- Opowiadanie: Irka_Luz - Ucieczka z Zadupia

Ucieczka z Zadupia

Autor peł­ny­mi gar­ścia­mi czer­pał z do­rob­ku in­nych. Są w opku cy­ta­ty i na­wią­za­nia do fil­mów, ksią­żek pi­sa­rzy pol­skich i za­gra­nicz­nych, a także do tek­stów dwój­ki por­ta­lo­wi­czów. Autor zdaje sobie spra­wę, że na­le­ża­ło­by ich wszyst­kich ład­nie po­wy­mie­niać i tak też ma za­miar uczy­nić, re­zer­wu­je sobie na ten cel pierw­szy ko­men­tarz. Ma jed­nak na­dzie­ję, że czy­tel­ni­cy sami od­gad­ną au­to­rów i ty­tu­ły.

Czy to, co mu spod pióra wy­szło jest śmiesz­ne, autor nie po­tra­fi po­wie­dzieć. Oceń­cie sami. :)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Ucieczka z Zadupia

Dawno, dawno temu w od­le­głej spi­ral­nej ga­lak­ty­ce (którą miej­sco­wi zwali Smugą, a resz­ta Wszech­świa­ta po pro­stu Za­du­piem), na upstrzo­nej ka­my­ka­mi, ka­mie­nia­mi i ol­brzy­mi­mi gła­za­mi pla­ne­cie Yar­pen miesz­kał chło­piec imie­niem Glut. Zbli­ża­ły się jego dzie­sią­te uro­dzi­ny i miał otrzy­mać swój pierw­szy ochra­niacz z drew­na aj-aj, naj­tward­sze­go ma­te­ria­łu na pla­ne­cie, i wresz­cie wyjść poza bez­piecz­ne schro­nie­nie po­dwó­rek mia­sta.

To po­win­no być wspa­nia­łe wy­da­rze­nie, jego wiel­ki dzień. Tym­cza­sem Be­ka­ła, matka Gluta od mie­sią­ca po­pła­ki­wa­ła po ką­tach, a i oj­ciec minę miał nie­tę­gą i wo­dził za synem stro­ska­nym spoj­rze­niem. O ile matkę chło­pak po­tra­fił jesz­cze zro­zu­mieć, w końcu wszyst­kie baby beczą, kiedy dzie­ci wy­ry­wa­ją im się spod skrzy­deł, to do ojca miał żal ogrom­ny. Wie­dział bo­wiem, że Smark naj­chęt­niej wi­dział­by go na uni­wer­sy­te­cie, a na to Glut nie miał ocho­ty. Nie żeby nauka spra­wia­ła mu pro­ble­my, wręcz prze­ciw­nie, lubił się uczyć i wie­dza sama wska­ki­wa­ła mu do głowy, ale jak każdy dzie­ciak w jego wieku ma­rzył o przy­go­dach i nie­bez­pie­czeń­stwach. A gdzie mógł je spo­tkać, jeśli nie w głębi nie­ujarz­mio­nej pla­ne­ty. Fi­zy­ka i ma­te­ma­ty­ka były cie­ka­we, ale nudne w po­rów­na­niu z tym, co cze­ka­ło go w wiel­kim świe­cie. Dla­cze­góż tylko oj­ciec tego nie ro­zu­miał?

Za­miast więc try­skać nad­mia­rem ener­gii i nie­cier­pli­wie od­li­czać se­kun­dy do wy­cze­ki­wa­ne­go wy­da­rze­nia, Glut sie­dział mar­kot­ny na po­dwór­ku, raz po raz po­cią­ga­jąc nosem.

– Tata po­wi­nien być ze mnie dumny – żalił się Bar­bu­sio­wi, swo­je­mu przy­ja­cie­lo­wi i opie­ku­no­wi.

Ten jed­nak nie słu­chał. Stał na­pię­ty, ze zje­żo­ną sier­ścią i kiwał ner­wo­wo ogo­nem.

– Do tyłu! – miauk­nął roz­ka­zu­ją­co.

Glut bez wa­ha­nia fik­nął dwa ko­zioł­ki. Uła­mek se­kun­dy póź­niej, w miej­scu, gdzie wcze­śniej sie­dział, wy­sko­czył spod ziemi spo­rej wiel­ko­ści kwar­cyt.

– Na prawo! – wrza­snął Bar­buś i Glut na­tych­miast po­to­czył się we wska­za­nym kie­run­ku.

Przez kilka minut chło­piec i kot tur­la­li się, bie­ga­li, fi­ka­li i prze­ska­ki­wa­li, umy­ka­jąc przed wy­la­tu­ją­cy­mi znie­nac­ka ka­mie­nia­mi. Wresz­cie Bar­buś uspo­ko­ił się i za­czął wy­li­zy­wać zmierz­wio­ne fu­ter­ko. Chło­pak nie mógł sobie po­zwo­lić na od­po­czy­nek, na­tych­miast za­brał się do zbie­ra­nia ka­mie­ni i ukle­py­wa­nia grun­tu.

 

₪₪₪

 

Jeśli Wszech­świat to ro­sną­ca w pie­kar­ni­ku babka, a ga­lak­ty­ki – garść wrzu­co­nych do niej ro­dzy­nek, to Za­du­pie było tą ro­dzyn­ką, która nieco wy­sta­je z cia­sta. Takie usy­tu­owa­nie miało okre­ślo­ne kon­se­kwen­cje: ga­lak­ty­ka ledwo trzy­ma­ła się kupy, a prawa fi­zy­ki stale w niej za­wo­dzi­ły. Pul­sa­ry gu­bi­ły rytm, gwiaz­dy zmie­nia­ły się w czer­wo­ne karły wcze­śniej, niż wy­ni­ka­ło­by to z ich za­so­bów pa­li­wo­wych. Jed­nak naj­więk­sze fochy stro­iła gra­wi­ta­cja, i to za­rów­no w skali ga­lak­tycz­nej jak i glo­bal­nej. Na Yar­pe­nie co pe­wien czas zwy­czaj­nie jej od­bi­ja­ło i za­miast przy­cią­gać, od­py­cha­ła, choć tylko ma­te­rię nie­oży­wio­ną.

Wszyst­kie ka­mie­nie za­czy­na­ły ni z tego, ni z owego le­wi­to­wać, a le­cia­ły w górę z taką samą pręd­ko­ścią, z jaką nor­mal­nie spa­da­ły. Oba ro­zum­ne ga­tun­ki za­miesz­ku­ją­ce Yar­pen (to jest koty i lu­dzie) przy­sto­so­wa­ły się do tych trud­nych wa­run­ków. Żyły w mia­stach, które były wi­ją­cą się przez wiele ki­lo­me­trów wstąż­ką bu­dyn­ków z po­dwór­ka­mi, peł­nią­cy­mi jed­no­cze­śnie funk­cję ciągu ko­mu­ni­ka­cyj­ne­go. Każda ro­dzi­na i in­sty­tu­cja miała obo­wią­zek dbać, aby na jej dzie­dziń­cu nie leżał nawet naj­mniej­szy oto­czak. W ten spo­sób po­dwór­ka stały się w miarę bez­piecz­ny­mi miej­sca­mi, bo ka­mie­ni wy­ska­ku­ją­cych spod ziemi dużo ła­twiej było uni­kać. Tym bar­dziej, że koty po­sia­da­ły – jak wszy­scy ich ku­zy­ni w całym Wszech­świe­cie – szó­sty zmysł, dzię­ki któ­re­mu prze­czu­wa­ły, że gra­wi­ta­cja zaraz ze­świ­ru­je i na do­da­tek wie­dzia­ły, gdzie wy­sko­czy jakiś kal­cyt czy ka­wa­łek ba­zal­tu. Nie­ste­ty, spo­łe­czeń­stwo Yar­pe­nu, mimo iż tech­no­lo­gicz­nie znaj­do­wa­ło się na nie­złym po­zio­mie, or­ga­ni­za­cyj­nie po­zo­sta­wa­ło na eta­pie zbie­rac­twa i ło­wiec­twa. Lu­dzie mu­sie­li więc opusz­czać mia­sto w po­szu­ki­wa­niu żyw­no­ści. I wła­śnie do grupy męż­czyzn, któ­rzy tym się zaj­mo­wa­li, chciał do­łą­czyć Glut.

 

₪₪₪

Wtrą­ce­nie nar­ra­tor­ki: No tak, nic dziw­ne­go, że mieli takie po­rą­ba­ne po­czu­cie hu­mo­ru. Te ich imio­na… I nie py­taj­cie nawet czego smugą była ich ga­lak­ty­ka. Wła­ści­wie je­dy­nym plu­sem Za­du­pia był fakt, że w razie Wiel­kie­go Ko­lap­su, nie­szkań­cy Yar­pen nie zdą­ży­li­by się nawet zo­rien­to­wać, co się dzie­je, nie mó­wiąc już o wy­krzy­cze­niu swo­ich emo­cji. Nie wy­ro­bi­li­by nawet z „O!”. Dla po­rów­na­nia, miesz­kań­cy TEJ ga­lak­ty­ki mie­li­by czas wrza­snąć: „O, kurwa!”, a ro­da­cy nar­ra­tor­ki: „O, kurwa! W mor”.

₪₪₪

 

Przy­ja­cie­le od­po­czy­wa­li po ataku ka­mie­ni. Chło­piec znowu po­grą­żył się w czar­nych my­ślach.

– Mrrrr, nie martw się. Może Smark wo­lał­by, żebyś wy­brał ina­czej, ale ak­cep­tu­je twoją de­cy­zję i nie na­ci­ska na cie­bie – mru­czał kot, ocie­ra­jąc się o nogi Gluta. – Poza tym nie za­po­mi­naj o jego wy­pad­ku – dodał.

No tak, chło­piec do­sko­na­le pa­mię­tał ten dzień. Miał trzy lata i bawił się z Bar­bu­siem na po­dwór­ku, kiedy dwóch są­sia­dów wnio­sło nosze, na któ­rych leżał zwi­nię­ty w kłę­bek oj­ciec. Ostroż­nie po­ło­ży­li je na ziemi, a Smark po­pi­ski­wał cie­niut­ko. Z domu wy­bie­gła Be­ka­ła i uklę­kła z pła­czem przy mężu. Męż­czyź­ni nie­pew­nie prze­stę­po­wa­li z nogi na nogę.

– To był wy­jąt­ko­wo ma­syw­ny su­kin­syn i ochra­niacz nie wy­trzy­mał – wy­ja­śnił jeden z nich.

Oj­ciec wy­do­brzał po kilku dniach, ale w życiu ro­dzi­ny Gluta coś się zmie­ni­ło, a na do­da­tek inne dzie­cia­ki śmia­ły się z chłop­ca i żar­to­wa­ły, że to przez wy­pa­dek ojca jest je­dy­na­kiem.

Chło­pak otrzą­snął się ze wspo­mnień.

– My­ślisz, że to tylko dla­te­go? – za­py­tał.

– Jasne – od­parł kot. – Po­drap mnie za uchem. Strasz­nie swę­dzi, a nie mogę do­się­gnąć – po­pro­sił.

Glut po­mógł przy­ja­cie­lo­wi, a Bar­buś za­mru­czał z ukon­ten­to­wa­niem.

 

₪₪₪

 

W dzień swo­ich dzie­sią­tych uro­dzin Glut rze­czy­wi­ście do­stał wy­ma­rzo­ny ochra­niacz i wy­ru­szył z łow­ca­mi na po­lo­wa­nie. I wy­ru­szał tak każ­de­go ko­lej­ne­go dnia. Wy­pra­wy szyb­ko stra­ci­ły swoją atrak­cyj­ność, oka­za­ły się nudną, mę­czą­cą ha­rów­ką, nie ma­ją­cą nic wspól­ne­go z przy­go­dą, ale mło­dzień­cza duma nie po­zwa­la­ła Glu­to­wi się pod­dać i wró­cić do szko­ły. Poza tym wciąż ma­rzył, że któ­re­goś dnia zda­rzy się coś nie­zwy­kłe­go. Po­grą­żo­ny w snu­ciu sce­na­riu­szy fan­ta­stycz­nych zda­rzeń, które wy­rwa­ły­by go z ma­ra­zmu, prze­mie­rzał wraz z Bar­bu­siem rów­ni­nę, tro­pem ja­kie­goś zwie­rzę­cia.

– A to co? – miauk­nął py­ta­ją­co kot, spro­wa­dza­jąc go na zie­mię.

Przed nimi leżał ogrom­ny me­ta­lo­wy ta­lerz z wy­sta­ją­cy­mi na wszyst­kie stro­ny wy­się­gni­ka­mi.

– A niech mnie…! – wy­krzyk­nął Glut.

Obe­szli zna­le­zi­sko do­oko­ła. Z tyłu do ta­le­rza przy­twier­dzo­ny był dzie­wię­cio­bocz­ny pier­ścień, ota­cza­ją­cy jakiś zbior­nik.

– Może fi­zy­kom coś ucie­kło? – za­sta­na­wiał się chło­pak.

– Nie, o czymś takim by­ło­by gło­śno – za­opo­no­wał Bar­buś. – Poza tym to nie nasze – dodał, wspi­na­jąc się na tylne łapy i usi­łu­jąc do­się­gnąć na­ma­lo­wa­ne­go na ka­dłu­bie znacz­ka z gwiazd­ka­mi i pa­ska­mi.

Oczy chłop­ca roz­sze­rzy­ły się i nagle za­bra­kło mu tchu, zro­zu­miał bo­wiem zna­cze­nie tego, co zna­lazł.

– Sta­tek ko­smicz­ny! Na na­szej pla­ne­cie wy­lą­do­wa­li Obcy! – krzy­czał pod­eks­cy­to­wa­ny.

To było wła­śnie to, na co cze­kał przez całe życie. Przy­go­da! Spek­ta­ku­lar­ne od­kry­cie! Naj­więk­sze, jakie może być, Glut wła­śnie udo­wod­nił, że miesz­kań­cy Yar­pen nie są w ko­smo­sie sami. Wy­rwał zza pasa ra­kiet­ni­cę, drżą­cy­mi rę­ka­mi za­ła­do­wał nabój i wy­strze­lił. Fio­le­to­wa smuga po­mknę­ła w bez­chmur­ne niebo, ob­wiesz­cza­jąc wszem i wobec, że oto na Yar­pe­nie roz­po­czę­ła się nowa era.

 

₪₪₪

 

Prze­trans­por­to­wa­nie zna­le­zi­ska do In­sty­tu­tu Fi­zy­ki oka­za­ło się nie lada przed­się­wzię­ciem. Naj­pierw sta­tek ob­sia­dły koty, chro­niąc go w ten spo­sób przed sza­leń­stwa­mi gra­wi­ta­cji. Na­stęp­nie na­ukow­cy po­śpiesz­nie skon­stru­owa­li spe­cjal­ną plat­for­mę na ko­łach, na któ­rej z nie­ma­łym tru­dem umie­ści­li po­jazd i za­cią­gnę­li do mia­sta. Glut ani na chwi­lę nie opu­ścił swego skar­bu, a nawet zło­żył po­da­nie o przy­ję­cie do in­sty­tu­tu. Na­ukow­cy po­cząt­ko­wo sar­ka­li z nie­za­do­wo­le­niem, ale chło­pak chło­nął wie­dzę w tak eks­pre­so­wym tem­pie, że w końcu dali za wy­gra­ną i ła­ska­wie ze­zwo­li­li mu na udział w ba­da­niach.

Naj­tęż­sze głowy Yar­pe­nu ze­bra­ły się, by zba­dać sta­tek, czy też ra­czej jak się szyb­ko oka­za­ło, bez­za­ło­go­wą sondę. Mieli szczę­ście, bo po­jazd był w wy­jąt­ko­wo do­brym sta­nie.

– Mu­siał mieć już bar­dzo małą pręd­kość, a za­wi­ro­wa­nia gra­wi­ta­cyj­ne na­szej pla­ne­ty do­dat­ko­wo go spo­wol­ni­ły, w prze­ciw­nym razie spło­nął­by pod­czas wej­ścia w at­mos­fe­rę – tłu­ma­czył Glu­to­wi pro­fe­sor Pier­dziel.

Część in­stru­men­tów, przy­mo­co­wa­nych do wy­się­gni­ków sondy, była uczo­nym znana, prze­zna­cze­nia in­nych mu­sie­li do­cie­kać. Nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, że dar ko­smi­tów za­pew­nił im ma­te­riał do badań na całe de­ka­dy. Naj­więk­szą sen­sa­cję wzbu­dzi­ła jed­nak płyta, przy­cze­pio­na do jed­ne­go z boków ka­dłu­ba, na któ­rej zna­la­zły się ob­ra­zy i dźwię­ki z pla­ne­ty, która wy­sła­ła po­jazd w prze­strzeń ko­smicz­ną. Cała spo­łecz­ność Yar­pe­nu wpa­dła w eu­fo­rię, gdy od­kry­ła, że gdzieś tam we Wszech­świe­cie, od­da­lo­ne o mi­lio­ny lat świetl­nych, żyją isto­ty, które wy­glą­da­ją do­kład­nie tak, jak miesz­kań­cy Yar­pen. A jakie mają wspa­nia­łe, wiel­kie mia­sta! I te ich dziw­ne pusz­ki na ko­łach, czyż­by słu­ży­ły do prze­miesz­cza­nia się?  

Mal­kon­ten­tów było nie­wie­lu. Tylko pro­fe­sor Smród z In­sty­tu­tu Che­mii był nie­za­do­wo­lo­ny.

– Czy to ma być fos­for? Czemu u licha jest tu sześć elek­tro­nów, po­win­no być pięć. Nie­uki cho­ler­ne! – ma­ru­dził zdu­mio­ny błę­dem w prze­ka­zie z ko­smo­su.

No tak, nie­za­do­wo­lo­na była też kocia spo­łecz­ność, bo skoro są lu­dzie, to po­win­ny być i koty, a żad­ne­go na ob­raz­kach nie było.

 

₪₪₪

In­fo­dump of­fto­po­wy nar­ra­tor­ki. Po­jazd, który wy­lą­do­wał na Yar­pe­nie po­cho­dził z Ziemi (a przy­naj­mniej lin­gwi­ści, któ­rzy ba­da­li płytę, uwa­ża­ją, że miesz­kań­cy pla­ne­ty wła­śnie tak ją na­zwa­li). Nie­któ­rzy twier­dzą, że Zie­mia­nie wy­sła­li w prze­strzeń ko­smicz­ną sześć ta­kich sond, a jedna z nich wy­ewo­lu­owa­ła, zy­ska­ła świa­do­mość i teraz krąży po Wszech­świe­cie, szu­ka­jąc swo­je­go kon­struk­to­ra i wy­kań­cza­jąc po dro­dze wszel­kie „wę­glo­we isto­ty” na jakie trafi. Tę opo­wieść na­le­ży jed­nak wło­żyć mię­dzy bajki. Usta­li­li­śmy ponad wszel­ką wąt­pli­wość, że były dwie sondy. Ta druga zo­sta­ła prze­chwy­co­na przez pa­trol z ro­dzi­mej pla­ne­ty nar­ra­tor­ki. Oczy­wi­ście na­tych­miast wy­sła­li­śmy w kie­run­ku Ziemi ekipę ba­daw­czą, nie­ste­ty, zanim nasz sta­tek tam do­tarł, pla­ne­ta zo­sta­ła uni­ce­stwio­na przez Vo­go­nów, pod­czas bu­do­wy Wiel­kie­go Szla­ku Trans­ga­lak­tycz­ne­go.

Przy oka­zji nar­ra­tor­ka chce po raz ko­lej­ny zde­men­to­wać in­for­ma­cję, ja­ko­by jacyś osob­ni­cy zdo­ła­li uciec z Ziemi tuż przed jej roz­wa­le­niem. Praw­do­po­dob­nie ktoś spo­tkał nas, albo in­nych przed­sta­wi­cie­li na­sze­go ga­tun­ku (w końcu ewo­lu­cja upodo­ba­ła sobie nasz wzo­rzec i po­wie­la go w całym Wszech­świe­cie) i stąd się wzię­ły plot­ki.

O Ziemi wiemy więc tylko tyle, ile jej miesz­kań­cy ze­chcie­li nam prze­ka­zać. A ich prze­sła­nie jest mocno nie­ja­sne. Z jed­nej stro­ny są na owej pły­cie po­zdro­wie­nia w wielu róż­nych ję­zy­kach, a jak po­ka­zu­je do­świad­cze­nie tam, gdzie jakiś ga­tu­nek dzie­li się, na przy­kład ze wzglę­du na mowę, za­wsze do­cho­dzi do aktów agre­sji. Tym­cza­sem ob­ra­zy, któ­ry­mi miesz­kań­cy Ziemi się z nami po­dzie­li­li są wręcz siel­skie i nie ma w nich nic wo­jow­ni­cze­go. Kim więc byli i co nimi kie­ro­wa­ło, gdy zde­cy­do­wa­li się wy­słać swoją wia­do­mość w ko­smos. Po­czci­wość? Chcie­li po­wie­dzieć: pa­trz­cie, jacy je­ste­śmy do­brzy i spo­koj­ni. Po cóż się tak chwa­lić? Czy nie wie­dzie­li, że Wszech­świat nie jest miej­scem wy­mar­łym, tylko peł­nym życia, wręcz prze­peł­nio­nym, że to ciem­ny las, w któ­rym każdy po­lu­je na każ­de­go? Czy wręcz prze­ciw­nie, byli wy­ra­cho­wa­ni, wie­dzie­li i chcie­li zwa­bić do sie­bie, by ła­twiej było prze­ciw­ni­ka po­ko­nać? Ale cóż może ga­tu­nek, który nie wy­ściu­bił nosa poza wła­sny księ­życ? Nigdy się już tego nie do­wie­my. Nar­ra­tor­ka jest jed­nak nie­mal pewna, że miesz­kań­cy Ziemi po­ka­za­li nam bar­dziej to, czym chcie­li być, a nie po­tra­fi­li, swego ro­dza­ju dziu­rę mię­dzy ide­ała­mi a ich re­ali­za­cją.

Po­zo­sta­je jesz­cze py­ta­nie, jak ziem­ska sonda tra­fi­ła na Yar­pen. Nie mamy po­ję­cia! Nasza po­dróż ku zro­zu­mie­niu Wszech­świa­ta jesz­cze długo się nie skoń­czy, bo wciąż nie­wie­le wiemy o rzą­dzą­cych nim pra­wach. I pew­nie od­po­wie­dzial­na jest  jakaś siła, któ­rej jesz­cze nie znamy. Oczy­wi­ści teo­rii na temat losów sondy jest wiele. Jedni mówią, że tra­fi­ła w tunel cza­so­prze­strzen­ny, stwo­rzo­ny przez jakąś starą, dawno wy­mar­łą cy­wi­li­za­cję. Inni twier­dzą, że za­wę­dro­wa­ła do TEJ ga­lak­ty­ki i znisz­cze­nie Al­de­ra­anu przez Gwiaz­dę Śmier­ci dało jej ta­kie­go kopa, że po­le­cia­ła aż na kra­niec Wszech­świa­ta. Cóż, udo­wod­nić się tego w żaden spo­sób nie da.

₪₪₪

 

Glut nie wy­cho­dził wię­cej poza po­dwór­ka, po­zo­stał na uczel­ni i od­krył, że jest szczę­śli­wy, za­głę­bia­jąc taj­ni­ki wie­dzy. Aby stać się peł­no­praw­nym człon­kiem na­uko­we­go grona, mu­siał jesz­cze spoj­rzeć w niebo przez ogrom­ny te­le­skop, wy­bu­do­wa­ny na jed­nym z koń­ców nitki mia­sta. Była to swego ro­dza­ju ini­cja­cja dla ja­jo­gło­wych. Cho­dzi­ły słu­chy, że rzecz jest rów­nie nie­bez­piecz­na, jak praca łow­ców i zbie­ra­czy, usta­wio­ny bo­wiem pod pew­nym kątem te­le­skop uka­zy­wał pust­kę, a spoj­rze­nie w nią przy­pra­wia­ło nie­któ­rych o sza­leń­stwo.

Pew­nej nocy i Glut miał się zmie­rzyć z tym wy­zwa­niem. Przy­był do ob­ser­wa­to­rium wraz za Bar­bu­siem i był zde­ner­wo­wa­ny jak nigdy wcze­śniej. Cze­ka­ła na niego pro­fe­sor Sraj­ka.

– I jak, go­to­wy? – za­py­ta­ła.

Bez słowa kiw­nął głową, pod­szedł i spoj­rzał w oku­lar.

Trud­no opi­sać pust­kę, wbrew po­zo­rom nie jest ona ni­czym, ale ra­czej zbio­rem wszyst­kich moż­li­wo­ści, wszyst­kie­go, co mo­gło­by po­wstać, gdyby za­ist­nia­ły sprzy­ja­ją­ce ku temu oko­licz­no­ści, cała po­ten­cjal­na przy­szłość nie­zli­czo­nej licz­by oso­bli­wo­ści wi­dzia­na jed­no­cze­śnie. Jakby jakiś sza­lo­ny de­miurg chciał po­ka­zać, co po­tra­fi. Nic dziw­ne­go, że lu­dziom od­bi­ja­ło.

Kiedy Glut ode­rwał się od te­le­sko­pu, oczy mu lśni­ły, a na usta wy­pełzł uśmiech szczę­ścia.

– I co? – spy­ta­ła lekko zdu­mio­na Sraj­ka.

– To było pięk­ne – od­parł roz­ma­rzo­ny Glut.

– Eeee… – wy­ją­ka­ła tylko, bo ode­bra­ło jej mowę.

Pro­fe­sor przy­po­mnia­ła sobie dzień, w któ­rym sama spoj­rza­ła w pust­kę. Było to naj­gor­sze do­zna­nie w jej życiu, trzy dni do­cho­dzi­ła do sie­bie.

– Bar­buś, chodź, mu­sisz to ko­niecz­nie zo­ba­czyć! – za­wo­łał przy­ja­cie­la.

Koty były isto­ta­mi ro­zum­ny­mi, słu­ży­ły spo­łecz­no­ści prze­wi­du­jąc sza­leń­stwa gra­wi­ta­cji, poza tym były do­bry­mi słu­cha­czy­mi i jakoś tak po pro­stu ła­go­dzi­ły oby­cza­je. I te role w zu­peł­no­ści im wy­star­cza­ły, nie miały am­bi­cji od­kry­wa­nia ta­jem­nic Wszech­świa­ta. W grun­cie rze­czy były zwy­czaj­nie le­ni­we. Dla­te­go też żaden kot nie uczest­ni­czył ak­tyw­nie w ba­da­niach na­uko­wych, a tym bar­dziej nie był cie­kaw pust­ki.

Bar­buś jed­nak bar­dzo lubił Gluta, a przy tym za­cie­ka­wi­ła go re­ak­cja chłop­ca i w końcu dał się na­mó­wić do zer­k­nię­cia w nocne niebo. Spoj­rzał, sierść mu się zje­ży­ła i do­stał ataku szału.

– Miau­au­aua – roz­darł się i za­czął jak sza­lo­ny bie­gać po całym ob­ser­wa­to­rium.

Uspo­ko­ił się do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li. Naj­pierw do­kład­nie wy­li­zał fu­ter­ko a potem spoj­rzał na ludzi.

– Czy wy na­praw­dę nie ro­zu­mie­cie kon­se­kwen­cji tego, na co pa­trzy­cie? – za­py­tał. – Prze­cież ta ga­lak­ty­ka musi się roz­paść, a wtedy wszy­scy zgi­nie­my! – Na dowód swo­ich racji wy­miau­czał sto­sow­ne rów­na­nie ma­te­ma­tycz­ne.

Sraj­ka i Glut pa­trzy­li na niego onie­mia­li. Pro­fe­sor chwy­ci­ła zaraz dłu­go­pis i za­pi­sa­ła ob­li­cze­nia Bar­bu­sia. Spraw­dzi­ła kilka razy, wszyst­ko się zga­dza­ło. Ludz­kość i kot­kość miały przed sobą jesz­cze – w naj­lep­szym razie – dwie­ście lat, a póź­niej Smuga roz­pad­nie się z hu­kiem i trza­skiem. I znów ze­bra­ły się naj­tęż­sze umy­sły Yar­pe­nu, choć tym razem do­łą­czy­li do nich przed­sta­wi­cie­le ko­ciej spo­łecz­no­ści, by ra­dzić nad roz­wią­za­niem pro­ble­mu. Wcią­gnąć ga­lak­ty­ki do cia­sta Wszech­świa­ta nie­ste­ty nie mogli, je­dy­nym wyj­ściem po­zo­sta­ła więc uciecz­ka. To ozna­cza­ło bu­do­wę po­ko­le­nio­wych stat­ków ko­smicz­nych, któ­ry­mi Yar­pe­nia­nie ruszą na po­szu­ki­wa­nie lep­sze­go miej­sca do życia. Było to moż­li­we, gdyż licz­ba miesz­kań­ców pla­ne­ty nigdy nie prze­kro­czy­ła stu ty­się­cy ludzi i dwu­stu ty­się­cy kotów.

Co praw­da spo­łecz­ność Yar­pe­nu miała do tej pory inne pro­ble­my i loty ko­smicz­ne nie znaj­do­wa­ły się na czele jej listy rze­czy do zro­bie­nia, a co za tym idzie nie miała do­świad­cze­nia w tej ma­te­rii. Miała jed­nak sondę…

 

₪₪₪

Of­ftop nar­ra­tor­ki: Praw­dę mó­wiąc Wszech­świat już dawno za­po­mniał­by o Ziemi i jej miesz­kań­cach, gdyby nie mi­mo­wol­ny ich udział w exo­du­sie z Yar­pen.

₪₪₪

 

Były też koty, które oka­za­ły się dużo in­te­li­gent­niej­sze i bar­dziej twór­cze niż lu­dzie. Wspól­ny­mi si­ła­mi lu­dzie i koty osią­gne­li cel. Sto dwa­dzie­ścia dwa lata po lą­do­wa­niu sondy na Yar­pe­nie, miesz­kań­cy pla­ne­ty ru­szy­li w ko­smos na dwóch po­tęż­nych stat­kach. Zdą­ży­li w ostat­nim mo­men­cie. Le­d­wie bo­wiem wle­cie­li w prze­strzeń mię­dzy­ga­lak­tycz­ną i od­da­li­li od Za­du­pia na bez­piecz­ną od­le­głość, ga­lak­ty­ka roz­pa­dła się.

Glut i Bar­buś nie do­ży­li oczy­wi­ście tej chwi­li, na stat­kach zna­la­zły się ich wnuki i pra­wnu­ki. Yar­pe­nia­nie nie za­po­mnie­li jed­nak o za­słu­gach tej dwój­ki i przed od­lo­tem wy­ku­li ich wi­ze­run­ki w skale na jed­nej z naj­wyż­szych gór.

Ucie­ki­nie­rzy zna­leź­li w końcu pla­ne­tę, która nada­wa­ła się do za­miesz­ka­nia, osie­dli­li się na niej i żyją tam do dziś. Jak zdo­ła­li prze­trwać we Wszech­świe­cie, w któ­rym każdy po­lu­je na każ­de­go? Cóż, koty oka­za­ły się nie tylko do­sko­na­ły­mi kon­struk­to­ra­mi, ale też ge­nial­ny­mi i wzbu­dza­ją­cy­mi po­wszech­ny re­spekt stra­te­ga­mi.

 

Koniec

Komentarze

Miejsce na autorów wykorzystanych w tekście utworów

Przeczytane. Widzę jaki miałaś pomysł. Nawet fajny ale…

Będąc upierdliwcem nadal się upieram, że jak coś tagować, to oszczędnie i z wyczuciem. Gatunek, to raczej “inne” (ewentualnie fantasy), bo z nauką tu krucho. Proponowane dodatkowe tagi: bajka, funfiction.

Domyślam się, że imiona/nazwy bohaterów miały śmieszyć. Mnie nie śmieszyły a nawet trochę denerwowały podczas czytania.

Jeśli mówić coś o skojarzeniach, to mam dwa. Pierwsze – trochę, nieco, odrobinę przypomniało mi “Bajki robotów” – ale zdecydowanie jeszcze nie ten poziom (na poziom masz jeszcze czas, bo jesteś, jak się domyślam młodą osobą, więc się nie zrażaj). Drugie – gadające koty (brr) jak wypisz, wymaluj zwierzaki w “Alicji w krainie czarów”.

Częściowo zbędne infodumpy i czy trzeba je sygnalizować? Uważam (i będę bronił swojego zdania), że piszą (lub starają się pisać) ludzie inteligentni, którzy chcą się jakoś wyrazić, przekazać myśli, pomysły. Ten portal, poprzez zamieszczane teksty i wypowiedzi w komentarzach utwierdza mnie w tym przekonaniu. Nie przejmuj się też krytyką innych (w szczególności moją) ale wczytuj się w komentarze, żeby poprawiać swój warsztat i z każdym popełnionym tekstem być lepszą w pisaniu.

Reasumując moje nikczemne wywody – opowiadanie lekkie, z ciekawym pomysłem ale tu i ówdzie należałoby coś dokręcić, coś doszlifować…

Życzę wszystkiego dobrego.

No cóż, Anonimie, opowiadanie nie usatysfakcjonowało i nie rozbawiło. A ponieważ poczułam się zdegustowana imieniem już pierwszego bohatera, że o pozostałych nie wspomnę, nawet nie starałam się doszukiwać jakichkolwiek powiązań Twojej Ucieczki z Zadupia z dziełami innych twórców.

 

aby na jej dziedzińcu nie leżał nawet najmniejszy otoczak. –> Otoczaki pochodzą z potoków i rzek, nie spod ziemi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bo to był otoczak z podziemnej rzeki ;)

To wtedy i woda chlustałaby z kamieniami. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ups

 

Domyślam się, że imiona/nazwy bohaterów miały śmieszyć. Mnie nie śmieszyły a nawet trochę denerwowały podczas czytania.

Nie, imiona nie miały śmieszyć. Poniekąd to wina autora, gdyby od razu, jak Pan Bóg przykazał, pokazał skąd mu się wzięły pomysły, być może odbiór byłby inny. Glut i Barbuś pojawili się przelotnie na portalu, a autor postanowił ich wykorzystać. Reszta imion jest tylko dopasowana do głównego bohatera.

Zresztą zajrzyjcie tutaj, może zamierzenie autora stanie się bardziej zrozumiałe:

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842788

 

Zajrzałam. Nie stało się. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Różne rzeczy z ziemi wyskakują. Marchewki, buraki, grzyby, więc dlaczego nie kamienie. A słyszałem też o kamieniu z którego tryskała woda ;) Droga Anonimko, ja wraz z Reg jedynie napisaliśmy, że imiona są do bani (ocena subiektywna). Nie wnikamy w źródła inspiracji.

Przeczytałem. Może to przesyt tekstami konkursowymi, ale nie urzekło.

Nie znaczy to, że tekst jest zły. Powiedziałbym, ze to przyzwoity średniak. Sprawnie operujesz językiem, umiesz pisać dialogi, tu i ówdzie błysnął przyzwoity humor. Przeczytałem bez większej przykrości.

Z wad – wspomniane już imiona, które zwyczajnie nie pasują do nastroju opowiadania. Nawiązania do innych dzieł literatury bardziej szkodzą niż pomagają, bo tworzą wrażenie odtwórczości tekstu. Jednak przede wszystkim przeszkadzała mi rozwodniona, pretekstowa fabuła – niby jest tu jakaś historia, ale było jej za mało, by utrzymać moje zainteresowanie. Gdyby skrócić ten tekst, wyciąć trochę ozdobników, zredukować wtręty narratorki, które jak sądzę miały naśladować “Autostopem przez galaktykę”, a które w mojej opinii nie są temu opowiadaniu potrzebne, czytałoby się przyjemniej.

Ach – no i jako stary maruda nie mogę nie narzekać na to, że cywilizacja łowców-zbieraczy i to zdolnych do inżynierii na poziomie kosmicznym nijak mi nie pasuje.

Stanę w poprzek. Moim zdaniem przesadzacie. Nie jest złe. Poprawnie zapisane, z pomysłem na całość, choć konstrukcja może się nie podobać, a w dodatku, narasta zmęczenie funem. 

Dzisiaj przeczytałam, że pisarze, autorzy są pesymistami, chociaż nie wyklucza to bycia osobą pogodna i śmiania się, czasem do rozpuku.

Anonimie:), moim zdaniem nie jest złe. Wiem przez negację piszę, ale daj chwilę, muszę się rozkręcić. 

Zaczniemy od niedobrego – imiona mnie też zatrzymały, chociaż pasują jak diabli do Zadupia, więc głośno sarkać przestałam, przeklinałam po cichu, przy czym Glut i Barbuś jest jeszcze ok, potem poleciałeś.

Na plus: 

* Zadupie i światłotworzenie, czyli zamknięcie w podwórzach, buchające z ziemi kamienie, koty z prekognicją, które uzyskują przynależne im miejsce w świecie ludzi

* relacja kota z chłopcem

* Yarpen i fabuła ok

 

No i teraz najtrudniejsze, czyli infodumpy i właściwe opowiadanie. I jedno, i drugie ma rację bytu, lecz chyba razem nie grają tak, jak zamierzałeś. Ja niestety nie znalazłam żadnych odniesień, nie potrafiłabym wskazać żadnego autora, tekstu. Nie jestem specjalnie oczytana w fantastyce (tak ogólnie, nie dzieląc ja na żadne kategorie), więc po prostu pomyślałam sobie – ok, pewnie to jakieś nowości, których nie znam, opowiadania z forum, których nie czytałam. Mało osób jeszcze skomentowało, więc dalej nie mam pewności, lecz zaczynam myśleć, że może jednak zbyt hermetyczne.

Taki pomysł mogłyby zagrać, gdyby skojarzenia były wprost, nie ślady, które zostawia wytrawny Winnetou, a za nim podąża człowiek z miasta. Jednak, żeby nie było – wtrącenia narratorki/a są dobre, znaczy ciekawe i treściwe.

Pzd srd:)a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Autorowi wydawało się, że z imieniem Glut da się coś zrobić, najwyraźniej jednak się nie da.

 

Asylum, dziękuję za ten komentarz, uchroniłaś autora przed potężnym dołkiem. Co do tropów zostawianych przez Winetou, autor nie czuje się znawcą fantastyki, wręcz przeciwnie, wie, że ma spore tyły w tym zakresie. I pewnie dlatego wydawało mu się, że skoro zna, to wszyscy rozpoznają. Poczekam jeszcze na inne komentarze, choć mam wrażenie, że nie będzie ich wiele, może ktoś odgadnie.

 

None, Tobie też dziękuję za wskazówki i ogólną ocenę tekstu. W tym momencie “przyzwoity średniak” w zupełności mnie zadawala.

 

Peter, te infodumpy w taki sposób wrzucone i wyróżniony były drobnym eksperymentem, najwyraźniej też nieudanym. Ech, zdarza się.

Co do tagu “science fiction”… Tu autor będzie się trochę stawiał, bo właściwie do tego tekstu żaden tag nie pasuje. W gruncie rzeczy niewiele książek i opowiadań rozgrywających się w kosmosie ma cokolwiek wspólnego z nauką, a jednak określane są jako SF. Dla tych rzeczywiście naukowych zarezerwowano określenie hard SF. I autor przyznaje, że hard SF to to w żadnym razie nie jest.

 

Reg, autorowi jest bardzo przykro, że cię zdegustował. Tym bardziej, że akurat na Twojej opinii jakoś mocno mu zależy. Potraktuj, proszę, to opko jako wypadek przy pracy.

 

Anonimie, sugeruję aby Twoja wielka przykrość i moje zdegustowanie podziałały na siebie wzajemnie mocą niszczącą, a wtedy będziemy mogli ufnie patrzeć w jasną przyszłość i czekać na Twoje świetne opowiadania. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:)

Ja, niestety, również się nie ubawiłam. Czytało się dobrze, ale czegoś tu zabrakło, hmm… Infodumpy mi nie przeszkadzały. Ale te imiona… niech będą przeklęte! ;)

No tak, piekielne imiona, ech, czasem tak bywa. Mimo wszystko cieszę się, że zdobałaś przebrnąć. ;)

 

Mnie akurat imiona nie przeszkadzały. Jeśli chodzi o sam pomysł, to bez szału, ale jakiś jest. Przebłyski humoru również. Tak jak ktoś wcześniej napisał, to przyzwoity średniak. 

Jedyne nawiązanie jakie znalazłam to nazwa planety – Yarpen, kojarząca się z Yarpenem Zigrinem.

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

AQQ, dziękuję, sprawiłaś, że zaczynam dochodzić do wniosku, że może nie jest tak źle. ;)

A co do nawiązań… Nikt nie oglądał Star Treka, nie czytał Autostopem przez galaktykę, że o Rybaku już nie wspomnę. Autor myślał, że to się akurat rzuci w oczy.

Przeczytałem, pojechałem do znajomych, ale gdy wróciłem, mam pustkę w głowie. Bo tekst koniec końców mnie ni ziębił, ni grzał. A kiedy teraz zabieram się do pisania komentarza, to też jakoś żadna scena nie wybija się mocno z pamięci. Nie oznacza to, że tekst jest zły. To raczej średniak, dobry do obiadu, pośmiania się i przejścia dalej.

Tak więc koncert fajerwerków niezgorszy, ale też nie zapadający w pamięć.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fajnie, że w ogóle był koncert fajerwerków. :) Autor ma nadzieję, że następny będzie na tyle dobry, że zapadnie na dłużej w pamięć. :)

Przeczytawszy.

Finkla

lozanf@fantastyka.pl

Mnie się kojarzą: postrzyżyny słowiańskie, Prawo Sępów, Autostopem przez galaktykę, Gwiezdne Wojny, może i element Pikniku na skraju drogi w wydaniu Voyagera. . Star Treka tak dobrze nie znam.

umiesz liczyć - licz za siebie

Imiona i nazwy mnie lekko irytowały, bo nie przepadam za humorem skatologicznym (musi być naprawdę najwyższych lotów, żeby miał u mnie szanse), ale opowiadanie ma swoje plusy dodatnie – głównie pomysł na metanarrację i ironiczny dystans narratora. Ale całość wyszła niestety lekko zakalcowata, tzn. nie wciągnęło na tyle, żeby mi się chciało bawić w dociekanie, jakie inspiracje się tu pojawiły :(

Nie jest więc bardzo źle, ale nie porwało ani nie ubawiło jakoś szczególnie, tylko chwilami uśmiechnęło.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie porwało mnie :(

Znam tylko pięć liter ;)

Pomysł był, ale cos mnie w tym tekście rozczarowało. Może jest to fakt, że próbujesz chwytac na raz kilka srok za ogon: i aluzje, i skatologiczne dowcipy, i metanarracja, i pastiszowa fabuła… Trochę misz-masz z tego wychodzi, moim zdaniem. 

Drakaino, dzięki za te plusiki, za mało ich, żeby porwało, ale i tak autor się cieszy.

 

Ninedin, autor nawet przez moment pomyślał, że może za dużo tego wszystkiego będzie, ale tak mu się dobrze pisało, że ten głos rozsądku w sobie zagłuszył. Trudno, czasem tak bywa.

 

Anet, zdarza się.

 

Nusz, Autostopem… się zgadza, Prawa Sępów autor nawet nie czytał, czyje to?

Humoru, co kot napłakał, a i historia mało porywająca.

W przeciwieństwie do poprzednika uważam, że humoru tu jest sporo i to wybujałego, niestety także nieapetycznego, a to zdecydowanie obniża jego potencjał (przynajmniej w moim przypadku).

Opowiadanie sygnalizuje wybujałą wyobraźnię Autora, warsztat opanowany na wysokim poziomie i niemałe umiejętności popularyzatorskie, widoczne choćby w tym zdaniu:

Jeśli Wszechświat to rosnąca w piekarniku babka, a galaktyki – garść wrzuconych do niej rodzynek, to Zadupie było tą rodzynką, która nieco wystaje z ciasta.

Niestety, puenta cieniutka, spodziewałem się jakiegoś fajerwerku, może nie całego koncertu ale przynajmniej jednej salwy…

I jeszcze drobiazg:

Strasznie swędzi, a nie mogę dosięgnąć

Ziemskie koty, choć nie tak inteligentne, są jednak lepiej wygimnastykowane, sięgają ozorem w każde miejsce :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

He, he, ładnie wybrnąłeś. ;)

Co znaczy “wybrnąłeś”? Napisałem szczerze, od serca, jak na spowiedzi… :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

No, skoro “jak na spowiedzi”… Wiesz, myślałam, że będzie gorzej. ;)

Nie czytałem komentarzy pod tym tekstem – a co, spuścili Ci łomot? :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

No… po komentarzu Reg miałam lekkiego dołka. Na szczęście mnie szybko przechodzi. :)

No to ja dostałem solidniejszy łomot :) Mnie co prawda nie przechodzi, ale szczęściem na starość mam coraz krótszą pamięć laugh

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Humor zadupiańskich imion do mnie nie przemówił (kojarzył się ze skeczem Monty Pythona, który też tak nie bardzo), reszta tekstu trafiła bliżej mojego gustu. Na przykład nawiązania do „Autostopem przez galaktykę” czy absurd w ogóle.

Fantastyka jest, głośna i wyraźna.

Fabuła może być, ale chyba dało by się ją lepiej pokazać. Właśnie – show, don't tell. Opowieść snuta jest z oddalenia, to spokojna relacja, bez zbliżeń.

A przez to postacie nie mogą się w pełni zaprezentować.

Oryginalność całkiem zacna. Pomysł z grawitacją mi się podobał.

Pewnie nie wypada się czepiać, że w tekście humorystycznym łowcy-zbieracze mają stałe siedziby (to już wymaga sposobu wyżywienia grupy ludzi pozostających w jednym miejscu – rolnictwo nieźle się sprawdza) i zaawansowaną fizykę (a do tego potrzeba nadwyżek żarcia, żeby część ludzi oddelegować do zajęć innych niż zdobywanie jedzenia).

Warsztat niezły, ale trafiały się usterki – potknięcia interpunkcyjne, jakaś literówka, kilka powtórzeń.

Babska logika rządzi!

Finklo, nawet nie wiesz, jaką mi radość sprawiłaś tym komentarzem i klikiem. :D Już postawiłam krzyżyk na tym opku. Fajnie, że ta potwora jednak się komuś spodobała na tyle, że kliknął. :)

 

Właściwie pomysł przyszedł mi do głowy krótko po napisaniu felietonu. Chciałam czegoś nie do końca poważnego, ale tak żeby nikt nie miał wątpliwości, że to nie TA galaktyka i na dodatek z Glutem w roli głównej. Oczywiście, skoro był Glut, to cała reszta imion musiała być do niego dopasowana.

Aby nie było wątpliwości, że to nie TA galaktyka, potrzebowałam czegoś rzucającego się w oczy, stąd oszalała grawitacja. Ale żyby mogła oszaleć, musiał być jakiś powód, stąd pomysł z galaktyką wystającą ze Wszechświata.

Gdzieś po drodze wpadł mi do głowy jeszcze voyager.

W ogóle postanowiłam napisać coś, co Niemcy nazywają Eintopf, czyli wrzucone do jednego gara składniki, im więcej, tym lepiej. :)

 

W sumie to nadal nie wiem, czy aż tak przesadziłam, czy też zadziałało lekkie zmęczenie konkursem.

 

Pewnie nie wypada się czepiać, że w tekście humorystycznym łowcy-zbieracze mają stałe siedziby (to już wymaga sposobu wyżywienia grupy ludzi pozostających w jednym miejscu – rolnictwo nieźle się sprawdza) i zaawansowaną fizykę (a do tego potrzeba nadwyżek żarcia, żeby część ludzi oddelegować do zajęć innych niż zdobywanie jedzenia).

Pamiętaj, że ich jest niewielu. Nic też nie stoi na przeszkodzie, aby w przydomowych ogródkach hodowali kapustę czy ziemniaki. ;)

Hmmm. Wystawanie z Wszechświata to idea przerastająca moje wyobrażenie. Wszechświat jest wszędzie. I prawa fizyki też. No, ale skoro jednak można o czymś takim pomyśleć…

A Polacy to chyba nazywają bigosem. Albo grochem z kapustą. ;-)

Łowcy-zbieracze. Jeśli jest ich niewielu, to jeszcze gorzej – słabo zaawansowany podział pracy, niższa wydajność. Wiesz, przejście od łażenia po okolicy i polowania do rolnictwa to nie jest taka prosta decyzja, że pstryk, dzisiaj postanowienie, od jutra uprawiamy ziemię. Trzeba wyhodować zboża, które będą miały stosunkowo duże ziarna, które z kolei nie będą się rozsiewać same, tylko poczekają, aż człowiek je wymłóci i częściowo zje. Trzeba w ogóle mieć odpowiednie dzikie rośliny pod ręką – nie z każdej trawy da się zrobić pszenicę albo ryż. Trzeba mieć co jeść w okresie od siewu do żniw. Trzeba od cholery narzędzi. A łowca-zbieracz jest mobilny i ma tyle majątku i dzieci, ile potrafi przenieść na miejsce nowego obozu.

Gdyby tekst był na poważnie, to bym się tych rzeczy naprawdę czepiała.

Babska logika rządzi!

Wystawanie z Wszechświata to idea przerastająca moje wyobrażenie. Wszechświat jest wszędzie. I prawa fizyki też. No, ale skoro jednak można o czymś takim pomyśleć…

 

To przez to ciasto z rodzynkami. ;) Nie mam pojęcia, kto pierwszy wymyślił to porównanie, bo teraz jest w co drugiej książce o kosmosie. A ja już tak mam, że natychmiast przyszła mi do głowy rodzynka, która z ciasta wystaje. :)

 

Gdyby tekst był na poważnie, to bym się tych rzeczy naprawdę czepiała.

Za poważne SF to ja się nie zabieram, znam swoje ograniczenia. A jeśli chodzi o łowców i zbieraczy w połączeniu z zaawansowaną technologią, to nie ja pierwsza to wymyśliłam. Znasz trylogię Sawyera – Neanderthal Parralax? On zrobił to wcześniej. ;)

Czytałam chyba dwie pierwsze części. Naiwne strasznie.

Babska logika rządzi!

Też fakt. I ten międzygatunkowy romans w tle. ;)

Nowa Fantastyka