- Opowiadanie: Chrościsko - I'll be seeing you, Oppy

I'll be seeing you, Oppy

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

I'll be seeing you, Oppy

Tekst dedykowany pamięci Opportunity, marsjańskiego pioniera, który zadziwił świat. Jeśliby człowieczeństwo definiować przez pryzmat poświęcenia i heroizmu, okazałby się bardziej ludzki niż niejeden z nas.

Jeszcze się zobaczymy, Oppy!

 

 

Czerwone błoto bryzga po ścianach tunelu wykutego w gipsowych kryształach. Jeden krok, jedno chlupnięcie. Breja spływa leniwie. W półmroku przypomina krew.

Już dawno przestaliśmy tu sprzątać. By rozgrzać jaskinie do temperatury plus dwudziestu stopni, dmuchawy pracują dzień i noc. To, co dla nas, obcych, jest warunkiem przetrwania, dla marsjańskiej wiecznej zmarzliny jest początkiem końca. Brutalną ingerencją w naturę, która miliardy lat temu zmroziła kropelki wody w porach skalnych. A teraz kropelki wypływają, oblepiając korytarze naszej bazy wilgotnym śluzem hematytowego szlamu.

W przestronnej choć równie wilgotnej kawernie, gdzie znajduje się biolab, jest jakby czyściej. Olivia jako jedyna z naszej trójki zwraca jeszcze na to uwagę, i jako jedyna potrafi pozbyć się czerwonawych nacieków. Błyszczy pośród nas. Jakim cudem te długie blond włosy wciąż pozostają niezbrukane? Jest jak Wenus na wieczornym niebie, podczas gdy ja z Opheliusem przypominamy niedomytych jaskiniowców z brodami posklejanymi w grube, zapaskudzone gliną dredy.

Biolab przywodzi na myśl mroczną piwnicę w średniowiecznym zamczysku z tym wyjątkiem, że sklepienie zamiast łukowatych gotyckich żeber jest w pełni naturalne, wyrzeźbione w skale. Ostatki gipsowego krasu z czasów, gdy na powierzchni Marsa płynęły jeszcze rzeki, a w słonych jeziorach strącały się pokłady ewaporatów. Reliktowe solne stalaktyty, dawno już obumarłe, wraz z naszym przybyciem znowu ożyły.

Schodzę niżej, na środkowy poziom szczelnie odizolowany od reszty kompleksu. Dzisiaj moja kolej. Nakładam ubranie robocze, rękawice, maskę przeciwgazową i wkraczam do jaskini diabła. W marsjańskim piekle zamiast czerwieni dominuje biel.

Znajduje się tu pokład soli, nie jest to jednak zwykła sól. Złoże przypomina gleby z pustyni Atakama, z tym że zamiast chilijskiej saletry są tu toksyczne nadchlorany. Dzieci gromów i pustynnych burz. Kontakt ze skórą oznacza poparzenie. Z krwiobiegiem rozkład hemoglobiny. Następna w kolejce jest blokada tarczycy. Nie to jednak jest największym problemem. Każda drobinka węgla lub metalu może zainicjować eksplozję.

Dlatego właśnie mój kilof ma kamienną głownię. Trzymając go, czuję się jak idiota, bo nawet mimo trzonka z włókna szklanego kojarzy mi się krzemiennym pięściakiem. Adrenalina oraz świadomość tego, co robię, nie pozwalają mi się śmiać. Uderzam w ścianę. Białe okruchy skalne rozpryskują się na drobne grudki, a ich powierzchnie wnet pokrywają się wilgocią. Im są bardziej mokre, tym mniejsze ryzyko. Zbieram je ostrożnie i wypełniam wiadro. Dwadzieścia kilogramów urobku da nam tyle tlenu, ile zużyjemy przez całą dobę.

Instalacja przypomina piec centralnego ogrzewania, jaki mój dziadek miał w Montanie. Tak jak on co noc podkładał czarny węgiel do kotła, tak i ja robię to z moim białym węglem.

Otwieram wciąż gorącą pokrywę, delikatnie, z namaszczeniem i precyzją sapera. Wybieram ze środka biały popiół, a potem sypię w jego miejsce urobek. W moim piecu nie ma ognia, jest za to temperatura kilkuset stopni, która uwalnia tlen, a toksyczne grudy przemienia w spieczony, słony proszek. Niestety zbyt zanieczyszczony, by mógł cieszyć podniebienie.

 

 

Najczęściej spotykamy się w laboratorium. Od głównej sali odchodzi tu kilka korytarzy. Oświetliliśmy je łańcuchami ledowych diod, wiszących ponad skalnymi misami pełnymi wody. To w nich nasza mikrobiolog hoduje algi, porosty i Bóg jeden wie co jeszcze.

– Dziś mam dla was niespodziankę – mówi z wyraźną dumą. – Nostoc commune.

Ophelius spogląda na mnie z nieufnością, a Olivia uśmiecha się figlarnie.

– Chłopcy, więcej entuzjazmu, proszę. Nasze menu właśnie poszerzyło się o kolejną pozycję. – Pani domu z wprawą prestidigitatora wyczarowuje trzy miseczki wypełnione zgniłozielonymi glonami o konsystencji meduzy. – Voila!

Grzebię widelcem w zaoferowanej zieleninie. Przypomina mi się sushi bar w Titusville i wiecznie uśmiechnięty Koreańczyk, serwujący podobne cudactwa.

– A czym to się różni od tego, co jedliśmy wczoraj? – Nieudolnie próbuję wznieść się na wyżyny dyplomacji.

– Jak to czym? Undaria pinnatifida to brunatnica, a dzisiaj mamy, po raz pierwszy w historii tej planety, posiłek z sinic. Tadam! – Olivia jest z siebie tak dumna, że nawet nasza gburowatość nie może popsuć jej humoru. – Przyjęły się! Rosną. Mnożą! Czego nie rozumiecie?

Marsjańskie sinice niewiele różnią się w smaku od brunatnic. Ophelius, nasz geniusz elektroniki, zdaje się myśleć podobnie. Niewiele, ale jednak. Dziś galaretowata włoszczyzna ma w sobie coś wyjątkowego. Pachnie morzem. Przywodzi na myśl kutry oblepione wodorostami i śluzem martwych ryb. Do pełnej harmonii brakuje tylko małego detalu.

– Ja też coś dla was mam – szepczę tajemniczo, myślami wciąż błąkając się wśród doków Grimsby i atlantyckich ryb zasypywanych tonami lodu.

Wyciągam z kieszeni idealny sześcian, przezroczysty niemal jak szkło.

– Znalazłem dzisiaj na najniższym poziomie. – Wznoszę kostkę ku górze, przeglądając ją w sztucznym świetle. – Prawdziwy halit, czyściutki, nie ma w sobie nawet grama czerwonego pyłu.

Zaintrygowana pani doktor w spojrzeniu ma tę ulotną niepewność, balansującą na granicy ciekawości i niezrozumienia. Nie wyjaśniam. Napawam się chwilą intelektualnej przewagi. Biorę nóż i delikatnie oskrobuję krawędzie kryształu. Białe drobinki niczym śnieg opadają do mojej miski i znikają w zgniłozielonej zupie. Olivia patrzy z fascynacją, jak kieruję do ust łyżkę wyhodowanego przez nią trzęsidła, doprawionego szczyptą rodzimej, marsjańskiej soli.

– Czekaj! – krzyczy Ophelius chwytając mnie za nadgarstek. – Zrobiłeś analizę chemiczną? Jesteś pewny, że to nie nadchloran, albo ten gorzki, magnezowy syf?

– Nie muszę. – Przełykam zieloną galaretę z cudownie słonym posmakiem. – Taki kryształ to może być tylko jedno. Próbowałem już na dole.

Wątpię, by przekonała go moja argumentacja. Raczej wyraz błogości rysujący się na mojej twarzy.

– Ja też chcę! – Olivia bez wahania podsuwa swoją miskę. Błysk w jej oku sprawia, że przez krótką chwilę chce mi się żyć. Żyć? Raczej trwać w egzystencji. Na dobrowolnym, wiecznym zesłaniu, przy którym Syberia wydaje się rajem.

 

 

Opportunity patrzy obiektywami kamer, jakby ciekawiła go moja osoba. Słynny łazik marsjański, kawałek historii ludzkości, stoi na skalnym postumencie niczym na ołtarzu. Jedyny lśniący przedmiot wśród pyłu i wilgoci. „Przedmiot?”. Muszę się pilnować, by nie mówić tego głośno. Ophelius uważa go za osobę. Bohatera. Weterana i zdobywcę Marsa. Nasz inżynier poświęcił sporo czasu, by go odnaleźć i naprawić, a raczej, jak sam o tym mówi, przywrócić do życia.

Całe pomieszczenie przypomina bardziej muzeum kolonizacji planety niż warsztat. Jego gospodarz, jak rasowy kustosz, nie przegapi żadnej okazji, by przywlec tu z powierzchni wszelkiego rodzaju ziemski złom.

To jednak pieśń przeszłości. Co było w naszym zasięgu, dawno już tu jest, a odkąd ostatni sprawny kombinezon zdążył się rozszczelnić, siedzimy w naszych szczurzych norach, próbując przetrwać kolejne trzysta cztery dni. Do czasu przybycia posiłków, kolejnej misji załogowej z Ziemi.

– Ophelusie, wyłącz tę muzykę. – „I'll Be Seeing You” w wykonaniu Billy Holiday rozbrzmiewa za każdym razem, gdy wchodzę do pracowni. Ostatnia symboliczna wiadomość wysłana do Opportunity po dziewięciuset nieudanych próbach nawiązania kontaktu. – Oszczędzamy energię, pamiętasz? Poziom zasilania cztery.

Inżynier wykonuje rozkaz z ociąganiem, demonstrując całym sobą, co myśli o bezczeszczeniu jego świątyni.

– Na czym stoimy? – zagaduję.

– Na tym samym co wczoraj i przedwczoraj, i miesiąc temu. Panele słoneczne są coraz mniej wydajnie. Od rana spadek mocy o kolejne dwa procent. Pieprzona burza pyłowa. Objęła już pół planety, jak w dwa tysiące osiemnastym.

Kiwam głową. Jesteśmy jak babuleńki opowiadające tę samą plotkę kolejny dzień z rzędu. Obaj wiemy dobrze, co to znaczy. Byle przetrwać tę burzę. A potem, kiedy pył opadnie a lekki wiatr zacznie oczyszczać panele, będzie już tylko lepiej.

 

 

Najpierw słyszę ciche kroki, a potem delikatne dłonie dotykają mych ramion. Nieco zbyt poufale, ale udaję, że tego nie dostrzegam. Koncentruje się na pisaniu ostatnich zdań w porcji mojej codziennej biurokracji:

 

…testy ciśnienia atmosferycznego wewnątrz bazy, już po zastosowaniu uszczelnień z wermikulitu, wypadły świetnie. Dobowy spadek ciśnienia, nawet po odfiltrowaniu CO2 i chloru, jest w pełni kompensowany przez produkcję tlenu. Tak jak przewidywano, istotnie wzrosła wilgotność. Nadmiar pary wodnej skraplamy i zamrażamy zgodnie z otrzymanymi wytycznymi.

Wermikulit użyty do uszczelnień występuje w obrębie żyły ultramafitów przecinającej sekwencję solną. Rozkład przestrzenny złoża oraz jego zasoby pozostają nierozpoznane. Na potrzeby doraźne wystarcza.

 

Pozdrowienia,

Vincent Kaminsky

Chief of the mission Mars Underground One

 

 

Wciskam enter i wysyłam raport na Ziemię.

– Jakim cudem ta klawiatura jeszcze działa? – pyta niewinnie mój gość, spoglądając na uświnione czerwonym nalotem przyciski.

– Zapytaj o to pana złotą rączkę.

– Chyba pana „żyję po to, by spełniać marzenia ojca”. – Olivia uśmiecha się, a jej ton wskazuje miejsce gdzieś między prowokacją i lekkim żartem. – Nie, dzięki. Wolę pytać ciebie.

Nie pasuje do niej ten sarkazm. Pasuje za to do maski, którą przywdziewa na co dzień. Wydaje się być jedną z tych kobiet, które idą przez życie same. Nie, nie z wyboru. Przez ironię losu. Jest wystarczająco ładna, by onieśmielać zakompleksionych geniuszy spędzających życie w bibliotekach, a jednocześnie zbyt błyskotliwa, by pozostali mogli jej czymkolwiek zaimponować. Bo przecież nie fizjonomią. Olivia ceni głównie erudycję. Ci zaś, którzy nie kwalifikują się do żadnej z powyższych kategorii, odbijają się od ściany jej czarnego humoru i specyficznej osobowości.

– Z czym do mnie przychodzisz?

– Och, jaki służbista. Tak od razu do rzeczy. A może chcę tylko pogadać?

Czasem męczą mnie te nasze rozmowy. Za mało w nich profesjonalizmu, za dużo niedopowiedzeń.

– To słucham.

– Zawsze taki byłeś? Tam na Ziemi też? Czemu nigdy o tym nie mówisz?

– A ty mówisz? Każdy z nas ma swoją historię, każdy przed czymś ucieka, bo inaczej tego nazwać nie można. Jeżeli więc masz ochotę na szczerość, to śmiało. Przed czym, Olivio, uciekasz?

– Algi potrzebują więcej światła. – Olivia de Vilde porzuca frywolny ton, a wraz z nim chęć osobistych zwierzeń. – Wszystkie świetliki są zasypane piachem, mam tylko to, co z ledów. Za mało.

– Nie mamy więcej. Reaktor ledwie wystarcza na utrzymanie temperatury, a solary… sama dobrze wiesz, jak jest.

– Chyba nie rozumiesz powagi sytuacji. – Oprócz frywolnego tonu, bezpowrotnie znika również zalotny błysk w jej oczach. – Jak nie dostaną więcej światła, to za kilka miesięcy zaczniemy głodować. O ile wcześniej się nie podusimy.

– Dobrze, coś wymyślę – odpowiadam. Na tyle mnie stać. Jest już późno, a powieki kleją się do siebie. Jutro będzie nowy, lepszy dzień.

 

 

Nowy dzień wcale nie okazuje się lepszy.

– Wstawaj, wstawaj! – krzyczy Olivia wprost do mego ucha. Jej delikatne palce szarpią mnie z siłą jastrzębich szponów. – Zmroziło wszystko na górnym poziomie. Szlag! Kto obniżył temperaturę?

– Nikt nie obniżał. Mieliśmy to dopiero omówić.

Biegniemy do centrali sterowania. Para unosi się z naszych ust. Czerwone błoto pod stopami już nie chlupie ani nie bryzga po ścianach. Chrzęści i skrzypi.

Ophelius już tam jest.

– Reaktor – wyjaśnia, jeszcze zanim zdążamy o cokolwiek zapytać. – Przełączył się w tryb awaryjny. Moc spadła do osiemdziesięciu procent. System zredukował temperaturę dla całego kompleksu.

– Szlag! – powtarzam bezmyślnie. – Przywróć dwadzieścia stopni dla biolabu, magazyn i warsztat odcinamy śluzą i wyłączamy z obiegu.

– Ale? – Inżynier jakby dopiero teraz zaskoczył. – Gdzie ja będę pracował?

– Najpierw damage control. Potem sprawny reaktor. O warsztacie pomyślimy później.

 

 

Wieczorem jest jeszcze gorzej. Moc reaktora wciąż spada, a na dodatek przychodzi długoterminowa prognoza pogody. Burza potrwa jeszcze co najmniej dwa miesiące. Decyduję, by odciąć kolejne sektory. Właściwie przenosimy się do laboratorium Olivii i urządzamy w nim jak w ciasnej kawalerce. Mogę zapomnieć o własnej pracy naukowej. Tam na dole, gdzie zalegają najciekawsze osady słonego jeziora, jest minus dwadzieścia stopni. Przy reaktorze minus trzydzieści. Gdy wychodzimy poza lab, ubieramy się jak sybiracy na zsyłkę.

Reaktor stoi tuż przy śluzie prowadzącej na zewnątrz. Duża cylindryczna konstrukcja na czterech nogach. Smugi rdzawego pyłu, który ją pokrywa, sprawiają wrażenie, że bliżej jej do browarnianej kadzi niż do jądrowej technologii NASA.

Ophelius dobiera się do interfejsu i grzebie w nim od dobrych kilkunastu minut. Stoję przy nim jak cieć i gapię się na zgrabiałe palce przemykające po dotykowym ekranie. Czasem czytam mu objaśnienia do kodów, które przysłano nam z Ziemi.

– Dobra – mówi, chuchając w ręce. – Zrestartowałem system zgodnie z procedurą. Teraz musimy poczekać kilka minut.

Kłęby pary unoszące się z naszych ust zamarzają w przeciągu kilku chwil. Czerwonawe brody pokrywają się białym nalotem, który z czasem zmienia się w lodowe sople. Brwi przypominają szadź na sosnowych igłach.

– Co to za historia z twoim ojcem? – zagajam, gdy przestępowanie z nogi na nogę przestaje być wystarczającą rozrywką.

– Powiedziała ci?

– Nie. W każdym razie nie wprost.

– Modliszka w skórze dziecka. Zawsze tak robi, bierze pod włos, naciąga na zwierzenia, a potem kpi w żywe oczy. Z tobą też tak próbuje?

– Mhm – przytakuję. – Ale cóż ciekawego można ze mnie wycisnąć? Szary, nudny Vincent. Wypalony służbista na marsjańskiej emeryturze. Płaski i bezpłciowy.

Ophelius nie wdaje się w polemikę na temat mojej osoby.

– Zauważyłeś, że ona nigdy nawet nie wspomniała o swojej rodzinie?

– Skoro trafiła tutaj, to nie bez powodu. Ja też rzadko wracam pamięcią do ziemskiego życia. To już minęło. Nie ma co rozdrapywać starych ran.

– To przecież żadne rany. Mój staruszek na przykład to świetny gość, to dzięki niemu tu jestem. – Ophelius wyraźnie ożywia się na wspomnienie ojca. – Był jednym z tych szalonych astronomów, którzy spędzają wakacje na zlotach w Arizonie, by na pustyni gapić się w niebo. Miał subskrypcję na stronie NASA i śledził każdy kawałek metalu jaki wysyłali w kosmos. Nawet na porodówkę nie zdążył – Ophelius wykrzywił spierzchnięte od zimna wargi – bo oglądał transmisję z lądowania Opportunity na Marsie.

– Czy twoje imię, ma coś z tym wspólnego? – Odwzajemniam uśmiech.

– Nie tylko imię. – Oczy mu się błyszczą, kiedy o tym mówi. – W każde moje urodziny ojciec puszczał nam retransmisje z lądowania. Patrz, mówił, Oppy miał wytrzymać tylko trzy miesiące, a łazi tam już kolejny rok. Bierz z niego przykład. I klepał mnie po plecach, jakby mówił o moim starszym bracie. I wiesz co? Brałem z niego przykład. A gdy po piętnastu latach zamilkł i ogłosili, że to już koniec, płakaliśmy razem z ojcem ramię w ramię, cały wieczór. – Ophelius zamilkł na chwilę, jakby kontemplując wspomnienia.

– A teraz jesteś tu. – Kiwam głową z uznaniem. – Fajna historia.

– Nasza pani doktor jest innego zdania.

 

 

Kolację jemy w ciszy. Każde z nas, pisząc się na tę misję, wiedziało, że to bilet w jedną stronę. Zostaniemy tu na zawsze. Umrzemy na Marsie. Jednak umrzeć pewnego dnia, po latach kiełznania dzikiej planety, to co innego niż umrzeć wkrótce i bez sensu.

– Mamy jeszcze dwa Kilopowery w rezerwie – burczy Ophelius pod nosem.

– I trzysta trzy dni do przetrwania. Nie możemy ich teraz ruszyć – odpowiadam. – Zresztą to i tak mało.

– Żebym tylko miała więcej światła – wtrąca się Olivia. – Mam zarodki kryptoendolitów, które mogą przetrwać mróz i nawet brak tlenu, ale muszę dać im światło. Prawdziwe słońce.

– Ile świetlików ci zasypało?

– Wszystkie.

Olivia surowo marszczy brwi. Mówiąc o swoich glonach, przypomina karmiącą lwicę.

– Trzeba usunąć cały ten piach – myślę głośno.

– Tylko kto to zrobi? I jak? Przecież da się tylko od zewnątrz. – Wyraz twarzy Opheliusa zdaje się mówić „nawet o tym nie myśl”.

 

 

Tego dnia nie przychodzi żadna wiadomość z Houston. Mam dziwne przeczucie, jakby wielki pająk muskał moje plecy włochatymi odnóżami. Na Marsie nie ma pająków. Jest za to reaktor w trybie awaryjnym, którego wydajność wciąż spada, a w eterze cisza. Niebywałe.

Sprawdzam łączność z satelitą. Wszystko gra. Komunikacja orbiter – Ziemia? Transfer danych w normie. Pająk przybrał rozmiary tarantuli i wspina się między łopatki.

Trudno. Musimy sobie radzić sami. Wracam do naszego problemu. Skąd wziąć brakująca energię?

Myśl, myśl, myśl!

Panele słoneczne. Można by je oczyścić, tylko co z tego, skoro w powietrzu tyle pyłu, że ledwie widać słońce.

Myśl! Wyjdź poza schemat!

Metan. Jest ukryty w zamarzniętym gruncie, jakby się tak do niego dobrać? Nie. Za mało. Bez sensu. Nie jesteśmy na Ziemi. Szkoda tlenu.

Myśl! Nie poddawaj się tak łatwo!

Światło. Jak nie ze słońca, to skąd? Nie, to na nic.

Opieram się o krzesło, bezsilny. Ziemia. Bez jej pomocy sobie nie poradzimy.

 

 

W stropie najwyższego poziomu biolabu znajdują się cztery świetliki – okna skierowane ku zenitowi – wypełnione przezroczystym tworzywem o strukturze masy perłowej. To jedyne miejsce, gdzie słońce zagląda do naszej podziemnej bazy. A raczej zaglądało. Od kilku dni wszystkie są przykryte warstwą piachu i pyłu.

Stoimy pod nimi w trójkę z głowami zadartymi ku górze. Gipsowe ściany i strop, w którym są wykute, mają fakturę na kształt jaskółczych ogonów. Jednak nie oszałamiają już tak jak wtedy, gdy rozjaśniały je promienie słońca. Teraz, w słabym świetle, ich barwa wydaje się brunatnoszara.

– Musimy to oczyścić – stwierdzam bez przekonania.

– Tak, jasne. Weźmiemy łopaty, jedno popołudnie i będzie porobione – kpi Ophelius.

– Potrzebna jest dmuchawa albo duży wiatrak. Zainstalujemy na łaziku.

– Czy ty siebie słyszysz? Przecież jest burza. W porywach wieje dwieście na godzinę, a ty chcesz tam puścić łazika z wiatraczkiem?

Ophelius nie musi mówić więcej. Zawsze miał dar ukazywania moich, zdawałoby się genialnych, idei w takim świetle, by brzmiały jak największy kretynizm.

– Jakieś inne pomysły? – Zmieniam temat.

– Nie powinniśmy się trzymać procedur?

– Uszkodzenie reaktora i niewydolność paneli słonecznych, procedura definiuje to jako sytuację krytyczną. Powinniśmy uruchomić Kilowaty… i pozbawić się jedynego awaryjnego zasilania. A potem zostanie nam już tylko modlitwa, by przez trzysta dni ani razu nie wywaliło bezpieczników.

Cisza jest tak głucha, że słychać kapiące krople wody oraz dujący na zewnątrz wiatr. Praca z geniuszami ma swoje zalety. Kiedy sytuacja jest beznadziejna, łapią to w lot, nie trzeba strzępić języka na próżno.

– Może herbatkę z wakame? – Uśmiech Olivii zupełnie nie licuje z tragizmem sytuacji. – Choć nie, na tę okazję znajdę coś lepszego. Wspominałam, że wyhodowałam drożdże?

 

 

– Wiatr! – Budzę się z krzykiem w środku nocy. Nie pierwszy raz mi się to przytrafia. Analizując skomplikowane opcje, zwykle nie dostrzegam tych najprostszych. One zaś, przychodzą do mnie we śnie. W czasie gdy wyzwolony ze świadomości umysł akceptuje absurd.

Mój sen to jednak nie absurd.

Zrywam się i biegnę do Opheliusa, jakbym za wszelką cenę chciał zdążyć przed nadchodzącą chwilą trzeźwości, gdy senne wspomnienia się ulotnią.

– Wstawaj! – Szarpię go.

Otwiera zaspane oczy i patrzy na mnie wielkimi czarnymi źrenicami.

– Wstawaj! – powtarzam. – Wiatr! Dwieście kilometrów na godzinę, pamiętasz? Sam to powiedziałeś. – Złota rączka zwleka się z łóżka z gracją lunatyka. – Ubierz się ciepło. Idziemy do warsztatu.

– Czy to nie może poczekać do rana? – ziewa Ophelius.

– Ile masz łazików w tym swoim muzeum? – odpowiadam pytaniem na pytanie.

– Sprawnych?

– Nie, wszystkich!

Dopiero teraz spostrzegam, że sam jestem tylko w bieliźnie.

– W pełni sprawny jest tylko Opportunity. – Ophelius też to widzi. – Mam jeszcze wrak Rose Franklin, dwa łaziki z serii MR2030, które robiły rekonesans przed lądowaniem, i jeden chiński, uszkodzony przy lądowaniu.

– Czyli cztery, które możemy rozebrać? – Wracam do siebie, nie przestając mówić. – I każdy ma po sześć kół? To daje dwadzieścia cztery silniki. – Łapię spodnie i wkładam je na siebie. – Dwadzieścia cztery potencjalne turbiny. – Moja ekscytacja rośnie z każdą chwilą. – Dasz radę przerobić je na prądnice? I jeszcze to dłuższe wiertło z Rosalind Franklin. Będzie je trzeba przełożyć do Oppiego.

 

 

Wstępuje w nas nadzieja. Od rana biegamy po bazie w amoku, znosząc do warsztatu kable, kawałki blachy i wszelkie tworzywo na tyle silne, by wytrzymać podmuch marsjańskiego Boreasa. Ophelius, odkąd obudziłem go w nocy, nawet stamtąd nie wychodzi. Ogląda każdą część zapomnianych łazików, sprawdza każdy silnik, a od czasu do czasu spogląda na Opportunity szklistymi oczami, w milczeniu, wstydliwie kryjąc drżenie dolnej wargi. Chcę wierzyć, że to ze wzruszenia, że jego bohater znów zadziwi świat, obawiam się jednak, że prawda jest zupełnie inna.

Nawet Olivia, porzuciwszy na chwilę swe algi, przyłączyła się do nas. Siedzimy teraz nad zniszczoną pokrywą jednego z lądowników i wycinamy z niej łopaty wirnika.

– Źle, śmigło powinno być smuklejsze! – strofuje mnie nasza mikrobiolog.

– A ty niby skąd wiesz, jakie powinno być? Drugi fakultet z inżynierii?

– Ławica Doggera w dwudziestym czwartym. Nie pamiętasz?

Dogger Bank? Pamiętam. Robiliśmy badania sejsmiczne pod ostatnią farmę wiatrową. Tylko co ty masz z tym wspólnego?

– Ha, więc nie pamiętasz! – stwierdza Olivia. Mrużąc oczy, podnosi kącik ust w wyrazie triumfu. – Nieładnie zapominać swoich podwładnych, nieładnie. Prawdę o tobie mówili, że twarde kompetencje są odwrotnie proporcjonalne do miękkich. Nic dziwnego, że skończyłeś tutaj.

Wpatruję się w rysy jej twarzy tak intensywnie, jak nigdy dotąd. Czy ona sobie robi ze mnie jaja? Co mikrobiolog miałby robić na Morzu Północnym? Do głowy przychodzą mi tylko lodowata bryza, smród spalin diesla i piski mew.

– Nadal nic? – Mam wrażenie jakby czytała mi w myślach. Jak ona mnie wkurza. – Tęczowe brwi – podpowiada litościwie.

No tak. Jak mogłem zapomnieć? Kolorowa, pstrokata, a do tego ogolona na łyso stażystka. Świat jest zdecydowanie zbyt mały.

– Byłaś obserwatorką ssaków morskich. – Nie potrafię się nie uśmiechnąć.

– Taaa… ssaków. Przez dwa miesiące nie widziałam żadnego, tylko te pierdolone, kręcące się turbiny.

Przez chwilę zapominam o problemach. Wiatr rozgania jesienną szarugę. Widzę błękit ziemskiego nieba, granat wody morskiej i wielkie białe wiatraki. Utracony raj. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę je wspominał z takim rozrzewnieniem.

Kiedy łopaty pierwszej turbiny są już gotowe, pani doktor wykreśla na pierwszej nieregularny, kleksowy kształt.

– Cóż to takiego? – pytam zaintrygowany.

– Branding. – Uśmiecha się tak, jakby był to dobry żart, znany tylko jej samej. – Przyszłe pokolenia na nas patrzą. Warto zostawić im jakiś symbol. Jeśli nam się uda, będzie fejm i chwała, a jeżeli nie… przyda się na nagrobek.

Uśmiech znika bez śladu. Wypowiadając ostatnią frazę, jest poważna niczym Antony Jeselnik, kpiący ze swojej rodziny.

Przyglądam się rysunkowi, unoszę brwi.

– Ameba – wyjaśnia Olivia. – Schemat pierwotnej komórki, symbol życia.

– Za dużo detali – kręcę nosem. – Na Ziemi by nie przeszło. Logotyp musi być prosty.

– Wymyśl coś lepszego. – Podsuwa mi kolejne wycięte śmigło.

Chwilę się zastanawiam i rysuję na jego powierzchni dwa równoległoboki, symetryczne, złączone ze sobą jednym bokiem.

Olivia nie wygląda na zachwyconą.

– Zbliźniaczone kryształy gipsu – tłumaczę. – Symbol naszej bazy.

– Bosz… co to jest? Clipart z dwudziestowiecznego Worda? Tak właśnie chcesz być zapamiętany, staruszku? Gdzie odniesienie do korzeni, do ludzkości, do humanizmu? Próbuj jeszcze raz!

Na trzeciej łopacie rysuję okrąg z cienką niteczką o wężowatym kształcie.

Uśmiech, tym razem szelmowski, powraca na oblicze Olivii.

– No, to rozumiem – przytakuje z aprobatą. – Jest prostota, jest nawiązanie do życia, tylko czemu twoja ameba ma tylko jedną nibynóżkę?

– Bo to nie ameba. To marsjański protoczłowiek na wczesnym etapie rozwoju. Jeszcze przed sparowaniem chromosomów.

Czwarty rysunek, tuż obok mojego, jest dziełem uroczej mikrobiolog. Olivia kilkoma sprawnymi ruchami dorysowuje fallusa, nie zapominając o kluczowych detalach. W całej swojej prostocie obrazek jest tak wulgarny, że nie powstydziliby się go nawet graficiarze z Haarlemu.

– Oto Wielki Przedwieczny podczas aktu tworzenia marsjańskiego protoczłowieka. Kwintesencja człowieczeństwa.

 

 

Pogoda jest paskudna.

– Wstrzymajmy się jeszcze – prosi Ophelius, patrząc oczami zbitego psa.

Kręcę tylko głową.

– Przez najbliższe tygodnie wcale nie będzie lepiej. Nie ma na co czekać. Każdy wiatrak to kilka dodatkowych dni życia.

Opportunity opuszcza śluzę i wyjeżdża na zewnątrz, ciągnąc moduł prądnicy i kabel prowadzący do bazy. Najpierw poszuka skalnego podłoża, wwierci się na głębokość dwóch metrów i osadzi w otworze pal z zamocowaną turbiną.

Na Ziemi banalne zadanie dla jednego człowieka. Na Marsie, w trakcie pyłowej burzy, heroiczny czyn na miarę życia i śmierci.

Siedzimy przed monitorami, gryząc paznokcie. Ophelius steruje łazikiem zdalnie. Obrazy z kilku kamer pokazują tumany pyłu przewiewane przez porywisty wiatr. Aluminiowe koła łazika co rusz grzęzną w piachu, a mimo to robot posuwa się naprzód. Powoli, sukcesywnie, wbrew naturze, zmierza ku skalistemu wzniesieniu, gdzie zaplanowaliśmy naszą farmę wiatrową. To ledwie kilkadziesiąt metrów od bazy, a dotarcie tam zajmuje łazikowi ponad godzinę.

Każdy jego ruch śledzimy niczym najlepszy thriller. Patrzymy, jak zamontowany na wysięgniku świder wwierca się w grunt.

Stacja meteo wskazuje podmuchy o sile stu dwudziestu kilometrów na godzinę. W porywach więcej, dużo więcej. Nawet tu, pod ziemią, słychać wycie tego wiatru. Piaszczyste wydmy wędrują na naszych oczach, to przysypując, to odkrywając łazik. Opportunity trwa niewzruszony na posterunku. Kręci wiertłem zagłębiając się w macierzysty grunt.

Kiedy śmigła pierwszej turbiny zaczynają wirować, a na woltomierzu pojawia się napięcie, krzyczymy wniebogłosy, razem, jak za dawnych lat po przyłożeniu w finale Super Bowl. Olivia tańczy, Ophelius płacze, a ciekawskie kamery orbitującego satelity nadają na Ziemi transmisję, którą przy dźwiękach „Dust in the Wind” oraz „I Will Survive” śledzą miliony. Oppy wiecznie żywy, niczym Elvis, znów zadziwia, wzrusza, imponuje.

Nawet mnie, staremu gburowi, udziela się ich radość, choć mam przeczucie, że to tylko odwlekanie egzekucji. Dodatkowe tygodnie w celi śmierci. Ale oni są jeszcze wystarczająco młodzi, by widzieć życie w jasnych barwach. Nie zepsuję im tej namiastki szczęścia. Jeszcze nie teraz.

 

 

Po dwóch dniach pracują już trzy turbiny, a niestrudzony Oppy brnie przez marsjańską pustynię z kolejnym modułem. Pogoda jest coraz gorsza. Liczby na woltomierzu wciąż rosną, a my powoli zatracamy zdolność realnej oceny sytuacji. Zaczynamy wierzyć w supermoce naszego łazika, w jego ducha, piętnastoletnie doświadczenie. Postrzegamy go jak realną istotę. Miejscowy byt, który nam sprzyja. To jednak tylko maszyna. Przekonujemy się o tym gwałtownie i bez ostrzeżenia. Nawet nie wiemy, co właściwie się stało. Na monitorach gasną obrazy z kamer, a zamiast nich pojawia się lakoniczny komunikat o braku sygnału.

Ophelius ma swoje podejrzenia. Brak zasilania, uszkodzona antena, może przepalone obwody? Ale to tylko wróżenie z fusów. Symptomy przypominają te sprzed dwudziestu lat, kiedy łazik zasnął i już się nie obudził.

Inżynier wysyła do łazika dziesiątki poleceń, które mają zrestartować system, wybudzić z uśpienia, sprawić, że łazik się do nas odezwie. Na niewiele to się zdaje, lecz Ophelius wciąż próbuje.

Monitor pokazuje kolejne komendy: "Sweep and beeps", bez odzewu. I jeszcze raz to samo, do skutku, wciąż nic. „In the blind” powinna usunąć błąd zegara. Nie usuwa. To nie ma sensu.

Wychodzę.

Siadam ciężko na mojej koi tymczasowo ustawionej w laboratorium. Olivia podąża za mną. Podchodzi blisko. Zbyt blisko. Chyba dostrzega mój grymas.

– Skoro już umieramy, to może choć na koniec daruj sobie ten wkurzający profesjonalizm. – Jej delikatna dłoń muska mój policzek.

Nie reaguję. Czasem tak jest po prostu najlepiej.

Siada obok mnie. Czuję jej miękkie biodro niewinnie oparte o moje. Olivia zgina nogi i podciąga kolana pod samą brodę niczym nastolatka w korytarzu szkolnym.

– Ja nie żartuję. – Pochyla się, zbliża swe usta ku moim. Dwa centymetry, jeden. Patrzę jej w oczy i tkwię nieruchomo. Powinienem się od niej odsunąć, lecz coś mnie przed tym powstrzymuje. Coś jakby ciekawość, jak blisko można zbliżyć jedne usta do drugich, nim tajemnicze przyciąganie przełamie opór materii. Pół centymetra to wciąż zbyt daleko. Fascynuje mnie ten stan zawieszenia. Olivia czeka, chyba woli, by to do mnie należał ostatni krok. Ja nie chcę, aby on w ogóle nastąpił. Trwamy więc w bezruchu, patrząc na siebie. Jej karminowe usta przyciągają. Mamią. Jednak niewystarczająco mocno.

– Dlaczego ja? – Przerywam intymne misterium.

– Kręci mnie intelekt – odpowiada psotnie.

– Ophelius jest geniuszem, do tego młodszy i przystojniejszy.

– Więc to widocznie moje daddy issues – uśmiecha się przekornie.

Usta Olivii wciąż hipnotyzują. Nie wiem, czy to kształt, czy barwa, czy coś ulotnego, czego nie potrafię nazwać. Kiedy jest blisko, gapię się w nie i nie mogę oderwać wzroku. Czy ona to widzi? Czy zdaje sobie z tego sprawę? Mój jedyny objaw słabości.

– Dlaczego nie ja? – Tym razem to ona przerywa ciszę, z pozoru beznamiętnie.

– Nie wiem. – Odwzajemniam uśmiech, zapewne dużo szpetniej. – Może to moja gynefobia.

 

 

Budzę się nad ranem. Jej dłoń tkwi w mojej dłoni. Niewinny gest skradziony ciemną nocą. Spoglądam na jej piękne, jasne, lekko kręcone włosy. Gdzieniegdzie zdobią je rdzawe pasemka marsjańskiej ochry. Mógłbym przysiąc, że znalazły się tam nieprzypadkowo. Nowy kanon piękności zrodzony w pyle i beznadziei.

Roboczy kombinezon Olivii zapięty jest pod samą szyję. Śpi spokojnie, lekko, niewinnie niczym dziecko. Co kilka sekund niewielki obłok pary wyłania się jej ust.

Czy tak wygląda koniec?

W pomieszczeniu obok po całonocnym maratonie w końcu milknie odgłos klawiatury. Jest już tylko głucha, przeciągła cisza. A potem przestrzeń wypełnia muzyka i słowa Billy Holiday: „I'll be seeing you”.

Koniec

Komentarze

 

A wrzuć jeszcze tę dedykację w opko. :)

Przecież jest dedykacja w przedmowie. Coś mi umknęło? Ma być w treści?

Po to dorzuciłam dodatkowe znaki na dedykację, żeby była integralną częścią opowiadania. :)

Ta jest, pani kierownik!

Dziękuję w imieniu Oppy. :)

OK, fajny pomysł na wykorzystanie Oppy.

Ale nie bardzo przemawia do mnie idea wysyłania na Marsa tak słabo wyposażonej wyprawy. To więźniowie, którzy dostali wybór między krzesłem elektrycznym a Marsem? ;-) I NASA coś mało pomocne, ale może Houston tylko na filmach tak walczy o każdego astronautę.

Research geomartologiczny imponujący.

Chyba zabrakło ostatniego szlifu. I dokąd Ci tak śpieszno?

wypełniam wiadro. Do pełna.

Źle to wygląda.

Z resztą, próbowałem już na dole.

A bez reszty nie próbował? ;-)

Z Tobą też tak próbuje?

Dlaczego dużą literą? Listy do siebie piszą?

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo, za uwagi. Już poprawiłem. 

Tu nie chodzi nawet o pośpiech, po prostu nie wszystko jeszcze dostrzegam, a staram się coraz bardziej ograniczać liczbę betaczytaczy.

Co do pomocy NASA… zakładałem wyprawę przy obecnych możliwościach technologicznych, a więc ewentualna pomoc zależy w dużym stopniu od okna orbitalnego.

Druga kwestia, to opisywana wyprawa w jest opcji one way trip, czyli coś wbrew współczesnej filozofii NASA. Mówimy jednak o przyszłości. Zakładam, że Mr Trump na koniec swojej drugiej kadencji nie miałby skrupułów, by na taki projekt wyrazić zgodę. :)

 

To więźniowie, którzy dostali wybór między krzesłem elektrycznym a Marsem? ;-)

Z tego co pamiętam, ktoś kiedyś robił nabór potencjalnych ochotników na taką wyprawę w jedną stronę i zgłosiły się tysiące ludzi.

 

Słabo wyposażona wyprawa? Przecież rakiety nośne mają swoje ograniczenia. A tu musiałoby być dostarczone wyposażenie całej bazy: reaktor, filtry, pompy, bio lab, śluzy, zapasy żywności. Po prostu w pewnym momencie trzeba wybrać, co jest najbardziej niezbędne.

Sama idea wyprawy bez biletu powrotnego jest do łyknięcia. Ale nie czegoś tak słabo wyekwipowanego, że błyskawicznie zostaje zredukowane do neolitu. A burza piaskowa (rzecz raczej do przewidzenia na Marsie) plus awaria reaktora oznacza, że mają zaryzykować ostatnim źródłem energii.

Jeśli mają takie ciężkie zapasy żywności, to czemu się przejmują, że glony nie będą rosły przez jakiś czas? Nasiona są raczej lekkie (palmy kokosowe odpuśćmy ;-) ).

Jasne, że rakiety mają ograniczenia. Ale może w takim razie trzeba posłać więcej niż jedną, zanim zapakuje się tam ludzi?

Hmmm, wydaje mi się, że jeśli kolonizować, to większą grupą, żeby mogło powstać następne pokolenie. I to zróżnicowane genetycznie.

Babska logika rządzi!

Udane opowiadanie. Zacnie rozgryzłeś główny motyw konkursu, czyli łazik Opportunity :). Czytało się bardzo dobrze, narracja w czasie teraźniejszym dodała dynamiki. Zakończenie chyba zbyt prędkie, ale to tylko moja drobna czepliwość, bo opowiadanie pochłonęłam jednym kęsem. Zgadzam się z Finklą, że NASA jakby trochę nieobecne – uderzyła mnie przede wszystkim uwaga o milionach ludzi oglądających transmisję na Ziemi z działania łazika, bo nie wspomniałeś wcześniej, że przedsięwzięcie odbywa się na tak wielką skalę.

Tak czy owak, opowiadanie zasługuje na klika :)

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Finklo,

w mojej wizji kolejna misja załogowa z dodatkowym wyposażeniem miała być wysyłana co dwa lata. Tutaj pokazana jest sytuacja, kiedy pierwsi koloniści mieszkają już tam od roku, a wyposażenie zaczyna się zużywać.

Kwestia glonów jest istotna jednakowo jako żywność, ale też jako alternatywny system produkcji tlenu, a docelowo do terraformacji planety. Nie mogą być zależni tylko od żywności dostarczanej z Ziemi. Po to dostali laboratorium biologiczne, by częściowo ich karmiło.

Hmmm, wydaje mi się, że jeśli kolonizować, to większą grupą, żeby mogło powstać następne pokolenie. I to zróżnicowane genetycznie.

Taki jest cel. Co dwa lata kolejna grupka, dalszy rozwój bazy, dopracowanie wykorzystania miejscowych zasobów, a w momencie gdy osiągną samowystarczalność, wówczas można myśleć o zróżnicowaniu genetycznym.

 

Sy, dzięki za komentarz.

NASA jakby trochę nieobecne – uderzyła mnie przede wszystkim uwaga o milionach ludzi oglądających transmisję na Ziemi z działania łazika, bo nie wspomniałeś wcześniej, że przedsięwzięcie odbywa się na tak wielką skalę.

NASA przez jakiś czas było nieobecne, ze względu na problem z komunikacją. Ale komunikacja z bazą to jedno, a satelity na orbicie Marsa to drugie.

Co do transmisji na Ziemi, skoro zmagania Oppy śledzono z takim zapałem (nie mówiąc o lądowaniu na Księżycu), to co dopiero załogową misję na Marsa w opałach. Stream wideo z satelity Marsjańskiego to nawet teraz nie jest wielki problem. To byłoby lepsze niż Big Brother ;)

Wiesz, że dzięki orbiterom powierzchnia Marsa jest obecnie dużo lepiej rozpoznana niż dna ziemskich oceanów? 

 staram się coraz bardziej ograniczać liczbę betaczytaczy.

zaczynam się obawiać o utratę pozycji ;)

 

Tekst jest dobry. Kliknęłabym, ale, że konsultowałam, to nie chcę być posądzona o kumoterstwo a i bez tego za chwilę wylądujesz w bibliotece, więc zostawię przyjemność innym :)

Dobrze, Bello:), w taki razie ja kliknę, bo spodobało się i wyedytuję komentarz.

 

Edytka1: Czytałam chyba wkrótce po twoim wstawieniu tekstu. Komentarz jest z zapamiętania. Historia zapada w pamięć. Obie części, ponieważ dzielę opko na duży fragment dotyczący życia załogi, a w zasadzie walki o przetrwanie na Marsie oraz zakończenie, bardzo mi się podobały. Pierwszy przez merytorykę wtrącaną mimochodem (duża sztuka!) połączoną z akcją (ciekawa i mrożąca krew w żyłach), drugi z powodu ładnie opisanej relacji kobieta– mężczyzna, a właście jednej chwili (:D). Warsztat dobry – z przyjemnością czytałam, wręcz smakowałam.

Dwie rzeczy mi nie zagrały. Pierwsza, wspomniana już przez Finklę, czyli one-way ticket i jednoczesne oczekiwanie na upływ roku. Druga – brak połączenia pomiędzy wspomnianymi przeze mnie częściami. Linia podziału jest ostra. Trochę przygotowujesz na nią czytelnika, ale dla mnie w niewystarczającym stopniu.

Edytka2: Muszę dopisać, bo chyba niewystarczająco podkreśliłam. Warsztat bardzo dobry! Emocje, relacje w pierwszej części też super opisane!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

zaczynam się obawiać o utratę pozycji ;)

Płonne twe nadzieje, Bello ;)

 

Dzięki, Asylum, czekam z niecierpliwością.

Tekst, w którym największą uwagę zwracają dwa elementy:

– koncepcja kolonizacji i obraz trudów z nią związanych

– oraz przewijające się (siłą rzeczy), towarzyszące owym realiom odczucia i emocje.

 

Zacznę od koncepcji. 

Koncepcja jako taka jest zdecydowanie najmocniejszym punktem opowiadania. Trudno zresztą, żeby było inaczej, skoro to fundament tekstu. Pierwszą zaletą, którą widać już naprawdę po kilku zdaniach jest próba uwiarygodnienia historii poprzez bardzo rzetelny research. Jestem laikiem, nie zweryfikuję przedstawianych obrazów pod względem wiarygodności, jako czytelnik nie czuję nawet takiej potrzeby. Nie to jest jednak najistotniejsze. Ważne, że poprzez przedstawiane, konkretne informacje robisz wszystko, żebym mógł w tę historię uwierzyć. I na pewnym poziomie to się świetnie udaje. Dlaczego tylko na pewnym, wyjaśnię później.

Research robi więc i wrażenie i sporą robotę, bo też w science – fiction, jak chyba w żadnym innym typie opowiadania, pewne uwiarygodnienie przedstawianych historii jest szalenie ważne. Każdy tekst potrzebuje silnego fundamentu w postaci koncepcji, ale na końcowy odbiór nieraz największy wpływ mają detale. Dbałość o szczegóły, pewna wiarygodność.

Tyle o researchu. Sam tekst skojarzył mi się trochę z “Marsjaninem”. Oczywiście różnic jest wiele. Przede wszystkim piszesz dużo poważniej. Tam przewijała się pewna lekkość, ironia bohatera, jego żartobliwość. U Ciebie tego nie ma… i sumie dobrze. Bo dzięki temu wiem, że będziesz próbował przedstawić historię jednak w sposób bardziej wiarygodny. Tam miałem poczucie takiej pewnej “kinowości” (dobra, głupie określenie, ale lepszego nie znalazłem). A może chęci przedstawienia historii w sposób nadmiernie efektowny?

Ty jesteś bardziej powściągliwy. Nie ma nadmiernego bohaterstwa. Jest określony problem. Jest próba walki, promień nadziei. Ale właśnie tylko promień. Akurat tyle, ile mogło przy tych określonych realiach się pojawić, bez taniego “mityzowania” bohaterów. Fajnie, że nie brnąłeś w przesadną efektowność. Przeładowanie zdarzeń. Wspomniane już nadmierne bohaterstwo.

Jest więc wspomniana koncepcja najsilniejszym punktem opowiadania. Takim, który naprawdę wciąga, bo prezentujesz ją w sposób umiejętny. Ale jeden jej element jest też niestety największym dla odbioru tego tekstu balastem.

Bo tak, jak sam motyw walki z koszmarnie trudnymi warunkami jest w swojej koncepcji szalenie ciekawy (a przez to wciągający), tak fakt pozostawienia tych ludzi samym sobie, zmuszania ich do igrania za śmiercią bez żadnych opcji awaryjnych. Bez żadnego poczucia nawet, że istniał szereg tych różnych opcji, a owa sytuacja jest jakimś absolutnym kataklizmem/nieprzewidzianym wyjątkiem – wszystko to uderza w tę pracę na rzecz uwiarygodnienia historii, którą wcześniej chwaliłem.

W przypadku tego jednego elementu opowiadanie, w moim poczuciu, nie zrobiło nic, by mnie do danej wizji przekonać. A sam przekonać siebie nie potrafię. Kolonizacja będzie potężnym przedsięwzięciem. O niewyobrażalnym zainteresowaniu ludzi i jeszcze większych nakładach finansowych. Trudno mi uwierzyć, że ktoś pozostawi takich kolonizatorów samym sobie. Że nie podejmie nawet paranoicznych środków ostrożności, by nie stało się nic złego. Dlaczego? Bo tak potężne przedsięwzięcie będzie potrzebowało pozytywnego przekazu. A może piszmy wprost: dobrego PR i marketingu. Sprzedania historii w możliwie dobrym świetle. Tak sądzę. Mogę się oczywiście mylić, ale opowiadanie nie robi nic, żeby mnie z tego przekonania wyprowadzić.

Jest to też jedyny chyba powód, dla którego nie nominuję tego tekstu do piórka. Bo on jest dalej bardzo dobry, wciąga,.Czytało mi się świetnie. Ma jednak tę skazę, którą trzeba podkreślić.

To jeszcze dwa słowa o emocjach bohaterów. Ten element musiał się pojawić jako nierozłączna, jak gdyby, część prezentacji surowych warunków i ciężkich realiów. I tutaj mam trochę problem, bo przez własne preferencje, nie mogę ich ocenić w pełni obiektywnie. To znaczy, mnie te emocje bohaterów do końca nie podeszły, bo są jakieś takie… typowe. Trudno czynić z tego zarzut, bo skoro są typowe, to pewnie i wiarygodne. Zresztą, nawet na pytanie, czego bym po nich w takim razie oczekiwał, odpowiedź brzmi: nie wiem. Tym nie mniej, oczekiwałoby się po tych bohaterach, po prezentacji ich odczuć, emocji, żeby ten element stanowił jakąś naprawdę widoczną wartość dodaną. A do tego, czegoś mi jednak zabrakło. Te emocje są odczuwalne, w pewien sposób nakreślone, ale nie tak, żeby miały stanowić zasadniczą zaletę opowiadania.

Tyle ode mnie. Trochę pomarudził, bo od “Piórkowych” oczekuje się więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że z lektury jestem bardzo zadowolony. Naprawdę dobry tekst. :)

Pozdrawiam.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Ode mnie ostatni kliczek :) Komentarz, jak już wyrwę się z zawirowań i wrócę do “normalności”.

Uff! Zasypujesz czytelnika taką ilością informacji, że nawet Internet z całą swoją wiedzą o Marsie musi wydawać się dyletantem. Ale. Najlepsze. Jest. To, że nie da się usiedzieć spokojnie, czytając zakończenie. Co było dalej? Jak to się skończyło? Czy przeżyli? I dlaczego zgodzili się polecieć? Czytelnik szaleje z niepokoju.

Tak więc dziękuję za opowiadanie pełne emocjonalnego napięcia!

PS.

Czy nie należałoby traktować Opportunity jako kobietę? Opportunitas jest rodzaju żeńskiego.

Sięgam po drugie opowiadanie od Ciebie, Chrościsko. Całkiem niedawno przeczytałem “Szósty krąg szyjny”. A wczoraj mieliśmy okazję pogadać przy innym tekście SF.

Po raz kolejny widzę bardzo dobre wykonanie. Językowo, stylistycznie wyszło naprawdę fajnie. Przeczytałem bez problemu, z satysfakcją. Poniżej pozwolę sobie zamieścić cytat, na który zwróciłem uwagę. Ciekawie złożenie, dobre napięcie, daje podgląd na bohatera historii.

Myśl, myśl, myśl!

Panele słoneczne. Można by je oczyścić, tylko co z tego, skoro w powietrzu tyle pyłu, że ledwie widać słońce.

Myśl! Wyjdź poza schemat!

Metan. Jest ukryty w zamarzniętym gruncie, jakby się tak do niego dobrać? Nie. Za mało. Bez sensu. Nie jesteśmy na Ziemi. Szkoda tlenu.

Myśl! Nie poddawaj się tak łatwo!

Światło. Jak nie ze słońca, to skąd? Nie, to na nic.

Opieram się o krzesło, bezsilny. Ziemia. Bez jej pomocy sobie nie poradzimy.

Narracja w czasie teraźniejszym trafiła do mnie. Forma przypadła mi do gustu. Bohaterowie mają własne historie, szef jest małą tajemnicą, ale to ułożenie wychodzi ciekawie. Dialogi nie zgrzytają, nie widzę tutaj problemu. Są całkiem przekonujące. 

Pomysły dobre, niektóre nawet bardzo dobre. Doceniam rozpisanie Oppiego. A przede wszystkim doceniam rozpisanie problemu, z którym zmierzyli się bohaterowie. To była ciekawa akcja. Wymagała zapewne solidnego przemyślenia tematu. Na niektóre rzeczy nie popatrzę oczywiście właściwie, ponieważ nie mam głowy do inżynierii. Miałem pewne opory, żeby zaakceptować stan rzeczy związany z biedaekspedycją. Ten element może budzić wątpliwości, czy faktycznie tak by to było. A skoro założyłeś, że ekspedycja prezentuje obecny stan technologiczny to, dlaczego popchnąłeś historie opowiadania w przyszłość? (jeśli oczywiście popchnąłeś, wprawdzie nie jest to jednoznacznie powiedziane). Ale myślę, że ta sprawa nie przesądza odczytu opowieści.

Nie jestem miłośnikiem hard SF, bo to jeszcze zbyt ciężka strawa dla mnie. Dlatego zmęczyły mnie trochę opisy na początku. Aczkolwiek doceniam ich stworzenie ze względu na research i popis wiedzy. Jak najbardziej mieści się to w konwencji, więc docelowy czytelnik nie powinien mieć z tym problemu. Szybkie wejście do BiB było formalnością.

Jako czytelnik nie zawiodłem się na lekturze. Drugie opowiadanie od Ciebie, które przeczytałem, trzyma poziom. 

Pozdrawiam :)

Jestem pod wrażeniem, Chrościsko. Temat konkursowy to zupełnie nie mój target i w ogóle nie planowałem czytać opowiadań w tym konkursie, ale na ogół trafiasz ze swoimi pomysłami w moje gusta, więc powiedziałem sobie, a co tam, jednak godzina z życia w to czy w tamto. ;)

Nie zastanawiałem się, jak powinno takie opowiadanie wyglądać, ale przeczytawszy Twoje, powiedziałbym, że właśnie tak. :) Jest marsjański klimat, jest strona naukowa, bo takowa powinna być pośród takiej załogi, ale jest też obyczajówka. I nawet sensownie wykorzystałeś Oppy, dodając kabelkom i silniczkom coś, ale nie za dużo, by nie pomylić jej w końcu z człowiekiem. Tak w sam raz, jak dla mnie.

W ogóle dobrze rozegrałeś całe opowiadanie. Nie ma się do czego przyczepić, a lubię. ;)

Podoba mi się Twoje pisanie, na pewno chwycę za powieść, jeśli kiedyś napiszesz. Opowiadania piszesz bez większych błędów i mniejszych zresztą też, reszta to kwestia gustu i preferencji czytelnika.

Powodzenia w konkursie, będziesz miał mocną pozycję. Mimo, że na razie są tylko dwa opka.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

CM,

dziękuję za bardzo obszerny i merytoryczny komentarz. Rację mieli Ci, co widzieli Cię w Loży. ;)

Wracając do meritum, skoro jesteś już trzecią osobą z rzędu, która narzeka na zbyt okrojone zasoby wyprawy, to pozostaje mi tylko przyjąć to do wiadomości.

 

Trudno mi uwierzyć, że ktoś pozostawi takich kolonizatorów samym sobie. Że nie podejmie nawet paranoicznych środków ostrożności, by nie stało się nic złego.

I właśnie przez te paranoiczne środki ostrożności jeszcze nas na Marsie nie ma, i długo nie będzie. W mojej wizji przyszłości wybrano opcję ekonomiczną, i jedyną, możliwą do zrealizowania bez ponoszenia horrendalnych kosztów.

Moim błędem było nie to, że taką koncepcję przyjąłem, ale że nie wyjaśniłem tego w tekście.

 

 Co do bohaterów. Starałem wysłać tam ludzi z bagażem takich doświadczeń, którzy nie do końca czuli się na Ziemi szczęśliwi/spełnieni. Olivia, szukająca swojej drogi, Vincent, wypalony człowiek, któremu już bez różnicy, gdzie umrze, i Ophelius – pasjonat, który swą pasję przedkłada nad własne życie. Nie chciałem ich przedstawiać zbyt obrazowo, bo to jednak introwertycy. Moją intencją było przedstawić ich emocje w sposób dyskretny, nienachalny. Tak jak trudno poznać jest wnętrze introwertyka, tak i oni skrywali swe cechy przed czytelnikiem. Zadanie niełatwe, by zmieścić to w 30k znakach. W powieści mogłoby się udać.

 

Dzięki, Katko, za klika.

 

Chalbarczyku, łazik w języku polskim ma rodzaj męski, więc i Opportunity ten sam rodzaj otrzymał. Wszak nawet mężczyźni o imieniu Maria, wciąż pozostają mężczyznami.

Cieszę się, że Ci się spodobało. Twe pytania pozostawię jednak bez odpowiedzi, gdyż taki był pierwotny zamysł. :)

 

Mersayake

Miałem pewne opory, żeby zaakceptować stan rzeczy związany z biedaekspedycją.

Pozwolę sobie wrócić do naszej wczorajszej dyskusji. “Biedaekspedycja” – widzisz jak wiele informacji i niuansów udało Ci się określić tylko jednym słowem? ;)

 

A skoro założyłeś, że ekspedycja prezentuje obecny stan technologiczny to, dlaczego popchnąłeś historie opowiadania w przyszłość?

Ależ według współczesnych planów najbliższy realny termin załogowej misji na Marsa to końcówka lat trzydziestych. Czyli jakieś dwadzieścia lat od teraz. Taki scenariusz założyłem. I tak jest on nad wyraz optymistyczny, bo pamiętam, że w latach dziewięćdziesiątych, również mówiono o dwudziestu latach.

Co więcej, taka misja wymagałaby kilku wcześniejszych bezzałogowych lotów przygotowawczych, a okno orbitalne jest tylko co dwa lata. Tak więc scenariusz przedstawiony w opowiadaniu jest chyba najbardziej optymistyczny z możliwych.

 

Odnośnie ciężkości opisów geologicznych jestem wyjątkowo zadowolony, bo jesteś dopiero pierwszą osobą, która zwraca na to uwagę. W moich wcześniejszych tekstach SF było zwykle tych skarg dużo więcej, tak więc starałem się tutaj tę naukę podać przystępniej.

Chrościsko, dzięki za wyjaśnienie. Teraz rozumiem. Wydaje się to spójne.

 

Powodzenia w konkursie :)

Darconie,

cieszę się, że tekst się spodobał oraz że wróciłeś do nas po dłuższym czasie. 

Podoba mi się Twoje pisanie, na pewno chwycę za powieść, jeśli kiedyś napiszesz.

Jedną właśnie napisałem, ale mam wątpliwości czy ktokolwiek zechce ją wydać. Zobaczymy. To jednak troszkę inne pisanie niż to, co publikuję tutaj.

 

A jeśli mowa już o publikacjach, to za jakiś czas się do Ciebie zgłoszę. “Teatr Mistrza Tramonte” łapie się do Fantastycznych Piór 2019.

 

I oczywiście zachęcam Cię do udziału w konkursie o Trójkątach Studenckich i innych górskich dewiacjach.

Czy wyprawa jest słabo wyposażona? Raczej to kwestia tego, że w kosmosie działa wiele czynników i nie wszystkie można przewidzieć – czego jasno dowodzi historia lotów kosmicznych. Tam nie starczy wszystkiego mieć podwójnie, a i tak trzeba być gotowym na sytuacje awaryjne – i to akurat jest bardzo realistyczną częścią tekstu.

Całość jest w zasadzie przedłużoną sceną, obrazem jak mogłaby wyglądać awaria bazy na Marsie. Trochę widzę tu dalekiego echa jednego z krótszych opowiadań Kena Liu, było coś o zasypanych panelach, chociaż tu wyszło to może mniej science niż tam, ale za to dużo przyjaźniej dla czytelnika pod względem stylu i tego co się dzieje.

Udana zagrywka z tempem – najpierw nuda marsjańskiej stacji, potem nagle coś się dzieje, a potem wygasza, tak jak gasną szanse przetrwania.

Finał nie do końca satysfakcjonujący, ale bardzo realistyczny.

Co zgrzyta… Wysłanie trzech osób. W sumie już Lem zwracał uwagę na to, że w trakcie długotrwałych misji trzy osoby to najgorsza możliwa liczba, bo prędzej czy póxniej ktoś zostanie z boku.

 

Ciekawy jest wątek zerwania łączności z Ziemią przy jednoczesnym działaniu systemów. Bez względu na to, gdzie była przyczyna, to bohater nie formułuje myśli i nie przekazuje ich dalej. Sama pierwsza reakcja wiarygodna, wiarygodne też to, że z jakiegoś powodu nie przekazał informacji, ale jednak czegoś tu brakło, jakby jakaś scena została pominięta lub wycięta. Niekoniecznie wyjaśniająca – bo tu nie ma miejsca na wyjaśnienie skoro nie ma informacji zwrotnych. Można podsuwać przemyślenia bohatera, ale tez nie trzeba, równie dobrze czytelnik może być zmuszony do samodzielnego myślenia o tym. Ale zwyczajnie można by było gdzieś zasygnalizować, ze go to dalej męczy (nie jestem przekonany czy fragment “Nie zepsuję im tej namiastki szczęścia. Jeszcze nie teraz.” był właśnie takim sygnałem, czy jednak ogólnym pesymizmem).

 

“Gdy wychodzimy poza lab, ubieramy się jak Sybiracy na zsyłkę.”

– pytanie czy to sformułowanie byłoby używane przez osoby z zachodu?

 

W całej swojej prostocie obrazem jest tak wulgarny

-> obrazek

 

Czy wyprawa jest słabo wyposażona? Raczej to kwestia tego, że w kosmosie działa wiele czynników i nie wszystkie można przewidzieć – czego jasno dowodzi historia lotów kosmicznych. Tam nie starczy wszystkiego mieć podwójnie, a i tak trzeba być gotowym na sytuacje awaryjne – i to akurat jest bardzo realistyczną częścią tekstu.

W końcu ktoś podziela moje zdanie. :)

 

Wysłanie trzech osób. W sumie już Lem zwracał uwagę na to, że w trakcie długotrwałych misji trzy osoby to najgorsza możliwa liczba, bo prędzej czy póxniej ktoś zostanie z boku.

Ciekawa uwaga, ale trzeba mieć na uwadze, że po dwóch latach miała dolecieć kolejna misja załogowa, więc stan osobowy był tylko tymczasowy.

 

ale jednak czegoś tu brakło, jakby jakaś scena została pominięta lub wycięta.

Dobre masz oko. Scena wyjaśniająca przyczyny chwilowego braku komunikacji oraz wiadomość, która później dotarła, została usunięta, by nie pokazywać pełni beznadziei, w jakiej się znaleźli.

Zostało z niej tylko to jedno lakoniczne zdanie, które również wyłapałeś. :)

 

“Gdy wychodzimy poza lab, ubieramy się jak Sybiracy na zsyłkę.”

– pytanie czy to sformułowanie byłoby używane przez osoby z zachodu?

Nazwisko Vincenta wskazuje, że mógł co nieco o Syberii wiedzieć. Przynajmniej ze słyszenia.

 

Dzięki za uwagi wilku-zimowy.

Fajne :)

Przynoszę radość :)

:)

Po pierwsze – ogromne wrażenie zrobił na mnie research, który sprawił, że czytając, “wierzyłam” w opowiadaną przez Ciebie historię.

Po drugie – świetny warsztat i świetny język.

Po trzecie – bardzo dobry pomysł na wykorzystanie Opportunity.

 

Poza tym spodobał mi się wątek obyczajowy, a szczególnie scena pocałunku, mówiąca w niewielu słowach wiele o damsko-męskiej relacji narratora i Olivii. Zakończenie i narracja pierwszoobowa w czasie teraźniejszym też na plus. Ogólnie całość bardzo mi się :) Powodzenia w konkursie :)

Dziękuję, Katko. :)

Widać rzetelny “risercz”, a poza tym opowiadanie zostało napisane w taki sposób, że nawet skomplikowane zagadnienia są przystępnie wyjaśnione.

Podobała mi się konstrukcja bohaterów. Ciekawie wypadła zwłaszcza postać Olivii, ale również pozostałych. Interesująco zabrzmiał wątek ojca Opheliusa i powiązanie osobistej historii naukowca z łazikiem Opportunity. Zgadzam się z Darconem, że właśnie tak powinno wyglądać marsjańskie opowiadanie. Czytając dedykację w przedmowie miałam obawy, czy uczłowieczanie łazika nie będzie przesadzone, ale tak się nie stało.

Mimo długości, tekst dobrze i szybko się czytało. Lubię czas teraźniejszy, który dynamizuje akcję. Przez całe opowiadanie utrzymujesz uwagę czytelnika, pokazując zagrożenie, w jakim znaleźli się bohaterowie, a jednocześnie – dając nadzieję na ich przetrwanie. Świadomość transmisji na Ziemię podkreśla trudną sytuację ekspedycji. Dobrze, że te emocje nie są przesadnie wyeksponowane, ale zaznaczone właśnie w taki sposób.

opowiadanie zostało napisane w taki sposób, że nawet skomplikowane zagadnienia są przystępnie wyjaśnione.

Ando, bardzo się cieszę, że tak to odebrałaś, bo zależało mi, by okiełznać nieco techniczny slang. W przeszłości różnie z tym u mnie bywało.

Dziękuję za nominację.

Mnie także początkowo zdziwiło spartańskie wyposażenie stacji, że o nielicznej załodze nie wspomnę, ale myślę, Chrościsko, że takie okoliczności pozwoliły mi lepiej wczuć się w sytuację trojga bohaterów, zrozumieć ich dążenia i determinację w stworzeniu sobie warunków do przetrwania.

Niezmiernie podoba mi się też rola, jaką w tym zdarzeniu przewidziałeś dla Oppy, a jeszcze bardziej to, że łazik tu żyje, że jest czwartym członkiem załogi.

Bardzo satysfakcjonująca lektura. ;)

 

Naj­czę­ściej spo­ty­ka­my się w la­bo­ra­to­riom. ―> Literówka.

 

– Ale? – In­ży­nier jakby do­pie­ro teraz za­sko­czył – Gdzie ja będę pra­co­wał? ―> Brak kropki po didaskaliach.

 

ubie­ra­my się jak Sy­bi­ra­cy na zsył­kę. ―> …ubie­ra­my się jak sy­bi­ra­cy na zsył­kę.

Za SJP PWN: Sybirak (mieszkaniec Syberii) sybirak (więzień lub zesłaniec na Syberię)

 

Czer­wo­na­we brody wpierw po­kry­wa­ją się bia­łym na­lo­tem, a potem rosną. ―> Czy to biały nalot sprawiał, że brody rosły?

 

Łapię za spodnie i wkła­dam je na sie­bie. ―> Łapię spodnie i wkła­dam je na sie­bie.

 

Mru­żąc oczy, pod­no­si kącik ust w ge­ście trium­fu. ―> Gesty wykonuje się rękami, nie ustami.

Proponuję: Mru­żąc oczy, pod­no­si kącik ust w wyrazie trium­fu.

 

Przy­glą­dam się ry­sun­ko­wi, uno­szę brwi do góry. ―> Masło maślane – czy istniała możliwość, aby uniósł brwi do dołu?

Wystarczy: Przy­glą­dam się ry­sun­ko­wi, uno­szę brwi.

 

– No, to ro­zu­miem.Przy­ta­ku­je z apro­ba­tą. ―> – No, to ro­zu­miem – przy­ta­ku­je z apro­ba­tą.

 

Oli­wia kil­ko­ma spraw­ny­mi ru­cha­mi do­ry­so­wu­je mę­skie­go fal­lu­sa… ―> Czy bywają też fallusy żeńskie?

 

krzy­czy­my w nie­bo­gło­sy, razem… ―> …krzy­czy­my wnie­bo­gło­sy, razem

 

by pa­trzeć na życie w ja­snych bar­wach. ―> …by widzieć życie w ja­snych bar­wach.

 

lecz coś mnie przed tym wzbra­nia. ―> …lecz coś mnie przed tym powstrzymuje.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Reg, za pakiet standard ;) Nawet nie było tych niedociągnięć aż tak dużo, choć wciąż więcej niżbym sobie życzył.

Wszystkie usterki już poprawiłem.

Odnośnie do spartańskiego wyposażenia, tak sobie to wyobrażałem i tak przedstawiłem. Jeżeli kolonia na Marsie ma istnieć, to tylko przy możliwie maksymalnym wykorzystaniu miejscowych zasobów. Zależność od Ziemi jest zbyt kosztowna, a każdy dodatkowy człowiek/urządzenie/instalacja to miliony dolarów. Co więcej, okno orbitalne pojawia się raz na dwa lata, i tylko wtedy można wysyłać zaopatrzenie z Ziemi. W pozostałych okresach ma szans na pomoc z zewnątrz, bo Mars i Ziemia są od siebie za bardzo oddalone. Trzeba więc być samowystarczalnym. Worek bez dna nie ma racji bytu.

Przyznam się też, że wolę właśnie takie spartańskie wizje, niż wielkie, sterylne, supernowoczesne statki kosmiczne. 

Cieszy mnie, że lektura okazała się satysfakcjonująca. :) 

I ja się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne i że dorzuciłeś kilka zdań uzasadniających warunki, w jakich bohaterom przyszło zmagać się z przeciwnościami. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chrościsko, pozwolę sobie jeszcze zwrócić Ci uwagę, że w całym opowiadaniu masz Oliv, ale w dwóch zdaniach przyplątała się Oliwia:

– Ha, więc nie pamiętasz! – stwierdza Oliwia.

Oliwia kilkoma sprawnymi ruchami

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja jeszcze dodam, że odnośnie wyposażenia stacji i jego awaryjności, to ciekawych wniosków może dostarczyć nawet szybkie sprawdzenie w wyszukiwarce ile awarii pojawia się na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej i jak czasem trzeba czekać na ich naprawę. A to przecież obiekt na orbicie, a nie na innej planecie i bez wątpienia od początku przygotowany z myślą o długotrwałym użytkowaniu.

No, ale że nie mogą wyjść na zewnątrz? To już chyba przesada.

Babska logika rządzi!

“Tylko wyjść” a “wyjść i czyścić panele” to nie to samo. To drugie w opisanych warunkach byłoby mocno ryzykowne, a przy okazji także nieefektywne, bo za chwilę wszystko byłoby ponownie zasypane. A już wyjście na otwartą przestrzeń w celu montowania turbin to już kompletnie osobny temat, przy którym prędzej można się zastanawiać na ile stabilnie prowadzony jest sam montaż, skoro warunki nie sprzyjają precyzji.

Ale dlaczego mocno ryzykowne?

Bardziej niż zakładanie, że do wylądowania następnej misji nie będzie żadnej awarii elektryki?

Babska logika rządzi!

Finklo, to że nie mogą wyjść na zewnątrz jest wyjaśnione w tekście. Nie mogą wychodzić ze wzgledu na rozszczelnione kombinezony, czyli nie niedoposażenie wyprawy, a awarię wynikającą ze zużycia sprzętu. Przecież skoro te wszystkie złomy łazików pozwozili do bazy, to znaczy, że wcześniej wychodzili na zewnątrz i nie było z tym problemu.

No, i dlaczego mają takie kiepskie kombinezony? Nie jeden, zepsuty przypadkiem, tylko wszystkie? Większość moich ubrań ma ponad dwa lata i nadal nieźle się trzyma. I nie mówię tylko o wieczorowych kieckach, także o kurtkach, w sezonie zakładanych prawie codziennie. Nie mów mi, że porządnie zrobiony kombinezon będzie dużo cięższy od byle jakiego. A jeśli już mają szmelc z chińskiej przeceny, to dałbyś im chociaż jakieś zestawy do łatania.

Trochę mi to wygląda, że spiętrzyłeś biednym ludziom sztuczne przeszkody, żeby postawić ich w sytuacji bez wyjścia, żebyśmy im współczuli. Ale odrobinę przegiąłeś – w moim przypadku – mam wrażenie, że to nie ludzie biedni, tylko wyprawa źle przygotowana.

Babska logika rządzi!

Dla mnie przekonujące wydawało się, że załoga nie może wyjść z bazy z powodu silnego wiatru. Odniosłam wrażenie, że warunki zastane na Marsie okazały się gorsze niż zakładali uczestnicy wyprawy.

Zwiększająca się beznadziejność sytuacji tworzy klimat opowiadania, z tego bym nie rezygnowała. Możliwa wydaje się awaria generatorów prądu, nawet obliczonych na dłuższy czas bezawaryjnej pracy (trudne warunki, zdarzenia losowe).

Podczas czytania odniosłam wrażenie, że ta misja nie była szczególnie chwalona i dobrze finansowana. Może pójść tym tropem, dodać jakieś zdanie lub krótki dialog z Ziemią wyjaśniający odmowę natychmiastowej pomocy i słabe wyposażenie (np. dawny konflikt między bohaterem a osobą decydującą o wysłaniu pomocy lub finansowaniu misji).

Nieee, wiatr nie powinien być przeszkodą. Wprawdzie marsjańskie wiatry rozwijają ogromne prędkości, ale ciśnienie jest słabiutkie (około 1% ziemskiego), więc siły toto nie ma. Podobno nie da rady przesunąć cegły.

Babska logika rządzi!

Finklo, wiatr o takiej prędkości potrafi być przeszkodą na Ziemi. Mniejsze ciśnienie to jedno, ale mnóstwo pyłu niesionego tym wiatrem nadal robi swoje. Nie wiem jak z cegłami, ale drobinki w hurtowych ilościach chyba niesie. Pomijając ograniczenia widoczności i zupełnie inną stabilność w trakcie chodzenia po pyle, to ów pył będzie się dostawać wszędzie, gdzie tylko może. W połączeniu z nawet drobnymi uszkodzeniami skafandrów to kombinacja naprawdę groźna.

OK, pył to może być problem. Chociaż nie wiem, ile ta marsjańska atmosfera jest w stanie unieść. Ichnie powietrze naprawdę ma malutką masę.

Drobne uszkodzenie skafandra to raczej wyrok śmierci, z pyłem czy bez. W takim ciśnieniu człowiek nie przeżyje (w takim stężeniu CO2 zresztą też nie). Dla porównania: na szczycie Mont Everest jest ok. 30% normalnego ciśnienia i rzadko kto potrafi tam oddychać bez aparatu.

Dlatego nie wysyłałabym na Marsa żadnej wycieczki w łatwo psujących się skafandrach, bez żadnej możliwości naprawy.

Babska logika rządzi!

Finklo, skoro w czasie burz pyłowych pył potrafi przesłaniać słońce, to jest to dowód, że marsjański wiatr jest w stanie ten pył unosić i transportować.

Co gorsza, w marsjańskim pyle znajduje się istotny odsetek silnie toksycznych i reaktywnych nadchloranów. Jest to kolejne zagrożenie, czekające na zewnątrz, i między innymi to miałem na uwadze “zabraniając” moim bohaterom wychodzić na zewnątrz. 

Bo nawet jeżeli kombinezon byłby szczelny, to by uniknąć intoksykacji, przed wejściem do bazy trzeba by go wyczyścić. Nie bardzo wyobrażam sobie jak takie czyszczenie na Marsie miałoby wyglądać, przecież ilość detergentów/wody, czy co tam się w kosmosie do prania używa, będzie tam ograniczona.

Co więcej, wyobrażam sobie, że nawet supernowoczesne skafandry w takim środowisku będą się zużywać dużo szybciej niż Twe ziemskie ubrania na Ziemi, czyściutkie i schowane w przyjaznej szafie.

Co do zestawu łatającego. No właśnie, można załatać, ale w przypadku powyższych zagrożeń, do tego w obecności burzy pyłowej, czy byłabyś skłonna wychodzić na zewnątrz w łatanym kombinezonie? Pamiętaj, że w przypadku intoksykacji nie ma na miejscu szpitala, a leczenie nawet błahych zadrapań może być wiele trudniejsze niż na ziemi.

Nadchlorany zabijają florę bakteryjną w przeciągu kilku sekund.

Nie kwestionuję unoszenia pyłu. Kwestionuję, że wiatr będzie na tyle silny, żeby przeszkadzać ludziom w chodzeniu, fizycznie demolować sprzęt itd.

Zasłanianie słońca. No tak, zasłania. Ale chmura z satelity (czy nawet z samolotu) wygląda dość solidnie. A z poziomu gruntu to zwykła mgła. Co tak naprawdę wiemy o marsjańskiej burzy oglądanej z parteru? Nie wierzę w coś podobnego do ziemskiej burzy piaskowej, z piachem siekącym skórę czy zrywanie dachów – to powietrze jest za cienkie w uszach, żeby to wszystko udźwignąć. Pewnie więcej niż mgła, ale prawdy po prostu nie znam.

Na nadchloranach się absolutnie nie znam, więc się nie będę wypowiadać.

Acz wydaje mi się, że ciśnienie na poziomie 1000 paskali zabija ludzi jeszcze szybciej.

Smog też jest niezdrowy, ale i tak rano wychodzę z domu do roboty, chociaż powietrze w śródmieściu niekiedy śmierdzi. I to bez kombinezonu.

Na procedurach czyszczenia skafandrów po powrocie do bazy też się nie znam. Strumień sprężonego gazu? Coś neutralizującego syfy?

Z zadrapaniami chyba przesadzasz – w końcu bakterii na Marsie też dużo nie ma, tylko to, co kosmonauci przywieźli ze sobą.

Gdybym miała do wyboru dość pewną śmierć z głodu albo uduszenia, a z drugiej strony ryzyko zetknięcia z nadchloranami? Tak, poszłabym odgarnąć pył.

Zapewne kombinezony będą się zużywać szybciej. I NASA przed wysłaniem ludzi o tym nie wiedziało? Nie próbowało zaradzić?

Babska logika rządzi!

Wyznam szczerze, zmęczył mnie ten tekst. Na początku wszystko było fajnie, narracja w czasie teraźniejszym, krótko prowadzona przy nodze, myślę, będzie po męsku, twardo, szorstko i bez piertenteges. Szybko zaczęło niestety nużyć. Lubię taką narrację, ale jeśli jest czymś przełamana, nie wiem, bohater jest człowiekiem z przypadku i się mota, albo jest w tym jakiś dystans, a ty jedziesz tak śmiertelnie poważnie, jakby tekst miał cholernie ciężki ładunek emocjonalny, a nie ma, i w tym tkwi cały szkopuł.

Brakuje tu napięcia. Przedstawiasz trójkę wysoko wykwalifikowanych specjalistów, świadomych niebezpieczeństw zadania, którego się podjęli i ich losy, gdy coś tam nie pykło. No właśnie. Coś tam. Gdzieś pół słowem wspominasz o ostatnim skafandrze, który padł, o burzy pyłowej, która rozszalała się bardziej, niż można było przewidzieć, ale to wszystko było już jakiś czas temu i bohaterowie zdążyli się już z tym chyba oswoić, bo przecież wiedzieli na co się piszą, wsiadając do rakiety. Jakim sposobem mam się wzruszyć ich losem, gdy to niebezpieczeństwo, to wiszące nad nimi zło tego świata (jakże obcego) w toku narracji nie występuje? Nic nie spierdaczyło się nagle, na oczach widzów, nie zadziało się nic ciekawego/efektownego, co mogło by poruszyć, na czym czytelnik mógłby zbudować jakiś stosunek do bohatera. A zamiast tego gatki-szmatki o glonach, algach i duperelach, o których zamkniętym ze sobą na niewielkiej przestrzeni bohaterom musiało by się znudzić gadać już wieki temu. Nie ma też nic ciekawego w tym, że zasypało świetliki, bo jak burza pyłowa to jakże miało być inaczej, nie ma nic intrygującego w sposobie w jaki na rozwiązanie kłopotu wpada bohater. Zamiast tego walisz grubym słowem w typie: “pogoda jest paskudna”, “sytuacja jest dramatyczna” i w ogóle wszystko na źle, gdy nie zadbałaś o to abym cokolwiek do bohatera poczuł. Bo przecież emocji i sympatii wzbudzać też nie może Oppy. Bądźmy dorośli, to nie Wall-E. Jeśli komukolwiek należą się gratki za kawał dobrej roboty, to konstruktorom i inżynierom, nie stworzonemu przez nich narzędziu. Przesadne personifikowanie przedmiotów jest tak samo niestosowne, jak uprzedmiotawianie ludzi.

Ogólnie rzecz ujmując po lekturze miałem wrażenie, że obejrzałem hollywoodzki blockbuster sf, gdzie kupa kasy poszła na dekoracje, efekty specjalne, gażę reżysera i topowej obsady, ale to, co najważniejsze (napięcie, bohater, emocje) pozostało tanie. I umówmy się, że ja tu sobie tak jadę bez żadnego ale, bo to co w tekście dobre/wartościowe itp. to chyba widać i wiadomo, że jest i jak się nazywa, ale od starego wygi mam prawo wymagać więcej, no a przynajmniej tyle, aby nie pozostawił mnie obojętnym na opowiadaną historię. A tak się w tym przypadku stało.

Kolejne opowiadanie, które prawdopodobnie otrzyma nominację do piórka, przy którym niestety zagłosowałbym na NIE.

Dlaczego? Jest to przecież rzadka na portalu próba rasowej science-fiction, z dobrym researchem, do tego osadzona w bardzo klasycznej scenografii stacji kosmicznej i z klasyczną walką o przetrwanie w obcym i zabójczym środowisku. Wszystko, co tygrysy lubią. A jednak…

Zacznę może od tego, że dostrzegam kilka podobieństw Twojego opowiadania do mojego "Trzeba czekać": stacja marsjańska, poszukiwanie katalizatora terraformacji, niejednoznaczna postać kobieca, awaria sprzętu, problemy z łącznością, burza piaskowa, glony/algi/porosty/bakterie, raport bohatera w formie zapisków (a przy okazji u mnie straszny infodump), jest nawet porównanie owej postaci kobiecej (u mnie Alicji) do Wenus. W obu tekstach są również wspomniane kwestie oglądalności, popularności – mówiąc ogólnie PR misji. Takich przypadkowych zbieżności jest więcej. I także pod moim testem padały porównania do "Marsjanina". Opowiadanie powstało jednak około 2002 roku i ukazało się potem w Fahrenheicie w roku 2005, można więc powiedzieć, że to Andy Weir ściągał ode mnie ;). Nawet głównego bohatera nazwał tak jak ja: Mark. Oczywiście ja poszedłem w zupełnie inną stronę niż Weir i Chrościsko i zupełnie o czym innym chciałem opowiedzieć.

I tutaj pojawia się pierwszy argument za moim NIE. Bo jeśli mogę coś zarzucić tekstowi, to przede wszystkim brak głównego, wiążącego fabułę pomysłu. Pomysłu, który byłby osią tej historii, jej fundamentem, motywem przewodnim, ideą, wokół której opowieść się splata i spełnia w finale. Moje opowiadanie (wybacz te ciągłe porównywanie) oparte było właśnie na pomyśle. Nie wszystkich on przekonał i nie każdemu się spodobał, ale był podstawą, na której opierała się cała historia i mocny twist na koniec (a Cobold ponoć mi tego pomysłu nawet zazdrościł). U Ciebie takiego wyrazistego pomysłu zabrakło. Bo co nim jest? Podziemna wersja misji na Marsa? Biorąc pod uwagę zabójcze promieniowanie i chociażby nawiedzające planetę burze, to nie jest żaden autorski pomysł, tylko realna koncepcja takiej misji. Zresztą u mnie też są podziemia stacji – to właściwie konieczność na Czerwonej Planecie.

A może takim pomysłem ma być drugie życie Opportunity, wykorzystanego do uratowania bohaterów? Być może takie było założenie, jednak ten wątek moim zdaniem mocno rozmywa się wśród innych elementów i dygresji narratora. Mamy scenę malowania płatów wirnika, mamy wspomnienia bohaterów, pojawiają się też inne wątki. Właściwie łazik wskakuje na scenę pod koniec opowiadania (wcześniej tylko o nim wspominasz) i szybko z niej schodzi. Jego linii fabularnej brakuje nawet jakiegoś mocnego finału. Gdyby dodać jej większej mocy, jakieś dramaturgii, zaskoczenia, lub znaczenia i miejsca w tej historii byłbym skłonny uznać to za ów wiążący i unoszący fabułę pomysł. Ale przy tym niestety średnio oryginalny, bo i w filmowych "Czerwonej planecie" i „Misji na Marsa” czy nawet we wspomnianym "Marsjaninie" mieliśmy już przecież wykorzystanie urządzeń z poprzednich misji, członów rakiet, lądowników itp. w celach ratunkowych. A sam przyznasz, że opowiadanie, w którym głównym pomysłem jest takie wykorzystanie łazika, a które można streścić w ten sposób: siadł im sprzęt w bazie na Marsie i zasypało okna, potrzebne do hodowli alg, więc użyli starego łazika do osadzenia turbin, które miały przewiać pył… Hmm to nie brzmi porywająco. Zwłaszcza gdy ktoś zapyta: No i co? A odpowiedź brzmi: No i nic…

Druga uwaga dotyczy kompozycji czy może konstrukcji tekstu. Rozbudowujesz kilka scen, skupiając się bardziej na relacjach międzyludzkich, przemyśleniach narratora, snując w tle dosyć luźną historię Opportunity i walki o życie, a ja do końca nie wiem, czy ten tekst ma jakąś wyrazistą oś fabularną, wstęp, rozwinięcie i zakończenie, solidnie powiązane ze sobą, nie tylko na planie wydarzeń, ale przede wszystkim w swojej strukturze i właściwym wyważeniu elementów składowych. 

Czy to na pewno konstrukcja przemyślana i tworząca spójny obraz, czy to raczej rozrzucone puzzle? Niby przedstawiają jeden widok, ale Autor jakby zapomniał je ze sobą ściśle połączyć. Bo owszem, snujesz historię tej walki o przetrwanie, ale w zasadzie bardziej skupiasz się na rozbudowanych scenach dotyczących czegoś innego, które ten "dramatyczny" wątek luźno łączy. To osłabia dramaturgię, spowalnia akcję, rozcieńcza historię i czytelnik traci pewność o czym tak naprawdę Autor chciał opowiedzieć. Do tego skaczesz od jednej sceny do kolejnej, trochę zaniedbując płynność tych skoków. W efekcie, w sumie niewielkim objętościowo tekście sporo jest o wymyślaniu loga, o ojcu jednego z załogantów, o związku pary bohaterów, a główna oś fabularna w tym wszystkim się trochę gubi i rozmywa. Tak jak rozmyte jest samo zakończenie opowiadania.

Co chciałbym pochwalić, to wspomniany research. Szarpnąłeś się na konkretną science-fiction, Chrościsko. To rzadkość na portalu i za to wielki plus. Stronę science oparłeś mocno na swojej dziedzinie (geologii). Może czasem wtrącasz zbyt wiele tych geologicznych szczegółów, ale biorąc pod uwagę profesję głównego bohatera to jednak ma sens i nie przeszkadza. A robi dobre wrażenie.

Za to nie do końca przekonuje mnie (i chyba nie tylko mnie) cała logistyka opisywanej misji. Sporo pisze o tym Finkla i inni komentujący. I ja mam swoje wątpliwości. Trudno bowiem uwierzyć, że już po roku (to podajesz chyba dopiero w komentarzu), bohaterowie skazani są niemal na śmierć i żyją uwięzieni we własnej bazie. Jedzą papkę cudem uzyskaną z jakichś sinic, którą doprawiają solą wydobytą prawdopodobnie ze ściany jaskini (przyznaj, tutaj chciałeś się popisać wiedzą i nas zainteresować), a tlen pozyskują pośrednio zza pomocą kamiennych kilofów, narażając przy tym życie itd. Do tego nie mają sprawnych kombinezonów, nie mają pojazdów transportowych, siada im reaktor, rezerwy i systemy awaryjne to jakiś żart i nie wspiera ich żaden superkomputer itd. A przede wszystkim nie wspiera ich Ziemia. Pamiętając „Apollo 13” czy nawet „Marsjanina”, gdzie całe zastępy tęgich głów szukały rozwiązania problemów i ratunku dla bohaterów, trudno uwierzyć, w Twoją misję na Marsa. I nie wytłumaczysz wszystkiego brakiem łączności. Przecież opisujesz ekstremalne warunki, które nie powstały podczas tej akurat burzy piaskowej czy problemów z komunikacją tylko znacznie wcześniej. W zasadzie chyba jeszcze przed startem z Ziemi…

Różnego rodzaju nieścisłości jest więcej. Przykładowo: czy baza, która nie jest hermetyczna tylko funkcjonuje w nadal drążonych jaskiniach (bohater łupie skały wewnątrz stacji) ma rację bytu? A co w przypadku przebicia ściany do jakiejś komory skalnej wypełnionej gazem, czymkolwiek? Co z wyciekiem cennego tlenu?

Ciężko też uwierzyć w wybudowanie takiej stacji pod ziemią przez trójkę bohaterów z profesjami typu geolog, biolog, elektronik (w moim tekście też nie jest to przemyślane). Nawet z wykorzystaniem naturalnych jaskiń. Ciężko uwierzyć, że dla kaprysu jednego z nich mogli sobie wcześniej pozwolić na ściąganie łazików z całej (zapewne bardzo rozległej) okolicy, a teraz tkwią uwięzieniu pod ziemią niemal bez środków do życia i zdani na kilka zasypanych świetlików oraz wraki maszyn z przeszłości. 

 

Od strony technicznej jest co najmniej dobrze. Ale moim zdaniem opowiadaniu bardzo pomogłaby profesjonalna redakcja. Można z tego łatwo zrobić naprawdę solidne s-f, godne publikacji (oczywiście dodając bardziej wyrazisty pomysł ;)) Wystarczyłyby drobne poprawki kompozycji, oszlifowanie stylu, wygładzenia pewnych chropowatości i sztuczności językowych. Teraz niektóre dialogi brzmią nieco sztywno, przeskoki fabularne trochę zgrzytają, ale to naprawdę są detale do poprawki.

Zdania czasem jakby za długie. Niektóre lepiej by wybrzmiały rozdzielone na mniejsze części.

 

Na koniec kilka kwestii technicznych, które najbardziej rzuciły mi się w oczy:

 

Od rana spadek mocy kolejne o dwa procent. 

 

– szyk zdania.

 

– Nie tylko imię. – Błysz­czą mu się oczy, kiedy o tym mówi.

 

– lepiej by było „oczy mu błyszczą, kiedy o tym mówi”.

 

– Tak, jasne. Weź­mie­my ło­pa­ty, jedno po­po­łu­dnie i bę­dzie po­ro­bio­ne – kpi Ophe­lius.

 

– porobione? Dziwna forma. Lepiej by brzmiało zrobione.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Podczas czytania odniosłam wrażenie, że ta misja nie była szczególnie chwalona i dobrze finansowana. 

Ando, nie bardzo rozumiem skąd to wrażenie. Jest niepewność ze względu na czasowy brak komunikacji, ale nic poza tym. 

Może pójść tym tropem, dodać jakieś zdanie lub krótki dialog z Ziemią wyjaśniający odmowę natychmiastowej pomocy i słabe wyposażenie

Ale co rozumiesz przez natychmiastową pomoc? Nie wyślą natychmiast statku z częściami zapasowymi, bo są zależni od okna orbitalnego, które pojawia się raz na dwa lata, do tego podróż trwa 9 miesięcy. Jeżeli chodzi o pomoc merytoryczną, to przecież te otrzymują. Zauważ, że przy awarii reaktora, Ophelius nie kombinuje nic na własną rękę, a realizuje instrukcje przysłane z Ziemi. Tak więc Houston pomaga jak może a może niewiele.

Podobnie jest przy raportcie, który Vincent wysyła na Ziemię. Jest napisane wyraźnie, że robi to codziennie, więc ta współpraca z Ziemią istnieje i ma się dobrze.

Zmienia się to dopiero w pewnym momencie, i sam fakt, że Vincent się tym martwi, i jest to dla niego coś niecodziennego, wskazuje, że dotychczas nie było problemów z komunikacją.

Pozostają więc dwie możliwości.

a)Mars z Ziemią jest w koniunkcji i Słońce blokuje sygnał komunikacyjny (co jest faktem naukowym)

b)Na Ziemi wydarzyło się coś, o czym bohater nie wie, a co wpłynęło istotnie na czasowy brak wsparcia. 

 

Finklo

 Z zadrapaniami chyba przesadzasz – w końcu bakterii na Marsie też dużo nie ma, tylko to, co kosmonauci przywieźli ze sobą.

Zadrapanie to był jedynie przykład tego, że błahostka może urastać do rangi problemu, więc ryzyko trzeba szacować nie według Ziemskich kryteriów.

Gdybym miała do wyboru dość pewną śmierć z głodu albo uduszenia, a z drugiej strony ryzyko zetknięcia z nadchloranami? Tak, poszłabym odgarnąć pył.

A co by Ci to dało, skoro burza wciąż trwa i ma trwać kolejne 2 miesiące i po chwili piach nawiałoby znowu. Dodatkowo pył zawieszony w powietrzu blokuje promienie słoneczne. Wielkie ryzyko, a zysk minimalny.

Zapewne kombinezony będą się zużywać szybciej. I NASA przed wysłaniem ludzi o tym nie wiedziało? Nie próbowało zaradzić?

Gdyby wszystko dało się przewidzieć i zaradzić, to by nie było w kosmosie awarii. A są i to częste. Co innego testy na Ziemi, a co innego praktyka na Marsie. Przecież warunki marsjańskie możemy jedynie symulować i to zapewne w uproszczony sposób, bo nie znamy wszystkich zmiennych.

 

Michale Pe, dziękuje za komentarz. Nie będę tutaj specjalnie polemizował z Twoimi subiektywnymi odczuciami, ani też tłumaczył, dlaczego tekst jest taki, a nie inny. Nie podeszło. Rozumiem. Odniosę się tylko do jednego zarzutu:

 A zamiast tego gatki-szmatki o glonach, algach i duperelach, o których zamkniętym ze sobą na niewielkiej przestrzeni bohaterom musiało by się znudzić gadać już wieki temu

A o czym według Ciebie powinni mówić? Olivia jest mikrobiologiem, więc jest oczywiste, że będzie mówić o tym, co jest jej pasją. W nieprzyjaznych warunkach udaje jej się wyhodować kolejne gatunki mikroorganizmów, do tego kluczowe do ich dalszej egzystencji, dlaczego ma się tym nie chwalić?

Rozmawiają o jedzeniu… jest to jeden z najbardziej naturalnych tematów do rozmów, w szczególności w sytuacji, gdy muszą jeść coś, co niekoniecznie mają ochotę.

 

Marasie, zapoznałem się z Twoją recenzją. Dziękuję bardzo. Odniosę się do niej wkrótce.

Teraz już rozumiem działanie okna orbitalnego. Tekst mi się podobał, nie chciałam się czepiać. Próbowałam podpowiedzieć rozwiązanie, kiedy pojawiły się komentarze, że wyprawa była słabo wyposażona. Pomyślałam, że można wytłumaczyć to niższym finansowaniem misji. Nie wiem, na ile ten sprzęt był rzeczywiście słaby, a na ile zadziałały trudne marsjańskie warunki.

Jeśli robota nie ma sensu, to bym nie szła odgarniać. Ale i nie wsiadałabym do rakiety, jeśli powodzenie misji opiera się na założeniu, że przez dwa lata utrzyma się ładna pogoda.

Babska logika rządzi!

Wiesz, Finklo, ja nie wiem, czy istotne jest co byś zrobiła lub nie zrobiła na Marsie. Wiem za to, że poleciała już dawno merytoryka i niewiele, jeśli chodzi o szlifowanie pisania, wyciągnę z waszej dyskusji z Chrościskiem. To są argumentacje własnych stanowisk i poglądów i o ile w same w sobie mogą być ciekawe, to niewiele już w same pisanie wnoszą.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

OK, tę dyskusję już dawno wypadało skończyć.

Babska logika rządzi!

Marasie, strasznie maraśna ta Twoja recenzja. Poświęciłeś na nią dużo swojego czasu, więc nawet nie mam serca się na tę maraśność złościć.

A sam przyznasz, że opowiadanie, w którym głównym pomysłem jest takie wykorzystanie łazika, a które można streścić w ten sposób: siadł im sprzęt w bazie na Marsie i zasypało okna, potrzebne do hodowli alg, więc użyli starego łazika do osadzenia turbin, które miały przewiać pył

Turbiny nie były po to, by przewiać pył. Były po to, by wygenerować prąd. Uzupełnić niedobory energii, której brakowało po uszkodzeniu reaktora.

Oprócz Oppy przerobiono również silniki elektryczne z innych łazików, tak by każdy z nich generował prąd.

Rozumiem, że może ten pomysł nie powalił Cię na kolana, ale przecież to tekst na konkurs o łazikach, więc jak możesz mi zarzucać, że właśnie łaziki wykorzystałem w fabule.

Stronę science oparłeś mocno na swojej dziedzinie (geologii). Może czasem wtrącasz zbyt wiele tych geologicznych szczegółów, ale biorąc pod uwagę profesję głównego bohatera to jednak ma sens i nie przeszkadza. A robi dobre wrażenie.

Marasie, chwilę wyżej narzekałeś na brak oryginalności, a teraz narzekasz na geologiczne szczegóły. Co jak co, ale właśnie te geologiczne trzy grosze to jest największa wartość dodana, którą mogę tu wnieść. To jest ten unikalny element opowiadania, który robi różnicę, bo jest to poletko rzadko w SF eksploatowane.

Zauważ, ile problemów egzystencjalnych zostało przez to rozwiązanych w sposób niekonwencjonalny. Masz w bazie unikalną technologię produkcji tlenu na podstawie redukcji nadchloranów (odkryto je na Marsie ledwie kilka lat temu). Masz bazę izolowaną od środowiska zewnętrznego, dzięki umiejscowieniu jej w jaskiniach solnych. Kawerny solne są na tyle hermetyczne, że magazynuje się w nich gaz ziemny, więc jest to realistyczne. Jest rozwiązanie wykorzystania wermikulitu również do uszczelniania wszelkich ubytków i dziur (minerał, który potrafi powiększyć swą objętość 20 krotnie, również niedawno odkryty na Marsie). To są wszystko drobne szczegóły, które powodują, że ten pomysł, choć wyssany z palca, staje się teoretycznie możliwy.

To jest też odpowiedź na poniższą kwestię:

Różnego rodzaju nieścisłości jest więcej. Przykładowo: czy baza, która nie jest hermetyczna tylko funkcjonuje w nadal drążonych jaskiniach (bohater łupie skały wewnątrz stacji) ma rację bytu? A co w przypadku przebicia ściany do jakiejś komory skalnej wypełnionej gazem, czymkolwiek? Co z wyciekiem cennego tlenu?

Bohater kuje 20 kg surowca dziennie, jedno wiaderko, bo dokładnie tyle potrzebują, by skompensować zużycie. Gdzie on ma się niby przebić i do czego? Tu akurat wszystko jest przemyślane.

Ciężko uwierzyć, że dla kaprysu jednego z nich mogli sobie wcześniej pozwolić na ściąganie łazików z całej (zapewne bardzo rozległej) okolicy,

Zakładamy, że baza powstała niedaleko miejsca lądowania Oppy, do tego mamy dwa hipotetyczne łaziki wysłane w to samo miejsce celem rozpoznania terenu pod bazę i masz już trzy łaziki w jednym miejscu. Misja Rosalynd Franklin jest planowana bardzo blisko Opportunity. Więc jest już czwarty łazik. Wszystko blisko siebie. To też zostało przemyślane.

Do tego w początkowym etapie misji, kiedy sprzęt był sprawny, nie mieli jeszcze ograniczeń i mogli prowadzić prace badawcze na powierzchni, a co za tym idzie, ściągnąć te łaziki przy okazji badań.

A przede wszystkim nie wspiera ich Ziemia.

Patrz odpowiedź napisaną dla Ando powyżej.

To osłabia dramaturgię, spowalnia akcję, rozcieńcza historię i czytelnik traci pewność o czym tak naprawdę Autor chciał opowiedzieć.

Tutaj nie będę zbytnio się rozwodził, bo Twoje zarzuty co do kompozycji są po części słuszne. Być może autor chciał opowiedzieć zbyt wiele rzeczy naraz, a to na czym mu najbardziej zależało, ukrył zbyt głęboko, lub przedstawił niewystarczająco wyraźnie. Mam jednak wrażenie, że kilka osób mimo wszystko zdołało się do tego dokopać. Do tego jednak potrzeba potraktowania słów bohaterów niedosłownie. Chociażby scena z opracowywaniem logo… to logo jest najmniej istotne w tej konwersacji, istotne jest nie to, co mówią, a co przemycają między wierszami. 

 

Marasie, na koniec poproszę jeszcze o kopię Twojego opowiadania, do którego nawiązywałeś. Już znalazłem. ;) Dziękuję za maraśną recenzję. ;)

Nie będę tutaj specjalnie polemizował z Twoimi subiektywnymi odczuciami, ani też tłumaczył, dlaczego tekst jest taki, a nie inny.

Broń Boże tego nie rób, wyrażam tylko czytelnicze odczucia, nie potrzeba mi dyskutować dlaczego napisałeś coś tak, a nie inaczej, bo to twoja sprawa.

 

A o czym według Ciebie powinni mówić?

Z mojego punktu widzenia należało by zapytać, czy w ogóle powinni. Ale też nie ma niczego złego w sposobie, który obrałeś. Jeśli chcesz przedstawić bohatera poprzez funkcję, każdemu wykroić poletko żeby rzucił w eter trochę efektownego żargonu, to spoko (przypomina to trochę walkę szczeniaczków o uwagę chłopca, który zatrzymał się przed wystawą pet shopu – takie “patrz czytelniku, teraz ja! jestem geologiem, mam tu łupki, gnejsy i krzemień pasiasty! A nie, bo teraz ja! Ja mam mikrolorum sratulorum i pokażę ci jeszcze sratulorum maksilorum, bo jestem mikrobiolegiem i jaram się tym ja nastolatka przed olimpiadą gimnazjalną!”, i tak dalej). Przepraszam, że trochę sobie żartuję, ale jakoś tak mnie taka najebka bohatera na swoją funkcję rozśmiesza (w taki pozytywny sposób), bo to jest estetyka z hollywoodzkich filmów, gdzie szefem pary detektywów jest czarny, a dzwoniący w środku nocy telefon stoi zawsze na szafce po stronie łóżka, którą zajmuje żona bohatera. W ogóle to tych skojarzeń filmowych miałem w czasie lektury więcej.

Olivia tańczy, Ophelius płacze, a ciekawskie kamery orbitującego satelity nadają na Ziemi transmisję, którą przy dźwiękach „Dust in the Wind” oraz „I Will Survive” śledzą miliony.

W pastiszu trzeba by to zdanie zmienić na “Olivia tańczy, Ophelisu płacze, a wzruszona do łez Liv Tyler przykłada dłoń do ekranu monitora”:P Wiem, takie głupie heheszki mi wychodzą, ale naprawdę o tym pomyślałem przy czytaniu. A zmierzając do sedna, to wszystko to było by fajne (ładne dekoracje, sprawna obsługa planu itd), gdyby jądro tekstu (emocje, cokolwiek, żebym przejął się losem bohaterów), nie pozostawało martwe. Nie wiem, może po obiecującym początku liczyłem na więcej. Może niepotrzebnie.

No właśnie. Nie wiem, czy mój komentarz jest maraśny, czy tylko przaśny, ale pisząc ledwie dzień po lekturze, zapomniałem o tym, że chodziło głównie o prąd z turbin. Zwyczajnie. Wybacz. Tak często powtarzałeś w kolejnych scenach potrzebę odsłonięcia świetlików, że to mi najbardziej utkwiło w pamięci. Jakimś cudem przekonany byłem, że oni chcą przewiać pył i przy okazji uzyskać prąd. Chyba ta scena z propozycją umieszczenia wentylatora na łaziku tak mi utkwiła. Ale to świadczy nie tylko o mojej nieuwadze i kiepskiej pamięci, ale też o słabej wymowie owego pomysłu w tekście. Tkwi przywalony innymi wątkami, nie wybrzmiewa z pełną mocą i dramaturgią. To chyba też wynika trochę ze stylu i kompozycji. Dużo chcesz wcisnąć w ten tekst, w każde zdanie, używając wielu słów. I jakby gubisz główną linię fabularną. Albo czytelnicy tacy jak ja ją gubią.

No i właściwie, zmieniając w moim wrednym streszczeniu przedmuchanie pyłu na wytworzenie prądu przy użyciu starych łazików nadal nie mamy żadnego WOW i żadnego powalającego czy zaskakującego pomysłu. A cała ta geologia to tylko ciekawy enturage, a nie pomysł na fabułę.

Hmm. A może jest tak jak pisał Michał Pe. Nie czujemy tej tragedii i emocji, bo nie zdążyliśmy polubić bohatera, a napięcie budujesz dosyć słabo, rozmywając akcję pobocznymi wątkami?

Wracając do maraśności. Ona wynika poniekąd z lekkiego rozczarowania. Czekam na prawdziwą i solidną s-f, taką w stylu "Encephalodusa", "Śnieżki", "Żywota Lothara" czy "Szeptu Pielgrzymów". Przyznaję, rozbudziłeś moje nadzieje, ale potem za bardzo (moim zdaniem) rozrzedziłeś to s-f na poziomie fabularnym i kompozycyjnym. Albo zwyczajnie pomysł z odkurzaniem okien czy prądem z łazików to za mało dla dziada, który czyta s-f od prawie 40 lat.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Michale Pe, co do naukowego żargonu, to z moich obserwacji wynika, że naukowcy w rozmowach między sobą wcale od niego nie stronią. Co więcej, oni nawet często nie są świadomi tego, że posługują się żargonem, bo są to dla niech naturalne słowa.

Wiem to po sobie, bo gdy piszę opowiadanie zahaczające o moją specjalizację (patrz powyżej), to naprawdę staram się unikać żargonu, po napisaniu opka jestem z siebie dumny, że mi się udało, a potem przychodzi beta i każe mi wywalić połowę trudnych słów.

W tym przypadku, pomimo że wysłano na Marsa trójkę specjalistów, z zasady muszą być oni interdyscyplinarni, by byli w stanie przeżyć. Prowadzone przez nich badania mają bezpośredni wpływ na życie całej społeczności (choćby menu), stąd też będą oni bardzo szybko przyswajać naukowy żargon swoich kolegów. 

Tak to widzę. Rozumiem, że może Cię to śmieszyć, być może w kilku miejscach te dialogi są przerysowane, ale mimo wszystko w mojej ocenie taka rozmowa mogłaby mieć miejsce, tym bardziej że większość tych wypowiedzi, szczególnie pani biolog, jest w tonie żartobliwym i kpiącym, bo tak tę postać widziałem.

Nie zmienia to faktu, że sposób, w jaki ten tekst odebrałeś, bardzo się różni od moich intencji. A w takim wypadku winny zazwyczaj jest autor. Także, dzięki za feedback. Będę o tym pamiętał.

 

Marasie, jeszcze raz dzięki za wyjaśnienia. Budowanie napięcia nigdy nie było moją mocną stroną, i to niestety tu wychodzi. Rozwadniam opowieść wieloma wątkami, bo lubię jak jest mało przewidywalna, jednak krótka forma to nie powieść, więc dobrze, że zwróciłeś na to uwagę.

Chrościsko, jesteś moim zdaniem jednym z dojrzalszych literacko pisarzy aktywnych na tym forum. Każde twoje opowiadanie to pięknie wykonana układanka, której nie sposób nie docenić.

 

Dla mnie ten tekst nie był stricte o Marsie, a o tym, jak ludzie reagują na śmierć – stacja marsjańska zaś to tylko ładna otoczka. Mam nadzieję, że nie przewrócisz teraz oczami – widzę olbrzymi research i ogrom pracy włożony w budowanie historii, dużo trudnych słów, które podbudowują profesjonalne wrażenie i odrobinkę geologii – jednak, jak wspominałam, ten cały piękny setting jest dla mnie przede wszystkim dobrze przedstawionym tłem pod samą historię. Możliwe, że wpływa na to fakt, że sama nie mam wystarczającej wiedzy czy wykształcenia, by angażować się emocjonalnie w stawianie bazy czy hodowanie glonów na Marsie. Laurka wygląda przekonująco i ja to kupuję.

 

Historia zaś jest o ludziach, a gadanie o ludziach wychodzi ci pięknie. Widać w tym twoje obserwacje i doświadczenia zebrane z prawdziwego świata, a następnie w innej formie przelane w to opowiadanie. Szczególnie moją sympatię budził Ophelius i żałuję, że nie dałeś mu się rozwinąć – że widzimy dokładnie reakcje Olivii i Vincenta na śmierć, ale już nie Opheliusa, którego w jednej scenie zdołałeś przedstawić jako złożony przypadek ślepej miłości do ojca. Zdecydowanie należało mu się jakieś zakończenie, ale też wyobrażam sobie, że w połączeniu z intymnością sceny między Olivią a Vincentem na biednego Opheliusa nie było miejsca.

 

Olivia to bohaterka, którą z całą pewnością śledziłam z zainteresowaniem :) Interesujące jest, co popchnęło ją do rzucenia się za byłym szefem na drugi koniec świata. Wydaje mi się, że widzę w niej sporą niedojrzałość, wręcz – zaklęcie nastolatki w ciele trzydziestoparolatki (dokonałam obliczeń i wyszło mi, że Olivia musi mieć trzydzieści parę lat, by zdążyć skończyć studia, nabrać doświadczenia, przejść proces rekrutacji i wylecieć na Marsa). Olivia jest więc małą dziewczynką, która na ślepo błąka się po świecie – łatwo ją zrozumieć, bo kto z nas nigdy nie doświadczył impostor syndrome.

A Vincent – co tu się będę rozwodzić, Vincent jest po prostu uroczy. :)

 

Podoba mi się to, jak dałeś bohaterom w krótkim przecież tekście porządne tło psychologiczne, a następnie puściłeś wolno, by każde z nich po swojemu reagowało na niebezpieczeństwa i wreszcie bliskość śmierci. Przez chwilę miałam wręcz wrażenie obserwowania myszy w klatce, na których przeprowadzany jest eksperyment. 

 

Opowiadanie zdobyło nominację do piórka i myślę, że możesz już mieć pewne podejrzenia, jaki będzie mój głos ;) Mówiąc krótko – czytałam z przyjemnością, głęboko zauroczona przedstawioną przez ciebie opowieścią. Pozdrawiam!

www.facebook.com/mika.modrzynska

Nie przewracałem oczami, Kam. Nawet by mi to przez myśl nie przeszło. Psuć sobie słodką ucztę niepotrzebnymi gestami? Nigdy! 

Dziękuję za komentarz i Iskierkę nadziei.

 

ps.

impostor syndrome

A więc tak to się nazywa. ;) 

Michale Pe, co do naukowego żargonu, to z moich obserwacji wynika, że naukowcy w rozmowach między sobą wcale od niego nie stronią. Co więcej, oni nawet często nie są świadomi tego, że posługują się żargonem, bo są to dla niech naturalne słowa.

 

Bardzo ciekawa uwaga i z pewnością zgodna z prawdą. Tym bardziej, w większym stopniu niż ja, musisz sobie zdawać spraw z tego, jak bardzo w fabule takie naukowe rozmowy balansują pomiędzy niezrozumieniem (czytelnik nie jest przecież naukowcem), a przerysowaniem. W moim odczuciu momentami do granic tego drugiego dość mocno się zbliżyłeś i ok, tak to sobie wymyśliłeś i spoko, tyle że utrzymujesz w tekście tonację pozbawionej dystansu powagi (żeby nie powiedzieć lekkiego heroizmu), a taka już moja głupia natura, że tam, gdzie wydaje mi się “aż nazbyt serio” zaczynam dostrzegać komizm. I potem chodzi za mną Liv Tyler z tego głupiego filmu. I to nie tak, że to mnie śmieszy, bo to troszkę brzmi jakbym szydził, a od tego jestem daleki (przeciwnie, doceniam wkład pracy, który w tekst włożyłeś, jak i osiągnięty na wielu płaszczyznach efekt), bardziej rozśmiesza, powoduje głupkowatą wesołość, no, mam nadzieję, że łapiesz różnicę, bo cholernie ciężko pisać o tym, co nas rozśmiesza i dlaczego.

 

Nie zmienia to faktu, że sposób, w jaki ten tekst odebrałeś, bardzo się różni od moich intencji. A w takim wypadku winny zazwyczaj jest autor.

Niby to prawda, ale sądząc po komentarzach, większości tekst bardzo się podobał, więc koniec końców powinieneś być zadowolony. Przecież to jest naprawdę dobre opowiadanie.

Ok, to chyba wszystko, co ode mnie. Pozdrawiam i do następnego;)

 

Nowa Fantastyka