- Opowiadanie: Werwena - Na jedną kartę

Na jedną kartę

Jeżu, tak dawno nic nie publikowałam, że zapomniałam w co tu klikać...

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Na jedną kartę

– Dizavul Lespredes.

To były pierwsze słowa, które przyszły mu na myśl i od razu wysączyły się na usta, niewprawnym, ochrypłym półszeptem. Powtórzył je po chwili głośniej, jak gdyby przedstawiał się jedenaściorgu ludziom, stłoczonym wokół stolika w przesyconej dusznym zapachem piżma suterenie. Nikt go nie słuchał, wszyscy zajęci byli smakowaniem własnych, odzyskanych imion.

Na wyścielającym podłogę orientalnym dywanie leżała w rozsypce talia kart.

Dizavul sięgnął po jedną z nich, ktoś zaraz podniósł kolejną. Pozostali poszli za ich przykładem, szukając w rozgorączkowaniu tej właściwej.

Powoli zaczęli wymieniać spojrzenia.

– Jesteśmy wolni? – zapytała czerwonowłosa dziewczyna. Królowa Serc.

– Dopóki nikt ich nam nie odbierze – odparł cicho szpakowaty wąsacz. Król Buław. – Tak sądzę.

– Co z nią? Belle Hexe? – Dizavul wypowiedział głośno pytanie, pobrzmiewające w głowach całej dwunastki. Nie mogli być pewni odpowiedzi, ale każde z nich życzyło wiedźmie jak najgorzej.

– Skoro zaklęcie wygasło…

– Suka nie żyje – warknęła stojąca obok niego blada kobieta, do niedawna będąca Królową Szpad.

Potem ktoś wreszcie odważył się podejść do drzwi i opuścić cuchnące okultyzmem pomieszczenie. Rozeszli się, wsiąkając w nocne ulice miasta. Nie oglądali się za siebie i nie szukali wzajemnego towarzystwa, uciekając od wszystkiego, co wiązało się ze wspomnieniem niemal dwustu lat niewoli.

 

*

 

Potem, przez lata, zdarzało się, że ich ścieżki się przecinały. Dizavula i czerwonowłosej Xixi najczęściej.

Znajdował ją zawsze w kabarecie, roznoszącą ze śmiechem kieliszki wśród gości, plotkującą z tancerkami, wymykającą się po skończonej pracy z jakimiś podchmielonymi absztyfikantami – za każdym razem z innym.

Bywało, że na widok Dizy spławiała któregoś, ale tylko wtedy, gdy wydał jej się mniej atrakcyjny.

Xixi, jak każde z nich, znalazła własny sposób by zapomnieć o tym, co jej uczyniono. Żyła w świecie zmysłów i żyła chwilą, nie patrząc wstecz i – przenigdy! – nie starając się zaglądać w przyszłość.

Myślał o niej coraz częściej, w miarę upływu czasu, gdy pokusy nieograniczonej niczym wolności traciły smak, a nie-ludzkie ciało, niezmienne jak malowany wizerunek, czuło coraz mniej, pozbawiając tę dziwną egzystencję wyrazu.

 

****

 

Dizavul spojrzał w górę, idąc za przykładem zebranego na placu tłumu. Coś zamigotało hen u szczytu katedralnej wieży i po chwili oderwała się od niej sylwetka, oświetlona dwiema pochodniami. Zawisła na krótką chwilę w powietrzu, konkurując blaskiem z wychudzonym księżycem, a potem popłynęła naprzód, ponad zadartymi głowami publiczności. Tłum zaszemrał unisono, ludzie zastygli z nosami wycelowanymi w nocne niebo i piersiami nabrzmiałymi od wstrzymanego powietrza.

Diza uśmiechnął się i dla wygody zdjął z głowy cylinder. W pełnej napięcia ciszy zagrzechotały zdobiące rondo kapelusza kosteczki. Sunący w powietrzu mężczyzna również nosił szapoklak, był szczupłej budowy, choć wyciągnięte na boki dla równowagi i efektu ramiona dzierżące pochodnie świadczyły o jego sile. Skryte pod migotliwą materią łydki poruszały się nieprzerwanie, napędzając pojedyncze koło, na którym usadowiony był akrobata. Gdy zakręcił rękoma kilka energicznych młynków, blask płomieni wydobył na chwilę z ciemności cienką kreskę liny, po której poruszał się pojazd.

Koło obracało się i obracało, mrugały przyczepione doń odblaskowe szkiełka.

Dizavul Lespredes myślał o śmierci i uśmiechał się coraz szerzej.

 

*

 

Tłum wiwatował, klaskał i tupał, pozostając pod wrażeniem występu. Akrobata przechadzał się pomiędzy zachwyconą publicznością, wyciągając przed siebie szapoklak. Dizavul zauważył, że jego korona była przynajmniej dwukrotnie wydłużona w stosunku do standardowej, czyniąc kapelusz pojemną sakwą na datki. Wewnątrz błyszczały złote dukaty i łańcuszki, pyszniły się bursztynowe brosze, połyskiwały szlachetne kamienie zdobiące pierścienie i kolczyki. Stojący obok Dizy tłusty jegomość wepchnął w tę migotliwość równie tłusty plik banknotów.

Akrobata podziękował korpulentnemu widzowi i podsunął cylinder w kierunku Lespredesa, spoglądając na tkwiące w jego uchu kolczyki i srebrne guziki fraka.

– Chciałbym tego spróbować – odezwał się Diza, ignorując pożądliwy wzrok mężczyzny.

– Proszę?

– Czy zechciałby pan użyczyć mi swojego pojazdu? – Pochylił się ku artyście, ściszył głos. – Chciałbym spróbować powtórzyć pana wyczyn. Bez publiczności, niech się pan nie obawia. Nie będę konkurencją.

Mężczyzna przyglądał mu się ze zdziwieniem, potrząsając bezwiednie wypełnionym do połowy cylindrem, jakby zgromadzony w nim majątek nic nie ważył.

– Wrzucasz pan? – zapytał wreszcie, a wymalowane na jego twarzy zdumienie powoli przeradzało się w nieufność. W rozbieganych oczach na krótki moment błysnął lęk.

– Zapłacę, jeśli pan się zgodzi.

– Brama Barbary, o północy – mruknął artysta i ruszył ku kolejnym eleganckim dżentelmenom wymachującym banknotami i damom odpruwającym perły z jedwabnych rękawiczek.

– Vincent! Vincent! – skandował rozentuzjazmowany tłum.

 

*

 

Akrobata, choć o tym nie wiedział, nie mógł wyznaczyć lepszego miejsca na spotkanie. Dizavul przemierzał najpodlejszą dzielnicę miasta, klucząc między wypełnionymi mrokiem i smrodem zaułkami i karmiąc się okruchami lęku. Być może to gdzieś tu zginęła Belle Hexe – ta myśl często towarzyszyła mu w wędrówkach po tej okolicy.

Przez ostatnie sześćdziesiąt lat napadnięto go tu kilkanastukrotnie, z czego siedem razy raniono. Początkowo każdy spacer przez Młoty wprawiał jego serce w ruch. Strach przeganiał papierową pustkę, choć na jeden wieczór. Dizavul kochał te cuchnące i obskurne uliczki, bo tutaj bywał żywy.

Jednak choć za każdym razem ryzykował coraz bardziej, koląc oczy tutejszych zakapiorów pysznością strojów i ekstrawagancją błyskotek, cudowna moc Młotów malała z biegiem czasu. Serce przyspieszało nieco, ale już nie szalało, umysł nie dawał się oszukać, zasłona opadająca na pustkę stawała się przezroczysta.

Przechadzka przez Młoty była tym, co zapach zachwycającej kobiety, której nie można dotknąć. Jednocześnie pożądaną namiastką i dręczącym niespełnieniem.

Do Bramy Barbary dotarł nie zaczepiany przez nikogo, na co tym razem szczerze liczył. Wkroczył w jej cień i upadł ogłuszony ciosem w tył głowy.

 

*

 

Ocknął się w półmroku, w jakimś pomieszczeniu pachnącym mokrą sierścią i kadzidłem. Siedział w fotelu, na podłodze przed nim tańczyły w równym rzędzie płomienie świec. Tuż za ich linią dostrzegł nogi odziane w połyskliwe rajtuzy. Podniósł wzrok.

Akrobata stał przed nim, prężąc wątłą sylwetkę, jakby szykował się do występu. W lewej ręce ściskał drążek siodełka monocyklu, trzymając pojazd kołem do góry, niczym monstrualny lizak. Pochwyciwszy wzrok Dizavula, posłał mu przebiegły uśmiech i wolną ręką wprawił koło w ruch. Ozdobne szkiełka zamigotały w blasku płomyków.

Lespredes gapił się chwilę, zdumiony niespodziewanym przebiegiem wydarzeń.

Koło kręciło się, szkiełka lśniły.

Obrót, błysk, błysk, obrót. Obrót, błysk, obrót, błysk. Ob-błysk-rót-błysk.

Dizavul odchrząknął, zniecierpliwiony.

– Czy po chłodnym przywitaniu w bramie, moglibyśmy wreszcie przejść do interesów? Nie chowam urazy.

– Kim ty, u licha, jesteś? – Vincent zatrzymał koło, zamaszystym ruchem obrócił monocykl, stawiając go na ziemię. Oparł się o siodełko i wpatrywał w Dizavula. Coś pulsowało pod napiętą na skroniach skórą. Wzrok mężczyzny wędrował od dłoni Lespredesa do krzykliwych kolczyków.

Za którymś razem Diza pochwycił jego spojrzenie, zatrzymał. Przeklął się za to natychmiast, bo coś w tym człowieku uderzyło prosto w uśpioną esencję Króla Szpad. Tępy ból przeszył jego głowę, wlewając do niej obrazy, których Lespredes wcale nie chciał oglądać. Ból niewiele mający wspólnego z ciałem, jakby ktoś drażnił cierń tkwiący głęboko w duszy.

– Kim jesteś? – zapytał ponownie akrobata. – I czemu, na demony, to na ciebie nie działa? – W przypływie frustracji cisnął monocykl na deski podłogi.

– Jest pewien mężczyzna – powiedział Diza, trochę tylko wbrew sobie. – Znaczący, sporo osiągnął. Autorytet. Mistrz? Albo ojciec. Ktoś ważny. I jest drugi mężczyzna, przebiegły i knujący. Oszust, albo ktoś budzący niechęć. Jednym jesteś ty, drugi jest ci bliski.

Vincent zacisnął dłoń w kułak i przyłożył nim z rozmachem w podbródek Lespredesa. Zadzwoniły zęby i biżuteria.

– Gadaj! – ryknął.

Dizavul dotknął twarzy, ucisnął obite miejsce. Niech boli, niech boli mocno. Po ludzku.

– Wiem już. Ty to ten drugi, mierny uczeń. Pragniesz uznania, a to – ruchem głowy wskazał leżący na ziemi monocykl – ma ci je zapewnić. Zmyślna sztuczka, rzucasz tym czar, omamiasz ludzi, bogacisz się. A teraz przeraża cię, że oto dzieło twojego życia zawodzi. Niedoskonałość nie zapewni ci szacunku.

– Jak to robisz? Co jest niedoskonałe? Powiedz mi, a pozwolę ci użyć monocyklu. Raz – dodał pospiesznie – i dyskretnie.

Dizavul podniósł się z fotela, sięgnął po pojazd.

– Wszystko działa jak należy, bez obaw. Jestem wyjątkiem, choć wierz mi, wolałbym, żeby twoja magia miała na mnie wpływ. Tak jak wiele innych rzeczy. – Sięgnął do ucha i odpiął złoty kolczyk, z kieszeni wygrzebał jeszcze zegarek na łańcuszku i kilka monet. Wcisnął je w dłoń Vincenta. – Twój mistrz nigdy się o mnie nie dowie, o ile sam mu nie powiesz. Choć nie jestem przekonany, czy ten wynalazek przyniesie ci to, czego chcesz, nawet działając bez zarzutu. Podejrzewam, że zdajesz sobie z tego sprawę.

Wskoczył na siodełko, podjął próbę umieszczenia stóp na pedałach i runął na podłogę.

– Perfekcyjnie. Zwrócę ci go przed wschodem słońca. Którędy do wyjścia? Wybacz, nie pamiętam drogi.

 

*

 

Plac Jarzębiny był o tej porze pusty, życie nocne koncentrowało się w odległych dzielnicach teatrów, lupanarów i kabaretów. Lina akrobaty wciąż spinała ze sobą iglicę katedry z wieżą gmaszyska uniwersytetu. Zabawne, pomyślał Dizavul, patrząc na nią z dołu. Nauka, religia, a między nimi ja, którego istnienie urąga jednemu i drugiemu.

Zanim jednak wspiął się na górę, odbył jeszcze kilka próbnych jazd po placu, stopniowo opanowując wsiadanie, utrzymywanie równowagi i podstawowe manewry pozwalające na wykonanie slalomu pomiędzy rzadko rozmieszczonymi latarniami. Ostatecznie nie chodziło o to, by po prostu zlecieć w dół. Chodziło o emocje – podniecenie niepewnością, czy się uda, wyzwaniem. I strach – choćby przez tę krótką chwilę, na którą zdoła oszukać ciało, że jest śmiertelne. Przez lata nauczył się, że ta iluzja działa, ilekroć znajduje nowy sposób na jej wywołanie.

Główne wrota katedry były otwarte. By dostać się na schody prowadzące na wieżę, musiał posłużyć się agrafą, mocującą ozdoby u kapelusza. Zamek ustąpił bez większego oporu. Krętymi, wąskimi stopniami Dizavul ruszył w górę.

Linę przymocowano tuż za ciasnym okienkiem. Dawało się z niego przejść na tkwiący obok smoczy łeb rzygacza, stanowiący względnie stabilną podporę. Rzut oka w dół wystarczył, by rozbudzone serce załaskotało przyjemnie w piersi.

Miasto spowijała ciemność, księżyc, choć daleko mu było do pełni, świecił jednak na tyle jasno, by wydobywać z mroku kontury dachów, kształty kamienic i kościołów. Rozmieszczone niezbyt gęsto żółte plamki latarnianych świateł przywodziły na myśl odbicie gwiazd w tafli jeziora. Nocne dzielnice przypominały skupisko ruchliwych świetlików, mieniących się różnymi barwami. W pewnym oddaleniu, ciemna plama dymów skrywała sekrety strefy przemysłowej.

Zachwyt przyszedł niespodziewanie. Dizavul nie czuł go od tak dawna, że niemal o nim zapomniał. Nie potrwał jednak dłużej niż jeden oddech. Gdy oczarowanie rozwiało się i wsiąkło gdzieś w noc, Diza nachylił się ku okienku, by chwycić pozostawiony wewnątrz monocykl. Balansując na łbie obojętnego gargulca, ostrożnie umieścił koło na linie. Chwilę trwało, nim znalazł wśród gzymsów, cegieł i gargulców takie, które mogłyby być pomocne przy wsiadaniu. W dole ziała ciemna przestrzeń, mury katedry niewiele sobie robiły z jego starań, ciało całkiem po ludzku ciążyło ku ziemi, niedostawało mu sił, przyczepności, równowagi.

Dizavul nie mógł lepiej sobie tego wymarzyć.

Bezradność. Determinacja. Strach. Ekscytacja.

Życie.

Usiadł tylko na ułamek uderzenia serca, stopą ledwie musnął pedał i runął w noc.

 

*

 

Szum w uszach, we wnętrzu czaszki. Powietrze mknące tak szybko, że trudno je chwycić czy wypluć. To, co wdarło się do płuc teraz rozsadza je od środka. Gorąco, a jednocześnie wokół jakby lodowata woda. Mięśnie napięte, skurczone, jak gdyby każda część ciała próbowała skryć się za inną. Rosnącą prędkość czuć na skórze, we włosach, pod ubraniem. I w krwi, coraz bardziej wysyconej strachem.

Który gaśnie nagle, kilka stóp nad ziemią. Cisza, ginie ból w piersiach, znika napięcie, wypłaszcza się wszystko, sprasowuje.

Gdyby ktoś znalazł się w tej chwili na Placu Jarzębiny, zobaczyłby uderzający o bruk monocykl i tańczący w powietrzu jak jesienny liść kartonik, nieco może większy od standardowej karty do gry.

 

*

 

Po wszystkim pustka zaatakowała ze zdwojoną siłą. Dizavul wciąż jeszcze siedział pod zimnym cielskiem katedry gdy zaczynało świtać. Kartę z wizerunkiem Króla Szpad beznamiętnie przeplatał między palcami.

Spojrzał na leżący nieopodal monocykl – powyginany, pozbawiony kilku magicznych szkiełek – i wspomniał tego cudacznego człowieczka w rajtuzach.

– Kim ty, u licha, jesteś? – pytał mizerny akrobata o imponującym sierpowym.

Kim ja, na wszystkie demony, jestem?

Wciąż człowiekiem, pragnął odpowiedzieć. I zrozumiał, że najsilniejsze bodźce, jeśli krótkotrwałe, nie zdołają już nakarmić głodu doznań. Że iluzja niebezpieczeństwa to tylko sztuczka, tandetna jak rozsiewający zaklęcie hojności monocykl.

Dziesiątki lat oszukiwał się, że poszukuje strachu, wciąż unikając jedynej rzeczy, której naprawdę się bał.

Wstał, chwycił pojazd, pozbierał szkiełka. Zamigotały, niczym oglądane z wysokości światła dzielnicy kabaretów. Przyspieszył kroku, odganiając nieproszoną myśl o Xixi.

 

*

 

Vincent zatopił palce w czuprynie, zaszamotał się, niezdecydowany – popaść w rozpacz czy rzucić się na tego bezczelnego typa.

– Właściwie powinieneś był się tego spodziewać – oznajmił spokojnie Dizavul. W wyciągniętej ręce trzymał zniszczony monocykl. – Czy wyglądam na kogoś, kto potrafi przejechać tym po linie?

Akrobata sapnął, osunął się na fotel – ten sam, na którym poprzednim razem usadził swojego gościa.

– Sądziłem, że chcąc go użyć, miałeś na myśli inne jego zastosowanie. Jeśli naprawdę próbowałeś… jakim cudem żyjesz?

Diza milczał, wpatrując się w rozmówcę zmrużonymi oczyma. Uśmiechnął się półgębkiem czując, że wzbudza w tym człowieczku strach.

– Kim…

– Powiem ci kim jestem – przerwał Vincentowi, nie chcąc znów słyszeć tego pytania. – Opowiem ci wszystko i jeśli zechcesz zrobić z tego użytek, możesz rzeczywiście zasłużyć na aprobatę twojego mistrza. Uznajmy to za rekompensatę za szkody.

Akrobata wyprostował się w fotelu, jednocześnie zapadając się weń. Znów niezdecydowany czy bardziej się boi, czy łaknie wiedzy.

– Belle Hexe, wiedźma i wróżka. Słyszałeś o niej? Na pewno, nie mogłeś nie słyszeć. O niej i jej diabelskiej Talii. Nieomylnej. Zdolnej odczytywać przyszłość, ba, zapisywać ją na nowo, podług woli i chęci tego, kto płacił. Jeśli płacił słono, rzecz jasna. Wiesz, o czym mówię?

Vincent kiwnął głową.

– Talia Belle Hexe zaginęła po jej śmierci, przeszło sześćdziesiąt lat temu. Nikt nie zdołał jej odnaleźć, choć wielu próbowało. Przyjęto, że Talia była motywem zabójstwa wiedźmy, ale sprawca do dziś jest nieznany, a nikt nie zdradził się z posiadaniem potężnych kart.

Dizavul przerwał, podszedł do okna, przez które coraz śmielej wpadały pierwsze promienie słońca. Patrzył na skąpane w nich miasto, starając się nie myśleć o budzących się gdzieś tam właśnie jedenaściorgu dawnych towarzyszy niewoli.

Zawahał się, przez krótką chwilę.

– Talia nadal jest w mieście. Rozproszona. Kluczem do jej skompletowania są figury. Najważniejsze to odnalezienie Królowych, Rycerzy i Królów wszystkich czterech domów.

Nie musiał się odwracać, wiedział, że Vincent wychylił się z bezpiecznych objęć fotela i nastawił uszu.

– Zapewne domyślasz się, że to nigdy nie były zwykłe karty. Belle Hexe stworzyła na własny użytek demony z ludzkich umysłów i dusz. Wprzęgła je w Talię. Uwięziła nas.

Obrócił się, powoli.

– Po jej śmierci zaklęcie zgasło. Uwolniliśmy się, choć nie całkiem. Potrafiliśmy odtworzyć nasze ciała – to było naturalne, jak oddech. Ale nie jesteśmy już ludźmi.

Vincent wstał.

– Kim jesteś?

– Jestem Dizavul Lespredes. Jestem Królem Szpad.

– Dlaczego mi o tym mówisz?

Dizavul odszedł od okna, podniósł porzucony na podłodze wrak monocyklu.

– Czy chciałbyś skompletować Talię Belle Hexe? Chciałbyś jej dla siebie? Lub dla tego, którego szacunku tak pragniesz?

– Jak to zrobić? – W oczach Vincenta rozbłysło pożądanie, znacznie większe niż to, z którym spoglądał wcześniej na błyskotki Dizavula.

Lespredes uśmiechnął się, nałożył cylinder i skierował do wyjścia.

– Gdybym powiedział ci wszystko, to byłoby zbyt proste. Przecież nie chcę się podkładać.

– Zatem czego chcesz?

– Zagrać. O naprawdę wysoką stawkę.

 

*

 

Gdy podążał przez budzące się miasto, niosąc pod pachą wykoślawiony monocykl, czuł, naprawdę czuł się człowiekiem.

 

Koniec

Komentarze

Xixi, jak każe z nich

chyba miało być każde.

 

To bomba! Przeczytałem z prawdziwą przyjemnością. Choć tekst może być zamkniętym opowiadaniem, postrzegam go jako pierwszy rozdział czegoś większego. Będzie ciąg dalszy? Aż się trzęsę z niecierpliwości.

Przeczytane ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Nikolzollern, dziękuję za miłe słowo, bardzo się cieszę że Cię to zaciekawiło, choć przykro mi z powodu tej trzęsawki, to pewnie mało przyjemne ;) Ciąg dalszy być może nastąpi, ale na pewno nie prędko. Wicked, :o)

Melduję, że bilet został skasowany.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, witam na pokładzie :) Czy raczej na siodełku :)

Bardzo, bardzo piękne :)!

Sugestywne, wciągające od pierwszych słów, interesujące, że chce się czytać dalej i dalej…

Majstersztyk!!!

 

Co prawda, parę babolków znalazłem:

– “jak gdyby przedstawiał się jedenaściorgu ludzi” – jedenaściorgu ludziom zdaje się;

– “ale tylko wtedy, gdy wydał jej się mniej atrakcyjny” – kto komu, bo się pogubiłem w tym zdaniu;

– “barwami.W pewnym” – spacji zabrakło.

I po jednym “akrobacie” w dialogu brak kropki, ale nie mogę znaleźć.

 

Ode mnie klik i nominacja!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Najpierw kilka technikaliów:

 

Myślał o niej coraz częściej, w miarę upływu czasu, gdy pokusy nieograniczonej niczym wolności traciły smak, a nie-ludzkie ciało, niezmienne jak malowany wizerunek, czuło coraz mniej, pozbawiając tę dziwną egzystencję smaku

Powtórzenie.

 

Dizavul zauważył, że jego korona była przynajmniej dwukrotnie wydłużona w stosunku do standardowej, czyniąc kapelusz pojemną sakwą na datki.

Jego czyli czyja? Korona jest kapeluszem? Nie potrafię sobie tego zwizualizować.

 

Stojący obok Dizy tłusty jegomość wepchnął w tę migotliwość równie tłusty plik banknotów.

Rozumiem, że chodzi o masę kosztowności, ale użycie “migotliwości” wydaje się tu nieklarowne (może przez tę zmyłkę zaznaczoną powyżej; zaczęłam myśleć, że chodzi o kapelusz)

 

Coś pulsowało pod napiętą na skroniach skórą.

Czy to coś jest czymś innym niż żyła? Jeśli nie, to czemu “coś”, skoro żyła wydaje się oczywista?

 

Za którymś razem Diza pochwycił jego spojrzenie, zatrzymał.

Trochę zbyt ucieleśnione to spojrzenie, skoro można je łapać i zatrzymywać.

 

– Kim jesteś? – zapytał ponownie akrobata – I czemu, na demony, to na ciebie nie działa? – W przypływie frustracji cisnął monocykl na deski podłogi.

Nie rozumiem, co tu się dzieje. Rozumiem, że akrobata próbował jakiejś sztuczki podczas kręcenia kołem, ale potem to bohater przechwycił jego spojrzenie (Diza był postacią działającą). Więc czemu to akrobata mówi, że coś nie działa?

 

Dizavul dotknął twarzy, ucisnął obite miejsce. Niech boli, niech boli mocno. Po ludzku.

To fajne.

 

niedostawało mu sił, przyczepności, równowagi.

Niedostawało?

 

Powietrze mknące tak szybko, że ciężko je chwycić czy wypluć.

To wydaje mi się trochę zbyt materialne. Ale to już kwestia gustu.

 

Od razu przyciągnęłaś mnie do tekstu językiem, stylem i początkiem z dużym progiem wejścia. Zasiadałam z wielkimi oczekiwaniami. Zostały one spełnione w materii twórczej (masz bardzo dobry warsztat, poza kilkoma – moim zdaniem – przedobrzonymi metaforami; indywidualny styl, który trafia w mój gust), natomiast nie do końca w kwestii fabuły i świata. To, co początkowo wydawało mi się dużym progiem wejścia w świat i niedopowiedzeniem, i podobało mi się, przerodziło się w poczucie, że czytam wyimek z dłuższego tekstu – pewnie dlatego że na nowelę tekst ma za mało spiętych wątków, a na opowiadanie zbyt wąsko wchodzi w stworzoną przez Ciebie historię. Spięte byłoby, gdyby poszedł na końcu do Xixi, gdyby nastąpiła jakaś klamra, natomiast my mamy tu otwarcie (quest giver) i poczucie, że jest to prolog do historii właściwiej.

Jeśli chodzi o wykreowanych przez Ciebie bohaterów i świat (nie wiem, czy pisałaś teksty z tego uniwersum na forum, jeśli tak, to przepraszam za niewiedzę) – mam poczucie, że byłoby z tego bardzo dobre young adult. I mówię to w jak najlepszym tego słowa znaczeniu – YA na poziomie “Szóstki wron” czy “Odcieni magii”, czyli takich dorosłych w sumie odbiorców. Mamy konkretny plot fabularny, interesujące, magiczne postaci i potencjał na magiczną powieść awanturniczą (co broń boże nie oznacza infantylności – tak jak w wyżej wspomnianych pozycjach). Natomiast dla mnie to było trochę za mało w opowiadaniu. Koncept był dla mnie zbyt “fantastyczno-magiczny” – w sensie, że przypominał dopiero tło świata, dla mnie osobiście zbyt barwnego w kontraście z mrokiem bohatera (ale ja preferuję teksty przesiąknięte beznadzieją), fabuła za mało domknięta, za to język i styl mnie ukontentował.

Oczywiście klikam bibliotekę.

Staruchu, dziękuję za kąpiel w miodzie ;) 

Co do babolków, zdaje mi się, że skoro jest po deadlinie a przed wynikami konkursu, to nie mogę chyba ich poprawić?

 

Minuskuło, dziękuję za obszerny i bardzo merytoryczny komentarz. W zamierzeniu opowieść miała się domykać na poziomie przeżyć wewnętrznych bohatera, co przy okazji (niezależnie od tego czy mi się to udało) doprowadziło na końcu do otwarcia potencjalnej, jak mówisz “historii właściwej”. Skoro dostrzegłaś w niej potencjał do sensownej powieści, to cieszy mnie to ogromnie :) nawet jeśli tutaj za mało się pospinało. Ale oczywiście wszystkie te konstrukcyjne uwagi biorę sobie mocno do serca na poczet kolejnych opowiadań.

 

Jego czyli czyja? Korona jest kapeluszem? Nie potrafię sobie tego zwizualizować.

Korona to górna część kapelusza. Znaczy się ta, która nie jest rondem ;)

Dobrze opowiedziana, ciekawa historia z oryginalnym wykorzystaniem motywu kart. Podobały mi się też dyskretne nawiązania do epoki i konsekwencja w stosowaniu tych realiów. Psychologicznie świetnie nakreślona postać akrobaty z wiarygodną motywacją w zakończeniu.

Dotykasz problematyki, którą bardzo lubię, czyli ezoteryki. Diabelska talia, w domyśle Tarot, a konkretnie Arkana Małe. Dobrze, że zamieniłaś królową pucharów na królową serc, a miecze na szpady. Te nazwy są rzadziej używane, ale właściwe i bardziej obrazowe. Jedna rzecz mi zazgrzytała. W talii są cztery figury w każdym dworze: król, dama, rycerz i giermek, a u Ciebie są trzy. Chyba, że giermek po prostu jest nieważny w tej historii. Ale to tylko szczegół. Całość bardzo udana. Ode mnie klik :)

Dobre. Bardzo. Może do końca nie porwało, ale schwyciło i nie chciało samo z siebie odpuścić. Ciekawa historia, aż by się chciało zrobić z tego większą całość, może spróbujesz? Bo masz faktycznie dobry, lekki styl pisania.

Pozdrawiam i kliczek

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

ANDO, dzięki za wizytę, komentarz i klik, cieszę się, że Ci się podobało. Dziękuję, że zwróciłaś uwagę na giermków, widzę że się orientujesz w temacie – czy jeśli będę potrzebowała dokładniejszego researchu w temacie Tarota, podpowiesz jakieś źródła? 

 

Rrybaku, dziękuję za kliczka. Kurczę, no może i spróbuję ;)

Pozdrawiam!

 

 

Interesujący bohaterowie. Spodobał mi się pomysł na nich, na ich powstanie, na ich potrzeby. Acz dopiero zaczynasz to wszystko pokazywać, więc tekst nosi znamiona fragmentu. Tym bardziej, że zakończenie niewiele kończy.

Stylistyka, jak dla mnie, trochę za bardzo rozbuchana, ale nie musisz się tym przejmować. Czasami ładnie, a czasami po drugiej stronie cienkiej linii.

Babska logika rządzi!

Nie czuję się ekspertem. Jeśli będę mogła coś podpowiedzieć, pomogę.

Bardzo mi się podobało :) Wszystko – zarówno pomysł z kartami, jak i bohaterowie, jak i akcja, jak i wykonanie i język – obrazowy, trochę poetycki, ale jak dla mnie w sam raz. Zgadzam się z innymi komentującymi, że to dobry materiał na książkę, ale tekst w moim odczuciu doskonale sprawdza się też jako samodzielne opowiadanie. Popieram nominację do piórka i życzę powodzenia w konkursie :)

Jakie to było ładne, plastyczne, przemyślane…

Gaimanowskie!

Tylko tak fabularnie czuję ten niedosyt, co koledzy :) Wrażenie, iż jest to część czegoś większego, albo dłuższego opowiadania albo nawet minipowieści. Czytałabym taką z wypiekami na twarzy, ponieważ opowiadanko porwało mnie od samego początku klimatem, językiem, bohaterami (czy raczej tym właściwym, jakby głównym).

Zakończenie to raczej otwarte czy też brak zakończenia? :( Nic mi ono specjalnie nie wyjaśniło. Poza tym, że trochę zajrzeliśmy Dizowi do serca.

Mocne, dobre, bardzo mi się podobało :)

Finklo, dziękuję za komentarz :o) Fajnie, że spodobały Ci się postaci i pomysły. Mniej fajnie – z jednej strony – że masz wątpliwości co do samodzielności tego tekstu, ale z drugiej, w zestawieniu z tym, że wyżej wymienione Ci się podobały, zinterpretuję to sobie jako argument za tym, że warto ten pomysł rozwinąć :)

Stylistyka, jak dla mnie, trochę za bardzo rozbuchana, ale nie musisz się tym przejmować. Czasami ładnie, a czasami po drugiej stronie cienkiej linii.

Trochę się jednak przejmuję. Zdaje sobie sprawę z tej cienkiej linii, wolałabym balansować na niej z gracją jak Vincent niż iść w ślady Dizavula ;)

 

ANDO, dzięki, w razie czego będę się do Ciebie uśmiechać ;)

 

Katiu, dziękuję! <3

Uff, dobrze że czasem pojawia się głos, że samodzielnie też daje radę :)

 

Aryo, dzięki za ogromnie miłe słowa, z czego zwłaszcza jedno (”gaimanowskie”) leje miód na me serce ;)

No i sama już nie wiem, czy mi przykro z powodu tego niedosytu czy wręcz przeciwnie.

 

Podoba mi się taka interpretacja. :-)

A co do cienkich linii – każdy musi je sobie narysować indywidualnie. Mój rysunek wychodzi niepodobny do większości, więc możesz go zaniedbać jako statystyczny ewenement. Ale gdyby więcej czytelników zaczęło podobnie marudzić… To wtedy już warto się zastanowić.

Babska logika rządzi!

Ło rany, ale jakość. Rewelacja, zbieram szczękę, co za pisanie! Nic więcej nie napisze, bo to mi się w całości po prostu podoba okrutnie. Winszuję.

Dobre opowiadanie, kliki zasłużone. Fajny klimat. Z jednej strony wolałbym bardziej rozbudowaną historię, z drugiej tekst w takiej postaci też ma swój urok. Przypełzłem tu zwabiony ochami i achami Łosiota na shoutboksie i pod tym kątem niestety się zawiodłem, ale samego przypełznięcia nie żałuję, bo opko jest bardzo solidne :)

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

… czułem, że mnie ktoś śledzi. Dziś wrócę z rozbudowanym komentarzem, a co!

Łosiocie, miło mi ogromnie, dziękuję! No to czekam na ten komentarz ;)

 

Bailoucie, no i fajnie, że przypełzłeś, i jeszcze fajniej, że nie żałujesz, nawet jeśli bez ochów i achów. Dzięki! :)

Hej. Dla mnie to opowiadanie jest przede wszystkim eleganckie. Wydaje się świetnie wyważone w sugestywnych opisach scen, dobrym tempie i klimacie jak czarny aksamit. Podziwiam Twoja lekkość pisania, lubię taki styl i chyba w taką stronę sam próbuje iść, może dlatego tak mi się podoba Twoja praca. Odnośnie fabuły jeszcze. Ja nie oczekuję od opowiadań złożonych konstrukcji, tylko spinajacych się kompozycji. Ta mnie satysfakcjonuje, łącznie z zakończeniem, które dokłada ważny element do postaci głównego bohatera. Pozdro, świetna robota.

Opowiadasz obrazami – czuć bohatera wynędzniałego, znużonego, ale jednocześnie wielowarstwowego, którego można się bać i podziwiać. Bardzo zgrabnie przykuwasz uwagę szczegółami: rajtuzy, kapelusz z kosteczkami, łbami rzygaczy. Jest też otoczka kabaretowej przekory, tworzy niesamowity klimat, aż żal, że go ucięłaś, bo ja już szłam sobie herbatę parzyć, żeby czytać o losach Talii, a Ty mi tu że odszedł z monocyklem w dal. Wydaje mi się, że bohaterowie są nierówno rozłożeni, nie dowiadujemy się wiele o współwięźniach Dizy, nie możemy "skompletować Talii". Jeśli to nie dostanie kontynuacji, to będzie mi szczerze przykro. Balansowanie na linie nad miastem jest cudownie poetyckie, szkoda, że tak szybko się z niej spada. Kurczę, każdy tekst o personifikacji kart wychodzi super ;)

Łosiot, dzięki za uzupełnienie komentarza i za nominację :)) Niezmiernie się cieszę, że spodobało Ci się zakończenie :) Pozdro!

 

Żonglerko, dziękuję! Zbieram sporo pozytywnej motywacji, zatem jest bardzo prawdopodobne, że – może nie za szybko, ale jednak – będziesz sobie mogła tę herbatkę jeszcze wypić ;)

 

 

 

Fabuła: Oj, fajnie się czytało, naprawdę fajnie. Już otwarcie było mocne, potem przez cały tekst towarzyszyła nam magiczna atmosfera, sceny w mieście wirują w wyobraźni niczym kalejdoskopowe wizje. Równe, miarowe tempo. Troszkę nie podeszło mi jedynie niedefinitywne zakończenie, lecz z drugiej strony rolę konkluzji pełni tu raczej ujawnienie tożsamości Dizavula oraz fakt, że wreszcie przebił barierę desenstyzacji, jego przyszłe losy są zaś niepewną przyszłością, która stymuluje imaginację czytelnika.

Oryginalność: Klimaty wiktoriańskie, wyjątkowość buduje tutaj nie tyle sam setting, co pomysł na ludzi, których losy zostały splecione przez zaklęcie w karty, oraz poszukiwania utraconego człowieczeństwa po wyzwoleniu. Bardzo spodobało mi to, w jaki sposób został tutaj wykorzystany środek transportu, czyli monocykl: był narzędziem, za pomocą którego bohater starał się odzyskać uczucia zapomniane przez lata niewoli.

Styl: Ładne opisy, zgrabne dialogi, całość odmalowana w kolorowych barwach. Większych usterek nie widziałem, gdzieś mignęła mi zjedzona spacja. Nie podobało mi się tylko użycie pojedynczych gwiazdek jako mniejszych przerywników, w niektórych momentach to rozbicie było zbędne, bo tekst zachowywał ciągłość fabularną.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Po pierwsze chciałabym powiedzieć, że za krótkie! Ogólnie co do konkursu, moim zdaniem dosyć poboczy wątek ma motocykl i odgrywa jednak pomniejszą rolę. Chciałabym przeczytać więcej przygód Diza. Jeśli chodzi o fabułę osobiście uważam, że wszystko zostało jasno powiedziane, niestety też sporo nadal jest tajemnicą, choćby Xixi. Wiadomo też, że wolałabym coś dłuższego, ale fajnie, że podzieliłaś się czymkolwiek, bo dawno nic nie publikowałaś. Gratuluję czwartego miejsca. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Werweno, tekst jest dobrze napisany, od strony technicznej niewiele można mu zarzucić. Od strony fabularnej również, choć w przeciwieństwie do przedpiśców nie do końca pozwoliłem się porwać. Szczerze mówiąc, nawet nie potrafię powiedzieć dlaczego. Być może dlatego, że nie lubię bicykli, ani cyrkowych sztuczek. Może dlatego, że zbyt wcześnie zdradziłaś, że Dizavul jest nieśmiertelny, więc niespecjalnie się o niego bałem, gdy balansował po linie. Może przez zakończenie urwane w połowie opowieści.

Najbardziej prawdopodobnym powodem jest chyba jednak to, że wciąż pamiętam Twoją Tilszę, która była punktem odniesienia, a to jest niezwykle wysoko ustawiona poprzeczka.

Mimo wszystko, że spokojnym sumieniem dorzucam od siebie kolejną piątkę, z maleńkim minusikiem.

Moja ocena 4.9/6.

Wickedzie, dziękuje za solidny jurorski komentarz, dziękuję w ogóle za konkurs, dzięki niemu w końcu coś napisałam :) Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu i że odczytałeś wszystko zgodnie z moim zamierzeniem. Niedefinitywne zakończenie jest pewnie jakimś minusem, ale skoro udało mi się nim u niektórych rozbudzić apetyt na więcej, to ostatecznie wychodzę na plus ;)

Muszę pomyśleć o tych przerywnikach, masz racje, że czasami mogłoby się bez nich obyć. Zdaje mi się, że stosując je bardziej mam na celu wybrzmienie jakiejś sceny niż zaznaczenie przeskoku miejsca lub czasu akcji. Ale na pewno będę się zastanawiać, czy to ma sens.

 

Morgiano, dziękuję, że zajrzałaś :) Tak, obawiałam się, że pojazd może być za mało wyeksponowany, ale jak widać w komentarzu Wickeda – wystarczyło, a nawet się spodobało, więc chyba ok ;)) 

Yhym, nie publikowałam nic od ponad roku – dramat, zwłaszcza, że to co opublikowałam ostatnio (Z prochu powstaniesz…), napisałam dużo wcześniej. Ale wiesz, powoli wracam do formy ;)

 

Chrościsko, dzięki za wizytę, piąteczkę i komentarz :) Cieszę się, że ogólnie odebrałeś opowiadanko pozytywnie, pomimo tego czegoś, co przeszkodziło Ci dać się porwać.

Najbardziej prawdopodobnym powodem jest chyba jednak to, że wciąż pamiętam Twoją Tilszę, która była punktem odniesienia, a to jest niezwykle wysoko ustawiona poprzeczka.

Ehh, to jest ten kawałek klątwy Cesarzowej, który spadł na mnie :(

 

Ehh, to jest ten kawałek klątwy Cesarzowej, który spadł na mnie :(

Ehhh, niejeden o takiej klątwie by marzył. :)

Fajne :)

Forma to małe dzieło sztuki i myślę, że choćbyś porwała się na napisanie instrukcji obsługi piekarnika, to byłabyś w stanie nawet tam poczarować słowem.

Wędkę zarzucasz profesjonalnie tym początkowym fragmentem. Potem rzeczy poczęły się wyjaśniać od jakoś mało spodziewanej strony i IMO brakło troszkę finezji w rozsupływaniu intrygi, co próbowałaś zamaskować wyśmienitym warsztatem. Nie jest to nic złego. Opowiadanie pod kątem impresji, obrazków – naprawdę błyszczy. Natomiast jak dla mnie historia pozostawia z niedosytem. Wygląda na urwaną, a przecież tekst jest krótki. Do tego zakończenie niewiele wyjaśnia.

Krótko mówiąc, czytadło porządne, ale w pamięć mi raczej nie zapadnie.

Werweno, czuję wielki niedosyt i nie opuszcza mnie wrażenie, że nie dane mi było przeczytać całej historii, a zaledwie jej początek.

Dlaczego, skoro postaci było dwanaście, skupiasz się tylko na jednej? Owszem czytało się to całkiem dobrze, ale i tak czuję ogromny zawód, że sprawa została jakby rozgrzebana i zostawiona. A to nie jest miłe uczucie, kiedy czyta się fajne opowiadanie i wszystko się kończy. Nagle i bez uprzedzenia.

Spodziewałam się lepszego wykonania.

 

wy­cią­ga­jąc przed sie­bie sza­po­klak. Di­za­vul za­uwa­żył, że jego ko­ro­na była przy­naj­mniej dwu­krot­nie wy­dłu­żo­na… ―> Ja również jestem mocno zdziwiona koroną. Od zawsze byłam przekonana, że kapelusz – niezależnie od jego rodzaju i fasonu – składa się z główkironda.

Za SJP PWN: kapelusz 1. «nakrycie głowy składające się zwykle z główki i ronda»

 

na­pad­nię­to go tu kil­ka­na­sto­krot­nie… ―> …na­pad­nię­to go tu kil­ku­na­sto­krot­nie

 

Tępy ból prze­szył jego głowę, wle­wa­jąc doń ob­ra­zy… ―> Tępy ból prze­szył jego głowę, wle­wa­jąc do niej ob­ra­zy

Doń znaczy tyle, co do niego, a Ty piszesz o głowie, która jest rodzaju żeńskiego.

 

Roz­miesz­czo­ne nie­zbyt gęsto żółte plam­ki la­tar­nia­ne­go świa­tła przy­wo­dzi­ły… ―> Chyba: Roz­miesz­czo­ne nie­zbyt gęsto żółte plam­ki la­tar­nia­nych świa­teł przy­wo­dzi­ły

 

Za­chwyt cał­kiem go za­sko­czył. Nie czuł go od tak dawna, że nie­mal o nim za­po­mniał. Nie zdo­łał jed­nak za­trzy­mać go na dłu­żej… ―> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

że cięż­ko je chwy­cić czy wy­pluć. ―> …że trudno je chwy­cić czy wy­pluć.

 

Po wszyst­kim pust­ka za­ta­ko­wa­ła ze zdwo­jo­ną siłą. ―> Po wszyst­kim pust­ka zaa­ta­ko­wa­ła ze zdwo­jo­ną siłą.

 

ale spraw­ca do dziś jest nie znany… ―> …ale spraw­ca do dziś jest nieznany

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Anet, fajnie! :))

 

MrBrightside, dzięki za odwiedziny. Mam nadzieje, że było jednak nieco bardziej pasjonująco niż w instrukcji piekarnika ;) Dziękuję za miłe słowa i przykro mi z powodu niedosytu. Tym bardziej, że jeśli napiszę ciąg dalszy, to nie będziesz już pamiętał początku ;P

 

Regulatorko, cieszę się że zajrzałaś i dziękuję za komentarz. Przykro mi z powodu Twojego zawodu :( (znaczy tego, że się zawiodłaś, nie z powodu odgadywanej ostatnio zbiorowo na szałtboksie profesji ;))

Ja widziałam w tym pomyśle zamkniętą całość, choć owszem, otwierającą furtkę kolejnym wydarzeniom. Ta całość zawiera się dla mnie w tym, że bohater odnajduje coś, czego szukał. Opowieść o konsekwencjach to już, jak w Niekończącej się Historii – “…inna opowieść i opowiemy ją innym razem” ;)

Oczywiście, zupełnie poważnie, te wszystkie uwagi o niedosytach biorę sobie do serca, postaram się na przyszłość kończyć bardziej definitywnie, a rozgrzebane tutaj sprawy – być może – pozamykać kiedyś w dłuższym tekście. 

Dobrze, że na osłodę mogę sobie wyłuskać z Twoich słów, że “fajne” ;)

 

Poprawki naniosę jutro lub w najbliższej wolnej chwili, dziękuję za łapankę.

Co do kapelusza, ja spotykałam się właśnie z koroną, sprawdziłam że taka nazwa funkcjonuje – przynajmniej na stronkach poświęconych kapelusznictwu, zamiennie z główką.

 

 

Bardzo proszę, Werweno. Cieszę się, że mogłam się przydać i cóż, pozostaje mi uzbroić się w cierpliwość i czekać na tekst, w którym podomyka się to i owo. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jaka to była piękna bajka! Mocny początek pozwala wciągnąć się w opowieść. Malujesz słowem, a każdy obrazek spod twojego pióra jest bogaty w detale. No, ładnie to było napisane, tak romantycznie i magicznie, podobało mi się. Bardzo mnie zainteresował pomysł na fabułę i bohaterów (choć mam wrażenie, że watek Xixi zawędrował donikąd, brak mi jego zamknięcia). Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć, czytałam z przyjemnością.

Urywa się rzeczywiście dość nagle, ale jednocześnie jestem usatysfakcjonowana przemianą bohatera, który odnajduje nowy cel w życiu.

 

wysączyły się na usta, niewprawnym, ochrypłym półszeptem

to było naturalne, jak oddech.

 

Niepotrzebne przecinki

 

Na wyścielającym podłogę orientalnym dywanie leżała w rozsypce talia kart.

Można by dyskutować, czy warto jest zaznaczać, że dywan leży na podłodze.

 

Fragmenty oddzielasz jedną gwiazdką, ale w jednym miejscu – aż czterema.

 

jego korona była przynajmniej dwukrotnie wydłużona w stosunku do standardowej

Tu bym chciała ponarzekać, bo to jest absolutnie najmniej romantyczno-magiczny fragment w całym tekście. Nieładny.

 

Ocknął się w półmroku, w jakimś pomieszczeniu pachnącym mokrą sierścią i kadzidłem

 

Obrót, błysk, obrót, błysk. Ob-błysk-rót-błysk.

A tu znów chciałam pochwalić, bo przyśpieszenie tempa poprzez zlewanie wyrazów to świetny pomysł, a cały fragment, z którego pochodzi ta linijka, jest mocny i napisany nawet piękniej niż pozostałe.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Spełnienie podstawowego założenia – fantastyczny środek transportu – jest. 

To chyba drugie opowiadanie z postaciami z kart w roli głównej, jakie pamiętam i jakie mi się wyraźnie spodobało. Bardzo magiczny, owiany nutą tajemnicy tekst. Wciągnął mocno, a czytało się szybko i rosnącym zaciekawieniem. Ładnie trzymasz na wodzy ciekawość czytelnika. Elegancko wykorzystałaś nietypowy pojazd – tu ode mnie dwa plusy: za jego rzadkość i za sposób wykorzystania, jako pewnego rodzaju katalizator dla bohatera.

Zakończenie jak dla mnie ciut za bardzo otwarte, które wskazuje zbyt jednoznacznie, że ciąg dalszy powinien nastąpić. Ja w każdym razie bym go oczekiwała. A to daje wrażenie fragmentu większej całości, niż zamkniętej opowieści. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Kam, miło Cię widzieć :) dziękuję za opinię, pochwały i sugestie, bardzo się cieszę że lektura sprawiła Ci przyjemność :) Eh, gdybym nie pisała tego na ostatnią chwilę, to pewnie trochę bym podłubała przy wątku Xixi, bo też nie do końca mnie satysfakcjonuje to jak jest teraz, zgadzam się z Tobą. Nie mogłam jednak z niego całkiem zrezygnować, bo wówczas stawka, o jaką Diza decyduje się zagrać, byłaby nieporównanie mniejsza. 

 

Śniąca, dzięki serdeczne za jurorski komentarz, oraz za konkursowy całokształt :)) Fajnie, że udało mi się dobrze zagrać konkursowym motywem, obawiałam się, czy nie za mało będzie kół pojazdu w pojeździe ;)

Co do zakończenia – no cóż, wszystko już wiem.

Dzięki!

To chyba drugie opowiadanie z postaciami z kart w roli głównej, jakie pamiętam i jakie mi się wyraźnie spodobało.

Przyznam się, że przez całą lekturę myślałam o opowiadaniu joseheim :D

www.facebook.com/mika.modrzynska

Wybranietz miała bardzo fajny tekst z kartami w roli głównej, ale niekoniecznie z postaciami.

Chyba jeszcze Piekara popełnił jakąś książkę na ten temat. W pewnym sensie może jeszcze atuty Zelaznego…

Babska logika rządzi!

O, a podlinkujecie, które to opka jose i wybranietz?

Dzięki, dziewczyny :) Edit: o, widzę że tekst Jose nawet czytałam i musiał mi się podobać, ale teraz zupełnie nie pamiętam :/

Jose czytałam i wciąż pamiętam, że bardzo mi się podobał :D

 

Ale czytanie swoich komentarzy sprzed trzech lat jest jak spotykanie ducha, brr!

www.facebook.com/mika.modrzynska

Wracam z komentarzem jurorskim:

 

Bardzo intrygujący, udany tekst. Pomysłowo wykorzystany środek transportu. Ciekawa i wciągająca fabuła, pomysłowo poprowadzona narracja, suspens wszędzie tam, gdzie powinien być, a do tego – ciekawie pomyślana, jak chodzi o jego naturę, postać głównego bohatera. Językowo i stylistycznie poprawne. Ze wszech miar udane opowiadanie.

Dziękuję, ninedin, za opinię jurorki, cieszy mnie jej pozytywny wydźwięk :))

Hej!

Kurczę, będzie krótko bo tyle komentarzy pojawiło się wyżej, że moja głowa nie potrafi wychwytać czegoś nowego!

Dobrze wyszedł motyw z kartami, świetny styl, wciągająca fabuła, no i nie do końca satysfakcjonujące zakończenie → to tak jednym zdaniem. A co do zakończenia… Niekiedy właśnie jest we mnie taka sprzeczność – lubię otwarte zakończenia, ale z drugiej strony ciekawość zżera, by poznać dalszy ciąg historii. 

 Dizavul Lespredes, Xixi, Belle Hexe → no niezłe te imiona ;D

Ja tam również przeczytałbym kontynuację, tego Twojego wciągającego świata. Może kiedyś się doczekam, to chętnie wpadnę :) 

Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka