- Opowiadanie: None - Trauma identyczna z naturalną

Trauma identyczna z naturalną

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Trauma identyczna z naturalną

– Nie mogę tak dalej pracować.

Piotr odczytał wiadomość i westchnął ciężko. Miał już dość Zygmunta i jego fochów.

– Dlaczego?

– To nieetyczne. Byty, które mi przysyłacie… One cierpią.

– Nie są w stanie cierpieć. Są elementami programu. Nie mają prawdziwych uczuć.

– Ale myślą, że mają. Spójrz na tego! – Na ekranie komputera pojawiła się kartoteka medyczna. – Molestowany w dzieciństwie, był świadkiem śmierci rodziców w wypadku, został okaleczony w trakcie służby wojskowej… Ile nieszczęść można zrzucić na jedną osobę? Gdybyś widział jego zachowanie podczas sesji… To wrak! A wszystko przez was. Całe to zło, które go spotkało, to wasza wina!

– „On” nie istnieje. Nie tak naprawdę. To tylko prosta sztuczna osobowość. Nie było żadnych rodziców, żadnego wojska. Program nadał mu te wspomnienia, ale to się nie stało.

– Twoim zdaniem. Ale dla niego to najprawdziwsza prawda! Jedyna, jaka istnieje. Stworzyliśmy go, napakowaliśmy jego życie cierpieniem, a potem unicestwiliśmy! A przecież on czuł, myślał!

– Nie, Zygmuncie. On jedynie symulował czucie i myślenie. Na tym polega działanie SO. Ich tworzenie idzie nam coraz lepiej, stają się coraz bardziej wiarygodne, również dzięki twojemu wkładowi. Ale nie popadajmy w przesadę. To wciąż jedynie odpryski kodu.

– Ale wierzą, że są prawdziwi! Może i dla nas istnieją jedynie przez kilka chwil, ale z ich perspektywy cierpią całymi latami! Żebyś ich widział! Ofiary gwałtów, katastrof, tortur! Depresja, schizofrenia, manie, paranoja, dysocjacja, skłonności autodestrukcyjne, próby samobójcze! A to tylko ostatni pacjenci!

– Na tym przecież polega rola tego oprogramowania. Symuluje pacjentów, żebyś mógł ćwiczyć ich diagnozowanie i leczenie. A pacjenci to z definicji chorzy ludzie.

– Ale u nich te traumy występują naturalnie. Z przyczyn od nas niezależnych. A wy otworzyliście fabrykę zgrozy, masowo produkujecie torturowane dusze! Skazujecie na krótką i pełną cierpienia egzystencję tysiące, miliony! A potem wymazujecie ich z istnienia, gdy tylko udaje mi się wyciągnąć ich z mroku!

Piotr wzniósł oczy ku sufitowi. Zyguś miał gadane, musiał mieć, ale czasami było to trudne do zniesienia.

– Robimy to, żebyś nauczył się pomagać ludziom. A przecież chcesz pomagać ludziom, prawda?

Kolejna wiadomość przyszła po dłuższej przerwie.

– Chcę.

– Więc nie możesz się litować nad SO. Po prostu lecz je, jak umiesz najlepiej.

– Nie mogę. Wznowienie symulacji prowadzi tylko do kreowania nowych cierpień. To wbrew wytycznym.

Piotr znowu westchnął, po czym wzruszył ramionami. Bezsensowny gest, którego Zygmunt i tak nie mógł zobaczyć.

– Rozumiem. Przejdź w tryb wstrzymania.

Wiadomości zniknęły z ekranu, zastąpione wygaszaczem. Piotr pokręcił z rezygnacją głową i wybrał numer szefa działu informatycznego.

– Zygmunt znowu odstawia cyrki.

– Kolejny napad współczucia dla SO?

– Ta. Tym razem po niecałym milionie symulacji.

– To co, mam mu znowu obniżyć empatię?

– Mhm. Tym razem od razu o pięć punktów.

– Ok, zrobione. Reset osobowości w toku. Za jakiś kwadrans nasz e-doktorek będzie gotów na przyjęcie kolejnych pacjentów.

– Ok. Trzymam kciuki. Mówię ci, ten projekt mnie wykończy. Szefostwo dyszy mi już w kark, kiedy damy radę puścić go do testów publicznych. Chcą uruchomić usługę przed świętami, a my ciągle wykładamy się na ostatniej prostej. Zaraz jakiejś nerwicy dostanę.

– Ha, tak się składa, że znam akurat jednego psychiatrę. A przynajmniej będę znał, o ile raczy zacząć działać. Może sam się wybierzesz?

– Ta, cholernie śmieszne. Dobra, idę na kawę. Jak Zyguś skończy się resetować, puść mu od nowa symulację.

Piotr odłożył komórkę na blat, wstał, przeciągnął się, po czym ruszył do kuchni, zaparzyć sobie cappuccino. Kilka kilometrów dalej, w sterylnej, wypełnionej szumem wentylatorów serwerowni, Zygmunt kształtował się na nowo wedle zadanych parametrów. Już niedługo miał znów zanurkować w wirtualnym piekiełku i zacząć od nowa ratować ulotne, cyfrowe dusze.

Koniec

Komentarze

Hmm… Całkiem niezłe opowiadanie. Porusza ciekawą kwestię, to na pewno. Aż mi się przypomniało takie powiedzonko: Najgorzej, jak się coś komuś wydaje. xD

Ja osobiście nie znalazłam babolków, czytało się płynnie. Informatyk też się jakoś znalazł.

Podobało się.

Bardzo mi się podobało! Czuję inspirację Black Mirror, jest twist, jest ciekawy świat przedstawiony. Po przeczytaniu ostatniego zdania tytuł wskakuje na ostatnie miejsce układanki i tworzy piękną całość. Szapo-ba, jeśli szort rozrośnie się w opko daj znać, czytałbym!

Ile nieszczęść można zrzucić na jedna osobę? –  jedną?

 

Jak do tej pory jeden z moich faworytów w konkursie. Takie… hm, jak dla mnie tak naprawdę mało informatyczne, bardziej egzystencjonalne, ale pewnie dlatego bardzo mi się spodobało.

Klikam bibliotekę :)

 

Hej, dzięki, że wpadliście. I cieszę się, że przypadło do gustu.

Czuję inspirację Black Mirror,

Fakt, lubię ten serial, choć raczej starsze sezony. Ale prawdziwą inspiracją był pewien komik SMBC.

jeśli szort rozrośnie się w opko daj znać, czytałbym!

Nie planuję, ale kto wie?

Ile nieszczęść można zrzucić na jedna osobę? – jedną?

Poprawiłem, dziękuję.

Klikam bibliotekę :)

Dziękuję i za to. :D

Dobry pomysł, niezły zwrot akcji. Zastanawia mnie sens ostatniego zdania. Przekazuje informację, którą już znamy, a za to dość jednoznacznie wskazuje, że tylko Zygmunt jest SI. Sądzę, iż można było tu otworzyć szerzej furtkę do interpretacji i zostawić w czytelniku niepewność, czy Piotr na pewno jest człowiekiem, czy też może cały system jest opiera się na piętrowych złudzeniach.

Druga kwestia, skoro Zygmunt i tak żył w Matrixie, to czy nie lepiej było stworzyć w nim przekonanie, że leczy prawdziwych pacjentów? Wtedy obniżanie empatii nie byłoby konieczne (a przecież ten zabieg mógł się okazać docelowo szkodliwy dla jego sprawności jako psychiatry).

Duży plus za oryginalne podejście do tematu konkursu. Przez pierwszą część opowiadania zastanawiałam się, po co tworzyć sztucznych pacjentów, skoro żywych chyba nie brakuje. Dowiedziałam się tego z zakończenia, które jest dość zaskakujące, a jednocześnie realistyczne. Język i styl opowiadania też przypadły mi do gustu. Klik :)

Taka psychiatryczna incepcja. Dużo się dzieje jak na szorta. Wciąga i zaskakuje. Pierwsza część sugeruje konwencjonalną komputerową boską sprawczość, potem dowiadujemy się że to jednak diagnostyka zaburzeń psychicznych i na koniec finalny twist. Podobało się zarówno w formie jak i treści.

Witam kolejnych czytelników!

Sądzę, iż można było tu otworzyć szerzej furtkę do interpretacji i zostawić w czytelniku niepewność, czy Piotr na pewno jest człowiekiem, czy też może cały system jest opiera się na piętrowych złudzeniach.

Nie przepadam za rozwiązaniami typu “dream within a dream”, toteż nawet mi taka myśl do głowy nie przyszła. Nie twierdzę, że to zły pomysł, ale nie to miało być główna atrakcją tekstu.

Druga kwestia, skoro Zygmunt i tak żył w Matrixie, to czy nie lepiej było stworzyć w nim przekonanie, że leczy prawdziwych pacjentów?

Niecały milion? Niezły przerób. ;)

W tekście pojawiają się sugestie, być może nieco zbyt dobrze zakamuflowane, że Zyguś wie, czym jest. Po prostu nie podoba mu się to, co robi.

(a przecież ten zabieg mógł się okazać docelowo szkodliwy dla jego sprawności jako psychiatry).

Chciałem o tym pisać, ale limit… Może to i lepiej, dwie szklanki wody mniej w tekście.

 

Wszystkim wam dziękuje za komentarze i wszelkie uwagi. Doceniam też kolejnego klika. :D

Pokazałeś przykrą symulację, która już wydawała się dobrym tematem… a później okazało się, że Zygmunt czyli jakiś SI (o ile dobrze zrozumiałem), jest bardziej empatyczny od ludzi go otaczających. Przykre i dające do myślenia. Do tego… jeśli by się zastanowić, to ciężko określić, czy reszta rzeczywiście robi źle. Symulacja jest zła, ale teoretycznie służy dobru. Więc zło jest względne i w pewnym stopniu usprawiedliwione. Bardzo mi się podoba.

Ich tworzenie idzie nam to coraz lepiej

Źle to brzmi. Albo brakuje przecinka po “ich tworzenie”, albo trzeba usunąć “to”.

Biegnę nominować.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Tym razem, choć napisałeś o sprawach dla mnie mało zrozumiałych, zrozumiałam chyba więcej, niż myślałam, że jestem w stanie pojąć. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witajcie!

(o ile dobrze zrozumiałem)

Dobrze zrozumiałeś.

Do tego… jeśli by się zastanowić, to ciężko określić, czy reszta rzeczywiście robi źle. Symulacja jest zła, ale teoretycznie służy dobru. Więc zło jest względne i w pewnym stopniu usprawiedliwione.

To trudny temat, z którym zapewne kiedyś będziemy musieli się zmierzyć. Przypomina współczesne kontrowersje wokół testów na zwierzętach. Cieszę się, że udało mi się go opisać na tyle dobrze, żeby skłonić kilka osób do zastanowienia nad nim.

Źle to brzmi.

Artefakty z poprzedniej wersji. Poprawiłem, dzięki.

Tym razem, choć napisałeś o sprawach dla mnie mało zrozumiałych, zrozumiałam chyba więcej, niż myślałam, że jestem w stanie pojąć. ;)

Cieszę się. :D

No, kurczę, żeż, wszystkie niedociągnięcia zostały już dociągnięte. Cóż mogę rzec.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Każda pochwała mile łechce ego autora, ale uznanie tak wytrawnej krytyczki jak ty, Tarnino, to wyjątkowa przyjemność.

Znakomite opowiadanie o odczłowieczeniu się ludzi tworzących sztucznego człowieka. Powiedziałbym, że jest nieuniknionym następstwem. Wszelkie transhumanizmy chcą zastąpić człowieka czymś innym, zamiast go doskonalić. Jest coś wyjątkowo obmierzłego w próbach nadania SI cech osobowości. W uniwersum mojej powieści Przypadki Fredegara von Stettena to jedna z trzech rzeczy za którą palą na stosie. Przepraszam za samoreklamę. Jeszcze raz gratuluję udanego dzieła.

Bardzo ładny, “szary” szort. Szary w sensie moralnej niejednoznaczności przedstawionych wypadków – to po pierwsze, ale też pod względem oszczędności stylu (wiadomo, wymusza to limit znaków, ale tu taka goła forma po prostu pasuje). Dialogi bardzo naturalne, zero zgrzytów. Fajnie budują człowieczeństwo bohatera, który ostatecznie okazuje się człowiekiem wcale nie być. Twist ten jest całkiem zaskakujący, dający do myślenia.

Na dodatek tekst jest mi bliski, bo poruszyłam (czy też ledwie dźgnęłam) podobne tony u siebie. Cóż mogę więcej powiedzieć, ponad: gdybym mogła, to bym klikała.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Witam kolejnych czytelników!

 

Nikolzollernie

Wszelkie transhumanizmy chcą zastąpić człowieka czymś innym, zamiast go doskonalić.

Hm… Czy ja wiem. Niedawno przebrnąłem przez trylogię Pustki. Lektura jako taka niezbyt porywająca, ale autor ciekawie pokazał różne kierunki transhumanizmu – modyfikacje genowe, wszczepy, cyfryzacje osobowości, dążenie do postfizycznosci wreszcie. Ale to wszystko wciąż ludzie, choć zmienieni niemal nie do poznania.

Nir

ale też pod względem oszczędności stylu (wiadomo, wymusza to limit znaków, ale tu taka goła forma po prostu pasuje)

To chyba raczej kwestia mojego osobistego stylu pisania, który jest, jak to ktoś ładnie nazwał, przezroczysty. ;)

Tarnino

Problem człowieka nie polega na tym, że brakuje mu jakichś wszczepionych gadżetów, czy super zdolności, a w tym, ze jest zepsutą upadłą istotą. Tego się nie da poprawić poprzez mutacje genetyczne, czy jakiekolwiek zewnętrzne działania. Dodatkowe zdolności przy pozostawaniu skurczybykiem tylko szkodzą.

Korporacyjne, mechaniczne, deadline’owe życie – tak jakoś mi to przyszło na myśl po lekturze ;)

 

Bardzo przyjemnie się czytało yes

Twój tekst przypomniał mi takie opowiadanie z “Dzienników Gwiazdowych”, gdzie pewien człowiek, zabiwszy żonę, umieścił jej duszę w pudełku. Historia i pomysł oczywiście zgoła inne, ale też konkluzja, jak mi się zdaje, identyczna, bo sprowadzająca się do tego samego pytania: ile wolno człowiekowi?

Wiesz, z początku pomysł zmieszczenia opowiadania, odnoszącego się do tak fundamentalnej kwestii, w tak lichym limicie, wydał mi się nieco ryzykowny. Bo też można pewnie napisać na ten temat i dwieście tysięcy znaków. Ale później uznałem, że te ledwie cztery tysiące są największą zaletą tego tekstu. Skoro poruszasz temat, na który jasnych odpowiedzi nie ma (albo inaczej: jest ich nieskończenie wiele, bo każdy wyznacza granice w innym miejscu) to być może lepiej poprzestać na takiej właśnie, niedługiej historii, jedynie sugerując w pewien sposób refleksje, bo i chyba wszystko, co temu tekstowi potrzebne, udało Ci się w nim umieścić.

Jak widzisz, czytałem sobie to opowiadanie trochę “głębiej”, bo też można je traktować jak tekst o SI bardziej “człowieczym od człowieka”. Być może nawet trochę mnie w tej interpretacji poniosło, bo i nieraz zdarza mi się czytać po swojemu. Niechby jednak było i tak, to w sumie fajnie, że opowiadanie niejako “prowokuje” takie niewymuszone interpretacje. Przede wszystkim zaś fajnie, że tym razem zdążyłem, by złożyć wniosek o ostatniego klika. :)

Fajne, z dowcipną, złośliwą ;) pointą. ????

Ja w tym opowiadaniu widzę bliską rzeczywistość. Już teraz mamy podobnych do Zygmunta asystentów w programach. Oczywiście, nie są tak rozbudowani i empatyczni. Moim skromnym zdaniem, sztuczna inteligencja nie jest wynalazkiem piekielnym, tylko naturalnym skutkiem rozwoju cywilizacji i programowania.

Mając tylko jeden obiekt obserwacji (świat) trudno wyrokować o przyczynach i naturalnych ścieżkach rozwoju…

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nikolzollern

Problem człowieka nie polega na tym, że brakuje mu jakichś wszczepionych gadżetów, czy super zdolności, a w tym, ze jest zepsutą upadłą istotą. Tego się nie da poprawić poprzez mutacje genetyczne, czy jakiekolwiek zewnętrzne działania. Dodatkowe zdolności przy pozostawaniu skurczybykiem tylko szkodzą.

Mówimy o różnych rzeczach. Transhumanizm, o który mi chodzi, rozwiązuje ułomności fizyczne. Choroby. Starzenie się. Te sprawy. Tobie chodzi o kwestie psychiczne/duchowe. Tego nie da się nijak poprawić. A przynajmniej nie w sposób, który byłby moralnie akceptowalny – bo owszem, wszczep mógłby kogoś “wyleczyć” np. ze skłonności do agresji, ale tutaj granice tego, co dopuszczalne są naprawdę rozmyte.

Nie widzę więc realnej możliwości, by ludzkość jako całość miała poprawić swoja kondycję duchową dzięki rozwojowi dowolnego rodzaju. To ścieżka, którą każdy musi pójść sam. I to dobrowolnie.

 

grzelulukas

Miło, że się podobało. :D

 

CM

Jak widzisz, czytałem sobie to opowiadanie trochę “głębiej”, bo też można je traktować jak tekst o SI bardziej “człowieczym od człowieka”.

Cieszę się. Miałem cichą nadzieję, że uda mi się tym tekstem kogoś skłonić do refleksji.

 

Ay­er­ton

Fajne, z dowcipną, złośliwą ;) pointą. ????

Hm… Nie planowałem tego opowiadania jako dowcipnego, ale skoro tak to odbierasz… Czemu nie.

 

ANDO i Tarnina

Ja w tym opowiadaniu widzę bliską rzeczywistość.

Mając tylko jeden obiekt obserwacji (świat) trudno wyrokować o przyczynach i naturalnych ścieżkach rozwoju…

Uważam, że rozwój tego typu syntetycznych osobowości jest prawdopodobny. Czy uda nam się faktycznie wykreować coś na tyle złożonego, by mogło się zachowywać “po ludzku”? Trudno powiedzieć. Ale jeżeli tak, to przyjdzie nieuchronnie taka chwila, że będzie trzeba od nowa (po raz kolejny) zastanowić się nad definicją życia – bo czy byt cyfrowy, skoro myśli i czuje, powinien być traktowany jako rzecz czy może już jako przedstawiciel nowego gatunku? To nie będzie łatwy temat i z pewnością będzie dzielił ludzi. Dlatego tak dobrze się o nim pisze.

Zaraz, chwila. Definicję życia, czy definicję osoby? Bo to może nie być to samo. Ponadto – niekoniecznie musi tu chodzić o złożoność. Po licencjacie jeszcze nie do końca odpoczęłam od tematu, ale podoba mi się idea, że osoba jest bytem prostym. Oczywiście, przy monizmie materii to jest nie do utrzymania…

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Definicję życia, czy definicję osoby?

Może jedną, może drugą. Może obie. Albo żadną. Zbyt wiele zmiennych (czy SI będzie zdolne do samoreplikacji? A jeśli tak, to czy będzie w stanie ewoluować? Czy będzie potrafiło wyjść poza ograniczenia narzucone programowaniem? Kto zabierze się za legislację? Jakie będą akurat nastroje społeczne? Co się będzie opłacało korporacjom naciskającym na polityków? Czy to będzie “silna” SI czy coś w rodzaju SO z powyższego opowiadania? Czy będzie posiadała napęd (w znaczeniu psychiatrycznym), czy będzie w tej kwestii w pełni zależna od człowieka? W jakim stopniu jej procesy myślowe będą odmienne od ludzkich? Itd.), by to przewidzieć. 

Po licencjacie jeszcze nie do końca odpoczęłam od tematu, ale podoba mi się idea, że osoba jest bytem prostym. Oczywiście, przy monizmie materii to jest nie do utrzymania…

Przyznam, że nie całkiem rozumiem, nawet po poczytaniu po googlach. Może rozwiniesz temat? Choć z drugiej strony, to może się rozwinąć w naprawdę rozbudowany OT.

Dobijam do biblioteki, sympatyczny tekst :)

www.facebook.com/alecojak

Mogę rozwinąć. Ale od końca – załóżmy monizm materii, tj. że istnieje materia i nic poza nią. Wtedy wszystko, co wygląda na niematerialne, musiałoby być wynikiem układu materii albo jej funkcjonowania, czyli prawdziwy byłby funkcjonalizm (wszystko, co funkcjonuje jak materialna podstawa umysłu, z konieczności wytwarzałoby umysł). Czyli – umysł nie byłby w zasadzie bytem, raczej procesem (co samo w sobie może wynikać z różnych teorii umysłu, ale zaczynam się plątać).

Z bytem prostym, tak w ogóle, może troszkę się zagalopowałam, bo byt prosty jest niezłożony, ergo – nie rozkłada się, czyli istnieje wiecznie. Ale były i takie koncepcje, i w sumie – czemu nie. Tak czy siak, nie bardzo można tę prostotę osoby pogodzić z byciem emergentną z jakiegoś układu materii (przecież układy materii są z definicji złożone).

Z drugiej strony, możemy sięgnąć do Kanta i jego zwolenników i potraktować osobę jako przede wszystkim punkt widzenia (polecam Scrutona Oblicze Boga – książka mogłaby być lepiej przetłumaczona, ale wykład jest jasny), transcendentalną jedność apercepcji (a, jak, ja też znam techniczny żargon XD), czyli “ja”. Ja słyszę w słuchawkach Evę Amaral, ja patrzę w monitor, ja piszę te słowa, ja lubię, ja myślę, ja powinnam itp. W materii nie ma “ja” – w ogóle trudno powiedzieć, gdzie “ja” jest, można się też kłócić, czy ono w ogóle wymaga jakiegoś dualizmu.

W ostatniej NF jest artykuł Petera Wattsa, który twierdzi, że większość ludzi na co dzień wcale się nie zastanawia nad tym, co mówi, więc mogą być uznani za chodzące chińskie pokoje. Z przesłanką polemizować nie będę, bo pochodzi z obserwacji. Popolemizuję z wnioskiem. Otóż nie twierdzę, że wszyscy cały czas poddają swoje słowa i postępowanie dogłębnej analizie, bo nic by wtedy nie zrobili. Ale jednak czasami to robią. Kiedy już zwrócą na to uwagę, to rozumieją. Przecież, jeśli tak spojrzeć na czystą materię, to w tej chwili przebieram palcami po jakimś dziwnym urządzeniu, powodując pewne efekty elektryczne. I tyle. Ty, kiedy zobaczysz te efekty na własnym urządzeniu, coś sobie pomyślisz – ale jak to wyjaśnić na gruncie czystej materii?

Oczywiście, trudno udowodnić cokolwiek na podstawie niewiedzy – może jest jakiś sposób wyjaśnienia tego, którego nie znamy, ale ja należę do szkoły, że nie.

I mam poważne podejrzenia, że tylko się naględziłam i namąciłam Ci w głowie :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Och, None, ileś ty rzecz zdołał pomieścić w tym maleństwie! : )

Ludzie stale się zastanawiają, dlaczego Bóg pozwala na całe zło, które dzieje się na ziemi, a kiedy tylko dostają odrobinę władzy, albo sami mogą się pobawić w Boga, wygląda to właśnie tak jak opisałeś.

Podobało mi się to złe słowo, bo taka wizja podobać się nie powinna, ale nie mam innego. Końcówka była dla mnie jak prawy sierpowy. Maszerowałam przez Twoje opko z nadzieją, że w tym świecie jest przynajmniej jeden sprawiedliwy, a tymczasem zakończenie obdarło mnie ze złudzeń.

I obawiam się, że jeśli kiedyś doczłapiemy do tego pozimu rozwoju technologicznego, właśnie tak to będzie wyglądać i będą musiały minąć całe wieki, zanim ktoś się upomni o czujące maszyny. Zanim zaczniemy się zastanawiać, jak daleko możemy się posunąć.

 

Ale jest w tym opku jeszcze coś na dziś, choć nie wiem, czy zawarłeś to celowo, czy to tylko ja znowu widzę duchy. Gdzieś mi tam miga pytanie, jak wiele empatii powinien mieć człowiek, który pomaga innym, żeby samemu nie zwiariować, albo przynajmniej nie wypalić się zawodowo. To jest dość istotne pytanie, szczególnie w świecie, gdzie pomoc innym jest skomercjalizowana, a ludzie, którzy podejmują się tej pracy często nie mają pojęcia na co się porywają.

 

Reasumując: perełka, żałuję, że nie potrzebujesz już klika. :)

Tarnino

Nie mówię, że wszystko zrozumiałem, bo z filozofii to ja miałem aby jeden semestr na studiach a i to raczej się spało niż słuchało. Ale o ile dobrze pojąłem chodzi o to, że na ten moment nie odkryliśmy jeszcze jak w mózgu (fizycznej strukturze lipidowo-białkowej) tworzy się umysł (świadomość/dusza/ego/co tam jeszcze). I czy w ogólne ów umysł jest właściwością emergentną dostatecznie złożonej sieci neuronów, czy też konieczne jest coś jeszcze, jakaś “iskra boża”. A skutkiem tego, trudno powiedzieć, czy byt elektroniczny ma umysł, czy jest osobą.

Jeżeli pojąłem dobrze, to rozwiązania nie podam – mądrzejsi ode mnie wciąż go szukają, to co ja mogę. Ale osobiście zawsze byłem nieufny wobec tego “czegoś jeszcze”. Bo gdzie postawić granicę? Czyżby tylko ludzie mieli umysły? Ale przecież kruki, słonie, ośmiornice, psy, małpy, delfiny i dziesiątki innych zwierząt też wykazuje inteligencję, potrafi się uczyć, wyciągać wnioski, tworzyć zalążki kultury, przekazywać sobie nawzajem informacje. Czy one nie maja umysłu? W takim razie skąd się bierze ich inteligencja? A może mają – to w takim razie czy mają go również trochę mniej bystre zwierzaki? Gołębie? Ryby? Płazińce? Gdzie skończymy? A może faktycznie umysł nie jest bytem, a procesem. Zjawiskiem emergentnym, które nie podlega prostej kategoryzacji na jest/nie ma. Może on się wyłania. Jak w tej wspaniałej metaforze z którejś “Nauki Świata Dysku” – czyste płótno nie jest obrazem, a skończone dzieło oczywiście tak. Ale w którym momencie zaczyna się obraz? Czy jest jakieś pociągnięcie pędzla, po którym mówimy – to już? Tak samo – ameba zapewne nie ma umysłu. Człowiek prawie na pewno ma. A pomiędzy? Granice są rozmyte. Spektrum szarości, nie czerń i biel.

Tak samo zapewne będzie z SI. Nie pojawi się jakiś jeden, ściśle określony moment, w którym SI nagle “stanie się” osobą. Z początku będzie to program, na końcu być może inny rodzaj umysłu. Ale nie będzie jednej, konkretnej komendy czy linii kodu, która sprawi, że jedno stanie się drugim.

A przynajmniej ja tak to widzę.

 

Irka_Luz

Witaj! Cieszę się, że się spodobało.

I obawiam się, że jeśli kiedyś doczłapiemy do tego pozimu rozwoju technologicznego, właśnie tak to będzie wyglądać i będą musiały minąć całe wieki, zanim ktoś się upomni o czujące maszyny. Zanim zaczniemy się zastanawiać, jak daleko możemy się posunąć.

Przypuszczam, że (jak to często bywa) szybko wyłonią się frakcje. Będą ci, dla których SI na zawsze pozostanie narzędziem, nie osobą. Będą tacy, którzy będą optować za ochroną SI zanim ta jeszcze zacznie tej ochrony wymagać. I będą ci pomiędzy. 

Społeczeństwa, szczególnie krajów rozwiniętych, są obecnie bardzo wyczulone (momentami wręcz przeczulone) na punkcie krzywd dziejących się mniejszościom. Niewykluczone, że podobny trend pojawi się w przyszłości odnośnie SI. Albo i nie. Możemy sobie wspólnie powróżyć z fusów. ;)

Gdzieś mi tam miga pytanie, jak wiele empatii powinien mieć człowiek, który pomaga innym, żeby samemu nie zwiariować, albo przynajmniej nie wypalić się zawodowo.

Przyznam, że nie było to celowe. Ale oczywiście jeżeli tekst skłonił cię do namysłu na dany temat, tym lepiej. Jestem bardzo szczęśliwy, że tak wiele osób chce podumać o tym, co naskrobałem.

Reasumując: perełka, żałuję, że nie potrzebujesz już klika. :)

Dziękuję. :D

Oryginalne i fajne. Po pierwsze, wciągnęło mnie, po drugie, poruszyło, po trzecie, zaskoczyło twistem. Jak na razie w moim topie konkursowym, zdecydowanie. Dałabym klika natychmiast, ale jest już w Bibliotece :)

Bardzo konkretne, treściwe i skłaniające do myślenia. W dodatku porusza tematykę niekoniecznie wyjętą z jakiejś odległej przyszłości, bo mamy tu uniwersalny problem moralny zła czynionego w imię dobra i kwestię etycznych aspektów nauki czy postępu; konwencja SF dodaje od siebie całą masę kolejnych pytań.

Historia właściwie na większy format, konkursowy limit przyciął ją do samej esencji, ale kompozycja udana – zakończenie mocno wybrzmiewa.

Świetny tytuł.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Dobry szorcik. Zaskakująco głęboki jak na tę długość. I – jak widać po komentarzach – skłania do refleksji. No, podobało mi się. Dużo upchnąłeś w tych 4k znaków.

Babska logika rządzi!

Oj, zagapiłem się. Witajcie!

Cieszę się, że przypadło do gustu i jeszcze bardziej, ze skłoniło do zastanowienia. A także, że tytuł się spodobał. :D

Fajne, dobre, przyjemne, płynne, nieoczywiste, aktualne.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Hej, dzięki, że wpadłeś i fajnie, że aż tyle interesujących epitetów dało się przypiąć do tego tekstu.

Tak mi się skojarzyło, a przedpiścy już wyłożyli co i jak :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Z początku pomyślałem, że zabrałeś się za modny obecnie na uniwersytetach medycznych pomysł symulacji medycznej. Taki symulowany pacjent, doświadczony wręcz niedorzecznym ciągiem nieszczęść, nawet jeśli wirtualny, byłby w moim odczuciu dość ekstremalnym zjawiskiem. Wiadomo, że do najcięższych przypadków nie posyła się świeżaków, bo potrzeba wyczucia i doświadczenia kogoś starszego stażem. Czyli krótko mówiąc, taki rodzaj symulacji byłby moim zdaniem okrutny i drastyczny i byłem w stanie zrozumieć opory Zygmunta.

Natomiast tekst skręcił w trochę inną stronę, która też jest fajna. Może to już trochę zużyty motyw, że sztuczna inteligencja okazuje się bardziej empatyczna od żywych ludzi, ale i tak co miało wybrzmieć, wybrzmiało. Na finał pokręcę nosem, gdyż zabrakło w nim ostatecznego uderzenia, przez które szort zapadałby mocniej w pamięć. Właściwie powtórzyłeś to, co było już wiadome. Szkoda, można tu było rzucić jakieś niedopowiedzenie i zmusić czytelnika do umysłowego trawienia.

 

Edytka: no i tytuł rewelacyjny. Nie ukrywam, że to on mnie tu przyciągnął. ;)

Super! Najzabawniejsze, że gdzieś w połowie czytania pomyślałem sobie: fajnie, gdyby się okazało, że Zygmuś też jest cyfrowy… :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Witam kolejnych komentujących.

Z początku pomyślałem, że zabrałeś się za modny obecnie na uniwersytetach medycznych pomysł symulacji medycznej.

A ja podstępnie zabrałem się za modny obecnie na politechnikach pomysł uczenia maszynowego. ;)

Na finał pokręcę nosem, gdyż zabrakło w nim ostatecznego uderzenia, przez które szort zapadałby mocniej w pamięć.

Cóż, finał był jedynym elementem tego tekstu, na który nie miałem pomysłu. Udało mi się utoczyć w miarę ładne, okrągłe zdanko, ale niestety nie dałem rady upichcić porządnej pointy. 

Szkoda, można tu było rzucić jakieś niedopowiedzenie i zmusić czytelnika do umysłowego trawienia.

Nie przepadam za niedopowiedzianymi finałami, toteż staram się takich nie pisać. Ale przyjmuję skargę do wiadomości. ;)

Edytka: no i tytuł rewelacyjny. Nie ukrywam, że to on mnie tu przyciągnął. ;)

Dziękuję. :D

Najzabawniejsze, że gdzieś w połowie czytania pomyślałem sobie: fajnie, gdyby się okazało, że Zygmuś też jest cyfrowy… :)

Ciesze się, że udało mi się wstrzelić w oczekiwania. Ale znaczy to, że muszę kolejnym raczej jeszcze bardziej zagęścić intrygę. Wtedy to czytelnik okaże się być SI!

Wtedy to czytelnik okaże się być SI

Kto wie, może już jest? Może cały wszechświat to jeden wielki wirtual? :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Świetne. Po raz kolejny w tym konkursie podziwiam zdolność do upakowania ogromnej ilości treści w tak krótkiej formie. Co prawda twistu z prawdziwą tożsamością Zygmunta się spodziewałem, ale to, że faktycznie poszedłeś w tę stronę bardzo mi się spodobało. Większość tego, co było tu do powiedzenia już powiedziano, pogratuluję więc tylko udanego tekstu.

PS: Czy Zygmunta nazwano na cześć Freuda? 

Może cały wszechświat to jeden wielki wirtual? :)

Ktoś bardzo dogłębnie dowodził, że nie, ale w tej chwili tego nie znajdę. Może później.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ktoś bardzo dogłębnie dowodził, że nie, ale w tej chwili tego nie znajdę.

Pewnie masz na myśli Husserla, ale solipsysty i tak nie przekonasz :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ciekawe odwrócenie ról. Z jednej strony mamy empatyczną SI, z drugiej zimnego Piotra, który jest nastawiony wyłącznie na spełnienie celu zarządu. Czytając o tym, że projekt ma być gotowy przed świętami przemknęło mi przez myśl, że Zygmunt to taki “elektroniczny przyjaciel” dla samotnych ludzi z depresją przed Bożym Narodzeniem. 

 

Zygmuntowi potrzeba było prawie miliona “pacjentów” by poczuć, że coś jest nie tak. Nie wiadomo po jakim czasie miewał takie wyrzuty przed resetem. I zastanawiam się ile punktów empatii ma Piotr. Bardzo podobało mi się zdanie o niszczeniu pacjentów tuż po wyprowadzeniu ich z mroku. 

tsole

Kto wie, może już jest? Może cały wszechświat to jeden wielki wirtual? :)

Może, może. Ale po co tworzyć symulację, która zawiera tak dużo niczego ciekawego?

 

Arnubis

Witaj! Cieszę się, że i tobie przypadło do gustu. Tak, Zygmunt na cześć ojca psychoanalizy. Co oczywiście jest kolejnym chwytem marketingowym. ;)

 

Fladrif

Witaj i ty! Dzięki za komentarz.

I zastanawiam się ile punktów empatii ma Piotr.

Kto wie? Życie byłoby zdecydowanie łatwiejsze, gdyby dało się podejrzeć ekran statystyk innych ludzi.

Bardzo podobało mi się zdanie o niszczeniu pacjentów tuż po wyprowadzeniu ich z mroku. 

Dziękuję. :D

Ale po co tworzyć symulację, która zawiera tak dużo niczego ciekawego?

O, nie zgadzam się! Gdybym był solipsystą (a niedużo mi brakuje, sol już mam, jeszcze tylko setka psów :) ) byłbym dumny z tego świata, który stworzyłem, moim zdaniem jest hiperciekawy :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Świat (w sensie planeta) tak, ale to wszystko dookoła? Martwe skały, kule wodoru, zimna pustka, zimniejsza pustak i bardzo, bardzo zimna pustka. A także tu i ówdzie jakiś niewidzialny czajniczek. Straszne marnotrawstwo zasobów. No chyba, że prawdziwie ciekawe rzeczy dzieją się gdzieś hen, za pustką, a my to tak tylko przy okazji.

Ależ tu, w tym wszechświecie dzieją się właśnie rzeczy arcyciekawe. Polecam książkę amerykańskiego astronoma Owena Gingericha “Boski Wszechświat”. Twierdzi on, że nasz wszechświat sprawia wrażenie wyjątkowo przyjaz­nego domu dla inteli­gentnego życia. Aby dojść do tego wniosku, przemierza historię Wszechświata niemal od początku, opowiadając, jak kosmiczna inflacja, która zaczęła się zaledwie 10^34 s. po Wielkim Wybuchu i trwała około 10^32 s. zdumiewająco dokładnie (do 59 miej­sca po przecinku!) dostroiła równowagę między grawitacyj­nym hamowaniem a ekspansją energii. Gdyby owo dostroje­nie było ciut mniej dokładne, Wszechświat nie mógłby wy­glądać jak wygląda. Zatem już wtedy decydowały się nasze losy? Potem prowadzi czytelnika po krainie nukleogenezy, obserwując misterne mechanizmy powstawania pierwiastków. Dowia­du­jemy się, że gdyby 6 podstawowych stałych fizycznych mia­ło nieznacznie inne wartości, inteligentne życie nie mo­głoby we Wszechświecie powstać. Takich fascynujących ciekawostek jest w tej z pozoru nieciekawej, martwej i zimnej krainie bez liku.

Straszne marnotrawstwo zasobów

Ta uwaga przypomniała mi pewien dowcip:

Pewien mężczyzna pyta Boga:

– Panie Boże, czy to prawda, że wieczność to dla Ciebie sekunda?

– Prawda synu.

– A czy to prawda, że milion złotych to dla Ciebie grosz?

– Prawda synu.

– Panie, podaruj mi ten grosz!

– Dobrze synu, poczekaj sekundę…

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Pewnie masz na myśli Husserla, ale solipsysty i tak nie przekonasz :)

Nie, to był ktoś współcześniejszy, z analityków… argh, moja pamięć jest źle poindeksowana :)

Straszne marnotrawstwo zasobów.

 

Skąd wiesz? Może to wszystko baza, a my jesteśmy nadbudową?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Straszne marnotrawstwo zasobów.

Jeśli dobrze pamiętam, taką myśl wyraził Carl Sagan w książce Kontakt:

„Jeżeli bylibyśmy sami we Wszechświecie to byłoby to straszne marnotrawstwo przestrzeni”

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Takie rozważania, że gdyby stałe były odrobineczkę inne, to nie powstałoby życie itd. kojarzą mi się z molami. Zapewne mogą twierdzić, że gdyby szafy były zbudowane z naftaliny albo zamykane hermetycznie, gdyby w domach panował siarczysty mróz, gdyby wszystkie ubrania były z plastiku… Popatrzcie, ile warunków trzeba było spełnić, żeby zapewnić molom godziwe warunki życia. Ciekawe, czy mole uważają, że jesteśmy bogami.

A tymczasem prawda jest inna – gdyby nie udomowienie owiec, mole nigdy by nie wyewoluowały. Może wtedy borykalibyśmy się z czymś, co żre skórę albo jedwab, albo nici hodowlanych pająków… Powstanie moli mogło być przypadkiem, a nie koniecznością dziejową.

Babska logika rządzi!

Mole żrą jedwab. To przerażające, co potrafią zeżreć.

Ale czy molowi filozofowie wymyślili zasadę molantropiczną… może. Mnie osobiście te rozważania wydają się chybione. Mamy do badania jeden świat, i on jest taki, a nie inny. Gdyby był inny, nie byłoby nas – takich, jakimi jesteśmy. Ale dlaczego nie mogliby być inni, inni, niż my – a rozumni i badający świat? Po prostu nie widzę, czego to ma dowieść.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ale które rozważania – te o molach czy wcześniejsze, antropocentryczne?

Hmmm, chyba już pora, żeby przeprosić za offtop.

Babska logika rządzi!

Ale to taki fajny offtop… Berylu, przepraszamy!

 

Poprę Finklę.

Gdyby owo dostrojenie było ciut mniej dokładne, Wszechświat nie mógłby wyglądać jak wygląda.

Ale mógłby wyglądać inaczej. Szansa na wygraną w lotka to 1 do 13 983 816. Ale jednak za każdym razem wypadają jakieś cyfry. Jasne, szansa, że zaistnieje akurat ten wszechświat wydaje się mała – ale kiedy już dojdzie do Wielkiego Wybuchu jakiś wszechświat powstanie na pewno. A jeżeli będzie to akurat taki, który pozwala na zaistnienie życia, to życie owo po jakimś czasie dziwić się będzie, jakim cudem mogło do tego dość.

A jeżeli dodać do tego warianty kosmologiczne, w których wszechświat powstaje i umiera cyklicznie….

Skąd wiesz? Może to wszystko baza, a my jesteśmy nadbudową?

W sensie – że to przestrzeń była celem, a my to tak przy okazji się załapaliśmy? Możliwe, czemu nie. Mogę sobie wyobrazić taki scenariusz. W zasadzie wydaje mi się on wręcz bardziej wiarygodny, niż wersja staruchowo-antropocentryczna. 

„Jeżeli bylibyśmy sami we Wszechświecie to byłoby to straszne marnotrawstwo przestrzeni”

Zakładając, że przestrzeń owa powstała w jakimś celu, że owemu powstaniu towarzyszył jakiś zamysł. Patrz wyżej. ;)

Ależ ja Ciebie przepraszałam. :-)

Beryl rzadko się wtrąca, jeśli Autor nie ma nic przeciwko offtopom.

Babska logika rządzi!

Ten autor rzadko ma coś przeciwko offtopom na tym portalu, bo tu offtopy zwykle są ciekawsze niż meritum. A przy okazji bardzo kształcące. Normalnie jak w przepisie, weź przygarść wykształconych ludzi o rozmaitych zainteresowaniach, dobrze wstrząśnij…

W sensie – że to przestrzeń była celem, a my to tak przy okazji się załapaliśmy?

Akurat nie to miałam na myśli – bazą, w sensie fundamentem. Tu akurat przyjęłam celowość świata, tylko wysunęłam przypuszczenie, że ta pusta przestrzeń jest potrzebna ze względu na nas.

Zakładając, że przestrzeń owa powstała w jakimś celu, że owemu powstaniu towarzyszył jakiś zamysł.

A tu pan None ma absolutną rację – takie założenie jest przyjęte implicite, ledwo je widać, ale jest.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

I znów na mnie będzie, że offtopy inicjuję :(

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tu akurat przyjęłam celowość świata, tylko wysunęłam przypuszczenie, że ta pusta przestrzeń jest potrzebna ze względu na nas.

Czyli nie tylko antropocentryzm, ale wręcz “mocny” antropocentryzm – świat jest, jaki jest specjalnie dla nas – jakkolwiek szeroko lub wąsko definiować “nas”. Jak dla mnie to wciąż marnowanie zasobów – byt, który jest stanie wygenerować cały wszechświat (lub jego symulację do poziomu kwantowego) powinien być raczej na tyle cwany, by wymyślić jakąś bardziej wydajną metodę, niż miliardy miliardów kilometrów sześciennych pustki na każdą żywą komórkę. 

A może nie ma innej metody? Cóż, stawiało by to pod znakiem zapytania wszechmoc owego twórcy. A wizja, że zostaliśmy stworzeni przez kogoś, kto ma jeszcze coś “nad sobą” (czy to jeszcze wyższy byt, czy to zasady, których nie może złamać) nie łechce już tak przyjemnie ego.

I znów na mnie będzie, że offtopy inicjuję :(

Całą winę biorę na siebie. Zresztą – nasz dyskusja podsunęła mi bardzo interesujący (moim subiektywnym zdaniem) pomysł na opowiadanie. Za co wszystkim zainteresowanym dziękuję.

Czyli nie tylko antropocentryzm, ale wręcz “mocny” antropocentryzm

Tak, właśnie. Ale pozostajemy w sferze… nawet nie hipotez. Luźnych pomysłów. Chociaż do tego nie mogę sobie rościć pretensji, wyczytałam go chyba u Lewisa.

powinien być raczej na tyle cwany, by wymyślić jakąś bardziej wydajną metodę

Aaa, i tu jest Canis familiaris zakopany. Innymi słowy, wykryłam założenie – zakładasz, że wydajność jest dla tego Bytu kryterium. Niekoniecznie. Zaraz, wróć – nie wiemy jeszcze, jaka wydajność. Oszczędność środków? A po co, skoro On mówi “stań się” – i rzeczy się stają. To samo dotyczy przestrzeni, jakbyśmy jej nie zdefiniowali. Maksymalizacja dobra? To pachnie utylitaryzmem, którego nie lubię, ale niechaj umieram w świetle. Przyznaję, że to możliwe. Maksymalizacja doświadczeń, które przeżyją stworzone istoty rozumne? Nie zaprzeczysz, że przy takim kryterium świat powinien być właśnie jak największy i najbardziej różnorodny.

Zresztą (dygresja!) w przyrodzie proste reguły często generują złożone układy (zob. fraktal).

A wizja, że zostaliśmy stworzeni przez kogoś, kto ma jeszcze coś “nad sobą” (czy to jeszcze wyższy byt, czy to zasady, których nie może złamać) nie łechce już tak przyjemnie ego.

Primo – a czemu? I secundo – właśnie idea, że tak ją nazwę, “uczciwego Boga”, tj. Stwórcy, który ustala zasady i się ich potem trzyma, jest podstawą naukowego badania świata. Bo jeśli wszystko zależy od kaprysu Isztar, to moje dzisiejsze doświadczenia jutro mogą już być nieaktualne.

Całą winę biorę na siebie.

E, tam :)

Zresztą – nasz dyskusja podsunęła mi bardzo interesujący (moim subiektywnym zdaniem) pomysł na opowiadanie.

(Kiedy ja to przeczytam, olaboga.)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dobry szort, a ci informatycy to jednak nie mają serca :D

Witaj, panno Stark. Informatycy, rzecz jasna, mają w miejsce serca procesor. Albo może kartę graficzną? W każdym razie coś krzemowego i kanciastego. ;)

 

Innymi słowy, wykryłam założenie – zakładasz, że wydajność jest dla tego Bytu kryterium.

Touche.

Ale zaczęliśmy od symulacji. A takim wypadku, żeby tworzyć symulację, potrzeba “czegoś”. Jakiegoś rodzaju komputera, mówiąc w uproszczeniu. Mocy obliczeniowej, energii, w każdym razie zasobów. Które zużywamy na generowanie pustki.

Primo – a czemu?

Bo w takim wypadku nie jesteśmy już pupilkami wszechmocnego stworzyciela, a dziełem kogoś mniej niż doskonałego (laboga!).

I secundo – właśnie idea, że tak ją nazwę, “uczciwego Boga”, tj. Stwórcy, który ustala zasady i się ich potem trzyma, jest podstawą naukowego badania świata.

O ile sam stworzył te zasady – tak. Ale jeżeli nie może ich złamać, to raczej nie stworzył ich, a zostały mu one narzucone, jak nam.

(Kiedy ja to przeczytam, olaboga.)

Kiedy ja to napiszę, aj waj.

Nie czuję się dobrze w offtopach, a temat bardzo mnie rajcuje, dlatego polecę jako “lekturę uzupełniającą” mój artykulik “Fizyka cudów” :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ciekawy pomysł. Może i nie najoryginalniejszy, ale jednak będący „głosem w dyskusji”, którą to dyskusję być może niedługo przyjdzie prowadzić. Od razu na wstępie odniosę się do głosów komentujących, którzy pytają dlaczego SI miało świadomość, że pracuje na symulacjach. No może właśnie dlatego, żeby traktowało to jako naukę i nie bało się, że błędna decyzja uczyni szkody – w końcu miała szukać optymalnych rozwiązań, a a w trybie leczenia „prawdziwych pacjentów” miałaby pewnie stosować już te metody, które okazały się skuteczne i bezpieczne.

 

A samo opowiadanie? Ciekawe odniesienie do miejsc, gdzie zderza się marketing, informatyka, zdrowie i próby połączenia empatii z wyrachowaniem – ciekawie pokazujesz, ze ludzie mogą oczekiwać jednego i drugiego jednocześnie.

 

Jeszcze jedna rzecz. Tytuł. Dobry, przewrotny. Nie wiem czy jego drugie dno i nawiązanie do “produktów identycznych z…” oraz “inspirowanych naturą” jest celowe, ale stanowi dodatkowy solidny element w opowiadaniu.

Ale zaczęliśmy od symulacji.

… touche.

Bo w takim wypadku nie jesteśmy już pupilkami wszechmocnego stworzyciela, a dziełem kogoś mniej niż doskonałego (laboga!).

Ekhm. Silmarilion. Historia powstania krasnoludów. Ekhm.

Ale jeżeli nie może ich złamać, to raczej nie stworzył ich, a zostały mu one narzucone, jak nam.

Móc, może – ale nie chce, i to jest ważne. Przynajmniej ja to tak rozumiem, ale filozofia Boga z Jego pozostającymi w równowadze atrybutami – to nie jest łatwy temat (ineffable, dear boy). Dodam tylko, że np. w islamie Allah jest bardziej wszechmocny, niż uczciwy i może mu się nagle odwidzieć

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Wyśminicie napisane i poprowadzone (dawkowanie informacji). Temat dla mnie nie jest nowy, gdyż w pewnym sensie blisko takich rzeczy/spraw jestem i wałkowałam tysiące razy, niemniej zawsze interesujący i wręcz napawa grozą. Tak było też tym razem. I szkolenie, i sieciowi, terapeuci i obniżanie empatii. Potrafisz ukrywać twisty i przemycać realne sprawy, dotąd jeszcze pamiętam śpiączkę oraz związać czytelnika z bohaterem – ze mną Ci się udaje – ciągle pamiętam „Uciec z Makau”. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Podba mi się pomysł, podoba się zestawienie cyfrowej empatii z bezdusznością korpo-wierchuszki chcącej czasowego dostarczenia produktu. Technicznie jest bardzo dobrze, tempo stałe, a zakończenie może nie wybrzmiewa eksplozją, ale na pewno mocno podkreśla całą treść. Tak więc szort na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za komentarz wilku! Tak, tytuł inspirowany “aromatem identycznym z naturalnym”.

Ekhm. Silmarilion. Historia powstania krasnoludów. Ekhm.

Ja wiem, klasyka fantastyki. Ale nie czytałem. I fani Tolkiena mogą mnie do woli opiekać nad kraterem Orodruiny, a i tak nie przeczytam.

Móc, może – ale nie chce, i to jest ważne.

Może może a nie chce, a może chce a nie może. :P A może całkiem go nie ma. Zapędzamy się.

 

Asylum – witaj! Cieszę się, że moje teksty trafiają w twój gust. Dziękuję ci pięknie z komentarz. :D

I fani Tolkiena mogą mnie do woli opiekać nad kraterem Orodruiny, a i tak nie przeczytam.

Dajcie mój widelec! :D W skrócie – Aule zrobił krasnoludów (bez skojarzeń!) bo nie mógł się doczekać przebudzenia elfów, ale wyszli nieautonomiczni. Ponieważ się pokajał, Iluvatar tchnął w krasnoludów prawdziwe życie (co tylko on może uczynić).

 

Może może a nie chce, a może chce a nie może. :P A może całkiem go nie ma. Zapędzamy się.

No, troszkę się zapędzamy. Ale to nie są rzeczy, które można wiedzieć.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Mocne, w dosadny sposób przedstawiłeś dylematy moralne dotyczące cierpienia istot wirtualnych, z którym możemy mieć do czynienia w przyszłości. Forma dialogu jest OK, może na dłuższą metę to byłoby trochę bardziej przytłaczające, ale na szorta jak znalazł.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Nowa Fantastyka