- Opowiadanie: Trzask - Nowoorleański jazz

Nowoorleański jazz

Moje drugie opowiadanie. Nieco bardziej współczesne spojrzenie na znany grecki mit. Inspiracją była poniekąd książka Michio Kaku “Fizyka przyszłości” , która dobitnie przedstawia, że dostępne obecnie technologie pozwalają nam osiągnąć tyle samo, jeżeli nie więcej, niż antyczne bóstwa.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy II, Finkla, black_cape

Oceny

Nowoorleański jazz

Lata trzydzieste – Nowy Orlean

 

Jazdę w ciasnym, zatłoczonym tramwaju trudno zaliczyć do grona przyjemnych czynności. Zwłaszcza kiedy wzrost pasażera sięga lekko ponad dwóch metrów. Z takim problemem zmagał się właśnie Apollo. Siedzące wokół panny chichotały nieśmiało, wyglądając ciekawie sponad kolorowych wachlarzy. Na pewno bawił je dziwacznie zgięty kark młodego mężczyzny, choć w ich oczach można było wyczytać także ekscytację. I trudno się im dziwić. Tak jak każdy niegdysiejszy mieszkaniec Olimpu, Apollo był po prostu piękny. Bóg nie zwracał jednak w tej chwili uwagi na zaczepki zalotnic.

Zdecydowanie chętniej poświęcał się obserwacji miasta, które w trakcie jego dwudziestoletniej nieobecności nabrało zupełnie nowego charakteru. Wokół wznosiły się piętrowe budynki o pięknych fasadach, ulice pokrył porządny, pozbawiony dziur bruk. Dzieciaki w zbyt dużych czapkach wpatrywały się w sklepowe witryny pełne egzotycznych towarów, a wszędobylskie szyldy zachwalały rzekomo wyjątkowe usługi. Zbyt długo zabawiłem na teksańskich pustkowiach – pomyślał bóg. Turkoczący pojazd pokonał kolejny zakręt. Pasażerowie wlepili się natychmiast w jego okno, by choć przez chwilę posłuchać zmontowanej naprędce kapeli zajmującej skraj chodnika. Muzycy z olbrzymim zapałem dęli w trąbki i puzony, gromadząc wokół siebie roztańczoną grupkę słuchaczy. To jedno się nie zmienia – uśmiechnął się w duchu Apollo. Miastem rządzi jazz. Przeciskając się wśród innych podróżujących, nie zauważył, że z marynarki wyślizgnęła mu się czarno-biała gazeta. Stojący tuż obok, spragniony najnowszych wieści mężczyzna, chwycił ją łapczywie.

– Wielki Marsjano, dzisiaj w klubie Gumbo – wymamrotał, czytając krzykliwy nagłówek.

 

Ku niezadowoleniu współpasażerek Apollo wyskoczył z tramwaju. Bóg rozejrzał się wokół i dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo tęsknił za tym miejscem. Letni wieczór w Nowym Orleanie nie dał się pomylić z niczym innym na całym świecie. Każdy ekskluzywny klub i każdy podwórkowy bar rozbrzmiewał muzyką. Eleganccy panowie wypełniali ulice zapachem zdecydowanie zbyt często palonych cygar, walcząc o lepsze ze sprzedawcami aromatycznych parówek w bułkach, zwanych z jakiegoś powodu hot dogami. Do hoteli wpadali i wypadali podróżni. Wielkie walizy utrudniały im przedzieranie się przez zatłoczony trotuar. Do radosnych odgłosów miasta dołączył pisk opon i pogróżki kierowcy nowoczesnego automobilu. Apollo znał je jedynie ze słyszenia.

W końcu udało mu się w wypatrzyć wielki szyld klubu Gumbo, choć sam tłum stojący pod jego wejściem stanowiłby idealny drogowskaz. Wielki Marsjano rzeczywiście musiał być wyjątkowy. Idąc w stronę wytwornego lokalu, bóg zdążył uratować spadającego z kelnerskiej tacy drinka, obrócić w piruecie dziewczynę, która przypadkiem wpadła w jego szerokie ramiona, oraz rzucić kilka drobniaków ulicznym grajkom. Zerwał też jeden z rozlepionych w okolicy plakatów, by dokładnie przyjrzeć się tajemniczemu Marsjano. Młody Murzyn dął w trąbkę, a nawet lekko rozmazane, pozbawione kolorów zdjęcie aż emanowało jego pasją do tego, co robi. Spoglądającego na plakat Apolla ogarnęło dziwne uczucie, którego nie umiał nazwać. Nieważne. Wchłonął go tłum. Przedarł się przez ścisk i wręczył VIP-owską wejściówkę bileterowi. Zapowiadał się naprawdę ciekawy wieczór.

 

Choć specjalny bilet pozwalał zająć Apollowi dowolne miejsce, postanowił stanąć na uboczu, tuż przy eleganckim barze. Prostym gestem odpowiedział na wyczekujące spojrzenie kelnera. Podwójna whisky. Inni goście klubu Gumbo poczynili podobne przygotowania. Stoły pokryły się popielnicami oraz wysokimi kieliszkami pełnymi wina lub szampana. Bogaci panowie zbijali się w grupki i rozmawiali o pięknych kobietach, a piękne kobiety plotkowały o bogatych panach. Wyraźnie podchmielony jegomość w niemodnym już cylindrze zarechotał szczerze. Troskliwa żona niezauważenie wyjęła kieliszek z jego dłoni. W powietrzu ponownie pojawił się zapach drogich cygar. Jeden z zapracowanych kelnerów odbił się od twardych pleców Apolla i nie przeprosił chyba tylko dlatego, iż był pewien, że odbija się od ściany. Olbrzymowi jednak zupełnie to nie przeszkadzało, podzielał doskonały humor ludzi zgromadzonych na sali. Cieszył się atmosferą panującą w klubie. Siedząca na sąsiednim stołku panna zatrzepotała słodko rzęsami. Szeroka kurtyna skrywająca scenę rozsunęła się w momencie, w którym miała zapytać nieznajomego przystojniaka o zapalniczkę. Na deski estrady wskoczył mężczyzna w złotej marynarce i scenicznym ruchem chwycił mikrofon. Szczere owacje pozwalały sądzić, że stali bywalcy lokalu znali go doskonale.

 

– Panie i panowie, klub Gumbo wita was w swoich nie tak znowu skromnych progach – zażartował z perfekcyjnie wyćwiczonym uśmiechem. – Każda impreza w naszym przybytku jest całkowicie wyjątkowa, a ja mógłbym mówić o każdej z nich bez końca. Nie zrobię tego jednak, ponieważ wiem, że tak samo, jak ja, po prostu kochacie to miejsce! Wiem też, co was tu dzisiaj sprowadziło! Bez obaw, nie będę dłużej testował waszej cierpliwości. Moi mili, proszę o wielkie owacje dla niepowtarzalnego, wyjątkowego, wielkiego Marsjanooo!

Wśród okrzyków oraz braw na scenę wparował czarny jegomość w białym garniturze. Pozdrawiał fanów i żartobliwie wysyłał im buziaki. Większość gości nie zauważyła nawet, że tuż za gwiazdą wieczoru usadowił się zespół mający przygrywać artyście podczas koncertu. Apollo upił kolejny łyk palącej whisky. Przez głowę przeszła mu idiotyczna myśl, że kiedyś spotkał już tego całego Marsjano. Oczywiście szybko się jej pozbył. Muzyk był zbyt młody, aby mieli okazję się wcześniej poznać. Spłukał wątpliwości kolejną porcją trunku. Czekał na pokaz. Wkrótce dziki entuzjazm oraz podniecenie rozgadanego tłumu również ustąpiły pola ciekawości i chęci usłyszenia słynnego trębacza. Zapadła cisza. Pełna wyczekiwania, nerwowego oblizywania warg oraz głodna muzyki cisza. Marsjano bezgłośnie odliczył na palcach – trzy, dwa, jeden.

 

Kontrabas rozpoczął swój basowy śpiew. Chwilę później dołączył do niego puzon. Ktoś w tłumie zaczął nieśmiało wytupywać rytm. Pierwsze takty utworu upływały, a goście klubu Gumbo wstrzymywali oddech. I wtedy się zaczęło. Boski Marsjano wydusił z błyszczącej trąbki pierwsze nuty, które wymalowały na twarzy Apollo szczere zdziwienie i… uśmiech. Zawiesił szklankę w połowie drogi do ust. Wyglądał, jakby niespodziewanie ujrzał starego znajomego. Usta, palce oraz przepona nieludzko utalentowanego muzyka przyspieszyły, by po chwili narzucić zespołowi zabójcze tempo. Kolejne wspaniałe dźwięki opuszczały instrument. Salę wypełniły okrzyki zdumienia, pełne aprobaty gwizdy oraz brawa. Marsjano postanowił szybko udowodnić, że nie ma sobie równych. Jego muzyka napełniała ciało, umysł i duszę taką energią, że pierwsze pary zaczęły obracać się w tańcu, a co odważniejsze kobiety zrzucały przeszkadzające w podskakiwaniu buty na obcasach. Trębacz czysto uderzał w wysokie tony, składał niewyobrażalnie skomplikowane kombinacje, cały czas dął i nie sposób było zauważyć, kiedy w tym wszystkim udawało mu się wziąć oddech. Jego czarną skórę zrosiły pierwsze krople potu, łapiące ostatnie promienie zachodzącego słońca.

Gdyby artysta otworzył oczy, zauważyłby, że salę ogarnął szał. Był naprawdę bardzo, bardzo dobry. Elegancko odziana dziewczyna wskoczyła na krzesło, by dziko wywijać puszystym szalem. Jeden z mężczyzn, waląc grubymi paluchami w deski sceny, wybijał rytm. Roześmiane pary wirowały w podwójnych piruetach. Niezwykły trębacz dawał słuchaczom prawdziwą radość. Niesieni cudownymi dźwiękami goście przeżywali właśnie najlepsze chwile w swoim życiu.

Nawet Apollo, najwspanialszy z wszystkich muzyków świata, nie mógł się oprzeć rytmicznemu podrygiwaniu. Mimo wszystkich wspaniałości fantastycznego pokazu wciąż nawiedzała go myśl, że ma coś wspólnego z wyjątkowym twórcą szalejącym na scenie. Znał jego ruchy, znał jego styl, ale przede wszystkim znał jego muzykę. Widok zasłoniła mu podniesiona przez kogoś panna. Kilku mężczyzn chwyciło się za bary, by rozpocząć grupowe podskakiwanie. Usta tańczących łączyły się w przelotnych pocałunkach, dłonie zaciskały się na smukłych taliach. Elegancki pan poluzował duszącą go muchę, by zawisła bezwładnie na jego szyi. Marsjano łapiąc oddech, zerknął na ruchomy tłum. Kącik jego ust uniósł się w szczerym uśmiechu.

Te oczy… szklanka w dłoni Apolla pękła. Teraz zrozumiał. Marsjasz! Przeklęty Marsjasz uciekł z Tartaru! Nawet pod przykrywką tak doskonałej imitacji umiał rozpoznać swojego rywala sprzed kilku tysięcy lat. Warknął wściekle. Niechętnie przyznał się sam przed sobą, że ogarniają go zapomniane przez wieki emocje. Zazdrość, pycha, gniew. Podskakujący za barem kelner zawahał się na chwilę, widząc zabójczy wzrok swojego klienta. Olbrzym za ladą wyglądał tak, jakby nagle znalazł się w środku luizjańskich bagien w towarzystwie kilku aligatorów. Na nieszczęście biednych gadów. Bar pokrył się plamą gorzałki i ściekającej ze zranionych palców krwi.

– Wszystko w porządku? – Barman przekrzyczał panujący wokół hałas.

– Tak, daj mi całą butelkę! – Apollo chwycił go za koszulę i po kilkunastu sekundach zwrócił puste naczynie.

 

Balanga trwała w najlepsze. Spoceni, uśmiechnięci i roztańczeni goście klubu Gumbo szaleli na deskach parkietu. Ciekawscy nowoorleańczycy, którzy nie mogli pozwolić sobie na drogie bilety, zaglądali do środka przez przyciemniane szyby. Jednak dla Apolla zwykli śmiertelnicy nie mieli teraz najmniejszego znaczenia. Marsjasz, zagubiony w swojej głupocie oraz dumie, ponownie rzucił mu wyzwanie. Bóg przetarł twarz serwetką, poprawił marynarkę. Ruszył w stronę sceny, przedzierając się przez setkę wirujących par. Podrygująca panna nastąpiła mu na stopę, jej partner strzelił go nieświadomie w twarz rozpędzonym krawatem. Nieważne.

Apollo pewnym ruchem wyrwał klarnet z rąk jednego z muzyków i posłał go w dal silnym pchnięciem. Publiczność nie zdążyła zarejestrować, kiedy na scenie tuż obok wspaniałego Marsjano pojawił się nowy wykonawca. Jeżeli ktokolwiek w tłumie sądził, że koncert nie może być już lepszy, czekało go niemałe zaskoczenie. Klarnet Apolla wskoczył w improwizację Marsjasza, skrytego pod ludzką postacią, w połowie taktu. Od razu złapał tempo. Naśladował dźwięki rywala, wyprzedzał je i omijał. Któraś z kobiet wydała z siebie wysoki pisk, widząc niezwykle przystojnego klarnecistę. Ktoś inny oblał tłum drogim, lepkim szampanem.

W całym lokalu nie było osoby, która pozostałaby przy swoim stoliku. Nawet najtwardsi malkontenci ruszyli do tańca. Wielki Marsjano złowił wzrok Apolla. Nie okazał zdziwienia. Wiedział, że ten dzień prędzej czy później musiał nadejść. Nie da się tak po prostu używać nadludzkich talentów bez zwrócenia na siebie uwagi zazdrosnych mieszkańców Olimpu. Mimo wzajemnej nienawiści rozumieli się bez słów. Rozegramy to tu i teraz. Tylko jeden z nas może być najlepszy – mówiły ich oczy. Klarnet i trąbka ruszyły do boju. Uzupełniały się w doskonale wykonanych sekwencjach, wyczekiwały błędu rywala, by wciąć się w jego grę. Każda nuta miała znaczenie i każda z nich była doskonała.

Ekstaza słuchaczy doprowadziła do przepychanki pod wejściem klubu. Każdy z przechodniów chciał się dostać do środka. Rozbita butelka obsypała parkiet drobinkami szkła. Marsjasz pod postacią młodego Murzyna podwoił swoje wysiłki i z satysfakcją odkrył, że czoło jego boskiego rywala pokryły zmarszczki. Wyścig improwizacji, wspaniałych dźwięków oraz boskich talentów trwał w najlepsze. Ta noc przejdzie do historii jazzu. Doskonały duet pokonywał kolejne takty. Obok nienawiści oraz zawziętości panującej pomiędzy artystami, pojawiło się także coś na kształt wzajemnego uznania. Świat prawdopodobnie nigdy nie będzie miał już okazji usłyszeć tak doskonałego wykonania.

I wtedy stało się. Apollo spóźnił się z nutą o ułamek sekundy. Nikt z całego tańczącego tłumu nawet nie zarejestrował minimalnej pomyłki, jednak grający wiedzieli. Pojedynek dobiegł końca. Tym razem zwyciężył Marsjasz.

 

Apollo oraz Marsjano jednocześnie wyrzucili swoje instrumenty w powietrze. Rewolwer Marsjasza wypalił trzykrotnie, gdy ten czmychał za stojący nieopodal bar. W lokalu podniosła się wrzawa. Zdezorientowany tłum rzucił się do ucieczki, tratując nieszczęśników, którzy w strachu przed kulami padli na podłogę. Apollo przeklął w duchu swoją głupotę. Żałując, że nie ma ze sobą swojego ulubionego pistoletu, rzucił się w pogoń za rywalem. Zdążył chwycić krótki barmański nóż służący zapewne do krojenia egzotycznych owoców. Marsjasz wyjrzał zza swojej osłony i oddał kolejne strzały. Jedna z kul rozorała bark greckiego boga, jednak ten zdążył zamknąć ramię satyra w żelaznym uścisku. Bez trudu przerzucił go przez ladę, by gruchnąć nim o twardą podłogę. Rewolwer poszybował gdzieś w kąt sali.

– Nie wiem, jak udało ci się uciec z Tartaru, ale chętnie wyślę cię tam z powrotem! – Apollo chlasnął nożem gardło bezbronnego satyra. Trysnęła ciepła krew. – Nigdy więcej już nie zagrasz, rozumiesz?! Nigdy! Za rok, dwa, dziesięć wszyscy zapomną o wielkim Marsjano. To ja jestem najlepszy! – wrzeszczał, zadając kolejne ciosy.

W końcu przetarł spływający do oczu pot. Widok zmasakrowanego Marsjarza nie przyniósł mu spodziewanej satysfakcji. Dopiero teraz zauważył, że został ranny. Cholera, będzie blizna. Jednak nie to martwiło boskiego Apolla najbardziej.

– Z czego się cieszysz, durniu? Za chwilę się wykrwawisz! – wyrzucił, stojąc nad szczerzącym się Marsjaszem.

Umierający satyr próbował wykrzesać jakieś słowa z rozpłatanego gardła. Nie udało mu się, obryzgał jedynie pantofle zazdrosnego boga porcją juchy. Nie pozbywając się szyderczego uśmiechu, wskazał drżącą ręką dziwną szafkę. Zagadkowy mebel opatrzony zakręconą tubą oraz dyskiem. Nic więcej. Oczy Marsjano wywróciły się, ukazując białka. Przerażony kelner uznał, że kąt za wskazanym przez Marsjasza meblem będzie doskonałą kryjówką na przeczekanie awantury. Widząc zakrwawionego olbrzyma idącego w swoją stronę, zrozumiał, że się pomylił. Apollo wypuścił nóż. Uniósł ręce w pokojowym geście. Chwycił mężczyznę za bark i postawił obok siebie.

– Co to jest? – zapytał.

– G-gramofon, drogi panie.

– Pokaż mi, do czego służy gramofon.

 

Drżące palce kelnera ujęły płaskie pudełko znajdujące się w szufladzie mebla. Było opatrzone zdjęciem Marsjano. Tym samym, które Apollo widział wcześniej na plakatach. Chwilę później dziwaczny, czarny dysk znalazł się na obrotowej platformie. Przerażony człowiek opuścił owalny patyczek z krótką igłą. Pustą salę klubu Gumbo wypełniła zapętlona sekwencja szumu. Jednak igła w końcu odnalazła odpowiedni rowek, a uszu Apollo dobiegła muzyka. Doskonała, perfekcyjna pod każdym względem, piękna muzyka Marsjasza.

– Są bardzo modne od jakichś dziesięciu, może dwudziestu lat. Wiele osób ma takie w domu – wybełkotał kelner.

– Ludzie mają tę muzykę w domu? – upewnił się Apollo.

– Tak, tysiące, setki tysięcy. To się da kopiować. Czy… czy mogę już iść?

 

Barman aż zatoczył się, gdy Apollo klepnął go w ramię. Mężczyzna wybiegł z lokalu, trzaskając drzwiami. Bóg został całkowicie sam. Chwycił się za krwawiący bark i usiadł na wysokim stołku. Sięgnął po najlepszą butelkę, jaką udało mu się wypatrzeć. Zamknął oczy, wsłuchując się w muzykę Marsjasza. Jego kark rozluźnił się, palce wybijały rytm. Zamknął oczy, bujając się delikatnie do rytmu. Siedział tak, sącząc whisky. Oczarowany wspaniałymi dźwiękami, zachwycony, pokonany.

Koniec

Komentarze

Sympatyczne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Trzasku, spodobał mi się Twój pomysł na pojawienie się Apolla w Nowym Orleanie i sprowokowanie go, aby stanął do pojedynku z odwiecznym rywalem. Krwawy finał nieco zaskoczył, ale cóż, boska mściwość jest znana nie od dziś. ;)

Wykonanie, co stwierdzam z prawdziwą przykrością, skutecznie psuło przyjemność lektury. :(

 

Jazdę w cia­snym, za­tło­czo­nym tram­wa­ju trud­no za­li­czyć do grona przy­jem­nych czyn­no­ści. –> Nie wydaje mi się, aby czynności, tak przyjemne, jak i nieprzyjemne, występowały w gronach.

Proponuję: Jazdę w cia­snym, za­tło­czo­nym tram­wa­ju trud­no za­li­czyć do przyjemności.

 

wzrost pa­sa­że­ra sięga lekko ponad dwóch me­trów. –> …wzrost pa­sa­że­ra lekko przekraczał dwa me­try.

 

Bóg nie zwra­cał jed­nak w tej chwi­li uwagi na za­czep­ki za­lot­nic. –> Przecież nikt go nie zaczepiał. Chichotanie i zerkanie zza wachlarza to jeszcze nie zaczepka. Zalotami też bym tego nie nazwała.

 

Zbyt długo za­ba­wi­łem na Tek­sań­skich pust­ko­wiach… –> Zbyt długo za­ba­wi­łem na tek­sań­skich pust­ko­wiach

 

Tur­ko­czą­cy po­jazd po­ko­nał ko­lej­ny za­kręt. –> Tramwaj jest pojazdem szynowym, więc nie wydaje mi się, aby turkotał. Turkotać może pojazd jadący po bruku.

 

Pa­sa­że­ro­wie wle­pi­li się na­tych­miast w jego okno… –> Tramwaj miał jedno okno?

Pasażerowie mogli wlepić w okno wzrok, ale sami nie mogli się w nie wlepić.

 

by choć przez chwi­lę po­słu­chać zmon­to­wa­nej na­pręd­ce ka­pe­li… –> Skąd wiadomo, że kapela była zmontowana naprędce?

 

Mia­stem rzą­dzi Jazz. –> Dlaczego wielka litera?

 

ze sprze­daw­ca­mi aro­ma­tycz­nych pa­ró­wek w cie­ście, zwa­nych z ja­kie­goś po­wo­du hot-do­ga­mi. –> …ze sprze­daw­ca­mi aro­ma­tycz­nych pa­ró­wek w bułkach, zwa­nych z ja­kie­goś po­wo­du hot do­ga­mi.

Hot dog to parówka w bułce, nie parówka w cieście.

 

Idąc w stro­nę wy­twor­ne­go lo­ka­lu, bóg zdą­żył ura­to­wać spa­da­ją­ce­go z kel­ner­skiej tacy drin­ka… –> Skąd na ulicy kelner niosący tacę z drinkiem?

 

Młody mu­rzyn dął w trąb­kę… –> Młody Mu­rzyn dął w trąb­kę

 

wrę­czył vi­pow­ską wej­ściów­kę bi­le­te­ro­wi. –> …wrę­czył VIP-ow­ską wej­ściów­kę bi­le­te­ro­wi.

 

wy­so­ki­mi kie­lisz­ka­mi peł­ny­mi wina, whi­sky lub szam­pa­na. –> Whisky w wysokim kieliszku??? Niemożliwe!

 

odbił się od twar­dych ple­ców Apol­lo… –> …odbił się od twar­dych ple­ców Apol­la

 

Sze­ro­kie poły kur­ty­ny skry­wa­ją­cej scenę rozsunęły się… –> Kurtyna nie ma pół.

Proponuję: Sze­ro­ka kur­ty­na skry­wa­ją­ca scenę rozsunęła się

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu»

 

Kon­tra­bas roz­po­czął swój ba­so­wy śpiew. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

ko­bie­ty zrzu­ca­ły prze­szka­dza­ją­ce w pod­ska­ki­wa­niu ob­ca­sy. –> Mogły zrzucać buty na obcasach, ale nie obcasy.

 

by dziko wy­wi­jać pu­szy­stym sza­lem. –> Ten puszysty szal nazywa się boa.

 

Jeden z męż­czyzn gru­by­mi pa­lu­cha­mi wy­bi­jał rytm deski sceny. –> Rytmu nie wybija się w coś.

Proponuję: Jeden z męż­czyzn, waląc gru­by­mi pa­lu­cha­mi w deski sceny, wy­bi­jał rytm.

 

szklan­ka w dłoni Apol­lo pękła. –> …szklan­ka w dłoni Apol­la pękła.

 

jakby nagle zna­lazł się w środ­ku Lu­izjań­skich ba­gien… –> …jakby nagle zna­lazł się w środ­ku lu­izjań­skich ba­gien

 

Bar po­krył się plamą go­rzał­ki i ście­ka­ją­cej ze zra­nio­nych pal­ców krwi. –> Skąd gorzałka, skoro Apollo pił whisky?

 

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – bar­man prze­krzy­czał pa­nu­ją­cy wokół hałas. –> – Wszyst­ko w po­rząd­ku? – Bar­man prze­krzy­czał pa­nu­ją­cy wokół hałas.

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Cie­kaw­scy No­wo­or­le­ań­czy­cy, któ­rzy nie mogli… –> Cie­kaw­scy no­wo­or­le­ań­czy­cy, któ­rzy nie mogli

 

za­glą­da­li do środ­ka przez za­pa­ro­wa­ne szyby. –> Żeby szyby klubu zaparowały, za zewnątrz musiałoby być zimno, a nie wydaje mi się, aby tak było, skoro w dzień panował upał – wszak panie w tramwaju miały wachlarze, no i przed chwilą zachodziło słońce.

 

Klar­net Apol­lo wsko­czył w im­pro­wi­za­cję Mar­sja­sza skry­te­go pod ludz­ką po­sta­cią w po­ło­wie taktu. –> Co to znaczy, że Marsjasz był skryty pod ludzka postacią w połowie taktu?

A może miało być: Klar­net Apolla w połowie taktu wsko­czył/ włączył się w im­pro­wi­za­cję Mar­sja­sza, skry­te­go pod ludz­ką po­sta­cią.

 

Mar­sjasz pod po­sta­cią mło­de­go mu­rzy­na… –> Mar­sjasz, pod po­sta­cią mło­de­go Mu­rzy­na

 

Ta noc przej­dzie do hi­sto­rii Jazzu. –> Ta noc przej­dzie do hi­sto­rii jazzu.

 

W lokau pod­nio­sła się wrza­wa. –> Literówka.

 

Jed­nak nie to mar­twi­ło bo­skie­go Apol­lo naj­bar­dziej. –> Jed­nak nie to mar­twi­ło bo­skie­go Apol­la naj­bar­dziej.

 

Chwy­cił się za krwa­wią­cy bark i usiadł na wy­so­kim ba­ro­wym stoł­ku. –> Może wystarczy: Chwy­cił się za krwa­wią­cy bark i usiadł na wy­so­kim stoł­ku.

 

Się­gnął po naj­lep­szą bu­tel­kę, jaką udało mu się wy­pa­trzeć. –> Po co mu była najlepsza butelka?

Proponuję: Się­gnął po bu­tel­kę najlepszej whisky, jaką zdołał wy­pa­trzeć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo trafne uwagi, były naprawdę pomocne, szczególnie te dotyczące Apollo / Apolla laughWprowadziłem większość proponowanych zmian do tekstu. Dzięki za miłe słowo o pomyśle, każdy taki “plus” daje chęć do dalszej pracy. yes

Trzasku, cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne, ale obawiam się, że zmiany w tekście wprowadziłeś za późno. Na stronie panuje zwyczaj, że po terminie zakończenia konkursu, aż do dnia ogłoszenia jego wyników, autorzy nie poprawiają opowiadań. W sobotę Drakaina przedłużyła czas na poprawki do końca niedzieli, ale dziś jest już poniedziałek… ;(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawe opowiadanie. Lubię takie z muzyką w tle, mimo że nie jestem fanką jazzu. 

:)

Sara

@regulatorzy – jasne, zapamiętam blush poprawki były raczej kosmetyczne, ale były

@ Sara Winter – dzięki! 

Trzasku, należę do ludzi, którym słoń nadepnął na ucho, muzyka nie jest tą dziedziną sztuk, które kocham najbardziej i “muzyczne” opki zazwyczaj nie robią na mnie wrażenia. Ponieważ nie jest winą autorów, że mam drewniane ucho, w tym momencie dodaję zwykle, że nie jestem targetem opka i kończę komentarz. Ale nie tym razem.

Tym razem mnie ruszyło. Oddałeś emocje towarzyszące muzyce w taki sposób, że to poczułam. Dałam się porwać tej wspólnej improwizacji Marsjasza i Apolla, a to mi się naprawdę rzadko zdarza.

Poza tym masz świetne zakończenie. Zwycięstwo Marsjasza jest całkowite, zapewnił sobie nieśmiertelność w sposób, o jakim Apollo może tylko pomarzyć.

Trochę dłużył mi się początek. Z jednej strony ciekawie przedstawiłeś i Apolla i Nowy Orlean, jednak z drugiej za dużo trochę tego było. To wprowadzenie zajmuje ci pół opka. Spokojnie mógłbyś zrezgnować ze sceny w tramwaju, podobnie jak z faceta w złotej marynarce.

Generalnie jednak podobało mi się i – zdaje się, że już mogę – na zachętę daję klika. :)

@Irka_Luz – bardzo się cieszę, że Ci się podobało, uwagi zanotowane! enlightened

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czytając opowiadanie, nie można się pozbyć z pamięci oryginalnego mitu, w którym Apollon wydaje na zimno rozkaz obdarcia Marsjasza ze skóry (albo też oskórowuje go własnoręcznie). W porównaniu, Twój mit nie idzie tak daleko, zatrzymuje się w pół kroku, nie daje postaci takiej głębi, nie odsłania szaleństwa. I to jest minus tego opowiadania. Plusem jest spocona, wibrująca muzyka Nowego Orleanu, klimat lat trzydziestych. Wykonanie trochę szwankuje, ale przeczytałam do końca, chcąc się dowiedzieć, co tym razem Apollon zrobi z Marsjaszem :)

Pozdrawiam!

Miałem ponarzekać, że opisy przydługawe, meczące. Że nie czeka tu na mnie nic ciekawego. Że opko statyczne i bez wyrazu. Zakończenie zmieniło mi optykę :)

Klik.

Podpisałbym się pod opinią Blacktoma. Bo tekst przez swoje bardzo długie i szczegółowe opisy męczy. Widzę klimat, widzę piękną kompozycję, jaką tworzą te długie opisy z świetnym zakończeniem. Ale i tak po wszystkim czuję się, jak po maratonie. Mocno przemęczony.

Od razu rzucę – to nie musi być zły styl. Dokręcić opisy, trochę je jednak skrócić i moim zdaniem będzie git. Jednak nadal nie porwie to każdego – po prostu trzeba być fanem takiego stylu pisania. Jak w przypadku każdego stylu.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Blacktom: Zakończenie zmieniło mi optykę :) – Pole optomagnetyczne? :D Wciąż mam to w głowie.

Sara

Bo opowiadanie ma zadać duszy obrażenia… Parafrazując klasyka ;)

@chalbarczyk – moim planem było pokazanie przyjaznej, łagodnej twarzy Apolla, który w ciągu wieków pracował nad sowimi wadami. Stąd jego pozytywne nastawienie do ludzi, podzielanie ich radości, zachwyt miastem, muzyką itd. Czy się udało – nie wiem :) Dzięki za tę uwagę.

 

@Blacktom @NoWhereMan – Dzięki!! Mam zamiar popracować jeszcze nad tekstem, poprawić to i owo. Wasze uwagi są bardzo pomocne. Dodatkową motywacją do pracy jest to, że tekst został zauważony w konkursie Mitologie Inaczej i zaproponowany do druku. Może i z tego “najniższego” miejsca :) ale to dopiero moje drugie opowiadanie. Działamy dalej!

Interesująca wariacja starego mitu. Końcówka mnóstwo daje. Wcześniej miałam wrażenie, że imię rywala zbyt wiele zdradza.

Podrygująca panna nastąpiła mu na stopę, jej partner strzelił go nieświadomie w twarz rozpędzonym krawatem.

Wcześniej wspominasz, że Apollo miał ponad dwa metry. To ile musiał mieć tańczący facet? ;-)

Babska logika rządzi!

No, mnie się bardzo podobało. Interesujące ujęcie tematyki konkursowej, mit ze współczesnym twistem, z muzyką na pierwszym planie, ale i w pewnym sensie technologią w tle. Rzeczywiście dominują tutaj dłuższe opisy, ale w moim odczuciu się nie dłużą, bardzo dobrze się je czyta; może ewentualnie trochę podreperowałabym kompozycję (na przykład za sugestią Irki_Luz).

Świetne zakończenie – Marsjasz przegrywa i wygrywa, triumfuje i nowoczesność, i uniwersalna wartość muzyki.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Nowa Fantastyka