- Opowiadanie: ninedin - Czuwanie

Czuwanie

Nie jestem specjalnie zadowolona z tego opowiadanka, z miliona powodów, z których fakt, że szlag mi trafił komputer z 2/3 tekstu i pisałam wszystko od nowa to tylko jedna z przyczyn. No ale zobaczymy. Starożytny Rzym, ponure święto (historyczne), duchy, upiory i klątwy. I dyżur-czuwanie w mocno nieprzyjemnym miejscu. 
PS. Nie jestem pewna, czy moje wielokropki są wielokropkami, przeniesienie tekstu z googledocs tutaj dało dziwne rezultaty. 
P. PS. Strasznie chciałam coś skończyć, to pierwsze tu opowiadanie od... listopada? Poza walętynką, ale bez przesady, to się nie liczy :D 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Czuwanie

Ciemno, tak paskudnie ciemno. Myślałby kto, że nocą w wielkim mieście będzie choć odrobina światła – pochodnia niesiona przed lektyką, oliwna lampka w oknie, ognisko gdzieś w oddali. Ale tak musi być w noc po szóstym dniu przed idami novembra. Mundus patet. Dziś świat stoi otworem przed wszystkim, co zechce wypełznąć z otwartych na oścież wrót do kraju zmarłych.

W ukryciu, przytulony do Kolumny Meniusza niedaleko wielkiej mównicy – nie chciałem myśleć o tym, jaką wróżbą był dla mnie fakt, że na co dzień przykuwano do niej przestępców – przeczekałem całą ceremonię odsuwania czarnego kamienia: ofiary, modły, recytację formuł. Dym z ołtarza snuł się ciężko w wilgotnym powietrzu, aż zerwał się wiatr i rozniósł po całym forum smród świńskiej krwi. 

Ofiarnicy odeszli. Zostałem ja, kamień i mundus, ciemna jama w ziemi jak rozdziawiony pysk potwora. Dziś większość mieszkańców Rzymu zamknęła się przed światem i przed tym, co po nim tej nocy chodziło. Ja nie mogłem. Skulony w wilgotnym mroku, czekałem, aż mieszkańcy drugiego świata przypomną sobie o tym pierwszym i wyjdą, wlokąc za sobą mrok i grozę zaświatów. 

Nie chciałem myśleć o tym, po co tu byłem. W dłoniach kurczowo ściskałem defixio, ołowianą tabliczkę z wydrapanym zaklęciem. 

Gdy mundus się otwiera, robi to dla mrocznych bóstw świata zmarłych. Lata temu, czytając te słowa w pismach starego mędrca, nie wiedziałem, że kiedyś będę czekał, aż mundus otworzy się dla mnie.

Kiedy zaczęło wyłazić, poczułem to w kościach, jak uporczywy, niski szum na granicy słyszalności. Zmusiłem się, by nie odwracać oczu: nie mogłem pozwolić sobie na przegapienie tego, na co tu czekałem. 

Nie oczekiwałem bogów ani podziemnych demonów – Furii o wężowych włosach (nie myśl o nich, mścicielkach mordów, upomniałem sam siebie) czy pijącej krew chłopców Empuzy. Wiedziałem, że jeśli nawet się pojawią, nie mam dość sił, by sobie z nimi poradzić. Żeby zmusić istotę z zaświatów do spełnienia mojego zaklęcia, musiałem ją pokonać, podporządkować sobie w pojedynku woli. Nie byłem gotowy, by dać radę potworom, musiał mi starczyć upiór. Manes, duch przodka, gotowy w tę noc zjaw zaczaić się przy bramie domu potomków, by przez moment ogrzać się myślą o tym, że choć śmierć zabiera człowieka za człowiekiem, ród i pamięć trwają na wieki. Ród, najważniejsza rzecz w życiu każdego Rzymianina.

Krok za krokiem powlokłem się w stronę otwartych wrót Hadesu. W zgęstniałym nagle powietrzu coś się unosiło, ciemne kształty pół-ludzkie, pół-ptasie; wolałem nie myśleć, czym były. Powtarzałem w głowie formuły, które kupiłem od goetesa; musiałem wierzyć, że zadziałają i mnie ochronią.

Ochroniły.

Nie potrzebowałem światła – właściwy tekst zaklęcia z tabliczki znałem już na pamięć. Teraz tylko doczekać się, aż z gęstych oparów, unoszących się z otwartej otchłani, wyłoni się coś, co będę miał szansę spętać. Nie bóg. Nie potwór. Coś, co kiedyś było człowiekiem. 

 

*** 

 

– To będzie kosztować – powiedział goetes, kiedy w końcu zdołałem go przekonać, że nie doniosę na niego pretorom. Obrzucił mnie nieufnym spojrzeniem i dodał:

 – Sporo. 

Skinąłem głową. Zmęczony i wiecznie niewyspany, nie wyglądałem na człowieka, którego byłoby stać na usługi czarnoksiężnika.

– Zapłacę – wychrypiałem. Wyciągnąłem mieszek z pieniędzmi; dłoń, w której go ściskałem, drżała. – Tylko… chcę to zaklęcie. Jak najszybciej. Już.

Musiałem czekać dziesięć dni, zanim obdarty niewolnik przyniósł skrzynkę, a w niej – cenną tabliczkę z tekstem zaklęcia.

– Potrzebujesz posłańca – powiedział goetes, przygotowując mnie do wykonania rytuału. – Jutro zaczaj się na jakiegoś ducha skuszonego przez dzień otwarcia mundusa. Pamiętasz, co masz zrobić po kolei?

– Dwa dni postu, ofiara, recytacja przygotowanych zaklęć, chroniących przed potworami – odpowiedziałem. – Potem czekam na odpowiednią ofiarę, wiążę ją pierwszą połówką formuły z tabliczki i zmuszam, by wcieliła w życie czar spisany na drugiej części. 

Chudy Grek o poznaczonej dziobami po ospie twarzy spojrzał na mnie badawczo. 

– Dobrze – cmoknął i dodał: 

– Tylko nie daj mu się wymknąć. Zmarli, jak my, nie lubią niewoli. Jak ci się wyrwie, marny twój los. Trzymaj upiora mocno, dla własnego dobra.

– Kiedy mogę go wypuścić? – spytałem.

– Najlepiej nigdy – odpowiedział. – Na pewno nie sam. Przyjdź, spróbuję ci z tym pomóc.

Nie gwarantuję wyniku, mówiła jego twarz.

Spojrzał jeszcze raz na tekst zaklęcia, które sam wypisał. Skrzywił się.

– Kogo ty chcesz przekląć? I to w taki sposób? – zapytał, po czym dodał: – Wiesz, on ci za to nie podziękuje.

Nic nie powiedziałem. 

 

*** 

 

W wigilię święta duchów wróciłem późno: spotkanie z czarnoksiężnikiem zajęło więcej czasu, niż się spodziewałem. Do domu, na Eskwilin, dowlokłem się o drugiej straży. Było już ciemno, domownicy powoli szykowali się do snu. 

Nie wszyscy, jak się okazało.

– Marku? – usłyszałem, kiedy tylko znalazłem się w atrium i podszedłem do ołtarza domowych bóstw, by je przywitać.

Zakląłem pod nosem. Miałem szczerą nadzieję, że akurat Lucjusza zastanę śpiącego. 

– A co ty tu robisz o tej porze? Nie powinieneś być w łóżku? – spytałem ostro. 

Mój młodszy brat zapalił lampkę oliwną, spojrzał na mnie. W niepewnym świetle zauważyłem, że on też nie wygląda dobrze. Był blady, oczy miał podkrążone i zapadnięte. Widać było, że nie jada i nie sypia. W takich chwilach prawie przestawałem odpychać od siebie myśl o tym, co zrobiłem. 

– Ja… – zanim zapytał, już wiedziałem, czego chce. 

– Nie – powiedziałem zbyt szybko, zbyt ostro. – Nie mam żadnych wiadomości od Syliusza Auletesa. 

Odwróciłem wzrok, by nie widzieć rozczarowania na jego twarzy.

 

*** 

 

Może i udało mi się ukryć przed Furiami, wychodzącymi z mundusa, ale to nie znaczy, że przestałem myśleć o tamtym.

Kiedy z nim kończyliśmy, Syliusz Auletes nie był już tym czarującym, urodziwym mężczyzną, który podstępem wkradł mi się do domu i ściągnął hańbę na moją rodzinę. Teraz leżał na ziemi, skulony i okrwawiony. Wybite zęby. Złamany w kilku miejscach nos. Krew, zalewająca usta. 

Nie było mi go żal.

Na mój rozkaz sługa przywiązał mu kamień do nóg. Auletes żył jeszcze, kiedy wrzucaliśmy go do Tybru.  

Gdyby ten dureń, mój brat, znalazł sobie niewolnika, gdyby zadurzył się w młodym wyzwoleńcu, w chłopcu-aktorze, w tancerzu – nie byłoby problemu. Nie musiałbym zabijać kochanka i topić zmasakrowanych zwłok w rzece. Ale ten człowiek, trzydziestolatek, cholerny cudzoziemiec… Nie. Młody rzymski arystokrata nie może być zabawką dorosłego mężczyzny, nie w sytuacji, w której prędzej czy później jakiś polityczny wróg naszego rodu użyje tego przeciwko nam. 

Próbowałem mu to perswadować. Próbowałem wyjaśniać. Mówiłem wprost o tym, jakie ryzyko, z punktu widzenia prawa i zasad, podejmuje. 

– Nie chodzi tylko o ciebie – tłumaczyłem. – Takie zachowania się karze, na bogów! Pozbawią cię praw publicznych, odbiorą szanse na karierę. Weź pod uwagę…

Nie zamierzał. Zakochał się. Moich uwag o tym, że miłość – taka miłość! – to obłęd, nie słuchał. 

– Prędzej umrę – powiedział, stając naprzeciwko mnie z zaciśniętymi pięściami. – Ucieknę z miasta. Porzucę wszystko i wyjadę z Auletesem, gdziekolwiek on zechce. Nie zmusisz mnie, żebym zmienił zdanie.

Mogłem próbować: od śmierci ojca to ja byłem pater familias, do mnie należały decyzje o losach rodziny. Mogłem mu nakazać. Wiedziałem, że nic to nie da.

– Dobrze – powiedziałem po wielu, wielu kłótniach, czując, jak w gardle narasta mi kula nienawiści i zimnego gniewu. – Dobrze. Kocham cię i zrobię to dla ciebie, dam ci zgodę. Wyjedź. Bylebyś nie prowadzał się z tym Grekiem po mieście. Byleby ludzie nie wiedzieli. Wyjedź gdzieś daleko, a jak ci przejdzie, wrócisz.

– Dziękuję – wyszeptał. – Ale wiesz, ja nie wrócę.

Nie, bo nigdzie nie pojedziesz, pomyślałem. Już wiedziałem, co będę musiał zrobić. 

 

*** 

 

Wszystko, co stało się wtedy, doprowadziło mnie do tu i teraz. 

Z nieba sączy się lodowata mżawka. Przemokłem do szpiku kości; tunika klei mi się do ciała. Chyba już nigdy się nie rozgrzeję. 

Mam poczucie, jakbym od wielu godzin stał nad mundusem, osłonięty przez potworami zaklęciem, i czekał na ducha. Manes, duch czyjegoś przodka. Może nawet – nasz przodek. Marek, mój dziadek i imiennik, bohater wojen z Kartaginą. Ojciec, były edyl. Stryj, zasłużony w wojnach macedońskich. Byliby przecież ze mnie dumni. Tak, posługiwanie się magią jest przestępstwem. To drugie, czego wcale nie żałuję, też. Ale ja… ja to robiłem dla brata. Dla rodu. Dla nas wszystkich.

Ciemna sylwetka pojawia się nagle jak dym unoszący się z mundusa. To już. 

Podnoszę głowę. Za chwilę moje czuwanie się skończy.

– Związuję cię, mój bracie, Lucjuszu Waleriuszu – mówię i zanim duch zdąży ode mnie odejść, kontynuuję:

– Związuję twoje oczy, twoje ręce, twoje serce. Zapomnisz. Nie będziesz pamiętać. Wiążę twój język, twoje usta, twoje gardło. Zapomnisz. Nie będziesz mówić. Wiążę twój członek, twoje uda, twoje wargi. Zapomnisz. Nie będziesz pragnąć. 

Upiór posłusznie tkwi przy mnie. Dobrze. Sam nie zdołam wypełnić zaklęcia, człowiek nie ma takiej mocy. Nie sądziłem, że aż tak łatwo mi to przyjdzie. 

– Związuję cię – powtarzam. – Związuję cię… Marku Waleriuszu. Związuję siebie. Zapomnę. Nie będę pamiętać. 

Krew na moich rękach, krew zalewająca mu usta. Wybite oko. Opuchnięta twarz.

– Zapomnę. Nie będę mówić.

Kamień, zimny i ciężki, uwiązany do nóg. Auletes jęczy: resztkami świadomości chyba pojmuje, co chcemy zrobić. 

– Zapomnę. Nie będę…

Kłamałem, oczywiście, że kłamałem. On wyjechał, mówiłem. Tak, do Aleksandrii, przygotować wszystko; wiesz, on ma tam dom. Tak, napisze. Poślę po ciebie. Oczywiście, że ci pozwolę wyjechać, przecież obiecałem. Tak, jak tylko dostanę ten list.  

Duch nie ucieka, już związany magią, choć ta go jeszcze przecież nie dotyczy. Ostatnia część klątwy i koniec. Skończy się smutek mojego brata i to czuwanie całymi dniami i nocami: moje nad nim, jego w oczekiwaniu na list, który przecież nigdy nie przyjdzie. Jeszcze tylko przeżyć spotkanie z upiorem, a potem – zanurzyć się na zawsze w błogiej, boskiej niepamięci. Wymazać ze świadomości zadurzenie i zabójstwo. Zacząć od nowa. 

– Związuję cię – mówię. – Wiążę cię ze mną i z moją klątwą. Ty, umarły, i ja, żywy: razem sprawimy, by się spełniła. Związuję cię. Ukaż się. Daj mi swoje imię.

Ciemność obok mnie powoli kształtuje się w twarz.

Ktoś krzyczy. Chwilę zajmuje mi zrozumienie, że to ja sam.

Upiór ma popękane wargi, wybite zęby, krew na twarzy. Wokół nóg zamotany sznur, na końcu którego, na mój rozkaz, zawiązano kamień.

– Moje imię – mówi chrapliwie, patrząc mi w oczy. – Syliusz Auletes. Ale przecież ty wiesz. 

Duch niedawno zmarłego, skuszony przez otwarty mundus. Związany ze mną zaklęciem. Być może na zawsze. Próbuję coś powiedzieć, nie mam słów.

– Dałeś mi władzę nad swoją klątwą – szepce mi do ucha duch człowieka, którego zabiłem. – Jak myślisz, co z nią zrobię? Co zrobię z tobą?

Nie mam już nawet siły krzyczeć. Wiem, że dla mnie ta zimna, ciemna noc już nigdy się nie skończy. 

Koniec

Komentarze

Dobra historia. Jest nastrój, jest autentyczne przygnębienie, dzięki któremu puenta jawi się nie jako melodramatyczna, ale jako naturalne domknięcie tragedii protagonisty. Rzymskiej stylizacji nie podejmę się oceniać pod kątem merytorycznym, jest natomiast przekonywająca.

I po co to było?

Dziękuję! Miło słyszeć, że nastrój wyszedł, o to bałam się najbardziej. 

Czuć klimat i pewien (specyficzny) mrok miejsca, w którym znalazł się bohater (zwłaszcza w pierwszej części opowieści). Jak czarna mgła przeciskająca się przez szczeliny w murze.

Dodatkowo dyżur jest tu bardzo subtelnie zaznaczony – mężczyzna, który strzeże brata i po części samego siebie. I tylko jednej rzeczy nie zrozumiałam (zapewne przez moją nie uwagę): w jakim celu bohater chciał się związać z duchem? Wyrzuty sumienia?

Dziękuję za odwiedziny i miłe słowa.

 

Co do związania się z duchem. W tekście pewnie za słabo to podkreśliłam (limicie, ty draniu!), ale rzecz zasadza się w specyfice magii w świecie grecko-rzymskim.

Historycznie magia w Rzymie była jednocześnie bardzo powszechna oraz uważana dość powszechnie za coś szkodliwego i niebezpiecznego (i w wielu epokach – prawnie zakazanego, można było poważnie sobie poszkodzić, korzystając z niej albo ją praktykując). Aksjomatem tej magii było założenie, że człowiek do wcielania w życie treści magicznych zaklęć jest niezdolny – może, jeśli ma odpowiednie przygotowanie, tekst zaklęcia ułożyć, ale z tego jeszcze niewiele wyniknie. Magia jest domeną (pół)bogów, jak córka Słońca Kirke i jej bratanica Medea, oraz innych istot nadnaturalnych, na przykład duchów; w późniejszym antyku pojawia się niewielka modyfikacja tej idei, ale o tym potem :)

Żeby rzucić zaklęcie – na przykład typowe zaklęcie zmuszające kogoś do zakochania/odkochania się, takich mamy zachowanych całe mnóstwo – najpierw trzeba było znaleźć czarownika, który nam ułoży tekst zaklęcia (goetes to najbardziej negatywnie nacechowany typ takiego czarownika). Potem musimy użyć odpowiednich formuł, by zmusić jakąś istotę nadnaturalną, żeby nasze zaklęcie albo wykonała, albo zaniosła do kogoś jeszcze potężniejszego, który je wykona. Akt zmuszania jest kluczowy. Musimy, my, ludzie, użyć podstępu i przemocy, by związać i przemocą nakazać istocie potężniejszej od nas zrobienie czegoś, zazwyczaj, złego (większość zachowanych zaklęć albo zmusza do miłości/nienawiści, albo ma sprowadzić chorobę, nieszczęście, śmierć itd.). Taką istotą może być (i bywa, w zachowanych tekstach magicznych) bóstwo, może być heros, półbóg – ale najczęściej jest to duch niedawno zmarłego. Nieprzypadkowo wiele tabliczek magicznych znajdujemy w grobach… Moc czarownika polega więc na umiejętności takiego skonstruowania zaklęcia, by miało ono siłę związania istoty nadnaturalnej i zmuszenia jej do wykonania właściwych czynności magicznych. Częsta negatywna ocena magii wiąże się więc nie tylko z tym, że zaklęcia mają szkodzić, ale i z tym, że w samym jej centrum tkwi idea zmuszania istoty nadnaturalnej, potężniejszej od człowieka, do wykonywania ludzkiej woli i czynienia zła wbrew własnym intencjom. Stąd w późniejszym antyku pojawia się koncept teurgii, białej magii wykonywanej przez ludzi szczególnie przez bogów cenionych – taka magia, praktykowana przez mędrców, nie czyni krzywdy nikomu, a jednocześnie – bogowie i herosi wykonują ją na prośbę mędrca i ze względu na przyjaźń z nim, a nie dlatego, że ich zmuszono.

Przepraszam za wykład, ale ja naprawdę serio strasznie lubię to, co robię zawodowo (a zawodowo wykładam m.in. kulturę rzymską). 

 

Nie, to ja dziękuje za wykład :) Zawsze miło się czegoś dowiedzieć/nauczyć, zwłaszcza nie ze swojej dziedziny (a ta jest bardzo odległa od tego, czym się zajmuje zawodowo). Sama uczę i też mnie czasem ponosi, gdy mówię o czymś, co uwielbiam (zanudzając przy tym studentów, ale zawsze mi wybaczają).

P.S. limit faktycznie trochę namieszał, ale myślę, że nie aż tak bardzo. Jedno zdanie (choć zapewne niekonieczne, bo może tylko ja jestem taka niedomyślna) mogłoby wyjaśnić intencje bohatera.

Bardzo dobrze napisane i z pewnością wyróżniające się na tle pozostałych konkursowych tekstów. Podoba mi się zarówno pod względem wartości historycznej jak i umiejętnego wplecenia w historię starożytnego Rzymu zarówno fantastyki i jak motywu “ciężkiego dyżuru”. Wyjątkowo satysfakcjonująca lektura. Ode mnie kolejny biblioteczny kliczek :)

Dziękuję! Miło mi, że się podobało.

Dziękuję! Miło mi, że się podobało.

Bardzo dobrze się czytało. Klimat ma w sobie coś z marznięcia na cmentarzu w nasze Zaduszki, tylko jest bardziej mroczny. Chyba to było dla mnie największym atutem, jeśli chodzi o budowanie atmosfery w opowiadaniu – było w tym coś znajomego. Przekonujące i ciekawe tło historyczne, fabuła ładnie nakreślona i interesującą od początku do końca. Dziękuję za możliwość przeczytania i pozdrawiam.

Klimatyczne opowiadanie, przystępnie napisane, więc lektura była szybka i przyjemna. Niewielkim minusem jest jego przewidywalność; dość szybko domyśliłam się, do jakiego końca zmierza opowieść, ale zakończenie i tak mi się podobało. Przewrotne.

Uwaga, teraz będą SPOILERY.

Mam jedną wątpliwość/pytanie/uwagę. Nie znam się na rzymskiej magii, ale mniej więcej orientuję się, jak to działało w innych kulturach. Ciekawe jest to, że w Twoim tekście Marek związuje ducha Syliusza, mimo iż nie wypowiedział jego imienia, tylko imię brata. Czyli zadziałała sama treść zaklęcia, a nie imię, które wezwał. Jakoś tak rzuciło mi się to w oczy i wydało trochę dziwne.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Tak, w rzymskiej magii niekoniecznie musisz użyć imienia istoty, przez którą działasz. W normalnych warunkach Marek musiałby namęczyć się trochę więcej, żeby zmusić ducha do współpracy (powinien mieć na to klauzule w zaklęciu), ale temu konkretnemu duchowi trochę jakby mogło zależeć, żeby się do Marka przyczepić, a Marek w stresie nie przywiązał dość dużej wagi do faktu, że nieźle mu idzie… 

PS. Dziękuję za klika :)

Dzięki za wyjaśnienie ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Uuuu… Jest poziom. Bardzo dobrze się czyta i to jednym tchem. Nawiązania historyczne to jest coś co najbardziej lubię. Z mojej strony zupełnego nowicjusza– może jakieś głębsze nawiązanie magia-matematyka? Gdzieś, kiedyś te dwa tematy mocno się wiązały. 

Pozdrawiam serdecznie.

JohnnyTrestle

Tak, magia z matematyką wiążą się mocno w pitagoreizmie, a potem, zwłaszcza – we wspomnianych przeze mnie w komentarzu koncepcjach neoplatońskich (hmmm, może by artykulik publicystyczny o tym napisać na portal?). Podobnie zresztą jest w (późniejszej, oczywiście) kabalistyce. To są oczywiście systemy magii wysokiej, uczonej – nie to, co rzucanie zaklęć przy pomocy tabliczek i duchów, nie całkiem legalne, za to bardzo powszechne :)

Pozdrawiam i dziękuję za dobre słowo :)

Bardzo klimatyczny świat, główny wątek naprawdę wciagający.

I taki wniosek z poprzenich komentarzy– magia w starożytnym Rzymie to bardzo ciekawy temat. Polecasz jakieś lektury w temacie?

Jakże miło czytać coś napisanego ze znajomości rzeczy! Jakoś zawsze to czuć. Wspaniały tekst, bardzo przekonujący. Mój pierwszy klik dla Ciebie.

@Nikolzollern: Dziękuję, jak miło!

 

@oidrin: Dziękuję! Co do magii, zaczęłabym od “Magii antycznej” Andrzeja Wypustka, tekst sprzed jakichś 15 lat, czyli całkiem współczesny, ciekawa, przystępnie napisana rzecz, autorstwa dobrego specjalisty. Chętnie z niej korzystam, prowadząc zajęcia z kultury antycznej ze studentami :) 

 

 

Nikolzollernie, prosimy o choć minimalne rozbudowanie komentarza jeśli ma być kliknięty z biblioteki. Może ze dwa zdania więce – tak, żeby merytorycznie było choć odrobinę więcej niż “miło się czyta” :-)

Napisane ze znajomością realiów epoki, co uważam za niezwykle cenny atut. Przemawia do mnie nawiązanie do historycznych wierzeń w fantastyce, bez tanich uwspócześnień i postmodernistycznego mieszania wszystkiego ze wszystkim. Przekonujący jest bohater, brukający ręce i sumienie w imię rodziny i smak prawdziwej tragedii, przenikający cała tę historię, opowiedzianą w kompaktowym formacie konkursowym.

Zrobione.

ninedin – wisisz mi komentarz do “Przypadków”.

@Nikolzollern: wiem o tym :) Wywiążę się :)

Podobnie do przedpiśców, muszę pochwalić klimat i umiejętne wplecenie historycznego tła. Podobał mi się też zabieg z retrospekcją. Zastanawia mnie za to, dlaczego upiór, skoro już został spętany zaklęciem, mógł stanowić niebezpieczeństwo? Jak zrozumiałem z tłumaczeń czarownika, duch mógł zaszkodzić dopiero po jego zwolnieniu. No i niezbyt przewidujący ten bohater, skoro nie założył, że w zaświatach znajduje się dusza, którą sam tam odesłał.

@Światowider: podejrzewam, że tego nie widać albo za słabo widać w tekście i nie będę się tłumaczyć limitem, bo pewnie dało się to wpleść jakoś mocniej w to, co jest, ale zakładam, że dla bohatera problemem jest to, że ten duch w ogóle będzie w jego pobliżu. Grałam w kreacji postaci Marka na to, że on po morderstwie ma koszmarne wyrzuty sumienia, które zagłusza i do których się nie chce przyznać, ale które mu cały czas towarzyszą (stąd na początku uwagi o kolumnie-pręgierzu, o Furiach i potem wszystkie kolejne). On nie do końca myśli jasno (co się starałam oddać gonitwą myśli, tym obsesyjnym powtarzaniem, że jest ciemno, mokro, paskudnie), zasadniczo jest prawie pewien, że – zgodnie z naturą święta – z mundusa wyjdą najpierw dawno zmarli przodkowie, od których chciałby docenienia tego, co zrobił. A duch, co mu może zrobić? Ano, nic nie musi. Wystarczy, że będzie. Samo to, czemu ten duch istnieje, jest tym, o czym Marek, w swojej części zaklęcia, chciałby zapomnieć – teraz to się nie uda. 

Ale jeśli Marek nie zapomni tego, o czym chciał zapomnieć, to tak, jakby upiór nie wykonał zaklęcia, a, jak rozumiem, skoro już raz został związany, to nie mógł się temu zaklęciu sprzeciwić. Poza tym goetes powiedział Markowi, że pomoże mu pozbyć się ducha, więc sytuacja chyba nie jest tak beznadziejna, jak sugeruje na koniec narrator.

Po przeczytaniu spalić monitor.

ninedin, nie rozumiem, dlaczego jesteś niespecjalnie zadowolona ze swojego opowiadania – to jest bardzo przyzwoita historia :) I jak nie przepadam za starożytnością i mitologią rzymską, tak tutaj wciągnęłam się niesamowicie. 

Klimatyczne i dobrze napisane. Zakończenie nie zaskakuje jakoś bardzo, ale jest napisane dobrze, więc nie psuje to odbioru :)

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Podobało mi się, fajnie przedstawiona magia Rzymu i mentalność Rzymian. Czy on chciał sam zapomnieć, czy też chciał zapomnienia także dla swojego brata? Bo wydaje mi się, że brat cierpi jeszcze bardziej. Paradoks Ci na końcu trochę wyszedł. Duch powinien spełnić żądanie Marka, ale jest to niemożliwe, bo sama jego obecność będzie Markowi przypominała o tym, co zrobił.

Zupełnie inne podejście do konkursu i do samego dyżuru. Trochę ten dyżur w imię dobra rodziny, samemu sobie przez Marka narzucony, ale taka chyba była specyfika Rzymu.

A dla mnie wartością dodaną są informacje o magii w tych czasach, bo przyznam, że jakoś wcześniej nawet nie wiedziałam, że była :)

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

1. Witam szanownych jurorów! 

 

2. Irko, idealnie w ten końcowy paradoks trafiłaś, znaczy, odczytałaś go dokładnie tak, jak chciałam, żeby go odczytywać, dzięki! 

 

3. Światowiderze, jestem pod wrażeniem staranności i logiki, z jaką czytasz mój tekst. Mogę tylko powiedzieć, że pokornie uznaję Twoje argumenty. Na gruncie logicznej analizy one są dość niepodważalne, szczerze mówiąc :)

 

4. Sy, dziękuję za komplementy i pozytywną ocenę. Prawda jest taka, że jak pisałam ten tekst, on mi się nie kleił, wydawał banalny, oczywisty, nudny, trochę wymuszony, co najwyżej poprawny w swojej koncepcji. Musiałam odwołać się do motywacji, za którą w literaturze nie przepadam, bo ciężko ją zrobić dobrze – romantycznej miłości; musiałam, wymyśliwszy swój pomysł, wpleść w fabułę melodramat, z którym średnio mi po drodze. Na dodatek po katastrofie mojego starego komputera sam tekst był przyspieszany, powstał w sumie w ostatnim dniu konkursu – miałam do siebie pretensje o to, że go z nikim nie przegadałam, nawet nie przemyślałam jakoś szczególnie. Pewnie w tej sytuacji można byłoby zapytać, po co go w ogóle opublikowałam. Ano zrobiłam to głównie dlatego, że wcześniej z podobnych powodów odpuściłam i opowiadanie marsjańskie (napisane w jakichś 9/10, zwątpiłam w motywacje głównej bohaterki), i opowiadanie świąteczne (napisane w połowie, zwątpiłam w potencjał pomysłu), i opowiadanie sudeckie (napisana połowa, stwierdziłam, że fabuła jest wydumana do bólu), i szorta na Kapsułę (napisany w 1/3, uznałam, że to scenka bez fabuły, a nie opowiadanie). Miałam bardzo mocną potrzebę udowodnienia sobie, że mogę coś wymyślić, zacząć, pisać, skończyć i opublikować. Ostatecznie, po przeczytaniu, uznałam, że tekst spełnia moje warunki, nadaje się do publikacji, ale zadowolona z niego bardzo nie byłam.  

 

5. Pytanie ogólne: napisać na publicystykę popularno-naukowy tekst o magii antycznej? Bo mnie coraz bardziej kusi… 

Bardzo mi się ten tekst podobał, ale zjadło mi komentarz pisany na komórce :(

 

Świetna atmosfera, bardzo dobra historia, którą udało się zamknąć fabularnie w krótkim tekście*, no i oczywiście realia – ale tu nie ma się co dziwić (pytającym wyjaśniam, że wszystko jest ok, bo autorka jest specjalistką :) ). Niemniej jakkolwiek mi się oczywiście taki sztafaż bardzo podoba, to nie wiem, czy tym razem minimalnie nie przesadziłaś z niewyjaśnionymi elementami? Część (jak goetes) jest wyjaśniona bardzo fajnie w tekście, część jednak pozostaje chyba trochę hermetyczna. Wiem, po części to wina limitu…

W każdym razie nie zdążyłam już kliknąć, bo zaklikane :)

 

*Zmień opis na “opowiadanie”, bo prawie 11k to już nie szort.

http://altronapoleone.home.blog

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Dziękuję, Anet i Drakaino :)

Moje spostrzeżenia zbiegają się z szanownymi poprzednikami, którzy zresztą spisali je dalece bardziej kompetentnie, niż byłbym w stanie uczynić to ja. Ograniczę się więc do subiektywnych odczuć, te zaś są pozytywne. Podobał mi się klimat, podobał mi się nieliniowy sposób narracji, podobała mi się fabuła. Owszem, pogubiłem się nieco w pojęciach i zwyczajach opisywanej epoki, ale jasnym było od początku, że opko wymaga pewnej wiedzy historycznej – co moim zdaniem nie jest bynajmniej błędem. Ot, zachęta dla czytelnika, by zgłębił nieco temat i dopiero wtedy zabrał się za rozbieranie opisanej historii (chociaż, i to muszę podkreślić, całość jest tak napisana, że i laik jest w stanie fabułę rozgryźć, za co wielki plus). Po wszystkim przeczytałem Twój komentarz, w którym przybliżasz nieco opisane magiczne arkana, dzięki czemu zrozumiałem całość.

Słowem, bardzo fajny tekst – fabularnie, klimatycznie i przede wszystkim treściowo.

Pozdrawiam

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Klimat stosowny do upiorów i klątwy, ładnie oplata czytelnika :) Przeczytałam z przyjemnością, bo przeniosłaś mnie na chwilę w ciemne uliczki starożytnego Rzymu. A ja lubię takie klimaty, zwłaszcza jak są podane ze znajomością rzeczy i poruszają nieoklepane tematy. Przypomniało mi się jak jakieś 10 lat temu jechałam na wakacje do Włoch z walizą pełną kryminałów z Rzymem za czasów Wespazjana – Lindsey Davis. To były wspaniałe wakacje ;-)

Jeżeli chodzi o mnie to wchłonę artukuł o magii antycznej z przyjemnością. 

Pozdrawiam.

 

Dzięki wszystkim za wizyty!

Matka Chrzestna, a rzymskie kryminały Stevena Sailora znasz? Bo jakby co, to polecam :)

Nie znam, ale wyguglałam i cykl wygląda obiecująco. Może czas zrobić sobie znowu włoskie wakacje z walizką książek :)

Smialem kiedyś mówić, że interesowałem się antykiem, ale potem poznałem Ciebie. Podziwiam glebie wiedzy, która stoi za tym tekstem, wyjaśnienia w komentarzach poczytam rano do kawy, żeby lepiej się utrwaliły. Podoba mi się klimat, podoba mi się niespotkana do tej pory forma dyżuru – opieki nad bratem i dobrem rodziny. Tak bardzo to spasowane do paskudnego i okrutnego świata rzymskich uliczek. Mniej podoba mi się Rzym sam w sobie, wolę dużo starsze cywilizacje, przy których Grecy są dziećmi. Ale to taka uwaga na boku, nie związana z oceną tekstu. Mają w sobie coś tajemniczego, bliskiego takiego pierwotnego prymitywizmu, a Rzymianie są już tacy… terazniejsi. Tacy jak my w sumie. ;)

 

Dzięki! 

Ja chcę kiedyś literacko pogrzebać w tym wczesnym Rzymie, tak późna monarchia/bardzo wczesna republika: jeszcze bardzo etruskim, z kultami śmierci, ofiarami z ludźmi, z dziwacznie zazdrosnym i uczłowieczającym stosunkiem do ziemi, fetyszyzowaniem konceptu granicy i przejścia, bogami i mitami jeszcze nie aż tak pod wpływem greckim… Mało źródeł, trzeba byłoby dużo wyobraźnią nadrabiać, ale kusi :)

A od czego ten olej w łepetynie masz? Odpal silnik wyobraźni. Zaręczam, że to jest o wiele ciekawsze, od chwalenia się swoją (niezaprzeczalną i udowodnioną) wiedzą. Jeśli chcesz wyzwań, to czekam na fantastyką w paleolicie. ;)

Jak mam szaleć z wyobraźnią, to najchętniej napiszę odlecianą space operę, bo to jeden z moich ukochanych gatunków, do którego się nigdy nie czułam gotowa :) EDIT: do drugiego ulubionego, hard SF, trzeba kompetencji, których nie mam.

A głupoty gadasz. Encyklopedia, google, PW, wyobraźnia i dasz radę.

Masz duże zaufanie do moich moich możliwości :D

A skądinąd, teksty takie, jak ten powyżej, ten pewnie będę dalej pisać: ogromnie lubię teksty odleciane i pisane z szaloną wyobraźnią, ale i lubięteż, jak mi fantastyczność wyłazi z ciemnych kątów bardzo realnej rzeczywistości, opartej na obserwacji/wiedzy. A czuję się całkiem mocno w takiej koncepcji.  

Pytanie ogólne: napisać na publicystykę popularno-naukowy tekst o magii antycznej? Bo mnie coraz bardziej kusi… 

Czytałbym! :)

 

Akurat ostatnimi czasy myślałem, że chętnie bym przeczytał coś w klimatach antycznych, no i proszę! Jest klimat, czyta się dobrze, działa na wyobraźnie. Samo ułożenie scen jest, myślę, trafne. Pierwsza scena mocno promieniuje na atmosferę całego opowiadania, co wychodzi my zdecydowanie na dobre. Podobało mi się. :)

@Światowider: to napiszę!

 

@Blacktom: witam jurora!

 

@Crucis: Dziękuję! Mam jeszcze jedno “antyczne” opko, “Zapach chłopaka”, na tej stronie :). I w cholerę mitologicznych :D :D 

W takim razie nie omieszkam zajrzeć w wolnej chwili! :)

Gdyby nie te zaklęcia i czarnoksiężnik byłoby naprawdę dobrze. A tak, trochę bajkowo, familijnie, na niedzielne popołudnie. Ale wiedz, że to tylko mój odbiór.

pozdrawiam.

Po pierwsze gratki za skończone opowiadanie! Ja nie skończyłam żadnego od Świątecznego Konkursu. Przybywa im znaków szybciej, niż stawiam kropki, więc zarzucam.

Kurcze, fajne, a Twoja znajomość rzeczy sprawia, że tekst jest cholernie zajmujący!:) Trochę przypomina mi się cykl, który kiedyś bardzo polubiłam o rzymskim detektywie Gordianusie (Saylora).

 

Czytałam komentarze i dla mnie sprawa była jasna, po co mu związanie ducha. Kłopot polegał, na tym że duch był konkretny. No i Mark, niestety, miał już przechlapane:( do końca życia będzie skazany na towarzystwo tego ducha. Ciekawi mnie, czy tego ducha będzie mógł zaprząc do pracy związanej z drugą częścią zaklęcia. 

pzd srd:)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dobrze napisane i szybko przeczytane :) Dyżur jako opieka nad bratem który chyba wcale takiej opieki nie chce to ciekawe podejście do Ciężkiego dyżuru. Bardzo podobał mi się ostatni fragment, zaklęcia i zakończenie.

No, to sobie bohater nagrabił! Dobry tekst, podobał mi się, a pomysł na zwrot akcji jest świetny.

Dziękuję wszystkim za wizyty – cieszę się, jeśli się podobało, a przykro mi, jeżeli jako czytelnicy poczuliście się rozczarowani.  

Hej:)

Kilka słów ode mnie…

 

Byłem orędownikiem tego opowiadania ze względu jego klasyczny układ fabuły i emocje… Mroczne emocje i moją własną nostalgię do czasów minionych. Nie, to nie tak, że doskonale pamiętam czasy starożytne… Pamiętam je, ale nie tak dobrze.

Kreacja postaci?

Wyjątkowo udane. Postacie są wyraziste, dobrze zaplanowane i zrozumiale dla współczesnego czytelnika, aczkolwiek nie odbiegające od kontekstu historycznego. W szczególności dostrzegam tutaj moc relacji Rzymian ze swoimi rodem i przodkami, u których bohater szuka ratunku. Tych smaczków jest więcej.

Kreacja świata?

Sceneria jest ustalona. Czasy antyczne – Rzym, powiedziałbym, że nawet konkretne miejsca (fragment o kolumnie Meniusza niedaleko mównicy). Ewidentnie autor odnajduje się w tej stylistyce i raczej mało kto mógłby znaleźć jakieś nieścisłości i dziury, które psułyby odbiór opowiadania. Za to uzyskuje świetny efekt – czytelnik wtapia się w klimat czasów minionych… Tutaj wzdycham na wspomnienie studiów historycznych spędzanych w książkach.

Przy tym pokaźna porcja mitologii. Tutaj to już wyższa szkoła jazdy, ale gdzie to było możliwe autor podrzucał odpowiednie fakty. Za to ślady życia Rzymu i Rzymian wyciągnięte i uwidocznione w zachowaniach bohaterów w toku ich myślenia, to już jazda bez trzymanki… Dla czytelnika. Pewnie efekt ograniczonego zasobu znaków.

Przesłanie?

Najsłabszy punkt opowiadania, ale jak najbardziej w moim klimacie. Po pierwsze mamy tutaj motyw odpowiedzialność za swoje czyny. Bohater dostaje, to na co zasłużył. To jeszcze mało. Jest również przewrotność losu i to już bardzo mi odpowiada. Bohater ucieka od odpowiedzialności, próbuje wszystkiego co może, aby zmyć winę wobec, nie tyle swojej ofiary, co swojego brata, i daje tym samym sposobność ofierze na zemstę… Dobre. Zdradzając brata, w imię ratunku dobrego imienia/rodu, niszczy brata i wystawia się na gniew przodków… Może to wyjaśniłoby dlaczego związanie z przodkiem nie doszło do skutku… Ale to byłaby już niczym nie poparta nadinterpretacja.

Temat?

Uznaję, że jest, ale to raczej oczekiwanie – oczekiwanie brata, oczekiwanie na związanie…

 

Czwartkowy Juror :)

Hej, Ninedin. Właśnie miałem przyjemność przeczytać pierwsze Twoje opowiadanie. I zapewne nie ostatnie. Tekst klimatyczny i edukujący, bardzo miło było przeczytać historyczną prozę, na dodatek traktującą o starożytności – super. Na skromnej przestrzeni zmieściłaś zarys świata, element fantastyczny związany z magią i wątek obyczajowy. Aż mi się przypomniało, a jeśli dobrze się przypomniało, to w starożytnej Grecji (chyba przede wszystkim w Atenach) był taki koncept, że prawdziwa miłość może zaistnieć między mężczyznami, a młodzi ateńczycy mieli starszych mentorów, często pierwszych kochanków.

Ciekawy wątek z tabliczką i zaklęciem, szkoda tylko braku miejsca na rozbudowanie tego elementu. Pierwotnie pomyślałem, że bohater idzie na spotkanie z dyżurującym Charonem. Ale Charon występował w mitologii greckiej, a nie mogłem znaleźć jego odpowiednika u Rzymian. No właśnie, zauważyłem, że bohater otworzył wrota Hadesu, określenie miejsca zapewne zapożyczeniem z Greki, więc mam zastanowienie, do których podziemi zawędrował. Sprawdziłem, że jeśli byłby to Dis Parter, to w ofierze należało złożyć czarnego byka, a w tekście była mowa o świńskiej krwi… I właśnie tak się pogubiłem devil

Fajnie to zostało napisane i przekonująco, wybór pierwszoosobowej narracji był jak najbardziej trafiony. Zręcznie prowadziłaś Rzymianina przez jego rzymski świat, a opowiadanie było zrozumiałe i fascynujące. Wątek romansowy wypadł przyzwoicie, dla mnie najmniej ciekawy, ale to raczej wyraz gustu. Przez to poniekąd zabrakło czegoś innego wiążącego historię… Ale zapisuje sobie w głowie ten drobny wątek z rzymskim rodem i jest wszystko bardzo dobrze.

Mój komputer jest po polsku

@mersayake: dziękuję za miłe słowa! Jeżeli nie znajdujesz łacińskiego odpowiednika jakiejś greckiej postaci, to na 100% występuje ona w rzymskiej tradycji pod swoim greckim imieniem, najwyżej lekko zlatynizowanym: grecki Χάρων [charon] będzie po prostu po łacinie nazywał Charon :) . Rzymianie, i owszem, znali postać Charona – trafił do nich wcześnie, za pośrednictwem Etrusków, wśród których znany był jako Charun. 

A skoro zaczepiłeś temat wątku miłosnego, to się przyznam. Potrzebowałam historii, w której jakieś działanie kogoś z najbliższej rodziny bohatera ma potencjał ściągnięcia publicznej hańby nie tylko na samego zainteresowanego, ale i na całą rodzinę. Najmocniejszym wyborem, nie wymagającym ode mnie wplatania w krótki tekst politycznych infodumpów, było wymyślenie historii miłosnej z kontekstem społecznym. I w Rzymie epoki republikańskiej układ “mój brat/syn ma romans ze starszym od siebie mężczyzną o pewnej pozycji społecznej i nie chce tego ukrywać” jest jednym z nielicznych wariantów, dających mi ten efekt. Dowolny romans córki/siostry, nawet z niewolnikiem, można zamaskować, zmuszając ją do małżeństwa z kimkolwiek (legalnie można też sprawę ujawnić i oficjalnie ukarać oboje, ale mój bohater jest z raczej z tych, co będzie kłamać, kraść i zabijać, byle honor rodu nie ucierpiał…). Romans brata z niewolnikiem, wyzwoleńcem, chłopcem młodszym od niego dałoby się obronić, bo dla wszystkich byłoby oczywiste, że to ta druga osoba “jest w tym związku kobietą” (ech, kochani Rzymianie dokładnie tak uważali – że w związku dwóch mężczyzn jeden musi zawsze być biernym partnerem i przyjąć kobiecą naturę). Ale zaletą tej historii jako mechanizmu napędzającego akcję było jeszcze jedno: czytelnik nie musi tego wszystkiego, co powyżej, wiedzieć, żeby wyobrazić sobie historię, w której ktoś woli zabić obiekt uczuć bliskiej osoby, niż pozwolić na związek, którego rodzina nie akceptuje…

Bardzo fajny tekst.

Wykorzystujesz swoją wiedzę – czytelnik zanurza się w świecie bez żadnych problemów i głęboko. To nie Ty wykreowałaś uniwersum, ale widać, że znasz różne jego zakamarki.

Oryginalne motywy – sam okres, rodzaj zakazanej miłości, struktura rodziny, święto, specyficzna magia… To jest po prostu dobre.

Jedyny minus, jaki widzę, to pewna przewidywalność zakończenia. W którymś momencie robi się jasne, co za ducha facet sobie ściągnął na głowę.

Babska logika rządzi!

Dziękuję bardzo za miłe słowa i myślę, że masz rację z przewidywalnością zakończenia… 

Nie mam pojęcia, dlaczego jesteś tak niezadowolona z tego tekstu, Ninedin. U mnie, przez długi czas, opowiadanie trzymało się podium.

Przede wszystkim podoba mi się historia – przemyślana, od początku prowadząca do finału, który musiałaś sobie zaplanować już na wczesnym etapie tworzenia, być może nawet ten finał "ułożył" Tobie całą fabułę. Fabułę idealnie dopasowaną do limitu.

Nie jest to opowieść specjalnie skomplikowana, bo "zaskakujące" rozpoznanie upiora w finale, to dosyć klasyczny chwyt fabularny, ale jest ono bardzo na miejscu, bardzo pasujące jako twist zamykający historię na płaszczyźnie fabularnej i w wymowie tekstu. Jest wina – jest i kara, przerażająca, której okropieństwo możemy sobie już tylko wyobrazić. Czuć ciarki po ostatnim akapicie.

Kolejnym mocnym elementem jest widoczna w każdym zdaniu i każdym opisie znajomość realiów, odniesień kulturowych i mentalności ludzi z okresu, w jakim dzieją się wydarzenia. Ta merytoryczna świadomość przenika wiele płaszczyzn opowiadania, a starożytna magia i wierzenia – tutaj bardzo realne i przenikające świat rzeczywisty – wypadają bardzo naturalnie i zdają się oczywistym i wiarygodnym elementem świata przedstawionego.

Następny plus za klimat. Mroczny, nie tylko półmrokiem otaczającym bohatera, półmrokiem niedoświetlonych wieczornych ulic i komnat, ale też mrokiem duszy, postępków, motywacji, a także bliskim, niemal namacalnym, sąsiedztwem zaświatów. Ja poczułem podczas lektury dalekie echo niepokoju i grozy, jaka towarzyszyła mi w pacholęcych latach podczas oglądania serialu "Ja, Klaudiusz" ;)

Dodam jeszcze, że bardzo swobodnie pisząc o homoseksualnych namiętnościach i obyczajowości starożytnych Rzymian, wplatając swoje zrozumienie epoki w strukturę fabuły, przypomniałaś mi świetnego wisielcowego "Sulukosa w Kolchidzie". W obu przypadkach takie wątki nie gorszą, lecz pozostają ważnymi elementami świata przedstawionego oraz motorem wydarzeń. Odważne posunięcie.

Twój tekst przypomniał mi także, jak fascynujący może być świat starożytny i nie ważne czy jest to świat Greków czy Rzymian.

Jeśli miałem jakieś momenty "zwątpienia" lub zawahania, to w dwóch miejscach (i oba zapewne wynikały ze słabej znajomości ówczesnych obyczajów) – po pierwsze zastanawiałem się, czy naprawdę romans brata z cudzoziemcem wymagał aż tak radykalnych posunięć? No i dlaczego uwiązanie upiora było niezbędne do wywołania efektu zapomnienia u Lucjusza. Zdawało mi się to dosyć to pokrętne fabularnie, ale już to wyjaśniłaś w komentarzu.

Technicznie bardzo dobrze, a co ważniejsze – bardzo dobrze literacko (język, dobór i rozkład/rozpisanie scen, znakomite pierwsza i ostatnia odsłona tekstu).

Mam jedną wątpliwość dotyczącą podmiotu w poniższym fragmencie:

Gdy mundus się otwiera, robi to dla mrocznych bóstw świata zmarłych. Lata temu, czytając te słowa w pismach starego mędrca, nie wiedziałem, że kiedyś będę czekał, aż mundus otworzy się dla mnie.

Kiedy zaczęło wyłazić (…)

– zaczęło co wyłazić? Podmiotem był mundus.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Może i miałabym jakieś pytania, bo opowieść, choć zajmująca, w paru miejscach wydała mi się mało jasna, ale po przeczytaniu Twoich wykładów i wyjaśnień pozbyłam się wątpliwości, a Czuwanie okazało się nad wyraz satysfakcjonującą lekturą. :)

 

osło­nię­ty przez po­two­ra­mi za­klę­ciem… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@mr.maras; bardzo dziękuję za obszerny, rozbudowany i pozytywny jurorski komentarz!

Strasznie chciałam coś skończyć,

 jaką wróżbą był dla mnie fakt

Ciut niezgrabne.

 Nie chciałem myśleć o tym, po co tu byłem.

Consecutio temporum, no, doprawdy.

 na granicy słyszalności

Nowoczesne sformułowanie.

 wolałem nie myśleć, czym były

Czym są.

 właściwy tekst zaklęcia

A niewłaściwy?

nieufnym spojrzeniem

Antropomorfizujesz.

 niepewnym świetle

Niepewnym?

 W takich chwilach prawie przestawałem odpychać od siebie myśl o tym, co zrobiłem.

Brzmi trochę angielsko.

 jakiś polityczny wróg naszego rodu użyje tego przeciwko nam

Jak wyżej.

 jak w gardle narasta mi kula

Nie jestem pewna tego "narasta".

 Wszystko, co stało się wtedy, doprowadziło mnie do tu i teraz.

Hmm.

 Poślę po ciebie

A to nie Auletes ma posłać?

 Moje imię – mówi chrapliwie, patrząc mi w oczy. – Syliusz Auletes. Ale przecież ty wiesz.

Called it.

 

Mocny, doskonale logicznie zbudowany horror, aż szkoda, że nie jest trochę dłuższy (chociaż? Domyśliłam się, kto wyjdzie z mundusa, więc może jednak długość jest w sam raz?) W czasie przerwy może i przyrdzewiał Twój język, ale na pewno nie umysł. Jest zbrodnia, i to dobrze uzasadniona (to nie znaczy usprawiedliwiona, żadna zbrodnia nie jest sprawiedliwa, chodzi mi o to, że sprawca jest wiarygodny), jest kara, jest tajemnica. Odrobinę rdzy językowej łatwo zetrzesz, ważne, że konstrukcja pod nią jest bardzo solidna.

(hmmm, może by artykulik publicystyczny o tym napisać na portal?

Napisz, napisz!

 Samo to, czemu ten duch istnieje, jest tym, o czym Marek, w swojej części zaklęcia, chciałby zapomnieć – teraz to się nie uda.

Właśnie, ten paradoks – czy to mu nie popsuje całego zaklęcia?

 Miałam bardzo mocną potrzebę udowodnienia sobie, że mogę coś wymyślić, zacząć, pisać, skończyć i opublikować.

Eh, przybij piątkę. Istniejemy w świecie słów, prawda?

 Ja chcę kiedyś literacko pogrzebać w tym wczesnym Rzymie, tak późna monarchia/bardzo wczesna republika: jeszcze bardzo etruskim, z kultami śmierci, ofiarami z ludźmi, z dziwacznie zazdrosnym i uczłowieczającym stosunkiem do ziemi, fetyszyzowaniem konceptu granicy i przejścia, bogami i mitami jeszcze nie aż tak pod wpływem greckim… Mało źródeł, trzeba byłoby dużo wyobraźnią nadrabiać, ale kusi :)

Napisz, napisz! :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nowa Fantastyka