- Opowiadanie: Cephiednomiko - Metropolia krystalicznej przędzy

Metropolia krystalicznej przędzy

Wariacja na temat historii mojego rodzinnego miasta. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Metropolia krystalicznej przędzy

Edmund szedł pośpiesznie równo wybrukowaną drogą, mijając wychodzących na przerwę robotników. Szum rozmów i stukot maszyn z okolicznych budynków wypełniał powietrze. Młody mężczyzna starał się przyśpieszyć, w końcu sprawa była pilna, ale rzeka ludzi skutecznie to utrudniała. Choć próbował nikogo nie potrącić, co chwilę i tak słyszał obelgi skierowane w swoją stronę.

W końcu zdołał wyrwać się z tłumu i wyszedł na rozległy plac miedzy fabrycznymi zabudowaniami. Przyśpieszył do truchtu, aby złapać nadzorcę, nim ten wyjdzie na obiad. Szczęście mu jednak nie sprzyjało, bo dosłownie moment później usłyszał głośny dźwięk syreny. Zatrzymał się w pół kroku, by przepuścić bawełniarkę – długi na trzydzieści i wysoki na osiemnaście stóp, gąsienicowy pojazd dostarczający surowiec do przędzalni. Tupiąc nerwowo obcasem o bruk, czekał, aż potężna machina przetoczy się przez plac. Choć powolne, to przez swoją masę, raz wprawione w ruch nie zatrzymywały się łatwo. W przeszłości niejeden człowiek zginął straszną śmiercią pod tonami sunącymi na stalowych gąsienicach.

Gdy bawełniarka przejechała, Edmund puścił się biegiem w stronę kantoru.

– Panie Heck! – zawołał, kiedy zobaczył, jak nadzorca wychodzi z budynku. – Proszę zaczekać!

Chłopak dopadł do schodów, łapczywie chwytając powietrze.

– Co takiego się stało, że nie mogę spokojnie iść do domu? – zapytał mężczyzna łamaną polszczyzną. Mimo lat spędzonych w Królestwie nadal nie wyzbył się pruskich naleciałości.

– Posiłek będzie musiał zaczekać – wydyszał Edmund, nie mogąc powstrzymać złośliwej myśli, że przy tak obfitych kształtach, ta strata wyjdzie nadzorcy jedynie na dobre. – Pan Izaak rozszyfrował ostatnie krystalizacje, nie przynoszę dobrych wieści.

Po nalanej twarzy Konstantego Hecka przeszedł nieprzyjemny grymas, a mężczyzna potem westchnął ciężko i otarł czoło chusteczką. To z pewnością nie były słowa, które chciał usłyszeć w tak piękne, letnie popołudnie.

– Dobrze, chłopcze. Zobaczmy, co stary Goldstein wypatrzył przez swoje lupy.

Nadzorca skinął na Edmunda i ruszył w kierunku przędzalni. Pracownia czytającego sąsiadowała z długim na kilkaset łokci, wysokim ceglanym budynkiem. Najwidoczniej Heck nie zamierzał spacerować po nagrzanym od słońca placu, bo podreptał ociężale w stronę żelaznych wrót.

Kiedy weszli do środka z jednej strony zalał ich przyjemny chłód, zapewniany przez olbrzymie nawiewy, regulujące wilgotność i temperaturę, a z drugiej uderzył w nich ogłuszający wręcz stukot i szum setek maszyn, które bez przerwy produkowały kilometry nici. Właśnie miała miejsce wymiana obsługi i robotnicy przekazywali sobie dokumenty oraz informacje, a potem ci, którzy skończyli pracę, pośpiesznie opuszczali budynek.

Edmund wraz z panem Heckiem nie zwracali na siebie specjalnej uwagi. Obecność jednego i drugiego w przędzalni nie była czymś niezwykłym, a teraz i tak robotnicy mieli ważniejsze sprawy na głowie.

Mijając pracujące przędzarki i widząc tysiące łokci nici, młody asystent nie mógł przestać myśleć o niepokojących informacjach pochodzących z najnowszej krystalizacji.

 

Wszystko zaczęło się niemal sto lat wcześniej, kiedy to wydano zarządzenie, by na tutejszych ziemiach stworzyć osadę przemysłu tkackiego. Niewielka wioska szybko przekształciła się w spore miasteczko, do którego coraz liczniej napływali ludzie, zarówno z Królestwa, jak i krajów ościennych. Przełom nastąpił jednak kilkanaście lat później, gdy po raz pierwszy na kawałku przędzy robotnik dostrzegł mieniące się w słońcu kryształki. Wielu badaczy przybyło do osady, by zgłębiać to niezwykłe zjawisko, aż jeden z nich, Hans Grisher – znany w świecie ekspert od pisma klinowego i języków antycznych, rozpoznał w tych krystalizacjach pierwsze znaki i słowa. Od tej pory przez wiele lat starano się pozyskać jak najwięcej treści i wiedzy z nitek przędzy, gdyż jak przypuszczano, pochodziła ona od jakiejś pradawnej cywilizacji, która musiała istnieć na tych ziemiach na długo przed pierwszymi barbarzyńskimi plemionami.

O miasteczku zrobiło się głośno. W niespotykanym tempie zaczęło się rozrastać, budując na wiedzy i przemyśle swoją potęgę. Co więcej, mimo usilnych prób, nigdzie indziej nie udało się powtórzyć zjawiska krystalizacji, co dało początek przypuszczeniom, że znaczenia nie miał surowiec, lecz raczej woda stosowana do płukania bawełny, a pobierana z rozlicznych studni głębinowych.

Właściciele fabryk i manufaktur prześcigali się w próbach pozyskania krystalizacji i wprowadzali w życie coraz liczniejsze usprawnienia, w oparciu o pradawną wiedzę. Jednocześnie zazdrośnie strzegli swoich odkryć i odsprzedawali je niechętnie, za niezwykle wysokie kwoty sięgające nierzadko setek tysięcy rubli.

Wszystkich ich z czasem przyćmił jednak kompleks włókienniczy Aleksandra Hersberta, przemysłowca, który przybył tutaj przed pięćdziesięciu laty, postawił pierwsze budynki i wykopał dwanaście studni. Te okazały się źródłem kryształowego złota. W przeciągu zaledwie pięciu lat nie tylko rozwinął własną pracownię czytających, ale też wykupił dwie sąsiednie fabryki, stając się największym potentatem w mieście. A wszystko to głównie dzięki stu trzydziestu trzem stopom nici, na których odczytano sposób na pozyskiwanie energii z wnętrza ziemi. Ten wynalazek nie tylko pozwolił zastąpić wysłużone maszyny parowe nowymi, wydajniejszymi termomotorami, ale przede wszystkim umożliwił odskoczenie od konkurencji. To co inni produkowali przez tydzień, fabryka Hersberta wytwarzała w jedną noc.

Aleksander Hersbert stał się panem i władcą w mieście, budując już nie tylko zakłady, ale całe osiedla, szpitale i szkoły. Wszystko, by pokazać, że nikt nie jest większym fabrykantem od niego. Właśnie w jednej z jego placówek kształcił się Edmund, a kiedy ukończył szesnaście lat, został przyjęty, jako asystent wiekowego czytającego, Izaaka Goldsteina. Tutaj od pięciu lat szkolił się w odszyfrowywaniu języka starożytnych, jak i pozyskiwał wiedzę na temat ich technologii, kultury i społeczeństwa.

 

– Co to za zamieszanie, panie Goldstein? – zawołał Konstanty Heck, kiedy stanął w progu pracowni.

Stary czytający pochylał się nad jednym ze stołów, na którym między kołowrotkami rozciągnięte były pasma przędzy i przez grube szkło w mosiężnej oprawie oglądał każdy jej fragment w wielkim skupieniu. Jednocześnie, nie odrywając spojrzenia od pracy, robił notatki w położonym z boku kajecie.

Nadzorca, przyzwyczajony do pewnych dziwactw Izaaka, spokojnie czekał, aż ten raczy się oderwać od swojej pracy. Tylko kilkukrotne ocieranie potu z czoła sugerowało zniecierpliwienie.

– Bardzo niedobrze – wymamrotał czytający i w końcu uniósł spojrzenie na dwójkę przybyłych. – Siadaj, panie Heck – dodał, machając ręką w nieokreślonym kierunku.

Edmund podstawił nadzorcy krzesło, które ten przyjął bez wahania i opadł na siedzisko z głośnym westchnięciem.

– To krystalizacja z dziesiątego czerwca. Długa, pięćdziesiąt cztery stopy – kontynuował Izaak, wskazując na badaną przędzę. – Wygląda na fragment większej kroniki lub traktatu historycznego, opisującego schyłek cywilizacji. A raczej gwałtowny jej koniec.

– Koniec?

Goldstein pokiwał głową i przeczesał dłonią długie, przerzedzone włosy.

– Kronika zapisana jest chaotycznie, jakby w pośpiechu i urywa się nagle.

– Może reszta się po prostu nie wykrystalizowała – rzucił nadzorca. – Mieliśmy już takie przypadki. Za kilka dni pewnie pojawi się reszta i będziesz miał komplet.

Izaaka zmierzył Hecka wzrokiem, jakim naukowiec może zmierzyć ignoranta.

– Krystalizacja jest kompletna, po prostu dalej nie było już komu pisać.

Konstanty po raz wtóry przetarł czoło.

– Apokalipsa, panie Heck. To opisuje ten fragment. Całkowita zagłada miasta, wraz z jego mieszkańcami.

Nadzorca wyraźnie pobladł na te słowa, choć wciąż starał się zachować niewzruszony wyraz twarzy. Edmund, mimo że wiedział, co zawierała ostatnia krystalizacja, również poczuł nieprzyjemny dreszcz przebiegający po plecach. Nigdy wcześniej nie widział zresztą, by pan Goldstein był czymś równie przejęty.

– Jakoś musieli zakończyć swoją historię – mruknął w końcu Konstanty, kiedy przełknął własny niepokój. – Taka zazwyczaj jest cecha starożytnych cywilizacji. Nawet jeśli to chronologicznie ostatni zapis, to przecież nie wyklucza powstania następnych krystalizacji. Nigdy zresztą nie pojawiały się w sposób uporządkowany. Jeśli nie ma wartości naukowej, to przekaż ją do działu historycznego.

– Ich miasto zniszczyły termomotory – rzucił Izaak, przewiercając nadzorcę wzrokiem. – A raczej szyboprądnice pozyskujące energię. Doszło do katastrofy na niewyobrażalną skalę, która pogrzebała wszystko.

Tym razem Konstanty nie zdołał ukryć zdenerwowania i nawet zapomniał otrzeć pot z czoła.

– Co się stało?

– Trudno wyciągnąć jednoznacznie wnioski, jak powiedziałem, zapis jest bardzo chaotyczny. Niemniej opisuje drżenie i rozstąpienie ziemi, toksyczne wyziewy, a nawet chmurę żrącego pyłu, która wydostała się z rozłamu. Tak, jakby zabrali z wnętrza zbyt wiele i w końcu natura upomniała się o swoje. Dobrze wiemy, jak rozrośnięta i zachłanna była ich cywilizacja.

– Nie bardziej od naszej – mruknął Konstanty, wreszcie w pełni rozumiejąc, do czego zmierza czytający. Z jękiem podniósł się z krzesła, wygładził zagniecenia na marynarce i spojrzał przez okno pracowni. – W której przędzalni to znaleziono?

– W szóstce.

– To gdzie jest Zych? Powinien być tu z nami.

Izaak spojrzał przelotnie na Edmunda.

– Pewnie zapija się w jakimś szynku – stwierdził młody asystent. – Ostatnimi czasy pan Bogumił prowadzi się coraz gorzej. Mam go sprowadzić?

– Szkoda zachodu. – Nadzorca zbył go gestem dłoni. – Myślę, że pijaństwo jednego z majstrów to teraz nasz najmniejszy problem. Przekażę niezwłocznie wasze obawy panu Hersbertowi i zobaczymy, co zadecyduje.

Powiedziawszy to, pan Heck ruszył w stronę wyjścia, po chwili zostawiając Izaaka i Edmunda samych w pracowni.

– Naprawdę myśli pan, że zatrzymają maszyny? – zapytał moment później młodszy z mężczyzn.

Goldstein przysiadł na opuszczonym przez nadzorcę krześle. Jego stare, pomarszczone i pełne plam wątrobowych ręce drżały wyraźnie.

– Trudno mi w to wierzyć. Są zbyt pazerni. Nawet kilkugodzinny przestój przeliczają na stracone ruble. Zresztą logicznie kalkulując, przecież nie sprowadzą z powrotem maszyn parowych. To byłby krok wstecz, a Aleksander Hersbert nigdy się nie cofał.

– To czemu chciał pan wezwać Hecka?

– Liczę, że przynajmniej nie zignorują tego całkowicie. Prawdopodobnie mamy jeszcze trochę czasu. Starożytni korzystali z tej technologii dłużej od nas, choć wydaje się, że nie tak intensywnie. Ich maszyny były doskonalsze, nie potrzebowały tyle mocy. Mogą więc minąć lata, nim podzielimy ich los. W tym czasie możemy próbować poprawić system, sprawić by był bardziej wydajny, lepiej funkcjonował. Może nawet damy radę odwrócić kartę i nie pozwolimy historii zatoczyć koła.

Edmund zamyślił się na chwilę. Podszedł do okna i spojrzał w dal, gdzie zza ostatnich budynków fabryki wyłaniały się olbrzymie wieże szyboprądnic. Czy rzeczywiście będą w stanie ulepszyć je tak, by ostatecznie nie doprowadzić do katastrofy? Jakoś trudno mu było w to uwierzyć.

– Idź odpocząć, mój chłopcze – dodał Izaak. – Dziś i tak już nic nie zrobimy.

Edmund skinął głową, po czym zebrał swoje rzeczy, pożegnał się i opuścił pracownię, zostawiając starego czytającego samego.

 

Ulice o tej porze były niezwykle tłoczne. Wszystkie pobliskie knajpki oblegali zmęczeni pracą robotnicy, gdzieniegdzie przygrywali im do kotleta jacyś grajkowie, nucąc przy tym niezbyt przyzwoite piosenki. Po wybrukowanych ulicach wciąż kręciło się wiele konnych dorożek i wozów, choć te musiały ustępować miejsca olbrzymim, gąsienicowym machinom, które zajmując niemal trzy ćwierci szerokości drogi, powoli sunęły w stronę fabryki.

Prócz ogólnego gwaru rozmów, stukotu kopyt czy dźwięków muzyki, powietrze przeszywał okazjonalnie charakterystyczny dźwięk dzwonków, którym długie tramwaje torowały sobie drogę poprzez miasto.

Edmund mieszkał zaledwie dwie przecznice od fabryki, która stanowiła serce miasta i skupiała wokół siebie całe jego życie, stąd przyzwyczajony był do panującego wokół zgiełku. Teraz jednak bardziej niż zwykle jego uwagę przyciągały obładowane pasażerami tramwaje, jak i inne maszyny rozstawione na ulicach: spalarki śmieci, publiczne studnie, nawet kram pucybuta czy narzędzia chłopa ostrzącego noże, który z zacięciem walił młotkiem w blachę na jednym z podwórzy. To wszystko opierało się na energii, która nieprzerwanym strumieniem płynęła z fabryki. Dzięki szyboprądnicom była tak tania, że pan Hersbert w swej wielkoduszności ofiarowywał ją miastu za bezcen. To rozpasało mieszkańców, ludzie z łatwością przywykli do wszystkich tych mechanicznych udogodnień. Co by się stało, gdyby źródełko nagle wyschło?

Młody asystent poczuł, jak nieprzyjemnie zaschło mu w gardle. Wcześniej starał się nie myśleć nad konsekwencjami, ale teraz z całą mocą zdał sobie sprawę, jak poważne mogą się one okazać. Jeśli fabryka stanie, miasto pogrąży się w chaosie. Wszyscy odczują tego skutki, od nieletniego pucybuta do najzamożniejszych fabrykantów. Czy mogli sobie na to pozwolić? Ta decyzja nie leżała ani w gestii pana Goldsteina, ani tym bardziej Edmunda. Niemniej nie potrafił przestać o tym myśleć. Zatrzymanie fabryki, która przecież nie przestawała pracować od wielu lat, wydawało się nierealne, wręcz absurdalne, ale czy mieli wyjście? Alternatywa była jeszcze bardziej przerażająca.

Edmund skręcił w jedną z bram i dalej na klatkę, gdzie po drewnianych schodach wszedł na drugie piętro. Wraz z całą rodziną mieszkał w jednej z setek famuł wybudowanych przez fabrykantów. Ta zaliczała się do tych lepiej wyposażonych, z bieżącą wodą, elektrycznym ogrzewaniem i toaletą w każdym mieszkaniu. Takie luksusy Edmund zawdzięczał swemu ojcu, który jako inżynier maszyn przez lata dorobił się majątku i szacunku.

Drzwi otworzyła matka, witając go bladym uśmiechem. Danusia, od lat dręczona reumatyzmem i problemami z kręgosłupem, musiała zrezygnować z pracy w fabryce i szybko się postarzała. Dziś można by ją wziąć niemal za babkę Edmunda. Na szczęście, od kiedy chłopak podjął pracę asystenta, nie musieli już więcej martwić się o utrzymanie. Jego zarobki i pensja ojca w zupełności wystarczały.

– Cześć, Robert – zawołał Edmund, podchodząc do brata, który pochylony nad stołem rozwiązywał zadania z algebry. Miał dopiero trzynaście lat, ale wielkie aspiracje i zawsze powtarzał, że marzy o studiach. Chciał kontynuować pracę ojca, zostać inżynierem i tworzyć technologiczne cuda.

Na widok brata Robert oderwał się od obliczeń i uśmiechnął w dość jeszcze dziecinny sposób.

– Jak tam ostatnie krystalizacje? Skończyliście je odczytywać z panem Izaakiem?

W pierwszym odruchu Edmund chciał potwierdzić, ale nim padło choćby jedno słowo, zawahał się. Co miał odpowiedzieć? Całe życie ich rodziny, ba, całe życie miasta kręciło się wokół fabryki. Była jego filarem i niepodzielnym władcą jednocześnie. Czy mógł tak lekko przyznać, że właśnie odkryli jej rychły koniec? Nie, to byłoby skrajnie nierozważne. Konsekwencje wydostania się podobnej informacji na zewnątrz, choćby w postaci głupiej plotki, mogłyby okazać się opłakane w skutkach.

– Jeszcze nie do końca – odparł, siadając po przeciwnej stronie stołu. – Ale raczej nie będzie z tego nowych wynalazków, to tylko historyczna kronika.

– Szkoda, liczyłem, że może znajdziecie resztę opisu tego akumulatora, o którym mówił papa. Te kwasowo-ołowiowe coraz częściej już nie wystarczają.

Edmund uśmiechnął się, a potem niespodziewanie nachylił do przodu i potarmosił brata po bujnej czuprynie.

– Będziesz miał swoje nowe akumulatory, cierpliwości. Skończysz szkołę, to zbudujesz je razem z ojcem.

– Wy tylko o tych maszynach… Zjedlibyście trochę zupy – stwierdziła matka, stawiając przed nimi parujące miski. – Tadeusz niebawem też wróci, to będziecie mogli sobie dyskutować o tym choćby do rana.

Edmund podziękował skinieniem głowy, a potem jeszcze przez chwilę obserwował brata. Robert miał wciąż głowę pełną marzeń, a te dodatkowo stale podsycał ojciec, który przecież też oddał całe swoje życie fabrycznej maszynerii. Myśląc o tym, zrozumiał, że nie ma już odwrotu. Musieli znaleźć sposób na uratowanie miasta i uniknięcie fatum, które spotkało starożytnych. Ostatecznie mieli nad nimi przynajmniej jedną przewagę. Wiedzieli już, że coś może się wydarzyć.

 

Tej nocy nie zmrużył oka. Leżał na łóżku i rozmyślał nad przyszłością. Tylko jedno wyjście wydawało się słuszne i dawało szanse na uniknięcie katastrofy. Zerwał się bladym świtem, i nie zjadłszy nawet śniadania, pobiegł do fabryki. Zdeterminowany zacząć poszukiwania od zaraz, chciał jak najszybciej podzielić się tą decyzją z panem Izaakiem. Stary czytający posiadał rozległą wiedzę i stanowił niemal wyrocznię dla młodego asystenta, dlatego to właśnie z nim Edmund chciał porozmawiać w pierwszej kolejności.

– Panie Goldstein! – zawołał, wchodząc do pracowni. Starca jednak nie było w środku.

Edmund zmarszczył brwi i podszedł do lady, gdzie jeszcze wczoraj rozciągnięte były przędze z krystalizacjami. Teraz na kołowrotkach wisiały tylko smętne końcówki bawełnianych nici, a cały blat został uprzątnięty. Nie widział również nigdzie notatek, które Izaak robił z taką pieczołowitością. To było dziwne. Czytający nie należał do śpiochów i zazwyczaj o tej porze już dawno pogrążony był w pracy. Co mogło go od tego oderwać?

W nagłym olśnieniu Edmund wyszedł z pracowni i ruszył wzdłuż fabrycznych zabudowań do kantoru nadzorcy. Pan Konstanty był jednym z nielicznych, którzy potrafili odciągnąć Izaaka od pracy. Może miał już jakąś odpowiedź od pana Hersberta w sprawie ostatnich odczytów.

Mijając robotników i słysząc szum maszyn z wnętrza budynków, Edmund zastanawiał się czy ktokolwiek inny wie już o zagrożeniu. Ci, których widział, wyglądali na normalnie zapracowanych i raczej nie zdawali sobie z niczego sprawy. Nawet jeśli uda im się znaleźć rozwiązanie problemu, to zapewne i tak nie unikną niepokojów wśród załogi fabryki. Zbyt wiele w ich życiu zależało od tego miejsca.

Przyśpieszył kroku i w kilka minut znalazł się pod drzwiami kantoru Konstantego. Zapukał kilkukrotnie, a potem pociągnął za klamkę, ale nic to nie dało.

– Panie Heck! Proszę otworzyć! – zawołał, jeszcze raz stukając pięścią w drzwi.

– Czego się drzesz?! – zawołał jeden z robotników, prowadzący nieopodal wózek załadowany pustymi szpulami. – Nie ma go przecież!

– A kiedy będzie?

– A bo ja wiem, pewnie jak się wyśpi i naje – zakpił mężczyzna i pokierował wózek dalej w stronę przędzalni.

Edmund westchnął, dając upust rosnącej irytacji. Wyglądało na to, że nadzorca jeszcze nie przyszedł do pracy.

Z braku lepszych pomysłów usiadł na schodkach prowadzących do drzwi kantoru i zamyślił się. Teoretycznie mógł po prostu wrócić do pracowni i zająć się swoimi sprawami. Coś jednak nie dawało mu spokoju. Nieobecność Izaaka była zbyt nietypowa. Może więc powinien udać się do jego mieszkania? Co, jeśli czytający zasłabł albo podupadł na zdrowiu? Ostatnie dni nie należały do lekkich. Edmund nigdy by sobie nie darował, gdyby przez jego zaniedbanie stracili tak wartościową osobę.

Podjąwszy decyzję, wstał ze schodów i już chciał ruszyć w stronę bramy, kiedy ktoś go zawołał.

– Edmund Nowicki?

Asystent czytającego odwrócił się i zobaczył dwóch strażników zbliżających się w jego kierunku. Ubrani w barwne mundury, mężczyźni ci stanowili najbliższe sługi samego Aleksandra Hersberta. Edmund poczuł autentyczny niepokój. Bardzo rzadko ludzie z bezpośredniego personelu fabrykanta pojawiali się w tej części kompleksu.

– Zgadza się. W czym mogę pomóc? – odpowiedział przez ściśnięte gardło.

– Pan Hersbert pragnie z panem pomówić.

Edmund nawet nie próbował ukryć zdumienia. Przez dłuższą chwilę patrzył szeroko otwartymi oczami na strażników, zachodząc w głowę, czego właściciel fabryki może od niego chcieć. Pracowały tutaj tysiące ludzi, więc nie powinien nawet wiedzieć o istnieniu młodego czytającego, a co dopiero próbować z nim rozmawiać.

Oczywiście Edmund miał pełną świadomość, że takiej prośby nie wolno mu zlekceważyć. Podobna zniewaga negatywnie odbiłaby się nie tylko na nim samym, ale na całej jego rodzinie. Dlatego bez dłuższego wahania, skinął głową i podążył za postawnymi mężczyznami w mundurach.

 

Rezydencja Aleksandra Hersberta znajdowała się w południowo-wschodniej części kompleksu. Był to trzykondygnacyjny, eklektyczny budynek, którego przepych przyćmiewał wszystkie inne siedziby miejskich fabrykantów. Stanowił on integralną część fabryki, a jednocześnie wyraźnie odcinał się od pozostałych, ceglanych budynków. Edmund wielokrotnie oglądał go z zewnątrz, lecz dziś po raz pierwszy miał okazję wejść na okalający go teren. Wraz ze strażnikami podszedł do fantazyjnie kutej bramy, która otwarła się przed nim bez najmniejszego zgrzytu i wszedł na wewnętrzny dziedziniec posiadłości. W odróżnieniu od harmidru w innych częściach fabryki, tutaj panował niespodziewany spokój i Edmund zaczął się zastanawiać, w jaki sposób to miejsce zostało wyciszone od hałasów z zewnątrz. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że rezydencję oddziela od innych zabudowań tylko wysoki mur. Najwyraźniej jednak musiało tam być coś jeszcze. Zapewne jeden z wynalazków starożytnych, którym Hersbert nie zamierzał się z nikim dzielić.

Przeszli dalej, do niewielkiego ogrodu znajdującego się na tyłach budynku. Ta wyspa zieleni, niczym oaza na pustyni, dziwnie kontrastowała z całą okolicą. Wszystkie drzewa, które rosły w przestrzeni publicznej, już lata temu skończyły w domowych kominkach.

Pośród drzew i kwitnących krzewów, wąska, żwirowa alejka, prowadziła do niewielkiej altanki ukrytej w cieniu gałęzi. Tam Edmund dostrzegł siedzącą postać. Kiedy podszedł bliżej, zrozumiał, że oczekuje go sam Aleksander Hersbert. Mężczyzna ten, choć mocno już posunięty w latach, wciąż trzymał się prosto, a jego ciało nie obrosło tłuszczem, jak miało to miejsce w przypadku wielu z tych, którzy zbili fortunę w tym mieście. Ubrany w starannie skrojony garnitur, z mahoniową laską w ręku, wzrok miał bystry, niemal przeszywający. Przywitał Edmunda nieznacznym skinieniem głowy, a potem gestem dłoni odprawił strażników.

– Proszę siadać, panie Nowicki. – Wskazał mu miejsce naprzeciw siebie.

Edmund czuł zbyt wielką presję, będąc pod czujnym wzrokiem fabrykanta, żeby zaoponować, nawet jeśli siadanie w jego obecności wydawało mu się pewnym nietaktem.

– Zapewne domyśla się pan, czemu został wezwany – kontynuował tymczasem właściciel kompleksu.

Młody czytający skinął nieznacznie głową. Powód mógł być tylko jeden.

– Jeszcze wczoraj rozmawiałem z pana mentorem, Izaakiem Goldsteinem – ciągnął Hersbert. – To co odkryliście jest dalece niepokojące i wymaga zdecydowanych działań. Odnalezienie remedium na dręczący nas problem uważam obecnie za najważniejszy cel najbliższych miesięcy. Dobro tej fabryki i jej sprawne funkcjonowanie jest dla mnie sprawą najwyższej wagi. Dlatego absolutnie nie zamierzam ignorować ostrzeżenia, jakie otrzymaliśmy w ostatnich krystalizacjach. Mam nadzieję, że mogę liczyć na pełną pana współpracę w tej kwestii.

Edmund z trudem przełknął ślinę i zebrał się na pierwsze słowa.

– Oczywiście – wydusił, a potem dodał z rosnącym entuzjazmem. – Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby oddalić od nas to zagrożenie.

Kąciki ust fabrykanta uniosły się nieznacznie, co miało chyba pozorować uśmiech. Ponieważ jednak reszta twarzy pozostawała dziwnie spięta i poważna, wyszedł z tego raczej nieprzyjemny grymas.

– Podoba mi się pana zaangażowanie. Dlatego od dziś zostanie pan awansowany na głównego czytającego.

Edmund cały się spiął, słysząc podobne oświadczenie.

– To… to dla mnie zaszczyt, ale… co z panem Izaakiem?

– Pan Goldstein niestety nie podzielał mojej wizji naprawy tego problemu. Sugerował rozwiązania zbyt drastyczne, na które nie moglibyśmy sobie pozwolić.

Nagle pan Hersbert wsparł się na lasce i wstał. Niemal natychmiast Edmund poszedł w jego ślady. Fabrykant przeszedł kilka kroków i spojrzał w stronę ceglanych zabudowań widocznych między drzewami.

– Gdybym wyłączył maszyny i wstrzymał produkcję, to byłaby śmierć tego miasta równa tej przepowiedzianej z krystalizacji. Wszyscy tu żyją tylko dzięki fabryce, ona jest sercem, które musi bić nieustannie. A jeśli zabraknie energii do jego pracy, wszystko pogrąży się w chaosie i destrukcji. Pan Goldstein obawiał się zagłady, ale jego działania doprowadziłyby do nie mniejszej tragedii. Dlatego musieliśmy się rozstać. Zresztą w jego wieku stanowczo zasłużył już na emeryturę.

Edmund podszedł do fabrykanta.

– Mam bardzo podobne przemyślenia. Proszę mi zaufać, będę szukał tak długo, aż znajdę rozwiązanie. A jeśli krystalizacje nie wystarczą, to mój ojciec jest jednym z pana najlepszych inżynierów. Może czas spróbować zmodernizować szyboprądnice. Technologia starożytnych jest zaawansowana, ale nie doskonała. Może jesteśmy w stanie ją poprawić.

– To z pewnością cenna uwaga. Zapamiętam ją. Proszę jednak nie dzielić się swoją wiedzą z nikim poza mną. Sam zadecyduję, kto jeszcze powinien o wszystkim wiedzieć. Jedno nierozważnie wypowiedziane słowo może zrodzić plotkę, a ta szybko doprowadzi do niepokojów.

Nowy główny czytający skinął głową, doskonale rozumiejąc ten argument.

– To wszystko, panie Nowicki. Pozostaniemy w kontakcie.

Edmund zrozumiał, że spotkanie dobiegło końca, dlatego skłonił się na pożegnanie, po czym ruszył w stronę wyjścia z rezydencji, tym razem nie odprowadzany przez nikogo.

Zatrzymał się tuż za bramą i wziął głęboki oddech. Wciąż dudniły mu w głowie słowa fabrykanta, a perspektywa objęcia jednego z najbardziej szanowanych stanowisk mile łechtała ego. Wszystko jednak wydarzyło się tak szybko, że z trudem był w stanie zebrać myśli. Jednocześnie coraz silniej docierało do niego, jak wielką odpowiedzialność wziął na swoje barki. Spojrzał na otaczającą go fabrykę i ludzi krzątających się między budynkami. Czuł, jakby życie ich wszystkich zależało teraz od jego pracy.

Mocno skołowany, ruszył w stronę pracowni, niezbyt zwracając uwagę na otoczenie. Na szczęście po drodze nie trafił na żadną bawełniarkę, pod której gąsienice mógłby wpaść w zamyśleniu.

Nagle, gdy był zaledwie minutę od celu, poczuł mocne szarpnięcie i został wciągnięty przez otwarte drzwi do jakiegoś pomieszczenia. Dopiero po chwili, gdy jego oczy przywykły do mroku, zobaczył, że jest w przepompowni, która dostarczała wodę do sąsiednich budynków. Wciąż trzymały go za ramiona mocne dłonie, ale kiedy się szarpnął, uścisk został zwolniony. Odwrócił się gwałtownie w stronę napastnika i wtedy dostrzegł znajomą twarz majstra z szóstej przędzalni.

Bogumił Zych patrzył na niego podkrążonymi oczami, a jego ubranie było brudne od potu i resztek alkoholu, które Edmund czuł nawet mimo dzielącej ich odległości. Mężczyzna wyglądał, jakby od wielu dni był w bezustannym cugu. Złe prowadzenie się Zycha było przyczyną wielu skarg, ale ponieważ nigdy z tego powodu nie opuszczał stanowiska pracy, to nadzorcy nie obchodziło, że przepijał wypłatę.

Teraz jednak na twarzy mężczyzny, prócz zniszczenia życiem, odmalowywała się wyraźna ulga.

– Już myślałem, że cię nie wypuszczą, chłopcze – rzucił, jednocześnie domykając drzwi. – Szczury Hersberta uprzedziły mnie, wtedy przed kantorem.

– O czym pan mówi? – wzdrygnął się Edmund. Poważnie zastanawiał się, czy majster nie jest jednak aby pijany.

– Chciałem cię złapać w pracowni, ale przyszedłem za późno. Wcześniej rano szukałem cię w domu, ale zdążyłeś już wyjść.

– Był pan u mnie w domu?! Po co?!

Mężczyzna pokręcił głową i podszedł krok bliżej, na skutek czego Edmund odruchowo się cofnął.

– Żeby cię nie dopadli! Na szczęście zdołałeś im się wymknąć – tłumaczył z przejęciem majster, a potem spochmurniał i spojrzał na chłopaka podejrzliwie. – A może przekabacili cię na swoją stronę, co?

– Nie rozumiem, o czym pan mówi!

– O Hersbercie oczywiście! – krzyknął mężczyzna.

– Pan Hersbert zaproponował mi stanowisko głównego czytającego.

– Zgodziłeś się?

– Oczywiście, wobec emerytury pana Goldsteina nie było innych kandydatów.

Bogumił jęknął żałośnie i przysłonił twarz dłonią, a chwilę później zaśmiał się bez humoru.

– Emerytura… dobre sobie. – Po tych słowach uspokoił się całkowicie i spojrzał na Edmunda wzrokiem wściekłego psa. – Izaak gryzie piach od wczorajszego wieczoru.

– Co?!

– Jak wczoraj wieczorem poszedł do rezydencji, to już z niej nie wyszedł o własnych siłach. Widziałem jak go wynieśli i wrzucili do rozdrabniarki. Wyjechał porannym transportem za miasto.

Edmund cofnął się kolejne kilka kroków, aż uderzył plecami o ścianę. Serce zaczęło mu tak łomotać w piersi, że miał wrażenie, iż zaraz straci przytomność.

– To niemożliwe…

– Czyżby? Cała fabryka jest zbudowana na trupach ludzi, którzy mają inne zdanie niż Hersbert. A to nie jest sprawa, wobec której mógłby przejść obojętnie. Gdyby podobna sensacja wypłynęła, byłby skończony. Fabryka jest warta znacznie więcej niż życie kilku pachołków. Pozbyli się nawet tego świniaka Hecka, choć on zawsze był wierny jak pies.

– Pan Konstanty…

Edmund nie wytrzymał i osunął się na podłogę. Drżącą ręką przeczesał włosy. Poczuł, jak do oczu napływają mu łzy, a przerażenie ściska gardło.

– Dlaczego więc mnie puścili? – zapytał z wysiłkiem.

– Bo potrzebują czytającego, a ty jesteś młody i łatwo tobą manipulować, co zresztą widać. Dali ci ciepłą posadkę i już mieli cię w garści. Nie zadawałeś pytań.

Edmund z bolesną świadomością musiał przyznać, że majster miał rację. Oszołomiony słowami Hersberta nie poddał niczego w wątpliwość. Wcześniejsze przerażenie zostało przytłumione przez wściekłość i zażenowanie własną bezmyślnością.

– Skąd pan o tym wszystkim wie? – zapytał, kiedy odzyskał panowanie nad sobą.

Zych, najwyraźniej zadowolony z jego reakcji, podszedł do niewielkiego okienka przy drzwiach i czujnie zlustrował okolicę.

– Izaak wczoraj rano opowiedział mi, co odkryliście. Jeszcze zanim zawiadomiłeś Hecka. Od razu wiedziałem, że będą z tego problemy. Już wcześniej słyszałem o ludziach, którzy za dużo gadali i potem albo milkli gwałtownie, albo sami znikali. Dlatego przyczaiłem się i obserwowałem rozwój wypadków. Jestem tylko zapitym majstrem, nikt nie przejmuje się takimi jak ja, ale wiedziałem, że prędzej czy później mnie też będą szukać.

– Jeśli zabili pana Izaaka i pana Konstantego, to trzeba to zgłosić władzom.

Bogumił prychnął.

– Tutaj Hersbert jest władzą. Nic mu nie zrobią.

– To co możemy zrobić? Miastu grozi zagłada, a oni próbują to ukryć.

– Właśnie to może nam pomóc – mówiąc to, Zych sięgnął w zanadrze kurtki i wyciągnął znajomo wyglądający notatnik. – Kiedy zobaczyłem, co zrobili z Izaakiem, zabrałem z pracowni jego notatki. Miałem nosa, bo niedługo później sługusy Hersberta przyszli i zniszczyli krystalizację.

Po tych słowach podał zeszyt Edmundowi. Młody czytający patrzył na niego przez dłuższą chwilę, myśląc o starym Izaaku, który zginął z tego powodu. Złość i poczucie niesprawiedliwości dały mu siłę, by podniósł się z podłogi.

– Trzeba to upublicznić. Hersbert może mieć w kieszeni miejskie władze, ale jeśli ta wiedza wyjdzie na jaw, zniszczy go konkurencja i pracownicy, których wystawia na ryzyko. Zabił pana Izaaka, bo widział to zagrożenie.

Bogumił pokiwał głową.

– Zostawiam to w twoich rękach. Wiem, że Izaak ci ufał, więc wierzę, że postąpisz słusznie.

– A co pan zrobi?

Majster poprawił poły brudnej kurty i wyprostował się.

– Ocalę miasto przed zagładą – powiedział, po czym skinął na Edmunda i wyszedł z przepompowni.

Młody czytający jeszcze przez długi czas stał w niewielkim pomieszczeniu, wpatrując się w notes. Bardzo sprzeczne emocje zaprzątały jego umysł. Jeszcze kilka minut wcześniej, kiedy opuszczał rezydencję Hersberta, miał jasny cel i pełen był determinacji, by powstrzymać ciążące nad nimi fatum. Teraz jednak nic już nie było takie proste. Wrogiem okazała się nie tajemnicza zagłada, lecz ludzka natura, która zysk przedkładała nad ludzkie życie.

Ale czy na pewno? A może to wszystko były tylko pijackie wymysły majstra, którego opanowała paranoja. Może rzeczywiście pan Izaak przeszedł na emeryturę, a pan Konstanty po prostu zaspał do pracy. Ale im dłużej o tym myślał, tym bardziej w to nie wierzył. Izaak nigdy nie odszedłby bez słowa, bez żadnej wiadomości. Słowa Zycha za bardzo układały się w spójną całość, nawet jeśli wypowiadał je pijak.

 

Edmund szedł przed siebie ruchliwą ulicą, ściskając w kieszeni marynarki notatnik pana Goldsteina niczym największy skarb i próbował wyobrazić sobie konsekwencje tego, co zamierzał uczynić. Czy dziś rzeczywiście nastąpi kres miasta, jakie znał? Co zrobi jego rodzina? Czy w ten sposób pogrzebie marzenia Roberta o zostaniu inżynierem? Nie znał odpowiedzi na żadne z tych pytań. Wiedział jednak, że nie mógłby z czystym sumieniem pracować dalej w fabryce, której mury ociekają krwią. Może zapisze się w historii, jako ten który zniszczył miasto, próbując je ocalić? Jeśli tak, będzie musiał z tym żyć.

Nagle tuż koło niego z głośnym piskiem zatrzymał się tramwaj. Motorniczy wyglądał na zaskoczonego, tak samo jak rzesza pasażerów, którzy spoglądali po sobie pytająco i wyglądali przez okna.

Edmund rozejrzał się i zobaczył, że nigdzie w okolicy nie pracuje żadna maszyna, a gdy spojrzał w stronę fabryki, dostrzegł ciemną chmurę wiszącą nad budynkami. Zmarszczył brwi i zmrużył oczy. Wśród tumanów pyłu nigdzie nie dostrzegał charakterystycznych sylwetek szyboprądnic.

Nie było już odwrotu. Zych dopiął swego i położył kres niebezpiecznej technologii. Jednak, by Hersbert nie mógł jej odbudować, trzeba było czegoś więcej. Ludzie musieli zrozumieć, dlaczego maszyny stanęły, czemu w mieście zapadła tak niepokojąca cisza. Odpowiedź kryła się w notatkach pana Izaaka i Edmund był zdeterminowany, by wszyscy ją poznali. Właśnie dlatego stanął przed drzwiami oficyny wydawniczej tutejszej gazety. Wziął głęboki wdech, pozbywając się ostatnich wątpliwości i bez dalszej zwłoki wszedł do środka.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Bardzo mi się podoba pomysł na opowiadanie. Krystalizacje i czytający są na prawdę oryginalni. Fabuła natomiast, lekko rozczarowuje, a najbardziej zawodzi zakończenie. Nie musiałaś się śpieszyć, mogłaś przedstawić działania Zych trochę bardziej szczegółowo. Trochę przegadany środek opowiadania też można by było skrócić.

Po przedostaniu się przez początkowe zgrzyty (lista poniżej) czytało mi się całkiem dobrze. Albo Ty się rozpisałaś, albo mnie wciągnęła fabuła. Cokolwiek się zdarzyło, dobrze świadczy o tekście.

 

Gdy bawełniarka przejechała dalej,

regulujące wilgotność i temperaturę idealną do wytarzania przędzy 

jeśli byłe idealna, to po co ją regulować?

Obecność ani jednego, ani drugiego w przędzalni nie była czymś niezwykłym 

po co “ani”, wystarczy chyba: Obecność jednego i drugiego w przędzalni nie była czymś niezwykłym.

rozpoznał w tych krystalizacjach pierwsze znak i słowa -

literówka?

rozstąpienie ziemi, które pochłonęło budynki, toksyczne wyziewy, a nawet chmurę żrącego pyłu, która wydostała się z rozłamu

słowo “które” robi złą robotę.

 

I jeszcze taka sugestia, że można by oddzielić wstęp gwiazdkami.

Dzięki za komentarz. Cieszę się, że przynajmniej pomysł wydał ci się oryginalny. Co do zakończenia, to niestety przez całe to opowiadanie wisiał nade mną limit 40k znaków przyjęty w retrowizjach i niestety twoja uwaga świadczy, że wyraźnie odbiło się to na całości tekstu. 

 

Dziękuję również za wskazanie usterek, wszystko poprawiłam. 

 

Pozdrawiam C.

Bardzo spodobał mi się pomysł krystalizacji, tudzież opisanie fabryki i miasta, ale nie podoba mi się zakończenie – jest pośpieszne i dziwne. Zastanawiam się, dlaczego Hers­bert, powierzywszy Edmundowi tak ważne stanowisko, zostawia go bez żadnej kontroli. Nie przemawia też do mnie zachowanie Edmunda, który, takie mam wrażenie, bezkrytycznie wierzy we wszystko, co usłyszy i wszystko przyjmuje za dobrą monetę – najpierw awans i to co mówi fabrykant, a potem słowa majstra Zycha.

Mam wrażenie, że opowiadaniu dobrze zrobiłoby rzetelniejsze zakończenie i pewne skróty w początkowej i środkowej części tekstu.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

przy tak ob­fi­tych kształ­tach, nad­zor­cy ta stra­ta wyj­dzie je­dy­nie na dobre. –> …przy tak ob­fi­tych kształ­tach, ta stra­ta wyj­dzie nadzorcy je­dy­nie na dobre.

 

wes­tchnął cięż­ko i otarł czoło ha­fto­wa­ną chu­s­tecz­ką. –> Mężczyźni nie używali haftowanych chusteczek; chusteczki męskie mogły mieć co najwyżej wyhaftowany monogram.

 

młody asy­stent nie mógł prze­stać się my­śleć… –> …młody asy­stent nie mógł prze­stać my­śleć

 

po­cho­dzi­ła ona od ja­kieś pra­daw­nej cy­wi­li­za­cji… –> …po­cho­dzi­ła ona od ja­kiejś pra­daw­nej cy­wi­li­za­cji

 

po­zy­ski­wa­na z roz­licz­nych stud­ni głę­bi­no­wych. Wła­ści­cie­le fa­bryk i ma­nu­fak­tur prze­ści­ga­li się w pró­bach po­zy­ska­nia kry­sta­li­za­cji… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

przede wszyst­kim umoż­li­wił dra­stycz­ne od­sko­cze­nie od kon­ku­ren­cji. –> Czy odskoczenie od konkurencji na pewno było drastyczne?

Proponuję: …przede wszyst­kim umoż­li­wił zdecydowane zostawienie konkurencji w tyle.

 

Nie mniej opi­su­je drże­nie i roz­stą­pie­nie ziemi… –> Niemniej opi­su­je drże­nie i roz­stą­pie­nie ziemi

Jest różnica między nie mniejniemniej.

 

po­pra­wił za­gnie­ce­nia na ma­ry­nar­ce… –> Poprawienie zagnieceń sugeruje, że staranniej pozagniatał marynarkę. ;)

Proponuję: …wygładził za­gnie­ce­nia na ma­ry­nar­ce

 

– Ostat­ni­mi czasu pan Bo­gu­mił pro­wa­dzi się coraz go­rzej. –> Literówka.

 

czy chłop ostrzą­cy noże… –> Chłop chyba nie jest tutaj dobrym określeniem; wszak chłopi uprawiali ziemię na wsi.

Proponuje: …czy mężczyzna ostrzą­cy noże

 

Nie mniej nie po­tra­fił prze­stać o tym my­śleć. –> Niemniej nie po­tra­fił prze­stać o tym my­śleć.

 

gdzie pod drew­nia­nych scho­dach wszedł na dru­gie pię­tro. –> Literówka.

 

Drzwi otwo­rzy­ła mu matka, wi­ta­jąc go bla­dym uśmie­chem. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Ed­mund po­dzię­ko­wał ge­stem głowy… –> Ed­mund po­dzię­ko­wał skinieniem głowy

Gesty wykonuje się rękami, nie głową.

 

Tej nocy nie zmru­żył oka. Leżał na łóżku i roz­my­ślał nad przy­szło­ścią. Tylko jedno wyj­ście wy­da­wa­ło się słusz­ne i da­wa­ło szan­se na unik­nię­cie ka­ta­stro­fy. Na­stęp­ne­go ranka ze­rwał się bla­dym świ­tem… –> Czy dobrze rozumiem, że ranek i dzień po nieprzespanej nocy spędził jak zwykle, a następnego ranka, czyli dzień później, zerwał się bladym świtem…

Proponuję: Tej nocy nie zmru­żył oka. Leżał na łóżku i roz­my­ślał nad przy­szło­ścią. Tylko jedno wyj­ście wy­da­wa­ło się słusz­ne i da­wa­ło szan­se na unik­nię­cie ka­ta­stro­fy. Ze­rwał się bla­dym świ­tem

 

Ci któ­rych wi­dział, wy­glą­da­li na zwy­cza­jo­wo za­pra­co­wa­nych… –> Ci któ­rych wi­dział, wy­glą­da­li na zwyczajnie za­pra­co­wa­nych

Zwyczajowozwyczajnie znaczą co innego.

 

Ci któ­rych wi­dział, wy­glą­da­li na zwy­cza­jo­wo za­pra­co­wa­nych i ra­czej nie zda­wa­li sobie z ni­cze­go spra­wy. Nawet jeśli uda im się zna­leźć roz­wią­za­nie pro­ble­mu, to za­pew­ne i tak nie unik­ną nie­po­ko­jów wśród za­ło­gi fa­bry­ki. –> Czy dobrze rozumiem, że zapracowani robotnicy, nawet gdyby zdołali rozwiązać problem, to i tak nie unikną niepokojów wśród załogi?

 

już chciał ru­szyć w stro­nę bramy wyj­ścio­wej… –> Czy była tam również brama wejściowa?

Może wystarczy: …już chciał ru­szyć w stro­nę bramy

 

Ed­mund prze­łknął cięż­ko ślinę… –> Ed­mund z trudem prze­łknął ślinę

 

Po­nie­waż jed­nak resz­ta jego twa­rzy po­zo­sta­wa­ła dziw­nie ści­śnię­ta i po­waż­na… –> Raczej: Po­nie­waż jed­nak resz­ta twa­rzy po­zo­sta­wa­ła dziw­nie spięta i po­waż­na

 

Nagle pan Hers­bert wsparł się na lasce i sta­nął na nogi. –> Nagle pan Hers­bert wsparł się na lasce i wstał.

Czy istniała możliwość, by stanął inaczej, nie na nogi?

 

Po­czuł, jak do oczu na­pły­wa­ją mu łzy, a prze­ra­że­nie ści­ska go za gar­dło. –> …a prze­ra­że­nie ści­ska gar­dło.

 

mó­wiąc to, Zych się­gnął za połę kurt­ki i wy­cią­gnął zna­jo­mo wy­glą­da­ją­cy no­tat­nik. –> …mó­wiąc to, Zych się­gnął w zandrze kurt­ki i wy­cią­gnął

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu» zanadrze daw. «miejsce pod wierzchnim ubraniem na piersi»

 

ści­ska­jąc pod połą ma­ry­nar­ki no­tat­nik pana Gold­ste­ina… –> …ści­ska­jąc w zanadrzu/ w kieszeni ma­ry­nar­ki no­tat­nik pana Gold­ste­ina

 

tak samo jak rze­sza pa­sa­że­rów, który spo­glą­da­li na sie­bie py­ta­ją­co… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wyszczególnienie błędów. Wszystko poprawiłam. 

poprawił zagniecenia na marynarce… –> Poprawienie zagnieceń sugeruje, że staranniej pozagniatał marynarkę. ;)

Wybitnie rozbawił mnie twój komentarz w tym fragmencie ;). 

 

Pozdrawiam C.

Bardzo proszę, Cephiednomiko. I miło mi, jeśli przy okazji rozbawiłam Cię. ;)

A skoro poprawiłaś usterki, klikam Bibliotekę. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Taka fantastyczna “Ziemia obiecana”? No, może być. Jest tylko jedno ale:

Wszystko zaczęło się niemal dwieście lat wcześniej, kiedy to wydano zarządzenie, by na tutejszych ziemiach stworzyć osadę przemysłu tkackiego.

W takim razie akcja dzieje się plus minus teraz, ponieważ to zarządzenie wydano w 1820 roku. Dlaczego w takim razie nadal Królestwo (jak się domyślam, Kongresowe) i Prusy? Jeśli tworzysz historię alternatywną, warto ją czymś obudować. No, a jeśli akcja rzeczywiście ma miejsce w teraźniejszości, to przekroczyłaś chronologiczny limit Retrowizji o 70 lat. A w ogóle chronologia trochę się sypie, bo skoro Hersbert przybył “pięćdziesiąt lat temu”, to znaczy, że od odkrycia krystalizacji do pojawienia się H. minęło co najmniej kilkadziesiąt lat, jeśli nie bliżej stu – to jest dużo. To jeszcze w dobie maszyn parowych, okej koniec wieku – ale pięćdziesiąt lat i tak gdzieś znika. Rozrysuj sobie chronologię, bo nie ma ona sensu.

Realia masz z kolei miejscami mocno dziewiętnastowieczne, ale z powszechną elektrycznością – to też, zwłaszcza bez wyjaśnień, nie trzyma się kupy. A tak naprawdę nigdy nie dowiadujemy się, w jaki sposób krystalizacja daje energię czy inne dobrodziejstwa – występuje jako przedmiot badań, powiedzmy, historycznych, a nie źródło konkretnych innowacji. O “technologicznych cudach” wiele się nie dowiadujemy, tylko czasem przemykają nam przed oczami te jakieś gąsienicowe pojazdy i wspominane są bliżej niezdefiniowane szyboprądnice. A skoro jest tyle cudownych innowacji, to czemu nadal mamy tłumy robotników? Po co ich utrzymywać, zamiast znaleźć im inne zajęcie, rozwijać w mieście inne gałęzie przemysłu czy ogólniej: aktywności ludzkiej.

Słowem: bardzo trudno mi kupić Twój świat przedstawiony, bo jak dla mnie rozłazi się on w szwach.

Oraz: wpływ/element pozaziemskiej cywilizacji to nie jest rozwój nauki/techniki oparty na tym, co było w realu dostępne w danej epoce, czyli fundamentalne założenie Retrowizji też bierze w łeb.

Zastanawia mnie też fatalizm bohaterów – dlaczego uważają, że miasto musi spotkać zagłada? Coś w tych starożytnych pismach to podpowiada?

No i fabuła… Jak zaczyna się coś dziać, to kończysz – ba, urywasz w środku wydarzeń. Bo tak naprawdę ciekawie to się zrobi po tym, co uznałaś za koniec opowieści… Po prawdzie, gdy zobaczyłam słowo “koniec” to przecierałam oczy ze zdumienia. Ogromna jest dysproporcja infodumpowo-przegadanych ¾ tekstu do ostatniej, wnoszącej coś fabularnie ciekawego ¼. Miałaś 6 tys. znaków w zapasie do limitu – mogłaś to trochę rozwinąć.

Masz pomysł na świat, ale mam wrażenie, że go nie przemyślałaś. Oraz moim skromnym zdaniem nie jest to pomysł retrowizyjny w rozumieniu tego konkursu, choć przy całej naiwności i ograniu (wielka, tajemnicza stara cywilizacja itede itepe) niewątpliwie fantastyczny.

 

Wykonanie nie powala, ale złe też nie jest. Błędnej interpunkcji nie zaznaczam, bo za dużo tego, poza tym takie jeszcze drobiazgi:

Choć próbował nikogo nie potrącić, co chwilę i tak słyszał obelgi skierowane w jego stronę.

→ w swoją stronę. “Jego” dotyczyłoby jakiejś innej osoby

 

jego ciało nie uległo rozpasaniu

Ciało nie może ulec rozpasaniu, rozpasanie to sposób zachowania.

SJP PWN: rozpasanie «zanik norm moralnych»

 

– Proszę siadać, panie Nowicki. – Wskazał mu miejsce naprzeciw siebie.

Zaimek “mu” lepiej w tym przypadku zastąpić rzeczownikiem.

 

PS. Wykreśl słowo “koniec” – edytor portalowy sam je wstawia

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Spróbuję odpowiedzieć na kilka kwestii:

W takim razie akcja dzieje się plus minus teraz, ponieważ to zarządzenie wydano w 1820 roku.

To jest paskudny babol z mojej strony. Nie wiem, tyle razy to czytałam i nie zauważyłam, że policzyłam czas od współczesności. Oczywiście akcja ma miejsce na przełomie XIX i XX wieku. 

 

Oraz: wpływ/element pozaziemskiej cywilizacji to nie jest rozwój nauki/techniki oparty na tym, co było w realu dostępne w danej epoce, czyli fundamentalne założenie Retrowizji też bierze w łeb.

Wyszłam z założenia, że czymś taki niespodziewanym rozwój musiał być spowodowany. U mnie tym czynnikiem pobudzającym było odkrycie dawnej cywilizacji. 

Zastanawia mnie też fatalizm bohaterów – dlaczego uważają, że miasto musi spotkać zagłada? Coś w tych starożytnych pismach to podpowiada?

W sumie to o tym jest cały tekst ;), że właśnie znaleźli informacje na ten temat. 

 

 

Tak czy inaczej dziękuję za dogłębny komentarz. 

 

W sumie to o tym jest cały tekst ;), że właśnie znaleźli informacje na ten temat. 

No właśnie – znaleźli informację. Ale dlaczego tak łatwo dają jej wiarę? Nie mówię, że to zły pomysł, ale aż taka wiara w dawne pisma i konieczność spełnienia się “przepowiedni” wydaje mi się nieco naiwna. To jednak już czasy, kiedy rozum bierze górę nad przesądami, mimo że na przełomie wieków były modne różnorakie spirytyzmy ;) Dodatkowo tekst jest teoretycznie o dramatycznym momencie w dziejach miasta – ale tego dramatyzmu się nie czuje, dopiero pod koniec coś drga.

 

Wyszłam z założenia, że czymś taki niespodziewanym rozwój musiał być spowodowany.

Mam wrażenie, że jest to zupełnie inne założenie niż konkursowe, gdzie chodzi o ekstrapolację stanu realnego, a nie zewnętrznego kopa. Niemniej oczywiście decyzja w rękach jury ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A mnie się podobało. I to bardzo.

Plus za wykorzystanie Łodzi. A przynajmniej miałam wrażenie, że to o moim mieście, a głównym szwarccharakterem jest Herbst. Nie znam człowieka – podpadł czymś Tobie albo historii?

Spodobał mi się rozmach problemu – tu nie chodzi o życie lub śmierć Iksińskiego ani o kłopoty sercowe Igrekowskiej, tylko o przetrwanie całego miasta. Przy czym nie widać żadnej dobrej opcji. Piękny dylemat.

Nie miałam problemów z uwierzeniem w zachowanie protagonisty. Usłyszał coś podobnego do tego, co sam w nocy wymyślił, więc łyknął. Tym bardziej, że wieści były tłusto posmarowane awansem. A słowa majstra go przekonały, bo Zych logicznie je uzasadnił. Kupuję to.

Pomysł na krystaliczne komunikaty od innej cywilizacji też miodny, bo oryginalny.

Ciekawe tylko, czy w gazecie puszczą tego newsa. Zależy, kto jest jej właścicielem… ;-)

Ogólnie – tekst wyjątkowo przypadł mi do gustu. Nominuję, czyli.

Chociaż wykonanie nie dorównuje reszcie, IMO. Przecinkologia kuleje, podmioty uciekają… Poprawiaj biegusiem, zanim reszta Loży nadciągnie.

Szum rozmów i stukot maszyn z okolicznych budynków wypełniał powietrze. Starał się przyśpieszyć, w końcu sprawa była pilna,

Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego szum względnie stukot?

ale jego działania doprowadziłyby do niemniejszej tragedii.

Nie z przymiotnikami w stopniu (naj)wyższym piszemy oddzielnie.

Babska logika rządzi!

W kwestii komunikatów – jedno jeszcze mnie dręczy jako logiczna luka. Okej, rozszyfrowali alfabet (bardzo szybko, za szybko – nawet jeśli po Champollionie i Rawlinsonie jest na to patent, to tu nie mieli szans znać imion z innych źródeł, żeby mieć punkt zaczepienia), ale to jeszcze nie oznacza zrozumienia języka, skoro to jakaś dziwaczna, nieznana i do niczego niepodobna cywilizacja…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Finkla – cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Co do Hersberta, to wymyśliłam takie nazwisko, żeby nie należało do żadnego realnie żyjącego fabrykanta, ale też żeby jednak się dość jednoznacznie kojarzyło. Padło akurat na Herbsta, bo jest dość znany. Dziękuję również za nominację. 

Nad interpunkcją wciąż jeszcze pracuję, a wskazane przez Ciebie błędy oczywiście poprawiłam. 

 

drakaina – w tekście jest wzmianka, że krystalizacje rozszyfrował ekspert od pisma klinowego (jednego z najstarszych alfabetów, używany około 3500 r p.n.e.), więc można stąd wyciągnąć wniosek, że miały elementy wspólne. 

 

Wiem, czym jest pismo klinowe, przywołałam Rawlinsona właśnie z tego powodu. Niemniej to nie jest takie hop siup. Rozszyfrowanie pisma to tylko przypisanie znakom wartości fonetycznej – do zrozumienia języka jeszcze długa droga. Czasem bez dodatkowych danych niemożliwa – vide przykład etruskiego. Potrafimy odczytać język, ale co z tego, skoro go nie rozumiemy? Zazwyczaj kluczem są imiona, jak już wspomniałam, tak było z hieroglifami i z perskimi klinami.

Ale inne kliny odczytywano przez cały XIX w. – prawdę mówiąc, jeśli dobrze liczę, w czasie, kiedy ci Twoi “specjaliści od pisma klinowego” rozszyfrowywali przędzę, to była to wiedza raczkująca, więc wielkich speców było najwyżej kilku w Europie, a kliny starsze od perskich dopiero mozolnie odczytywano.

No i elementy wspólne pisma to nie jest podstawa do zrozumienia języka. Weź sobie tekst w dowolnym języku, którego żywcem nie znasz (najlepiej odległym od znanych, najlepiej nieindoeuropejskim: baskijski, węgierski, fiński czy estoński) – rozpoznajesz wszystkie znaki, ale rozumiesz cokolwiek?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie znam się specjalnie na tłumaczeniu starożytnych/nieznanych tekstów. Przyjęłam założenie, że znajdując podobieństwa z innym językiem (jakieś znaki, słowa, składnia), dałoby się przetłumaczyć resztę. Poza tym od pojawiania się pierwszych krystalizacji, do czasu w którym rozgrywa się opowiadanie, minęło jakieś 70 lat, a mimo to wciąż rozszyfrowywanie znaków nie szło wcale prosto. Nie czytali z tego jak z gazety, a raczej zajmowało to wiele dni czy tygodni (stąd powstały pracownie czytających, którzy tylko temu poświęcali czas). Mnie takie rozwiązanie wydawało się prawdopodobne, choć jak mówię nie jestem ekspertem w tej dziedzinie ;).

Zawoalowane nawiązanie do globalnego ocieplenia?

Podpiszę się pod tym, co napisano wyżej. Krystalizacja i Łódź bardzo dobre, fabuła słaba. Jakoś też nie mogę sobie wyobrazić natury tych przekazów – czemu przychodzą chronologicznie? Dlaczego zawierają tyle wiadomości technicznych (u nas 99% takich komunikatów to byłoby “jaki kolor tipsów dziś dobrać” czy “skoczmy na piwo” ;)). Ale dobra, przymknąłem oko, bo to naprawdę oryginalny tekst.

Mam jednak pewne zastrzeżenia:

– “stu trzydziestu trzem stopom nici, na których odczytano” – chyba “z których”? no niby wiem, że to z kryształów, które leżą na niciach, ale coś mi to zgrzyta;

– mieszasz jednostki – są łokcie, jest centymetr; niespójne to;

– “nie odrywając spojrzenia, robił notatki” – odrywając od czego?;

– “Powiedziawszy to, pan Heck ruszył w stronę wyjścia” – czemu narrator tytułuje gościa “pan”?;

– “dźwięk dzwonka, którym długie tramwaje” – znaczy wszystkie tramwaje miały jeden wspólny dzwonek ;)?;

– “maszyny rozstawione na ulicach: spalarki śmieci, publiczne studnie, nawet kram pucybuta czy chłop ostrzący noże” – po dwukropku wymienia się w szczegółach to, co zasugerowałaś wcześniej; z powyższego wynika, że maszynami są i kram, i chłop;

– “jego ciało nie uległo rozpasaniu” – poprawne to jest? bo jakoś kłuje w oczy;

– “rzeczywiście pan Izaaka przeszedł” – literówka.

 

Czytało mi się całkiem dobrze, pomysł oryginalny, tylko akcja skopana.

Poza tym – nie cierpię rewolucjonistów w typie Edmunda ;P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Pomysł naprawdę świetny, ale zgadzam się z przedpiścami, że zakończenie psuje cały efekt. Zbyt szybko skończyłaś.

Staruchu, dziękuję za komentarz. Postaram się odpowiedzieć na kilka twoich uwag: 

czemu przychodzą chronologicznie?

Było powiedziane, że własnie pojawiają się w kolejności nieuporządkowanej. 

 mieszasz jednostki – są łokcie, jest centymetr; niespójne to;

Już wywaliłam te nieszczęsne centymetry ;) Domyślnie miały być tylko łokcie i stopy. 

Powiedziawszy to, pan Heck ruszył w stronę wyjścia” – czemu narrator tytułuje gościa “pan”?;

 Ponieważ całość narracji jest niejako z punktu widzenia Edmunda, a on postrzega Hecka jako “pana Hecka” to narrator również. 

 

Pozostałe usterki poprawiłam. 

 

Irka_Luz – dzięki za zainteresowanie. 

 

 

Było powiedziane, że własnie pojawiają się w kolejności nieuporządkowanej

Dalej tego nie kupuję. Bo piszesz:

Ten wynalazek nie tylko pozwolił zastąpić wysłużone maszyny parowe nowymi, wydajniejszymi termomotorami

a potem jeszcze (dopiero po latach) przychodzi wiadomość o zagładzie cywilizacji starożytnych. Czyli wynalazki i zagłada układają się w ciąg chronologiczny.

Znaczy – jestem sobie w stanie wyobrazić, że jest tak jak mówisz, ale słabo to sygnalizujesz.

Dobra, koniec czepiania ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Staruchu, dwie informacje to jeszcze trochę za mało, żeby odpalać algorytm szukający porządku. Może były alfabetycznie albo według długości przekazu. ;-)

Babska logika rządzi!

@Finkla – trzy :P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cephiednomiko,

 

Mam wrażenie, że nieco Cię Finkla skrzywdziła tą nominacją, bo wyśrubowała oczekiwania czytelników wysoko, stąd też oceny tekstu będą bardziej surowe.

Twoje opowiadanie jest jak sinusoida.

Ma elementy dobre, takie jak klimat przemysłowego miasta, który czujesz i dobrze odwzorowujesz. Dobry jest sam pomysł na wymarłą starożytną cywilizację, która po latach zdradza swą technologię.

Są też elementy słabe. Brak choćby próby bardziej szczegółowego wyjaśnienia zasad działania nowej technologii. Wśród fanów SF takie smaczki są w cenie. Językowo też tekst nieco kuleje, co już wspomnieli przedpiścy. Co jednak kładzie całość na łopatki, to nieszczęsne zakończenie. O ile prolog był “taki sobie”, głównie przez drobne potknięcia językowe, to rozwinięcie naprawdę mnie wciągnęło. Udało Ci się mnie zaciekawić i przekazać ten dawny łódzki klimat. A potem?

Wiedział jednak, że nie mógłby z czystym sumieniem pracować dalej w fabryce, której mury ociekają krwią. Może zapisze się w historii, jako ten który zniszczył miasto, próbując je ocalić? Jeśli tak, będzie musiał z tym żyć.

Banał

Edmund rozejrzał się i zobaczył, że nigdzie w okolicy nie pracuje żadna maszyna, a gdy spojrzał w stronę fabryki, dostrzegł ciemną chmurę wiszącą nad budynkami. Zmarszczył brwi i zmrużył oczy, by wyostrzyć wzrok. Wśród tumanów pyłu nigdzie nie dostrzegał charakterystycznych sylwetek szyboprądnic.

Tylko tyle? Wielkie turbiny zostały w jednej chwili zniszczone, a tu tylko “dym” i cisza?

Gdzie eksplozja, drżąca ziemia, potłuczone szyby w tramwajach? Gdzie napięcie?

Zych dopiął swego i położył kres niebezpiecznej technologii.

Jak myślisz, ilu z Twoich czytelników by się tego nie domyśliło z kontekstu? 

Ludzie musieli zrozumieć dlaczego maszyny stanęły, czemu w mieście zapadła tak niepokojąca cisza. Odpowiedź kryła się w notatkach pana Izaaka i Edmund był zdeterminowany, by wszyscy ją poznali. Właśnie dlatego, stanął przed drzwiami oficyny wydawniczej tutejszej gazety. Wziął głęboki wdech, pozbywając się ostatnich wątpliwości i bez dalszej zwłoki wszedł do środka.

Znów banał. Znów ubliżasz swym czytelnikom, tłumacząc im wszystko jak w amerykańskim filmie dla niezbyt rozgarniętej grupy docelowej.

Gdzie twist, gdzie haczyk, gdzie to ziarenko piasku, które ma czytelnika uwierać przez cały dzień i sprawiać, by powracał myślami do Twojego opowiadania?

Przeczytałem. Nie mam wiele do dodania, większość moich wątpliwości padła już wcześniej.

 

Moje pierwsze skojarzenie (na szczęście niesłuszne) to Wanted, gdzie też występował motyw tajemnej wiedzy pojawiającej się w tkaninie.

Przyłączę się do chóru skarżących się na przedwczesne zakończenie. Zbudowałaś naprawdę ładny dylemat dla głównego bohatera (i czytelnika), ale nie dajesz czasu go poczuć, przemyśleć, rozważyć możliwych konsekwencji obu wyborów – a przez to nie wykorzystujesz w pełni jego potencjału. Wpływa to na dramatyzm opowieści. 

Podobał mi się klimat, choć brakowało mi momentami nico brudu i smaru, żeby ten punk był wyraźniej wyczuwalny. Wyraźniej znaczonych dysproporcji społecznych, silniej zaakcentowanego wyzysku czy bezradności prostych robotników – masz tam surowiec, żeby stworzyć naprawdę ciężki, industrialny klimacik a’la angielski drapieżny kapitalizm, ale nie został on w pełni wykorzystany.

 

Słowem – przeczytałem bez przykrości, ale po wszystkim czułem niedosyt.

Mnie opowiadanie urzekło. Pewnie w dużym stopniu dlatego, że jest o Łodzi, a rzadko zdarza mi się czytać o rodzinnym mieście. Warszawa, Kraków, wiele innych miast, a Łódź jest słabo reprezentowana…

Może i skrzywdziłam nominacją, ale przepraszać nie będę.

Babska logika rządzi!

chroscisko, None – dziękuję za komentarz. Cóż mogę więcej powiedzieć, muszę pracować nad zakończeniami, to pewne ;). A najśmieszniejsze jest to, że w pierwszej wersji, zakończenie było jeszcze krótsze (składało się dosłownie z trzech, krótkich zdań) i mój pierwszy czytacz (czyli mój drogi małżonek) stwierdził, że warto bym je trochę rozwinęła. Efekt jak widać wcale jednak nie jest lepszy. 

Tylko tyle? Wielkie turbiny zostały w jednej chwili zniszczone, a tu tylko “dym” i cisza?

One były dość daleko, więc Edmund zobaczył tylko gdzieś w oddali chmurę dymu, raczej nie mógł usłyszeć ich zniszczenia. A wręcz przeciwnie, wokół niego właśnie zapanowała cisza, niczym w mieszkaniu, kiedy nagle wysiądzie prąd i wszystkie sprzęty zamierają. 

 

 

 

One były dość daleko, więc Edmund zobaczył tylko gdzieś w oddali chmurę dymu, raczej nie mógł usłyszeć ich zniszczenia. A wręcz przeciwnie, wokół niego właśnie zapanowała cisza, niczym w mieszkaniu, kiedy nagle wysiądzie prąd i wszystkie sprzęty zamierają. 

No to podrążę dalej. Nie miej mi tego za złe, chodzi mi o pokazanie Ci, jak bardzo trzeba zwracać uwagę na detale, a nie na znęcanie się nad Tobą ;).

Mamy zniszczenie wielkich maszyn. Muszą być wielkie, skoro widać je z daleka. Muszą być też wielkie, skoro skutkiem ich zniszczenia jest olbrzymia chmura dymu i tumany pyłu. 

Jak więc daleko są? 5 km, 10 km? Duża eksplozja będzie słyszalna z takiej odległości wyraźnie. 

Pociąg słychać z kilku kilometrów, wybuchy w kamieniołomach słychać z kilkunastu kilometrów. 

Ale… załóżmy, że bohater siedzi w tramwaju, jest duży hałas i rzeczywiście nie usłyszał.

Jakim cudem widzi horyzont i tumany pyłu w oddali, skoro znajduje się w środku miasta… czy tam nie ma kamienic?

Fakt, w sumie huk może i byłoby słychać.

Jakim cudem widzi horyzont i tumany pyłu w oddali, skoro znajduje się w środku miasta… czy tam nie ma kamienic?

Tu niestety odezwało się moje łódzkie spaczenie. U nas ulice są naprawdę bardzo długie i bardzo proste, więc stoją na chodniku, można patrząc wzdłuż zobaczyć bardzo odległe miejsca. Poza tym “chmura wisiała nad budynkami”. 

Wszystko to jednak sprowadza się do tego, że zakończenie jest do bani i powinnam się bardziej postarać ;) 

Przyszedłem zachęcony krzywdzącą działalnością Finkli I Okrutnej i muszę przyznać, że się nie zawiodłem. 

Pomysł na wiadomości od starożytnej/kosmicznej cywilizacji, zapisanego w wodzie i krystalizujące sie na niciach przędzy jest niezwykle interesujący. Fakt, coś takiego byłoby niezwykle trudne do odczytania, ale pominięcie tego problemu ze względy na brak miejsca i to, że nie stanowi on rzeczy istotnej dla opowiadania uważam za satysfakcjonujące rozwiązanie. 

Klimat retro SF osiągnięty i utrzymany należycie, podobnie jak nastrój industrialnego miasta (w Łodzi co prawda nigdy nie byłem, ale czytałem i oglądałem "Ziemię Obiecaną" :-)) 

Chronologia, na którą zwróciła uwagę Drakaina, nie przeszkadzała mi – od razu wskoczył mi przełom XIX i XX wieku upgrejdowany nieco chaotycznym (punkowym?) używaniem niezupełnie rozumianej technologii. Poczułem sie więc zadowolony i nie liczyłem godzin i lat. :-) Zwłaszcza, że do tej pory uporałaś się z potknięciami i tekst czyta się gładko i przyjemnie, styl może nie zawiera fajerwerków, ale jest porządny i solidny. 

Oczywiście oryginalny nie będę, jeśli powiem, że kompozycja skiepściła tekst. O ile wszystko zaczyna się fajnie – coś się dzieje, pojawia się jakiś poważny problem/zagrożenie, z którym bohaterowie muszą sobie poradzić, to później tekst grzęźnie w opisach i wyjaśnieniach, które, choć dają ładny obraz świata, niczego na dobrą sprawę nie wyjaśniają. A potem uderza limit i trzeba kończyć w momencie, gdy naprawdę robi się ciekawie. Cóż, sam z obrzydzeniem patrzę na słowo "ciąć", ale nie da się ukryć, że solidna wycinka w środkowej części tekstu nie popsułaby klimatu opowiadania ani obrazu świata, a zapewniła więcej miejsca na solidne, rozwinięte, satysfakcjonujące zakończenie. 

Koniec końców nominacja Finkli krzywdy Ci nie zrobiła, bo choć za piórkiem głosował nie będę, to opowiadanie dostarczyło mi przyjemności. A solidna krytyka to nic złego ;-) No i z pewnością dzięki nominacji więcej osób tu zajrzy. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

thargone – dzięki za miły komentarz. Tak wiem, że zakończenie jest lipne, ale cieszę się, że przynajmniej inne elementy uznałeś za pozytywne. 

W chronologii rzeczywiście wkradł się mi brzydki błąd, ale to już akurat szybciutko poprawiłam ;). 

Co zaś się tyczy samej nominacji, to przyznam szczerze, że jestem na tyle nowa tutaj, że gdyby inni komentujący nie zwrócili na to uwagi, to w ogóle nie wiedziałabym o co chodzi. Myślałam, że w komentarzu Finkli o nominacji, chodziło o punkcik do biblioteki <facepalm>. 

Ech, nikt mnie nie docenia. ;-(

Babska logika rządzi!

Ech, nikt mnie nie docenia. ;-(

Ale za to, jaką super ksywkę dostałaś ;) 

 

szedł pośpiesznie równo wybrukowaną drogą

Te dwa przysłówki obok siebie trochę mnie zmyliły – czy "równo" jest Ci niezbędne?

 wypełniał powietrze

Hmm. Zdaje mi się, że to wyrażenie jest już całkiem zużyte. Cały akapit odrobinkę, w moim odczuciu, za spokojny, mało obrazowy.

 złapać nadzorcę nim

Złapać nadzorcę, nim.

 wysoki na osiemnaście stóp, gąsienicowy pojazd

Tu przecinek niepotrzebny.

Choć powolne, to przez swoją masę, raz wprawione w ruch nie zatrzymywały się łatwo.

Trochę to trudne w odczytaniu, chyba przez wtrącenie.

 zobaczył, jak nadzorca wychodzi

Hmm. Nie jestem pewna tego tonu.

 mężczyzna, łamaną polszczyzną

Przecinek niepotrzebny. Rym. I wypowiedź była całkiem poprawna.

 Mimo lat spędzonych w Królestwie, nadal

Chyba obejdzie się bez przecinka.

 nie mogąc jednocześnie powstrzymać złośliwej myśli

Przecież widać, że jednocześnie?

 przy tak obfitych kształtach

Ekhm… to nie Hedy Lamarr ;)

 przeszedł nieprzyjemny grymas, a potem westchnął ciężko

Dlaczego grymas wzdycha?

 chłód, zapewniany przez olbrzymie nawiewy,

Hmm, no, nie wiem.

 uderzył w nich

To "w nich" zdaje mi się zbędne.

następowała wymiana obsługi

Czy to żargon? Bo jeśli nie, to raczej "miała miejsce".

 informacjach pochodzących z najnowszej krystalizacji

Informacje nie krystalizują, chyba, że takie masz założenie w tekście.

 starano się pozyskać jak najwięcej treści i wiedzy z nitek przędzy

Kurczę, z jednej strony strasznie fajne – ale z drugiej nieszczególnie prawdopodobne. Czy politycznych decydentów i zarobionych fabrykantów obchodzą takie rzeczy? Przypomnij sobie demona drugiego rodzaju – wytwarza trochę pożytecznej informacji, ale głównie są to duby smalone. Zapiski starożytnej cywilizacji też będą pełne notatek, starych zeszytów i list zakupów.

 raczej woda stosowana do płukania bawełny

No, wiesz, zasadniczo krystalizacja zachodzi z roztworu (choć nie zawsze).

 pozyskania krystalizacji

To znaczy? I zob. też: https://sjp.pwn.pl/szukaj/pozyskać.html.

Wszystko by pokazać

Wszystko, by pokazać.

 pozyskiwał wiedzę

Patrz wyżej.

 pochylał się przy jednym ze stołów

Zwykle pochylamy się nad stołem.

 nie odrywając spojrzenia

Musi być zaznaczone, od czego nie odrywa spojrzenia. Arbitrariness of the sign.

 w położonym z boku kajecie

Przez chwilę myślałam, że kajet jest miejscowością…

 ocieranie potu z czoła, sugerowało

Nigdy nie stawiaj przecinka miedzy podmiot, a orzeczenie. Zdaję sobie sprawę, że Znane Wydawnictwo (nie będę mu tu robić antyreklamy, bo wydaje dobre książki, choć strasznie niechlujnie) przepuszcza takie rzeczy, ale moim zdaniem jego korektorów należałoby przeciągnąć pod kilem. Gdybym dostawała złotówkę za każdy błąd interpunkcyjny w ich książkach, zakup by mi się zwrócił.

 Siadaj, panie Heck

Może jednak: Siadaj pan, panie Heck.

które ten przyjął bez wahania

Czemu miałby się wahać?

 musieli zakończyć swoją historię

Hmm.

 Taka zazwyczaj jest cecha starożytnych cywilizacji

Co jest tą cechą?

Tak jakby

Tak, jakby.

 wiemy jak

Wiemy, jak.

 pełne plam wątrobowych ręce

Hmm. Może poznaczone plamami? Bo tak to wygląda, jakby trzymał plamy w rękach.

minąć lata nim

Minąć lata, nim.

 grajkowie, nucąc przy tym niezbyt przyzwoite piosenki

Tak dwie melodie naraz?

 przeszywał okazjonalnie charakterystyczny dźwięk

Dziwnie to brzmi. Jakoś zbyt formalnie.

 stąd przyzwyczajony był

To też trochę dziwne.

 poczuł jak

Poczuł, jak. Hmm.

 Ta jednak

Dlaczego "jednak"? Nic tu się nie wyklucza.

 Na widok brata, Robert

Przecinek zbędny.

 są już niewystarczające

Nienaturalne: już nie wystarczają.

 potarmosił brata po bujnej czuprynie.

Potarmosił bratu czuprynę.

 marzeń, a te

Nie jestem pewna tego sformułowania.

 przecież też

Trochę to nie brzmi.

 świtem i nie jedząc nawet śniadania, pobiegł

Świtem i, nie zjadłszy nawet śniadania, pobiegł.

posiadał rozległą wiedzę

Oj, nowomowa.

go od tego oderwać

Może: od niej?

 Ci których

Ci, których.

 Nawet jeśli

Nawet, jeśli.

 Zbyt wiele w ich życiu zależało od tego miejsca.

W czyim życiu? Tj., kto tu jest podmiotem?

 Wyglądało na to, że nadzorca jeszcze nie przyszedł do pracy.

Co to wnosi?

 była zbyt nietypowa

Trochę słabe słowo.

 Co jeśli

Co, jeśli.

 stanowili najbliższe sługi

Bardzo dziwnie to brzmi.

 bezpośredniego personelu fabrykanta

Tak się mówi?

 przez wyraźnie ściśnięte gardło

Przecież on wie, że ma ściśnięte gardło?

 Podobna zniewaga negatywnie odbiłaby się nie tylko na nim samym, ale na całej jego rodzinie.

Znowu – co mówi to zdanie, czego byśmy sami nie zgadli?

 Dlatego bez dłuższego wahania, skinął głową

Albo bez przecinka, albo wtrącenie: Dlatego, bez dłuższego wahania, skinął głową.

 podążył za postawnymi

Aliteracja.

 wyciszone od hałasów z zewnątrz

Coś tu jest nie tak.

 musiało być tam

Musiało tam być.

 ogrodu, znajdującego się

Może być bez przecinka, bo to określenie ogrodu.

 drzewa, które rosły w przestrzeni publicznej już lata

Drzewa, które rosły w przestrzeni publicznej, już lata… Dziwna trochę ta "przestrzeń publiczna", jakby anachronizm.

 wiodła wąska, żwirowa alejka, prowadząca

"Wieść" i "prowadzić to to samo.

 dostrzegł siedzącą postać

Hmm.

 jak miało to miejsce w przypadku wielu z tych, którzy zbili fortunę w tym mieście

Nienaturalne.

 z dużo większym entuzjazmem

Przecież on za chwilę spadnie z tego krzesła.

krystalizacje nie będą wystarczające

Strona bierna jest nienaturalna i rozmywa informację. Jeśli krystalizacje nie wystarczą…

 słowo, może

Podmiot, orzeczenie. Bez przecinka.

 docierało do niego jak wielką

Docierało do niego, jak wielką.

 Czuł, jakby życie

Raczej: Czuł się tak, jakby życie

 Na szczęście na trasie

Może lepiej "po drodze"? Ładnej i bez powtórzenia.

 gdy był zaledwie minutę od celu

Po co to zastrzeżenie?

 uścisk został zwolniony

Hmm.

 było brudne od potu i resztek alkoholu

Brudne – czy mokre i cuchnące?

 twarzy mężczyzny prócz zniszczenia życiem, odmalowywała się

Wtrącenie: twarzy mężczyzny, prócz zniszczenia życiem, malowała się.

 zastanawiał się czy majster nie jest jednak aby pijany.

Zastanawiał się, czy majster nie jest jednak pijany.

 wobec emerytury pana Goldsteina

Hmm.

 przyznać, że majster miał pełną rację.

Ma rację – c.t.

 Wcześniejsze przerażenie zostało przytłumione przez wściekłość i zażenowanie własną bezmyślnością.

Nie wygląda to naturalnie, w formie, nie w treści. Skrótowe.

 Zych najwyraźniej zadowolony z jego reakcji podszedł

Wtrącenie: Zych, najwyraźniej zadowolony z jego reakcji, podszedł.

 Złość i poczucie niesprawiedliwości dało

Dały.

 poprawił poły

Aliteracja.

stał w niewielkim pomieszczeniu wpatrując

Stał w niewielkim pomieszczeniu, wpatrując.

 za bardzo układały się w spójną całość

Hmm.

 miasta jakie znał

Miasta, jakie znał.

 spoglądali na siebie

Może jednak: spoglądali po sobie?

 zmrużył oczy, by wyostrzyć wzrok

Wiadomo, po co je zmrużył, nie musisz tłumaczyć.

 Jednak by Hersbert

Jednak, by Hersbert.

 zrozumieć dlaczego

Zrozumieć, dlaczego.

 dlatego, stanął

Bez przecinka.

 oficyny wydawniczej

A nie "redakcji"?

 

Przyjemna atmosfera, światotwórstwo zdecydowanie mogłabyś pogłębić (może w dłuższym tekście?), ale fabuła jakoś się rozmywa. Nie bardzo się nią przejęłam, choć bohater jest całkiem sympatyczny, w naiwny, chłopięcy sposób. Styl cokolwiek rozmyty i przegadany, nie na tyle, żeby utrudnić czytanie, ale mogłoby być zgrabniej.

 nie podoba mi się zakończenie – jest pośpieszne i dziwne.

Właśnie – limit?

 krystalizacje rozszyfrował ekspert od pisma klinowego (…), więc można stąd wyciągnąć wniosek, że miały elementy wspólne.

No, nie do końca. Żeby coś rozszyfrować, trzeba po pierwsze wiedzieć, że jest jakiś komunikat. Kto wpadł na pomysł, że kryształki rosnące na przędzy niosą jakieś znaczenie? Procesy fizyczne zwykle tego nie robią, kryształy rosną w sposób ściśle określony prawami fizyki i składem roztworu, i zasadniczo wszystkie kryształy konkretnej substancji są identyczne, pomijając wielkość i przypadkowe wrostki. Tak, że centralny pomysł, na którym Twoje światotwórstwo się opiera, jest zupełnie, ale to zupełnie fantastyczny :)

 Staruchu, dwie informacje to jeszcze trochę za mało, żeby odpalać algorytm szukający porządku. Może były alfabetycznie albo według długości przekazu. ;-)

Ano, owszem.

 kompozycja skiepściła tekst

Mhm.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tarnina – dzięki za komentarz i wytknięcie błędów, zwłaszcza w kwestii interpunkcji, która niestety nadal u mnie leży i kwiczy ;).

Nie ma sprawy.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Przeczytałem. 

Heh, czyta się z pewnością to-to dobrze ;)

Może nawet bardzo dobrze – pośród tylu wypełniających portal, zagmatwanych, silących się na wzniosłość utworów, Twój jest po prostu klarowny. I to jest fajne.

Gorzej, że wiele elementów mi nie zagrało.

Zacznijmy od worldbuildingu – czy to magia? Co oni TAK DOKŁADNIE wyczytali z tych nici? Już Ci ludzie o tym pisali, więc tylko sygnalizuję, że i ja nie kupiłem kreacji świata.

Zbytnia prowincjonalność – dziwnie koreluje z “apokaliptyczną” przepowiednią. Nie dałeś odczuć, że ta technologia, ten steampunk odnosi się do czegoś więcej niż miasto (Łódź, tak?).

Krystalizacja – zwrócić już uwagę na to None. Pomysł, który zachwycił większość komentujących ja kojarzę z Wanted. Ścigani. Oczywiście treść dotyczy czegoś innego, ale jednak efektu “wow” przez to skojarzenie nie miałem. Nie wiem, czy oglądałeś ten film, nie odrzucam możliwości, że po prostu wpadłeś na ten sam pomysł :)

Bohater – naiwniak. Nie polubiłem go, bo nie myśli.

Zakończenie – nie będę się pastwił. Już wiele o nim powiedziano. W każdym razie, poza jego raptownością przeszkadzał mi brak czegoś zaskakującego, jakiejś “innej drogi”. Rozwiązania problemu w sposób, na który ja w trakcie czytania bym nie wpadł. To by zwiększyło satysfakcję czytelniczą.

 

Wylałem na opowiadanie dużo jadu, spieszę jednak donieść, że nie tylko wady w nim widzę. Nie ukrywam, że czytało mi się bardzo przyjemnie. Teraz, gdy coraz więcej osób wycina “niepotrzebne” zdania, tworząc skondensowane do granic teksty, które wymagają uwagi napiętej jak postronek, miło gdy ktoś zaproponuje coś mnie zobowiązującego. A jednak interesującego.

Słowem – potrafisz opowiadać. Jeśli na dodatek sam wpadłeś na tę nić, to masz również bazę do budowy ciekawych historii. Nic tylko ćwiczyć i rozwijać się ;)

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przeczytałem.

CountPrimagen – dzięki za komentarz. Cieszę się, że dostrzegłeś przynajmniej jakieś pozytywy tego tekstu i czytanie go sprawiło ci choć trochę przyjemności. 

 

Pomysł, który zachwycił większość komentujących ja kojarzę z Wanted. Ścigani.

Nie widziałam tego filmu (aż musiałam sprawdzić u wujka Google czy to film, czy książka ;) ). Pomysł był mój własny, raczej nie wzorowałam/sugerowałam się niczym konkretnym. 

 

 

zawołał Edmund, podchodząc do brata, który pochylony nad stołem[+,] rozwiązywał zadania z algebry.

– Wy tylko o tych maszynach… Zjedlibyście trochę zupy – stwierdziła matka, stawiając przed nimi parujące miski. – Tadeusz niebawem też wróci, to będziecie mogli sobie dyskutować o tym choćby do rana.

Jest jakiś powód, dla którego bohaterka mówi do dzieci o ich ojcu po imieniu?

 

Czytający nie należał do śpiochów i zazwyczaj o tej porze już dawno pogrążony był w pracy. Co mogło go od tego oderwać?

Od “niej”, gdyż podmiotem domyślnym jest tutaj “praca”.

 

jego ciało nie obrosło tłuszczem, jak miało to miejsce w przypadku wielu z tych, którzy zbili fortunę w tym mieście.

Nieładnie to wygląda, pierwsze powtórzenie mogłabyś łatwo wyeliminować, używając np. “wielu z bogaczy”, “wielu z ludzi”.

 

To[+,] co odkryliście[+,] jest dalece niepokojące

Edmund cały się spiął, słysząc podobne oświadczenie.

Podobne, czyli różne od tego, które usłyszał, a przecież na to konkretne, zdaje się, zareagował, dlatego nie udziwniałbym i zostawił “słysząc to oświadczenie”.

 

– Tutaj Hersbert jest władzą. Nic mu nie zrobią.

– To co możemy zrobić?

 

Ciekawy motyw fantastyczny tutaj wykorzystałaś, choć nie powiem, żeby porwał mnie oryginalnością. Przypomina mi skrzyżowanie Wanted/Ściganych z motywem cywilizacji Protean z serii Mass Effect. Oba tytuły polecam, jeśli nie znasz. :)

Ekspozycja świata jest intensywna i z początku czułem się “zaopiekowany” całym tym hojnym dowozem informacji. Jednak coś, co się sprawdza na początku tekstu, gdy dopiero budujesz pewne wyobrażenie, z czasem się zużywa. Akapity poświęcone historii zostały zastąpione zbyt obfitymi opisami okolicy, a w sytuacji, gdy akcja próbuje zacząć gnać trochę szybciej, uważam, że takie opisy powinno się trochę powściągnąć. Samo światotwórstwo nie odbieram zresztą jako najbardziej powalający element tego tekstu; jest dość standardowo i szczerze mówiąc, nie wiem, czemu poświęcałaś temu więcej miejsca, niż niezbędne minimum.

Postaci i fabułę odebrałem niestety jako proste i raczej naiwne. Główny bohater jest chwiejny w poglądach jak chorągiewka, potentat to taki typowy zły, dalej jest pan Zych, któremu alkohol dawno powinien przeżreć mózg, a próbujesz go pokazywać jako niespodziewanego mędrca, który błyszczy mądrością pod koniec opowiadania.

Całkiem sympatycznie snuta z początku intryga, moim zdaniem siada w momencie rozmowy Edmunda i potentata. Myślę, że to przez bezrefleksyjność tego pierwszego i jednowymiarowość drugiego. Fakt, że coś złego stało się z Izaakiem, jest oczywisty już podczas wizyty w pracowni. Gdyby pokazać ją znacznie krócej i co najwyżej mimochodem wspomnieć o zaburzeniu nawyków starego, gdyby strażnicy złapali Edmunda np. w drodze do mieszkania tamtego, na wizytę gdzie w dalszej kolejności wpadłby w naturalnym odruchu – już inaczej by to wyglądało i choć trochę napięcia mogło by się ostać. W obecnej formie, gdy Zych wreszcie informuje Edmunda, że Izaak nie żyje, a ten udaje wielce zaskoczonego, wszystko zaczęło ocierać mi się o groteskę, bo jakże można być aż tak naiwnym.

Rozmowa z Zychem to już w ogóle dla mnie kuriozum – lump i alkoholik, w narracji wręcz pada, że jest w cugu od wielu dni, a wypowiada się pięknymi, złożonymi zdaniami i to nawet z sensem. Do tego, jak zrozumiałem, Edmund wrócił od potentata pełen zaufania do niego, pełen entuzjazmu, całkowicie przekabacony na jego stronę, aż tu nagle Zych opowiada mu o paru rzeczach i nastawienie chłopaka zmienia się o 180 stopni. Psychologia dorosłych ludzi działa chyba troszkę inaczej. Czemu Zych, na widok entuzjazmu Edmunda nie nabrał podejrzeń, tylko bez kozery wcisnął mu notatki Izaaka, jedyny właściwie dowód nadchodzącej katastrofy, i wesoło wybiegł z pomieszczenia? Przecież Edmund, wciąż pomny wcześniejszej rozmowy w ogrodzie, z człowiekiem-legendą, lokalnym celebrytą, może idolem, mógł puścić bokiem wywody śmierdzącego alkoholika i rzucić notatki do najbliższego śmietnika.

Wszystko powyższe sprawia, że lektura mnie nie porwała, a do tego samo wykonanie również nie uniknęło skaz. Próbę oceniam jako ciekawą, ale z pewnością jesteś w stanie napisać coś lepszego.

MrBrightside – dzięki za komentarz i uwagi. Mam nadzieję, że z każdym moim następnym opowiadaniem będzie tylko lepiej :).

‘Wszystko zaczęło się niemal sto lat wcześniej(…)’

:<

Jak ja nie lubię takich zabiegów!

 

“Taka zazwyczaj jest cecha starożytnych cywilizacji. Nawet jeśli to chronologicznie ostatni zapis, to przecież nie wyklucza powstania następnych krystalizacji.” – Rymujesz! ;)

 

“Co by się stało, gdyby źródełko nagle wyschło?

Młody asystent poczuł, jak nieprzyjemnie zaschło mu w gardle.” – Celowe?

 

Dla mnie taka właściwie bajka. Obejrzałam Przeczytałam bez bólu, ale wszystko było tak dosłowne i prostolinijne, że mnie nie wciągnęło. A szkoda, bo pomysł z proroczymi nićmi niezwykle ciekawy. Zgodzę się, że koniec ucina całą rozpędzoną akcję, zainteresowanie fabułą i jakąkolwiek satysfakcję. Temat do dalszego rozpisania.

Jeden z najciekawszych pomysłów w konkursie. Tak jak steampunk jest pełen pary, tak tutaj słychać stukot maszyn przędących.

Niestety widać braki warsztatowe. Język i narracja przeciętne, prowadzenie fabuły też nie zadowala. Za długi jest początek, brakuje właściwie środka, bo już czas na zakończenie. Zastanów się, czy wszystko jest potrzebne do opowiedzenia tej historii. Zbędna wydała mi się choćby scena w domu głównego bohatera. Poza tym wszystko rozgrywa się zbyt łatwo, a protagonista nie ma za wielu decyzji do podjęcia. To bardziej bierny, niż czynny bohater. A generalnie bierni gorzej się sprawdzają. Na takiego trzeba by mieć pomysł i umiejętności.

Poza tym całość ma w sobie trochę takiej ciepłej naiwności. Zabrakło napięcia, wiarygodności.

Tekst ogólnie pasujący do konkursu, jednak niedoskonały warsztat nie pozwolił na stworzenie satysfakcjonującej mnie historii. Pracuj, a następnym razem będzie lepiej. 

Światotworzenie to najmocniejszy element tego tekstu. Podoba mi się wizja takiej przemysłowej quasiŁodzi z "Ziemi Obiecanej" w wersji fantastycznej. A motyw z krystalizowanymi przekazami – genialny. Trochę uwiera, że pada sugestia o UFO czy czymś innym, ale to mały problem. Opisy przemysłu, nowych funkcji, machin – to definitywnie na plus.

Fabuła także niczego sobie – trochę przewidywalna, ale wciąga. Natomiast na minus bohater. Bierny, wycofany, praktycznie widzimy go działającego dopiero na samym końcu, gdy ktoś inny odwalił czarną robotę. Trochę szkoda.

Podsumowując: Przepiękny świat, niezła fabułą i bohater do zapomnienia. Nierówny koncert fajerwerków, ale bez wątpienia mający mocne strony.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Łódź, Bielsko czy Andrychów? Biorąc pod uwagę wielkość opisanego miasta i jego znaczenie, to myślę, że jednak Łódź, ale BB i Andrychów też szczycą się piękną włókienniczą tradycją więc… A może jeszcze jakieś inne miasto? No ciekawe, ciekawe.

Podobnie zresztą jak samo opowiadanie, które – co przyznaję niemal entuzjastycznie – czytało mi się ciut lepiej niż dobrze. Chciałbym powiedzieć coś bardziej budującego – i, jasna cholera, kusi mnie, by to zrobić – ale… A nawet: ALE, bo trochę rzeczy do się czepiania jest.

Najsampierw styl może, bo o nim krótko. Sam początek dość mocno znamionuje brak pewnego „wyczucia” pióra. Później to wrażenie rozmywa się coraz bardziej – albo po prostu przestałem zwracać nań uwagę – niemniej pierwsze wrażenie miałem takie, że tekst jest napisany przez utalentowaną, ale jednak amatorkę. Nie jest to oczywiście jakkolwiek rozumiana wada – ani Twoja, ani opowiadania. W końcu wszystko musi mieć jakiś swój początek. Zwracaj jednak uwagę na zdania takie jak to:

Po nalanej twarzy Konstantego Hecka przeszedł nieprzyjemny grymas, a mężczyzna potem westchnął ciężko i otarł czoło chusteczką.

Jest wyraźnie przekombinowane, a przy tym, eufemistycznie rzecz ujmując, niezbyt ładne. I nie chodzi tylko o to, że “potem” brzmi tu niemal dwuznacznie (bo to od później, czy od tego, co Heck ścierał chusteczką? ;).

 

Technicznie jest już zupełnie przyzwoicie, choć nie mnie oceniać, ile w tym zasługi Twojej, a ile poprzednich komentatorów. Szczególnie, że mignęły mi tu i Reg, i Tarnina. Tak czy inaczej, choć miejscami nadal zgrzyta to i owo, głównie w interpunkcji, “czytliwość” opowiadania na tym nie straciła niemal zupełnie.

Gorzej natomiast z fabułą, bo ta – głównie świat przedstawiony – mnie nie przekonuje zupełnie. Przy czym sam już nie wiem, który z jej aspektów wiedzie w tym mnie nieprzekonywaniu prym, jako że opcji jest nie mniej niż kilka. Inna rzecz, że wszystkie zasadniczo łączą się ze sobą na tyle, że rozdzielanie ich też niekoniecznie ma jakikolwiek sens.

Generalnie wszystko można bowiem zamknąć w jednym słowie: skala.

Aleksander Hersbert. Zupełnie nie jest dla mnie wiarygodne, że facet, który ma patent na alternatywne, śmiesznie tanie i kosmicznie wydajne źródło energii, zadowala się sobiepaństwem w jednym, niechby i najnowocześniejszym mieście na świecie i wykorzystywaniem swojego potencjału na tak mikrą skalę. Wnosząc po tym, jak typa przedstawiłaś, powinien mieć on znacznie większe ambicje; tak od zmonopolizowania całego świata wzwyż.

Inna rzecz, że nawet jeśli Hersbrt był skłonny zadowolić się jedynie jednym miastem, to zupełnie, ale to zupełnie nie wierzę, że siły ościenne też były skłonne zadowolić się faktem, że tylko w tym jednym mieście (Łódź, Bielsko, Andrychów?) ludzie mają innowacyjną, znacznie bardziej wydajną technologię niż cała reszta świata. Nie mówię tu nawet o zawistnej konkurencji, która z pewnością chciałaby wykraść ten patent, i to za wszelką cenę, ale Rząd Królestwa z pewnością zmusiłby Hersberta do współpracy, bo dzięki temu zyskaliby ogromną przewagę militarną i ekonomiczną nad wszystkimi, od moskala i szwaba po jankesa i brytola. Z tego samego powodu jedni, drudzy czy dziesiąci, ci najbliżsi i ci najdalsi sąsiedzi, chcieliby zdobyć taką technologię dla siebie, i to raczej nie przebierając w środkach, co niemal na pewno skończyłoby się wojną i – w ostatecznym rezultacie – zrównaniem wszystkiego z ziemią. Jakkolwiek potoczyłaby się historia, gdyby ktoś faktycznie odkrył w tamtych czasach (a niechby i teraz – w ogóle to bez sensu, że, nie licząc może ognia i pary, nie mamy żadnych alternatywnych źródeł energii dla elektryczności) jakiś nowy, genialny patent na energię, opisany przez Ciebie scenariusz z pewnością jest w czołówce tych najmniej prawdopodobnych.

Nie przekonuje mnie też starożytna cywilizacja na poziomie rozwoju, o którym człowiek w XIX czy XX w. (a niechby i współcześnie) może tylko marzyć, a która istniała tylko na takim skrawku terenu, i po której nie zostały bardziej realne, namacalne ślady niż jakieś niejasnego pochodzenia kryształki, które w równie niejasny sposób stanowią kronikę dziejów owej cywilizacji. Ponadto o samej tej cywilizacji jest w tekście za mało. Wiemy że byli, mieli fajne patenty na energię i wyciszanie pomieszczeń, i że sami się unicestwili. A przecież po tylu latach zbierania informacji od nich i na ich temat, opisane przez Ciebie miasto powinno wyglądać zupełnie, ale to zupełnie inaczej niż niemal typowe miasto-fabryka z kilkoma zaledwie odchyłami. Bardziej jak przemysłowy „Blade Runner”.

Tak więc tło opowieści jest zdecydowanie zbyt spłaszczone i nieprzemyślane, wręcz naiwne, by mogło być przekonywujące.

Za to sama historia – ot, taka niewyszukana, ale wciągająca opowieść z pogranicza sensacji i kryminału – już o wiele lepiej (oczywiście jeśli pominąć zarys świata przedstawionego). Nie na tyle, bym wpadł w prawdziwy zachwyt, bo kilka uwag się znajdzie, ale jest po prostu przyjemna i fajnie prowadzona.

Czego mus mi się przyczepić, to finał. Tu akurat stricte subiektywnie będę marudził, ale osobiście o wiele bardziej wolałbym, żebyś zamknęła opowieść na samym wybuchu, nadając mu przy tym pewnej niejednoznaczności, tak, żeby nie do końca było wiadomo, czy to sabotaż, czy zataczająca koło historia. Byłoby, moim zdaniem cokolwiek skromnym, o wiele ładniej, mocniej i sugestywniej.

Poza tym sam motyw Zycha nie wypadł najlepiej. Koleś wyskakuje niemal znikąd, wykłada bohaterowi (i czytelnikom) wszystkie niuanse historii, wyjaśnia niedopowiedzenia, rozwiązuje zagadki i rozdaje bezcenne artefakty, po czym w pojedynkę i poza kadrem pcha fabułę do przodu, niezależnie od bohatera, jego planów i poczynań. Taki skacowany deus ex machina.

Kolejna sprawa, Gustaw. Mówiąc dosyć dosadnie, rozwaliło mnie, że kiedy pały po niego przyszli, koleś w ogóle się zastanawiał, cytując Polsat: “Dlaczego ja?”. Niezbyt dobrze świadczy to o lotności jego umysłu. Co ciekawe jednak, kiedy chwilę później o to samo zapytał go sam Wielki Fabrykant, Gustaw był już doskonale świadom, dlaczego go wezwano. Widzisz tu brak logiki i konsekwencji?

Tego, że Gustaw dał się zmanipulować jak dziecko, się nie czepiam, bo przez cały tekst miałem wrażenie, iż koleś jest jednak bardziej naiwnym nastolatkiem niż dorosłym już facetem. Za to pewnie mógłbym się przyczepić właśnie do faktu, że dorosły już facet sprawia wrażenie w najlepszym razie odrostka z mlekiem miast wąsa. Życie zna jednak i takie przypadki, więc dam pokój.

 

Podsumowania słowy kilkoma, zaprezentowałaś bardzo sympatyczne, lekkie i przyjemne opowiadanie, które jednak nie broni się fabularnie jako składna całość.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Podobał mi się język narracji – barwny i płynny, naprawdę dojrzały. Ładnie też opisujesz świat przedstawiony, widać szkołę „Ziemi obiecanej”. Momentami gubisz się w szczegółach (skoro fabrykant udostępniał energię za darmo, to czemu ludzie musieli wyciąć wszystkie drzewa na opał?). Motyw przewodni konkursu dobrze wykorzystany – przedstawiony świat ciekawy, spójny, rzeczywiście oparty na technologii, fajne elementy jak te potężne pojazdy gąsienicowe.

Pogubiłaś się trochę przy wprowadzaniu głównego motywu – nie jest jasne, czemu krystalizacje na nowo tworzonej przędzy są traktowane jako przesłanie od zaginionej cywilizacji, ani w jaki sposób ten fakt przyczynia się do rozwoju miasta. To drugie tłumaczysz z czasem, ale w momencie pierwszej wzmianki czytelnik zachodzi w głowę, co ma wspólnego paleografia z boomem technologicznym. Pamiętaj, że to co masz prawdopodobnie od dłuższego czasu poukładane w głowie, czytelnik musi dostać podane na tacy w odpowiednim momencie.

Konstrukcyjnie rozczarowuje pospieszny i urwany finał, ewidentnie wynikający ze złego rozplanowania tekstu w ramach limitu.

Uważaj na brzmienie swoich zdań, zwłaszcza tych rozpoczynających i kończących akapity, np. „…zostawiając starego czytającego samego”.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Dziękuję za wszystkie komentarze. Nie odniosę się do każdego z osobna, bo przyznaję, że weszłam tutaj tak trochę z doskoku, brak mi czasu na dłuższe pisaniny. Niemniej cieszę się, że były elementy, które przypadły Wam do gustu, a nad tymi mniej udanymi postaram się dalej pracować.

Mimo poczucia sporego podobieństwa do filmu Wanted z tymi wiadomościami zapisanymi w przędzy (tu kryształy, tam supełki), czytało mi się całkiem przyjemnie. I o ile Edmund bardziej swoją miałką postawą irytował, o tyle pokazany przez Ciebie świat przypadł mi do gustu. Może i nie przedstawiasz wynalazku ludzkości, ale pokazujesz całkiem sprawne zaadoptowanie i wykorzystanie tej obcej technologii. Podoba mi się też pomysł na fabułę – tu nie ma prywatnych interesów, ale dbałość o miasto, o społeczeństwo.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka