- Opowiadanie: rosebelle - Kintsugi

Kintsugi

Hasło konkursowe – mimiczna endoproteza

 

Kintsugi – https://pl.wikipedia.org/wiki/Kintsugi jeśli ktoś nie zna terminu, polecam przeczytanie artykułu po zapoznaniu się z tekstem. 

 

Serdeczne dzięki Deirdriu i Sara Winter za pomoc w dopieszczeniu tekstu dla czytelniczych oczu. <3

 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Kintsugi

Budzę się z koszmaru zlana potem. Przejeżdżam dłonią po twarzy i natychmiast rozumiem, że wreszcie się ziściło. Nie czuję pod palcami krzewów brwi, nie mogę namacać wzgórka nosa ani doliny ust. Wszystko przepadło. Mąż musiał wstać wcześniej, bo słyszę odgłosy telewizora. Oglądanie porannych wiadomości było jednym z jego irytujących rytuałów. Takie rytuały sprawiają, że jesteśmy sobą. Może gdybym co rano oglądała wiadomości, mogłabym teraz zobaczyć wschodzące słońce lub choćby pęknięcie na suficie, które zawsze przypominało mi złowieszczy uśmiech klauna. Przede mną roztacza się jednak ciemność i pustka, którą nosiłam w środku. Udało jej się wydostać na zewnątrz.

Wstaję i usiłuję po omacku odnaleźć drogę do salonu. Sunę wiedziona głosem reporterki opowiadającej o kolejnym huraganie, który nawiedził Florydę; osiemdziesiąt osób zabitych, setki bez dachu nad głową. Czy gdybym cokolwiek poczuła, odzyskałabym chociaż oczy? Pewnie nie. 

Nie mogę tego zobaczyć, ale wiem, że mąż patrzy na mnie. Nic oczywiście nie mówi. Wstaje jednak z kanapy. Stary mebel skrzypi, gdy pordzewiała sprężyna uwalnia się od nacisku. Odgłos kroków tłumi puch dywanu. Czuję dłonie na swoich ramionach. 

– Stało się – stwierdza mąż. 

Kiwam głową na potwierdzenie. 

– Zawiozę cię jeszcze do kliniki. 

To miłe z jego strony. Nie ma już przecież wobec mnie żadnych zobowiązań. Mimo to pomaga mi włożyć płaszcz i sprowadza po schodach, pilnując, bym nie upadła. 

Gdy mkniemy przez miasto, wiem o tym tylko dlatego, że słyszę mruczenie silnika i czuję wibracje siedzenia. Przypominam sobie przez chwilę, że gdy byłam mała, miałam chorobę lokomocyjną. Odruchowo dotykam palcami miejsca, w którym powinny być usta. Nic. Czy naprawdę miałam chorobę lokomocyjną? Może to był ktoś inny. Ktoś, kogo już nie ma. A może nigdy nie było. 

Auto staje, mąż wysiada i otwiera mi drzwi. Pomaga mi jeszcze wyjść z samochodu, a potem wsiada z powrotem i odjeżdża na zawsze. Mąż był. Nie mogę sobie przypomnieć jego twarzy. Wytężam wspomnienia, dostrzegam zarys mocnej szczęki z kilkudniowym zarostem. Po chwili dodaję przenikliwe niebieskie oczy, wyraźne brwi nieśmiało stykające się pojedynczymi włoskami nad orlim nosem. Gęsta blond czupryna. Jest obraz z dawnych lat, pierwszego spotkania. Nie pamiętam wczoraj. Przyglądam się wyobrażeniu-wspomnieniu i nie mam pewności, czym jest. Czy nie pozlepiałam go z wycinków zdjęć z kolorowych magazynów?

– Proszę za mną – mówi głos jakiejś kobiety. Słyszę, jak podchodzi, stukając obcasami, ale jestem zbyt zajęta wyobrażaniem-wspominaniem. 

„Jak?” chcę zapytać, bo przecież jej nie widzę. Nie mogąc przemówić, wzruszam ramionami i rozkładam ręce w geście bezradności.

Chwyta mnie za rękaw płaszcza i ciągnie. Idę za nią. Tak musi być, nie ma innego wyjścia. Podmuch ciepła uświadamia mi, że weszłyśmy do wnętrza budynku. Do kliniki. 

– Proszę tu poczekać – nakazuje nieznajoma, sadzając mnie na krześle. – Lekarz zaraz się panią zajmie.

Czekam i próbuję wspominać. Mgliste obrazy. Widzę łąkę i chatę otoczoną polem. Miedziane kłosy uginają się leciutko, gdy wiatr szepcze pomiędzy nimi. Słyszę ten szept też w dębowych liściach i pod strzechą chaty. To jest dobre i złe miejsce. Miejsce, które chcę pamiętać, jednocześnie pragnąc zapomnieć. Potem dom staje w płomieniach i nie ma go już wcale i nigdy. Po nim płonie stara szopa i kurnik, w którym bawiłyśmy się w szkołę. Pozostaje piaszczysta droga oraz czerwone, plastikowe wiaderko, za pomocą którego wznosiłam potężne wieże, fortece i zamki dla bezimiennych księżniczek. Nie, wiaderko nie było czerwone. Traci kolor i cały obraz rozpada się. Zostaje tylko popiół i zgliszcza, a potem ciemność. 

– Dzień dobry – mówi jakiś mężczyzna. – Zajmiemy się panią, bez obaw. 

Odpowiadam skinieniem, bo tylko tak mogę zasygnalizować, że słyszę i rozumiem. Mam jeszcze przecież ręce, mogłabym pokazać kciuk w górę, ale po co? Skinienie komunikuje wszystko, co mam do przekazania. Zaczynam zastanawiać się, do czego kiedyś potrzebowałam słów. Mężczyzna kładzie dłoń na moim ramieniu, chyba chcąc dodać mi otuchy. Wydaje się miłym człowiekiem, choć trudno to ocenić. Pomaga mi podnieść się z krzesła i prowadzi długim korytarzem. Wiem, że jest długi, bo echo naszych kroków wraca do moich uszu. Wiem o tym także dlatego, że nasz spacer zdaje się nie mieć końca. Wreszcie jednak docieramy na miejsce, jak sądzę, bo mężczyzna prosi mnie, żebym się położyła. Naprowadza moje dłonie na leżankę. Gdy siadam, podnosi moje nogi i sprowadza do pozycji leżącej. 

– Będę musiał panią unieruchomić – ostrzega, a ja znów kiwam głową. 

Mocno zaciska pasy na moich kostkach i nadgarstkach. Spodziewam się, że będzie bolało i czuję w brzuchu narastającą ekscytację. Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś czułam. Zapomniałam, bo chciałam. 

– Rekonstrukcja będzie nieprzyjemna, ale endoproteza mimiczna powinna działać bez zarzutu. W przypadku osób w pani wieku rzadko zdarza się, żeby organizm odrzucił implant. Czy ma pani jakieś pytania?

Kręcę głową. Lekarz chyba założył, że znam migowy. Chociaż mam przecież związane ręce. Może taki nawyk. A może są i tacy, którzy mówią bez ust? W sumie, nie próbowałam nic powiedzieć, odkąd odkryłam zniknięcie twarzy. Skupiam się i usiłuję ułożyć jakieś słowo. Czuję, że wciąż mam język i zęby, jednak nie mam ust, więc dźwięk nie wydostaje się na zewnątrz. Wydobywam z siebie tylko muczenie. Mam ochotę się roześmiać, bo zabrzmiałam jak szalona krowa. 

– Proszę się nie obawiać. Rekonwalescencja nie potrwa długo. Wróci pani do życia i to wszystko będzie tylko wspomnieniem. 

Wspomnienie. Zaczyna. Skalpelem wycina w skórze otwory na nowe oczy. Czuję, jak rzeźbi ich kształt w surowym mięsie. Ból jest nieziemski. Zalewa mnie fala rozkoszy i jestem prawie pewna, że przeżywam orgazm. Mam ochotę krzyczeć w ekstazie, ale mogę jedynie wyć. Na razie to mi wystarcza. 

– Margot, podaj oczy. Zielone. Myślę, że najlepiej będą pasować do karnacji. 

Wkłada nowe gałki oczne w przeznaczone im miejsce. Światło kłuje mnie gwałtownie i znów wyję z ekscytacji. Twarze w białych maskach nadal są rozmyte i niewyraźne, ale widzę, jak pochylają się nade mną. 

– Świetny wybór, panie doktorze – chwali go asystentka. 

– Tak, ale myślę, że trzeba dodać jeszcze krucze stopy. Ostatecznie nie chcemy, żeby poczuła się nieswojo w zbyt młodej twarzy. 

Znów cięcie. Nowe oczy napełniają się łzami i szczypią. Zaczynam miotać się na leżance, ale więzy skutecznie mnie krępują. Ból staje się nie do wytrzymania, więc mój organizm robi to, co zawsze robił, gdy bolało. Znika w ciemności. 

W ciemności mnie nie widać. Nie widać skulonej pomiędzy łóżkiem a ścianą trzynastolatki. Potwór, który kilka godzin wcześniej był ojcem, nie może mnie zobaczyć, bo nie mam oczu, nosa ani ust. Zauważa jednak włosy. Ciągnie, piszczę. Rzuca mnie na łóżko i dyszy spirytusem. Zaciskam oczy i wyobrażam sobie, że mnie nie ma. W ten sposób mogę wytrzymać, tak myślę. Wtedy krzyk siostry rozdziera ciemność. Błyszczy jak latarnia, a potwory boją się światła. Dlatego śpi się z włączoną lampką. Pijany zwierz zatacza się i popiskuje. Kuli się w kącie, podwija ogon pod siebie i ucieka. Nic się nie stało, a jednak, a jednak. Łzy nie biorą się znikąd. Trzynastolatki nie mają takiej wyobraźni. Więc wymazuję kolejne wspomnienie. Bo nic się nie stało.

– Nic się nie stało – zapewnia lekarz. – Na chwilę nam pani odpłynęła, ale to może dobrze. Rekonstrukcja nosa jest zwykle bardzo nieprzyjemna. Został nam ostatni element. Myślę, że zrobimy je wąskie. Nie wygląda mi pani na typ Scarlett Johanson, mięsiste by pani nie pasowały. Zrobimy wąskie, ale kształtne.

Od słów przechodzi do czynu i nacina skórę tam, gdzie powinny być usta. Ostrożnymi ruchami wyznacza ich obramowanie, a potem wstrzykuje pod skórę płyn, którym je wypełnia. Wreszcie mogę porządnie krzyknąć, więc robię to, ale od razu wciskają knebel w nowopowstały otwór, żeby stłumić donośny dźwięk. To w sumie logiczne, muszą się teraz skoncentrować na dopieszczeniu szczegółów. 

Na oczach mam już bandaż, więc znów nic nie widzę. Nic nie widzę, ale wzrok jest przereklamowany. Lepiej nie widzieć ukochanej, matczynej twarzy ubroczonej krwią, pochylającej się z troską nad małym stworzeniem, które nie rozumie, co się dzieje. Lepiej nie widzieć. Gdyby można było też nie słyszeć bluzgów i wyzwisk pozlepianych ze sobą w plugawą litanię, ale dłonie nie są dźwiękoszczelne. Ktokolwiek je projektował, nie przewidział dla nich takiej funkcji. 

Nie wiem, ile godzin trwa operacja. Co jakiś czas budzę się i znów odpływam. Przelewają się przeze mnie fale romantycznych uniesień i rozczarowań. Aż wreszcie zjawia się rycerz na białym koniu, ale on też nie potrafi wypełnić pustki. Pustki w moim wnętrzu i małym pokoiku z maluśkim łóżeczkiem, który na przestrzeni lat przeistoczy się w siłownię, biuro, aż w końcu ostatecznie zostanie graciarnią. Pomieszczenie pełne najrozmaitszych przedmiotów, a jednak wciąż puste. 

Otwieram oczy. Rozmyty obraz powoli odzyskuje ostrość. 

– No, skończyliśmy – oznajmia doktor. – Jak się pani czuje?

– Doskonale – odpowiadam i uśmiecham się wąskimi, ale kształtnymi wargami. 

– No to świetnie. Wszystko powinno zagoić się za parę tygodni. Proszę oczywiście dzwonić, gdyby pojawiły się jakieś problemy. Nie widzę powodu, by panią przetrzymywać. – Podaje mi wizytówkę kliniki i uśmiecha się serdecznie. Biorę małą karteczkę, wkładam ją do kieszeni, kiedy już udaje mi się ubrać. W głowie wciąż trochę mi się kręci. Nie szukam wzrokiem lustra. Wiem, że teraz twarz jest opuchnięta i brzydka, a nawet kiedy wszystko się zagoi, rekonstrukcja pozostawi blizny.

Wracam do mieszkania. Nie ma już śladu męża. Spakował rzeczy, pozostawiając dużo wolnego miejsca w szafie. Czasami myślę o nim, gdy piję zupę przez słomkę. Zastanawiam się, czy przeze mnie też nie dosięgnie go pustka, ale mam nadzieję, że nie. To naprawdę dobry człowiek. Zresztą nie wątpię, że zdoła ją zapełnić, nawet jeśli zacznie go nękać. Znajdzie kogoś bez blizn po rekonstrukcji i wreszcie pusty pokój zapełni się dziecięcym kwileniem, a potem tupotem małych stóp. Jego marzenia się ziszczą i pokona pustkę, bo jest silniejszy ode mnie. Zawsze był. Ta siła mnie w nim pociągała. On kochał moją słabość, dopóki nie stała się zbyt ciężka do udźwignięcia. 

Nadchodzi długo wyczekiwany dzień zdjęcia opatrunków. Wracam do kliniki i siadam na leżance. Nie boję się. Wręcz z trudem wytrzymuję w miejscu. Mam ochotę podskakiwać z ekscytacji, ale ostatecznie ograniczam się do nerwowego wystukiwania palcami „Bonanzy” na bębnach ud. Ten sam miły lekarz ostrożnie usuwa bandaże, a potem podaje mi lustro. Z zachwytu znów tracę mowę. Z przejrzystej tafli spogląda na mnie istota nieziemska. W miejscu, gdzie niegdyś rosły brwi płynie żyła złota, łączy się z linią włosów i one również migoczą jak gwiazdy. Cenny kruszec połyskuje też pomiędzy zmarszczkami mimicznymi i lśni na powiekach, otacza ramą nowy wzgórek nosa oraz wąską linię ust. 

– Jestem piękna – wyduszam z siebie w końcu. 

– Oczywiście – zgadza się doktor. – Zawsze pani była. 

Koniec

Komentarze

Bardzo mi się podobało. Ani na chwilę nie opuszczasz tematu i zarysowujesz przeszłość bohaterki na tyle sugestywnie, że nie potrzeba szczegółów, by stworzyć sobie jakiś obraz tego, co doprowadziło ją do tej sytuacji ze zmianą twarzy. Dobry początek – intrygujący i natychmiast wrzucający czytelnika w akcję.

Zastanawiam się nad tym, czy nie lepiej by było, gdyby lekarz zwracał się do pielęgniarki po imieniu albo nazwisku. Bo “Pielęgniarko…” wydaje się trochę sztuczne.

Wywaro, wielkie dzięki za odwiedziny i komentarz. Bardzo się cieszę, że Ci się podobało :) Z tą pielęgniarką masz rację, kompletnie nie zwróciłam na to uwagi, ale to rzeczywiście bardzo sztuczne. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Kurczę, ależ mi się to strasznie podobało. Intrygujący pomysł, niebanalne wykonanie, wiele zdań jest po prostu pięknych. Rysujesz delikatny obraz kobiety w detalach jej wspomnień, niespełnionych pragnieniach, cierpieniu. Dałabym klika gdybym mogła :)

Nie znałam terminu Kintsugi, ale teraz myślę, że przedmioty tak naprawione muszą być jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne. 

Pozdrawiam

Matko Chrzestna, dziękuję bardzo za lekturę i komentarz. Niezmiernie mnie cieszy, że tekst Ci się spodobał! 

Koncept Kintsugi poznałam kilka lat temu i od razu mi się spodobał. Przez jakiś czas miałam nawet na forum avatar zainspirowany tą sztuką i on także przyczynił się do powstania tego opowiadania.

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Dobre. Fabuła nie pędzi, ale nie jest też przegadana. Stosujesz krótkie zdania tam gdzie trzeba, odpowiednio dozujesz informacje. Treść jest jasna, nie zastanawiałem się, nie marszczyłem brwi, nie wołałem w myślach “jak to?”. Dobrze skrojony szort, w sam raz pod konkurs. :)

Żeby nie było tak dobrze, to dwie rzeczy trochę nie pasują mi do przyjętej konwencji. Doktor, który decyduje o tym, jak ma wyglądać pacjentka, bo dlaczego? Chyba, że czegoś nie zrozumiałem. I sam gabinet, gdzie odbywał się zabieg, który wyglądał bardziej jak dentystyczny, niż zabiegowy czy też operacyjny. Wiem, że to weird, ale jakoś nie współgrały z resztą te dwie rzeczy.

Ogólnie, fajne czytadło. :)

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, miło Cię widzieć, zastanawiałam się, czy do mnie zawitasz. 

Serdecznie dziękuję za miłe słowa, a co do tych dwóch elementów, które wzbudziły Twoje wątpliwości: doktor decyduje, bo taka jego rola, on ma naprawić to, co zostało zepsute. Pacjentka nie potrafiłaby, nawet gdyby chciała, sama wybrać sobie nowej twarzy i jej kształtu, bo nie potrafiła siebie zrekonstruować. Dlatego na początku nie może przypomnieć sobie męża, nie pamięta, czy miała chorobę lokomocyjną, ani koloru wiaderka. Podczas zabiegu przypomina sobie kolejne zapomniane segmenty. Lekarz i ból są tym, czego potrzebuje, by było to możliwe. 

Gabinet też został tak skonstruowany, by spotęgować poczucie niepokoju, że coś tu jest nie tak, przy jednoczesnym zachowaniu bohaterów, jakby wszystko, co się dzieje, było całkowicie normalne. Sądzę, że uzyskanie takiego efektu by nie wyszło, gdyby przedstawić go, jako bardziej medyczną placówkę. Tu właśnie o to grzebanie w surowym mięsie bez znieczulenia chodziło. 

Ale cieszę się, że uznałeś czytadło za fajne. Zawsze liczyłam się z Twoim zdaniem i cieszę się, że tym razem mogłeś napisać, że po prostu Ci się podobało :D

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Faktycznie, rola lekarza jest dosyć jasna, trochę zgubiła mnie opowieść od strony bohaterki, bo narzuciła mi w myślach rolę wszystko wiedzącą/decydującą.

Co do gabinetu, to dlatego właśnie weird jest trudnym gatunkiem, żeby dziwność była zrozumiała dla wszystkich przy jednoczesnej subiektywności każdego z nas. :) Pewnie zabrakło mi jednego zdania, może pół. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Tak to już jest, że wszystkim się nie dogodzi. No, ale ogólnie będę się koncentrować na pierwszej części Twojego komentarza czyli: “Dobre”. ;)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Rose, masz wypracowany swój delikatny i bardzo subtelny styl. Nie ukrywam, że miewałam momenty w których byłam tak zadowolona opisami, że potem w ogóle nie myślałam o czym czytałam. Po prostu te zdania są tak ładne, że już nie ważne co się za nimi kryło. To jest, rzecz jasna, moje subiektywne odczucie.

Zawsze chciałam samą siebie zacytować ;D Fragment komentarza z bety. 

 

Tekst jest po prostu piękny – bardzo subtelny i delikatny, a przecież mówi o bardzo trudnym temacie. Zrobił na mnie bardzo duże wrażenie. Bardzo dobrze jest też ujęta kwestia traumy.

Deirdriu, dziękuję za zacytowanie tego pięknego fragmentu chwalącego moje pisarstwo oraz za miły komentarz. No i oczywiście za betę, ale to już zaznaczyłam w przedmowie. <3

 

EDIT: Darconie, wielkie dzięki za klika :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Podobało mi się. Taka prosta, alegoryczna opowieść, ale napisana we wciągający sposób. Kilka naprawdę ładnych zdań. Trochę nie pasowała mi ta Scarlett Johansson wkradająca się zwyczajnością w ten realizm magiczny i ostatni wers, może nieco zbyt łopatologiczny. Poza tym – ładnie napisana historia o wychodzeniu z traumatycznego dzieciństwa :)

Klikam.

"Bądź spokojny: za sto lat wszystko minie!" ~Ralph Waldo Emerson

Dzięki, Minuskuło, za wizytę i komentarz i za klika. Cieszę się, że się podobało. Scarlett Johanson, cóż, musi wkraść się do wszystkiego. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Ojej, rose, to chyba najfajniejsza rzecz jaką od ciebie czytałam.

Zdania są ładne, a z historią się płynie. Jest intrygująca, spójna i przystępna w odbiorze, czyli taka, jaka powinna być. Psychologia postaci jest dobrze zbudowana – po trosze ujawniasz przeszłość bohaterki, na tyle ile trzeba. Umieszczasz niedopowiedzenia w odpowiednich miejscach. Natomiast samo zakończenie jest przepiękne.

Jestem bardzo zadowolona z lektury. Idę zgłosić do biblio.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Sy, dziękuję za wizytę, komentarz i głos do biblioteki. 

Sama też uważam ten tekst za swój najlepszy, a przynajmniej jeden z najlepszych i mega się cieszę, że inni też go tak odbierają. Po długiej przerwie żem podniosła pióro i cieszę się, że nie zardzewiało kompletnie, a może nawet ten okres poświęcony głównie na czytaniu i kontemplacji zaowocował lepszym warsztatem :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Nauka nie poszła w las :)

Naprawdę gratuluję ci dobrego tekstu i życzę powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Hmmm. Bardzo fajny pomysł z traceniem twarzy. Widać, że w tym społeczeństwie nie jest to rzecz niespotykana – mąż nie jest jakoś specjalnie zdziwiony, wiadomo, że to koniec małżeństwa (dlaczego właściwie, czyżby to była metafora śmierci), są specjalne kliniki…

Ale zamiast pokazać mi to interesujące społeczeństwo z taką dziwną przypadłością, wdajesz się z ponure wspomnienia z dzieciństwa bohaterki. Dlaczego? Bo to modne, bo wzruszające, bo się ludzie zachwycają? Co do znikającej twarzy mają stare traumy?

Babska logika rządzi!

Finklo, nie opisuję tego społeczeństwa, bo nie ono jest przedmiotem opowiadania. Inspirowałam się tutaj nielubianym przez Ciebie opowiadaniem “Metamorfoza” – bohater budzi się w dziwnym stanie i niespecjalnie go to zadziwia, rodzina też nie jest zszokowana, tylko reaguje. Tutaj właściwie jedyną różnicą jest istnienie kliniki, co implikuje, że takie rzeczy faktycznie się zdarzają regularnie. U Kafki nie mamy informacji o tym, czy zamiana w karalucha jest normalna, ale zważywszy na reakcje ludzi wkoło  – ich bezkrytyczne przyjęcie tego stanu rzeczy, można zakładać, że tak jest. Jednak Kafka również nie zajmuje się opisaniem społeczeństwa, w którym ludzie zmieniają się w karaluchy, a koncentruje się na opisaniu tego, co dzieje się z bohaterem po przemianie. 

Naturalnie “Metamorfoza” była tylko jakąś tam inspiracją. Jak sama zauważyłaś, ja skupiam się na przeszłości bohaterki. Skupiam się na wspomnieniach dlatego, że to one były tematem. Nie dlatego, że to modne. Jeśli kogoś wzrusza – fajnie. Jeśli się ludzie zachwycają – też mi miło. Ale nie tym się kierowałam, pisząc tekst. Jak już pisałam w poprzednim komentarzu – od początku zaznaczam,  że zniknięcie twarzy związane jest z tym, że bohaterka zapomniała siebie. Nie chciała pamiętać pewnych rzeczy i wskutek tego ciągłego “zapominania” straciła twarz. Dlatego rozpada się małżeństwo – bo takie zapomnienie siebie, jest swoistą śmiercią. Dlatego ktoś inny musi rekonstruować jej twarz, a gdy to czyni, wspomnienia wracają, bo pacjentka znów czuje ból, bo zmuszona jest stawić czoła tym traumom. 

Tekst nie musiał Ci się podobać, wręcz byłam pewna, że tak nie będzie, bo wiem, że nie jest w Twoim stylu, ale przykro mi, że zarzucasz mi pisanie “pod publiczkę”. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

OK, utrata twarzy na skutek zapomnienia ma jakiś sens.

Przepraszam, może za ostro to sformułowałam. Nie przepadam za męczeniem dzieci w literaturze i pewnie wyraźniej widzę poszczególne przypadki, układają mi się one w modę…

Babska logika rządzi!

Dobra, nadrabianie zaległości komentarzowych czas zacząć.

 

Ładnie napisane. Informacja ani szczególnie efektowna, ani kreatywna, ale prawdziwa. I bez dwóch zdań warta podkreślenia, bo to chyba była moja pierwsza myśl przy czytaniu tego tekstu.

Samo opowiadanie, jeśli można to tak nazwać, jest czymś w rodzaju weirdu trzymanego w ryzach. Nie można w żadnym razie zarzucić Ci braku “dziwności” w tekście, tym nie mniej starasz się z nim przesadnie nie szarżować.

Weird jest trzymany w ryzach, ponieważ sam pomysł braku twarzy oczywiście wpisuje się w temat konkursu, ale nie zapędzasz się w budowanie sekwencji dziwactw. Konsekwentnie prezentujesz swój pomysł uzupełniając go o warstwę emocjonalną. Wybierasz formę opowiadania balansującą gdzieś pomiędzy tym, co może dostarczyć jedynie wyobraźnia (główny koncept – weird), a tym, co w jakimś stopniu znamy z życia (warstwa emocjonalna). Oczywiście nie musimy znać tego w skali jeden do jednego, chodzi bardziej o to, że czytelnik ma szansę tę warstwę emocjonalną poczuć i zrozumieć.

Forma jest pewnie nieco bardziej uniwersalna. Czytelnik dostanie u Ciebie i pomysł i pewien zarys odpowiedzi na pytania, jakie będzie sobie zadawał w trakcie lektury. Czy to dobrze? Nie mnie to oceniać. Ilu czytelników, tyle pewnie opinii. Jeden wolałby, żebyś mocniej ruszyła w stronę weirdu. Drugi wręcz przeciwnie, pochwali za pewną powściągliwość w prezentacji dziwactw, bo łatwiej w takim tekście się odnaleźć.

W której grupie plasuje się CM? W żadnej. Ja podchodziłem do tego tekstu bez konkretnych preferencji i oczekiwań. Chciałem zwyczajnie ciekawej historii. I w sumie dostałem. Nie powiem, że nie. Fajnie dobrałaś długość. Świetnie, że nie próbowałaś na siłę pisać pod limit. Dla mnie, przy tym pomyśle, jest to historia akurat na dziesięć tysięcy znaków. Tyle potrzeba, żeby przekazać wszystko, co chciałaś i tyle można przy tej koncepcji utrzymywać zainteresowanie czytelnika.

Z czepów na pewno muszę Cię ochrzanić za tę Scarlett Johansson. Przy czym zaznaczę, że to tylko moja opinia i nie wyciągałbym z tego jakichś większych wniosków.

Czepiam się, bo uważam, że tym wtrąceniem postaci rzeczywistej niejako deprecjonujesz to, w jaki sposób piszesz ten tekst. Celowo zacząłem od opinii, że piszesz ładnie.

Zobacz:

Nie wyczułam pod palcami krzewów brwi, nie wymacałam wzgórka nosa ani doliny ust.

choćby pęknięcie na suficie, które zawsze przypominało mi złowieszczy uśmiech klauna.

 

Stary mebel skrzypi, gdy pordzewiała sprężyna uwalnia się od nacisku. Odgłos kroków tłumi puch dywanu.

 

Kilka pierwszych z brzegu opisów. Ładne, obrazowe. Mocno ułatwiasz pracę wyobraźni. Wręcz stymulujesz ją do pracy. Po co więc w tamtym przypadku było iść na skróty? Przecież potrafisz namalować właściwy obraz fajnym opisem.

Druga sprawa. Połączenie weirdu z warstwą emocjonalną sprawia, że z jednej strony możesz, jak sądzę, trafić do nieco szerszej grupy odbiorców z tym tekstem, z drugiej, ma on jakby mniej argumentów, żeby na dłużej zapaść w pamięć. Tak czułem. I opieram się wyłącznie na tym. Chyba odwiedzam Cię pierwszy raz więc zaznaczę taką dosyć istotną rzecz, że ja w swoim komentarz spisuję właśnie odczucia. Takie, jakimi są, nawet jeśli nie zawsze można je jakoś uzasadnić. Bo czasem tak zwyczajnie jest, że czujesz coś i już. Bez konkretnych powodów.

Jeśli miałbym rzucić jakiś argument, to chyba tylko taki, że łączysz emocjonalność i weird, a zatem opowiadanie jest bogatsze, ale z drugiej strony nie jesteś w stanie przy tym pomyśle rozbudować czy zaakcentować jednego z tych elementów na tyle mocno i wyraziście, by tekst mógł zostać z czytelnikiem na dłużej. A przynajmniej z czytelnikiem o nicku CM, bo za innych ani myślę się opowiadać.

OK. Podsumowując.

Dobre, solidne bardzo rzetelnie napisane opowiadanie, któremu niewiele mogę zarzucić i które w sumie mnie zadowoliło. Może nie walczy jakoś mocniej o moją pamięć, ale z całą pewnością robi wiele, żebym nie miał się o co rzucać w trakcie lektury. :-)

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Przyszedłem dla tytułu. Zostałem dla ładnej, poetyckiej, kobiecej prozy. Odchodzę zadowolony.

Jego marzenia się ziszczą i pokona pustkę, bo jest silniejszy ode mnie. Zawsze był. Ta siła mnie w nim pociągała. On kochał moją słabość, dopóki nie stała się zbyt ciężka do udźwignięcia. 

To przyjemnie paradoksalne, lubię takie konstrukcje.

Plus za otwarcie nawiązujące do Mefamorfozy, popularne w tym konkursie, ale dobrze zrealizowane.

Gdyby można było też nie słyszeć bluzgów i wyzwisk pozlepianych ze sobą w plugawą litanię, ale dłonie nie są dźwiękoszczelne. Ktokolwiek je projektował, nie przewidział dla nich takiej funkcji. 

Zręczne, zabawne.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

@Finkla – rozumiem, rzeczywiście jestem w stanie zrozumieć, dlaczego uznałaś, że opowiadanie wpisuje się w jakiś tam trend, ale czasami tak bywa. 

 

@CM – bardzo dziękuję za ten rozbudowany komentarz. Bardzo dobrze rozumiem Twoje odczucia, opowiadanie rzeczywiście znajduje się gdzieś na pograniczu i chciałam,  żeby tak było. Nie wiem, czy myślałam wtedy o odbiorcach, może trochę,  ale po prostu… Taki zrodził mi się koncept i tak chciałam go ująć, gdzieś pomiędzy :) Nie wiem, czy udałoby mi się napisać coś prawdziwie 100% weird. Dla mnie opowiadania mają sens, gdy niosą ze sobą jakąś wartość, którą można przyłożyć do siebie i tutaj chciałam, żeby tak było. Jeśli chodzi o Scarlett Johanson – mi tu jakoś pasowała, nie potrafię tego inaczej uzasadnić. Po prostu, myśląc o tej scenie miałam przed oczami mięsiste usta Scarlett. Może dlatego, że sama zawsze jak ją widzę, myślę sobie, jakby to było mieć takie usta. Są naprawdę piękne! :D Jeśli chodzi o pamięć… Pewnie tylko czas pokaże, jak to z nią będzie, ale też zupełnie się nie obrażę, jeśli z czasem zapomnisz o “Kintsugi”. Ja sama wiele tekstów zapominam, nawet jeśli bardzo mi się podobały, nie będę się więc tym przejmować i pozostaje mi cieszyć się, że chociaż na chwilę, lektura sprawiła Ci przyjemność :D

 

@Wisielec – bardzo mi miło, że zajrzałeś do mnie, Wisielcze.  Niezmiernie się cieszę, że odszedłeś od tekstu zadowolony. Wyłapałeś też chyba jedne z tych zdań, z których jestem najbardziej zadowolona, więc to zawsze cieszy :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Taki zrodził mi się koncept i tak chciałam go ująć, gdzieś pomiędzy :) Nie wiem, czy udałoby mi się napisać coś prawdziwie 100% weird.

Rosebell, nie żyw kompleksów. Jesteś dostateczne dziwna. Orgazm podczas cięcia twarzy nożem mnie o tym upewnił.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Dziękuję? XD

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Hm, ciekawe opowiadanie. 

Zastanawia mnie relacja rzeczy: zapominanie przeszłości = utrata twarzy, przy czym pamieć i twarz to też tożsamość, czy wobec tego nadanie nowej twarzy nie powinno skutkować niejako nową pamięcią i nową tożsamością? W tym kontekście, skoro lekarz dobiera nowe elementy według własnego uznania, wydaje mi się, że już nie mamy do czynienia z poprzednią tożsamością, tyle że złożoną do kupy złotym kitem, ale czymś zupełnie nowym. Jednocześnie mam wrażenie, że w tej tytułowej ceramice chodzi o to, by upiększyć naczynie estetyzacją uszkodzeń, a ten schemat nie do końca pasuje na płaszczyźnie metaforycznej do naszej bohaterki. 

I po co to było?

Syf, dzięki za wizytę i komentarz. 

Zastanawiałam się nad tym,  o czym piszesz. Tworząc tekst myślałam o tym, czy nie powinna mieć wygenerowanych nowych wspomnień, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że nigdzie nie jest powiedziane, że twarz stworzona przez lekarza wygląda inaczej niż ta, którą bohaterka oryginalnie miała. Takie stwierdzenie nie pada przynajmniej nigdzie wprost, a wspomnienia wracają takie, jakie były… A może nie? Ona sama nie wie, więc czytelnik też może to sobie interpretować jak chce. Choć jak dla mnie dość wyraźnie zaznaczona jest niejaka “magiczność” działań samego lekarza. Trochę nie rozumiem tego, dlaczego można przyjąć, że twarz zniknęła – mhm, tak to ma sens, ale że lekarz ją zrekonstruował trafnie, jednocześnie przywracając jej wspomnienia – nie, to już nie ma sensu. Czy po prostu uważasz, że powinnam to jaśniej w tekście zaznaczyć?

Z tym, że schemat kintsugi nie pasuje do metafory opowiadania pozwolę sobie się zwyczajnie nie zgodzić. Moim zdaniem właśnie doskonale pasuje. Chodzi Ci o to, że on jej nie posklejał twarzy z elementów, które zniknęły, więc kintsugi nie pasuje? 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Z tym, że schemat kintsugi nie pasuje do metafory opowiadania pozwolę sobie się zwyczajnie nie zgodzić. Moim zdaniem właśnie doskonale pasuje. 

 

Ja nie mówię, że nie pasuje do końca :) chodzi mi o to, że tytuł jakby determinuje, że bohaterka powinna powrócić do swojej pierwotnej tożsamości – tyle że jakby poskładana z powrotem w całość, pogodzona z przeszłością i z pozłoconymi bliznami krzywd; opis działań lekarza zaś sugeruje, jakby doszło do stworzenia czegoś nowego z niczego (wszak kobieta nie ma na start twarzy) i przy tej interpretacji metafora zdaje się nieco tracić na adekwatności :)

 

edycja:

 

Choć jak dla mnie dość wyraźnie zaznaczona jest niejaka “magiczność” działań samego lekarza. Trochę nie rozumiem tego, dlaczego można przyjąć, że twarz zniknęła – mhm, tak to ma sens, ale że lekarz ją zrekonstruował trafnie, jednocześnie przywracając jej wspomnienia – nie, to już nie ma sensu. Czy po prostu uważasz, że powinnam to jaśniej w tekście zaznaczyć?

 

Być może jest tak, że z rozbitego naczynia pozostają okruchy, które można połączyć na nowo i je odtworzyć, zaś pustka w miejsce twarzy jest czymś jakościowo innym, co wymaga odmiennego sposobu traktowania. Być może bohaterka powinna gdzieś mieć fragmenty twarzy, które odpadły od głowy, a które lekarz by przymocował z powrotem? :)

I po co to było?

Z tym, że schemat kintsugi nie pasuje do metafory opowiadania pozwolę sobie się zwyczajnie nie zgodzić. Moim zdaniem właśnie doskonale pasuje.

Doskonale pasuje.

W warstwie pod metaforą ja to rozumiem tak, że kobieta definiowała siebie przez małżeństwo, przez rolę w związku, więc kiedy mąż odszedł, straciła tę tożsamość. Dzięki pomocy lekarza udało jej się odbudować osobowość – w myśl filozofii kintsugi, upiększoną przez linię pęknięć. Odbudowa tożsamości okazała się ekstatycznym doświadczeniem, stąd orgazm.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Ale najpierw straciła twarz, dopiero potem mąż odszedł. Jeszcze ją zdążył zawieźć do kliniki.

Babska logika rządzi!

Kiedy straciła, rozstanie stało się przesądzone, więc to co uczynił później, stanowiło już tylko kurtuazję. Ja to rozumiem jako ostrzeżenie przed rozpuszczeniem się w roli partnera i zaniedbaniem pielęgnowania własnej osobowości.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

W warstwie pod metaforą ja to rozumiem tak, że kobieta definiowała siebie przez małżeństwo, przez rolę w związku, więc kiedy mąż odszedł, straciła tę tożsamość.

 

Pisząc komentarz, przyjąłem, że tożsamość bohaterki wywodziła z traumatycznych wspomnień z dzieciństwa, które wymieniona usilnie zapominała. To skutkowało zatarciem się osobowości – a w efekcie rozpadem aktualnego życia i odejściem męża. Podobnie zdaje się sugerować autorka: zniknięcie twarzy związane jest z tym, że bohaterka zapomniała siebie. Nie chciała pamiętać pewnych rzeczy i wskutek tego ciągłego “zapominania” straciła twarz. Dlatego rozpada się małżeństwo. 

Twoja interpretacja jest interesująca, ale wydaje mi się, że opowiadanie jest jednak spójne z komentarzem odautorskim – bohaterka wszak wspomina o “ciemności i pustce”, które są w niej, a nadto w kulminacyjnym momencie przypomina sobie przerażające momenty z życia.

 

Dzięki pomocy lekarza udało jej się odbudować osobowość – w myśl filozofii kintsugi, upiększoną przez linię pęknięć. Odbudowa tożsamości okazała się ekstatycznym doświadczeniem, stąd orgazm.

 

Również uważam, że tak być powinno – natomiast w mojej ocenie opis operacji przemawia za tym, że to jest raczej akt kreacji niż odtworzenia :) 

I po co to było?

Wasze interpretacje są bardzo interesujące, więc ja się chyba przestanę wtrącać, bo koniec końców w lekturze najfajniejsze jest to, co z niej sami wyciągamy i co w niej widzimy. Niesamowicie się jednak cieszę, że taka dyskusja zrodziła się pod moim tekstem :D 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Świetnie napisane – przepłynąłem przez to. A secundo, bardzo obrazowe, poczułem bohaterkę, jak gdybym faktycznie „wszedł” w nią (jakkolwiek źle to brzmi). 

 

Podoba mi się literacka konstrukcja tego opowiadania. Jest takie jakby niepełne, dzięki czemu zostawia czytelnikowi miejsce na bogatą pracę wyobraźni. To cenne w pisaniu, a trafia się zbyt rzadko. 

 

Powodzenia w konkursie! 

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Dziękuję, Pietrku, za wizytę i komentarz. Bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało!

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Rosebelle, jestem wstrząśnięta! Twoje opowiadanie autentycznie mnie przeraziło! Nie wiem czy to ten brak twarzy, czy spokój z jakim bohaterka o tym opowiada! Do tego jeszcze wspomnienia o pijanym i agresywnym ojcu! Szok! Jak ochłonę to skoczę poczytać inne Twoje opowiadania… pozdrawiam!

Olciatko, nie sądziłam, że tekst może wywołać aż takie emocje! Niemniej cieszę się, że opowiadanie Cię poruszyło i bardzo dziękuję za wystawienie mu wysokiej oceny. Jeśli mogę polecić któreś z moich opowiadań, to chyba tylko ze “Skazanego na pół wieczność” i “Płaszcza z foczej skóry” jestem jako tako zadowolona :) 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Anet, Twoje “Fajne” to już rozpoznawalny znak jakości, dlatego dziękuję bardzo za wizytę i miłe słowo <3

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

No, wiem, czasem się postaram i użyję innych słów, to się niektórzy obrażają ;)

Przynoszę radość :)

Pięknie napisane, płynie się przez to opko jak po spokojnym morzu :)

Bohaterka wypierała przerażające wspomnienia, a robiąc to traciła swoją tożsamość, bo to właśnie te przerażające wspomnienia, zapomniane, czy nie, ukształtowały ją w taki, a nie inny sposób. A tracąc tożsamość, utraciła twarz. Bardzo ładna metafora :)

Zastanawia mnie tylko jedno. Ona w gruncie rzeczy jest tutaj raczej przedmiotem niż podmiotem. To inni się nią zajmują, podejmują za nią decyzje. Mąż, który odwozi ją do kliniki, a później samodzielnie podejmuje decyzję o usunięciu się z jej życia. Lekarz, który wybiera kolor oczu, czy kształt ust. Kobieta nie ma tu nic do powiedzenia, ktoś rozwiązuje problem za nią, podczas gdy ona pozostaje bierna. Jest właśnie taką czarką, którą ktoś misternie naprawia i dodatkowo ozdabia. Ja jednak wolałabym być rzeźbiarzem niż miseczką.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bardzo dobre.

W wielu momentach miałem wrażenie słownego minimalizmu, a jednak byłaś w stanie włożyć do mojej głowy bardzo dużo ciekawych i niepokojących rzeczy. Ten zanik twarzy, który ukazałaś jest przerażający. Ekstaza przy cięciu twarzy również jest mocnym punktem, podobnie jak pogaduszki przy rekonstrukcji. Dodatkowym atutem jest tytuł, który mi na zakończenie (bo wtedy kliknąłem w link) dodał kolejnego smaku temu opowiadaniu.

 

Ujął mnie ten fragment:

Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś czułam. Zapomniałam, bo chciałam. 

Niby proste słowa a mają moc.

@Irka_Luz – “Ona w gruncie rzeczy jest tutaj raczej przedmiotem niż podmiotem. To inni się nią zajmują, podejmują za nią decyzje.” + “Jest właśnie taką czarką, którą ktoś misternie naprawia i dodatkowo ozdabia.” → mega się cieszę, że zwróciłaś na to uwagę. Skonstruowanie bohaterki w taki sposób było moim celem i cieszę się, że nie umknęło to Twojej uwadze. Widziałam tę postać jako kogoś bezwolnego. Stąd też pojawia się w tekście to puste łono → chciałam połączyć kolejne nawiązanie do naczynia z jednoczesnym podkreśleniem identyfikacji bohaterki jako stereotypu bezwolnej kobiety. Odmawiając stawiania czoła własnym traumom poszukiwała własnej identyfikacji w społecznych normach. Żywiła nadzieję, że po zajściu w ciążę zyska tożsamość matki,  która okaże się silniejsza od “kochanki” i “żony”. Gdy to okazało się niemożliwe, rozpadła się do reszty. 

 

@Wiktorze → dzięki za wizytę :)

 

@Edwardzie → cieszę się, że opowiadanie Ci się podobało i serdecznie dziękuję za odwiedziny oraz komentarz!

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Ciekawy tekst. Dobrze napisany, metaforyczny. Jak zawsze po takich tekstach zastanawiałem się, ile intencji autora zrozumiałem. Mam nadzieję, że sporo.

Zygfrydzie, dziękuję za wizytę. Cieszę się, że tekst uważasz za ciekawy i dobrze napisany. To dużo dla mnie znaczy. Jestem pewna, że zrozumiałeś moje intencje, ale jednocześnie jestem zdania, że z lektury tekstu winniśmy wyciągać coś dla siebie. Co autor miał na myśli, nie jest istotne. Nie ma dobrej i złej interpretacji :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Bardzo dobry tekst, chylę czoła. Przyjemny styl i fabuła pozostawiająca pole do szerokiej interpretacji. Uwielbiam, kiedy twórca wplata tego rodzaju szczegóły:

 

,,…za pomocą którego wznosiłam potężne wieże, fortece i zamki dla bezimiennych księżniczek(…)”

 

Którymi zdradza czytelnikowi, może nawet półświadomie, istotne informacje o postaciach. 

Adamie, dziękuję Ci serdecznie za wizytę i niezmiernie się cieszę, że tekst przypadł Ci do gustu :) 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Cudownie płynnie się z opowieścią, a i tematyka bardzo ciekawa. Jednak to, co mnie ujęło to emocje. Ładnie podkreślasz momenty, w których bohaterce ich brakuje. Chociażby wtedy gdy traci twarz, czy gdy wie, że mąż odejdzie (już nie wspominając o dzieciństwie, gdy zwyczajnie od nich ucieka). Dzięki temu, utrata twarzy wydaje się najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Czymś, co się zdarza i tyle. Wyraźnie czuje się ten brak emocji. Z drugiej strony, gdy się one pojawiają, to też wyraźnie to czuć (np. scena w gabinecie). No i to odtwarzanie twarzy… Cudo.

kasjopejatales – dziękuję za wizytę i przemiły komentarz.  Bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało :D

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Droga Rose, wypowiem się raz jeszcze, publicznie.

Opowiadanie jest pięknie napisane, łagodnym językiem opowiadasz o takiej smutnej sprawie. Ukrywasz między wierszami pewne fakty, subtelnie dozujesz informacje. Bohaterkę ulepiłaś dziwną, lecz prawdziwą z popękaną twarzą i wiesz co? Właśnie jak to napisałam, to zdałam sobie sprawę, że mnie zainspirowałaś… Zakończenie bardzo mi się podoba i cóż, tytuł jest wskazówką i kiedy się już wie, co to kintsugi, to jest takie małe “woooow”. Bardzo ładny zabieg.

Ponieważ moje beta zasadniczo nie wpłynęła na tekst (był już perfekcyjnie napisany przed publikacją), bez wyrzutów sumienia piórkuję. 

Saro, dziękuję bardzo! Ogromnie mi miło, że tak odebrałaś ten tekst no i niezmiernie mnie cieszy nominacja do piórka! :D

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Rosebelle

 

“Utrata twarzy” to przecież taka wielowymiarowa rzecz w kulturach Dalekiego Wschodu – plusen

Kintsugi – plusen

Dziwność świata przedstawianego, w którym są kliniki nawet od tego, metafora sklejania rozbitego człeka, naprawiania go wedle sztuki Kintsugen – plusen ogromnen

 

Ale, kurnamaćtwojaautorska, wątku relacji z mężem i dlaczego “nie miał już żadnych zobowiązań” – nie przebaczę. No po prostu, kurła, nie. Co, dlaczego, jak to, o co chodzi – ja pikolę, nie byłem w stanie odkopać z tekstu, a to było dla mnie równie ciekawe jak cała reszta. 

 

Więc na końcu wyszło dobrze, ale niedorżnięcie czytelnicze jest. 

 

Dziękuję za interesującą lekturę!

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo jestem zadowolona z lektury.

 

W maleńkiej formie stworzyłaś kompletną historię z doskonale zarysowaną od strony psychologicznej bohaterką, umieszczając ją nie tylko w teraźniejszości, ale też przeszłości i przyszłości. To pokazanie człowieka na kilku planach czasowych dało głębię i pozwoliło współczuć postaci.

 

Świetne są momenty, w których mieszasz ból fizyczny teraźniejszy z bólem z przeszłości i pozwalasz czytelnikowi podejrzeć bohaterkę w dzieciństwie.

 

Tragiczne są chwile teraźniejsze, w których widzimy męża jako troskliwego, ale jednocześnie stawiającego krzyżyk na swojej żonie. Rose, jak ja bym chciała, żeby tego było więcej. Dałaś mu tak malutko miejsca, a to jest fascynująco sprzeczna i realistyczna postać. 

 

Językowo jest bardzo ładnie, subtelnie. Drobne problemy z interpunkcją i parę językowych niezręczności, do których nie chciałam się czepiać, bo ostatnio patrzeć na błędy nie mogę. Narracja delikatnie poetyczna, myślę, że świetnie pasowała do bohaterki.

 

Jeśli chodzi o piórko – nie wiem, czy moje wrażenia się utrzymają i na ile dobrze będę pamiętać tekst za dwa tygodnie (jest, mimo wszystko, dość krótki i delikatny, raczej miniatura na dwie sceny, niż pełnoprawne opowiadanie), po przeczytaniu kolejnych dziesięciu nominacji, ale na chwilę obecną jestem bardzo usatysfakcjonowana lekturą.

 

Nie wyczułam pod palcami krzewów brwi, nie wymacałam wzgórka nosa ani doliny ust.

czasy ci się pomerdały

 

Brakujące przecinki:

 

Gdy mkniemy przez miasto wiem o tym tylko dlatego

Nie widzę powodu by panią przetrzymywać.

Spakował rzeczy pozostawiając dużo wolnego miejsca w szafie.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Świrybie, wybacz, że nie rozbudowałam wątku z mężem. Temat tego, dlaczego ich małżeństwo się rozpada był już omawiany przez innych użytkowników, mieli ciekawe interpretacje, ale informacje w tekście też są. Swoją drogą, mój mąż miał podobne zastrzeżenia, myślę nawet, że był lekko obrażony. ;)

 

“Dałaś mu tak malutko miejsca, a to jest fascynująco sprzeczna i realistyczna postać.” → no owszem, ale patrząc na tekst, gdzie byście widzieli więcej męża? We wspomnieniach? Nie będę już oczywiście zmieniać, ale jestem ciekawa, bo mnie się zdawało, że tam trudno byłoby go więcej wcisnąć. 

 

Za wyłapanie błędów serdecznie dziękuję, zaraz poprawię :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Dla mnie temat osoby, która kocha, ale jednocześnie przychodzi moment, gdy się poddaje, jest na tyle ciekawy, że chętnie przeczytałam całe opowiadanie z jego punktu widzenia :>

Nie to, oczywiście, ale inne – kiedyś.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Ja też.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

A ja nie. Ja bym wolała więcej o społeczeństwie niż o jednym małżu.

Babska logika rządzi!

Zaraz się z tego zrobi cała seria opowiadań, ale w sumie nie mam nic przeciwko, skoro deklarujecie, że byście chcieli przeczytać, to może napiszę :D EW. może będzie dwa w jednym, o małżu w społeczeństwie ;)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Rose

 

Ja byłem ciekaw, czy to jakieś kulturowe uwarunkowanie, czy mix zwyczaju i prywatnych kłopotów, co powoduje… Czyli wątek męża na styku ze światem przedstawianym.

 

Twoje opko skupia się na prezentacji konceptu ludzkiego Kintsugi i retrospekcji bohaterki, ale tej historii, co doprowadziło do zapomnienia siebie (prócz traumy z młodości) nie widzę w pełni i podejrzewam, że ten mezowsko-spoleczny wątek mógłby ją mieć.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Świrybie, a przecież w tekście jest napisana przyczyna problemów w małżeństwie :)

 

Witam szanowne jury i dziękuję za lekturę. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

@Rose

 

Niby tak i niby nie.

 

Protagonistka wspomina o pustce, na początku pojawia się sugestia, że związek się rozkleił (bo może gdyby oglądali rano te irytujące wiadomości to dalej miałaby oczy – ergo: zmiany w niej zachodzące związane są z entropią relacji). On oferuje jej podwózkę do kliniki i to zdanie:

 

Nie ma już przecież wobec mnie żadnych zobowiązań.

 

Ale dlaczego? Potem leci cała retrospekcja o dramacie z młodości plus operacja i dowiadujemy się w końcu, że się wyprowadził, że mu nasza bohaterka życzy dobrze, że martwi się, czy go pustką nie zaraziła, że być może znalazł jakąś “nie zepsutą”, że kochał tę “słabość” póki nie była za trudna do kochania – i czy wyprowadził się, bo z zepsutą związku dalej nie chciał mieć już do czynienia, czy to jakiś zwyczaj może, że zepsute, acz posklejane można zostawić swojemu losowi… Ideą Kintsugi jest przecież naprawić, by – pomijając funkcjonalność – odtworzyć przedmiot nieco inny, ale być może i piękniejszy w swoich bliznach.

 

Taka sytuacja czytelnicza.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Z tymi wiadomościami bardziej chodziło o to, że ona nie miała wykształconych własnych zwyczajów, których by się trzymała: “Takie rytuały sprawiają, że jesteśmy sobą.”

 

Cóż, tak jak już chyba pisałam gdzieś wcześniej, pisałam tekst w taki sposób, żeby zostawić dużo miejsca na interpretację własną czytelników. Mogę Ci jednak wyjaśnić, jak ja to widziałam, jednocześnie zaznaczając, że żadna z innych czytelniczych interpretacji nie jest błędna: każdy może to czytać, jak chce, bo dlatego pozostawiłam tekst tak otwarty. 

Jeśli chodzi o zacytowany przez Ciebie fragment: jeśli osoba nie pamięta siebie, to jak można mówić o małżeństwie? Z kim? Zasadniczo w mojej głowie taki związek nie miał już racji bytu.

Później w tekście pojawia się też informacja o tym, że jako para starali się o dziecko, ale bohaterka nie mogła zajść w ciążę, co tylko pogłębiło jej zagubienie, jednocześnie unieszczęśliwiało męża,  który marzył o tym, by zostać ojcem. Ona szukała cały czas jakichś ról, przez które mogłaby się zdefiniować. Zatraciła tożsamość wymazując traumatyczne wspomnienia, potem starała się definiować przez rolę kochanki, żony, matki. Ta ostatnia rola wydała jej się jedyną solidną, ale niemożliwą do osiągnięcia i w końcu “pustka” zeżarła ją dostatecznie, bo w niczym nie mogła się odnaleźć.

Jeśli chodzi o przyczynę odejścia męża – warto pamiętać, że znamy tylko jej perspektywę, to jak ona widziała rzeczy, trudno powiedzieć w przypadku “zepsutej” osoby czy to widzenie było w jakikolwiek sposób obiektywne. Moim zdaniem on odszedł, bo z taką osobą nie da się tworzyć związku. Ona widziała siebie jako ciężar, czy on to tak widział? Być może.

No I właśnie po zabiegu, po kintsugi ona może dopiero zacząć widzieć piękno w swoich bliznach i spróbować się odbudować, ale do tego potrzeba przestrzeni, której w związku znów by nie miała, bo znów próbowałaby się wpasować w rolę, a ponieważ w pewien sposób przestała na pewien czas istnieć jako osoba, małżeństwa już nie było. 

 

W tekście nie ma ani grama obiektywizmu, bo nie miało go być. Jest pisany z perspektywy osoby tragicznie pochłoniętej samą sobą, a jednocześnie całkowicie w tym zatracającej siebie. Na podstawie tekstu czytelnik nie powinien móc ocenić męża i jego podejścia do sprawy, bo bohaterka tego po prostu nie uwzględnia i nie jest w stanie obiektywnie ocenić. 

 

Tak to mniej więcej widziałam. Może się to nie trzymać kupy, może nie ma tego dość w tekście. Każdy czytelnik lubi coś innego. Mi się podobały te niedopowiedzenia i otwartość, niektórym czytelnikom chyba też, ale rozumiem, jeśli ktoś woli, kiedy rzeczy w tekście są bardziej “kawa na ławę” przedstawione :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Ja nie muszę mieć kawy na ławę, ale pozwolę sobie na komentarz, że trochę tego, co miałaś w głowie, mogłabyś dosypać do tekstu bez szwanku dla dowolności interpretacyjnej ;-)

 

Dzięki za obszerną odpowiedź!

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rozumiem i dzięki za opinię oraz dyskusję. Cieszę się, że ogólnie chyba tekst Ci się podobał i mam nadzieję napisać coś lepszego następnym razem :D Z tym, żeby przekazać to, co mam w głowie w taki sposób, by było to czytelne mam niejaki problem, więc postaram się to uwzględnić na przyszłość. Choć tutaj podczas bety padały właśnie opinie, że jednak tak jak jest, jest dobrze, więc chyba w tym przypadku może to być kwestią gustu? 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Bardzo może. Co rabin, to inny gust przecież. Absolutnie traktuj moją opinię jako tylko moją, a do tekstu wkładaj to, co sama zdecydujesz!

 

Dej mie ten las legendarny normalnie, bo kwitnę z ciekawości ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja się odrobinę zgodzę z Finklą i PsychoFishem, że bym chciała więcej o świecie, o mężu, o tym, jakie są społeczne konsekwencje takiej przypadłości – ale to dlatego, że bardzo mi się ten świat podoba i chciałabym o nim więcej wiedzieć, nie dlatego, że mi czegoś brakuje w tekście, który zdecydowanie mi się podobał.

Do uwag poprzednich komentatorów dodam jeszcze jedno; ten tekst, jak dla mnie, kończy się na bardzo delikatnie, subtelnie optymistycznej nucie, na jakiejś zapowiedzi nowego początku: czarka została połączona na nowo i zaakceptowała ten fakt. To jest nietypowe w około-weirdowych tekstach, a tu bardzo ładnie wybrzmiało.

Ninedin, trochę się bałam czytać Twój komentarz, jak zobaczyłam, że go zostawiłaś, ale bardzo miło się zaskoczyłam!

To opowiadanie o świecie przedstawionym w “Kintsugi” może rzeczywiście powstanie, skoro taka jest wola ludu, ale cieszę się (nawet bardzo), że tekst Ci się spodobał. To dużo dla mnie znaczy! <3

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Ojej, ale czemu się bałaś? Ja zawsze myślę o sobie jako o krytyku aż za łagodnym i za mało wymagającym, bo zwykle wystarczy jakiś jeden element w tekście, żeby moja ocena była pozytywna, z i zawsze z podziwem czytam opinie np. mr.marasa czy Finkli, którzy są bardziej dociekliwi i nieraz dopiero po przeczytaniu ich opinii widzę, że mają rację i że pewne rzeczy, które faktycznie powinny mi przeszkadzać, przegapiłam (albo coś w tekście, co było na plus, sprawiło, że nie zwróciły mojej uwagi). Ale zapewne, podobnie jak w innych sprawach, człowiek nie jest pod tym względem najlepszym sędzią siebie samego :)

 

Skądinąd Twoje opowiadanie tak pięknie w ostatniej scenie ogrywa tytuł, to jest tak malarskie, tak efektowne, że szczerze podziwiam i zazdroszczę. Piękna scena. 

 

Ten świat ma zadatki na coś naprawdę interesującego, patrząc na mały wycinek, który tutaj przedstawiasz. Mam nadzieję, że napiszesz o nim kiedyś coś więcej. Warstwa językowa niesamowicie plastyczna i pozwalająca się wczuć w stan emocjonalny i przeżycia bohaterki. Motyw straty twarzy, mimo że bardzo częsty w literaturze tutaj zyskał delikatny powiew świeżości. 

Ninedin – bo ja się ogólnie boję loży ;) Awww dzięki za to skądinąd <3 

 

Oidrin – dziękuję za wizytę i komentarz. Ja naprawdę postaram się coś jeszcze w tym świecie napisać! Postaram się xD

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Ładnie napisane, ciekawe wykorzystanie hasła i mało znanej, egzotycznej techniki/sztuki jako motywu tytułowego. Przywołanie Scarlett Johansson nieco przywiodło mi na myśl film “Pod skórą”.

 

Sugestie poprawek:

 

Mimo to pomaga mi włożyć płaszcz i sprowadza po schodach, pilnując[+,] bym nie upadła. 

Brakujący przecinek przed zdaniem składowym “bym nie upadła”.

 

Słyszę, jak podchodzi[+,] stukając obcasami,

Brakujący przecinek wydzielający imiesłów.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dzięki Wicked! Za odnalezienie zaginionych przecinków i miły komentarz. 

Cieszę się, że Ci się podobało :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Dziwnie tu trafić wkrótce po wymianie zdań. Czego człowiek nie napisze, dobrze, czy źle, będzie podejrzenie, że pod wpływem wcześniejszej dyskusji ;-) 

Ale całkiem serio – to jest naprawdę dobre opowiadanie. A już w szczeólności mocno wybrzmiewają fragmenty:

Pomieszczenie pełne najrozmaitszych przedmiotów, a jednak wciąż puste.

Oraz:

On kochał moją słabość, dopóki nie stała się zbyt ciężka do udźwignięcia. 

– o drugie wraz z kontekstem zdań poprzedzających. Ofiara, która nadal wierzy, ze coś było z drugiej strony, bo to pozwala trzymać się sensu… Koszmar.

Zresztą tu jest więcej naprawdę mocnych zdań i sygnałów. Natomiast czegoś brakuje w końcówce i sam nie wiem czego. Choć być może to właśnie tak miało być? Może jako happy end? A może wcale nie happy end, może zapowiedź kolejnego cyklu toksyczności, zduszania lęków i przekonywania siebie, że może coś się jeszcze poprawi?

I ten alkohol… Czy to jest celowe zasugerowanie, ze bohaterka jest DDA, czy tylko mi się skojarzyło w tę stronę?

 

EDIT: w sumie tytuł by wskazywał, ze ten ostatni trop może mieć coś na rzeczy…)

Wilku, nie martw się, akurat nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że mimo iż mieliśmy drobną sprzeczkę dzisiaj, to jednakowoż oboje tu jesteśmy po to, by czytać opowiadania i komentować je zgodnie z naszym sumieniem, a nie wyżywać się na czyimś tekście, z powodu jakichś niesnasek. Przynajmniej ja mam takie podejście i cieszę się, że do mnie zajrzałeś :)

 

Ogólnie, bardzo mnie cieszy, że podobała Ci się warstwa językowa tekstu – sama jestem z niej zadowolona i mimo widzieć, że nie jestem w tym osamotniona. 

 

Końcówka miała pozostać taka otwarta,  bo chciałam, żeby z jednej strony można było ją odczytać optymistycznie (i w sumie sama ku temu się skłaniam, bo w przeciwnym razie nie do końca pasuje kintsugi), a z drugiej strony, żeby była trochę niepokojąca. 

 

Co do alkoholu – masz słuszność :)

 

EDIT: czy dobrze rozumiem, że Twoja interpretacja jest taka, że ona była ofiarą męża? To bardzo ciekawe, chyba nikt jeszcze tego tak nie odczytał. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Ogólnie, bardzo mnie cieszy, że podobała Ci się warstwa językowa tekstu

Też, ale pisząc o mocnych zdaniach miałem na myśli ich wydźwięk.

 

czy dobrze rozumiem, że Twoja interpretacja jest taka, że ona była ofiarą męża?

Niebezpośrednio, ale też. Męża, ojca, życia, ludzi… No własnie znów wraca skojarzenie z DDA.

Ale poniekąd też którzy pomagając jej “składać się do kupy” narzucają własne interpretacje kim ona jest, tak naprawdę zacierając to jestestwo…

Przeczytałem jednym tchem. Piękny warsztat, ciekawy pomysł, który zostawia mnie z pewnymi przemyśleniami. Działa na kilku płaszczyznach. To opowiadanie ma głębie i można je różnie interpretować. 

Dla mnie to historia kobiety, która nie chciała pamiętać, widzieć, bała się mówić na głos o rzeczach, które trawiły ją od środka (ciężkie dzieciństwo) i przez to straciła swoją tożsamość. Odejście męża jest w pewien sposób naturalne w takiej sytuacji. Kobieta z którą się ożenił odeszła. To nie jest jego historia tylko jej, dlatego w ogóle mi nie przeszkadza, że jego wątek nie jest rozbudowany. Wydaje się, że klinika to w pewien sposób miejsce, które ma ją pozbierać i oczywiście robi to, chociaż dla mnie fakt, że w pewien sposób to ktoś inny musi jej tą tożsamość stworzyć, zrekonstruować, pomóc i w jakiś sposób ją za nią wybrać jest jednak trochę smutny. Niemniej jednak rozumiem to, bo czasami po prostu bez leczenia, nie jesteśmy w stanie sami sobie pomóc i pewnych rzeczy po prostu się nie poskłada. Końcówka daje nadzieję, że dla tej kobiety jeszcze zaświeci słońce :) 

Patryku, dziękuję Ci bardzo za wizytę! Cieszę się, że dobrze Ci się czytało i lektura pozostawiła Cię z przemyśleniami. 

Fajna interpretacja, chyba jedna z bliższych mojej własnej :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Nie rozumiem, dlaczego bohaterka przestała mieć twarz. Nie rozumiem, dlaczego mąż przestał być mężem. Nie rozumiem tworzenia nowej twarzy z użyciem kruszcu i zachwytu pacjentki na widok lica po zabiegu – miałam tu wizję czyjegoś “olśniewającego” uśmiechu, prezentującego garnitur złotych zębów, wstawionych w miejsce prawdziwych, co nijak nie chciało mi się pogodzić z artyzmem techniki kintsugi. Nie rozumiem też, jakie znaczenie dla zmiany twarzy miały opisane wspomnienia i przeszłość bohaterki. Czy nowa twarz była swoistym resetem wszystkiego, co było kiedyś? Czy po zabiegu kobieta była wolna od przeszłości i zaczynała życie od nowa?

Czytało się dobrze, bo opowiadanie jest napisane porządnie, ale bez szczególnego entuzjazmu.

 

iry­tu­ją­cych ry­tu­ałów. Takie ry­tu­ały spra­wia­ją… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

i otwie­ra mi drzwi. Po­ma­ga mi jesz­cze wyjść z sa­mo­cho­du… ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Wy­tę­żam wspo­mnie­nia, do­strze­gam zarys… ―> Obawiam się, że wspomnień się nie wytęża.

Proponuję: Wy­tę­żam pamięć, do­strze­gam zarys

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie rozumiem, dlaczego bohaterka przestała mieć twarz

Gdybym miał zgadywać, to – niezależnie od realiów świata przedstawionego z “istotami domowymi” – symbolika próby odnalezienia tożsamości osoby z życiowymi traumami (Rosebelle, popraw mnie jeśli interpretacja idzie w innym kierunku niż zamierzona lub jest przypadkową “dointerpretacją”).

 

Wilku, ale sama twarz to nie jeszcze nie cała tożsamość osoby. Owszem, ludzie rozpoznają się po twarzach, ale przecież człowiek to nie tylko twarz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, tutaj nic nie trzeba rozumieć, można sobie interpretować, bo tekst jest metaforyczny. Może się też taki tekst nie podobać czytelnikowi. Wilk Zimowy ma rację pisząc o tym, że twarz jest symbolem tożsamości. Taka fizyczna manifestacja zatracenia siebie. Ale jeśli rozebrać to rozumowo na części pierwsze i próbować “zrozumieć”, to może rzeczywiście nic tu nie ma sensu. 

Może powiesz mi, czym jest tożsamość osoby, skoro twarz jest niewystarczającym symbolem? Co byłoby lepszym?

 

“miałam tu wizję czyjegoś “olśniewającego” uśmiechu, prezentującego garnitur złotych zębów, wstawionych w miejsce prawdziwych” → no… ja miałam na pewno inną wizję, szkoda, że nie udało mi się jej przekazać. Ale skoro wyobraziłaś sobie coś takiego, to nie dziwi, że nie zrozumiałaś nawiązania do kintsugi. Aczkolwiek upierałabym się, że sam tytuł jest sygnałem, że efekt końcowy należałoby rozumieć inaczej niż wstawienie złotej protezy zębów.

Powtórzenie celowe. Z zaimkami faktycznie widzę problem, ale na razie nie będę nic zmieniać, bo jurorzy już oceniają. To samo z wytężaniem wspomnień.

Dziękuję za wizytę i komentarz. Szkoda, że nie przypasowało. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Może po­wiesz mi, czym jest toż­sa­mość osoby, skoro twarz jest nie­wy­star­cza­ją­cym sym­bo­lem?

Powiedziałabym że poza twarzą to także inne cechy osoby, czyli rysopis, tudzież inne dane i informacje pozwalające ustalić o kim jest mowa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zawsze jest grupa, która z danym elementem się nie utożsamia. Na przykład większość ludzi utożsamia się z imieniem i nazwiskiem, ale tez nie wszyscy. Czy jednak to sprawia, ze imię i nazwisko nie byłyby symbolem tożsamości?

Ale tu nie chodzi o tożsamość w sensie prawnym. Chyba, że chodzi Ci o to zakończenie małżeństwa, ale to też taki rodzaj przenośni – jak można być z osobą, która nie wie, kim jest. To jest tekst o tym, jakby to było, gdyby nasze wewnętrzne poczucie zatracenia samego siebie przeniosło się do “rzeczywistości”. 

Ale w sumie poruszyliście ciekawą problematykę. Bo może dla bohaterki tekst utrata tożsamości przyjęła formę utraty twarzy, a może ktoś, kto utożsamia się z imieniem i nazwiskiem nagle straciłby te dane,  one by po prostu przepadły? Z tego można w ciekawy sposób rozbudować ten świat, o co kilku czytelników się dopraszało :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

…więk­szość ludzi utoż­sa­mia się z imie­niem i na­zwi­skiem, ale tez nie wszy­scy. Czy jed­nak to spra­wia, ze imię i na­zwi­sko nie by­ły­by sym­bo­lem toż­sa­mo­ści?

Wilku-zimowy, imię i nazwisko nie  jest dla mnie symbolem tożsamości, jest jej elementem. Może być wielu Janów Kowalskich, a każdy z nich będzie inną osobą i z pewnością nie będzie utożsamiał się z pozostałymi.

 

Chyba, że cho­dzi Ci o to za­koń­cze­nie mał­żeń­stwa, ale to też taki ro­dzaj prze­no­śni – jak można być z osobą, która nie wie, kim jest.

Rosebelle, gdybym straciła pamięć i nie wiedziała kim jestem, mój mąż z pewnością nie odszedłby; przynajmniej on wiedziałabym kim jestem. Większe ryzyko, moim zdaniem, podejmują czasem zauroczeni sobą ludzie, którzy pobierają się, a w gruncie rzeczy wcale się nie znają.

 

To jest tekst o tym, jakby to było, gdyby nasze we­wnętrz­ne po­czu­cie za­tra­ce­nia sa­me­go sie­bie prze­nio­sło się do “rze­czy­wi­sto­ści”. 

I pewnie dlatego nie rozumiem opowiadania, bo nigdy nie przyszło mi do głowy zastanawiać się nad tym, jak by to było, gdybym nagle przestała wiedzieć kim jestem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“Rosebelle, gdybym straciła pamięć i nie wiedziała kom jestem, mój mąż z pewnością nie odszedłby; przynajmniej on wiedziałabym kim jestem.” → na pewno? Mi się zawsze wydaje, że nawet nasi najbliżsi znają tylko pewien aspekt nas. Mąż zna mnie tylko jako “żonę”, wcześniej “dziewczynę” i “partnerkę”. Ale czy te osoby są mną? Czy tylko częścią większej całości? Poznał mnie, gdy miałam 26 lat. To jest całe 26 lat wcześniej, o których on nie ma najmniejszego pojęcia. Mogę mu opowiedzieć o tym, co się wtedy działo ze mną, kim mi się wydaje, że byłam, ale jakby zapytał mojej siostry lub babci, opowiedziałyby mu jeszcze o kimś innym. Właśnie z takich rozważań, które towarzyszą mi od dawna, zrodził się ten tekst.

 

No cóż, żaden tekst nie jest dla wszystkich. Cieszę się, że chociaż napisany porządnie. To w dużej mierze Twoja zasługa, jak sobie przypomnę moje pierwsze wrzutki tutaj i wielokilometrowe łapanki od Ciebie :) Może następnym opowiadaniem bardziej trafię w Twoje gusta :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

I ja Ci dziękuję, Rosebelle, i pozostaję z nadzieją, że Twoje przyszłe opowiadania będę czytała z prawdziwą przyjemnością. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“Rosebelle, gdybym straciła pamięć i nie wiedziała kom jestem, mój mąż z pewnością nie odszedłby; przynajmniej on wiedziałabym kim jestem.” → na pewno?

A to powiem wam obu, że ja to zinterpretowałem zdaje się jeszcze inaczej. Bo w niektórych przypadkach dochodzi do zjawiska, że gdy jedna osoba ma problem, chociażby wynikający właśnie z wspomnianego już DDA, zdarza się, ze druga storna nawet przy szczerych chęciach może w którymś momencie doznać wypalenia. A bywa i tak, że to strona z problemem odchodzi. Tę scenę pod tym kątem można czytać na wiele sposobów w odniesieniu do dramatów, jakie się dzieją w zniszczonej psychice.

 

Wilku-zimowy, wierzę Ci na słowo, albowiem nie mam żadnych złych wspomnień z dzieciństwa, ni z długiej już przeszłości, a i moja psychika, mimo tylu lat na tej stronie, jeszcze nie uległa zniszczeniu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“ze druga storna nawet przy szczerych chęciach może w którymś momencie doznać wypalenia.” → w tekście jak najbardziej są przesłanki, żeby to tak odczytywać. W mojej głowie tych czynników było kilka:

a) zanik tożsamości czytany dosłownie, jak można mówić o małżeństwie z kimś, kto przestał istnieć (brak twarzy, nawet jeśli nie jest jedynym wyznacznikiem tożsamości, to jednak na każdym dokumencie musimy mieć zdjęcie, a tutaj nie ma twarzy, z którą można by to zdjęcie uzgodnić)?

b) niespełnienie oczekiwań – mąż chciał dziecka, kobieta była bezpłodna

c) wyniszczenie psychiczne – ona go obciążała swoim własnym zagubieniem, oczekiwała, że “nada jej tożsamość,  określi ją”,  ale to niemożliwe, bo tylko ona sama może tego dokonać, poddając się terapii (rekonstrukcja twarzy). Nie wytrzymał. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Hmmm. Postulujesz, że choroba Alzheimera to dobry powód do rozwodu?

Babska logika rządzi!

Eeee, nie, opowiadanie jest fikcyjne i jest odzwierciedleniem jakichś tam przemyśleń odnośnie tożsamości człowieka.  Niczego nim nie postuluję. 

 

PS. Wooo! 100 komciów pod tekstem! :D

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Setka to dopiero dobry początek. ;-)

Babska logika rządzi!

No, ale pierwszy raz dobiłam do takiej ilości komentarzy, to się raduję ;)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Nigdy w weekend nie spotkałaś się z setką?

O masakra, Rosebelle, jak Ty ładnie piszesz. Miód, malina. Chyba jeszcze styl nikogo na portalu aż tak mi się nie spodobał. Opowiadanie jest zgrabne, uderzające w emocje i wciągające, ma specyficzny klimat, który mnie zaciekawił i sprawił, że przeczytałam jednym tchem. Świetne zobrazowanie życiowej pustki. Czy ten tytuł nawiązuje do tego, że poskładali, pozszywali życie bohaterki, ale ono i tak dalej jest rozsypane i widać pęknięcia, które już zawsze będą? 

Ojej, dziękuję, Sonato – bardzo miłe słowa <3 

“Czy ten tytuł nawiązuje do tego, że poskładali, pozszywali życie bohaterki, ale ono i tak dalej jest rozsypane i widać pęknięcia, które już zawsze będą? “ → można to tak czytać :) Mnie chodziło o jakieś takie zobrazowanie wrażenia, które niekiedy miewałam w trudnych chwilach, że jak się człowiek rozbije, stłucze, połamie o jakieś trudne wydarzenie, to zawsze gubi jakąś małą cząstkę siebie, ale potem ostatecznie składa się z powrotem do kupy. To rozbicie nie musi być ostateczne, chyba, że taką podejmiemy decyzję. Blizny jednak zostają, ale mogą nas uczynić bogatszymi i piękniejszymi, jak naczynia posklejane techniką kintsugi. :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Wracam, by dotłumaczyć swoją piórkową decyzję. Tym razem będę na NIE. Twoje opko jest bardzo pięknie napisane, jak pisałam w poprzednim komentarzu, płynie się przez nie, jak po spokojnym morzu. Pomysl też mi się bardzo podoba. Wykorzystanie techniki kintsugi, jako metafory naprawy życia to bardzo trafne porównanie. Po takiej naprawie człowiek nie jest taki sam, ale te sklejenia mogą mu dodać godności, pełni.

Ale ja szukam w literaturze prawdy i parę razu w różnych miejscach już o tym wspominałam. A tu mi jej trochę brakuje. Przedstawiasz kobietę z jakąś głęboką traumą, która w pewnym momencie się rozsypuje, ale pozbieranie się do kupy, czy, jeśli wolisz, odzyskanie twarzy to ogromna praca, której nie da się wykonać za kogoś. Człowiek musi sam do tego doprowadzić, sam się odbudować, wybrać sobie nowe rysy twarzy, kształt nosa, ust, kolor oczu. Może liczyć na pomoc ze strony lekarza, czy terapeuty, ale tę robotę musi wykonać sam.

Natomiast u Ciebie, bohaterka jest całkowicie bierna. Piszesz, że taką chciałaś ją stworzyć, a ja nie rozumiem dlaczego. Dla mnie nie ma w tym prawdy. Odczłowieczyłaś ją, nie tylko straciła twarz, ale stało się przedmiotem, rzeczą, którą mogą naprawić tylko specjaliści. W momencie, w którym się rozsypała, straciła prawo decydowania o sobie, wszyscy robią to za nią, włącznie z mężem. Dla mnie to mocno przygnębiająca wizja i na szczęście nieprawdziwa.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hm, rozumiem Twoją decyzję, ale nie do końca się zgadzam z tym, że w tekście nie ma prawdy. Po prostu ta prawda jest inna niż ta, którą Ty chcesz widzieć. Może mamy różne doświadczenia. Moje doświadczenia z osobą w depresji (na przykład) są takie, że taka osoba nie jest w stanie sama się z sobą uporać. Bez specjalisty, nie ruszy do przodu. Bez zawiezienia jej siłą na leczenie – też nie, zwłaszcza, gdy jej się wydaje, że tego nie chce. Będzie się bronić przed leczeniem, mówić, że nie pójdzie do psychologa, bo nie umie rozmawiać z ludźmi. Potrafi cały dzień nie ruszyć się z kanapy. Odczuwać totalną bezsilność wobec losu, który wydaje jej się niezależny od jej własnych decyzji. To co się jej przytrafia nie jest skutkiem jej działań, ale działań sił zewnętrznych. Może jest to wizja nieprawdziwa, ale dla tej osoby – jak najbardziej. A przecież opowiadanie jest pisane z subiektywnej perspektywy. Nie wiem, czy to jest odczłowieczające. Mam nadzieję, że nie, bo dotyczy bardzo bliskiej mi osoby. Zresztą wreszcie ma dobre leki i radzi sobie lepiej. Nie mów mi jednak, że taka bezradność, bezsilność i poleganie na innych w naprawianiu siebie jest nieprawdziwe. W ogóle jestem przeciwna takiemu absolutyzmowi: “to jest nieprawda, a to prawda” i kropka. Wydaje mi się, że w kwestiach ludzkiej psychiki nie ma takich oczywistych odpowiedzi. To nie matma: 2+2=4; to coś, co dla każdego człowieka i z każdej perspektywy będzie wyglądać inaczej. Akceptuję oczywiście Twój głos, ale z jego uzasadnieniem nie mogę się zgodzić, także… Trudno :)

EDIT: A jeszcze pod innym kątem – czy nie uważasz, że bywa iż ludzi traktuje się przedmiotowo, a oni się na to godzą, bo im to pasuje? Czy tacy ludzie nie istnieją? Napisałaś, że wolałabyś być rzeźbiarzem niż miseczką – to Twoja prawda, ale nie jest to chyba prawda wszystkich?

Oczywiście dziękuję Ci za powtórną wizytę i komentarz około-piórkowy. Nie próbuję Cię przekonać do zmiany zdania, jedynie wykładam swój punkt widzenia na problem, który widziałaś w tekście. Może następnym razem nasze gusta i opinie bardziej się zbliżą :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Hm, rozumiem Twoją decyzję, ale nie do końca się zgadzam z tym, że w tekście nie ma prawdy. Po prostu ta prawda jest inna niż ta, którą Ty chcesz widzieć.

Dokładnie tak, Rosebelle. 

 

Natomiast u Ciebie, bohaterka jest całkowicie bierna. Piszesz, że taką chciałaś ją stworzyć, a ja nie rozumiem dlaczego.

A ja rozumiem, Irko. Wszystkie panie, które zasiadają w loży są typem silnych osobowości, takich, które w związkach to one noszą spodnie. Kobiety słabe, bierne, czy też bezwolne, które niekoniecznie takie muszą być, ale fabuła lub ich zachowanie to sugeruje, przyprawiają lożanki o młodości na tyle silne, że nie akceptują ich nawet w literaturze. 

Czytałem komentarze w podobnym tonie pod swoimi opowiadaniami. 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Gdyby ludzie zawsze się zachowywali jak dobrze naoliwiony mechanizm, nie byłoby wypaleń, ofiary przemocy domowej błyskawicznie by uciekały od sprawców, ludzie nie popadaliby w alkoholizm, a syndrom DDA by nie istniał. Problem w tym, ze to nie jest sprawny mechanizm.

 

Powiem szczerze, że mam odczucia podobne do Syf.a. Rozjechała mi się ta metafora w trakcie lektury, a zakończenie, wyraźnie nawiązujące do tytułu (lub odwrotnie), wyskakuje nagle i, w mojej opinii, nie jest w pełni kompatybilne z tym, co opisujesz wcześniej.

Ja widzę tutaj w opisach postać bez ust, bez oczu, bez nosa, płaską jak fizjonomia kiepskiego manekina. Jak zatem ma się do wycinania otworów na oczy, wycinania otworu na usta wypełnianie szczelin, pęknięć, rys, złotem (jak w technice kintsugi?). Rozumiałbym, gdyby to była twarz, która rozsypała się na kawałki, twarz potłuczona, twarz pozbawiona fragmentów – wtedy owszem, finał pasowałby mi do wcześniejszej fabuły. Jednak niemal od początku towarzyszył mi obraz kobiety dosłownie bez twarzy, bez otworów w fizjonomii, nawet bez nosa. Jak to mam poskładać w całość ze wspomnianą w finale wizją twarzy, w której pęknięcia wypełniono złotem? 

Napisałaś ten tekst bardzo subtelnym językiem, delikatnie, niemal poetycko, a jednak co jakiś czas w tej łagodnej melodii zgrzytały mi strasznie wyświechtane i w sumie słabe literacko porównania: krzewy brwi, wzgórek nosa (dwukrotnie), dolina ust, bębny ud.

Na płaszczyźnie (poziomie) przekazu, mamy tutaj dosyć złożony obraz kobiety, która utraciła siebie (nie czepiam się specjalnie tego wcale nieoczywistego przełożenia utrata siebie = utarta twarzy), w wyniku traumatycznych przeżyć z dzieciństwa i dalszych przeżyć (tutaj mi brakuje wyjaśnienia, jakich dalszych przeżyć? Nieudanego małżeństwa?), ale nie widzę bezpośredniej przyczyny stanu, w jakim się bohaterka znalazła. Mąż jest bardzo pasywny, bez jasno postawionych powodów odchodzi (ma dosyć stanu małżonki? Jej traumy niszczą związek?), dzieciństwo było dawno, a utrata twarzy chyba przydarzyła się już w dorosłym życiu?

Z drugiej strony mam też nieco jak Finkla. Nie zarzucam w żadnym razie pisania pod publiczkę, ale wywoływania określonych emocji u czytelnika poprzez poruszanie akurat takich tematów nie lubię i uważam (nie od dzisiaj), że jest na portalu zbyt wielu literackich ojców-potworów molestujących swoje dzieci. I pisałem o tym już wiele lat temu, poczynając od pewnego opowiadania Bemik. Naprawdę dajmy już spokój tym ojcom pedofilom, okrutnym albo zboczonym tatusiom… To naprawdę jest pewne pójście na emocjonalną łatwiznę – potrzebna jest trauma, dziecięcy dramat, bolesne dzieciństwo? – wrzucamy tatę zboka lub tatę pijaka/sadystę. To oczywiście tematy poważne, trzeba o nich pisać. Ale zarazem chyba za dużo tego w naszej portalowej fantastyce. W sumie szkoda, bo te fragmenty z przeszłości są naprawdę dobrze i ciekawie napisane, a cały tekst nie epatuje przesadnie dramatem, tragedią czy nadwrażliwością emocjonalną. Wszystko to podane jest z odpowiednim wyczuciem.

Świat kreślisz z umiarem weirdowy. Lekarze robią to, co robią jak normalną rzecz pod słońcem, utrata twarzy specjalnie nie dziwi nikogo z otoczenia, bolesna operacja na żywym i świadomym pacjencie też jest czymś zwyczajnym. Ja w taka wewnętrzną logikę świata przedstawionego wierzę bez zastrzeżeń – opisujesz to wszystko umiejętnie, spokojnie, właśnie jak najnormalniejsze sprawy pod słońcem. To naprawdę udany chwyt. Są też dobre i mocne momenty jak np. zaskakujący motyw z odczuwaniem rozkoszy podczas bolesnego zabiegu, potem jednak to zupełnie porzucasz i wraca zwykłe odczuwanie bólu.

W ogólnym podsumowaniu jestem jednak na NIE. Warsztatowo jest naprawdę dobrze, ale nie do końca skleiła mi się ta metafora, nie do końca zachwycił język, który przez większość tekstu mógł się podobać. Było blisko, ale jeszcze nie tym razem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki Marasie za rozbudowany komentarz. Rozumiem, zarzut wobec metafory. Moim zdaniem doklejenie elementów i wypełnienie szczelin złotem nadal jest dobrym nawiązaniem do sztuki kintsugi, ale rozumiem, że zdaniem Twoim i Syfa miałoby to więcej sensu, gdyby zaniosła swoje ukruszone części do lekarza i on by je dokleił. Może wtedy porównanie faktycznie byłoby lepsze, ale inaczej się to zdecydowałam rozegrać i cóż, nie wszystkim to się spodobało. 

Co do tych porównań, nie odniosę się, to taka subiektywna rzecz, czy coś dobrze gra czy nie. Mi się nadal podoba to naturalistyczne porównanie, ale rozumiem, że nie musi podobać się wszystkim. 

Jeśli chodzi o te dalsze przeżycia, to są one faktycznie zarysowane w tekście bardzo subtelnie: rozczarowania miłosne, a potem niemożność zajścia w ciążę. Wszystko po kolei odbierające role, z którymi chciała się identyfikować. 

A jeśli chodzi o ojców. Zastanawiam się tylko, czy jest taka możliwość, że ci wredni, okrutni, pijani tatusiowie pojawiają się w opowiadaniach z innej przyczyny niż dlatego, że to dobry chwyt emocjonalny? Może ktoś z bliżej nieokreślonych powodów ma potrzebę, żeby o czymś takim napisać? I nawet jeśli pojawiało się tego dużo, to być może nie dlatego, że ludzie uważają, że jak zagrają na emocjach to zostaną poklepani po pleckach? Piszesz, że masz tego dość, może autorzy też? Tak tylko sobie rozważam, czy to jest opcja, która jest brana w ogóle pod uwagę :) Chodzi mi o to, że ostrożnie bym podchodziła do mówienia ludziom, że pisanie o traumie jest “nadużywane”, bo nigdy nie wiadomo, skąd to się w tym tekście wzięło, bo mogło nie tylko z wyobraźni, a też daleka jestem od twierdzenia,  że posiłkowanie się własnymi doświadczeniami, nawet w fantastyce, jest jakimś błędem. Pisarz koniec końców pisze o tym, co zna, zwłaszcza jeśli chodzi o warstwę emocjonalną. Tak mnie się zdaje. Oczywiście, ma prawo się to nie podobać, męczyć. Broń Boże nie chodzi mi o to, że jeśli tekst się nie podoba, ale porusza takie tematy, to trzeba go chwalić tylko dlatego, że może autor się dzieli czymś dla niego ważnym – nie można tak robić i nie należy tak zakładać. Chodzi mi o samo pisanie, że “za dużo tego”. Nad tym bym się troszkę zastanowiła mimo wszystko. 

Kojarzy mi się to z takim doświadczeniem ze szkoły aktorskiej. Kazali nam napisać monolog motywowany właśnie jakąś traumą: napisz rozmowę z kimś, kto Cię skrzywdził. Wielu z nas pisało właśnie o rodzicach. Ktoś miał ojca pijaka, ktoś czuł się porzucony, bo rodzice wyjechali za granicę i zostawili go z dziadkami. Potem mieliśmy te monologi wygłosić na egzaminie na zaliczenie. Ktoś usłyszał, jak jury się śmieje, że tylko mamy problemy z rodzicami.  Tak jakby to było jakieś mniejsze. Jakby w związku z tym, że brat nie umarł komuś na raka, albo nie został zgwałcony, nie można było mówić o traumie. A przecież wiele z naszych problemów w dorosłym życiu, problemów z poukładaniem sobie życia dorosłego bierze się właśnie z rodzicielskich błędów, o czym powie chyba każdy psycholog. Wiadomo, rodzic nie musi być idealny (wręcz rzadko jest, bo rodzice też ludzie), ale umniejszanie naszych doświadczeń takim komentarzem było bardzo przykre. Dlatego uważałabym z mówieniem “przestańcie już pisać o ojcach pijakach i pedofilach”. Powiedziałabym, że takich tekstów można zwyczajnie nie czytać, ale akurat w przypadku Twoim i Finkli – trafiliście tu przez nominację. Mogę jedynie przeprosić, że akurat o tym postanowiłam napisać. 

Dziękuję za głos, szkoda, że się nie udało. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Hm, rozumiem Twoją decyzję, ale nie do końca się zgadzam z tym, że w tekście nie ma prawdy. Po prostu ta prawda jest inna niż ta, którą Ty chcesz widzieć. Może mamy różne doświadczenia. Moje doświadczenia z osobą w depresji (na przykład) są takie, że taka osoba nie jest w stanie sama się z sobą uporać. Bez specjalisty, nie ruszy do przodu. Bez zawiezienia jej siłą na leczenie – też nie, zwłaszcza, gdy jej się wydaje, że tego nie chce. Będzie się bronić przed leczeniem, mówić, że nie pójdzie do psychologa, bo nie umie rozmawiać z ludźmi. Potrafi cały dzień nie ruszyć się z kanapy. Odczuwać totalną bezsilność wobec losu, który wydaje jej się niezależny od jej własnych decyzji. To co się jej przytrafia nie jest skutkiem jej działań, ale działań sił zewnętrznych. Może jest to wizja nieprawdziwa, ale dla tej osoby – jak najbardziej.

Mam wrażenie, że tu doszło do pewnego nieporozumienia. Nie twierdzę, że ktoś ma się sam uporać z depresją, to niemożliwe. Osoba chora jak najbardziej potrzebuje specjalistycznej pomocy, ale właśnie pomocy, bo nic innego współczesna medycyna nie może jej zaoferować.

Psychiatra może zaordynować leki, które sprawią, że chory będzie w stanie w miarę racjonalnie myśleć, a nie tylko pogrążać się w czarnowidztwie. Jednak te leki nie przywrócą energii, chęci życia, wiary w siebie i poczucia sensu. Lekarz może też skierować na terapię, albo wręcz do szpitala. Nie zmienia to jednak faktu, że bez współpracy chorego nic nie jest w stanie zrobić, ani on, ani psycholog czy terapeuta.

Chorego nie da się położyć na stole operacyjnym i wyciąć depresji, jak wyrostka robaczkowego, nie da się rozbitego życia poskładać, jak złamanego nosa. I to sprawia, że ta choroba jest jeszcze gorsza niż myślisz.

Często ludzie zgłaszający się do lekarza oczekują, że nastąpi jakaś natychmiastowa poprawa, że dostaną tabletki i wszystko będzie, jak dawniej, generalnie, że lekarz zrobi coś, co postawi ich do pionu, ale to tak nie funkcjonuje. To jest codzienna walka z drobnostkami.

Masz zlew pełen garów i musisz je umyć, ale nie potrafisz się do tego zabrać, mimo leków. Stajesz w kuchni i ogarnia Cię przerażenie. Tego jest tak dużo, że nie wiesz od czego zacząć. Stoisz sparaliżowana, niezdolna do wykonania najmniejszego ruchu i strach rośnie. Potem dociera do Ciebie, że łazienka też jest od wieków nie sprzątana, w lodówce powoli zalega pleśń, a okna są nieumyte od pół roku. Nie dasz rady, masz ochotę schować się w mysiej dziurze. Odpuszczasz.

Na spotkaniu z psychologiem mówisz o tym, co się stało. Psycholog proponuje Ci ustalenie listy rzeczy, które trzeba wykonać codziennie, absolutne minimum, proponuje Ci rozpisanie rozkładu dnia, rozłożenie pracy na dni tygodnia: w poniedziałek kuchnia, we wtorek łazienka itd. W tym momencie czas Wam się kończy. Dostajesz zadanie domowe: przygotować listę i stosować się do niej przez tydzień. Wracasz do domu robisz listę począwszy od następnego dnia.

Umycie garów wyznaczyłaś sobie na dziesiątą rano. Jest wpół do dziesiątej, a Ty już jesteś sparaliżowana ze strachu, że Ci się nie uda. Jest dziesiąta, a Ty siedzisz na kanapie i nie potrafisz wstać, jest dziesiąta jeden – siedzisz na kanapie, dziesiąta dwa – siedzisz na kanapie, a do strachu dochodzi poczucie winy i wstyd, dziesiąta trzy – przypominasz sobie technikę relaksacyjną, którą zaproponował Ci psycholog, dziesiąta dziesięć – wstajesz i powtarzasz sobie: Tylko jeden garnek na raz. Udaje Ci się umyć gary.

I tak to wygląda ze wszystkim, każda drobna czynność jest okupiona tytanicznym wysiłkiem. Nie ma miejsca na bierność. Trzeba walczyć. Leki pomogą, psycholog doradzi, jak ogarnąć życie, ale tak naprawdę całą robotę musi wykonać chory.

Jeśli nie dasz rady, w końcu trafisz do szpitala. Zmieni się tyle, że codziennie ktoś do Ciebie przyjdzie i będzie Cię namawiał, żebyś wstała z łóżka i poszła z całą grupą na spacer. Problem w tym, że musisz sama z tego łóżka wstać. Nikt Cię siłą do pionu nie postawi. Potem musisz wybrać dla siebie zajęcia. I znowu, nikt Cię nie zmusi, żebyś na nie przyszła. Musisz znowu wstać z łóżka i iść. Na początku będą przychodzili codziennie i namawiali, ale w pewnym momencie odpuszczą. Z miesięcznego pobytu zrobi się trzymiesięczny, a potem z oddziału klinicznego przeniosą Cię na oddział dla chorych długookresowych. I w końcu tam utkwisz. I nie będzie happy endu. Tak to wygląda.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, bardzo Ci dziękuję, że zechciałaś się tak obszernie wypowiedzieć, widzę, że to dla Ciebie równie ważne, co dla mnie, dlatego nie chciałabym, żebyśmy się tutaj kłóciły. Każdy ma prawo do swoich doświadczeń i przeżywania ich na swój sposób. Napisałaś bardzo dużo ciekawych i mądrych rzeczy o bardzo trudnym doświadczeniu. Nie zgodzę się tylko, że “jest gorzej niż myślę”. Naprawdę, nie sądzę by zakładanie, co wiem, a czego nie wiem o jakimś doświadczeniu na podstawie fikcyjnego tekstu było tutaj stosowne. Nawet z mojego komentarza nie sądzę, byś mogła zakładać, że nie wiem, o czym piszę. Zasadniczo myślę, że nasze poglądy rozbijają się o konkretną kwestię:

“Chorego nie da się położyć na stole operacyjnym i wyciąć depresji, jak wyrostka robaczkowego, nie da się rozbitego życia poskładać, jak złamanego nosa.” → dlatego moje opowiadanie jest fikcją, wyrazem pewnych rozważań i marzeń: co, gdyby? Dodatkowo, zakończenie jest pozostawione otwarte: kobieta została sama z tym, co dał jej lekarz. Nie ma już nikogo prócz siebie, na kim mogłaby się oprzeć i nie wiemy, jak z tego wybrnie. Skonstruowałam ją jako człowieka polegającego zawsze na innych, by na koniec zabrać jej to oparcie i pozwolić samej zacząć działać. Może jej się uda podjąć ten tytaniczny wysiłek, o którym piszesz, a może nie? Niewiadomo. Ja to zakończenie pisałam z założeniem pewnej “gorzko-słodkości”. Może to jest happy-end, bo dostrzegła, że jest piękna, a może implant jednak się nie przyjmie? Mam wrażenie, że czytasz tę rekonstrukcję jako zakończenie całego procesu. Może ja to źle napisałam i nie przekazałam tego, co chciałam, tak jak chciałam. To już wtedy mój błąd jako autora, że tego nie widać w tekście. Inni czytelnicy jednak, jak mi się wydawało, rozumieli, stąd moje zaskoczenie Twoim zarzutem i chęć “wybronienia się”. 

Tak czy inaczej, nie chciałam Cię urazić. Masz prawo uważać, że w tekście nie ma prawdy. Jak napisałam w poprzednim komentarzu: dla Ciebie może jej nie być. Ale to bardzo absolutne stwierdzenie, więc postanowiłam powiedzieć, jak ja to widzę, co chciałam przekazać, co ja widziałam i poniekąd czego doświadczyłam. W szczegóły się celowo nie zagłębiałam, bo szantażowanie czytelników emocjonalnie nie jest moim zamiarem. Może mi nie wychodzi i tak to odbieracie. Nie mam takich intencji, bardzo staram się odpowiadać wam w taki sposób, żebyście czuli, że szanuję wasze zdanie, choć pewne wasze słowa jakoś mnie dotykają, bo to jednak mój tekst, mój dzidziuś, który naprawdę nie zrodził się z nudy, pustki i ze stwierdzenia: “hurra, napiszę o czymś strasznym, wtedy ludzie na pewno docenią, napiszę o czymś o czym nie mam żadnego pojęcia bez najmniejszego przygotowania, bo jak będzie o trudnych emocjach to ludzie na pewno to kupią i tak wygram konkurs buahahaha. Nieważne jaka tam będzie ta bohaterka, nie muszę jej przemyśleć ani chwilki”. A jak mam wrażenie, że tak to odbieracie, że mówicie mi, że nie wiem o czym mówię… Cóż, wtedy muszę troszeczkę zawalczyć o siebie i swoją prawdę :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Nie zgodzę się tylko, że “jest gorzej niż myślę”. Naprawdę, nie sądzę by zakładanie, co wiem, a czego nie wiem o jakimś doświadczeniu na podstawie fikcyjnego tekstu było tutaj stosowne. Nawet z mojego komentarza nie sądzę, byś mogła zakładać, że nie wiem, o czym piszę.

Faktycznie, nie powinnam robić takich założeń, przepraszam.

 

Zasadniczo myślę, że nasze poglądy rozbijają się o konkretną kwestię:

“Chorego nie da się położyć na stole operacyjnym i wyciąć depresji, jak wyrostka robaczkowego, nie da się rozbitego życia poskładać, jak złamanego nosa.” → dlatego moje opowiadanie jest fikcją, wyrazem pewnych rozważań i marzeń: co, gdyby?

O to właśnie chodzi, dokładnie w tym miejscu się nasze drogi rozchodzą.

 

 

W szczegóły się celowo nie zagłębiałam, bo szantażowanie czytelników emocjonalnie nie jest moim zamiarem. Może mi nie wychodzi i tak to odbieracie.

A to już nie mój czep ;) Wręcz przeciwnie, uważam, że szantażu emocjonalnego tu nie ma. O traumatycznej przeszłości bohaterki wspominasz subtelnie, nie narzucasz jej. W ogóle nie widzę problemu w podejmowaniu tego typu tematów.

 

Tak czy inaczej, nie chciałam Cię urazić.

Nie czuję się urażona, stwierdziłam, że chyba nie do końca jasno się wyraziłam, więc wróciłam dotłumaczyć :)

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bardzo ładnie napisane, ale historia bohaterki mnie nie przekonała. Musiałam ją dość żmudnie sklejać z kawałków (hmmm…) i komentarzy, a potem i tak nie do końca zrozumiałam, dlaczego mąż ją zostawił i dlaczego ta choroba pojawiła się tak późno. No i niestety ta przeszłość bardzo oklepana, wolałabym, żeby tam było choć trochę mniej standardowej traumy, może po prostu tragiczny przypadek, a nie wszystko na raz.

Niemniej gratuluję ładnie poprowadzonej narracji i pomysłu z kintsugi – niby wcześniej o tej technice słyszałam, ale nazwy nie pamiętałam, więc spojleru nie było :)

 

“Nie czuję pod palcami krzewów brwi” – miałam moment paniki, ale pokonałam trigger ;)

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino, dziękuję za wizytę i komentarz. 

Z tymi traumami to niestety tak jest, że często wszystko na raz. Zwłaszcza, jeśli źródłem traumy jest jedna osoba, od której nie można uciec. Takie rzeczy zmieniają człowieka na całe życie. 

 

W sumie z narracji w tym tekście byłam najbardziej dumna, więc cieszę się z każdego komentarza, który ją docenia. Dziękuję zatem i Tobie. Szkoda, że inne elementy tekstu nie do końca Ci się spodobały :)

Co do odejścia męża – już to trochę tłumaczyłam, a jeśli idzie o późne pojawienie się choroby – widziałam ją jako bardzo powolny proces, zwieńczony na sam koniec tym zniknięciem twarzy. Trochę tak jak przy gruźlicy, choruje się na długo przed tym, jak pojawia się kaszel z krwią. 

 

Jeszcze raz dzięki za odwiedziny i tych kilka miłych słów. Szkoda, że nie “pykło” tak do końca ;)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Podobnie, jak chyba każdy z komentujących, muszę pokiwać głową z uznaniem nad stylem. Bardzo ładnie napisany tekst, niezwykle płynnie, delikatnie wręcz, a mimo to bardzo mocno emocjonalnie. To sztuka, tak przekazać silne uczucia i emocje w stonowany sposób, bez literackiego darcia szat, wygrażania pięścią niebu i wrzeszczenia w uniesieniu. 

Jednak nie jestem przekonany co do "przełożenia" dziecięcej traumy na opisaną, weirdową sytuację. Z jednej strony świat wydaje się realny w swej dziwności, niemal jak w "Jestem wszystkim i wszystkimi", z drugiej ciągle siedziało mi w głowie, że to jedna wielka metafora, że tekst w poetycko przeniesiony sposób opisuje kobietę, która po wyparciu z pamięci paskudnych zdarzeń sprzed lat, traci tożsamość i przestaje być sobą. 

Ale w takim razie dlaczego to się dzieje tak nagle, w – że tak powiem – w zaawansowanym dorosłym życiu? Dlaczego mąż ot tak sobie zniknął? Dlaczego tak szybko, rach-ciach, lekarze zrobili nowe rysy twarzy i już? 

A może to po prostu tylko weirdowa scenka, w której nie ma sensu doszukiwać się wewnętrznej logiki, a całe psychologiczno-obyczajowe dno zostało dodane po to, by lepiej i bardziej otwarcie zagrać na czytelniczych emocjach?

Tyle, że mam mocne przeczucie, że taka opinia byłaby dla tekstu krzywdząca. Za dużo tu autentycznych emocji. Poza tym, nie podejrzewałbym Cię o takie wyrachowanie :-) 

W efekcie nie bardzo wiem jak ugryźć Twoje opowiadanie. To w zasadzie powinno działać na plus, bo przecież w tym gatunku to dobrze, jeśli tekst pozostawia czytelnika z pytaniami, a nie serwuje odpowiedzi. Rzecz w tym, iż po lekturze nie czuję się, że tak powiem, skłoniony do zastanowienia, zachęcony do myślenia i prób interpretacji, ale pozostałem z nieprzyjemnym wrażeniem, że coś tu nie zagrało, coś nie pasuje, nie przystaje ten weirdowy świat do (dość przecież prostego) przekazu emocjonalnego. A że weirdowa jazda i serio psychologiczna treść mogą się znakomicie zgrywać, udowodnił "sąsiedni" tekst o stworzeniu Ewy. 

Oczywiście istnieje spore prawdopodobieństwo, że coś ważnego mi ucieka, czegoś nie dostrzgam i czegoś nie rozumiem. I to problem ze mną, nie z tekstem. Ale nie mogę zagłosować TAK z czystym sumieniem na tekst, który nie przemawia do mnie na gruncie konceptu, choćby był tak znakomity stylistycznie, jak Twój. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, dziękuję bardzo za wizytę, rozbudowany i przemyślany komentarz. Cieszę się, że styl się podobał, a że nie do końca się wszystko zgrało – cóż, może nie udało mi się tej miseczki skleić tak dobrze, jak mi się wydawało. Rozumiem decyzję i raz jeszcze dziękuję za opinię. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Ładne opowiadanie ze zdecydowanie pięknym stylem. Takie nawet delikatnie poetyckie. Historia sama w sobie też jest ciekawa i chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o społeczeństwie, w którym znikanie twarzy to norma.

Zostaw ten żyrandol.

Sprawnie napisany tekst w bardzo ciekawy sposób interpretujący hasło konkursowe, pozostawił mnie jednak w niedosycie – a szkoda, bo mam wrażenie, że z tego pomysłu dało się wycisnąć więcej. Przede wszystkim: dlaczego mąż stracił zobowiązania wobec kobiety, która straciła twarz? W przedstawionym świecie taka dolegliwość wydaje się rutynowa, społeczeństwo zapewne ma wypracowane jakieś normy, ale skoro da się to „naprawić” jednym zabiegiem, wycofanie męża wydaje mi się mało przekonujące.

Przyjęta konwencja i motyw daje pole do prowadzenia głębszej, holistycznej metafory i wplecenia treści, które uczyniłyby z utworu coś więcej aniżeli tylko krótki opis przypadku.

Językowo jest bardzo dobrze, choć na początku miałam wrażenie, że docierasz się z narzuconą sobie stylistyką. Łagodzisz to pod koniec, końcówka jednak zafrapowała mnie, gdyż stanowi dobry komentarz – tyle że nie wiem, do czego. Nie kreowałaś bohaterki jako osoby, której wartość jako kobiety (lub w szerszym ujęciu: istoty ludzkiej) jest negowana z powodu atrakcyjności. Znów wraca tu kwestia niewyeksploatowanej relacji z wypisującym się z interesu mężem. Czy mamy końcówkę – przeistoczenie bohaterki w istotę nieskończenie piękną – zinterpretować jako stratę, na którą pochopnie pozwolił? Wyrównanie od losu za to, co ją spotkało? Bez zarysowania takiego problemu końcowa wypowiedź, mimo że brzmi na świetny oneliner, po prostu jest.

Tiaaaa, no więc… Cóż, nie zrozumiałyśmy się Wiki i to jest ok. Dzięki za komentarz i za organizację konkursu, bez którego ten tekst zapewne w ogóle by nie powstał. Żal mi, że się nie załapał, ale nadal go kocham, więc cieszę się, że się urodził.

Jeśli chodzi o końcówkę – jeżeli ta znikająca twarz nie zniknęła dlatego, że bohaterka była brzydka, to podejrzewam, że jej ostatnie słowa też nie do wyglądu zewnętrznego się odnoszą ;)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Komentarz po-piórkowy i po-wynikowy. Byłam na NIE z powodów, które wyłożyłam wcześniej.

Niemniej jest to jak dla mnie jeden z liderów Salonu Odrzuconych w konkursie. Tekst, który byłby na pewno w mojej piętnastce, choć sugerowałabym sporą redakcję, żeby pozbawić go najbardziej sztampowych elementów. Ale za pomysł wykorzystania kintsugi – jak najbardziej.

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki, Drakaino :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Skrajnie smutna, tragiczna historia. Odpowiednio podana i okropnie świadoma w podanych szczegółach. Zdecydowanie jedna z najlepiej podanych metafor konkursu.

 

Rzecz, która mnie zastanowiła:

"Czy gdy­bym co­kol­wiek po­czu­ła, od­zy­ska­ła­bym cho­ciaż oczy? Pew­nie nie."

Założenie jest chyba takie, że to pytanie retoryczne? Odpowiedź jest więc zbędna?

 

Na pochwałę zasługuję swietna kreacja tożsamości bohaterki, wiarygodny element powracającej akceptacji kolejnych stanów "bycia". Od bycia ofiarą przemocy i walki z pijanym potworem, po akceptację bycia operowaną, aż po akceptację bycia piękną. Widać, że dokładnie rozumiesz, o czym piszesz. O kim piszesz.

 

Wypełnienie luk (jak rozumiem nie tylko "cielesnych", ale i związanych z przeszłością, z traumą) złotem nadaje opowiadaniu dodatkowego, melancholijnego piękna.

Podoba mi się również niezwykły kontrast między "potrzebą słów" a tym, że jest to opowiadanie, a więc tworzą je słowa. Bardzo ładne.

Gratuluję tekstu.

Bardzo dziękuję za komentarz, Żonglerko. Cieszę się, że tak odebrałaś tekst <3 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Fajnie, ze tekst wrócił na portal.

Co do tego pytania retorycznego i odpowiedzi po nim… Z jednej strony odpowiedź z pewnością zbędna technicznie i osłabiająca ten fragment pod względem stylu, a z drugiej pod względem przesłania można to odbierać jako próbę przekonywania siebie do nadziei. Jakąś taką jednoczesną wiedzę, ze jest źle i wmawianie sobie, że może nie. O ile o to chodziło w zamierzeniu?

Tekst poleżał w kopiach roboczych aż opadły mi emocje i mogłam na spokojnie o nim rozmawiać ;) 

Jeśli chodzi o pytanie retoryczne to tak, chodziło o to, że ona się przez krótką chwilę szczerze zastanawia, choć zna odpowiedź. Wydaje mi się, że czasami tak robimy. Zadajemy sobie pytania retoryczne, znamy odpowiedź, a jednak przez ułamek sekundy dajemy sobie nadzieję, że odnajdziemy alternatywę. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

O, jak fajnie, że opowiadanie wróciło heart

www.facebook.com/mika.modrzynska

Nowa Fantastyka