- Opowiadanie: Asylum - Biedroneczki są w kropeczki

Biedroneczki są w kropeczki

Dalej eks­pe­ry­men­to­wa­nie w kie­run­ku pi­sa­nia zro­zu­mia­łych tek­stów. Nie wiem, czy to biz­za­ro, tagi wsta­wiam “na czuja”, i rów­nież czuję, że nie jest dla do­ro­słych, czy dla dzie­ci też nie wiem, a z fan­ta­sty­ką – oce­ni­cie sami.

Od­da­ję tekst w Wasze ręce.

 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Biedroneczki są w kropeczki

Dryń, drryń, drr­ryń…

Równo z dźwię­kiem dzwon­ka koń­czą­ce­go lek­cję, drzwi pra­cow­ni ma­te­ma­tycz­nej otwo­rzy­ły się z hu­kiem i klam­ka ude­rzy­ła o ścia­nę, po­głę­bia­jąc dziu­rę w zgni­ło­zie­lo­nej olej­nej lam­pe­rii. Ucznio­wie z klasy czwar­tej A wypry­snę­li z sali, jakby na ze­wnątrz cze­ka­ły na nich na­gro­dy w po­sta­ci lodów, chip­sów, ba­to­ni­ków, fanty lub spra­wy nie cier­pią­ce zwło­ki. Prze­py­cha­li się w drzwiach, nie zwa­ża­jąc na to, czy na­dep­tu­ją sobie na stopy, czy za­rzu­ca­jąc cięż­kie ple­ca­ki na jedno ramię, nie wy­kłują komuś oka sprzącz­ką, lub do­cze­pio­ny­mi ma­skot­ka­mi. Przez piski i krzy­ki, a nawet prze­kleń­stwa, prze­bi­jał się głos na­uczy­cie­la:

– Spo­koj­nie, po­wo­li! Co się z wami stało po tych wa­ka­cjach? Wszy­scy zdążą wyjść!

– Po­cze­kaj­cie na mnie! – wy­dzie­rał się Hu­bert, ja­sno­wło­sy gru­ba­sek, wpy­cha­jąc byle jak książ­ki, które wy­pa­dły mu z roz­pię­te­go ple­ca­ka. – Mela!

Na­uczy­ciel od­ru­cho­wo zer­k­nął na top­nie­ją­cy tłu­mek w drzwiach, lecz nie zo­ba­czył w nim czar­nych war­ko­czy­ków Ame­lii i przy­trzy­mał mi­ja­ją­ce­go go Hu­ber­ta za nie­bie­ską bluzę. 

– Za­cze­kaj, bo znowu ci wy­pad­ną pod­ręcz­ni­ki. – Za­su­nął mu zamek do końca.

Hu­bert ru­szył z ko­py­ta, a on wró­cił do biur­ka po dzien­nik i wy­szedł z klasy. Prze­krę­ca­jąc klucz, wes­tchnął, wi­dząc że dziu­ra w lam­pe­rii po mie­sią­cu od roz­po­czę­cia nauki była wy­dar­ta do tynku. I po co te re­mon­ty? Zanim udał się do po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go, ob­rzu­cił czuj­nym wzro­kiem ko­ry­tarz: przy skle­pi­ku szkol­nym usta­wi­ła się ko­lej­ka; drzwi od ła­zien­ki kła­pa­ły w tę i nazad, jakby były wa­ha­dło­we do sa­lo­onu z fil­mo­wych we­ster­nów; Hu­bert do­go­nił Melę i już razem wcho­dzi­li do przed­sion­ka przed salą do zajęć tech­nicz­nych. 

Przez ko­ry­tarz prze­wa­la­ły się grupy uczniów, choć w za­sa­dzie były to dwie rzeki nie­bie­skich mun­dur­ków o róż­nych od­cie­niach, lecz jed­no­li­tym kroju, pły­ną­ce na­prze­ciw­ko sie­bie i mie­sza­ją­ce swoje wody. Two­rzy­ły się mniej­sze i szer­sze za­wi­ro­wa­nia, gdzie­nie­gdzie nurt przy­spie­szał. Do­brze, że przy­naj­mniej wy­mu­si­li­śmy no­sze­nie nie­bie­skich bluz, za­wsze to jakaś rów­ność. Prze­rwa jak każda inna.

 

Tym­cza­sem, w schow­ku na mio­tły, piąt­ka dzie­ci z czwar­tej A zrzu­ci­ła ple­ca­ki na szare kafle i zaraz się na nich roz­sia­dła, przy­tu­la­jąc plecy do re­ga­łów ze środ­kami czy­sto­ści i cze­ka­jąc na strasz­ne opo­wie­ści. Cała piąt­ka uwiel­bia­ła je i ża­ło­wa­ła, że z kan­tor­ku przy­le­ga­ją­ce­go do sali od zajęć tech­nicz­nych mogli ko­rzy­stać tylko jeden raz w ty­go­dniu, przed lek­cją. Zwy­kle, ten ko­niec szkol­ne­go ko­ry­ta­rza był za­mknię­ty z uwagi na noże, wier­tar­ki, fre­zar­ki, które le­ża­ły tam nie­za­bez­pie­czo­ne. Tak tłu­ma­czy­li im do­ro­śli.

– Hu­bert, za­mknij te drzwi, sie­dzisz naj­bli­żej – po­na­glił go Antek – a ty, Melu, za­czy­naj, dzi­siaj twoja kolej!

– No więc… – za­czę­ła Mela

– Nie za­czy­na się zda­nia od „więc” – po­pra­wi­ła ją Iza, córka po­lo­nist­ki.

Pro­sto­kąt świa­tła zgasł i usły­sze­li po­dwój­ny klik prze­krę­ca­ne­go zamka.

– Dawaj, mamy mało czasu, a ty się za­mknij! – Wik­tor wy­mie­rzył kuk­sań­ca sie­dzą­cej koło niego Izie.

– Auć, auu…

Za­pa­dła cisza.

– No więc… – Mela za­wie­si­ła głos.

Iza już się nie ode­zwa­ła, gdyż ło­kieć Wik­to­ra cze­kał w po­go­to­wiu.

 

***

Ame­lia w ciem­no­ści kon­ty­nu­owa­ła opo­wieść.

– Moja mama trzy­ma w ogród­ku duży krzak kre­mo­wej róży. Za­sa­dzi­ła ją jesz­cze bab­cia, tuż przed śmier­cią, kiedy pierw­szy raz przy­je­cha­ła do na­szej wiej­skiej cha­łu­py. Pach­nie latem jak senne ma­rze­nie i kwit­nie jak dzika, więc mama bar­dzo o nią dba i po­wta­rza, że to jej uko­cha­ny kwiat. Od dwóch lat, coś się z tą różą dzie­je. Naj­pierw ob­la­zły ją mrów­ki, w ze­szłym roku pod­gry­zła ro­dzi­na kre­tów, a w tym…

– E, tam, i co w tym strasz­ne­go – mruk­nął Hu­bert.

– Tak więc, kiedy przy­je­cha­li­śmy na wa­ka­cje, nie zdzi­wi­łam się, że róża ledwo dyszy. Jakaś taka czar­no-zie­lo­na była. „Uschła”, po­my­śla­łam. Mama od razu do niej pod­bie­gła i ze łzami w oczach prze­glą­da­ła ga­łę­zie, a tata jesz­cze tego sa­me­go dnia po­je­chał do naj­bliż­szej Ca­sto­ra­my, aby kupić ae­ro­zol na mszy­ce. Jed­nak­że minął cały ty­dzień, a mszy­ce nie chcia­ły zdech­nąć, cho­ciaż co­dzien­nie były spry­ski­wa­ne tru­ci­zną. 

Mama na­rze­ka­ła i kie­dyś wspo­mnia­ła „Eh, co w tym roku stało się z bie­dron­ka­mi, nie ma ani jed­nej, one na pewno da­ły­by radę tym wstręt­nym in­sek­tom”. Wi­dzia­łam, że wtedy ojcu oczy roz­bły­sły, bo on tak ma, kiedy wpad­nie na po­mysł i chce zro­bić nie­spo­dzian­kę komuś z ro­dzi­ny. Z sa­me­go rana po­je­chał do ko­le­gi i przy­wiózł bla­sza­ne pu­deł­ko po her­bat­ni­kach, wy­peł­nio­ne po brze­gi bie­dron­ka­mi. Mama bar­dzo ucie­szy­ła się z czer­wo­nych wie­lo­kro­pek, nie­któ­re były nawet i żółte, i po­ma­rań­czo­we. Razem z tatą roz­rzu­ca­li­śmy je po całym ogro­dzie, a naj­wię­cej wy­sy­pa­li­śmy pod krza­kiem róży – dla mamy. Coś mnie wtedy ukłu­ło, po­my­śla­łam, że to ró­ża­ne kolce, albo komar.

 

Na na­stęp­ny dzień róża od­ży­ła, wy­pu­ści­ła ja­sno­zie­lo­ne li­stecz­ki i nowe pędy. Rosła jak na droż­dżach. Wkrót­ce w du­żych, skó­rza­stych, po­ły­skli­wych li­ściach można było prze­glą­dać się jak w lu­strze. Za­wią­zy­wa­ły się nowe pąki, a te stare, po­marsz­czo­ne roz­chy­la­ły swoje płat­ki. Kilka razy dzien­nie bie­gły­śmy z mamą, aby spraw­dzić, czy pach­ną.

Róża pięk­nia­ła, lecz bie­dro­nek też przy­by­wa­ło, po ty­go­dniu było ich coraz wię­cej i wię­cej. Część wy­pro­wa­dzi­ła się do są­sia­dów, potem na od­le­głe pola. Za­czę­ły wcho­dzić też do na­sze­go domu. Zo­ba­czy­łam chyba sześć zbi­tych w kulę na ku­chen­nym pa­ra­pe­cie. Wy­glą­da­ła nie­przy­jem­nie i chcia­łam je strzą­snąć za okno. Mach­nę­łam ręką, jedna – po­ma­rań­czo­wa wcze­pi­ła się swoim apa­ra­tem gę­bo­wym i ugry­zła. Po­trzą­sa­łam dło­nią, do­pó­ki nie spa­dła. Chcia­łam ją zdep­tać, ale od­le­cia­ła. Ręka mi spu­chła i po­skar­ży­łam się mamie, że dziw­ne ja­kieś te bie­dron­ki. „Nie prze­sa­dzaj, pew­nie to koń­ska mucha, spry­skaj fe­ni­sti­lem”, po­wie­dzia­ła.

Po ty­go­dniu były już wszę­dzie. Ogród był upstrzo­ny la­ta­ją­cy­mi bie­dron­ka­mi, wiele z nich ła­zi­ło w domu. Ro­dzi­com jakoś nie prze­szka­dza­ły. Mama za­chwy­ca­ła się swoją różą, a tato mówił, kiedy wy­mia­ta­łam je z kuch­ni „Zo­staw w spo­ko­ju te boże krów­ki”. 

Prze­sta­łam je lubić. Po kry­jo­mu za­czę­łam za­bi­jać packą na muchy i wtedy za­czę­ły do mnie przy­cho­dzić w nocy. Ledwo za­my­ka­łam oczy, sły­sza­łam sze­lest ich skrzy­deł i ocie­ra­nie się o sie­bie chi­ty­no­wych pan­ce­rzy­ków, a wśród nich ogrom­ną Po­ma­rań­czo­wą Kró­lo­wą. Pod­fru­wa­ła, sia­da­ła na koł­drze i tarła czuł­ka­mi gę­bo­wy­mi, wokół niej fru­wa­ły żółte i czar­ne. Rano bu­dzi­łam się po­gry­zio­na, a koł­dra była lepka od ich żół­tej, śmier­dzą­cej limfy. Sma­ro­wa­łam się fe­ni­sti­lem, psi­ka­łam pły­nem prze­ciw­ko ko­ma­rom,  na noc za­my­ka­łam szczel­nie okna i drzwi, wpy­cha­jąc w szpa­ry ręcz­ni­ki, lecz wszyst­ko na nic i tak wcho­dzi­ły.

 

Kiedy Po­ma­rań­czo­wa Kró­lo­wa pierw­szy raz wy­sy­cza­ła „Za­bi­ję cię. Nie na­le­żysz do na­szej ro­dzi­ny” prze­stra­szy­łam się nie na żarty i po­bie­głam do po­ko­ju ro­dzi­ców, lecz  przy­sta­nę­łam w progu, bo u nich bie­dro­nek było wię­cej, a przez okno, lekko uno­sząc mu­śli­no­wą fi­ran­kę, wla­ty­wa­ły ko­lej­ne za­stę­py, i kiedy zo­ba­czy­łam, że łażą rów­nież po ich twa­rzach, a oni nic nie czują – krzyk­nę­łam. Nie obu­dzi­li się. Pi­snę­łam po­now­nie. Tato się obu­dził i po­wie­dział „Dla­cze­go krzy­czysz, prze­cież to tylko nasze bie­dron­ki”. Nie wiem, czy ich też gry­zły i nie chcia­łam tego wie­dzieć. 

Ucie­kłam na strych w na­dziei, że może bie­dron­ki tam jesz­cze nie do­tar­ły. Szczel­nie za­mknę­łam klapę i prze­su­nę­łam na nią kilka kar­to­nów z zi­mo­wy­mi ubra­nia­mi. Za­pa­li­łam świa­tło i zo­ba­czy­łam pudło ze swo­imi dzie­cin­ny­mi książ­ka­mi. Nie mo­głam za­snąć, więc prze­czy­ta­łam bajkę o wspa­nia­łym Kocie w bu­tach. Ależ był dziel­ny i spryt­ny!

 

Rano mama wło­ży­ła czer­wo­ną su­kien­kę w czar­ne krop­ki, a oj­ciec za­ło­żył po­ma­rań­czo­wy T-shirt w czar­ne zyg­za­ki. Na śnia­da­nie je­dli­śmy wi­no­gro­na, co odtąd stało się na­szym co­dzien­nym po­sił­kiem. Tylko owoce, a ku­po­wa­li takie roz­mię­kłe. Za­czę­łam się ich bać, kiedy dwa dni póź­niej – w po­łu­dnie – mama ude­rzy­ła mnie za roz­dep­ta­nie bie­dron­ki w ogro­dzie, a wie­czo­rem po­dej­rza­łam ją, jak zli­zu­je mszy­ce z płat­ków kre­mo­wej róży. Na ko­la­cję tego dnia, mię­snym do­dat­kiem, były ja­kieś su­szo­ne in­sek­ty, które oj­ciec przy­wiózł z mia­sta. „Słone i słod­kie”, za­chwa­lał. Zmu­si­łam się do prze­łknię­cia jed­ne­go i po­bie­głam na strych. Po­trze­bo­wa­łam po­mo­cy. Dzia­dziuś za­wsze po­wta­rzał, że jak trwo­ga to do kota, prze­chy­trzy każ­de­go.

Otwo­rzy­łam książ­kę na zna­jo­mym ob­raz­ku. Pa­trzył na mnie kot w czer­wo­nych ko­za­kach z za­wa­diac­ko prze­krzy­wio­nym czar­nym ka­pe­lu­szem z pió­rem. Za pasem miał kor­dzik. Pod­krę­cił wąs i za­gad­nął:

– Jakiś pro­blem?

Opo­wie­dzia­łam, co się dzie­je. 

– Po­trze­ba nam wię­cej bajek, sami nie damy rady. Co masz?

Wy­wa­li­łam wszyst­kie bajki z pudła, a Kot wy­bie­rał: Ca­li­necz­ka, Czer­wo­ny Kap­tu­rek, Dziew­czyn­ka z za­pał­ka­mi, Kró­lo­wa śnie­gu, Jaś i Mał­go­sia, Dziel­ny oło­wia­ny żoł­nierz i Sy­ren­ka. Potem od­by­ła się na­ra­da. Przy­glą­da­łam się z po­dzi­wem i drże­niem serca, jak pla­no­wał bitwę. Może będzie naszą ostat­nią. 

Bo­ha­te­ro­wie ścią­gnę­li swo­ich wro­gów z kart ksią­żek i prze­ka­za­li im po­le­ce­nia. Otwo­rzy­łam okna da­cho­we i właz na strych, po czym szyb­ko wpeł­złam po­mię­dzy pa­ję­czy­ny, w naj­bar­dziej od­le­gły kąt stry­chu. Obok mnie sta­nął Kot i Pa­pie­ro­wa Tan­cer­ka, w któ­rej ko­chał się Oło­wia­ny Żoł­nierz.

 

Bitwa za­czę­ła się wy­ciem Wilka, które tak prze­ra­zi­ło część bie­dro­nek, że umar­ły na atak serca. Ko­lej­ne chmary zmro­zi­ła swoim od­de­chem Kró­lo­wa śnie­gu, pa­da­ły jak muchy. Sy­ren­ka po­pro­si­ła swoje sio­stry i braci, aby za­la­ły wodą ze zbior­ni­ka ko­lej­ne grupy. Tro­chę mar­twi­łam się, co po­wie­dzą na to ro­dzi­ce, kiedy zo­ba­czą że prze­dziu­ra­wi­łam bo­jler. I wtedy wle­cia­ła ona – Po­ma­rań­czo­wa Kró­lo­wa,  jak zwy­kle w chmu­rze czar­no-żół­te­go pasa swo­ich naj­bliż­szych to­wa­rzy­szy. Odział do­wo­dzo­ny przez Oło­wia­ne­go Żoł­nie­rza szatkował te bie­dron­ki jak kapustę, bo ich jad był dla nich nie­groź­ny, a Dziew­czyn­ka z Za­pał­ka­mi sta­nę­ła u jego boku i pod­pa­la­ła nie­do­bit­ki. 

Jed­nak Kró­lo­wa się prze­bi­ła i wtedy za­sło­nił mnie Kot. Wyjął swój kor­dzik i ciął w skrzy­dła tej suki. Upa­dła, a wtedy za­ata­ko­wa­ła ją Ro­pu­cha i zja­dła. Za­mla­ska­ła i też padła, a brzuch jej się ru­szał, chyba był to za duży kęs dla niej. Kró­lo­wa cią­gle wal­czy­ła. Ostat­kiem sił Ro­pu­cha wy­stę­ka­ła do nas „Sprzą­taj­cie i zo­staw­cie przy mnie Ca­li­necz­kę”.

 

Po­szłam do kuch­ni po mio­tłę, szu­fel­kę i wia­dro. Za­mio­tłam strych do czy­sta. Ślepy Kret wę­szył po ką­tach i zno­sił w pysku po­je­dyn­cze sztu­ki, które ukry­ły się w za­ka­mar­kach. Razem z Babą Jagą ze­szłyiśmy do sa­lo­nu i wrzu­ci­ły­śmy całe wia­dro bie­dro­nek do ko­min­ka, Tan­cer­ka od­da­ła swoją jedną, pa­pie­ro­wą nogę na pod­pał­kę – w końcu prze­cież i tak wi­ro­wa­ła na jed­nej – a Dziew­czyn­ka Z Za­pał­ka­mi pod­pa­li­ła ją.

– To już ko­niec? – zwró­ci­łam się do Kota.

Uśmiech­nął się, pod­krę­cił wąs i znik­nął, a za nim po­zo­sta­li. Tan­cer­ka tylko za­wi­ro­wa­ła wokół Oło­wia­ne­go Żoł­nie­rza, jakby chcia­ła po­wie­dzieć „Nie martw się, teraz i ja mam tylko jedną nogę, druga nie jest mi po­trzeb­na”.

 

***

Dryń, drryń, drr­ryń…

– Otwórz­cie, wiem że tam sie­dzi­cie! – Pani od zajęć tech­nicz­nych szar­pa­ła klam­kę. 

Hu­bert ze­rwał się i prze­krę­cił zamek, dwa razy.

– Na Boga, co wy znaj­du­je­cie w tym cie­ka­we­go? Tło­czyć się po ciem­ku, w takim za­du­chu! – Skrzy­wi­ła się. – Dzi­siaj bę­dzie­my robić sa­łat­kę wa­rzyw­ną. 

Piąt­ka wy­szła gę­sie­go z wy­pie­ka­mi na po­licz­kach.

Hu­bert nie wy­trzy­mał:

– I co było dalej?

Ame­lia nie od­po­wie­dzia­ła.

– A skąd się tu wzię­ła azja­tyc­ka bie­dron­ka? – Pani zdję­ła z ple­ców dziew­czyn­ki po­ma­rań­czo­wą bie­dron­kę. – Wszyst­kie trze­ba chro­nić, wy­rzu­cę ją za okno.

 

Dzie­ci po­de­szły do swo­ich sto­łów, na któ­rych le­ża­ły roz­ło­żo­ne pro­duk­ty. Na li­ściach sa­ła­ty nie­któ­re z nich zna­la­zły bie­dron­ki. Roz­legł się pisk i po­sy­pa­ły się proś­by o wyj­ście na chwi­lę.

– Co siu­siu wam się za­chcia­ło, tak nagle? – zdzi­wi­ła się na­uczy­ciel­ka. – Do­brze, idź­cie.

Czwór­ka dzie­ci po­pę­dzi­ła do bi­blio­te­ki, a Ame­lia spoj­rza­ła na spód­ni­cę pani i za­drża­ła. Czar­na w żółte kropy.

Wszyst­kie eg­zem­pla­rze „Kota w bu­tach” zo­sta­ły tego dnia wy­po­ży­czo­ne.

Koniec

Komentarze

Hej, ho, biedronek sto.

 

Pomimo dość schematycznego szorta i poprowadzenia większości akcji w formie opowieści głównej bohaterki, oznaczonej tylko klamrą właściwej akcji, wybrnęłaś z tego obronną ręką.

Jest lekko bajkowo, czy baśniowo i zapewne tak miało być. Użycie słowa "suka" trafione i szczerze mówiąc już myślałem, że pójdziesz w tym kierunku, z baśniowego klimatu przechodząc w taki ostrzejszy, dla dorosłych. Tak się jednak nie stało.

Napisane ładnym językiem, pomimo snucia opowieści dość dynamicznie by wciągnąć i, także ze względu na niewielką objętość tekstu, nie zamęczyć czytelnika.

Zakończenie nie jest zaskoczeniem, wiadomo było od początku, że będzie rozwinięciem opowieści. I dobrze.

Klika do biblioteki dam :-)

 

P.S.

Fantę zapisz małą literą.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Fajny tekścik :) Odrobinę absurdalny, zabawny, bajkowy… Dobrze mi się czytało. A słuchając opowieści Meli, przypomniałam sobie, że pewnego lata, kiedy miałam tak osiem, czy dziewięć lat boisko, na którym zwykliśmy grać w piłkę zaatakowały właśnie BIEDRONKI!!! Ode mnie kliczek. Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

 

 

chmara biedronek azjatyckich na ścianie w mieszkaniu

Dla mnie prawdziwy horror! Aż się spociłem czytając. Ze strachu oczywiście. Da się to jakoś od-czytać (czyli zapomnieć)? Bo nie usnę wieczorem…

Kilka uwag:

wprysnęli z sali

myslę, że jednak wyprysnęli skoro z sali a nie do sali

 

padały jak muchy.

i blisko zaraz

ciął te biedronki jak muchy

No i pytanie: czy biedronki mogą mieć atak serca? Jeśli w ogóle mają serce… Trzeba by Niesiołowskiego spytać… :)

P.S.

Po doświadczeniu tej lektury już nie myślę już o Tobie jak o grzecznej dziewczynce, raczej jak o Agacie Christe, ale nie skażone lękiem serdeczności dołączam :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dziękuję Wam za komentarz i za kliki :xD Jak to miło napisać zrozumiały tekst.

Babole poprawione, lecz boję się, że może być ich więcej, więc na wszelki wypadek jeszcze raz przeczytam.

Mytrixie, masz rację:) chciałam skręcić w tym właśnie miejscu, ale powstrzymałam się i wróciłam do pierwotnego planu.

Katiu, to są właśnie TE biedronki:), cieszę się, że się dobrze czytało, o to chodzi.

Tsole, super, że “wyłapałeś” to powtórzenie, zmieniłam na szatkowanie kapusty:), nie znalazłam na razie innego (bardziej stosownego) z ciąć, siekać, ciachać, rąbać, rżnąć. Jeśli biedronki należą do stawonogów, a ponoć tak, to mają otwarty układ krwionośny. Leży po grzbietowej stronie ciała i składa się z wielokomorowego serca i krótkiej aorty. Czy możliwy atak serca – nie dokopałam się:), ale to fantastyczne biedronki.

Mam nadzieję, że ze strachu, nie bój się. Może znajdę jakąś odtrutkę:) 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No i Niesioł niepotrzebny się okazał :)

Mam nadzieję, że ze strachu, nie bój się. Może znajdę jakąś odtrutkę:) 

Wystarczy jak mi opowiesz bajkę do poduszki. Tylko nie o biedronkach!!!!

 

PS. Dałbym klika ale nie mam jeszcze uprawnień (mimo wieku tutaj żółtodziób jestem …)

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Fajne opowiadanie, choć obawiam się, że wkrótce szybko o nim zapomnę. A co do Meli, nie sądziłam, że to skrót od Amelii tylko od Melanie.

Mam takie historyjki o Pufie i Pętelce, ale musiałabym któreś z nich wysłać na podbój kosmosu, może spróbuję – mam motywację:)

O klikach wiem, sama ciężko pracowałam, aby dochrapać się tej możliwości, ale słuszną jest ta zasada, a żółtodziobem fajnie być:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć, cześć, biedronka chce mnie zjeść! 

Już nigdy nie spojrzę na te owady tak samo. I pomyśleć, że ja też próbowałem ich bronić! 

Tekst świetny, nie spodziewałem się bajki, która kupi mnie tak bardzo. Czułem taki dziecięcy klimat, jakby ktoś mi powiedział “masz teraz kilka minut i możesz być beztroski jak dziecko, specjalnie cofnę dla ciebie czas”, a ja skorzystałem z tego czasu w pełni.

Masz bardzo przystępny sposób opisu, obrazowy i barwny, przyjemnie się dzięki temu czytało. 

Pomysł z ożywieniem postaci z bajek mnie zniewolił. Jest nieopisanie wręcz satysfakcjonujący, ciężko mi stwierdzić dlaczego. 

Zakończenie super, zastanawiałem się po co wprowadzałaś nas do szkoły, skoro akcja dzieję się w domu, ale wszystko jasne ;). 

Wyjął swój kordzik i ciął w skrzydła tej suki.

Padłem. 

Samo dobro, lecę nominować! Pozdrówko! :P 

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Tsole, nie wiem czy wiesz co następuje, ale napiszę: po napisaniu komentarza możesz zgłosić do biblioteki w odpowiednim wątku w HydeParku i zostanie kliknięte za Ciebie. Wymagane kryteria są tam opisane.

A aby nabyć możliwość klikania musisz otrzymać piórko za jakiś swój tekst :-)

 

Glyneth, mam córkę Amelię i używamy też form jak: Mela czy Melka, to popularna praktyka.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

To ja dołączam do zadowolonych czytelników. :) Fajnie, że nie bałaś się zaatakować biedronek. Faktycznie coraz więcej tego i w większości nie te nasze, swojskie, ale jakieś obce.

Podoba mi się pomysł zrobienia z poczciwych biedronek potworków rodem z horrorów. W ogóle świetny jest pomysł z dzieciakami, które zamykają się w składziku, żeby opowiadać sobie straszne historie. I wykorzystanie postaci z bajek też mi się podobało. Krótko mówiąc masz w jednym opowiadaniu aż trzy dobre i świeże pomysły. I już za to należy ci się kliczek.

Aby trochę pomarudzić. Dzieciaki są raczej z niższych klas podstawówki i nie jestem pewna czy “aparat gębowy” albo “chitynowy pancerzyk” mieszczą się w ich słowniku.

Generalnie jednak ładnie napisane.

No, to lecę kliknąć. :D

Mytrix: wiem, wiem, alem jeszcze nie godzien, niemniej dzięki za troskę :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

O taak, ciemne zakamarki szkoły są dobrym miejscem do opowiadania sobie takich horrorów, prawie tak dobrym, jak nocne ogniska na wakacyjnych biwakach.

Fajne połączenie bajki z motywem plagi biedronek, o czym od czasu do czasy donoszą media. ;)

Biedroneczki są w kropeczki przypomniały mi jedno z dawniejszych opowiadań Bemik, pt. Sałata – krótkie, serdecznie polecam: https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/8778

 

nie wy­ko­lą komuś oka sprzącz­ką… –> Raczej: …nie wy­kłują/ skaleczą komuś oka sprzącz­ką

 

na któ­rych stały środ­ki czy­sto­ści i le­ża­ły ścier­ki, cze­ka­jąc na strasz­ne opo­wie­ści. –> Skąd wiadomo, że środki czystości i ścierki czekały na opowieści?

 

oj­ciec za­ło­żył po­ma­rań­czo­wy t-shirt w czar­ne zyg­za­ki. –> …oj­ciec za­ło­żył po­ma­rań­czo­wy T-shirt w czar­ne zyg­za­ki.

 

a Kot wy­bie­rał: Ca­li­necz­ka, Czer­wo­ny Kap­tu­rek, Dziew­czyn­ka z za­pał­ka­mi, Kró­lo­wa śnie­gu, Jaś i Mał­go­sia, Dziel­ny oło­wia­ny żoł­nierz i Sy­ren­ka. –> Tytuły powinny być napisane kursywą albo ujęte w cudzysłów.

 

jak pla­no­wał bitwę. Może była naszą ostat­nią. –> Kot dopiero tę bitwę planuje, więc: Może będzie naszą ostat­nią

 

Obok mnie sta­nął Kot i Pa­pie­ro­wa tan­cer­ka, w któ­rej ko­chał się Oło­wia­ny żoł­nierz. –> Imiona bohaterów bajek pisałabym wielkimi literami: Obok mnie sta­nął Kot i Pa­pie­ro­wa Tan­cer­ka, w któ­rej ko­chał się Oło­wia­ny Żoł­nierz.

 

Ko­lej­ne wa­ta­hy zmro­zi­ła swoim od­de­chem Kró­lo­wa śnie­gu… –> Wataha to stado wilków, o biedronkach powiedziałabym: Ko­lej­ne chmary/ stada zmro­zi­ła swoim od­de­chem Kró­lo­wa Śnie­gu

 

kiedy zo­ba­czą że prze­dziu­ra­wi­łam bo­iler. –> …kiedy zo­ba­czą że prze­dziu­ra­wi­łam bo­jler.

 

Ślepy kret wę­szył po ką­tach i zno­sił w swoim pysku po­je­dyn­cze sztu­ki… –> Ślepy Kret wę­szył po ką­tach i zno­sił w pysku po­je­dyn­cze sztu­ki

Czy Kret nosiłby coś w cudzym pysku?

 

Razem z Babą Jagą ze­szli­śmy do sa­lo­nu i wrzu­ci­ły­śmy… –> Razem z Babą Jagą ze­szłyśmy do sa­lo­nu i wrzu­ci­ły­śmy

 

Dziew­czyn­ka z za­pał­ka­mi pod­pa­li­ła ją. –> …Dziew­czyn­ka z Za­pał­ka­mi pod­pa­li­ła ją.

 

Tan­cer­ka tylko za­wi­ro­wa­ła wokół Oło­wia­ne­go żoł­nie­rza… –> Tan­cer­ka tylko za­wi­ro­wa­ła wokół Oło­wia­ne­go Żoł­nie­rza

 

Pani od zajęć tech­nicz­nych szar­pa­ła za klam­kę. –> Pani od zajęć tech­nicz­nych szar­pa­ła klam­kę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczna historia. Napisana zrozumiale – wszystko jasne.

No, wreszcie się wyjaśniło, skąd te naloty biedronek. To przez różę…

Biedronkowe skrzywienie rodziców mocno creepy.

A teraz się przyznaj, ile sieć sklepów zapłaciła Ci za reklamę. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie wywołuj wilka z lasu, bo wiadoma sieć jeszcze nam Asylum do sądu za zniesławienie poda. ;)

I tam, Irko, nie boję się sieci:D, a z “aparatem gębowym i chitynowym pancerzykiem” – dumałam, ale czwarta klasa to 10-11 lat i moje chrześniaki taką wiedzę miały, że odpadałam:)

Ha, Finklo, wreszcie zrozumiałe:D, ale co będzie dalej, nie wiadomo…

Reg, kłaniam się i poprawiam za chwilkę, a do opka Bemik polecę jak na skrzydłach… motyla. Mam lęk przed czytaniem tekstów dobrych z obszaru pisania, próbuję z tym walczyć, jednak to trudne, gdyż paraliżuje, ale post factum – TAK:) Dzięki za poświęcenie czasu na moje mini opowiadanie! 

 

Edit: Już poprawione, to bezcenne – móc zdać się na kogoś.

Z tymi podwójnymi nazwami np. Ołowiany Żołnierz miałam potężny zgryz i nie wiedziałam jak to zapisać, bałam się, że jeśli oba słowa będą dużą literą to wyjdzie po angielsku.

Z kolei ze ścierkami to zabawa – puściłam. Matko wreszcie coś zauważyłam, sama z siebie!. Reg, czy uważasz że to trzeba poprawić?

na których stały środki czystości i leżały ścierki, czekając na straszne opowieści. –> Skąd wiadomo, że środki czystości i ścierki czekały na opowieści?

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przecież to brzmi jak sen! 

 

Podobało się. :)

Sara

Łał, dziękuję za komentarze i czas poświęcony na przeczytanie.

Glyneth7 – fajność mi wystarczy:), do niedawna była tabula rasa, czyli ja miałam zamiary i wiedziałam, co, a czytający nie. 

MaSkrol – za słowo “przystępność” masz moją dozgonną wdzięczność, bo chyba udało się:)

Saro, dzięki za słowo:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Z kolei ze ścier­ka­mi to za­ba­wa – pu­ści­łam. Matko wresz­cie coś za­uwa­ży­łam, sama z sie­bie!. Reg, czy uwa­żasz że to trze­ba po­pra­wić?

Ja bym poprawiła. To dość głupio brzmi, kiedy czytam, że ścierki i środki czystości czekają na opowieść. ;)

Proponuję: Tymczasem, w schowku na miotły, piątka dzieci z czwartej A zrzuciła plecaki na szare kafle i zaraz się na nich rozsiadła, przytulając plecy do regałów ze środkami czystości i czekając na straszne opowieści.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Lubię takie bajkowe klimaty i jestem w stanie sporo przeczytać i być zadowoloną. Biedronki raczej pozytywnie się kojarzą (w każdym razie mi), więc zrobienie z nich krwiożerczych bestii jest ciekawym akcentem – w końcu są drapieżnikami, które tylko uroczo wyglądają. A baśnie broniące świat dzieci? Przyjemne. Moim zdaniem w tym tekście raczej ukułaś świat dla dzieci i młodzieży ze sporą dozą mroku, więc może być przyswajalne dla dorosłych (popularność Harry’ego Pottera – z każdym tomem cięższy klimat). Jest to fajny i rozwojowy kierunek, więc przemyśl, bo masz ku temu możliwości. I to bardzo duże. 

Uwielbiam Twoje długie, złożone zdania. W ogóle takie lubię, więc jak ktoś to robi umiejętnie (ja raczej nie umiem, a już na pewno z powodu zardzewiałego pióra) – jestem w siódmym niebie. Kolejna rzecz za którą przepadam jest użycie metafor w taki sposób jak porównanie uczniów do nurtu wody. Dla mnie to smaczki, które nie każdemu muszą się podobać. Moim zdaniem to są apetyczne smaczki do których trzeba sporo wyobraźni. 

Podsumowując, trafiłaś w mój gust, ale przy tym tekst jest ciekawy wraz ze stylem, który bardzo umilił mi lekturę.

Coś z tym Harry Potterem jest, ale moim zdaniem dobre były tylko pierwsze dwie, może trzy części. Później świat jest ciekawy, ale wszystko jakieś takie na ilość a nie na jakość. Takie tam moje wrażenia :-)

Jestem ciekaw jakby ten tekst wyglądał, gdyby w momencie gdy pada pieresza "suka" skręcić w brud/syf ewentualnie bizarro.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Doooobre:). Akurat na straszne letnie opowieści przed snem dla naszych kochanych dzieciątek ;). Zasłużony klik:)

 

Reg – poprawione i dziękuję za propozycję, bardzo! To jest takie – nie umiem się odwdzięczyć – piękne i dobre, kiedy możesz zapytać i otrzymasz odpowiedź. Do Bemik polecę za chwilę:)

Mytrixie – bałam się polecieć, gdyż odlatuję wtedy w nieprzyjemne strony (dlatego skasowałam swój tekst na Mitologie, budzą się koszmary:), opki stają się trudne i ja nie poradziłabym sobie z komentarzami.

Deirdriu – nawet nie wiesz, jaką radość sprawiłaś mi z tymi długimi zdaniami:) Dla mnie to niedościgły ideał. Odkąd zaczęłam popisywać to opanowała mnie obsesja na punkcie długich zdań, a posługuję się na co dzień cholernym stylem komunikacyjnym, tzn upraszczam, co się tylko da, a czasu na wieczory rozwlekłe i duszoszczypatielene brak.

Rybaku – dzięki:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bardzo proszę, Asylum. I bardzo się cieszę, że propozycja znalazła Twoje uznanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo fajne te Twoje krwiożercze biedronki! W sensie w opowiadaniu, bo chyba nie chciałbym żadnej spotkać na żywo ;) Pomysł na “bestie” i i bajkowy ratunek bardzo ciekawy. Czasami tylko miałem wątpliwości czy dziewczynka użyłaby słów takich jak “chitynowe pancerzyki”, “czułki gębowe” czy “wielokropki”, ale co ja tam wiem o dzieciach ;) 

Super tekst :) 

Sympatyczne. Tylko że ja chyba wolałabym wersję bardziej nie dla dzieci ;-)

Podobnie jak Leniwcowi też czasem niektóre wyrazy nie pasowały mi do opowieści dziecka, ale czytało się dobrze. Zdziwiłam się też, że bohaterka jednak zjadła owada, którego przyniósł ojciec.

Fajny motyw ubioru we “właściwe” wzory. Podobały mi się też drobiazgi w przedstawianiu postaci z bajek – cały czas gdzieś się tam czai mroczniejsza rzeczywistość – tancerka oddaje nogę na podpałkę, Dziewczynka z Zapałkami podpala niedobitki…

Ogólnie jestem zadowolona z lektury :-)

Technicznie – czasami miałam wrażenie, że zdania są ciut przekombinowane. Interpunkcyjnie… Powiedzmy, że ujdzie :P Usterki z pierwszego fragmentu:

 

Przepychali się w drzwiach, nie zważając na to, czy nadeptują sobie na stopy, czy[+,] zarzucając ciężkie plecaki na jedno ramię, nie wykłują komuś oka sprzączką, lub doczepionymi maskotkami.

 

Przez piski i krzyki, a nawet przekleństwa[+,] przebijał się głos nauczyciela:

 

wydzierał się Hubert, jasnowłosy grubasek, wpychając byle jak książki, które wypadły mu z rozpiętego plecaka. – Mela!

 

Wpychając gdzie? Sam imiesłów to za mało. Może: wpychając do rozpiętego plecaka wypadające książki/ książki, które nie chciały się w nim zmieścić? Albo jakoś podobnie.

 

Nauczyciel odruchowo zerknął na topniejący tłumek w drzwiach, lecz nie zobaczył w nim czarnych warkoczyków Amelii przytrzymał mijającego go Huberta za niebieską bluzę. – wiem, o co chodzi, ale coś mi tu nie gra na poziomie przyczynowo-skutkowym. Może: Nauczyciel odruchowo zerknął na topniejący tłumek w drzwiach i, nie zobaczywszy w nim czarnych warkoczyków Amelii, przytrzymał mijającego go Huberta za niebieską bluzę?

 

Przekręcając klucz, westchnął, widząc że dziura w lamperii, po miesiącu od rozpoczęcia nauki, była wydarta do tynku. →

Przekręcając klucz, westchnął, widząc, że dziura w lamperii po miesiącu od rozpoczęcia nauki była wydarta do tynku.

Albo, żeby nie mnożyć przecinków w jednym miejscu:

Przekręcając klucz, westchnął – dziura w lamperii po miesiącu od rozpoczęcia nauki była wydarta do tynku.

 

Zanim udał się do pokoju nauczycielskiego, obrzucił czujnym wzrokiem korytarz: przy sklepiku szkolnym ustawiła się kolejka; drzwi od łazienki kłapały w tę i nazad, jakby były wahadłowe do saloonu z filmowych westernów; Hubert dogonił Melę i już razem wchodzili do przedsionka przed salą do zajęć technicznych. 

Dałabym przecinki zamiast średników; po dwukropku wyliczasz, co zobaczył nauczyciel.

 

Tworzyły się mniejsze i szersze zawirowania, gdzieniegdzie nurt przyspieszał. – mniejsze i szersze to niekoniecznie są przeciwieństwa, a z kontekstu wynika, że o to chodzi.

 

Dobrze, że przynajmniej wymusiliśmy noszenie niebieskich bluz, zawsze to jakaś równość. – domyślam się, że to jest myśl nauczyciela, ale w żadnej sposób jej nie zaznaczasz, a nigdzie indziej w tekście nie przechodzisz na narrację “my”.

 

Tymczasem, w schowku na miotły, piątka dzieci z czwartej A zrzuciła plecaki na szare kafle i zaraz się na nich rozsiadła, przytulając plecy do regałów ze środkami czystości i czekając na straszne opowieści. – wywaliłabym dwa pierwsze przecinki, niepotrzebne “kawałkują” tekst; nie wiem też, czy dzieciaki rozsiadły się na plecakach czy na kaflach.

 

Cała piątka uwielbiała je i żałowała, że z kantorku przylegającego do sali od zajęć technicznych, mogli korzystać tylko jeden raz w tygodniu, przed lekcją.

 

Zwykle, ten koniec szkolnego korytarza był zamknięty z uwagi na noże, wiertarki, frezarki, które leżały tam niezabezpieczone.

 

Hubert, zamknij te drzwi, siedzisz najbliżej – ponaglił go Antek – a ty Melu zaczynaj, dzisiaj twoja kolej!

Dałabym:

– Hubert, zamknij te drzwi, siedzisz najbliżej – ponaglił go Antek. – A ty, Melu, zaczynaj, dzisiaj twoja kolej!

 

– No[+,] więc… – zaczęła Mela.

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

DD, wielkie dzięki za komentarz:)

Miałam orzech do zgryzienia, ponieważ z częścią uwag się zgadzam, z niektórymi – nie wiem, inne – odrzucam, bo podobno mam ćwiczyć pewność siebie (tak mi mówią).

*z pasuje – nie pasuje słownictwo, nie mam zdania, gdyż nie wiem. Może macie rację, ale wolę podwyższać poprzeczkę.

*przekombinowane zdania chyba nie są, gdyż pisałam „na szybko”, czyli bez myślenia, bo wtedy tonę w rozważaniach: dobre, beznadziejne, złe, może być i idę dalej, bo zastanawianie mnie wykończa.

*Przez piski i krzyki, a nawet przekleństwa[+,] przebijał się głos nauczyciela

poprawione

*Przepychali się w drzwiach, nie zważając na to, czy nadeptują sobie na stopy, czy[+,] zarzucając ciężkie plecaki na jedno ramię, nie wykłują komuś oka sprzączką, lub doczepionymi maskotkami

kurcze, tu chciałam zaznaczyć, że tylko na jedno, bo cholernie ciężkie, a na dwa nie zarzucają i kręgosłupy się potem buntują.

*z tym wpychaniem, to domyślne, chyba bym nie cyzelowała.

*Nauczyciel odruchowo zerknął na topniejący tłumek w drzwiach, lecz nie zobaczył w nim czarnych warkoczyków Amelii przytrzymał mijającego go Huberta za niebieską bluzę. – wiem, o co chodzi, ale coś mi tu nie gra na poziomie przyczynowo-skutkowym. Może: Nauczyciel odruchowo zerknął na topniejący tłumek w drzwiach i, nie zobaczywszy w nim czarnych warkoczyków Amelii, przytrzymał mijającego go Huberta za niebieską bluzę?

rozumiem, lecz piszę w czasie teraźniejszym i chyba akceptowalne?

*Przekręcając klucz, westchnął, widząc że dziura w lamperii, po miesiącu od rozpoczęcia nauki, była wydarta do tynk

tu chyba nie ma błędu, można i z myślnikiem, ale też i z “widząc że”. Pewności nie mam, ups.

*eh, z tymi średnikami to sama nie wiem jak ich używać, próbuję i „na czuja” wolałam użyć średnika. Przeczytam o tym średniku z sjp, może coś się rozjaśni, a może nie.

*Tworzyły się mniejsze i szersze zawirowania, gdzieniegdzie nurt przyspieszał. – mniejsze i szersze to niekoniecznie są przeciwieństwa, a z kontekstu wynika, że o to chodzi.

tak, to niekoniecznie szczęśliwe – nie pasowały mi większe kręgi, gdyż tak naprawdę są szersze. Pomyślę:)

*Dobrze, że przynajmniej wymusiliśmy noszenie niebieskich bluz, zawsze to jakaś równość. – domyślam się, że to jest myśl nauczyciela, ale w żadnej sposób jej nie zaznaczasz, a nigdzie indziej w tekście nie przechodzisz na narrację “my”.

to prawda, ale zrozumiałe, nauczyciel jest członkiem społeczności i mpz.

*z tymi kaflami, jeśli reg zaakceptowała, to nie będę zmieniać. Wiesz, nie lubię emocjonalnych słów w narracji – „uwielbiała”. Może to jakaś aberracja?

*Hubert, zamknij te drzwi, siedzisz najbliżej – ponaglił go Antek – a ty Melu zaczynaj, dzisiaj twoja kolej!

Dałabym:

– Hubert, zamknij te drzwi, siedzisz najbliżej – ponaglił go Antek. – A ty, Melu, zaczynaj, dzisiaj twoja kolej!

i tak, i nie, chyba moja opcja jest dopuszczalna, mówił na jednym wdechu, ale wiesz nie wiem.

*– No[+,] więc… – zaczęła Mela.

sprawdzałam, i obie formy są poprawne, zależy kiedy wdech.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/No-wiec;5530.html

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

przekombinowane zdania chyba nie są, gdyż pisałam „na szybko”, czyli bez myślenia, bo wtedy tonę w rozważaniach: dobre, beznadziejne, złe, może być i idę dalej, bo zastanawianie mnie wykończa.

Chodziło mi o to, że niektóre zdania pod względem składniowym nie są najładniejsze. Wiadomo, co chcesz powiedzieć, ale czasem coś zgrzyta.

 

*Nauczyciel odruchowo zerknął na topniejący tłumek w drzwiach, lecz nie zobaczył w nim czarnych warkoczyków Amelii przytrzymał mijającego go Huberta za niebieską bluzę. – wiem, o co chodzi, ale coś mi tu nie gra na poziomie przyczynowo-skutkowym. Może: Nauczyciel odruchowo zerknął na topniejący tłumek w drzwiach i, nie zobaczywszy w nim czarnych warkoczyków Amelii, przytrzymał mijającego go Huberta za niebieską bluzę?

rozumiem, lecz piszę w czasie teraźniejszym i chyba akceptowalne?

Imiesłów to tylko propozycja poprawki, chodziło mi o to, że w Twoim zapisie to, że nie zobaczył warkoczyków i przytrzymał Huberta jest równoważne (użycie spójnika i), a z treści wynika, że przytrzymał Huberta dlatego, że nie zobaczył Amelii (a przynajmniej tak zrozumiałam). Dodatkowo przeciwstawiasz to, że nie zobaczył i że przytrzymał temu, że zerknął na topniejący tłumek – używasz spójnika lecz. Przecistawienie miałoby sens przy zestawieniu spojrzenia na tłumek i tego, że nie zobaczył, ale już nie tego, że przytrzymał, bo tu masz już wynikanie. Dlatego pod względem przyczynowo-skutkowym jak dla mnie to zdanie jest źle skonstruowane. Użyłabym innych spójników, albo pokombinowała inaczej.

 

*Przekręcając klucz, westchnął, widząc że dziura w lamperii, po miesiącu od rozpoczęcia nauki, była wydarta do tynk

tu chyba nie ma błędu, można i z myślnikiem, ale też i z “widząc że”. Pewności nie mam, ups.

Może być bez myślnika, ale przecinki po lamperii i nauki i tak bym wywaliła, bo westchnął nie dlatego, że była dziura w lamperii, ale dlatego, że pojawiła się już po miesiącu – dlatego potraktowałabym to jako całość znaczeniową, a nie wtrącenie.

 

Co do średników, to tak sobie googlam i wychodzi, że też mogą być…

 

Wiesz, nie lubię emocjonalnych słów w narracji – „uwielbiała”. Może to jakaś aberracja?

??? W tym zdaniu chodziło mi o nadmiarowy przecinek po technicznych…

 

Hubert, zamknij te drzwi, siedzisz najbliżej – ponaglił go Antek – a ty Melu zaczynaj, dzisiaj twoja kolej!

Mnie to brzmi jak dwa oddzielne zdania :P. Tak czy siak, nawet jeśli zostawisz w takiej formie, to oprzecinkuj Melu – bo wołacz ;-)

 

Na koniec:

Miałam orzech do zgryzienia, ponieważ z częścią uwag się zgadzam, z niektórymi – nie wiem, inne – odrzucam, bo podobno mam ćwiczyć pewność siebie (tak mi mówią).

Ja się tylko dzielę uwagami, co z nimi zrobisz, to już tylko Twoja decyzja :-)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

DD, pięknie dziękuję za odpowiedź na odpowiedź :)

Sprawę przemyślałam, chyba wczorajszy upal nie pozwolił mi „składnie” myśleć. Kiedy dzisiaj czytam to, co odpisałam wczoraj – trochę się rumienię z powodu napisanych głupstw.

Nad zgrzytami składniowymi spróbuję popracować, ale niewiele na to mogę poradzić. Przecinki poprawię, a z tym wynikaniem związanym z „lecz” – masz rację!

Jeszcze raz dzięki, za wnikliwość – niedostępne jest dla mnie takie klarowne spojrzenie na tekst.

Fajnie, że opko sympatyczne. I ja żałuję, że nie dla dorosłych, ale chyba muszę ćwiczyć najpierw na najprostszych.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wpadam głównie potwierdzić przeczytanie i zadowolenie z lektury. Obawiam się, że po komentarzach przedpiśców już nic nowego nie wymyślę.

Fajnie, że wybrałaś do tego tekstu akurat biedronki. Takie pozornie sympatyczne żyjątka fajnie wypadają w roli krwiożerczych bestii. Brakło chyba tylko ambitnego planu przejęcia władzy nad światem. :-)

Tekst sympatyczny, czytało się fajnie. Jeśli tak mają wyglądać Twoje wprawki i teksty, nazwijmy to, ćwiczeniowe, to ćwicz jak najwięcej, bo odbywa się to z korzyścią dla czytelnika.

Ja akurat nie żałuję, że tekst nie dla dorosłych. Fajnie na moment sobie wrócić do takiego dziecięcego świata.

 

A teraz się przyznaj, ile sieć sklepów zapłaciła Ci za reklamę. ;-)

Ja Ci dziękuję za taką reklamę. :-)

 

 żółtodziobem fajnie być:)

Potwierdzam. :-)

Ja Ci dziękuję za taką reklamę. :-)

Nieważne jak, grunt, żeby mówili… ;-)

Babska logika rządzi!

Masz Ci los, zareklamowałam biedronkę… ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Takie dziwne, ale jak na tekst na 5 minut może być. Mam jedną uwagę. Uczniowie raczej nie dostaliby się do schowka na szczotki, bo klucze do nich mają tylko woźne i dobrze je pilnują.

Dzięki CMie i Piotrze za zajrzenie i napisanie komentarzy. :)

Jeśli czytało się fajnie, nawet gdy jest się dorosłym – to się cieszę,  bo zadanie wykonane;  a jeśli nawet pięć minut to też bardzo ok. NIe wiem, Piotrze, czy można zająć czyjąś uwagę na dłuższy czas? Odejdzie w tło, zawsze.

CM, będę chyba ćwiczyć do końca życia itd:DDD, ale to jest dziwne, gdyż dla siebie (ku pamięci) i na portalu, z uwagi na respons. Człowiek jest istotą społeczną, od początku do końca.

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zostaw w spokoju, te boże krówki.

Bez przecinka, płynniej będzie.

 

(…) Przez korytarz przewalały się grupy uczniów, choć w zasadzie były to dwie rzeki niebieskich mundurków o różnych odcieniach, lecz jednolitym kroju, płynące naprzeciwko siebie i mieszające swoje wody. Tworzyły się mniejsze i szersze zawirowania, gdzieniegdzie nurt przyspieszał. Dobrze, że przynajmniej wymusiliśmy noszenie niebieskich bluz, zawsze to jakaś równość. Przerwa jak każda inna.

Rozumiem, że te dwa ostatnie zdania myśli sobie nauczyciel, ale zanim je przedstawiasz, najpierw opisujesz nader szczegółowo korytarz, a w nim uczniów – odchodzisz więc coraz bardziej od belfra i potem nagle wracasz do niego na koniec fragmentu, jedynie w formie tych krótkich dwóch zdań, co daje mi lekkie wrażenie ich oderwania od całości; są po prostu dla mnie za bardzo oddalone od ich “przekaźnika”.

Ale zostawiając początek – im dalej czytałam, tym ciekawiej było. Pomysł z biedronkami oraz pokazanie między wierszami mroczniejszej natury bajek – fajny. (;

 

Jeśli płynniej to poprawiam:)

Druga kwestia jest poważniejsza, to moja bitwa o sprawność posługiwania się mpz. Uważam to za niezbędne narzędzie, lecz czasami wybija jak przepełnione szambo, ponieważ szwankuje poradność. Tu, też tak jest i ja to czuję. Cóż, będę próbowała dalej.

Fajnie, że im dalej tym ciekawiej. Dzięki:)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A co to jest mpz?

Babska logika rządzi!

mowa pozornie zależna

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Sympatyczne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka