- Opowiadanie: kam_mod - Ostatnia

Ostatnia

Tekst powstał spontanicznie w ciągu ostatnich kilku godzin jako refleksja na opowiadania konkursowe. Miłej lektury.

 

By uniknąć nieporozumień – jest to tekst obyczajowy, nie fantastyczny.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Ostatnia

1.

Przyciszona rozmowa wyrywa mnie z zamyślenia. Zerkam na otwarty dokument; zaczyna się opisem Ślęży, ale słowa nie brzmią wcale znajomo. Poprawiam okulary i spoglądam raz jeszcze.

To będzie ostatnia książka w moim życiu, postanowiłam. O górach. Pierwszy rozdział napiszę o Ślęży.

Tam wszystko się zaczęło.

Kak mnogo! – wykrzykuje Natasza.

Ela oprowadza ją po domu. Stoją w korytarzu przed moimi drzwiami. Ten korytarz zawsze podobał się gościom, bo jest pełen szczęścia z naszej przeszłości. Przepraszam, gadam jak pisarka.

Jest obwieszony starymi zdjęciami.

Wstaję z fotela i zaczynam chodzić po pokoju. Niedawno świętowałam pięćdziesiąte piąte urodziny i coraz częściej łupie mnie w krzyżu. Przeciągam się.

– To nasza rodzina – opowiada Elżbieta. – To z ostatnich urodzin tatusia.

– A tu?

– Bartek. Najmłodszy.

– A oni? Pachożyje! Blizniecy?

– Nie, Piotrek był najpierw – cichy stukot paznokcia – a potem Paweł. A potem ja.

Szepczą jeszcze chwilę. Wyglądam przez okno. Kupiliśmy ten dom z Władysławem na starość. Rok przed jego ostatnimi urodzinami. Dom za Komorowicami, z widokiem na Ślężę.

Krasiwyje – uznaje Tasza. – Nu nie panimaju, gdzie oni?

– Góry zabrały – odpowiada Elżbieta.

 

2.

Nakrywamy do kolacji. Ela jest pracowitą studentką i tylko czasami bywa w domu wieczorem. Nie mieszam się w to, nie wolno. Każdy stanowi o sobie. Ja tylko ją urodziłam.

– Tasza będzie z nami jadła – mówi moja córka, kładąc na stole trzeci talerz. – Jest po prostu słodziutka, polubisz ją, mamo.

Otwieram okno na oścież i patrzę na Ślężę. Niedawno spadł deszcz i w powietrzu czuć zapach wiosny, kwitnących roślin oraz życia. Góra skrywa się za mgłą, nie widzę szczytu. Bardzo dobrze; nienawidzę jej.

Gdy siadam do stołu, Elżbieta zamyka okno.

– Zaziębisz się – tłumaczy mi jak dziecku.

Stół, przy którym siedzimy, jest duży, na sześć osób, z drewna dębowego. Na obrusie leżą talerze z jasnoniebieskiej porcelany z Bolesławca, ręcznie malowane w drobne kwiaty. Serwis dla gości, od święta, na ważne dni.

Odkąd zaczęłam umierać, każdy dzień jest ważny. Nie pamiętam tylko…

Tasza dołącza do nas; dziewczyna o szerokim uśmiechu i wydatnej szczęce; musi być w wieku Eli. Stukocze sztućcami i wykręca prawy nadgarstek w znajomym geście. Co ona tu robi?

– Nie przejmuj się, mama nie czuje się najlepiej – szepcze Ela.

Unoszę wzrok. Mrugam z zaskoczeniem i sięgam po miskę z gniecionymi ziemniakami.

– Wystarczy powtórzyć, nie jestem głucha – irytuję się. – Jak jestem starsza to już zamyślić się nie mogę, co? Dziś jest ważny dzień, Ela, skocz do piwniczki. Będziemy świętować.

– Co będziemy świętować? – dopytuje Tasza, a ja zastanawiam się, co robi w naszym domu. Jest sprzątaczką? Sąsiadką?

Pewnie koleżanką Eli ze szkoły.

Gdy moja córka wraca i rozlewa czerwone wino do trzech kieliszków, wznoszę toast.

– Dziś zaczęłam pisać nową książkę. Ostatnią.

Patrzę na nie z triumfem. Ela wie, ile wymagało ode mnie porzucenie literatury. Pisarze pracują do śmierci. Nie przechodzą na emeryturę.

Na twarzy Elżbiety nie widzę jednak spodziewanej radości. W milczeniu spuszcza wzrok i kołysze winem w kieliszku.

– Naprawdę – zapewniam ją.

 Uśmiecha się grzecznie.

– Dobrze, mamo.

 

3.

Po kolacji próbuję napisać jeszcze kilka zdań, ale mi nie idzie. Zmierzcha już, gdy zakładam kurtkę i wychodzę na spacer.

Idę tak, że Ślężę mam za plecami. Nie chcę na nią patrzeć. Wystarczy, że ona widzi mnie. Złodziejka.

Powietrze jest mokre i ciężkie od życia. Rozkoszuję się jego smakiem, smakuję zapach, wdycham wiosenną rozkosz. Księżyc jest już wysoko na niebie, gdy odnajduje mnie Natasza.

– Tu pani jest! Nielza tak znikać!

Przewracam oczami.

Tasza wyciąga parasolkę, znów układając nadgarstek znajomo. Chwytam ją za przegub i puszczam zaraz, nie znalazłszy tego, czego szukałam.

– Widziałaś mojego męża?

Milczy.

– Nie ma go w domu, wiem, że go nie ma. Ślęża go zabrała. Władysław kochał ją bardziej niż mnie, choć nikomu nie powiem tego wprost. Widziałaś Władysława? Poznałabyś go na pewno. Czarny wąsik, buty górskie za kostkę, jasnobrązowe, wiecznie opowiada o górach. Widziałaś?

Tasza bierze mnie pod rękę. Idziemy w stronę domu, a Ślężę mamy przed oczyma. Góruje nad nami, panoszy się, triumfuje. Dziwka.

– Wykręcasz nadgarstek tak samo jak on, odwrotnie niż wszyscy – wyjaśniam. – Myślałam, że zobaczyłaś to u niego.

– Nie cholodno? – dopytuje Tasza.

Myślę sobie teraz, że jest w zmowie ze Ślężą. Myślę całą drogę do domu, a gdy ponownie pytam o Władysława, dziewczyna mówi:

– Pani mąż zmarł na atak serca osiemnaście lat temu. Pamięta pani?

– Oczywiście, że pamiętam – obruszam się – jak mogłabym zapomnieć?

 

4.

Drzwi balkonowe otwierają się ze skrzypnięciem. Wchodzimy do salonu. Elżbieta śpi na kanapie, wyciągnięta w niewygodnej pozycji, z ręką zwisającą przy podłodze. W pomieszczeniu panuje półmrok, a jedynym źródłem światła jest otwarty laptop na ławie. Zimne, niebieskawe światło pada na twarz mojej córki. Jest piękna.

Tasza włącza kinkiet i znika chorobliwa siność cery śpiącej królewny. Ela jest piękna, ale nie jest ładna – ma małe oczka, nos po Władysławie i jego wysokie czoło, i ten grymas czający się w prawym kąciku ust, wszystkie moje dzieci go miały.

Nie, Elżbieta nie jest ładną dziewczyną, jest jednak najpiękniejszym stworzeniem, jakie widziałam. Twarz rozjaśnia mi uśmiech. Kochałam moich chłopców z całego serca, ale odkąd jesteśmy tylko we dwie, Elżbieta stała się moim skarbem.

Ostatnim okruchem szczęścia, myślę dramatycznie, bo przecież mi wolno. Jestem pisarką.

Pochylam się, by przykryć jej ciało kocem i wtedy widzę: na monitorze otwarta mapa. Odchylam komputer, by przyjrzeć się dokładniej. Elżbieta sprawdzała, jak dojechać z Komorowic na Śnieżkę.

Śnieżka zabrała mi Bartka.

Wrzask, krzyk, zawodzenie; nie mogę znieść tego dźwięku, niech ją ktoś uciszy, kto drze mordę, kto zawodzi? Wrzask, wrzask, wrzask, co za płuca! Niech jej ktoś przywali, histeryczka!

Zakrywam uszy, by nie słyszeć skowytu.

Dopiero, gdy rumor zamienia się w ciche pojękiwanie, opuszczam dłonie i otwieram oczy. Tasza i Elżbieta patrzą na mnie przerażone.

Zamykam usta i dźwięk urywa się.

 

5.

Następny dzień przynosi ukojenie. Słońce przygrzewa moje plecy od rana, a ja rozkoszuję się promieniami złota na skórze, smakiem rozcieńczonej mlekiem kawy i widokiem Ślęży. Zerkam na nią od czasu do czasu, jakby mogła zaglądać mi przez ramię i czytać, co o niej piszę. Piszę dużo, dziesięć stron z rana i trzy kolejne po krótkiej przerwie. Przerywam w połowie scenę zaręczyn Władysława i Magdaleny na szczycie Ślęży (zgromadzeni turyści właśnie unoszą dłonie do oklasków), gdy z korytarza dobiega mnie dźwięk tłuczonego szkła.

Brzdęk!

Podrywam się od komputera i otwieram drzwi na oścież. Dwa kroki od mojego pokoju Tasza klęczy, a na podłodze przed nią leży jeden z obrazków ze ściany. Szkło sięga moich stóp. Dziewczyna chwyta jeden z odłamków, a w chwilę później pojawiają się na nim czerwone smugi.

Głuptas!

– Idź, opatrz to i wróć z szufelką.

Dziewczyna odbiega, pozostawiając mnie ze zdjęciem. Niedobrze. Staram się nie patrzeć na nie, przez korytarz zwykle chodzę ze spuszczonym wzrokiem. Pewnego razu zawiesiłam wszystkie fotografie przodem do ściany, ale Elżbieta je odwróciła. Uznała to za jedno z moich dziwactw.

Zdjęcie jednak przyzywa. Syreni głos nie pozwala mi wrócić do pokoju. Gdy Tasza podchodzi ze zmiotką, trzymam je w objęciach jak dziecko i pociągam nosem. Moi chłopcy.

– Piotr i Paweł? – zagaduje dziewczyna, zmiatając okruchy szkła. – Kak apostoly?

Prycham.

– Piotr, Paweł, Elżbieta… Bartek? Bartek nie.

– Owszem, Bartłomiej.

– I Magdalena. – Tasza spogląda na mnie. – Religijna rodzina.

– Nie. Już nie.

Dziewczyna wyciąga z moich objęć fotografię i przez chwilę wpatrujemy się w nią bez słowa.

Chłopcy mieli wtedy może po piętnaście lat; Władysław od dziecka opowiadał im o górach. Mówił o naszych zaręczynach na Ślęży, ale oni woleli słuchać o bohaterskich wędrówkach ich ojca. Taka jest zasada: chłopcy dokonują heroicznych czynów, dziewczynki siedzą w domu.

Głupcy!

Wtedy tak nie uważałam, ale ostatnio zaczęłam myśleć, że to dziewczęce siedzenie w domu jest trudniejsze niż wędrówka po górach. Brak wieści, czarne scenariusze w głowie, łzy bezsilności. Od śmierci Władysława każda wyprawa moich synów kosztowała mnie kilka lat życia. Podobno niektórzy mają przeczucia, gdy ich bliscy umierają, ale ja nic nie czułam. W czasie, gdy się za nich modliłam, leżeli już martwi.

Teraz już się nie modlę. On nie ma mi nic do zaoferowania.

 Piotr, nasz pierworodny, był starszy od Pawła tylko o dwa lata, ale od dziecka przewyższał brata o głowę. Władysław zmarł, gdy starszy z nich nie skończył jeszcze podstawówki. Zdążył ich zatruć miłością do gór.

– To zdjęcie z ich pierwszego obozu – wyjaśniam Taszy. – Tydzień w Czechach. Weszli wtedy na Śnieżnik.

A Śnieżnik ich zabił, ale to zachowuję dla siebie. Dziewczyna jednak słuchała uważnie opowieści Elżbiety. Jej oczy rozszerzają się w zdziwieniu, usta rozchylają. Chce coś powiedzieć, ale milczy.

Głuptas!

– Byłam tam na miejscu – powiedziałam. – Zadzwonili po mnie ich znajomi, którzy jechali drugim samochodem. Ktoś znalazł w rowie telefon.

– Mamo, nie rozpamiętuj. – Słyszę błagalny głos i unoszę wzrok. Wydawało mi się, że to Elżbieta, ale nikt nie stoi w progu.

Tasza wykrusza resztę szkła i zawiesza fotografię z powrotem na ścianie.

– Kierowca był pijany – ciągnę. – Wszyscy byli. Wynajęli domek pod Śnieżnikiem na sylwestra, ale skończył im się alkohol. Samochód zawinął się na drzewie.

Głuptasy!

 

6.

Znam swoją córkę i wiem, kiedy ma mi do powiedzenia coś, czego nie chcę usłyszeć.

Elżbieta oblizuje górną wargę, zerka co jakiś czas, bierze wdech, by wyrzucić to z siebie i spuszcza ramiona, czekając na kolejny dobry moment.

Całą kolację rozmawiam z Taszą, obserwując moją córkę kątem oka. Tasza jest rzeczywiście urocza i czasem nawet rozumiem, o co mnie pyta. Rozmawiamy o książkach, które napisałam do tej pory. Pokazuję jej gablotkę.

Kak mnogo – zachwyca się.

Gdy rozmowa urywa się gwałtownie, spoglądam na córkę. Elżbieta ma zaróżowione policzki, oczy jej błyszczą. By ukryć podekscytowanie, unika mojego wzroku. Dłubie w surówce.

– Wydusisz to z siebie wreszcie? – pytam.

– Jadę w góry.

 

7.

– Jadę w góry – mówi Bartek.

– Znowu? – dziwi się Piotr. – Dopiero co byłeś w Sudetach, skąd ty masz na to hajs?

Nie lubię słowa „hajs”. Milczę. Siedzimy całą piątką przy stole, jest niedziela, a w tle gra Familiada. Na obiad miały być schabowe, ale Piotr, który wrócił do domu po kilku miesiącach w Holandii, poprosił o chłodnik.

Łyżki stukają o odświętne talerze w kwiecisty wzorek.

– Bo ja… No, mamo, bo ja ci nie mówiłem – rumieni się Bartek i wygląda przez chwilę tak jak jego siostra osiem lat później – bo… bo ja cały rok jeździłem na spotkania himalaistów. I pracowałem w weekendy. I odkładałem.

– Wiem – mówię, nie wierząc jeszcze w to, co zaraz usłyszę.

Przecież to bez sensu. Himalaiści są w telewizji i tam jest ich miejsce. Zwykłe chłopaki nie jeżdżą w Himalaje. Udaję, że nie wiem, o co mu chodzi, dopóki nie wyłoży kawy na ławę.

– Całą grupą jedziemy zdobywać Czo Oju – wyjaśnia Bartek. – Zaoszczędziłem wystarczająco hajsu.

Przy stole zapada cisza.

Drżą mi ręce, więc opuszczam je na kolana i zaciskam na serwetce. Mój syn spogląda na mnie wyczekująco. Przygryza dolną wargę. Zaraz się zacznie, mówią jego oczy. Zaraz się nasłucham.

Uśmiecham się do niego.

– Musisz nam zaraz wszystko opowiedzieć.

Co innego mogę zrobić? To nie ja jestem tutaj bohaterką.

 

8.

Po Czo Oju, tym najłatwiejszym, przyszła pora na Dhaulagiri, a po nim Lhotse. Lhotse bałam się najbardziej, bo Kukuczka uczynił ten szczyt sławnym w Polsce. Ale przecież to nie ja miałam się bać, to Bartek się bał, to on marzł i przezwyciężał własne słabości. Ja nie miałam prawa.

Z każdej wyprawy wracał poważniejszy i starszy, a ja nie mogłam przestać się dziwić, że wyszedł kiedyś spomiędzy moich nóg.

Czo Oju go nie zabił, Dhaulagiri go nie zabił i nie zabił go Lhotse.

Zabiła go Śnieżka.

– Mamo?

Nie, jestem wobec niej niesprawiedliwa. Zabiła go własna głupota. Śnieżka wadziła mi tylko tym, że tam była. Była świadkiem jego śmierci. Widziała jego ostatni oddech.

A ja nie. Nic nie poczułam. Spałam jak suseł.

Odrywam wzrok od dłoni zaciśniętych na serwetce. Przez chwilę przeszłość miesza mi się z tym, co dzieje się teraz. Mrugam i pozwalam chłopcom zwolnić miejsca przy stole. Rozpływają się. Znowu jesteśmy tylko my trzy. Dziewczyny, nie bohaterki.

Elżbieta wybiera się w góry.

A więc może dwie dziewczyny i jedna bohaterka. Muszę być z niej dumna.

Gdy unoszę wzrok, twarz mam idealnie spokojną. Uśmiecham się.

– Dokąd? Na jak długo? Z chłopcem?

 

9.

Piszę całą noc. Świt zastaje mnie z trzydziestoma stronami książki, rozczochraną, w szlafroku Władysława. Wreszcie mam siłę, by mówić o górach i napiszę o nich całą prawdę.

O siódmej rano drukuję cały plik (pierwszych sześć rozdziałów) i z kubkiem kawy siadam przy oknie. Ślęża uśmiecha się do mnie.

Dzisiaj jesteśmy w komitywie.

Sięgam po czerwony długopis, ale nie znajduję go tam, gdzie powinien leżeć. Wzdycham i odkładam papiery. Trzeba powiedzieć Taszy, by nie ruszała moich rzeczy.

Podchodzę do stolika, na którym stoi kolejna fotografia rodzinna – na tej Bartek nie miał roczku, a ja – ani jednej zmarszczki. Elżbieta siedziała na kolanach ojca, roześmiana. Piotrek zaraz uszczypnie ją w plecy, już za moment, tylko…

– Mamo? Nie spałaś?

Dorosła Elżbieta podchodzi do mnie. W dłoniach trzymam już gruby plik kartek, który wyciągnęłam spod ramki. Marszczę brwi. Zdania wyglądają znajomo. To początek książki o Ślęży.

Odrywam od niej wzrok i patrzę na plik, który wydrukowałam dziś rano.

– Mamo, źle się czujesz? – dopytuje Ela. Pochyla się nad kartkami. – Och, to twoja książka.

Unoszę brwi.

– Skąd wiesz? Nikomu jej nie pokazywałam.

– Och, mamo.

Elżbieta pozwala mi domyślić się prawdy, co rodzi we mnie podejrzenie, że rozmawiamy o tym nie pierwszy raz.

W stosie papierów odnajduję kilkanaście pierwszych rozdziałów mojej książki – wszystkie są o Ślęży, każdy po swojemu opowiada historię zaręczyn Magdaleny i Władysława. Ela bez słowa wyciąga z kredensu blok papieru. Przeglądam go.

– Ile lat to piszę? – pytam.

Jest wczesny ranek i wszystko staje się jasne.

Słońce wpada do pokoju i rozświetla jego ściany; prześlizguje się po ramce na zdjęcie i pięknej twarzy mojej córki. Zagląda do mojej głowy.

– Pięć – mówi Ela.

– Zaczęłam, kiedy byłaś na studiach – przypominam sobie. – W chwilę po tym, jak mnie zdiagnozowali. Naprawdę mi się nie udało jej skończyć? Szkoda. Całe życie chciałam napisać książkę o górach.

– Wiem.

My, pisarze, nie przechodzimy na emeryturę. Otrząsam się z grobowego nastroju i wracam do żywych.

– Naprawdę jedziesz w góry? – zagaduję.

– Tak, wziąć udział w maratonie. Nic mi się nie stanie, nie martw się. Góry nie są takie straszne. Te tutaj są przecież całkiem niziutkie. To nie wina Śnieżnika, że chłopcy jechali pijani, ani Ślęży, że tatuś dostał zawału, ani Śnieżki, że Bartek się wygłupiał i poślizgnął. Wiesz, jaki był. Po Himalajach myślał, że jest niezwyciężony. Bohater.

Odnajduję jej dłoń i zaciskam palce. Uśmiecha się do mnie. Rozumie mnie! Wiem, że mnie rozumie. Nie muszę nic wyjaśniać.

– Pewnego dnia zapomnę, wiesz? – mówię. – Zapomnę o nich. Czekam na ten dzień.

Elżbieta drży. Dzień, który przyniesie mi wybawienie, będzie początkiem jej piekła.

Już pamiętam, co w naszym domu robi Tasza.

 

10.

Elżbieta wrzuca na tylne siedzenie passata dwudziestolitrowy plecak, wypełniony zaledwie do połowy. Ma na sobie sportowy dres, buty jasnobrązowe za kostkę i opaskę we włosach. Ten strój sprawia, że wydaje się prawie ładna.

Ściska mnie na do widzenia, a w chwilę później samochód rusza z podjazdu. Czekam, aż zniknie za zakrętem, a wtedy wracam do domu. Zostałam ostatnia, ostatnia z naszej rodziny. Elę prędzej czy później zabiorą mi góry; wiem to. Okropnie są samolubne.

Ludzie mają całkowitą dowolność w umieraniu, staram się sobie wytłumaczyć. Nie mogę narzucać mojej woli Elżbiecie. Mogę trwać przy niej. Być jej oparciem.

Dopóki wiem, kim jest.

Nienawidzę tego, że pozwoliłam Elżbiecie jechać w góry. Jestem tchórzem. Powinnam była zrobić awanturę i postawić na swoim.

Zaczynam powoli iść w stronę domu. Mam zamiar popracować nad swoją książką.

To będzie ostatnia książka w moim życiu, postanowiłam. O górach. Pierwszy rozdział napiszę o Ślęży.

Tam wszystko się zaczęło.

Zatrzymuję się w progu i odwracam się za siebie. Ślęża i ja mierzymy się wzrokiem. Mój wróg, moja miłość.

Wydaje mi się, że widzę na zboczu góry znajomą sylwetkę. Macha, znajomo kręci nadgarstkiem. Nie wierzę własnym oczom.

– Mamo!

Bartek wypada z domu i przytula się do mnie. Jest dwakroć mojego wzrostu, szeroki jak niedźwiedź, ale twarz ma małego chłopca. Wybucham śmiechem i obejmuję go. Moje dłonie wpadają w znajome miejsca. Pamiętają, gdzie się zacisnąć.

– Mamo? Gdzie jesteście? – pyta znajomy głos.

Piotr i Paweł podchodzą do nas.

– A ty ile masz lat, że do mamy się lepisz – prycha ten ostatni na nasz widok.

– Zostaw go – protestuję. – Dziś wszystko mu wolno. Gdzie wasz ojciec?

Synowie rozstępują się na boki, a ja widzę Władysława w tych jego butach za kostkę i z czarnym wąsikiem. Nic się nie zmienił przez tych dwadzieścia lat. Oczy mu świecą miłością.

Dziś pozwalam górom odkupić swoje winy.

Koniec

Komentarze

Wow, to jest naprawdę mocne. Porusza tematy bardzo życiowe – śmierć bliskich, Alzheimer. Końcówka skłania do refleksji. Mało jeszcze opowiadań przeczytałam w tym konkursie, ale widzę tu nawiązania do niektórych i zastanawiam się, czy są przypadkowe, czy może to są nawiązania do opowiadań z wysoką oceną, a może w ogóle nie ma tu nawiązań do konkretnych opowiadań, tylko ja mam jakieś schizy.

Na pewno jest nawiązanie do ogółu, bo z tego, co zauważyłam, miażdżąca większość (jeśli nie wszystkie, nie wiem, nie sprawdzałam jeszcze wszystkich) heroicznych opowiadań była o facetach, a tutaj pokazany jest kobiecy heroizm – rodzenie dzieci, czekanie w domu w stresie i zamartwianie się o ukochaną osobę, pewna gorycz, że to przecież nie ja, jako kobieta, jestem bohaterką, bo się nie męczę dosłownie, tylko siedzę w domu. Ale Kamilo (bo sądzę, że to Twoje), może dlatego było tak mało opowiadań o kobiecym heroizmie, bo kobiety są tak heroiczne, że nie trzeba tego udowadniać opowiadaniami?

No i ten inny heroizm kobiety też jest, w osobie Elżbiety – też kobiety mogą sobie jechać w góry i dokonywać heroicznych czynów, a co!

Jestem pod wrażeniem, że w tak krótkim czasie udało Ci się napisać tak poprawne językowo i ładne technicznie opowiadanie, chociaż jest późno, to może pewnych rzeczy nie zauważyłam.

Opowiadanie oczywiście zasługuje na klika.

Noooo.

Szkoda, że to jurorskie, bo IMHO bardzo, bardzo dobre, i gdybym to ja jurorowała, to bym nagrodziła. Za to, że jest o starej kobiecie, a nie o młodym mężczyźnie, i że ona musi zmierzyć się z górą w inny, zupełnie inny niż oni sposób (przy czym nie umniejszam wartości tekstów, które są o tym pierwszym – po prostu bardzo się cieszę, że i taki się w okołokonkursowej puli znalazł).

Kupił mnie ten tekst tematem i jego ujęciem, kupił tą inną wizją heroizmu, tu otwarcie zresztą wypunktowaną, kupił wyborem trudnej bohaterki-narratorki i jej konsekwentnym poprowadzeniem. Klik ode mnie.

Dziękuję anonimowemu jurorowi, że zrobił coś, co chciałam zrobić, ale się nie wyrobiłam. Chciałam napisać niebiorące udziału w konkursie opowiadanie o niemłodej kobiecie mierzącej się z górą i mającej różne problemy życiowe. Chciałam poprosić jury o możliwość zamieszczenia go (po terminie) anonimowo i z tagiem konkursowym, ale zaznaczeniem, że to jest pozakonkursowe. Jakże miło, że ktoś wpadł na podobny pomysł, a jakkolwiek bohaterka jest bardzo odmienna od mojej i jej problemy też inne niż te, w które planowałam zaopatrzyć bohaterkę – dziękuję za ten tekst :)

http://altronapoleone.home.blog

Doskonałe! Podiumowe. Dopracowane na błysk! Trochę mnie zawstydziło: pokazało wzorzec:). Mam nadzieję, że w antologii będzie! Klik! P.s. I niech kto powie, że Góry nie łączą Ludzi. Łączą, i to jak!:). P.s.2: Tarnina. Wg mnie napisała Tarnina. P.s.3 Tarnina ma czytać, więc nie Ona. No to Kam, albo Chro;)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Rybciu, przeczytam, ale nie muszę oceniać. Nie masz pojęcia, jak się cieszę XD

Drakaino, nic straconego :) Zawsze możesz napisać w przyszłości (całe moje pisanie odbywa się w przyszłości, teraz tylko tam dojść).

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Piękny tekst! I powstał w kilka godzin… Hmmm… Chapeaux bas!

Ujął mnie fakt, że narratorem jest osoba cierpiąca na Alzheimera. Jest to tak napisane, że splątanie i zapętlenie bohaterki, jej błądzenie w czasie, wcale nie sprawia, że czytelnik nie mógłby się z nią utożsamić. Wręcz przeciwnie, czytający staje po jej stronie i postrzega ją jako postać zintegrowaną – to ona cały czas jest sobą i kroczy prostą ścieżką zwracając uwagę na rzeczy ważne, a nieistotne (co? gdzie? kiedy? w jakiej kolejności?) ocenia jako nieistotne. 

Pozwolę sobie wytknąć jeden malutki błędzik:

widzę Władysława w swoich butach za kostkę…

widzę Władysława w jego butach za kostkę…

 

 Dziękuję za tekst.

 

Pozdrawiam smiley

Pięćdziesiąt pięć lat, to jeszcze nie starość, ninedin :)

Neurologu, to bohaterka mówi, że niedawno obchodziła pięćdziesiąte piąte urodziny, ale w jakim naprawdę jest wieku, nie wiadomo. Przynajmniej ja tak zrozumiałam, a też zwróciłam uwagę na ten stosunkowo młody wiek ;).

To też nawiązanie;)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Nawiązanie do czego?

I misię!:)

Narracja poprowadzona z żelazną konsekwencją. Bohaterka przypomniała mi film „Iris”, który swego czasu zrobił na mnie bardzo duże wrażenie, oraz kończoną właśnie książkę o Iwaszkiewiczu. Wszystkie motywy splecione w piękny warkocz. Podobnie wyobrażam sobie – Ją, z warkoczem.

Fajnie, że już w biblio.

PS. Fantastyki nie za wiele, ale opanowanie treści – bardzo dobre.

PS.2 Zgłaszam do piórka.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dla osoby z zespołem alzheimorowskim wiek nie jest ważny. Może mieć pięćdziesiąt i równie dobrze osiemdziesiąt lat. Na pewnym etapie nie jest w stanie określić swego wieku i daty urodzenia.

Chodzi tylko o sformułowanie “stara kobieta” wobec pani, która potencjalnie liczy sobie pięćdziesiąt pięć lat. To dysonans. Dla niektórych drobiazg :)

To ona pamięta, że niedawno miała 55. Ale przcież jej pamięć nie działa jak należy. To "niedawno" może mieć ok. 20 lat…

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Swoją drogą, zaczynam się zastanawiać, dlaczego określenie “stara kobieta” wzbudziło tak ożywioną dyskusję… Rozumiem, Neurologu, że chodziło Ci o błąd rzeczowy, gdy rozpocząłeś ten wątek?

Pytam, ponieważ odniosłam wrażenie, że sformułowanie “stara kobieta” odbierasz (odbieramy?) jako uwłaczające/pejoratywne. Może to być wrażenie mylne :).

Kawał dobrej literatury! Świetnie, wzruszająco ujęty temat heroizmu. Co prawda fantastyki niewiele, ale nie ujmuje to tekstowi w żaden sposób. Przeczytałam z niemałą przyjemnością.

 

Stawiam, że autorką jest kam :3

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

@Neurolog1: ja sama mam czterdzieści osiem, doskonale wiem, że to nie starość :D ; nie zmienia to jednak faktu, że moim zdaniem bohaterka tego opowiadania _jest_ starą kobietą: jest od lat wdową, ma dorosłe dzieci, ba – miała dzieci, które były mniej więcej dorosłe, kiedy jakiś czas temu straciły życie; ma długie lata kariery za sobą, co więcej – sama się postrzega jako starszą osobę., u kresu życia, z dużym bagażem doświadczeń. Te jej “55 urodziny” mogły być równie “niedawno”, co decyzja, że właśnie zaczyna ostatnią książkę: ona sądzi, że ledwie co to postanowiła, córka mówi, że pisze ją od pięciu lat.

W ogóle tu jest tak, że jedną z IMHO największych zalet tego opowiadania jest konsekwentnie niewiarygodna narratorka, żyjąca jednocześnie w różnych fragmentach swojego czasu, z powodu choroby, która ją dotknęła. My jako czytelnicy musimy wygrzebać z jej słów to, co się kiedy naprawdę mogło zdarzyć. IMHO ona ma co najmniej – minimum – sześćdziesiąt lat, może nie aż tak wiele więcej. Od pięciu lat pisze ostatnią książkę, z jej słów wynikałoby, że mniej więcej wtedy zdiagnozowano u niej chorobę. Córka była wtedy na studiach. Mąż umarł osiemnaście albo dwadzieścia lat przed początkiem akcji, kiedy chłopcy, którzy potem zginęli, byli pod koniec podstawówki; w momencie akcji mieliby pewnie plus minus koło trzydziestu paru lat; statystycznie największe szanse są, że narratorka ma koło sześćdziesiątki. Nie jest zgrzybiałą staruszką, ale jest niewątpliwie niemłoda.

 

PS. Określenie “stara kobieta” w tym konkretnym kontekście – gradacji wieku fikcyjnej literackiej postaci – jest dla mnie akurat równie neutralne, jak “młody mężczyzna” czy “małe dziecko”, ale jeżeli ktoś woli, mogę je zastąpić “seniorką”.

Seniorka???!

To był żart, ninedin?

Sorki, ale naprawdę nie warto psuć bardzo dobrego opowiadania nowomową!

pozdr.

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Rrybaku, określenie “stara kobieta” nie występuje w opowiadaniu, Ninedin miała na myśli swój komentarz smiley

Ale “seniorka” faktycznie jest paskudna. Mnie się kojarzy z “juniorkami” – wiązanymi bucikami dla dzieci, z czasów słusznie minionych.

Faktycznie :). A już myślałem że się Anonim odanonimował.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Ładne :)

Przynoszę radość

Tekst dojrzały, wybitnie nastrojowy, napisany przez fachowca, który bardzo pewną ręką dzierży język i zmusza go do robienia dokładnie tego, czego sobie życzy. Widać inspirację tekstami konkursowymi – w rozumieniu takim, że “Ostatnią” odbieram raczej jako literacką refleksję i szeroko zakrojony komentarz do wszystkiego, co autor pod szyldem “Trójkąta” przeczytał.

Niemniej nawet jako samodzielny utwór jest to literatura wysokich lotów, godna nominacji i chwili zastanowienia. Co też uczynię.

Dobry tekst obyczajowy. Poruszający treścią i przeżyciami bohaterki. Ciekawe jest przedstawienie zwłaszcza choroby, na która cierpi. Udała się sztuka przedstawienia mieszających się wspomnień w sposób niechaotyczny – jako czytelnik nie pogubiłem się ani razu.

Technicznie jest też dobrze.

Tak więc koncert fajerwerków na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo udany wizerunek starszej pani tkwiącej w przeszłości i z trudem odnajdującej się w teraźniejszości. Wiarygodnie zostały przedstawione zapamiętane sceny i wydarzenia z dawnych lat, i niezwykle taktownie opisane sytuacje aktualne, kiedy to Magdalenie zdaje się, że panuje nad wszystkim, a co okazuje się złudzeniem. Nie dziwi mnie wcale specyficzny stosunek bohaterki do gór, o których mniema, że odebrały jej najbliższych, ale i nie dziwi też, że do decyzji córki podchodzi ze zrozumieniem.

Czy dobrze się domyślam, że Natasza jest partnerką Elżbiety?

Przy okazji dodam, że wyjątkowo nie podoba mi się nazywanie Nataszy Taszą, bo wraz z tym mianem staje mi przed oczami wypakowana torba, na którą Ślązacy mówią tasza. ;)

 

Stół, przy któ­rym sie­dzi­my, jest ob­szer­ny, na sześć osób, z drze­wa dę­bo­we­go. ―> O stole nie powiedziałabym, że jest obszerny, zwłaszcza że stół sześcioosobowy wcale nie jest czymś nadzwyczajnym. 

Stół, przy któ­rym sie­dzi­my, jest duży, na sześć osób, z drewna dę­bo­we­go.

Za SJP PWN: obszerny  1. «zajmujący duży obszar, mający dużo miejsca wewnątrz» 2. «o ubraniu: duży i luźny» 3. «o tekście: długi, szczegółowy» 4. «zakrojony na szeroką skalę, mający duży zasięg»

 

Słoń­ce przy­grze­wa moje plecy od rana, a ja roz­ko­szu­ję się pro­mie­nia­mi na mojej skó­rze… ―> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Sy­re­ni głos nie po­zwa­la mi wró­cić do po­ko­ju. Gdy Tasza wraca, trzy­mam… ―> Powtórzenie.

 

– Bo ja… No, mamo, bo ja ci nie mó­wi­łem – ru­mie­ni się Bar­tek i wy­glą­da… ―> – Bo ja… No, mamo, bo ja ci nie mó­wi­łem  – Bar­tek ru­mie­ni się i wy­glą­da

 

Drżą mi ręce, więc opusz­czam je na ko­la­na i za­ci­skam na ma­te­ria­le ser­wet­ki. ―> A nie można zwyczajnie: …i za­ci­skam na serwetce.

 

a ja nie mo­głam wyjść ze zdzi­wie­nia, że wy­szedł kie­dyś… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No dobrze, chciało się być cicho, ale tu tyle miłych i ciekawych rzeczy piszą, że aż palce świerzbią, by odpowiedzieć.

 

@Sonato,

 

Dziękuję ci bardzo za jakże ładny i pochlebny komentarz!

 

Co prawda bohaterką opowiadania jest kobieta, ale nie było moim zamiarem wprowadzanie podziału na heroizm damski i męski. Widzę za to wyraźny podział na heroizm aktywny i bierny – i ten ostatni jest trudniejszy do pokazania w literaturze, bo mniej widowiskowy. Spójrzmy na Magdalenę: przez treść opowiadania spaceruje, siedzi przed komputerem i je obiad. Trzeba było się trochę nagimnastykować, by tej odrobiny akcji wystarczyło na cały tekst, jednocześnie nie zanudzając czytelnika.

Rzecz tyczy się nie tylko heroizmu: literatura nie lubi bierności.

 

może dlatego było tak mało opowiadań o kobiecym heroizmie, bo kobiety są tak heroiczne, że nie trzeba tego udowadniać opowiadaniami?

Nie uważam, by literatura służyła jako potwierdzenie rzeczywistości – jest od życia znacznie ciekawsza, fajniejsza, bardziej kompletna. Literatura jest ciekawą fantazją mającą swoje źródło w rzeczywistości. Natomiast zgadzam się, że za mało mówi się o tym heroizmie biernym, który zjada człowieka od środka, a i wymaga nerwów ze stali.

 

Pytasz o nawiązania w tekście do pozostałych opowiadań – nie są świadome, natomiast miesiąc czytania o górach sprawia, że w głowie pozostaje niewiele prócz treści opowiadań, więc nie dziwi mnie, jeśli są.

 

Jeszcze raz dziękuję – ogromna przyjemność dostać taki komentarz jak twój.

 

 

@Ninedin,

 

Dziękuję za miłe słowa i nominację, wiele to dla mnie znaczy. Szczególnie cieszy, że Magdalena okazała się przekonującą bohaterką – autor martwił się, że nie będzie w stanie przekonująco napisać bohaterki, z którą ma tak niewiele wspólnego.

 

@Drakaino,

 

Co prawda z twojego komentarza nie wynika jednoznacznie, czy przeczytałaś opowiadanie, ale pozwolę sobie wysunąć podejrzenie, że tak – a więc dziękuję za lekturę i cieszę się, że twoje pragnienie zostało spełnione. Na zdrowie.

 

 

@Rrybaku,

 

Oj, taki komentarz od tak udanego autora! Kłaniam się i do zobaczenia pod twoim opowiadaniem.

 

 

@Facies,

Wspominasz, że tekst powstał w tak krótkim czasie – myślę, że pokazuje to, jak ważne jest, by autor siadając przed komputerem wiedział, co chce powiedzieć. Nie samą historię scena po scenie, ale to, o czym naprawdę jest opowiadanie.

 

"Ostatnia" jest krytyką określonego sposobu myślenia, ale także przelaniem uczuć autora wobec gór i bezsilności – procesu akceptacji tego, na co nie mamy wpływu. Jest też wyrażeniem strachu autora przed umieraniem za życia.

 

Bardzo Ci dziękuję za twój komentarz, sprawił mi wiele przyjemności.

 

 

@Asylum oraz @sy,

 

Dziękuję za komentarz i nominację! Bardzo się cieszę, że Magdalena przypadła Wam do gustu.

 

 

@Anet,

Dziękuję!

 

 

@Wiktor Orłowski,

 

Bardzo miło czyta się komentarz z którego wynika, że opowiadanie zostało zrozumiane dokładnie tak, jak autor sobie zaplanował. 

 

“Ostatnią” odbieram raczej jako literacką refleksję i szeroko zakrojony komentarz do wszystkiego, co autor pod szyldem “Trójkąta” przeczytał.

Tak właśnie miało być. Dziękuję za komentarz i nominację.

 

@NoWhereMan,

Dziękuję za lekturę i nominację! Bardzo się cieszę, że udało mi się Ciebie poruszyć – przyznaję z lekkim zawstydzeniem, że i mnie jedna łezka spłynęła przy pisaniu zakończenia.

 

 

@Regulatorzy,

 

Twój komentarz sprawił mi ogromną radość. Na twoją opinię czekało mi się z największym niepokojem, bo będąc w wieku Magdaleny najłatwiej wyłapałabyś fałsz czy słabą budowę tej postaci.

 

Jeśli chodzi o Nataszę i Elżbietę – co prawda nie było to moim zamysłem (to istotne, kiedy Magdalena mówi, że już wie, co w ich domu robi Natasza – zaraz po uświadomieniu sobie, że jest chora) – natomiast jest to także miłą interpretacją i złego słowa nie powiem. Bardzo mnie ciekawi, jak rolę Nataszy odebrali pozostali czytelnicy.

 

To dla mnie nowość, że na śląsku słowo tasza ma zupełnie inne znaczenie. Na wszelki wypadek jednak zapewnię, że Tasza to na wschodzie bardzo popularne zdrobnienie od Nataszy.

 

Dziękuję Ci bardzo za lekturę! Poprawki wprowadzone.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Anonimie, i ja się cieszę, że mój podeszły wiek mógł okazać się atutem, utwierdzającym Cię w przekonaniu o właściwie nakreślonej postaci. Co prawda nie mogę w pełni utożsamić się z bohaterką, bo choć trapią mnie różne dolegliwości, to Alzheimer, jak do tej pory, łaskawie omija. Nie wiem też, jak to jest stracić męża i synów, bo męża ciągle mam, za to dzieci nie miałam nigdy. Domyślam się jednak, że takie przeżycia odciskają trwały ślad w psychice i towarzyszą kobiecie po kres jej dni.  

Cieszę się, że uwagi okazały się przydatne. ;)  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I ja takich doświadczeń nie mam, więc próba wyobrażenia sobie co przeżywa osoba tak doświadczona przez los mogła zakończyć się nieprzekonującą bohaterką i przez to kiepską lekturą. Cieszy więc, że zachowanie Magdaleny nie gryzie.

Obyś nigdy nie mogła w pełni utożsamić się z Magdaleną, regulatorzy ;) 

www.facebook.com/mika.modrzynska

Anonimie, mimo braku rzeczonych doświadczeń spisałaś/eś się świetnie, a postać Magdaleny jest nad wyraz przekonująca, a jej zachowanie, rzecz jasna, nie gryzie. ;)

Oby dla Ciebie, Anonimie, doświadczenia, które były udziałem Magdaleny, na zawsze zostały terra incognita.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja tylko wtrącę, że imo Natasza była Ukrainką zatrudnioną do opieki nad chorą Magdaleną i to właśnie M. sobie uświadomiła – że jest chora i potrzebuje opieki. A opowiadanie dobre, delikatne, wyważone i zgrabnie pokazuje zarówno los samej bohaterki jak i trudny obowiązek, jaki spadł na Elżbietę. Co prawda, znałam podobny przypadek (ciocia chora na Alzheimera, mąż nie żył, syn popełnił samobójstwo, opiekowała się nią córka) i w rzeczywistości wygląda to dużo gorzej, ale nie przeszkadza mi to w docenieniu Twojego portretu choroby.

Podczas lektury przypominał mi się jeden z odcinków serialu "Castle Rock" (opartego na całej twórczości S. Kinga) zatytułowany "The Queen", w którym chora na Alzheimera postać (rewelacyjnie zagrana przez Sissy Spacek) wędruje… albo nie, nie będę spoilerowal, to trzeba zobaczyć (podobnie jak cały serial). Powiem tylko, że wspomniany epizod jest po prostu znakomity i jeszcze czegoś takiego w tv nie widziałem.

No i niestety chyba to podświadome porównywanie do tak świetnego ujęcia tematu (sypiący się świat starszej kobiety cierpiącej na demencję) przeważyło za moim NIE. Przeważyło ale nie zadecydowało.

Zacznę jednak od zalet. Na pewno lepiej i bardziej powściągliwie dawkujesz emocje od wielu nadwrażliwców portalowych. Nadmierne epatowanie emocjami było moim głównym zarzutem m.in. wobec innego, podobnie przesyconego uczuciami konkursowego tekstu ("Wieloryby…"). Tutaj jest to bardziej stonowane, łagodniejsze, wyważone. Niestety, za to jeszcze mocniej gryzie mnie sama podstawa emocjonalna tekstu, czyli sytuacja wyjściowa. W tamtym opowiadaniu była "tylko" rozdmuchana trauma z dzieciństwa i choroba ojca, tutaj mamy Alzheimera narratorki, do tego tragiczną śmierć niemal całej jej rodziny i niejako zapowiedzianą śmierć córki – to wg mnie bardzo ciężkie armaty. Przyznam szczerze, że nie lubię, gdy Autor epatuje takimi skumulowanymi dramatami w fabule. Gdy bierze mnie za zakładnika uczuć już od pierwszych akapitów, stawiając bohatera w ekstremalnie dołującej sytuacji (edit. poza tym jak mam się naprawdę przejąć skoro nie poznałem bohaterki wcześniej, nie polubiłem i dopiero wtedy nie przeżyłem z nią tej tragedii, tylko od razu jestem postawiony przed ową tragedią w tekście?). W powyższym opowiadaniu robi się niemal jakiś sudecki "Szeregowiec Ryan" ;) , w którym matce ostaje się tylko jeden syn z czterech i warto poświęcić pół plutonu, żeby go sprawdzić do domu (tyle że to jednak była wojna i żołnierze walczący w Normandii, a nie miłośnicy wypraw w niewysokie, polskie góry).

Od strony technicznej trudno się czegoś przyczepić. Wykonanie jest bardzo dobre, zarówno w warstwie językowej, jak i warsztatowej. Może tylko w pewnych punktach wydaje mi się nazbyt "efekciarskie" i jakby obliczone na wywołanie emocji niczym w amerykańskim filmie kręconym pod Akademię Filmową. 

Duży plus za nietypową i charakterystyczną postać główną. Także za tytuł, prosty, ale wieloznaczny w kontekście opowiadanej historii (ostatnia książka/dziecko/członek rodziny).

I na koniec największy… minus. Za absolutny brak fantastyki. Autor nawet nie udaje, że próbuje przemycić w tekście jakiekolwiek elementy fantastyczne. Dla mnie to opowiadanie, to najzwyczajniejsza obyczajówka. 

A to, jak można poruszająco opowiedzieć o Alzheimerze w konwencji fantastycznej, warto zobaczyć we wspomnianym na wstępie serialu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo mi się podobało. To zdecydowanie najlepszy Twój tekst, jaki czytałem. Taki już o półkę wyżej od wcześniejszych. Bardzo dojrzały, zarówno na poziomie ludzkim, jak i literackim. Taki, w którym każdy element jest stosowany z pełną świadomością tego, w jaki sposób ma na czytelnika wpłynąć, i tak właśnie wpływa. Zwodzisz czytelnika górami, które okazują się jedynie zasłoną dymną do problemu dużo ważniejszego. Co więcej, to końca nie wiadomo, co ostatecznie jest prawdą, a co wyobrażeniem. Bo przecież w końcówce, w scenie gdy zarówno synowie, jak i mąż, przychodzą do domu, wcale nie jest oczywiste, że to tylko wspomnienia. Równie dobrze mogą wciąż żyć, a górskie traumy to jedynie chorobowe objawy. Całość jest niejednoznaczna i pozostawia wiele możliwości interpretacyjnych, ale jedno pozostaje niezmienne. Kobieta cierpi i to jej cierpienie jest odczuwalne, bez względu na to, jaka jest rzeczywistość.

Fakt, że ktoś zasugerował moje autorstwo tego opowiadania traktuję jako komplement. :)

Gdyby brało ono udział w konkursie, znalazłoby się w mojej pierwszej piątce. Ale że nie bierze, to pozwolę sobie jedynie nominować do piórka.

Moja ocena: 5.25/6.

Dzień dobry!

Nie wiem, czy kogoś zaskoczy moje autorstwo, ale pozwolę sobie dramatycznie zrzucić maskę ;) Karmelki dla wszystkich, którzy poprawnie zgadli :)

 

 

Bello, dobrze odczytałaś moje intencje. Ale wersja Reg też nie jest mi niemiła :))) Może zresztą jedna i druga są prawdziwe? :)

Tak, opowiadam brzydką historię w ładny sposób – trochę tu oszukuję. Gdyby narratorką była Elżbieta, byłoby dużo bardziej ponuro i gorzko. Magdalena dryfuje sobie radośnie na swojej chmurce, nieświadoma tego, jak rani ludzi wokół, pochłonięta swoją książką – typowa pisarka.

Dziękuję za lekturę!

 

 

Marasie, na twój komentarz odpowiem za kilka dni.

 

 

Chruściku, dzięki, dzięki, dzięki :) Szalenie mi miło. Twoja interpretacja jest zaskakująca, ale też cieszy mnie, że tekst można odczytywać na tyle sposobów, a wszystkie mają ręce i nogi. No i zawsze fajnie, jak czytelnik widzi w tekście więcej niż autor :)

 

Gdyby brało ono udział w konkursie, znalazłoby się w mojej pierwszej piątce. Ale że nie bierze, to pozwolę sobie jedynie nominować do piórka.

A to bardzo wysoko jak na tekst, który nie spełnia jednego z warunków konkursowych (nie jest opowiadaniem fantastycznym) :) Bardzo się cieszę!

www.facebook.com/mika.modrzynska

Zerkam na otwarty dokument;

Czy ten fragment to takie mrugnięcie okiem do tego, co pisałem w wątku jurorskim o wyjątkowej popularności średników w tekstach? ;P 

 

Ja tak w ostatniej chwili… Mnie też się bardzo podobało i też popieram piórko. Intersujący i moim zdaniem trudny do napsiania tekst, co czyni go jeszcze bardziej wartościowym.

Ładnie wykorzystałaś tu motyw gór, by ukazać dramat bohaterki. Ja też nie do końca wiem, gdzie leży prawda, ale przez to opowidanie jeszcze bardziej daje mi do myślenia.

Poza tym rewelacyjny warsztat i świetna narracja. Wyjątkowo satysfakcjonująca lektrua. Gratuluję.

Czy ten fragment to takie mrugnięcie okiem do tego, co pisałem w wątku jurorskim o wyjątkowej popularności średników w tekstach? ;P 

Jeśli pytasz na poważnie, wilku, to odpowiedź brzmi nie. Szczerze mówiąc nie zauważyłam tego nadmiaru średników, może dlatego, że sama też ich często używam.

 

 

Katio, fajnie, że wpadłaś! Wyjątkowo satysfakcjonująca, ojej :D Co za miłe słowa, dumna jestem! Bardzo się cieszę, że ci się podobało – dziękuję <3 

www.facebook.com/mika.modrzynska

Opowiadanie typu: dźgnij wrażliwość czytelnika. I czekaj, aż się obudzi. ;)

Pierwsza rzecz na którą zwróciłem uwagę to długość opowiadania. Ono, zwłaszcza jak na ten konkurs, jest stosunkowo krótkie. Sprawa pozornie błaha, ale już na dzień dobry pokazuje sprawny warsztat i dość spore pojęcie o pisaniu. Bo nagle okazuje się, że nie trzeba jednak tych trzydziestu tysięcy znaków ze sporym hakiem, by opowiedzieć pewną historię, upchnąć w niej temat konkursu, jego założenia i wymagania. I zrobić to wszystko bez szkody dla tekstu, bądź nagromadzenia wątpliwości i niedopowiedzeń.

Druga rzecz, na którą zwróciłem uwagę, to że w tym Twoim opowiadaniu… nic się nie dzieje. Uważam, że warto to podkreślić, bo też, jak się okazuje, w opowiadaniu nie musi się wiele dziać, żeby było dla czytelnika atrakcyjne.

Jeśli spojrzeć na tekst pod kątem akcji, dzieje się tu tyle, co w instrukcji do odkurzacza. Albo i mniej. Niemal wszystko rozgrywa się w domu, a tak naprawdę w głowie bohaterki. Te siedemnaście tysięcy znaków opiera się na jej tragedii, bezradności, chorobie. W sumie niewiele. Bardzo niewiele. Ale czy opowiadanie jest nudne? Nie, przeciwnie. Ciekawe. Zajmujące. Dlatego i tę pozorną nudę warto podkreślić, bo wciągnąć czytelnika w tekst o takiej charakterystyce nie jest łatwo. Tobie się udało.

Zaliczyłem Twój tekst do grupy: dźgnij wrażliwość czytelnika i czekaj, aż się obudzi. Ja, co już nieraz pisałem, nie jestem fanem przejmowania się losami fikcyjnych bohaterów. Słowem, nie ten odbiorca. Tym nie mniej opowiadanie nawet z perspektywy takiego czytelnika potrafi być interesujące. Głównie przez wzgląd na kreację głównej bohaterki.

Główna bohaterka jest bardzo bohatersko… niebohaterska. ;)

Jej heroizm jest mocny, ale i wymuszony. Wybierasz trochę niekonwencjonalną prezentację heroizmu i to zdecydowanie na plus. Natomiast w tej historii Magdaleny wychodzą pewne ograniczenia konkursowe, które nieco uderzyły i w Ciebie, choć piszesz tekst poza konkursem. Ten przymus “wciśnięcia” w tekst trzech gór moim zdaniem Twojemu tekstowi nie pomógł. Z dwóch powodów.

Pierwszy jest taki, że jako czytelnik już na dzień dobry wiem, że te trzy góry muszą się pojawić. Widząc konwencję opowiadanie łatwo się domyślić, że te trzy góry będą sprawcą wszelkich możliwych nieszczęść, więc i w pewnie sposób (a może tylko na pewnym poziomie) niektóre elementy tekstu stają się przewidywalne. Wiedząc o tych górach, jako czytelnik czekasz tak naprawdę, co każda z nich w życiu tej biednej kobiety spieprzy. Bo że spieprzy wiesz niejako od samego początku.

Te pierwszy powód spokojnie można zaliczyć do czepów na siłę, bo też nie wpłynął on w jakiś znaczący sposób na odbiór tekstu. Z drugim już jest gorzej. Konieczność uwzględnienia w tekście trzech gór, przynajmniej w takiej konwencji, jaką sobie wybrałaś, sprawia, że heroizm Magdaleny zdaje się już lekko przerysowany. Albo może lepiej: zaznaczony nazbyt mocno. Natłokiem nieszczęść można tu obdzielić i kilka opowiadań. Tłuczesz tę swoją bohaterką tragediami bez litości. Jedno natomiast trzeba Ci przyznać. Na podstawie losów Magdaleny śmiało mogę przyznać, że Twoja miłość naprawdę jest ciężka. Zwłaszcza wobec bohaterów Twoich opowiadań. ;-)

Ta biedna Magdalena zbiera w tym swoim życiu tyle, że spokojnie mogłaby się zgłosić do jakiegoś Pogotowia dla Ofiar Przemocy ze strony bezwzględnych autorów i autorek.

Słowem, lepiej wybrzmiałaby dla mnie jedna, mocna, konkretna tragedia, niż obijanie bohaterki w ratach.

Heroizm jest więc mocno zaznaczony, acz jest też w tym Twoim opowiadaniu heroizm ukryty. Ta bidna kobita dźwiga na swoich barkach cały tekst. :-)

Dźwiga cały tekst i to z powodzeniem, bo też nie ma co ukrywać, że jej kreacja jest największą zaletą i wartością tego opowiadania. Pozwalasz czytelnikowi poznać odczucia chorej kobiety, spojrzeć na świat z jej perspektywy. I robisz to w sposób tak autentyczny, że już tylko dla tego jednego elementu warto to opowiadanie przeczytać. Nie będę się nad tym mocniej rozwodził, bo i tak ten komentarz zrobił się nużąco długi, tym nie mniej sposób w jaki prezentujesz jej historię, pewna łatwość, z jaką czytelnik może patrzeć na świat z jej perspektywy, naprawdę robi wrażenie. Zwłaszcza patrząc na jej chorobę i problemy, którą nie są przecież łatwe do zaprezentowania.

Tyle o znęcaniu się nad bohaterami. Jeszcze słowo o fantastyce. Fantastyka nie stanowi wartości dodanej tekstu…

…bo jej nie ma. ;)

Wiem, że wspominasz o tym w przedmowie, ale wiesz, mieć okazję, żeby pomarudzić i z niej nie skorzystać to zwykłe marnotrawstwo. Zwłaszcza, że i tak dużo elementów tu pochwaliłem, więc dla równowagi wypada trochę pojęczeć.

Podsumowując.

Bardzo dobry tekst, kompletnie nie w moim typie, który jednak czytałem z dużym zainteresowaniem ze względu na jego jakość.

Tyle.

Pozdrawiam.

P.S. Warsztatu Ci szczerze zazdroszczę tym nie mniej jedno zdanie mi nie podeszło:

Pisarze piszą do śmierci.

To “pisarze piszą” jakoś mi przeszkadzało. Takie to napisane po najmniejszej linii oporu. Żeby choć” pisarze tworzą…”.

Cokolwiek sądzisz o wymądrzaniu się grafomana pod tekstem pisarki, pamiętaj, że jako nieoficjalny członek Stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków mam do tego pełne prawo…

…które sam sobie nadałem. ;-)

P.S. 2 Daruj ewentualne literówki w komentarzu, ale tak się rozpisałem, że aż… nie chcę mi się przez to brnąć. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Bardzo, bardzo dobre!

@Chrościsko – zastanów się nad włączeniem tego tekstu do promocji pokonkursowej, bo to spokojnie byłoby podium tego konkursu.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Trzeci z nominowanych tekstów, który czytam i trzeci pod rząd, któremu chciałbym dać piórko :-) Albo jakiś niebywały wysyp znakomitości w tym miesiącu nastąpił, albo na starość mięknę i doświadczam ataków ostrej dobroduszności. 

Tekst jawi mi się perfekcyjnie dopracowanym w każdym właściwie szczególe. Przemyślany, znakomicie skomponowany, bardzo dobry stylistycznie i językowo, wolny od wpadek i zgrzycików… Aż się nie chce wierzyć, że to owoc impulsu, powstały w kilka godzin. Ha, może to trochę dzieło przypadku, iż wyszło tak dobrze, ale to tak jak z trafieniem do kosza rzutem przez całe boisko – rzadko wychodzi, właściwie przypadkowo, i trudno coś takiego powtórzyć, ale trzeba być prawdziwym mistrzem, żeby mieć jakąkolwiek szansę na powodzenie :-) 

A tym przypadku powodzenie z pewnością miało miejsce. Świetna rzecz. Wzorcowo budujesz napięcie, i to w dość statycznej opowieści o chorobie, gdzie nie ma wartkiej akcji, tajemnicy, fabularnych zwrotów, czy dramatycznych momentów. Od razu wiadomo o co chodzi, ale stan, w jakim znajduje się bohaterka, stopień zniszczenia jej umysłu odkrywasz powoli, krok po kroku, aż do kulminacyjnego, znakomitego momentu przebłysku, kiedy narratorka orientuje się, że od pięciu lat pisze wciąż ten sam pierwszy rozdział jej ostatniej powieści. Ufff. To taka chwila, gdy czytelnik mówi: "O, ja pierdzielę!" 

Oczywiście, ciężka artyleria emocjonalna jest tu wytoczona. Jednak precyzja, takt i (sorki za odjechane określenie) wyczucie uczuć w stylu, w jakim opowiadane napisałaś, powoduje, że nie jest to emocjonalny odpowiednik artyleryjskiego przygotowania pod Verdun, a raczej chirurgiczny ostrzał pociskami manewrującymi. Prosto w serce nieprzyjaciela. Przepraszam, czytelnika. 

Wszystko zszyte jest tam idealnie, każde zdanie jest na miejscu, ani ich za dużo, ani za mało. Stylistycznych fajerwerków niewiele, bo są tam niepotrzebne, a te które się znalazły, kwitujesz "pisarskim myśleniem narratorki" co tylko dodaje narracji autentyczności. Serio, to tak w ciągu kilku godzin? 

Oczywiście nie ma tu fantastyki, co w zasadzie powinno być sporym minusem. Ale coś nie pozwala mi na skrytykowanie tekstu tylko z tego powodu. Jest po prostu za dobry. W tekstach o mineralnych waleniach i sudeckim Rambo (które też są świetne) fantastyka była, ale jako dodatek, ornament, który choć znakomity, nie był niezbędny. W Twoim tekście byłby potrzebny jeszcze mniej. Nie mogę więc powiedzieć z czystym sumieniem, że TAKa nie dam, bo fantastyki brak, nawet jeśli to przecież portal fantastyczny. Zwłaszcza, że innych powodów brak. 

Na koniec jedna rzecz:

Czasami stylizujesz wypowiedzi Taszy na ukraiński, czasem ona mówi całkowicie po polsku, bez ani jednego ukraińskiego słowa. Wiem, że w realu Ukraińcy, którzy nieźle mówią po polsku tak robią – używają ukraińskich wyrazów albo nawet całych konstrukcji w sytuacji, gdy wiedzą, że zostaną zrozumiani, przechodząc natomiast na poprawny gramatycznie polski, gdy trzeba powiedzieć coś bardziej złożonego (swoją drogą znam czeszkę, która mówi totalnie fantastyczną mieszanką polskiego i czeskiego. Tego się nie da ani zapisać, ani nawet powtórzyć :-)) 

W tekście jednak nie wygląda to dobrze – lepiej byłoby wrzucać elementy stylizacji do każdej kwestii Taszy, jeśli już od takowych zaczynasz, bo potem momenty zapisane zupełnie po polsku zgrzytają – potrzeba chwilki na zaskoczenie kto to właściwie mówi. 

Ale co ja tam o pierdołach. To znakomity tekst, wielowymiarowy (choroba, śmierć, pisarstwo, specyficzne, podane z różnych punktów widzenia podejście do heroizmu… sporo tego) plus narratorka cierpiąca na Alzheimera – naprawdę jestem pod wrażeniem. 

Poważnie, to tak pod wpływem impulsu? W kilka godzin? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

@Chrościsko – zastanów się nad włączeniem tego tekstu do promocji pokonkursowej, bo to spokojnie byłoby podium tego konkursu.

Myślałem o tym zaraz po przeczytaniu, ale coś mi się zdaje, że mógłbym tylko drogiej autorce zrobić niedźwiedzią przysługę, bo ja tu czuję piórko, więc chyba nie warto pozbawiać jej szansy na portalową antologię.

W tekście brakuje fantastyki, nie rozumiem dlaczego został wybrany do nagrody w portalu fantastycznym. Research kuleje. Jak ktoś miał rodzica z Alzheimerem wie że ta choroba wygląda kompletnie inaczej. Zakończenie typowe dla 99% tekstów o starych ludziach. Z ww. powodów nie przyłączam się do zachwytów.

Mam mieszane odczucia co do tego tekstu. Zacznę od wątpliwości i zgrzytów.

 

Przedstawienie choroby Alzheimera – mam wrażenie, że wybrałaś wygodną literacko wersję soft. Taką, która wystarczająco poruszy, będzie w pełni zrozumiała i jednocześnie lekkostrawna dla czytelnika. Trochę za lekkostrawna jak dla mnie, biorąc pod uwagę, czym ta choroba jest i z czym się wiąże – tak dla chorego, jak i jego bliskich.

 

Rozróżnienie na heroizm damski i męski – zdaję sobie sprawę, że istnieje i bardzo fajnie, że poruszasz tę kwestię, a bohaterką jest stara kobieta, ale… po którejś łyżce miałam dość; na tak krótki tekst powtarzasz to zbyt często i w rezultacie miałam poczucie jakiejś autorskiej nachalności, co zawsze budzi mój czytelniczy opór.

 

Teraz plusy.

 

Relacja bohaterki z górami – dosadna, osobista, uczłowieczająca góry, wiarygodna – rewelacja po prostu.

 

Ironia losu dotycząca śmierci mężczyzn – śmierci banalnych, nieheroicznych, przyziemnych, wynikających z brawury czy też głupoty. Bardzo gorzka wersja “heroizmu” górskiego, i mam wrażenie, że literacko świeża. Poszłaś tutaj w bardzo fajnym kierunku.

 

Obecność kobiet vs. nieobecność mężczyzn.

 

Wątek córki, czy raczej stosunku matki do niej – jest to tylko delikatnie zaznaczone, ale fajnie pokazujesz pewną gradację miłości – córka staje się oczkiem w głowie matki dopiero po śmierci synów. Spodobał mi się też sposób, w jaki matka opisuje wygląd córki.

 

Napisane profesjonalnie :-).

Dream big.

Aż mi głupio jednym zdaniem odpisywać na tak piękne komentarze :) Ludzie komentujący na tym forum są po prostu najlepsi na świecie.

 

 

CM,

kurczę, dostawać takie komentarze to jest radość. Krytykujesz tak, że śmieję się pod nosem (instrukcja odkurzacza, no tego jeszcze nie grali :D) i zwracasz uwagę na detale, które wydawały mi się zupełnie nieznaczące.

 

Ciekawe, że zwróciłeś uwagę na długość tekstu. W konkursie praktycznie wszystkie teksty miały około 36 kafli, a rzadko się zdarza, by historię można było skroić tak idealnie pod limit. Wielu autorom mogłam zarzucić rozpychanie scen do wypełnienia limitu lub też powolne rozkręcanie akcji, orientowanie się, że to już trzydziesty któryś tysiąc i gwałtowne ścinanie zakończenia, by zmieścić się w limicie. Drodzy autorzy – TO WIDAĆ. ;)

 

Słowem, lepiej wybrzmiałaby dla mnie jedna, mocna, konkretna tragedia, niż obijanie bohaterki w ratach.

To logiczniejsze rozwiązanie i tak bym postąpiła, gdybym pisała to opowiadanie dla siebie… Nie, chwila, wtedy przecież to opowiadanie by nie powstało. Powiązanie trupów z górami było zabiegiem, który pozwolił mi na utrzymanie napięcia w pozbawionej napięcia historii – jako czytelnik bujasz się od góry do góry, od trupa do trupa, jak sam piszesz – czekasz, by dowiedzieć się, jak ubiłam kolejnych bohaterów. Podła manipulacja z mojej strony, by zmusić czytelnika do wysiedzenia do końca ;)

 

Też się zastanawiałam, czy uznacie to za realistyczne, że jedną bohaterkę spotyka tyle nieszczęść. Miałam nadzieję zbalansować nieco dramatyzm głupotą trupów, bo jak debile umierają przez własną głupotę to jakoś trudniej ich żałować, więc i ładunek emocjonalny nieco lżejszy.

 

Na podstawie losów Magdaleny śmiało mogę przyznać, że Twoja miłość naprawdę jest ciężka.

:> :> :>

Tak to bywa z tymi artystami…

 

Warsztatu Ci szczerze zazdroszczę

:o

 

Cokolwiek sądzisz o wymądrzaniu się grafomana pod tekstem pisarki

No weź, chłopie, no. My tu wszyscy grafomani.

 

Pisarze piszący poprawieni :))

 

Jeszcze raz dziękuję Ci bardzo za przeczytanie i śliczny komentarz, CM :)

 

 

 

Staruszku – dziękuję!

 

 

 

Thargonie,

Jej, ten twój komentarz… Właśnie kładłam się spać, gdy go zostawiłeś, no i spędziłam chyba pół godziny czytając go w kółko. Nie wiem, trzeba będzie wydrukować i w ramki wstawić chyba… ;)

Serio, to tak w ciągu kilku godzin? 

Przejrzałeś mnie. Jeśli mam być szczera…

To tak.

No, kilkunastu. Całe popołudnie czytałam opowiadania konkursowe i w pewnym momencie w mojej głowie zaczęły się układać kolejne kafelki starszej pani w otoczeniu zdjęć. Koło dwudziestej stwierdziłam, że walić czytanie i walić logikę, napiszę bez sensu opowiadanie konkursowe poza konkursem.

 

Zwróciłeś uwagę na to, jak zgrabnie to wszystko ułożyłam. Dużo czytam, dużo piszę, myślę, że warsztat wypracowałam sobie całkiem niezły – a tu miałam szczęście do dobrej historii. Nawet jeśli nigdy więcej nie powtórzę tak ładnie zmajstrowanej pozytywki, to będę mieć satysfakcję, że raz mi się udało :)

 

Jeśli chodzi o Taszę, masz rację, że stylizacja jest niejednorodna. Postanowiłam używać rosyjskich słów tam, gdzie odpowiednik był wystarczająco zbliżony do polskiego, by czytelnik nie musiał łamać sobie nad nim głowy. Jedynym wyjątkiem dla tej reguły jest zdanie:

Pani mąż zmarł na atak serca osiemnaście lat temu. Pamięta pani?

Bo ono miało celnie i ostro rypnąć czytelnika w łeb. Domyślanie się, o co chodzi, odgadywanie znaczenia słów spowolniłoby proces i pif paf by nie wyszło :> Rozumiem jednak twoje argumenty i w wolnej chwili przejrzę jeszcze raz tekst, starając się wystylizować mowę Nataszy nieco mocniej.

Dziękuję ci bardzo za lekturę, Thargone. Przez miesiąc nie będę słodzić herbaty :)

 

 

 

Chrościsko,

 

Myślałem o tym zaraz po przeczytaniu, ale coś mi się zdaje, że mógłbym tylko drogiej autorce zrobić niedźwiedzią przysługę, bo ja tu czuję piórko, więc chyba nie warto pozbawiać jej szansy na portalową antologię.

 

Opowiadanie niefantastyczne w antologii nazwanej "Fantastyczne Pióra"? Oj, już słyszę tę krytykę w recenzjach ;) Jeśli mogę tu wyrazić swoją opinię, to myślę, że Ostatnia bardziej pasuje pośród innych opowiadań o górach i heroizmie.

Kto by zresztą uwierzył w tyle trupów ;)

 

 

BlackSnow,

 

Dziękuję za przeczytanie i poświęcony czas. Masz rację, że research powinien być porządniejszy i rozumiem, że ładna literacko wersja nie przekona nikogo, kto miał z tą chorobą do czynienia – jak wspominałam wyżej, ta sama historia z punktu widzenia Elżbiety byłaby dużo brzydsza i bardziej gorzka.

 

Natomiast jeśli chodzi o brak fantastyki – zdecydowałam się na publikację tutaj z dwóch powodów. Po pierwsze, nie ma drugiego miejsca w internecie, gdzie mogłabym otrzymać tak różnorodny, profesjonalny feedback od tak różnych czytelników. Po drugie – to opowiadanie tematycznie jest powiązane z konkursem, w którym jestem jurorką. Jego miejsce jest tutaj, by pozostali uczestnicy konkursu mogli się z nim zapoznać.

 

Piórka nie mają wymogu fantastyki (patrz regulamin). Zdarzyło się już wcześniej, że piórkiem nagrodzone zostało opowiadanie obyczajowe (Cerleg, A jednak będzie) choć oczywiście są to wyjątki.

 

Cóż mogę powiedzieć? Zasiedziałam się tu, a wielu forumowiczów to prywatnie moi przyjaciele. Jak mi coś wyjdzie, to chcę im to pokazać :)

Pozdrawiam cię serdecznie!

 

 

Dogs <3

 

Lubię myśleć, że u Magdaleny choroba przebiegała łagodnie (czytałam swego czasu badania dotyczące tego, jak czytanie książek i nauka języków obcych spowalniają progres choroby – to jest imponujące, prawie zaczęłam się uczyć szóstego języka obcego na wszelki wypadek). Masz jednak rację, że wybrałam ładną stronę choroby. W ogóle chyba powinnam popracować nad tematyką opowiadań, bo zbyt często zamykam się w ładnych historiach.

 

Za wymienione plusy dziękuję ślicznie. Bardzo lubię twoje komentarze, zawsze potrafisz zauważyć rzeczy, których nikt wcześniej nie dostrzegł. Dzięki za wizytę <3

www.facebook.com/mika.modrzynska

Twoja wizja nie ma nic wspólnego z Alzheimerem. Ani 1%.Schematyczne zakończenie typowe dla 99% tekstów o starych ludziach. Serio, tekst do wyróżnienia? Chyba nie chcesz powiedzieć autorko, że posiadanie przyjaciół w portalu daje ci specjalne prawa. Pod tekstami początkujących krytykujecie bez litości brak fantastyki i przewidywalne zakończenia.

No więc skrytykowałeś mnie bez litości, a ja ci podziękowałam za poświęcony czas – co jeszcze chcesz usłyszeć?

 

Opowiadanie zostało opublikowane anonimowo i jako anonimowy utwór zdobyło nominację zarówno jurorską, jak i użytkowników, więc odpowiadając na twoje pytanie – nie, nie przysługują mi żadne specjalne prawa. Różni użytkownicy, różne gusta :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Ej, czarujesz. Serio, nie domyślali się? Sorki jeśli widzisz brak litości. Dziwią mnie mechanizmy. Nic personalnego.

Hmm, Blacksnow.

Odniosę się tylko do kwestii choroby Alzheimera. Nie wiem, jakie masz doświadczenia osobiste bądź ile wiesz na temat tej choroby (początku, przebiegu, rozwoju, leczenia). Choroba nieuleczalna, najczęściej diagnozowana późno, stan chorego i tempo degradacji przez chorobę zależy od poziomu wyjściowego i morderczej pracy o utrzymanie jak najdłużej funkcji poznawczych: orientacji w czasie, przestrzeni, znaczeniach, silny odczyn psychiczny (gwałtowne zmiany nastroju, apatia, paniczny lęk, urojenia, halucynacje). Pierwsza „wypada” pamięć świeża. Nie masz racji, pisząc o niewiarygodności opowiadania w konktekście tej choroby.

W ramach <tu wstaw słówko> rekomenduję obejrzenie trzech filmów: „Iris”, „Pamiętnik” (N.Sparks, tytuł ten sam), „Still Alice” (na podstawie książki „Motyl” L. Genova). Ostatnia propozycja – z punktu widzenia bohaterki, więc najbliższa opowiadaniu kam_mod. 

Od razu chcę uprzedzić ewentualne wątpliwości, że to tylko filmy, powieści. Tak, ale „ostro” (w znaczeniu, poważnie zweryfikowane w drobiazgach) konsultowane na etapie powstawania, a i licznie komentowane przez specjalistów po wejściu do obiegu.

Miłego oglądania tych filmów, są naprawdę dobre :)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ja tak na chwilkę tylko – o ile czytałem wystarczająco uważnie, to w tekście ani razu nie padło, że chodzi o chorobę Alzheimera. Myśmy to w komentarzach założyli, ja zresztą też. Mogłoby to być jakieś inne zaburzenie, choroba, dysfunkcja, co tam jeszcze. 

Poza tym literacka wizja nie musi do końca odpowiadać rzeczywistości. Zwłaszcza, że narratorką jest dotknięta chorobą osoba, która nie widzi świata takim, jaki jest naprawdę. Co innego, jak ktoś zauważył, gdyby tekst był z punktu widzenia Elżbiety. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Kurde, Kam, jak uważam, że dobrze piszesz i jak jedno z Twoich opowiadań mnie wręcz zachwyciło (Serce Żmii), tak tutaj jednak to nie to. I to nawet nie chodzi o to, że tekst jest „nie z mojej bajki” (no nie jest), ale o to, że zdecydowanie znając Twoje wcześniejsze teksty, uważam, ze byłabyś w stanie wyraźniej zaznaczyć tę tęsknotę i ukryty dramat, jakie są w tym tekście.

 

Na pewno jest tu, hm, nawet nie nastrojowość, a… jakiś dziwny rodzaj malowniczości. Ale jednocześnie tekst dłużył mi się już w jednej czwartej swojej długości. No niestety. Może zwyczajnie teksty obyczajowe do mnie nie przemawiają?

 

Za to tytuł paradoksalnie mocny. No i trzeba jasno powiedzieć, że pod względem technicznym też tekst jest sprawnie napisany.

 

" Uśmiecha się grzecznie."

– nadmiarowa spacja na początku linii.

Gdzieś dalej przewinęła się jeszcze jedna taka spacja.

 

"Powietrze jest mokre i ciężkie od życia."

Ciekawie brzmiące zdanie.

 

Ja tak na chwilkę tylko – o ile czytałem wystarczająco uważnie, to w tekście ani razu nie padło, że chodzi o chorobę Alzheimera. Myśmy to w komentarzach założyli, ja zresztą też. Mogłoby to być jakieś inne zaburzenie, choroba, dysfunkcja, co tam jeszcze. 

Ale wykrakałeś, thargone… Nie planowałam wcześniej tego mówić, bo nie było to istotne, ale miałeś tu niezłego nosa – w moim zamyśle Magdalena chorowała na demencję, a wiedzę na ten temat czerpałam z praktyki: przez jakiś czas mieszkałam po sąsiedzku z panem własnie na to cierpiącym i wpadałam do niego czasem na kawę. Drugą, solidną porcję charakteru Magdalena dostała od mojej liczącej sobie wiele lat krewnej, którą odwiedzam regularnie i z roku na rok widzę, jak się zmienia.

Posądzenia o Alzheimera nie przeszkadzały mi specjalnie, bo nie mam wiedzy, by decydować, czy Magdalena brzmi bardziej na jedno czy na drugie. Tak długo, jak czytelnicy byli zadowoleni z tego, co wyczytali – ja też byłam.

Co nie zmienia faktu, że BlackSnow ma rację i research dla tak poważnego tematu powinnam potraktować poważniej, opierając się nie tylko na własnym doświadczeniu, ale też na wiedzy książkowej.

 

 

Wilku :D

jak jedno z Twoich opowiadań mnie wręcz zachwyciło (Serce Żmii)

Ale weź ty mi chłopie nawet nie zaczynaj z tą Żmiją, najpierw mi skopie samoocenę, a potem śmie chwalić, no nie!

 

 

znając Twoje wcześniejsze teksty, uważam, ze byłabyś w stanie

 

To bardzo zaskakująca uwaga! W ciągu ostatniego roku przybyło mi z dziesięć lat doświadczenia życiowego; literacko – napisałam łącznie ponad milion znaków (trzy książki i kilka opowiadań, plus kilkadziesiąt tekstów na blogu). Nigdy w życiu nie odnotowałam takiego skoku umiejętności – gdy czytam swoje teksty sprzed roku (albo i nowsze), mam wrażenie, że pisał je jakiś przedszkolak i mam ochotę spuścić je w toalecie. Naprawdę mnie zaskoczyłeś.

 

Dzięki za przeczytanie i mam nadzieję, że następnym razem przypadnie ci bardziej do gustu :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

A bo widzisz, doświadczenie czasem nie tylko buduje umiejętności, ale też zmienia sposób ich wykorzystywania. Czasem zaczyna być tak, że pisze się dla zupełnie innego grona odbiorców, czasem człowiek zaczyna się bardziej przejmować czy dany pomysł będzie strawny dla czytelników, co ma i plusy i minusy. To się nazywa ewolucja :-)

Nie ma specjalnego znaczenia, o jakiej chorobie myślałaś, Kam. Demencję od Alzheimera słabo się różnicuje. Opowiadanie jest dojrzałe i dobre literacko:) Misię właśnie ta literackość i sprawność połączona z empatią spodobała. 

Zaciekawiliście mnie, jest jakaś “…Żmija”

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Sorry, Winnetou, ale jestem na NIE.

Bo praktycznie nie ma fantastyki. Wprawdzie końcówkę można interpretować jako życie po życiu, ale nie trzeba. A nawet wtedy – to tekst o schyłkowym okresie życia chorej wdowy i ta ewentualna fantastyka byłaby przyklejona na gumę do żucia.

Niech obyczajówki zgarniają sobie noble i nike, a hugo, nebule i piórka powinny być dla fantastyki.

Dostrzegam tu również plusy – żeby nie było.

Oryginalne podejście do tematu konkursowego. Bohater wcale nie musi wdrapywać się na trzy szczyty po kolei, jest bohaterką, a nie bohaterem i siedzi w domu, nie kocha gór, tylko nienawidzi. To odwrócenie ról, znaków i schematów jest bardzo fajne.

I gdyby jeszcze fantastyka była…

Babska logika rządzi!

Nie po takie teksty zaglądam na Fantastykę. I dobrze, że jednak się zmusiłem. Dobrze, że zlekceważyłem ostrzeżenie, że to obyczajówka. Treści tu dużo, dużo emocji. A nie jest nachalnie, jest subtelnie i z klasą. 

Smaczki, typu:

Ten korytarz zawsze podobał się gościom, bo jest pełen szczęścia z naszej przeszłości. Przepraszam, gadam jak pisarka.

Jest obwieszony starymi zdjęciami.

…są genialne. 

 

Emocje, na jakich tu grasz są mi obce, a tekst jest znakomitą okazją, żeby się do nich zbliżyć i choć trochę zrozumieć. Sporo jest chyba na Portalu opowiadań o stracie. Często budzą we mnie cichy protest, bo pachną wyciskaniem łez, czasem są zbyt płytkie, wydają się nieautentyczne. Tutaj nie mam takich “ale”.

Tu kamera jest wciąż bardzo blisko, ja wiem, są detale, jest scenografia. Ale jest bardzo blisko bohaterki, jej emocji i tragicznej pętli, w jaką wciągnęła ją choroba (?)/demencja?

 

Przebiło się to opowiadanie przez moją skorupkę, zapamiętam je na długo. 

 

Wilku :)

 

A bo widzisz, doświadczenie czasem nie tylko buduje umiejętności, ale też zmienia sposób ich wykorzystywania.

 

Tak jak mówisz, rozwinęłam się w kierunku, który nie przypadł ci do gustu – zdecydowanie więcej informacji jestem w stanie przekazać nie mówiąc ich wprost, podczas gdy mam wrażenie, że ty jesteś typem preferującym kawę na ławę (zerknęłam na twoje komentarze pod opowiadaniami konkursowymi).

No niestety, zdarza się :)

 

Asylum,

 

Zaciekawiliście mnie, jest jakaś “…Żmija”

Żmija to opowiadanie, które swego czasu pięknie storpedowało moją pewność siebie, gdy w sennym konkursie wilka było chyba jednym z pięciu opowiadań na trzydzieści, które odrzucił ;)

Później pewność siebie trochę wróciła, bo to samo opowiadanie zajęło trzecie miejsce w Kryształowych smokach. Podobno ma wyjść w przyszłym roku w pokonkursowej antologii Fantazmatów, więc oczywiście się polecam :)

 

Finklo – cóż mogę powiedzieć. Twoje prawo, by mieć swoje preferencje gatunkowe i szkoda tylko, że największym zarzutem wobec Ostatniej jest to, czym nie jest.

 

Niech obyczajówki zgarniają sobie noble i nike, a hugo, nebule i piórka powinny być dla fantastyki.

Wtf? Bez sensu to zestawienie. Piórka nie stoją obok hugo i nebuli, a jedyną opcją alternatywą dla mnie było… w sumie nie wiem, wattpad, strona z fanfiction dla nastolatek? Literka, gdzie pięciu użytkowników słodzi sobie nawzajem pod swoimi tekstami? A tekst koresponduje przecież z konkursem.

 

Oczywiście szanuję twoją decyzję – choć wolałabym, żeby Ostatnia dostała NIE za słabą konstrukcję, nieprzekonujących bohaterów czy kiepskie granie na emocjach – rzeczy, nad którymi mogłabym pracować w przyszłości :)

 

Dziękuję za lekturę.

 

Łosiot,

 

Hu hu, dzięki, kolego, dzięki :D Szalenie miło coś takiego usłyszeć. A mnie się wydaje, że emocje rozumiesz bardzo dobrze (nawet te, które są ci obce), bo twoje opowiadania też są nimi napakowane :) Przy czym opowiadanie o poczuciu zagubienia czy utracie siebie to coś, co spotyka nas wszystkich.

No bardzo miły ten twój komentarz. Dziękuję za lekturę :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Kam, ale jak mogę oceniać obyczajówkę, na której się nie znam, której prawie nie czytam (jeśli już, to klasyków, bo są klasykami)? No, grasz na emocjach, nie lubię tego i odruchowo się otorbiam.

Wyobraź sobie, że nie cierpisz jakiejś potrawy (załóżmy, że zupy mlecznej), a tu ktoś próbuje wrobić Cię w jurorowanie w konkursie na najlepszą zupę mleczną. I uczestnicy będą się dopytywać, czy dobra, nie za słodka, czy kluski nie rozgotowane… A te zupy smakują ohydnie. Zgodzisz się na ocenianie? Powiesz każdemu kilka ciepłych słów?

Czy gdybym wyraźniej napisała, że NIE jest za słaby pomysł fantastyczny, poczułabyś się lepiej?

Babska logika rządzi!

Przeczytałam chyba wszystkie opowiadania konkursowe i Twoje czytałam rzeczywiście jako ostatnie. I zadowolona z lektury byłam podwójnie. Po pierwsze miałam świetny komentarz do niemal wszystkich tekstów, które czytałam wcześniej, pojawiły się w nim także wątpliwości i przemyślenia, które mnie przyszły do głowy.

Po drugie miałam świetną historię, pięknie napisaną, z bohaterką, która mnie ujęła. Opko pełne jest wyważonych emocji, nie ma tu niczego ani za dużo, ani za mało. Opis choroby, choć to chyba raczej demencja niż Alzeimer, wydawał mi się przekonujący, a trochę takich ludzi już spotkałam.

No, i bohaterstwo, takie ciche, polegające na tym, by pozwolić innym iść swoją drogą, mimo że ta droga się nie podoba, ba przeraża nawet. Pięknie to opisałaś :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Finklo :)

jak mogę oceniać obyczajówkę, na której się nie znam, której prawie nie czytam

A jak trzynastoletnia fanka Zmierzchu może zostawiać komentarze, że “Edward lepszy niż w oryginale”, “scena seksu zajebista”, “nie rozumiem o co chodzi Jacobowi”? Jesteś oczytanym, inteligentnym człowiekiem. To naturalne, że posiadasz opinie czy wrażenia :) Twoja uwaga, że przyginam z uczuciami i odruchowo się od nich uchylasz dał mi więcej do myślenia niż “nie, bo fantastyka”.

 

Czy gdybym wyraźniej napisała, że NIE jest za słaby pomysł fantastyczny, poczułabyś się lepiej?

Niespecjalnie, bo ja nie planowałam pisać fantastyki, więc bardzo logiczne, że pomysłu fantastycznego tu nie było.

 

I naprawdę szanuję fakt, że nie lubisz obyczajówki i nie chcesz jej oceniać. Poruszyłaś przy tym jednak kilka ciekawych kwestii, dlatego chciałam się wypowiedzieć :)

 

Irko_Luz,

 

O rety, tyle miłych słów! Dziękuję ci bardzo za przeczytanie i tak miły komentarz. Jakie to jest niewiarygodnie fajne uczucie, jak każdy czytelnik odnajduje w tekście swoją interpretację :>

 

I gratuluję przeczytania wszystkich tekstów konkursowych! Było tego trochę :D

www.facebook.com/mika.modrzynska

Opowiadanie z samego założenia nawiązywało (i Autorka jasno to zapowiedziała we wstępie) do co lepszych i sugestywniejszych tekstów fantastycznych w konkursie Chrościska. Mnie takie nawiązanie do fantastyki w zupełności wystarczy.

Piórko IMO zasłużone.

A zupa mleczna, zwłaszcza kasza manna z prawdziwym sokiem malinowym – jest przepyszna! :)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

A jak trzynastoletnia fanka Zmierzchu może zostawiać komentarze, że “Edward lepszy niż w oryginale”, “scena seksu zajebista”, “nie rozumiem o co chodzi Jacobowi”?

Fanka czytała oryginał i porównuje z nim. I od jej komentarza niewiele zależy.

A z czym ja mogę porównać takie obyczajowe opowiadanie? Z “Wojną i pokojem” – Twoje jest ciekawsze. “Z karierą Nikodema Dyzmy” – Twoje jest nudniejsze. Ale to nie bardzo sprawiedliwe – porównywać powieści do krótkiego opowiadania. A opowiadań obyczajowych po prostu nie znam. Może by się znalazło coś historycznego – no, ale to są historyczne, czytam trochę dla poznania ówczesnych realiów.

I tu wypływa jeden z powodów, dla których nie lubię romansów i obyczajówek – takie teksty są nieciekawe, bo do niczego ich nie mogę wykorzystać. Być może Iksiński poderwał żonę, zapraszając ją na spływ kajakowy. Ale wątpię, że to pomoże mi poderwać faceta. OK, Igrekowski strasznie cierpiał, kiedy w jego rodzinie wydarzyło się jakieś nieszczęście. Czy ta wiedza cokolwiek mi daje w radzeniu sobie z nieszczęściami w mojej rodzinie? Nie bardzo – to problem bardzo wąskiej grupy, poza tą grupą rozwiązania problemów najprawdopodobniej będą inne.

No i wyżej wymienione powieści w dużym stopniu zahaczają o sprawy interesujące dla całego społeczeństwa – wojna, wybór premiera. Pod tym względem opowiadanie musi przegrać.

Jesteś oczytanym, inteligentnym człowiekiem. To naturalne, że posiadasz opinie czy wrażenia :)

Twoja uwaga, że przyginam z uczuciami i odruchowo się od nich uchylasz dał mi więcej do myślenia niż “nie, bo fantastyka”.

Obawiam się, że mnie przeceniasz. OK, dużo czytam, ale najwyraźniej inne rzeczy niż Ty. Nie powinnaś się przejmować moją opinią na temat obyczajówek, bo nie jestem reprezentatywnym przedstawicielem ani społeczeństwa w ogóle, ani czytelników mainstreamu. No, równie dobrze mogłabyś dyskutować z Wilkiem Zimowym, jaki sos będzie najlepszy do karkówki z grilla, i na podstawie jego opinii szykować przyjęcie dla znajomych.

Babska logika rządzi!

BlackSnow:

 

Serio, tekst do wyróżnienia? Chyba nie chcesz powiedzieć autorko, że posiadanie przyjaciół w portalu daje ci specjalne prawa. Pod tekstami początkujących krytykujecie bez litości brak fantastyki i przewidywalne zakończenia.

 

Ej, czarujesz. Serio, nie domyślali się? Sorki jeśli widzisz brak litości. Dziwią mnie mechanizmy. Nic personalnego.

Rozumiem, że możesz nie zgadzać się z wyróżnieniem tego tekstu, ale nie uprawnia Cię to do zarzucania innym kolesiostwa, które pomogło tekstowi dostać nominację. Twoje słowa są krzywdzące w stosunku do autorki oraz całej Loży. Loża nie wybiera się sama, a jej członkowie często prezentują zupełnie odmienne poglądy na temat opowiadań. Nie traktuj jej jako monolitu i nie mieszaj wypowiedzi jednych członków Loży z ocenami innych. Dodam tylko, że gdyby los piórka dla tego tekstu zależał tylko od Loży, to niniejsze opowiadanie by go nie dostało – decydujący był tutaj głos Dyżurnego. Proponuję następnym razem rozsądniej dobierać słowa i nie formułować tego typu zarzutów bez żadnych podstaw.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

jest pełen szczęścia z naszej przeszłości. Przepraszam, gadam jak pisarka.

Albo grafomanka :)

 Odkąd zaczęłam umierać, każdy dzień jest ważny.

heart

 Jak jestem starsza to już

Jak jestem starsza, to już… Pamiętaj: tak, jak.

 Powietrze jest mokre i ciężkie od życia.

heart

układając nadgarstek znajomo

Hmm.

 myśleć, że to dziewczęce siedzenie w domu jest trudniejsze niż wędrówka po górach

heart

 Nie lubię słowa „hajs”.

Kurczę, teraz zobaczyłam w niej siebie…

 Ale przecież to nie ja miałam się bać, to Bartek się bał, to on marzł i przezwyciężał własne słabości. Ja nie miałam prawa.

heart Perfect. To – to jest heroizm życia codziennego. Taki prawdziwy, który nie szuka poklasku i nie unosi się pychą.

 Była świadkiem jego śmierci. Widziała jego ostatni oddech. A ja nie. Nic nie poczułam. Spałam jak suseł.

heart

Rany, kam… chciałam dopisać do mojego sławetnego już artykułu masę zgryźliwości o demitologizowaniu pisarstwa, ale już tego nie zrobię (dzisiaj). To jest po prostu piękne, i tyle. Piękne i mądre impresjonistyczne opowiadanie. W życiu nic takiego nie napiszę. Wygrałabyś w cuglach :)

 ale w jakim naprawdę jest wieku, nie wiadomo. Przynajmniej ja tak zrozumiałam

Tak, ja też.

 PS. Określenie “stara kobieta” w tym konkretnym kontekście – gradacji wieku fikcyjnej literackiej postaci – jest dla mnie akurat równie neutralne, jak “młody mężczyzna” czy “małe dziecko”,

Dla mnie też, nie ma co go zastępować.

Bardzo mnie ciekawi, jak rolę Nataszy odebrali pozostali czytelnicy.

Ja pomyślałam, że to pielęgniarka – ale też jestem najmłodsza w zgrzybiałej rodzinie (mój brat, jako niesamodzielny, się nie liczy) i zdało mi się to dość naturalne.

 to istotne, kiedy Magdalena mówi, że już wie, co w ich domu robi Natasza – zaraz po uświadomieniu sobie, że jest chora

To też naprowadza na pielęgniarkę.

 w rzeczywistości wygląda to dużo gorzej, ale nie przeszkadza mi to w docenieniu Twojego portretu choroby

Tak, bo portret nie jest rzeczywistością, i wcale nie ma nią być.

 to w tekście ani razu nie padło, że chodzi o chorobę Alzheimera. Myśmy to w komentarzach założyli, ja zresztą też

Tak, właśnie. Bo tu nie chodzi o opis choroby – od tego są podręczniki medycyny – ale o coś ogólniejszego.

 Nigdy w życiu nie odnotowałam takiego skoku umiejętności – gdy czytam swoje teksty sprzed roku (albo i nowsze), mam wrażenie, że pisał je jakiś przedszkolak i mam ochotę spuścić je w toalecie.

Każdy tak ma :) a jak nie ma, to właśnie jest grafomanem.

 Nie powinnaś się przejmować moją opinią na temat obyczajówek, bo nie jestem reprezentatywnym przedstawicielem ani społeczeństwa w ogóle, ani czytelników mainstreamu.

Finklo, mogę to ukraść kiedyś? <tu byłaby emotka "przybicie piątki", gdybyśmy ją mieli>

Tak czy siak, kam: heart https://www.youtube.com/watch?v=uMZTxrwmp6I

 

A, żeby nie było za słodko:

 Serio, tekst do wyróżnienia? Chyba nie chcesz powiedzieć autorko, że posiadanie przyjaciół w portalu daje ci specjalne prawa.

Kam nie zasugerowała, że chce wyróżnienia, ani, że powinna je dostać. Powiedziała tylko, że teksty bez fantastyki takowe dostawały, ergo – były przez społeczność uznawane za pełnoprawne. Dixi.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Finklo, mogę to ukraść kiedyś?

Bierz i niech Ci idzie na zdrowie.

Babska logika rządzi!

Gracias!

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Finklo,

 

A z czym ja mogę porównać takie obyczajowe opowiadanie? Z “Wojną i pokojem” – Twoje jest ciekawsze. “Z karierą Nikodema Dyzmy” – Twoje jest nudniejsze. Ale to nie bardzo sprawiedliwe – porównywać powieści do krótkiego opowiadania.

 

No właśnie nie nie rozumiem tej potrzeby porównywania i nie uważam, by w ogóle trzeba było rzeczy porównywać, by wyrobić sobie na ich temat opinię. Czy gdy pierwszy raz próbujesz nowego jedzenia, powiedzmy sushi, też porównywałabyś je do zupełnie innych, równie jadalnych rzeczy?

Teoretycznie można porównywać rzeczy podobne do siebie (Zmierzch i jego fanfiction albo moje opowiadanie z innymi konkursowymi), chociaż i od tego osobiście bym się wstrzymywała. A porównywanie książki historycznej z opowiadaniem współczesnym czy też książki sensacyjnej to moim zdaniem strata czasu i energii.

 

I tu wypływa jeden z powodów, dla których nie lubię romansów i obyczajówek – takie teksty są nieciekawe, bo do niczego ich nie mogę wykorzystać.

 

A to bardzo ciekawe! :) Do czego wykorzystujesz fantastykę? Czego uczysz się z sci-fi w kosmosie albo średniowiecznego fantasy?

 

Tarnino,

Dostać tak krótki komentarz od ciebie to dla mnie ogromna przyjemność. Widzisz, tak mnie wytłukłaś przy książce, że wreszcie wbiłam sobie do głowy wszystkie błędy :D

 

Piękne i mądre impresjonistyczne opowiadanie. W życiu nic takiego nie napiszę. Wygrałabyś w cuglach :)

Pisanie to nie rywalizacja, można pisać dobrze na tysiąc różnych sposobów, a to, czego nam brak, z reguły najbardziej nam się podoba u innych.

 

Dziękuję heart

www.facebook.com/mika.modrzynska

A jak mam orzec, czy opowiadanie jest dobre, bez porównywania go z innymi, w tej samej klasie? Czy zawodnik przebywający jakiś tam dystans w czasie pół minuty zasługuje na złoto czy będzie przedostatni?

Sushi miałam z czym porównać – wcześniej jadłam ryż, rybę, warzywa… Nori stanowiło nowy element. OK, sos sojowy, imbir i wasabi też. Ale do dzisiaj nie odróżniam sosów sojowych różnych firm – słone i tyle, nie potrafię ustalić, który lepszy.

Obyczajówkę traktuję podobnie – nudne i tyle, nie ma co się wgłębiać w szczegóły. Jako przyprawa stosowana z umiarem – może podnieść walory tekstów. Ale w czystej formie niejadalna.

Do czego wykorzystujesz fantastykę? Czego uczysz się z sci-fi w kosmosie albo średniowiecznego fantasy?

OMG, temat-rzeka. Z dobrego SF dowiedziałam się mnóstwo rzeczy. O Kosmosie, o fizyce, o klonowaniu, genetyce… Z “Kataru” Lema nauczyłam się podstaw prawdopodobieństwa. A przeczytałam na tyle wcześnie, że w szkole jeszcze go nie przerabialiśmy. Potem mnie lekko dziwiło, że inni nie rozumieją takich prostych rzeczy.

Fantasy traktuję bardziej rozrywkowo, ale też daje jakieś pojęcie o życiu w średniowieczu, o zależnościach historycznych, roli religii w życiu… Tu chyba dochodzą do głosu nauki humanistyczne.

Odbiję piłeczkę – w jaki sposób literatura obyczajowa wpłynęła na Twoje życie?

Babska logika rządzi!

Wtrącam siem >:P

Finklo, twierdzisz, że nie masz narzędzi do oceny tego tekstu, jednak się tej oceny podjęłaś (a nie np. wstrzymałaś od głosu). Przecież będąc w loży, musisz liczyć się z tym, że przyjdzie ci oceniać teksty nijak nie mieszczące się w twoich literackich upodobaniach, a co za tym idzie, nie będziesz miała punktów odniesienia do ich oceny (przynajmniej zewnętrznych).

A literatura obyczajowa nie musi idealnie odzwierciedlać sytuacji czytelnika, żeby ten z niej coś wyciągnął/ utożsamił się z bohaterem. Jak czytam takie pogardliwe twierdzenia, że coś jest nudne i nieciekawe, bo “mnie” nie interesuje, to zwyczajnie przykro mi się robi. Ale może po prostu nudziara ze mnie :P

Dream big.

Dogs, wstrzymać się od głosu można wyłącznie przy własnym tekście. Nieraz oceniałam teksty, które leżą poza moim ulubionym poletkiem. Bywało, że na tak.

Uważam, że obyczajówkom nie należą się nagrody fantastyczne. I do ich oceniania nigdy się nie zgłaszałam. Jesteśmy na portalu fantastycznym.

Nie chcecie znać mojej opinii o obyczajówkach, to nie wałkujcie tego tematu.

Babska logika rządzi!

No worries, wyżaliłam się i nie zamierzam kontynuować tematu wink

Dream big.

A jak mam orzec, czy opowiadanie jest dobre, bez porównywania go z innymi, w tej samej klasie? Czy zawodnik przebywający jakiś tam dystans w czasie pół minuty zasługuje na złoto czy będzie przedostatni?

To jednakże jest nie wyścig, a sztuka, a rywalizują nie namacalne osiągnięcia, a wrażenia z lektury.

 

Odbiję piłeczkę – w jaki sposób literatura obyczajowa wpłynęła na Twoje życie?

Dobre pytanie.

Do czasu Pamiętnej Awantury o Piórko Ostatniej nie sądziłam, że ludzie czytają gatunkami – ja od zawsze pochłaniałam wszystko bezgatunkowo, więc i na to pytanie odpowiem ogólnie – bo w przypadku fantastyki i obyczajówki odpowiedź jest taka sama.

 

Czytam, by przeżywać przygody, na które w realu nie mam szans. By poznawać wydarzenia, uczyć się, odkrywać nowe lądy, obserwować ciekawych ludzi i bawić się razem z nimi. Równą egzotyką jest dla mnie wizyta na statku kosmicznym, co zwiedzanie Nowego Jorku lat dwudziestych (Gatsby); czytanie o Australijczykach zakładających farmę (Ptaki ciernistych krzewów), słuchanie dokładnego przebiegu wojny domowej (Przeminęło z wiatrem), zupełnie fantastyczna scena wskrzeszania pisarki na oczach Nazistów (wiersz Kobieta Łazarz Sylvii Plath), biografia LMM, bo cudownie zobaczyć Wyspę Księcia Edwarda sto lat temu, kiedy ludzie byli inni i inaczej wyglądało ich życie, a fakt, że ta dwudziestolatka pisząca opowiadania pod oknem na facjatce żyła kiedyś naprawdę jeszcze dodaje wszystkiemu smaku. Albo obecnie czytany Asystent Czarodziejki – dobrze się bawię patrząc, jak czarodzieje używają matematyki do rzucania magii. Romanse też czytuję od święta, choć tu rzeczywiście trudniej, bo dużo z nich popada w podobny schemat i nie wnosi nic nowego.

 

Nie wiem, ja prosty człowiek jestem, ja w literaturze chcę fajne przygody i żeby działo się coś ciekawego. A coś ciekawego może być i fantastyczne i obyczajowe. Tyle :3

 

 

Dziękuję ci za tę rozmowę, Finklo. Bardzo się cieszę, że poświęcasz czas na tę dyskusję, a ja mogę poznać twój punkt widzenia :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

No, jak już tak mnie bierzesz pod włos, to wypada podtrzymywać dyskusję. ;-)

Czytam, by przeżywać przygody, na które w realu nie mam szans.

OK, jestem skłonna podpisać się pod tą wypowiedzią. Tylko w obyczajówce (wąsko definiowanej) przygód nie ma. “Mam horom curke” to nie przygoda. “Kumpel ma doła, bo dziewczyna go rzuciła”, “mąż wraca z pracy zmordowany i wściekły” – też nie.

By poznawać wydarzenia, uczyć się, odkrywać nowe lądy, obserwować ciekawych ludzi i bawić się razem z nimi.

Uczyć się – tak. Z ciekawymi ludźmi problem, bo jednostki na ogół mnie nie ciekawią. Zawsze wolałam spojrzenie makro. Czyli na przykład mechanizmy prowadzące do rewolucji są interesujące, ale biografia Robespierre'a czy Trockiego raczej nie. Czasami podejrzewam, że jestem psychopatką. Wyjątek stanowią jednostki wybitne – ludzie pokroju Da Vinciego.

Równą egzotyką jest dla mnie wizyta na statku kosmicznym, co zwiedzanie Nowego Jorku lat dwudziestych (Gatsby);

No, a dla mnie nie. NY nie jest egzotyczny, chociaż nigdy tam nie byłam i pewnie nie będę. Ale gdybym była bardzo ciekawa, mogę sobie obejrzeć jakiś film. Przy statku kosmicznym – mam szansę na podziwianie wyobraźni i wiedzy autora.

“Wielkiego Gatsby’ego” akurat czytałam i uważam, że nasza “Lalka” jest lepsza (co nie znaczy, że mi się jakoś bardzo podobała) – bogatsza o rys historyczny.

słuchanie dokładnego przebiegu wojny domowej (Przeminęło z wiatrem),

To też było dla mnie ciekawe, wręcz na granicy szokującego. Odebrałam tę książkę jako manifest posiadaczy niewolników i rasistów. Długo zbierałam szczękę z podłogi, że coś takiego jest legalne, a nawet raczej promowane jako klasyka. Życie uczuciowe Scarlett potraktowałam jak zło/tło konieczne.

Reszty nie znam.

Romanse też czytuję od święta, choć tu rzeczywiście trudniej, bo dużo z nich popada w podobny schemat i nie wnosi nic nowego.

No, to ja bym do tego worka wrzuciła całą obyczajówkę – nie wnosi nic nowego, bo podobne problemy ma praktycznie każdy.

Babska logika rządzi!

ja od zawsze pochłaniałam wszystko bezgatunkowo

Ja też, zatem: kotek.

 

BTW, teraz czytam “Mill on the Floss”. Ulubiona_emotka_Baila.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Powoli nadrabiam kolejkę, więc przywiodło mnie i tutaj. ;)

Dobre opowiadanie, wzruszające. Sprawnie opisujesz człowieka cierpiącego na, jak się domyślam, Alzheimera – Magdalena jest bardzo przekonująca, jej córka zresztą też. Fantastyki faktycznie nie ma, ale uprzedzasz o tym w przedmowie, więc wszystko pod tym kątem gra. Podobało mi się, mimo że to nie mój typ literatury i dłuższych tekstów obyczajowych za bardzo nie lubię. 

Zostaw ten żyrandol.

Miałam taką długą odpowiedź napisaną do Finkli, ale strona wzięła i mi się sama odświeżyła… (Czy ktoś jeszcze tak ma w chrome że jak nie zagląda do zakładki przez dłuższy czas to potem strona ładuje mu się od nowa? Okropność!).

 

Finklo – dziękuję za dyskusję. Może kiedyś w Łodzi na piwie będzie możliwość pogadania dłużej :)

 

Tarnina

BTW, teraz czytam “Mill on the Floss”.

Propsuję tę lekturę!

 

Verus, no siema :)

Bardzo się cieszę, że wpadłaś i lektura ci się spodobała, mimo że obyczajówka. Uściski!

www.facebook.com/mika.modrzynska

Ech, kiedy znowu będzie można pójść na piwo… :-(

Babska logika rządzi!

Nie wiem, ale wypatruję tego momentu z równie zapartym tchem co mojego powrotu do Polski! :D

www.facebook.com/mika.modrzynska

Nowa Fantastyka