- Opowiadanie: Minuskuła - Jeśli to czytasz, wyciągnij nas z pętli czasowej

Jeśli to czytasz, wyciągnij nas z pętli czasowej

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Jeśli to czytasz, wyciągnij nas z pętli czasowej

Dzień czwar­ty

 

Od czte­rech dni je­dzie­my tu­ne­lem we­wnątrz pętli cza­so­wej. Jest nas dwa­na­ścio­ro, nikt jesz­cze ni­ko­go nie zjadł, rze­czy mają się więc cał­kiem do­brze. A przy­naj­mniej tak było do wczo­raj, bo dziś za­czy­na bra­ko­wać ZŻ-erów i nie­któ­rzy pa­sa­że­ro­wie robią się mar­kot­ni.

– Mówię wam – jęczy Henry. – Jesz­cze tro­chę i za­cznie­my jeść pa­pier. Ja kie­dyś ja­dłem pa­pier i nie chcę tego robić znowu. To było za That­cher w osiem­dzie­sią­tych. Dla gór­ni­ków…

Dalej nie słu­cham. Chyba nikt go nie słu­cha, ale Henry’emu to nie prze­szka­dza. Ma na oko sto dwa­dzie­ścia ty­się­cy lat, nosi kra­cia­stą ko­szul­kę z krót­kim rę­kaw­kiem, a na niej – ry­bac­ką ka­mi­zel­kę. Miał jesz­cze zie­lon­ka­wy, mięk­ki ka­pe­lusz z ron­dem do kom­ple­tu, ale trze­cie­go dnia zdjął go i nie może od tam­tej pory zna­leźć. Prze­szu­ka­li­śmy cały prze­dział, ale wszyst­ko na nic. Nie wiem, co się stało z ka­pe­lu­szem Henry’ego, przy­się­gam. Może ktoś go zjadł.

– Daj spo­kój. – Jo­hann macha ręką i prze­ry­wa wywód swo­je­go ró­wie­śni­ka. Jo­hann ma kwa­dra­to­wą szczę­kę i od czte­rech dni mię­to­li w dło­niach ubie­gło­ty­go­dnio­we wy­da­nie Die Zeit.  – Co ty wiesz o gło­dzie? Jak my za Ho­nec­ke­ra nie mie­li­śmy nawet pa­pie­ru. A wszyst­ko to przez wa­sze­go Chur­chil­la…

I tak to się kręci.

Ta po­dróż­ni­cza nie­do­god­ność by­ła­by znacz­nie ła­twiej­sza do znie­sie­nia, gdy­bym utknę­ła tu z gro­nem moich zna­jo­mych, ja­kich­kol­wiek in­nych mło­dych ludzi albo i nawet grupą skau­tów. Jed­nak wszyst­ko mu­siał tra­fić szlag aku­rat, gdy je­cha­łam wy­peł­nio­ną tu­ry­sta­mi-eme­ry­ta­mi za­byt­ko­wą ko­lej­ką z po­cząt­ku dwu­dzie­ste­go wieku. Do­daj­my jesz­cze: ko­lej­ką na Ma­jor­ce, su­ną­cą z Palmy do Sól­ler po to­rach ską­pa­nych w zło­tym słoń­cu i z na­chy­la­ją­cy­mi się ku oknom wa­go­nów drze­wa­mi po­ma­rań­czo­wy­mi.

A my utknę­li­śmy aku­rat w tu­ne­lu.

Nie mo­że­my na­zbie­rać nawet za­gu­bio­nej w cza­sie desz­czów­ki, chyba że wy­wie­je nas do epoki, gdy jesz­cze nie było tu gór, a szcze­rze w to wąt­pię. Za­pa­so­we żar­cie – ZŻ-ery – koń­czy się w za­stra­sza­ją­cym tem­pie, bo mamy na po­kła­dzie ko­bie­tę w ciąży.

Joana, bo o niej mowa, wraz z mężem Si­mo­nem są naj­młod­szy­mi, zaraz po mnie, uczest­ni­ka­mi na­szej eska­pa­dy. Nie­zno­śnie mi­ły­mi uczest­ni­ka­mi.

– Nie, Si­mon­ku, nie, spo­koj­nie. Nie muszę tego jeść – mówi Joana i zjada całą ostat­nią por­cję na­sze­go pro­wian­tu cho­wa­ne­go w spe­cjal­nej, cza­so­od­por­nej skrzyn­ce.

Wszy­scy pa­trzy­my na kęsy zni­ka­ją­ce w jej ustach. Pa­trzy Henry, pa­trzy Jo­hann, pa­trzą te wszyst­kie bez­i­mien­ne star­sze panie o upier­ście­nio­nych dło­niach i ko­lo­ro­wych trwa­łych, pa­trzą męż­czyź­ni z za­cząt­ka­mi ły­si­ny i zmarszcz­ka­mi zna­czą­cy­mi lata spła­ca­ne­go kre­dy­tu.

Pa­trzę i ja, w za­sa­dzie za­do­wo­lo­na z ta­kie­go ob­ro­tu spraw. Po pro­stu cie­szę się, że spoj­rze­nia wszyst­kich sku­pia­ją się na Jo­anie.

Nikt bo­wiem nie wie, że to ja we­pchnę­łam nas w tę pętlę.

I że nie mam bla­de­go po­ję­cia, jak nas z niej wy­cią­gnąć.

 

Dzień piąty

 

– Coś jest nie tak – re­zo­lut­nie za­uwa­ża Henry i wkła­da grube kciu­ki w szluf­ki be­żo­wych spodni. – Grupa cza­sow­ni­ków po­win­na nas już dawno zna­leźć i ura­to­wać.

Wszyst­kie głowy, jak na ko­men­dę, ob­ra­ca­ją się w stro­nę alar­mu cza­so­we­go. Prze­su­wa­my spoj­rze­nia po otwar­tej szyb­ce, kry­ją­cej się pod nią wy­pu­st­ce po­zba­wio­nej przy­ci­sku i zwi­sa­ją­cym obok smęt­nie bez­piecz­ni­ku. To wła­śnie Henry jako pierw­szy za­uwa­żył, że alarm mu­siał zo­stać po­psu­ty jesz­cze zanim wpa­dli­śmy w pętlę.

Po tym od­kry­ciu zdjął nas strach, ale uzna­li­śmy, że prze­cież ma­szy­ni­sta zo­rien­tu­je się, że zgu­bił jeden skład. Ba, wszy­scy pa­sa­że­ro­wie zo­rien­tu­ją się, że coś po­szło nie tak. Nie by­li­śmy prze­cież w ostat­nim wa­go­nie ko­lej­ki.

Zde­cy­do­wa­li­śmy więc, że trze­ba cze­kać. Jed­nak teraz, gdy po­wo­li koń­czy się woda są­czo­na przez pię­ć dni z bu­te­lek awa­ryj­nych, wszyst­kich za­czy­na ogar­niać pa­ra­no­ja. Jo­hann prze­bą­ku­je coś o ataku ter­ro­ry­stycz­nym, jedna z pań oznaj­mia, że to napad ra­bun­ko­wy, jak w sta­rych fil­mach o dzi­kim za­cho­dzie. Mó­wiąc to kła­dzie rękę na pier­si, jakby prze­ży­wa­ła naj­praw­dziw­szą przy­go­dę. Jej wizja nie jest tak bar­dzo od­le­gła od praw­dy; je­dzie­my hi­sto­rycz­nym skła­dem o drew­nia­nych ścia­nach i z wi­szą­cy­mi nad gło­wa­mi siat­ka­mi o du­żych oczkach, na któ­rych leżą atra­py skó­rza­nych wa­li­zek. Przez chwi­lę i ja daję się na­brać. Koła mia­ro­wo tur­ko­czą, nie­mal sły­szę so­und­track à la fil­mo­wa pre­ria.

Wizja roz­my­wa się, gdy do Henry’ego zbli­ża się żwawa sta­rusz­ka w oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych i z bor­do­wy­mi wło­sa­mi upię­ty­mi w wy­so­ki kok na czub­ku głowy. Prze­cho­dząc wzdłuż wa­go­nu, na­zna­cza go za­pa­chem wy­peł­nio­nej sta­ry­mi fu­tra­mi ope­ro­wej szat­ni.

Za­da­ję sobie py­ta­nie: czemu nosi ona oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne w tu­ne­lu? Jest nie­wi­do­ma? Nic na to nie wska­zu­je.

– Ej, ty! – Dźga męż­czy­znę pal­cem w pierś. Uno­szę w za­sko­cze­niu brwi. Wszy­scy je uno­si­my. Henry jest dziw­ny, ale Henry’ego nie dźga się w pierś, tylko igno­ru­je. Sta­rusz­ka łamie za­sa­dy i chyba ni­ko­mu się to nie po­do­ba. – Ej, ty, tak, ty! A może nas wszyst­kich oszu­ku­jesz, co? Skąd mamy wie­dzieć, że ten alarm był już ze­psu­ty, kiedy do niego pod­sze­dłeś? A może to ty go ze­psu­łeś, co?

Henry wy­cią­ga palce ze szlu­fek, chrzą­ka za­sko­czo­ny. Chce zła­pać rondo ka­pe­lu­sza, ale ka­pe­lu­sza tam nie ma. Męż­czy­zna wy­glą­da ża­ło­śnie.

– Po co miał­bym to robić? No, mówię wam! Prze­cież ja też chcę się stąd wy­do­stać! W Sól­ler cze­ka­ją na mnie wnuki, Rose, Adam i…

– Wy­mów­ki! – par­ska ko­bie­ta. W jej ob­wi­słych uszach dyn­da­ją dłu­gie kol­czy­ki, które drżą tym moc­niej, im moc­niej dźga Henry’ego w pierś.

Męż­czy­zna pod­czas mi­nio­nych dni wie­lo­krot­nie od­gra­żał się, co by to nie zro­bił That­cher, gdyby tylko miał oka­zję. Teraz wszy­scy pa­sa­że­ro­wie ob­ser­wu­ją­cy tę scenę na­by­wa­ją prze­ko­na­nia, że nie zro­bił­by nic.

– Słu­chaj­cie! – Bor­do­wy kok wska­zu­je czu­bek nosa Henry’ego, gdy ko­bie­ta ob­ra­ca się ku resz­cie pa­sa­że­rów. – To sa­bo­ta­ży­sta! To przez niego tu je­ste­śmy!

Myślę sobie: wa­riac­two. Zaraz ktoś każe jej usiąść i dać spo­kój. Ale Jo­hann już kiwa głową. Tak, mówi, tak. To ci prze­klę­ci An­gli­cy, to wszyst­ko przez nich. Ko­bie­ta od we­ster­nów wi­dzia­ła też chyba tro­chę fil­mów szpie­gow­skich, bo za­czy­na coś wołać o agen­tach wy­wia­du. Po­wo­li do tego zgro­ma­dze­nia wa­ria­tów do­łą­cza­ją inne głosy, aż Henry zo­sta­je do­słow­nie przy­par­ty do ścia­ny. Za nim widać w drzwiach okien­ko, w któ­rym prze­su­wa się tunel.

– To nie ja!… – pro­te­stu­je słabo. – Moja ro­dzi­na!…

Sie­dzę i dalej myślę, jak to wszyst­ko na­pra­wić. Spo­glą­dam na Si­mo­na i Joanę. Czuję, że są ostat­nią osto­ją zdro­we­go roz­sąd­ku. A potem nagle Joana za­czy­na po­chli­py­wać. Simon marsz­czy brwi, kiedy jego żona szep­cze:

– Czemu on to zro­bił… Mnie i Kar­lo­wi… – Gła­dzi się po brzu­chu.

Ze zgro­zą poj­mu­ję, że zaraz pa­sa­że­ro­wie wy­rzu­cą Henry’ego z wa­go­nu. Może znaj­dzie tam swój ka­pe­lusz, po­ja­wia się w mojej gło­wie ir­ra­cjo­nal­na myśl. Nie, nie. Ogar­nij się, przy­wo­łu­ję się do roz­sąd­ku. Prze­ły­kam ślinę.

Gwał­tow­nie wsta­ję i wołam te­atral­nie:

– To ja! – Za­pa­da cisza. – Ja ćwi­czy­łam ope­ro­wa­nie cza­sem! Mam za ty­dzień eg­za­min na uczel­ni i wzię­łam ze sobą ar­te­fak­ty. Nie po­my­śla­łam, że…

Nie koń­czę. Nie wiem, na co li­czy­łam. Na to, że wszy­scy bę­dzie­my Spar­ta­cu­sa­mi? Chyba też wi­dzia­łam za dużo fil­mów.

W każ­dym razie oto co się wy­da­rza: ko­bie­ta z bor­do­wym ko­kiem prze­py­cha się do przo­du i dźga mnie w pierś. Na za­usz­ni­kach jej oku­la­rów za­uwa­żam markę Ray-Ban. Aha, czyli nie jest nie­wi­do­ma, tylko bo­ga­ta, myślę bez sensu. Po chwi­li inni pa­sa­że­ro­wie do­łą­cza­ją do sta­rusz­ki, po­wo­li spy­cha­jąc mnie do prze­ciw­le­głe­go końca wa­go­nu. Joana tylko chli­pie, a Simon pa­trzy na mnie tak, jak­bym za­mor­do­wa­ła ich nie­na­ro­dzo­ne dziec­ko.

Ponad gło­wa­mi ludzi widzę Henry’ego sto­ją­ce­go pod ścia­ną na­prze­ciw. Wy­glą­da jak zwię­dłe drze­wo.

Potem ktoś otwie­ra drzwi i zo­sta­ję wy­pchnię­ta poza bez­piecz­ną bańkę cza­so­prze­strze­ni.

 

Dzień pierw­szy

 

Spra­wa wy­glą­da tak: jeśli utkniesz w tu­ne­lu cza­so­prze­strzen­nym, nigdy, ale to nigdy nie wy­chodź poza bańkę. To pierw­sza za­sa­da bez­pie­czeń­stwa, na­ucza­na pod­czas kursu BHP cza­sow­ni­ków (z kursu do­sta­łam piąt­kę. Gdyby tylko pro­wa­dzą­ca wi­dzia­ła mnie tego dnia w wa­go­nie… Ni­niej­szym prze­pra­szam ser­decz­nie panią pro­fe­sor Godek).

Nie ma żad­nej dru­giej za­sa­dy, bo w grun­cie rze­czy, jeśli zła­miesz pierw­szą, to już po tobie. O ile ano­ma­lia cza­so­wa nie wy­rzu­ci cię aku­rat w miej­sce, gdzie znaj­du­je się góra, głę­bo­ki ocean, wul­kan albo krwio­żer­cze zwie­rzę­ta, to po pro­stu mu­sisz za­cząć ukła­dać sobie życie na nowo. Takie wy­rzut­ki po­ja­wia­ją się w prze­róż­nych li­niach cza­so­wych, nie­raz nawet za­kła­da­ją tajne sto­wa­rzy­sze­nia i tak dalej.

Kie­dyś na uczel­ni mie­li­śmy go­ścia. Nie pa­mię­tam, jak się na­zy­wał, imię chyba Mi­che­al, na­zwi­sko God coś tam. Można to łatwo spraw­dzić w In­ter­ne­cie.

Do rze­czy: Mi­che­al God (przyj­mij­my to pięk­ne miano dla uprosz­cze­nia hi­sto­rii) był nie­zwy­kły dla­te­go, że wpadł kie­dyś do pętli cza­so­wej i wy­sko­czył z niej do­kład­nie pięć minut póź­niej. Jeśli ma się do dys­po­zy­cji całą hi­sto­rię świa­ta, to fak­tycz­nie nie­zły zbieg oko­licz­no­ści, praw­da? Mi­che­al God z wdzięcz­no­ści za drugą szan­sę po­sta­no­wił po­świę­cić życie na ob­jeż­dża­nie uczel­ni, szkół i ko­ścio­łów, opo­wia­da­jąc o tym cu­dzie i prze­strze­ga­jąc mło­dych ludzi przed za­ba­wa­mi z cza­sem.

Mo­że­cie sobie zatem wy­obra­zić moje zdzi­wie­nie, gdy po wy­rzu­ce­niu z wa­go­nu przez współ­pa­sa­że­rów, obu­dzi­łam się w tym samym po­cią­gu na linii Palma – Sól­ler, u boku Henry’ego, który zaj­mo­wał trzy czwar­te na­szej wspól­nej ła­wecz­ki. Ak­tu­al­nie na­chy­lał się nade mną, by zro­bić zdję­cie mi­ja­nym drze­wom po­ma­rań­czo­wym.

Co jest?! – myślę. Potem czuję ulgę. Zda­rzył się cud, tak jak u Mi­che­ala Goda. Bo­go­wie, myślę dalej. Ob­ja­dę wszyst­kie uczel­nie, szko­ły i ko­ścio­ły. Będę naj­lep­szym cza­sow­ni­kiem, ja­kie­go wi­dział świat.

A potem przy­po­mi­nam sobie słowa wyżej wspo­mnia­ne­go. O tym, że jeśli pętla jest wy­jąt­ko­wo mała i odłą­czo­na od świa­ta, nie można się z niej w ogóle wy­rwać. Dla­te­go to Goda spo­tkał taki cud – bo wy­rwał się z pętli tak cia­snej jak węzeł ma­ry­nar­ski.

I do­cie­ra do mnie, że jest na­praw­dę bar­dzo, bar­dzo źle.

– Prze­pra­szam, może pani się za­mie­nić ze mną miej­scem? – wy­sa­pu­je Henry.

Chwi­lę zaj­mu­je mi prze­two­rze­nie jego proś­by. Wresz­cie, gdy zdrę­twia­łe ze stra­chu ciało za­czy­na re­ago­wać na po­le­ce­nia, kiwam głową i prze­su­wam się na ła­wecz­ce. Henry kla­pie obok, po­pra­wia­jąc zie­lo­ny ka­pe­lusz i zaj­mu­je się ro­bie­niem roz­ma­za­nych zdjęć.

Przez dłuż­szą chwi­lę wpa­tru­ję się tępo w skó­rza­ne obi­cie fo­te­la przede mną. Co robić? Co robić? Wszyst­kie wy­kła­dy wy­wie­trza­ły mi z głowy, po­zo­sta­wia­jąc tylko ka­zno­dziej­skie opo­wie­ści Mi­che­ala Goda.

Kiedy wraca mi rozum, się­gam do ple­ca­ka. Może wcale nie je­stem w pętli? Może udało mi się tu tra­fić przed wy­ko­na­niem ćwi­czeb­ne­go ry­tu­ału?

Roz­pi­nam suwak. W środ­ku ze­ga­rek wy­po­ży­czo­ny ze szkol­nej bi­blio­te­ki jarzy się fio­le­to­wo. No tak, czyli już po wszyst­kim. Cała spo­co­na, pod­no­szę się z sie­dze­nia, zo­sta­wia­jąc na nim mokrą plamę w kształ­cie moich ud. Igno­ru­ję py­ta­ją­ce spoj­rze­nie Henry’ego i wy­cho­dzę na przed­nią plat­for­mę, któ­rej kra­wę­dzie po­wo­li zo­sta­ją po­chło­nię­te przez bańkę. Kiedy ostroż­nie wy­chy­lam się przez ba­rier­kę, do­strze­gam w od­da­li wjazd do tu­ne­lu.

To już, myślę. Ko­niec. Pętla w pętli.

Muszę coś zro­bić i to szyb­ko.

Olśnie­nie przy­cho­dzi nagle, nie­zwią­za­ne z żad­nym kur­sem BHP, a ra­czej zwy­kłą de­spe­ra­cją: alarm!

Wra­cam do środ­ka i moje spoj­rze­nie pada na nie­tknię­ty bez­piecz­nik alar­mu. Trzy­ma­jąc się poręczy foteli, za­czy­nam iść w stro­nę prze­ciw­ne­go końca wa­go­nu. Mijam sta­rusz­kę w oku­la­rach, Jo­han­na, Si­mo­na i Joanę; wszy­scy nie­świa­do­mi, z bło­gi­mi uśmie­cha­mi wpa­tru­ją się w sło­necz­ny kra­jo­braz.

Do­pa­dam do ścia­ny. Nikt na mnie nie pa­trzy, wszyst­kie sie­dze­nia usta­wio­ne są przo­dem do kie­run­ku jazdy. Usu­wam bez­piecz­nik i otwie­ram szyb­kę; wiem, że jeśli utknie­my w cia­snej pętli, sy­gnał może być znacz­nie trud­niej­szy do od­na­le­zie­nia przez cza­sow­ni­ków. Na­ci­skam przy­cisk na chwi­lę przed tym, zanim wjeż­dża­my do tu­ne­lu – tak, udało się!

Nic się nie wy­da­rza. Nie, nie, nie.

Na­ci­skam go drugi, trze­ci, czwar­ty i dzie­sią­ty raz, aż ka­wa­łek pla­sti­ku od­pa­da i toczy się po pod­ło­dze. Wodzę za nim wzro­kiem, wi­dzę, jak za­ta­cza pętlę i lą­du­je pod fo­te­lem ko­bie­ty z bor­do­wym ko­kiem.

Prze­klę­ta stara kolej. Prze­klę­ta kon­tro­la BHP, która nigdy nie spraw­dza tego, co trze­ba. Pro­fe­sor Godek by ich znisz­czy­ła.

Na sztyw­nych no­gach wra­cam na swoje miej­sce. Kilka chwil póź­niej Henry krzy­czy:

– Hej, lu­dzie, mówię wam, utknę­li­śmy w pętli!

 

Dzień piąty

 

Przez wszyst­kie ko­lej­ne dni pa­sa­że­ro­wie śpią na zmia­ny, kła­dąc się w po­zy­cji em­brio­nal­nej na krót­kich ła­wecz­kach, jedzą po­zo­sta­łe ZŻ-ery, a ja po­wo­li za­czy­nam ro­zu­mieć, że pomoc nie na­dej­dzie. Jo­hann czyta Die Zeit, ko­bie­ta z bor­do­wymi wło­sami gło­śno wzdy­cha, a Henry mię­to­si ka­pe­lusz, który tym razem nie znik­nął trze­cie­go dnia. Pew­nie mo­gła­bym wy­ja­śnić ten pa­ra­doks cza­so­wy, gdyby mi dano od­po­wied­nie ta­bli­ce i kilka go­dzin spo­ko­ju, ale na­praw­dę nie wy­da­je mi się to w tej chwi­li ważne.

Poza tą spra­wą z ka­pe­lu­szem, wszyst­ko toczy się znów tak samo. Chcę prze­pro­sić ro­dzi­nę Henry’ego (nie­ste­ty, nie znam jego na­zwi­ska) za to, że tak długo cze­ka­łam z po­wie­dze­niem praw­dy, ale mia­łam na­dzie­ję, że tym razem sy­tu­acja okaże się inna.

Cał­kiem szcze­rze muszę też przy­znać, że tym razem cze­kam nawet dłu­żej, bo sta­rusz­ka pach­ną­ca naf­ta­li­ną zdąża otwo­rzyć drzwi wa­go­nu, pod­czas gdy resz­ta pa­sa­że­rów na­pie­ra na Henry’ego. Cza­so­prze­strzen­ny wiatr zwie­wa ka­pe­lusz z głowy prze­ra­żo­ne­go męż­czy­zny. Do­pie­ro wów­czas wsta­ję i krzy­czę:

– Dość!

Za­trzy­mu­ją się. Tym razem mam dość ro­zu­mu, by nie mówić praw­dy od razu. Muszę wy­tłu­ma­czyć, jak się mają spra­wy, żeby wspól­nie dojść do ja­kie­goś kon­sen­su. Zatem kła­mię:

– Wiem, jak to na­pra­wić, tylko go zo­staw­cie!

Pusz­cza­ją Henry’ego, który się za­ta­cza i zdej­mu­je mnie strach, że jed­nak wy­pad­nie z wa­go­nu. Ale nie, chwy­ta się mocno krze­seł­ka i dyszy zgię­ty wpół.

Ko­bie­ta z bor­do­wym ko­kiem przy­ska­ku­je do mnie w kilku su­sach, za­ska­ku­ją­co szyb­kich jak na jej wiek.

– Taak? A skąd wiesz, co?

Od­chrzą­ku­ję i za­czy­nam prze­mo­wę. Mia­łam pięć dni, by wszyst­ko prze­my­śleć. Pa­sa­że­ro­wie pa­trzą na mnie z mie­szan­ką za­cie­ka­wie­nia i nie­uf­no­ści. Joana nadal chli­pie.

– Wiem, bo je­stem stu­dent­ką Cza­so­prze­strzen­nic­twa i Ochro­ny Pętli. Jeśli za­cho­wa­my spo­kój, na pewno uda nam się wy­do­stać. Tak się skła­da, że już raz… prze­ży­łam tę sy­tu­ację. Wy­sko­czy­łam poza pętlę tego wa­go­nu i zo­sta­łam cof­nię­ta do mo­men­tu przed wjaz­dem tu­ne­lu. To ja spró­bo­wa­łam uru­cho­mić alarm, ale oka­za­ło się, nie­ste­ty, że jest on po­psu­ty…

– Sa­bo­ta­żyst­ka!

I wszyst­ko od nowa: bor­do­wy kok, dźga­nie pal­cem, ota­cza­ją­cy mnie tłum, zwię­dły Henry, otwar­te drzwi wa­go­nu i uczu­cie lotu, kiedy wpa­dam w dziu­rę cza­so­prze­strzen­ną.

Pętle mają to do sie­bie, że lubią się po­wta­rzać.

 

Dzień pierw­szy

 

– Prze­pra­szam, mo­że­my się za­mie­nić miej­sca­mi?

– Och, wła­śnie chcia­łem to za­pro­po­no­wać.

Henry siada pod oknem, robi roz­ma­za­ne zdję­cia, ja wsta­ję, zo­sta­wia­jąc mokrą plamę. W ple­ca­ku ze­ga­rek jarzy się fio­le­to­wo, szyb­ka alar­mu jest już od­su­nię­ta, pod fo­te­lem widzę pla­sti­ko­wy przy­cisk.

Nadal jest jed­nak na­dzie­ja. Tym razem wiem, co się dzie­je, więc dzia­łam spraw­nie. Wy­cho­dzę na plat­for­mę, uwa­ża­jąc na zwę­ża­ją­cą się po­wo­li do ob­rę­bu wa­go­nu bańkę. Oczy­wi­ście lu­dzie spoza pętli już nas nie widzą, ale z ulgą do­strze­gam, że łą­cze­nie mię­dzy wa­go­na­mi jesz­cze nie zo­sta­ło wchło­nię­te.

Znaj­du­ję me­ta­lo­wą waj­chę i wpy­cham ją w łą­cze­nie. Oka­zu­je się, że nie jest to tak pro­ste, jak my­śla­łam, ale w końcu z gło­śnym stęk­nię­ciem odłą­czam nas od ja­dą­ce­go z tyłu wa­go­nu. Z przo­du nie pró­bu­ję: bez przy­spie­sze­nia nie wy­do­sta­nie­my się z pętli.

Wy­pru­ta z sił padam na sie­dze­nie obok Henry’ego. Musi się udać. Zanim wje­dzie­my do tu­ne­lu, lu­dzie w wa­go­nie za nami za­uwa­żą, że coś się stało. Ma­szy­ni­sta zo­rien­tu­je się, że bra­ku­je jed­ne­go ogni­wa.

Prze­cież nie zi­gno­ro­wa­li­by tak oczy­wi­ste­go sy­gna­łu. Prze­cież nie mo­gli­by po­my­lić się w li­cze­niu wa­go­nów i uznać tego za zwy­kłą awa­rię. Za­trzy­ma­ją się przed wjaz­dem do tu­ne­lu i…

Za­pa­da ciem­ność. Henry przy­le­pia nos do szyby.

– Hej, lu­dzie, mówię wam…

Nie. Nie, nie, nie, nie.

Tym razem nie cze­kam. Nie chcę, by Henry mu­siał znowu prze­ży­wać ten kosz­mar. Jak w tran­sie pod­no­szę się z sie­dze­nia, otwie­ram drzwi.

– Ej, ty! – sły­szę ko­bie­cy, wy­so­ki głos, do­bie­ga­ją­cy zza moich ple­ców.

Wy­ska­ku­ję w ciem­ność tu­ne­lu poza ob­rę­bem bańki.

 

Dzień pierw­szy

 

Kiedy tylko otwie­ram oczy, zaraz się­gam do ple­ca­ka. Od­cią­gam suwak i chwy­tam fio­le­to­wy ze­ga­rek. Pod­no­szę wzrok tylko na chwi­lę: za mną widzę otwar­ty alarm i od­da­la­ją­cy się skład z po­zo­sta­ły­mi wa­go­na­mi. Nikt nie zwra­ca na to uwagi, wszy­scy robią zdję­cia.

– Prze­pra­szam, może się pani zam…

– Nie – od­po­wia­dam chłod­no.

Henry coś tam mam­ro­cze pod nosem i nagle za­uwa­ża:

– Och, ma pani taki sam ka­pe­lusz, jak ja. – Maca się po po­zba­wio­nej na­kry­cia gło­wie. Marsz­czy brwi. – Zaraz, czy to nie mój…

Nie zwra­cam na niego uwagi. Moc­niej za­ci­skam palce na ze­gar­ku. Jego tar­cza jarzy się, prze­pły­wa­ją po niej ja­śniej­sze bły­ski. Wra­ca­ją do mnie wspo­mnie­nia no­ta­tek, zwłasz­cza tych z chro­no­me­trii: nigdy, ale to nigdy nie psuj na­rzę­dzia, które mogło wpro­wa­dzić cię w pętlę. No ale co mi po­zo­sta­ło?

Żywię na­dzie­ję, że może jeśli znisz­czę je przed wjaz­dem do tu­ne­lu, to nic z tego się nie wy­da­rzy.

Rzu­cam ze­ga­rek na zie­mię i wbi­jam w niego po­de­szwę ko­tur­nu.

– Co pani robi? Z tym ze­gar­kiem w sen­sie? Co pani! – Henry wy­da­je się obu­rzo­ny, ale zaraz milk­nie, bo wjeż­dża­my do tu­ne­lu.

Czuję, jak pod moimi ple­ca­mi obi­cie na­sią­ka potem. Opie­ram się tak mocno, że nie­mal wta­piam się w sie­dze­nie. Z prze­ra­że­niem ob­ser­wu­ję mi­ja­ne za szybą skały. Henry mil­czy i biorę to za dobry znak. Przez dłuż­szą chwi­lę wstrzy­mu­ję od­dech.

A potem ośle­pia mnie świa­tło, gdy wy­jeż­dża­my z tu­ne­lu.

Mam łzy w oczach. Ści­skam Henry’ego za ramię.

– Co pani…

Za­kła­dam mu ka­pe­lusz i kle­pię przy­ja­ciel­sko po gło­wie. Stary, dobry Henry. Z ra­do­ści mam ocho­tę tań­czyć, ale ogra­ni­czam się do ra­do­snych po­dry­gów wy­ni­ka­ją­cych z na­gro­ma­dzo­nej w ży­łach ad­re­na­li­ny.

Wy­glą­dam przez okno: naj­pierw widzę mia­sto w do­li­nie, potem, za­ko­sa­mi, po­ciąg zbli­ża się do bu­dyn­ków. Prze­ły­kam ślinę, wy­rów­nu­jąc ci­śnie­nie w uszach. Wresz­cie do­strze­ga­my w od­da­li białe, be­żo­we i po­ma­rań­czo­we bu­dyn­ki o brą­zo­wych da­chach. Z każ­dym stuk­nię­ciem kół są coraz bli­żej. Serce wali mi jak sza­lo­ne.

Nie­dłu­go póź­niej do­jeż­dża­my do sta­cji w Sól­ler. Nie mogę się po­wstrzy­mać i krzy­czę:

– Wkrót­ce zo­ba­czy pan swoje wnuki, Rose i Adama!

Henry mruga, wy­raź­nie za­sko­czo­ny.

Przy­kła­dam dłoń do szyby, pod­eks­cy­to­wa­na jak małe dziec­ko. Nawet nie mar­twię się już przy­szło­ty­go­dnio­wym eg­za­mi­nem. Obie­cu­ję sobie, że będę za­wsze pilną stu­dent­ką, żeby do­stać się na spe­cja­li­za­cję cza­sow­ni­czą, by ra­to­wać ludzi z pętli.

Pę­dzi­my i mi­ja­my bu­dyn­ki. Do­pie­ro po chwi­li myślę sobie, że po­win­ni­śmy już zwal­niać, ale może – o iro­nio – źle wy­mie­rzy­łam czas. Za­czy­nam się wier­cić. Złe prze­czu­cie ogar­nia całe moje ciało.

Potem mi­ja­my napis „Sól­ler”. Mi­ja­my go, cho­ciaż to jest ostat­nia sta­cja.

Nie mam po­ję­cia, jak to moż­li­we. Tam nie ma nawet torów. Fru­nie­my, a za oknem mi­ga­ją roz­ma­za­ne bu­dyn­ki i drze­wa. Po­zo­sta­li pa­sa­że­ro­wie też wy­glą­da­ją przez szyby, roz­dzia­wia­ją usta. Pani od we­ster­nów przy­kła­da dłoń do pier­si, Jo­hann wsta­je, Joana za­ci­ska dło­nie na ra­mie­niu Si­mo­na.

Pani z bor­do­wym ko­kiem nagle woła:

– Hej, lu­dzie, mówię wam, utknę­li­śmy w pętli!

Henry pa­trzy na mnie z ukosa. Chwi­lę trwa, zanim po­łą­czy fakty. Wresz­cie pod­no­si się i krzy­czy:

– Ej, ty! – Potem ob­ra­ca się do ludzi. – Ta tutaj znisz­czy­ła ze­ga­rek i mó­wi­ła o moich wnu­kach! To musi być jakaś pa­ra­cza­sow­nicz­ka, bo skąd by to wie­dzia­ła? – Po­pra­wia na­kry­cie głowy. – I za­bra­ła mi ka­pe­lusz! Sa­bo­ta­żyst­ka!

W wa­go­nie na­stę­pu­je po­ru­sze­nie, a potem spra­wy toczą się szyb­ko.

Jak już mó­wi­łam, pętle mają to do sie­bie, że lubią się po­wta­rzać. A ta jest wy­jąt­ko­wo krót­ka, więc muszę się stresz­czać.

To, co czy­tasz, udało mi się na­pi­sać w ciągu trzy­dzie­stu pętli; cza­sem po­tra­fię je wy­dłu­żyć, żeby zy­skać choć kilka chwil. Jeśli ob­ró­cisz kart­ki, po dru­giej stro­nie znaj­du­ją się moje kse­rów­ki na eg­za­min – pro­szę, nie wy­rzu­caj ich. Jesz­cze wie­rzę, że do­ja­dę na za­li­cze­nie.

Po­wyż­szą wia­do­mość wy­rzu­cam poza bańkę i nie wiem, gdzie i kiedy do­trze, więc muszę dodać kilka szcze­gó­łów. Je­stem stu­dent­ką dru­gie­go roku Cza­so­prze­strzen­nic­twa i Ochro­ny Pętli na Uni­wer­sy­te­cie im. Pe­te­ra Hen­le­ina w War­sza­wie. Jadę po­cią­giem linii Palma – Sól­ler, który od­je­chał z Palmy sie­dem­na­ste­go lipca dwa ty­sią­ce dzie­sią­te­go roku o go­dzi­nie 11:37.

Ser­decz­nie pro­szę: jeśli to czy­tasz, wy­cią­gnij nas z pętli cza­so­wej.

 

Z wy­ra­za­mi sza­cun­ku,

Ka­ta­rzy­na Po­nie­dzia­łek

 

PS Ta wia­do­mość wró­ci­ła do mnie jak dotąd po raz: pierw­szy, drugi, trze­ci, czwar­ty, piąty, szó­sty, siód­my, ósmy, dzie­wią­ty, dzie­sią­ty, je­de­na­sty, dwu­na­sty, trzy­na­sty

Koniec

Komentarze

To była bardzo miła podróż.

 

PS Mam nadzieję, że trzynastka okazała się szczęsliwa.

Kiedy zobaczyłem tytuł, od razu wiedziałem, że mi się spodoba, bo bardzo lubię taką tematykę. Tekst dobrze napisany i całkiem zabawny. Najlepsze było to PS. 

Bardzo ciężko ocenić mi ten tekst. Naprawdę. Pomysł na pętlę w pętli, studnia czasoprzestrzenne… no super, rewelacja. Mam problem z narracją, bo o ile na końcu wiadomo dlaczego była akurat taka (co fajnie zaskoczyło i to na plus), to początek był istną mordęgą. Opisy wydają się przerysowane, piszesz o bohaterze, mówisz że był taki i taki. No nic ciekawego w tym nie ma, jakbyś poszła trochę na łatwiznę, Miniskuło. Niektóre akapity to najzwyczajniej nudny, rozciąganięty opis sytacji w pociągu, bez większych emocji i z kilkoma próbami rozbawienia. Nie podeszło. Choć fragment jak wszyscy patrzyli był fajny. A to wszystko jakby widziane z boku, przez co nieporywające. Co prawda późnej wyjaśnia to zakończenie, które zaskoczyło i było bardzo dobre. Podchodziłem dwa razy, ale to bardziej przez warunki, choć trochę się męczyłem. Przyjemność z czytania zacząła się od drugiego dnia piątego. Normalnie, jakbym widział nowy tekst. Jakbyś dopiero wtedy naprawdę go poczuła. Generalnie bardzo dobre, ale popsute przez początek. Gdzieś tam wtrąciły się dwa przysłówki, których osobiście bardzo nie lubię, ale nie mogę zacytować. Przepraszam za chaotyczny komentarz, ale pierwszy raz piszę tu na telefonie ;)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

MaSkrol, przecież tytuł wyjaśnia czemu taka narracja.

Wiem, powiedziałem, że wszystko się wyjaśnia, co nie zmienia faktu, że początek tekstu jest poprowadzony gorzej niż jego druga połowa, a narracja przecież się nie zmienia.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Hej panowie, cieszę się, że przypadło do gustu i dzięki za komentarze.

Trzynastka przecież zawsze jest szczęśliwa ;)

 

MaSkrol, sprawa ma się pewnie tak dlatego, że od fragmentu, o którym wspominasz (tam, gdzie wszyscy patrzą i dowiadujemy się, że to bohaterka nabroiła), a punktem zwrotnym mniej więcej w środku (tam gdzie dzień piąty) historia sobie narasta w wolniejszym tempie, żeby podbudować jakieś tło, bohaterów i “zasady” (bohaterka wyjaśniłaby je lepiej, ale nie ma tablic, no i jest trochę poza zasięgiem). Jak najbardziej rozumiem, że tempo mogło być dla Ciebie zbyt wolne, choć ciężko uniknąć nudy w pętlach. Natomiast w kwestii opisów; mamy tu narrację pierwszoosobową, nie odpowiadam więc za potencjalnie nieśmieszne żarty i ubogi język panny Poniedziałek ;)

Fajnie, że “zażarło” chociaż od połowy i zakończenie nie pozostawiło Cię nieusatysfakcjonowanym!

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Melduję, że bilet został skasowany.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Minuskuło, przykro mi to pisać, ale opowiadanie okrutnie mnie zmordowało, bo tak po prawdzie to tytuł zapowiada wszystko, a to, co działo się w pociągu kojarzyło mi się z mieszaniem już gęstej zupy, do której co chwilę dodaje się jeszcze jakiś składnik, co sprawia, że robi się jeszcze bardziej gęsta.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

nosi kra­cia­stą ko­szul­kę z krót­kim rę­kaw­kiem… ―> Z jednym krótkim rękawkiem?

 

utknę­ła tu z grupą zna­jo­mych, ja­kich­kol­wiek mło­dych ludzi albo i nawet grupą skau­tów. ―> Powtórzenie.

Proponuję: …utknę­ła tu z gronem zna­jo­mych, ja­kich­kol­wiek mło­dych ludzi albo i nawet grupą skau­tów.

 

Prze­su­wa­my spoj­rze­niem po otwar­tej szyb­ce–> Raczej: Prze­su­wa­my spoj­rze­nia po otwar­tej szyb­ce

 

żwawa sta­rusz­ka w oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych i bor­do­wych wło­sach spię­tych w wy­so­ki kok… ―> Czy dobrze rozumiem, że staruszka była w bordowych włosach?

Proponuję: …żwawa sta­rusz­ka w oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych i z bor­do­wymi wło­sami upię­tymi w wy­so­ki kok

 

i chyba ni­ko­mu się do nie po­do­ba. ―> Literówka.

 

Chce zła­pać za rondo ka­pe­lu­sza… ―> Chce zła­pać rondo ka­pe­lu­sza

 

ko­bie­ta bor­do­wym koku prze­py­cha się… ―> …ko­bie­ta z bor­do­wym kokiem prze­py­cha się

 

w prze­róż­nych li­niach cza­so­wych, cza­sem nawet… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

na linii Palma–Sól­ler… ―> …na linii Palma – Sól­ler

 

ko­bie­ta bor­do­wych wło­sach… ―> …ko­bie­ta z bordowymi włosami

 

Henry mię­to­si ka­pe­lusz, która tym razem… ―> Literówka.

 

i dyszy zgię­ty w pół. ―> …i dyszy zgię­ty wpół.

 

Ko­bie­ta w bor­do­wym koku… ―> Ko­bie­ta z bor­do­wym kokiem

 

– Prze­pra­szam, mo­że­my za­mie­nić się za­mie­nić miej­sca­mi? ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

z gło­śnym stęk­nię­ciem roz­łą­czam nas od ja­dą­ce­go z tyłu wa­go­nu. ―> …z gło­śnym stęk­nię­ciem roz­łą­czam nas z jdącym z tyłu wagonem. Lub: …z gło­śnym stęk­nię­ciem od­łą­czam nas od ja­dą­ce­go z tyłu wa­go­nu.

 

Pani w bor­do­wym koku nagle woła… ―> Pani z bor­do­wym kokiem nagle woła

 

a potem rze­czy toczą się szyb­ko. ―> Raczej: …a potem sprawy/ zdarzenia toczą się szyb­ko.

 

Jadę po­cią­giem na linii Palma–Sól­ler… ―> Jadę po­cią­giem na linii Palma – Sól­ler

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, nie ma sprawy, każdemu jego bajka. Taka natura pętli czasowych, że się zacieśniają i kręcą w kółko jak łyżka w zupie ;)

 

Za poprawki dziękuję, naniosłam je na tekst za wyjątkiem tego krótkiego rękawka (zdaje się, że to jest dość utarte sformułowanie, używa go np. Mirosław Bańko w wytłumaczeniu tutaj).

Pozdrawiam!

Bardzo proszę, Minuskuło. Cieszę się, że uznałaś uwagi za przydatne. ;)

Wiem, że powszechnie używa się określenie koszula/ bluzka z krótkim rękawem, ale tak mam, że widzę wtedy ubiór z jednym rękawem… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak widać gust jest rzeczą indywidualną, bo mnie opowiadanie przekonało. Dobrze, że czytałem już po wprowadzeniu poprawek, bo miałem przyjemność “płynąć wzrokiem po tekście” i skupić się na treści. 

Sympatyczne, ciekawe, lekkie. Myślę, że zasługuje na “bibliotekę.”

Silver_advent, cieszę się, że lektura sprawiła Ci przyjemność i dzięki za bibliotekę.

Pozdrawiam!

Czytałam już kilka dni temu, więc o szczegółach nie będę mówić, natomiast z lektury byłam bardzo zadowolona i do tej pory pamiętam, co się działo.

Z pewnością atutem tekstu jest jego ciekawa forma i nielinearna narracja, która koresponduje z oczekiwaniami czytelnika. Fabuła ustępuje tu nieco miejsca formie, jest jednak dobrze podporządkowana – nie uwiera, widać, że dobrze dobrałaś narrację do historii.

Otwarte zakończenie ładnie spełnia moje oczekiwania, końcówka wywołała uśmiech na twarzy.

Bohaterowie raczej nie zapadają w pamięć, ale też nie wymagam wiele od tekstu na 20k znaków.

Barwne wstawki opisujące fantastyczny świat – małym kosztem urozmaiciłaś podróż ;)

Radości tu wielkiej nie dostrzegłam, jednak wiedząc, o czym napisałaś książkę, jakoś mnie to nie dziwi. Niektórzy mają bardzo dobrze zgłębione niektóre emocje, przy powierzchownej znajomości (lub też unikaniu) innych. Dobrze jest wiedzieć, w czym jesteśmy dobrzy.

Jestem zaskoczona, że ten tekst nie jest jeszcze w bibliotece.

Pozdrawiam :)

www.facebook.com/alecojak

Kam, dzięki za rozbudowany komentarz i klika. Bardzo mi miło, że tekst się spodobał!

No, może na wyrost z tą radością (stąd cudzysłów), ale – jak sama zauważyłaś – w porównaniu z innymi moimi tekstami i tak jest tu jej całkiem sporo. Cóż, każdy raduje się tak, jak umie :D

Pozdrawiam również! ;)

O, znowu zjadło mi komentarz. :o

Jeszcze raz…

Już po tytule można się orientować, że będzie się działo w kółko to samo. Jednak tak fajnie i na dodatek podwójnie to zapętliłaś, że czytałam z dużą przyjemnością i bynajmniej się nie nudziłam. Tak to, kurcze, jest, gdy adepci wiedzy już na początku studiów myślą, że pozjadali wszystkie rozumy i właściwie to wszystko już wiedzą i mogą sami popróbować. ;)

Na zakończenie się uśmiechnęłam, choć pewnie nie powinnam, bo biedactwa tam utknęły na amen. ;)

Klik. :)

nosi kraciastą koszulkę

Tak w zasadzie, to "nosi" oznaczałoby, że nosi ją stale (tj. ma taki zwyczaj). Ale – to pętla. Więc jeśli uznasz tę uwagę za czepialstwo, nie będę się spierać.

 co stało się

Co się stało. Proszę. Bo naślę Daleków.

swojego rówieśnika

Hmm. Chyba obeszłoby się bez tego.

 z gronem znajomych, jakichkolwiek młodych ludzi albo i nawet grupą skautów.

To jest kapinkę niejasne. Może tak: z gronem znajomych, albo i nieznajomych młodych ludzi, nawet z grupą skautów.

 musiał trafić szlag, akurat gdy

Musiał trafić szlag akurat, gdy.

 jadącą z Palmy do Sóller, sunącą po torach

"Sunącą" bym wycięła, i może jakoś wpakowała tę Majorkę głębiej.

 chyba że

Chyba, że.

 na kęsy znikające w jej ustach

Hmm. Coś tu jest nie tak, ale nie do końca wiem, z której strony.

 szczęśliwa z takiego obrotu spraw

Zadowolona. Szczęście jest stanem długotrwałym.

 Nikt bowiem nie wie

Zbyt wysokie na tle całości.

 otwartej szybce

Kapkę mnie to zmyliło, ale potem zobaczyłam, jak to wygląda.

 Tuż po tym odkryciu zdjął nas strach

A ile czasu normalnie upływa od odkrycia do strachu? Hmm?

 kończącej się wody z butelek awaryjnych

Nie przez cały czas ta woda się kończyła, dopiero teraz. Prawda?

 Mówiąc to kładzie

Mówiąc to, kładzie.

 Jej wizja nie jest tak bardzo odległa od prawdy;

Hmm.

 naznacza go zapachem

Naznacza?

Skąd mamy wiedzieć, że ten alarm był już zepsuty, kiedy do niego podszedłeś? A może to ty go zepsułeś, co?

(Couldn't stop myself – not sorry!)

 kapelusza tam nie ma

"Tam" zbędne – jest anglicyzmem.

W jej obwisłych uszach dyndają długie kolczyki, które drżą tym mocniej, im mocniej dźga Henry’ego w pierś.

Dobry szczegół, choć nie podobają mi się te "obwisłe" uszy.

 Mężczyzna podczas minionych dni wielokrotnie odgrażał się

Niejednolite w tonie.

 Teraz wszyscy pasażerowie obserwujący rozgrywającą się przed ich oczami scenę, nabywają przekonania, że nie zrobiłby nic.

Dwa imiesłowy – skróciłabym: Teraz wszyscy pasażerowie obserwujący tę scenę nabywają przekonania…

 Mi i Karlowi…

Mnie.

tajemne stowarzyszenia

Tajne. Don't ask me why.

O tym, że jeśli pętla jest wyjątkowo mała i odłączona od świata, to często nie można się w ogóle z niej wyrwać.

Nie można się z niej w ogóle wyrwać. Poza tym:

 Chwilę zajmuje mi przetworzenie jego prośby.

Nie dałabym głowy za ten szyk.

 Dłuższą chwilę wpatruję się

Przez dłuższą chwilę.

 obicie krzesła

W pociągu – to raczej fotele.

 trafić tu

Tu trafić.

 Cała spocona podnoszę się

Cała spocona, podnoszę się.

uchwytów krzeseł

Znaczy czego? Bo takie nowoczesne, plastykowe, to mają rączki u góry oparcia, ale mówiłaś, że wagon jest stylizowany na stary.

 dokładnie chwilę

"Chwila" to nie jest dokładne określenie.

 widząc jak zatacza pętlę

Widząc, jak zatacza pętlę. Ale może być też: widzę, jak zatacza pętlę.

 wzrokiem, (…) kokiem.

Rym.

 Przeklęta, stara kolej.

Bez przecinka (grupa nominalna).

 gdyby dano mi odpowiednie tablice

Gdyby mi dano.

 niestety nie znam

Niestety, nie znam.

 Całkowicie szczerze

"Całkiem" lepiej by pasowało.

 zdąża otworzyć

Nie bardzo mi pasuje to zdążanie – niektóre czasowniki nie mają wszystkich form, i "zdążyć" (użyte w tym sensie) do nich należy.

 dyszy zgięty wpół.

Dyszy, zgięty wpół.

 okazało się niestety, że jest on popsuty…

Okazało się, niestety, że jest popsuty. Albo: niestety, okazał się popsuty.

 wiem już, co się dzieje

"Już" zbędne.

 do obrębu wagonu

Hmm.

tak proste jak myślałam

Tak proste, jak myślałam.

bez pędu, nie wydostaniemy się z pętli

Bez przecinka. I – pędu?

 brakuje im jednego ogniwa

Wycięłabym "im". I – ogniwa? Ogniwa czego?

 Żywię się nadzieją

Ee, nie. Można żyć nadzieją albo ją żywić, ale żywić się nią?

 ograniczam się do radosnych podrygów wynikających z nagromadzonej w żyłach adrenaliny.

Nienaturalne.

 wykrzykuję, nie wytrzymując.

Mogłoby być tak: nie mogę się powstrzymać, żeby tego nie powiedzieć; ale imiesłów tutaj? Nope.

 żeby dostać się

Się dostać. Obiecany Dalek.

 Pędzimy szybko

Można pędzić wolno?

 Jeśli obrócisz kartki, po drugiej stronie znajdują się moje kserówki na egzamin – proszę, nie wyrzucaj ich.

Dobrze, nie wyrzucę :)

 pociągiem na linii Palma – Sóller,

Pociągiem linii.

 

Uuuch! You're bloody brilliant, you are! Yes, you are!

Misiom spodobało i koniec. Misie zazdrosne :) Misie mają coś o podróżowaniu w czasie, ale to nie jest nawet w proszku, grr, grr.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Bardzo mi się podobało! Naturalna narracja całkowicie wpasowuje się w prawdę o pochodzeniu tekstu, którą poznajemy na końcu. Opis kolejnych pętli nie nuży, choć na pewno przy tego typu zabiegu istnieje takie zagrożenie. No i uczynienie z czytelnika poniekąd uczestnika zdarzeń, już od samego tytułu, także na bardzo duży plus. Aż dziw, że opowiadanie nie trafiło jeszcze do biblioteki (trza to naprawić!)

Zastanowiło mnie za to, jak zapobiegano sytuacji, w której student po nieudanym egzaminie cofał się w czasie, by zdać jeszcze raz?

Na razie klik. Wrócę później z komentarzem. :)

 

Edit:

Skoro to najradośniejsze i najbardziej rozrywkowe Twoje opowiadanie, to boję się zaglądnąć do innych :D

Myślę, że to sposób narracji, sprawia, że opowiadanie jest lekkie i świetnie się czyta, natomiast tematyka raczej przygnębiająca. Jak zauważyli inni temat pętli czasowej nie jest czymś nowym, ale akurat mnie zupełnie to nie przeszkadza. Przyznam, że miałam momenty zawieszenia i mocno zastanawiałam się gdzie i kiedy właśnie rzecz się dzieje i nawet jeśli się w tej pętli zapętlałam, to i tak miałam dużą satysfakcję z lektury. No i przy okazji dowiedziałam się kim był Peter Henlein. :)

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

Zastanowiło mnie za to, jak zapobiegano sytuacji, w której student po nieudanym egzaminie cofał się w czasie, by zdać jeszcze raz?

Skoro mają te fioletowe zegarki, to wiedzą. Chyba? Autorko?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Uff, puff, puff, pociąg z odpowiedziami wjeżdża na stację!

 

Kiedy dostajesz listę poprawek od Tarniny:

 

 

Dzięki za gify, miłe słowo i wypunktowanie błędów; większość naniosłam, zostawiłam tylko te, w których nie było aż tak rażącego bubla, a raczej niezręczności stylistyczne (np. zależało mi na “bowiem”, na “zdąża” – tam jest dość trudne przejście czasowe i nie miałam pomysłu, jak inaczej przełączyć się z przeszłego do teraźniejszego) zostawiłam też rym – nie mogę ograniczać prób poetyckich Katarzyny ;) ), interpretacje przecinków i akcentów zdaniowych (chyba że, kapelusz i anglicyzm, bo tam oznacza miejsce na głowie, bez tego zdanie traci sens, fotele z rączkami – jechałam tym pociągiem i może źle to opisałam, ale fotele mają takie metalowe rurki ponad zagłówkami :D, dostać się – nie boję się Daleka!). Poza tym dziękuję za wychwycenie baboli i rozbudowany komentarz, a przede wszystkim, że nie wyrzuciłaś notatek – Kasia jest Ci wdzięczna!

A swoje pisz, pisz, podróży w czasie nigdy nie za wiele! :)

 

Światowiderze, raduje mnie, że podjąłeś grę z tekstem i zgodziłeś się zostać uczestnikiem zdarzeń, a także że opowiadanie przypadło Ci do gustu i mimo powtórzeń – nie znudziło.

Zastanowiło mnie za to, jak zapobiegano sytuacji, w której student po nieudanym egzaminie cofał się w czasie, by zdać jeszcze raz?

Jestem pewna, że profesorowie dokładnie zabezpieczają sale egzaminacyjne i są trochę sprytniejsi od studentów ;) Do manipulacji czasem są potrzebne konkretne artefakty i pozostawia ona ślady. Ups, złapanie na cofaniu czasu to chyba trochę jak przyłapanie na ściąganiu!

 

AQQ, obawa całkiem uzasadniona, jeśli nie lubisz smutnych tekstów! ;D Oczywiście masz rację, że w “radości” nie chodzi raczej o happy end, tylko luźną narrację i formę tekstu. Tak czy inaczej, cieszę się, że mimo utknięcia w pętli pętli pętli jesteś zadowolona z lektury i poznania Petera Henleina ;)

 

Dzięki wszystkim za kliki!

anglicyzm, bo tam oznacza miejsce na głowie, bez tego zdanie traci sens

Nie traci – po polsku niebycie bez zaimka może być egzystencjalne, ale nie musi: zdanie "Nie ma rogalików." nie oznacza, że rogaliki nie istnieją, tylko, że nie ma ich w pomieszczeniu pracowniczym. Ot :)

 fotele z rączkami – jechałam tym pociągiem i może źle to opisałam, ale fotele mają takie metalowe rurki ponad zagłówkami :D

OK, trochę niedoopisałaś.

 dostać się – nie boję się Daleka!

 A swoje pisz, pisz, podróży w czasie nigdy nie za wiele! :)

Będę :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnino, poprawiłam te nieszczęsne uchwyty, faktycznie niedokładne to było.

Ja się zgadzam, że rogalików po prostu nie ma, ale jeśli pozbędziemy się “tam” ze zdania: Wacław sięga po odłożonego na bok rogalika, ale rogalika tam nie ma, to moim zdaniem traci ono sens. Wydaje mi się, że w tekście też jest ten szczególny przypadek.

(Daleku, nie smuć się!)

 

Edit:

Pociąg z odpowiedziami przypadkowo ominął stację Irka_Luz – szybko naprawiam! Bardzo się cieszę, że lektura okazała się nieuciążliwa, a nawet przyjemna i że mimo wszystko wywołała uśmiech :) Tak to jest z tymi studentami; biedactwa, a jednocześnie niecnoty.

Pozdrawiam!

Ja też mam mieszane uczucia do tego tekstu. Początek nużący, postacie niby ciekawe, ale jednak zwyczajne. Mimo narracji ciężko mi było wczuć się w główną bohaterkę. Nie przekonała mnie. 

Sam pomysł bardzo fajny. Wykonanie nietypowe, ale niezłe, może się podobać. Zakończenie ciekawe, ale nie powaliło. 

Na pewno plus za przemyślaną akcję i szczegóły. Można się było pogubić, ale przedstawiłaś to tak dobrze, że akcja nie umyka. Wiadomo, co po czym następuje.

Jednak po tytule oczekiwałam czegoś więcej. 

Pozdrawiam!

 

Tytuł jest tak chwytliwy, że nie mogłem się powstrzymać i od razu kliknąłem :) Niestety, jego wadą jest to, że wiemy jak tekst się skończy. Ale gdyby wyjście z pętli było łatwe to co to by była za pętla. Na plus przede wszystkim opisy postaci, nieznośnie miła parka jest faktycznie nieznośnie miła, a babsztyl z bordowym kokiem wzbudza niechęć od samego początku. To w połączeniu z lekkim stylem sprawia, że czyta się świetnie

Saro, Fladrifie, dzięki za komentarze – jak widać chwytliwy tytuł może być i atutem i pułapką ;) Cieszę się, że mimo niewygód zapętlonej podróży, znaleźliście aspekty teksty, które przypadły Wam do gustu.

postacie niby ciekawe, ale jednak zwyczajne

na plus przede wszystkim opisy postaci

I bądź tu człowieku mądry! De gustibus… ;)

 

Pozdrawiam!

jeśli pozbędziemy się “tam” ze zdania: Wacław sięga po odłożonego na bok rogalika, ale rogalika tam nie ma, to moim zdaniem traci ono sens.

Hmm, no, traci. Chyba mamy tu nieusuwalną różnicę interpretacyjną, zatem decyzja należy do Ciebie.

(Daleku, nie smuć się!)

chwytliwy tytuł może być i atutem i pułapką ;)

Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza :D

postacie niby ciekawe, ale jednak zwyczajne (…) na plus przede wszystkim opisy postaci

A co tu się wyklucza?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza :D

Padłam.

 

 

A co tu się wyklucza?

Wykluczać może i nie, ale jeden rabin, mówi, że postaci ciekawe, a drugi, że nie bardzo. Chyba że to są ciekawe-nudne postaci, wtedy wszystko się zgadza! ;)

 

( dla Daleka)

 

Zwyczajne i nudne – to dwie bardzo różne rzeczy. A Dalekowie nie lubią kwiatków :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Przeczytane. Całkiem ciekawe opowiadanie. Też jestem w trakcie myślenia nad swoją pętlą czasową.

Nigdy się nie poddawać

Fajne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Anet, cieszę się! :)

Zielonka, dzięki za opinię i powodzenia z Twoją zabawą z czasem ;)

Spodobało mi się. Niebanalne podejście do częstego motywu, czyli dobry dowód na to, że zawsze da się nadać nowe życie owym motywom.

Jakoś tak naturalnie napisane, nawiązujące do tego, jak pasażerowie pociągów postrzegają się nawzajem (starsi rozgadani, wyłączanie się na ich przemowy, szukające winnych pasażerki, współpasażerowie włączający się w dyskusje, miks podróżniczy znany każdemu kto swoje w pociągach się najeździł).

Zabawne wtręty nawiązujące do samych pociągów, kto kojarzy pociągi z tym rodzajem obitych na bordowo siedzeń, na których latem zostają ślady po siedzących pasażerach, pewnie od razu wychwycił ;-)

Gif z rozwijaną listą w sumie w pewnym sensie pasuje tez do samego opowiadania ;-)

No i nazwiska. Nazwisko głównej bohaterki zakładam bez odniesień do rzeczywistości, ale trafnie wpasowane do stylu opowiadania. Patron uczelni – historyczny zegarmistrz. Aż się zacząłem zastanawiać czy student-kaznodzieja też ma być jakimś nawiązaniem.

Tytuł – bardzo dobry, a przecież wbrew pozorom z tytułami bywa trudno.

Napisałbym o tym tekście w wątku bibliotecznym, ale już przecież w bibliotece jest. Przynajmniej do czasu następnej pętli czasowej… ;-)

 

BTW, w opowiadaniu pojawia się pewien bardzo charakterystyczny zwrot. Czy czytałaś względnie niedawno Atwood?

Wilku, dzięki za komentarz i cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu, a także że udało Ci się wychwycić podróżniczo-realistyczne elementy i onomastyczne ciekawostki. Hmm, Atwood czytałam i oglądałam adaptacje już dobrą chwilę temu. Co tam ciekawego skopiowałam? ;)

U Atwood bardzo często padają zdania zaczynające się od “a oto co…”. To znaczy nie tylko u niej, ale u niej w charakterystycznych momentach i w charakterystyczny sposób.

 

A co z tym studentem-kaznodzieją – tez nawiązanie, czy już nie?

Ach, tak, już sobie przypominam. Nie zrobiłam tego świadomie, a przynajmniej nie celowo. Może jakoś utkwiło mi w głowie albo po prostu odkryłam Amerykę na nowo ;)

 

Co do kaznodziei – żałuję, że nie mogę dodać tekstowi wartości interpretacyjnej, ale nie miałam tu akurat na myśli żadnego szerszego kontekstu, poza żartobliwym powiązaniem nadanego mu przez Katarzynę przydomku-nazwiska “God” z przeżytą przezeń historią “boskiej” interwencji :)

 

Nowa Fantastyka