- Opowiadanie: MaSkrol - Księga wyjścia w ciągu dnia

Księga wyjścia w ciągu dnia

Thot, Poznań 2019. Mam nadzieję, że taka realizacja hasła nie nagina przesadnie zasad.

Wydarzenie wykorzystane w teście możecie kliknąć.

Dziękuję moim betom: CMowi, cesarzowi skracania tekstu, człowiekowi, który przypomniał mi, że muszę pisać konsekwentnie, nie odskakując na boki. Sarze Winter, królowej wyłapywania brzydszych tworów i mojej ekspertce od Poznania.

Dziękuję także Rosebelle, do której zgłosiłem się z pierwszymi pytaniami o miasto.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Księga wyjścia w ciągu dnia

Chodziliśmy z Kamilem do trzeciej klasy Marynki. Właściwie część rówieśników powiedziałaby, że to ja chodziłem, a on za mną. Był jak cień uczepiony swojego jedynego przyjaciela, inni kojarzyli go tylko z powodu fiksacji na punkcie Egiptu. Posty udostępniane w sieci, blog, filmy.

Pod koniec listopada dowiedział się o ekspozycji faksymiliów Księgi Umarłych w Muzeum Archeologicznym i kilka razy bardzo sugestywnie o tym wspomniał.

Męczyła mnie z początku ta decyzja, ale następnego dnia zaproponowałem, że pójdę razem z nim. Jarał się jak sto pięćdziesiąt, ciągle mówił o wystawie.

W piątek, szóstego grudnia zadzwonił dopytać, czy na pewno idziemy. Brzmiał inaczej, jakby ekscytacja ustąpiła miejsca niepewności. Później dzwonił jeszcze klika razy, pisał esemesy, pytał, czy go nie wystawię. W końcu wyłączyłem telefon.

Rano znalazłem tuzin wiadomości z przeprosinami.

 

***

 

Miałem ochotę uciec do domu, zanim zdążyłem opuścić blok. Wokół było szaro, dzień pokroju tych, kiedy każdy, bez względu na styl życia i postrzeganie świata był meteopatą z myślami samobójczymi. Najchętniej przespałbym kolejne dwa miesiące.

Jechaliśmy miejskim na Stary Rynek. Tamtego wieczoru miasto osiągnęło stan daleko posuniętego rozkładu. Poznań wydawał się pusty, jakby w jednej chwili zmiotło z planszy większość mieszkańców.

Przed pójściem do muzeum zaszliśmy do pijalni czekolady Wedla. Drżały mi dłonie, niepokój wspinał się po plecach.

– Dopijesz to wreszcie? – rzucił Kamil, patrząc na mój kubek. Tupał nogą pod stołem, a z każdą minutą robił to głośniej i szybciej.

– Zdążymy, spokojnie.

Zmrużył oczy, a ja wypiłem ostatni łyk. Miałem wrażenie, że gdybym kazał mu czekać, oblałby mnie zawartością naczynia.

Muzeum było niedaleko, na Wodnej. Ratusz spowijała czerwień, jakby wylali fundament na samym dnie piekła. Miałem wrażenie, że Prozeprinie ktoś pozmieniał kąty, powykręcał kończyny, złamał kręgosłup.

Gdy weszliśmy do budynku, Kamil doskoczył do pierwszej gabloty, a ja gdzieś na uboczu oglądałem ilustracje. Przypominały komiks, w którym sceny i litery zlały się w jedno, tworząc rzędy hieroglifów. Każdy znak był oddzielną historią, znaczącą coś więcej niż dźwięk i fragment słowa.

Towarzystwo się rozrzedziło, zostaliśmy tylko my oraz wysoki mężczyzna ze szpiczastym nosem i długą szyją. Zamienił kilka słów z Kamilem, który nieustannie zadawał mu pytania. Facet znał odpowiedź na wszystkie, mówił bez zająknięcia, pokazywał niektóre fragmenty księgi, tłumacząc znacznie więcej niż opisy przy gablotach.

Do domów wróciliśmy około północy, choć nie jestem w stanie powiedzieć kiedy uciekł ten czas, w muzeum nie byliśmy dłużej niż godzinę. Kamil prawie nieustannie mówił o księdze, a ja równie często udawałem, że słucham.

 

***

 

W następnych dniach mój kumpel totalnie odpłynął. Nie odzywał się, przychodził równo z pierwszym dzwonkiem i znikał przed ostatnim.

W środę po lekcjach czekałem przed szkołą. Szedł pewnym krokiem, choć jego wzrok błądził, nie zatrzymując się na niczym dłużej niż sekundę.

– Słuchaj, musimy pogadać… – Nie bardzo wiedziałem, jak sformułować myśl. – Zmieniłeś się.

Zmarszczył brwi, zakleszczył palce na pasku od torby, kości strzeliły.

– Nie ma o czym. W końcu znalazłem sobie jakąś pasję, tak trudno to zrozumieć?!

Drgnął, jakby chciał się na mnie rzucić, rezygnując w ostatniej chwili. Zagryzł wargi, a do oczu napłynęły mu łzy.

– Przepraszam. Myślałem, że przynajmniej ty zrozumiesz – rzucił i odszedł. 

Złapał mnie na przystanku, kiedy miałem wsiąść do mpk. Zaproponował spacer do parku Willsona, chciał mi coś pokazać.

Prószył śnieg, zimno wdzierało się pod ubranie, światła latarni rozganiały mrok. Pośród uliczek parku widziałem może kilka osób.

– Dzięki, że chciałeś się przejść.

Wiele procesów w moim mózgu zaszło wtedy w jednym momencie. Czy ja go w ogóle znałem? Nie potrafiłem zrozumieć tych zmian nastroju.

Otaczały nas latarnie, ale miałem wrażenie, że ciemność gęstnieje. Za szybami Palmiarni przemknęła czarna sylwetka. Przetarłem oczy. Budynek był już zamknięty, ale nieco światła docierało na zewnątrz.

Znów ta sama osoba, tym razem przed nami. Zamrugałem, kiedy zniknęła mi z oczu, przez chwilę szukałem jej wzrokiem. Stała obok drzewa, płaszcz, kapelusz i potwornie długa szyja.

– Co jest? – zapytał Kamil. Trzymał książkę, którą musiał wyciągnąć zza pazuchy.

– Tam… – Kiwnąłem głową za siebie. – Ktoś stoi.

– Nikogo nie widzę. – Kumpel wzruszył ramionami.

Zwidy? Wsunąłem drżące dłonie do kieszeni.

– Sorki, przewrażliwiony jestem, źle sypiam ostatnio. Co tam masz?

– Przekład Księgi Umarłych, tej z muzeum. – Kamil przesunął dłonią po okładce, uśmiechnął się. – Zabrałem z paczkomatu przedwczoraj, dziś skończyłem czytać.

Ciarki przebiegły mi po plecach.

– Po co ci to na dworze?

Obruszył się.

– Nie rozumiesz? Księga umarłych, pokazuje drogę do raju. To jest najważniejsze pismo starożytnego Egiptu, stworzone przez boga! – Oczy znów mu zapłonęły, entuzjazm wypalał tęczówki.

– Czaję. – Skinąłem głową.

– Czaisz?! – Prychnął. Szliśmy dalej. – Możesz nie wiedzieć, ale dzięki tej książce zmarli mogą…

– Dobra! – przerwałem mu. – Wiem i rozumiem, ale to napisali ileś tysięcy lat temu. Czaję, że może cię interesować, ale jaki ma to związek z nami teraz i po kiego grzyba tachasz książkę po dworze, kiedy na zewnątrz jest minus dziesięć stopni?!

Wypuściłem powietrze. Ginęliśmy gdzieś pośród latarni, idąc w stronę Muszli Koncertowej. Pomnik Uwolnienia Andromedy wyglądał… jakby uwalnianie się nie powiodło. Pozostałości po wymarłej zieleni przykrył śnieg.

– Myślałem, że cię to zainteresuje… – Kamil zaczął się rozklejać. Wściekłość ustąpiła, w oczach pojawiły się łzy.

– Oj stary, daj spokój. – Położyłem dłoń na jego ramieniu. – Przecież chętnie posłucham, tylko nie wiem, po co od razu się tak denerwujesz.

Patrzył na swoje stopy, ale po jego twarzy spłynął cień zadowolenia. Otworzył księgę. Wiało, jednak wiatr nie szamotał stronami, płatki śniegu topniały na kartkach, jednak ich nie moczyły.

– Przez bramę może przejść tylko Ka, aspekt duszy. Przy każdej bramie trzeba wyrecytować formułę, nie będę tłumaczył ci wszystkiego teraz, ale na przykład… czekaj, nie mogę znaleźć strony, zresztą dobra, mniej więcej pamiętam.

Uczył się formuł na pamięć?

– Wyrecytuj przy każdej bramie, zgodnie z tym, co jest napisane i złóż ofiarę każdemu ze strażników…

Kamilowi zaczęły drżeć dłonie. Oblizał wagi, oddychał coraz szybciej, wiatr przybrał na sile. Słuchałem, ale chyba niewystarczająco uważnie.

– W ogóle masz świadomość, że dużo elementów Biblii może pochodzić z Księgi Umarłych i wierzeń egipskich?

Śnieg zaczął padać gęściej, a my z trudem parliśmy na przód. To nie wydawało się normalne.

– Starożytni Egipcjanie byli bardzo rozwiniętym narodem, do dziś naukowcy się głowią jakim cudem udało im się stworzyć niektóre rzeczy.

Wszystko zniknęło, najpierw światła latarni, później ludzie, pomnik i drzewa, świszczał wiatr, śnieg pokrywał cały mój płaszcz.

– Wiesz, że jest egipski pierwowzór dekalogu?

Nie odpowiedziałem. Próbowałem zorientować się w chaosie, który przysłonił rzeczywistość. Szturchałem kumpla, ale nie reagował. Zrobiło się cicho, nie widziałem niczego prócz zarysu grzęznących w śniegu butów.

– Czytałem w internecie, że Horus ma podobny życiorys do Jezusa – powiedział Kamil.

W międzyczasie recytował kolejne wersy, a ja mogłem tylko iść razem z nim. Ktoś mnie potrącił. Czarny płaszcz, kapelusz, długa szyja. Patrzył wprost na księgę.

– Wiesz, czasem mam wrażenie, że te światy są dużo bliżej niż nam się wydaje. Księga jest kluczem. – Zamknął ją z ostatnim wypowiedzianym słowem.

I wtedy wszystko upadło – ja na ziemię, śnieg zniknął, wiatr ustał, nie było ludzi. Odzyskaliśmy widoczność, a mimo że szliśmy tak długo, wciąż byliśmy przy pomniku.

Na słupie ktoś wisiał. Ciało. Trup. Uniosłem drżącą dłoń, jęknąłem, nie potrafiłem wyartykułować słowa. Kamil oderwał oczy od księgi.

Sznur wbijał się w szyję wisielca. Zasłaniający głowę, przesiąknięty krwią materiał odlepił się od twarzy. Spadł na ziemię. Popękana skóra odchodziła od ciała. Zwymiotowałem, a mdłości zdusiły krzyk. Czaszka częściowo rozłupana, złamany nos, ale te rysy twarzy. Nie mogłem złapać tchu…

Na sznurku wisiał Kamil.

Chłopak, ten żywy, sterczał niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Oczy wychodziły mu z orbit.

Uciekliśmy. Kiedy latarnia była już ledwo widoczna, coś mnie podkusiło, żeby się odwrócić. Trup wciąż się bujał, a przy słupie stał gość w ciemnym płaszczu.

Nie zmrużyłem oka tej nocy.

Rano po ciele nie było nawet śladu. Ustaliliśmy, że spali tę księgę.

 

***

 

Kamil stał się niespokojny, rozkojarzony bardziej niż kiedykolwiek. Myślałem, że wciąż rozkminia tamto wyjście.

Mamrotał, trząsł się, był blady. Nauczycielka pytała czy wszystko w porządku, czy nie ma gorączki, kazała mu iść do domu, ale twierdził, że czuje się dobrze, tylko nie może wytrzymać, słysząc tak wiele głosów równocześnie.

Od początku lekcji w sali panowała cisza. Kobieta chciała zadzwonić po pogotowie, ale chłopak wyłgał się alergią.

Podczas przerwy usiedliśmy na parapecie.

– Co to za drzwi? – Wskazał pustą ścianę pomiędzy salami. – Nie pamiętam ich.

Zacisnąłem pięść. Drżały mi nogi.

– Tam nie ma żadnych drzwi. – Przełknąłem ślinę. – Na pewno wszystko dobrze?

Kumpel zastygł i patrzył na ścianę, a jego usta wyginały się w coraz szerszym uśmiechu.

– Są tutaj – wyszeptał. – Ale nie powinny, więc dlaczego?

– Powinieneś pójść do…

Spojrzał na mnie, w jego oczach ziała otchłań, pożądanie, przerażenie, jakby jedno oko było sprzeczne z drugim. Nachylił się, a ja nie mogłem nawet drgnąć.

– Mogę o coś zapytać? – wyszeptał mi do ucha.

Skinąłem głową.

– A co jeśli bogowie zdziczeli? Jeśli przez setki lat bez wiernych zwariowali, próbując przystosować się do tego świata, podobnie jak ludzie, którzy byli wśród zwierząt zbyt długo.

Nie odpowiedziałem. Coś dotknęło mojego ramienia. Zerknąłem w dół, a Kamil jakby się wybudził.

– Przepraszam – odwrócił wzrok. – Nie panuję nad sobą ostatnio. Nad niczym nie panuję. – Trząsł się.

– Co to jest? – Wskazałem wybrzuszenie na wysokości jego klatki piersiowej.

Zamknął oczy, zwlekał, jakby toczył ze sobą walkę.

– Amulety.

– Po co ci amulet? – Przełknąłem ślinę, w gardle wyrosła mi gula.

Próbował pokręcić głową, ale ta się trzęsła, jakby jakaś siła równocześnie odpychała ją w przeciwną stronę. Pocił się.

– U…adż – zająknął się. – I Be… es. Dostałem.

Dostał. Po prostu. Nie potrafiłem zapytać od kogo, nie chciałem wiedzieć.

– B-boję się. – Otworzył usta, zadrżał spazmatycznie, jakby wymiotował powietrzem.

– Czego się boisz? – Serce prawie wybiło mi dziurę w klatce.

– Boje się, że… – Kolejny odruch wymiotny, beknął, skrzywił się. – Boję się, że nie jestem sprawieDLIwy. – Jedną głoską jakby czknął.

Znów na mnie spojrzał, a ja miałem wrażenie, że wcale nie to chciał przekazać. Gałki oczne poruszały się w dwóch różnych kierunkach, jedna była przekrwiona.

– Daj spokój. – Próbowałem zachować spokój. – Jesteś najuczciwszą osobą, jaką znam.

Kamil wrócił do sali, pozostawiając mnie na korytarzu z przekonaniem, że to była najgorsza odpowiedź, na jaką mogłem wpaść.

Podczas lekcji znów do siebie mamrotał. Zrzuciłem z ławki długopis i schyliłem się, nadstawiając uszu. Szept, ledwo rozpoznawałem słowa.

Nie grzeszyłem przeciw ludziom. Nie szkodziłem poddanym. Nie czyniłem nieprawości w miejscu…

Kamil ściskał amulet. Płakał. Drżącą dłonią podsunąłem mu kartkę i długopis, a on, patrząc w drugą stronę, zaczął pisać. Zanim skończył jedno słowo, zamazywał je.

– Czemu kreślisz?

– Nie wiem. – Drżała mu dłoń. – Muszę. Chcę. Nie chcę.

Odetchnąłem.

– Spróbuj napisać od tyłu.

 

im żómop

 

Po kilku sekundach to również zamazał. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, zadzwonił dzwonek, a Kamil wyleciał z sali, mamrocząc pod nosem. Zostawił na ławce skrawek papieru.

 

ęzsorp

 

***

 

Wróciłem do domu i patrzyłem w ścianę. Nie mogłem podnieść się z łóżka, ręce i nogi były zbyt ciężkie. Dopiero po kilku godzinach, kiedy noc pożarła naturalne światło, dotarło do mnie, że muszę mu jakoś pomóc. Przynajmniej spróbować.

Klnąc w myślach swoją głupotę, wybiegłem z domu. Światła latarni wydawały się wyjątkowo krwiste, a osiedle przesadnie ciche.

Po drodze kilka razy się odwróciłem, aby mieć pewność, że nikt mnie nie obserwuje. Klatka schodowa była otwarta, z drżącym sercem pokonałem cztery piętra. Pukanie wzmacniał pogłos, a jednak miałem wrażenie, że nie słyszy go nikt prócz mnie. Wcale nie chciałem przekraczać progu mieszkania. Po co kusić los? Mógłbym…

Uderzenie drzwi. Kroki w korytarzu. Bam. Bam. Bam. Powolne, w idealnie równych odstępach. Wszedłem do środka. Mrok pochłaniał maleńki przedpokój, a kilka nikłych promieni zdawało się wypełzać spod pokoju kumpla. Nie wiedziałem, gdzie jest włącznik światła.

Metaliczny, agresywny zapach zaatakował nozdrza. Podeszwa plasnęła, wdepnąłem w kałużę. Chciałem coś powiedzieć, ale głos się załamał. Wyciągnąłem telefon, jednak ten wypadł z drżącej ręki. Chwilę szukałem go na oślep, klnąc pod nosem. Zapaliłem latarkę…

Krew skapywała na podłogę, przebarwiła koszulę i spodnie.

Przez moment patrzyłem na szkarłatną ciecz. Spazmatyczny oddech, przygryzione wargi, zduszony krzyk. Na ścianie widziałem rysunek – czapla, półkole, a pod nim dwie kreski. Znów usłyszałem kroki dobiegające z korytarza.

Rzuciłem się do drzwi, ale straciłem równowagę, upadłem. Pukanie, podeszwy trące o wycieraczkę. Niemal na czworakach dopadłem zamek i przekręciłem klucz w momencie, kiedy ktoś nacisnął klamkę.

Cisza.

Wszedłem do pokoju Kamila.

Lodówka stała na środku, jedyne światło emitowała lampka nocna. Ściany pokrywały równomiernie rozłożone hieroglify, na podłodze leżały miski z dłońmi, stopami, sercem i gł… powstrzymałem wymioty.

Tik-tak. Tik-tak. Tik-tak. Zegar ścienny wybijał rytm.

– Kamil. – Rozedrgany głos ledwo przekroczył granice szeptu. – Kamil!

Na środku pokoju wirowały czarne plamy, jakby w desperackiej próbie przybrania formy. Z każdą sekundą zwiększały objętość. Z wnętrza lodówki dochodził głos.

Wyrecytuj przy każdej bramie, zgodnie z tym, co jest napisane i złóż ofiarę każdemu z nich z przedniej nogi, głowy, serca i boku czerwonego byka… bb-byka.

Starałem się skupić na suficie, ignorować rzeczy, których nie mogłem pojąć, ale wpatrzony w wirującą sferę, namalowany Ozyrys nie pomagał.

Otworzyłem lodówkę, a rozedrgana czerń…

Drzwi. Czarne drzwi z okrągłą klamką stały kilka kroków przed lodówką.

Skulony w lodówce Kamil przesunął wzrok na miski, później zerknął na mnie, jego oczy błądziły. Drżał.

– N…nie b-było bb…byka – powiedział. – Nie chcieli bb-yka, kazzali wziąć c-coś innego. – Wrócił do lektury i znów zaczął mamrotać.

Wyrecytuj tę księgę, nie pozwalając nikomu jej zobaczyć…

Zatrzymał się. Wyciągnął szyję.

– Nie powinno cię tu b-być. – Pokręcił głową pokracznie, jakby ktoś pozmieniał długości jego ścięgien, wielkość mięśni, tworząc kreaturę przypominającą dzwonnika z Notre Dame w czwartej gęstości.

– Kamil. Co tu się, do cholery, dzieje? – Nadstawiłem uszu, znów słyszałem kroki, ale one nie dochodziły z korytarza.

Nie odpowiedział. Spojrzałem na czarne drzwi. Lampka zamigotała. Żyrandol zaskrzypiał. W powietrzu dało się wyczuć duszny zapach węgla. Unosił się pył?

– Wyłaź, spadamy stąd!

Tik-tak. Tik-tak.

– Oni jjuż idą. St…strażnik, idzie. Muszę bb-yć w lodówce, bb-ędę potrzebował ciała.

– Co ty pierd…

Klamka zaczęła się obracać. Wypolerowany metal odbijał promienie światła, było w tym coś hipnotyzującego, ten ruch to najpiękniejsza, najbardziej finezyjna czynność, jaką widziałem w życiu.

Rygiel przeskoczył, a do pokoju wpadła ciemność. Świst rozerwał uszy. Ciśnienie przydusiło do ziemi. Coś rzuciło mną o ścianę i wybiło powietrze z płuc. Wrota zostały otwarte, a wśród pełzających cieni, migotania lampki, amuletów oraz rysunków pojawił się Strażnik. Skuliłem się, modląc w duchu, żeby mnie nie zauważył.

– O wy, Bramy, O wy… – Głos Kamila się załamał, chłopak przekrzywił głowę. – O wy, którzy pilnujecie Bram z powodu Ozyrysa, o wy, którzy strzeżecie ich i każdego dnia zdajecie raport Ozyrysowi z losów Dwóch Ziem: znam was i znam wasze imiona!

Strażnik wyglądał jak pył węgielny opasany biżuterią, która powstrzymywała go przed przemianą w chmurę rozrzuconej materii. Naprawdę cielesne wydawały się tylko szpony.

Byt oglądał rysunki na ścianach, ciemność zdawała się wibrować.

Płakałem, wargi przygryzłem do krwi. Strażnik obejrzał miski z kawałkami ludzkiego ciała. Zarzęził w kilku tonacjach. Dym implodował wokół twarzy, jakby istota wzięła wdech.

– Dano mi moc Pana Horyzontu – recytował Kamil. – Moje imię jest większe od waszych, potężniejsze od waszych.

Strażnik przekręcił głową jak zwierze widzące coś po raz pierwszy. Serce mi zadrżało. On nie rozumiał.

– Moja ochrona jest ochroną Horusa. Nie zostanę aresztowany, nie zostanę odpędzony od wrót Ozyrysa.

Cienisty kształt zarzęził. Poruszył szponami. Po raz kolejny spojrzał na rysunki, jakby próbował sobie przypomnieć, czym są.

– Niszczący mnie nie zaatakują, a ci, którzy strzegą bram nie będą wobec mnie obojętni. Jestem posiadaczem mocy, jestem zadowolony w horyzoncie. – Kamil wyszedł z lodówki, zbliżył się do strażnika i powiedział: – O wy, którzy jesteście obudzeni, przygotujcie drogę dla waszego pana, Ozyrysa…

Pisk prawie rozerwał mi bębenki, zakryłem uszy, krew zaczęła z nich wyciekać, z nosa i oczu też. Cień się skurczył, aby zaraz wrócić do normalnych rozmiarów. Cisza.

Kamil podszedł jeszcze bliżej, szepcząc w języku, którego nie rozumiałem. Chmura dymu znów zafalowała, by później w bezruchu obserwować mojego kumpla.

To zdawało się nie mieć końca. Jakby badali się nawzajem, próbowali odnaleźć połączenie znacznie głębsze niż kilka dźwięków…

Kamil wskazał lodówkę. Strażnik zaskowyczał, schylił się i obwąchał go. Zerknął na drzwi, chyba zrozumiał. Kamil odetchnął, robiąc powolny krok w tył. Ja cicho wypuściłem powietrze, czując całe ciało zalewa ulga…

A strażnik roztrzaskał czaszkę kumpla na lodówce. Krew, wyciekający mózg. Wcisnąłem pięść w swoje usta, łzy spływały po skórze.

Cień usiadł i pożarł wszystkie ofiary. Złapał mojego przyjaciela za nogę i wciągnął przez czarne drzwi, które zatrzasnęły się zaraz po przekroczeniu progu. Ślad krwi został urwany miejscu, gdzie zniknęło wejście.

Nie wiem jak długo płakałem, leżąc w kałuży własnego moczu. Światło księżyca wpadło do pokoju. Chciałem się podnieść, ale z pierwszym ruchem usłyszałem kroki w korytarzu. Stopy zamlaskały na mokrej podłodze.

Długa szyja, czarny płaszcz, szpiczasty nos. Znałem go. Omijając plamy krwi zbliżył się do środka pomieszczenia i schylił po księgę. Swoją własność.

Spojrzał na mnie, a ja zacisnąłem powieki, modląc się w duchu. Otworzyłem je po kilku minutach. Buty były oddalone kilka centymetrów od mojej twarzy, noski przebijały szpony. Bóg przykucnął, kładąc na podłodze księgę oraz dwa amulety Uadż i Bes. Chwycił moją sflaczałą dłoń i położył ją na przedmiotach.

Podarunek.

Wyszedł wystukując podeszwami idealnie równy rytm. Zostałem z ciemnością, krwią, potem oraz księgą.

Zabrałem przedmioty, bo bałem się, że będzie mnie obserwował. Nie pamiętam, gdzie je schowałem, ale czuję, że są coraz bliżej. Księga mnie woła. Niedługo ją znajdę, choć wcale nie chcę szukać.

Napisałem to wyznanie parę dni później. Teraz, po kilku miesiącach zredagowałem i udostępniłem je z obawy, że ktoś mógłby popełnić ten sam błąd. Podczas przesłuchania próbowałem przekazać informacje policji, ale przez to prawie wylądowałem w psychiatryku. Uważajcie na siebie, proszę.

 

05.06.2020

 

Znalazłem ją. Była wciśnięta między inne książki na regale, mimo że wczoraj widziałem tam puste miejsce. Dam jej kolejną szansę. Tamte wszystkie wydarzenia… to na pewno przez Kamila, za bardzo się nafiksował. Będę ostrożny.

 

18.11.2020

 

Pamiętacie mój pierwszy post o księdze? Wcale nie ma w niej niczego strasznego, zapodaję wam szybki wpis, bo nie chcę, aby okazało się, że nieumyślnie was okłamałem. Nie ma się czego bać, nic złego tam nie znajdziecie.

Teraz uciekam, śledźcie uważnie kolejne wpisy!

 

19.11.2020

 

Planuję odpoczynek, mam ósmą żaglówkę, chciałem im ewentualnie mówić inaczej.

 

20.11.2020

 

Bartłomiej Łozowski aranżuje grę – alfabetyczną mozaikę.

 

21.11.2020

 

Wpis usunięto.

 

22.11.2020

 

Wpis usunięto.

 

23.11.2020

Koniec

Komentarze

Podoba mi się ten dreszczowiec w stylu klasycznej creepy pasty z twistem na końcu. Młodzieżowa stylizacja chyba nie z mojej epoki, ale buduje fajny klimat. I motyw opętania przez księgę umarłych fajnie zagrał z atmosferą Poznania smiley 

Cześć, Ordrin, dziękuję za przeczytanie i komentarz. Cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało. :)

Stylizacja z mojej, choć starałem się z nią nie przesadzić :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Hejka, MaSkrol! 

Po co Ci amulet? – Przełknąłem ślinę, w gardle wyrosła mi gula.

Chyba z małej litery. 

 

Podczas przesłuchania próbowałem przekazać informacje policji, ale przez to prawie wylądowałem w wariatkowie.

→ tutaj nastąpi moje spostrzeżenie, czepialstwo:

Nie wiem… ale to brzmi trochę nie “horrorowo”. Określenie wariatkowo, brzmi dla mnie trochę prześmiewczo. Osobiście wolałbym klasycznie – szpital psychiatryczny ;p 

 

Ogólnie:

Podobało mi się. Poza powyższym, nic nie przykuło mojej uwagi (w negatywnym tego słowa znaczeniu, of course). 

 

Przez bramę może przejść tylko Ka, aspekt duszy.

→ Czy to z mrocznej wieży Kinga? ;D

 

Podobnie jak oidrin, skojarzyło mi się z taką creepy pastą, no i trochę z Necronomiconem, szalonego Abdula Alhazreda, wiadomo ;p

No i wspomnę, że narracyjnie również wypadło dobrze. Całkiem wciągające i klimatyczne.

Ja tam poawanturuję się o klika do biblioteki i jako zwolennik horrorów, mogę tylko życzyć powodzenia w konkursie.

Pozdrowienia!

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Cześć, NearDeath!

Chyba z małej litery. 

Tak, mój błąd, już poprawiam. 

→ tutaj nastąpi moje spostrzeżenie, czepialstwo:

Nie wiem… ale to brzmi trochę nie “horrorowo”. Określenie wariatkowo, brzmi dla mnie trochę prześmiewczo. Osobiście wolałbym klasycznie – szpital psychiatryczny ;p 

Masz rację, to jest jedna z poprawek, które naniosłem zaraz przed publikacją i nie zauważyłem jak psuje zdanie, poprawię na “psychiatryk”, bo bardziej pasuje do stylizacji, ale jest mniej prześmiewczy od wariatkowa. :P

→ Czy to z mrocznej wieży Kinga? ;D

Nie, z tłumaczenia jakiegoś niemieckiego opracowania Księgi Umarłych, które znalazłem w internecie. Przyznam się, piszę weird i horrory, ale prawie nic z tego nie czytałem jeszcze, planuję niedługo poprawić błąd i nadrobić zaległości. :P

Podobnie jak oidrin, skojarzyło mi się z taką creepy pastą, no i trochę z Necronomiconem, szalonego Abdula Alhazreda, wiadomo ;p

Jakoś wpadł mi do głowy taki sposób na opowiedzenie historii i mam wrażenie, że w innej postaci nie mógłbym jej przedstawić lub to przedstawienie nie miałoby większego sensu. Ahh, Lovecraft, muszę złapać kilka jego książek i wziąć się ze czytanie.

Dzięki wielkie za przeczytanie, komentarz i klika. Pozdrawiam!

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

" – Przepraszam. Myślałem,"

Nadmiarowa spacja.

 

"Śnieg zaczął padać gęściej"

To nie wygląda na 2020. Minus dziesięć przy jednoczesnym spokojnie spadającym śniegu to zdecydowanie wcześniej.

 

"A co jeśli bogowie zdziczeli?"

O tym za chwilę.

 

"Pukanie windował pogłos"

Wiem o co chodzi, a jednak dziwne użycie “windować”.

 

"Nie zostanę aresztowany"

Czy współczesne słowo celowo znalazło się w inkantacji jako przerywnik?

 

"zredagowałem i udostępniłam"

-em

 

No a teraz odnośnie tekstu…

 

No żesz szlag, przecież to jest po królewsku niezrealizowany pomysł/klimat. I to sadząc po poprzednim opowiadaniu niezrealizowany, choć realizacja leżała w Twoim zasięg. No chopie!

Żeby nie było, tekst jest bardzo dobry. Początkowo prawie powoduje ziewanie, wygląda na nieciekawą szkolną historyjkę, ale potem wpada w przepaść tak gwałtownie i tak umiejętnie, że jeśli ktoś z początku nie odpadnie (przyznaję, niewiele mi brakowało, bym odpadł, ale bronisz to bardzo “szybkim w czytaniu” sposobem narracji), to będzie to mieć wynagrodzone. I sam nie wiem teraz – bardziej przeważa to, ze ten początek jest uzasadniony, czy to, że jednak łatwo o odpadnięcie.

Z tym “wynagrodzeniem czytelnikowi” to też pewna gwiazdka. Po pierwsze tekst ma posmak horrorów sprzed dwóch-trzech dekad. Posmak niebezpośredni, bo jest zrealizowany inaczej niż one, ale jednak w ten klimat. To można lubić lub nie, ale jak się lubi, to wpada w tę szufladę. Dodatkowo – jest tu taka niestaranność, która może nie każdemu przypaść do gustu. Mi przypada, bo lubię klimaty zinowe (i mówię tu o tym pierwotnym znaczeniu słowa zin).

Co mi nie przypada i nie każdemu przypadnie – w scenie w mieszkaniu jest zbyt duże uproszczenie fabularne, miejscami naciągnięte. Ale… Dla mnie nie jest to wykluczające.

Natomiast bezwzględnie uważam, że grozę sytuacji byłeś w stanie opisać lepiej (no przecież potrafisz, widać było w Rairom sinmo non). Komuś chyba się nie do końca chciało albo… Albo na kogoś za bardzo beta wpłynęła (nie neguję bety, nie wiem też czy faktycznie w tym rzecz, bardziej stawiam na to, że jednak to już w pierwotnej wersji tekstu nie dociągnąłeś tego tekstu do własnego poziomu).

Tak czy inaczej – dobre.

Co więcej  zrobiłeś epilog w taki sposób, że wbrew pozorom nie musi być wyciszeniem ani niepotrzebnym przedłużeniem. Jednocześnie uniknąłeś dzięki temu sztampowości końcówki.

 

Ale to:

"A co jeśli bogowie zdziczeli?"

to zdanie, chopie, to jest kwintesencja tego, co nie wykorzystałeś w pełni, co jedynie napocząłeś. Owszem, bardzo mocno to zdanie wpływa na odbiór tekstu i to nie tylko na scenę kulminacyjną, ale tez na odbiór wcześniejszej sceny na placu. Ale z tego tez można było wycisnąć naprawdę ogrom. Wszystko jedno czy tylko odrobinę rozszerzając dialogi i epilog, czy też dodając kilka scen.

 

Fajny horror. Wprawdzie związek z Poznaniem nie wydaje się mocny – to mogło się zdarzyć w każdym mieście, w którym jest muzeum historyczne – ale niech się tym jurki martwią. Thot był taki wredny?

Pukanie windował pogłos

Nie rozumiem tego zdania.

Babska logika rządzi!

Wzmacniał, podnosił. Niby poprawne być nie musi, bo bohater jest uczniem, a nie polonistą, ale i tak dziwnie brzmi.

Witam nowych czytelników, dziękuję, że zajrzeliście. :)

Wilku,

Wiem o co chodzi, a jednak dziwne użycie “windować”.

Dałem “wzmacniał”, ale mam wrażenie, że to wciąż nie to…

Czy współczesne słowo celowo znalazło się w inkantacji jako przerywnik?

Tak było w tłumaczeniu, które znalazłem, ale nie twierdzę, że to na pewno jest poprawne.

Błędy poprawione. :D

No żesz szlag, przecież to jest po królewsku niezrealizowany pomysł/klimat. I to sadząc po poprzednim opowiadaniu niezrealizowany, choć realizacja leżała w Twoim zasięg. No chopie!

Ehh, Wilku, mam świadomość, że ten tekst jest gorszy od Rairom i mogłem wyciągnąć z pomysłu znacznie więcej, ale chyba za bardzo zamknąłem się w ramach narracji, której chciałem użyć. Wydaje mi się, że nie czułem też tego tekstu tak dobrze.

I sam nie wiem teraz – bardziej przeważa to, ze ten początek jest uzasadniony, czy to, że jednak łatwo o odpadnięcie.

Duży miałem problem z tym początkiem, ponieważ był przekombinowany, bety pomogły mi go ogarnąć, ale wciąż jest ciężki i nudnawy, to zdecydowanie najgorsza część tekstu.

Co mi nie przypada i nie każdemu przypadnie – w scenie w mieszkaniu jest zbyt duże uproszczenie fabularne, miejscami naciągnięte. Ale… Dla mnie nie jest to wykluczające.

Nie będę się bronił, bo masz rację, próbowałem się zmieścić w znakach, nie chciałem, żeby koniec był przesadnie rozciągnięty, więc tak też wyszło.

Komuś chyba się nie do końca chciało albo… Albo na kogoś za bardzo beta wpłynęła (nie neguję bety, nie wiem też czy faktycznie w tym rzecz, bardziej stawiam na to, że jednak to już w pierwotnej wersji tekstu nie dociągnąłeś tego tekstu do własnego poziomu).

Bety pomogły, bo początkowo było znacznie gorzej, wiem, że nie dogoniłem poziomu, ale jak wspomniałem, nie czułem tej narracji tak dobrze, ten tekst nie rozumiem czemu, pisało mi się gorzej, nieco bardziej na siłę, może z powodu ograniczenia miastem, które mimo wszystko musiałem uwzględnić, te scenki nie były pisane ode mnie, można powiedzieć “od wewnątrz”, tylko najpierw musiałem określić je w miejscu i czasie. Piszę teraz kolejne opowiadanie, weird, ale po 50k znaków widzę, że nieco odszedłem w złym kierunku, teraz zastanawiam się czy pisać dalej, sprostować później, wygładzić po skończeniu, czy może odłożyć tekst, a później zacząć pisać od nowa. Nie jestem jeszcze na “tych weirdowych falach” i nie wychodzi mi to jeszcze tak prosto i płynnie.

to zdanie, chopie, to jest kwintesencja tego, co nie wykorzystałeś w pełni, co jedynie napocząłeś. Owszem, bardzo mocno to zdanie wpływa na odbiór tekstu i to nie tylko na scenę kulminacyjną, ale tez na odbiór wcześniejszej sceny na placu. Ale z tego tez można było wycisnąć naprawdę ogrom. Wszystko jedno czy tylko odrobinę rozszerzając dialogi i epilog, czy też dodając kilka scen.

Najchętniej, gdybym miał znaki, dodałbym kilka scen, nieco rozszerzył opowiadanie, może bawiąc się nieco tym, co Poznać już oferuje, tam jest kilka takich fajnych posągów…

Może w rozszerzeniu opisów lub dialogu mógłbym zamknąć ten wątek, ale nie wiem, czy zrobiłbym to dobrze. Ale zgadzam się, szkoda potencjału tego zdania. Dziękuję za rozbudowany komentarz i klika. :D

 

Finklo,

Fajny horror. Wprawdzie związek z Poznaniem nie wydaje się mocny – to mogło się zdarzyć w każdym mieście, w którym jest muzeum historyczne – ale niech się tym jurki martwią.

Zdradzę sekret. Nie miałem pomysłu, więc wpisałem w google “Księga Umarłych Poznań 2019” i wyskoczył mi link do tej grudniowej wystawy. Nie mogłem tego nie wykorzystać XD

Thot był taki wredny?

Ten tak, ogólnie nie. Ale co jeśli zdziczał? :P

Nie rozumiem tego zdania.

Poprawiłem, jak wspomniałem wyżej, na “wzmacniał”, ale mam wrażenie, że to wciąż jest źle. :/

Dziękuję za miłe słowa, komentarz i klika. ;)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Słuchaj, musimy pogadać, o twojej zmianie…

Sztucznie to brzmi. 

– Dzięki, że chciałeś się przejść.

Wiele procesów w moim mózgu zaszło wtedy w jednym momencie. Czy ja go w ogóle znałem?

Mógłbyś zaakcentowac, co aż tak się zmieniło, że skłania bohatera do takich przemyśleń. 

 

ciemność się gęstnieje

ciemność gęstnieje 

 

zniknęła mi z oczy

literówka 

 

I wtedy wszystko upadło – ja na ziemię, śnieg zniknął, wiatr ustał, nie było ludzi.

Piszesz, że wszystko, a w sumie upadł tylko narrator. 

 

Kamil oderwał oczy od księgi.

Sznur wbijał się w szyję.

Może to tylko moje wrażenie, ale coś tu szwankuje. Komu ten sznur się wbijał? 

 

Rano nie było nawet śladu.

Śladu po czym? 

 

– Mogę o coś zapytać? – wyszeptał mi do ucha.

Skinąłem głową.

Czy między nimi jest coś więcej? Już wcześniej nachodziły mnie wątpliwości, rozmawiają ze sobą w bardzo… intymny, pełen troski sposób. Ten fragment wzbudził poważne podejrzenia. Jeśli tak jest, to warto by to mocniej zaakcentować – jeśli nie, to ich relacje są dość dziwne jak na kumpli… a może teraz nastolatkowie się tak zachowują i wpadłem w przepaść pokoleniową. 

 

Otworzył usta, ciało zadrżało spazmatycznie, jakby wymiotował powietrzem.

Chyba wystarczyłoby "zadrżał spazmatycznie". 

 

sprawieDLIwy

To celowe? 

 

Gałki oczne poruszały się w dwóch różnych kierunkach, jedna była przekrwiona. 

Gdybym zobaczył coś takiego, przestraszył bym się nie na żarty. 

 

 

że mnie nie obserwuje 

że nikt mnie nie obserwuje

 

Pukanie wzmacniał pogłos, a jednak miałem wrażenie, że nie słyszy go nikt prócz mnie

Kto miał słyszeć? Był tam ktoś jeszcze? 

 

wypadł z drżącej ręki prosto w ciecz

Wyciąłbym "prosto w ciecz" – nie jest konieczne, a unikniesz powtórzenia. 

 

Przez moment patrzyłem na szkarłatną ciecz. Spazmatyczny oddech, przygryzione wargi, zduszony krzyk

Brzmi to tak, jakby ciecz miała spazmatyczny oddech. 

 

Rzuciłem się do drzwi, ale straciłem równowagę, upadłem. Pukanie, podeszwy trące o wycieraczkę

To moja czysto subiektywna opinia, ale dużo w tym opowiadaniu równoważników zdań i nie zawsze tam, gdzie pasują. 

 

Czarne drzwi z okrągłą klamką stały na środku pokoju.

Czyli tam, gdzie była lodówka. To zabieg celowy? 

 

tworząc kreaturę jak

taką, jak – chociaż nadal brzni trochę tak, jakby to była kreatura podobna do stworzonej przez dzwonnika

 

Żyrandol zaskrzypiał, w powietrze uniósł się duszny zapach węgla?

Zamiast przecinka dałbym kropkę. 

 

Głos Kamila się załamał, przekrzywił głowę

Głos przekrzywił głowę? 

 

Kamil odetchnął, robiąc powolny krok w tył. Ja cicho odetchnąłem…

Powtórzenie

 

które coś zatrzasnęło zaraz po przekroczeniu progu.

Coś przekroczyło próg, a potem zatrzasnęło drzwi? 

 

Buty były oddalone kilka centymetrów od mojej twarzy, nosek przebijały szpony.

Buty w liczbie mnogiej, to i noski w liczbie mnogiej. 

 

Ciekawy pomysł na realizację hasła. Podoba mi się koncepcja zdziczałych bogów. Świetnie wyszła Ci wycieczka po Poznaniu, skutecznie splotłeś fabułę z miejscem akcji z hasła. Niezły zabieg na koniec, z tymi wpisami na blogu, chociaż styl całości tekstu nie sugerował, że to taki wpis. Ogólnie niezły tekst, ale kilka elementów wymaga dopracowania. 

 

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Przyznam, że gdy tylko zobaczyłam, że bohaterem opowieści ma być dzieciak, chciałam sobie darować. I to niczyja wina – po prostu jakoś zupełnie nie podchodzą mi opowiadania, w których bohaterem jest dziecko. Ale, jako że czytałam twoje opowiadanie w Kafce, to czułam, że mogę liczyć na coś więcej. I dobrze, że zostałam!

Podobał mi się klimat i ta sugerowana powtarzalność zdarzeń – że księga zawsze da się odnaleźć. I znowu. I znowu. Czuć, że świat się nie kończy, gdy bohater z niego znika. Najbardziej jednak podobało mi się to, na co już została ci zwrócona uwaga: "A co jeśli bogowie zdziczeli?". Pomysł cudowny i choć trochę przemycasz go tu czy tam, to faktycznie szkoda, że nie wykorzystany w pełni ;)

Witam nowych czytelników! :D

Gekikara,

Sztucznie to brzmi.

Wiem XD

Chyba zdołałem to nieco poprawić.

Mógłbyś zaakcentowac, co aż tak się zmieniło, że skłania bohatera do takich przemyśleń. 

Poprawione.

ciemność gęstnieje 

Pozostałość po zmianie jednego wyrażenie na inne, ale nie usunięcia wszystkich pozostałości, poprawione.

Piszesz, że wszystko, a w sumie upadł tylko narrator.

Chodziło bardziej tą całą nieprzejrzystą otoczkę itd, ale jeśli to nie pasuję, to zastanowię się, jak mógłbym to przerobić.

Może to tylko moje wrażenie, ale coś tu szwankuje. Komu ten sznur się wbijał? 

Poprawiłem.

Śladu po czym? 

Hmm… myślałem, że to jasno wynika z kontekstu, ale chyba masz rację, poprawiłem.

Czy między nimi jest coś więcej? Już wcześniej nachodziły mnie wątpliwości, rozmawiają ze sobą w bardzo… intymny, pełen troski sposób. Ten fragment wzbudził poważne podejrzenia. Jeśli tak jest, to warto by to mocniej zaakcentować – jeśli nie, to ich relacje są dość dziwne jak na kumpli… a może teraz nastolatkowie się tak zachowują i wpadłem w przepaść pokoleniową. 

Nie, nie zachowują się, to miało być jasne wskazanie, że zachowania Kamila jest dziwne, nienaturalne i powinno budzić wątpliwości. Tylko tyle ;)

Chyba wystarczyłoby "zadrżał spazmatycznie". 

W sumie tak.

To celowe? 

Tak.

Gdybym zobaczył coś takiego, przestraszył bym się nie na żarty. 

Ja też. Straszny obraz.

że nikt mnie nie obserwuje

To miało być odniesienie do gościa z muzeum i parku, ale w sumie to nie wynika z kontekstu, poprawiłem.

Kto miał słyszeć? Był tam ktoś jeszcze? 

Mieszkańcy bloku.

Wyciąłbym "prosto w ciecz" – nie jest konieczne, a unikniesz powtórzenia. 

Tak zrobię, proste rozwiązanie, a na nie nie wpadłem. :D

Brzmi to tak, jakby ciecz miała spazmatyczny oddech. 

Czy ja wiem… hmm. Nie mam takiego wrażenie, poczekam, jeśli ktoś jeszcze to wskaże, wtedy pomyślę, jak to poprawić.

To moja czysto subiektywna opinia, ale dużo w tym opowiadaniu równoważników zdań i nie zawsze tam, gdzie pasują. 

Prawda, to moja zmora, one potrafią dynamizować akcję, ale jeszcze nie nauczyłem się ich rozważnie używać, przez to psuję takty, ale pracuję nad sobą! :D

Czyli tam, gdzie była lodówka. To zabieg celowy? 

Nie, to błąd autora, już poprawiam! Przepraszam, to całkiem spora pomyłka xD

taką, jak – chociaż nadal brzni trochę tak, jakby to była kreatura podobna do stworzonej przez dzwonnika

Poprawiłem po swojemu, żeby lepiej brzmiało, akurat miałem pomysł :P

Zamiast przecinka dałbym kropkę. 

Tak i pozmieniałem nieco, bo to brzmiało straszliwie nie po polsku.

Głos przekrzywił głowę? 

Wcześniej wychodzi na to, że tak, ale już poprawiłem :D

Powtórzenie

Poprawiłem.

Coś przekroczyło próg, a potem zatrzasnęło drzwi? 

Miałem problem z tym zdaniem, żeby uniknąć powtórzenia “się”, które miałem w zdaniu następnym, ale chyba sobie poradziłem… chyba. :P

Buty w liczbie mnogiej, to i noski w liczbie mnogiej. 

Racja.

Dzięki za świetną łapankę! Ciesze się, że tekst uważasz za niezły. Bardzo jestem zadowolony, bo z wplataniem Poznania miałem trochę problemów, dobrze, że mimo wszystko wyszło całkiem dobrze.

Niezły zabieg na koniec, z tymi wpisami na blogu, chociaż styl całości tekstu nie sugerował, że to taki wpis.

Początkowo było to jasne od początku, jednak beta mi zasugerował, że zbyt wiele zdradzam i miał rację. W ten sposób wyszło zdecydowanie lepiej.

Dziękuję za przeczytanie i tak długi komentarz. :D

 

Anet,

Dziękuję! :D

 

Ninedin,

Dzień dobry, dziękuję za przeczytanie.

 

Kasjopejatales,

Dziękuję za przeczytanie i cieszę się, że zdecydowałaś się zostać (i pomyślałaś o tym, że może czekać cię co więcej, to wiele dla mnie znaczy), nawet jeśli bohaterem był… nastolatek, no nie przesadzajmy, że dziecko :P

Szkoda mi tego pomysłu, nie myślałem, że okaże się aż tak dobry, zresztą miałem troszkę mało znaków, aby wszystko z niego wycisnąć. Następnym razem, postaram się napisać jeszcze lepiej i w pełni wykorzystać pomysł. Dzięki! :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Od razu przyznam, że nie jestem fanem horrorów i weirdu, wiec nie jest łatwo trafić do mnie tekstem łączącym te gatunki. I na pewno to ma znaczenie w przypadku tego opowiadania, które niestety mnie nie przekonało.

Nie mówię, że tekst jest słaby. Po prostu zabrakło czegoś w pierwszej części, co mogłoby wzbudzić moje zaciekawienie. Bohaterowie (szczególnie Kamil) wydali mi się niezbyt przekonujący, a ich relacje trochę mnie irytowały (szczególnie dialogi nie wydają się do końca wiarygodne, gdyby tak spróbować sobie je wyobrazić). Mam wrażenie, że to właśnie pierwsza połowa tekstu negatywnie mnie nastawiła i końcówkę czytałem już bez zaangażowania.

No cóż, szkoda. Może po prostu nie jestem targetem takich opowiadań. Mam nadzieję, że spróbujesz jeszcze coś napisać w gatunkach bardziej wpasowujących się w mój gust. Pozdrawiam ;)

 

PS. Co do Poznania – wszystko opisane jak trzeba, tylko… widać że te opisy wynikają z wymagań konkursu, a niekoniecznie przydają się samemu tekstowi. Ale tutaj się nie czepiam – z pewnością trudno byłoby napisać coś, co bardziej jednoznacznie łączy się ze stolicą Wielkopolski.

nawet jeśli bohaterem był… nastolatek, no nie przesadzajmy, że dziecko :P

Eh, starość ze mnie wyłazi. Czy bohaterem jest dziecko, czy nastolatek – podobnie zniechęca mnie to do tekstu. Dopiero studentów zaczynam traktować jako dorosłych, a i to nie wszystkich, bo niektórzy zachowują się gorzej od dzieci ;)

Ciekawy pomysł na Księgę Umarłych, zdziczałych bogów, końcówkę w formie wpisówsmiley. Ja niestety mam trochę jak Perrux. Relacje miedzy kolegami dziwne, tak jak niektóre dialogi. Za mało również Thota, choć taki snujący się raz tu, raz tam też ma swój urok. Ciekawa scena podczas “śnieżycy” przy posągu oraz kiedy wchodził do mieszkania. Nie mam problemu z Poznaniem. Miały być czasy współczesne i są:)

Ustaliliśmy we dwóch, że spali tę księgę.

Jesteś pewien, że to nie było dla krokodyli? ;-)

 

Wizyta robocza celem kliknięcia przeczytane.

I w sumie…

 

Cztery kliki już masz, znaczy opowiadanie zdaniem “bezstronnych” czytelników jest warte biblioteki, to może nie ma sensu, żebyś czekał na tego piątego klika aż do kolejnego czytelnika.

Krótka opinia z bety (ponieważ pod klika potrzeba przede wszystkim zalet, skupię się na nich):

Zacznę od takiego odniesienia do Twojego tekstu na “Trójkąt…”, bo to również był tekst oznaczony tagiem horror. Otóż tutaj w mojej opinii jest zdecydowanie lepiej, bo jednak opowiadanie jest jednoznacznie zdefiniowane jako horror. Ten horror widać, strach czy grozę poniekąd też, nie ma więc tego problemu “niezdecydowania”, które pojawiło się tam.

Horror więc jest i uważam, że to dobra decyzja zarówno pod kątem wykorzystania wybranej postaci jak i samego konkursu.

Koncept wyjściowy to dla mnie zaleta tego opowiadania. Tworząc horror w oparciu o mitologiczną księgę nie hamujesz się zbytnio w prezentacji przemocy i paskudztwa. Żadnego litościwego bóstwa, które daje szansę, żadnych półśrodków. Bohater, który zainteresował się Księgą Umarłych ginie. I to ginie w sposób bezwzględny.

Dlaczego to dobrze? Ano dlatego, że budujesz w ten sposób i klimat horroru i respekt do boga. Zauważyłeś, że Ci bogowie, których przedstawiamy obecnie w opowiadaniach są coraz bardziej nijacy, by nie napisać: dupowaci? (A niektórzy, jak pan Q. są zwyczajnie idiotami :-)) Jasne, chodzi między innymi o to, by pokazać tę ich bezradność. Tyle że przy okazji często gubimy gdzieś tę ich pierwotną potęgę. I często na końcu się okazuje, że te bóstwa to już tak średnio są dla nas tym, czym były z początku. Słowem, nie budzą już żadnego respektu.

Dlatego dobrze, że pisząc ten horror uczyniłeś tych bohaterów na swój sposób bezradnymi. Dobrze, że pokazując tę paskudną śmierć mówisz: z bogami i ich artefaktami nie ma żartów.

Mam nadzieję, że to wystarczy. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Witam kolejnych czytelników i jednego starego wyjadacza :P

Przepraszam, że odzywam się tak późno, jednak byłem odcięty od komputera i dopiero teraz nadrabiam komentarze. ;)

 

Perrux,

Dziękuję za przeczytanie, szkoda, że tekst do Ciebie nie trafił, ale sam mam poczucie niespełnionego potencjału. Z początkiem miałem problem… no od samego początku. :P Nie zdołałem go naprawić, jednak to głównie wina narracji, którą sam sobie narzuciłem. Póki co mam duże parcie na weird i horrory, jednak jestem pewny, że on minie i zaczną pojawiać się teksty, które być może Ci podpasują, spróbuję stanąć na wysokości zadania. ;)

Masz rację co do opisów, one były zmieniane, poprawiane i znów zmieniane i ponownie poprawiane, czyli nie tworzyłem ich na swój sposób odruchowo, jak mam w zwyczaju. Jednak finalnie jestem z nich zadowolony, a największy udział w tym ma jedna z moich bet. :D

 

Kasjopejatales,

Postaram się zapamiętać, następnym razem dam ostrzeżenie przed zbyt dużym stężeniem nastolatków i dzieciaków :P

 

Monique.M,

Dziękuję za przeczytanie, kilka i opinię. Też mam trochę wrażenie, że skopałem tę relację, choć może bardziej same dialogi, głównie jestem, który mam wciąż w głowie i ciągle mi go nieco wstyd XD

Jednak cieszę się, że znalazłaś także elementy, które Ci się spodobały. ;)

 

CM,

Dzięki za przeczytanie… kilka razy, ale za opinię to już nie, bo się namęczyłem za bardzo XD

Jesteś pewien, że to nie było dla krokodyli? ;-)

Zostawiłem coś na teraz, żeby nie umarły z głodu. :P

Cztery kliki już masz, znaczy opowiadanie zdaniem “bezstronnych” czytelników jest warte biblioteki, to może nie ma sensu, żebyś czekał na tego piątego klika aż do kolejnego czytelnika.

Dzięki za ostatniego klika. Moją odpowiedz, mnóstwo innych zarzutów i pół nieistniejącej biografii już znasz, więc pozwól, że kolejny raz nie będę tego pisał. Mam troszkę odpowiedzi do nadrobienia, a oczy same mi się zamykają po zbyt długim odpoczynku (dziwne prawda?). Dziękuję jeszcze raz za wszystko, co zrobiłeś przy tym tekście i w sumie też za to, czego nie zrobiłeś, bo mogę. :P

Mam nadzieję, że to wystarczy. ;-)

Wychodzi na to, że wystarczyło :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

 jakby jedno oko był sprzeczne z drugim 

Było

 

Uch, aż mam teraz dreszcze. Bardzo sugestywnie budujesz klimat, styl jest bardzo lekki, czytało się płynnie i szybko, czasem trafiały się naprawdę ciekawe zdania (jak to z czerwonym światłem jak fundament piekieł – fajne są takie językowe urozmaicenia). Horror to raczej nie moja bajka, a łyknęłam szybko i z przyjemnością. 

Relacja głównego bohatera z Kamilem wydaje mi się nieco za mało rozwinięta – obaj mogliby być bardziej pełnokrwiści. Dowiadujemy się tylko, że Kamil chodzi za narratorem jak cień, ale poza tym jakoś trudno określić charakter tej przyjaźni. Przez to ten ładunek emocjonalny jest mniejszy niż mógłby być.

Stopniowe szaleństwo Kamila jest bardzo dobrze, sugestywnie opisane i rzeczywiście budzi grozę. Scena z pisaniem od tyłu uważam świetna. Podobała mi się też struktura wpisów. 

Moja koleżanka z Poznania jest absolwentką Marynki, raz oprowadzała mnie po swoim mieście. Bardzo fajnie było znowu poczuć ten klimat! 

Oooo, a mnie się mega podobało. Narracja płynie sama, wątek jest wyrazisty i nie kombinuje jak koń pod górę. Świetny przykład młodzieżowego horroru i pod względem fabuły i pod względem języka. Czyta się jak z latarką pod kołdrą. Gdyby nie ostrzejsze sceny z gore, mogłoby spokojnie wpasować się w kanon Gęsiej Skórki. Bawiłem się rewelacyjnie!

Dobre opowiadanie. Nastoletnia historia z dreszczykiem na dopalaczach :) Sceny, które mają wzbudzać niepokój, skutecznie to robią. Na ogromny plus bardzo sugestywny, plastyczny opis postaci Strażnika.

Witam nowych czytelników, wybaczcie, że opisuję tak późno, ale trochę gubię się w tym przed maturalnym szale. Wolałbym to pisać w maju, nawet z ustnymi i wszystkim innym, ale nieważne, nie przyszedłem tu narzekać XD

Mam nadzieję, że zdołam dotrzeć pod wszystkie wasze teksty, ale nie obiecuję, że zrobię to szybko. Próbuję wciąż trochę powtarzać do matury, a ona jest tuż za rogiem. Postaram się znaleźć nieco czasu… ;)

 

Artemisiu,

Błąd poprawiony, dziękuję za przeczytanie i bardzo miłe słowa. Zgadzam się, relacja bohaterów nie była zbyt rozwinięta, ponieważ wcześniejsze rozwinięcie za bardzo szkodziło głównemu wątkowi tekstu, nie znalazłem tego złotego środka, jednak w przypadku horroru (jak wspomniała mój beta czytelnik i w pełni się zgadzam) lepiej rozmyć relację niż zrobić ją zbyt wyraźną. Nie mówię, że to nie mój błąd, jednak wcześniej początek przypominał bardziej obyczajówkę, a to bardzo psuło ogólne wrażenie.

Moja koleżanka z Poznania jest absolwentką Marynki, raz oprowadzała mnie po swoim mieście. Bardzo fajnie było znowu poczuć ten klimat! 

Ja natomiast w Poznaniu byłem dwa razy i to lata temu, za dzieciaczka, więc nie pamiętam zupełnie nic :P Ciesze się, że choć po części zdołałem oddać ten klimat :D

 

Japkiewiczu,

Bardzo dziękuję za komentarz i ciepłe słowa, podoba mi się twoje porównanie, mam teraz wrażenie, że dokładnie o coś takiego mi chodziło. Sceny z gore… one same się nasunęły, ostatnie fragmenty pisałem trochę “na fazie”, nie dosłownie oczywiście, ale było tam nieco improwizacji, tekst sam mnie niósł. :D

Bawiłem się rewelacyjnie!

heart

 

Adamie_c4,

Dziękuję za opinię, fajnie, że opowiadanie się podobało. Miło, że zwróciłeś uwagę na opis Strażnika :D

Dreszczyk na dopalaczach… muszę to sobie zapisać :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Chodziliśmy z Kamilem do trzeciej klasy Marynki. Właściwie część rówieśników powiedziałaby, że to ja chodziłem, a on za mną. Był jak cień uczepiony swojego jedynego przyjaciela, inni kojarzyli go tylko z powodu fiksacji na punkcie Egiptu.

 

– Nie ma o czym. W końcu znalazłem sobie jakąś pasję, tak trudno to zrozumieć?!

W pierwszym akapicie mówisz o fiksacji Kamila na punkcie Egiptu, a trochę dalej masz zdanie, które sugeruje, że ta fiksacja zaczęła się po wizycie w muzeum.

 

Ogólnie fajnie straszysz. Pomysł mi się podoba, wykonanie też :) Co mi trochę przeszkadzało, to fakt, że to młodzieżówka i to współczesna młodzieżówka. W czasach, gdy ja miałam naście lat, w książkach dla młodzieży dorośli czasem pomagali, czasem przeszkadzali, ale stanowili istotny element świata przedstawionego, we współczesnej literaturze dla nastolatków (a przynajmniej tej, którą czytałam) dorośli są co najwyżej częścią dekoracji tak, jak tutaj nauczycielka.

Rodzice obu chłopców są nieobecni, jakby w ogóle ich nie było. Chłopak wraca do domu o północy i nic. Nauczycielka reaguje co najmniej dziwnie, gliniarze też. Może by nie uwierzyli w moce ponadnaturalne, ale w kierunku sekty, czy coś pewnie by sprawdzili. Z mojego 40+ punktu widzenia jest to trudne do przełknięcia. Jakoś tak wolałabym, żeby to byli studenci ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Ooo… bardzo mnie wciągnęło, przez tekst praktycznie przeleciałam. Świetnie nakreślona atmosfera, z łatwością wtopiłam się w wydarzenia, a i dreszczyk odczułam. Zwróciłam uwagę na to samo, co Irka_Luz – że Kamil teoretycznie od początku ma fioła na punkcie starożytnego Egiptu, ale jakby dopiero gdzieś w połowie stwierdza, że znalazł sobie pasję… Pomijając ten mały zaskok, wszystko grało i śpiewało. Nie lubię horrorów, a tu proszę, jak dobrze mi się czytało :D Trochę szkoda, że sam Thot pojawiał się dość szczątkowo. Bardzo podobała mi się scena w śnieżycy. Oraz reakcje głównego bohatera w mieszkaniu Kamila – mam wrażenie, że zbyt często bohaterowie horrorów są nienaturalnie odważni, więc jego zachowanie było miłą odmianą.

Opowiadanie bardzo na plus!

Witam nowe czytelniczki, bardzo mi miło. :D

 

Irko,

Hmm, masz rację, mój błąd ponieważ źle to ująłem. W drugim przypadku chodzi mi tylko o samą księgę, ale tak, słowo “pasja” nie bardzo tutaj pasuje, pomyślę, jak to poprawić. Za miłe słowa dziękuję, a nieobecność dorosłych nie jest umyślna, troszkę zabrakło mi na to znaków, trochę nie miałem pomysłu na sceny. Nie jesteś też jedyną osobą, która wolałaby studentów… za rok! Za rok będę mógł pisać o studentach :P

Dziękuję za miłe słowa! :D

 

Silvo,

Bardzo dziękuję za miłe słowa, cieszę się, że opowiadanie Ci podeszło, nawet jeśli to horror. Jak wspomniałem wyżej, to mój błąd, użyłem w zasadzie złego słowa, ogólnie źle sformułowałem tamtą wypowiedź.

Oraz reakcje głównego bohatera w mieszkaniu Kamila – mam wrażenie, że zbyt często bohaterowie horrorów są nienaturalnie odważni, więc jego zachowanie było miłą odmianą.

Też tego nie lubię, dlatego staram się unikać. Dużo naturalniej wychodzi odcięcie bohatera od możliwości ucieczki i pchnięcie go w akcję, a to okazuje się wcale nie takie trudne. :D

Jeszcze raz dziękuję!

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Niezłe. 

Mam podobnie jak Przedpiścy – początek omal mnie nie odrzucił toporną, "uczniowską" narracją i oklepanym zawiązaniem akcji. Ale od momentu parkowego spaceru zrobiło się naprawdę fajnie – klimatycznie, horrorowo, całkiem strasznie. Scena w mieszkaniu Kamila jest już horrorem pełną gębą – pomysłowa (jak na horror oczywiście) dobrze napisana pod względem dynamiki i szalenie plastyczna; nie miałem żadnych problemów z wyobrażeniem sobie tego całego szaleństwa, a jednocześnie nie zabiłeś dynamiki nadmiarem szczegółow w statycznych opisach. Brawo. 

Narrator wyszedł dość przeźroczyście. Mimo, że osobiście bierze udział w przerażających wydarzeniach, nie bardzo odczuwam jego emocjonalne zaangażowanie; rzecz trochę przypomina opisywanie przygody po latach, gdy już nabrało się dystansu. Ale Kamil dobry, zwłaszcza jego desperackie prośby o pomoc spod knebla opętania. 

Ogólnie – udana, prosta młodzieżówka. Nic, co rzucałoby na kolana, ale wyraźnie zdradza Twój talent do horroru i mroku. 

P. S. 

Wilk ma rację. To zdanie o zdziczałych bogach też od razu skoczyło mi do gardła. Pomysły o takim potencjale trzeba wykorzystywać, inaczej trafia się do literackiego piekła. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Cześć, Thargone, dzięki za komentarz i przepraszam, że odpisuję po kilku dniach, ale żyłem trochę maturą i nie bardzo miałem ochotę odpisywać nawet na komentarze… mam nadzieję, że nie podpadłem :P

Wiem, że skopałem ten początek, on jest bardzo schematyczny, niezbyt ciekawy, ale następnym razem postaram się napisać tekst bardziej równy. Dzięki za miłe słowa, właściwie podczas pisania sam miałem wrażenie, że prawdziwy tekst zaczyna się od spaceru w parku. Cieszę się, że scenę w domu Kamila uważasz za dobrą, a co do przezroczystego bohatera… wciąż czasem mam z tym problem, mam wrażenie, że troszkę za mało skupiłem na nim uwagi.

Ogólnie – udana, prosta młodzieżówka. Nic, co rzucałoby na kolana, ale wyraźnie zdradza Twój talent do horroru i mroku. 

P. S. 

Nie wiem, czy to trochę nie przesadzone, ale dziękuję :D. Czas zabrać się za czytanie weirdu i horrorów, żeby nie stanąć w miejscu. Zabawne jest to, że sam tych gatunków nie lubiłem, dopóki nie zacząłem ich pisać.

Wilk ma rację. To zdanie o zdziczałych bogach też od razu skoczyło mi do gardła. Pomysły o takim potencjale trzeba wykorzystywać, inaczej trafia się do literackiego piekła. 

Nie jestem pewien, czy ten pomysł skończy się na tym opowiadaniu, ale jeszcze niczego nie obiecuję.

Pozdrawiam! :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Rozważałeś opcję, żeby zamiast licealistów zrobić z nich studentów archeologii? Zastanawiałem się, czy nie byłoby odrobinkę bardziej tajemniczo i strasznie, gdyby dorwali się do oryginalnego tekstu zamiast przekładu : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Cześć, Nevaz, dziękuję za odwiedziny i wybacz, że odpisuję po kilku dniach.

Hmm, nie miałem takiego pomysłu, ale chyba masz rację, byłoby ciekawiej. Być może trochę za bardzo skupiłem się na wydarzeniu podlinkowanym u góry. :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Hej MaSkrol! :D 

Przeczytałam sto lat temu, uciekłam w popłochu i wracam z komentarzem, miałam nadzieję zdążyć przed jurorkami, żeby się nie sugerować i uf, oto jestem! ;) 

Musiałam sobie co nieco przypomnieć tekst, ale w sumie większość obrazów zapamiętałam szczegółowo – co oznacza, że wyszło bardzo barwnie i działająco na wyobraźnie. Najbardziej utkwiły mi w pamięci sceny ze zjawą na drzewie no i finał z lodówką, bleh! Oraz okrutny bóg co bez słowa przychodzi po swoją ofiarę, świetnie (strasznie!) opisałeś tę scenę końcową, dosłownie i wprost. Na mnie podziałało. 

Początek zapowiadający opowieść o uczniach może lekko odstraszać, że oto będzie bajka o szkolnych perypetiach ale… to właśnie najlepszy dowód, żeby nie oceniać tekstu za szybko ;) Poza tym wydaje mi się, że fakt, że bohaterami takiej historii są dzieci tylko wzmacnia wydźwięk. Wiadomo, że każdego szkoda żeby padł ofiarą Thota, ale jakoś jak to są młode dzieciaki, to tym bardziej boli… Bo dziecko mogło się potknąć, pomylić, zagubić, łatwiej wpaść w taką pułapkę, bo jest bardziej ufne i mniej świadome… Także mi te dzieci tu pasują, nie zmieniałabym ich na starszych.

Dobrze też budujesz nastrój tym stopniowym pokazywaniem jak Kamil zaczyna wpadać w obsesję – najpierw zainteresowanie, potem nerwowe, przesadzone reakcje, w końcu utrata kontroli – no, czyta się to mało przyjemnie, dzieciaka szkoda, czyli wyszło :P

Zakończenie z opętaniem bohatera-narratora przez księgę też dobre, choć może zabieg jest lekko oklepany (takie “ucięcie” historii sugerujące, że komuś się coś stało, wydaje mi się popularne w strasznych historiach, ale może się mylę?), ale tutaj bardzo pasuje, zostawiło mnie to z takim nieprzyjemnym poczuciem przegranej i przestrachem, czyli chyba tak jak horror powinien, nie? 

 

No, to tyle, dzięki i gratuluję jeszcze raz! :)

O, cześć, Koimeda. :D

Nie spodziewałem się kolejnego komentarza, nie po tak długim czasie, dziękuję. Szczególnie mogę się cieszyć, bo zapamiętałaś co nieco, a to dużo dla mnie znaczy, bo i test jest już odrobinę stary. 

Początek zapowiadający opowieść o uczniach może lekko odstraszać, że oto będzie bajka o szkolnych perypetiach ale… to właśnie najlepszy dowód, żeby nie oceniać tekstu za szybko ;)

Jejku, jak dobrze, że reszta nadrabia, ile ja się nasłuchałem o tym początku… :P

Zakończenie z opętaniem bohatera-narratora przez księgę też dobre, choć może zabieg jest lekko oklepany (takie “ucięcie” historii sugerujące, że komuś się coś stało, wydaje mi się popularne w strasznych historiach, ale może się mylę?). Na mnie to podziałało i zostawiło z takim nieprzyjemnym poczuciem przegranej na końcu. 

Wiem, że oklepane, niestety. Zastanawiam się teraz czy nie lepiej by było zostawić bohatera z niczym, z samą książką, strachem, przeświadczeniem, że bóg przyjdzie, pchnąć go w paranoję i tak zakończyć tekst. Bez żadnej informacji, żadnego śladu ani tropu. Hm, to by nawet mogło być lepsze.

No, to tyle, dzięki i gratuluję jeszcze raz! :)

Dziękuję! :D

I ja gratuluję i… kiedyś w końcu przyjdę, przeczytam i skomentuję! :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Jejku, jak dobrze, że reszta nadrabia, ile ja się nasłuchałem o tym początku… :P

→ Wiesz co, serio nie przejmuj się, jak to jeszcze raz dzisiaj przeczytałam, to stwierdzam, że to jest dobre rozwiązanie, taki wybór bohaterów. I początek nie jest zły, naprawdę.

 

W ogóle pokażę Ci jak ja to widzę, pierwsze zdanie masz:

 

Chodziliśmy z Kamilem do trzeciej klasy Marynki.

→ owszem, tu reakcja jest “oho, dzieciowo” i szkolno brzmi ta klasa, poza tym nie mam pojęcia czym jest Marynka :D aleee… już drugie zdanie:

 

Właściwie część rówieśników powiedziałaby, że to ja chodziłem, a on za mną.

→ … czymś mnie intryguje. Już jest jakiś hint, coś co mi każe się zastanowić “Czemu Kamil za nim chodzi?” 

 

A odrobinkę dalej pierwszy akapit kończy się już solidną zapowiedzią dalszych wydarzeń: 

 

W piątek, szóstego grudnia zadzwonił dopytać, czy na pewno idziemy. Brzmiał inaczej, jakby ekscytacja ustąpiła miejsca niepewności. Później dzwonił jeszcze klika razy, pisał esemesy, pytał, czy go nie wystawię. W końcu wyłączyłem telefon.

Rano znalazłem tuzin wiadomości z przeprosinami.

na samym początku zawiązujesz akcję i budzisz zainteresowanie. 

 

Więc serio – to jest dobre otwarcie. No i kto powiedział, że ciekawa akcja nie może dziać się w szkole?

 

Wiem, że oklepane, niestety. Zastanawiam się teraz czy nie lepiej by było zostawić bohatera z niczym, z samą książką, strachem, przeświadczeniem, że bóg przyjdzie, pchnąć go w paranoję i tak zakończyć tekst. Bez żadnej informacji, żadnego śladu ani tropu. Hm, to by nawet mogło być lepsze.

→ nie wiem. Taki koniec – owszem, spodziewany – ale działa. Mnie się podobało. Skoro uciekłam na kilka miesięcy? ;) 

 

I ja gratuluję i… kiedyś w końcu przyjdę, przeczytam i skomentuję! :P

→ dziękuję, nie czuj się zobligowany. Zapraszam, jak będziesz miał ochotę :) 

 

W ramach prokrastynacji postanowiłam popisać trochę komentarzy.

 

I tu w zasadzie mogłabym poprzestać na krótkim: och, jak mi się podobało :) Ale postaram się napisać coś więcej, aczkolwiek zawsze mam większy problem z uzasadnianiem oceny pozytywnej niż negatywnej.

 

Przyznaję, że do tekstów o nastolatkach podchodzę jak do jeża, rzadko mi się podobają, ale tu stworzyłeś coś, co mnie urzekło. Świetny pomysł na bogów w dzisiejszym świecie, bardzo dobra, niebanalna opowieść, choć wykorzystujesz sporo ogranych motywów. Zdecydowanie od przeczytania jeden z moich faworytów konkursowych. Gratulacje :)

 

A ponieważ nie wkleiłam obrazka, bo czytałam większość tekstów mając fatalny zasięg, to nadrabiam.

 

http://altronapoleone.home.blog

Cześć, Drakaino, cieszę się, że przyszłaś z komentarzem, dziękuję :D

I tu w zasadzie mogłabym poprzestać na krótkim: och, jak mi się podobało :)

Dziś rano zaspany załapałem telefon i zajrzałem na portal, żeby sprawdzić, czy może są komentarze pod nowym opkiem. Nie było, ale zaskoczyła mnie gwiazdka tutaj. To jedno zdanie natychmiast mnie rozbudziło, dziękuję. To naprawdę bardzo miłe :)

Zdecydowanie od przeczytania jeden z moich faworytów konkursowych. Gratulacje :)

No miód na moje serce, skrzydła dla samopoczucia, bardzo się cieszę, że sprostałem wyzwaniu i dziękuję za świetny konkurs.:D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

I Koimeodo,

Zapomniałem odpisać, wybacz :P

→ Wiesz co, serio nie przejmuj się, jak to jeszcze raz dzisiaj przeczytałam, to stwierdzam, że to jest dobre rozwiązanie, taki wybór bohaterów. I początek nie jest zły, naprawdę.

Nie musiałaś czytać znów! Ale dziękuję, już mi lepiej :D

→ owszem, tu reakcja jest “oho, dzieciowo” i szkolno brzmi ta klasa, poza tym nie mam pojęcia czym jest Marynka :D aleee… już drugie zdanie:

Takie… liceum, jeśli dobrze pamiętam XD

Więc serio – to jest dobre otwarcie. No i kto powiedział, że ciekawa akcja nie może dziać się w szkole?

Nikt, nikt chyba tak nie powiedział, chyba że jakiś dyrektor, kiedy uczeń chciał napisać coś dziwnego XD

→ nie wiem. Taki koniec – owszem, spodziewany – ale działa. Mnie się podobało. Skoro uciekłam na kilka miesięcy? ;) 

Może i tak… coraz bardziej mnie zaskakujecie aż tak pozytywnymi reakcjami :D

→ dziękuję, nie czuj się zobligowany. Zapraszam, jak będziesz miał ochotę :) 

Przyjdę! W końcu przyjdę.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Nowa Fantastyka