- Opowiadanie: BioHazard - Przebrana miara

Przebrana miara

Natchnieniem do napisanie tego opowiadania była wycieczka w góry. Przez jakieś pół godziny stałem w kolejce na Kasprowy i obserwowałem ludzi, aż w końcu się rozmyśliłem i poszedłem pieszo ;) Tekst dość długo przeleżał w szufladzie,  pewnie już by tam został, ale stwierdziłem, że dobrze wpisuje się w temat konkursu. Przyjemnej lektury.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Przebrana miara

Chata w lesie

 

Pustelnik wstał skoro świt i mimo chłodu poranka, wyszedł na dwór w samej piżamie. Pierwsze promienie słońca przebiły się przez gałęzie i nieśmiało zajrzały na polanę. Mężczyzna przeczesał palcami siwą brodę i zmrużył bystre, jasnobłękitne oczy.

– Udała mi się dzisiaj pogoda – mruknął pod nosem. – W sam raz na długi spacer – dodał z zadowoleniem.

Delikatna mgiełka rozproszyła się, ukazując światu starą drewnianą chatę, z dachem porośniętym mchem, pranie rozwieszone na sznurze i niewielką grządkę z mizernymi warzywami.

– Witaj przyjacielu! – zawołał wesoło pustelnik na widok małego dzwońca. Ptaszek  przysiadł na kamieniu, strosząc piórka. – Za długo siedziałem na tym odludziu, muszę sprawdzić co się dzieje w okolicy.

Starzec obmył twarz w pobliskim potoku, ściągnął z linki pocerowane skarpety i zniknął w chacie.

 

Dolna stacja wyciągu na Kasprowy

 

Słońce przypiekało coraz mocniej, a wielobarwny tłum czekał w długiej kolejce do wyciągu. Większość turystów była doskonale przygotowana do warunków. Panowie ubrali się w przewiewne sandały, szorty i koszulki, panie miały na sobie lekkie baleriny i zwiewne sukienki. W modnych torebkach spoczywały niezbędne kosmetyki i, sądząc po ich rozmiarach… nic więcej. Nieodzownym elementem wyposażenia, bez względu na płeć, były modne okulary przeciwsłoneczne. Gdyby na kolejkę spojrzał ktoś zupełnie niezorientowany w sytuacji, pomyślałby, że to wejście na plażę, do kina, albo nawet pokaz mody. Nic bardziej mylnego, bo przecież to dzielni zdobywcy Tatr wyruszali na wyprawę.

– Anka, masz krem do opalania? – Chłopak w conversach zwrócił się do wysokiej blondynki. – Zjaramy się w tym słońcu na węgiel.

– Oj, Piter. Zginąłbyś beze mnie – odparła dziewczyna i wygrzebała z torebki żółtą tubkę.

– Dzięki, jesteś nieoceniona. – Cmoknął ją w policzek. – To co? Dzisiaj Orla Perć? – spytał, uśmiechając się zawadiacko.

– No pewnie! I jeszcze Rysy – zaśmiał się niski brunet w okularach. – Mamy dużo czasu, dzisiaj nie będzie padać – stwierdził, spoglądając na prognozę pogody w smartfonie.

– Seba, możesz sprawdzić, do której jeżdżą busy? Nie mam zamiaru iść z buta do Zakopanego – spytała atrakcyjna brunetka, krytycznie przyglądając się pomalowanym na zielono paznokciom.

– Iwonko, dla ciebie wszystko. – Chłopak uśmiechnął się szeroko.

– Dajcie spokój! – Piter machnął lekceważąco ręką. – Najpóźniej o piątej będziemy z powrotem na dole.

– O ile uda się wjechać na górę. – Ania skrzywiła się z niezadowoleniem. – Wygląda na to, że jeszcze z godzinkę poczekamy…

Niewielki dzwoniec przyglądał się wszystkiemu, z zaciekawieniem przekrzywiając łebek. Spojrzenie czarnych, paciorkowatych oczu zdawało się niepokojąco inteligentne.

 

Dolina Pięciu Stawów

 

Para turystów wczesnym rankiem opuściła schronisko w Dolinie Pięciu Stawów. Wokół było jeszcze cicho i spokojnie. Pierwsze promienie słońca mieniły się na błękitnej tafli wody. Ludzie zrobili kilka obowiązkowych zdjęć i ruszyli w kierunku Morskiego Oka. Nie uszli daleko; kiedy tylko przedarli się przez gęstą kosodrzewinę, ich oczom ukazał się widok na malownicze rumowisko skalne. Postanowili przysiąść i zrobić kolejne zdjęcia.

– Jeszcze w tę stronę, tak żebyś uchwycił trochę tamtej góry. – Kobieta wskazała upatrzony krajobraz. Mężczyzna przyłożył oko do wizjera i pstrykał zapamiętale. Nagle przestał i zamarł w bezruchu. – Co się stało? – spytała zaniepokojona towarzyszka.

– Słyszysz?

– Nie… Co takiego?

– Bądź cicho i słuchaj. – Przez chwilę panowała niemal zupełna cisza. Kobieta skrzywiła się z niezadowolenia i już chciała coś powiedzieć, ale nagle usłyszała. W szum wiatru wdarło się rytmiczne pogwizdywanie.

– Spójrz tam! – Mężczyzna z podnieceniem machnął ręką. – To świstak! Jest tam, w kamieniach! – Szybko wymierzył aparat i pstrykał z jeszcze większym zapałem niż wcześniej. – Jest za daleko! Muszę podejść bliżej. – Turysta nie zważając na osuwające się kamienie, zaczął brnąć w stronę zdziwionego gryzonia.

– Stój, to niebezpieczne – krzyknęła kobieta. – Jeszcze zsuniesz się na dół.

– Prawie go miałem – jęknął rozczarowany fotograf. – Schował się za tamtym głazem.  Poczekaj, spróbuję go wypłoszyć. – Mężczyzna schylił się po kamyk i cisnął w stronę kryjówki świstaka. Nic to nie dało, więc podniósł następny pocisk…

– Żebym ja ciebie zaraz nie przepłoszył kamieniami! – Silny męski głos odbił się echem od górskich szczytów. Fotograf aż podskoczył z wrażenia i wypuścił kamień. Kilka metrów dalej, na szlaku stał starszy mężczyzna w starej zielonej kurtce. Nieznajomy oparł ręce na biodrach, na jego twarzy niedowierzanie walczyło z oburzeniem.

– Kim pan niby jest, żeby mnie pouczać? – Turysta otrząsnął się z pierwszego wrażenia.

– Kimś, kto nie toleruje znęcania się nad zwierzętami.

– Jakiego znęcania, ja tylko… zresztą, nie muszę się panu tłumaczyć. – Fotograf zmierzył wzrokiem intruza. Długa, siwa broda, niemodne ubranie i stare, znoszone buty. – Idź pan stąd i nie zaczepiaj porządnych ludzi – warknął, krzywiąc się z pogardą.

– Porządnych ludzi? – Starzec wydął wargi. – Jeżeli porządni ludzie zachowują się teraz w ten sposób, to strach pomyśleć, co robią ci drudzy.

– Chodźmy stąd kochanie – mężczyzna zwrócił się do żony. – Ten człowiek się nie odczepi, nie zamierzam z nim dyskutować. – Małżeństwo zaczęło się pośpiesznie oddalać.

– To może chcesz porzucać kamieniami? – krzyknął jeszcze starzec. Turyści przyspieszyli kroku, nie oglądając się. Siwobrody patrzył za nimi, marszcząc czoło. W dolinie zerwał się nieprzyjemny, chłodny wiatr.

 

 

Górna stacja wyciągu na Kasprowy Wierch

 

Wagonik wjechał na górę i powoli się zatrzymał. Ze środka wysypała się kolejna grupka spragnionych wrażeń turystów. Duża przejrzystość powietrza zapewniała wspaniałe widoki.

– Nareszcie – westchnęła Iwona. – Już myślałam, że dzisiaj nie dojedziemy.

– Spójrzcie, jak tu pięknie! – Ania zawołała z zachwytem.

– Popatrzcie na tego dziadka – szepnął konspiracyjnie Piotr. – Ja pierdzielę, normalnie Gandalf! – Na kamieniach nieopodal siedział starszy człowiek. Długa, siwa broda i włosy powiewały mu na wietrze. Ubrany był bardzo skromnie, w starą bawełnianą kurtkę, szare spodnie i podniszczone skórzane buty. Reprezentował ten szczególny rodzaj ludzi, którzy osiągnąwszy pewien wiek, przestawali się starzeć. Mężczyzna mógł mieć sześćdziesiąt, siedemdziesiąt, a może nawet więcej lat. Było w nim coś dziwnego. Wszyscy wokół podziwiali krajobrazy, on patrzył na wysiadających z wagonika turystów. W zamyśleniu przeżuwał kawałek owczego sera. Wyglądał na strapionego.

– Faktycznie. – Seba aż parsknął. – Gandalf, jak żywy! Brakuje mu tylko laski.

– Ciszej chłopaki, przecież on może nas usłyszeć – Ania zaniepokoiła się i ukradkiem zerknęła w stronę staruszka. Przez moment wydawało jej się, że patrzy prosto na nią. – Chodźmy już lepiej, wcale nie mamy tak dużo czasu – rzuciła.

– Czasu mamy, aż nadto – stwierdził Piotr. – Do Giewontu śmigniemy szybko szczytami, a potem już z górki.

– Stąd do Giewontu droga jest daleka i wcale nie taka łatwa – rozległ się dźwięczny męski głos. Czwórka turystów przystanęła i ze zdziwieniem spojrzała na siedzącego nieopodal staruszka. – Chyba nie jesteście dobrze przygotowani – dodał siwowłosy, wskazując na różowe trampki jednej z dziewczyn.

– Spoko dziadku. – Po chwilowej konsternacji, jako pierwszy głos odzyskał Seba. – To tylko sześć kilometrów – mówił wpatrując się w ekran smartfona – a suma podejść niewiele ponad pięćset metrów. Obrócimy w niecałe trzy godziny – dodał uśmiechając się szelmowsko.

– Bezpiecznej drogi zatem – odparł starzec, cmokając z dezaprobatą. Obserwował, jak czwórka przyjaciół oddala się. W pewnym momencie wszyscy parsknęli głośnym śmiechem.

 

Szlak do Doliny Strążyńskiej

 

Grupka kolegów szybkim tempem schodziła z Giewontu. Byli w doskonałych nastrojach. Wakacje trwały w najlepsze, żadnych planów, żadnych zmartwień. Wolność szumiała w głowach i mąciła wzrok. W tej chwili cały świat należał do nich, a jeśli nie świat, to przynajmniej droga którą szli.

– Dalej, dalej, chłopaki! – krzyczał któryś. – Na dole czeka zimne piwko!

– Ja to bym zjadł gofra – powiedział drugi, wzbudzając śmiech pozostałych.

– Jesteśmy w górach, nie nad morzem. Tutaj się je oscypki…

– A daleko nad morze?

– Nie wiem, nie było drogowskazu…

– Ej, to trzeba to naprawić. Przemo, masz spray?

– No jasne, nie ruszam się bez niego z domu. – Od pomysłu, do działania minęło zaledwie kilka sekund. Skalne zbocze zostało przyozdobione niebieską farbą, przy akompaniamencie żartów i chichotów. Napis głosił „Sopot”, była też strzałka wskazująca właściwą drogę. Towarzystwo przez chwilę podziwiało dzieło swojego kolegi, po czym ruszyło przed siebie.

Chwilę później tą samą drogą przechodził starszy turysta z gęstą, siwą brodą. Spojrzał na naskalne bohomazy i ze smutkiem pokręcił głową. Nagle na ramieniu staruszka wylądował żółtobrzuchy dzwoniec. Siwowłosy sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie zwrócił na to uwagi. Marszczył w zamyśleniu czoło, patrząc nieobecnym wzrokiem. Ptaszek zaczął się wiercić i ćwierkać, jakby domagał się uwagi. – Tak, przyjacielu – mruknął starzec. – Miarka się przebrała – kontynuował, nie wiadomo do siebie, czy do ptaka. – Obawiam się, że czasy, kiedy ludzie bali się przyrody już nigdy nie powrócą. Stali się zarozumiali i pewni siebie. Zostaliśmy zepchnięci do najdzikszych i najbardziej niedostępnych zakamarków gór. Oni mają teraz telefony, latarki i samochody. Nie boją się ciemności, nie zabłądzą w lesie, prawie wszędzie mogą dojechać bez wysiłku. – Siwowłosy zacisnął ręce na drewnianym kosturze. – Jestem stary i widziałem już wiele. Z bólem serca obserwowałem, jak padają kolejne lasy, a w nocną ciszę wdziera się warkot silników i blask reflektorów. Nie mogę zatrzymać postępu, ale chyba już czas przypomnieć ludziom, że przyrodzie należy się poszanowanie. – Starzec pokręcił głową, uniósł kostur i zaczął recytować cichym, spokojnym głosem. Jego mowa była w szumie liści i szemrzącym potoku. Szept stopniowo przybierał na sile, odbijał się echem od skalnych ścian, wspinał się na granie i opadał w doliny. Wokół pustelnika zaczęła kłębić się mgła, gęstniejąc z każdą chwilą. Jego sylwetka stawała się coraz mniej wyraźna. Opar zdawał się ciągnąć do niego ze wszystkich stron. Szept zamienił się w krzyk, płaszcz siwowłosego załopotał na wietrze. Starzec przemienił się w ciemną, burzową chmurę i z nieludzkim wyciem wzniósł się nad korony drzew.

Potężny wicher uderzył w grupkę graficiarzy, zbiegających szlakiem. Ulewny deszcz zamienił ścieżkę w rwący potok, zmywając nieszczęśników razem z błotem i gałęziami kilkanaście metrów w dół zbocza. Błyskawica rozświetliła granatowe niebo, chwilę później powietrze rozdarł zwielokrotniony echem huk gromu.

W tym samym czasie, czwórka przyjaciół skuliła się w szczelinie, nieopodal szczytu Giewontu. Byli zziębnięci i przemoczeni, z przerażeniem słuchali piorunów, raz za razem uderzających w metalowy krzyż na wierzchołku.

Małżeństwo z aparatem pędziło ile sił w nogach z powrotem do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Deszcz i wichura rozszalały się już na dobre. Jakby tego było mało, nagle z nieba runął grad. Pociski wielkości ziaren grochu bezlitośnie siekły po twarzy i ramionach, przejmując lodowatym chłodem. Zrozpaczeni turyści przystanęli, żeby osłonić się plecakami.

 

 

Karczma, Krupówki

 

Na dworze było już zupełnie ciemno. Wichura się uspokoiła, deszcz miarowo bębnił o parapety. W środku było bardzo niewielu klientów. Przy barze siedział starszy człowiek, pogryzał orzeszki ziemne i popijał piwem z kufla. W dużym telewizorze leciały właśnie wieczorne wiadomości. Prezenter mówił coś o anomaliach pogodowych i ociepleniu klimatu. Materiał dotyczył gwałtownej burzy w Tatrach, która zaskoczyła turystów. Ratownicy musieli interweniować wiele razy, na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych.

– Tatry pokazały dzisiaj swoje prawdziwe oblicze – powiedział barman. – Zapowiadał się piękny dzień, a tu nagle taka burza. Zupełnie jakby duch gór się rozeźlił.

– Bardzo dobrze to ująłeś, młody człowieku.

Barman, który był już dawno po pięćdziesiątce, spojrzał na staruszka z rozbawieniem i podał mu kolejny kufel piwa. – Od firmy – rzucił uśmiechając się.

– Dziękuję. – Starzec odwzajemnił uśmiech i zapatrzył się w ekran telewizora. – Mam nadzieję, że to ludziom da do myślenia, bo następnym razem ktoś zginie. – Barman nie wiedział, co odpowiedzieć.  Spojrzał tylko z niepokojem na zaciętą twarz klienta.

Koniec

Komentarze

No i fajnie, sympatycznie i z przesłaniem. Tylko nie bardzo rozumie jak to się ma do tematu. Kto niby miał tu odzyskać twarz? Duch gór? Natura? Według mnie nie stracili twarzy, więc po co ją odzyskiwać? Wywnioskowałem z tekstu, że twarz stracili turyści, ale oni znów nic nie zrobili aby ją odzyskać. Mogę się mylić, albo czegoś tu nie rozumie. Fajny pomysł na dłuższe opowiadanie, a nawet powieść.

Dzięki za komentarz. Cieszę się, że się podobało. Moja interpretacja jest taka, że to duch gór, reprezentujący szeroko pojęte siły przyrody, stracił twarz w oczach ludzi. Turyści zupełnie go lekceważyli, dlatego postanowił przypomnieć, że z naturą nie ma żartów ;) Fajnie, że widzisz w tym opowiadaniu potencjał, ale chyba nie czuję się jeszcze na siłach, żeby pisać powieść.

Całkiem sympatyczne, z fajnym przesłaniem :).

Czyta się płynnie, choć czasem jakieś zdanie mi zgrzytało.

Popraw tylko “z resztą”, bo to niepoprawna pisownia.

 

I wszystko spoko, tekst ma tylko (dla mnie) jeden minus – ja nie cierpię gór :P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

No to spoko :). Dzięki za wyłapanie reszty. Co do gór, jeden lubi jak mu Cyganie grają, a drugi jak mu buty śmierdzą. Innymi słowy, o gustach się nie dyskutuje ;)

Zgadzam się z przedpiścami – sympatyczny tekst. Nie bardzo widzę odzyskanie twarzy, ale niech się tym Beryl martwi.

krzykną jeszcze starzec.

Jest różnica między “krzykną” a “krzyknął”.

Babska logika rządzi!

Całkiem sympatyczne.

 

Ale przydałoby się trochę poprawić, zwłaszcza interpunkcję. Nie wynotowałam wszystkich błędów, ale sporo. Popraw je, to kliknę bibliotekę.

 

– Witaj przyjacielu! – pustelnik zawołał wesoło[-,] na widok małego dzwońca.

→ zawołał wesoło pustelnik

W przypadku didaskaliów “paszczowych” czasownik jest zawsze na pierwszym miejscu

 

pustelnik zawołał wesoło, na widok małego dzwońca.

 

Oraz nie rozumiem, dlaczego w tym pierwszym kawałku dialogi są w środku narracji, a nie normalnie.

 

– No pewnie! I jeszcze Rysy. – Zaśmiał się niski brunet w okularach.

Albo: “– No pewnie! I jeszcze Rysy – zaśmiał się niski brunet w okularach.” (uznajemy zaśmianie się za paszczowe)

Albo: “– No pewnie! I jeszcze Rysy. – Niski brunet w okularach roześmiał się.”

 

W modnych torebkach spoczywały niezbędne kosmetyki i[+,] sądząc po ich rozmiarach…

 

– Anka, masz krem do opalania? – chłopak w conversach

→ Chłopak

 

Nie uszli daleko, kiedy tylko przedarli się przez gęstą kosodrzewinę

Wiem, że to idioci, ale tam akurat jest ceprostrada, więc po co przedzierać się przez kosodrzewinę?

Skądinąd po daleko powinien być albo średnik, albo dwukropek.

 

Szybko wymierzył aparat

Wymierzył aparat oznacza, że sprawdził, jakie ma wymiary. Raczej: skierował obiektyw ku zwierzęciu

 

Ze środka wysypała się kolejna grupka[-], spragnionych wrażeń turystów.

 

 

Małżeństwo z aparatem pędziło ile sił w nogach[-,] z powrotem do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dobrze się czytało. Kolejne sceny nieźle ukazują postawę i naganne zachowanie turystów, skutkiem czego następuje interwencja siwobrodego starca, który uznał, że nadeszła pora wziąć sprawy w swoje ręce.

Bez Twojego wyjaśnienia, BioHazardzie, nie domyśliłabym się, kto tu odzyskał twarz.

 

i nie­śmia­ło zaj­rza­ły na śród­le­śną po­la­nę. –> Masło maślane. Polana jest śródleśna z definicji.

Za SJP PWN: polana «niezadrzewione, porośnięte trawą miejsce w lesie»

 

Męż­czy­zna po­dra­pał się po siwej bro­dzie… –> Można podrapać się po brodzie, ale nie wydaje mi się, aby można podrapać się po długim zaroście.

Proponuje: Mężczyzna przeczesał palcami siwą brodę.

 

zmru­żył by­stre, ja­sno­błę­kit­ne oczy. – Udała mi się dzi­siaj po­go­da – mruk­nął pod nosem. – W sam raz na długi spa­cer – dodał z za­do­wo­le­niem. De­li­kat­na mgieł­ka roz­pro­szy­ła się… –> Wypowiedź powinna być zapisana od nowego wiersza:

zmru­żył by­stre, ja­sno­błę­kit­ne oczy.

– Udała mi się dzi­siaj po­go­da – mruk­nął pod nosem. – W sam raz na długi spa­cer – dodał z za­do­wo­le­niem.

De­li­kat­na mgieł­ka roz­pro­szy­ła się

Tu dowiesz się, jak zapisywać dialogi: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Pa­no­wie ubra­li się w prze­wiew­ne san­da­ły i za­ło­ży­li oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne… –> Sandały, okulary i już? I nic więcej?

 

Para tu­ry­stów wcze­snym ran­kiem opu­ści­ła Schro­ni­sko w Do­li­nie Pię­ciu Sta­wów. –> Dlaczego wielka litera?

 

– Po­rząd­nych ludzi? -Sta­rzec wydął wargi. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

– No jasne, nie ru­szam się bez niego z domu.– Od po­my­słu… –> Brak spacji po kropce.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Finkla

 

Dzięki :) Poprawiłem literówkę, a swoją koncepcję odzyskania twarzy przedstawiłem już w odpowiedzi do Tomasza. 

 

@drakaina

 

Dziękuję za poprawki :) Nie zgadzam się tylko co do wymierzenia aparatu. Wymierzyć oznacza również wycelować i w tym znaczeniu użyłem tego czasownika.

 

@regulatorzy

 

Dziękuję za cenne uwagi :) Co do ubioru turystów, wspomniałem tylko o sandałach i okularach, bo uznałem że to wystarczy do wykreowania ich wizerunku.

Wymierzyć oznacza również wycelować i w tym znaczeniu użyłem tego czasownika.

Zgoda, ale nie mówię, że czasownik jest niepoprawny, tylko że w Twoim zdaniu to tak nie brzmi, nie jest jednoznaczne. może lepsze byłoby właśnie wycelował (i raczej obiektyw, a nie aparat). Należy unikać niejednoznacznych sformułowań, dopóki nie są one zamierzone :)

 

I klik zgodnie z obietnicą. Trochę za to, że lubię Tatry, a mój tato kocha je wręcz namiętnie, ale też na zachętę :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo proszę, BioHazardzie. Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. :)

 

Co do ubioru turystów, wspomniałem tylko o sandałach i okularach, bo uznałem że to wystarczy do wykreowania ich wizerunku.

Jednakowoż panie ubrałeś w baleriny i zwiewne sukienki, a panowie pozostali goli. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@drakaina

Dziękuję, chociaż wolałbym żeby klik nie był spowodowany tylko Twoją sympatią do Tatr, a tym bardziej żeby nie był na zachętę, bo to jakoś odbiera satysfakcję.

 

@regulatorzy

Jednakowoż panie ubrałeś w baleriny i zwiewne sukienki, a panowie pozostali goli. ;)

​Ok, ubrałem ich w szorty i koszulki, co by nie gorszyć czytelników ;)

BioHazardzie, wierz mi, że nie dałabym klika, gdybym nie była do niego przekonana :) Niemniej opowiadanie nie jest bez wad w tej formie, w jakiej je zaprezentowałeś, a ja nie szafuję klikami, więc te dwa argumenty uznałam za przeważające na plus – fajna, nietypowa i w sumie ważna tematyka, na dodatek bliska mojemu sercu, no i poziom wykonania wystarczający na to, żeby dać tekstowi szansę na to, że zdechnie w poczekalni :) Bywa tak, że klik jest natychmiastowy, tu były pewne wątpliwości, ale zarówno Twoja chęć wprowadzania poprawek, jak i tamte argumenty zadecydowały.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ok, ubrałem ich w szorty i koszulki, co by nie gorszyć czytelników ;)

No, teraz panowie wyglądają jak turyści idący na Giewont. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@drakaina

W takim razie jeszcze raz dziękuję, teraz już z pełną satysfakcją :)

 

@regulatorzy

Dziękuję za klik :)

 

Bardzo proszę, BioHazardzie. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładne :) Podobał mi się sposób w jaki przestawiłeś “grzechy” górskich turystów. Chociaż w górach bywam rzadko to przesłanie do mnie trafia. Po lekturze miałem też pewne wątpliwości dotyczące twarzy (tzn, kto i kiedy ją stracił i odzyskał), ale przeczytałem komentarze i Twoje uzasadnienie wydaje się spoko ;) 

No, podobało się :) 

Dziękuję za komentarz Leniwcu, cieszę się że opowiadanie się spodobało :)

Dobry tekst, płynny, o dobrze zgranej kompozycji. Treść także niczego sobie – z przesłaniem, o postaciach w miarę wyraźnych, ale też żaden z elementów nie rzuca na kolana. Czasem miałem wrażenie, że za mocno jestem instruowany co do przesłania. Ale tylko trochę, a z samą tematyką też się zgadzam :)

Podsumowując: taki dobry koncert fajerwerków do obiadu. Stąd daję klika, bo na Bibliotekę on definitywnie zasługuje.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję, NoWhereMan :) Cieszę się, że opowiadanie się podobało. Następnym razem postaram się rzucić na kolana ;)

Przyjemne opowiadanie. Nie za krótkie, nie za długie. Taki sympatyczny czasoumilacz. :)

Wielkich zachwytów nad tekstem nie będzie, ale też w zasadzie trudno się do czegoś przyczepić.

Niezła, solidna historia z wyraźnym przesłaniem, która jednak nie zapadnie w pamięć na dłużej.

Pozdrawiam.

Dzięki za komentarz CM :)

Rzeczywiście, sympatyczne. 

Zgodzę się z NoWhereManem, że opowiadanie na kolana może nie rzuca, ale ma w sobie coś bardzo przyjemnego. I, niestety, prawdziwego. Bardzo często spaceruję po Dolinie Będkowskiej i chociaż to właściwie prosta droga, nawet tam niektórzy dzielnie walczą o zbycie Nagrody Darwina. A o tym, co można zobaczyć podczas nieco dalszych wycieczek, nawet nie wspomnę. 

Ale wracając do Twojego opowiadania. Podoba mi się przesłanie. Coś tam się dziwnego podziało z przecinkami (Finkla mnie nauczyła, że wołacze oddzielamy obustronnie od reszty zdania, a co do reszty zasad to się nie wypowiem, bo aż tak się nie znam), ale ogólnie napisałeś to opowiadanie całkiem sprawnie.

Podsumowując, pozytywy przeważyły. Idę zgłosić do biblioteki.

 

Pustelnik wstał skoro świt i mimo chłodu poranka, wyszedł na dwór w samej piżamie.

Ten przecinek jest tu potrzebny?

– Witaj[+,] przyjacielu!

Za długo siedziałem na tym odludziu, muszę sprawdzić[+,] co się dzieje w okolicy.

– Chodźmy stąd[+,] kochanie

– Spoko[+,] dziadku.

Od pomysłu[-,] do działania minęło zaledwie kilka sekund.

Miarka się przebrała – kontynuował, nie wiadomo[+:] do siebie, czy do ptaka. – Obawiam się, że czasy, kiedy ludzie bali się przyrody[+,] już nigdy nie powrócą.

Sympatyczne opowiadanie, z przesłaniem. Trzeba dbać o przyrodę, nie można jej niszczyć, znęcać się nad zwierzętami i tak dalej, bo spotka nas kara. No.

Czytałam Twoje wyjaśnienie odnośnie utraty twarzy przez ducha gór, ale przyznam szczerze, że nie widzę tego w ten sposób. Dla mnie to nie jest utrata twarzy, raczej zapomnienie, zlekceważenie. Natomiast nie zmienia to faktu, że to całkiem przyjemny tekst.

Przyjrzałabym się przecinkom.

Dziękuję obu Paniom :) Cieszę się, że uznałyście opowiadanie za całkiem przyjemne. Przecinki to moja pięta achillesowa, ale staram się to poprawić.

 

Co do utraty i odzyskania twarzy, wszystko zależy jak dosłownie potraktujemy temat. Dla mnie lekceważenie jest właśnie utratą twarzy sił przyrody (chociaż niezawinioną).

Długa, siwa broda i włosy powiewały mu na wietrze.

 – Ciszej chłopaki, przecież on może nas usłyszeć – Ania zaniepokoiła się i ukradkiem zerknęła w stronę staruszka. Przez moment wydawało jej się, że patrzy prosto na nią.

Brakująca kropka po “usłyszeć” 

Towarzystwo przez chwilę podziwiało dzieło swojego kolegi, po czym ruszyło przed siebie.

Chwilę później tą samą drogą przechodził starszy turysta z gęstą, siwą brodą.

 Bliskie powtórzenie

W środku było bardzo niewielu klientów.

Sympatyczna opowiastka z morałem. Okolice mi znane, choć bywałem tam zimą.

 

Pozdrawiam 

Dzięki za komentarz GhostWriter :)

Co do konstrukcji samego początku – nie wiem, czy nie byłoby lepiej dać w jednym kawałku wszystkie opisy przyrody – bo ta mgiełka rozprasza się trochę z zaskoczenia. I jak mgiełka, to raczej nie mogła zasłaniać chatki – chyba że mgła, ale to wtedy by miał skarpetki zawilgocone ; )

 

I myślę, że wyciąg lepiej zastąpić kolejką – w końcu wyciąg jest narciarski, i pierwsze co mi na myśl przychodzi to orczyki.

 

Reszta napisana przyzwoicie, ale bardzo nie lubię takiego nachalnego moralizatorstwa jeszcze opartego na stereotypach. Ludzie naprawdę są tacy głupi? Ani jeden się tam zachować nie potrafi? Takie bardzo jednostronne to.

I would prefer not to.

W końcu podobno (ciągle nie mogę w to uwierzyć) jakiś głupek wezwał GOPR, bo mu się zrobiło ciemno na Morskim Oku.

Babska logika rządzi!

Podobno każdemu zdarza się być głupcem przynajmniej przez pięć minut dziennie. Może ktoś miał te swoje pięć minut nad Morskim Okiem ;)

 

Reszta napisana przyzwoicie, ale bardzo nie lubię takiego nachalnego moralizatorstwa jeszcze opartego na stereotypach. Ludzie naprawdę są tacy głupi? Ani jeden się tam zachować nie potrafi? Takie bardzo jednostronne to.

Właściwie nie chodziło mi o piętnowanie głupoty tylko o pokazanie lekceważącego stosunku do przyrody. Oczywiście nie wszyscy ludzie zachowują się źle, ale taka była koncepcja opowiadania. Czy było moralizatorskie? Pewnie tak, ale czy nachalnie… polemizowałbym.

 

 

Nowa Fantastyka