- Opowiadanie: Finkla - Wieczni

Wieczni

Eneasz, Krym 2014.

Niepamiętającym dokładnie mitologii greckiej przypominam, że Eneasz to, jak sama nazwa wskazuje, bohater “Eneidy”. Czyli ten facet, który uciekł ze zdobywanej właśnie Troi, długo błąkał się po okolicach, a w końcu założył miasto w Italii.

Na wszelki wypadek informuję: w zamierzeniu to nie jest zabawny tekst. Śmiejecie się na własną odpowiedzialność. ;-)

Na wniosek komentujących dodaję ostrzeżenie, że lepiej nie czytać na głodniaka.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Wieczni

Policyjny lizak. Zakląłem pod nosem – to już drugi raz w tym tygodniu! Zjechałem na bok, wyjąłem ze skrytki pięciodolarowy banknot, wysunąłem przez uchylone okno.

Wystarczyło, dzisiejsza gnida okazała się umiarkowanie chciwa. Cholerne mętne przepisy! Niektóre kwestie wyglądały inaczej w ukraińskim kodeksie drogowym, a inaczej w rosyjskim. Niejasny status Sewastopola zapewniał policjantom wiecznie bijące źródło dochodów.

A dla mnie i tak powinny panować prawa Chersonezu. Wtedy pluskwy zabijano, a nie karmiono dolarami. Włączyłem się do ruchu. Zależało mi na czasie – dzisiaj zaczynało się coroczne spotkanie z przyjaciółmi – ale ani myślałem przekraczać dozwolonej prędkości.

 

Ostanie sprawdzenie, czy wszystko gotowe. W pamięci odhaczałem pozycje z listy: dzieci – u teściów, Natasza – w łazience, kończy makijaż, zakąski – pierwsza partia na stole, druga w lodówce, co ma być na ciepło – w garnkach i piekarniku, wódka – na tarasie. Wolałbym wino i to rozcieńczane wodą, ale Ilia upierał się, że trunkami poniżej dwudziestu procent można co najwyżej leczyć kaca. Muzyka! Nastawiłem radio na stację nadającą stare hity z niewielką domieszką reklam. Jak na sygnał – zabrzmiał dzwonek do furtki.

– Natasza! Pośpiesz się, już są! – krzyknąłem i poszedłem wpuścić gości.

W ogródku powiało chłodem, chyba nawet było odrobinę poniżej zera. Przed bramą stał Alosza z ogromnym bukietem kwiatów, Ilia wyjmował skrzynkę wódki z bagażnika taksówki – zielonkawej, co najmniej dwudziestoletniej łady.

– Ilia, a ty znowu drewno do lasu przywiozłeś?

– Przyda się, zimno dzisiaj – odparł, przeciskając się bokiem przez furtkę. Z jego barami i w zimowym szynelu przodem mógłby się nie zmieścić. – Do trzydziestki grzeje żona, po trzydziestce wódka. Zdrastwuj, Enejaszka.

– A gdzie Dobrynia?

– Nikitycz niby stary i mądry, a głupi. Znowu udowodnił jakiemuś generałowi, że raczy gadać bzdury, więc cofnęli mu przepustkę – wyjaśnił Alosza. – Jutro dołączy. Gdzie się podziewa nasza urocza gospodyni?

– W domu czeka. Wchodźcie, wchodźcie.

 

Kiedy usiedliśmy przy stole, Natasza przydźwigała wazę barszczu, dołożyła dzbanuszek śmietany, po czym wycofała się do kuchni. Tak wcześniej ustaliliśmy – ona donosi kolejne potrawy, ale poza tym nie bierze udziału w spotkaniu. Mnie to pasowało – przypominało sympozjony z czasów młodości, a żona wolała samotność niż, jak to określała, lepkie jak pajęczyny spojrzenia Aloszy. Nawet zaproponowała, żebym zabrał gości do jakiejś restauracji, ale odmówiłem. Gdy spotykaliśmy się w Rosji – w Murmańsku, Rostowie czy Riazaniu – zawsze zapraszano mnie do domu, niejako dopuszczano do rodzinnego ogniska. Jakże mógłbym w zamian zaoferować usługi kupione u kelnera i kucharza? Co powiedziałby na to Zeus Ksenios, opiekun gościnności?

Po zupie przyniosłem z tarasu kilka butelek i przystąpiłem do nalewania. Gdzie tylko mogłem, trzymałem się odwiecznych zwyczajów. Dwa litry wódki wylądowały w kraterze, ledwie zakrywając dno. Symbolicznie zamieszałem. Kiedyś tym wszystkim zajęliby się wyznaczeni ludzie, ale co zrobić? Po raz nie wiedzieć który w myślach zacytowałem ubolewania Kratesa: „Gdy nie wolno niewolnika mieć pod groźbą kary, Sam ma sobie usługiwać człowiek, nawet stary?”. Dzbankiem poprzelewałem alkohol do rytonów. Oczywiście przy tych gościach wybrałem te czarnofigurowe, z podstawkami. Sobie obficie chlupnąłem soku pomarańczowego z miniaturowej hydrii. Nikt nie potrafiłby pić na równi z rosyjskimi bohaterami.

Jak zwykle, Alosza zaczął kpić ze zbyt dużych kielichów, ale Ilia mnie wsparł:

– Nie zrzędź, Loszka, taki już przywilej gospodarza, żeby wybrać naczynia. Zresztą, sto wiorst nie droga, sto rubli nie pieniądz, sto gram nie wódka.

Strząsnąłem kilka kropel dla Dionizosa. Ilia się skrzywił. Nigdy nie wiedziałem, czy bardziej boli go marnowanie alkoholu, czy składanie ofiar bogom innym niż jego.

W radiu Ałła skończyła „Biełyje rozy”, ustąpiła sceny „Lambadzie”. W rytm skocznej melodii wypiliśmy za spotkanie.

– Opowiadajcie, co tam się u was działo! – zarządziłem. – Dosłużyliście się wreszcie stopni generalskich?

– A po co one komu? – odpowiedział Alosza.

– Sztabsoficery, oto najlepsze miejsce dla takich, jak my – poparł go Ilia. – Pułkownik jeszcze dowodzi pułkiem, ale generał to już w ogóle prochu nie wącha, tylko całuje się z politykami…

– …co stanowi zajęcie tyleż niebezpieczniejsze, co mniej przyjemne – wszedł mu w słowo Alosza.

– A jak rosną wnuki? – dopytywałem się.

Wkrótce wypiliśmy za zdrowie wnuków oraz pierwszego prawnuczka Ilii i jego aktualnej żony, potem jeszcze za egzaminy studiujących wnucząt, za awanse w pracy ich rodziców…

Natasza dołożyła zimnych zakąsek, wzrokiem spytała, czy już podawać pielmieni – nie, za chwilę – znowu zniknęła.

Do wtóru „Nas nie dogoniat” ponarzekaliśmy na brak szacunku młodzieży dla najstarszego pokolenia, na świat pogarszający się z dnia na dzień i odbiegający od fundamentalnych wartości… To już nie wiek żelaza, tylko plastiku, jednorazówek i śmieci.

– Wszystko teraz nie takie… – westchnąłem. – Skąd wziąć „twarz, która tysiąc okrętów wyprawiła na morze”?

– O, taka twarz ciągle istnieje. – Alosza uśmiechnął się krzywo. – Jej właścicielem jest Franklin.

– Jaka Franklin? – Ilia zmarszczył krzaczaste brwi.

– Aretha? – zdziwiłem się. – No, niebrzydka, ale żeby aż wojny zaczynać…

– Oj, chyba dawno stu dolarów nie widzieliście!

Na stół wjechała micha gorących pierogów, tłumiąc śmiechy i hamując sprzeczki. Zaszczękały sztućce, zapachniało mięsem doprawionym czosnkiem.

W błogi nastrój uczty wdarł się Queen z pytaniem „Who wants to live forever?”.

– Tylko kompletny idiota! – odwarknąłem.

Alosza porwał pilota, wdusił czerwony guzik, przerywając Freddiemu w pół słowa. Ilia nalał do rytonów.

– Na pohybel Ahaswerusowi!

Czysta wódka paliła w przełyku, ale nie zważałem na to – niektóre toasty trzeba spełniać do dna.

Młody byłem, głupi, dałem się namówić staremu Żydowi na kupno sposobu Matuzalema na przechytrzenie Mojr. Powinienem wiedzieć, że bogowie srogo karzą każdego, kto ośmieli się z nimi zadrzeć. Nie słyszałem o Marsjaszu, Arachne, Niobe i setkach innych? Niektórych przecież nawet znałem!

Jak ja się cieszyłem, kiedy udało mi się wydostać z płonącej i plądrowanej Troi… I to z rodziną! Tylko po to, żeby po kilku godzinach zgubić Kreuzę, pierwszą z długiego szeregu żon, a potem kolejno kopać dla współuciekinierów mogiły. Teraz już nawet największy cmentarz nie pomieściłby grobów moich najbliższych. Na przyjaciół i całego miasta byłoby mało. A w każdej trumnie zostawała cząstka mojego człowieczeństwa.

– Nie wiecie, czy może komuś udało się znaleźć sposób i umrzeć naprawdę? – spytałem.

Przyjaciele pokręcili głowami.

– A co można jeszcze zrobić?! – wybuchnął Alosza. – Wszystkiego już próbowano, szukaliśmy śmierci na polu bitwy, medytowaliśmy w pustelniach, służyliśmy innym w pokorze, popełnialiśmy samobójstwa, próbowaliśmy wszystkich znanych narkotyków… Wszystko na próżno!

Biez połlitra nie razbieriosz – zdecydował Ilia, ponownie napełniając rytony.

– Nie wiem – zwróciłem się do Aloszy. – Może zrezygnować z błędów, nie popełniać w kółko tych samych grzechów?

– O czym ty mówisz, Enej? Przecież cerkiew kanonizowała Ilię Muromskiego! Jakże święty mógłby grzeszyć?

– Prawda, twoje zdrowie! – przepiłem do Ilii. – No, to może w inny sposób wyłamać się z archetypu bohatera mitycznego? Odrzucić hybris. Spycho… Psychologowie to wszystko opisali; najpierw jest etap trickstera, potem zająca, potem czerwo…

– Daj spokój, naczytałeś się Junga! – prychnął święty. – Życie to coś więcej niż teorie gryzipiórków.

– Prawda. W szydziestym dziewiątym uciekłem do Szwajcarii, tam wszędzie było pełno psychoanalityków z jego szkoły. Straszne czasy…

– Napij się, szybciej zapomnisz. – Ilia podsunął mi znowu pełny ryton.

Piliśmy dzisiaj w niesamowitym tempie, co chwila któryś z nas wychodził na taras po kolejne butelki.

– Jedno jest pocieszające – westchnął Alosza – już nie ma nowych wiecznych.

– Pomogły te plotki, które ktoś rozpuścił kilkaset lat temu o Ahaswerusie. To było genialne posunięcie, żeby przypisać mu znieważenie Chrystusa – zachwycał się Ilia. – Zastanawiam się, kto na to wpadł i nie mogę zgadnąć…

– Stawiam na tego swaniaczka Odysa, wiesznego wędrowca – podpowiedziałem. – Albo ten świat już nie poszebuje herosów ani bohaterów.

– Albo wynieśli się z Europy – wtrącił Alosza.

– Dawniej, gdy uciekałem z jakiegoś kraju – ciągnąłem – zakładałem nowe miasta. W zakolu rzeki, gdzie ptak uwił gniazdo, gdzie bogowie dali szszęśliwy znak… Teraz już ziemia zajęta, wszęzie tabliczki „własnośś prywatna”. Ledwo dom mogę pobudować. – Z żalu za piękną przeszłością posmutniałem, aż łzy stanęły mi w oczach.

– Ale dom postawiłeś piękny. – Ilia objął mnie, wcisnął ryton do ręki. – Niech stoi jeszcze długo i obdarza mieszkańców bezpieczeństwem!

– Jakie tam przez… bies… – Język nie chciał mnie słuchać. – Bez-pie-czeń-sfo. To ja zagrażam kaszdemu krajowi, w którym zamie… zamieszkam. Słyszysz? Ja, wieszny uciekinier! Zawsze to samo! Jak tylko się przysfyczaję, spłodzę syna, zaraz wojna! I ucieczka, i obce ziemie…

Fignia! – powiedział Alosza.

– Loszka Popowicz mądrze mówi, chociaż spił się i zaczyna kląć jak matros – poparł go Ilia. – A ty, Eneju Anchizowiczu, nie masz racji. To nie ty zaczynasz wojny, tylko kto inny. Parys, Hitler, Franklin… To nie twoja wina.

Natasza z pieczenią w rękach stanęła w drzwiach. Kochana kobieta! Zapomniałem, że wódkę trzeba zagryzać. Co ja bym zrobił bez żony. Ummm. Pyszności!

– Niech wam będzie, to nie moja wina. Ale i tak wam zass… zasdroszczę. Macie ojczyznę. Jedną, stałą, moszecie ją kochać. Jeden język. Swoje miejsce. A mnie Mojry rzucają to tu, to tam.

– Jeszcze większa fignia! – wybuchnął Alosza.

– A to szemu?!

– A temu – odpowiedział Ilia – że ty przynajmniej świat pozwiedzałeś. Zobaczyłeś, co, gdzie, jak urządzone. Junga poczytałeś, może nawet spotkałeś. A my ciągle na służbie Matuszki Rosiji. Tyle obcej ziemi obejrzymy, co w okopach.

– Tyle zagranicznych dzieł sztuki, ile oddział podpiździ – wtrącił Alosza.

– A jak się zestarzejesz, żona umrze, wnuki całkiem o tobie zapomną, to Griszka Rasputin ciągnie cię na Syberię, na kurację odmładzającą. I zaczynasz wszystko od początku; szukasz baby, do armii wstępujesz jako zwyczajny szwej, męczysz się z durnym kapralem…

– Przynajmniej masz wnuki, które mogą o tobie zapomnieć, a nie uganiasz się za spódniczkami i wiecznie słyszysz „ni chuja!”…

– Małżeństwo nie jest takie słodkie, jak wydaje się kawalerom. A te niepamiętające wnuki rozdrapują ci majątek, aż wióry lecą! – wykłócał się Ilia.

Coś mi się przypomniało.

– Mogło być gorzej. Słyszałem od Króla Artura, sze Roland nie mógł wyszymać w Legii Cudzoziemskiej i ześwirował. Teraz gra w orkiessze. Na wal… wal-tor-ni.

– Zgroza – szepnął Ilia. – Napijmy się.

 

Nie wiem, czy to za sprawą Schadenfreude, czy rozpaczliwej chęci pozostania przy zdrowych zmysłach, ale w końcu humory zaczęły nam się poprawiać. Przypominałem sobie o soku pomarańczowym, Ilia dowodził wyższości solonych ogórków na wszelkimi pozostałymi przekąskami i ubolewał, że już nie pieką takiego chleba, jak niegdyś. Podobno wystarczyło powąchać skórkę, żeby skutki pijaństwa ustąpiły. Alosza sypał żartami jak z rękawa.

Właśnie opowiadał o walce Dobryni ze Żmijem Gorynyczem. Przy czym w jego wersji monstrum znajdowało się między nogami Nikitycza. Ryczeliśmy ze śmiechu. Weszła Natasza, niosąc naczynie z pieczonym łososiem. Ilia momentalnie się uspokoił, trzepnął Loszkę w ucho.

Durak, jak śmiesz opowiadać takie historie przy damach?!

Speszony Alosza obejrzał się, złapał za głowę, wyrwał danie Nataszy i odstawił między puste talerze, po czym padł przed nią na kolana i zaczął błagać o wybaczenie:

– Daruj, Nataszka! Nie wiedziałem, że za mną stoisz! Pozwól ucałować te białe rączki na przeprosiny. Jakie śliczne rączki, a jakie pracowite… Tyle pyszności nam nagotowały.

Usta wędrowały coraz wyżej. Najpierw wyglądało to zabawnie, ale kiedy Alosza chciał całować po łokietkach, Natasza zaczęła się wyrywać i krzyczeć, że ma natychmiast przestać. Musiałem bronić honoru mojej kobiety! Zerwałem się od stołu, ale nogi jakby należały do kogoś innego. Po dwóch niepewnych krokach dotarłem do klęczącego bohatera i wyrżnąłem go w pysk. Wstał błyskawicznie i walnął mnie w brzuch, przewracając na podłogę. Nie bolało za bardzo. Mimo to pewnie by mnie zatłukł, gdyby Ilia nie złapał go od tyłu. Natasza uciekła i chyba zamknęła się w łazience.

– Opamiętaj się, Losza! Nielzja! Żona przyjaciela to świętość! Uspokój się. Już?

– Już – powiedział w końcu Popowicz.

Jego ciało straciło sztywność, jakby wyciekła z niego gotowość do walki. Ilia opuścił ręce, ale stał obok, nadal czujny.

Alosza jednym haustem dopił wódkę i wyszedł bez słowa.

– Źle się stało, że Dobrynia nie mógł dziś przyjechać. On by się w porę zorientował, powstrzymałby Loszkę… – narzekał Ilia, kręcąc głową.

Wesoły nastrój ulotnił się, rozmowa też się nie kleiła, więc pościeliliśmy Ilii na kanapie i poszliśmy spać, zostawiając na stole nietkniętego, stygnącego łososia w cieście.

 

Natasza obudziła mnie w środku nocy. Głowa pulsowała dziwnie rytmicznym bólem. Potrzebowałem dłuższej chwili, żeby zrozumieć, że to telefon komórkowy.

– Idź, obudź Ilię. – Żona niemal wypchnęła mnie z łóżka.

– Obudź? Jak on może spać w tym potwornym hałasie?

– Nie słyszysz, jak chrapie?

Rzeczywiście, spał. Chyba dlatego, że chrapaniem zagłuszał telefon. Musiałem szarpnąć przyjaciela kilka razy za rękę, zanim otworzył oczy. Uznałem misję za wypełnioną i poczłapałem do kuchni. Zegar przy kuchence pokazywał 4:52. Zielone cyfry raziły oczy. Wszystko mnie bolało – nie tylko skacowana głowa, ale i reszta ciała. Efekt bójki. Przynajmniej pożar w gardle mogłem ugasić.

Przy trzeciej szklance mineralnej w drzwiach stanął Ilia wiążący troczki świątecznej rubaszki z szerokim czerwonym haftem przy szyi. Oczy miał przekrwione, ale błyszczał w nich całkiem trzeźwy niepokój. Bohater uścisnął mnie, aż odezwały się posiniaczone żebra.

– Enejaszka, wybacz, stary druhu, ale znowu musisz uciekać. Loszka się obraził i rozpętał wojnę o Krym.

Koniec

Komentarze

Na początku muszę wspomnieć, że ładny czas temu napisałem do szuflady opowiadanie, w którym również… 

 

SPOILER AHEAD

 

…pojawia się wątek nieśmiertelności jako słodko – gorzkiego przekleństwa i wspominam wiedeńskich psychoanalityków, na czele z Jungiem. Opcje są dwie – albo to zbieg okoliczności, albo ta cała zbiorowa jaźń jednak istnieje :p

 

 

 

KONIEC SPOILERA

 

A opowiadanie bardzo mi się podobało. Utrzymane jest w krotochwilnym klimacie i nieraz uśmiechnąłem się pod nosem (te cudne, słowiańskie bon-moty!), no i ostatnie zdanie – może pojawić się pokusa, by potraktować je jako porozumiewawcze mrugnięcie, takie ostateczne obrócenie wszystkiego w żart. Ja akurat tak go nie odebrałem, wprost przeciwnie. Może dlatego, że przekleństwo, jakie przypada w udziale bohaterom, jest w istocie przerażające.

Pozdrawiam! 

Dziękuję, Adamie. :-)

Może, jak to mówią, great minds think alike? A co, znam nie tylko słowiańskie porzekadła. ;-)

Myślę, że jeśli czegoś jest za dużo, to musi w końcu obrzydnąć. Nawet lody śmietankowe.

Nie, ostatnie zdanie nie jest mrugnięciem.

Babska logika rządzi!

Dzień dobry! 

Zresztą, sto wiorst nie droga, sto rubli nie pieniądz, sto gram nie wódka.

I Twoje oświadczenie: 

Na wszelki wypadek informuję: w zamierzeniu to nie jest zabawny tekst. Śmiejecie się na własną odpowiedzialność. ;-)

→ To chyba muszę przygotować się na dziesięć lat łagrów ;D 

 

Ja to tam na mitologii się zbytnio nie znam, ale tekst udany, Finklo xD 

Ostatnio narzekałem pod czyimś opowiadaniem, że nie przepadam za tekstem, który składa się tylko z samych dialogów, ale tu mi krótko mówiąc przypasiło. Jak zwykle, napisane lekko, “fajnie” i zabawnie. 

Przyznam się również, że upatrywałem jakiegoś błędu, by móc Ci go dumnie wytknąć – ale nie znalazłem :( 

W takim razie spadam do biblioteki i uciekam przed potencjalnym linczem, za to że potraktowałem ten tekst w połowie za zabawny. 

 

 

Dzięki, Ninedin. :-)

Eneasz jak żywy!

Babska logika rządzi!

O, dzięki, NearDeath. :-)

No, takie Rosjanie mają powiedzonka, co ja poradzę.

Spoko, nie przewiduję łagrów za śmiech. ;-) Linczu też nie.

Miło mi, że tekst się spodobał. Coś tam wcisnęłam – oprócz dialogów są jeszcze infodumpy. ;-)

Błędy. Szukajcie, a znajdziecie. Zdarzają mi się powtórzenia albo jakieś zabłąkane literówki. Ale tym razem opko ze dwa dni leżakowało, więc ich prawdopodobieństwo spadło.

Babska logika rządzi!

Niestety opowiadanie mi się nie spodobało. Chyba zbyt wiele tu wyjaśnień dla mało rozgarniętego czytelnika. Dialogi niestety nie rekompensują szczątkowej fabuły, bo bohaterowie rozmawiają ciężko, bez emocji. Spór o kobietę, hm, jak dla mnie mało przekonujący. Czytelnik nic nie wie o Nataszy, nie wyobraża jej sobie, czy jest piękna, czy hipnotyzuje swoją urodą… Nie poświęcasz jej uwagi, więc ona jako przyczyna wojny – jakoś to się nie klei :(

Dziękuję, Chalbarczyk. :-)

Nie podobało się, to trudno.

Trudno mi się zgodzić, że rozmawiają bez emocji. Za to błyskawicznie uwierzę, że nie potrafiłam oddać ich uczuć.

Natasza. W moim zamyśle nie ma znaczenia, bo nie ona jest prawdziwą przyczyną wojny. Mogłaby być miss Ukrainy albo manekinem. Ale nie chcę wykładać swojej interpretacji w komentarzach. Sami się męczcie. :-)

Babska logika rządzi!

Co do uczuć w dialogach, może parę przykładów o co mi chodzi:

– Opowiadajcie, co tam się u was działo! – zarządziłem… itd.

Brzmi to tak, jakby pytał z grzeczności, absolutnie obojętny na jakąkolwiek odpowiedź. Jakoś tak przez skórę czuję, że nie o to tu chodziło, a jeśli miało tak zabrzmieć, to dalsza część nie pasuje.

– A jak rosną wnuki? – dopytywałem się.

Tak samo.

– Nie wiecie, czy może komuś udało się znaleźć sposób i umrzeć naprawdę? – spytałem.

To zdanie jest kluczowe w kontekście ich rozmowy o wieczności, a brzmi tak, jakby pytał, czy udało się komuś dostać bilety na mecz…

Wyobrażam to sobie tak, jeśli bohaterowie odczuwają silne emocje, to coś się dzieje z ich ciałami, albo zaczynają się jąkać, albo ciśnienie im się podnosi i zaczyna im pulsować w skroniach… Mocno mi tego w opowiadaniu zabrakło.

 

Nie różnicujesz osób dialogu po tonie i sposobie wypowiedzi, wszyscy brzmią identycznie, a ponieważ nie ma tu akcji, to przydałaby się większa dynamika właśnie w ich rozmowie.

Czyli powinno pomóc, gdybym pokazywała reakcje ciał? Ciekawa uwaga, może kiedyś nauczę się “w uczucia”.

Hmmm. Próbowałam różnicować, ale może zbyt delikatnie. Na przykład Alosza zachowuje się i wypowiada najbardziej błazeńsko z całej trójki itd. Ale nie twierdzę, że to mi wyszło.

Babska logika rządzi!

Oj, zaczęłam czytać na „głodnego” i teraz już koniecznie muszę coś zjeść ;)

Bardzo smakowicie udało ci się to spotkanie bóstw opisać. I mam na myśli nie tylko donoszone przez Nataszę potrawy, ale też kąski filozoficzne, mitologiczne i egzystencjonalne. Hm, ja sama boję się śmierci, ale nieśmiertelność chyba rzeczywiście wydaje się jeszcze bardziej przerażająca…

Oczywiście klikam bibliotekę :)

Dzięi, Katiu. :-)

O tej porze jeszcze nic nie jadłaś? ;-) Podobno to niezbyt zdrowe, ale jak trzeba zjeść podkurek, to trzeba.

Każdy się boi śmierci. No, są stosunkowo nieliczne wyjątki. I tak, prawdziwa nieśmiertelność musi być straszna. Nie dziwota, że bogowie dziczeją. ;-)

Babska logika rządzi!

Finkla, ja pracuje po nocach i mi się wszystko poprzestawiało ;) Teraz jem… hm, dla mnie to chyba kolacja ;) bo niedługo idę spać. A bogowie, cóż, łatwo nie mają ;)

Pozdrawiam ciepło :)

 

No to smacznego i dobranoc. :-)

Babska logika rządzi!

Dziękuję :)

Wtedy pluskwy się zabijało, a nie karmiło dolarami. Włączyłem się do ruchu. Spieszyło mi się – dzisiaj zaczynało się coroczne spotkanie z przyjaciółmi

Tu mi się lekko potknęło, ale to raczej jakieś moje natręctwo, więc w żadnym razie nie sugeruję zmian.

Ilia dowodził wyższości solonych ogórków na wszelkimi pozostałymi przekąskami i ubolewał, że nie już nie pieką takiego chleba, jak niegdyś.

A tu już dla odmiany sugeruję zmianę. ;-)

To już nie wiek żelaza, tylko plastiku, jednorazówek i śmieci.

Tu z kolei informuję, że bardzo mi się to zdanie podobało.

 

A sam tekst? Taki dosyć statyczny, więc nie każdemu podejdzie. Mnie akurat się podobał, takie rozmowy “do kielicha” mają swój urok. Oczywiście pod warunkiem, że idzie za tym jakaś ciekawa opowieść.

I że nie snuje jej sąsiad z góry o trzeciej nad ranem. ;-)

Podobała mi się w tym tekście taka bardzo naturalna, że tak to ujmę, adaptacja boga do historii. On ze swoją charakterystyką naprawdę dobrze pasuje do roli, którą mu tu przypisujesz. Nie czuje się żadnego “wpasowywania” na siłę, nawet nie potrzeba większego tłumaczenia, dlaczego to musiał być akurat on, a nie jakikolwiek inny z bogów. Podejrzewam, że w tym aspekcie mało będzie opowiadań, w których to połączenie wypada tak naturalnie.

Podobały mi się też wstawki refleksyjne, bardzo pasujące do konwencji. Jedną podkreśliłem już wyżej, ale przecież choćby to zdanie o cząstce człowieczeństwa zostającej w trumnie też jest niczego sobie.

Na początku kręciłem trochę nosem na zakończenie. Jakieś takie proste, może niezbyt kreatywne. Taka była pierwsza myśl. Później jednak uznałem, że chyba właśnie tak jest dobrze. Że taki trywialny zdawałoby się powód wybuchu wojny dobrze wpisuje się w tę charakterystykę bohatera jako tułacza. A być może nawet jest to nieco głębsze, bo gdyby się przyjrzeć uważniej, nieraz i powody wybuchu wojny potrafiły być pewnie zupełnie błahe.

Czepiać się za bardzo nie mam o co. Może tylko życzyłbym sobie jakiejś uwagi w przedmowie, by nie czytać przed śniadaniem/obiadem/kolacją. ;-)

To, że się nie czepiam, nie oznacza oczywiście, że jest to “z automatu” tekst wybitny. Bo nie jest, nawet jeśli nie widzę ani potrzeby, ani powodów do formułowania czepów. Tekst w tej konwencji raczej nie za zbyt wielu argumentów, żeby porwać. Za to może się podobać, a to już bardzo dużo.

Dobra, trochę nieskładnie to napisałem, ale trudno. Najwyżej będę dopowiadał.

W każdym razie fajne opowiadanie. :)

Tyle.

Pozdrowił i poszedł…

…wnioskować o klika. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki, CM. :-)

Jedno się zaraz wywalę, nie oczywiście też. OK, dołożę w przedmowie ostrzeżenie przed głodem. Przynajmniej opisy żarcia mi wyszły sugestywnie. ;-)

Tak technicznie, to Eneasz nie jest bogiem. Nie jestem nawet pewna, czy łapie się na herosa. Gdzie mu tam do Heraklesa czy Achillesa. On jest znany z tego, że skutecznie zwiał. ;-)

No, starałam się go dopasować do miejsca i czasu. I nawet zadbać, żeby dokładnie ta historia nie mogła się zdarzyć na przykład w 1939.

Zakończenie. No, wydaje mi się, że na Krymie w 2014 doszło do jednego ważnego wydarzenia i że właśnie to jurorki miały na myśli. Wymagania konkursowe, wiesz.

Zasadniczo jednak obstawiam, że ostatnio najczęściej do wojny prowadzi twarz Franklina.

OK, nie jest wybitny. A jak tym razem wypadło ze rozbawianiem czytelnika?

PS. Dzisiaj powinnam dotrzeć do Twojego tekstu.

Babska logika rządzi!

Przynajmniej opisy żarcia mi wyszły sugestywnie. ;-)

Aż za bardzo. ;-)

Tak technicznie, to Eneasz nie jest bogiem.

To już z grubsza wiemy jak mocny jest CM z mitologii. :D

No, wydaje mi się, że na Krymie w 2014 doszło do jednego ważnego wydarzenia i że właśnie to jurorki miały na myśli. Wymagania konkursowe, wiesz.

Wydarzenie jest OK, tylko jest przyczyna z początku wydała mi się jakaś taka… no wiesz…*

*tutaj wstawić odpowiednie słowo, którego CM nie może znaleźć.

OK, nie jest wybitny.

Tylko przy tej mojej skali pamiętaj, że miałem już okazję czytać Twój tekst piórkowy, więc za karę poprzeczka wisi dla Ciebie wyżej. Nie wyciągałbym z tego braku wybitności jakichś daleko idących wniosków. :)

A jak tym razem wypadło ze rozbawianiem czytelnika?

Ja tam humoru nie widziałem, ale jak znam Twoje szczęście to inni go gdzieś znajdą. :D

PS. Dzisiaj powinnam dotrzeć do Twojego tekstu.

Miło. Dziękować! :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Czyli nie wiadomo, jak z sercem, ale chociaż żołądek mam na swoim miejscu. ;-)

A, przypomniało mi się, że Eneasz na herosa się łapie, bo jego matką była Afrodyta.

Za przyczynę można uznać to, że panowie pochlali i nabroili po pijaku. A że to nie byli zwyczajni ludzie, to nie skończyło się na zwyczajnym mordobiciu.

Taaa, co poniektórzy już się śmiali.

Babska logika rządzi!

Jak już gdzieś w tym konkursie napisałam, wschodnie klimaty nie są moje, ale Ty świetnie potrafisz oddać słowem właśnie ten klimat. I to trzeba docenić, bo to sztuka. Uważam, jak CM, że bohater naturalnie wpasował się w opowieść. Nie sądziłam, że ich rozmowy mogą tak mnie wciągnąć. A i końcówka jak najbardziej pasuje. Klikam, chyba że ktoś mnie ubiegnie:)

Dzięki, Monique. :-)

Wybrałam Krym, bo kiedyś tam byłam. Zapewne to pomogło w tworzeniu nastroju.

Trochę się bałam, czy uda się przedstawić pijackie rozkminy jako coś ciekawego. Ale starałam się serwować podczas nich głównie fakty z wykreowanego świata, które można spotkać tylko tu.

Babska logika rządzi!

Tekst w stylu trzy razy tak, tak dla realizacji, tak dla klimatu i dla stylizacji językowej. Ech, ten włóczęga Eneasz, gdzie go tam jeszcze nie widzieli?smiley Chociaż chyba najbardziej urzeka kreacja miesjca akcji, bo jest bardzo bardzo a propos przynajmniej tego, co było przed wojną.

Dzięki, Oidrin. :-)

Cieszę się, że tekst uważasz za wielokrotnie na tak.

Gdzie Eneasza nie widzieli, skąd go jeszcze wojna nie wygoniła… <wzdycha>

No, Krym przed wojną to była kraina z ogromnym potencjałem. Historia taka, że można latami studiować.

Babska logika rządzi!

Zapomniałam dodać, że kilka razy się uśmiechnęłamsmiley.

No, trudno. Nic chyba na to nie poradzę. ;-)

Babska logika rządzi!

Taaa, co poniektórzy już się śmiali.

Wiesz, jak tak patrzę na te Twoje zmagania z humorem to już nie wiem czy się śmiać, czy Ci współczuć. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Śmiej się. Śmiech to zdrowie, wszystkim się przyda.

Moja sytuacja nie jest szkodliwa, stresująca ani wymagająca współczucia z innego powodu. No, chciałabym coś, ale nie wychodzi. Poziom irytacji nieco poniżej kamyka w bucie.

Babska logika rządzi!

No, uśmiechnęło mi się na końcu, ale tam lubię taki śmieszno-gorzki klimat. Rozmowa przy wódce świetna. To chyba taki słowiański zwyczaj, że przy popijawie ludzie zaczynają mądrze seplenić. W Niemczech tego nie zauważyłam ;) Dałabym klika, ale jak zwykle spóźniona jestem :)

Zgłodniałam, idę coś zjeść :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzięki, Irko. :-)

Pewnie zależy, kto pije i mówi. Enej ma już parę tysięcy lat, to troszku doświadczeń zebrał.

A co robią pijani Niemcy?

Kliki już rozdane, może przy następnej okazji się uda. ;-)

Smacznego.

Babska logika rządzi!

A co robią pijani Niemcy?

Bełkoczą, nawet jeśli gadają coś mądrego, to i tak bym pewnie nie zrozumiała ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Szanujący się Rosjanin nie zacznie bełkotać, póki jeszcze jakiś tam Grek czy inny Turek trzyma się na nogach. ;-)

Ale może jednak i Niemcy mądrze mówią. Wiesz, brak dowodu to jeszcze nie dowód braku.

Babska logika rządzi!

.Tekst przesłaniem/problemem/zakawyczką stoi. Akcja rozgrywa się w jednym miejscu, w zasadzie tylko przez dialogi, pięknie i zręcznie poprowadzona, pokazuje dylematy herosów i bogów. Dobra opowieść!

Jużeś w biblio, więc nie zdążyłam.  Z tymi bogami, dla mnie, jak zwykle erudycyjnie, lecz choć łapałam coś piąte przez dziesiąte i czasami sprawdzałam, nie zawsze było to potrzebne. Luk w wykształceniu widzę, że mam bez liku, a Wy się tak sprawnie poruszacie, że zazdraszczam. :DDD

Wiesz, jakoś dziwnie mi się skojarzyło z filmem „Zmierzch bogów”, a przecież nie wprost z treścią, sama nie rozumiem dlaczego, czyżby przez sam tytuł?

Humoru – zero, a nawet sporo na minusie. Postaci skrojone w sam raz na tę długość tekstu. Naturalnie zainteresowali mnie szwajcarscy jungiści, ale Towarzystwo powstało w latach pięćdziesiątych, ma tam headquarters i choć inni też tam swoje wpływy mieli (ci Szwajcarzy są bardzo specyficzni), to latami wykładał, więc ze wszech miar okejka.

Podobało mi się. 

Dobrze, umiejętnie wybierasz momenty pokazania bohatera, a jednocześnie ciekawiłaby mnie  kolejna ucieczka, poznawanie nowych żon i budowanie na zgliszczach.

#teamCM w kwestii naturalności wplecenia losów herosa z drugą strona jabłka.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki, Asylum. :-)

W jakich okolicznościach najlepiej pokazać zawiłości słowiańskiej duszy, jeśli nie nad kieliszkiem gorzały? ;-)

Ano, Biblio wpadło jakoś niedługo po południu. Szybko poszło, prawie każdy zaglądający klikał.

Właściwie to nie są bogowie – Eneasz jest herosem (półbogiem, po mamusi), a rosyjscy bohaterowie to legendarne postacie. No, Ilia Muromiec naprawdę jest kanonizowany.

Wiesz, nie gryzłam spiżowego jabłka całkiem losowo – wybierałam te kawałki, w których się jako tako orientuję. A potem jeszcze odrobinę doczytałam.

“Zmierzchu bogów” nie znam. O czym to?

Jeśli dobrze pamiętam, Jung urodził się w Szwajcarii i mieszkał tam przed śmiercią. Ale i z Freudem współpracował, więc musiał się przewinąć przez Wiedeń. Nie znalazłam konkretnych dat przeprowadzek.

Inne ucieczki? Przez trzy millenia trochę się tego nazbierało… W którymś momencie zaprzyjaźnił się z Królem Arturem. Rolanda też spotkał…

Babska logika rządzi!

„Zmierzchu bogów” nie znam. O czym to? 

Viscontiego, jednego z moich ukochanych reżyserów. O nazizmie, więc, nie do końca i początku o tym. Pewnie tytuł zaważył. :-)  Filmów jak Ty, za wiele nie oglądam, chyba że mnie za łeb wyciągną, ale niektóre robią wrażenie i zostają.

 Jeśli dobrze pamiętam, Jung urodził się w Szwajcarii i mieszkał tam przed śmiercią

Tak, wszystko się zgadza, tak było. :DDD i miał swoje grono zwolenników. Jung jest w ogóle ok i jego niektóre intuicje, podobnie jak Freud. Część należy odstawić do lamusa, ale niektóre żyją. Od razu dodam, że nie jestem zwolennikiem  determinizmu dziecięcej alkowy, to tak nie działa, przynajmniej tak myślę.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Mnie się nie da tak po prostu zaciągnąć za łeb na film. Potrzeba wołów. A skąd wziąć dzisiaj woły i to w dużym mieście?

Nie wiem – Freuda nie lubię. Junga znam o wiele słabiej, może dlatego nic do niego nie mam. ;-)

Babska logika rządzi!

Mnie tymi wołami ciągną, tak mają, a ja w końcu skapnęłam się, że warto. :-) Przypadek, los.

Typowe prace Freuda są ciężkie i hermetyczne, Jung – podobnie. Musiałoby by być coś współczesnego, podumam, a kiedy znajdę, podeślę link, najpewniej będzie związany z kulturą, pojmowaną szeroko.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Mam “Człowieka i jego symbole”. To jest pisane z myślą o zwykłych ludziach, więc można spokojnie czytać. Ale tylko jedną część napisał Jung, resztę jego uczniowie.

Babska logika rządzi!

Fajny tekst, czytało się przyjemnie. Rozmowa jest żywa, a treść naturalnie wpleciona w dialogi. Ale muszę przyznać, że trochę przygniotłaś mnie liczbą postaci. To pewnie dlatego, że nie interesuję się mitologią i spora część treści mi przez to uciekła. Ale cóż… to przecież nie Twoja wina ;)

Najbardziej podobał mi się chyba klimat spotkania przy stole – wszystko przedstawione tak, hmm… po rusku. Nie ma wątpliwości, gdzie dzieje się akcja. Ogólnie opowiadanie skojarzyło mi się z Twoim tekstem na konkurs Jestem Legendą – podobne klimaty i widzę delikatną analogię w podejściu do tworzenia bohaterów.

Dziękuję, Perruksie. :-)

No, bez przesady, ich tam jest raptem trzech. Przy dwóch byłoby monotonnie – albo się kłócą, albo się zgadzają. Ciesz się, że Dobrynia podpadł naczalstwu i nie mógł przyjechać. ;-)

Fajnie, że wyszedł rosyjski klimat. Wódka w ilościach hurtowych i wystarczy. ;-)

Faktycznie, są pewne podobieństwa – w jednym i drugim tekście jest dwóch agresywnych, umiejących się bić i nie całkiem zwyczajnych Rosjan. Ale są i różnice – Ilia jest świętym, nie gangsterem, Alosza ciągle ugania się za spódniczkami…

Babska logika rządzi!

To może doprecyzuję, że bardziej chodziło mi o te wszystkie smaczki, typu Dobrynia, Żmij Gorynycz, Marsjasz, Arachne, Niobe, Mojry, Kreuza. Kogoś, kto nie lubi mitologii, nie jest w stanie takich smaczków w pełni docenić. Nawet jeśli znam część z tych postaci.

Co do liczby bohaterów przy stole – tutaj jest wszystko jak najbardziej OK.

 

PS. Tak, wiem że to konkurs mitologiczny ;) Ale mimo wszystko lubię popatrzeć na opowiadania bez perspektywy konkursu, za to z perspektywą własnego gustu ;)

Ilia Muromiec, Alosza Popowicz i Dobrynia Nikitycz to trzech legendarnych rosyjskich bohaterów. Ostatni wsławił się zabiciem smoka/żmija Gorynycza.

Marsjasz – rywalizował z Apollem w grze na instrumentach. Został obdarty ze skóry.

Arachne – z Ateną w tkaniu. Zamieniona w pająka.

Niobe – urodziła kilkanaścioro dzieci i śmiała się z matki Apolla i Artemidy, że ma tylko dwoje. Więc wystrzelali dzieci Niobe z łuków.

Mojry – greckie boginie losu (to te od nici).

Kreuza – greckie imię kobiece. Tak nazywała się między innymi żona Eneasza. Zawieruszyła się podczas ucieczki z Troi i nie przeżyła.

Babska logika rządzi!

Udane opowiadanie, które dobrze się czytało. Dobrze oddałaś wschodnie klimaty. W scenie biesiady smakowite odwołania do potraw, nieco historii (nie wiem, czy wszystko wyłapałam) i sporo trunków. ;) Mimo atmosfery udanego spotkania, wydaje się, że dla bóstw nieśmiertelność to nie tylko wyjątkowy dar, ale również kłopoty.

Dzięki, Ando. :-)

Miło mi, że udane i dobrze się czyta.

Tak, trunki na spotkaniu rosyjskich bohaterów to podstawa menu. ;-)

Myślę, że inaczej dla bóstw niż dla herosów. Bóstwa – jak to bóstwa – mogą na coś wpływać. Moi herosi są bezsilni i mają przerąbane.

Babska logika rządzi!

Technicznie bez zarzutu, chociaż jak dla mnie zbyt mało akcji. Zdecydowanie wolę, gdy fabularnie dzieje się sporo więcej, a dialogi są bardziej ‘śliskie’.

W odbiorze wschodnich klimatów trochę przeszkadzały mi drobnostki w stylu Biełyje Rozy w wykonaniu Ałły, jak się domyślam, Pugaczowej, która to nigdy tego utworu nie śpiewała publicznie (gdy Łaskowyj Maj nagrał tę piosenkę, to Ałła już zajmowała się muzyką rockową, a nie popularną), czy też pielmieni z czosnkiem, czyli typowo polski wymysł (tradycyjnie mięso, sól, pieprz i cebula). No i łosoś zamiast czawyczy, albo jesiotra – mało rosyjski.

Ale wódka się zgadza ;)

Dziękuję, Daliborze. :-)

A na czym polega śliskość dialogów?

Zawsze byłam przekonana, że to Ałła śpiewała, ale mogłam się mylić.

Na pielmienach się nie znam, ale wydaje mi się, że ile gospodyń, tyle przepisów.

Łososia pieczonego w cieście kiedyś jadłam w pewnej ukraińskiej knajpie, więc można i tak.

Babska logika rządzi!

Z tą śliskością, to chodziło mi o to, żeby dialogi były bardziej sugestywne, podkreślane przez jakieś emocje, czy też ekspansywność, lub ruchliwość postaci. Wtedy, jak dla mnie, taki dialog toczy się bardziej naturalnie i łatwiej się go przyswaja, nawet gdy zawiera jakieś infodumpy i w ukryty sposób przemyca fabułę.

Łatwiej jest też wczuć się w bohatera, gdy wiemy co odczuwa mówiąc jakąś frazę.

To wszystko, zebrane razem do kupy, bezpośrednio wpływa na to, że takie dialogi łatwiej wślizgują się do głowy :) Tylko tyle i aż tyle.

Aha! Dzięki za wyjaśnienia. No, nie umiem w emocje. Ale próbuję, może kiedyś się uda.

Hmm, a jaką ruchliwość może wykazywać ekstremalnie stary bohater, zmęczony uciekającym przed nim światem i powtarzalnością schematów? Nalewa, wypija, nalewa, wypija…

Babska logika rządzi!

Podobało mi się! Czytało się bardzo przyjemnie, lekko, miła słowiańska przaśność, zadziwiająco dobrze komponowała się z mitem Eneasza. Bardzo dobra inscenizacja posiadówy przy wódce – bywa zabawnie, bywa filozoficznie i gorzko. Podobało mi się, że kolacja miała odpowiednie tempo, przetykane kolejnymi potrawami, dzięki czemu dość statyczna scena nabrała przyjemnej dynamiki. No czytało się to naprawdę płynnie i z przyjemnością. Tylko Alosza i Ilia trochę za bardzo mi się zlewali – w pewnych momentach gubiłam się który jest który. 

Niestety, rzeczywiście zgłodniałam :( 

Dziękuję, Artemisio. :-)

Cieszę się, że tekścik się spodobał.

Tak, starałam się porządnie wkomponować Eneasza w historię. Podobno wyszło.

Ilia to ten, który polewał, a Alosza błaznuje i leci na baby. ;-)

Może powinnam wziąć się za leczenie zaburzeń pokarmowych? ;-)

Babska logika rządzi!

Tak zmarnować dobrego łososia w cieście, niewybaczalne!

Bardzo wschodni klimat, jak już przedpiścy zauważyli. To nie moja bajka, ale wyszło bardzo przekonująco, namacalnie wręcz. Motyw nieśmiertelnych nie jest może najoryginalniejszy, jednak tutaj spodobało mi się to, jak zwykłe życie zdają się prowadzić. Może i opowiadanie nie było szczególnie porywające, acz przyjemne i zgrabnie zakończone.

Gdybym miała wybrzydzać, to na Nataszę. Szowinistycznie potraktowana, nie tylko przez gościa ;)

Dziękuję, Silvo. :-)

No. Dobry łosoś nie jest zły, ale się faceci naprali i wszystko w diabły…

Jakoś musiałam przenieść Eneasza o trzy millenia do przodu… Faktycznie – danie mu nieśmiertelności to chyba najprostsza opcja.

Natasza. Nie ma kobita farta – mąż ją zepchnął do roli kuchty, gość próbował obmacywać, a Ty jeszcze na nią wybrzydzasz. ;-) Dlatego podkreślam, że ona sama nie chciała siedzieć z gośćmi. Znała Aloszę już od jakiegoś czasu. A i chłopa ma raczej niedzisiejszego.

Babska logika rządzi!

Natasza. Nie ma kobita farta – mąż ją zepchnął do roli kuchty, gość próbował obmacywać, a Ty jeszcze na nią wybrzydzasz. ;-)

Taka już wredna jestem :D

Nic a nic solidarności jajników. ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka