- Opowiadanie: Chrościsko - I'll be seeing you, Oppy

I'll be seeing you, Oppy

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

I'll be seeing you, Oppy

Tekst dedykowany pamięci Opportunity, marsjańskiego pioniera, który zadziwił świat. Jeśliby człowieczeństwo definiować skalą poświęcenia i heroizmu, okazałby się bardziej ludzki niż niejeden z nas.

Jeszcze się zobaczymy, Oppy!

 

 

Czerwone błoto bryzga po ścianach tunelu wykutego w gipsowych kryształach. Jeden krok, jedno chlupnięcie. Breja spływa leniwie. W półmroku przypomina krew.

Już dawno przestaliśmy tu sprzątać. By rozgrzać jaskinie do temperatury plus dwudziestu stopni, dmuchawy pracują dzień i noc. To, co dla nas, obcych, jest warunkiem przetrwania, dla marsjańskiej wiecznej zmarzliny jest początkiem końca. Brutalną ingerencją w naturę, która miliardy lat temu zmroziła krople wody w porach skalnych. A teraz je uwalnia, oblepiając korytarze naszej bazy wilgotnym hematytowym śluzem.

W przestronnej, równie wilgotnej kawernie, gdzie znajduje się biolab, jest jakby czyściej. Olivia jako jedyna z naszej trójki jeszcze zwraca na to uwagę, i jako jedyna potrafi pozbyć się czerwonawych nacieków. Błyszczy pośród nas. Jakim cudem te długie blond włosy pozostają niezbrukane? Jest jak Wenus na wieczornym niebie, podczas gdy ja z Opheliusem przypominamy niedomytych jaskiniowców z brodami posklejanymi w grube, zapaskudzone gliną dredy.

Biolab przywodzi na myśl mroczną piwnicę w średniowiecznym zamczysku, z tym wyjątkiem, że sklepienie, zamiast łukowatych gotyckich żeber, jest w pełni naturalne, wyrzeźbione w skale. Ostatki gipsowego krasu z czasów, gdy na powierzchni Marsa płynęły jeszcze rzeki, a w słonych jeziorach strącały się pokłady ewaporatów. Reliktowe solne stalaktyty, dawno już obumarłe, wraz z naszym przybyciem znowu ożyły.

Schodzę niżej, na środkowy poziom szczelnie odizolowany od reszty kompleksu. Dzisiaj moja kolej. Nakładam ubranie robocze, rękawice, maskę przeciwgazową i wkraczam do jaskini diabła. W marsjańskim piekle zamiast czerwieni dominuje biel.

Znajduje się tu pokład soli, nie jest to jednak zwykła sól. Złoże przypomina gleby z pustyni Atakama. Z tym, że zamiast chilijskiej saletry są tu toksyczne nadchlorany. Dzieci gromów i pustynnych burz. Kontakt ze skórą oznacza poparzenie. Z krwiobiegiem rozkład hemoglobiny. Następna w kolejce jest blokada tarczycy. Nie to jednak jest największym problemem. Każda drobinka węgla lub metalu może wywołać eksplozję.

Dlatego właśnie mój kilof ma kamienną głownię. Trzymając go, czuję się jak idiota, bo nawet mimo trzonka z włókna szklanego kojarzy mi się krzemiennym pięściakiem. Adrenalina oraz świadomość tego, co robię, nie pozwalają mi się śmiać. Uderzam w ścianę. Białe okruchy skalne rozpryskują się na drobne grudki, a ich powierzchnie wnet pokrywają się wilgocią. Zbieram je ostrożnie i wypełniam wiadro. Dwadzieścia kilogramów urobku da nam tyle tlenu, ile zużyjemy przez całą dobę.

Instalacja przypomina piec centralnego ogrzewania, jaki mój dziadek miał w Montanie. Tak jak on co noc podkładał do kotła czarny węgiel, tak i ja robię to z moim białym węglem.

Otwieram wciąż gorącą pokrywę, delikatnie, z precyzją sapera. Wybieram ze środka biały popiół, a potem sypię w jego miejsce urobek. W moim piecu nie ma ognia, jest za to temperatura kilkuset stopni, która uwalnia tlen, a toksyczne grudy przemienia w spieczony słony proszek. Niestety, zbyt zanieczyszczony, by mógł cieszyć podniebienie.

 

 

Najczęściej spotykamy się w laboratorium. Od głównej sali odchodzi tu kilka korytarzy, a w nich, tuż przy stropie, wiszą łańcuchy ledowych diod, oświetlających skalne misy pełne wody. To w nich nasza mikrobiolog hoduje algi, porosty i Bóg jeden wie, co jeszcze.

– Dziś mam dla was niespodziankę – mówi z wyraźną dumą. – Nostoc commune.

Ophelius przewraca oczami, lecz Olivia tylko uśmiecha się figlarnie.

– Chłopcy, więcej entuzjazmu, proszę. Nasze menu właśnie poszerzyło się o kolejną pozycję. – Pani domu z wprawą prestidigitatora wyczarowuje trzy miseczki wypełnione zgniłozielonymi glonami o konsystencji meduzy. – Voila!

Grzebię widelcem w podanej zieleninie. Przypomina mi się sushi bar w Titusville i wiecznie uśmiechnięty Koreańczyk, serwujący podobne cudactwa.

– A czym to się różni od tego, co jedliśmy wczoraj?

– Jak to, czym? Undaria pinnatifida to brunatnica, a dzisiaj mamy, po raz pierwszy w historii tej planety, posiłek z sinic. Tadam! – Olivia jest z siebie tak dumna, że nawet nasza gburowatość nie może popsuć jej humoru. – Przyjęły się! Rosną. Mnożą! Czego nie rozumiecie?

Marsjańskie sinice niewiele różnią się w smaku od brunatnic. Ophelius, nasz geniusz elektroniki, zdaje się myśleć podobnie. Niewiele, ale jednak. Dziś galaretowate zielsko ma w sobie coś wyjątkowego. Pachnie morzem. Przywodzi na myśl kutry oblepione wodorostami i śluzem martwych ryb. Do pełnej harmonii brakuje tylko małego detalu.

– Ja też coś dla was mam – szepczę tajemniczo, myślami wciąż zbłąkany wśród doków Grimsby i atlantyckich ryb zasypywanych tonami lodu.

Wyciągam z kieszeni idealny sześcian, przezroczysty niemal jak szkło.

– Znalazłem dzisiaj na najniższym poziomie. – Wznoszę kostkę ku górze, przeglądając ją w sztucznym świetle. – Prawdziwy halit, czyściutki, nie ma w sobie nawet grama czerwonego pyłu.

Zaintrygowana pani doktor w spojrzeniu ma tę ulotną niepewność. Jakby balansowała na granicy ciekawości i niezrozumienia. Nie wyjaśniam. Napawam się chwilą intelektualnej przewagi. Biorę nóż i delikatnie oskrobuję krawędzie kryształu. Białe drobinki niczym śnieg opadają do mojej miski i znikają w zgniłozielonej zupie. Olivia patrzy z fascynacją, jak kieruję do ust łyżkę wyhodowanego przez nią trzęsidła, doprawionego szczyptą rodzimej, marsjańskiej soli.

– Czekaj! – krzyczy Ophelius chwytając mnie za nadgarstek. – Zrobiłeś analizę chemiczną? Jesteś pewny, że to nie nadchloran, albo ten gorzki, magnezowy syf?

– Nie muszę. – Przełykam zieloną galaretę z cudownie słonym posmakiem. – Taki kryształ, to może być tylko jedno. Próbowałem już na dole.

Wątpię, by przekonała go moja argumentacja. Raczej wyraz błogości rysujący się na mojej twarzy.

– Ja też chcę! – Olivia bez wahania podsuwa swoją miskę. Błysk w jej oku sprawia, że przez krótką chwilę chce mi się żyć. Żyć? Raczej trwać w egzystencji. Na dobrowolnym, wiecznym zesłaniu, przy którym Syberia wydaje się rajem.

 

 

Opportunity patrzy obiektywami kamer, jakby ciekawiła go moja osoba. Słynny łazik marsjański, kawałek historii ludzkości, stoi na skalnym postumencie niczym na ołtarzu. Jedyny lśniący przedmiot wśród pyłu i wilgoci. „Przedmiot?”. Muszę się pilnować, by nie mówić tego głośno. Ophelius uważa go za osobę. Bohatera. Weterana i zdobywcę Marsa. Nasz inżynier poświęcił sporo czasu, by go odnaleźć i naprawić, a raczej, jak sam o tym mówi, przywrócić do życia.

Całe pomieszczenie przypomina bardziej muzeum kolonizacji planety niż warsztat. Jego gospodarz, jak rasowy kustosz, nie przegapi żadnej okazji, by przywlec tu z powierzchni wszelkiego rodzaju ziemski złom.

To jednak pieśń przeszłości. Co było w naszym zasięgu, dawno już tu jest, a odkąd ostatni sprawny kombinezon zdążył się rozszczelnić, siedzimy w naszych szczurzych norach, próbując przetrwać kolejne trzysta cztery dni. Do czasu przybycia posiłków, kolejnej misji załogowej z Ziemi.

– Ophelusie, wyłącz tę muzykę. – „I'll Be Seeing You” w wykonaniu Billy Holiday rozbrzmiewa za każdym razem, gdy wchodzę do pracowni. Ostatnia symboliczna wiadomość wysłana do Opportunity po dziewięciuset nieudanych próbach nawiązania kontaktu. – Oszczędzamy energię, pamiętasz? Poziom zasilania cztery.

Inżynier wykonuje rozkaz z ociąganiem, demonstrując mową ciała, co myśli o bezczeszczeniu jego świątyni.

– Na czym stoimy? – zagaduję.

– Na tym samym co wczoraj i przedwczoraj, i miesiąc temu. Panele słoneczne są coraz mniej wydajne. Od rana spadek mocy o kolejne dwa procent. Pieprzona burza pyłowa. Objęła już pół planety, jak w dwa tysiące osiemnastym.

Kiwam głową. Jesteśmy jak babuleńki opowiadające tę samą plotkę kolejny dzień z rzędu. Obaj dobrze wiemy, co to znaczy. Byle przetrwać tę burzę. A potem, kiedy pył opadnie, a lekki wiatr zacznie oczyszczać panele, będzie już tylko lepiej.

 

 

Najpierw słyszę ciche kroki, a potem delikatne dłonie dotykają mych ramion. Nieco zbyt poufale, ale udaję, że tego nie dostrzegam. Koncentruje się na pisaniu ostatnich zdań mojej codziennej w porcji biurokracji:

 

…testy ciśnienia atmosferycznego wewnątrz bazy, już po zastosowaniu uszczelnień z wermikulitu, wypadły świetnie. Dobowy spadek ciśnienia, nawet po odfiltrowaniu CO2 i chloru, jest w pełni kompensowany przez produkcję tlenu. Tak jak przewidywano, istotnie wzrosła wilgotność. Nadmiar pary wodnej skraplamy i zamrażamy zgodnie z otrzymanymi wytycznymi.

Wermikulit użyty do uszczelnień występuje w obrębie żyły ultramafitów przecinającej sekwencję solną. Rozkład przestrzenny złoża oraz jego zasoby pozostają nierozpoznane. Na potrzeby doraźne wystarcza.

 

Pozdrowienia,

Vincent Kaminsky

Chief of mission Mars Underground One

 

 

Wciskam enter i wysyłam raport na Ziemię.

– Jakim cudem ta klawiatura jeszcze działa? – pyta niewinnie mój gość, spoglądając na uświnione czerwonym nalotem przyciski.

– Zapytaj o to pana złotą rączkę.

– Chyba pana „żyję po to, by spełniać marzenia ojca”. – Olivia uśmiecha się, meandrując gdzieś między prowokacją i lekkim żartem. – Nie, dzięki. Wolę pytać ciebie.

Ten sarkazm nie pasuje do niej. Pasuje do przywdziewanej na co dzień. Wydaje się być jedną z tych kobiet, które idą przez życie same. Nie, nie z wyboru. Przez ironię losu. Jest wystarczająco ładna, by onieśmielać zakompleksionych geniuszy spędzających życie w bibliotekach, a jednocześnie zbyt błyskotliwa, by pozostali mogli jej czymkolwiek zaimponować. Bo przecież nie fizjonomią. Olivia ceni głównie erudycję. Ci zaś, którzy mimo wszyskto mieliby u niej szansę, odbijają się od ściany jej czarnego humoru i specyficznej osobowości.

– Z czym do mnie przychodzisz?

– Och, jaki służbista. Tak od razu do rzeczy. A może chcę tylko pogadać?

Czasem męczą mnie te nasze rozmowy. Za mało w nich profesjonalizmu, za dużo niedopowiedzeń.

– To słucham.

– Zawsze taki byłeś? Na Ziemi też? Czemu nigdy o tym nie mówisz?

– A ty mówisz? Każdy z nas ma swoją historię, każdy przed czymś ucieka, bo inaczej tego nazwać nie można. Jeżeli więc masz ochotę na szczerość, to mów, śmiało. Przed czym uciekasz?

– Algi potrzebują więcej światła. – Olivia de Vilde porzuca frywolny ton. – Wszystkie świetliki są zasypane piachem, mam tylko to, co z ledów. Za mało.

– Nie mamy więcej. Reaktor ledwie wystarcza na utrzymanie temperatury, a solary… sama dobrze wiesz, jak jest.

– Chyba nie rozumiesz powagi sytuacji. – Oprócz frywolnego tonu bezpowrotnie znika również zalotny błysk w jej oczach. – Jak nie dostaną więcej światła, to za kilka miesięcy zaczniemy głodować. O ile wcześniej się nie podusimy.

– Dobrze, coś wymyślę – odpowiadam. Na tyle mnie stać. Jest już późno, a powieki się kleją. Jutro będzie nowy, lepszy dzień.

 

 

Nowy dzień wcale nie okazuje się lepszy.

– Wstawaj, wstawaj! – krzyczy mi wprost do ucha Olivia. Jej delikatne palce szarpią mnie z siłą jastrzębich szponów. – Zmroziło wszystko na górnym poziomie. Szlag! Kto obniżył temperaturę?

– Nikt nie obniżał. Mieliśmy to dopiero omówić.

Biegniemy do centrali sterowania. Obłoki pary wydobywają się nam z ust. Czerwone błoto pod stopami już nie chlupie ani nie bryzga po ścianach. Chrzęści i skrzypi.

Ophelius już tam jest.

– Reaktor – wyjaśnia, jeszcze zanim udaje nam się o cokolwiek zapytać. – Przełączył się w tryb awaryjny. Moc spadła do osiemdziesięciu procent. System zredukował temperaturę dla całego kompleksu.

– Szlag! – powtarzam bezmyślnie. – Przywróć dwadzieścia stopni dla biolabu, magazyn i warsztat odcinamy śluzą i wyłączamy z obiegu.

– Ale? – Inżynier jakby dopiero teraz zaskoczył. – Gdzie ja będę pracował?

– Najpierw damage control. Potem sprawny reaktor. O warsztacie pomyślimy później.

 

 

Wieczorem jest jeszcze gorzej. Moc reaktora wciąż spada, a na dodatek przychodzi długoterminowa prognoza pogody. Burza potrwa jeszcze co najmniej dwa miesiące. Postanawiam odciąć kolejne sektory. Właściwie przenosimy się do laboratorium Olivii i urządzamy w nim jak w ciasnej kawalerce. Mogę zapomnieć o własnej pracy naukowej. Tam na dole, gdzie zalegają najciekawsze osady słonego jeziora, jest minus dwadzieścia stopni. Przy reaktorze minus trzydzieści. Gdy wychodzimy poza lab, ubieramy się jak sybiracy na zsyłkę.

Reaktor stoi tuż przy śluzie prowadzącej na zewnątrz. Duża cylindryczna konstrukcja na czterech nogach. Umazany rdzawym pyłem wygląda bardziej na browarnianą kadź niź jądrową technologię NASA.

Ophelius dobrał się do interfejsu i grzebie w nim od dobrych kilkunastu minut. Stoję przy nim jak cieć i gapię się na zgrabiałe palce przemykające po dotykowym ekranie. Czasem czytam mu objaśnienia kodów, które przysłano nam z Ziemi. Głównie jednak chucham w ręce.

– Dobra – mówi. – Zrestartowałem system zgodnie z procedurą. Teraz musimy poczekać kilka minut.

Kłęby pary unoszące się z naszych ust zamarzają w przeciągu kilku chwil. Czerwonawe brody pokrywają się białym nalotem, który z czasem zmienia się w lodowe sople. Brwi przypominają szadź na sosnowych igłach.

– Co to za historia z twoim ojcem? – zagajam, gdy przestępowanie z nogi na nogę przestaje być wystarczającą rozrywką.

– Powiedziała ci?

– Nie. W każdym razie nie wprost.

– Modliszka w skórze dziecka. Zawsze tak robi, bierze pod włos, naciąga na zwierzenia, a potem kpi w żywe oczy. Z tobą też tak próbuje?

– Mhm – przytakuję. – Ale cóż ciekawego można ze mnie wycisnąć? Szary, nudny Vincent. Wypalony służbista na marsjańskiej emeryturze. Płaski i bezpłciowy.

Ophelius nie wdaje się w polemikę.

– Zauważyłeś, że ona nigdy nawet nie wspomniała o swojej rodzinie?

– Skoro trafiła tutaj, to nie bez powodu. Ja też rzadko wracam pamięcią do ziemskiego życia. To już minęło. Nie ma co rozdrapywać starych ran.

– To przecież żadne rany. Mój staruszek na przykład to świetny gość, to dzięki niemu tu jestem. – Ophelius wyraźnie ożywia się na wspomnienie ojca. – Był jednym z tych szalonych astronomów, którzy spędzają wakacje na zlotach w Arizonie, by na pustyni gapić się w niebo. Miał subskrypcję na stronie NASA i śledził każdy kawałek metalu, który wysyłali w kosmos. Nawet na porodówkę nie zdążył – Ophelius wykrzywił spierzchnięte od zimna wargi – bo oglądał transmisję z lądowania Opportunity na Marsie.

– Czy twoje imię ma coś z tym wspólnego? – Odwzajemniam uśmiech.

– Nie tylko imię. – Oczy mu się błyszczą, kiedy o tym mówi. – W każde moje urodziny ojciec puszczał nam retransmisje z lądowania. Patrz, mówił, Oppy miał wytrzymać tylko trzy miesiące, a łazi tam już kolejny rok. Bierz z niego przykład. I klepał mnie po plecach, jakby mówił o moim starszym bracie. I wiesz co? Brałem z niego przykład. A gdy po piętnastu latach zamilkł i ogłosili, że to już koniec, płakaliśmy razem z ojcem, ramię w ramię, cały wieczór. – Ophelius zamilkł na chwilę, jakby kontemplując wspomnienia.

– A teraz jesteś tu. – Kiwam głową z uznaniem. – Fajna historia.

– Nasza pani doktor jest innego zdania.

 

 

Kolację jemy w ciszy. Każde z nas, pisząc się na tę misję, wiedziało, że to bilet w jedną stronę. Zostaniemy tu na zawsze. Umrzemy na Marsie. Jednak umrzeć pewnego dnia, po latach kiełznania dzikiej planety, to co innego, niż umrzeć wkrótce i bez sensu.

– Mamy jeszcze dwa Kilopowery w rezerwie – burczy Ophelius pod nosem.

– I trzysta trzy dni do przetrwania. Nie możemy ich teraz ruszyć – odpowiadam. – Zresztą, to i tak mało.

– Żebym tylko miała więcej światła – wtrąca się Olivia. – Mam zarodki kryptoendolitów, które mogą przetrwać mróz i nawet brak tlenu, ale muszę im dać światło. Prawdziwe słońce.

– Ile świetlików ci zasypało?

– Wszystkie.

Olivia surowo marszczy brwi. Mówiąc o swoich glonach, przypomina karmiącą lwicę.

– Trzeba usunąć cały ten piach – myślę głośno.

– Tylko kto to zrobi? I jak? Przecież da się tylko od zewnątrz. – Wyraz twarzy Opheliusa zdaje się mówić „nawet o tym nie myśl”.

 

 

Tego dnia nie przychodzi żadna wiadomość z Houston. Mam dziwne przeczucie, jakby wielki pająk muskał moje plecy włochatymi odnóżami. Na Marsie nie ma pająków. Jest za to reaktor w trybie awaryjnym, którego wydajność wciąż spada, a w eterze cisza. Niebywałe.

Sprawdzam łączność z satelitą. Wszystko gra. Komunikacja orbiter – Ziemia? Transfer danych w normie. Pająk przybrał rozmiary tarantuli i wspina się między łopatki.

Trudno. Musimy sobie radzić sami. Wracam do naszego problemu. Skąd wziąć brakująca energię?

Myśl, myśl, myśl!

Panele słoneczne. Można by je oczyścić, tylko co z tego, skoro w powietrzu tyle pyłu, że ledwie widać słońce.

Myśl! Wyjdź poza schemat!

Metan. Jest ukryty w zamarzniętym gruncie, jakby się tak do niego dobrać? Nie. Za mało. Bez sensu. Nie jesteśmy na Ziemi. Szkoda tlenu.

Myśl! Nie poddawaj się tak łatwo!

Światło. Jak nie ze słońca, to skąd? Nie, to na nic.

Opieram się o krzesło, bezsilny. Ziemia. Bez jej pomocy sobie nie poradzimy.

 

 

W stropie najwyższego poziomu biolabu znajdują się cztery świetliki – okna skierowane ku zenitowi – wypełnione przezroczystym tworzywem o strukturze masy perłowej. To jedyne miejsce, gdzie słońce zagląda do naszej podziemnej bazy. A raczej zaglądało. Od kilku dni wszystkie są przykryte warstwą piachu i pyłu.

Stoimy pod nimi w trójkę, z zadartymi głowami. Gipsowe ściany i strop, w którym są wykute świetliki, mają fakturę jaskółczych ogonów. Jednak nie oszałamiają już tak, jak wtedy, gdy rozjaśniały je promienie słońca. Teraz, w słabym świetle, ich barwa wydaje się brunatnoszara.

– Musimy to oczyścić – mówię bez przekonania.

– Tak, jasne. Weźmiemy łopaty, jedno popołudnie i będzie porobione – kpi Ophelius.

– Potrzebna jest dmuchawa albo duży wiatrak. Zainstalujemy na łazik.

– Czy ty siebie słyszysz? Przecież jest burza. W porywach wieje dwieście na godzinę, a ty chcesz tam puścić łazika z wiatraczkiem?

Ophelius nie musi mówić więcej. Zawsze miał dar ukazywania moich, zdawałoby się genialnych, idei w takim świetle, że brzmiały jak największy kretynizm.

– Jakieś inne pomysły? – Zmieniam temat.

– Nie powinniśmy się trzymać procedur?

– Uszkodzenie reaktora i niewydolność paneli słonecznych, procedura definiuje to jako sytuację krytyczną. Powinniśmy uruchomić Kilowaty… i pozbawić się jedynego awaryjnego zasilania. A potem zostanie nam już tylko modlitwa, żeby przez trzysta dni ani razu nie wywaliło bezpieczników.

Nastaje głucha cisza przerywana okazjonalnie przez kapiące krople wody oraz dujący na zewnątrz wiatr. Praca z geniuszami ma swoje zalety. Kiedy sytuacja jest beznadziejna, łapią to w lot, nie trzeba strzępić języka na próżno.

– Może herbatkę z wakame? – Uśmiech Olivii zupełnie nie licuje z tragizmem sytuacji. – Choć nie, na tę okazję znajdę coś lepszego. Wspominałam, że wyhodowałam drożdże?

 

 

Tam, na Ziemi, nazywają nas kolonistami. Jakby to miało zdjąć z nich odpowiedzialność za nas. Mimo wsparcia, planów kolejnych wypraw oraz obietnic dostaw sprzętu z chwilą lądowania staliśmy się Marsjanami, odrębną nacją, bytem pozornie niezależnym. Tak, wiem. Znam ten nasz amerykański patos. NASA nie zostawia swoich ludzi w kosmosie. Apollo 13 – wychowałem się na tym filmie, ale to już przeszłość. Gdy kongres kolejny rok z rzędu ciął środki na agencję, a sen o Marsie wciąż się oddalał, nastąpiła weryfikacja priorytetów.

Weryfikatorem został Siergiej Kamionkov. Hybryda rosyjskiej fantazji i bezkompromisowości z amerykańską megalomanią; wyjątkowa mieszanka, skrojona na miarę naszych czasów. Kiedy zaś ta mieszanka lekką ręką oferuje podwojenie budżetu NASA, trudno odmówić.

Jakie czasy, taki Elon Musk. Nawet Donald Trump miał więcej empatii. Siergiej postawił sprawę jasno. Albo lecimy teraz, albo wcale. Srać na logistykę powrotu. Srać na potrójne zabezpieczenia misji. Przy ośmiu miliardach ludzi na Ziemi tych kilka jednostek ludzkich – dokładnie tak nas nazywał – nie robi wielkiej różnicy. Jeżeli da się wyżyć na Syberii, to da się i na Marsie. Chcą być pionierami, niechaj nimi będą. A jeśli NASA ma inną wizję, proszę bardzo. Real Madryt akurat jest na sprzedaż, więc jemu wsio rawno, na co pójdą nadwyżki wypracowane przez Little Russia. Tak, Little Russia, tę maszynkę do drukowania pieniędzy, niewielką enklawę pośrodku Doliny Krzemowej, w której trzystu rosyjskich programistów w pięć lat wygenerowało zysk porównywalny z rocznym obrotem Apple.

Kamionkov był fanem dawno zarzuconego projektu Mars One. Naukowcy, media oraz eksperci jednogłośnie nazywali go wówczas „misją samobójczą”. Siergiej miał odmienne zdanie. Teraz zaś my, tutaj, mieliśmy tę żabę połknąć.

 

 

– Wiatr! – Budzę się z krzykiem w środku nocy. Nie pierwszy raz mi się to przytrafia. Fiksuję się na skomplikowanych opcjach, a nie dostrzegam tych najprostszych. One zaś przychodzą do mnie we śnie. W czasie, gdy wyzwolony ze świadomości umysł akceptuje absurd.

Mój sen to jednak nie absurd.

Zrywam się i biegnę do Opheliusa, jakbym za wszelką cenę chciał zdążyć przed nadchodzącą chwilą trzeźwości, gdy senne wspomnienia się ulotnią.

– Wstawaj! – Szarpię go.

Otwiera zaspane oczy i patrzy na mnie wielkimi czarnymi źrenicami.

– Wstawaj! – powtarzam. – Wiatr! Dwieście kilometrów na godzinę, pamiętasz? Sam to powiedziałeś. – Złota rączka zwleka się z łóżka z gracją lunatyka. – Ubierz się ciepło. Idziemy do warsztatu.

– Czy to nie może poczekać do rana? – ziewa Ophelius.

– Ile masz łazików w tym swoim muzeum? – odpowiadam pytaniem na pytanie.

– Sprawnych?

– Nie, wszystkich!

Dopiero teraz spostrzegam, że sam jestem tylko w bieliźnie.

– W pełni sprawny jest tylko Opportunity. – Ophelius też to widzi. – Mam jeszcze wrak Rose Franklin, dwa łaziki z serii MR2030, które robiły rekonesans przed lądowaniem, i jeden chiński, uszkodzony przy lądowaniu.

– Czyli cztery, które możemy rozebrać? – Wracam do siebie, nie przestając mówić. – I każdy ma po sześć kół? To daje dwadzieścia cztery silniki. – Łapię spodnie i wkładam je na siebie. – Dwadzieścia cztery potencjalne turbiny. – Moja podniecenie rośnie z każdą chwilą. – Dasz radę przerobić je na prądnice? I jeszcze to dłuższe wiertło z Rosalind Franklin. Będzie je trzeba przełożyć do Oppiego.

 

 

Od rana biegamy po bazie w amoku, znosząc do warsztatu kable, kawałki blachy i wszelkie tworzywo na tyle silne, by wytrzymać podmuch marsjańskiego Boreasza. Ophelius, odkąd obudziłem go w nocy, nawet stamtąd nie wychodzi. Ogląda każdą część zapomnianych łazików, sprawdza każdy silnik, a od czasu do czasu spogląda na Opportunity szklistymi oczami, w milczeniu, wstydliwie kryjąc drżenie dolnej wargi. Chcę wierzyć, że to ze wzruszenia, że jego bohater znów zadziwi świat, obawiam się jednak, że prawda jest zupełnie inna.

Nawet Olivia, porzuciwszy na chwilę swe algi, przyłączyła się do nas. Siedzimy teraz nad zniszczoną pokrywą jednego z lądowników i wycinamy z niej łopaty wirnika.

– Źle, śmigło powinno być smuklejsze! – strofuje mnie nasza mikrobiolog.

– A ty niby skąd wiesz, jakie powinno być? Drugi fakultet z inżynierii?

– Ławica Doggera w dwudziestym czwartym. Nie pamiętasz?

Dogger Bank? Pamiętam. Robiliśmy badania sejsmiczne pod ostatnią farmę wiatrową. Tylko, co ty masz z tym wspólnego?

– Ha, więc nie pamiętasz! – stwierdza Olivia. Mrużąc oczy, podnosi kącik ust w wyrazie triumfu. – Nieładnie zapominać swoich podwładnych, nieładnie. Prawdę o tobie mówili, że twarde kompetencje są odwrotnie proporcjonalne do miękkich. Nic dziwnego, że skończyłeś tutaj.

Wpatruję się w rysy jej twarzy tak intensywnie, jak nigdy dotąd. Czy ona sobie robi ze mnie jaja? Co mikrobiolog miałby robić na Morzu Północnym? Do głowy przychodzą mi tylko lodowata bryza, smród spalin diesla i piski mew.

– Nadal nic? – Mam wrażenie, że czyta mi w myślach. Jak ona mnie wkurza. – Tęczowe brwi – podpowiada litościwie.

No tak. Jak mogłem zapomnieć? Kolorowa, pstrokata, a do tego ogolona na łyso stażystka. Świat jest zdecydowanie zbyt mały.

– Byłaś obserwatorką ssaków morskich. – Nie potrafię się nie uśmiechnąć.

– Taaa… ssaków. Przez dwa miesiące nie widziałam żadnego, tylko te pierdolone, kręcące się turbiny.

Przez chwilę zapominam o problemach. Wiatr rozgania jesienną szarugę. Widzę błękit ziemskiego nieba, granat morskiej wody i wielkie białe wiatraki. Utracony raj. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę je wspominał z takim rozrzewnieniem.

Kiedy łopaty pierwszej turbiny są już gotowe, pani doktor wykreśla na pierwszej nieregularny, kleksowy kształt.

– Cóż to takiego? – pytam zaintrygowany.

– Branding. – Uśmiecha się tak, jakby był to dobry żart, który tylko ona rozumie. – Przyszłe pokolenia na nas patrzą. Warto zostawić im jakiś symbol. Jeśli nam się uda, będzie fejm i chwała, a jeżeli nie… przyda się na nagrobek.

Uśmiech znika bez śladu. Wypowiadając ostatnią frazę, jest poważna niczym Antony Jeselnik kpiący ze swojej rodziny.

Przyglądam się rysunkowi, unoszę brwi.

– Ameba – wyjaśnia Olivia. – Schemat pierwotnej komórki, symbol życia.

– Za dużo detali – kręcę nosem. – Na Ziemi by nie przeszło. Logotyp musi być prosty.

– Wymyśl coś lepszego. – Podsuwa mi kolejne wycięte śmigło.

Chwilę się zastanawiam i rysuję na jego powierzchni dwa równoległoboki, symetryczne, złączone ze sobą jednym bokiem.

Olivia nie wygląda na zachwyconą.

– Zbliźniaczone kryształy gipsu – tłumaczę. – Symbol naszej bazy.

– Bosz… co to jest? Clipart z dwudziestowiecznego Worda? Tak właśnie chcesz być zapamiętany, staruszku? Gdzie odniesienie do korzeni, do ludzkości, do humanizmu? Próbuj jeszcze raz!

Na trzeciej łopacie rysuję okrąg z cienką niteczką o wężowatym kształcie.

Uśmiech, tym razem szelmowski, powraca na oblicze Olivii.

– No, to rozumiem – przytakuje z aprobatą. – Jest prostota, jest nawiązanie do życia, ale czemu twoja ameba ma tylko jedną nibynóżkę?

– Bo to nie ameba. To marsjański protoczłowiek na wczesnym etapie rozwoju. Jeszcze przed sparowaniem chromosomów.

Czwarty rysunek, tuż obok mojego, jest dziełem uroczej mikrobiolog. Olivia kilkoma sprawnymi ruchami dorysowuje fallusa, nie zapominając o kluczowych detalach. W całej swojej prostocie obrazek jest tak wulgarny, że nie powstydziliby się go nawet graficiarze z Haarlemu.

– Oto Wielki Przedwieczny podczas aktu tworzenia marsjańskiego protoczłowieka. Kwintesencja człowieczeństwa.

 

 

Pogoda jest paskudna.

– Wstrzymajmy się jeszcze – prosi Ophelius, patrząc oczami zbitego psa.

Kręcę tylko głową.

– Przez najbliższe tygodnie wcale nie będzie lepiej. Nie ma na co czekać. Każdy wiatrak to kilka dodatkowych dni życia.

Opportunity opuszcza śluzę i wyjeżdża na zewnątrz, ciągnąc moduł prądnicy i kabel prowadzący do bazy. Najpierw poszuka skalnego podłoża, wwierci się na głębokość dwóch metrów i osadzi w otworze pal z zamocowaną turbiną.

Na Ziemi banalne zadanie dla jednego człowieka. Na Marsie, w trakcie pyłowej burzy, heroiczny czyn na miarę życia i śmierci.

Siedzimy przed monitorami, gryząc paznokcie. Ophelius steruje łazikiem zdalnie. Obrazy z kilku kamer pokazują tumany pyłu przewiewane przez porywisty wiatr. Aluminiowe koła łazika co rusz grzęzną w piachu, a mimo to robot posuwa się naprzód. Powoli, sukcesywnie, wbrew naturze, zmierza ku skalistemu wzniesieniu, gdzie zaplanowaliśmy naszą farmę wiatrową. To ledwie kilkadziesiąt metrów od bazy, a dotarcie tam zajmuje łazikowi ponad godzinę.

Każdy jego ruch śledzimy niczym najlepszy thriller. Patrzymy, jak zamontowany na wysięgniku świder wwierca się w grunt.

Stacja meteo wskazuje podmuchy o sile stu dwudziestu kilometrów na godzinę. W porywach więcej, dużo więcej. Nawet tu, pod ziemią, słychać wycie tego wiatru. Piaszczyste wydmy wędrują na naszych oczach, to przysypując, to odkrywając łazik. Opportunity trwa niewzruszony na posterunku. Kręci wiertłem, zagłębiając się w macierzysty grunt.

Kiedy śmigła pierwszej turbiny zaczynają wirować, a na woltomierzu pojawia się napięcie, krzyczymy wniebogłosy, razem, jak za dawnych lat po przyłożeniu w finale Super Bowl. Olivia tańczy, Ophelius płacze, a ciekawskie kamery orbitującego satelity nadają na Ziemi transmisję, którą przy dźwiękach „Dust in the Wind” oraz „I Will Survive” śledzą miliony. Oppy wiecznie żywy, niczym Elvis, znów zadziwia, wzrusza, imponuje.

Nawet mnie, staremu gburowi, udziela się ich radość, choć mam przeczucie, że to tylko odwlekanie egzekucji. Dodatkowe tygodnie w celi śmierci. Ale oni są jeszcze wystarczająco młodzi, by widzieć życie w jasnych barwach. Nie zepsuję im tej namiastki szczęścia. Jeszcze nie teraz.

 

 

Po dwóch dniach pracują już trzy turbiny, a niestrudzony Oppy brnie przez marsjańską pustynię z kolejnym modułem. Pogoda jest coraz gorsza. Liczby na woltomierzu wciąż rosną, a my powoli zatracamy zdolność realnej oceny sytuacji. Zaczynamy wierzyć w supermoce naszego łazika, w jego ducha, piętnastoletnie doświadczenie. Postrzegamy go jak żywą istotę. Miejscowy byt, który nam sprzyja. To jednak tylko maszyna. Przekonujemy się o tym gwałtownie i bez ostrzeżenia. Nawet nie wiemy, co właściwie się stało. Na monitorach gasną obrazy z kamer, a zamiast nich pojawia się lakoniczny komunikat o braku sygnału.

Ophelius ma swoje podejrzenia. Brak zasilania, uszkodzona antena, może przepalone obwody? Ale to tylko wróżenie z fusów. Symptomy przypominają te sprzed dwudziestu lat, kiedy łazik zasnął i już się nie obudził.

Inżynier wysyła do łazika dziesiątki poleceń, które mają zrestartować system, wybudzić z uśpienia, sprawić, że łazik się do nas odezwie. Na niewiele to się zdaje, lecz Ophelius wciąż próbuje.

Monitor pokazuje kolejne komendy: "Sweep and beeps", bez odzewu. I jeszcze raz to samo, wciąż nic. „In the blind” powinna usunąć błąd zegara. Nie usuwa. To nie ma sensu.

Wychodzę.

Siadam ciężko na mojej koi tymczasowo ustawionej w laboratorium. Olivia podąża za mną. Podchodzi blisko. Zbyt blisko. Chyba dostrzega mój grymas.

– Skoro już umieramy, to może choć na koniec daruj sobie ten wkurzający profesjonalizm. – Jej delikatna dłoń muska mój policzek.

Nie reaguję. Czasem tak jest po prostu najlepiej.

Siada obok mnie. Czuję jej miękkie udo niewinnie oparte o moje. Olivia zgina nogi i podciąga kolana pod samą brodę, niczym nastolatka w korytarzu szkolnym.

– Ja nie żartuję. – Pochyla się, zbliża swe usta do moich. Dwa centymetry, jeden. Patrzę jej w oczy i tkwię nieruchomo. Powinienem się od niej odsunąć, lecz coś mnie przed tym powstrzymuje. Coś jakby ciekawość, jak bardzo można zbliżyć jedne usta do drugich, nim tajemnicze przyciąganie przełamie opór materii. Pół centymetra to wciąż zbyt daleko. Fascynuje mnie ten stan zawieszenia. Olivia czeka, chyba woli, by to do mnie należał ostatni krok. Ja nie chcę, aby on w ogóle nastąpił. Trwamy więc w bezruchu, patrząc na siebie. Jej karminowe usta przyciągają. Mamią. Jednak niewystarczająco mocno.

– Dlaczego ja? – Przerywam intymne misterium.

– Kręci mnie intelekt – odpowiada psotnie.

– Ophelius jest geniuszem, do tego młodszy i przystojniejszy.

– Więc to widocznie moje daddy issues – uśmiecha się przekornie.

Usta Olivii wciąż hipnotyzują. Nie wiem, czy to kształt, czy barwa, czy coś ulotnego, czego nie potrafię nazwać. Kiedy jest blisko, gapię się w nie i nie mogę oderwać wzroku. Czy ona to widzi? Czy zdaje sobie z tego sprawę? Mój jedyny objaw słabości.

– Dlaczego nie ja? – Tym razem to ona przerywa ciszę, z pozoru beznamiętnie.

– Nie wiem. – Odwzajemniam uśmiech, zapewne dużo szpetniej. – Może to moja gynefobia.

 

 

Budzę się nad ranem. Jej dłoń tkwi w mojej dłoni. Niewinny gest skradziony ciemną nocą. Spoglądam na jej piękne, jasne, lekko kręcone włosy. Gdzieniegdzie zdobią je rdzawe pasemka marsjańskiej ochry. Mógłbym przysiąc, że znalazły się tam nieprzypadkowo. Nowy kanon piękności zrodzony w pyle i beznadziei.

Roboczy kombinezon Olivii zapięty jest pod samą szyję. Śpi spokojnie, lekko, niewinnie niczym dziecko. Co kilka sekund niewielki obłok pary wyłania się jej ust.

Czy tak wygląda koniec?

W pomieszczeniu obok po całonocnym maratonie w końcu milknie odgłos klawiatury. Jest już tylko głucha, przeciągła cisza. A potem przestrzeń wypełnia muzyka i słowa Billy Holiday: „I'll be seeing you”.

Koniec

Komentarze

 

A wrzuć jeszcze tę dedykację w opko. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Przecież jest dedykacja w przedmowie. Coś mi umknęło? Ma być w treści?

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Po to dorzuciłam dodatkowe znaki na dedykację, żeby była integralną częścią opowiadania. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Ta jest, pani kierownik!

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Dziękuję w imieniu Oppy. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

OK, fajny pomysł na wykorzystanie Oppy.

Ale nie bardzo przemawia do mnie idea wysyłania na Marsa tak słabo wyposażonej wyprawy. To więźniowie, którzy dostali wybór między krzesłem elektrycznym a Marsem? ;-) I NASA coś mało pomocne, ale może Houston tylko na filmach tak walczy o każdego astronautę.

Research geomartologiczny imponujący.

Chyba zabrakło ostatniego szlifu. I dokąd Ci tak śpieszno?

wypełniam wiadro. Do pełna.

Źle to wygląda.

Z resztą, próbowałem już na dole.

A bez reszty nie próbował? ;-)

Z Tobą też tak próbuje?

Dlaczego dużą literą? Listy do siebie piszą?

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo, za uwagi. Już poprawiłem. 

Tu nie chodzi nawet o pośpiech, po prostu nie wszystko jeszcze dostrzegam, a staram się coraz bardziej ograniczać liczbę betaczytaczy.

Co do pomocy NASA… zakładałem wyprawę przy obecnych możliwościach technologicznych, a więc ewentualna pomoc zależy w dużym stopniu od okna orbitalnego.

Druga kwestia, to opisywana wyprawa w jest opcji one way trip, czyli coś wbrew współczesnej filozofii NASA. Mówimy jednak o przyszłości. Zakładam, że Mr Trump na koniec swojej drugiej kadencji nie miałby skrupułów, by na taki projekt wyrazić zgodę. :)

 

To więźniowie, którzy dostali wybór między krzesłem elektrycznym a Marsem? ;-)

Z tego co pamiętam, ktoś kiedyś robił nabór potencjalnych ochotników na taką wyprawę w jedną stronę i zgłosiły się tysiące ludzi.

 

Słabo wyposażona wyprawa? Przecież rakiety nośne mają swoje ograniczenia. A tu musiałoby być dostarczone wyposażenie całej bazy: reaktor, filtry, pompy, bio lab, śluzy, zapasy żywności. Po prostu w pewnym momencie trzeba wybrać, co jest najbardziej niezbędne.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Sama idea wyprawy bez biletu powrotnego jest do łyknięcia. Ale nie czegoś tak słabo wyekwipowanego, że błyskawicznie zostaje zredukowane do neolitu. A burza piaskowa (rzecz raczej do przewidzenia na Marsie) plus awaria reaktora oznacza, że mają zaryzykować ostatnim źródłem energii.

Jeśli mają takie ciężkie zapasy żywności, to czemu się przejmują, że glony nie będą rosły przez jakiś czas? Nasiona są raczej lekkie (palmy kokosowe odpuśćmy ;-) ).

Jasne, że rakiety mają ograniczenia. Ale może w takim razie trzeba posłać więcej niż jedną, zanim zapakuje się tam ludzi?

Hmmm, wydaje mi się, że jeśli kolonizować, to większą grupą, żeby mogło powstać następne pokolenie. I to zróżnicowane genetycznie.

Babska logika rządzi!

Udane opowiadanie. Zacnie rozgryzłeś główny motyw konkursu, czyli łazik Opportunity :). Czytało się bardzo dobrze, narracja w czasie teraźniejszym dodała dynamiki. Zakończenie chyba zbyt prędkie, ale to tylko moja drobna czepliwość, bo opowiadanie pochłonęłam jednym kęsem. Zgadzam się z Finklą, że NASA jakby trochę nieobecne – uderzyła mnie przede wszystkim uwaga o milionach ludzi oglądających transmisję na Ziemi z działania łazika, bo nie wspomniałeś wcześniej, że przedsięwzięcie odbywa się na tak wielką skalę.

Tak czy owak, opowiadanie zasługuje na klika :)

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Finklo,

w mojej wizji kolejna misja załogowa z dodatkowym wyposażeniem miała być wysyłana co dwa lata. Tutaj pokazana jest sytuacja, kiedy pierwsi koloniści mieszkają już tam od roku, a wyposażenie zaczyna się zużywać.

Kwestia glonów jest istotna jednakowo jako żywność, ale też jako alternatywny system produkcji tlenu, a docelowo do terraformacji planety. Nie mogą być zależni tylko od żywności dostarczanej z Ziemi. Po to dostali laboratorium biologiczne, by częściowo ich karmiło.

Hmmm, wydaje mi się, że jeśli kolonizować, to większą grupą, żeby mogło powstać następne pokolenie. I to zróżnicowane genetycznie.

Taki jest cel. Co dwa lata kolejna grupka, dalszy rozwój bazy, dopracowanie wykorzystania miejscowych zasobów, a w momencie gdy osiągną samowystarczalność, wówczas można myśleć o zróżnicowaniu genetycznym.

 

Sy, dzięki za komentarz.

NASA jakby trochę nieobecne – uderzyła mnie przede wszystkim uwaga o milionach ludzi oglądających transmisję na Ziemi z działania łazika, bo nie wspomniałeś wcześniej, że przedsięwzięcie odbywa się na tak wielką skalę.

NASA przez jakiś czas było nieobecne, ze względu na problem z komunikacją. Ale komunikacja z bazą to jedno, a satelity na orbicie Marsa to drugie.

Co do transmisji na Ziemi, skoro zmagania Oppy śledzono z takim zapałem (nie mówiąc o lądowaniu na Księżycu), to co dopiero załogową misję na Marsa w opałach. Stream wideo z satelity Marsjańskiego to nawet teraz nie jest wielki problem. To byłoby lepsze niż Big Brother ;)

Wiesz, że dzięki orbiterom powierzchnia Marsa jest obecnie dużo lepiej rozpoznana niż dna ziemskich oceanów? 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

 staram się coraz bardziej ograniczać liczbę betaczytaczy.

zaczynam się obawiać o utratę pozycji ;)

 

Tekst jest dobry. Kliknęłabym, ale, że konsultowałam, to nie chcę być posądzona o kumoterstwo a i bez tego za chwilę wylądujesz w bibliotece, więc zostawię przyjemność innym :)

Dobrze, Bello:), w taki razie ja kliknę, bo spodobało się i wyedytuję komentarz.

 

Edytka1: Czytałam chyba wkrótce po twoim wstawieniu tekstu. Komentarz jest z zapamiętania. Historia zapada w pamięć. Obie części, ponieważ dzielę opko na duży fragment dotyczący życia załogi, a w zasadzie walki o przetrwanie na Marsie oraz zakończenie, bardzo mi się podobały. Pierwszy przez merytorykę wtrącaną mimochodem (duża sztuka!) połączoną z akcją (ciekawa i mrożąca krew w żyłach), drugi z powodu ładnie opisanej relacji kobieta– mężczyzna, a właście jednej chwili (:D). Warsztat dobry – z przyjemnością czytałam, wręcz smakowałam.

Dwie rzeczy mi nie zagrały. Pierwsza, wspomniana już przez Finklę, czyli one-way ticket i jednoczesne oczekiwanie na upływ roku. Druga – brak połączenia pomiędzy wspomnianymi przeze mnie częściami. Linia podziału jest ostra. Trochę przygotowujesz na nią czytelnika, ale dla mnie w niewystarczającym stopniu.

Edytka2: Muszę dopisać, bo chyba niewystarczająco podkreśliłam. Warsztat bardzo dobry! Emocje, relacje w pierwszej części też super opisane!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

zaczynam się obawiać o utratę pozycji ;)

Płonne twe nadzieje, Bello ;)

 

Dzięki, Asylum, czekam z niecierpliwością.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Tekst, w którym największą uwagę zwracają dwa elementy:

– koncepcja kolonizacji i obraz trudów z nią związanych

– oraz przewijające się (siłą rzeczy), towarzyszące owym realiom odczucia i emocje.

 

Zacznę od koncepcji. 

Koncepcja jako taka jest zdecydowanie najmocniejszym punktem opowiadania. Trudno zresztą, żeby było inaczej, skoro to fundament tekstu. Pierwszą zaletą, którą widać już naprawdę po kilku zdaniach jest próba uwiarygodnienia historii poprzez bardzo rzetelny research. Jestem laikiem, nie zweryfikuję przedstawianych obrazów pod względem wiarygodności, jako czytelnik nie czuję nawet takiej potrzeby. Nie to jest jednak najistotniejsze. Ważne, że poprzez przedstawiane, konkretne informacje robisz wszystko, żebym mógł w tę historię uwierzyć. I na pewnym poziomie to się świetnie udaje. Dlaczego tylko na pewnym, wyjaśnię później.

Research robi więc i wrażenie i sporą robotę, bo też w science – fiction, jak chyba w żadnym innym typie opowiadania, pewne uwiarygodnienie przedstawianych historii jest szalenie ważne. Każdy tekst potrzebuje silnego fundamentu w postaci koncepcji, ale na końcowy odbiór nieraz największy wpływ mają detale. Dbałość o szczegóły, pewna wiarygodność.

Tyle o researchu. Sam tekst skojarzył mi się trochę z “Marsjaninem”. Oczywiście różnic jest wiele. Przede wszystkim piszesz dużo poważniej. Tam przewijała się pewna lekkość, ironia bohatera, jego żartobliwość. U Ciebie tego nie ma… i sumie dobrze. Bo dzięki temu wiem, że będziesz próbował przedstawić historię jednak w sposób bardziej wiarygodny. Tam miałem poczucie takiej pewnej “kinowości” (dobra, głupie określenie, ale lepszego nie znalazłem). A może chęci przedstawienia historii w sposób nadmiernie efektowny?

Ty jesteś bardziej powściągliwy. Nie ma nadmiernego bohaterstwa. Jest określony problem. Jest próba walki, promień nadziei. Ale właśnie tylko promień. Akurat tyle, ile mogło przy tych określonych realiach się pojawić, bez taniego “mityzowania” bohaterów. Fajnie, że nie brnąłeś w przesadną efektowność. Przeładowanie zdarzeń. Wspomniane już nadmierne bohaterstwo.

Jest więc wspomniana koncepcja najsilniejszym punktem opowiadania. Takim, który naprawdę wciąga, bo prezentujesz ją w sposób umiejętny. Ale jeden jej element jest też niestety największym dla odbioru tego tekstu balastem.

Bo tak, jak sam motyw walki z koszmarnie trudnymi warunkami jest w swojej koncepcji szalenie ciekawy (a przez to wciągający), tak fakt pozostawienia tych ludzi samym sobie, zmuszania ich do igrania za śmiercią bez żadnych opcji awaryjnych. Bez żadnego poczucia nawet, że istniał szereg tych różnych opcji, a owa sytuacja jest jakimś absolutnym kataklizmem/nieprzewidzianym wyjątkiem – wszystko to uderza w tę pracę na rzecz uwiarygodnienia historii, którą wcześniej chwaliłem.

W przypadku tego jednego elementu opowiadanie, w moim poczuciu, nie zrobiło nic, by mnie do danej wizji przekonać. A sam przekonać siebie nie potrafię. Kolonizacja będzie potężnym przedsięwzięciem. O niewyobrażalnym zainteresowaniu ludzi i jeszcze większych nakładach finansowych. Trudno mi uwierzyć, że ktoś pozostawi takich kolonizatorów samym sobie. Że nie podejmie nawet paranoicznych środków ostrożności, by nie stało się nic złego. Dlaczego? Bo tak potężne przedsięwzięcie będzie potrzebowało pozytywnego przekazu. A może piszmy wprost: dobrego PR i marketingu. Sprzedania historii w możliwie dobrym świetle. Tak sądzę. Mogę się oczywiście mylić, ale opowiadanie nie robi nic, żeby mnie z tego przekonania wyprowadzić.

Jest to też jedyny chyba powód, dla którego nie nominuję tego tekstu do piórka. Bo on jest dalej bardzo dobry, wciąga,.Czytało mi się świetnie. Ma jednak tę skazę, którą trzeba podkreślić.

To jeszcze dwa słowa o emocjach bohaterów. Ten element musiał się pojawić jako nierozłączna, jak gdyby, część prezentacji surowych warunków i ciężkich realiów. I tutaj mam trochę problem, bo przez własne preferencje, nie mogę ich ocenić w pełni obiektywnie. To znaczy, mnie te emocje bohaterów do końca nie podeszły, bo są jakieś takie… typowe. Trudno czynić z tego zarzut, bo skoro są typowe, to pewnie i wiarygodne. Zresztą, nawet na pytanie, czego bym po nich w takim razie oczekiwał, odpowiedź brzmi: nie wiem. Tym nie mniej, oczekiwałoby się po tych bohaterach, po prezentacji ich odczuć, emocji, żeby ten element stanowił jakąś naprawdę widoczną wartość dodaną. A do tego, czegoś mi jednak zabrakło. Te emocje są odczuwalne, w pewien sposób nakreślone, ale nie tak, żeby miały stanowić zasadniczą zaletę opowiadania.

Tyle ode mnie. Trochę pomarudził, bo od “Piórkowych” oczekuje się więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że z lektury jestem bardzo zadowolony. Naprawdę dobry tekst. :)

Pozdrawiam.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ode mnie ostatni kliczek :) Komentarz, jak już wyrwę się z zawirowań i wrócę do “normalności”.

Uff! Zasypujesz czytelnika taką ilością informacji, że nawet Internet z całą swoją wiedzą o Marsie musi wydawać się dyletantem. Ale. Najlepsze. Jest. To, że nie da się usiedzieć spokojnie, czytając zakończenie. Co było dalej? Jak to się skończyło? Czy przeżyli? I dlaczego zgodzili się polecieć? Czytelnik szaleje z niepokoju.

Tak więc dziękuję za opowiadanie pełne emocjonalnego napięcia!

PS.

Czy nie należałoby traktować Opportunity jako kobietę? Opportunitas jest rodzaju żeńskiego.

Sięgam po drugie opowiadanie od Ciebie, Chrościsko. Całkiem niedawno przeczytałem “Szósty krąg szyjny”. A wczoraj mieliśmy okazję pogadać przy innym tekście SF.

Po raz kolejny widzę bardzo dobre wykonanie. Językowo, stylistycznie wyszło naprawdę fajnie. Przeczytałem bez problemu, z satysfakcją. Poniżej pozwolę sobie zamieścić cytat, na który zwróciłem uwagę. Ciekawie złożenie, dobre napięcie, daje podgląd na bohatera historii.

Myśl, myśl, myśl!

Panele słoneczne. Można by je oczyścić, tylko co z tego, skoro w powietrzu tyle pyłu, że ledwie widać słońce.

Myśl! Wyjdź poza schemat!

Metan. Jest ukryty w zamarzniętym gruncie, jakby się tak do niego dobrać? Nie. Za mało. Bez sensu. Nie jesteśmy na Ziemi. Szkoda tlenu.

Myśl! Nie poddawaj się tak łatwo!

Światło. Jak nie ze słońca, to skąd? Nie, to na nic.

Opieram się o krzesło, bezsilny. Ziemia. Bez jej pomocy sobie nie poradzimy.

Narracja w czasie teraźniejszym trafiła do mnie. Forma przypadła mi do gustu. Bohaterowie mają własne historie, szef jest małą tajemnicą, ale to ułożenie wychodzi ciekawie. Dialogi nie zgrzytają, nie widzę tutaj problemu. Są całkiem przekonujące. 

Pomysły dobre, niektóre nawet bardzo dobre. Doceniam rozpisanie Oppiego. A przede wszystkim doceniam rozpisanie problemu, z którym zmierzyli się bohaterowie. To była ciekawa akcja. Wymagała zapewne solidnego przemyślenia tematu. Na niektóre rzeczy nie popatrzę oczywiście właściwie, ponieważ nie mam głowy do inżynierii. Miałem pewne opory, żeby zaakceptować stan rzeczy związany z biedaekspedycją. Ten element może budzić wątpliwości, czy faktycznie tak by to było. A skoro założyłeś, że ekspedycja prezentuje obecny stan technologiczny to, dlaczego popchnąłeś historie opowiadania w przyszłość? (jeśli oczywiście popchnąłeś, wprawdzie nie jest to jednoznacznie powiedziane). Ale myślę, że ta sprawa nie przesądza odczytu opowieści.

Nie jestem miłośnikiem hard SF, bo to jeszcze zbyt ciężka strawa dla mnie. Dlatego zmęczyły mnie trochę opisy na początku. Aczkolwiek doceniam ich stworzenie ze względu na research i popis wiedzy. Jak najbardziej mieści się to w konwencji, więc docelowy czytelnik nie powinien mieć z tym problemu. Szybkie wejście do BiB było formalnością.

Jako czytelnik nie zawiodłem się na lekturze. Drugie opowiadanie od Ciebie, które przeczytałem, trzyma poziom. 

Pozdrawiam :)

“To learn which questions are unanswerable, and not to answer them: this skill is most needful in times of stress and darkness” ― Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness

Jestem pod wrażeniem, Chrościsko. Temat konkursowy to zupełnie nie mój target i w ogóle nie planowałem czytać opowiadań w tym konkursie, ale na ogół trafiasz ze swoimi pomysłami w moje gusta, więc powiedziałem sobie, a co tam, jednak godzina z życia w to czy w tamto. ;)

Nie zastanawiałem się, jak powinno takie opowiadanie wyglądać, ale przeczytawszy Twoje, powiedziałbym, że właśnie tak. :) Jest marsjański klimat, jest strona naukowa, bo takowa powinna być pośród takiej załogi, ale jest też obyczajówka. I nawet sensownie wykorzystałeś Oppy, dodając kabelkom i silniczkom coś, ale nie za dużo, by nie pomylić jej w końcu z człowiekiem. Tak w sam raz, jak dla mnie.

W ogóle dobrze rozegrałeś całe opowiadanie. Nie ma się do czego przyczepić, a lubię. ;)

Podoba mi się Twoje pisanie, na pewno chwycę za powieść, jeśli kiedyś napiszesz. Opowiadania piszesz bez większych błędów i mniejszych zresztą też, reszta to kwestia gustu i preferencji czytelnika.

Powodzenia w konkursie, będziesz miał mocną pozycję. Mimo, że na razie są tylko dwa opka.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

CM,

dziękuję za bardzo obszerny i merytoryczny komentarz. Rację mieli Ci, co widzieli Cię w Loży. ;)

Wracając do meritum, skoro jesteś już trzecią osobą z rzędu, która narzeka na zbyt okrojone zasoby wyprawy, to pozostaje mi tylko przyjąć to do wiadomości.

 

Trudno mi uwierzyć, że ktoś pozostawi takich kolonizatorów samym sobie. Że nie podejmie nawet paranoicznych środków ostrożności, by nie stało się nic złego.

I właśnie przez te paranoiczne środki ostrożności jeszcze nas na Marsie nie ma, i długo nie będzie. W mojej wizji przyszłości wybrano opcję ekonomiczną, i jedyną, możliwą do zrealizowania bez ponoszenia horrendalnych kosztów.

Moim błędem było nie to, że taką koncepcję przyjąłem, ale że nie wyjaśniłem tego w tekście.

 

 Co do bohaterów. Starałem wysłać tam ludzi z bagażem takich doświadczeń, którzy nie do końca czuli się na Ziemi szczęśliwi/spełnieni. Olivia, szukająca swojej drogi, Vincent, wypalony człowiek, któremu już bez różnicy, gdzie umrze, i Ophelius – pasjonat, który swą pasję przedkłada nad własne życie. Nie chciałem ich przedstawiać zbyt obrazowo, bo to jednak introwertycy. Moją intencją było przedstawić ich emocje w sposób dyskretny, nienachalny. Tak jak trudno poznać jest wnętrze introwertyka, tak i oni skrywali swe cechy przed czytelnikiem. Zadanie niełatwe, by zmieścić to w 30k znakach. W powieści mogłoby się udać.

 

Dzięki, Katko, za klika.

 

Chalbarczyku, łazik w języku polskim ma rodzaj męski, więc i Opportunity ten sam rodzaj otrzymał. Wszak nawet mężczyźni o imieniu Maria, wciąż pozostają mężczyznami.

Cieszę się, że Ci się spodobało. Twe pytania pozostawię jednak bez odpowiedzi, gdyż taki był pierwotny zamysł. :)

 

Mersayake

Miałem pewne opory, żeby zaakceptować stan rzeczy związany z biedaekspedycją.

Pozwolę sobie wrócić do naszej wczorajszej dyskusji. “Biedaekspedycja” – widzisz jak wiele informacji i niuansów udało Ci się określić tylko jednym słowem? ;)

 

A skoro założyłeś, że ekspedycja prezentuje obecny stan technologiczny to, dlaczego popchnąłeś historie opowiadania w przyszłość?

Ależ według współczesnych planów najbliższy realny termin załogowej misji na Marsa to końcówka lat trzydziestych. Czyli jakieś dwadzieścia lat od teraz. Taki scenariusz założyłem. I tak jest on nad wyraz optymistyczny, bo pamiętam, że w latach dziewięćdziesiątych, również mówiono o dwudziestu latach.

Co więcej, taka misja wymagałaby kilku wcześniejszych bezzałogowych lotów przygotowawczych, a okno orbitalne jest tylko co dwa lata. Tak więc scenariusz przedstawiony w opowiadaniu jest chyba najbardziej optymistyczny z możliwych.

 

Odnośnie ciężkości opisów geologicznych jestem wyjątkowo zadowolony, bo jesteś dopiero pierwszą osobą, która zwraca na to uwagę. W moich wcześniejszych tekstach SF było zwykle tych skarg dużo więcej, tak więc starałem się tutaj tę naukę podać przystępniej.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Chrościsko, dzięki za wyjaśnienie. Teraz rozumiem. Wydaje się to spójne.

 

Powodzenia w konkursie :)

“To learn which questions are unanswerable, and not to answer them: this skill is most needful in times of stress and darkness” ― Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness

Darconie,

cieszę się, że tekst się spodobał oraz że wróciłeś do nas po dłuższym czasie. 

Podoba mi się Twoje pisanie, na pewno chwycę za powieść, jeśli kiedyś napiszesz.

Jedną właśnie napisałem, ale mam wątpliwości czy ktokolwiek zechce ją wydać. Zobaczymy. To jednak troszkę inne pisanie niż to, co publikuję tutaj.

 

A jeśli mowa już o publikacjach, to za jakiś czas się do Ciebie zgłoszę. “Teatr Mistrza Tramonte” łapie się do Fantastycznych Piór 2019.

 

I oczywiście zachęcam Cię do udziału w konkursie o Trójkątach Studenckich i innych górskich dewiacjach.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Czy wyprawa jest słabo wyposażona? Raczej to kwestia tego, że w kosmosie działa wiele czynników i nie wszystkie można przewidzieć – czego jasno dowodzi historia lotów kosmicznych. Tam nie starczy wszystkiego mieć podwójnie, a i tak trzeba być gotowym na sytuacje awaryjne – i to akurat jest bardzo realistyczną częścią tekstu.

Całość jest w zasadzie przedłużoną sceną, obrazem jak mogłaby wyglądać awaria bazy na Marsie. Trochę widzę tu dalekiego echa jednego z krótszych opowiadań Kena Liu, było coś o zasypanych panelach, chociaż tu wyszło to może mniej science niż tam, ale za to dużo przyjaźniej dla czytelnika pod względem stylu i tego co się dzieje.

Udana zagrywka z tempem – najpierw nuda marsjańskiej stacji, potem nagle coś się dzieje, a potem wygasza, tak jak gasną szanse przetrwania.

Finał nie do końca satysfakcjonujący, ale bardzo realistyczny.

Co zgrzyta… Wysłanie trzech osób. W sumie już Lem zwracał uwagę na to, że w trakcie długotrwałych misji trzy osoby to najgorsza możliwa liczba, bo prędzej czy póxniej ktoś zostanie z boku.

 

Ciekawy jest wątek zerwania łączności z Ziemią przy jednoczesnym działaniu systemów. Bez względu na to, gdzie była przyczyna, to bohater nie formułuje myśli i nie przekazuje ich dalej. Sama pierwsza reakcja wiarygodna, wiarygodne też to, że z jakiegoś powodu nie przekazał informacji, ale jednak czegoś tu brakło, jakby jakaś scena została pominięta lub wycięta. Niekoniecznie wyjaśniająca – bo tu nie ma miejsca na wyjaśnienie skoro nie ma informacji zwrotnych. Można podsuwać przemyślenia bohatera, ale tez nie trzeba, równie dobrze czytelnik może być zmuszony do samodzielnego myślenia o tym. Ale zwyczajnie można by było gdzieś zasygnalizować, ze go to dalej męczy (nie jestem przekonany czy fragment “Nie zepsuję im tej namiastki szczęścia. Jeszcze nie teraz.” był właśnie takim sygnałem, czy jednak ogólnym pesymizmem).

 

“Gdy wychodzimy poza lab, ubieramy się jak Sybiracy na zsyłkę.”

– pytanie czy to sformułowanie byłoby używane przez osoby z zachodu?

 

W całej swojej prostocie obrazem jest tak wulgarny

-> obrazek

 

Czy wyprawa jest słabo wyposażona? Raczej to kwestia tego, że w kosmosie działa wiele czynników i nie wszystkie można przewidzieć – czego jasno dowodzi historia lotów kosmicznych. Tam nie starczy wszystkiego mieć podwójnie, a i tak trzeba być gotowym na sytuacje awaryjne – i to akurat jest bardzo realistyczną częścią tekstu.

W końcu ktoś podziela moje zdanie. :)

 

Wysłanie trzech osób. W sumie już Lem zwracał uwagę na to, że w trakcie długotrwałych misji trzy osoby to najgorsza możliwa liczba, bo prędzej czy póxniej ktoś zostanie z boku.

Ciekawa uwaga, ale trzeba mieć na uwadze, że po dwóch latach miała dolecieć kolejna misja załogowa, więc stan osobowy był tylko tymczasowy.

 

ale jednak czegoś tu brakło, jakby jakaś scena została pominięta lub wycięta.

Dobre masz oko. Scena wyjaśniająca przyczyny chwilowego braku komunikacji oraz wiadomość, która później dotarła, została usunięta, by nie pokazywać pełni beznadziei, w jakiej się znaleźli.

Zostało z niej tylko to jedno lakoniczne zdanie, które również wyłapałeś. :)

 

“Gdy wychodzimy poza lab, ubieramy się jak Sybiracy na zsyłkę.”

– pytanie czy to sformułowanie byłoby używane przez osoby z zachodu?

Nazwisko Vincenta wskazuje, że mógł co nieco o Syberii wiedzieć. Przynajmniej ze słyszenia.

 

Dzięki za uwagi wilku-zimowy.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Fajne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

:)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Po pierwsze – ogromne wrażenie zrobił na mnie research, który sprawił, że czytając, “wierzyłam” w opowiadaną przez Ciebie historię.

Po drugie – świetny warsztat i świetny język.

Po trzecie – bardzo dobry pomysł na wykorzystanie Opportunity.

 

Poza tym spodobał mi się wątek obyczajowy, a szczególnie scena pocałunku, mówiąca w niewielu słowach wiele o damsko-męskiej relacji narratora i Olivii. Zakończenie i narracja pierwszoobowa w czasie teraźniejszym też na plus. Ogólnie całość bardzo mi się :) Powodzenia w konkursie :)

Dziękuję, Katko. :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Widać rzetelny “risercz”, a poza tym opowiadanie zostało napisane w taki sposób, że nawet skomplikowane zagadnienia są przystępnie wyjaśnione.

Podobała mi się konstrukcja bohaterów. Ciekawie wypadła zwłaszcza postać Olivii, ale również pozostałych. Interesująco zabrzmiał wątek ojca Opheliusa i powiązanie osobistej historii naukowca z łazikiem Opportunity. Zgadzam się z Darconem, że właśnie tak powinno wyglądać marsjańskie opowiadanie. Czytając dedykację w przedmowie miałam obawy, czy uczłowieczanie łazika nie będzie przesadzone, ale tak się nie stało.

Mimo długości, tekst dobrze i szybko się czytało. Lubię czas teraźniejszy, który dynamizuje akcję. Przez całe opowiadanie utrzymujesz uwagę czytelnika, pokazując zagrożenie, w jakim znaleźli się bohaterowie, a jednocześnie – dając nadzieję na ich przetrwanie. Świadomość transmisji na Ziemię podkreśla trudną sytuację ekspedycji. Dobrze, że te emocje nie są przesadnie wyeksponowane, ale zaznaczone właśnie w taki sposób.

opowiadanie zostało napisane w taki sposób, że nawet skomplikowane zagadnienia są przystępnie wyjaśnione.

Ando, bardzo się cieszę, że tak to odebrałaś, bo zależało mi, by okiełznać nieco techniczny slang. W przeszłości różnie z tym u mnie bywało.

Dziękuję za nominację.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Mnie także początkowo zdziwiło spartańskie wyposażenie stacji, że o nielicznej załodze nie wspomnę, ale myślę, Chrościsko, że takie okoliczności pozwoliły mi lepiej wczuć się w sytuację trojga bohaterów, zrozumieć ich dążenia i determinację w stworzeniu sobie warunków do przetrwania.

Niezmiernie podoba mi się też rola, jaką w tym zdarzeniu przewidziałeś dla Oppy, a jeszcze bardziej to, że łazik tu żyje, że jest czwartym członkiem załogi.

Bardzo satysfakcjonująca lektura. ;)

 

Naj­czę­ściej spo­ty­ka­my się w la­bo­ra­to­riom. ―> Literówka.

 

– Ale? – In­ży­nier jakby do­pie­ro teraz za­sko­czył – Gdzie ja będę pra­co­wał? ―> Brak kropki po didaskaliach.

 

ubie­ra­my się jak Sy­bi­ra­cy na zsył­kę. ―> …ubie­ra­my się jak sy­bi­ra­cy na zsył­kę.

Za SJP PWN: Sybirak (mieszkaniec Syberii) sybirak (więzień lub zesłaniec na Syberię)

 

Czer­wo­na­we brody wpierw po­kry­wa­ją się bia­łym na­lo­tem, a potem rosną. ―> Czy to biały nalot sprawiał, że brody rosły?

 

Łapię za spodnie i wkła­dam je na sie­bie. ―> Łapię spodnie i wkła­dam je na sie­bie.

 

Mru­żąc oczy, pod­no­si kącik ust w ge­ście trium­fu. ―> Gesty wykonuje się rękami, nie ustami.

Proponuję: Mru­żąc oczy, pod­no­si kącik ust w wyrazie trium­fu.

 

Przy­glą­dam się ry­sun­ko­wi, uno­szę brwi do góry. ―> Masło maślane – czy istniała możliwość, aby uniósł brwi do dołu?

Wystarczy: Przy­glą­dam się ry­sun­ko­wi, uno­szę brwi.

 

– No, to ro­zu­miem.Przy­ta­ku­je z apro­ba­tą. ―> – No, to ro­zu­miem – przy­ta­ku­je z apro­ba­tą.

 

Oli­wia kil­ko­ma spraw­ny­mi ru­cha­mi do­ry­so­wu­je mę­skie­go fal­lu­sa… ―> Czy bywają też fallusy żeńskie?

 

krzy­czy­my w nie­bo­gło­sy, razem… ―> …krzy­czy­my wnie­bo­gło­sy, razem

 

by pa­trzeć na życie w ja­snych bar­wach. ―> …by widzieć życie w ja­snych bar­wach.

 

lecz coś mnie przed tym wzbra­nia. ―> …lecz coś mnie przed tym powstrzymuje.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Reg, za pakiet standard ;) Nawet nie było tych niedociągnięć aż tak dużo, choć wciąż więcej niżbym sobie życzył.

Wszystkie usterki już poprawiłem.

Odnośnie do spartańskiego wyposażenia, tak sobie to wyobrażałem i tak przedstawiłem. Jeżeli kolonia na Marsie ma istnieć, to tylko przy możliwie maksymalnym wykorzystaniu miejscowych zasobów. Zależność od Ziemi jest zbyt kosztowna, a każdy dodatkowy człowiek/urządzenie/instalacja to miliony dolarów. Co więcej, okno orbitalne pojawia się raz na dwa lata, i tylko wtedy można wysyłać zaopatrzenie z Ziemi. W pozostałych okresach ma szans na pomoc z zewnątrz, bo Mars i Ziemia są od siebie za bardzo oddalone. Trzeba więc być samowystarczalnym. Worek bez dna nie ma racji bytu.

Przyznam się też, że wolę właśnie takie spartańskie wizje, niż wielkie, sterylne, supernowoczesne statki kosmiczne. 

Cieszy mnie, że lektura okazała się satysfakcjonująca. :) 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

I ja się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne i że dorzuciłeś kilka zdań uzasadniających warunki, w jakich bohaterom przyszło zmagać się z przeciwnościami. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chrościsko, pozwolę sobie jeszcze zwrócić Ci uwagę, że w całym opowiadaniu masz Oliv, ale w dwóch zdaniach przyplątała się Oliwia:

– Ha, więc nie pamiętasz! – stwierdza Oliwia.

Oliwia kilkoma sprawnymi ruchami

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja jeszcze dodam, że odnośnie wyposażenia stacji i jego awaryjności, to ciekawych wniosków może dostarczyć nawet szybkie sprawdzenie w wyszukiwarce ile awarii pojawia się na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej i jak czasem trzeba czekać na ich naprawę. A to przecież obiekt na orbicie, a nie na innej planecie i bez wątpienia od początku przygotowany z myślą o długotrwałym użytkowaniu.

No, ale że nie mogą wyjść na zewnątrz? To już chyba przesada.

Babska logika rządzi!

“Tylko wyjść” a “wyjść i czyścić panele” to nie to samo. To drugie w opisanych warunkach byłoby mocno ryzykowne, a przy okazji także nieefektywne, bo za chwilę wszystko byłoby ponownie zasypane. A już wyjście na otwartą przestrzeń w celu montowania turbin to już kompletnie osobny temat, przy którym prędzej można się zastanawiać na ile stabilnie prowadzony jest sam montaż, skoro warunki nie sprzyjają precyzji.

Ale dlaczego mocno ryzykowne?

Bardziej niż zakładanie, że do wylądowania następnej misji nie będzie żadnej awarii elektryki?

Babska logika rządzi!

Finklo, to że nie mogą wyjść na zewnątrz jest wyjaśnione w tekście. Nie mogą wychodzić ze wzgledu na rozszczelnione kombinezony, czyli nie niedoposażenie wyprawy, a awarię wynikającą ze zużycia sprzętu. Przecież skoro te wszystkie złomy łazików pozwozili do bazy, to znaczy, że wcześniej wychodzili na zewnątrz i nie było z tym problemu.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

No, i dlaczego mają takie kiepskie kombinezony? Nie jeden, zepsuty przypadkiem, tylko wszystkie? Większość moich ubrań ma ponad dwa lata i nadal nieźle się trzyma. I nie mówię tylko o wieczorowych kieckach, także o kurtkach, w sezonie zakładanych prawie codziennie. Nie mów mi, że porządnie zrobiony kombinezon będzie dużo cięższy od byle jakiego. A jeśli już mają szmelc z chińskiej przeceny, to dałbyś im chociaż jakieś zestawy do łatania.

Trochę mi to wygląda, że spiętrzyłeś biednym ludziom sztuczne przeszkody, żeby postawić ich w sytuacji bez wyjścia, żebyśmy im współczuli. Ale odrobinę przegiąłeś – w moim przypadku – mam wrażenie, że to nie ludzie biedni, tylko wyprawa źle przygotowana.

Babska logika rządzi!

Dla mnie przekonujące wydawało się, że załoga nie może wyjść z bazy z powodu silnego wiatru. Odniosłam wrażenie, że warunki zastane na Marsie okazały się gorsze niż zakładali uczestnicy wyprawy.

Zwiększająca się beznadziejność sytuacji tworzy klimat opowiadania, z tego bym nie rezygnowała. Możliwa wydaje się awaria generatorów prądu, nawet obliczonych na dłuższy czas bezawaryjnej pracy (trudne warunki, zdarzenia losowe).

Podczas czytania odniosłam wrażenie, że ta misja nie była szczególnie chwalona i dobrze finansowana. Może pójść tym tropem, dodać jakieś zdanie lub krótki dialog z Ziemią wyjaśniający odmowę natychmiastowej pomocy i słabe wyposażenie (np. dawny konflikt między bohaterem a osobą decydującą o wysłaniu pomocy lub finansowaniu misji).

Nieee, wiatr nie powinien być przeszkodą. Wprawdzie marsjańskie wiatry rozwijają ogromne prędkości, ale ciśnienie jest słabiutkie (około 1% ziemskiego), więc siły toto nie ma. Podobno nie da rady przesunąć cegły.

Babska logika rządzi!

Finklo, wiatr o takiej prędkości potrafi być przeszkodą na Ziemi. Mniejsze ciśnienie to jedno, ale mnóstwo pyłu niesionego tym wiatrem nadal robi swoje. Nie wiem jak z cegłami, ale drobinki w hurtowych ilościach chyba niesie. Pomijając ograniczenia widoczności i zupełnie inną stabilność w trakcie chodzenia po pyle, to ów pył będzie się dostawać wszędzie, gdzie tylko może. W połączeniu z nawet drobnymi uszkodzeniami skafandrów to kombinacja naprawdę groźna.

OK, pył to może być problem. Chociaż nie wiem, ile ta marsjańska atmosfera jest w stanie unieść. Ichnie powietrze naprawdę ma malutką masę.

Drobne uszkodzenie skafandra to raczej wyrok śmierci, z pyłem czy bez. W takim ciśnieniu człowiek nie przeżyje (w takim stężeniu CO2 zresztą też nie). Dla porównania: na szczycie Mont Everest jest ok. 30% normalnego ciśnienia i rzadko kto potrafi tam oddychać bez aparatu.

Dlatego nie wysyłałabym na Marsa żadnej wycieczki w łatwo psujących się skafandrach, bez żadnej możliwości naprawy.

Babska logika rządzi!

Finklo, skoro w czasie burz pyłowych pył potrafi przesłaniać słońce, to jest to dowód, że marsjański wiatr jest w stanie ten pył unosić i transportować.

Co gorsza, w marsjańskim pyle znajduje się istotny odsetek silnie toksycznych i reaktywnych nadchloranów. Jest to kolejne zagrożenie, czekające na zewnątrz, i między innymi to miałem na uwadze “zabraniając” moim bohaterom wychodzić na zewnątrz. 

Bo nawet jeżeli kombinezon byłby szczelny, to by uniknąć intoksykacji, przed wejściem do bazy trzeba by go wyczyścić. Nie bardzo wyobrażam sobie jak takie czyszczenie na Marsie miałoby wyglądać, przecież ilość detergentów/wody, czy co tam się w kosmosie do prania używa, będzie tam ograniczona.

Co więcej, wyobrażam sobie, że nawet supernowoczesne skafandry w takim środowisku będą się zużywać dużo szybciej niż Twe ziemskie ubrania na Ziemi, czyściutkie i schowane w przyjaznej szafie.

Co do zestawu łatającego. No właśnie, można załatać, ale w przypadku powyższych zagrożeń, do tego w obecności burzy pyłowej, czy byłabyś skłonna wychodzić na zewnątrz w łatanym kombinezonie? Pamiętaj, że w przypadku intoksykacji nie ma na miejscu szpitala, a leczenie nawet błahych zadrapań może być wiele trudniejsze niż na ziemi.

Nadchlorany zabijają florę bakteryjną w przeciągu kilku sekund.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Nie kwestionuję unoszenia pyłu. Kwestionuję, że wiatr będzie na tyle silny, żeby przeszkadzać ludziom w chodzeniu, fizycznie demolować sprzęt itd.

Zasłanianie słońca. No tak, zasłania. Ale chmura z satelity (czy nawet z samolotu) wygląda dość solidnie. A z poziomu gruntu to zwykła mgła. Co tak naprawdę wiemy o marsjańskiej burzy oglądanej z parteru? Nie wierzę w coś podobnego do ziemskiej burzy piaskowej, z piachem siekącym skórę czy zrywanie dachów – to powietrze jest za cienkie w uszach, żeby to wszystko udźwignąć. Pewnie więcej niż mgła, ale prawdy po prostu nie znam.

Na nadchloranach się absolutnie nie znam, więc się nie będę wypowiadać.

Acz wydaje mi się, że ciśnienie na poziomie 1000 paskali zabija ludzi jeszcze szybciej.

Smog też jest niezdrowy, ale i tak rano wychodzę z domu do roboty, chociaż powietrze w śródmieściu niekiedy śmierdzi. I to bez kombinezonu.

Na procedurach czyszczenia skafandrów po powrocie do bazy też się nie znam. Strumień sprężonego gazu? Coś neutralizującego syfy?

Z zadrapaniami chyba przesadzasz – w końcu bakterii na Marsie też dużo nie ma, tylko to, co kosmonauci przywieźli ze sobą.

Gdybym miała do wyboru dość pewną śmierć z głodu albo uduszenia, a z drugiej strony ryzyko zetknięcia z nadchloranami? Tak, poszłabym odgarnąć pył.

Zapewne kombinezony będą się zużywać szybciej. I NASA przed wysłaniem ludzi o tym nie wiedziało? Nie próbowało zaradzić?

Babska logika rządzi!

Wyznam szczerze, zmęczył mnie ten tekst. Na początku wszystko było fajnie, narracja w czasie teraźniejszym, krótko prowadzona przy nodze, myślę, będzie po męsku, twardo, szorstko i bez piertenteges. Szybko zaczęło niestety nużyć. Lubię taką narrację, ale jeśli jest czymś przełamana, nie wiem, bohater jest człowiekiem z przypadku i się mota, albo jest w tym jakiś dystans, a ty jedziesz tak śmiertelnie poważnie, jakby tekst miał cholernie ciężki ładunek emocjonalny, a nie ma, i w tym tkwi cały szkopuł.

Brakuje tu napięcia. Przedstawiasz trójkę wysoko wykwalifikowanych specjalistów, świadomych niebezpieczeństw zadania, którego się podjęli i ich losy, gdy coś tam nie pykło. No właśnie. Coś tam. Gdzieś pół słowem wspominasz o ostatnim skafandrze, który padł, o burzy pyłowej, która rozszalała się bardziej, niż można było przewidzieć, ale to wszystko było już jakiś czas temu i bohaterowie zdążyli się już z tym chyba oswoić, bo przecież wiedzieli na co się piszą, wsiadając do rakiety. Jakim sposobem mam się wzruszyć ich losem, gdy to niebezpieczeństwo, to wiszące nad nimi zło tego świata (jakże obcego) w toku narracji nie występuje? Nic nie spierdaczyło się nagle, na oczach widzów, nie zadziało się nic ciekawego/efektownego, co mogło by poruszyć, na czym czytelnik mógłby zbudować jakiś stosunek do bohatera. A zamiast tego gatki-szmatki o glonach, algach i duperelach, o których zamkniętym ze sobą na niewielkiej przestrzeni bohaterom musiało by się znudzić gadać już wieki temu. Nie ma też nic ciekawego w tym, że zasypało świetliki, bo jak burza pyłowa to jakże miało być inaczej, nie ma nic intrygującego w sposobie w jaki na rozwiązanie kłopotu wpada bohater. Zamiast tego walisz grubym słowem w typie: “pogoda jest paskudna”, “sytuacja jest dramatyczna” i w ogóle wszystko na źle, gdy nie zadbałaś o to abym cokolwiek do bohatera poczuł. Bo przecież emocji i sympatii wzbudzać też nie może Oppy. Bądźmy dorośli, to nie Wall-E. Jeśli komukolwiek należą się gratki za kawał dobrej roboty, to konstruktorom i inżynierom, nie stworzonemu przez nich narzędziu. Przesadne personifikowanie przedmiotów jest tak samo niestosowne, jak uprzedmiotawianie ludzi.

Ogólnie rzecz ujmując po lekturze miałem wrażenie, że obejrzałem hollywoodzki blockbuster sf, gdzie kupa kasy poszła na dekoracje, efekty specjalne, gażę reżysera i topowej obsady, ale to, co najważniejsze (napięcie, bohater, emocje) pozostało tanie. I umówmy się, że ja tu sobie tak jadę bez żadnego ale, bo to co w tekście dobre/wartościowe itp. to chyba widać i wiadomo, że jest i jak się nazywa, ale od starego wygi mam prawo wymagać więcej, no a przynajmniej tyle, aby nie pozostawił mnie obojętnym na opowiadaną historię. A tak się w tym przypadku stało.

Kolejne opowiadanie, które prawdopodobnie otrzyma nominację do piórka, przy którym niestety zagłosowałbym na NIE.

Dlaczego? Jest to przecież rzadka na portalu próba rasowej science-fiction, z dobrym researchem, do tego osadzona w bardzo klasycznej scenografii stacji kosmicznej i z klasyczną walką o przetrwanie w obcym i zabójczym środowisku. Wszystko, co tygrysy lubią. A jednak…

Zacznę może od tego, że dostrzegam kilka podobieństw Twojego opowiadania do mojego "Trzeba czekać": stacja marsjańska, poszukiwanie katalizatora terraformacji, niejednoznaczna postać kobieca, awaria sprzętu, problemy z łącznością, burza piaskowa, glony/algi/porosty/bakterie, raport bohatera w formie zapisków (a przy okazji u mnie straszny infodump), jest nawet porównanie owej postaci kobiecej (u mnie Alicji) do Wenus. W obu tekstach są również wspomniane kwestie oglądalności, popularności – mówiąc ogólnie PR misji. Takich przypadkowych zbieżności jest więcej. I także pod moim testem padały porównania do "Marsjanina". Opowiadanie powstało jednak około 2002 roku i ukazało się potem w Fahrenheicie w roku 2005, można więc powiedzieć, że to Andy Weir ściągał ode mnie ;). Nawet głównego bohatera nazwał tak jak ja: Mark. Oczywiście ja poszedłem w zupełnie inną stronę niż Weir i Chrościsko i zupełnie o czym innym chciałem opowiedzieć.

I tutaj pojawia się pierwszy argument za moim NIE. Bo jeśli mogę coś zarzucić tekstowi, to przede wszystkim brak głównego, wiążącego fabułę pomysłu. Pomysłu, który byłby osią tej historii, jej fundamentem, motywem przewodnim, ideą, wokół której opowieść się splata i spełnia w finale. Moje opowiadanie (wybacz te ciągłe porównywanie) oparte było właśnie na pomyśle. Nie wszystkich on przekonał i nie każdemu się spodobał, ale był podstawą, na której opierała się cała historia i mocny twist na koniec (a Cobold ponoć mi tego pomysłu nawet zazdrościł). U Ciebie takiego wyrazistego pomysłu zabrakło. Bo co nim jest? Podziemna wersja misji na Marsa? Biorąc pod uwagę zabójcze promieniowanie i chociażby nawiedzające planetę burze, to nie jest żaden autorski pomysł, tylko realna koncepcja takiej misji. Zresztą u mnie też są podziemia stacji – to właściwie konieczność na Czerwonej Planecie.

A może takim pomysłem ma być drugie życie Opportunity, wykorzystanego do uratowania bohaterów? Być może takie było założenie, jednak ten wątek moim zdaniem mocno rozmywa się wśród innych elementów i dygresji narratora. Mamy scenę malowania płatów wirnika, mamy wspomnienia bohaterów, pojawiają się też inne wątki. Właściwie łazik wskakuje na scenę pod koniec opowiadania (wcześniej tylko o nim wspominasz) i szybko z niej schodzi. Jego linii fabularnej brakuje nawet jakiegoś mocnego finału. Gdyby dodać jej większej mocy, jakieś dramaturgii, zaskoczenia, lub znaczenia i miejsca w tej historii byłbym skłonny uznać to za ów wiążący i unoszący fabułę pomysł. Ale przy tym niestety średnio oryginalny, bo i w filmowych "Czerwonej planecie" i „Misji na Marsa” czy nawet we wspomnianym "Marsjaninie" mieliśmy już przecież wykorzystanie urządzeń z poprzednich misji, członów rakiet, lądowników itp. w celach ratunkowych. A sam przyznasz, że opowiadanie, w którym głównym pomysłem jest takie wykorzystanie łazika, a które można streścić w ten sposób: siadł im sprzęt w bazie na Marsie i zasypało okna, potrzebne do hodowli alg, więc użyli starego łazika do osadzenia turbin, które miały przewiać pył… Hmm to nie brzmi porywająco. Zwłaszcza gdy ktoś zapyta: No i co? A odpowiedź brzmi: No i nic…

Druga uwaga dotyczy kompozycji czy może konstrukcji tekstu. Rozbudowujesz kilka scen, skupiając się bardziej na relacjach międzyludzkich, przemyśleniach narratora, snując w tle dosyć luźną historię Opportunity i walki o życie, a ja do końca nie wiem, czy ten tekst ma jakąś wyrazistą oś fabularną, wstęp, rozwinięcie i zakończenie, solidnie powiązane ze sobą, nie tylko na planie wydarzeń, ale przede wszystkim w swojej strukturze i właściwym wyważeniu elementów składowych. 

Czy to na pewno konstrukcja przemyślana i tworząca spójny obraz, czy to raczej rozrzucone puzzle? Niby przedstawiają jeden widok, ale Autor jakby zapomniał je ze sobą ściśle połączyć. Bo owszem, snujesz historię tej walki o przetrwanie, ale w zasadzie bardziej skupiasz się na rozbudowanych scenach dotyczących czegoś innego, które ten "dramatyczny" wątek luźno łączy. To osłabia dramaturgię, spowalnia akcję, rozcieńcza historię i czytelnik traci pewność o czym tak naprawdę Autor chciał opowiedzieć. Do tego skaczesz od jednej sceny do kolejnej, trochę zaniedbując płynność tych skoków. W efekcie, w sumie niewielkim objętościowo tekście sporo jest o wymyślaniu loga, o ojcu jednego z załogantów, o związku pary bohaterów, a główna oś fabularna w tym wszystkim się trochę gubi i rozmywa. Tak jak rozmyte jest samo zakończenie opowiadania.

Co chciałbym pochwalić, to wspomniany research. Szarpnąłeś się na konkretną science-fiction, Chrościsko. To rzadkość na portalu i za to wielki plus. Stronę science oparłeś mocno na swojej dziedzinie (geologii). Może czasem wtrącasz zbyt wiele tych geologicznych szczegółów, ale biorąc pod uwagę profesję głównego bohatera to jednak ma sens i nie przeszkadza. A robi dobre wrażenie.

Za to nie do końca przekonuje mnie (i chyba nie tylko mnie) cała logistyka opisywanej misji. Sporo pisze o tym Finkla i inni komentujący. I ja mam swoje wątpliwości. Trudno bowiem uwierzyć, że już po roku (to podajesz chyba dopiero w komentarzu), bohaterowie skazani są niemal na śmierć i żyją uwięzieni we własnej bazie. Jedzą papkę cudem uzyskaną z jakichś sinic, którą doprawiają solą wydobytą prawdopodobnie ze ściany jaskini (przyznaj, tutaj chciałeś się popisać wiedzą i nas zainteresować), a tlen pozyskują pośrednio zza pomocą kamiennych kilofów, narażając przy tym życie itd. Do tego nie mają sprawnych kombinezonów, nie mają pojazdów transportowych, siada im reaktor, rezerwy i systemy awaryjne to jakiś żart i nie wspiera ich żaden superkomputer itd. A przede wszystkim nie wspiera ich Ziemia. Pamiętając „Apollo 13” czy nawet „Marsjanina”, gdzie całe zastępy tęgich głów szukały rozwiązania problemów i ratunku dla bohaterów, trudno uwierzyć, w Twoją misję na Marsa. I nie wytłumaczysz wszystkiego brakiem łączności. Przecież opisujesz ekstremalne warunki, które nie powstały podczas tej akurat burzy piaskowej czy problemów z komunikacją tylko znacznie wcześniej. W zasadzie chyba jeszcze przed startem z Ziemi…

Różnego rodzaju nieścisłości jest więcej. Przykładowo: czy baza, która nie jest hermetyczna tylko funkcjonuje w nadal drążonych jaskiniach (bohater łupie skały wewnątrz stacji) ma rację bytu? A co w przypadku przebicia ściany do jakiejś komory skalnej wypełnionej gazem, czymkolwiek? Co z wyciekiem cennego tlenu?

Ciężko też uwierzyć w wybudowanie takiej stacji pod ziemią przez trójkę bohaterów z profesjami typu geolog, biolog, elektronik (w moim tekście też nie jest to przemyślane). Nawet z wykorzystaniem naturalnych jaskiń. Ciężko uwierzyć, że dla kaprysu jednego z nich mogli sobie wcześniej pozwolić na ściąganie łazików z całej (zapewne bardzo rozległej) okolicy, a teraz tkwią uwięzieniu pod ziemią niemal bez środków do życia i zdani na kilka zasypanych świetlików oraz wraki maszyn z przeszłości. 

 

Od strony technicznej jest co najmniej dobrze. Ale moim zdaniem opowiadaniu bardzo pomogłaby profesjonalna redakcja. Można z tego łatwo zrobić naprawdę solidne s-f, godne publikacji (oczywiście dodając bardziej wyrazisty pomysł ;)) Wystarczyłyby drobne poprawki kompozycji, oszlifowanie stylu, wygładzenia pewnych chropowatości i sztuczności językowych. Teraz niektóre dialogi brzmią nieco sztywno, przeskoki fabularne trochę zgrzytają, ale to naprawdę są detale do poprawki.

Zdania czasem jakby za długie. Niektóre lepiej by wybrzmiały rozdzielone na mniejsze części.

 

Na koniec kilka kwestii technicznych, które najbardziej rzuciły mi się w oczy:

 

Od rana spadek mocy kolejne o dwa procent. 

 

– szyk zdania.

 

– Nie tylko imię. – Błysz­czą mu się oczy, kiedy o tym mówi.

 

– lepiej by było „oczy mu błyszczą, kiedy o tym mówi”.

 

– Tak, jasne. Weź­mie­my ło­pa­ty, jedno po­po­łu­dnie i bę­dzie po­ro­bio­ne – kpi Ophe­lius.

 

– porobione? Dziwna forma. Lepiej by brzmiało zrobione.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Podczas czytania odniosłam wrażenie, że ta misja nie była szczególnie chwalona i dobrze finansowana. 

Ando, nie bardzo rozumiem skąd to wrażenie. Jest niepewność ze względu na czasowy brak komunikacji, ale nic poza tym. 

Może pójść tym tropem, dodać jakieś zdanie lub krótki dialog z Ziemią wyjaśniający odmowę natychmiastowej pomocy i słabe wyposażenie

Ale co rozumiesz przez natychmiastową pomoc? Nie wyślą natychmiast statku z częściami zapasowymi, bo są zależni od okna orbitalnego, które pojawia się raz na dwa lata, do tego podróż trwa 9 miesięcy. Jeżeli chodzi o pomoc merytoryczną, to przecież te otrzymują. Zauważ, że przy awarii reaktora, Ophelius nie kombinuje nic na własną rękę, a realizuje instrukcje przysłane z Ziemi. Tak więc Houston pomaga jak może a może niewiele.

Podobnie jest przy raportcie, który Vincent wysyła na Ziemię. Jest napisane wyraźnie, że robi to codziennie, więc ta współpraca z Ziemią istnieje i ma się dobrze.

Zmienia się to dopiero w pewnym momencie, i sam fakt, że Vincent się tym martwi, i jest to dla niego coś niecodziennego, wskazuje, że dotychczas nie było problemów z komunikacją.

Pozostają więc dwie możliwości.

a)Mars z Ziemią jest w koniunkcji i Słońce blokuje sygnał komunikacyjny (co jest faktem naukowym)

b)Na Ziemi wydarzyło się coś, o czym bohater nie wie, a co wpłynęło istotnie na czasowy brak wsparcia. 

 

Finklo

 Z zadrapaniami chyba przesadzasz – w końcu bakterii na Marsie też dużo nie ma, tylko to, co kosmonauci przywieźli ze sobą.

Zadrapanie to był jedynie przykład tego, że błahostka może urastać do rangi problemu, więc ryzyko trzeba szacować nie według Ziemskich kryteriów.

Gdybym miała do wyboru dość pewną śmierć z głodu albo uduszenia, a z drugiej strony ryzyko zetknięcia z nadchloranami? Tak, poszłabym odgarnąć pył.

A co by Ci to dało, skoro burza wciąż trwa i ma trwać kolejne 2 miesiące i po chwili piach nawiałoby znowu. Dodatkowo pył zawieszony w powietrzu blokuje promienie słoneczne. Wielkie ryzyko, a zysk minimalny.

Zapewne kombinezony będą się zużywać szybciej. I NASA przed wysłaniem ludzi o tym nie wiedziało? Nie próbowało zaradzić?

Gdyby wszystko dało się przewidzieć i zaradzić, to by nie było w kosmosie awarii. A są i to częste. Co innego testy na Ziemi, a co innego praktyka na Marsie. Przecież warunki marsjańskie możemy jedynie symulować i to zapewne w uproszczony sposób, bo nie znamy wszystkich zmiennych.

 

Michale Pe, dziękuje za komentarz. Nie będę tutaj specjalnie polemizował z Twoimi subiektywnymi odczuciami, ani też tłumaczył, dlaczego tekst jest taki, a nie inny. Nie podeszło. Rozumiem. Odniosę się tylko do jednego zarzutu:

 A zamiast tego gatki-szmatki o glonach, algach i duperelach, o których zamkniętym ze sobą na niewielkiej przestrzeni bohaterom musiało by się znudzić gadać już wieki temu

A o czym według Ciebie powinni mówić? Olivia jest mikrobiologiem, więc jest oczywiste, że będzie mówić o tym, co jest jej pasją. W nieprzyjaznych warunkach udaje jej się wyhodować kolejne gatunki mikroorganizmów, do tego kluczowe do ich dalszej egzystencji, dlaczego ma się tym nie chwalić?

Rozmawiają o jedzeniu… jest to jeden z najbardziej naturalnych tematów do rozmów, w szczególności w sytuacji, gdy muszą jeść coś, co niekoniecznie mają ochotę.

 

Marasie, zapoznałem się z Twoją recenzją. Dziękuję bardzo. Odniosę się do niej wkrótce.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Teraz już rozumiem działanie okna orbitalnego. Tekst mi się podobał, nie chciałam się czepiać. Próbowałam podpowiedzieć rozwiązanie, kiedy pojawiły się komentarze, że wyprawa była słabo wyposażona. Pomyślałam, że można wytłumaczyć to niższym finansowaniem misji. Nie wiem, na ile ten sprzęt był rzeczywiście słaby, a na ile zadziałały trudne marsjańskie warunki.

Jeśli robota nie ma sensu, to bym nie szła odgarniać. Ale i nie wsiadałabym do rakiety, jeśli powodzenie misji opiera się na założeniu, że przez dwa lata utrzyma się ładna pogoda.

Babska logika rządzi!

Wiesz, Finklo, ja nie wiem, czy istotne jest co byś zrobiła lub nie zrobiła na Marsie. Wiem za to, że poleciała już dawno merytoryka i niewiele, jeśli chodzi o szlifowanie pisania, wyciągnę z waszej dyskusji z Chrościskiem. To są argumentacje własnych stanowisk i poglądów i o ile w same w sobie mogą być ciekawe, to niewiele już w same pisanie wnoszą.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

OK, tę dyskusję już dawno wypadało skończyć.

Babska logika rządzi!

Marasie, strasznie maraśna ta Twoja recenzja. Poświęciłeś na nią dużo swojego czasu, więc nawet nie mam serca się na tę maraśność złościć.

A sam przyznasz, że opowiadanie, w którym głównym pomysłem jest takie wykorzystanie łazika, a które można streścić w ten sposób: siadł im sprzęt w bazie na Marsie i zasypało okna, potrzebne do hodowli alg, więc użyli starego łazika do osadzenia turbin, które miały przewiać pył

Turbiny nie były po to, by przewiać pył. Były po to, by wygenerować prąd. Uzupełnić niedobory energii, której brakowało po uszkodzeniu reaktora.

Oprócz Oppy przerobiono również silniki elektryczne z innych łazików, tak by każdy z nich generował prąd.

Rozumiem, że może ten pomysł nie powalił Cię na kolana, ale przecież to tekst na konkurs o łazikach, więc jak możesz mi zarzucać, że właśnie łaziki wykorzystałem w fabule.

Stronę science oparłeś mocno na swojej dziedzinie (geologii). Może czasem wtrącasz zbyt wiele tych geologicznych szczegółów, ale biorąc pod uwagę profesję głównego bohatera to jednak ma sens i nie przeszkadza. A robi dobre wrażenie.

Marasie, chwilę wyżej narzekałeś na brak oryginalności, a teraz narzekasz na geologiczne szczegóły. Co jak co, ale właśnie te geologiczne trzy grosze to jest największa wartość dodana, którą mogę tu wnieść. To jest ten unikalny element opowiadania, który robi różnicę, bo jest to poletko rzadko w SF eksploatowane.

Zauważ, ile problemów egzystencjalnych zostało przez to rozwiązanych w sposób niekonwencjonalny. Masz w bazie unikalną technologię produkcji tlenu na podstawie redukcji nadchloranów (odkryto je na Marsie ledwie kilka lat temu). Masz bazę izolowaną od środowiska zewnętrznego, dzięki umiejscowieniu jej w jaskiniach solnych. Kawerny solne są na tyle hermetyczne, że magazynuje się w nich gaz ziemny, więc jest to realistyczne. Jest rozwiązanie wykorzystania wermikulitu również do uszczelniania wszelkich ubytków i dziur (minerał, który potrafi powiększyć swą objętość 20 krotnie, również niedawno odkryty na Marsie). To są wszystko drobne szczegóły, które powodują, że ten pomysł, choć wyssany z palca, staje się teoretycznie możliwy.

To jest też odpowiedź na poniższą kwestię:

Różnego rodzaju nieścisłości jest więcej. Przykładowo: czy baza, która nie jest hermetyczna tylko funkcjonuje w nadal drążonych jaskiniach (bohater łupie skały wewnątrz stacji) ma rację bytu? A co w przypadku przebicia ściany do jakiejś komory skalnej wypełnionej gazem, czymkolwiek? Co z wyciekiem cennego tlenu?

Bohater kuje 20 kg surowca dziennie, jedno wiaderko, bo dokładnie tyle potrzebują, by skompensować zużycie. Gdzie on ma się niby przebić i do czego? Tu akurat wszystko jest przemyślane.

Ciężko uwierzyć, że dla kaprysu jednego z nich mogli sobie wcześniej pozwolić na ściąganie łazików z całej (zapewne bardzo rozległej) okolicy,

Zakładamy, że baza powstała niedaleko miejsca lądowania Oppy, do tego mamy dwa hipotetyczne łaziki wysłane w to samo miejsce celem rozpoznania terenu pod bazę i masz już trzy łaziki w jednym miejscu. Misja Rosalynd Franklin jest planowana bardzo blisko Opportunity. Więc jest już czwarty łazik. Wszystko blisko siebie. To też zostało przemyślane.

Do tego w początkowym etapie misji, kiedy sprzęt był sprawny, nie mieli jeszcze ograniczeń i mogli prowadzić prace badawcze na powierzchni, a co za tym idzie, ściągnąć te łaziki przy okazji badań.

A przede wszystkim nie wspiera ich Ziemia.

Patrz odpowiedź napisaną dla Ando powyżej.

To osłabia dramaturgię, spowalnia akcję, rozcieńcza historię i czytelnik traci pewność o czym tak naprawdę Autor chciał opowiedzieć.

Tutaj nie będę zbytnio się rozwodził, bo Twoje zarzuty co do kompozycji są po części słuszne. Być może autor chciał opowiedzieć zbyt wiele rzeczy naraz, a to na czym mu najbardziej zależało, ukrył zbyt głęboko, lub przedstawił niewystarczająco wyraźnie. Mam jednak wrażenie, że kilka osób mimo wszystko zdołało się do tego dokopać. Do tego jednak potrzeba potraktowania słów bohaterów niedosłownie. Chociażby scena z opracowywaniem logo… to logo jest najmniej istotne w tej konwersacji, istotne jest nie to, co mówią, a co przemycają między wierszami. 

 

Marasie, na koniec poproszę jeszcze o kopię Twojego opowiadania, do którego nawiązywałeś. Już znalazłem. ;) Dziękuję za maraśną recenzję. ;)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Nie będę tutaj specjalnie polemizował z Twoimi subiektywnymi odczuciami, ani też tłumaczył, dlaczego tekst jest taki, a nie inny.

Broń Boże tego nie rób, wyrażam tylko czytelnicze odczucia, nie potrzeba mi dyskutować dlaczego napisałeś coś tak, a nie inaczej, bo to twoja sprawa.

 

A o czym według Ciebie powinni mówić?

Z mojego punktu widzenia należało by zapytać, czy w ogóle powinni. Ale też nie ma niczego złego w sposobie, który obrałeś. Jeśli chcesz przedstawić bohatera poprzez funkcję, każdemu wykroić poletko żeby rzucił w eter trochę efektownego żargonu, to spoko (przypomina to trochę walkę szczeniaczków o uwagę chłopca, który zatrzymał się przed wystawą pet shopu – takie “patrz czytelniku, teraz ja! jestem geologiem, mam tu łupki, gnejsy i krzemień pasiasty! A nie, bo teraz ja! Ja mam mikrolorum sratulorum i pokażę ci jeszcze sratulorum maksilorum, bo jestem mikrobiolegiem i jaram się tym ja nastolatka przed olimpiadą gimnazjalną!”, i tak dalej). Przepraszam, że trochę sobie żartuję, ale jakoś tak mnie taka najebka bohatera na swoją funkcję rozśmiesza (w taki pozytywny sposób), bo to jest estetyka z hollywoodzkich filmów, gdzie szefem pary detektywów jest czarny, a dzwoniący w środku nocy telefon stoi zawsze na szafce po stronie łóżka, którą zajmuje żona bohatera. W ogóle to tych skojarzeń filmowych miałem w czasie lektury więcej.

Olivia tańczy, Ophelius płacze, a ciekawskie kamery orbitującego satelity nadają na Ziemi transmisję, którą przy dźwiękach „Dust in the Wind” oraz „I Will Survive” śledzą miliony.

W pastiszu trzeba by to zdanie zmienić na “Olivia tańczy, Ophelisu płacze, a wzruszona do łez Liv Tyler przykłada dłoń do ekranu monitora”:P Wiem, takie głupie heheszki mi wychodzą, ale naprawdę o tym pomyślałem przy czytaniu. A zmierzając do sedna, to wszystko to było by fajne (ładne dekoracje, sprawna obsługa planu itd), gdyby jądro tekstu (emocje, cokolwiek, żebym przejął się losem bohaterów), nie pozostawało martwe. Nie wiem, może po obiecującym początku liczyłem na więcej. Może niepotrzebnie.

No właśnie. Nie wiem, czy mój komentarz jest maraśny, czy tylko przaśny, ale pisząc ledwie dzień po lekturze, zapomniałem o tym, że chodziło głównie o prąd z turbin. Zwyczajnie. Wybacz. Tak często powtarzałeś w kolejnych scenach potrzebę odsłonięcia świetlików, że to mi najbardziej utkwiło w pamięci. Jakimś cudem przekonany byłem, że oni chcą przewiać pył i przy okazji uzyskać prąd. Chyba ta scena z propozycją umieszczenia wentylatora na łaziku tak mi utkwiła. Ale to świadczy nie tylko o mojej nieuwadze i kiepskiej pamięci, ale też o słabej wymowie owego pomysłu w tekście. Tkwi przywalony innymi wątkami, nie wybrzmiewa z pełną mocą i dramaturgią. To chyba też wynika trochę ze stylu i kompozycji. Dużo chcesz wcisnąć w ten tekst, w każde zdanie, używając wielu słów. I jakby gubisz główną linię fabularną. Albo czytelnicy tacy jak ja ją gubią.

No i właściwie, zmieniając w moim wrednym streszczeniu przedmuchanie pyłu na wytworzenie prądu przy użyciu starych łazików nadal nie mamy żadnego WOW i żadnego powalającego czy zaskakującego pomysłu. A cała ta geologia to tylko ciekawy enturage, a nie pomysł na fabułę.

Hmm. A może jest tak jak pisał Michał Pe. Nie czujemy tej tragedii i emocji, bo nie zdążyliśmy polubić bohatera, a napięcie budujesz dosyć słabo, rozmywając akcję pobocznymi wątkami?

Wracając do maraśności. Ona wynika poniekąd z lekkiego rozczarowania. Czekam na prawdziwą i solidną s-f, taką w stylu "Encephalodusa", "Śnieżki", "Żywota Lothara" czy "Szeptu Pielgrzymów". Przyznaję, rozbudziłeś moje nadzieje, ale potem za bardzo (moim zdaniem) rozrzedziłeś to s-f na poziomie fabularnym i kompozycyjnym. Albo zwyczajnie pomysł z odkurzaniem okien czy prądem z łazików to za mało dla dziada, który czyta s-f od prawie 40 lat.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Michale Pe, co do naukowego żargonu, to z moich obserwacji wynika, że naukowcy w rozmowach między sobą wcale od niego nie stronią. Co więcej, oni nawet często nie są świadomi tego, że posługują się żargonem, bo są to dla niech naturalne słowa.

Wiem to po sobie, bo gdy piszę opowiadanie zahaczające o moją specjalizację (patrz powyżej), to naprawdę staram się unikać żargonu, po napisaniu opka jestem z siebie dumny, że mi się udało, a potem przychodzi beta i każe mi wywalić połowę trudnych słów.

W tym przypadku, pomimo że wysłano na Marsa trójkę specjalistów, z zasady muszą być oni interdyscyplinarni, by byli w stanie przeżyć. Prowadzone przez nich badania mają bezpośredni wpływ na życie całej społeczności (choćby menu), stąd też będą oni bardzo szybko przyswajać naukowy żargon swoich kolegów. 

Tak to widzę. Rozumiem, że może Cię to śmieszyć, być może w kilku miejscach te dialogi są przerysowane, ale mimo wszystko w mojej ocenie taka rozmowa mogłaby mieć miejsce, tym bardziej że większość tych wypowiedzi, szczególnie pani biolog, jest w tonie żartobliwym i kpiącym, bo tak tę postać widziałem.

Nie zmienia to faktu, że sposób, w jaki ten tekst odebrałeś, bardzo się różni od moich intencji. A w takim wypadku winny zazwyczaj jest autor. Także, dzięki za feedback. Będę o tym pamiętał.

 

Marasie, jeszcze raz dzięki za wyjaśnienia. Budowanie napięcia nigdy nie było moją mocną stroną, i to niestety tu wychodzi. Rozwadniam opowieść wieloma wątkami, bo lubię jak jest mało przewidywalna, jednak krótka forma to nie powieść, więc dobrze, że zwróciłeś na to uwagę.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Chrościsko, jesteś moim zdaniem jednym z dojrzalszych literacko pisarzy aktywnych na tym forum. Każde twoje opowiadanie to pięknie wykonana układanka, której nie sposób nie docenić.

 

Dla mnie ten tekst nie był stricte o Marsie, a o tym, jak ludzie reagują na śmierć – stacja marsjańska zaś to tylko ładna otoczka. Mam nadzieję, że nie przewrócisz teraz oczami – widzę olbrzymi research i ogrom pracy włożony w budowanie historii, dużo trudnych słów, które podbudowują profesjonalne wrażenie i odrobinkę geologii – jednak, jak wspominałam, ten cały piękny setting jest dla mnie przede wszystkim dobrze przedstawionym tłem pod samą historię. Możliwe, że wpływa na to fakt, że sama nie mam wystarczającej wiedzy czy wykształcenia, by angażować się emocjonalnie w stawianie bazy czy hodowanie glonów na Marsie. Laurka wygląda przekonująco i ja to kupuję.

 

Historia zaś jest o ludziach, a gadanie o ludziach wychodzi ci pięknie. Widać w tym twoje obserwacje i doświadczenia zebrane z prawdziwego świata, a następnie w innej formie przelane w to opowiadanie. Szczególnie moją sympatię budził Ophelius i żałuję, że nie dałeś mu się rozwinąć – że widzimy dokładnie reakcje Olivii i Vincenta na śmierć, ale już nie Opheliusa, którego w jednej scenie zdołałeś przedstawić jako złożony przypadek ślepej miłości do ojca. Zdecydowanie należało mu się jakieś zakończenie, ale też wyobrażam sobie, że w połączeniu z intymnością sceny między Olivią a Vincentem na biednego Opheliusa nie było miejsca.

 

Olivia to bohaterka, którą z całą pewnością śledziłam z zainteresowaniem :) Interesujące jest, co popchnęło ją do rzucenia się za byłym szefem na drugi koniec świata. Wydaje mi się, że widzę w niej sporą niedojrzałość, wręcz – zaklęcie nastolatki w ciele trzydziestoparolatki (dokonałam obliczeń i wyszło mi, że Olivia musi mieć trzydzieści parę lat, by zdążyć skończyć studia, nabrać doświadczenia, przejść proces rekrutacji i wylecieć na Marsa). Olivia jest więc małą dziewczynką, która na ślepo błąka się po świecie – łatwo ją zrozumieć, bo kto z nas nigdy nie doświadczył impostor syndrome.

A Vincent – co tu się będę rozwodzić, Vincent jest po prostu uroczy. :)

 

Podoba mi się to, jak dałeś bohaterom w krótkim przecież tekście porządne tło psychologiczne, a następnie puściłeś wolno, by każde z nich po swojemu reagowało na niebezpieczeństwa i wreszcie bliskość śmierci. Przez chwilę miałam wręcz wrażenie obserwowania myszy w klatce, na których przeprowadzany jest eksperyment. 

 

Opowiadanie zdobyło nominację do piórka i myślę, że możesz już mieć pewne podejrzenia, jaki będzie mój głos ;) Mówiąc krótko – czytałam z przyjemnością, głęboko zauroczona przedstawioną przez ciebie opowieścią. Pozdrawiam!

www.facebook.com/mika.modrzynska

Nie przewracałem oczami, Kam. Nawet by mi to przez myśl nie przeszło. Psuć sobie słodką ucztę niepotrzebnymi gestami? Nigdy! 

Dziękuję za komentarz i Iskierkę nadziei.

 

ps.

impostor syndrome

A więc tak to się nazywa. ;) 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Michale Pe, co do naukowego żargonu, to z moich obserwacji wynika, że naukowcy w rozmowach między sobą wcale od niego nie stronią. Co więcej, oni nawet często nie są świadomi tego, że posługują się żargonem, bo są to dla niech naturalne słowa.

 

Bardzo ciekawa uwaga i z pewnością zgodna z prawdą. Tym bardziej, w większym stopniu niż ja, musisz sobie zdawać spraw z tego, jak bardzo w fabule takie naukowe rozmowy balansują pomiędzy niezrozumieniem (czytelnik nie jest przecież naukowcem), a przerysowaniem. W moim odczuciu momentami do granic tego drugiego dość mocno się zbliżyłeś i ok, tak to sobie wymyśliłeś i spoko, tyle że utrzymujesz w tekście tonację pozbawionej dystansu powagi (żeby nie powiedzieć lekkiego heroizmu), a taka już moja głupia natura, że tam, gdzie wydaje mi się “aż nazbyt serio” zaczynam dostrzegać komizm. I potem chodzi za mną Liv Tyler z tego głupiego filmu. I to nie tak, że to mnie śmieszy, bo to troszkę brzmi jakbym szydził, a od tego jestem daleki (przeciwnie, doceniam wkład pracy, który w tekst włożyłeś, jak i osiągnięty na wielu płaszczyznach efekt), bardziej rozśmiesza, powoduje głupkowatą wesołość, no, mam nadzieję, że łapiesz różnicę, bo cholernie ciężko pisać o tym, co nas rozśmiesza i dlaczego.

 

Nie zmienia to faktu, że sposób, w jaki ten tekst odebrałeś, bardzo się różni od moich intencji. A w takim wypadku winny zazwyczaj jest autor.

Niby to prawda, ale sądząc po komentarzach, większości tekst bardzo się podobał, więc koniec końców powinieneś być zadowolony. Przecież to jest naprawdę dobre opowiadanie.

Ok, to chyba wszystko, co ode mnie. Pozdrawiam i do następnego;)

 

Złoże przypomina gleby z pustyni Atakama, z tym że zamiast chilijskiej saletry są tu toksyczne nadchlorany…….Kontakt ze skórą oznacza poparzenie. ……Każda drobinka węgla lub metalu może zainicjować eksplozję.

 

  1. Za wiki “pH marsjańskiego gruntu jest równe 8,3 i może on zawierać śladowe ilości nadchloranów“  https://pl.wikipedia.org/wiki/Mars
  2. Na pewno nie powoduje oparzeń w kontakcie ze skórą. Na wiki https://pl.wikipedia.org/wiki/Nadchloran_potasu w rubryce NIEBEZPIECZEŃSTWO podano zwroty , polecam się z nimi zapoznać co oznaczają. 
  3. Gdyby do 1 kg nadchloranu dodać np. 1 % węgla to można to sobie trzeć, uderzać, zapalać – nic się nie dzieje. No ale czysty nadchloran nie występuje na Marsie, jak jest napisane “śladowe ilości”. 

Dlatego dalej nie czytałem. 

 

 

nie ma

Arko, pozwól, że wejdę z Tobą w polemikę.

 

a wiki “pH marsjańskiego gruntu jest równe 8,3 i może on zawierać śladowe ilości nadchloranów“  https://pl.wikipedia.org/wiki/Mars

Mars jest wielką planetą a jego pH będzie różne w różnym miejscu, w zależności od składu chemicznego gruntu itp. Nadchlorany mogą występować w gruncie (wg artykułu, na którym się oparłem pomiar wynosił 1.3%), ale czysto teoretycznie mogą również występować w postaci ewaporatów tak jak sole kamienne/gipsy/węglany na Ziemi, a wówczas ich stężenie będzie wielokrotnie wyższe. Nie wspominając o procesach złożotwórczych.

W przypadku soli kamiennych na Ziemi czystość ewaporatów dochodzi nawet do 99%. 

Opierasz swój zarzut na jednym artykule z Wikipedii, do tego nieaktualnym, podczas gdy ja, zanim napisałem to co napisałem, przeczytałem kilkanaście artykułów naukowych z tej tematyki, chociażby ten:

https://www.urania.edu.pl/wiadomosci/aktywnosc-wulkaniczna-odpowiedzialna-za-zbiorniki-cieklej-wody-pod-powierzchnia-marsa

 

Na pewno nie powoduje oparzeń w kontakcie ze skórą. Na wiki https://pl.wikipedia.org/wiki/Nadchloran_potasu w rubryce NIEBEZPIECZEŃSTWO podano zwroty , polecam się z nimi zapoznać co oznaczają. 

Piszesz o nadchloranie potasu. A czy sprawdziłeś nadchloran sodu, litu, wapnia, magnezu? Każdy z nich ma nieco inne właściwości. Do tego mogą być na różnym stopniu utlenienia, a wtedy ich właściwości są jeszcze inne. Wierz mi, że sprawdziłem większość z tych związków chemicznych. I co najmniej jeden z nich powodował poparzenia skóry. Nie bez powodu to napisałem, i nie bez powodu nie sprecyzowałem, jaki to dokładnie nadchloran.

A tu nieco więcej:

https://nt.interia.pl/technauka/news-na-marsie-moze-jednak-istniec-zycie,nId,1496901

 

Gdyby do 1 kg nadchloranu dodać np. 1 % węgla to można to sobie trzeć, uderzać, zapalać – nic się nie dzieje. No ale czysty nadchloran nie występuje na Marsie, jak jest napisane “śladowe ilości”. 

Nadchlorany są silnymi utleniaczami. Dostarczysz reduktor, czyli metal/węgiel lub ich pochodne, a jest możliwa eksplozja. (Zwróć uwagę, że choćby kombinezon może być na bazie węgla). Nie mówię, że będzie na pewno, bo inaczej baza dawno wyleciałaby w powietrze, ale jest to zagrożenie, na które trzeba uważać i o którym czytelnikowi trzeba powiedzieć. 

 

Co do geologii Marsa, nie zapominaj też, że jest to opowiadanie SF, a więc z założenia przedstawia zdarzenia/procesy, o których nie wiemy, a które teoretycznie mogłyby się wydarzyć (bo nie wiemy, czy występują tam nadchlorany w postaci ewaporatów, ale w świetle obecnej wiedzy, nie można takiej opcji wykluczyć). 

Konsultowałem ten tekst z ekspertem od geologii Marsa, i nie miał obiekcji w tym przypadku. Jest to teoretycznie możliwie, choć przy założeniu, że kiedyś na Marsie występowały słone jeziora o dużej ilości utlenionych jonów chloru.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Nadchlorany są silnymi utleniaczami. Dostarczysz reduktor, czyli metal/węgiel lub ich pochodne, a jest możliwa eksplozja.

Znalazłem fajny artykuł. wklepać w gogle i znajdziemy dokument pdf. 

Perchlorate on Mars: A chemical hazard and a resource for humans

 

Wynika z niego, że stężenia nadchloranów na Marsie są do 1 %. Na Marsie nie wstępują aktywne metale (magnez, aluminium) a tyle te mogą stwarzać realne zagrożenie i tylko wtedy gdy metal jest w postaci proszku. No i musi być czysty nadchloran. Nawet gdybyśmy wytarzali się w tym czystym nadchloranie: amonu albo litu, potasu czy sodu, magnezu czy wapnia to jedynie można się spodziewać dość szybkiego spalenia odzieży a nie wybuchu (eksplozji). No ale… czytelnik nie musi być jakoś super dokładnie zaznajomiony z subtelnościami zagrożeń a eksplozje (szczególnie w filmie) zawsze są mile widziane.  

 

 

 

nie ma

Wynika z niego, że stężenia nadchloranów na Marsie są do 1 %.

Ale ten 1% w artykule dotyczy gleby (soil).

A w opowiadaniu jest opisane masz złoże nadchloranów, pod powierzchnią, w sekwencji ewaporatów wytrąconej przed miliardami lat z wysychającego jeziora.

To zupełnie dwie inne sytuacje i różne koncentracje. 

 

Cytat z jednego artykułów:

W pracy na temat możliwego zbiornika wodnego pod południowym biegunem Marsa, naukowcy zasugerowali, że do utrzymania wody w stanie ciekłym mogły przyczynić się rozpuszczone sole, a w szczególności nadchlorany (sole kwasu nadchlorowego HClO4). Podejrzewa się, że sole te występują w warstwach pod powierzchnią Marsa, a ich obecność potwierdził lądownik NASA Phoenix.

i dalej

Symulacje wykazały, że dla najbardziej optymistycznego przypadku (sole nadchloranów wapnia z koncentracją powyżej 50% i zawartością zanieczyszczeń lodu na poziomie 20%)…

 

Co do eksplozji, zgodzę się, że jest ten fragment nieco przerysowany, ale przecież do żadnego wybuchu tam nie dochodzi, a jedynie jest powiedziane, że występuje hipotetyczne zagrożenie, którego mieszkańcy bazy są świadomi.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Powiedz to temu nadchloranowi amonu, że nie miał prawa wybuchnąć:

https://www.youtube.com/watch?v=cPVpzjxRjPk

AP był może w beczkach, workach, zbiornikach. Do tego czysty choć sam czysty jest bezpieczny. Pewno się topił i mieszał z reduktorem (worki papierowe). Znany był przypadek gdy w trakcie pożaru dużej ilości chloranu potasu, ten się topił i dopiero w kontakcie z drewnem beczki pojawiła się eksplozja.  

 

Pięć lat zajmowałem się amatorsko silniczkami rakietowymi i wiele razy testowałem też AP (amonium perchlorate). Nawet raz mi silniczek w trakcie ubijania mieszanki eksplodował w ręce ale uratowało mnie to, że otoczka silniczka była papierowa i eksplozja dotyczyła jakiegoś punktu… po czym się urwała… na szczęście. Przy zanieczyszczeniach na poziomie 20 % (nieorganicznych) o eksplozji nie ma co marzyć choć z nadchloranem wapnia, sodu, magnezu się nie bawiłem bo zbyt mocno ciągną wilgoć i na paliwo się nie nadają. Za to testowałem jeden raz LiP ale słabo wyszło. Zawsze był to mix czystego utleniacza z czystym reduktorem.  

Opowiadania nie czytałem z braku czasu. Ale (w lutym) zmobilizuję się. 

 

Edit: https://en.wikipedia.org/wiki/PEPCON_disaster

 

AP był przechowywany w zbiornikach aluminiowych, beczkach z polietylenu, pod zakładem była rura z gazem. Opisano możliwy mechanizm wypadku. 

nie ma

Skoro sam doświadczyłeś eksplozji w trakcie ubijania mieszanki, to skąd zarzuty do autora? Przecież jego bohater kilofem rozbija czysty nadchloran (nie wiemy czego nadchloran). Wyraźnie jest powiedziane, że to złoże, więc argument o 1% jest dziwny. Analogicznie, na Ziemi masz NaCl w glebie na poziomie ułamków procenta, a złoże w Wieliczce ma koncentrację ponad 99%.

Przecież jego bohater kilofem rozbija czysty nadchloran (nie wiemy czego nadchloran).

Do tego miejsca jeszcze nie dotarłem :-).

 

Jeśli założyć, że jest to nadchloran tych jonów metali jakie występują w wodzie (tej dawnej na Marsie) to będzie to nadchloran sodu z domieszką potasu i nie wielką wapnia oraz magnezu. Nie udaje się mi wkleić tabelki ale w necie sobie znajdziecie podobne (skład wody morskiej). 

 

A o tym silniku napisałem ponieważ po pierwsze eksplodowała mieszanka (uderzono w mieszankę zawartą pomiędzy dwoma metalami) czystych składników: AP plus reduktor. Po drugie wybuch lokalny łatwo ulega wygaszeniu, a szczególnie w przypadku czystego nadchloranu. To, że AP wybuchnie w próbie Kasta (uderzenie młotem) nie oznacza, że wybuch przeniesie się na sąsiednie cząsteczki , dalej położone od miejsca uderzenia.  

 

Nawet gdyby był to AP, to nie miałbym obaw aby urabiać jego jak węgiel choć literatura dopuszcza wybuch w dużej masie. I na pewno nie od kilofa a być może od silnego detonatora. W przypadku (Na,K,Ca, Ca,Mg)P czym by to nie pobudzić – żadnej eksplozji nie będzie, tym bardziej z zanieczyszczeniami nieorganicznymi a ma być ich sporo. Nawet nie będzie palenia. 

 

Ponadto Mars ma cienką atmosferę. Ciężko w niej wyhamować lądowniki. Mars jest od “zawsze” bombardowany meteorytami, więc powinny one działać jak kilof, nawet na warstwy gruntu głębiej położone. Mars jest zryty kraterami.  

 

skąd zarzuty do autora

Jestem pewien, że autor jest zaciekawiony tą dyskusją. Yebnie czy nie yebnie.

Moim zdaniem NIE YEBNIE :-)

 

 

nie ma

Jeśli założyć, że jest to nadchloran tych jonów metali jakie występują w wodzie (tej dawnej na Marsie) to będzie to nadchloran sodu z domieszką potasu i nie wielką wapnia oraz magnezu. Nie udaje się mi wkleić tabelki ale w necie sobie znajdziecie podobne (skład wody morskiej). 

Arko, ale wiesz, że to będzie tylko domniemanie, bo nie znamy składu marsjańskiej wody morskiej. Nawet na Ziemi ten skład się zmieniał na przestrzeni epok, a już podczas wysychania mórz, ten skład zmienia się diametralnie.

Jest tu duże pole do popisu. Do tego dochodzą unikalne warunki. Choćby nadchlorany, na Ziemi naturalnie występują tylko na Atakamie w glebach caliche. Ale na Marsie jest nadchloranów o kilka rzędów wielkości więcej, co oznacza, że chemizm wody morskiej będzie zupełnie inny niż na Ziemi. Mamy wiele kombinacji, wiele zmiennych i wiele niewiadomych.

Analizowaliśmy to już z Bellą w trakcie bety i wybraliśmy jedną z możliwych opcji, czyli sekwencja ewaporatów zaadoptowana do hipotetycznych marsjańskich warunków:

Na Ziemi taka klasyczna sekwencja osadów w wysychających słonych jeziorach wygląda tak:

 

kalcyt, CaCO3 (w rzadkich wypadkach nie występuje)

dolomit, CaMg(CO3)2

gips, CaSO4·2H2O (czasami nie występuje)

anhydryt, CaSO4

polihalit, K2Ca2Mg(SO4)4·2H2O[1]

halit, NaCl

sylwin, KCl

sole potasowo-magnezowe.

 

Ale na Ziemi nie ma nadchloranów w tej sekwencji tylko chlorki. Jakby taka sekwencja wyglądała na Marsie? Zależy od składu wody, którego nie znamy. :) I tu wkracza SF, czyli opisanie jednej z teoretycznych możliwości, i tak powyższy tekst należy traktować.

Jedyne co mogę z dużą pewnością stwierdzić, że taka warstwa nadchloranu nie będzie mieszaniną różnych soli, a sekwencją kilku warstw jednorodnych soli krystalizujących jedna po drugiej w miarę wysychania zbiornika, ergo stopniowej zmiany składu chemicznego wody.

Tak to się dzieje na Ziemi, stąd też nasze przekonanie, że sól będzie w miarę czysta.

 

Ponadto Mars ma cienką atmosferę. Ciężko w niej wyhamować lądowniki. Mars jest od “zawsze” bombardowany meteorytami, więc powinny one działać jak kilof, nawet na warstwy gruntu głębiej położone. Mars jest zryty kraterami.

Mars jest zryty kraterami, podobnie jak Księżyc, nie dlatego, że spada ich tam tak wiele, ale dlatego, że nie ma tam intensywnych procesów wietrzeniowych jak na Ziemi, przez co pozostają widoczne przez miliony/miliardy lat. Na Ziemi też by ich tyle było, ale morza, rzeki, ruchy górotwórcze czy szata roślinna robią swoje i kratery z dawnych czasów szybko znikają nam z oczu.

W przypadku upadku dużej asteroidy na potencjalne złoże nadchloranów ciśnienie będzie tak wielkie, że dojdzie do metamorfizmu szokowego i przeobrażenia skały/złoża… Czy również do eksplozji? Nie można wykluczyć. Tylko że w porównaniu z energią takiego impaktu, jej skala będzie niewielka.

Małe meteoryty, które spadają częściej, mają zaś bardzo ograniczoną penetrację gruntu. Często nawet trudno znaleźć krater, więc wpływ na głębsze warstwy będzie żaden.

Jestem pewien, że autor jest zaciekawiony tą dyskusją. Yebnie czy nie yebnie.

Autor już tę dyskusję z Bellatrix odbył w trakcie bety, jej efekt jest w tekście, a mianowicie przy zachowaniu środków ostrożności nie wybuchnie, ale nutka niepewności jest, bo przy dostarczeniu reduktora nadchlorany pozbędą się swojego tlenu chętnie i nagle.

Stąd też na wszelki wypadek rezygnacja z metalowych kilofów. :) 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

W moim piecu nie ma ognia, jest za to temperatura kilkuset stopni, która uwalnia tlen, a toksyczne grudy przemienia w spieczony, słony proszek.

Czyli autor zakłada, że bohater kopał nadchloran sodu (zanieczyszczony).

NaClO4 = NaCl + 2O2

 

Nie pozostawiam złudzeń :-). Można to walić metalowym młotem, ile się chce. Ma nie wielkie dodatnie ciepło rozkładu (Szydłowski “Podstawy Pirotechniki). Z netu wynika, że tlen można na Marsie pozyskiwać nawet z tego 1 % nadchloranu obecnego w gruncie. Z naukowego punktu widzenia ma to sens. 

 

Z dawnych czasów, zostało mi ze 30 gram AP i dziś potraktowałem jego silnym płomieniem (palnik do papy). W literaturze jest napisane, że może się palić. Mnie ta sztuka się nie udała. Tym bardziej nie wyjdzie z (Na,K, Mg,Ca)P. 

 

W literaturze s-f – jak zauważyłem – mało ważne są prawa zachowania : energii, pędu i inne. Liczy się co innego: akcja, losy bohatera, dialogi, itp. itp. itp. Więc wczytam się w opowiadanie. 

 

A przy okazji… tego co piszę proszę nie traktować jako “zarzutów” :-). Autor ma prawo kreować świat, jaki chce. 

 

 

 

 

nie ma

Arko, dzięki za Twój eksperyment :). Mimo wszystko myślę, że nie będzie wielkim nadużyciem pozostawienie tekstu w takiej formie, jakiej jest. Jak już zdążyłeś doczytać, nic tam jednak nie wybucha, więc wszystko jest w zgodzie zarówno z Twoim doświadczeniem, jak i z wiedzą naukową.

Jednak fragment o potencjalnym zagrożeniu również nie jest wyssany z palca. Informacje te zostały wzięte z niniejszej bazy danych:

https://pubchem.ncbi.nlm.nih.gov/compound/522606#section=Health-Hazard

Inhalation, ingestion or contact (skin, eyes) with vapors or substance may cause severe injury, burns or death. Fire may produce irritating, corrosive and/or toxic gases. Runoff from fire control or dilution water may cause pollution. (ERG, 2016)

These substances will accelerate burning when involved in a fire. Some may decompose explosively when heated or involved in a fire. May explode from heat or contamination. May ignite combustibles (wood, paper, oil, clothing, etc.). Containers may explode when heated. 

To są amerykańskie instrukcje BHP odnośnie utleniaczy takich jak nadchloran sodu. Myślę, że można śmiało założyć, że tego typu informacje otrzymaliby członkowie załogi przed rozpoczęciem eksploatacji, więc i przekazanie ich czytelnikowi w nieco podkolorowanej formie jest w porządku.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

tego typu informacje otrzymaliby członkowie załogi przed rozpoczęciem eksploatacji, więc i przekazanie ich czytelnikowi w nieco podkolorowanej formie jest w porządku.

Jest wporzo. Tak naprawdę opowiadanie zaciekawiło mnie przez słowo “eksplozja” a następnie zainteresował mnie problem wybuchowości nadchloranów. Ten test z AP zrobiłem dla siebie i takiego wyniku się spodziewałem (na małej próbce). Co ciekawe woda będzie silnie flegmatyzować nadchloran ale jeśli da się jej więcej, nastąpi odwrotny proces o ile układ zostanie nagazowany i wzbogacony o reduktory. Samo na Marsie się jednak nie zrobi. 

 

Przeczytałem całość. Nie czytałem komentarzy aby się nie sugerować.  

 

Nawet na porodówkę nie zdążył – Ophelius wykrzywił spierzchnięte od zimna wargi

– bo oglądał transmisję z lądowania Opportunity na Marsie.

Lądowanie w 2004. Wtedy się Ophelius urodził. Z opowiadania wynika, że był (chyba) w średnim wieku czyli dajmy jemu 40 lat. Mamy więc rok 2044. Trudno na ten rok snuć przewidywania co będzie. Mnie ledy, fotowoltaika – nie przekonały. Jakiś reaktor ok. 

– Ja nie żartuję. – Pochyla się, zbliża swe usta ku moim. Dwa centymetry, jeden. Patrzę jej w oczy i tkwię nieruchomo. Powinienem się od niej odsunąć, lecz coś mnie przed tym powstrzymuje.

Opis erotyczny – jeśli już się pojawił – zupełnie nie pobudził mojej wyobraźni.

 

Nie załapałem przesłania bo chyba jest w tym numer 1. Wiele wybaczę tekstowi jeśli będę czymś mocno zaskoczony. 

 

EDIT : Myliłem się co do fotowoltaiki na Marsie. Będzie to wydajne źródło energii. 

nie ma

Z opowiadania wynika, że był (chyba) w średnim wieku czyli dajmy jemu 40 lat. Mamy więc rok 2044. Trudno na ten rok snuć przewidywania co będzie. Mnie ledy, fotowoltaika – nie przekonały. Jakiś reaktor ok. 

Zakładałem jakieś pięć lat wcześniej, czyli bardzo bliski zasięg, współczesna technika + kilkanaście lat na rozpoznanie terenu i przygotowanie wyprawy. Jak sobie porównasz współczesne loty kosmiczne, a te sprzed piętnastu lat, to rewolucji tu nie ma, dlatego i ja rewolucji nie planowałem (sama misja załogowa byłaby już przełomem).

 

Dzięki za komentarz i dyskusję.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Chrościsko, wybacz, że się wtrącam:(

Arko, śledzę dyskusję z Chrościskiem i Bellą  i już nie strzymałam. Cierpliwość nie jest moją mocną stroną, niestety. Po pierwsze uważaj z eksperymentami i eksplozjami, zwłaszcza jeśli info z youtuba i Wiki, chyba że pracujesz nad tą kwestią w jakimś celu, acz na to nie wygląda. Po drugie: Mars i Ziemia to zupełnie inne planety, bądż łaskaw i temu się przyjrzeć i rozpatrywać eksperymenty w odniesieniu do potencjalnych różnic, a nie przekładać wprost. Magnetosfery różnią się zasadniczo, historia też, danych mamy ciągle za mało i ekstrapolacja jest zdecydowanie nieuprawniona, przynajmniej taka, którą proponujesz. Do Twoich teorii nie będę się odnosić, poczytaj sobie o doniesieniach z wyników badań Marsa. 

A jak już klepię w klawisze, odniosę się do ostatniego Twojego komentarza. Ledy i fotowoltaika Ciebie nie przekonały, hmm… a co przekonałoby? Reaktor? Chyba żartujesz.

Erotyka, dla mnie ciekawe literacko „ugryzienie” tej kwestii, wolisz wprost? – złośliwam, to prawda. Podaj przykład opisu, który Ciebie zauroczył i uważasz go za „The winner is…”.

Pzd srd,

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, dziękuję za słowa wsparcia, ale chyba nie ma o co kruszyć kopii. Wszystko sobie ładnie z Arko wyjaśniliśmy, przecież reaktor również w tym opowiadaniu jest, choć uszkodzony. Jest to obecnie najlepsze źródło energii, stosowane na przykład w łaziku “Curiosity”. 

 

Co do erotyki, to każdy ma swój gust, i choć oczywiście wolę, jak się komuś podoba (tak jak Tobie ;)), to jednak nie każdemu musi. Chyba nie można mieć pretensji do czytelnika, że mu się nie podobało. 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cieszę się, że kolegi nie uraziłem. Jestem sceptyczny co do lotu na Marsa przed rokiem 2050 bo jest za daleko i za drogo. Cywilizacja ziemska jest typu zero w skali kardaszowa. Mam nadzieję, że dożyję wejścia do cywilizacji typu I – chyba nie wiele brakuje a może i wiele ?. 

 

A koleżance Asylum życzę Dobrej Nocy na skłotane nerwy :-)

 

 

nie ma

>off top<  Arko, I ja kolegę pozdrawiam z zaułka „Skołatane nerwy” : -) >koniec off top<

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

W moim piecu nie ma ognia, jest za to temperatura kilkuset stopni, która uwalnia tlen, a toksyczne grudy przemienia w spieczony, słony proszek.

Czyli autor zakłada, że bohater kopał nadchloran sodu (zanieczyszczony).

NaClO4 = NaCl + 2O2

 

Nie pozostawiam złudzeń :-). Można to walić metalowym młotem, ile się chce. Ma nie wielkie dodatnie ciepło rozkładu (Szydłowski “Podstawy Pirotechniki).

Uściślę bo te nadchlorany mnie mocno wciągnęły a bywam dociekliwy. Policzyłem ciepła rozkładu Q, dane wziąłem z encyklopedii MW i tablic danych termodynamicznych.  

 

NaClO4 = NaCl + 2O2

Q = -411.15 – (– 383,01 ) = – 28,14 kJ/mol = – 229,83 kJ/kg 

KClO4 = KCl + 2O2

Q = -436.75 – (-465.95 ) =  + 29,2 kJ/mol = 210,75 kJ/kg 

 

Wynik + 210,75 kJ/kg dla nadchloranu potasu (KClO4 albo KP) oznacza, że trzeba taką ilość ciepła doprowadzić z otoczenia do KP, aby jego rozłożyć. Oznacza to dalej, że KP jest całkowicie odporny na wszelkie, dowolne bodźce typu: uderzenie, ogień, wybuch, uderzenie pociskiem itp. 

 

Wynik – 229,83 kJ/kg dla nadchloranu sodu (NaClO4 albo NaP) oznacza, że rozkład NaP może przebiegać samorzutnie czyli z 1 kg (suchego) NaP wydzieli się 229,83 kJ ciepła. Dla materiałów wybuchowych wskaźnik ten czyli Q wynosi średnio 4000 kJ/kg czyli jest 19 razy większy.  

NaP pomimo tego, że potrafi się samorzutnie rozłożyć, to ilość wydzielanego przy tym ciepła jest zbyt mała aby związek ten stwarzał zagrożenie. W literaturze jest napisane, że NaP jest bardzo odporny na uderzenie. Nawet jeśli jakimś cudem coś “zaiskrzy” od uderzenia, to miejsce rozkładu będzie miało charakter lokalny. Piec do produkcji tlenu trzeba będzie jednak trochę studzić.  

 

Ponadto nadchloran magnezu jest także odporny na uderzenia. Tak samo jak i nadchloran wapnia. 

 

Przy okazji…myliłem się co do fotowoltaiki na Marsie. Będzie to tanie i wydajne źródło energii. Bardzo bym chciał aby za 25 lat opracowano “zimną fuzję” i z generatora wielkości auta osobowego można by ciągnąć ogromne ilości energii. Dlatego… z tego powodu, trochę skrzywiłem się na pomysł z fotowoltaiką w opowiadaniu s-f :-).  

 

No i mam bardzo wyrozumiałą żonę bo pół dnia przesiedziałem nad… książkami :-). Ale jestem odrobine mądrzejszy niż jeszcze wczoraj. 

 

 

 

 

 

nie ma

No i mam bardzo wyrozumiałą żonę bo pół dnia przesiedziałem nad… książkami :-). Ale jestem odrobine mądrzejszy niż jeszcze wczoraj. 

Cieszę się bardzo, że jest jakiś pozytywny skutek mojego pisania. :) 

 

Oznacza to dalej, że KP jest całkowicie odporny na wszelkie, dowolne bodźce typu: uderzenie, ogień, wybuch, uderzenie pociskiem itp. 

Z wcześniejszej dyskusji z Bellą, która z racji wykształcenia w kwestiach chemicznych jest dla mnie autorytetem, wychodziło, że zagrożeniem jest nie tyle iskra czy uderzenie, a dostarczenie reduktora.

 

Piec do produkcji tlenu trzeba będzie jednak trochę studzić.

By zaszła reakcja rozkładu potrzeba około 400 st. C, czyli potrzebujemy takiej temperatury początkowej. Czy sugerujesz, że dalej ciepło będzie podtrzymywane (lub wzrastać) samoistnie na skutek reakcji już bez podgrzewania pieca?

 

Bardzo bym chciał aby za 25 lat opracowano “zimną fuzję” 

Optymistyczna wizja przyszłości, szczególnie dla Ziemi.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Piec do produkcji tlenu trzeba będzie jednak trochę studzić.

By zaszła reakcja rozkładu potrzeba około 400 st. C, czyli potrzebujemy takiej temperatury początkowej. Czy sugerujesz, że dalej ciepło będzie podtrzymywane (lub wzrastać) samoistnie na skutek reakcji już bez podgrzewania pieca?

Dokładnie tak by było. Zainicjowanie a potem pilnowanie aby temperatura za bardzo nie wzrosła. Realnie trzeba jednak założyć, że NaP byłby zanieczyszczony: wodą, solą kuchenną ale i tak podane ciepło Q = – 229,83 kJ/kg dla nadchloranu sodu jest dość duże. NaP zaczyna rozkładać się w temp. 480 stopni C więc te 100 (do tych 400) bym dorzucił. 

 

Np. dla chloranu potasu 

 

KClO3 = KCl + 1/2O2

Q = -436.75 – (--397.73 ) = – 39,02 kJ/mol = – 9,32 Kcal/mol = – 76,05 Kcal/kg

 

Q jest 3 razy mniejsze niż dla NaP. Gdyby mieć do czynienia z suchym NaP, to bez eksperymentu nie powiem na pewno, że się nie będzie palił. Ale suchy NaP bardzo trudno uświadczyć i nawet w opowiadaniu jest wilgotny. Jako ciekawostkę podam, że swego czasu (na studiach a było to dawno, dawno temu) próbowałem “podpalić” KClO3 i sztuka ta się mi (z dużym trudem) udała. Wyglądało to tak, że KClO3 zaczął nagle mocno czerwienieć od rosnącej szybko temperatury, płomienia nie było. Związek ten jednak nie tworzy hydratów co czasami bywa wielką zaletą. 

 

Dla (Mg,Ca)P trudno policzyć ciepło rozkładu bo nadchlorany te rozkładają się nie tylko do chlorków ale i tlenków tych kationów. Trzeba by więc znać równanie rozkładu aby policzyć Q. 

 

nie ma

Przeczytałam i jestem zadowolona z lektury. Historia jest spójna i wciągająca, posiada pewien specyficzny klimat, który powoduje mały niepokój podczas czytania. Nie jest zbyt wesoła, ale pozostawia, zwłaszcza na końcu, trochę niedopowiedzeń. Zakończenie nie jest zamknięte, bo choć bohater stracił nadzieję, to piosenka na koniec pozostawia czytelnikowi gdybać, że może Oppy jednak zaskoczy i się obudzi. 

Styl jednak nie do końca mi się podobał. Niektóre zdania były bardzo dobre, lecz inne skonstruowane zostały w sposób nieco naiwny, np. 

A teraz kropelki wypływają, oblepiając korytarze naszej bazy wilgotnym śluzem hematytowego szlamu. 

Było też kilka oczywistych oczywistości wyłożonych zbyt wprost, które wypisałam poniżej. Często z rytmu wytrącała mnie kiepska interpunkcja, która również znajduje się w łapance. 

 

W przestronnej(+,) choć równie wilgotnej(+,) kawernie, 

przywodzi na myśl mroczną piwnicę w średniowiecznym zamczysku(+,) z tym wyjątkiem, że sklepienie 

sklepienie(+,) zamiast łukowatych gotyckich żeber(+,) jest w pełni naturalne, 

spieczony(-,) słony proszek. 

Najczęściej spotykamy się w laboratorium. Od głównej sali odchodzi tu kilka korytarzy. Oświetliliśmy je łańcuchami ledowych diod 

Co oświetlili, korytarze czy laboratorium? 

ledowych diod(-,) wiszących ponad skalnymi misami pełnymi wody.

– Voila! 

To powinno być kursywą. 

Marsjańskie sinice niewiele różnią się w smaku od brunatnic. 

Domyśliłam się. 

ma tę ulotną niepewność(-,) balansującą 

Tam(+,) na Ziemi(+,też? 

Mogę zapomnieć o własnej pracy naukowej. Tam na dole, gdzie zalegają najciekawsze osady słonego jeziora, jest minus dwadzieścia stopni. 

To jest taka ekstremalna temperatura? Przecież w Polsce też bywało -20. 

– Tylko kto to zrobi? I jak? Przecież da się tylko od zewnątrz. 

Domyśliłam się. 

Stoimy pod nimi w trójkę(+,) z głowami zadartymi ku górze. 

Kiedy sytuacja jest beznadziejna, łapią to w lot, nie trzeba strzępić języka na próżno. 

Czytelnik też załapał, że sytuacja jest beznadziejna, nie musisz tego pisać! 

One zaś(-,) przychodzą do mnie we śnie. 

W czasie(+,) gdy wyzwolony ze świadomości umysł akceptuje absurd. 

Kręci wiertłem(+,) zagłębiając się w macierzysty grunt. 

kolana pod samą brodę(+,) niczym nastolatka w korytarzu szkolnym. 

Dobrze napisane. Na początku nic się takiego nie dzieje, ale dzięki dobrze skonstruowanym postaciom czytałam dalej. I nie zawiodłam się, bo robiło się już ciekawiej. Świetne porównania i niektóre opisy (np. z pająkiem) nadające kolorytu i nieraz humoru. Fajnie wplotłeś Opportunity na kilka sposobów. Lękałam się tagu hard, ale ty podałeś to nie tylko w lekkiej dla mnie formie, ale wręcz wzbogacającej tekst (wielki szacunek za wiedzę oraz research). W czasie lektury zastanawiałam się tylko, czy NASA nie powinno opracować jakiegoś sposobu na zapiaszczone świetliki (w końcu było do przewidzenia, że podczas burz piaskowych będą zasypywane, tak jak baterie słoneczne łazików).

 

Znalazłam takie dwie rzeczy:

“Skąd wziąć brakująca energię?” 

“[…] wielkimi czarnymi źrenicami.” – chyba przecinek

 

Tak na marginesie, do tej pory pamiętam Twoje opowiadania (Metasomatoza, Sztolnie Klattensteigu).

 

Powodzenia w konkursie:)

Dziękuję, Sonato, poprawki już naniosłem, choć nie wszystkie.

 

Najczęściej spotykamy się w laboratorium. Od głównej sali odchodzi tu kilka korytarzy. Oświetliliśmy je łańcuchami ledowych diod 

Co oświetlili, korytarze czy laboratorium? 

 

Podmiot domyślny odnosi się do poprzedzającego rzeczownika, czyli korytarzy. Nie widzę tu błędu. Tym bardziej że laboratorium jest w liczbie pojedynczej, a “je” odnosi się do mnogiej.

ma tę ulotną niepewność(-,) balansującą 

ledowych diod(-,) wiszących ponad skalnymi misami pełnymi wody.

Tutaj nie jestem przekonany. Według mnie druga część zdania jest przydawką dopełniającą, więc przecinek jest tutaj na miejscu:

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/przecinek-a-imieslowy-przymiotnikowe;10407.html

Mógłby ktoś potwierdzić, zaprzeczyć?

 

Marsjańskie sinice niewiele różnią się w smaku od brunatnic. 

Domyśliłam się. 

 

To zdanie ukazuje myśli bohatera, jak on odbiera sytuację. Jest to narracja pierwszoosobowa, więc tutaj oddzielić jednego od drugiego się nie da.

 

Mogę zapomnieć o własnej pracy naukowej. Tam na dole, gdzie zalegają najciekawsze osady słonego jeziora, jest minus dwadzieścia stopni. 

To jest taka ekstremalna temperatura? Przecież w Polsce też bywało -20. 

 

Jest to poniekąd skrót myślowy i odnosi się do ogólnych ograniczeń, a nie do tej konkretnej temperatury. Wyłącznie z użytkowania niektórych modułów, przenosiny do biolabu, skrócenie czasu pracy przy ekspozycji na takie temperatury.

 

– Tylko kto to zrobi? I jak? Przecież da się tylko od zewnątrz. 

Domyśliłam się. 

 

To nie jest oczywiste, bo nie wiemy, w jakiej technologii te świetliki zostały wykonane.

 

Kiedy sytuacja jest beznadziejna, łapią to w lot, nie trzeba strzępić języka na próżno. 

Czytelnik też załapał, że sytuacja jest beznadziejna, nie musisz tego pisać! 

 

To zdanie niesie za sobą więcej informacji. Pokazuje zarówno potencjał intelektualny załogi, jak i ich charakter. Nie panikują, są świadomi niebezpieczeństwa, a po części również pogodzeni z sytuacją. Pokazuje też, że bardzo dobrze się rozumieją.

 

NB. Masz dobre oko do przecinków. Miałabyś ochotę zostać korektorką przy kolejnych Fantastycznych Piórach? 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

NB. Masz dobre oko do przecinków. Miałabyś ochotę zostać korektorką przy kolejnych Fantastycznych Piórach? 

Interesująca propozycja, musiałabym się jednak coś więcej o tym dowiedzieć.

Napisane fajnie. Początek może się wlec – widać w nim Twój zawodowy konik i zdolność do opowiadania o skałach ;) – ale kiedy już się przez to przebije, zostają fajnie zarysowane ludzkie reakcji. To definitywnie Ci się udało. Postacie wydają się wiarygodne, mają swoją przeszłość i motywacje (nawet jeśli nie podane wprost). Rysujesz też ładny klimat beznadziei, zwłaszcza w końcówce. 

I tylko jedno mi zawadzało w całej tej historii. Co się właściwie działo z Ziemią? Który geniusz wpadł na tego typu misję? W treści nie znalazłem tropów, że Błękitna Planeta miała apokalipsę, podobnie sama ekspedycja wydaje się bardzo źle zaplanowana od strony procedur alarmowych. Wierzę w ludzką głupotę, więc nie połamało to mego zawieszenia niewiary, ale było blisko.

Tak więc bardzo fajny koncert fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NWM, dzięki za odwiedziny i komentarz. 

 

Co się właściwie działo z Ziemią? Który geniusz wpadł na tego typu misję? W treści nie znalazłem tropów, że Błękitna Planeta miała apokalipsę, podobnie sama ekspedycja wydaje się bardzo źle zaplanowana od strony procedur alarmowych.

Ten wątek został podczas polerowania tekstu pominięty, bo świadomość tego, co się stało na Ziemi, wprowadzała zbyt dużą dawkę beznadziei dla kolonistów. Choć sądząc po komentarzach, warto do tego jeszcze wrócić i dopracować tę kwestię, ale to już raczej po konkursie.

 

Fajny koncert fajerwerków? Czy Anet o tym wie? ;)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

czuję się winna ;P choć z drugiej strony, przynajmniej koloniści dostali tę szansę w postaci niejednoznacznego zakończenia, zamiast wyroku ;)

czuję się winna ;P choć z drugiej strony, przynajmniej koloniści dostali tę szansę w postaci niejednoznacznego zakończenia, zamiast wyroku ;)

Niepotrzebnie. Sugestia była istotna, a jak ją autor wdrożył, to już inna sprawa. :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Bardzo dobre opowiadanie. Nie mogłam się oderwać. Ciekawie przedstawiłeś Czerwoną Planetę. W sposób, który podziwiam, opisałeś otoczenie, bohaterów i ich relacje. Wszystkie postaci są barwne, sceny przejmujące i do tego genialnie wyłożone wątki naukowe. 

Im bliżej końca, tym lepiej. Nie jestem fanką robotów, którym nadaje się ludzkie cechy, ale kurcze… Sprawiłeś, że aż mi było szkoda Oppy. I do tego zgrabnie przemycona piosenka. Zakończyłeś to opowiadanie w zupełnie innym kierunku, niż się tego spodziewałam. Nadałeś mu filmowej wręcz epickości. Gdyby to był film, zryczałabym się.

Świetne.

Saro, jak Ty pięknie potrafisz pisać komentarze. :)

Bardzo dziękuję za miłe słowa i nominację.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Odpadłam w połowie lektury komentarzy ze względu na ich poziom fachowości, ergo mogę powtórzyć we własnym coś, co już ktoś powyżej powiedział.

Podobało mi się. Co więcej, poruszyło mnie emocjonalnie. Lubię klasyczną SF, a ten tekst pod wieloma względami w tradycje tego gatunku się wpisuje. Sprawnie i skutecznie posługujesz się, Chrościcko, także konwencjami literatury/kina katastroficznego, tworząc wiarygodne, z punktu widzenia czytelnika nie będącego geologiem/fizykiem itd., zagrożenie dla bohaterów. Zgrabnie wplecione odwołania do wymaganych w konkursie motywów, przekonujące postacie i fabuła, która chwyciła mnie za serce, a na dodatek – dobre wykonanie. No, w pewnym głosowaniu przyznam, że będę na TAK.

Bardzo dziękuję, ninedin. :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Monique, Tobie też bardzo dziękuję za komentarz, który wcześniej przeoczyłem. Wskazane błędy poprawię. To miło, że pamiętasz ;) Co do świetlików, to założyłem, że zostały wykute tam, gdzie ściany jaskiń były najcieńsze, więc było to raczej przystosowanie ich do istniejących warunków przez członków bazy, niż skomplikowane projekty inżynierów z NASA.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Przeczytałam opowiadanie już jakiś miesiąc temu, ale w tym czasie nie miałam nawet chwili, żeby odpisać na komentarze pod swoim tekstem, a co dopiero gdzie indziej :( No ale muszę teraz ten komentarz, chociaż krótki, napisać.

Bardzo dobry, profesjonalnie napisany tekst. Jedyne, czego mogę się doczepić to początek, który przeciąga nas po korytarzach, pokazując miejsca, które potem nie mają szczególnego znaczenia; taka ekspozycja geologiczna, którą można by wrzucić (nie wyciąć, tylko przesunąć) w inne miejsce opowiadania. Nie odpadłam, bo znam twórcę, ale ktoś mógłby się naciąć ;)

Natomiast bardzo odpowiada mi poziom fachowości; bardzo dobrze, że jest tyle geologicznych szczegółów, bo raz że dzięki temu narracja jest wiarygodna, a dwa, że na tym polega fantastyka, by odkrywać nowe realia i rzeczywistości, choćby była to praca geologa, bo dla mnie i to jest fantastyką. Wysoki próg wejścia, wielbię takie teksty.

Postaci są rewelacyjnie napisane – czułam je, rozumiałam, widziałam. GENIALNA przewrotka:

– Dlaczego nie ja? – Tym razem to ona przerywa ciszę, z pozoru beznamiętnie.

Za ten tekst 10/10. Od początku myślałam sobie: na miły bóg, jak ta piękna, młoda prześpi się z tym profesorem to sczeznę. Ale pięknie poprowadziłeś to wytłumaczenie i postać, że mogłabym w to uwierzyć, a potem i tak zagrałeś na moich oczekiwaniach.

Zakończenie istotnie trochę prędkie i pospieszne. Niemniej nie obchodzi mnie to, bo to bardzo dobry tekst. Pięknie się rozwijasz literacko chroscisko, choć ja i tak byłam murem za Twoimi tekstami od początku. Oby tak dalej!

A czytanie umiliło mi dwa posiedzenia w restauracji przy obiadach, dzięki Ci za to :)

 

 

A no i PS mnie tam w ogóle nie obchodzą jakiekolwiek szczegóły techniczne i co się stało z Ziemią nie dlatego, że je pominąłeś czy cokolwiek, tylko dlatego, że w tym opowiadaniu jest tyle emocji i relacji, że o tym chcę czytać i w to wsiąkam, a reszta – dla mnie – nie ma znaczenia.

"Bądź spokojny: za sto lat wszystko minie!" ~Ralph Waldo Emerson

Strasznie miłą niespodziankę mi zrobiłaś, Min, i to dwie jednego dnia. :)

Jesteś jedną z kilku osób, które odczytały ten tekst właśnie w taki sposób, jaki przeświecał mi w trakcie pisania. Cieszy mnie to ogromnie. Ale też daje do myślenia, po chyba wszystkie te osoby to kobiety, dla których istotna była bardziej część obyczajowa niż fantastyczna. Nie pierwszy raz tak się dzieje, w związku z czym zadaję sobie pytanie, czy ja czasem nie trafiłem w złe miejsce.

Może po prostu powinienem się wziąć za pisanie kobiecej obyczajówkę, zamiast drażnić fantastów fantastyką krótkiego zasięgu? Może nawet, o zgrozo, romanse czas zacząć pisać… choć gdyby rynek domagał się ckliwego happy endu, to mógłbym tego nie udźwignąć. :)

Dzięki za odwiedziny i bardzo budujący komentarz.

Jeśli zdarzy się Oppy’iemu trafić kiedyś pod redakcyjny nóż, to na pewno Twoje, i nie tylko Twoje, uwagi uwzględnię.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Chrościsko, nie chciałam wstrzymywać publikacji Piórek do czasu, aż uporam się z konkursem. Komentarz popiórkowy i pokonkursowy dostaniesz ode mnie razem. Pamiętaj tylko, że to dwa zupełnie inne wybory.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Chroscisko,

a tam, nie zaprzątaj sobie głowy rozumieniem przez kobiety lub mężczyzn, czy wchodzeniem w bardziej “obyczajowe” rejony; ileż ja się naczytałam dobrej, wzruszającej emocjonalnie literatury (w tym fantastyki) napisanej przez panów. W żaden sposób ich to nie definiuje, ani nie ogranicza. Pisz po prostu dalej to, co Ci w duszy gra, to będzie dobrze ;)

choć gdyby rynek domagał się ckliwego happy endu, to mógłbym tego nie udźwignąć. :)

No ja z pewnością bym tego nie udźwignęła! ;D

"Bądź spokojny: za sto lat wszystko minie!" ~Ralph Waldo Emerson

Irko, wielce tajemniczy ten Twój komentarz. Sugerujący, jakoby następnym razem miało być inaczej…albo li jeno nadzieję płonną mający wzbudzić, by ostatecznie ucztować na ludzkiej naiwności. Któż Cię tam wie? Min, tak sobie tylko głośno myślę, nie żebym jakieś rewolucje literackie planował.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Również przeczytałam już jakiś czas temu, więc wypada w końcu nadrobić komentarz. ;)

Od strony merytorycznej tekst wypada świetnie, bardzo solidnie przedstawiasz naukową stronę ekspedycji. Do tego opisy mocno oddziałują na wyobraźnię, nie są w żadnym wypadku suche, a zawsze towarzyszą im jakieś porównania, nawiązania, dygresje. Ogólnie panujesz nad formą i po lekturze czuje się, że przekazałeś wszystko, co zamierzałeś przekazać. Bardzo naturalnie zarysowane są też portrety bohaterów, podporządkowane fabule, ale nie bezbarwne czy wtapiające się w tło; każdy ma tutaj jakąś swoją historię i swoje sekrety. I do tego ta atmosfera, może nie tyle beznadziei, co świadomości ekstremalnych warunków i syzyfowego wysiłku.

Gdybym miała się do czegoś przyczepić, to nasuwają mi się dwie rzeczy. Po pierwsze to, o czym wspomniała między innymi Finkla, czyli wyposażenie wyprawy; z komentarzy wyczytałam, że celowałeś w coś w rodzaju Mars One, więc biorę na to poprawkę. A po drugie – miałam trochę wrażenie, że opowiadanie stoi raczej poszczególnymi scenami niż całością i zabrakło mi jakiejś takiej wyrazistej myśli przewodniej. Acz doceniam przewijającą się paralelę dla losów Opportunity. ;)

Dzięki, black_cape, za uwagi. Co do wyposażenia wyprawy, to chyba już wszystko zostało napisane. W drugiej kwestii też masz rację. Kolejne sceny są trochę jak w filmie, często piszę w ten sposób, bo tak mi jest najłatwiej, ale chyba warto nad tym popracować.

I dobrze, że się odezwałaś, bo przypomniałaś mi o Siedmiu wrotach ki-gal w kolejce. Komentarz się już pisze. :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Urlop się skończył, czas wracać do pracy, w prawdziwym życiu i na portalu. Nadrabiam więc piórkowe komentarze, ale ze względu na natłok obowiązków będzie raczej krótko. 

Bardzo lubię twój styl. Jest właściwie prosto, konkretnie, bez popisów i słowotrysków, bez ględzenia. Ale nie sucho, gdzieś tam, głównie w opisach, widać muśnięcie poetyckiej metafory, nie przesadnie, nie dla ornamentu, a raczej mocniejszej wymowy, delikatnego, emocjonalnego podkręcenia i silniejszego wrażenia, jakie pozostaje w czytelniku. Jednocześnie każde słowo wydaje się być idealnie na miejscu, nieusuwalne, nieruszalne, perfekcyjnie dobrane. Gdyby Twój styl miał cztery koła i silnik, byłby porsche 911 – zegarmistrzowska inżynieria, obliczona bardziej na precyzję i solidność, niż pogoń za krzykliwością i ekstremalnymi osiągami. A jednocześnie posiadająca ten nieuchwytny, ekscytujący, fascynujący pierwiastek, który odróżnia porsche od audi, tatara z sarniny od steka, albo irlandzką whisky od szkockiej. 

Niewiele osób na portalu potrafi tak pisać. Wybranietz i Cereleg, choć o nich ostatnio ucichło. Agata (chociaż ona często zbyt przejaskrawia emocje – może to kwestia dojrzałości stylu) jeszcze Fun i może Maras (choć ten z kolei najczęściej zbytnio suszy). Plus kilku innych autorów, którym czasem wychodzi, czasem nie. Jestem fanem Twojego stylu i podziwiam dojrzałość emocjonalną, jaka cechuje opisy relacji między Twoimi bohaterami (i nie mówię tylko o tym konkretnym tekście) dlatego jeśli chodzi o sprawy techniczne i postaci, to złego słowa ode mnie nie usłyszysz, same superlatywy raczej. 

Fabuła jednak mnie nieco zawiodła. Trochę jak w przypadku tekstu o bezgłowych Krasnoludach. Tam rozpędzajaca się, coraz bardziej skomplikowana akcja i zataczająca coraz większe kręgi intryga sugerowała znacznie bardziej spektakularną i mniej pośpieszną końcówkę, a tutaj z kolei… Właściwie brakowało mi początku. 

Nie będę się rozpisywał na ten temat, bo rzecz została już wyjątkowo intensywnie przedyskutowana i doskonale wiesz o co chodzi. Powiem tylko, że czułem się, jakbym oglądał świetny thriller SF, włączywszy telewizor po upłynięciu dwudziestu minut seansu. Nie poznałem zawiązania akcji, sytuacji wyjściowej, nie wiem dlaczego wyprawa naukowa (lub pionierzy kolonizacji) musi walczyć o przeżycie, co się spieprzyło i dlaczego tak totalnie, a jeśli się nie spieprzyło to dlaczego ci ludzie zostali skazani na śmierć. To wszystko przeszkadzało mi w lekturze.

O ile niezadowolenie z zakończenia można złożyć na karb subiektywnych preferencji i nie traktować jako specjalnie istotne w przypadku piórkowego głosowania, to już brak pewnych (jak dla mnie bardzo istotnych) wyjaśnień co do kwestii fabularnych uważam za pewien błąd. Dlatego głosowałem na NIE, choć podkreślę – technicznie i stylistycznie jesteś miszczem. 

Pozdrawiam i tradycyjnie – sorki za opóźnienie! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, dziękuję za spektakularny komentarz. Jak Ty pięknie potrafisz mówić NIE. Mógłbyś prowadzić szkolenia dla panien odmawiających zamążpójścia, by dystyngowanie i z prawdziwym wdziękiem umiały informować odrzuconych amantów o chęci „pozostania przyjaciółmi”.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Chrościsko, Twoje opko jest najbliższe temu, co chciałam przeczytać, ogłaszając ten konkurs. Jest tu realny plan na przeżycie na Marsie. Przyznam, że ni cholery nie znam się na geologii i moje wsparcie merytoryczne też nie, ale ponieważ to Twoja działka, jestem przekonana, że wiesz, co piszesz. Pomysł na takie wykorzystanie marsjańskich jaskiń bardzo mi się podoba.

Nie muszę chyba mówić, że sposób, w jaki wykorzystałeś Oppy mnie urzekł, chwycił za serducho i co tam jeszcze. A przy tym nie ma w nim nic bajkowego, jest to możliwe do wykonania.

Postacie są dobrze nakreślone, aczkolwiek wątpię, czy ktokolwiek z nich przeszedłby przez sito rekrutacyjne NASA. Masz wyjątkowy talent do konstruowania intymnych scen. Jest w nich dojrzałość, powściągliwość, ale są też emocje. To nie pierwsze Twoje opko, które czytam i za każdym razem mam wrażenie, że widzę – może głupio to zabrzmi – szacunek dla bohaterów. Pokazujesz ich jakoś tak subtelnie, nie włazisz z buciorami w ich życie, a jednocześnie odkrywasz na tyle dużo, że czytelnik się z nimi zżywa.

Mars jest w Twoim opowiadaniu tłem do opowieści o samotności umierania, o radzeniu sobie z własną śmiertelnością. Trochę mi to przypomina Szósty krąg szyjny, podobny dylemat, poniekąd podobna sytuacja. I od razu mówię, że to nie jest zarzut. Marsa jest tu na tyle dużo, że jest wartość dodana.

Za dedykację zyskałeś dodatkowy punkcik :)

Nie mam wątpliwości, że jest to najlepsze opko w konkursie, ale nie Twoje najlepsze i – niestety – nie jest to opko piórkowe. I teraz, jak się domyślasz, będzie marudzenie ;)

 

Nie wierzę, żeby jakakolwiek agencja kosmiczna wydała tyle miliardów dolców, żeby zabić trójkę ludzi, są tańsze sposoby. Wysłałeś ich tam na zawsze, z jednym kombinezonem, praktycznie bez zapasów żywności, mają jeść to, co sobie sami wyhodują. Mają system podtrzymywania życia, który psuje się po roku i nie ma nikogo, kto potrafiłby w nim pogrzebać. Mało tego nikt nie przewidział żadnj alternatywy. W kosmosie zdarzają się wypadki, jest ich w cholerę, to że tak niewiele jest wypadków śmiertelnych (praktycznie tylko przy starcie i lądowaniu) zawdzięczamy temu, że wszystkie te systemy są nie tylko dublowane, ale potrójne, a nawet poczwórne. A jeśli tam w górze nie ma nikogo, kto w razie W potrafiłby coś naprawić, to są tacy ludzie tu, na Ziemi. Tak że to nie jest biedamisja, to zwykłe zabójstwo.

Te niedobory w wyposażeniu misji nie pozostają bez wpływu na sposób, w jaki czytelnik odbiera bohaterów. Jak pisałam wcześniej, tacy ludzie, raczej uciekający przed czymś, niż chcący coś odkrywać, pewnie nie przeszliby przez sito rekrutacyjne NASA, ale sytuacja w której ich postawiłeś jeszcze bardziej podkreśla ich problemy. Oni się na to zgodzili, polecieli tam wiedząc, że to praktycznie misja samobójcza, bo to się nie mogło udać.

 

Każde z nas, pisząc się na tę misję, wiedziało, że to bilet w jedną stronę. Zostaniemy tu na zawsze. Umrzemy na Marsie. Jednak umrzeć pewnego dnia, po latach kiełznania dzikiej planety, to co innego niż umrzeć wkrótce i bez sensu.

 

Te słowa, w kontekście przygotowania całej misji, brzmią fałszywie. Oni nie są pogubieni, oni są szaleni.

 

W zapowiedzi konkursu pisałam, że przy ocenie tekstów będę brać pod uwagę poprawność merytoryczną i nawet zapewniłam sobie wsparcie (choć nie w zakresie geologii :)), ale dość szybko musiałam z tego zrezygnować. Bo jak mam porównywać merytorycznie Twoje opko i teksty Starucha, albo ANDO. Nie da się, poszliście wszyscy w tak różne klimaty, że dość szybko dałam obie spokój.

Nie mniej jednak…

Czy teraz już wszyscy do skończenia świata będą powtarzać błąd Weira? 120 km/h na Maarsie to tyle, co u nas zefirek. Włosami może poruszy, ale niewiele więcej. Da radę unieść piach, ale nie przewrócić człowieka. Z wiatrakami też może być problem, choć to zależy od wielkości i z czego są.

Pytanie nie tylko ode mnie, ale też od mojego wsparia merytorycznego: a gdzie oni mieszkali, zanim sobie sprawili to podziemne gniazdko. Jaskinie trzeba najpierw znaleźć. Pewnie da się użyć drona i posprawdzać, co tam pod ziemią jest, ale Ty nie potrzebujesz jakiejś jaskini, tylko jaskini spełniającej bardzo konkretne warunki. Na dodatek musisz mieć do niej dogodne wejście. A wejścia mają to do siebie, że nie jest ich dużo i mogą być trudne do znalezienia.

Dalej, rozumiem, że któryś z tych minerałów ułatwia budowę, sam narasta, czy coś tam w tym guście, ale jakieś prace budowlane trzeba tam jednak było wykonać. Jak chcesz zdalnie, z Ziemi, prowadzić prace budowlane pod powierzchnią Marsa? To może być dość trudne i czasochłonne.

Krótko mówiąc, stworzenie podziemnego mieszkania wymaga obecności ludzi na Marsie, a ci ludzie muszą gdzieś w czasie budowy mieszkać, czyli powinien tam, na zewnątrz, stać jakiś opuszczony habitat.

 

Zacząłeś pięknym klasycznym hard SF, a potem było już różnie. I trochę zła na Ciebie byłam, i chyba nadal jestem, za zmarnowaną szansę. Tu nie zabrakło czasu, ani umiejętności. Zabrakło Ci cierpliwości, aby wszystko posprawdzać, doszlifować, dopieścić. I to sprawiło, że z ogromnym żalem, byłam na nie w głosowaniu piórkowym.

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Powodzenia w konkursie, będziesz miał mocną pozycję. Mimo, że na razie są tylko dwa opka.

Ja to się znam. ;)

Jeszcze raz gratuluję, dobre opko. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, dziękuję :) Irko, nie ma w Twoim komentarzu zdania, z którym mógłbym się nie zgodzić. Też trochę żaluję, że nie dopracowałem tych kilku szczegółów. Chyba za bardzo się skupiłem na sferze emocjonalnej, niż na kosmicznych szczegółach. Z tą wiedzą, którą mam teraz, pewnie napisałbym to nieco inaczej. Jeśli w przyszlości tekst będzie miał szansę zaistnieć gdzieś poza portalem, to na pewno go przeredaguję wedlug Waszych sugestii. Dziękuję Ci za wyróżninie, konkurs i motywację, aby na niego napisać. No i za poświęcony czas. Habitat na powierzchni? Z pewnością był zaraz po przylocie, choćby postaci lądownika. Założyłem jednak, że po adaptacji jaskiń, przestał pelnić rolę mieszkalną, a jego wyposażenie przeniesiono do bazy.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Jeśliby człowieczeństwo definiować przez pryzmat poświęcenia i heroizmu

U licha ciężkiego, zaraz wejdzie Gierek :) Czemu chcesz definiować (czyli określać) przez pryzmat (czyli szkiełko)?

 Czerwone błoto bryzga po ścianach tunelu wykutego w gipsowych kryształach. Jeden krok, jedno chlupnięcie. Breja spływa leniwie. W półmroku przypomina krew.

Hmm. Coś jest nie tak z organizacją tego opisu, i sam to wyczułeś – inaczej nie tłumaczyłbyś, że błoto "przypomina krew", bo byś nie musiał.

 w porach skalnych

Widzę, po co Ci te pory, ale raczej w "porach skał". Jak w porach skóry.

 wilgotnym śluzem hematytowego szlamu

Nie za dużo tego wszystkiego?

 W przestronnej, równie wilgotnej kawernie

Równie wilgotnej jak co? I nie może być komora? Grota?

zwraca jeszcze na to uwagę

Przestawiłabym: jeszcze zwraca na to uwagę.

 Jakim cudem te długie blond włosy wciąż pozostają niezbrukane?

"Wciąż" zbędne. "Niezbrukane" nie bardzo mi tu pasuje.

 mroczną piwnicę w średniowiecznym zamczysku

Trochę nagły zwrot, dotąd przedstawiałeś te korytarze jako coś bez mała organicznego. Może jest Ci to potrzebne, czytam dalej.

 sklepienie, zamiast łukowatych gotyckich żeber, jest w pełni naturalne, wyrzeźbione w skale

A to wyklucza łukowatość?

 Ostatki gipsowego krasu

Bo to tak, ale nie nazwałabym form krasowych "wyrzeźbionymi" w skale (wiem, wiem, jest "rzeźba krasowa" ale tu chodzi o zapadliska – stalaktyty mają gładkie powierzchnie, przypominają sople i nie bez powodu).

 środkowy poziom szczelnie odizolowany od reszty kompleksu

"Szczelnie" wydaje mi się tu ciut nadmiarowe.

 z tym że

Z tym, że.

 Każda drobinka węgla lub metalu może zainicjować eksplozję.

"Wywołać" byłoby bardziej po polsku. Wybuch wymaga jednak trochę więcej paliwa, zdaje mi się – nadchlorany to utleniacz. Ale pewności nie mam, a skoro miałeś konsultanta, to niech tam.

 Adrenalina oraz świadomość tego, co robię, nie pozwalają mi się śmiać.

Hmm.

 Im są bardziej mokre, tym mniejsze ryzyko.

Yyy, nie. Anion nadchloranowy dobrze rozpuszcza się w wodzie i jest, jako się rzekło, utleniaczem. Woda go nie zgasi, najwyżej wypłucze.

Tak jak on co noc podkładał czarny węgiel do kotła, tak i ja robię to z moim białym węglem.

Wzmocniłabym ten paralelizm strukturą zdania.

 namaszczeniem i precyzją sapera

Namaszczeniem sapera?

 Niestety zbyt zanieczyszczony

Niestety, zbyt zanieczyszczony.

 Oświetliliśmy je łańcuchami ledowych diod, wiszących ponad skalnymi misami pełnymi wody.

Pokaż mi to, wyglądałoby bajecznie.

 Bóg jeden wie co jeszcze

Bóg jeden wie, co jeszcze.

 spogląda na mnie z nieufnością

Chcesz uniknąć powtórzenia struktury? Ale nie wiem, czy to dobry sposób, to nie brzmi naturalnie.

zaoferowanej zieleninie

"Zaoferowanej" brzmi angielskawo. Może: w zieleninie, którą mi podała? Albo po prostu: w zieleninie.

 Nieudolnie próbuję wznieść się na wyżyny dyplomacji.

Nieprzekonujące i wyświechtane. Co jest dyplomatycznego w jego wypowiedzi?

 Jak to czym?

Jak to, czym? To trzeba rozdzielić, bo Olivia cytuje wypowiedź kolegi.

 galaretowata włoszczyzna

Włoszczyzna to konkretna mieszanka warzyw, zresztą chyba nieznana (w takim składzie i pod tą nazwą) poza Polską. Po prostu za daleko tym glonom do włoszczyzny, żeby mój mózg przyjął tę metaforę.

myślami wciąż błąkając się wśród doków Grimsby

Może lepiej: myślami wciąż zabłąkany wśród doków Grimsby?

Wznoszę kostkę ku górze, przeglądając ją w sztucznym świetle.

Nie wiem, czy można przeglądać kostkę. To nie gazeta.

 Zaintrygowana pani doktor w spojrzeniu ma tę ulotną niepewność, balansującą na granicy ciekawości i niezrozumienia.

Hmm.

 gorzki, magnezowy syf?

To by mu nie zaszkodziło, najwyżej trochę przeczyściło.

 Taki kryształ to może być tylko jedno.

Taki kryształ, to może być tylko jedno.

 demonstrując całym sobą

Hmm.

 Panele słoneczne są coraz mniej wydajnie

Literówka.

 wiemy dobrze

Przestawiłabym.

 potem, kiedy pył opadnie a lekki wiatr

Potem, kiedy pył opadnie, a lekki wiatr.

 w porcji mojej codziennej biurokracji:

A nie: w mojej codziennej porcji biurokracji?

 Chief of the mission

Trochę to kolokwialne, dałabym formalniej "commanding officer". Niby NASA to nie wojsko, ale "chief" skojarzyło mi się najpierw z kucharzem, potem z głównym inżynierem, patrz tutaj: https://www.thefreedictionary.com/chief

jej ton wskazuje miejsce gdzieś między prowokacją i lekkim żartem

Ta metafora nie powinna mieć dwóch pięter.

 Nie pasuje do niej ten sarkazm. Pasuje za to do maski

Hmm.

 Ci zaś, którzy nie kwalifikują się do żadnej z powyższych kategorii

Jakich kategorii? Geniuszy i nie-geniuszy? To podział rozłączny i pełny, nie ma nic poza tymi dwiema kategoriami.

 Jeżeli więc masz ochotę na szczerość, to śmiało. Przed czym, Olivio, uciekasz?

Troszkę nienaturalne.

 porzuca frywolny ton, a wraz z nim chęć osobistych zwierze

Hmm.

 Oprócz frywolnego tonu, bezpowrotnie

Tu bez przecinka.

 powieki kleją się do siebie

A do czego mają się kleić?

 wprost do mego ucha

Zbyt ą-ę. Od biedy pasowałoby u Lema (który był językowo dość staroświecki), ale tu zgrzyta.

 Para unosi się z naszych ust.

Hmm.

 Czerwone błoto pod stopami już nie chlupie ani nie bryzga po ścianach. Chrzęści i skrzypi.

yes

 jeszcze zanim zdążamy

Zanim zdążymy. "Zdążamy" to tyle, co "podążamy". "Zdążyć" jest czasownikiem ułomnym, sorry, Winnetou.

 Decyduję, by odciąć kolejne sektory.

Hmm. Może jednak "postanawiam odciąć"? Sama nie wiem.

Smugi rdzawego pyłu, który ją pokrywa, sprawiają wrażenie, że bliżej jej do browarnianej kadzi niż do jądrowej technologii NASA.

Skróciłabym: Umazany rdzawym pyłem wygląda bardziej jak browarniana kadź, niż jak sprzęt NASA.

 dobiera się do interfejsu i grzebie w nim od dobrych kilkunastu minut.

Timey-wimey. Od kilkunastu minut się dobiera? Czy już się dobrał, a teraz grzebie?

 objaśnienia do kodów

"Do" zbędne.

mówi, chuchając w ręce

Naraz?

 przestaje być wystarczającą rozrywką

Hmm.

na temat mojej osoby

Doskonale zbędne.

każdy kawałek metalu jaki

Każdy kawałek metalu, który.

 Czy twoje imię, ma coś z tym wspólnego?

Czy twoje imię ma z tym coś wspólnego? No, podmiot i orzeczenie, no!

 płakaliśmy razem z ojcem ramię w ramię

Płakaliśmy razem z ojcem, ramię w ramię.

 to co innego niż umrzeć

To co innego, niż umrzeć. Jeju, egzystencjalista w kosmosie :)

 Zresztą to i tak mało.

Zresztą, to i tak mało.

 muszę dać im światło

Muszę im dać światło.

 przeczucie, jakby wielki pająk muskał

Hmm.

wypełnione przezroczystym tworzywem o strukturze masy perłowej

A to nie struktura sprawia, że masa perłowa jest nieprzezroczysta? Nie wiem, pytam.

z głowami zadartymi ku górze

Masło maślane. Z zadartymi głowami.

 Gipsowe ściany i strop, w którym są wykute

Ściany wykute w stropie?

 mają fakturę na kształt jaskółczych ogonów

Ten "kształt" psuje mi obraz.

tak jak wtedy

Tak, jak wtedy.

stwierdzam bez przekonania

"Stwierdzam" nie jest synonimem "mówię".

 puścić łazika z wiatraczkiem

Łazik. Biernik dla nazw rzeczy nieożywio… zaraz. Ophelius traktuje łaziki jak osoby… czyli tak ma być?

 procedura definiuje to jako sytuację krytyczną

"Definiować" to tyle, co "określać". Ja napisałabym: według procedur to podpada pod sytuację krytyczną.

 modlitwa, by

To "by" jest cokolwiek pretensjonalne, ludzie mówią "żeby".

 Cisza jest tak głucha, że słychać

No, to nie jest cicho.

 Analizując skomplikowane opcje, zwykle nie dostrzegam tych najprostszych.

To nie brzmi dobrze.

 Moja ekscytacja rośnie z każdą chwilą

Anglicyzm. Z każdą chwilą jestem bardziej podniecony. Albo: coraz bardziej się nakręcam.

 Wstępuje w nas nadzieja.

Zbędne, to powinno być widać – i widać.

 Boreasa

Spolszcz: Boreasza.

 Ophelius, odkąd obudziłem go w nocy, nawet stamtąd nie wychodzi.

Czyli w sumie biega tylko Vincent, tak?

 Tylko co ty masz z tym wspólnego?

Tylko, co ty masz z tym wspólnego?

 Mam wrażenie jakby czytała mi w myślach.

Mam wrażenie, że czyta mi w myślach. Albo (całe zdanie): Jakby czytała mi w myślach.

 granat wody morskiej

Przestawiłabym: granat morskiej wody.

 żart, znany tylko jej samej

Hmm.

 Jeselnik, kpiący ze swojej rodziny

Bez przecinka, to określenie do Jeselnika.

 Clipart z dwudziestowiecznego Worda?

Wszechstronna kobitka.

jak realną istotę

Przecież jest realny (czyli prawdziwy, rzeczywisty)? Chyba myślałeś o żywej istocie?

 do skutku, wciąż nic

Nie może być do skutku, skoro nie ma skutku.

usunąć błąd zegara

Przecież nie wiedzą, co się stało? To skąd nagle ta diagnoza?

 miękkie biodro

Ekhm, biodro akurat miękkie nie jest, patrz: miednica.

 zbliża swe usta ku moim

Znów dziwna dziewiętnastowieczność tonu.

 blisko można zbliżyć

Hmm.

 by to do mnie należał ostatni krok

No, nie wiem.

intymne misterium.

Hmm.

 

Fajna metaforyka, dobre obrazy (nie wszystkie, ale ogólnie dobrze jest). Jest napięcie (i nawet natężenie) – gryzłam palce (metaforycznie), kiedy Oppy przestał nadawać. Ale dlaczego nie dokończyłeś? Czy właśnie… dokończyłeś? Zobaczyłam obraz, ale czy historię?

Ciekawostka zawodowa – technology marches on: https://www.sciencedaily.com/releases/2020/01/200129174512.htm

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Dziękuję, Tarnino, jesteś cudna, fantastyczna. Tak, wiem, wiem… pochlebstwa to droga do nikąd. Do merytoryki odniosę się za jakiś czas, jak będę miał dłuższą chwilę, by nad wszystkim się pochylić. Dzięki raz jeszcze.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Habitat na powierzchni? Z pewnością był zaraz po przylocie, choćby postaci lądownika. Założyłem jednak, że po adaptacji jaskiń, przestał pelnić rolę mieszkalną, a jego wyposażenie przeniesiono do bazy.

Tylko że tego nie widać. Teoretycznie mieli miejsce ucieczki, kombinezony da się jakoś załatać, przynajmniej na tyle, żeby przejść z punktu A do punktu B.

 

Czemuś Ty ich w ogóle nie wysłał z jakąś prywatną firmą, która by ich zapewniła, że na miejscu wszystko jest?

 

Wróć jeszccze kiedyś do tego opka, bo w sumie tekstów, w których przy kolonizacji Marsa nacisk kładzie się na geologię jest niewiele. To Ci otwiera ogromne możliwości.

 

A, i zapomniałam, w sporze pierdyknie – nie pierdyknie moje wsparcie merytoryczne stanęło po Twojej stronie :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irko, dopisałem jedną scenę. Jest w środkowej części tekstu (pogrubiona). Mam nadzieję, że nieco uśmierzy Twoje rozczarowanie i przy okazji rzuci nieco światła na to, co się działo na Ziemi.

 

Tarnino, Twoje uwagi jeszcze czekają. Na razie chciałem dopisać tę dodatkową scenę, by mi nie wywietrzała z głowy.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Trochę ten akapit wyjaśnia :)

Sorry, że tak marudzę, ale Twoje opko mi się autentycznie podoba. A jak mi się podoba, to chciałabym, żeby było takie tip-top idealne ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Nie ma sprawy, zaczekają.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

 w porach skalnych

Widzę, po co Ci te pory, ale raczej w "porach skał". Jak w porach skóry.

Zostawiłem oryginał. Nie brzmi mi to dobrze “porach skał”. W geologii pory są też w znaczeniu szczelin. “Szczeliny skalne” brzmią dobrze.

 

 W przestronnej, równie wilgotnej kawernie

Równie wilgotnej jak co? I nie może być komora? Grota?

Równie wilgotne jak korytarze. Nawiązanie do poprzedniego zdania.

Kawerna to specyficzny termin, w przeciwieństwie do groty czy komory. Bohater jest geologiem, więc naturalnie będzie używał określeń precyzyjniejszych.

 

  Jakim cudem te długie blond włosy wciąż pozostają niezbrukane?

"Wciąż" zbędne. "Niezbrukane" nie bardzo mi tu pasuje.

Zostawiłem “niezbrukane”. Odzwierciedla to jak boheter postrzega ten pył.

 

 sklepienie, zamiast łukowatych gotyckich żeber, jest w pełni naturalne, wyrzeźbione w skale

A to wyklucza łukowatość?

Poniekąd. Naturalne formy są zwykle nieregularne, w przeciwieństwie. Łuk jest wie do tych wzneisionych przez człowieka.

Bo to tak, ale nie nazwałabym form krasowych "wyrzeźbionymi" w skale (wiem, wiem, jest "rzeźba krasowa" ale tu chodzi o zapadliska – stalaktyty mają gładkie powierzchnie, przypominają sople i nie bez powodu).

Wszelkie przejawy erozji nazywa się często rzeźbą. W tym przypadku nie sądzę, aby był to błąd.

środkowy poziom szczelnie odizolowany od reszty kompleksu

"Szczelnie" wydaje mi się tu ciut nadmiarowe.

Biorąc pod uwagę konieczność utrzymywania stałego ciśnienia powietrza w kompleksie, to dodatkowe podkreślenie szczelności jest tutaj uzasadnione.

 

Wznoszę kostkę ku górze, przeglądając ją w sztucznym świetle.

Nie wiem, czy można przeglądać kostkę. To nie gazeta.

Objection, M’am. Skoro kostka jest przejrzysta, to można ją przeglądać.

https://sjp.pwn.pl/sjp/przejrzec-I;2510297.html

 

 gorzki, magnezowy syf?

To by mu nie zaszkodziło, najwyżej trochę przeczyściło.

Przede wszystkim to jest paskudne w smaku. ;)

 Chief of the mission

Zostawiłem. Jest to nawiązanie do: chief of mission (COM) from the French "chef de mission diplomatique" (CMD) is the head of a diplomatic representation, such as an ambassadorhigh commissionernunciochargé d'affairespermanent representative, and to a consul-general or consul.

Wywaliłem “the”.

 

 Czy twoje imię, ma coś z tym wspólnego?

Czy twoje imię ma z tym coś wspólnego? No, podmiot i orzeczenie, no!

No właśnie. Po cholerę ja te przecinki tam zawsze pcham Dla mnie to też bez sensu.

 

c.d.n.

 

 

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Zostawiłem oryginał. Nie brzmi mi to dobrze “porach skał”. W geologii pory są też w znaczeniu szczelin. “Szczeliny skalne” brzmią dobrze.

Szczeliny skalne brzmią o wiele lepiej od porów skalnych, ale skoro taki jest uzus.

 Równie wilgotne jak korytarze. Nawiązanie do poprzedniego zdania.

Hmm, no, dobra. Dziwne, że go nie wyłapałam.

 Bohater jest geologiem, więc naturalnie będzie używał określeń precyzyjniejszych.

OK, tylko, że czytelnik geologiem nie jest i języka technicznego znać nie musi. Ale też sama się czepiam błędów w języku technicznym mojej dziedziny, więc może nie powinnam tego podnosić.

 Zostawiłem “niezbrukane”. Odzwierciedla to jak boheter postrzega ten pył.

Dobra. Mógłbyś troszkę wcześniej dać jego niechęć wobec pyłu, ale w sumie wyjaśnienie mnie zadowala.

 Poniekąd. Naturalne formy są zwykle nieregularne, w przeciwieństwie. Łuk jest wie do tych wzneisionych przez człowieka.

Hmm. W sumie tak. Chociaż przearanżowałabym to, żeby było jaśniejsze.

 Wszelkie przejawy erozji nazywa się często rzeźbą. W tym przypadku nie sądzę, aby był to błąd.

Prawda. Nie tyle błąd, co język techniczny, który może nie współgrać z językiem codziennym.

 Biorąc pod uwagę konieczność utrzymywania stałego ciśnienia powietrza w kompleksie, to dodatkowe podkreślenie szczelności jest tutaj uzasadnione.

Nie dam za to głowy, ale to Twoja głowa :)

 Objection, M’am. Skoro kostka jest przejrzysta, to można ją przeglądać.

Rejected, sir. Przeglądać przez nią (czy przeglądasz szybę?) – ale to też jakieś takie panalemowskie. Archaiczne.

 Przede wszystkim to jest paskudne w smaku. ;)

Wiem, wiem, po prostu czasem trzeba rozładować napięcie XD

 Zostawiłem. Jest to nawiązanie do: chief of mission (COM) from the French "chef de mission diplomatique" (CMD) is the head of a diplomatic representation, such as an ambassador, high commissioner, nuncio, chargé d'affaires, permanent representative, and to a consul-general or consul.

But… why? Dlaczego to ma być misja dyplomatyczna, skoro tam nie ma z kim negocjować? Byłam przekonana, że to misja badawczo-kolonizacyjna. Zresztą w SF używa się raczej terminów podkradzionych flocie (jak "chief" na określenie głównego inżyniera właśnie) i anglojęzycznych. Oryginalność zawsze w cenie, ale dlaczego NASA miałoby nagle przejść na francuskie zwyczaje językowe?

 Dla mnie to też bez sensu.

Cóż ma sens w dzisiejszym świecie…?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

But… why? Dlaczego to ma być misja dyplomatyczna, skoro tam nie ma z kim negocjować? Byłam przekonana, że to misja badawczo-kolonizacyjna. Zresztą w SF używa się raczej terminów podkradzionych flocie (jak "chief" na określenie głównego inżyniera właśnie) i anglojęzycznych. Oryginalność zawsze w cenie, ale dlaczego NASA miałoby nagle przejść na francuskie zwyczaje językowe?

Polecam wytłuszczony fragment (scena dopisana już po zakończeniu konkursu i komentarzu Irki), który ukazuje dziwaczny status kolonii i objaśnia ewentualną dyplomatyczną nomenklaturę.

Jeżeli to Cię nie przekona, to podaję argument drugi. Główny bohater jeszcze na Ziemi pracował przy badaniach geofizycznych na Morzu Północnym. Na takich statkach najważniejsza osoba personelu specjalistycznego dzierży tytuł Party Chief. (We flocie pierwszy oficer ma miano Chief Mate/ Chief Officer, a główny inżynier jest Chief Engineer). Więc tutaj, z której strony by nie patrzeć, to ten Chief jest uzasadniony.

Za resztę zabiorę się wkrótce. Uwagi, do których się nie odnoszę, uznaj za uwzględnione.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Hmm, no, właśnie – specjalistycznego. Nie dowódca całości. Ale muszę zobaczyć ten wytłuszczony fragment, żeby coś bliższego powiedzieć, a teraz już zmykam.

ETA: Powracam i odchudzam wytłuszczone.

 oddalał się coraz dalej

Hem, hem :P

 weryfikacja priorytetów

Weryfikacja to sprawdzenie. Jesteś pewien?

 skrojona miarę

Zjadłeś "na".

 miał więcej empatii

Co to jest "empatia"? Odpowiedź "to, czego Tarnina nie ma" nie będzie punktowana :P

 Przy ośmiu miliardach ludzi na Ziemi tych kilka jednostek ludzkich – dokładnie tak nas nazywał – nie robi wielkiej różnicy.

Milion to statystyka, czyż nie? <rusza wyimaginowanym wąsem>

 Chcą być pionierami, niechaj nimi będą.

A tu akurat nie wiem, czy jest sens się oburzać. Dorosły człowiek ma prawo pić, palić i latać w kosmos.

w której trzystu rosyjskich programistów w pięć lat wygenerowało zysk porównywalny z rocznym obrotem Apple

Święty Mikołaju, cud. Carta (i ekran) non erubescit, ale nie jestem przekonana.

 Siergiej miał zdanie odmienne.

Nie widzę uzasadnienia dla tego dziwnego szyku.

 

Dobra, przeczytałam dopisek – to i owo tłumaczy, ale to jednak wyraźna łata. Dyplomatyczna nomenklatura miałaby sens, gdyby to było przedstawicielstwo, a nie "odrębna nacja" (ale też jak wtedy gościa nazwać, el presidente?)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

wypełnione przezroczystym tworzywem o strukturze masy perłowej

A to nie struktura sprawia, że masa perłowa jest nieprzezroczysta? Nie wiem, pytam.

https://www.plastech.pl/wiadomosci/Amerykanscy-naukowcy-wynalezli-przezroczyste-tworzywo-1100

 puścić łazika z wiatraczkiem

Łazik. Biernik dla nazw rzeczy nieożywio… zaraz. Ophelius traktuje łaziki jak osoby… czyli tak ma być?

Nie, to był błąd. Poza tym to nie była kwestia wypowiadana przez Opheliusa.

 procedura definiuje to jako sytuację krytyczną

"Definiować" to tyle, co "określać". Ja napisałabym: według procedur to podpada pod sytuację krytyczną.

Procedura określa to jako sytuację krytyczną. IMHO jest ok.

 Ophelius, odkąd obudziłem go w nocy, nawet stamtąd nie wychodzi.

Czyli w sumie biega tylko Vincent, tak?

Laseczka też biega. A co.

usunąć błąd zegara

Przecież nie wiedzą, co się stało? To skąd nagle ta diagnoza?

To jest kopia komunikatów, które NASA wysyłało z Ziemi do Oppy, jak zamilkł w trakcie pierwszej misji marsjańskiej. Cała ta scena to nawiązanie do tych wydarzeń.

Ale dlaczego nie dokończyłeś? Czy właśnie… dokończyłeś? Zobaczyłam obraz, ale czy historię?

Dokończyłem. Ale powstrzymałem się, by powiedzieć to głośno.

 

Bardzo Ci dziękuję, Tarnino. Poprawki już naniesione. Wytłuszczenie odtłuściłem. Chief of Mission zostawiłem, nie wydaje mi się by był to błąd, a w takich przypadkach, podobnie jak przy szyku, pozwalam sobie na pewną nonszalancję. ;)

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Procedura określa to jako sytuację krytyczną. IMHO jest ok.

Techniczne strasznie. Chociaż prawda, że pionierzy na Marsie pewnie mówiliby technicznie. No, dobra.

 Laseczka też biega. A co.

Równość płci.

 To jest kopia komunikatów, które NASA wysyłało z Ziemi do Oppy, jak zamilkł w trakcie pierwszej misji marsjańskiej. Cała ta scena to nawiązanie do tych wydarzeń.

Aaa, to tego nie wiedziałam.

 Wytłuszczenie odtłuściłem.

Spirytusem? :D

 Chief of Mission zostawiłem, nie wydaje mi się by był to błąd

OK, na Twoją głowę ;) Zdrówko.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Nowa Fantastyka