- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Bufo bufo

Bufo bufo

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Bufo bufo

– Baaabciuu i co następne?

– Ropucha.

– Dobrze. – Dziewczynka sięgnęła do słoika po ogórkach, w którym czekał zdenerwowany szaro-zielony płazPodała go delikatnie babci.

– Pożałujecie! Tak mnie upokorzyć.

– Ach, nie przesadzaj. Przecież nic ci nie będzie. Zadbałam o to. – Stara kobieta wrzuciła ropuchę do dwudziestolitrowego żeliwnego garnca pełnego wrzącej mikstury. W mieszaninie pływały już trzy pająki, korzeń selera, kołtun kociej sierści, pięć liści mlecza i dwie stonki ziemniaczane.

– Aaa! Gorąco! – krzyknęła Bufo bufo.

– Who cares, czy ci gorąco. Co ja mam powiedzieć? Gotuję się w tym pancerzu – powiedział z amerykańskim akcentem żółty chrząszcz przyozdobiony czarnymi paskami.

– O nie! Tylko nie ci jankesi.

Kobieta zakryła kociołek blaszaną pokrywką trzymając za drewniany uchwyt. Nie zwracała uwagi na ten osobliwy dialog.

– Dobrze, teraz muszyska. Tylko ostrożnie.

– Babciu, ale ich dużo. – Marysia była pod wrażeniem.

– Tak, tak. Łapałam je cały tydzień, specjalnie dla ciebie. Podaj. – Marysieńka wzięła w dłonie blaszaną, emaliowaną miskę. W naczyniu pełnym wody pływało kilkadziesiąt owadów.

– Nie, nie, nie! – wołały piskliwie muchy. Jednej z nich udało się wygrzebać na suchy rant michy i otrzepać z wody błyszczące skrzydełka. Wzleciała i usiadła na nosie dziecka.

– Każdego ranka będę siadać na dużym palcu u stopy, a potem na nosie. I tak w kółko. Nigdy się nie wyśpicie. Przysięgam.

– Cicho tam, zawsze to samo – wyszeptała babinka, delikatnie uderzając owada plastikową łapką na muchy. Tłuste ciałko zamroczonego muszyska spadło z powrotem do miski.

– Au! Babciu! – Zmarszczyła nos.

– Przepraszam, wnusiu.

Dziewczynka się uśmiechnęła. W zasadzie bolało tylko przez chwilę.

Starucha odsłoniła gar. Przejęła od wnuczki naczynie i wlała zawartość do parującego wywaru.

– To znowu wy – powiedział któryś z pająków. Głos wydobył się tuż przed ponownym zakryciem wrzątku.

– Dobrze, teraz pietruszka. – Nic nie sprawia dzieciom takiej frajdy, jak pomoc w kuchni.

– …

– Wnusiu?

– Babciu, ale nie ma pietruszki.

– Jak to? – Popatrzyła nerwowo na stół pokryty wyblakłą ceratą. Wśród składników brakowało warzywa.

Staruszka zupełnie o nim zapomniała. Skleroza coraz częściej dawała się we znaki. Babunia rozchyliła szare firanki. Spojrzała przez zabrudzoną szybę w kierunku chałupy sąsiadki.

– Kochanie, widzisz tamtą dziurę w płocie? Nie ma kawałka sztachety. O, tam.

– Yhy. – Marysia stała na palcach, spoglądając za okno.

– Pobiegnij tam szybko, po prawej stronie za stodołą powinno być kilka grządek. Na pierwszej od drzewa, jeśli dobrze pamiętam, rośnie pietruszka. Wyrwij i przynieś babci jedną. Tylko uważaj, żeby cię nikt nie zobaczył.

– Babciu, to może ty pójdziesz?

– Muszę pilnować wywaru, dziecko.

Dziewczynka natychmiast przyjęła wytłumaczenie. Pobiegła, co kilka kroków podskakując na jednej nodze. Nuciła coś pod nosem. Jej blond loki związane różową wstążką falowały na letnim wietrzyku. Sukienka w kwiatuszki migotała kolorami w blasku lipcowego słońca.

Babcia nie powiedziała wszystkiego wnuczce. Była pokłócona ze swoją sąsiadką i nie chciała ryzykować. Dziecko, to co innego, zawsze można je jakoś wytłumaczyć z grzebania w cudzym warzywniku. Powód zwady był poważny. Miesiąc temu koza należąca do babki zerwała się z łańcucha. Brodate zwierzę przeszło za miedzę i obgryzło gałązki młodej papierówki. Babinka zerknęła znowu za okno. Dziewczynka akurat przykucnęła i przeszła przez wyłom w płocie. Chwilę później była już na gospodarstwie sąsiadki.

Po kilku minutach Marysia wróciła z korzeniami pietruszki w ręku.

– Miała być jedna i czemu nie ma liści?

– Tamta pani mi takie dała. – Wzruszyła ramionami.

– Jak to, dała? Miałaś uważać – westchnęła.

– Tak, wiem, ale tamta pani stała koło stodoły. Była bardzo miła.

Te słowa zaskoczyły staruszkę. Warzywa niczym gołąbki pokoju. Zrobiło jej się teraz głupio z powodu tego zdarzenia z kozą. 

 – To miło z jej strony. Zielenina w sumie nie jest potrzebna. – Wzięła od dziewczynki korzenie, jeden z nich położyła na kredensie. Drugi wylądował we wnętrzu garnca, w którym już teraz wszyscy narzekali na siebie.

– Jeszcze kilka składników i posmakujesz najlepszego napoju, jaki kiedykolwiek piłaś, kochanie. W mieście nie ma czegoś takiego. – Przykryła garnek.

– Yhy.

Coś jednak było nie tak. Sagan zaczął pulsować jak serce, zmieniając cyklicznie kolory niczym kameleon. Od zielonego przez czerwony po niebieski. Babka od razu się zorientowała, w czym rzecz. Złapała leżące na kredensie białe warzywo. Przegryzła je ostatnimi sześcioma zębami. Poczuła na chropowatym języku gorzki i piekący smak. Magiczna aura uleciała z rośliny. Stożkowaty biały korzeń zamienił się w jej ręku w grube i wygięte kłącze. Jak mogłam tego nie wyczuć, pomyślała.

 – To nie pietruszka, tylko chrzan. W nogi dziecko!

 Dziewczynka razem z kobietą wybiegły przez sień z domku. W pośpiechu nie zauważyły kreciego kopca wznoszącego się na trawiastym podwórku. Długim krokiem, trzymając się za ręce ledwo ominęły kretowisko, dziewczynka zachichotała. Z wnętrza chałupy, przez okna, wydobywało się coraz intensywniejsze światło. Na przemian: zielone, czerwone i niebieskie. Po chwili mikstura wystrzeliła z garnca, wyrzucając do góry pokrywkę. Kuchenna izba została w całości oblepiona fioletową mazią. Breja syczała na rozgrzanym od palącego się węgla metalowym blacie pieca. Babunię czeka tydzień sprzątania. Muszyska mimo kleistej konsystencji płynu bardzo szybko doszły do siebie i wyleciały z chaty.

 – Hi, hi, hi – rozchodziło się w ciepłym powietrzu.

Jedna z much usiadła na dłoni blondyneczki. Nonszalancko zaczęła czyścić przezroczyste skrzydełka. Nagle odleciała, widząc człapiącego pokrytego brodawkami płaza.

 – A nie mówiłam, że pożałujecie – powiedziała z satysfakcją pani ropucha. Rechocząc, uciekła w podskokach na łąkę pełną stokrotek. Za nic na świecie nie chciała ponownie trafić razem z pająkami do ciemnego garnka.

Amerykańscy imigranci bez słowa polecieli na poletko kartofli.

Przy płocie przystanęła z chustą zawiązaną na głowie sąsiadka. 

 – Jesteśmy kwita, Stefcia! – wykrzyczała.

 – Niech cię szlag!

 – Babciu!

 – Przepraszam, kochanie. Zdenerwowałam się.

Stefania zmrużyła powieki, oczami wyobraźni widziała, jak dzisiejszego popołudnia koza znów uwalnia się z łańcucha.

Koniec

Komentarze

Mi się podobało. Świetnie wrzuciłaś/-eś(?) uszczypliwe ropuchy i inne gady do garnka. Fajna scena, jak w bajce. ;)

Myślałam, że babcinka okaże się jakąś wiedźmą.

Jedyne, co mi nie pasowało do “wystroju” to ubiór dziewczynki. Białe lakierki i różowa wstążka skojarzyły mi się z komunią i raczej gryzły się z wyobrażeniem babcinej chałupy. Ale to tylko moje odczucie. Taki kontrast? Czemu nie? :)

Powodzenia w konkursie! 

Chciałam/-em(?) zagrać kontrastem, przyznaję. Chociaż po Twoim komentarzu nie jestem już do tego pomysłu tak przekonana/-y(?). Niemniej fajnie, że się podobało.

Dzień dobry, Ktoś! 

Rzeczywiście całkiem lekkie, ale było kilka konstrukcji, które mimo braku błędu trochę mi nie pasowały i zazwyczaj się przy nich zacinałem. Kilka razy się uśmiechnąłem, raz zaśmiałem, ale to tyle. Niestety nie porwało, jednak poczucie humoru jest bardzo subiektywne, więc to ja mogę być po prostu gburem. ;)

– Ach, nie przesadzaj Przecież nic ci nie będzie.

Niepotrzebna duża litera.

– Przepraszam wnusiu, musiałam. – Dziewczynka się uśmiechnęła. W zasadzie bolało tylko przez chwilę.

To jest złe, bo część po półpauzie sugeruje, że powiedziała to dziewczynka. Powinieneś zacząć od drugiego akapitu, albo dodać coś w stylu “powiedziała babcia” i reszta w drugim akapicie.

Wśród składników brakowało tego warzywa.

To może być czyste czepialstwo, ale jakoś mi to nie pasuje. Nie wiem czy ten zaimek jest potrzebny, skoro dopiero co dziewczyna wspomniała, że chodzi o pietruszkę. Ja bym jeszcze na początku dodał “Rzeczywiście, na stole brakowało…”, jakoś lepiej się komponuje (przynajmniej dla mnie).

Staruszka zupełnie o nim zapomniała. Pamięć coraz częściej ją zawodziła.

Zapomniała i pamięć obok siebie nie brzmi zbyt dobrze. 

– Muszę pilnować wywaru, dziecko. – Dziewczynka natychmiast przyjęła wytłumaczenie.

To samo co wcześniej. 

Pobiegła w białych lakierkach, podskakując co kilka kroków na jednej nodze.

Nie podobają mi się te lakierki, bo w tym momencie ta informacja jest zupełnie zbędna. Nie chodzi nawet o ekonomię językową. Nie pasuje mi ten opis, bo nie było opisu jej wyglądu, ani chociażby reakcji babci, że będzie biegać w tych butach po grządkach (to może być jakoś przewrażliwienie i szukanie błędów tam, gdzie ich nie ma, ale rzuciło mi się w oczy, więc napisałem).

Amerykańscy imigranci mnie kupili, rewelacja. 

Pozdrówko i powodzenia! :) 

Szkoda, że nie było mi dane dowiedzieć się, cóż to za wieloskładnikową miksturę warzyła babcia w żeliwnym garze i do czego była jej ona potrzebna. Może wtedy coś by mnie rozśmieszyło.

Uważam, że nie sposób pomylić pietruszkę z chrzanem.

 

Zie­le­ni­na w sumie nie po­trzeb­na. –> Zie­le­ni­na w sumie nie jest po­trzeb­na

 

Ba­bu­nie czeka ty­dzień sprzą­ta­nia. –> Literówka.

Jakub Wędrowycz w spódnicy? A przynajmniej coś w klimatach. 

Podobnie jak regulatorzy żałuję, że historia zawieszona jest w próżni, przez co wydaje się niepełna. Przychylam się też do opinii, że pomylenie pietruszki i chrzanu wymaga naprawdę fatalnego wzroku. I upośledzonego węchu ma dodatek. Dialogi momentami całkiem, całkiem, stonka chyba faktycznie najjaśniejszym punktem całości. Ale ogólnie czytałem raczej bez emocji. 

@MaSkrol Z wszystkimi uwagami pełna zgoda. Lakierki bym już teraz zmienił/-a, ale że nie można dłubać przy tekście… ;) Dzięki za lekturę.

 

@regulatorzy @None

Chrzan i pietruszka. Przyznaję tego się najbardziej obawiałam/-em. Uznałam/-em jednak, że odpowiednio dobrane rośliny i można się pomylić. Szczególnie w warunkach słabej “technologii” uprawy tych roślin. Porażenie warzyw, bulwiaste korzenie czy ich rozgałęzianie się to nic rzadkiego, wszędzie tam gdzie średnio dba się o ogródek ;)

W każdym razie dzięki za poświęcony czas :)

Ups… nie wiedziałem, że nie można dłubać, no trudno. ;)

Anonimie, będę się upierać, że pietruszkę, roślinę z rodziny selerowatych, o korzeniu stożkowatym, wydłużonym, cieniutkim u końca, nie sposób pomylić z chrzanem, rośliną z rodziny kapustowatych, o korzeniu palowym, masywnym i rozgałęzionym. Ponadto Marysia przyniosła roślinę pozbawioną liści, więc w miejscu ich oberwania intensywniej pachnącą charakterystyczną ostrą wonią. I nie ma tu nic do rzeczy dbanie o ogródek, bo chrzan dziko rosnący bywa równie dorodny jak ten starannie uprawiany.

Cytat z pierwszego postu Finkli w wątku konkursowym: Teksty można betować, poprawiać i cyzelować aż do 25 sierpnia. Potem odkładamy klawiatury i nie zmieniamy nawet literówek.

Mikstura niewątpliwie ciekawa, ale Wędrowycz to klasa sama w sobie :D Ogólnie miłe sympatyczne wakacyjne opowiadanie w klimatach bajkowych z nutą słowiańskiej metody wyrównywania porachunków ;)

 

 

 

Przeczytawszy.

Finkla

Reg prawdę powiada – teksty można poprawiać, póki nie upłynie termin konkursu.

Regulatorzy, nie chodzi o to jak wygląda chrzan tylko jak zdaniem babulki wygląda “normalna” pietruszka (bo to do niej gdzieś w głowie porównuje przyniesione przez Marysię warzywo). Pietruszka z takich upraw przecież różni się od takiej jaką znamy z supermarketu. Sąsiadka, co najwyżej posypała grządkę popiołem, podczas gdy pietruszka z seryjnej produkcji dostaje odpowiednią glebę, pożywienie itd. Tu przykład jak może wyglądać korzeń:

 

 

Tym samym jeśli wyobrażenie babulki co do “normalnej” pietruszki to: grube, uszkodzone i powykręcane korzenie to czemu staruszka ze słabym wzrokiem nie mogłaby pomylić pietruchy z chrzanem? Ale ok. Chodzi przecież o to jak odbiera temat czytelnik. Pozmieniam, ale muszę pogłówkować ;)

 

PS. Dzięki za wklejke z wątku konkursowego, uf. Sorry za zamieszanie ;)

Fajna, lekka scenka. Dobrze się czytało. Powodzenia w konkursie, który – moim zdaniem – do prostych nie należy :) Niestety, zdecydowanie łatwiej kogoś zasmucić niż rozśmieszyć…

Przyjemnie się czytało smiley

@katia72, @Monique.M

 Dzięki za komentarze :)

Lekkie, całkiem zabawne opowiadanie. Też miałem skojarzenia z Wędrowyczem, chociaż on jest nie podrabialny.

Fajne lekkie, opowiadanie. W moich oczach nie było jakieś wybitnie komediowe. Z drugiej strony czytałem je z uśmiechem na twarzy :D. Pozdrawiam. Powodzenia! 

@belhaj, @Marzec

Dziękuję za lekturę :)

Sympatyczna scena. Stylizujesz na bajkę, przez co wydała mi się trochę sucha. Też jestem ciekaw co to miał być za napój. Koza bohaterką!

W jakim sensie sucha? ;)

Takie w sumie sympatyczne, lekkie, choć mnie nie rozbawiło.

Sucha, w sensie – nie wywołująca u mnie emocji ;-)

@Mytrix

A ok ;)

 

@SzyszkowyDziadek

Dzięki za komentarz :)

Mnie opowiadanie raczej urzekło niż rozbawiło. Cała atmosfera opowieści była sielankowa bardziej niż komediowa, pomijając może gadające składniki wywaru. Myślę, że do tego wrażenia dokłada się choćby opis stroju dziewczynki. Na plus oczywiście konflikt sąsiedzki, który mimo fantastycznego tła wydaje się bardziej niż rzeczywisty. Powodzenia w konkursie. 

Dzięki :)

 

PS Zmieniłem nieznacznie opis pietruszki/chrzanu

Ładne. Nie wiem, czy bardzo zabawne, raczej sympatyczne, tym nie mniej fajnie spędziłem czas. Podoba mi się pomysł, natomiast mam wrażenie, że potencjał tego opowiadania został przez Ciebie wykorzystany jedynie częściowo. Mamy tu trochę w tle konflikt sąsiedzki, historię bardzo wdzięczną do budowania wokół niej humoru, tymczasem wykorzystujesz ją jedynie zdawkowo, koncentrując się bardziej na samej scenie warzenia mikstury, która (ta scena), tak, jak oczywiście bardzo fajna, sprawdziłaby się lepiej (przynajmniej moim zdaniem) jako taki element drugoplanowy, uzupełniający w zabawny sposób historię budowaną wokół konfliktu.

Nie zmienia to oczywiście faktu, że opowiadanie oceniam pozytywnie.

Fajnie, że się podobało. Dzięki za komentarz :)

Sympatyczny, ale chyba nie wpakowuje się do Fun. 

Dzięki za komentarz :)

Wielki plus za stonkę!

I ogólnie całkiem fajne, humoru w sam raz, ładnie ograne różne rzeczy, włącznie z taką stereotypową chłopską mentalnością i mściwością. Dobry twist z sąsiadką i chrzanem, fajna ropucha. Mnie się. Klik.

 

– Jesteśmy kwita[+,] Stefcia – wykrzyczała.

I skoro wykrzyczała, to czemu bez wykrzyknika?

Dzięki za komentarz i klika. 

 

Wykrzyknik dodany :)

Hmmm… Mam mieszane uczucia. No bo jest fajne i przyjemne, ale… Też mnie ciekawi po co była mikstura, zbudowało(a?e?)ś wokół tego aurę tajemniczości i pomysł pozostał niewykorzystany. A szkoda, bo mogła być fajna, dodatkowa puenta.

Napisane porządnie, czytałam z uśmiechem na ustach (ale nie ze śmiechem :P). Pomyśl, przemyśl, uwarz no coś z tej mikstury :)

Rozmowa w garnku fajna, chociaż wrzątek zdecydowanie mi przeszkadzał. Konflikt z sąsiadką – najciekawszy.

Czy zabawne? tak ciut-ciut:)

Złapała leżący na kredensie białe warzywo. Przegryzła go ostatnimi sześcioma zębami.

chyba, odmieniłabym kierując się warzywem: „leżące” i „je”, ale może nie mam racji.

Dzięki za lekturę i komentarze :)

 

Hmmm… przyznaję, że pojawił mi się pomysł na coś nowego nawiązującego do mikstury babci Stefci. Do zakończenia konkursu jeszcze kilka tygodni, może uda się coś uwarzyć… ;)

Warz:)

Oczywiście, że leżące ;) pieruńskie babole.

Przyjemny, lekki tekst. Może nie zapadnie w pamięci na dłużej, ale kilka chwil rozrywki mi dostarczył.

Cieszę się, że dostarczyłem Ci rozrywki :)

dwudziestolitrowego żelaznego garnca

A, jesteś kucharzem :) Normalni ludzie nie wiedzą, ile to jest dwadzieścia litrów. Ponadto – żeliwnego garnca, u licha. Może jestem skrzywiona, ale z żelaza nikt niczego nie robi (angielska nomenklatura jest myląca, tak – ale polska nie).

Who cares czy ci gorąco

Chciałam się czepić, ale przeczytałam resztę zdania – hilarious. Tylko dałabym przecinek: Who cares, czy ci gorąco. I może trochę bardziej "Mariusz Max Stonko"?

trzymając za drewniany uchwyt

Nie widzę uzasadnienia dla tego szczegółu.

wzięła w dziecięce dłonie, blaszaną, emaliowaną miskę

Jakie inne dłonie miała? Przecinek przed "blaszaną" zbędny (dałobyś go, gdyby nie było określników? No, właśnie).

leniwie usiadła

Ale czemu leniwie?

uderzając delikatnie owada plastikową łapką

Przestawiłabym: delikatnie uderzając owada plastikową łapką.

Zmarszczyła nos.

Może jednak jaśniej będzie, jeśli powiesz, kto.

Przepraszam wnusiu,

Przepraszam, wnusiu.

Przejęła od wnuczki naczynie

Ostatnim naczyniem był gar, więc się tu potknęłam.

Głos wydobył się tuż przed ponownym zakryciem wrzątku.

Dziwnie to brzmi. Może opisz, jak to wyglądało? Głos, któremu przerywa brzęk pokrywki?

Nic tak nie sprawia dzieciom frajdy,

Raczej: Nic nie sprawia dzieciom takiej frajdy.

Wśród składników brakowało warzywa.

To jest strasznie sztuczne, zrób coś z tym.

Kochanie widzisz

Kochanie, widzisz.

Babciu to

Babciu, to.

Pobiegła podskakując

Pobiegła, podskakując.

Pobiegła podskakując co kilka kroków na jednej nodze.

Przestawiłabym: Pobiegła, co kilka kroków podskakując na jednej nodze.

loki spięte różową wstążką

Wstążką najwyżej związane.

delikatnym, letnim wietrze

Argh, delikatny. Może: letnim wietrzyku?

nie powiedziała wszystkiego wnuczce

Znów, nienaturalne.

Dziecko to co innego

Dziecko, to co innego.

Powód zwady był poważny

Powtórzone dźwięki, dziwnie to brzmi.

Jak to dała?

Jak to, dała?

Tak wiem

Tak, wiem.

Warzywa niczym gołąbki pokoju.

Co mają warzywa do gołąbków? Tylko to:

piłaś kochanie

Piłaś, kochanie.

rotował barwy

Że co, przepraszam, robił?

podziemną łodygę

Kłącze, bracie-lub-siostro, kłącze.

przez sień na zewnątrz parterowego domku.

Wybiegły z domku, koniec, kropka. Każdy wie, że wiedźmy nie mieszkają w willach, tylko w kurnych chatach.

O mało nie upadły z tego powodu, dziewczynka zachichotała

Ojoj, taki zgrzyt pod sam koniec. Pokaż to.

Izba kuchenna

Naturalniej: Kuchenna izba.

Żeliwna kuchnia zalała się substancją.

Zbędne, następne zdanie oddaje to dostatecznie.

Muszyska mimo kleistej konsystencji roztworu bardzo szybko

Muszyska, mimo kleistej konsystencji roztworu, bardzo szybko. Wiesz, co to jest roztwór?

Jedna z nich usiadła

Ostatnim rzeczownikiem w rodzaju żeńskim była "chata", więc zobaczyłam siadający na dłoni malutki domeczek :P

człapiącego, pokrytego brodawkami płaza.

Bez przecinka, "człapiący" to określenie tego, co płaz robi, nie jaki jest.

przystanęła z chustą zawiązaną na głowie sąsiadka

Nienaturalne okropnie, przestawiłabym: przystanęła sąsiadka z chustą zawiązaną na głowie.

Jesteśmy kwita Stefcia!

Jesteśmy kwita, Stefcia!

Przepraszam kochanie

Przepraszam, kochanie.

 

Szału nie ma, ale nawet miło się czytało. Wiedźmy zawsze w cenie :)

Dzięki za komentarz :)

 

Anonim tyle przecinków pożarł? Smuteczek :(

 

A, jesteś kucharzem :) Normalni ludzie nie wiedzą, ile to jest dwadzieścia litrów. Ponadto – żeliwnego garnca, u licha. Może jestem skrzywiona, ale z żelaza nikt niczego nie robi (angielska nomenklatura jest myląca, tak – ale polska nie).

Eeee no, czepiasz się Myślę, że dowolny śmiertelnik łatwo sobie wyobrazi dwadzieścia litrów skoro w domu ma pięciolitrowy garnek na rosół/pomidorową/żur. Co innego gdybym w kiblach to opisał. Żelazny, bo później była żeliwna kuchnia. Żelazo to przecież nie tylko Fe, ale też określenie stopów Fe z czymś. Chociaż jeśli wytnę żeliwną kuchnię … 

 

Nie widzę uzasadnienia dla tego szczegółu.

Myślę, że bez tego, oparzenia drugiego stopnia gwarantowane. Babunia kilka razu złapała za pokrywkę (:

 

Wybiegły z domku, koniec, kropka. Każdy wie, że wiedźmy nie mieszkają w willach, tylko w kurnych chatach.

Ej, no! Przed chwilą nikt nie wiedział ile to dwadzieścia litrów :) Niemniej słuszna uwaga, do wycięcia.

 

Co do reszty przyjmuję i poprawię wieczorem. Dzięki jeszcze raz za poświęcony czas. Co złego to nie ja.

 

PS Zrobiłaś mi smaka na gołąbki. 

 

 

Żelazo to przecież nie tylko Fe, ale też określenie stopów Fe z czymś.

No, właśnie. NIE. Tylko po angielsku. Po polsku stopami żelaza są żeliwo, staliwo i stal, żelazo to pierwiastek. Wrr.

Myślę, że bez tego, oparzenia drugiego stopnia gwarantowane.

Oczywiście, my, niedomyślne istotki, nie zgadniemy sami, że zastosowała Łapkę do Garnków/Ściereczkę/Inny Sposób Ochrony przed Poparzeniem :)

Przed chwilą nikt nie wiedział ile to dwadzieścia litrów :)

Tylko zawodowi kucharze potrafią to zmierzyć jednym rzutem oka. Ha, ha, nie ukryjesz się XD

stop pierwiastka żelaza z innymi składnikami; też: bryła tego stopu»

Tak, ale tylko:

  1. jeśli dodatków stopowych jest bardzo mało LUB
  2. metonimicznie (niech cię połechcę tym żelazem!)

Że tak się wtrącę: chyba jeszcze na broń białą można mówić “żelazo”.

F.

No, to właśnie jest metonimia (z mojego przykładu).

Jakuba Wędrowycza nie znam (tylko z widzenia), pewnie dlatego miałem inne skojarzenie – obrazek tej sceny ułożył mi się w głowie bardziej w atmosferze i klimacie jakich doświadczałem przy lekturze Pratchetta, przywołał wspomnienie Akwili i Babci Dokuczliwej.

Miłe wspomnienie.

Zdecydowanie autor/ka ponosi odpowiedzialność za przyjemność zaczerpniętą z lektury.

Uważam, że tekst jest zabawny – nienachalnie, lecz klimatycznie, dobrze napisany – czytało się gładko, a do tego za krótki…!

 

Dzięki, pozdrawiam! ;)

 

 

Bardzo dziękuję za miły komentarz i nominację :)

 

 

Sympatyczne opowiadanie, głównie dzięki temu, że udało Ci się wytworzyć swojski, wiejski klimat. Rozbawił mnie chrzan jako ukryta bomba (czy raczej jej składnik) ;D

Postać babci uważam jednak za niewiarygodną. Powinna wiedzieć, że należy strzec się łaskawości sąsiadów!

Uważam, że nie sposób pomylić pietruszkę z chrzanem.

Hmm, jeśli dobrze zrozumiałem, chrzan był zaczarowany tak, by wyglądać jak pietruszka.

Dzięki za komentarz :)

 

Co do chrzanu to pierwotnie nie było tam magii. Po komentarzach zmieniłem to i owo :)

Ten Wędrowycz w spódnicy jakoś się do tego tekstu klei, choć wątpię, żeby pilipiukowszczyzna stanowiła tu inspirację. Niby fajne, lekkie i w ogóle, ale jakoś mnie nie urzekło. 

Dzięki za odwiedziny i lekturę :)

Nowa Fantastyka