- publicystyka: Przeklęte niech będą imiona

publicystyka:

felietony

Przeklęte niech będą imiona

Z pamiętnika początkującej pisarki...

 

PRZEKLĘTE NIECH BĘDĄ IMIONA

 

 

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce, na planecie...

Cholera, jak nazwać tę planetę? Planeta... Planeta... Luzik, na razie wstawię X, później się wymyśli. Ok, jeszcze raz:

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce, na planecie X mieszkał chłopiec imieniem...

Imieniem... Du... Du... Durn? Nie, za bardzo przypomina durnia. Dimb... Dil... Didra? Eeee... A może Tr... Tra... Trab, nie, Tral, też nie. Try... Trym, Tryb, Tryn, Tryj? Do kitu. Be... Ber, Bet, Bef? To wszystko ma za mało liter. Bu... Burdor, Buk...tin, Buce... No nie, Becefał już był. Ar... Ap... Arpke? Nie, to miasto w Dolnej Saksoni, jak mi to na niemiecki przetłumaczą, to tamtejsze szkopy będą miały ubaw.

O w mordę jeża! Dochodzę do wniosku, że pisarze parający się fantastyką mają powójnie, jeśli nie potrójnie przekichane. Nie dość, że są zobowiązani wymyślić sensowną fabułę i przekonujących bohaterów, to jeszcze muszą nadać im imiona. I nadać nazwy wszystkim planetom! I wszystkim krajom na tych planetach! I wszystkim miastom w tych krajach! I rzekom, górom i diabli wiedzą czemu jeszcze. Na miłość boską, zawsze miałam problemy z nazwaniem swoich zwierzaków, a tu czeka mnie taki ogrom pracy. Nie podołam temu!

Pisarze, którzy tworzą powieści rozgrywające się współcześnie, mają lajcik. Taka Bonda, Rudnicka, czy Masłowska, albo taki Małecki, Szmałek, Chmielarz, czy inny Żulczyk biorą książkę telefoniczną, albo dział nekrologów w lokalnej gazecie i voilà. A czarnym charakterom mogą nadać nazwiska byłego szefa, ex-faceta, wrednej nauczycielki z liceum, albo tej idiotki z mieszkania na pierwszym piętrze, która wiecznie się wszystkiego czepia. I ma jeszcze taki autor satysfakcję, że nazwisko tego dupka lub tej palantki już po wsze czasy będzie się wszystkim jednoznacznie negatywnie kojarzyło. Nie dość tego! Nazwy wszystkich wsi, miast i miasteczek, cieków wodnych i górskich masywów dostaje w prezencie, bez żadnego, cholera, wysiłku.

Nawet ci, którzy piszą fantasy mają łatwiej. Wystarczy wpisać w google „imię dla krasnoluda” i proszę bardzo: Alarik, Argat, Argorn, Arngrim, Balzud, Bardin, Barnok, Beledar, Varek, Wargrim, Wjard, Yarpen, Yazeran. Zaraz, chwileczkę: Yarpen! Na imię dla chłopca się nie nadaje, ale na nazwę planety...? Hmm, właściwie czemu nie. Wracając do meritum, pełno w internecie imion dla krasnoludów, orków i elfów. Autorom pozostaje tylko wymyślić nazwy geograficzne, ale to już prostsze, przynajmniej mniej więcej wiadomo, jak powinny brzmieć. A w ostateczności zawsze mogą pisać fanfiki i problem z głowy.

Jak jednak początkujący pisarz może nazwać chłopca z odległej galaktyki? Szczególnie, jeśli bardzo, ale to bardzo mu zależy, aby podkreślić, że to w żadnym razie, naprawdę, absolutnie i jak babcię kocham nie jest TA galaktyka? Przecież imię to połowa sukcesu. Chcę napisać bestseller! Coś, co ludzie będą kupowali bez względu na cenę, a po przeczytaniu będą wzdychali, że chcą jeszcze, żeby kolejny tom napisać. A producenci będą się bili o prawo do zekranizowania mojej książki. Powstanie film, w którym wystąpią wszyscy najbardziej znani akorzy, a dzieciak, który zagra rolę chłopca, będzie bardziej znany niż Daniel Radcliffe. Potrzebuję tylko odpowiedniego imienia dla tego chłopca. Nie da się stworzyć bestselleru z bohaterem o imieniu Barbuś! Albo Mort... No dobra, z Mortem to przesadziłam, akurat z Mortem się da.

Skąd w ogóle twórcy biorą te wspaniałe imiona w stylu: Chewbacca, Jabba, Anakin, Padme Amidala, Albus Dumbledore, Lord Dorwin, czy Tehanu? Czuję jak niemowle, gdy łamiąc sobie język, śliniąc się i plując na monitor, próbuję poskładać przypadkowe sylaby i litery w jakiś sensowny wyraz.

– Gil, gil, gil, mamusia pogila cię teraz po brzuszku!

– Gli... Glu... Glum, a może Glu...t. Och, jasna cholera!

Komentarze

He he he. Dobre :).

Choć u nas też można wymyślać fajne imiona: Gżdacz, Psztymucel Nulek, Fikander etc.

Ale jednak: nie imię stanowi o wielkości dzieła. Jedni z popularniejszych bohaterów komiksowych zwali się Hans i Tytus. Fee!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Oj, wydziwiasz :) Taki Sapkowski kradnie nazwy, skąd się da. Cintra, jak się niedawno dowiedziałam, to dzielnica Lizbony.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Mam podobny problem. ;) Zgadzam się ze Staruchem, że to nie imię stanowi o wielkości dzieła (na przykład tytułowy Harry to bardzo pospolite imię), ale chyba nikt nie chciałby się utożsamiać z Balbinką, albo szaleć za Gilem. Gil to smark. ;)

Wielu pisarzy inspiruje się nazwami już istniejącymi, ewentualnie je np. spolszczając lub delikatnie przekształcając. Lubię nadawać bohaterom imiona, które mają znaczenie. Często przeszukuję mitologie różnych kultur lub legendy. 

Skoro piszesz, życzę sukcesów! :)

Sara

@SaraWinter – jedna uwaga: na forum wszyscy jesteśmy równi i zwracamy się do siebie per “ty”.

Wobec tego “Staruch” w zupełności wystarczy, a tego “pana” wykasuj :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Musiałam dać upust swojej frustracji. Imiona prawdę powiedziawszy mam, ale za cholerę nie mam pomysłu jak mogłoby się nazywać Stonehenge w czasach neolitu.

Fajnie, że ktoś przeczytał i jeszcze fajniej, że się podobało.

Wydaje mi się, że dramatyzujesz.

No, ale można na przykład nadać nazwę znaczącą, znaleźć jakiś mało popularny język i przetłumaczyć, a potem trochę wygładzić, ewentualnie coś zmienić, zanagramować, jeśli słowo jest raczej znane...

Na przykład: chłopiec ma być Dzielny. Grecki: gennaios. Imię: Gennaik.

Ten sam język stosujemy dla całego plemienia/ planety, żeby nazwy były z jednej parafii. A dla ich zaciekłych wrogów bierzemy łacinę, hiszpański, pendżabski... Google translator jest cierpliwy.

Babska logika rządzi!

Wiem, że trochę przesadzam, ale ja tak mam. Jak się problem nadmie do ogromnych rozmiarów, to dopiero wtedy widać, że to w gruncie rzeczy nie jest on taki straszny. ;-)

I na tym polega parodia :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Najlepiej wymyślić własny język i wtedy najdziwniejsze i najgłupiej brzmiące imiona wydadzą się okej :P 

Oczywiście zawsze znajdzie się jakiś krytyk, który obśmieje nasze dzieło.

A kultowych Anakinów I Chewbaki ochrzcił czas – gdy GW startowały, zwiastowano im spektakularną klapę. Więc i imiona bohaterów były na początku zapewne dziwne, ale widzowie po prostu polubili je z powodu historii. 

Skywalker na przykład miał się nazywać Starkiller :P

Artykuł superaśny heart

Dzięki Piotruś! :D

Ciekawie robi się, gdy ludzie nazywają dzieci na cześć postaci komiksowych, książkowych i filmowych. Valerianów i Laurelin we Francji jest sporo. W USA właśnie trwa afera, bo matki wkurzają się, że imię Denerys nabrało zupełnie nowego znaczenia po jednym z odcinków “Gry o tron”.

Oj, tam :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Doooobre! :). Uśmiałem się serdecznie.

Lepszy byłby jedynie Gil Anonim :D

Dlatego u mnie są po części imiona pospolite, a po części znaczące. Snuff kojarzy się dzięki temu z tytoniem (nawet tabaką), A.H.Swear... wiadomo z kim itd . W jednym z większych opek czekających na publikację mam zaś zastosowane imiona i nazwiska wyłącznie historyczne.

O, Gil też niezły. :) Wykorzystam. Właśnie piszę opka z Glutem i Barbusiem, z planety w odległej galaktyce, w roli głównej. ;)

Nowa Fantastyka