- Opowiadanie: Matka Chrzestna - Noc, po której nie wstało słońce

Noc, po której nie wstało słońce

Niepokojący,  odludny, hipnotyzujący – jakżebym mogła nie pokochać Spitsbergenu :)

 

Tekst z poprawkami naniesionymi po zakończeniu konkursu.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Noc, po której nie wstało słońce

 

Wyobraziła sobie, jak leży na śniegu i patrzy w niebo. Błękit i biel.

Otworzyła oczy. Na ekranie pojawił się nowy komunikat pogodowy. Wiatr 13,9 m/s, temperatura -20 stopni Celsjusza, godzina 22.16. Wyciągnęła zmiętą paczkę lucky strike’ów i zapaliła. Jens będzie zły, ale ostatnio nie umiała wytrzymać bez papierosów. Czuła, że wszyscy byli nią rozczarowani. Nikt tego głośno nie powiedział, ale tak było. Trzy lata wzorowej służby na tym końcu świata. Zima, która miała być jej pierwszą w roli szefa posterunku w Longyearbyen. A ona się rozsypała. Tak po prostu. Nocą nie mogła spać, w ciągu dnia zapadała w kilkuminutowe drzemki. Ciemność przygniatała ją, wysysała życie i powodowała, że zrobiła się wredna i złośliwa. Sama siebie nie mogła znieść, więc nie dziwiła się, że inni omijali ją szerokim łukiem. A przecież kochała ten dziwny skrawek ziemi jak mało kto.

W szafce odnalazła popielniczkę w kształcie misia. Dostała ją od mamy, kiedy przeniosła się na Spitsbergen. Tak, matka byłaby zadowolona z jej powrotu na kontynent. Już słyszała: „Skarbie, od razu wiedziałam, że to nie jest miejsce dla ciebie”.

Usiadła za biurkiem i zabrała się do przeglądanie raportów z ostatniego tygodnia. O tej porze roku nie było tu wiele do roboty. 

Ciszę przerwał dźwięk telefonu satelitarnego. Podniosła słuchawkę.

– Marit Larsen, komisariat policji.

– Igor Berezowski, strażnik z Pyramiden. Mam problem… nie mogę nigdzie znaleźć Zajcewa.

– Kiedy widzieliście się ostatni raz? – spytała.

– Wyszedł na wieczorny obchód jak zwykle o osiemnastej. Powinien wrócić po dwóch godzinach. Dzwoniłem do niego, ale nie odpowiadał, więc ruszyłem jego trasą. Myślałem, że może stracił przytomność czy coś… Cholera, nigdzie go nie ma!

– Ma ze sobą broń?

– Jasne, kurwa, że ma! Nie jest idiotą, nie?!

– Chcę tylko ustalić ważne fakty, Igor… – powiedziała spokojnie.

– Przepraszam, wiem.

– Tej zimy jest z wami pies, prawda?

– Zniknął dwa dni temu… Żadnego truchła ani śladów niedźwiedzia w osadzie. Nic.

– Czy ostatnio zdarzyło się jeszcze coś nietypowego?

– Nie wydaje mi się – odparł po krótkim namyśle.

– Wiesz, że dopóki pogoda się nie poprawi, jesteś zdany na siebie. Proponuję, żebyś wrócił do hotelu i przeczekał zamieć. Jak tylko warunki się poprawią, wyślę helikopter z ekipą. Co ty na to?

– …

– Igor, jesteś tam?

– Cholera, on nie wytrzyma długo w takim zimnie.

– Zgadza się. Więc co proponujesz?

– Zajrzę jeszcze do Domu Wariatów. Przy tym wietrze dojście tam zajmie mi jakieś trzydzieści minut. Odezwę się, jak sprawdzę. Do usłyszenia.

– OK, czekam – powiedziała i odłożyła słuchawkę.

Otworzyła na ekranie plan Pyramiden. Opuszczona radziecka osada górnicza sześćdziesiąt kilometrów na północ od Longyearbyen. Konkurencja turystyczna dla Czarnobyla. Kilka bloków, szkoła, basen, sala gimnastyczna, dom kultury i hotel. Marit nie lubiła tego miejsca, jego historii zakończonej katastrofą lotniczą i upadkiem kopalni. Zimą mieszkało tam dwóch strażników. Zajcewa znała osobiście, był doświadczonym przewodnikiem. Latem oprowadzał turystów po wyspie już od dobrych paru lat. Nie zrobiłby żadnego głupstwa. Nie on. Zapaliła kolejnego papierosa i pomyślała, że to jednak gówno prawda. Nie miała pojęcia, co temu człowiekowi siedziało w głowie i do czego był zdolny. Tego Berezowskiego nie znała, był tu pierwszy raz.

Odebrała po pierwszym sygnale.

– Marit Larsen.

– To ja.

– Co jest?

– Przeszedłem korytarze i nic nie zauważyłem. Może mi się tylko zdawało, ale przed chwilą usłyszałem coś w jednym z mieszkań na drugim piętrze. Idę tam…

Czekała w milczeniu wsłuchana w odgłosy kroków odbijających się echem po budynku. Wyobraziła sobie tego faceta, jak w całkowitych ciemnościach omiata światłem latarki stare meble i porzucone zabawki.

– Zajcew! Jesteś tu? Odezwij się! – Usłyszała wołanie, a potem jakiś hałas.

– Igor? Co się stało?

– …

– Igor, słyszysz mnie! – zawołała.

– Jestem! Jakieś rupiecie zwaliły się i blokują drzwi. Nie mogę wyjść z mieszkania. – Słyszała głuchy łomot.

– Kurwa! Kurwa! – zaklął.

– Spokojnie. Najważniejsze, że ty jesteś cały… Może jest jakieś inne wyjście?

– Wiem, że nie ma… Chyba muszę ci coś powiedzieć.

– Słucham.

– To nasze mieszkanie.

– To znaczy czyje, Igor?

– Moich rodziców.

– Mieszkałeś w Pyramiden? – zapytała zdziwiona.

– Tak. Przyjechaliśmy, gdy miałem sześć lat. Ojciec dostał czteroletni kontrakt.

– A teraz jesteś uwięziony tam, gdzie mieszkałeś przeszło dwadzieścia lat temu? Nie wiem, co mam powiedzieć, naprawdę.

– Nie wiesz, co masz powiedzieć! – zaśmiał się histerycznie – ja też nie, ale mam więcej ciekawostek. Zajcew też tu mieszkał. Wiedziałaś?

– Nie.

– Zastanawiałaś się, kto może chcieć przyjechać na zimę do tego cmentarzyska? Siedzieć tu w ciemnościach?

– No, przyznam, że trochę mnie to ciekawi.

– To ci powiem. Goście, którzy się tego miejsca nie boją, bo spędzili tu dzieciństwo.

– No tak.

– Rodziny z dziećmi mieszkały w tym bloku, a że na dwór nie mogliśmy sami wychodzić z powodu pogody i niedźwiedzi, to korytarze były naszym placem zabaw. Do dzisiaj ten budynek nazywa się Domem Wariatów.

– Byliście w Pyramiden w tym samym czasie?

– Przyjaźniliśmy się… Cholera muszę się jakoś stąd wydostać. Nie mogę tu zostać!

– Igor, nie wydaje ci się to dziwne?

– Co niby?

– Nieważne. To on ci zaproponował tę robotę?

– Tak. Spotkaliśmy się przypadkiem w Moskwie i jakoś tak wyszło. Potrzebowałem kasy, żeby spłacić długi. Nie chciałem tu wracać, ale miałem nóż na gardle…

– Zadam teraz ważne pytanie. Czy doszło między wami ostatnio do jakiegoś konfliktu?

– Nie! O czym ty, kurwa, myślisz?

– Poszukaj lepiej jakichś starych ciuchów czy koców i zrób sobie ciepłą kryjówkę. Musisz przetrwać kilka godzin.

– OK, tak zrobię. Tylko… nie rozłączaj się, proszę – powiedział cicho.

– Jasne i tak nie mam nic lepszego do roboty.

– Znalazłem! Nie mogło być lepiej, jest łóżko i nawet stara kołdra. Uwierzysz?

– Czego ty się boisz, Igor?

– …

– Wiem, że coś jest nie tak.

– Mam takie dziwne myśli… ale to głupie jest.

– Po prostu mi powiedz, może nie umrę ze śmiechu.

– Zrobiliśmy z Zajcewem coś strasznego. Tutaj, jako dzieci. Boże, nie myślałem o tym przez tyle lat, a teraz… Nie powinienem tu wracać. Nigdy! Nigdy!

– O co konkretnie ci chodzi?

– Była jedna dziewczynka, inna niż reszta dzieciaków. Pamiętam, że zacinała się, gdy mówiła, ale za to ciągle śpiewała. Taka… no miało się ochotę ją skrzywdzić. Jezu, wiem, jak to brzmi. Nie byłem złym dzieckiem, ale ona…

– Co jej zrobiliście?

– …

– Igor, rozmawiaj ze mną!

– …

– Dlaczego się nie odzywasz! – zawołała.

– …

– Co się dzieje?

– To koniec!

– Jaki koniec? To panika. Uspokój się, człowieku!

– Nie widzę! Nic kurwa nie widzę!

– Zgasła ci latarka?

– Nic nie widzę, Marit! Jestem ślepy! Co…? Co się stało z moimi oczami? Pomóż mi!

Czuła, jak lewa noga zaczyna jej drgać ze zdenerwowania. Nie miała pojęcia, co robić.

– Igor, nie wypuszczaj telefonu z rąk. Połóż się na łóżku i oddychaj spokojnie. Leżysz?

– Tak.

– Może to tylko efekt psychicznego napięcia i wzrok zaraz wróci – powiedziała, chociaż zdawała sobie sprawę, że to bez sensu. – Jestem z tobą. Wszystko będzie dobrze.

– Powiedzieliśmy jej, że będziemy się razem bawić i przyszła z nami tutaj, do mojego mieszkania. Zajcew wymyślił…

– Wyrzuć to z siebie.

– …wymyślił, żeby dać jej sznur. Powiedział, że ma się powiesić, a my ją odratujemy, że to taka zabawa. Patrzyliśmy, jak staje na stołku z pętlą na szyi, a potem… Zamknąłem oczy. Nic nie chciałem widzieć. Kiedy je otworzyłem, ona już nie żyła, a my uciekliśmy. Uciekliśmy, rozumiesz?!

Siedziała chwilę w milczeniu, przytrzymując drgającą nogę. W końcu się odezwała:

– Igor, jesteś tam?

– Ona tu jest. Czuję to.

– Kto? Ta nieżyjąca dziewczynka?! Bądź poważny, nikogo tam nie ma.

– Słyszę jej kroki na korytarzu. Marit, ja nie chcę umierać!

– Nie umrzesz – powiedziała najbardziej przekonująco, jak potrafiła. – Nie umrzesz.

– Ona śpiewa…

– Igor, to tylko twoja wyobraźnia. Nikogo tam nie ma.

– Posłuchaj jej, Marit…

Wytężyła słuch i wydawało jej się, że usłyszała… Boże, słyszała śpiew dziecka. Znała tę kołysankę, miała przecież babkę Rosjankę. Zrobiło jej się przeraźliwie zimno.

– Igor?

– …

– Odezwij się do mnie…

– …

– Ciągle tu jestem, Igor, proszę, postukaj w słuchawkę, jeżeli nie możesz mówić.

Odpowiedziała tylko cisza. Mijały minuty, a ona czuła narastając strach. Siedziała, bojąc się poruszyć, niczym woskowa figura. Za to jej myśli rozbiegły się jak karaluchy, wciskając się w najbardziej ciemne zakamarki umysłu. Musi stąd wyjść.

Włożyła kurtkę i otworzyła drzwi. Osłonięta przed wiatrem murkiem ganku stała, wdychając łapczywie mroźne powietrze. Ciszę zakłócało tylko dalekie wycie psów polarnych. Miasteczko świeciło sztucznym światłem nieprzerwanie od sześćdziesięciu dni. Jednak dalej za jego granicą rozpościerała się ciemność, jakiej większość ludzi nigdy nie doświadczyła. Marit nagle ogarnęła, przemożna chęć pójścia w tę czarną otchłań z rozłożonymi rękoma jak dziecko na widok matki. Poczuć wreszcie ukojenie.

Wróciła do środka. Chciała przesłuchać całą rozmowę na spokojnie, może coś jej umknęło. Jednak żadnej rozmowy nie było. Nagrał się tylko pierwszy telefon, jakby Berezowski już drugi raz nie zadzwonił. Boże, co się dzieje? Co się dzieje? Weszła do łazienki i opłukała twarz zimną wodą. Spojrzała w lustro szukając oznak szaleństwa. Zobaczyła tylko strach i zmęczenie. Powinna zadzwonić do pilota i do Jensa, swojego współpracownika.

 

Znaleźli ich o trzeciej dwadzieścia w mieszkaniu na drugim piętrze budynku dla rodzin w Pyramiden. Wisieli na sznurach przymocowanych do wielkich haków w suficie.

Troje ludzi w milczeniu patrzyło na ciała, omiatając je światłem latarek.

– Trzeba zawiadomić gubernatora i policję na kontynencie – powiedziała w końcu. Nie chciała im na razie opowiadać o tym, jakie były ostatnie słowa Igora Berezowskiego. Tak naprawdę sama nie wiedziała, co ma myśleć. Cały czas słyszała w głowie kołysankę dziewczynki. Przecież sobie tego nie wymyśliła.

Wyszła na korytarz i trzęsącymi się rękoma próbowała zapalić papierosa. Z oczu spływały jej łzy. Teraz nic już nie będzie takie jak dawniej. Nikt jej nie uwierzy, w końcu sama zacznie wątpić w to, czego była świadkiem. Potraktują ją jak wariatkę, straci pracę w policji, przyjaciół, wszystko. Schowała niezapalonego papierosa do paczki i zamknęła oczy.

Błękit i biel. Szła pod górę, a słońce delikatnie muskało jej twarz. Śnieg miał taki odcień bieli jaki lubiła najbardziej. Ktoś ją wołał, ale nie chciała się oglądać.

 

Koniec

Komentarze

Solidne, mocne opowiadanie. Ładnie budowany klimat grozy i napięcie, czytałem płynnie, bez zgrzytów, warsztat bardzo dobry, nic nie wyłapałem – choć to może przez to, że za bardzo tekst mnie wciągnął ;) W kilku zdaniach zbudowałaś postać głównej bohaterki, a potem już była sama akcja. Finał przewidywalny, ale satysfakcjonujący. Dałbym klika, gdybym mógł.

 

Wyobraziła sobie tego faceta, jak w całkowitych ciemnościach omiata światłem latarki stare meble i porzucone zabawki.

Skojarzyło mi się z serią gier Stalker, szczególnie pewnym momentem, gdy się zwiedza opuszczone przedszkole w Prypeci, więc, tak jak bohaterka, wyraźnie sobie to wyobraziłem. Dla mnie super :)

Dzięki herox002. Cieszy mnie bardzo, że się podobało i wciągnęło :)

 

Nie czytało mi się gładko, bo tekst ma nie do końca trafną strukturę. Dużo informacji dotyczących bohaterki, te na samym początku, nie gra żadnej roli w późniejszej historii, trzeba przez nie po prostu przebrnąć. Same dialogi, na których opiera się właściwa fabuła brzmią w wielu miejscach nienaturalnie i nie dają obrazu bohatera. Moim zdaniem potrzebują dopracowania.

Tytuł mnie ściągnął i nie żałuję. Klasyczny horror z ciemnością, złem, które powróciło i upiorną dziewczynką – coś, co lubię :) Wykonanie jak dla mnie w porządku, rozmowa telefoniczna i jednostronna relacja Igora stworzyły nastrój i ładnie zbudowane napięcie. To, co zrobili – bardzo drastyczne a jednocześnie wiarygodne, podobnie jak wyrzuty sumienia po latach. Jedyne co, to wolałabym mieć ciut więcej na początku o Igorze i Zajcewie, ciut mniej o narratorce, która jest tylko nośnikiem historii, nie bohaterem.

Mam mieszane odczucia po przeczytaniu tego tekstu.

Zwabił mnie najpierw tytuł, później przeczytałam w przedmowie, że będzie o Spitzbergenie. Zapowiadało się intrygująco, ale moim zdaniem, nie wykorzystałaś w pełni potencjału tego miejsca. Zaczynasz w ciekawej scenerii, miałam nadzieję, że będzie pełniła większą rolę w opowiadaniu.

Później poznajemy bohaterkę, ale okazuje się, że jednak ktoś inny przeżywa przygodę, a my o wszystkim dowiadujemy się przez telefon. Albo wysłałabym Marit do tego nawiedzonego domu, albo opowiedziała historię widzianą oczami Igora. Szkoda też, że praktycznie nic nie wiemy o Zajcewie.

Mam również wątpliwości odnośnie działania policji. Skoro Marit była szefową komisariatu, dlaczego odbierała telefony ze zgłoszeniami? To zadanie dyżurnego.

Sądzę, że po przemyśleniu tych kilku rzeczy tekst mógłby sporo zyskać. Natomiast technicznie i stylistycznie – moim zdaniem całkiem dobrze.

Chalbarczyku dziękuję za komentarz. Szkoda, że nic się nie spodobało.

 

Bellatrix dzięki za klika :) Ha i tu mi wbiłaś ćwieka, bo dla mnie główną bohaterką jest jednak Marit. Na niej i jej odczuciach chciałam się przede wszystkim skupić. Ale może inaczej to będzie odczytane ;)

 

Ando dziękuję za opinię. Taki miałam pomysł na to opowiadanie jako na rozmowę telefoniczną. Wydało mi się to ciekawe. Klimat w takim limicie ciężko wypracować, sama żałuję, bo miejsce wspaniałe. No cóż nie do końca mi się to udało jak widać ;( A co do szefowej komisariatu – to Spitsbergen. Pewno cała załoga w zimie to 3 osoby i wszyscy pracują na dyżurach.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Miło mi poznać mr.marasie :)

Nie sądziłam, że rozmowa telefoniczna może powodować dreszczyk emocji, a jednak :) Fajnie budujesz napięcie. Samo miejsce, które wybrałaś ma już swój klimacik, do tego dołożyłaś dobrą historię. Podobało mi się.

Czepnę się tylko o jedno: zaczynasz i kończysz postacią Marit, a ja miałam wrażenie, że bohaterem jest Igor. Te wstępne informacje o Marit były tu, IMO, trochę niepotrzebne. Ale rozumiem… dyżur ;)

Ode mnie też kliczek :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Witaj Irka_Luz. 

Coś mi ten Igor zawojował scenę, a nie takie miałam plany ;) 

Raduje mnie, że Ci się spodobało :)

Bardzo dobry tekst. Udało Ci stworzyć mroczny klimat, atmosferę grozy i narastajacego napięcia. A to tu chyba chodziło :) Czytałam z przejęciem do samego końca.

Jeśli chodzi o warsztat też jest dobrze. Jedenym słowem jestem zadowlona z lektury i oczywiście klikam bibliotekę :)

Hej Katiu72 cieszę się, że warsztat lepszy niż w debiucie. Znaczy idzie ku lepszemu.

No i klimat jest i napięcie – czyli coś tam udało mi się udziergać ;) 

 

 

Przede wszystkim to dobrze, że przedmowę przeczytałem po przeczytaniu opowiadania, a nie przed.  Dzięki temu te wrażenia przyszły wraz z lekturą. Choć z drugiej strony może kogo innego naprowadzą i też będzie dobrze?

 

A opowiadanie faktycznie jest niepokojące. I osiągasz to w bardzo nietypowy sposób, bo zwykle dla takiego wrażenia treść musi współgrać z formą, ewentualnie chociaż sama forma musi tak zagrać. A tu nie – tu forma tak naprawdę nie “mroczy”, a treść owszem. Może i dobrze, bo opisywany teren wymaga surowości. Choć gdyby podregulować niektóre opisy (nie wydłużyć!), oprócz mroku wyszedłby też podbiegunowy chłód?

 

Jest jeszcze jeden nietypowy element, który osiągasz. Pisząc o Svalbardzie, robisz to w stylu… japońskiego horroru. No jest tu coś z “One Missed Call” i coś z “Ringu”. Niby wiele wzorców kulturowych przy odrobinie wysiłku da się wykorzystać w nowych aranżacjach, ale takie “nutki” (jestem niemal pewien, że niecelowe, co nie zmienia faktu, że obecne i udane).

 

Co do warsztatu… tu mimo wszystko mogłoby być lepiej (obrazowości brakło… ale znów: surowość miejsca może być okolicznością równoważącą).

Kwestia “szefowania komisariatem”… W tym regionie za pewne nie ma nie wiadomo ile personelu, więc dałoby się te telefony obronić.

Zdziwiła mnie wzmianka o gubernatorze w Norwegii, ale sprawdziłem i faktycznie Svalbardem zarządza gubernator.

 

"Już słyszała : „Skarbie (…)"

– niepotrzebna spacja przed dwukropkiem.

 

Wilku-zimowy dziękuję bardzo za komentarz. Nie widziałam filmów o których piszesz, bo nie oglądam horrorów :) Za to lubuję skandynawskie kino z jego surowością i specyficznym klimatem i taki chciałam tu osiągnąć. Jeżeli opko wywołało niepokój to jestem wielce ukontentowana.

Zrobiłam research na temat Spitsbergenu ;)

 

Spację usunęłam :)

 

Świetny tekst. Wciągający.

Potknęłam się w dwóch miejscach: najpierw przy tej popielniczce w kształcie misia, ale tu przeczytałam ponownie i już gra (chociaż to takie mało matczyne dawać córce popielniczkę w prezencie…). I drugi raz przy wzmiance o Karin i fotografach. Czy to naprawdę jest potrzebne? Odniosłam wrażenie, że w tym miejscu złamałaś zasadę “nie pisz wszystkiego, co wiesz”. Wzmianka o niezamykanych drzwiach wydała mi się nieco sztuczna, a wprowadzenie kolejnego imienia do tekstu trochę mnie wybiło z rytmu. Może to jakaś pozostałość z wyciętej partii tekstu?

Napięcie i klimat jest, potwierdzam. Zgadzam się, że obszerne informacje na temat narratorki w pierwszej części są zbędne.

Ogólnie, bardzo mi się podobało. 

Pozdrawiam smiley

Facies_Hippocratica miło mi, że wpadłaś.

Chyba masz rację co do tego fragmentu o fotografach. Można by z niego zrezygnować bez szkody dla tekstu. Niestety uległam pokusie wciśnięcia chociaż jednego “smaczku” z życia w Longyearbyen ;(

Przekonuję się coraz bardziej do betowania tekstów, chociaż boję się ingerencji w tak delikatną materię jaką jest niepowtarzalne spojrzenie na świat każdego autora. Cóż chyba jednak następny tekst dam pod lupę ;)

 

 

– Igor Berezowski[+,] strażnik z Pyramiden.

Boże[+,] słyszała śpiew dziecka.

Ubrała kurtkę

Ubrań się nie ubiera.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość

Dzięki Anet za uwagi i wizytę :)

Dodałam przecinki, ale nie wiem czy mogę teraz poprawić to nieszczęsne “ubrała kurtkę”, czy dopiero po zakończeniu konkursu? 

Hej! Dobry koncept, miejsce akcji współgra z klimatem, dobrze budujesz grozę poprzez rozmowę telefoniczną, parę rzeczy mi nie zagrało i szkoda mi, bo mogłabym się bardziej nacieszyć opowiadaniem.

 

Przeszkadzał mi w dialogach fakt, że nie po każdym wykropkowanym zdaniu od razu wiemy, kto zabiera głos.

 

Miałam też w trakcie czytania taki tok myślowy: “ok, czyli najpierw czytam opis bohaterki. A, teraz będzie tylko dialog. Mhm, teraz jest fragment na streszczenie historii tamtych. Ok, teraz czytam tylko refleksje i podsumowanie.” Czepiam się, bo wydaje mi się, że dynamiczniej, różnorodniej i ciekawiej byłoby jakoś to poprzeplatać (nie wiem, jak to wpłynęłoby na kompozycję reszty tekstu?).

 

Powrót na kontynent – nie orientuję się w tamtejszej geografii, zgaduję, że wróciła z jakiejś wyspy? Tak czy siak, muszę zgadywać.

 

I główna kwestia – kto jest bohaterem opowiadania? Igor mocno zdominował tekst, racja, ale ciekawsza jest… No właśnie, kto?

 

Kiedyś dwóch fotografów weszło do domu Karin i śmiertelnie ją przeraziło – uznali, że skoro nikt tu nie zamyka drzwi na klucz, to mogą sobie po prostu wejść i zrobić zdjęcia. Miała naprawdę ogromną ochotę walnąć jednego z nich w tę mordę z rudą brodą.

Ciszę przerwał dźwięk telefonu satelitarnego. Podniosła słuchawkę.

Marit Larsen, komisariat policji.

Karin czy Marit? :D

 

Miałabym w każdym razie problem wskazać bohatera opowiadania, Marit jest imho ciekawsza, intryguje. Również imho opowieść straci na dreszczyku, jeśli wrzucimy ją do lokacji wraz z Igorem – wyjdzie kolejny standardowy horrorek.

 

Nikt jej nie uwierzy, w końcu sama zacznie wątpić w to, czego była świadkiem. Potraktują ją jak wariatkę, straci pracę w policji, przyjaciół, wszystko.

Nie rozumiem jej strachu na koniec. Co z tego, że przekaże, co Igor mówi? Nie wezmą jej za wariatkę, jeśli powie, że ona tylko powtarza słowa potencjalnego wariata, który się powiesił. Gdyby powiedziała, że mu wierzy, to co innego. Ale czemu niby “Teraz nic już nie będzie takie jak dawniej.”? Nic nikomu nie musi mówić, nie jest w sytuacji bez wyjścia.

 

Tyle mojego czepialstwa. To raczej wskazówki, bo tekst podobał mi się :)

Clevish dziękuję za wizytę i komentarz. Przeżyję takie czepialstwo ;) 

Odpowiadam :

Co do przeplatania rozmowy telefonicznej wstawkami – mam jednak obawy, że mogłabym wytracić tempo, napięcie jakie istnieje między rozmówcami i zgubić gdzieś tę specyfikę jaką odznacza się właśnie dialog telefoniczny. No chyba, że się mylę ;) 

W początkowym fragmencie opowiadania jest wzmianka, że akcja dzieje się w Longyearbyen na Spitsbergenie – a Spitsbergen to wyspa. 

“Kiedyś dwóch fotografów weszło do domu Karin i śmiertelnie ją przeraziło” – to imię jednej z miszkanek miasteczka. To są policyjne wspomienia Marit, nikt przecież nie używa swojego imienia myśląc o sobie. 

Jest wzmianka, że nagrała się tylko pierwsza rozmowa, czyli wszystko o czym rozmawiali potem jest już kwestią dyskusyjną. Wyobrażmy sobie jak szefowa komisariatu opowiada, że była jeszcze jedna rozmowa i denat słyszał głos ducha. Mało tego, ona też go słyszała ha ha, już widzę miny komisarzy norweskiej policji :) Nawet jeżeli nikomu nic nie powie, to takie “spotkanie” zjawy/czegoś niepojętego raczej zmienia optykę postrzegania świata, siebie, w ogóle wszystkiego. Tak mi się przynajmniej wydaje i to mnie tu interesowało i to chciałam pokazać ;)

Pozdrawiam.

 

Clevish ma rację, że zwraca uwagę na ten akapit, tu jest coś nie tak. I chyba już wiem, co (ja też z początku pomyliłam Karin z Marit):

Kiedyś dwóch fotografów weszło do domu Karin i śmiertelnie przeraziło – uznali, że skoro nikt tu nie zamyka drzwi na klucz, to mogą sobie po prostu wejść i zrobić zdjęcia. Miała naprawdę ogromną ochotę walnąć jednego z nich w tę mordę z rudą brodą.

Czyli wychodzi na to, że to Karin chciała walnąć, a z kontekstu wiadomo, że chodzi o Marit.

 

Macie rację dziewczyny, ten akapit jest błędnie zapisany. Po konkursie mam zamiar się go pozbyć dla dobra ogółu ;)

Arnubisie, dziękuję za wizytę.

Nie będę ukrywał, że (z wiadomych CI przyczyn) dziwnie się czuję, komentując ten tekst. :-)

Jak odebrałem Twoje opowiadanie?

Przede wszystkim nieźle zmieszczona historia w limicie… w którym nie miała prawa się zmieścić. ;-)

Pomysł, by oprzeć opowieść na rozmowie telefonicznej niegłupi. Chyba łatwiej zbudować napięcie poprzez rozmowę niż opis. A jeśli nie łatwiej to na pewno potrzeba do tego mniejszej przestrzeni. Dwa trzy mocne zdania (niechby i krótkie) i mamy już pewien zarys niepokoju. W dodatku dzięki tej formie praktycznie odpadają CI didaskalia, więc i miejsca zyskujesz trochę więcej.

Element grozy w opowiadaniu zdecydowanie widoczny. Zdaje się on trochę pospieszny. A może nawet nie trochę. Niepokoisz czytelnika na skróty. Pewnie lepiej by to zadziałało, gdyby przestrzeń do budowy napięcia była nieco większa. Myślę, że tej historii przysłużyłoby się kilka tysięcy znaków więcej. Ale to pewnie wiemy i czujemy oboje. Tak jak pisałem powyżej, samo zmieszczenie historii w limicie już jest osiągnięciem. Tym bardziej, że jest to w sumie historia zamknięta. Nie urywasz, ani nie dajesz streszczenia. To wcale niemało.

Ciekawy koncept na główną bohaterkę, która jest nie tyle fundamentem opowiadania, ile raczej pomostem do przekazania czytelnikom historii. Zgodzę się, że początkowe informacje o niej nie grają w tym tekście większej roli, więc można było zagospodarować tę przestrzeń w inny sposób. Tym nie mniej, nie jest to coś, co jakoś szczególnie przeszkadza. Raczej taka uwaga: na marginesie.

Potencjał miejsca wykorzystany tylko częściowo, ale to było wiadomo już przed lekturą. W takim limicie trzeba się opierać na jednym mocnym akcencie i jak najlepiej go rozwinąć. Ty tak właśnie robisz, tym mocnym akcentem jest atmosfera grozy i to do pewnego poziomu zadowolenia wystarcza.

Słowem, całkiem satysfakcjonująca lektura, choć wolałbym ją opowiedzianą bez limitu i wynikającego z niego “pośpiechu” w opowieści. ;-)

Tyle.

Pozdrawiam. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Miałaś naprawdę dobry pomysł. Zabrakło trochę umiejętności, żeby zrobić z tego prawdziwą perełkę. Podanie historii w formie rozmowy telefonicznej przypomina mi troszeczkę efekt, na którym bazują filmy typu found footage (które kocham miłością beznadziejnie ślepą:). Jest w tym pokrewny podglądactwu dystans i groza uczestnictwa w wydarzeniach, na które nie ma się wpływu. Bohater w takiej konstrukcji może być sprowadzony do roli funkcji, albo symbolu/figury bo jest tylko przekaźnikiem opowieści (zupełnie biernym, lub w finale zmienionym poprzez opowieść – wtedy warto na wstępie zbudować go tak, aby taka zmiana była uzasadniona). Przy limicie znaków szkoda marnować je na przesadne budowanie bohatera, bo potem brakuje ich na inne rzeczy – tu uzasadnienie/uwiarygodnienie opowieści o powrocie do własnych mieszkań (naprawdę gruby motyw z potencjalnie bardzo dużym ciężarem emocjonalnym), czy motywu gnębionej dziewczynki (ech, evergreen, maładziwnadziewczynka zawsze na propsie:). Tutaj odniosłem też wrażenie, że nie do końca panujesz nad napięciem, które w trakcie rozmowy się pojawia, no i niestety nie jesteś konsekwentna w utrzymywaniu go. Po zakończeniu rozmowy niepotrzebnie wracasz do przedstawiania historii przez pryzmat bohaterki (Marit?), jej motanie się/niepewność w zaistniałej sytuacji nie ma znaczenia, zbyt długo się tym zajmujesz, napięcie siada, bo czytelnik czeka tylko na to, żebyś wyjaśniła, czy słowa, które padły w trakcie rozmowy telefonicznej (która jest istotą tego tekstu) okażą się prawdę, fejkiem, wstępem do efektownego twistu, czy czym tam jeszcze. Klamra o bieli i błękicie już zupełnie nie ma w tym kontekście znaczenia. Słowem masa znaków poszła na rzeczy trzeciorzędne i zabrakło ich na to, co istotne i “robiące” tę opowieść.

Dobra, skupiłem się na tym, czego tu brakuje, ale tak naprawdę to dobry tekst. Choć też jego najmocniejszą stroną jest drzemiący w nim potencjał:)

CM, czekałam na Twój komentarz.

Zwróciłeś uwagę na kluczowe elementy tego opowiadania, ich mocne i słabsze strony z dużą dozą wyrozumiałości ;-)

Limit był moim wrogiem nr jeden, jednak nie wszystko mogę (niestety) na niego zwalić. Cieszy mnie, że tekst Cię usatysfakcjonował i mam nadzieję, że moja fascynacja tym miejscem, choć trochę jest widoczna w tej historii.

Dziękuję i pozdrawiam. 

A i czekam na Twoje opko ;-)

Po wielu filmach/serialach/kryminałach norwesko-szwedzkich – i sporadycznie islandzkich – Twoje opowiadanie jest miłą odmianą. Bardzo ciekawy pomysł z osadzeniem akcji w Longyearbyen na Spitsbergenie. Fabuła i nastrój są tak świetne jak zakończenie.

Sugerowałbym trochę więcej “opisów pogodowych” niż tylko na początku tekstu. Brakowało takich sztandarowych elementów jak: “skrzypiący śnieg”, “zapadanie się w śniegu” (na przykład podczas biegu) albo “siarczysty/ścinający/przeszywający mróz”; takie “wstawki” w kilku miejscach w tekście zawsze potęgują nastrój osaczenia i niepewności w opowiadaniu.

Podtrzymuję to co napisałem wcześniej: fabuła: rewelacyjna; zakończenie: super.

Życzę sukcesów w konkursie.

Michale Pe – drzemiący potencjał, mówisz.

No i jak ja teraz pójdę spać ;-) 

A poważnie, to uzmysłowiłam sobie po komentarzach, jak trudno jest właściwie ocenić swój tekst. Przewidzieć odbiór słów, scen, bohaterów i całej gamy ukrytych znaczeń, które wpisujemy w naszą historię.

Brak umiejętności wyczucia ważności słów, jest na dzień dzisiejszy moim największym problemem, ale obiecuję poprawę ;)

Cieszy mnie, że uważasz tekst za dobry :-)

Geeogrraafie, rzeczywiście mogłam zadbać o trochę więcej zimowego klimatu. Teraz widzę, że spokojnie można było zrezygnować z budowania tak obszernego obrazu bohaterki, a zamiast tego pokazać prawdziwy, mroźny oddech Arktyki ;-)

Dziękuję za komentarz i miło słyszeć, że się podobało.

Bardzo przyjemnie się czytało. Dobrze zbudowana groza. Opko mnie wciągnęło, co ostatnio jest rzadkością. Miałem wrażenie, że akcja rozwija się bardzo szybko, ale jest to zrozumiałe, biorąc pod uwagę limit znaków. Więcej takich por favor :)

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

A poważnie, to uzmysłowiłam sobie po komentarzach, jak trudno jest właściwie ocenić swój tekst.

Jak mówi ludowe porzekadło – nie da się być sędzię we własnej sprawie. Ale może to dobrze, bo w przeciwnym wypadku miejsca takie, jak ten portal, nie miałyby racji bytu:) 

 

Brak umiejętności wyczucia ważności słów, jest na dzień dzisiejszy moim największym problemem, ale obiecuję poprawę ;)

Jest na to fajne ćwiczenie – drable i wszelkie pokrewne. Bardzo wąski limit znaków daje inną perspektywę, człowiek naprawdę zaczyna myśleć o tym, co chce opowiedzieć i jak najlepiej to zrobić :) Albo zajrzyj do konkursowego tekstu Naz. Ona jedzie tam tak króciutko, że aż to zaczyna drażnić :)

Paradust, fajnie, że wciągnęło, bo w pewnym momencie pracy nad tekstem miałam wątpliwości :-)

 

Michale Pe, opko “Zepsucie” Naz – to już prawdziwa jazda bez trzymanki :-) Ja to na razie świńskim truchtem biegnę ;-)

Oj wciągnęło, wciągnęło. Pisz, Matko Chrzestna, pisz jak wiatr. I publikuj!

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Jak wiatr – łał, no muszę to kapkę przemyśleć ;D

Miłe życzenia, dziękuję Paradust :-)

Przemyśl, owszem, ale przede wszystkim pisz :) I dziel się z nami :)

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

 

Dzięki Blacktom za wizytę.

Bardzo lubię mróz śnieg i opisy zimna. Tego mi troche brakowało. Klimat dobrze budowany i nie zgodze sie że info na początku o Marit coś popsuło. Moze fajniej byloby zeby ze sluchawki dobiegało trochę rożnych odgłosów a nie głównie słowa. Bardzo dobre opowiadanie. Jedyna rzecz która mnie uderzyła to fakt że nic się nie nagrało na taśmie w komisariacie. Tak jakoś mi się wydaje,że paranormalne sprawy powinny miec charakter lokalny, a nie wplywac na urządzenia rejestrujące w komisariacie.

BrunoSiak, dziękuję za odwiedziny.

Ha! Od samego początku pisania, oczywistym dla mnie było, że druga rozmowa się nie nagra. Myślę, że nie możemy przyjmować, że coś paranormalnego powinno przebiegać tak, a nie inaczej. Dla mojej istoty/bytu bilokacja nie stanowiła problemu, w końcu to tylko 60 km. ;-) Na pewno nie chciała pozostawić po sobie śladu w postaci rozmowy telefonicznej. Czy usunięcie takiej rozmowy można uznać za niewykonalne dla kogoś z innego wymiaru? 

Słowem, ciekawe spostrzeżenie muszę przyznać :-)

 

 

Konwencja z rozmową telefoniczną trafiona i dobrze buduje napięcie. Historia wciąga, a tekst czyta się płynnie. Fajne opowiadanie!

Mike1385, raduje mnie każdy zadowolony czytelnik :)

Podobało mi się. Czytało się płynnie. W pewnym momencie pomyślałem, że tekst nadawał się na scenariusz, rozmowa telefoniczna była gęsta i miodna :).

Przez chwilę myślałem że zakończenie będzie bardziej zakręcone (i wróci jakoś do bohaterki, jakoś będzie z nimi powiązana, będzie znać tą dziewczynkę etc.) ale to napisane przez Ciebie jest chyba bardziej wiarygodne i realne.

Przeczytałem tydzień temu, ale jakoś nie mogłem zabrać się do komentarza. Niezłe, klimatyczne, ale nierówne. Początek nudził, długo się rozwijał, ta atmosfera grozy trochę późno się pojawiła. Być może po części przez pierwszy akapit, uderzasz prostym opisem uczyć, który jest po prostu dosłowny, nie ma zbytnio flow, nie przyciąga niczym ciekawnym. Zanim dobrze wniknąłem w świat pokazujesz dużo odniesień do przeszłości, ja wiem, że to ma pokazać ogólną sytuację, ale dałoby się to pokazać zgrabniej, bardziej interesująco. Wolałbym na przykład zobaczyć to rozsypanie w zachowaniu trochę szerszym niż zapalenia papierosa, bo tekst z początku z taką ilością bezpośrednich opisów stanu emocjonalnego jest mało dynamiczny. Fajnie grasz na niedopowiedzeniu i niedoinformowaniu w dalszej części tekstu, więc szkoda, że początek wydaję się aż nazbyt rozpisany, tworzy się taki kontrast. I narzekam tak, bo opowiadanie mi się podobało, bardzo szkoda, że nie zaczynasz bombardować tym napięciem od początku, masz fajny klimat i niby w pierwszych dwóch akapitach zaczynasz go budować, ale to się dzieje zbyt wolno. Innymi słowy tekst dobry, z dużo większym potencjałem, który zniszczył głównie rozciągnięty początek. Bo przecież bohaterka nie jest w tej opowieści najważniejsza, w takim razie po co nam tyle informacji o jej życiu? Wybacz za zbity blok tekstu, ale piszę z telefonu. Z lektury jestem ogólnie zadowolony :)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Problemem na poziomie konstrukcji w tym tekście jest dla mnie fakt, że na początku, przy pomocy drobnych i ładnie naszkicowanych drobiazgów, wyraźnie podpowiadasz, że skupi się on wokół Marit i jej historii, po czym zostawiasz bohaterkę i zmieniasz perspektywę. To by było bardzo na miejscu w powieści, ba, w długim opowiadaniu; w szorcie wydaje się zbędne i przynajmniej mnie, jako czytelniczkę, wybiło z rytmu czytania.

EDIT, za szybko kliknęłam.

Uważam natomiast, że znakomicie rozgrywasz główny konflikt przy pomocy rozmowy telefonicznej: rwanej, pisanej w części krótkimi frazami, trzymającej w napięciu. Świetnie się tę część czytało. 

 

Dziękuję za komentarze nowym czytelnikom.

 

Edwardzie, pewno zakończenie można by wymyślić bardziej zakręcone, ale ja raczej z tych wielbicieli realizmu jestem i nie chciałam przekombinować ;-)

Fajnie, że rozmowa wypadła dobrze.

 

MaSkrolu – a tak mi się podobał początek opowiadania, a tu nuda ;-) Wiem, że zdanie “Show, don’t tell” powinnam napisać sobie na lodówce ;-)

 

Ninedin, pisząc nie wyczułam tej zmiany perspektywy jako coś złego, ale jak widać nie było to do końca przemyślane i można było rozegrać to lepiej. No szkoda. Tak jak pisałam gdzieś wyżej, szalenie trudno jest przewidzieć odbiór słów, scen, bohaterów i całej gamy ukrytych znaczeń, które wpisujemy w naszą historię. Ale z drugiej strony, byłoby nudno…:-)

a tak mi się podobał początek opowiadania, a tu nuda ;-) Wiem, że zdanie “Show, don’t tell” powinnam napisać sobie na lodówce ;-)

Niestety, to raczej typowy problem. Niektóre fragmenty przyjemnie się pisze, ale mniej przyjemnie czyta, tak już jest i będzie. Też miewam z tym problemy. ;-)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Ja się zgadzam z opinią MaSkrola, który wszystko pięknie już wyjaśnił – przydługi wstęp faktycznie sugeruje, że główną bohaterką będzie Marit, jednak po zmianie perspektywy na Igora, boleśnie się przekonałam, że był on całkowicie zbędny.

Druga część, ta z rozmową telefoniczną, jest o wiele lepsza, trzyma w napięciu i narzuca szybkie tempo, już pal licho, że mocno kontrastujące z początkiem. Motyw z dziewczynką trochę ograny, ale wciąż przedstawiłaś go w mocny sposób (zabawa przez powieszenie, brrr).

Podsumowując, mimo kręcenia nosem, podobało się, głównie dlatego, że było straszno :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

 Sy, dziękuję za komentarz. 

Jestem raczej zwolennikiem łagodnego, lekko niepokojącego wstępu do horroru, potem “bach, bach” i znowu łagodnie na koniec. Dlatego będę jednak broniła przed Wami ;-) mojego “przydługiego” i “całkowicie zbędnego” wstępu. Pewnie teraz napisałabym go trochę lepiej, ale jednak ciągle byłby częścią składową tego opka. Chciałam na początek pokazać zwyczajny, nudny dyżur, a następnie zderzyć go z tą niesamowitą rozmową. Czy to się do końca udało? Pewnie nie, skoro kilku czytelników uważa go za niepotrzebny :(

Cieszy mnie, że chociaż straszno było :-)

Podoba mi się pomysł na dyżur pełen grozy i czegoś niewytłumaczalnego, a także to, że dramat rozgrywa się na naszych oczach, czy może raczej uszach. Jenak nie ukrywam, że zamiast zwierzeń Marit o paleniu, popielniczce i upierdliwości turystów, wolałabym przeczytać jakąś wzmiankę o dzieciństwie Igora i Zajcewa, czyli coś, co, nie mówiąc zbyt wiele, spotęgowałoby jeszcze nastrój grozy i dyskretnie zasugerowało nadchodzący dramat.

Czytało się całkiem nieźle, ale wykonanie mogłoby być nieco lepsze.

 

Wy­cią­gnę­ła zmię­tą pacz­kę Lucky Stri­ków i za­pa­li­ła. ―> Wy­cią­gnę­ła zmię­tą pacz­kę lucky stri­ków i za­pa­li­ła.

Nazwy papierosów piszemy małą literą: http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

Usia­dła za biur­kiem i za­bra­ła się za prze­glą­da­nie ra­por­tów… ―> Usia­dła za biur­kiem i za­bra­ła się do przeglądania ra­por­tów

 

– Wy­szedł na wie­czor­ny ob­chód jak zwy­kle o 18.00. ―> – Wy­szedł na wie­czor­ny ob­chód, jak zwy­kle o osiemnastej.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

– Mam takie dziw­ne myśli…, ale to głu­pie jest. ―> Po wielokropku nie stawia się przecinka!

 

–…

– Dla­cze­go się nie od­zy­wasz? – za­wo­ła­ła.

–… ―> Brak spacji przed wielokropkami.

 

Od­po­wie­dzia­ła jej tylko cisza. Mi­ja­ły mi­nu­ty, a ona czuła na­ra­sta­ją­cy w niej strach. ―> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Mia­stecz­ko świe­ci­ło sztucz­nym świa­tłem… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy.

Ech, aż chciałoby się zawołać „kończ waść, wstydu oszczędź" ;-D Mam nadzieję ujrzeć kiedyś to, co widzisz Ty Reg.

Bardzo dziękuję za komentarz, wskazówki i linka. Oczywiście po konkursie poprawię tekst.

Dobrze, że się chociaż podobało :)

 

P.S. Wybacz, że pytam, czy zajmujesz się tym też zawodowo? Jestem pełna podziwu, dla ogromu pracy jaką wykonujesz tu na forum. Jeszcze raz dzięki.

Pozdrawiam i obiecuję poprawę ;)

 

 

Miło mi, że uwagi okazały się przydatne. ;)

 

Mam na­dzie­ję uj­rzeć kie­dyś to, co wi­dzisz Ty Reg.

Matko Chrzestna, wierz mi – nie chciałabyś. Bywa bowiem tak, że to na co patrzę, potrafi przyprawiać o ból zębów. ;)

 

…czy zaj­mu­jesz się tym też za­wo­do­wo?

Nie. Nigdy się tym nie zajmowałam. Dopiero na tej stronie odkryłam w sobie powołanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomysł ciekawy, akcja prowadzona poprawnie, tak, że są te istotne dla tematu konkursowego momenty dreszczyku. Nie do końca przekonały mnie dialogi. Troszkę zbyt kryptyczne i lekko powtarzalne, ale czekam na jakiś edit po konkursie, bo czuję, że ten każdy diament zaczyna przecież jako czarny węgiel, który trzeba oszlifować. smiley

Oidrin, dzięki za odwiedziny i komentarz. 

Pozdrawiam smiley

Świetne opowiadanie! Bardzo mi się podoba sposób w jaki zbudowałaś dialog, wykorzystanie go właściwie do tego, by poprowadzić całą fabułę, wszystko dzieje się w wypowiadanych przez bohaterów słowach. Opis miejsca akcji i rozmyślania Marit też wyszły super. 

Gekikara, raduje mnie, że się podobał pomysł i wykonanie :)

No więc tak. Na plus: nastrój. W sumie również dynamika osiągnięta oparciem tekstu prawie wyłącznie na dialogu. Nawet nadużywanie dialogowego “– …” zamiast wtrętów narracyjnych można w tym kontekście wybaczyć. Igor jest napisany nieźle (jego kwestie), choć przyznam, że jego motywacje i zachowanie mnie nie przekonują – on powinien dużo wcześniej mieć pietra z powodu tego, co pamięta.

Na minus: przewidywalność, nieoryginalność historyjki, spodziewałam się jakiegoś bardziej niesamowitego, zaskakującego rozwiązania, a nie po prostu wariacji na temat straszne wspomnienie z dzieciństwa. Zwłaszcza że nie wierzę w to, że Igor i Zajcew o tym zapomnieli, a nic wcześniej nie wskazuje na to, że są “przestępcami wracającymi na miejsce zbrodni” – wręcz przeciwnie. Kiedy on mówi o tych “gościach, którzy się nie boją”, bo spędzili tu dzieciństwo, przydałby się jakiś foreshadowing, że coś z tym właśnie jest bardzo nie w porządku, bo potem rozwiązanie spada trochę deusexmachinowo. No i tytuł sugerował coś bardziej niesamowitego. W czasie nocy polarnej niewstające słońce jest normą, a historyjka nie uzasadnia takiego tytułu.

Podobnie jak Reg wolałabym też więcej o Igorze i Zajcewie, a mniej o Marit i jej popielniczkach, choć tu pewnie zawinił z jednej strony limit, z drugiej – wybór perspektywy (podyktowany tematem konkursowym), która na wgląd we wspomnienia Igora, a tym bardziej Zajcewa, nie pozwala. Wstęp przydługi, prawda.

No i niestety wykonanie jest bardzo takie sobie. Zwłaszcza interpunkcja szwankuje, powtarzają się też np. spójniki w obrębie akapitów, co jest trochę niechlujne.

W sumie jak dla mnie tekst niewątpliwie biblioteczny, ale nie piórkowy.

 

lucky strików

Imho lucky strike’ów, ponieważ nazwa to lucky strike, a nie strik

 

Jens będzie zły, ale ostatnio nie umiała wytrzymać bez papierosów. Czuła, że wszyscy byli nią rozczarowani. Nikt tego głośno nie powiedział, ale tak było.

 

Ciemność przygniatała ją, wysysała życie i powodowała, że zrobiła się wredna i złośliwa. Sama siebie nie mogła znieść, więc nie dziwiła się, że inni omijali ją szerokim łukiem.

 

W swojej szafce odnalazła popielniczkę w kształcie misia.

Zaimek w sumie zbędny.

 

Otworzyła na ekranie plan Pyramiden. Opuszczona radziecka osada górnicza sześćdziesiąt kilometrów na północ od Longyearbyen. Konkurencja turystyczna dla Czarnobyla. Kilka bloków, szkoła, basen, sala gimnastyczna, dom kultury i hotel. Nie lubiła tego miejsca

Zgubił Ci się podmiot – kto nie lubił? Po drodze rodzaju żeńskiego jest osada, konkurencja, sala gimnastyczna. Rozumiem, bo sama kiedyś tak miałam, tendencję do takiego bezpodmiotowego pisania, ale jednak czasem trzeba.

 

– Igor[+,] słyszysz mnie? – zawołała.

Dlaczego nigdy nie oddzielasz wołacza przecinkiem? To jedna z podstawowych zasad polskiej interpunkcji. Zaraz potem powtórzenie “słyszała”

 

Słyszała głuchy odgłos walenia.

To w kontekście polarniczym dość mnie ubawiło, bo wyobraziłam sobie dźwięki wydawane przez wieloryba.

 

– A teraz jesteś uwięziony tam, gdzie mieszkałeś przeszło dwadzieścia lat temu? Nie wiem, co mam powiedzieć, naprawdę.

To wypowiedź z innego rejestru niż większość dialogu. Nagle długie, pełne, dość złożone zdania. Nie pasuje do dynamiki reszty.

 

– Nie wiesz, co masz powiedzieć! – zZaśmiał się histerycznie[+.] – jJa też nie, ale mam więcej ciekawostek.

 

– Zastanawiałaś się, kto może chcieć przyjechać na zimę do tego cmentarzyska? Siedzieć tu w ciemnościach.

Drugie zdanie też powinno kończyć się pytajnikiem.

 

– No[+,] przyznam, że trochę mnie to ciekawi.

 

– Igor[+,] nie wydaje ci się to dziwne?

 

Poszukaj lepiej jakiś starych ciuchów

→ jakichś

 

– Igor[+,] rozmawiaj ze mną!

 

– Jaki koniec. To panika. Uspokój się, człowieku!

→ Jaki koniec?

 

Czuła[+,] jak lewa noga zaczyna jej drgać ze zdenerwowania.

 

– Igor[+,] nie wypuszczaj telefonu z rąk.

 

– Powiedzieliśmy jej, że będziemy się razem bawić i przyszła z nami tutaj, do mojego mieszkania. Zajcew wymyślił…

– Wyrzuć to z siebie.

– …wymyślił, żeby dać jej sznur.

Tu przed wypowiedzią Marit przydałoby się jakieś narracyjne zdanie, bo w tej formie wychodzi tak, jakby ona mu przerwała, a nie on zrobił pauzę.

 

Kiedy je otworzyłem[+,] ona już nie żyła, a my uciekliśmy.

 

Siedziała chwilę w milczeniu. Drgała jej noga i prawa powieka. W końcu się odezwała:

Odezwała się noga czy powieka? Bo na pewno nie Marit.

 

– Igor[+,] jesteś tam?

 

Odpowiedziała jej tylko cisza. Mijały minuty, a ona czuła narastając strach. Siedziała, bojąc się poruszyć, niczym woskowa figura. Za to jej myśli rozbiegły się jak karaluchy, wciskając się w najbardziej ciemne zakamarki umysłu. Zaczęło brakować jej powietrza.

Zaimkoza plus powtórzenia.

 

Osłonięta przed wiatrem murkiem ganku[-,] stała, wdychając łapczywie mroźne powietrze.

Nie wiem, czy da się łapczywie wdychać mroźne powietrze, bo nawet największego morsa po prostu zatchnie.

 

Jednak dalej za jego granicą rozpościerała się ciemność, jakiej większość ludzi nigdy nie doświadczyła. Nagle poczuła przemożną chęć

Ciemność poczuła czy większość ludzi?

Skądinąd nie wiem, czy noc za kołem polarnym jest bardziej ciemna niż gdziekolwiek indziej z dala od ludzkich osad?

 

Boże[+,] co się dzieje?

 

Weszła do toalety i opłukała twarz zimną wodą.

Brzmi to tak, jakby tę wodę wzięła z klozetu. Lepiej chyba do łazienki.

 

Znaleźli ich o trzeciej dwadzieściajednym z mieszkań na drugim piętrze budynku dla rodzin w Pyramiden. Wisieli na sznurach przymocowanych do wielkich haków w suficie.

Troje ludzi w milczeniu patrzyło na ciała, omiatając je światłem latarek.

– Trzeba zawiadomić gubernatora i policję na kontynencie – powiedziała w końcu.

To nagromadzenie liczebników nie robi dobrego wrażenia, czytelnik trochę się myli. Na pewno można wyrzucić “jednym”, wystarczy “w mieszkaniu na drugim piętrze”. “Budynek dla rodzin” też jakoś dziwnie brzmi. Blok mieszkalny po prostu? No i kim jest pozostała dwójka oprócz Marit? Ci to wyskakują deusexmachinowo…

 

Śnieg miał taki odcień bieli[+,] jaki lubiła najbardziej.

A tu się trochę zawiesiłam, bo po takiej nocy i takim odkryciu to jest jakieś takie z innej bajki…

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino, dziękuję za obszerny komentarz. Wszystkie błędy i wypaczenia biorę na klatę.

 

Odniosę się do dwóch zastrzeżeń:

 

"No i kim jest pozostała dwójka oprócz Marit? Ci to wyskakują deusexmachinowo…" Akapit wyżej piszę „Powinna zadzwonić do pilota i do Jensa, swojego współpracownika.” Wydało mi się to jasne, że są tam we trójkę.

 

Pierwszy i ostatni akapit, to wizje bohaterki. Ratowała się nimi w stanie napięcia psychicznego i trwającej depresji. Taka jej forma ucieczki…

 

OK, co do trójki to mi umknęło – niemniej “zadzwonić” nie znaczy, że w trójkę pójdą na miejsce… Co do klamry – tak, można się domyślić, że to wizje, ale że ratunkowe, to już nie bardzo.

http://altronapoleone.home.blog

Dobry tekst, jeden z głównych kandydatów do wyróżnienia. Jest klimacik, czuć grozę w powietrzu, dobrze to napisałaś. Po wprowadzeniu i zapoznaniu z bohaterką i sytuacją (ja nie narzekam na jego długość czy zbędność, Marit doskonale spełnia swoją funkcję bezsilnego obserwatora i przekaźnika historii), przechodzimy do głównych wydarzeń, które na naszych oczach/uszach dzieją się w czasie rzeczywistym. Zagrywka z telefonem jest moim zdaniem udana i bardzo sprytna wobec ograniczenia limitu. Nie trzeba zbyt wiele opowiadać i opisywać, wszystko jest zawarte w relacji Igora.

Może to zręcznie zbudowany klimat lodowego pustkowia, może uczucie niepokoju wywołane tym, że gdzieś tam, na drugim końcu kabla dzieje się coś niezrozumiałego, niewytłumaczalnego, ale przez większość lektury czułem spore zainteresowanie rozwojem wydarzeń, oczekując jakieś wymyślnej Przyczyny i może dlatego zaproponowane przez Ciebie rozwiązanie, czyli zemsta zza grobu, wywołało lekki niedosyt.

Zimowy krajobraz, policjantka jako główny bohater, Rosjanie w sąsiedztwie itd. nasunęły mi skojarzenie z serialem "Fortitude". Tam rozwiązanie makabrycznej zagadki było bardziej science, Ty poszłaś w klasyczny horror z mściwym upiorem.

Technicznie jest dobrze, co prawda sporo błędów wskazali poprzednicy, ale i tak uważam, że masz niezłe pióro. Widać to po tym, jak budujesz zdania, z jakich chwytów czy klisz korzystasz, jak piszesz dialogi itd.

Jestem na NIE, zabrakło mi WOW!, zabrakło zachwytu pomysłem, warsztatem, klimatem. Wszystko to jest, ale na dobrym poziomie konkursowym, bibliotecznym, jeszcze nie piórkowym.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję mr.marasie za komentarz konkursowy. Nie ukrywam, że jest on dla mnie bardzo ważny i oczekiwany. Cieszę się bardzo, że wzięłam udział w konkursie i że moje opowiadanie spodobało się większości komentujących. Naprawdę jest to ogromna satysfakcja. 

Mam nadzieję, że moje następne teksty, będą dla Ciebie i innych czytelników jeszcze bardziej satysfakcjonującą lekturą.

Interesujący tekst, trzyma w napięciu.

Ciekawa forma. Chyba aż taki nacisk na dialogi i to telefoniczne jest rzadko spotykany. Surowość i oszczędność formy wydaje się pasować do miejsca akcji.

Na minus bohaterka. Już nieważne, czy ta jej popielniczka jest ważna dla fabuły, czy nie. Ale trudno grać bohaterem, od którego nic w tekście nie zależy.

Rozumiem, że limit. Szkoda, można by rozwinąć opowieść w różnych kierunkach. Pomyślało mi się, że ciekawie wybrzmiałoby, gdyby Marit miała córkę, która przyjaźni się z synem Igora. Albo gdyby w jakiś pokręcony sposób okazało się, że to Marit jest tą dziewczynką, a jej luki w pamięci dziwnie pasują do…

Dotarłam już po poprawkach, kiedy tekst jest całkiem przyzwoicie napisany.

Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Bardzo mocna biblioteka. Tekst dobry, solidny – piszesz w konwencji, którą dobrze znasz, i którą znają też twoi czytelnicy. Taka sympatyczna rozrywka, przyjemny horror do kolacji, w którym nie trzeba inwestować emocji w bohaterów, bo wiadomo, że raz dwa coś im łby odrąbie.

Wybrałaś sobie interesującą formę, choć było to też ryzykowne zagranie – opierając tekst na samych tylko dialogach musisz zadbać, by te dialogi były majstersztykiem. Tu trochę jeszcze brakowało. Przydałby się solidny redaktor – osobiście drażniły mnie kwestie dialogowe będące wielokropkiem (nie jestem ich fanką w ogóle, a tu było ich sporo; można się pokusić o wywalenie części z nich i zastąpienie ich tym, co słyszała w słuchawce Marit). Z innych uwag, to początek niepotrzebnie przeciągnięty.

– Dlaczego się nie odzywasz? – zawołała.

Gdy bohater woła lub krzyczy, to zapisuje się to z wykrzyknikiem ;)

 

No, ogólnie miłe to było. Jak dobry slasher albo film klasy B, szkoda, że nie dłuższe.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Finklo, kam_mod, dziękuję Wam dziewczyny za komentarze. Bardzo one przychylne i strasznie mnie to cieszy i dodaje chęci do dalszej pisaniny :)

Finklo, intrygujace rzeczy Ci się pomyślało “ Marit jest tą dziewczynką, a jej luki w pamięci dziwnie pasują do…” Ha, ha, może kiedyś jeszcze wrócę do tej historii ;)

Teraz pieszczę w głowie pomysł na “Kawkę”, bo konkursy tutaj wciągają jak bagno w Luizjanie ;)

 

Pozdrawiam

O, Matko, coś wiem o tutejszych konkursach. Póki co startowałam we wszystkich tegorocznych, a i w poprzednim roku było ich mnóstwo.

Babska logika rządzi!

Nie wiem jak Ty to robisz, Finklo! Szacunek i pełne uznanie :) Ja na razie jestem w grupie “słonice” – strasznie długo trzeba czekać nim się coś urodzi ;D

Może to kwestia wprawy.

Babska logika rządzi!

No to wszystko jasne. Za jakieś szesnaście lat pobiję Twój rekord ;D

Trzymam za słowo. :-)

Babska logika rządzi!

Jak zwykle późno, ale bieżę z wyjaśnieniami dlaczego NIE. 

Oczywiście jest to dobrze, bardzo solidnie napisany tekst, nieźle warsztatowo, bez specjalnych stylistycznych fajerwerków, co świetnie pasuje do zimnej pustki settingu i mrocznego klimatu. No i jest ten mrok, jest tajemnica, jest niesamowicie i strasznie. Właściwie wszystko, co potrzebne. Ale… 

Ale jest to również szort. Nie ma miejsca i czasu na budowanie nastroju, misterne snucie intrygi, precyzyjne składanie bohaterów, na zaskakujące posunięcia fabularne (może poza jakimś jednym tłistem), na oryginalne zabawy stylem. Trzeba użyć prostych, sprawdzonych elementów i klisz: Izolacja, samotność, mrok polarnej zimy, opuszczona osada (rosyjska – od razu odpala skojarzenia z Czarnobylem – sprytne!) słabo radzący sobie z tym wszystkim (i ze sobą) bohater. Niby typowe, niby wszystko było, ale działa zawsze skutecznie. Ale żeby szort okazał się zapamiętywalny i niezbyt wtórny, należy również postawić na jakiś oryginalny, ciekawy element, który zaskoczy i wgryzie się w czytelniczą pamięć. 

I masz tutaj to wszystko. Tyle, że rolę owego najciekawszego, kulminacyjnego, najbardziej dynamicznego elementu odgrywa u Ciebie telefoniczna rozmowa. I uważam, że to błąd. Bo jest to rzecz wybitnie filmowa – dzieje się coś przerażającego, ale możemy to wnioskować tylko po emocjach na twarzy aktora rozmawiającego przez telefon (zakładamy, że Marit nie gra Arnold Schwarzenegger), intensywności, z jaką potrafi przekazać swą bezsilność, treści jego słów; do tego śmiertelnie wystraszony głos w słuchawce i zniekształcone dźwięki w tle… Znakomite (i już w kinie wykorzystywane) ale kompletnie niesprawdzające się na papierze. Bez obrazu i dźwięku rozmowa Marit z Igorem wydaje się być płaska, nieprzekonująca i pozbawiona napięcia. Nie straszy, nie tworzy atmosfery, brakuje tu oddechu, krótkich, celnych opisów, didaskaliów, odnoszących się do stanu emocjonalnego postaci – czegoś, co w filmie osiąga się za pomocą obrazu. Nie wszystko co filmowe (lub co wyobraźnia autora pomyślała jako filmowe) można przenieść bezpośrednio na papier (literki na ekranie) tak samo jak nawet najlepiej napisany, książkowy dialog nie będzie dobrze brzmiał "na żywo". 

W efekcie mamy bardzo dobry, klimatyczny, choć mało zaskakujący szort, z ciekawym pomysłem na scenę kulminacyjną, który niestety nie wypalił. Wartościowa rzecz, ale za mało na piórko. Co innego, gdyby limitu nie było… Ale cóż, szorty nie mają piórkowej taryfy ulgowej, nie ma też osobnej kategorii dla szortów. 

Nic to, nie teraz, to następnym razem. A następny raz będzie, jestem przekonany.

 Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Zgadzam się z Tobą thargone, że rozmowa telefoniczna najlepiej wypada w filmie, bez dwóch zdań. Pokusiłam się na ten eksperyment, mając nadzieję, że jednak coś uszczknę z magii takiej rozmowy. Wypadło, jak wypadło. Zdania są w tej kwestii podzielone ;) Cieszę się, że odnalazłeś w opku trochę klimatu grozy, mroku i tajemniczości. To mój pierwszy tekst konkursowy i drugi na forum, więc ogromnie mnie cieszy tak pozytywny i liczny odbiór mojej pisaniny. Na pewno jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa ;)

 

Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.

Nowa Fantastyka