrażenie, że eksploduje mi głowa i pękną naraz wszystkie organy wewnętrzne. Przerażenie, strach i potworny ból sparaliżował moje mięśnie, zatkał uszy i oślepił. Nie miałam pojęcia, jak długo tkwiłam w bezwładzie, myśląc, że ja też za chwilę umrę, by w końcu dopaść do panelu sterującego i gorączkowo próbować odpalić silnik.

Bezskutecznie. Machina nawet nie drgnęła. A poza tym z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że do kapsuły napływa woda. W odróżnieniu od statku bardzo powoli, ale systematycznie. Zdjęłam Markowi kask, po czym pocałowałam męża w policzek, uścisnęłam dłoń i łkając, zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu torby z ekwipunkiem podstawowym, bez której nie miałabym najmniejszych szans na przeżycie. Jeśli… jeśli oczywiście uda mi się dopłynąć do wyspy.

― Proszę, proszę… ― mamrotałam, aż w końcu w bladym świetle rzucanym przez moją czołową latarenkę, dostrzegłam szarą torbę. Przypięłam ją sobie do pleców, by następnie korzystając z manualnego otwierania kapsuły, wydostać się na zewnątrz. By wpaść w żarłoczne objęcia szafirowego, cholernie zimnego oceanu.

Mimo ocieplonego skafandra, płynąc, zgrzytałam zębami. Chłód i zwątpienie wdzierały się do wszystkich komórek mojego wyczerpanego ciała. Mięśnie słabły, a jedyne, czego pragnął umysł to zasnąć. Położyć się na zielonej łące, a potem zrywać jabłka w ogrodzie, w którym tańczy mgła.

 

* * *

 

Nie miałam pojęcia, jakim cudem udało mi się dotrzeć do brzegu. Jednakże, gdy już znalazłam się na „papierowej” plaży, padłam na ziemię jak długa i pozwoliłam Morfeuszowi zabrać się do krainy snów. Zmęczenie, zimno, a przede wszystkim utrata nadziei odebrały mi jakąkolwiek wolę walki. Zapadał zmrok, a ja wraz z nim pogrążałam się w ciemności. Moje życie bez Marka pozbawione zostało sensu. Nawet jeśli mnie uratują, nie dam rady sama podbijać nieznanego. Bez niego nigdy nie odważyłabym się opuścić Ziemi. Tylko… tylko czy to była dobra decyzja? Jeszcze na moment uchyliłam powieki. Spojrzałam na rozbijające się o brzeg szafirowe fale. Piękne, nieodgadnione, cudowne. Może jednak dla dotknięcia tej magii warto było umrzeć?

Ocknęłam się zlana potem. Z trudem oddychałam. Z krainy marzeń wyszarpał mnie za ramiona okropny gorąc. To szalone słońce Kalotti bestwiło się nade mną jaskrawymi, seledynowymi promieniami. Ściągnęłam kask, wypełzłam z kombinezonu. Bardzo chciało mi się pić. Włożyłam do ust wężyk połączony z umocowanym na klatce piersiowej baniakiem. Na szczęście ciągle było w nim odrobinę pitnej wody. Wypiłam i przytuliłam policzek do miękkich „papierowych” skrawków.

Rodzice mieli rację. Ojciec płakał, widząc mnie wsiadającą na pokład krążownika. Matka niczym mantrę powtarzała, że jeśli odpuszczę Ziemię, zginę jak dwójka moich braci. Powinnam ich posłuchać, nie ulegać marzeniom, a potem namowom Marka. Ułuda ludzkiej mocy. I co? Mąż dryfował teraz martwy po nieznanym oceanie, a ja zdychałam na bezludnej wyspie. Mrzonki głupców.

Westchnęłam ciężko i niepewnie rozejrzałam się wokół. Bezkresy szafirowej wody, seledynowe niebo i karmazynowy las. Cóż mnie czekało? Niechybna śmierć w samotności. Przycisnęłam kolana do brody. Przygryzłam dolną wargę. Wbiłam wzrok w ocean. Wypatrywałam jakiejś kapsuły z uciekinierami z naszego statku. Załoga składała się z szesnastu osób. Przecież musiał uratować się ktoś poza mną. To niemożliwe, że tylko ja jedna dotarłam na wyspę.

Znowu poczułam pragnienie, lecz baniak był pusty. Jeśli chciałam przetrwać do momentu dotarcia pomocy, musiałam wstać i poszukać rzeki, strumienia bądź nawet kałuży. Szafirowej wody nie dało się uzdatniać. Ostrożnie się podniosłam i ruszyłam w stronę lasu, w jednej ręce niosąc skafander, a w drugiej kask. Przepocona koszula niczym pajęcza sieć oblepiła mi plecy. Torba ciążyła, jakby wypełniona została kamieniami.

Poprzednia ekipa, która wyruszyła na Isli 72 ― taką roboczą nazwę daliśmy niezbadanej jeszcze przez nas wyspie ― bez problemu dotarła na ląd, zadokowała i rozbiła obóz. Przez kolejne parę dni odkrywcy przysyłali do nas raporty, zdjęcia mrocznych jaskiń, przepięknych wodospadów, dzikiej roślinności. Udało im się nawet sfotografować kilka gatunków tutejszych „zwierząt”. Wszystkie utrwalone stworzenia zostały opisane jako bojaźliwie i niepróbujące zbliżać się do badaczy.

Przełknęłam ślinę, oblizałam wysuszone wargi. Do moich uszu dotarł szum wody. Strumień ― pomyślałam, po czym zaczęłam przedzierać się przez pachnące czymś słodkim i mdłym krzaki. Na szczęście szybko pokonałam gęstwinę i znalazłam się nad kryształowym, połyskującym w słońcu potokiem. Usiadłam na nieprzyjemnej, kłującej „trawie” w kolorze wrzosu i sięgnęłam do torby. Niestety upał nie malał, lecz narastał. Wygrzebałam z torby nowiutkiego aquakida i podreptałam z nim do potoku. Napełniłam wodą, nacisnęłam zielony guzik. Urządzenie zapiszczało, zabulgotało, po czym na maleńkim ekranie pojawiła się ikonka uśmiechniętej szeroko buźki.

Napiłam się i wróciłam myślami do naszych poprzedników. Kontakt z nimi urwał się po tygodniu i trzech dniach. Przestali odpowiadać na jakiekolwiek sygnały z bazy. Po miesiącu, mimo że nikt tego na głos nie powiedział, myślę, że wszyscy uznaliśmy ich za martwych.

― Po miesiącu… ― wyszeptałam, by następnie przycisnąć dłoń do brzucha.

Co z tego, że kapitan wezwał pomoc? Nikt po mnie tutaj w najbliższym czasie nie przypłynie. Nasza drużyna ruszyła w ocean dopiero po czterdziestu pięciu dniach od momentu, kiedy straciliśmy łączność z zaginionymi. Zacisnęłam zęby tak mocno, że aż zaświszczało mi w uszach. Musiałam jak najszybciej odnaleźć statek poprzedniej ekipy i nadać komunikat do bazy.

 

* * *

 

Ponownie ruszyłam w kierunku oceanu. A potem szłam wzdłuż plaży, nieudolnie osłaniając głowę znalezionym w plecaku temppledem. Już po paru krokach zdjęłam buty. Moje stopy pokryte były brzydkimi, bolesnymi pęcherzami. „Papierowe” wióry nieprzyjemnie łaskotały mi skórę, ale i tak wolałam to od nieprzepuszczających powietrza „auqalandów”, które w dużej mierze nadawały się głównie do pływania.

Ku mojemu zaskoczeniu po niecałej godzinie dostrzegłam w oddali majaczący na tle seledynowego nieba statek. Bliźniaczo podobny do tego, który prawdopodobnie już leżał na dnie oceanu. Przyspieszyłam.

 

* * *

 

Statek z zewnątrz wyglądał, jakby był w każdej chwili gotowy do rejsu. Nigdy nie obsługiwałam w rzeczywistości panelu sterującego tak dużej jednostki pływającej, ale podczas wirtualnych kursów, całkiem nieźle sobie radziłam. Z bijącym sercem wdrapałam się po drabince na pokład górny, po czym ostrożnie zaczęłam zagłębiać się w tonące w półmroku wnętrze pokładu działowego.

A tam… Włosy stanęły mi dęba. Pomieszczenie sprawiało wrażenie, jakby zostało staranowane przez hordę dzikich zwierząt. Dyndające z sufitu kable, podłoga usłana odłamkami szkłoplastiku, wszystko pokryte śmierdzącym zgnilizną śluzem. Włożyłam auqalandy i powoli, zakrywając dłonią nos, poczłapałam do kabiny sterowniczej. Niestety, tam też panował potworny chaos. Dopadłam do urządzenia komunikującego, nacisnęłam guzik z napisem „Start” i wrzasnęłam:

― Pomocy! Słyszycie mnie?! Pomocy! Odbiór! Tu Robbi Crusoe! Odbiór! Nasz statek zatonął! Jestem sama na wsypie Isli 72… Pomocy… Odbiór… Odbiór… Proszę…

 

* * *

 

Wróciłam na plażę. Po policzkach ciekły mi łzy rozpaczy. Oczywiście nikt nie odebrał, bo przecież na tym przeklętym statku nic nie działało. Zapadał zmierzch. Szybko, nie tak jak na Ziemi. Na Kalotti, najdalej za godzinę nastanie zupełna ciemność i jeśli nie znajdę jakiegoś sensowniejszego schronienia, znowu będę musiała nocować na „papierze”. Nie mogłam zostać na statku. Jeszcze parę chwil w tym smrodzie i z pewnością bym zwymiotowała.

Dotarłam do strumienia. Napełniłam auqukida i skierowałam się w stronę skał. Z tego, co pamiętałam z przesłanych raportów, gdzieś tu powinny znajdować się jaskinie. Tak, kiedy tylko „papier” zastąpiony został szarymi, owalnymi kamykami, a skalne ściany całkowicie odcięły mnie od zachodzącego słońca, w słabym świetle latarki dostrzegłam wejście do groty.

Jednakże, zanim zdążyłam schować się w jamie, z nieba lunął gęsty, turkusowy deszcz. Tak czy inaczej, nie traciłam czasu na wygrzebywanie z torby temppleda i zaczęłam biec. Przemoknięta do suchej nitki wpadłam do jaskini. Rzuciłam na ziemię torbę, skafander i kask, po czym usiadłam na kamieniu. Żywiłam ogromną nadzieję, że poprzednia ekipa miała rację i między stalagmitami nie kryją się żądne ludzkiej krwi bestie. Chociaż… Zakryłam dłońmi twarz. Chociaż wciąż nie wiedzieliśmy, co się stało z badaczami. A nasz statek zniszczyły przecież jakieś morskie potwory. Przypomniałam sobie słowa ojca: „Tam daleko, w Kosmosie, nie czeka na ciebie, Robbi, nic więcej, lecz pewna śmierć”.

Podkuliłam nogi i wsparłam czoło o kolana. Tak cholernie się bałam.

 

* * *

 

Noc spędziłam otulona temppledem przekształconym w śpiwór i ustawionym na maksymalne grzanie. Na zewnątrz lało, jakkolwiek, gdy wyłączyłam latarenkę, kompletnie nic nie widziałam. Jedynie do moich uszu dobiegał miarowy odgłos uderzających o podłoże kropel. Uspokajający, kojący, przywodzący mi na myśl szum wiosennego deszczu. Deszczu, w którym tańczyliśmy z Markiem, niedługo przed tym, kiedy wsiedliśmy na pokład lecącego na Kalotti krążownika. Poczułam napływające do oczu łzy. Westchnęłam.

Spełniliśmy swoje marzenia. Jako jedni z pierwszych stanęliśmy na nieznanej planecie. I na początku wszystko szło jak z płatka. Warunki atmosferyczne zbliżone do ziemskich, przyjazna flora i fauna. Wyglądało, że znaleźliśmy we Wszechświecie kolejne super miejsce do zasiedlenia. Zabraliśmy się do zwiedzania położonych najbliżej bazy wysp. Isli 72 była pierwsza na liście. I… Nie, nie mogłam dłużej o tym myśleć. To za bardzo bolało. Gdzieś w środku, pod lewym żebrem.

Zwinęłam się w kłębek i zasnęłam.

 

 * * *

 

Kolejny dzień minął mi na montowaniu na plaży, niedaleko miejsca, gdzie wydostałam się z wody na ląd, czegoś w rodzaju mapy pokazującej, jak dotrzeć do jaskini, w której stacjonowałam. Potrzebne materiały przyciągnęłam ze śmierdzącego statku, na którym znalazłam też pięć sprawnych auquakidów i zapas jedzenia w proszku na mniej więcej trzy miesiące. Gdy już uporałam się z drogowskazem, wybrałam się na zwiedzanie puszczy, a konkretnie w poszukiwaniu materiału, który nadawałby się na posłanie. Idąc, rozglądałam się uważnie na boki w obawie, że zaraz zaatakuje mnie jakiś zwierz. Nic takiego jednak się nie stało. Słyszałam świergot, pohukiwania, nawet wycie, ale zawsze gdzieś z oddali. Jakby rzeczywiście rodowici mieszkańcy wyspy unikali niepotrzebnego wchodzenia mi w paradę.

Tuż za „moją” jaskinią natrafiłam pole czegoś w rodzaju olbrzymiej, złocistej kapusty. Liście tajemniczej rośliny były wyjątkowo grube i mięsiste. Idealne do zrobienia z nich posłania. Zakasałam rękawy, rozpięłam koszulę i zabrałam się do wyrywania liści. Nie było to proste. Długie korzenie i twarda, kamienista gleba nie ułatwiały mi pracy. Nieźle się natrudziłam, by wyrwać trzy sztuki, a potrzebowałam przynajmniej z dziesięciu. 

Usiadłam na trawie, napiłam się wody i skierowałam wzrok w stronę lasu. Zmrużyłam powieki i ujrzałam coś między drzewami. Coś dużego i kudłatego, podobnego trochę do krowy, a trochę do barana. Zamarłam. Stworzenie wydało z siebie nieprzyjemny pisk i uciekło. Przełknęłam ślinę i zaczęłam walczyć z kolejnym liściem, raz po raz spoglądając w kierunku lasu. Na szczęście do tej pory, gdy uporałam się z resztą liści, żadny inny zwierz nie pojawił się na skraju puszczy.

Po powrocie do jaskini pospiesznie zbudowałam legowisko, zjadłam zupę z proszku i otuliłam się temppledem. Odłożyłam poszukiwanie obozowiska poprzedniej ekipy na jutro. Sama myśl, o tym, co może tam na mnie czekać, powodowała ucisk w podbrzuszu i suchość w jamie ustnej.

 

 * * *

 

Niestety, kolejnego dnia złe przeczucia przerodziły się w prawdę. Wkrótce po wschodzie słońca, najpierw udałam się do miejsca, gdzie zadokowano statek, a potem ciągle mając w głowie mapę przesłaną nam przez zaginionych badaczy, skierowałam się na północ. Szłam zacienioną przez rozłożyste korony drzew ścieżce. Towarzyszyło mi zawodzenie jakiegoś ptactwa i dochodzący jakby spod ziemi syk. Na wszelki wypadek, obawiając się węży, mimo upału maszerowałam w aqualandach. Pokonałam strumień, a następnie przeprawiłam się przez usiane obrośniętymi czymś w rodzaju brunatnego mchu głazami pole i znalazłam się na oglądanym wielokrotnie na fotografiach obozowisku.

Na widok tego, co tam ujrzałam, zatkałam dłonią usta, próbując powstrzymać się od wymiotów. Nadaremnie, już po chwili zwróciłam śniadanie i zapewne wczorajszą kolację.

Zmaltretowane, rozczłonkowane i spalone słońcem ciała leżały przy wejściach do namiotów, zwisały z gałęzi, wystawały z ziemi niczym części połamanych lalek. Chciałam rozejrzeć się w obozowisku za jakimś ekwipunkiem. Naczyniami, latarkami, dodatkowym pledem… Tak czy inaczej, nie dałam rady. Nie dzisiaj. Przestraszona, trzęsąca się niczym osika, pobiegłam z powrotem do jaskini.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć, a gdy wreszcie zdołałam przedostać się do krainy po drugiej stronie powiek, do rana nękały mnie koszmarne wizje. Zakrwawiona twarz męża, tonący statek, krowo-baran taranujący olbrzymimi kopytami namioty badaczy, węże pełzające po moim nagim ciele, ogień, chaos i zagłada.

 

* * *

 

Przez następne parę dni budziłam się o świcie, szłam na brzeg oceanu i wypatrywałam, głównie statków, a coraz mniej kapsuł ratowniczych, powoli tracąc nadzieję, że ktoś z mojego zespołu ocalał. Czasem przychodziła mi do głowy myśl, że może jakiś inny członek załogi podobnie jak ja błąka się samotnie, gdzieś, może nawet nie tak bardzo daleko stąd… Ale nawet jeśli tak było, ja i tak nie mogłam za bardzo oddalać od jaskini i od drogowskazu.

Po dwóch, trzech godzinach smutnej kontemplacji horyzontu, na którym nie pojawiało się nic poza szarymi, obłymi kształtami, wyskakującymi co jakiś czas ponad powierzchnię wody, szłam w stronę strumienia. Napełniałam wszystkie sześć aquakidów i uciekałam przed słońcem do jaskini.

Tuż przed zmrokiem ponownie uzupełniłam zapas wody pitnej i w zależności od pogody albo siedziałam skulona między stalagmitami, wsłuchując się w turkusowy deszcz, albo spacerowałam wzdłuż strumienia.

Trzykrotnie natknęłam się na pozbawione sierści stworzonko niewiele większe od kota, o szpiczastych uszach i pyszczku, który wyglądał, jakby cały czas się uśmiechał. Nazwałam je smilik. Raz zdarzyło mi się, ale z bardzo daleka, zobaczyć też krowo-barana.

 

* * *

 

Dokładnie po dwóch tygodniach, od kiedy znalazłam się na wyspie, zdecydowałam się wrócić do obozowiska. Noce robiły się coraz zimniejsze, temppled nie zapewniał odpowiedniego ciepła. Posłanie z „kapuścianych” liści coraz bardziej dawało mi się we znaki. Odczuwałam bóle kręgosłupa i szyi.

Z bijącym jak oszalałe sercem dotarłam do miejsca krwawej jatki. Okręciłam twarz znalezioną na statku szmatą i ruszyłam do jednego z namiotów. Dopiero gdy przechodziłam bliżej ofiar, dostrzegłam, że zwłoki wyglądały, jakby zostały częściowo zjedzone. Ludożercy ― pomyślałam. Przez moment zawahałam się, czy znowu nie czmychnąć do jaskini, by ostatecznie zacząć plądrować obozowisko.

Strach przed byciem pożartą przez nieznane stwory został po części zastąpiony niezmierną radością na widok ekwipunku, który tam znalazłam. Naczynia do gotowania, dodatkowe aquakidy, termomaterace, śpiwory, i broń! Firespready, lightguny, throwtingles. A do tego elektroniczny dziennik z zapiskami któregoś z badaczy. Niestety, nie było tam sprawnego komunikatora.

Cały ten sprzęt ściągałam do jaskini przez następne pięć dni. Przez kolejne cztery urządzałam sobie swój nowy dom. Gdy skończyłam, przycupnęłam na materacu i wbiłam wzrok w pozawieszane na stalagmicie świecące na lekko fioletowo lampki.

― Mark, tato, zabierzcie mnie stąd… ― wyszeptałam, po czym wbiłam paznokcie w kolana. Minęły już ponad trzy tygodnie i żadnych wieści z bazy.

 

 * * *

 

Zaledwie dwa dni później w środku nocy obudziły mnie dochodzące z zewnątrz szmery. Podniosłam się raptownie i zacisnęłam dłoń na leżącym obok lightgunie. Odrobinę kręciło mi się w głowie. Szmery ustały, a ja zapaliłam lampki i zaczęłam uważnie rozglądać się po jaskini. Nic, tylko ja czułam się coraz dziwniej. Przedmioty falowały, migotały, traciły kontury, formowały się w bezkształtne plamy.

Nagle coś chwyciło mnie za szyję. Przeraźliwie wrzasnęłam i przewróciłam się na kamienne podłoże, uderzając głową w szklanoplastikowy gar. Lighgun wypadł mi z ręki i wystrzelił w stalagmit, na którym zamontowane były lampki. Skała rozpadła się na dziesiątki ostrych kawałków, z których kilka wbiło mi się w plecy, szyję i brzuch.

Sekundę później ujrzałam błyszczące w półmroku zielone ślepia. Próbowałam uciekać, ale napastnik przylgnął do mnie obślizgłym, wilgotnym ciałem i wysunął w moją stronę długi, rozwidlony na końcu jęzor. Straciłam przytomność.

 

* * *

 

Ocknęłam się, gdy już świtało. Oblepiona śmierdzącym śluzem, poturbowana, z podrapanym brzuchem i pokaleczonymi udami. Nie byłam w stanie wstać. Odnosiłam wrażenie, że zaraz rozerwie mi podbrzusze. Łzy kapały na moje nagie piersi. Co ten stwór ze mną zrobił? Z trudem uniosłam głowę i zawyłam niczym zranione zwierzę.

Dopiero wieczorem zdołałam podpełznąć do aquakida i napić się wody. Ciągle mnie mdliło i widziałam jak przez mgłę. Na czworakach dotarłam do materaca i niemalże natychmiast zasnęłam.

Na szczęście kolejnego dnia poczułam się już dużo lepiej. Zjadłam dwie miski zupy i wyszłam z jaskini, po czym poczłapałam na plażę. Popatrzyłam na szafirowe fale. Czy oni spisali nas na straty? Ojciec zawsze powtarzał, że w życiu musisz liczyć na samego siebie, że inni ci nie pomogą, że jesteśmy jedynie pionkami w wielkiej grze, gdzie nie chodzi o ludzi, lecz pieniądze.

Dotknęłam dłonią brzucha. Wciąż okropnie paliło mnie tam w środku, jakby potwór o zielonych oczach uszkodził mi wnętrzności. Podeszłam do drogowskazu i z całej siły go kopnęłam, by następnie zalać się łzami i drżącymi dłońmi próbować naprawiać wyrządzoną szkodę. Szaleństwo, samotność, zwątpienie, „papierowy” piasek. Ściągnęłam z siebie ubrania i zaczęłam turlać się w trocinach. Tak, ja z pewnością traciłam zmysły.

 

* * *

 

Mijały dni, tygodnie, miesiące… Ból w podbrzuszu ustąpił. Trochę się uspokoiłam. Zbudowałam nowy drogowskaz. Chodziłam na spacery, zabrałam się do sporządzania notek w znalezionym w obozie dzienniku. Próbowałam mieszać proszki i przygotować coraz smaczniejsze i bardziej pożywne dania. Starłam się też zaprzyjaźnić ze smilikami. I stopniowo stworzonka też wydawały się odrobinę oswajać. Nie uciekały na mój widok, ba, nawet jedno pozwoliło mi się zbliżyć do niego na wyciągniecie ręki. Jedyne, co poza tym, że na wyspę nie przybywał żaden statek, spędzało mi sen z powiek, był mój rosnący brzuch i brak miesiączki.

 

* * *

 

Dwa dni później o zmroku stałam z gołymi nogami w szafirowej wodzie. Trzymałam dłonie na brzuchu. Nie miałam żadnych wątpliwości, że jestem w ciąży. W ciąży z jakimś przerażającym stworem. Jedne, co w tej sytuacji mogłam zrobić, to zatopić się w falach, odejść z tego świata, pogrążyć w bezkresnej otchłani. Zrobiłam krok do przodu. Dreszcz zimna przeszedł moje ciało. Mimo to zanurzyłam się aż po szyję. Chłód wdarł się do każdej mojej komórki. Zamknęłam powieki i zobaczyłam Marka, ale nie martwego, lecz pełnego życia, z uśmiechem na ustach.

― Zaraz do ciebie dołączę ― powiedziałam.

Po czym ponownie posunęłam się odrobinę naprzód i wtedy nadeszła potężna, szafirowa fala, która najpierw zakryła mi głowę, a potem wrzuciła w objęcia oceanu. Poczułam powiew śmierci i… nagle za wszelką cenę zapragnęłam żyć. Walczyłam z wodą, szamotałam się niczym rażona prądem, aż w końcu zdołałam dotrzeć do brzegu.

 

* * *

 

Leżałam na „papierowych” wiórach, gapiąc się na granatowe mazgaje na brudno różowym niebie, nie chmury, tylko właśnie mazgaje. Nie, nie byłam w stanie popełnić samobójstwa. Nie mogłam też próbować pozbyć się noszonego dziecka. Musiałam je urodzić, bo… Nie potrafiłam tego racjonalnie wyjaśnić, bardziej to czułam, niż wiedziałam. I nie chodziło tu jedynie o instynkt macierzyński. W mojej nagłej potrzebie przetrwania i ocalenia siebie i dziecka kryło się coś więcej. Jakby w chwili, gdy zaatakowały mnie fale, coś przeniknęło mi do mózgu i do serca. Coś, czego źródło znajdowało się w środku mojego z dnia na dzień większego brzucha.

 

* * *

 

Wraz z chęcią życia pojawiła się we mnie też niebywała odwaga i wiara, że wszystko będzie dobrze. Nawet jeśli pomoc z bazy nigdy nie przybędzie, a ja na zawsze pozostanę na bezludnej wyspie. Jeszcze tego samego dnia, nie zważając na późną porę i obolałe ciało wymaszerowałam na poszukiwanie większej jaskini. Przemierzyłam „kapuściane” pole i zagłębiłam się w las.

Szłam, oświetlając latarką kamienistą ścieżkę, gdy nagle usłyszałam szelest liści, syk, a potem wświdrowujący się w uszy pisk. Stanęłam jak wryta, by następnie obrócić się wokół własnej osi, ale nic nie dostrzegłam. A gdy już miałam ponownie ruszyć do przodu, żałując, że nieopatrznie nie zabrałam ze sobą lightguna, z drzewa zeskoczyło mi coś na plecy. Krzyknęłam. Stwór pociągnął mnie za włosy, po czym przewrócił na ziemię. Miał błyszczące, zielone ślepia. Zaczęłam się bronić. Wierzgałam nogami i raz po raz uderzałam latarką w głowę istoty. Nadaremnie. Nie byłam w stanie uwolnić się z jej uścisku. Poza tym odnosiłam dziwne wrażenie utraty kontaktu z rzeczywistością. Jakbym bardzo powoli mdlała albo raczej traciła zdolność słuchu, wzroku i dotyku. Myślałam, że umieram.

Tak czy inaczej, niczym przez mgłę zobaczyłam, jak kolejny osobnik o świecących ślepiach i rozwartej paszczy, w której błyszczały szpiczaste zęby, zbliża się do mojego brzucha i dokładnie go obwąchuje. A potem ― to było niesamowite ― przytula do mnie swój ciepły, włochaty pysk, by następnie wraz z towarzyszem wskoczyć z powrotem na drzewo i zniknąć w gęstym listowiu.

 

* * *

 

Ciąża trwała osiemnaście miesięcy, trzy tygodnie i cztery dni. W ciągu tego, jakby nie było, całkiem długiego okresu, udało mi się przeprowadzić do „pięciopokojowej” jaskini, a każde z pomieszczeń urządzić w odrobinę innym stylu. Jedno odgrywało rolę kuchni, drugie sypialni, trzecie pokoju dla dziecka, czwarte salonu. Piąte, w którym znajdowało się skalne źródełko, przemieniłam w łazienkę.

Zaprzestałam też stosować aquakidy i jeść sproszkowane żarcie. Przerzuciłam się na wodę bezpośrednio z potoku, a jeśli chodzi o jedzenie…

To stwory o zielonych oczach nakłoniły mnie do spróbowania najpierw liści, które kiedyś używałam w formie posłania, a potem żółtych jagód i rosnących pod ziemią pędów. Wszystko zaczęło się, gdy pewnego rana znalazłam przy wejściu do groty ułożone w równych rzędach niczym dar dla bogów poszatkowane liście.

Kiedy nachyliłam się nad znaleziskiem, rozległ się znajomy mi już syk i ujrzałam stojącego obok rozłożystego drzewa stwora. Znajdował się niecałe pięćset metrów ode mnie, ale o dziwo w ogóle się go nie przestraszyłam.

Spoglądał w moją stronę błyszczącymi ślepiami, szczerzył szpiczaste zęby i machał kawałkiem liścia. Zrobiłam krok do przodu i krzyknęłam:

― Czego chcesz?! Kim jesteś?!

Stwór pokiwał głową, by następie zmarszczyć przypominający odrobinę świński ryj nos, otworzyć paszczę i schrupać trzymany w łapie liść. Nie rozumiałam, o co mu chodzi. Rozłożyłam ręce w geście zrezygnowania, a on jakoś tak sympatycznie wykrzywił pysk i pogłaskał się po brzuchu. Podniosłam jedną ze złocistych blaszek i spojrzałam pytająco na stwora, który przez ułamek sekundy wydał mi się podobny do człowieka. Do mężczyzny. Do Marka. Kilkakrotnie zamrugałam i Mark zmienił się w ojca, który najpierw się uśmiechnął, a następnie rozchylił usta i zaczął wskazywać je palcem, jakby sugerował, że ja też powinnam zjeść liść.

Niestety, szok spowodował, że jedyne, na co było mnie stać to gapić się na niego w bezruchu. „Ojciec” zacisnął wargi, po czym wrócił do swojej potworowatej postaci i czmychnął na drzewo.

Dopiero wieczorem, gdy już trochę ochłonęłam, wróciłam po podarowane mi liście i niewiele się zastanawiając, wbiłam zęby w zielony, soczysty miąższ. Smak pomarańczy z nutą ogórka i arbuza. Oblizałam wargi, usiadłam na ziemi i w parę minut pochłonęłam resztę darowizny. Podobnie sprawa wyglądała z jagodami i pędami. Przy czym pędy w smaku nie przypominały mi żadnego warzywa, czy owocu, lecz mięso, coś pośredniego między wołowiną a gęsiną.

Bądź co bądź, przez cały ten czas oczekiwania na poród, mój umysł zaprzątało przede wszystkim pytanie ― kim są te tajemnicze stwory, z których jeden był zapewne ojcem mojego dziecka. Czy to one rozszarpały badaczy? Czy ocaliły mnie jedynie dlatego, że byłam kobietą? Że z jakiegoś powodu chciały skrzyżować gatunki? Czym one były? Zwierzętami o magicznych mocach? A może odpowiednikami ludzi na Kalotti? 

W myślach ochrzciłam ich imieniem changeformów. Dlaczego? Bo zmieniały formy. Bądź co bądź, nie miałam pojęcia, jakim cudem jeden z nich przybrał postać człowieka. A w dodatku mojego męża i ojca. To, co przychodziło mi do głowy, to to, że stwór zniekształcił mój odbiór rzeczywistości? Że to, co widziałam, to halucynacja…

Tak czy inaczej, odnosiłam wrażenie, że changeformy zawsze są gdzieś blisko, że mnie obserwują, że zależy im, abym urodziła.

 

* * *

 

Poród rozpoczął się niespodziewanie, w samo południe, na plaży, gdzie zbierałam trociny w celu przygotowania poduszki dla maleństwa. Schyliłam się, zebrałam garść „papieru” i nagle poczułam silny ból w krzyżu. Kolana ugięły się pode mną, a spomiędzy nóg chlusnęła krew. Krzyknęłam i osunęłam się na trociny. Jeden skurcz, drugi, trzeci, wrzask, skurcz… Myślałam, że poród nigdy się nie skończy. Z chwili na chwilę opadałam z sił i parłam z coraz większym trudem. I kiedy już zaczynałam mieć pewność, że umrę i ja i moje dziecko, poczułam okropny, przeszywający na wskroś ból w podbrzuszu. Wygięłam ciało w spazmie cierpienia, zawyłam, zacisnęłam powieki i zemdlałam.

Do życia przywrócił mnie głośny pisk. Otworzyłam oczy, ostrożnie podniosłam się do pozycji siedzącej i zobaczyłam leżącego między moim udami maleńkiego stworka. Łzy szczęścia ściekły mi po policzkach. Był śliczny. Rozpięłam koszulę i ostrożnie wzięłam go na ręce, a on niemal natychmiast przywarł usteczkami do mojego sutka i zaczął ssać.

Radość, miłość, spokój, wiara w szczęśliwą przyszłość. Na moment zawiesiłam wzrok na szafirowych falach, a gdy znowu przeniosłam go na niemowlę… Ono, ono… Wyglądało jak ludzkie dziecko… Pogłaskam je po główce i wyszeptałam:

― Przede mną nie musisz nic udawać. Nie musisz mnie mamić. Jestem twoją matką i kocham cię takim, jakim jesteś.

Maluszek zamruczał i jakby mnie zrozumiał, po chwili wrócił do swojej prawdziwej postaci, a ja włożyłam palce w jego gęste, rude loki i powiedziałam:

― Nigdy cię nie opuszczę.

Mój chłopczyk, bo to był chłopczyk, urodził się w piątek. Dlatego dałam mu na imię ― Friday. Friday Crusoe.

 

* * *

 

Friday skończył pić i przytulił się do mojego brzucha. Przez chwilę próbował maleńkimi łapkami chwycić dyndające nad nimi brudne, posklejane niczym dredy włosy matki, po czym zasnął. Poszłam za jego przykładem i też odleciałam do krainy marzeń.

Obudziłam się zlana potem, wyczerpana, obolała i spragniona, ale przede wszystkim szczęśliwa. Jeszcze przez jakiś czas w milczeniu i w bezruchu wpatrywałam się w syna, podziwiając kształt jego noska, ust i uszu. A kiedy wreszcie wróciłam do jaskini, oniemiałam. Tuż przed wejściem znalazłam łupiny jakieś nieznanej mi rośliny wypełnione po brzegi liśćmi, jagodami, pędami, różowymi szyszkami i sama nie wiedziałam, czym jeszcze. Łupiny mieniły mi się w oczach, więc z trudem je liczyłam, ale było ich co najmniej dziesięć, a może i więcej.

Zabrałam jeden z podarunków do środka, usiadłam na łóżku i zaczęłam jeść. Różowe szyszki wręcz rozpływały mi się w ustach. Delikatny, niepodobny do niczego ziemskiego smak cieszył podniebienie, jednocześnie przywracając mi życiową energię.

Friday wciąż spał oparty główką o przedramię mojej lewej ręki. A kiedy tylko otworzył zielone ślepia, dorwał się do piersi. Patrzyłam na niego, na urodzonego przeze mnie stworka i… ja sama przestawałam czuć się człowiekiem. Niestety, wraz z tym uczuciem przyszedł do mnie lęk.

Oczami wyobraźni zobaczyłam, jak drużyna ratunkowa przybywa na plażę, jak idzie do groty, jak patrzy na mnie karmiącą Fridaya, jak wyrywa mi go z rąk, jak wkłada do klatki, jak zabiera do laboratorium, jak torturuje… I dokładnie w tej chwili przestałam chcieć być uratowaną. Jeszcze tego samego dnia zniszczyłam drogowskaz.

 

* * *

 

Czas mijał, bo przecież nie mógł się zatrzymać. Pomoc z bazy nie nadchodziła. Friday rósł, wydawał coraz więcej syczących dźwięków, coraz częściej się uśmiechał, próbował chodzić na dwóch kończynach. Changeformy zbliżały się coraz bardziej i bardziej do jaskini. A ja próbowałam wyjść im naprzeciwko.

Pewnego wyjątkowo chłodnego jak na Kalotti popołudnia zostawiłam syna opatulonego w ubranko uszyte z kawałków templeda samego przed jaskinią. Ukryłam się za stalagmitem i stamtąd uważnie go obserwowałam. Raczkował, unosząc wysoko główkę. Tak czy inaczej, nie musiałam długo czekać. Po niecałej godzinie na rosnące obok pieczary drzewo wskoczył zielonooki stwór. Na parę sekund przybrał postać Marka, po czym ostrożnie zszedł na ziemię i bardzo powoli podszedł do Fridaya.

Gdy był już bardzo blisko, ostatkiem silnej woli, powstrzymałam się, by nie wybiec z jaskini. Tak okropnie się bałam, że zrobi mu krzywdę. Ale nie, wbrew mym obawom monstrum przyjaźnie wyciągnęło łapę w kierunku mojego syna. Rozbawiony Friday odpowiedział mu tym samym, by następnie zachwiać się, stracić równowagę i klapnąć na włochatą pupę. Roześmiałam się cicho.

Stwór i syn dotknęli się dłońmi, zadygotali, na ułamek sekundy przemienili się w kosmatą kulę, a potem zniknęli. Wypadłam z pieczary, uklękłam i wrzasnęłam:

― Friday! Wracaj!

Grunt pod moimi nogami zadrżał i po chwili ujrzałam swoje dziecko leżące na wznak i zapamiętale ssące kciuka. Dopadłam do niego i zaczęłam całować. Nagle poczułam coś na plecach, obróciłam się i ujrzałam pysk stwora. Przez parę sekund gapiliśmy się na siebie, po czym changeform delikatnie przejechał łapą po moim policzku i uciekł.

 

* * *

 

Friday skończył trzy lata. Nauczył się chodzić jak człowiek, niestety, nie posiadł zdolności mowy. Komunikował się ze mną gestami rąk, pomrukiwaniami, mimiką. Gdy był niezadowolony, zaciskał wargi, marszczył brwi i wydawał z siebie okropny pisk. Pisk, który powodował, że dostawałam gęsiej skórki i zatykałam dłońmi uszy. Z kolei, gdy się bardzo cieszył, skakał i chichotał. Z radością obserwowałam, jak rośnie. A wraz z Fridayem rosło też moje przywiązanie do jaskini, do plaży i do całej Isli 72.

Zanim syn skończył pięć lat, w naszym domu zamieszkały dwa smiliki. Zwierzątka uwielbiały się z nami bawić. Zwłaszcza z Fridayem. Goniły się z nim po podwórku, czyli części przed jaskinią, którą ogrodziłam maleńkim płotem, łasiły mu się do nóg, turlały w jego stronę kamyki i błękitno-karmazynowe szyszki. A on klaskał łapkami i skakał.

Niedługo przed siódmymi urodzinami syna, wybudowałam niedaleko jaskini zagrodę i zaczęłam w niej hodować cztery krowo-barany. Karmiłam je, czesałam i przytulałam, a one odwdzięczały mi się pysznym, kremowym mlekiem.

Tak minął słodki czas dzieciństwa mojego syna.

 

* * *

 

Ku mojej rozpaczy, wkrótce po tym, jak Friday obchodził dziesiąte urodziny, a ja zbliżałam się do trzydziestki piątki, zaczęłam obserwować w nim wzrastającą z dnia na dzień chęć niezależności. Coraz częściej wymykał się sam do lasu. Wracał po paru godzinach, nie chciał ze mną rozmawiać, zabierał jedzenie do swojego pokoju, wpuszczał do środka smiliki, barykadował wejście materacem i siedział tam do samego rana.

Byłam niemalże pewna, że odwiedzał changerformy, że nawiązał kontakt z ojcem, że jaskinia go ogranicza, że nie potrzebuje już matczynej opieki. Leżałam na łóżku i kontemplowałam strukturę skalnego sufitu.

Nie wyobrażałam sobie życia bez Fridaya. I nie chodziło tu tylko o to, że obawiałam się samotności. Ja czułam się od niego totalnie uzależniona.

Gdy następnego razu po śniadaniu zakomunikował mi, że udaje się do lasu, przekazałam mu, że chcę iść z nim. Zapytał po co. Wskazałam ręką najpierw drzewa, a potem siebie, by następnie ze złością tupnąć prawą nogą. Wzruszył ramionami i gestem dłoni zaprosił mnie na przechadzkę.

Szliśmy gęsiego, w milczeniu, kamienną ścieżką. Przemierzyliśmy „kapuściane” pole i zagłębiliśmy w gęstwinę, gdzie lubiły skubać liście krowo-barany. Teraz też dwa duże osobniki łypały na nas zza seledynowych krzaków.

Kiedy ścieżka przeszła z kamienistej w „papierową”, a las mocno się przerzedził, Friday tak przyspieszył, że ledwo za nim nadążyłam. Odetchnęłam z ulgą, gdy wreszcie zatrzymaliśmy się na swego rodzaju polanie w kształcie trójkąta. Rozejrzałam się wokoło, po czym usiadłam na trawie, a syn poklepał mnie po ramieniu i głośno zasyczał.

Minęło parę sekund i na okalających polanę drzewach pojawiły się changeformy. Powoli się podniosłam, obróciłam wokół własnej osi i mocno przycisnęłam syna do piersi. Changeformy zeszły na ziemię, otoczyły nas okręgiem i zaczęły radośnie machać łapami. Friday chwycił mnie za rękę i podskoczył. Dołączyłam do niego i przez kolejne przynajmniej piętnaście minut stwory machały rękoma, a my skakaliśmy niczym piłeczki.

Był to swego rodzaju rytuał powitalny, po którym zostałam zabrana do „wioski” changeformów, zapoznana z ich przywódcą i udekorowana wieńcem z błękitno-karmazynowych szyszek, tych samych, którymi lubiły się bawić smiliki.

 

* * *

 

Od tamtego pamiętnego dnia, przez kolejne pięć miesięcy odwiedzałam wioskę niemalże codziennie, a po upływie roku przeprowadziłam się tam na stałe. Zamieszkałam w zbudowanym z drewnianych bali baraku wraz z innymi samicami, które jedynie z rzadka opuszczały wioskę. Spędzałam czas na przygotowaniu posiłków, spacerach z Fridayem i wieczornych, obrazkowych „pogaduszkach” z głównym dowodzącym, którego nazywałam w myślach Kingiem.

To właśnie z rysunków, które King kreślił patykiem w niezastygającej nawet w słonecznych promieniach glinie, dowiedziałam się brutalnej prawdy o ludziach, którzy mieli mnie uratować.

 

* * *

 

Parę lat po tym, gdy nasz statek wyruszył z bazy na zachód w celu dotarcia na Isli 72 ― dowódca nie był w stanie dokładnie określić czasu, bo changeformy nie posługiwali się ani kalendarzem, ani zegarkiem ― kolejna drużyna ruszyła na podbój kalotańskich wysp. Tym razem jednak udali się na wschód i w przeciwieństwie do nas odnieśli sukces. Rozbili obóz, zaczęli prowadzić badania i po niedługim czasie dowiedzieli się, że Isli 89 to tak naprawdę nie wyspa, lecz rozległy ląd.

Trzy lata później na Kalotti przybyli z Ziemi żołnierze. Pozabijali tamtejszych mieszkańców. Też changeformy, ale o wiele słabsze od tych, które zamieszkiwały Isli 72 i rozpoczęli powolny, trwający do dziś proces kolonizacji. Pozamykali w klatkach krowo-barany i zaczęli polować na smiliki.

Narysowanie całej tej historii zajęło przywódcy ponad dwa tygodnie. A gdy skończył, parę minut milczałam, po czym zapytałam, skąd o tym wszystkim wie?

Dowódca wyszczerzył zębiska w szerokim uśmiechu i zaprowadził mnie do malutkiej groty, w której ― nie mogłam w to uwierzyć ― znajdował się ładowany promieniami słonecznymi, zapewne wykradziony z obozowiska infoscreen.

Podeszłam do ekranu i nacisnęłam zielony guzik startu. Moim oczom ukazał się podzielony na siedem części obraz. Wiadomości z Ziemi, z Grudu ― pierwszej skolonizowanej przez ludzi planety, z Krad ― skąd przywoziliśmy cenne minerały i ropę naftową, z Fattorro ― przepięknej planety, gdzie bogacze spędzali wakacje, z Mazi ― czyli więzienia dla skazanych na dożywocie nieszczęśników, ze Stras, na której żyły stworzenia wielkości dinozaurów, z nieznanej mi, zapewne niedawno podbitej Karattu i z Kalotti. Zbliżyłam palec do okienka z Ziemią i zamarłam. Nie, nie chciałam tego oglądać. Przygryzłam górną wargę. Infoscreen odbierał sygnał z bazy i pewnie za jego pomocą dałoby się przesłać wiadomość do bazy. Tylko… Ja już nie należałam do ludzi. 

Westchnęłam ciężko i zrobiłam trzy kroki w tył. Dowódca za to głośno zamruczał, wskazał łapą wyjście, a sam usiadł przed infoscreenem, wybrał pazurem okienko z Kalotti i wlepił wzrok w ekran.

 

* * *

 

Minęło kolejne siedem lat. Friday był już dojrzałym changeformem. Moje geny nie wywarły zbytniego wpływu na jego wygląd ani zachowanie. Był w stanie się wyprostować i chodzić jak człowiek i miał dużo delikatniejszą twarz od swoich braci. Tak czy inaczej, wolał przemieszczać się na czworaka, a na policzki, by groźniej wyglądać, nakładał czarną maź.

Zbliżałam się do pięćdziesiątki. Powoli traciłam siły i coraz częściej bolał mnie kręgosłup. Zostałam wyłączona z obowiązku przygotowania posiłków i większość dnia przechadzałam się po lesie.

Changeformy żyły średnio dwukrotnie dłużej niż ludzie. Poza tym do samego końca zachowywały doskonałą sprawność fizyczną i umysłową. Nie to, co my… Z podziwem patrzyłam na skaczącego po drzewach syna, błagając los, by na Isli 72 nigdy nie przybyli ludzie.

 

* * *

 

Niestety, zaledwie pięć lat później dowódca wezwał mnie do siebie, po czym złowrogo syknął i narysował w glinie naszą wyspę i zbliżający się do niej okręt. Zatkałam dłonią usta, wytrzeszczyłam oczy, uklękłam, by w końcu wybuchnąć histerycznym płaczem. King wskazał pazurami moje oczy, a potem zdecydowanie pokręcił głową w prawo i w lewo. Przełknęłam ślinę i przez łzy wybełkotałam:

― Co my teraz zrobimy?

Dowódca wrócił do skorupy z gliną i dorysował dym nad statkiem. Przez następne trzy dni objaśniał mi, co ten dym miał znaczyć.

 

* * *

 

Dwa tygodnie później ujrzeliśmy na horyzoncie smukłą sylwetkę statku. Rozpoczęłam wraz z synem przeprowadzkę do starej jaskini. Zbudowałam na plaży drogowskaz. A potem już tylko czekałam. Przestraszona, skulona na zrobionej z trawy macie, trzymająca za rękę Fridaya.

Przybyli o zmroku, wyszłam im naprzeciwko, a syn pobiegł do pieczary założyć przygotowane wcześniej ubrania ― uszyte, nie raczej splecione przez mnie z długich, cienkich pędów ― sukmanę i płaszcz z kapturem.

― Kim jesteś? ― zapytał mężczyzna w metalowym hełmie i dokładnie opinającym ciało, srebrnym kombinezonie.

― Robbi Crusoe ― odparłam, spuszczając wzrok.

― Peter Gmabs, kapitan. Jak się tu znalazłaś?

― Wyruszyłam z bazy na wyspę dwadzieścia osiem lat temu. Mój statek został zaatakowany przez morskie stwory i zatonął. Jedynie mi udało się dopłynąć do brzegu. Kapitan wzywał pomoc, ale pomoc nigdy nie nadeszła.

Peter wykrzywił wargi w półuśmiechu, chrząknął i zapytał:

― Jakim cudem udało ci się przetrwać w tej dziczy dwadzieścia osiem lat?

Nie odpowiedziałam, lecz ruchem ręki zaprosiłam go do środka jaskini. Mój syn stał, częściowo ukryty za stalagmitem. 

― Kto to jest? ― Przybysz na widok Fridaya zrobił dwa kroki w tył.

― Mój syn. Zaszłam w ciążę wkrótce przed wyprawną na Isli 72. Kiedy wsiadłam na statek, jeszcze o tym nie wiedziałam. Mój mąż zginął w katastrofie… ― Na chwilę zawiesiłam głos, po czym wskazałam dłonią syna, by odrobinę ciszej kontynuować: ― Ma na imię Friday, bo urodził się w piątek. Niestety, nie mówi i cierpi na wrodzoną chorobę skóry…

Ponownie zamilkłam, po czym głośno załkałam.

― Przykro mi.

― Dla… dlatego chodzi zawsze… zawsze w pła… płaszczu… Nawet w upały ― wymamrotałam.

 

* * *

 

Załoga, która przybyła na wyspę składała się z zaledwie dziesięciu członków. Powiedzieli, że chcą zostać na wyspie trzy miesiące. Ich zadaniem było przede wszystkim pobrać próbki gleby, tutejszej „wody”, skał, narysować mapę, zbadać teren, a potem wrócić do bazy. Rozbili obóz niedaleko mojej jaskini. Zaoferowałam się im jako przewodniczka, a oni z chęcią na to przystali. Przemierzaliśmy wyspę wszerz i wzdłuż, dzięki moim staraniom umiejętnie omijając wioskę changeformów.

Niestety, musiałam patrzeć, jak przybysze więzią smilika i krowo-barana, jak analizują ich zachowania i porównują do stworzeń znanych im z Isli 89, jak je zabiją, jak badają mięso. Udało im się również schwytać parę latających stworzeń i mniejszych mieszkańców lasów, z którymi ja sama przez cały mój pobyt na wyspie nie miałam zbytniej styczności. Tuż przed wypłynięciem w ocean, zwierzęta umieszczono w klatkach i zapakowano na statek. 

Jeśli chodzi o mnie, również miałam zostać zabrana z synem do bazy. Czekały nas tam różnego rodzaju testy i trzymiesięczna kwarantanna, a potem gdy wszystko poszłoby po ich myśli, powrót na Ziemię.

Wyznaczonego przez Petera dnia stałam na plaży, w jednej ręce ściskając dłoń syna, a w drugiej zawiniątko z moim skarbami ― elektronicznym dziennikiem, wieńcem z szyszek, zdobioną kamykami skorupą, którą dostałam od jednej z samic i lightgunem. Pater poklepał mnie po plecach i powiedział:

― Dzięki za pomoc, Robbi, jesteś nieoceniona. A teraz chodź.

Ruszyliśmy na kładkę prowadzącą na pokład. Friday na wszelki wypadek zmienił formę na ludzką. Nie miałam pojęcia, jako kogo postrzegał go Peter i pozostali członkowie załogi, ale ja widziałam go jako przystojnego mężczyznę o piwnych oczach i hebanowych włosach.

Zeszliśmy do pokładu działowego, a Peter udał do kabiny sterowniczej. Cichutko wślizgnęłam się za nim do pomieszczenia, po czym przytknęłam do skroni kapitana lufę lightguna.

― Robbi, czego… czego chcesz? ― wybełkotał.

― Wyłącz wszystkie kamery na statku. Dobrze. Nic nie mów. Ustaw tryb automatyczny, ale nie startuj.

Najpierw usłyszałam melodyjkę, zapewne oznajmiającą mające za chwile nastąpić odbicie od brzegu, potem do moich uszu dobiegł szum silników, a parę sekund później rozległ się przeraźliwy jazgot, krzyki, piski, płacz i syk.

Peter zbladł, spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach, ale nic nie powiedział.

― Ruszaj― oznajmiłam nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Minęło parę minut i hałasy dochodzące z pokładu umilkły. Po chwili drzwi do kabiny stanęły otworem i ujrzałam w nich zachlapanego krwią Fridaya, a za nim innych changeformów. 

Ruszyliśmy do bazy, by pomścić naszych zabitych na Isli 89 braci.

 

Koniec

Komentarze

Katiu, ale mi się udało, tym razem skomentuję pierwszasmiley.

Bardzo interesujący twist znanego klasyka literatury przygodowej. Podoba mi się chyba najbardziej to dojrzewanie bohaterki jako matki i jej stawanie się częścią społeczności lokalnej. Tu mógłby być długi wywód od opozycji swój-obcy i jak w tym kosmicznym kontekście to ciekawie zagrało, ale będzie tylko, że historia nabrała świeższego, bardziej współczesnego wydźwięku.

Zauważyłam, że masz gdzieś posokę w odniesieniu do krwi ludzkiej, a z wątku o Fantastycznych Słowianach dowiedziałam się, że to jednak tylko u zwierząt, więc niosę dalej kaganek oświaty XD.

I oczywiście klikam i pozdrawiam!smiley

Oirdin – dziękuję bardzo za ekspresowe przeczytanie i oczywiście bardzo miło, że wyszło interesująco i że się podoba. Dzięki wielkie też za klika i i za zwrócenie uwagi odnośnie posoki (tak szczerze, nawet gdyby było poprawne, zgadzam się, że nie bardzo to do ludzi pasuje…).

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

Przeczytałam z przyjemnością. Wciągająca historia, jak zawsze u Ciebie. Pojawiły się elementy horroru, dla mnie ta kosmiczna wyspa wyglądała zupełnie inaczej niż w przygodach Robinsona, ale powielanie znanych schematów byłoby mniej ciekawe. Końcówka trzymająca w napięciu, zastanawiałam się, co zrobi matka, żeby uchronić syna, bo raczej nie przetrwałby kwarantanny. Ogólnie, satysfakcjnująca lektura. Zgłaszam do wątku bibliotecznego. :)

Ando – bardzo dziękuję. I cieszę się, że przeczytałaś z przyjemnością, bo nie będę ukrywać, że temat konkursu był dla mnie niemałym wyzwaniem. Wielkie dzięki za kliczka.

Pozdrawiam serdecznie i postaram się w najbliższym czasie nadrobić dwa Twoje konkursowe opowiadania :)

Fanem przygodówek nigdy nie byłam, nigdy nie przeczytałam Robinsona Crusoe i nawet filmu nie byłam w stanie dokończyć. Jednak sposób, w jaki piszesz, bardzo przypadł mi do gustu. Podobała mi się głównie płynność opisów, barwność świata oraz przemiana głównej bohaterki. Bardzo udana opowieść :)

Taaaa, kobieta ma przewagę, bo zawsze może sobie urodzić Piętaszka. ;-)

Sympatyczna historia, fajna zabawa z elementami oryginału.

Nie bardzo wierzę w zdolne do życia potomstwo nie to że dwóch różnych gatunków, ale osobników z dwóch różnych ewolucji… Tam tyle rzeczy trzeba zgrać, żeby organizm miał szansę na przetrwanie… Nawet żywienie się tubylczą florą wydaje się mocno naciągane.

To wszystko wpychałoby opowieść do kategorii baśni.

Babska logika rządzi!

Kasjopejatales – wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz. Miło mi, że się spodobało :) Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy.

 

Finkla – dziękuję bardzo za przeczytanie i kliczka, a że historia naciągana, no tak… Może rzeczywiście zmienię kategorię :)

Pozdrawiam serdeczne i miłej nocy :)

Bezgraniczny potencjał Twojej wyobraźni pozwolił Ci zmierzyć się z historią najsłynniejszego rozbitka. Rzeczywiście ta wyobraźnia pozwala przekraczać granice realizmu i całej tej historii nie da się traktować serio, ale nie sądzę, by spychało to tekst do kategorii baśni.

Opowiadanie wciąga, czyta się gładko, co nikogo ze znających pióro Katii nie zdziwi.

Bardzo spodobał mi się pomysł z przybieraniem różnej formy, taki kosmiczny kameleon Ci wyszedł :)

Kilka drobiazgów zauważonych w trakcie lektury:

jeśli odpuszczę Ziemie,

Chyba “opuszczę Ziemię”

Znowu poczułam się spragniona. Umieszczony na piersiach baniak był pusty.

Nie ma potrzeby przypominania czytelnikowi gdzie znajduje się baniak, może prościej:

“Znowu poczułam pragnienie, lecz baniak z wodą był pusty.”

I literówki”

strumyku

żadne inny zwierz

budziłam się o świecie,

Dziękuję za ciekawą lekturę (na to liczyłem, zabierając się za czytanie i nie zawiodłem się)

Klik i serdeczności!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole :) – jak zawsze bardzo dla mnie miły heart Dziękuję bardzo za przeczytanie i cieszę się, że tym razem, mimo jak wspominałam, nie łatwego dla mnie tematu, nie zawiodłam. A jeśli chodzi o baśń, to taka wyjątkowo mroczna mi wyszła ;)

Błędy poprawione :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego dobrego :)

Bardzo przyjemnie się czytało. Dużo się dzieje, akcja cały czas posuwa się do przodu. Miałaś kilka ciekawych pomysłów, niektóre z nich mnie zaskoczyły.

Fajnie wykorzystujesz motywy oryginału, a mimo to historia nie jest prostym retellingiem, zachowuje unikatowość.

Obawy w przedmowie były niepotrzebne – według mnie bardzo dobrze wykorzystałaś założenia konkursu, w szczególności zmiana Robinsona na Robbi jest naprawdę kluczowa dla samej historii. Ogólnie mam wrażenie, że bohaterka wyszła bardziej „odporna psychicznie” od kolegi z oryginału i przetrwanie okazało się dla niej łatwiejsze. Ale też wyspa wydaje się przyjaźniejsza. I ciekawsza :)

Co do wychodzenia poza realizm i “wiarygodność” historii – też zwróciłem na to uwagę, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało.

Pozostało kilka drobnych błędów w niektórych zdaniach, ale całość napisana ładnie i z wyczuciem.

 

Minęło już ponad trzy tygodnie i żadnych wieści z bazy.

Minęły.

 

Walczyłam z wodą, szamotałam się rażona prądem, aż w końcu zdołałam dotrzeć do brzeg.

Może lepiej dodać „jak rażona prądem”? Bo można to zinterpretować dosłownie.

 

Przemierzaliśmy wyspę wszerz i wzdłuż, dzięki moim staraniom umiejętnie omijając wioskę changeformsów.

Changeformów (bez „s”), wcześniej używałaś takiej formy.

Po lekturze kilku innych Twoich opowiadań, przychodząc tutaj, byłam przygotowana na fajny, rozrywkowy ale i głęboki tekst i nie rozczarowałam się! Fabuła była wciągająca, a umieszczenie akcji na obcej planecie dało opowiadaniu ciekawy klimat. Barwne opisy surrealistycznych kolorów wyspy tylko go pogłębiały, a pomysł na Piętaszka zaskakujący. No i nie zrezygnowałaś tu też z przedstawienia problemu kolonizacji, który był w sumie podstawą oryginału i przedstawiłaś go w świeżej i kosmicznej wersji. Różnica między mężczyzną Crusoe a kobietą jest tu wyraźnie zarysowana – najbardziej w tym zwróciłam uwagę na fakt, że mężczyzna próbował kolonizować, czuł się jak pan i kiedy poznał Piętaszka, kazał mu tak do siebie mówić, a kobieta nie miała w głowie kolonizacji, tylko zaadaptowała się do środowiska tubylców żyjąc z nimi w zgodzie.

Miałam jednak wrażenie, że bardzo śpieszyłaś się, publikując ten tekst – jest mnóstwo literówek i niewysprzątanych pozostałości po redakcji, a w niektórych miejscach pewne niezręczności stylistyczne bądź zbyt szybkie lub zbyt mało subtelne potraktowanie tematu, jakbyś pisała te zdania na szybko i zapomniała do nich wrócić i jeszcze nad nimi pomyśleć, np.

Usiadłam na trawie, napiłam się wody i skierowałam wzrok w stronę lasu. A tam… tam między drzewami coś stało. Coś dużego i kudłatego, podobnego trochę do krowy, a trochę do barana.

To zdanie jest dość łopatologiczne.

Minął kolejny dzień i kolejny, i kolejny. I kolejny tydzień, i kolejny…

Tu też.

Łzy kapały na moje nagie piersi. Co ten stwór ze mną zrobił? On mnie zahipnotyzował i zgwałcił. Brutalnie, okrutnie, bestialsko. Z trudem uniosłam głowę i zawyłam niczym zranione zwierzę.

W tym przydałaby się jakaś większa obrazowość niż zwyczajne powiedzenie o tym. Często w takich sytuacjach stosuje się niedopowiedzenia, ale jeśli chciałaś przedstawić sprawę wprost, też bym pomyślała, czy nie lepiej pokazać nieco więcej odczuć kobiety.

Jest jeszcze więcej podobnych niezręczności, ale ogólnie pomysł super i jest oczywiście też mnóstwo ładnych zdań, tylko tekst zdaje się niedopieszczony :)

Perrux – bardzo dziękuję za odwiedziny i za wyłapane błędy, wszystkie poprawiłam. Cieszę się, że przyjemnie się czytało i że wyszło w miarę intersująco. Rzeczywiście Robbi okazała się na swój sposób silniejsza od Robbinsona, ale też tubylcy byli w stosunku do niej dużo bardziej sympatyczni… Pozdrawiam serdecznie :)

 

Sonata – Tobie też bardzo dziękuję za przeczytanie i wskazanie zdań do poprawy, które rzeczywiście wyszły jakieś takie chropowate… I tak, cóż, niestety, ja chyba ze wszystkim trochę za bardzo się w życiu spieszę, a przede wszystkim chcę zrobić za dużo rzeczy na raz i potem jest jak jest, czyli nie do końca dobrze :(:(:(

Tak czy inaczej, postaram się jeszcze w tym tygodniu, przyjrzeć literówkom i innym niezręcznościom.

 

Fajnie, że treść się spodobała :):):) Pozdrawiam ciepło :)

Katiu, płynność pisania – piąteczka, przygodowość – piąteczka. Flow naturalny masz, tj. siadasz i piszesz. Wszystko spójne. Podmianka zrobiła prawdziwą różnicę. Przeczytałam migusiem i choć w tym przypadku nie jestem targetem, lecz obcowałam z Twoim słowem z wielką przyjemnością. :-)

 

Po drodze zauważyłam kilka literówek, więc wypisuję:

,śniącym o podobijaniu nowych lądów

,biegałam po ogrodzie marzeń

Dałabym „w”? ale decyduj, gdyż trochę zależy.

,Mięśnie słałby,

,Łupał w moją stronę błyszczącymi ślepiami,

,następnie uchylił usta

Rozchylił?

,Też changeformy, ale o wiele słabsze od tych, których mieszkali na Isli 72 i rozpoczęli powolny, trwający do dziś proces kolonizacji.

Którzy; mieszkający; coś nie gra.

 

srd xd

a

Ps. Czasami nie przejmuj się literówkami, bo zawsze wskakują! Najchętniej wyboldowałabym, albo napisałabym kapitalikami, ale nie wypada. A co mi tam, podkreślę, szaleństwo ma swoje dobre strony, wiec czemu nie skorzystać. xd

Ps2. Myślę o dwóch opkach do piórka, bo w końcu trzeba Loży jakąś pracę zadać na wakacje. :-) Wahanie mam jedno – nie chcę palić, bo statystycznie dużo moich zgłoszeń przepada w lochach niepamięci. Tylko Wilk, sumiennie sprawdza. :-)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Droga Asylum :) – dziękuję za miłe słowa i wyłapane literówki, wszystkie poprawiałam :)

 

Jeśli chodzi o zgłaszanie do piórka, do myślę, że mój tekst i tak nie ma szans go zdobyć… Już sporo osób go przeczytało i nikt nie nominował, a poza tym, opowiadanie ma swoje zalety, ale ma też wady, o których wspominała Finkla. Tak więc tym razem, dałabym szansę “konkurencji”.

 

Pozdrawiam ciepło heart

Bardzo mi się podobało. Świetny pomysł na zamianę, zgrabne korzystanie ze znanych motywów – w efekcie chyba wolę Robbi od Robinsona. :)

W Twojej prozie zawsze podobały mi się żywe uczucia i plastyczne opisy. Ogromny plus daję także za uniwersum – tekst nie jest długi, a mimo to pokazałaś tyle, by czytelnik mógł odkrywać nowy świat bez poczucia zagubienia. 

Naprawdę świetne opowiadanie.

Rossa – jak miło przeczytać takie miłe słowa smiley heart Bardzo dziękuję za wizytę i komentarz. Trzymaj się ciepło i… z chęcią przeczytałabym coś Twojego :)

Na początku małe wyjaśnienie.

Tak, będzie przedmowa do komentarza. Takie rzeczy tylko u CM-a. ;-)

Przy komentowaniu jednego z tekstów na Z(A)MIANĘ wpadłem na taki “genialny” pomysł, by napisać opinię w konwencji bajkowej. Później wpadłem na jeszcze “genialniejszy” pomysł, że wypada być konsekwentnym i inne komentarze do opowiadań z tego konkursu pisać w taki sam sposób.

Słowem, za moją głupotę zapłacimy teraz oboje i musisz się trochę pomęczyć, wygrzebując moje odczucia z tego, co Ci zaraz wrzucę (daruj brak płynności, ale nie jestem Krasickim ;-)). Obiecuję, że następnym razem wpadnę już z normalnym solidnym komentarzem. ;)

 

Wiódł miły zrzędliwego, dobrze im się działo.

Dnia pewnego nad opko Katiowe ich zwiało.

Ledwie wleźli, już zrzęda beczy jak ta koza:

Gdzieś mnie, proszę miłego, mignęła siękoza.

Uszli trochę, a zrzędzie marudzeń wciąż mało:

pogodzenie się z gwałtem zbyt łatwe się zdało*.

I tak ględził bez końca imć pan oświecony:

bieg zdarzeń, jak na mój gust, ciut nazbyt streszczony.

Wszak w opowiadaniu tym tyle się mieści,

że i upchnąć by można to w całej powieści.

Przerwał wywód ten miły i z marszu zapytał:

czyś ty, durny cymbale, ten sam opek czytał?

Nie żałował mu przy tym słów cierpkich i szczerych,

bo i grał mu na nerwach ów mędrzec z Abdery.

Pleciesz – mówi do zrzędy – że czas szukać drąga.

Spójrz no, łbie ciemnej masy, jak baśń mocno wciąga.

Jak ów tekst czytelnika bez łaski w mig chłonie,

ledwieś przysiadł, by czytać, już smutnyś, że koniec.

Znaków czterdzieści kafli przemija z łatwością,

bo i ma baśń to coś, co się zwie “poczytnością”.

Patrzaj dalej – powiada – na bujny rys świata,

gdzie inwencja bez granic kosmos z wyspą splata,

abyś mógł – trąbo wredna – wyruszyć w nieznane,

jak to tylko w najlepszych historiach jest dane.

Jest i krztyna emocji, rytm równy i żwawy,

zaś retelling Crusoe niezmiernie ciekawy,

bo choć masz szkielet tego, co w oryginale,

to i próżno zgadywać, co może być dalej.

Co do wad zaś – rzekł miły – należy objaśnić,

że wybaczyć je łatwo, rzecz tyczy wszak baśni.

By zaś wywód zakończyć myśl miły przytoczył:

miast marudzić na siłę, ciesz tekstem swe oczy.

 

*Tutaj nie chodzi nawet o samą reakcję na gwałt, bo na tym poziomie wszystko było OK. Chodziło mi bardziej o to, że później tego wątku już praktycznie nie ma, jakby to nie siedziało zbyt mocno w głowie bohaterki. Inna rzecz, że w takich warunkach być może na jakiekolwiek rozpamiętywanie nie było szans, bo przecież trzeba było organizować sobie od nowa życie, walcząc o przetrwanie, więc nazwałbym to czepem “formalnym” – żeby nie było, że tylko bezkrytycznie chwalę. ;-)

 

Na koniec już bez żadnych rymowanek. Komentowanie z poślizgiem, przy wszystkich swoich wadach, ma tę jedną zaletę, że oceniasz tekst na chłodno. Masz kilka dni na to, żeby dokładnie ocenić dane opowiadanie, spojrzeć na nie z dystansem. Rozważyć wszelkie wady i zalety. I zastanowić się, czy rzeczywiście nimi były.

Po co o tym piszę? Widzisz, ja nie jestem przekonany, czy to jest opowiadanie piórkowe. Natomiast nie mam wątpliwości, że nie jest ono gorsze od wielu opowiadań, które swoją szansę w wątkach z nominacjami dostawały. Jasne, ma pewne wady, które mogą zostać (i pewnie zostaną w razie nominacji) wypunktowane. Ale też, nie można o tym zapominać, ma też od cholery zalet. I składa się na naprawdę dobre, bardzo poczytne, wciągające opowiadanie.

Długo się zastanawiałem nad nominacją, ale jakiś czas temu przyjąłem, że jeśli mam jakieś wątpliwości, to wolę nominować, niż później żałować, że tego nie zrobiłem. W każdym razie ja, przed sobą, jestem w stanie sobie tę nominację wystarczająco uzasadnić i to mi wystarcza.

Piszę zaś o tym dlatego, że chciałbym wiedzieć, czy Ty tego głosu chcesz. Jeśli masz poczucie, że nie chcesz nominacji dla tego tekstu, ja to w pełni uszanuję (co oczywiście nie zmieni mojego zdania, że ona Ci się jednak należy).

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Aleś się CM-ie wysilił, no szacun wielki! Rymujesz, tokujesz, w brodę sobie plujesz, a przecież wystarczy jedno zdanie, drobna parafraza znanego wistu:

 Katia niestety ma talent…

:)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

CM – OOOOOO! Jestem pod ogromnym wrażeniem heartheartheart i też chyba powinnam coś zrymować, ale… ale, cóż do rymów w ogóle nie mam talentu ;)

A teraz do rzeczy – że za bardzo streszczone, no tak… Już zaczęłam pisać, stwierdziłam, że gdyby wszystko chciała porządnie opowiedzieć wyszłaby powieść, a nie opowiadanie, a tu konkurs i ograniczenia znaków… Jeśli chodzi o gwałt. Chyba niewystarczająco pokazałam to w tekście i może wypadałaby coś jeszcze zmienić, ale obcy poza zapłodnieniem bohaterki wszczepił do niej część siebie, sprawił że na pewnym poziomie połączyła się z changeformami. Poza tym, jak zdecydowała urodzić, próbowała sobie tę decyzję zracjonalizować. Hm, ale mieszam… Pomyślę jeszcze nad tym, by trochę tę kwestię rozjaśnić.

Czy chcę głosu na nominację? Nie mogę napisać, że nie chcę, bo to by było chyba trochę obłudne. Nominacje są zawsze bardzo miłe, nawet jeśli potem obrywa się po uszach od loży, a tutaj czuję, żebym oberwała ;)

Pozdrawiam ciepło i życzę miłego wieczoru :)

 

Tsole – katia niestety lubi pisać, niezależnie, czy jej to dobrze wychodzi, czy nie :):):) Tak czy inaczej katia dziękuje i życzy wszystkiego dobrego :)

 

Fajnie, znaczy w końcu sobie coś nominnę! :-)

Oczywiście po odczekaniu dwóch dni durnowatej karencji.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

smiley

Po dwóch, trzech godzinach smutnej kontemplacji horyzontu, na którym nie pojawiało się nic poza szarymi, obłymi kształtami, wyskakującymi co jakiś czas ponad powierzchnię wody, ruszałam and strumień.

nad

Tak czy inaczej, odnosiłam wrażenie, że changeformy zawsze są gdzieś blisko, że mnie obserwują, że zależy im, abym urodziła.

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Anet – fajnie, że się podobało i dzięki wielkie za wyłapane błędy :) Pozdrawiam serdecznie :)

Raczej nie jestem docelowym czytelnikiem tego typu opowiadań. Praktycznie brak akcji i dialogów, a za to relacja wydarzeń i sporo przemyśleń bohaterki (uroki narracji pierwszoosobowej), z którą nijak nie potrafiłem się zidentyfikować, żeby choć trochę poruszyło mnie to, co przeżywała. Niemniej opowiadanie ma w sobie to coś, dzięki czemu samo się czytało, nie chciałem przerywać (co mnie w sumie zaskoczyło). Coś co CM trafnie określił “poczytnością”. Aż chce się poznać świat, który wykreowałaś i dowiedzieć, co się działo dalej. Więc postanowiłem skomentować, i podkreślić, że doceniam bardzo dobry warsztat. Historia na której się wzorowałaś prosta do odgadnięcia, ale nie przeszkadzało to w odbiorze tekstu. Zgadzam się z przedmówcami, że chwilami logika zawodzi, ale skoro jest tag baśń, to się czepiał nie będę.

Trochę się pogubiło parę razy. Chociaż w tym pierwszym przypadku to sam nie wiem, jak jest prawidłowo.

padłam na ziemię jak długa i pozwoliłam się Morfeuszowi zabrać do krainy snów.

padłam na ziemię jak długa i pozwoliłam Morfeuszowi zabrać się do krainy snów.

Ocknęłam, gdy już świtało.

Ocknęłam się, gdy już świtało.

Na czworakach dotarłam się do materaca i niemalże natychmiast zasnęłam.

Na czworakach dotarłam do materaca i niemalże natychmiast zasnęłam.

I jeszcze dwie litrówki:

ledwo zanim nadążyłam

ledwo za nim nadążyłam

którymi ja sama przez cały mój pobyt na wyspie nie miałam zbyt ej styczności

którymi ja sama przez cały mój pobyt na wyspie nie miałam zbytniej styczności

 

Uwaga! Spoilery w komentarzach! Czytasz na własną odpowiedzialność

Herox – bardzo dziękuję za przeczytanie i wyłapanie błędów. Zaraz wszystkie poprawiam. A że bark dialogów, zwykle jest ich u mnie trochę więcej, tylko teraz tak jakoś wyszło, bo bohaterka nie miała z kim rozmawiać ;) Może następnym razem będzie lepiej :)

Pozdrawiam serdecznie.

Potrafisz tworzyć naprawdę odjechane światy :)

Co do historii, podzielam wątpliwości Finkli, poza tym wydaje mi się, że Twoja bohaterka jest nadmiernie odporna. Ona musiała poradzić sobie nie tylko z samotnością i codziennym życiem, ale też z gwałtem. Trochę za łatwo jej to moim zdaniem poszło.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka – dzięki wielkie za odwiedziny :) Odnośnie bohaterki to rzeczywiście wyszła jakaś super woman :):):) Będę mieć to na uwadze, pisząc kolejne teksty.

Pozdrawiam serdecznie :)

Katia, ciekawa zamiana:-) Robbi rzeczywiście bardzo dobrze poradziła sobie na tej wyspie, ale moim zdaniem to w głównej mierze zasługa… dziecka. Pomimo, że było ono owocem gwałtu i to dokonanego przez potwora, kobieta dzięki niemu zyskała siłę by przetrwać. Takie jest moje zdanie. Co więcej, ona zawsze myślała o nim tylko dobrze, kochała go. Świetnie pokazałaś jak człowiek potrafi dostosować się do panujących warunków, jeśli nie ma wyboru. Albo zaakceptuje nowy świat albo zginie. A Robbi nie tylko go zaakceptowała, ale i stała się jego częścią. Tak ja to odczytuję:-) Czytałam z przyjemnością:-) pozdrawiam

Dobry tekst. Nie lubię podmianek, ani alternatywnych historii dzieł klasyków. Zdaje mi się to wtórne i nie cieszy. Wolę, gdy autor piszę coś od początku do końca swego.

Tu jednak wymagał tego konkurs, więc pretensji do Ciebie mieć nie mogę.

 

Co mi się spodobało?

Ładny język i styl, jak to u Ciebie, barwny świat, osobliwe ukazanie macierzyństwa. To chyba jest najmocniejsza strona tego tekstu. Macierzyństwo, które okazuje się silniejsze od traumy gwałtu, inności dziecka, a wreszcie lojalności względem własnej rasy.

 

Co mi się nie spodobało?

Angielskie nazwy własne, mimo że pisałaś po polsku. Gryzł mnie ten Friday i changeformy.

Fragment pomiędzy lądowaniem na wyspie a nocą gwałtu przegadany, dłuży się i nudzi. Tę część rekomenduję do skrócenia.

 

Ogólnie tekst jest na tyle atrakcyjny, że zasługuje co najmniej na nominację, co też niniejszym czynię.

Moja ocena 5.15/6.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Katiu! 

Od czego tu zacząć przy tak długim i barwnym opowiadaniu… Dużo mi się w głowie kłębi, dużo wątków do poruszenia, to może zacznę od nurtującego mnie pytania: skąd u Ciebie umiłowanie do liczby 72? :D Ale to pewnie prywatna sprawa, więc odpowiadać nie musisz ;) 

 

Światotwórstwo: najlepsze! Ja bardzo lubię wgryzać się w wykreowane rzeczywistości, więc im więcej urealniających elementów, tym dla mnie lepiej. Bardzo podobała mi się opisana fauna i flora Kalotti, smiliki, krowo-barany, złocista kapusta… Nie wspominając już o barwnym i plastycznym opisie morza, deszczu itd. Super to wszystko wyszło, mój wewnętrzny botaniko-planetolog woła o więcej :D 

Tak samo cieszyło mnie wprowadzenie osprzętowania Robbi – aquakid, temppled itd. Przyrządy pojawiają się, gdy bohaterka ich potrzebuje, nie są wrzucone tylko po to, żeby pokazać jaki ma wykokszony sprzęt kosmiczny, nie są przegadane techniczne szczegóły funkcjonowania narzędzi, a równocześnie jasno tłumaczysz do czego służą – i to się ceni ;) Łatwo tutaj się potknąć o to, że autor “wie co miał na myśli”, a czytelnika zostawia bez zrozumienia, jak coś działa. 

Do tego dorzucasz wzmianki o innych planetach – co jeszcze bardziej uwiarygadnia Twój świat. Lubię bardzo takie pisarstwo :) Wystarczy parę zdań, a zanurzasz czytelnika w swojej historii , dajesz poczucie, że to co czytamy, to tylko mały wycinek, zaproszenie do czegoś większego, głębszego, że ta alternatywna rzeczywistość gdzieś tam sobie jest i jest gęsta, spójna i bogata – nawet jak już nas do niej więcej nie zabierzesz ;)

Mnie to bardzo uprzyjemnia czytanie. 

 

Język – wiadomo, że super :) Ładnych zdań jest dużo, dla przykładu podaję z początku, ale było ich więcej (chyba muszę zacząć wypisywać sobie w trakcie czytania, bo potem gubię ;))

 

Znowu biegałam w ogrodzie marzeń, gdzie między złotymi jabłoniami sunęły wstęgi srebrnej mgły. heart

 

Tempo – na początku szybko, jest akcja, jest napięcie, opis wypadku pociągnął mnie razem z Robbi pod wodę, działo się! To było fajne. Później zwalnia bardzo, chyba dla mnie momentami za bardzo. Opisy pierwszych dni na wyspie ciągną się trochę ale pomyślałam sobie, że… może to efekt zamierzony? Bohaterka jest zagubiona, mozolnie próbuje ogarnąć nową rzeczywistość, męczy się w poszukiwaniu wody, brodzi nieporadnie w “papierowym” piasku i może czytelnik ma się tak z nią guzdrać? 

 

Pisanie w pierwszej osobie z jednej strony zawsze trochę mnie odstrasza nadmiernym kronikarstwem, z drugiej daje szansę na głębsze spojrzenie w emocje bohatera/bohaterki i… i tu mi się pojawia jedyny problem z Twoim opowiadaniem. Mamy dużo jej przemyśleń, a mimo to nie czuję dramatów, które przeżywa. To, że Robbi jest tytanem opanowania w sytuacjach ekstremalnych trochę przeszkadzało mi w kibicowaniu bohaterce.

Począwszy od śmierci męża, poprzez totalną samotność i lęk przed niepoznanym, kończąc na gwałcie, wszystko wydaje się znosić aż nadto dobrze. Ok, można to wyjaśnić totalnym zafiksowaniem na przetrwanie, że zacisnęła zęby i nic jej nie złamie, albo – tak jak tłumaczysz dalej w komentarzu – stwór podczas gwałtu poza dzieckiem “zaszczepił w niej” cząstkę siebie – szkoda, że nie padło to w tekście, wtedy jej reakcje byłby wiarygodniejsze.

Widzę w komentarzu Sonaty, że początkowo opis sceny gwałtu był mocniejszy – “Łzy kapały na moje nagie piersi. Co ten stwór ze mną zrobił? On mnie zahipnotyzował i zgwałcił. Brutalnie, okrutnie, bestialsko. Z trudem uniosłam głowę i zawyłam niczym zranione zwierzę.” – nie wiem dlaczego to usunęłaś, wg. mnie taki ładunek emocjonalny był wyraźniejszy, ale rozumiem, że miałaś tu rozterki, bo jak widać, każdy odbiera to inaczej. Fakt, że bohaterka później przekonuje się do poczętego w ten sposób dziecka i je pokochuje jest ok, po prostu na świeżo ta trauma nie wybrzmiała.

Btw – ona w pewnym momencie rozmyśla dlaczego changer ją zgwałcił – czy chodziło o łączenie gatunków czy co – czy padła na to w końcu jakaś odpowiedź? Bo to w sumie dobre pytanie jest, na które odpowiedź mogłaby wiele wyjaśnić. 

Czytając zastanawiałam się czy tylko ja mam taki odbiór emocji bohaterki i bardzo nie chciałam wyjść na czepialską, ale z ulgą widzę w komentarzach (np. Irki czy CM’a – swoją drogą dla takich komentarzy CM’a warto publikować teksty :D), że to nie tylko moje wrażenie. A męczę o to tylko dlatego, że całościowo tekst jest taki dobry! :) Retelling zrobiony z pomysłem, świat przedstawiony mnie urzekł i w ogóle to trzymam kciuki w konkursie! 

 

W PS’ie komentarze z czapy, które nie mieszczą się nigdzie indziej, czyli:

– Krytyka brutalnego kolonializmu zawsze na propsie! 

– Szacun dla bohaterki, że po ponad roku w takich warunkach wiedziała jaki jest dzień tygodnia, gdy rodziła! :D 

Olciatka – bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz. Tak, dobrze odczytałaś moje intencje odnośnie bohaterki. Chciałam ją uczynić silną przez kontakt z obcymi. Chociaż wydaje mi się, że chyba trochę za słabo zaakcentowałam wpływ tubylców na Robbi…

Jeszcze raz wiele dzięki, pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia.

 

Chrościsko – dzięki za odwiedziny, za komentarz i oczywiście za głosik do nominacji :) Jeśli chodzi o podmiany bohaterów… Też nie jestem do końca fanką i nieźle się z tym tekstem namęczyłam :) , więc mimo iż nie uważam, że to jeśli szczególnie dobry tekst i ma swoje wady i to i tak jestem z niego w miarę zadowolona…

Postaram się trochę poskracać pierwszą część, bo rzeczywiście wypada ona przydługawo, szczególnie w porównaniu do reszty tekstu.

Jeśli chodzi o nazwy własne, też mi coś tutaj nie gra. Jakkolwiek “Piętaszek” chyba jeszcze bardziej mi nie pasuje… Hm, może jeszcze przyjdzie mi coś do głowy, jakkolwiek nad changeformami już dosyć długo się zastanawiałam :(

Jeszcze bardzo za wszystko dziękuję, serdecznie pozdrawiam i udanego weekendu :)

Koimeoda – bardzo, bardzo dziękuję za tak obszerny komentarz :):):)

 

Liczba 72 – jak miałam osiem lat przyśniła mi się liczba 72, po prostu sama liczba… i tak jakoś ze mną została :) Nie gram w lotka, ale wtedy po tym śnie obstawiłam właśnie 72 i coś tam wygrałam. Wiem, że nie za mądrze to wszystko brzmi, ale lubię “72” :):):)

 

Jeśli chodzi o światotwórstwo, bardzo mi miło, że się podobało. Lubię wymyślać nowe światy… gorzej już z historiami, które mają tam miejsce :) A w tym konkretnym przypadku, może nie tyle problem z historią, co – tak jak napisałaś – z jej tempem i z bohaterką… Robbi chyba trochę się upodobniła do tej z T72, która pozbawiona była emocji :) I wyszła znieczulona i zobojętniona… :(

Odnośnie dnia tygodnia założyłam, że Robbi ma ze sobą niezniszczalny sprzęt, który mierzy czas…

 

Tak czy inaczej, doskonale zdaję sobie sprawę, że opowiadanie ma wady, które tak naprawdę nie prosto jest naprawić.

 

Jeszcze raz bardzo dziękuję za poświęcony czas i cenne uwagi. Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego weekendu :)

Historia z 72 jest dobra! Wcale nie “niemądra”, masz taki własny znak, który dla Ciebie coś znaczy i to jest fajne. [Tym bardziej, że działa skoro wygrałaś coś tam :D]

Odnośnie dnia tygodnia założyłam, że Robbi ma ze sobą niezniszczalny sprzęt, który mierzy czas…

→ ma to sens! 

 

Dzięki również za odpowiedź, miłego weekendu i powodzenia! :)

Znak działa, bo chcę, by działał :):):). To taka autokreacja magicznej rzeczywistości wink

"Isli 72"

72 ;-) wiedziałem, ze ta liczba gdzieś tu będzie ;-) Ale tyle uśmiechu, teraz powazniej:

 

Kurde, Katia, jakkolwiek nie wszystkie Twoje teksty są “z mojej szuflady”, to jednak lubię czytać Twoje opowiadania. I część z nich przemawia do mnie bardzo dobrze. Niemal wszystkie są tez “drukowalne”. Ale w przypadku tego tekstu będę musiał trochę pokrytykować. I jak ostatnio zdarzało mi się pisać trochę komentarzy, w których wyciągałem co u danego autora jest na plus, tak akurat Ty piszesz zwykle na tak wysokim poziomie, więc nie można tu wrzucać taryfy ulgowej.

Bardzo chciałbym to podkreślić, bo wiem, że zwykle emocjonalnie reagujesz na krytykę. No więc podkreślam: ta krytyka wychodzi z tego, że wiem, że zdecydowana większość Twoich opowiadań jest dużo lepsza od tego konkretnego – co za tym idzie, jesteś w skali portalu “autorką z górnej półki”, natomiast to konkretne opowiadanie – nie.

Ale jednocześnie, żebym nie był źle zrozumiały, to opowiadanie ma też swoje plusy. Takim plusem jest sam pomysł, podejście do hasła konkursowego. To wyszło bardzo umiejętnie. Tylko realizacja wygląda trochę jakbyś nie przeczytała po sobie (merytorycznie, bo technicznie jest ok) i przez to całość w moim odbiorze padła i pociągnęła ocenę w dół.

 

"obawiając się węży"

Węży? W obcej faunie?

 

Żadnego zdziwienia, ze przy statku nie było ciał? Albo chociaż prób rozejrzenia się za nimi?

 

"kapsuł ratowniczych"

a nie ratunkowych?

 

Aquakidy – czemu w zdewastowanym statku, a nie obozowisku?

 

"Okręciłam twarz znalezioną na statku szmatą"

Nie przesiąknęła smrodem?

 

"Strach przed byciem pożartą przez nieznane stwory został po części zastąpiony niezmierną radością na widok ekwipunku”

Trochę dziwna wzmianka o radości w kontekście scenerii, na którą bohaterka reaguje zaskakująco spokojnie. Bynajmniej nie ze względu na cechy psychopatyczne, bo jednak z całości tekstu wynika, ze takowych raczej nie ma.

 

W ogóle zaskakujące jest, że nie było tu jakiegoś większego zastanawiania się, co było przyczyną splądrowania statku, widok ten nie wpłynął za bardzo na ostrożność (na przykład zabezpieczanie jaskini – zwłaszcza po późniejszym zobaczeniu obozowiska). Nie szukała w statku i wokół niego śladów, które mogłyby wyjaśnić co się stało. Nie szukała w statku ciał, co w kontekście splądrowania byłoby zasadne.

Ogólnie jeszcze w kilku miejscach pewne zachowania wchodzą zbyt łatwo, nawet uwzględniając upływ czasu. Nie krytykuję przy tym samej koncepcji zmiany podejścia, to jest w porządku i w niejednej historii się sprawdziło (czytając tekst, w którymś momencie bardzo mocno skojarzył mi się znakomity film “Mój własny wróg”, skądinąd nakręcony na podstawie opowiadania). W którymś numerze NF lub FWS też był całkiem niezły tekst na tym motywie. Potencjał pomysłu ogromny. Ale konkretnie tutaj nie wyszła ekspozycja tej zmiany postawy, po części również percepcja świata oczami bohaterki – i szczerze mówiąc, gdyby tekst był anonimowy, to nie skojarzyłbym z Tobą.

 

"Firday"

Friday (w dwóch miejscach tekstu)

 

"po którym zostałam zabrana do „wioski” changeformów, zapoznana z ich dowódcą"

Trochę słowo "dowódca" tu niezbyt pasuje, raczej "przywódca"?

 

Satelity nie wskazały, że domniemana wyspa to "rozległy ląd"?

 

Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że tak wprost pisze ten komentarz, ale jak wspomniałem – uważam Cię za autorkę z dużymi umiejętnościami.

 

Wilku, bardzo dziękuję za wnikliwy komentarz. Zaraz spróbuję poprawić wskazane błędy techniczne. A jeśli o chodzi o samą treść… Cóż, sama nie jestem jakoś szczególnie zadowolona z tego tekstu. Może problem w retellingu, może w ograniczeniach znakowych, może w tym, że ostatnio nie mam najlepszej fazy na pisanie… 

Tak czy inaczej, jeszcze raz bardzo dziękuję za przeczytanie i uwagi. Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy :)

Akurat to, co związane z retellingiem, czy z rearanżacją, jest tu bardzo dobre. Problem raczej w wiarygodności zachowań i percepcji samej bohaterki. Nie w końcowych, a raczej w początkowych i na etapie ewolucji.

Ale co ciekawe, a zapomniałem o tym wspomnieć w samym komentarzu – o ile jako opowiadanie mi zgrzyta, o tyle miałem w którymś wrażenie, że gdyby to był scenariusz pod grę przygodową typu point’n’click, to by się już sprawdziło – ale tez gry tego typu rządzą się trochę innymi prawami.

A co do formy, to tak całkiem szczerze, chyba wszyscy mamy ten problem od kilku miesięcy. Tak obserwując opowiadania publikowane w różnych miejscach, mam wrażenie, ze od lutego-marca, jest jakieś masowe zmęczenie materiału u nas wszystkich.

Zmęczenie materiału, tak, dokładnie tak to czuję… :)

 

A odnośnie samego tekstu o Robbi, trzeba by go tak naprawdę na nowo napisać, żeby uwiarygodnić bohaterkę, żeby trochę skrócić początek… Teraz, cóż, jest jak jest :(

Na grach nie za bardzo się znam, ale opowiadanie rzeczywiście bardziej pasuje mi na grę niż na “opowiadanie” ;)

 

Miłego dnia :):):)

Nowa Fantastyka