- Opowiadanie: MrBrightside - Studium błędu w sztuce

Studium błędu w sztuce

Łamliwy temperament

 

Ukłony dla Kam za błyskawiczną konsultację. :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Studium błędu w sztuce

Doktor Zamenhoff była osobą, której w owym czasie najbardziej potrzebowaliśmy. Pamiętam, gdy pojawiła się u nas po raz pierwszy. Niezrażona mdłym odorem gnijących wrzodów, obojętna na ruchliwe albo nie, wszechobecne ciała, stała wyprostowana, ręce mając oparte o biodra. Spod fartuchów, przyłbic i masek, kryjących jej ciało niczym zbroja, widać było jedynie oczy. Ale ach, cóż to było za spojrzenie! Samo wspomnienie wyzwala dreszcz, bo jak każdy, widziałem w nim ułudne odbicie siebie.

Będąc na wojnie, słysząc wrzawę nadciągającej odsieczy, człowiek nie myśli racjonalnie. Nadzieja w jego sercu lęgnie się mimowolnie i bezczelnie tam rozpycha. Nawet jeśli w starciu z czołgami po prostu zamieniliśmy kamienie na włócznie, to wszystkie te nasze pochylone głowy nagle zyskały siłę, by spojrzeć w oczy komuś spoza naszego piekiełka. By choćby na moment wyrwać się z marazmu.

Dlaczego właściwie mielibyśmy nie wierzyć pani doktor? Była jak bodziec, którego nikt się nie spodziewał, a na który wszyscy czekali. Przyprowadziła zespół, całą armię. Wszyscy w równie sterylnych, zdawać się wtedy mogło, wręcz lśniących, wielowarstwowych pancerzach; nie ustępowali profesjonalizmem szefowej. Zauważyłem, że nasz lokalny personel – ci, którzy unieśli głowy i nieśmiało uwierzyli – patrzył na przybyszy znad brudnych szmat owiniętych wokół twarzy, spojrzeniem podbarwionym po równo tak wdzięcznością, jak i zazdrością.

Pewnego razu, gdy pani doktor odkażała w śluzie strój po powrocie z hali terminalnej, podsłuchałem jak mówiła do podwładnych z niedającą się zamaskować ekscytacją. Że po to właśnie wybierała ten zawód, by nieść pomoc w kryzysie. Że spokojne życie, które świat porzucił, owszem, jest wartością, ale i w zaistniałej sytuacji należy się odnaleźć. Że nie wolno traktować zarazy jako dopust Boży, lecz jako szansę.

– Pomożemy tym ludziom! Bo jeśli nie my, to kto?! – pytała, wcale nie czekając na odpowiedź; patrząc na wszystkich, a jednocześnie na nikogo, wzrokiem aż skrzącym się pasją spod przyłbic.

 Przez nieustanny akompaniament śpiewnych sloganów, pacjenci oraz nowy i stary personel – wszyscy jednakowo, nawet jeśli początkowo sceptyczni – dali się wciągnąć w ten chocholi taniec.

Doktor Zamenhoff często zaglądała do naszej sali osobiście. Za pierwszym razem, nim przemówiła, zainaugurowała długie oklaski. Jak później wyznała, tym spontanicznym gestem chciała wyrazić wdzięczność żołnierzom pierwszej linii, którzy po długiej walce mieli w końcu prawo do odrobiny odpoczynku. Ależ zrobiło mi się wtedy cieplej na sercu.

Jeśli tylko miałem siły, a przytomność akurat nie ulatywała, próbowałem zamienić słowo z naszą wybawicielką.

– Pani doktor, czy to szaleństwo zmierza wreszcie ku końcowi?

– Tym się nie przejmujemy. Należy wypoczywać – odpowiadała szybko, jakby nie mogła się zdecydować, czy chce mnie skarcić, czy pocieszyć. – Byle bakcyl na pewno nie da nam rady. Już wkrótce spotka się pan z rodziną. Proszę się nie martwić.

Przynajmniej nie mówiła, że „wszystko będzie dobrze”. Tego chyba sam Bóg nie mógłby nam obiecać. Tymczasem wrzody nadal pękały, smród się wzmagał, a ludzie ciągle umierali. Skowyt, jaki dochodził z hali terminalnej nocami, gdy ruch na korytarzach zamierał, budził falę spekulacji i uzasadnione obawy tych, którzy utknęli na odcinku obserwacyjnym. Od przybycia posiłków częstotliwość zgonów nie spadała, ani nie rosła. Nikt jednak nie zwracał na to uwagi, bo przecież taniec trwał.

A ja dopiero po jakimś czasie zacząłem dostrzegać detale. Jedna para rękawic zamiast dwóch. Ta sama plama ropy na skafandrze widoczna któryś dzień z rzędu. Przyłbica albo maseczka, ale nigdy jedno i drugie. Niedługo później rozkaszlałem się na dobre i zostałem przeniesiony.

 

 

Hala terminalna nazywała się tak, gdyż przed zarazą służyła jako terminal odpraw promów. Przekształcona w lazaret, ogromem zapierała dech. Tutaj nie dało się być głuchym na jęki i zawodzenia, bo dochodziły po prostu zewsząd.

Pierwszej nocy spałem fatalnie. Kaszel okazał się być oporny na wszelkie medykamenty mające go tłumić, co okazało się dawać we znaki nie tylko mnie. Do tego słyszalny wcześniej skowyt tak naprawdę był śmiechem jakiegoś szaleńca. Każdej kolejnej nocy ten wrzaskliwy chichot dochodził z innej strony hali. Przygaszone światło nie pozwalało mi widzieć dokładnie, a i sił by zadzierać głowę miałem coraz mniej. Pewnego razu wydawało się, że obłąkaniec rechocze raptem parę łóżek od mojego. Mógłbym przysiąc, że widziałem, jak jego sylwetka wygina się w pałąk i lewituje nad posłaniem. Wznosiła się tak wysoko, że personel, zawsze ten lokalny, linami musiał pętać nieszczęśnika, by przywiązywać go do stalowych prętów pryczy.

Tamtej nocy odwróciłem się prędko w drugą stronę, gdzie przez rozdarty parawan mogłem dostrzec mojego sąsiada. Ten był już w tak fatalnym stanie, że na moich oczach pękł mu nabrzmiały wrzód na piersiach, a czarna ropa aż chlusnęła o podłogę. Ale przynajmniej biedak nie kaszlał.

Moje dolegliwości narastały i z trudem łapałem oddech, a mgliste wspomnienia z czasów po drugiej stronie wraz z natarczywymi cieniami nie dawały spokoju. Tymczasem tak jak co kilka dni, w hali pojawiła się doktor Zamenhoff, by odsiać zmarłych od żywych. Tym razem twarz miała owiniętą jedynie szmatą, a fartuch krępował ruchy sztywnością zaschniętych na nim wydzielin. Ulitowała się wtedy nad nami, przyduszonymi własnym kaszlem, i zleciła wszystkim zastrzyk jakiegoś specyfiku.

Gdy pielęgniarka podawała mi lek, zerknąłem w stronę podejrzanie cichego sąsiada, ciekaw, czy jeszcze w ogóle żyje. Ujrzany widok mnie zmroził. Oto czarna ropa, której nie było komu przez noc zetrzeć, kotłowała się na podłodze i formowała w kształt tłustego węża. Ten wpełzał wprost do wrzodu na piersiach jak do siebie, a przy tym w cudowny sposób zasklepiał się w oczach. Chwilę później straciłem przytomność.

Moja świadomość pojawiała się i znikała, choć trzeba uczciwie przyznać, że częściej jej jednak nie było. Hala terminalna zdawała się rosnąć w oczach i nie mieć końca, a ten ogrom mnie przytłaczał. Posłania tkwiły jedno przy drugim, ciało przy ciele, wrzód przy wrzodzie, bo w pewnym momencie przestano zawracać sobie głowę parawanami.

Lek dostrzykiwano mi tak często, że miałem wrażenie, że w moich żyłach nie płynie nic innego prócz tej substancji. Mimo to cieszyłem się, że wraz z moją włócznią jestem w stanie stawić czoła wrogowi, bo wbrew obietnicom doktor Zamenhoff, nie udało się mnie zabrać z frontu, a zwyczajnie zamieniłem pierwszą linię na którąś kolejną. Kaszel w końcu zniknął, choć  jego miejsce zajął bardzo przykry świąd. Na szczęście zdążyłem uodpornić się na niepożądane działanie leku i owszem, pozostawałem dłużej przytomny, jednak moje członki leżały w tym czasie bezwładne, a przy tym okrutnie swędzące. Czułem, jak rój robactwa wił się tuż pod moją skórą, kłębił tam i mnożył, wywołując całe spektrum wrażeń – od bólu po łaskotanie – ale to świąd był z nich najgorszy.

Z tego wszystkiego nawet nie zauważyłem, kiedy zmarłem. Ciało bez ustanku cierpiało katusze, więc mogłem zwyczajnie przeoczyć mój ewentualny epizod lewitacji. Szkoda, to była ostatnia rzecz, jaka wywoływała moją ekscytację. Do tego zupełnie straciłem poczucie czasu. Moja głowa zastygła obrócona na bok i mogłem jedynie obserwować kobietę, która na pryczy obok wchodziła właśnie w stan terminalny. Olbrzymi, przedziurawiony wrzód na jej policzku, szyi i piersi bulgotał gniewnie, z chlupotem na powrót napełniając się płynącą w górę z posadzki czarną ropą. Rozpoznałem tą panią nie od razu. Naprowadziła mnie dogasająca w jej oczach ostatnia z ulotnie znajomych iskier. W tym spojrzeniu dużo było rezygnacji. Brakowało łez i coraz bardziej także życia. Bunt, nawet jeśli się kiedyś pojawił, to ślad już po nim zaginął. Tak wyglądały oczy dokładnie każdego w hali terminalnej i jakimikolwiek słowami by nie czarować rzeczywistości, pani doktor Zamenhoff nie była wyjątkiem.

A ja się już w istocie nie martwiłem – bo i czym? Wypoczywałem. Poza tym kto wie, może faktycznie udałoby mi się teraz spotkać z rodziną? Nieuchronnie nadchodził moment odwieszenia butów na kołek, choć muzyka wciąż grała, a wielu nadal tańczyło. Nie mnie dane było jednak obserwować dalsze akty spektaklu, gdyż ktoś właśnie zasunął nade mną zamek czarnego wora.

 

Koniec

Komentarze

Czy to jeszcze fantastyka, czy spekulacje?

 

Z przyjemnością czytałam historię poruszającą aktualne tematy pisaną przez lekarza, a więc osobę z pierwszej linii frontu. Podejrzewam, że jako pracownik szpitala możesz nieświadomie zawrzeć w tych czarnych wizjach własne obserwacje, obawy i przeczucia – dobrze jest zajrzeć ci do główki.

 

Główny bohater jest tu dość przezroczysty, natomiast w krótkim tekście zdołałeś stworzyć barwną, pochłaniającą uwagę postać lekarki, uwodzącej swoim zaangażowaniem i pasją.

 

Doskonale zastosowałeś detale, by pokazać zmieniającą się sytuację pracowników lekarza – na czele ze sztywnym od wydzielin fartuchem lekarki, który “lśnił” w pierwszych scenach po rycersku.

 

Nie jestem pewna, czy wstawianie opowiadania z tagiem to najlepszy pomysł – czytelnicy mogą być zawiedzeni, że nie dostali tego, po co tu przyszli – w tekście nie ma weirdu, a nawiązanie do hasła jest bardzo luźne.

 

Podsumowując – przyjemna, ciekawa lektura, która pozostawia człowieka z pewną refleksją i każe mu się zastanowić nad otaczającym nas światem. Czytałam z przyjemnością.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Dzięki, Kam.

Przygotowując się do pisania tego szorta, zapoznałem się z paroma “klasykami weirdu” i stwierdziłem, że wcale nie trzeba tworzyć tak szalonych rzeczy jak Szyszkowy, bo weird może się objawiać całym spektrum dziwności. Dlatego, póki co, zostawię tag.

No, Bright, dawno Cię nie było – dobrze, że znowu jesteś.

EDIT: Bardzo dobrze, spójnie wykreowany klimat: mroczny, tłusty i zaropiały. Tło – do końca niejednoznaczne, ale jednak sprawiające wrażenie konsekwentnej kreacji. I chyba największe wrażenie zrobił język narracji – niebanalny, unikający wytartej frazeologii, momentami pokręcona konstrukcja zdań, jak na weird przystało.

Zasugerowałem się własnymi doświadczeniami i tym, co wiem o Tobie, stąd początkowo traktowałem narratora jako lekarza, który uzyskuje wsparcie w swojej pracy od nowych posiłków. Sprawdziłem, to kwestia subiektywna, tekst bezpośrednio nie sugeruje takiej opcji.

Wykorzystanie hasła raczej naciągane, ale to problem dla jurorów w aspekcie konkursu, nie umniejszający wartości literackiej.

Za to tytuł świetny.

 

No co za konkurs, co jedno opowiadanie, to dobre, pomysłowe, nagrodowe. 

To też. Ujęło mnie klimatem i językiem (IMHO pełnoprawnie weirdowym, zdecydowanie zostawiłabym tag konkursowy), barwnym i trafiającym w emocje sposobem, w jaki opisujesz chorobę i wprowadzeniem fantastyczności: tym, jak subtelnie, krok po kroku, rozjeżdża ci się rzeczywistość, jaką znamy, z tą, jakiej doświadcza bohater. Plus za obrazowy język i kreację, na niewielkiej przestrzeni tekstu, wiarygodnej postaci lekarki. 

Dzięki za kolejne komentarze!

 

Zasugerowałem się własnymi doświadczeniami i tym, co wiem o Tobie, stąd początkowo traktowałem narratora jako lekarza, który uzyskuje wsparcie w swojej pracy od nowych posiłków. Sprawdziłem, to kwestia subiektywna, tekst bezpośrednio nie sugeruje takiej opcji.

Coboldzie, to jedna z możliwych interpretacji. Ukryłem jednak pod nią coś jeszcze, do czego nawiązuje tytuł, wypowiedzi lekarki i ostatni akapit. Nie chciałbym mówić o tym wprost już teraz. :)

 

Ninedin, dzięki! Kto by pomyślał, że moja spaczona składnia może okazać się atutem. ;D

Ano faktycznie, można to odczytać całkiem na odwrót ;)

O, JasnaStrono, dawno nie było niczego nowego na portalu spod twojej ręki, cieszę się, że zdecydowałeś się na wzięcie udziału w konkursie :D

Fajna historia. Zgadzam się z kam, że przede wszystkim dobrze zarysowałeś postać pani doktor Zamenhoff, ale może to właśnie dobrze, bo przezroczysta postać narratora nie odciąga zbytnio uwagi od podejrzeń, które pani doktor wzbudza od samego początku :>

Dobre, dobre, szkoda tylko, że takie krótkie. Widzę, że jeszcze nie masz kompletu klików, więc lecę do wątku zgłosić prośbę o takowego.

 

Powodzenia w konkursie! 

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dzięki, Sy!

Pani doktor wzbudza podejrzenia, ale czy jej intencje są tak jednoznacznie oczywiste?

I mi się wydaje, że nie ma się co rozwadniać – szybki szpil i wystarczy. Przekazałem, co chciałem przekazać. Chyba zaczynam być #teamwilkzimowy. ^^

To mi przypomina scenę wojenną, gdy na front przyjeżdża młody narybek oficerów, z głowami wypełnionymi sloganami i pomysłami, jak tę wojnę wygrać. Też muszą świetnie wyglądać w nowiutkich mundurach ;) Stara ekipa nie ma już siły dyskutować, tłumaczyć, chce po prostu przeżyć, albo mieć to z głowy, odpocząć w czarnym worku. A potem nowicjusze zderzają się z rzeczywistością, mundury szarzeją i zaczynają przypominać szmaty, a pomysły okazują się psu na budę. Nic się nie zmienia, front tkwi w miejscu, a ludzie umierają. Narybek powoli traci entuzjazm i wiarę, o ile oczywiście zdąży, o ile wcześniej nie zginie, jak Twoja pani doktor.

Powiedziałabym, że bohater jest tu takim szeregowcem, który przygląda się nowicjuszom, nawet na chwilę daje im się porwać, choć pewnie w głębi duszy wie, że nic nie zdziałają. To raczej chory niż lekarz, porównałam go do szeregowca, bo chorzy, o czym niektórzy zapominają, też są żołnierzami w tej wojnie.

Określenie hala terminalna jest jednoznaczne, to zwyczajna umieralnia. I nie ma tu niczego, żadnego sprzętu do ratowania życia. Tu się już nikomu nie pomaga. Zastrzyki, które bohater dostaje mają takie skutki uboczne, że właściwie trudno je nazwać lekiem. Zastanawiałam się nawet, czy bohater nie był przypadkiem nieświadomym szczurem laboratoryjnym.

Zastanawiam się, gdzie tu błąd w sztuce, czy to nadmierny entuzjazm, naiwność, głupia wiara, że się chorobę pokona, nie mając broni, samym wypoczywaniem?

Twoje opko to dance macabre. A końcówka życia na sali terminalnej przypomina mi obrazy Pietera Bruegela. Piekielnie paskudna i dołująca wizja, ale cholernie dobry tekst.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzięki, Irko.

Spływają kolejne opinie i widzę, że każdy wyciąga sobie z tego szorta coś dla siebie, ale, przynajmniej póki co, dzieje się to zgodnie z moją intencją. Twoja interpretacja bardzo mi się podoba.

 

Zastanawiam się, gdzie tu błąd w sztuce, czy to nadmierny entuzjazm, naiwność, głupia wiara, że się chorobę pokona, nie mając broni, samym wypoczywaniem?

Podpowiem, że błąd w sztuce z definicji jest działaniem na szkodę pacjenta. ;)

Bardzo… ropne.

Podobało mi się to pomieszanie wojny z chorobą – w pierwszych akapitach przechodziły płynnie między sobą i wystarczyło tylko zmienić swoją optykę, by historia mówiła o czym innym. Zazdraszczam.

 

Co z tym ropnym wężem?

 

(mam wrażenie, że musiałeś się wyżyć po pracy xD)

I would prefer not to. // https://www.facebook.com/anmariwybraniec/

Slepa jestem. To nie lekarka popelnila blad, wyslanie jej tam, tylko z propagandowymi haslami bylo bledem w sztuce i doprowadzilo do jej smierci.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

@Wygranietz mie zazdraszcza? Rumieniem się. ^^

Dzięki za komentarz.

Mimo tematyki bardzo przyjemnie i płynnie się czytało. Świetny tytuł. Podobała mi się relatywnie chłodna relacja z tego skrawka rzeczywistości który pogrążał się powoli w katastrofie. Przez to, moim zdaniem, tym bardziej świat przedstawiony robi wrażenie i jest momentami obrzydliwie plastyczny. 

Bardzo dobrze przekazujesz też informacje pokazując detale, jak choćby tu:

Jedna para rękawic zamiast dwóch. Ta sama plama ropy na skafandrze widoczna któryś dzień z rzędu. Przyłbica albo maseczka, ale nigdy jedno i drugie.

Końcówka również bardzo na plus. 

by nieść pomoc [w+] kryzysie

 

Co by tu się nie powtarzać:

Dobrze napisane. Postac lekarki wyraźna, narysowana oszczędnymi, ale dobrze dobranymi słowami.

Weird, jak dla mnie, jest. Trudno rozsądzać, czy dziwności na hali terminalnej wynikają ze złego stanu narratora, czy też faktycznie ma miejsce – i ta niedookreśloność zostaje. 

Puszczone oczko: narracja po śmierci protagonisty? ;-)

 

Brak faktycznego leczenia, być może celowy eksperyment medyczny, być może po prostu gorzki komentarz do nieprzygotowania – trudno mi zdecydować, o jakim błędzie w sztuce mowa w tekście.

 

Dziękuję za lekturę!

 

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki za komentarze, panowie! I za obrazek, Żonglerko. ;)

Ach, chciałoby się pokłócić z Rybem, albo chociaż podyskutować, ale skurczybyk to taka żyleta, że nie ma gdzie się z nim nie zgodzić! Taka mnie naszła gorzka refleksja. ;D

Mnie tu chwało… Dziękuję!

 

Powiem ci, że gdybym mógł rozszyfrować tytuł w którymś z kontekstów, to byłbym baaardzo dorżnięty czytelniczo :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ile miodu tu się leje! I to spod paluszków właścicieli piórek kolorów wszelakich i publikacji przeróżnych. No radość. :)

Powiem Ci, Rybiu, że bardzo podobają mi się kolejne interpretacje, które tu znajduję, a parę z nich kompletnie mnie zaskoczyło, toteż nie chcę wskazywać mojego zamysłu. Jeśliś ciekawy, to priv. ^^

Ty nie dziękuj, tylko powiedz, jak z tym ropnym wężem.

Zwykłe haluny czy coś innego?

I would prefer not to. // https://www.facebook.com/anmariwybraniec/

Posyłam gołębia. ;D

A mogę też prosić :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Rzeczywiście całość ma niepokojąco aktualny wydźwięk. Tak jak zauważyli przedmówcy, tekst jest króciutki, a udało się zbudować i ciekawy klimat, i grozę, i wyrazistą postać lekarki. Do tego wszystkiego przebija namacalny brak nadziei i poczucie chaosu. Duże gratulacje!

Przytłoczyło mnie. Dosłownie.

Rozumiem to uniesienie nadzieją głównego bohatera, ale jednak chyba zbyt duża część początku poszła w opis wyobrażeń.

Z jednej strony tekst dobrze idzie w nacisk na to, jak bardzo nagła nadzieja może być tylko chwilowa, z drugiej… czegoś chyba w tekście nie chwyciłem. Za to groza z punku widzenia “prostego człowieka” – tak, to dobre. No i plus za gęstość tekstu.

 

" Przez nieustanny akompaniament"

Nadmiarowa spacja na początku akapitu.

 

"choć  jego miejsce zajął"

Podwójna spacja.

 

PS. Co z tym ropnym wężem?

Tekst jest niepokojąco… spokojny (jeżeli można tak to określić). Zaczyna się rozbudzaną nadzieją, którą wszyscy tracą wraz z upływem czasu. Opowiadany jest z punktu widzenia człowieka chorego, który bardzo cierpi, a mimo to jego narracja nadal jest spokojna; nawet po śmierci (co jest świetnym elementem całego opowiadania). I ten spokój jest niepokojący i niesamowity jednocześnie. Taki jakby idealnie pasujący (do odrętwienia, utraty nadziei) i idealnie niepasujący (do człowieka, który cierpi i umiera). Do tego tajemnica i niedopowiedzenia. Reasumując: bardzo mi się podobało :)

Takie mam wrażenie, że trochę na siłę pisany tekst.

 

Przykro mi, ale zupełnie nie wiem o czym to było, a i przyjemności z czytania nie miałem żadnej.

 

EDIT:

Przeczytałem komentarze i zgadzam się z poniższymi;

Klimat: mroczny, tłusty i zaropiały.

No i plus za gęstość tekstu.

A ja jestem zadowolona. Opowiadanie w spokojnym tonie, mimo że pewne sceny mogłyby odrzucać, ale tak ładnie poprowadziłeś narrację, że się płynęło… 

 

Niezrażona mdłym odorem gnijących wrzodów, obojętna na ruchliwe albo nie, wszechobecne ciała, stała wyprostowana, ręce mając oparte o biodra.

 

“albo nie” uwielbiam takie wstawki :)

Ciekawy tekst, chociaż mam poczucie, że temat ledwie muśnięty. Postać lekarki została dobrze przedstawiona, podczas gdy o głównym bohaterze nie wiemy nic ponad to, że jest żołnierzem. Podoba mi się przystępny styl, w którym piszesz o tak trudnej sprawie.

Zostaw ten żyrandol.

Artemisiu, dziękuję. I muszę zwrócić uwagę, jak fantastycznie odmienia się Twój nick. ;D

 

Wilku, jeśli dobrze rozumiem, to wrażenia masz raczej mieszane? Wąż to luźne nawiązanie do narażania zdrowia pacjentów, przez brak zachowania standardów opieki i leczenia.

 

Kasjopejatales, dzięki za opinię. Takie wpisy, nie ukrywam, czyta się baardzo przyjemnie. ;)

 

Fizyku, i taki komentarz musiał się w końcu pojawić i szkoda, że nie podeszło. Na szczęście to tylko 8k, więc nie katowałem Cię zbyt długo. ;D

A o czym to było? Chyba o grzechu mijania się z prawdą z premedytacją.

 

Saro, moc serduszek! heart Albo nie. ;D

 

Verus, a ja sądzę, że zawarłem tutaj wszystko, co chciałem i gdyby napisać więcej, to temat byłby zbytnio rozwodniony. Choć wojskowe wyrażenia zostały tu użyte, to czy na pewno bohater był żołnierzem jako takim?

Czy mieszane… Trochę. A trochę właśnie “za dużo”.

Ale za dużo czego? :P

Jakby to ująć… Po pierwszych czterech akapitach czułem się jak po dwudziestu stronach “Roku 501” Chomsky’ego ;-) Oczywiście Chomsky o czym innym pisał, chodzi mi tylko o natłok. Co przyznam, nieco mnie samego zaskoczyło, bo ogólnie lubię bardzo wysoką kondensację treści i zazwyczaj uważam ją za bardzo istotny atut.

Hm. A to w sumie ciekawa uwaga.

Decydując się na szort, siłą rzeczy decydowałem się też na kondensację treści. No bo co się dzieje w pierwszych akapitach? Lekarka wchodzi, pojawia się nadzieja, dwa słowa o wyposażeniu przybyszy i zwrócenie uwagi na entuzjazm – to pierwsze cztery akapity. Moim planem było stworzyć gęstą, uderzającą od razu atmosferę. Ale żeby cztery akapity odebrać za 20 stron, toś mnie zaskoczył. ;)

Kto zna tę książkę, to dopiero dostrzega skalę porównania ;-) 

Damn, wyszło moje nieoczytanie! Dodam pana Chomskiego na listę życzeń w takim razie. ^^

Podobało mi się :)

Przynoszę radość

Hm, ja również mam raczej mieszane odczucia… Napisane jest bardzo sprawnie, ale klimat jakoś mi się nie udzielił. No, trochę przykro zrobiło się pod koniec, gdy lekarka podzieliła los swych pacjentów, bo zabrakło dla lekarzy środków ochrony (tak zrozumiałam tekst). Więc myślę, że ogólnie dobre, tylko do mnie jakoś nieszczególnie trafiło.

Podobało mi się :-) W opowiadaniu było trochę tajemnicy, bo kim była Zamenhoff? Jaki miała sekret? Było dziwnie i straszno, bo co to za diabeł dłubał w organizmach pacjentów? Ropne opisy dodawały takiego poczucia obrzydzenia, jakby cały szpital był w brudzie. Może topił się w ropie pacjentów. Całkiem zręcznie napisana historia, więc i lektura była względnie lekka. 

Mój komputer jest po polsku

MrBrightsight, uff. :-)

Nie lubimy pani dr Zamenhoff, oj, nie lubimy, a na naszego bohatera to byłam wściekła, a potem posmutniałam. Gdzież on rozum zagubił? Heroizmu i wielkości nam nie potrzeba, lecz pokory, cierpliwości, dokładności. No, a z entuzjazmem lepiej, gdy jego poziom miarkujemy. Bogowie. Wszyscy skrzydła chcą mieć i do słońca lecieć. Znamy historię Ikara. Eh. 

Masz moje emocje i odczucia w trakcie czytania, opisałam je powyżej, a poniżej kilka słów z innych organów. 

 

Opowiadanie mocne, silnie zmysłowe, takie cielesne, choć malujesz obrazami. Dlaczego? Już wiem, skąd. Zmieniająca się rzeczywistość jest kompatybilna ze stanem i odczuciami bohatera. Pokazujesz poprzez nią.

Czarna ropa, która zmieniła kierunek zastanawiająca i misię (w sensie, że nie ładna lecz przerażająca. You scared me, MrBrightside).

Opko jest dobre i na poziomie narracji, i bohatera, myśli. :-) Weirdowe hasło fajnie ograne. Bardzo mroczne opowiadanie. Najchętniej bym o nim zapomniała, ale będzie trudno. Stąd wniosek, że na dzisiaj opowiadań weirdowych mam zdecydowanie dość. wink

 

Zgłoszę do piórka, więc spróbuję uzasadnić za co:

*przemyślaną konstrukcję,

*narrację obezwładniającą czytelnika (z polskiego na nasze – chodzi mi o wciągającą jak Alicję do czarnej dziury),

*naturalny, świeży język

*siłę przekazu

* zamkniętą historię

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Anet heart

Silva, dzięki że wpadłaś mimo wszystko. Moze następnym razem bardziej spasuje. ;)

Mersejk, dziękówa!

Asylum, łoo! Takie rozbudowane recenzje to ja lubię! Strumień emocji, jakim się podzieliłaś, jest poruszający. Przyznam, że nie lubię pisać aż tak katastroficznie i wolę zakończenia słodko-gorzkie – no ale koncepcja weirdu popchnęła mnie na ciemną stronę mocy. Mam nadzieję, że pozbyłaś się już przykrych wrażeń i zostały z Tobą tylko te wypunktowane na końcu. :)

Komentarz nominacyjny :-) Z wiadomych okoliczności przybywam, aby napisać kolejny komentarz, który być może lepiej usprawiedliwi moją nominację do piórka. Pragnę wspomnieć tylko, że jestem prostym człowiekiem, nie literatem i nie intelektualistą. Zatem, moja opinia może być niewybitna. Poza tym postaram się odnosić do mojego wcześniejszego komentarza.

 

Podobało mi się. Najlepszą częścią utworu było osadzenie historii w szpitalu, który niebawem przeobraził się w lazaret. Nieczęsto czytam opowiadania z takim motywem, a z całą pewnością nieczęsto czytam opowiadania z tak dobrze zrealizowanym motywem, bo tu było bardzo przekonująco. Wiem, że autor jest na etapie kończenia studiów medycznych, więc to potęgowało mój odbiór utworu.

W opowiadaniu było trochę tajemnicy, bo kim była Zamenhoff? Jaki miała sekret? Już w pierwszy zdaniach czytamy:

 

Doktor Zamenhoff była osobą, której w owym czasie najbardziej potrzebowaliśmy. Pamiętam, gdy pojawiła się u nas po raz pierwszy. Niezrażona mdłym odorem gnijących wrzodów, obojętna na ruchliwe albo nie, wszechobecne ciała, stała wyprostowana, ręce mając oparte o biodra”.

 

Jej postać wzbudziła moją fascynację, a to odczucie spotęgowała nierozwiązana tajemnica, ponieważ nie dowiadujemy się w końcu, kim była ta tajemnicza kobieta. Moim zdaniem to jest świetny element tej historii, który porusza wyobraźnię i budzi nawet mały lęk.  

Było dziwno i straszno, bo co to za diabeł dłubał w organizmach pacjentów? Czarna maź, że tak ją nazwę, również zadziałała na moją wyobraźnię. Myślę, że została przekonująco i nawet malowniczo opisana, a może raczej sugestywnie. Oto przykład:

 

Oto czarna ropa, której nie było komu przez noc zetrzeć, kotłowała się na podłodze i formowała w kształt tłustego węża. Ten wpełzał wprost do wrzodu na piersiach jak do siebie, a przy tym w cudowny sposób zasklepiał się w oczach”.

 

Ropne opisy dodawały takiego poczucia obrzydzenia, jakby cały szpital był w brudzie. Może topił się w ropie pacjentów. Myślę, że to budowało element grozy oraz dziwności. Całkiem zręcznie napisana historia, chociaż opowieść pochłonęła mnie na tyle, że nie analizowałem warstwy językowej. Mimo wszystko, moim zdaniem mamy tu proste konstrukcje oraz obrazowe opisy. Lektura była względnie lekka, jeśli tę opowieść możemy uznać za lekką, a dokładnie mówiąc, można szybko przejść przez lekturę, jeśli tylko czytelnikowi nie przeszkadza bieg przez szpitalny horror.

 

Bardzo fajne opowiadanie :-)

Mój komputer jest po polsku

Przybywam dotłumaczyć swoją decyzję o nominacji.

Udało Ci się skondensować w krótkim opku niesamowity ładunek emocjonalny. W ogóle nie miałam wrażenia, że przeczytałam szorta, tak wiele udało Ci się w nim upakować. Przy takim maleństwie, tak napakowanym trzeba mocno uważać na język i to Ci się też udało. Bez tych dwóch elementów nie byłoby dobrego opka, ale to nie one zaważyły.

Już od jakiegoś czasu czekałam, aż zaczną się tu pojawiać teksty, związane z pandemią, bo że zaczną było oczywiste i byłam ich bardzo ciekawa. Ktoś tutaj w komentarzu napisał, trochę z przymróżeniem oka, że pewnie musiałeś się wyżyć po pracy. I aż się skrzywiłam, bo dla mnie teksty, w których autor próbuje się “wyżyć” nie są dobrą literaturą. Dobra literatura wymaga chociaż odrobiny dystansu, albo zmiany perspektywy. I to właśnie tutaj widzę. To świadectwo czasów, w których żyjemy, świadectwo, którego autor nie koncentruje się na sobie. I uważam, że napisanie czegoś takiego jest naprawdę cholernie trudne. I to jest powód nominacji.

Jest jeszcze jedna rzecz. Dopytałam Cię o pewną kwestię na prv. Twoja odpowiedź trochę mnie zaskoczyła, trochę zawstydziła, ale przede wszystkim wzbudziła mój szacunek, bo bronisz tego, co jest dla Ciebie ważne, w czasach, które temu nie sprzyjają. W czasach presji, lęku, stresu bronisz rzeczy, która mogłoby się wydawać jest drobnostką. Tylko że jeśli o niej zpomnimy dzisiaj, to jutro sobie nie przypomnimy.

Oczywiście, ktoś zaraz zakrzyknie, że tekst powinien bronić się sam i skoro musiałam dopytać na prv, to znaczy, że autor dał ciała. Generalnie tak, ale nie w tym wypadku. To tam jest, czarno na białym, nawet nie musiałam przeglądać tekstu, od razu miałam przed oczami odpowiedni fragment. Czemu więc ani ja, ani nikt inny tego nie zobaczył? Kojarzy mi się takie zdjęcie z Nowego Jorku, rzędy trumien zakopywane przy pomocy spychaczy w zbiorowym grobie. Gdyby na takim zdjęciu znalazł się na przykład krzak bzu niezwykłej urody, nikt by na niego nie zwrócił uwagi. Zbyt skoncentrowani jesteśmy na tych trumnach, nie jesteśmy w stanie zobaczyć niczego innego.

Z Twoim opkiem jest trochę jak z dobrą whisky – potrzebuje czasu. Dlatego bardzo bym chciała, żeby nie tylko dostało Piórko, ale załapało się na antologię 2020, bo pewnie dopiero kiedy ona wyjdzie, będziemy w stanie w pełni docenić to, co napisałeś.

 

A tak a propos reguł i wyjątków. Jakoś tak na mnie Twoje opka działają, że mam ochotę odpowiedzieć. Zgadzam się z Tobą, ale zawsze jest jakieś małe ale ;)

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Kurde, gryzę się z dwoma tekstami i ten jest jednym z nich.

Forma jest cacy, ale rozgryzienie, interpretacja – umyka mi. Chyba się jednak poddam i śmignę na priv.

 

Każdą razą, jak się zastanawiam, co mi nie gra, to chyba kondensacja symboliki i jednak zbyt duże niedopowiedzenie. Ja z tych, co może łopaty nie, ale lubią takie tropy, od rozszyfrowania których głowa nie boli. Albo jawnie zostawiają czytelnikowi do rozstrzygnięcia w sobie, w Czesiu, jak zinterpretować.

 

Temu zostawiam drugi komentarz, żeby było jasne, czemu mój głos nominacyjny nie padł, mimo, że widzę dobroć. Za ograniczony jestę najwyraźniej.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Tekst przewrotny i z pewnością prowokujący do dyskusji i zastanowienia się, o czym tak naprawdę tu mowa czyli weird pełną gębą. Klimatem przypomina mi trochę teksty z dwudziestolecia międzywojennego. Spory wysyp tekstów o tematyce około chorobowej w tym konkursie, lecz ten na dłużej zapadnie mi w pamięć smiley

Mersejku, dzięki po raz drugi. :p Gdy jest się w loży, to perspektywa trochę się zmienia; pojawia się presja, by napisać coś przynajmniej wyglądającego jakkolwiek mądrze. Odpisuję Ci po czasie, ale myślę, że marudzenie lożowników wynika w tym miesiącu z faktu, że takie analityczne komentowanie w dużych ilościach może być całkiem męczące. Zafundowałeś tu sobie więc takie lożowanie w wersji demo. ;D Choć ja uważam, że nie ma co wartościować komentarzy, bo każdy jest cenny.

Ryb miodek leje konsekwentnie. Wszystko już wyjaśnione na boku. Nie roszczę żadnych pretensji! ^^

Oidrin, dzięki! Ciekaw jestem, co Ci się skojarzyło z tym dwudziestoleciem. :)

 

Irko, wow. Po prostu. Dla takich komentarzy warto tworzyć. :)

Chyba skojarzyło mi się z jakimiś motywami z Grabińskiego, ale muszę poszukać w pamięci jak się nazywało to opowiadanie, bo na pewno nie Salamander Powiem, jak mi się w głowie otworzą właściwe fiszki XD I ogólnie stylizacja i motyw obłędu były troszkę tak poprowadzone, że mi się nasunęło. To co się bierze na lepszą pamięć? Podkreślam, że to nie wiek tylko przeciążenie od nadmiaru informacji smiley

Kto wzywał fiszkę?

Aaa, otwierać chcą, pod opkiem medycznym, skalpel, skalpel widzę!

To ten, no, muszę lecieć :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja nie widzę tutaj żadnej wojny. Linie frontu, pola bitwy, wojna – te wszystkie określenia dotyczą moim zdaniem walki, jaka toczą lekarze z epidemią. Narrator/główny bohater sam jest lekarzem/pielęgniarzem, który w pewnym momencie zostaje zarażony i staje się pacjentem. Doktor Zamenhoff to lekarka z „centrali”, która przybywa z „odsieczą”, wsparciem, sprzętem, iskra nadziei. Na niewiele się zdaje owa odsiecz, gdy kończą się środki ochrony, brakuje skutecznego lekarstwa, a każda ofiara kończy tragicznie – nawet pani doktor, która na chwilę tchnęła w personel nadzieję, a potem zapewne sama skonała wśród swoich pacjentów.

Dla mnie to jest pełnoprawny weird. Gdzieś na granicy majaków chorego i nieco odmiennej rzeczywistości, gdzieś w opisach dziwacznej choroby/pasożyta pożerającej chorych.

Podobał mi się bardzo język tego opowiadania. Bogaty, ciekawy, obrazowy. To, o czym wspominał Cobold (dziwny szyk niektórych zdań) albo Oidrin (klimat tekstów z okresu dwudziestolecia międzywojennego). Ja bym poszedł nawet dalej – czuć tutaj leciutką stylizację narracji/języka na literaturę przełomu wieków (XIX/XX), nieuchwytną, dostrzegalną w pewnych zwrotach (np. bakcyl), sposobie wysławiania się narratora, szyku zdań, elementach świata przedstawionego, Jakiś klimacik świata nieco innego niż nasz, innej epoki, innej rzeczywistości. Weirdowej.

Ze dwa razy mi ten absolutnie udany i wciągający klimacik języka lekko siadł. Na pewno w akapicie zaczynającym się od słów: „Lek dostrzykiwano…". Drugiego momentu nie odnalazłem przy powtórnym przeglądzie tekstu.

Fabuła jest bardzo prosta. Mamy szpital niemal polowy, z salą prowizorycznych izolatek na terminalu promowym. Lekarze tracą nadzieje i siły, przybywają posiłki, narrator choruje, obserwuje innych pacjentów, wreszcie rozpoznaje wśród nich doktor, która przybyła z posiłkami, sam końcu umiera, a przed śmiercią doświadczamy jego stanu – nie wiedząc dokładnie co jest majakiem wywołanym chorobą, a co jawą.

Tekst klimatem i opisami stoi. I na tym poziomie bardzo mi się podoba.

Ale ostatecznie jestem na NIE.

Zawiodła mnie kompozycja, zwłaszcza rozmyta, urwana końcówka, niezrozumiały finał. Jakby przyspieszony, pozbawiony mocnego akcentu (wiem, to dziwnie brzmi, wszak narrator umiera, doktor zapada na straszną chorobę, ale jednak sam finał nie wybrzmiewa z żadną mocą). I wobec tego nie wybrzmiewa również z odpowiednią mocą całe przesłanie tekstu. No bo jest dziwnie i trochę obrzydliwie, jest poniekąd nawiązanie do aktualnych wydarzeń, ale cały sens tekstu sprowadza się do stwierdzenia, że choroby są straszne, ludzie nie poradzą sobie z naprawdę potworną zarazą, nie pomoże im żadna nadzieja i poświęcenie? Czy może sensem opowiadani był opis obrzydliwości i bezsilności wobec dziwnej plagi? To wszystko? Za mało zrozumiałem, zbyt wiele mi umknęło? (miałem skojarzenie z jakimś obrazem, nazwisko Zamenhoff [z jednym f] kojarzy mi się niestety tylko z twórcą esperanto, słów pani doktor nie rozpoznałem itd.)

Tak, to weird. Rozumiem więc niedopowiedzenia, rozumiem, że ma być dziwnie i bez wyjaśnień. Ale widzę ten koniec jako przyspieszny, porzucony, zaburzający kompozycję (długa ekspozycja kontra napakowany opisami, niezapowiedziany finał). I to mnie gorzko rozczarowało, bo lektura była zacna, naprawdę interesująca. Warsztatowo bardzo satysfakcjonująca.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ło, Panie Marasie, dzięki za tak wypasiony komentarz! Ciągle się przyzwyczajam do przebywania po drugiej stronie. ;D

Jestem pod wrażeniem Twojej przenikliwości – zwróciłeś uwagę na mnóstwo rzeczy, które poupychałem. Te uwagi o stylizacji przełomu wieku wzięły się zapewne stąd, że nim wziąłem się za pisanie, podpatrzyłem co nieco u mistrzów gatunku. Zwłaszcza Algernon Blackwood mnie zainspirował. :)

Parę wniosków widzę jednak chybionych. Nazwisko pani doktor jest zupełnie przypadkowe i nic się za nim nie kryje. Ślepy strzał z tym esperanto. Szkoda, że uciekł Ci finał, bo wydaje mi się, że zawarłem tego tytułowego błędu w sztuce tyle, ile potrzeba – w wypowiedziach lekarki i w ostatnim akapicie. Choć trochę racji może mieć też Irka, że na chłodno ten szort może być odbierany zupełnie inaczej.

No i jeszcze powiem, że szczerze cieszę się, że się podobało! To moje dzieło wpadło na tapet w hurcie z wieloma innymi i miałem irracjonalne obawienia, że być może rozwadniam nominacyjną stawkę.

“Z tego wszystkiego nawet nie zauważyłem, kiedy zmarłem.” – takie proste zdanie, a takie dobre…

W sumie w ogóle dobry, mięsisty tekst, body horror w takim wymiarze, jaki uważam za sensowny.

Natomiast czuję jakiś niedosyt. Z jednej strony nie bardzo widzę, co by tu dodać, a z drugiej – czegoś mi brakuje…

Niemniej ogólne wrażenie – zdecydowanie dobre. Mimo że nie przepadam za tekstami, które nawiązują do aktualnych wydarzeń, a ten, jakby nie patrzeć, dość mocno to robi ;)

http://altronapoleone.home.blog

Sorry, Winnetou, jestem na NIE.

Jak dla mnie – za mało fantastyki. Widzę tu opowieść o lekarzu pracującym na oddziale chorób zakaźnych. Pracuje, pracuje, aż się zaraża i sam umiera. Owszem, podejrzanie długo zachowuje świadomość po śmierci, owszem, ropa w tym szpitalu dziwnie się zachowuje. Ale żadna z tych rzeczy nie ma wpływu na fabułę.

Mnie też wpychało się esperanto i niepotrzebnie mąciło odbiór.

Piszesz, że popełniono tu błąd w sztuce. Cóż, ja go nie widzę. Chyba nie. Bo może miał być tutaj:

A ja dopiero po jakimś czasie zacząłem dostrzegać detale. Jedna para rękawic zamiast dwóch. Ta sama plama ropy na skafandrze widoczna któryś dzień z rzędu. Przyłbica albo maseczka, ale nigdy jedno i drugie. Niedługo później rozkaszlałem się na dobre i zostałem przeniesiony.

Nie wiem, u kogo narrator dostrzega te detale. W pierwszej chwili pomyślałam, że u siebie – był taki padnięty, że przestał dbać o szczegóły i go dorwało. Ale może to lekarka się zaniedbała? W końcu, chyba człowiek wie, kiedy ostatnio zmieniał ubranie?

Pewności nie mam, a ten detal może zmieniać interpretację.

Napisane dobrze, atmosferę miejsca akcji oddajesz, jakbyś tam był. Ups, właśnie – gdzie ta fantastyka, kiedy jest potrzebna?

Babska logika rządzi!

Osobliwy to tekst, bo o sprawach bardzo przykrych, wręcz ostatecznych, opowiada w sposób zadziwiająco gładki. Chyba nie da się uniknąć próby porównania treści szorta z aktualną sytuacją, tyle że nie bardzo umiem ocenić, na ile Twoje opowiadanie jest fantazją, a na ile odzwierciedla stan rzeczywisty. Zakładam jednak, że więcej tu wymyślonych zdarzeń i przypadków, niejednokrotnie dość drastycznych, niż te, z którymi masz do czynienia.

Nie mogę powiedzieć, że opowiadanie czytałam z przyjemnością, ale jestem zadowolona, że je przeczytałam.  

 

wzro­kiem aż skrzą­cym się pasją spod przy­łbic. ―> Co to jest pasja spod przyłbic?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 była osobą, której w owym czasie najbardziej potrzebowaliśmy

Tą konkretną, znaczy się?

 Pamiętam, gdy

Hmm.

 obojętna na ruchliwe albo nie, wszechobecne ciała

Trudno się to parsuje.

 ręce mając oparte o biodra.

Naturalniej: z rękami na biodrach.

 spojrzenie! Samo wspomnienie

Rym.

 wyzwala dreszcz, bo jak każdy, widziałem w nim ułudne odbicie siebie.

Wyzwala dreszcz bo, jak każdy. Ułudne? Poza tym zdania nie rozumiem, niestety.

 Będąc na wojnie

"Będąc" rzadko jest potrzebne, to anglicyzm. Tu możesz je spokojnie wyciąć.

 Nadzieja w jego sercu lęgnie się mimowolnie

Od kiedy nadzieja ma wolę?

 to wszystkie te nasze pochylone głowy nagle zyskały siłę, by spojrzeć w oczy komuś spoza naszego piekiełka

… znaczy, oni się wstydzą obcych? Bo tyle zrozumiałam.

 By choćby na moment

Choć na moment, nie rymuj.

 Była jak bodziec

A nie: była bodźcem?

sterylnych, zdawać się wtedy mogło, wręcz lśniących

"Lśniący" to nie "bardziej sterylny".

 spojrzeniem podbarwionym po równo tak wdzięcznością, jak i zazdrością.

Podbarwionym po równo wdzięcznością i zazdrością.

 podsłuchałem jak mówiła do podwładnych z niedającą się zamaskować ekscytacją.

Nienaturalne. Podsłuchałem, jak mówi (c.t.)

 wzrokiem aż skrzącym się pasją spod przyłbic.

Hmm.

 Przez nieustanny akompaniament śpiewnych sloganów, pacjenci oraz nowy i stary personel – wszyscy jednakowo, nawet jeśli początkowo sceptyczni – dali się wciągnąć w ten chocholi taniec.

Hmm. Rymy, ale nie tylko rymy…

 Za pierwszym razem, nim przemówiła, zainaugurowała długie oklaski.

https://sjp.pwn.pl/szukaj/inauguracja.html

 przytomność akurat nie ulatywała

Purpurowe.

 budził falę spekulacji i uzasadnione obawy tych, którzy utknęli na odcinku obserwacyjnym

Strasznie dziennikowe, rozchwiany ten styl. Tak ma być? Chcesz pokazać, że narrator pada z nóg i w głowie mu się bełta?

 dostrzegać detale

Prawie aliteracja.

 Przekształcona w lazaret, ogromem zapierała dech.

A przedtem nie?

 okazał się być oporny

Tnij "być": okazał się oporny.

 okazało się dawać we znaki

Powtórzona konstrukcja, nie widzę dla tego uzasadnienia.

 Do tego słyszalny wcześniej skowyt

Słyszalny – czy słyszany?

 Przygaszone światło nie pozwalało mi widzieć dokładnie

Anglicyzm składniowy.

 a i sił by zadzierać głowę miałem

Wtrącenie: sił, by zadzierać głowę, miałem.

 jak jego sylwetka wygina się w pałąk

Sylwetka?

 by przywiązywać go

Krótkie akcentowane słowa dawaj przed czasownik.

 mogłem dostrzec

Anglicyzm.

 czarna ropa aż chlusnęła o podłogę

Chlusnęła na podłogę. Całe zdanie do skrócenia.

 mgliste wspomnienia z czasów

"Z" możesz wyciąć.

 wraz z natarczywymi cieniami

Cienie łączą się ze spokojem, czy z czasami?

fartuch krępował ruchy sztywnością zaschniętych na nim wydzielin

Mało naturalne.

 zleciła wszystkim zastrzyk

Zaleciła. Zleca się pielęgniarce zrobienie zastrzyku.

 przy tym w cudowny sposób zasklepiał się w oczach

Ten wąż?

 zdążyłem uodpornić się

Się uodpornić.

 Czułem, jak rój robactwa wił się tuż pod moją skórą, kłębił tam i mnożył,

C.t.: wije, kłębi, mnoży.

 mój ewentualny epizod lewitacji. Szkoda, to była ostatnia rzecz, jaka wywoływała moją ekscytację.

Dziwnie brzmi i źle się parsuje.

z ulotnie znajomych iskier.

Ulotnie?

 Bunt, nawet jeśli się kiedyś pojawił, to ślad już po nim zaginął

Gramatyka się sypie, choć to może być zasadne (delirium).

 obserwować dalsze akty spektaklu

Dalszych aktów.

 

Impresja z czasów zarazy. Trochę niezręcznie napisana, można wyciąć parę zbędnych słów, ale ogólnie mam wrażenie wysokiej gorączki i delirium, chyba o to Ci chodziło. Tyle, że – czy to fantastyka? Czy tylko majaki? Klimat zdecydowanie jest, i to należycie weird – nie jestem jednak pewna, czy weird zwalnia z postawienia problemu i choćby próby jego rozwiązania. A może to kwestia limitu? Bo pokazanie świata oczami bohatera wyszło Ci, że buzi dać.

 początkowo traktowałem narratora jako lekarza, który uzyskuje wsparcie w swojej pracy od nowych posiłków

Ja też. Ale może też być żołnierzem, eksperymentem biomedycznym…

 Kto by pomyślał, że moja spaczona składnia może okazać się atutem. ;D

Dzięki temu, że sugeruje delirium. Gdybyś pisał o ciotce siedzącej za stołem, to gorzej.

 błąd w sztuce z definicji jest działaniem na szkodę pacjenta. ;)

Ale czy zamierzonym?

 Podobało mi się to pomieszanie wojny z chorobą – w pierwszych akapitach przechodziły płynnie między sobą i wystarczyło tylko zmienić swoją optykę, by historia mówiła o czym innym.

A mnie się ta metafora już przejadła, ale – to ja.

 Nie lubimy pani dr Zamenhoff, oj, nie lubimy

Mnie wydała się twarzą z plakatu, atutem propagandowym.

 Heroizmu i wielkości nam nie potrzeba, lecz pokory, cierpliwości, dokładności. No, a z entuzjazmem lepiej, gdy jego poziom miarkujemy.

Tak. Bardzo, bardzo tak.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Kolejny przykład opowiadania konkursowego, w którym sekundantem wylosowanego hasła został koronawirus (przedstawiony w sposób mniej lub bardziej metaforyczny). I jest to przykład dobry, a że moim subiektywnym przekonaniem jest, że literatura powinna stanowić dla ludzi platformę do przepracowania sobie rzeczywistości, czytało mi się je bardzo przyjemnie. Tym bardziej, że Twoja miniaturka – choć skromna w objętości – jest utworem domkniętym, sprawnie napisanym i zadziwiająco przygnębiającym.

Łamliwy charakter pojawia się tu w sposób subtelny, jako wygaszenie entuzjazmu pani doktor Zamenhoff, ale w moim odczuciu konkursowe hasło przebija przez całe opowiadanie jako płynąca z niego refleksja.

Językowo nieźle (rzuciło mi się na początku w oczy wybijające z rytmu powtórzenie), fabularnie przygnębiająco. Świetna klamra finałowa nawiązująca do uprzednio pozytywnych słów doktor Zamenhoff, szczególnie na tle tytułu.

Znać rękę (i mózg) lekarza.

Tak, i Ciebie Jasna Strono, przepraszam za wtrącenie się. 

Kwalifikujmy do Korony, lepsze przecież są miazmaty lovcraftowskie, przecie oryginalne, co nie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

stała wyprostowana, ręce mając oparte o biodra.

Zakłuło mnie w oczy to "mając", choć może to tylko jakaś moja nadwrażliwość, bo nie widzę, by ktoś inny zwrócił na to uwagę. Ale właściwie dlaczego nie "opierając ręce o biodra"? 

Ale ogólnie jest to bardzo ładnie napisany, niezwykle klimatyczny, plastyczny i pełen emocji tekst. Fajny jest ten balans okropieństwa i nadziei na początku, z akapitu na akapit coraz bardziej chwiejny, z szalą nieuchronnie ciążącą w stronę beznadziei. 

Są oczywiście teksty, którym nie potrzeba nic więcej, niż klimat i emocje, ale tutaj jednak chciałbym czegoś jeszcze. Myślę, że opowiadanie nie jest na tyle dziwne, na tyle nasiąknięte weirdem, by nie brakowało mi zwykłych rozwiązań fabularnych – postawienia problemu i jego rozwiązania, akcji, wyjaśnień, kto, kogo i po co. Historii, która stoi za przedstawioną sceną. Być może czegoś nie dostrzegam, tego czegoś co sprawia, że ów tekst jest świetny, nietuzinkowy, a przede wszystkim – pełny. Bo ja widzę tu scenkę, pojedynczy obraz, migawkę z czasu plagi. Bardzo dobrą i wymowną, ale tylko scenkę. A chciałbym więcej. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nowa Fantastyka