- Opowiadanie: None - Coś prawdziwego

Coś prawdziwego

Ze specjalnymi podziękowaniami dla mojej żony, która pomogła mi przyoblec mglisty koncept w konkrety.

Tekst sponsorowały: figowiec bengalski i figowiec wielkolistny. Patronat medialny objęły śluzowce.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Coś prawdziwego

Cykor! Przeklęty mięczak!

Jak zwykle wyzywałem się w myślach, przyglądając się, jak moja ukochana wita się ze znajomymi i pobiera posiłek. To stało się moim rytuałem. Codziennie około czternastej wchodziłem do jadłodajni w sektorze C dwunastego piętra. Jeżeli mogłem, siadałem na swoim ulubionym miejscu – w kącie, z dobrym widokiem na drzwi. A potem czekałem. Za każdym razem obiecywałem sobie, że to będzie dziś. Że tym razem podejdę i zagaję rozmowę, która w moich wyobrażeniach nieodmiennie prowadziła do zaproszenia na randkę. A potem było już doskonale. Jak to w marzeniach.

I codziennie tchórzyłem.

Jej uroda odbierała mi dech. Włosy niczym rzeka miodu, opływająca blade, urodziwe lico. Szafirowe oczy, czyste niczym niebo nad pustynią. Zmysłowe usta, których jeden uśmiech był wart tego, by za niego umrzeć. Głos brzmiący w mych uszach niczym wezwanie do raju. Uroczy pieprzyk nad górną wargą, artystycznie łamiący symetrię twarzy.

Wszystko w niej zachwycało.

Na swój sposób piękne były nawet prześwitujące przez jej skórę, bladoniebieskie żyłki symbionta.

Pragnąłem jej w każdej chwili dnia, wypełniała wszystkie moje sny.

Często zastanawiałem się, czy czuła to samo. Może i ona nocami wpatruje się w sufit, marząc o przyszłości pełnej ciepła? Może wstaje co rano, błagając w duchu, bym w końcu odmienił jej życie? Ja zaś raz po raz ją zawodziłem, zapominając, że krzywdzę nie tylko siebie, ale i ją.

Jutro, obiecałem sobie chyba po raz setny.

 

Niezrzeszony znowu się gapił.

Od kilku tygodni za każdym razem, kiedy wchodziła do jadłodajni 12/C, on już tam siedział, wpatrując się w nią. Z początku składała to na karb swojego anormalnego wyglądu. Wzrost poniżej standardowego oraz odmienna od typowej pigmentacja włosów i oczu sprawiały, że zawsze się wyróżniała. Ale dni mijały, a on wciąż się jej przyglądał. Musiało chodzić o coś innego, niż tylko zaskoczenie związane z jej odmiennością.

Uznała, że czas poszukać odpowiedzi u źródła.

Kiedy przywitała się już ze znajomymi i pobrała swoją porcję z automatu, usiadła koło niego. Zarumienił się intensywnie, ale nic nie powiedział. Ukroiła kawałek kostki proteinowej i zapytała:

– Za każdym razem, kiedy tu przychodzę, wpatrujesz się we mnie. Dlaczego?

Przez chwilę milczał, rumieniec na jego twarzy jeszcze się pogłębił. Kilkukrotnie stęknął coś nieartykułowanego. W końcu wykrztusił:

– Ja… Znaczy… Twoje piękno… Ono zachwyca mnie odkąd pierwszy raz cię ujrzałem… I, tego…

– Chodzi ci o mój wygląd? Zainteresowały cię moje cechy fizyczne? – zapytała, nie kryjąc rozczarowania. Liczyła, że rozwiązanie zagadki będzie bardziej interesujące.

– Nie! – niemal krzyknął, jakby… wystraszony? – Nie, nie to miałem na myśli! Jesteś oczywiście powalająco urodziwa! Ale bardziej zależy mi na wspólnocie ducha, na zjednoczeniu serc, znaczy.

– Obawiam się, że nie rozumiem.

Przez jego twarz przemknął jakiś trudny do zidentyfikowania grymas. Kilkukrotnie przełknął ślinę.

– Chciałbym… no wiesz, spędzić z tobą trochę czasu. Porozmawiać. Poznać się lepiej. Jesteś… Jesteś wyjątkowa. Jedyna w swoim rodzaju. Czuję, że mogłaby nas połączyć coś niezwykłego, że moglibyśmy się stać jednością z dwojga. W końcu… Cóż, obydwoje trochę odstajemy od reszty. – Powiódł szybko ręką po sali, wskazując kilkudziesięciu spożywających w spokoju posiłek zrzeszonych. Każdy z nich miał około metra osiemdziesięciu wzrostu, brązowe włosy i oczy, oliwkową cerę, szczupłe ciało. I żadnych znaków szczególnych.

Pokiwała wolno głową. Gadał bez ładu i składu, jak to niezrzeszony, ale chyba zaczynała rozumieć, o co mu chodzi. Myślał o przyjęciu chalkantyspory, symbionta. Ale miał wątpliwości. Potrzebował kogoś, kto pokaże mu piękno życia we wspólnocie. A od razu widać, że jest pierwotną, że sama również przeszła przemianę. Była idealną kandydatką, by go wprowadzić.

I oczywiście miała taki zamiar. Zrekrutowanie nowego członka da jej sporo PS-ów. Ale trzeba się do tego zabrać z głową, żeby go nie spłoszyć.

– Rozumiem – odpowiedziała. – W tej chwili muszę wracać do laboratorium, ale około osiemnastej możemy razem pojechać do 12/27 na WW.

Rozpromienił się tak bardzo, że w zasadzie nie potrzebowała potwierdzenia.

– Świetnie. Jestem Ewa 16-27-04-145, dodaj mnie, to wyślę sygnał, jak będę wychodzić.

Patrzył na nią niezbyt przytomnie, ale chyba zrozumiał. Energicznie pokiwał głową, wzbudził ekran mycetozy i zaczął wodzić po nim palcem. Po chwili dostała powiadomienie o nawiązaniu nowej więzi. Paweł Rukniewski. Bez identyfikatora. Dziwaczne, ale tacy już byli niezrzeszeni. Naprostuje się go. Później. Teraz czas wracać do badań.

 

O szczęśliwy dniu!

Wciąż jeszcze nie mogłem uwierzyć! Tyle planów, tyle stresu, a ostatecznie sama do mnie podeszła, sama zagaiła rozmowę! Dostrzegła mnie! Czy potrzeba lepszego dowodu, że przeznaczono nam wspólną przyszłość? Że obydwoje czujemy to samo, że ona również zbyt długo już walczyła z pustką i samotnością?

Miałem wrażenie, że unoszę się na słodkiej, różowej chmurze, że dryfuję po ciepłym morzu szczęścia. Sam nie wiem, jak dotarłem do swojego sektora, ocknąłem się już pod drzwiami oznaczonymi symbolem 8/C. Kiedy wszedłem, światła zaczęły budzić się do życia. Dookoła panowała cisza.

Kiedyś 8/C było nieformalnym gettem niezrzeszonych. Nieformalnym, bo sami się odizolowaliśmy. Łatwiej się żyło, gdy twoi sąsiedzi myśleli podobnie do ciebie.

Jeszcze piętnaście lat temu mieszkały nas tu dziesiątki. Ale z każdym rokiem ludzi ubywało. Niektórzy, głównie najstarsi, pamiętający jeszcze stary świat, poumierali. Inni postanawiali przyjąć chalkantysporę, zostać zrzeszonymi. W tej liczbie i moi rodzice. Dziadek strasznie się wtedy wściekł, kłócili się całymi dniami. W końcu tata odszedł, zaś mama podążyła za nim. Chciał zabrać również mnie, ale dziadek mu nie pozwolił. Stwierdził, jestem zbyt młody, że mam prawo podjąć ten wybór sam, kiedy już dorosnę. Byłem mu za to wdzięczny. To on mnie wychował. To dzięki niemu wiedziałem, co straciliśmy. Godzinami opowiadał o starych czasach, malując mi przed oczami obrazy przesycone pięknem, kolorami, emocjami.

W końcu i on odszedł. Wtedy w 8/C mieszkała nas już tylko piątka. Rok później zostałem sam. Ostatni niezrzeszony w całym bloku. W całej dzielnicy. A kto wie, czy nie w całym mieście.

Zwykle ta myśl mnie przygnębiała. Dziś jednak szybko ją odpędziłem. To już koniec samotności. Odnalazłem swoja bratnią duszę, swoja drugą połówkę.

Teraz już wszystko będzie dobrze.

 

8/C/256. Moje gniazdko.

Chodziłem w tę i z powrotem po zagraconym pokoiku, myśląc o dzisiejszej randce. Musiałem zrobić jak najlepsze wrażenie. Okropnie bałem się wszystko spieprzyć.

Musiałem działać z rozwagą. Ewa z pewnością była wyjątkowa, ale mimo wszystko należała do wspólnoty. Symbiont, którego „gościła”, zapewniał jej końskie zdrowie, ale i wpływał na sposób myślenia. Skutkiem tego zrzeszeni nie są szczególnie uczuciowi, romans nie leży w ich naturze. Czy dam radę do niej dotrzeć?

Zwalczyłem ogarniające mnie wątpliwości. Oczywiście, że dam radę. Inaczej po co los splatałby nasze ścieżki? Zresztą, Ewa była chyba pierwotną. Nie wiedziałem w jakim wieku została zainfekowana, ale to przecież bez znaczenia. Przebudzę jej stłumioną wrażliwość, rozdmucham tę iskrę w płomień, który ogrzeje i rozświetli nasze wspólne życie.

Rozejrzałem się dookoła. Wszędzie, na każdej płaskiej powierzchni, leżały książki. Setki tomów, gromadzonych latami. Niektóre uratowałem z przetwórni makulatury lub odnalazłem w starych, przeznaczonych do rozbiórki budynkach. Ale większość stanowiła pamiątkę po dziadku. Kiedy odszedł, pozostały mi tylko one.

I oczywiście zabytkowa dubeltówka. Podobno kiedyś używał jej do polowania na dzikie zwierzęta. Nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Ale dbałem o nią, regularnie czyściłem i smarowałem, tak jak on miał to w zwyczaju.

Brakuje mi ciebie, dziadku Antonie.

Gdybyś wiedział, co planuję, nie byłbyś zadowolony. Ale jaki mam wybór? Choć wiem, że byś protestował, dziś twoja spuścizna pomoże mi zdobyć kobietę moich snów.

Przeczytałem każdą pozycję w tym mieszkaniu, lektura choć na chwilę odganiała samotność. Kryminały, poradniki, biografie, thrillery, tomiki poezji, podręczniki akademickie. A także romanse. Wiedziałem więc, jak powinien przebiegać związek, jakich błędów unikać, jak sprawić, by wybaczyła mi ewentualne przewiny. Jak zdobyć jej serce. Dam sobie radę.

Zacząłem gorączkowo kartkować tom za tomem, poszukując inspiracji, porad, potencjalnych trudności.

Godziny płynęły niezauważenie.

Z czytelniczego transu wyrwał mnie sygnał mycetozy.

 

Właśnie wychodzę. Spotkajmy się przy wyjściu C.

Zaraz będę.

Już nie mogę się doczekać.

Entuzjazm godny pochwały.

 

Już tam była. Oto nadchodzi chwila, na którą tak długo czekałem. Nasza pierwsza randka. Zdumiewało mnie, jak bardzo się denerwowałem.

Zapatrzona w ekran mycetozy, na którym wyświetlała jakieś zapiski, nie zauważyła mnie, aż stanąłem tuż obok. Uśmiechnąłem się, w zamyśle czarująco i powiedziałem:

– Minęło raptem kilka godzin, a ja już się za tobą stęskniłem.

– Czemu?

Zamrugałem, speszony nieoczekiwanym pytaniem.

– Bo… Znaczy, cenię twoje towarzystwo.

– Ach tak. – Wzruszyła ramionami. – Czas ruszać. Zgłosiłam już potrzebę transportu, za mniej niż minutę powinien być na miejscu.

Wyszliśmy z budynku. Po kilku chwilach do krawężnika podjechał autonomiczny pojazd, z którego wyłoniła się czwórka zrzeszonych. Zajęliśmy ich miejsce i ruszyliśmy w kierunku bloku 12/27. Desperacko starałem się wymyślić jakiś temat do rozmowy.

– Mówiłaś wcześniej, że pracujesz w laboratorium.

– Tak, należę do zespołu badającego sposób, w jaki chalkantyspora dopasowuje się do nowych gatunków.

– Brzmi… ciekawie.

– To fascynujący proces. Wciąż jeszcze nie do końca poznany. Mamy nadzieję go usprawnić.

– Po co?

– Czy to nie oczywiste? Żeby kolejne cykle przebiegły płynniej. Chalkantyspora jest zdolna do niesamowicie szybkiej adaptacji, ale i tak początkowe fazy rozprzestrzeniania są bardzo ryzykowne. My, ludzie, mieliśmy ogromne szczęście, proces przebiegł względnie bezproblemowo…

– Względnie bezproblemowo? Umarły miliony osób!

– Czternaście i siedem dziesiątych miliona wedle współczesnych szacunków. Wiem. Ale mogło być o wiele gorzej. Tylko przypadek sprawił, że niosący zarodniki pocisk spadł do Pacyfiku.

– A co to za różnica?

Ewa skrzywiła się lekko.

– Chodzi o pierwszy kontakt. Plankton oceaniczny jest bardziej podobny do nas, niż do czegokolwiek innego, z czym wcześniej miała kontakt chalkantyspora. Kiedy wpadła do oceanu, najpierw zaczęła zarażać i poznawać mikroorganizmy, ryby, skorupiaki. Zginęły wtedy miliardy organizmów. Zanim my w ogóle się zorientowaliśmy, że to nie był meteoryt, ona dostosowała się już do ziemskiego genomu i poczyniła pierwsze kroki ku jego udoskonaleniu. Dlatego gdy przeniosła się na ludzi, znała nas już całkiem dobrze. Z początku oczywiście infekcja i tak kończyła się śmiercią. Ale naprawienie tego wymagało względnie niedużych poprawek. Dlatego faza ostra epidemii zakończyła się raptem po kilku miesiącach.

Milczałem. Rozważałem jej słowa. Czy faktycznie mieliśmy wtedy szczęście? Dziadek często opowiadał mi o tamtych czasach. O kordonach sanitarnych, spalarniach zwłok, ogólnoświatowej panice. O zmarłych. I o tych, którzy przeżyli, za cenę okaleczenia lub choroby psychicznej. O rzeczach, które straciliśmy.

Zrzeszeni twierdzili, że to cena, którą warto zapłacić. Ja nie byłem pewien.

Reszta podróży upłynęła nam w ciszy. Ewie to chyba nie przeszkadzało, zaczęła od nowa przeglądać notatki. Ja zaś próbowałem się cieszyć wspólnym milczeniem, niewątpliwą oznaką bliskości. Ale nie potrafiłem.

 

Budynek, przed którym się zatrzymaliśmy, wciąż jeszcze nie został ukończony. Nagle dotarło do mnie, że ogarnięty euforią nie spytałem Ewy, czym w zasadzie jest WW. Uznałem, że najwyższy czas nadrobić to niedopatrzenie.

– Wykończenie wnętrz. Jedno z lepszych zajęć. Daje sporo PS-ów.

– To znaczy… Będziemy malować ściany?

– Nie. Takimi rzeczami zajmują się automaty. Ale jest kilka prac, których nie można im powierzyć. Z tego co wiem, będziemy instalować sprzęt pod uprawę warzyw. No, chodźmy już, widzę, że pozostali są już na miejscu – dodała, rzucając okiem na ekran mycetozy.

– Chwila, pozostali?

– Jasne, przecież nie ja jedna wzięłam to zlecenie. Zresztą sami nigdy byśmy nie skończyli. Dalej, rusz się.

Niechętnie poszedłem za nią. Nie tak sobie wyobrażałem naszą pierwszą randkę. Z drugiej strony – czego w zasadzie oczekiwałem? Była zrzeszoną. Oni tak funkcjonują. Wykorzystaj to, obróć na swoją korzyść. Zaimponuj jej, pokaż, że potrafisz przysłużyć się wspólnocie. Na bardziej romantyczne chwile przyjdzie jeszcze czas.

Wspięliśmy się na trzecie piętro. Ewa pewnym krokiem prowadziła mnie ku najbliższym, uchylonym drzwiom. Pomieszczenie po ich drugiej stronie było ogromne, ciągnęło się chyba wzdłuż całego sektora. Tu i ówdzie porozkładano stosy pudeł, zaś w pobliżu drzwi kręciło się kilkudziesięcioro zrzeszonych. Kiedy weszliśmy, rozległy się przyjazne okrzyki, kilka osób zamachało do nas rękami. Ewa podeszła i zaczęła wymieniać z nimi pocałunki.

Nie patrzyło się na to przyjemnie.

Kiedyś ten akt miał znaczenie. Był zarezerwowany dla bliskich sobie osób, dla zakochanych. Dziś to tylko wymiana śliny. Dosłownie. Chodziło o poziomy transfer informacji. Zawieszone w śluzie cząstki symbionta przekazywane pomiędzy członkami wspólnoty pomagały propagować korzystne zmiany genetyczne.

Po chwili zaczęli podchodzić też do mnie. Jak zawsze, na jedna chwilę poczułem się jak bohater starych opowieści o zombie, otoczony przez zarażoną hordę. Ale kiedy tylko zorientowali się, że nie jestem jednym z nich, odstąpili.

Dla nich ten pocałunek to formalność, dla mnie groźba zarażenia. Dlatego nigdy nie poznam smaku ust Ewy. Ale nie przeszkadzało mi to. Moja miłość do niej była czysta, nie ma potrzeby, by kalać ją czymś tak organicznym.

Kiedyś zapytałem dziadka, czemu zawsze proszą o zgodę. Czemu po prostu nie zainfekują wszystkich niezrzeszonych i nie zakończą sprawy.

– To pamiątka po starych czasach. Rozumiesz, Pawełku, więcej much złapiesz na miód niż na ocet – odpowiedział, uśmiechnięty gorzko. – Kiedy już skończyła się epidemia, oni wciąż chcieli zarażać. Ale gdyby po prostu zaczęli się rzucać na innych, ludzie by ich pozabijali. Zamiast tego podbili nas po dobroci. A teraz… Jest już nas tak mało, że to w zasadzie nie ma znaczenia. Ale nawyki pozostały.

Otrząsnąłem się ze wspomnień. Zrzeszeni zaczęli mi się przedstawiać, ale szybko się pogubiłem. Było ich wielu i wszyscy wyglądali niemal identycznie. Tak to już jest z wtórnymi. Zarażali się od matek, zostali ukształtowani przez symbionta jeszcze w życiu płodowym, co podobno zapewniało im optymalny rozwój. Obecnie stanowili zdecydowaną większość wspólnoty.

Po kilku minutach, kiedy formalnościom stało się zadość, jeden z tamtych zaczął nam tłumaczyć, co będziemy robić. Zostały utworzone grupy, którym przydzielił poszczególne zadania. Nasza miała montować lampy.

Chwilę później praca szła już pełną parą. Zrzeszeni funkcjonowali jak dobrze naoliwiona maszyna. Ja trochę odstawałem, ale szybko zacząłem się dopasowywać. Instalowałem diody, mocowałem kable. Rach-ciach, kolejny regał.

Pracy towarzyszyła nieustanna paplanina. Wymieniali się plotkami, komentowali projekty wspólnoty, w których brali udział i te, które mieli zaplanowane na przyszłość. Niektórzy codziennie pracowali gdzieś indziej, inni mieli też jakieś stałe zajęcie, jak Ewa. Dużo mówili o jakimś „programie nasiennym”, który ewidentnie interesował ich wszystkich. Ja się nie wtrącałem, skupiałem się na pracy, od czasu do czasu zerkając jedynie na Ewę, pięknie zarumienioną od wysiłku. W końcu jednak zagadnęła mnie jedna z dziewczyn. Chyba Bridget.

– Nigdy jeszcze nie widziałam niezrzeszonego. Myślałam, że wy wszyscy tylko się obijacie. Miło, że nam pomagasz.

– Ewa mnie do tego nakłoniła. Wszędzie bym za nią poszedł. Jest naprawdę wyjątkowa – odpowiedziałem, uśmiechając się do mojej ukochanej. Miałem nadzieję, że komplement sprawi jej przyjemność, ale wyglądała raczej na… zrezygnowaną?

– To prawda – odpowiedziała smutno chyba-Bridget. – Niestety. Ale mimo to się stara. Tyle poświęca wspólnocie… Wiesz, ma najwięcej PS-ów na całym piętrze.

– PS-ów? – spytałem.

– Punktów Statusu – wyjaśniła Ewa. – Dostajemy je za prace na rzecz ogółu.

– I do czego służą?

– Powiedziała ci przecież – wtrącił jakiś facet. Sven? A może Stephan? – Pozwalają poznać, kto ile czasu poświęca wspólnocie.

– Ale… No, można coś za nie dostać?

– Dostać? Oczywiście, że nie. Co to za bzdurny pomysł.

– Tak czy siak Ewa ma ich całe mnóstwo – wtrąciła być-może-Bridget, chcąc chyba wrócić do meritum. – Świetna dziewczyna, mimo że pierwotna.

– Znacie się?

– Od zawsze. No, przynajmniej odkąd do nas dołączyła. Jesteśmy w zasadzie nierozłączne, prawda?

Ewa potaknęła.

– Obie pracujemy w laboratorium – dodała. – Wspólnie odkrywamy tajemnice chalkantyspory.

– Jasne. A potem razem bierzemy zlecenia. Nie znajdziesz nigdzie lepszej pary!

Choć to głupie, poczułem zazdrość.

Sven/Stephan pokręcił z dezaprobatą głową.

– Skupcie się lepiej na robocie. Jeżeli przez was plantacja będzie musiała być serwisowana, wszyscy dostaniemy po wyniku.

Przez chwilę panowało milczenie.

– Właśnie, miałam ci mówić, ale wyleciało mi z głowy – przerwała je nagle Bridget. – Wczoraj dostałam powiadomienie, że za tydzień relokują mnie do ośrodka badawczego w Genewie. Ponoć prowadzą tam badania zbliżone do naszych.

– Fatalnie. Bez ciebie tutejsze prace będą przebiegać wolniej.

– Och, nie martw się, przysyłają kogoś na moje miejsce. Wymiana wiedzy i linii genowych za jednym zamachem.

– Nie przypuszczam, żeby zdołał cię zastąpić. Ale lepsze to niż nic.

Przyglądałem się im, zdumiony.

– Na długo wyjeżdżasz? – spytałem w końcu.

– Na stałe – odpowiedziała, jakby to było zupełnie oczywiste. Zresztą, może i dla nich było. – To znaczy, do czasu, aż znowu mnie nie przeniosą. Trzeba dbać o dobre wymieszanie populacji – dodała, a pozostali pokiwali głowami.

Zerknąłem na Ewę. Mocowała właśnie do ściany wiązkę kabli. Nie wyglądała na szczególnie poruszoną wieściami.

– Pewnie będzie ci jej brakować – spytałem w końcu, próbując wymusić zrozumiałą reakcję.

– Oczywiście. Ale utrzymamy przecież więź na mycetozie. Poza tym, taka już kolej rzeczy. Przez kilka lat byłą wspaniałą przyjaciółką dla mnie, teraz będzie nią dla kogoś innego.

– Och przestańcie się rozczulać – Sven/Stephan wyglądał na lekko poirytowanego. – Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, z kim się pracuje. Liczą się wyniki. – W głowie wciąż kłębiło mi się mnóstwo pytań, ale pozostali skupili się na montażu, porzucając temat. Do wieczora rozmawiali już tylko o sprawach poważnych.

 

To była pierwsza z wielu podobnych randek. Jeżeli można je tak nazwać. Chodziliśmy na kolejne WW, rzadziej na UPP (Utrzymanie Przestrzeni Publicznej) lub TiR (Transport i Rozładunek).

Nie tak wyobrażałem sobie nasz związek, ale nie narzekałem. Kochałem ją, a ona kochała mnie, na swój sposób. Byłem szczęśliwy. Szczęśliwy, jak nigdy dotąd. Co dnia powtarzałem sobie, że Ewa to prawdziwe błogosławieństwo.

Chciałbym tylko, by się przede mną otworzyła.

Nie zrażałem się jednak. To tylko kwestia uporu, determinacji i wyczucia odpowiedniej chwili.

Dam radę.

 

Przeglądała właśnie wyniki analizy nowej partii próbek, kiedy przyszło powiadomienie o dostępnym zleceniu. UPP w 3/A. Słabo punktowane, ale i tak nie miała nic innego do roboty na wieczór.

Otworzyła komunikator, by powiadomić niezrzeszonego. Zawahała się jednak. Był świetnym partnerem. Pracował ciężej niż większość członków wspólnoty, wspólnie osiągali doskonałe wyniki. Nawet jeżeli nie uda jej się go zrekrutować i tak stanowił cenny nabytek.

Jednak miała wrażenie, że narasta w nim niezadowolenie. Jak gdyby nie spełniała jego oczekiwań. Problem w tym, że nie wiedziała dlaczego. A szkoda byłoby go utracić. Czas podjąć kroki, uznała. Szybko napisała wiadomość.

 

Czy jesteś usatysfakcjonowany naszymi spotkaniami?

 

Oczywiście, uwielbiam spędzać z tobą czas.

Myślę, że to nie do końca prawda.

 

Komunikator zasygnalizował, że druga strona coś pisze, ale wiadomość nie przychodziła. Na powrót zajęła się wynikami. W końcu mycetoza pisnęła cicho.

 

Zastanawiałem się po prostu, czy nie moglibyśmy się spotkać

w innych okolicznościach.

To znaczy?

Nie przy wykonywaniu zleceń.

Robisz czasem coś innego, prawda?

Dużo ćwiczę.

Skaza genetyczna utrudnia mi utrzymanie optymalnej

proporcji mięśni do tłuszczu.

A poza tym? Czym się zajmujesz w czasie wolnym?

 

Więc o to chodziło. Chciał odmiany. Można to było zrozumieć. Pracowała przecież zdecydowanie więcej, niż inni zrzeszeni. Jeżeli ma go zachęcić do przyjęcia chalkantyspory, musi pokazać mu, że życie we wspólnocie to nie tylko obowiązki. Przejrzała szybko kalendarz i powiadomienia.

 

Jutro ktoś z mojego kręgu urządza integrację.

Możemy się wybrać.

Brzmi nieźle. O której mam wpaść?

Około 18.

 

Zamknęła komunikator i westchnęła cicho. Wykreśliła z terminarza jutrzejsze zlecenie, by ktoś inny miał szansę zająć jej miejsce. Odbije się to na jej statusie. Trudno. Jeżeli skłoni go to do przyłączenia się, będzie warto.

 

Zdumiewające, jak dobrze mnie zna! Starałem się niczego nie okazywać, ale i tak zauważyła, że coś jest nie tak. Byliśmy sobie niesamowicie bliscy, z każdym dniem czułem to coraz bardziej.

No i to zaproszenie. Dokumentnie się nie spodziewałem, ale przecież to krok we właściwą stronę. Jasne, to wciąż nie typowe, romantyczne sam na sam. Ale ta impreza była dla mnie szansą. Muzyka, relaks, może w końcu jakieś bardziej osobiste rozmowy… A potem przecież możemy się urwać i pójść gdzieś tylko we dwoje. Upatrzyłem już nawet odpowiednie miejsce.

Już nie mogłem się doczekać.

 

Integracja miała się odbyć na piątym piętrze, więc spotkaliśmy się w windzie. Jak za każdym razem, kiedy ją widziałem, serce zamarło mi na chwilę, by potem podjąć pracę w zdecydowanie szybszym rytmie. Czułem się jak głupiec, nie potrafiąc wydobyć z siebie niczego bardziej romantycznego niż zwykłe:

– Hej.

Skinęła mi głową. Kabina ruszyła w dół. Ja zaś znów szukałem czegoś do powiedzenia. Chciałem, by nasze rozmowy były znaczące, by zbliżały nas do siebie. Spędzałem długie godziny, myśląc, o co mógłbym ją spytać. Ale teraz miałem pustkę w głowie. W końcu wydukałem:

– Dlaczego postanowiłaś dołączyć do wspólnoty?

– Z powodów zdrowotnych – odpowiedziała niemal natychmiast, wciąż wpatrzona w ekran mycetozy.

Milczałem, niepewny, czy powinienem pytać dalej. Wybawiała mnie od dylematu, sama podejmując temat.

– Przedtem cierpiałam na depresję. Kiedyś istniały podobno na to leki, ale produkcja ustała lata temu. Szkoda zasobów, zrzeszeni ich nie potrzebują. Symbiont reguluje u nas metabolizm neuroprzekaźników i wydzielanie hormonów, dzięki czemu jesteśmy w zasadzie niepodatni na choroby psychiczne. Dlatego kiedy podjęłam próbę samobójczą, rodzice uznali, że powinnam przyjąć chalkantysporę. Sami zresztą również byli w kiepskim stanie, więc także się przyłączyli.

– Żałujesz czasem?

– Nie. Moje życie jest wspaniałe. Jestem częścią czegoś większego, mam cel w życiu i nie nachodzą mnie już tamte myśli. Czego jeszcze można chcieć?

– Czy ja wiem? Nie uważasz, że to wszystko jest trochę… monotonne?

Milczała przez długą chwilę. W końcu, kiedy zacząłem się już martwić, że ją uraziłem, powiedziała:

– Wiesz, czemu wspólnota tak gwałtownie się rozrosła po wypuszczeniu zarażonych z kwarantanny? Kiedy chalkantyspora przestała się już roznosić drogą kropelkową i uznano, że jesteśmy niegroźni?

– Nie – przyznałem niepewnie. Dziadek nigdy o tym nie mówił. Kręcił tylko smutno głową i mamrotał coś o naiwnych głupcach.

– Świat był wtedy w chaosie. Ludzie cierpieli. Na choroby zakaźne, autoimmunologiczne, metaboliczne. I oczywiście psychiczne. Symbiont uodparniał przyłączających się na wszystkie. A kiedy było nas już dostatecznie dużo, zaczęliśmy rozwiązywać inne problemy. Zanieczyszczenia. Przeludnienia. Głodu. Daliśmy tej planecie nadzieję na lepsze jutro. A ludziom poczucie celu i przynależności. To nie monotonia. To porządek.

Miała wiele racji. Jednak w uszach wciąż brzmiały mi opowieści dziadka o rzeczach, które utraciliśmy w trakcie przemian. O pragnieniu piękna, o szlachetnej niedoskonałości, o różnorodności wreszcie. Czułem się rozdarty, niczym sosna z jego ulubionej powieści. Wciąż nie mogłem wydusić z siebie słowa, kiedy winda zatrzymała się na piątym piętrze. Ale Ewa chyba nie oczekiwała odpowiedzi.

Dotarliśmy do lokalu 5/B/96, a ja zrozumiałem, że moje wyobrażenia o integracji były całkowicie błędne. Kiedy Ewa mi o niej opowiadała, miałem przed oczami coś w rodzaju dawnej imprezy niezrzeszonych. Tłum, głośna muzyka, żywiołowe emocje, może nawet jakieś używki.

Oczywiście się myliłem.

Ludzi faktycznie było sporo. Rozmawiali, czasem ktoś zaśmiał się krótko. Większość przynajmniej od czasu do czasu zerkała na mycetozy, niektórzy wgapiali się w nie nieustannie. Na wszystkich twarzach gościł ten sam wyraz delikatnego zadowolenia, jak to u ludzi, których świat wygląda dokładnie tak, jak tego sobie życzą.

Nastąpiła tradycyjna wymiana pocałunków, połączona z równie tradycyjnym, pełnym zakłopotania odkryciem, że nie jestem jednym z nich.

Kiedy mieliśmy to już za sobą, Ewa spytała:

– Zapoznaliście się już z listą planet?

– Tak, dziś rano – odparł niejaki Laszlo. – Teraz trzeba na serio wziąć się do pracy. Nasze badania nad nowymi formami napędu wciąż są w powijakach, słyszałem też, że są problemy z trwałością komponentów rakiety, a musi przecież wytrzymać tysiące lat. Do gwiazd daleka droga.

– Chwila, chwila… Chcecie polecieć w kosmos? – spytałem, zdziwiony.

– My? Nie – odpowiedział, wysoko unosząc brwi. Ale nie podjął wątku.

– Chcemy tam posłać zarodniki symbionta, by mógł się dalej rozprzestrzeniać – do rozmowy włączyła się inna zrzeszona. Latifa, byłem tego prawie pewien. – Musimy przekazać dalej dar, który kiedyś sami otrzymaliśmy od innej cywilizacji. To nasz najważniejszy obowiązek jako wspólnoty. Chcemy wysłać dziesiątki, może nawet setki pocisków wypełnionych zarodnikami w kierunku znanych planet pozasłonecznch, szczególnie tych rokujących nadzieję, że mogło na nich powstać życie.

Przez chwilę wszyscy dookoła potakiwali, wyrażając poparcie dla jej słów i raz po raz podkreślając, jak ważne i doniosłe zadanie przed nimi stało. Ja również pokiwałem głową, starając się udawać entuzjazm. Ich cele niezbyt mnie obchodziły. Niestety, temat ten zmonopolizował całą integrację.

Nie mając nic do powiedzenia, siedziałem na uboczu. Cieszyło mnie patrzenie, jak Ewa ekscytuje się nowymi perspektywami i omawia z innymi swoje badania. Była piękna, pewna siebie, niezwykle inteligentna. Idealna. Na mnie nikt nie zwracał uwagi. Ale nie przeszkadzało mi to. Zupełnie. Najważniejsze, że moja ukochana dobrze się bawi w towarzystwie innych. Mi wystarczyła rola obserwatora.

Powtarzałem to sobie tak długo, aż prawie w to uwierzyłem.

 

To nie wystarczy. Ta myśl kołatała mi się po głowie od tej nieszczęsnej „imprezy”.

Kochałem ją i wiedziałem, że ona poczuje to samo, jeżeli tylko zdoła się otworzyć. Liczyłem, że uda mi się do tego doprowadzić małymi krokami. Ale najwyraźniej się myliłem.

Musiałem ją oczarować. Oszołomić. Sprawić, by zrozumiała, że życie to nie tylko praca. Miałem nawet plan. Wprowadzając go w życie ryzykowałem. Ale to moja jedyna szansa na szczęście.

 

Hej, masz czas jutro wieczorem?

Planowałam przejrzeć dane.

Znalazłeś dla nas jakieś zlecenie?

Niezupełnie.

Ale chciałbym się spotkać. Pokazać ci coś.

Zawsze oprowadzasz mnie po swoim świecie.

Pozwól, bym choć raz ja pokazał ci swój.

 

Przez najdłuższą minutę w moim życiu odpowiedź nie przychodziła. W końcu mycetoza pisnęła, komunikując odebranie nowej wiadomości. Serce mi zamarło, drżącym palcem wzbudziłem ekran.

 

No dobrze.

Gdzie i kiedy?

Jutro, koło 20. Spotkajmy się przy windach w 12/C.

Ubierz się ciepło.

 

– Nie wolno tu wchodzić – Ewa płochliwie rozejrzała się po dachu bloku, jak gdyby spodziewała się napotkać wpatrzone w nią, karcące spojrzenia innych zrzeszonych. Nie dałem się zniechęcić, pociągnąłem ją ku wcześniej upatrzonemu miejscu. Rozłożyłem kilka koców w kącie między wywietrznikami, gdzie byliśmy skryci przed wiatrem, a jednocześnie mieliśmy wspaniały widok na zachodzące słońce, barwiące niebo różami i fioletami.

Usiadłem i zaprosiłem ją gestem, by się przyłączyła. Rzuciła mi spojrzenie pełne niezrozumienia, ale poszła w moje ślady. Przez chwilę milczeliśmy. Chłonąłem piękno tej chwili, ciesząc się kolorami, świeżym powietrzem, jej towarzystwem.

Nie wytrzymała zbyt długo.

– Powiesz mi, po co tu przyszliśmy?

– Żeby choć na chwilę wyrwać się z kieratu. Odetchnąć pełną piersią. Poczuć coś innego, coś prawdziwego. Rozumiesz mnie?

– Nie.

Westchnąłem ciężko.

– Wiem. Ale postaram się, byś zrozumiała. Okryj się, tu na górze jest chłodno.

Usiedliśmy koło siebie, pod jednym pledem. Cieszyłem się jej ciepłem, zapachem, bliskością.

Tym razem minęło całe pięć minut, nim się zniecierpliwiła.

– Wiesz, mogłabym właśnie zbierać PS-y, a zamiast tego siedzę na dachu. Wytłumacz mi, jaki w tym sens.

Ponownie westchnąłem.

– Chciałem ci przypomnieć o czymś, o czym chyba już zapomniałaś. Wiem, że odwykłaś od bezczynności. Ale proszę, zostań tu ze mną jeszcze trochę. To ważne. Dla mnie. Dla ciebie. Dla nas.

Wzruszyła ramionami. Nie minęło kolejne pięć minut, nim wzbudziła ekran mycetozy i zaczęła przeglądać powiadomienia. Nie protestowałem. Musiałem akceptować jej ograniczenia.

W końcu z horyzontu zniknął ostatni ślad słonecznego blasku. Dookoła panowały ciemności – kiedyś miasta nocą błyszczały podobno od świateł, jednak wspólnota nie widziała potrzeby, by marnować energię na oświetlanie ulic.

– Połóż się na plecach i zamknij oczy – poprosiłem.

– Po co?

– Przekonasz się.

Pokręciła głową, ale uśpiła mycetozę i zrobiła to, o co prosiłem. Położyłem się obok niej. Upłynęła minuta. Potem jeszcze jedna. Ewa zaczynała się wiercić, wiedziałem, że za chwilę się zbuntuje.

– Otwórz oczy – powiedziałem.

Usłyszałem, jak wzdycha cicho.

Nad nami rozciągało się niebo, niczym czarny aksamit upstrzony tysiącami diamencików. Gwiazdy i planety, złączone w prastarym tańcu. Odwieczne i tajemnicze. Piękne.

Leżeliśmy długo, wpatrzeni w ten niezmierzony majestat. Syciłem się widokiem, ciepłem, którym się dzieliliśmy, rytmem naszych oddechów. Wspólnym milczeniem, które cementowało łączącą nas więź. Poczułem, jak po policzku spływa mi łza.

– Dziękuję, że mnie tu przyprowadziłeś – wyszeptała, a ja poczułem, jak moje serce fika koziołka z radości.

Milczeliśmy razem jeszcze jakiś czas.

– Miałeś rację, wiesz? Kiedy mówiłeś, że chcesz mi o czymś przypomnieć – powiedziała w końcu.

Wreszcie działo się to, o czym tak długo marzyłem. Otwierała się przede mną! A ja miałem gardło zbyt zaciśnięte z emocji, by wykrztusić choćby słowo. To była ta jedna, idealna chwila, o której od miesięcy marzyłem. Niepowtarzalna szansa, by wyrwać się ze szponów samotności, by dzielić z kimś życie, by być szczęśliwym! Nie mogłem, po prostu nie mogłem togo spieprzyć!

– Tak, miałeś rację. Przez ten ciągły pęd, przez niekończącą się walkę o status, o uznanie innych, zapomniałam o tym, co naprawdę ważne.

Dalej, do cholery. Odezwij się do niej! Powiedz jej, że też to czujesz! Że ci na niej zależy, że zrobiłbyś dla niej wszystko! Że jesteście sobie przeznaczeni!

– Ale tu, na górze… Ten bezkres nad nami ustawia wszystko we właściwej perspektywie, prawda? Przypomina nam, jak mali jesteśmy.

Zbierałem się na odwagę, jak wojownik pierwszy raz ruszający do bitwy. Mniejsza o wzniosłe słowa, mówiłem sobie. Olej komplementy, przygotowane mowy, zapamiętane z książek cytaty. Po prostu powiedz, co czujesz. Nie ma w tym przecież nic trudnego. Zrób ten jeden, ostatni krok i sięgnij po szczęście. Jasne, czeka nas jeszcze wiele wspólnej pracy, ale będzie dobrze. Czujesz to. Wiesz to.

„Kocham cię”. Dwa małe słowa. Wyduś je wreszcie, ty imbecylu!

– Tak, perspektywa. Tego właśnie mi brakowało. Ścigałam te durne PS-y, a zaniedbywałam ważniejsze sprawy. Jak mogłam się tak zatracić?

– Ewa, ja… – wydukałem, ale ona chyba nie zauważyła, zbyt pogrążona w myślach, w na nowo odkrywanych uczuciach.

– Kogo obchodzi status? Kogo obchodzą jakieś bezwartościowe cyfry na wirtualnym liczniku?

– M-masz rację – wydukałem. – One nie mają znaczenia. Liczymy się tylko my.

– Tak! Tak, dokładnie! I pomyśleć, że potrzeba było niezrzeszonego, żeby mi o tym przypomnieć!

– Kocha… – zacząłem, ale wyznanie zamarło mi na wargach.

– Nie ja i nie ty! Jest tylko wspólnota! I kryjące się wśród tych gwiazd życie, które tylko czeka, by zostać do niej włączone! Powinnam się bardziej skupić na swoich badaniach, poświęcić im pełną uwagę, zamiast ciągle szukać okazji do szybkiego zwiększenia statusu. Powinnam poświęcić się realizacji naszych celów, zamiast w kółko myśleć o własnych!

Zmartwiałem. Miałem wrażenie, że z mojego ciała odpłynęło całe ciepło, każda kropla krwi. Że jeśli choćby drgnę, rozpadnę się na kawałki niczym lodowa rzeźba uderzona młotem.

– Dziękuję, że otworzyłeś mi oczy. Ciężko pracujesz, ale masz też bystry umysł. Będziesz cennym nabytkiem dla wspólnoty.

– Nabytkiem… dla wspólnoty? – wydusiłem z siebie.

– Oczywiście! Przecież o to cały czas chodziło, prawda? Żebym cię wprowadziła. Czekam od dawna, aż w końcu poprosisz. Myślałam, że ciągle się wahasz, ale chyba jesteś już gotowy?

– Chcesz, żebym został zrzeszonym?! – wrzasnąłem, podrywając się na nogi.

– No… Myślałam, że to ty chcesz zostać zrzeszonym.

– Ja chcę… Czyś ty całkiem oszalała?!

– Chwila…

– Przez cały ten czas próbowałaś mnie nakłonić, bym się do was przyłączył?

– Nie całkiem rozumiem…

– Nie rozumiesz? Oczywiście, że nie rozumiesz! Oddałem ci serce, ty zimna ździro! Chciałem pokazać ci prawdziwe życie, nie tę waszą cholerną, wspólnotową imitację! Sprawić, byś w końcu coś poczuła! A ty chciałaś mnie przerobić na jednego z was?

Odsunęła się i również wstała. Wzbudziła ekran mycetozy, jego trupi blask zalał nasze twarze. Jej piękne, sztuczne oblicze, maska, za którą kryła swoje pozbawione uczuć wnętrze, wyrażała dezorientację

– Miałaś być wyjątkowa, do ciężkiej cholery! A ty… Ty! Nie mogę na ciebie patrzeć! – Ruszyłem w kierunku drzwi prowadzących do wnętrza.

– Paweł! – zawołała za mną.

Pomimo wypełniającego mnie bólu i poczucia straty, mimo wściekłości, która wypalała mnie od środka, zatrzymałem się, a na dnie mego roztrzaskanego serca nieśmiało odważyła się zakiełkować nadzieja.

– Zapomniałeś koców! Przecież nie mogą tu zostać!

Czułem, jakbym umierał po raz drugi. Bez słowa ruszyłem ku schodom w dół, do piekła.

 

Siedziałem w swoim ulubionym fotelu, a dookoła mnie rozciągało się pandemonium. Podłogę zaściełały porwane kartki książek, pogruchotane sprzęty, meble były poprzewracane lub połamane. Nieważne jednak, co zniszczyłem, ile krzyczałem, jak długo płakałem, nic nie przynosiło ulgi.

To wszystko nie tak. Mieliśmy się nawzajem ocalić od samotności, od tego zimnego szaleństwa, które opanowało świat. Wielbiłbym ją i ubóstwiał, a ona odwdzięczałaby się tym samym, nasza miłość byłaby niczym żagiew w mroku, niczym czyste źródło na pustyni. Widziałem to oczami wyobraźni, niemal czułem smak tych szczęśliwych dni.

Ale okazało się, że to wszystko ułuda.

Starałem się nie myśleć o tym, co przyniesie przyszłość, ale to pytanie wciąż i wciąż włamywało się do mego umysłu. Czy mam powrócić do swojego starego życia? Wypełniać pustkę lekturą? Pozwalać opowieściom drwić ze mnie szczęśliwymi zakończeniami, historiami par, które pokonały wszelkie przeciwności? Nie, nie byłbym w stanie tego znieść. Zresztą, dość miałem fikcji, tandetnych imitacji. Chciałem czegoś prawdziwego.

Ale straciłem jedyną szansę, by zbudować coś takiego. Ewa była wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. Nigdy już nie spotkam drugiej takiej jak ona. A nawet gdyby – czy zdołałbym jej zaufać? Zaryzykować, że moje serce znowu pęknie?

Nie, nigdy więcej. Miłość okazała się farsą, którą próbowałem rozjaśnić swoją bezsensowną egzystencję. Czas spojrzeć w oczy brutalnej prawdzie. Żyć, znaczy cierpieć.

Coraz częściej wpatrywałem się w dubeltówkę dziadka.

Czy jest sens dalej walczyć, dalej próbować, gdy utraciło się już wszelką nadzieję? Gdy wszystko co dobre i piękne okazało się być ponurym żartem, marną podróbką? Miałbym wstawać dzień po dniu, starzeć się w samotności, wśród ech utraconych szans?

Przecież nie wszystkie historie dobrze się kończą. Czasem bywa, że bohater oddaje wybrance serce, kocha ją ze wszystkich sił, ale zostaje wzgardzony. Odtrącony. Jak Wokulski. Kordian. Werter wreszcie. Kiedyś ich zachowanie wydawało mi się głupie. Teraz zaczynałem rozumieć.

Znowu spojrzałem na strzelbę. Tak, nie każde zakończenie musi być szczęśliwe. A kiedy ona zrozumie, że odszedłem, że straciła mnie na zawsze… Wtedy jej lodowate serce skruszeje, wtedy pozna, co to żal. Będzie cierpieć jak ja.

Odnalazłem mycetozę i wzbudziłem jej ekran. Gdzie jesteś, o ukochana?

 

Szła właśnie do laboratorium, kiedy dostrzegła niezrzeszonego. Pawła. Stał pod drzwiami, chyba na nią czekał. Wyglądał fatalnie. Jego ubranie było brudne, włosy potargane, twarz pokrywał mu wielodniowy zarost. W rękach trzymał jakiś podłużny, archaicznie wyglądający przedmiot.

Od czasu tamtego niefortunnego spotkania na dachu całe dnie spędzała w laboratorium. W nielicznych wolnych chwilach zastanawiała się jednak, czy mogła poprowadzić rozmowę jakoś mądrzej. Zapobiec wybuchowi bezsensownych emocji. Ale oczywiście on był niezrzeszonym. Zdarzały im się takie rzeczy.

Ucieszyła się, że go widzi. W końcu ochłonął i będą mogli na nowo podjąć współpracę. Nawet jeśli nie chciał przystąpić do wspólnoty, wciąż przecież mógł się jej przysłużyć.

Kiedy on też ją zauważył, na jego twarzy pojawił się dziwny, nieprzyjemny grymas. Ruszył w jej kierunku, mocno zaciskając palce na tej pokracznej rurze oprawionej w drewno. Zastanowiła się przelotnie, po co mu ona.

Kiedy byli o kilka kroków od siebie, krzyknął:

– To twoja wina! To wszystko twoja wina! Patrz, do czego mnie doprowadziłaś!

A potem jej uszy wypełnił huk, zaś na twarzy poczuła rozbryzg czegoś ciepłego. Krwi, dotarło do niej po chwili. Jego krwi. Ciało, niemal pozbawione głowy, osunęło się na podłogę, bryzgając szkarłatem w rytm ostatnich uderzeń serca.

Ewa zamarła, zszokowana.

Dlaczego? Dlaczego to zrobił? Czemu odebrał sobie życie? Był wadliwy, jak wszyscy niezrzeszeni, ale przecież wspólnota czekała na niego, chalkantyspora mogła go naprawić. Więc dlaczego wolał umrzeć?

Otrząsnęła się dopiero po chwili, kiedy ze wszystkich stron zaczęli ściągać inni zrzeszeni. Otoczyli zmasakrowane zwłoki ciasnym pierścieniem i zaczęli głośno komentować zajście. Ktoś oglądał uszkodzony sufit, ktoś inny wzywał automat sprzątający, jeszcze inni zabezpieczyli niebezpieczny relikt.

Zerknęła na mycetozę i mruknęła niezadowolona pod nosem. Czas uciekał. Inni się tym zajmą.

Ruszyła do laboratorium. Czekało ją jeszcze wiele pracy, nim pociski nasienne będą mogły wyruszyć ku innym światom.

Koniec

Komentarze

Bardzo ładnie napisany tekst, ale pozostawił mnie z uczuciem niedosytu – w sensie, że z eleganckich, znanych klocków złożona jest elegancka, znana historia. Brakło mi tu czegoś naprawdę oryginalnego, choćby i w samym poukładaniu tych klocków, ich interpretacji… Czytało się bardzo płynnie, piszesz naprawdę sprawnie po polsku, co ostatnio niestety jest rzadkością, zakładam, że nawet purpurowość fragmentów w pierwszej osobie jest zamierzona. Ale cały czas czekałam, że mnie czymś zaskoczysz – i nie doczekałam się.

Świat jest sprawnie wykreowany, bohaterowie takoż, wątek fantastyczny włącznie z kosmitami sensowny (choć ufo w sensie latającego i niezidentyfikowanego nie ma ;)) i ładnie podany. Tylko że cały czas miałam wrażenie, że czytam bardzo sprawną, poprawną i dobrze napisaną wersję znanej historii – nawet nie wariację na jej temat.

Zakończenie jest niestety najbanalniejsze z tych, które tu mogły się przydarzyć, choć oczywiście mieści się w pewnym archetypie, do którego poniekąd zresztą się odwołujesz i który jest bliski mojemu sercu (te Wokulskie, Kordiany i Wertery). Może gdyby w opowiadaniu był do tego większy dystans? Albo gdyby wszystko ku temu prowadziło, ale jednak skończyło się inaczej?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytane.

Z literówek:

n a” – raczej “na”

ech utraconych” – chyba coś zostało po sprzątaniu

karki książek” – “kartki książek”

Nie moja bajka. Strasznie dużo melodramatu i bohater niebywale dupowaty (ale może takie to czasy), więc trudno mi jakkolwiek się z nim utożsamiać. Jednak wszystko napisane schludnie, całkiem zgrabnie można powiedzieć a cała historyjka ma ręce i nogi. Podobało mi się przedstawienie rozbieżnych myśli postaci podczas ich rozmowy. 

Bardzo udany tekst. Napisany poprawnie, historia wciąga i potrafi zainteresować czytelnika na tyle (przynajmniej mnie), by został z Tobą do końca. Kilka uwag: Jest taki moment, w którym bohater mówi, że czerpie swoją wiedzę z książek, a potem jeszcze raz do nich siada. Wcześniej można było wywnioskować, że zna je prawie na pamięć. Czym właściwie zajmuje się główny bogater? Ja wiem, że to nie jest jakieś super ważne dla historii, ale on tylko siedzi w pokoju, a wspólnota go utrzymuje? Swoją drogą trochę mało wie o zrzeszonych, zważywszy na to, że spędza wśród nich całe życie. Jakby żył w jakiejś bańce. I biorąc pod uwagę jego charakter pewnie tak jest, ale trochę mi to zazgrzytało. Nie kumam też wymiany śliny, jako sposobu różnicowania genotypu – czy właśnie nie napisałeś, że wszyscy ludzie wyglądają tak samo? To kilka takich uwag, które mimo wszystko nie wpływają na zadowolenie z odbioru całości. Rozbawiła mnie strzelba Czechowa :) Klikam zasłużona bibliotekę .

drakaina

Bardzo ładnie napisany tekst, ale pozostawił mnie z uczuciem niedosytu – w sensie, że z eleganckich, znanych klocków złożona jest elegancka, znana historia. Brakło mi tu czegoś naprawdę oryginalnego, choćby i w samym poukładaniu tych klocków, ich interpretacji…

Dziękuję za pochwałę, co do krytyki zaś… Cóż, nie mogę się nie zgodzić. W pisaniu wciąż jestem mimo wszystko względnie nowy, toteż trzymam się struktur, które znam i rozumiem. Co oczywiście ma swoje konsekwencje. 

(choć ufo w sensie latającego i niezidentyfikowanego nie ma ;))

Ściśle mówiąc pocisk, który zasiał chalkantysporę na Ziemii, był przez jakiś czas latający i niezidentyfikowany. ;)

Może gdyby w opowiadaniu był do tego większy dystans?

Rozważałem wersję humorystyczną. Ale nie potrafiłem znaleźć sensownej puenty. 

 

Peter Barton

Nie moja bajka. Strasznie dużo melodramatu i bohater niebywale dupowaty

Celowałem w werterycznego. Mogę chyba uznać, że mi się udało. Przynajmniej w przybliżeniu.

 

ech utraconych” – chyba coś zostało po sprzątaniu

“Ech” w sensie wielu odbitych głosów, nie westchnienia. Choć faktycznie może nie być to pierwsze skojarzenie.

 

Literówki posprzątane.

 

Minuskuła

 

Za pochwały dziękuję. 

Czym właściwie zajmuje się główny bogater? Ja wiem, że to nie jest jakieś super ważne dla historii, ale on tylko siedzi w pokoju, a wspólnota go utrzymuje?

Tak. Niestety limit znaków wymusił na mnie rezygnację z ekspozycji niektórych elementów tła – w tym miedzy innymi z opisu codzienności niezrzeszonych i ich sytuacji socjoekonomicznej. Została z tego jedynie jednolinijkowa wypowiedź jednej ze zrzeszonych (”Myślałam, że wy wszyscy tylko się obijacie”).

Swoją drogą trochę mało wie o zrzeszonych, zważywszy na to, że spędza wśród nich całe życie.

Żyje wśród nich, ale nie uczestniczy w ich życiu – jak mówisz, żyje w bańce.

Nie kumam też wymiany śliny, jako sposobu różnicowania genotypu – czy właśnie nie napisałeś, że wszyscy ludzie wyglądają tak samo?

To kolejny element, który w dużej części został na przysłowiowej podłodze montażowni. Po części to pamiątka z czasów, kiedy chalkantyspora dopiero udoskonalała człowieka. A po części metoda na propagowanie dalszych zmian genetycznych, ciągłe doskonalenie genotypu – by ostatecznie zhomogenizować społeczeństwo.

Celowałem w werterycznego. Mogę chyba uznać, że mi się udało. Przynajmniej w przybliżeniu.

Dobrze, że nie był weneryczny … nawet w przybliżeniu.

 

Ech.

My tu achy i ochy a nawet echy. Pisząc po polskiemu: widzę swoje niedopatrzenie.

 

Bez odbioru.

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Pół romansu? Zawsze lepiej niż cały. ;-)

Podobało mi się. Odebrałam historię jako pokaz niezrozumienia między ludźmi. Jedno mówi “A”, drugie słyszy “B”. Jak bardzo po swojemu bohater wszystko interpretował. Jak dla mnie – kolejny (nie żeby specjalnie potrzebny) gwóźdź do trumny werteryzmu.

Ale w sumie trochę dziwne, że tak się ludzie pchali do zrzeszania… Fakt, ochrona zdrowia. Ale przecież, jeśli spora część populacji jest odporna, to chyba chorobom trudniej się przenosić.

Babska logika rządzi!

Ale w sumie trochę dziwne, że tak się ludzie pchali do zrzeszania… Fakt, ochrona zdrowia. Ale przecież, jeśli spora część populacji jest odporna, to chyba chorobom trudniej się przenosić.

W pewnym momencie działa już bardziej chęć wpasowania się w otoczenie niż cokolwiek innego. Pragnienie poczucia celowości, przynależności. Nawet za cenę indywidualności. A im większa jest wspólnota, a mniej zostaje niezrzeszonych, tym silniej działa ten efekt. A przynajmniej taki był zamysł. 

Podobało mi się. Odebrałam historię jako pokaz niezrozumienia między ludźmi.

Całkiem słusznie. Zaś tłem miała być wspólnota jako metafora social media. Nie jestem pewien, na ile owa metafora się udała, ale taki był plan.

Zaś tłem miała być wspólnota jako metafora social media. Nie jestem pewien, na ile owa metafora się udała, ale taki był plan.

To może nie zrozumiałam, bo od trzech lat szczęśliwie udaje mi się unikać szerszych kontaktów z social media… Niemniej nawet jak powiedziałeś, to tego akurat też nadal nie widzę, może przez to, że znacznie bardziej narzucają mi się klasyczne analogie antyutopijne.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zaś tłem miała być wspólnota jako metafora social media. Nie jestem pewien, na ile owa metafora się udała, ale taki był plan.

Czytając, miałam skojarzenia z odcinkiem “Nosedive” Black Mirror, który dotyczy tego właśnie tematu, tak że moim zdaniem przynajmniej pośrednio się udało ;)

Niemniej nawet jak powiedziałeś, to tego akurat też nadal nie widzę, może przez to, że znacznie bardziej narzucają mi się klasyczne analogie antyutopijne.

Chodziło o pokazanie społeczności, w której ma się wielu znajomych, ale żadnych bliskich więzi, w której o popularności decydują pozbawione znaczenia punkty, w której każdy stara się jak najlepiej naśladować innych. Nie twierdzę, że to genialna metafora (co chyba oczywiste, skoro właśnie ją tłumaczę), ale taki był pomysł.

 

tak że moim zdaniem przynajmniej pośrednio się udało ;)

Rozbawiła mnie strzelba Czechowa :)

Cieszę się. :D

Ładnie napisane!

Gdzieś mi tam zamajaczyła “Pieśń dla Lyanny”, ale bardziej opozycja w stylu normalsi-androidy, czy nawet normalsi-komuniści.

Nie pasuje mi tylko jedno, ale to kładzie mi cały odbiór tego tekstu. Zgadzam się tu z Minuskułą: gość zachowuje się jak hibernatus, jakby ten świat dopiero poznawał. Wracając do mojego porównania – jeśli już trzecie pokolenie styka się np. z androidami, to wie, że na żadną miłość, uczucia nie ma co liczyć. I to burzy mi całą koncepcję tego tekstu.

Cała reszta bardzo fajna. Może tylko tych uczuć trochę jak dla mnie za wiele, ale rozumiem – taka konwencja (Wertery itp.).

Mam kilka uwag czepialskich:

– “mogłaby nas połączyć” – literówka;

– “kręciło się kilkudziesięciu zrzeszonych płci obojga” – wydaje mi się, że skoro sobie reprezentowane obie płcie, to “kilkudziesięcioro”;

– “Analizowała właśnie wyniki analizy” – to brzmi koślawo;

– “wiec spotkaliśmy się w windzie” – literówka;

– “zacząłem się już martwić, że ja uraziłem” – literówka;

– “Świat był wtedy w chaosie” – zabrakło mi słowa “pogrążony”;

– “nie mogłem togo spieprzyć!” – literówka;

– “One się nie mają znaczenia” – “się” za dużo;

– “Powinnam poświecić się realizacji naszych celów” – literówka;

– “nie tą waszą cholerną, wspólnotową imitację” – jeśli “imitację”, to “tę”.

Tu się uśmiechnąłem – “niczym sosna z jego ulubionej powieści”. Czyta ktoś jeszcze Żeromskiego?

 

Reasumując – ładnie napisane opowiadanie, które z moim gustem się rozminęło. Bywa!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Nie pasuje mi tylko jedno, ale to kładzie mi cały odbiór tego tekstu. Gość zachowuje się jak hibernatus, jakby ten świat dopiero poznawał. Wracając do mojego porównania – jeśli już trzecie pokolenie styka się np. z androidami, to wie, że na żadną miłość, uczucia nie ma co liczyć. I to burzy mi całą koncepcję tego tekstu.

Zarzut zasadny. 

Na moją obronę – bohater patrzy na Ewę inaczej niż na innych zrzeszonych. Jest przekonany, że ona, jako pierwotna (którzy są rzadcy i można założyć, że nie miał z nimi wiele styczności) da radę go pokochać. Więcej, zbudował w swojej wyobraźni obraz świata, w którym ona faktycznie go kocha – po postu dlatego, że miał wielką potrzebę bycia kochanym itd.

No i miłość nie zawsze jest racjonalna. ;)

Reasumując – ładnie napisane opowiadanie, które z moim gustem się rozminęło. Bywa!

Postaram się kolejnym razem spróbować czegoś mniej melodramatycznego. Niemniej dziękuję.

Czyta ktoś jeszcze Żeromskiego?

Cóż, ja nie. Organicznie nie znoszę tej powieści. Ale pasowała mi do koncepcji opowiadania.

 

Babole odstrzeliłem.

Czyta ktoś jeszcze Żeromskiego?Cóż, ja nie. Organicznie nie znoszę tej powieści. Ale pasowała mi do koncepcji opowiadania.

Wrr, przypomnieliście mi, że powinnam przeczytać ponownie “Popioły”. Nienawidzę tej książki jak mało czego. Swego czasu z Żeromskiego najbardziej trawiłam “Przedwiośnie”, ale aż boję się zaglądać. Choć w zakończeniu jednego opowiadania zrobiłam do niego aluzję, więc nie jesteś osamotniony, None ;)

Ale fakt, bohater, którego ulubioną powieścią są “Ludzie bezdomni” to dość radykalny hibernatus…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ale fakt, bohater, którego ulubioną powieścią są “Ludzie bezdomni” to dość radykalny hibernatus…

A przepraszam, to nie bohater, to dziadek bohatera. Ale nie przeczę, Paweł też raczej z tych żyjących przeszłością. 

Skrót myślowy – dziadek też jest po części bohaterem opowiadania ;) W dodatku zważywszy, że rzecz dzieje się w przyszłości, ten dziadek to zapewne ktoś z naszych czasów albo później, a już teraz czytelnictwo Żeromskiego jest marne…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Moje roczniki przymuszali w LO, więc może komuś się spodobało? Zresztą, różne są na tym świecie zboczenia i dewiacje.

Dobry tekst. 

Ładnie napisany, spokojnie i emocjonalnie, ale jest to emocjonalność delikatna, stonowana, bez szokowania, wypruwania uczuciowych flaków, wycia do księżyca i urywania głów z rozpaczy. No prawie :-) 

Przedstawiasz znane motywy, ale siłą opowiadania nie jest oryginalność i odjechane światotwórstwo, jeno owa spokojna emocjonalność, Fakt, na końcu coś eksploduje, ale bez spodziewanego efektu (i to jest fajne). I tak – nie podoba mi się taki bohater i taki sposób jego działania, ale skonstruowałeś i poprowadziłeś go tak, jak zamierzałeś, wiec nie mogę się czepiać. Nie podoba mi się zakonczenie, ale podkreślam – MNIE nie podoba się (bo może wolałbym inne), a nie dlatego, że jest złe. 

Jedyną rzeczą, którą można zmienić, to informacje dotyczące świata. Oczywiście nie chodzi mi o unikanie infodumpów, bo w takim tekście one są jak najbardziej na miejscu, ale sposób ich prezentowania – czytelnik dowiaduje się wszystkiego z rozmów narratora z bohaterką. W efekcie powstaje wrażenie (co ktoś już zauważył), że główny bohater nie wie oczywistych rzeczy o święcie, którego jest częścią. Myślę, że w tym przypadku grzechem nie byłoby wcale zrobienie klasycznych, odnarratorowych infodumpów, w których narrator w pierwszej osobie po prostu tłumaczy czytelnikowi niektóre kluczowe elementy działania jego świata. Nie byłoby w tym żadnej nienaturalności. 

No ale tak czy owak – to dobry tekst. 

Pozdrawiam 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki za komentarz.

Myślę, że w tym przypadku grzechem nie byłoby wcale zrobienie klasycznych, odnarratorowych infodumpów, w których narrator w pierwszej osobie po prostu tłumaczy czytelnikowi niektóre kluczowe elementy działania jego świata. Nie byłoby w tym żadnej nienaturalności. 

Może i racja. Próbowałem tego uniknąć, bo w pierwszej wersji tekstu infodumpy całkiem zjadły fabułę, ale widać przeniosło mnie w drugą stronę. Będę nad tym pracował.

Dobre. Konsekwentnie napisane, w moim odbiorze nieco retro. Historia sama w sobie nie zaskakuje oryginalnością, jednak w obliczu dopracowanej formy nie jest to problem. Wątek dubeltówki jest chyba trochę zbyt widoczny na początku – dla mnie był spoilerem, domyśliłem się zakończenia, a to mi się rzadko zdarza :P

Podobało mi się. Klik.

Wątek dubeltówki jest chyba trochę zbyt widoczny na początku – dla mnie był spoilerem, domyśliłem się zakończenia, a to mi się rzadko zdarza :P

Cóż, podjąłem ryzyko, mrugając w tym miejscu okiem do czytelnika, ale kiedy wpadłem na ten pomysł, zwyczajnie nie mogłem się oprzeć. ;)

 

Dziękuję wszystkim z kliki, miło znowu oglądać swój w Bibliotece.

Nie wiedziałem[+,] w jakim wieku została zainfekowana, ale to przecież bez znaczenia.

No, chodźmy już, widzę, że pozostali są już na miejscu – dodała, rzucając okiem na ekran mycetozy.

Oba już są potrzebne?

– Och[+,] przestańcie się rozczulać – Sven/Stephan wyglądał na lekko poirytowanego.

Pracowała przecież zdecydowanie więcej[-,] niż inni zrzeszeni.

Upatrzyłem już nawet odpowiednie miejsce.

Już nie mogłem się doczekać.

Wyrzuciłabym drugie już.

Chcemy wysłać dziesiątki, może nawet setki pocisków wypełnionych zarodnikami w kierunku znanych planet pozasłonecznch, szczególnie tych rokujących nadzieję, że mogło na nich powstać życie.

Literówka.

Mi wystarczyła rola obserwatora.

Napisałabym: mnie.

Mi wystarczyła rola obserwatora.

Powtarzałem to sobie tak długo, aż prawie w to uwierzyłem.

 

To nie wystarczy.

Trochę za blisko siebie te powtórzenia.

 

Czytało mi się bardzo dobrze.

Mam wrażenie, że to jest bardziej uniwersalna opowieść o braku możliwości porozumienia ludzi z różnych światów, wyznających różne wartości. 

Zakończenie w zasadzie przewidywalne, stąd te przemyślenia bohatera, jak to Ewa się przejmie jego śmiercią, wydały mi się… brakuje mi słowa, a nie chcę napisać: śmieszne. W sumie mogę to tylko wytłumaczyć zaślepieniem miłością.

Ogólnie przyjemne :)

Mam wrażenie, że to jest bardziej uniwersalna opowieść o braku możliwości porozumienia ludzi z różnych światów, wyznających różne wartości. 

Interpretacja jak najbardziej poprawna.

Zakończenie w zasadzie przewidywalne, stąd te przemyślenia bohatera, jak to Ewa się przejmie jego śmiercią, wydały mi się… brakuje mi słowa, a nie chcę napisać: śmieszne. W sumie mogę to tylko wytłumaczyć zaślepieniem miłością.

Być może pasowałoby “naiwne”? Bo taki był zamysł.

Ogólnie przyjemne :)

Dziękuję.

Uwaga, spojleruję.

 

Muszę przyznać, że kibicowałam Pawłowi, ale cieszę się, że mu nie wyszło. Pewnie bym się uśmiechnęła, gdyby było inaczej, ale zaraz potem wzruszyłabym ramionami – przeczytałabym kolejną dość naiwną bajkę. Tutaj brak happy endu jest według mnie jedynym słusznym rozwiązaniem. No i jak pięknie, mimo że tak bardzo przewidywalnie, zagrałeś tą strzelbą dziadka Antona :))

Opowiadanie zbudowane jest wokół kontrastu, dość mocno podkręconego, przez co wyraźnie widać dzielącą bohaterów barierę. Wydaje mi się jednak, że ten kontrast wyszedł aż nazbyt jaskrawie, czarno-biało, przez co właściwie żadna z postaci nie była dla mnie w pełni autentyczna. Ewie absolutnie mogę to wybaczyć, natomiast Paweł, hmm… jakiś taki wyszedł przeegzaltowany, co przyjmuje skrajną postać w finale i wypada dość mocno melodramatycznie. I właściwie to sama nie wiem, czy mi się to podoba, czy nie, bo z jednej strony jakieś to takie za bardzo, a z drugiej – no przecież o ten kontrast tu chodziło, więc po co się czepiać tego, że jest? Wolałabym może, żeby ta barierę bardziej było czuć między słowami, w gestach może, w tym co niewypowiedziane, niż w dość płomiennych wyznaniach i nieczułych komunikatach. Ale zdaję sobie sprawę, że limit wymusza też pewne rozwiązania i czasem trzeba pokazać coś wprost, bez zabawy w subtelności.

Natomiast ogólnie czytało mi się przyjemnie, podobały mi się zabiegi ze zmianą narratora – urozmaicały tekst i podkreślały temat. Bardzo fajnie też wyszło budowanie napięcia w scenie na dachu. Ogólnie jestem zadowolona z lektury :)

Wydaje mi się jednak, że ten kontrast wyszedł aż nazbyt jaskrawie, czarno-biało, przez co właściwie żadna z postaci nie była dla mnie w pełni autentyczna.

Zależało mi na pokazaniu dwóch skrajnie odmiennych, ale równie patologicznych podejść do emocji – deprywację i egzaltację – jako, że są to główne postawy, na bazie których funkcjonują społeczności internetowe, będące metaforycznym tłem tej opowieści. Ale, jak już wspominano, mogłem trochę przesadzić.

Kurczę, szkoda że gdzieś (poza komentarzami ;)) nie rzuciłeś klucza do tej metafory, bo w takim ujęciu to ma sens, a mój zarzut o brak autentyczności postaci w sumie przestaje być zarzutem a staje się pasującym klockiem – mało jest miejsc, gdzie ludzie są równie nieautentyczni, co w sieci ;)

Cóż, metafora powinna tłumaczyć się sama, ale jak widać nie wyszło. Może kolejnym razem. ;)

Świat, do któ­re­go na­le­ży Ewa, zo­stał opi­sa­ny na tyle do­kład­nie, a mo­ty­wy po­stę­po­wa­nia Pawła przed­sta­wio­ne na tyle jasno, że od po­cząt­ku wia­do­mo było, że to o czym roi Paweł nigdy się nie speł­ni, że jego ma­rze­nia legną w gru­zach. Mocno dziwi, że chło­pak, do­brze wy­cho­wa­ny przez dziad­ka i oczy­ta­ny, nie za­uwa­ża ni­cze­go poza wła­snym celem i dąży do niego jak, nie przy­mie­rza­jąc, ćma le­cą­ca ku pło­mie­nio­wi świe­cy.

Po­ja­wia­ją­ca się na po­cząt­ku dwu­rur­ka nie po­zo­sta­wia wąt­pli­wo­ści, że bę­dzie użyta, spo­dzie­wa­łam się jed­nak, że Paweł roz­pra­wi się ra­czej z mi­ło­ścią swego życia.

 

Jak zwy­kle wy­zy­wa­łem się w my­ślach, przy­glą­da­jąc się, jak moja uko­cha­na wita się ze zna­jo­my­mi i po­bie­ra po­si­łek. To stało się moim ry­tu­ałem. –> Objaw się­ko­zy.

 

Jej uroda od­bie­ra­ła mi dech. –> Ra­czej: Jej uroda za­pie­ra­ła mi dech. Lub: Jej uroda obez­wład­nia­ła mnie.

 

Kiedy po­wi­ta­ła się już ze zna­jo­my­mi… –> Kiedy przy­wi­ta­ła się już ze zna­jo­my­mi

Po­wi­tać można kogoś, ale nie się z kimś.

 

Jesz­cze pięt­na­ście lat temu temu miesz­ka­ły… –> Dwa grzyb­ki w barsz­czy­ku.

 

Stwier­dził, je­stem zbyt młody, że mam prawo sam wy­brać, kiedy już do­ro­snę. –> Chyba miało być: Stwier­dził, że je­stem zbyt młody i będę miał prawo sam wy­brać, kiedy już do­ro­snę.

 

krę­ci­ło się kil­ku­dzie­się­cio­ro zrze­szo­nych płci oboj­ga. –> Wy­star­czy: …krę­ci­ło się kil­ku­dzie­się­cio­ro zrze­szo­nych.

Skoro kil­ku­dzie­się­cio­ro to zro­zu­mia­łe, że płci oboj­ga.

 

Ewa po­de­szła i za­czę­ła wy­mie­niać z nimi po­ca­łun­ki. […] Kie­dyś ten gest miał zna­cze­nie. –> Po­ca­łu­nek nie jest ge­stem. Gesty wy­ko­nu­je się rę­ka­mi.

 

Zo­sta­li­śmy po­dzie­le­ni na grupy, któ­rym przy­dzie­lił po­szcze­gól­ne za­da­nia. –> Nie brzmi to naj­le­piej.

 

W końcu jed­nak za­ga­iła do mnie jedna z dziew­czyn. –> Już pa­ro­krot­nie ktoś za­ga­jał, więc może tym razem: W końcu jed­nak za­gad­nę­ła mnie jedna z dziew­czyn.

 

Do wie­czo­ra roz­ma­wia­li już tylko o rze­czach po­waż­nych. –> Ra­czej: Do wie­czo­ra roz­ma­wia­li już tylko o spra­wach po­waż­nych.

 

Wy­tłu­macz mi, jak w tym sens. –> Li­te­rów­ka.

 

Nie mi­nę­ło ko­lej­ne pięć minut, nim wzbu­dzi­ła ekran… –> Nie mi­nę­ło ko­lej­ne pięć minut, gdy wzbu­dzi­ła ekran

 

ale prze­cież wspól­no­ta cze­ka­ła prze­cież na niego… –> Dwa grzyb­ki w barsz­czy­ku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mocno dziwi, że chłopak, dobrze wychowany przez dziadka i oczytany, nie zauważa niczego poza własnym celem i dąży do niego jak, nie przymierzając, ćma lecąca ku płomieniowi świecy.

Cóż powiem, obsesja. Zdarza się młodym i zakochanym.

 

Za łapankę dziękuję, ale jak rozumiem nie wolno mi w tej chwili nic poprawiać, więc chwilowo zostanie, jak jest.

No właśnie, None, obsesja, choć nie przeszkadzało to Pawłowi trwać w przekonaniu, że kocha miłością prawdziwą i czystą.

Tak, poprawki dopiero po ogłoszeniu wyników.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No właśnie, None, obsesja, choć nie przeszkadzało to Pawłowi trwać w przekonaniu, że kocha miłością prawdziwą i czystą.

W istocie. Ale to akurat w przypadku obsesyjnego zakochania jest względnie powszechne.

Bardzo mi się podobało. Bohater jest wystarczająco irytujący, by chcieć go zdzielić przez łeb, a równocześnie nie na tyle, żeby przestać czytać.

Motyw kolonizacji i braku porozumienia między dwoma istotami (człowiek/alien, człowiek/android, ortodoks/wojujący ateista, itp.) – nic nowego. Taka “Inwazja porywaczy ciał” w wersji słit-lajt. Mimo to wciąga, intryguje, bawi.

Dobra robota :)

Przeczytane.

Melduję przeczytanie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Fabuła: Historia miłości w utopijnej przyszłości rozwijała się w nawet zachęcający do czytania sposób, jednakże zakończenie okazało się dość przewidywalne, podobnie jak zaprezentowane w tekście refleksje.

 

Oryginalność: Zaprezentowano kilka ciekawych rozwiązań językowych, jednak całokształt nie powala na kolana – symbionty z kosmosu, wyidealizowane społeczeństwo odrzucające głębsze relacje uczuciowe pomiędzy ludźmi… to już było. Na plus wizja symbiontu jako daru, który należy rozprzestrzeniać.

 

Język: Spodobał mi się opis podziwiania nieba przez parę, dostrzegam tu potencjał. Momentami wypowiedzi postaci są jak dla mnie trochę zbyt sformalizowane, brzmią jak cytaty z podręcznika, lecz w przypadku Ewy można tłumaczyć to wpływem symbiontu. Dla większej klarowności zapisu wypadałoby, żeby fragmenty pisane narracją pierwszoosobową były oddzielone od tych prowadzonych w trzeciej osobie czymś bardziej wyraźnym niż tylko pustym wierszem. Kilka zgubionych przecinków: „Nagle dotarło do mnie, że ogarnięty euforią nie spytałem Ewy[+,] czym w zasadzie jest WW”. Narracja nieoddzielona enterem od didaskaliów: „– zawołała za mną. Pomimo wypełniającego mnie bólu i poczucia straty, mimo wściekłości, która wypalała mnie od środka, zatrzymałem się, a na dnie mego roztrzaskanego serca nieśmiało odważyła się zakiełkować nadzieja”.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dziękuję za komentarz. 

Błędy (również te wskazane wcześniej) poprawiłem.

Nowa Fantastyka