- Opowiadanie: RogerRedeye - Śmierć człowieka liżącego palce

Śmierć człowieka liżącego palce

Kiedyś napisałem dla “Szortalu” miniaturę “Bezsilność”, a następnie zamieściłem ją i na tej stronie.  Link → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/20359

Pomyślałem sobie jednak, co by było, gdybym dokonał konwersji tego tekstu?

Dokonałem i tak powstała ta opowieść. Opublikowała ją “Histeria”, oczywiście wiedząc, co było pierwowzorem.

Poniżej efekt.

Wykorzystałem ponownie ilustrację z “Bezsilności”, bo “histeryczna” nie za bardzo przypadła mi do gustu.

Spokojnej lektury o świecie teatru i  jego bywalcach... .

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Śmierć człowieka liżącego palce

 

 

“Cogito ergo sum” (Kartezjusz)

 

Z satysfakcją zauważyła, że młoda aktorka wzięła głęboki oddech.

Wyglądało na to, że odtwórczyni roli Julii świetnie opanowała warsztat. Dziewczyna znała swoją robotę. Czekała ją długa scena dialogowa z ukochanym.

Gdyby tylko w wypowiadane słowa wkładała więcej uczucia, wyraziściej grała ciałem, popracowała nad gestami… Na pewno szybko trafiłaby na plan filmowy. Podczas prób wielokrotnie rozmawiano o rolach w serialach i kinowych przebojach. To miało duże znaczenie i dla niej – poszerzała wiedzę o otaczającym świecie.

Rozsiadła się wygodniej i skupiła na słuchaniu. 

Tekst brzmiał naprawdę nieźle, nasycony uczuciem miłości – i zawodu, że stojący pod balkonem młodzieniaszek nosi nazwisko, w jej rodzie wymawiane ze wzgardą. Tak nienawistne, że krewni Julii z utęsknieniem czekali na chwilę, w której mogliby komuś z tego klanu wbić sztylet w brzuch i rozkoszować się jego męką.

W myślach wtórowała aktorce. Lubiła sztuki Szekspira. Nie wszystkie, bo uważała, że spłodził sporo tandety, pragnąc napełnić pusty trzos.

 

„Romeo! czemuż ty jesteś Romeo!

Wyrzecz się swego rodu, rzuć tę nazwę!

Lub, jeśli tego nie możesz uczynić,

To przysiąż wiernym być mojej miłości,

A ja przestanę być z krwi Kapuletów”.[i]

 

Głos docierał do najdalszych części wielkiej sali. Wibrował, dodatkowo zabarwiony wyraziście słyszalnym poczuciem rozczarowania, że ten, którego pokochała całą duszą, jest śmiertelnym wrogiem jej rodziny. 

Rozległy się brawa. Niespecjalnie intensywne, jednak z aprobatą kwitujące sposób przekazania jednej z najważniejszych scen znanej tragedii. Niebawem ucichły, nie przemieniając się w owację.

Mogła z tej sceny wycisnąć dużo więcej – pomyślała z goryczą, bo już zdążyła polubić młodą odtwórczynię. – Cholera, mimo wszystko spatałaszyła sprawę! Jednak powinna popracować nad mową ciała. To takie proste, a ona tego nie rozumie! Czekała ją wielka rola, a gra zaledwie trochę lepiej niż dobrze.

Chciała wyrzucić z siebie serię ordynarnych bluzgów, ale się powstrzymała. Uważała, że wulgaryzmy uwłaczają jej godności. Poprzestała na mruknięciu pod nosem w tylko przez nią rozumianym języku:

– Co za kurestwo… Stracić taką szansę… Jedno wielkie badziewie, ot co.

Skupiła się teraz na oglądaniu widowni.

Szeleściły opakowania chipsów, niekiedy błyskał flesz smartfonu, co pewien czas oklaski wieńczyły dobrze zagraną scenę. Jeszcze niedawno odgłosy rozrywanych opakowań doprowadzały ją prawie do szału, jednak w końcu przyzwyczaiła się do tych szmerów, przeszkadzających w przeżywaniu spektakli. Nie mogła pojąć, jak w świątyni Melpomeny można żuć najrozmaitsze ciastka i słone paluszki, mlaskając z ukontentowaniem, wtedy, gdy Hamlet rozpoczynał swoją słynną kwestię. Sądziła, że jest to znieważanie aktorskiej sztuki.

Kochała teatr, w którym stale przebywała. Od niego przecież wszystko się zaczęło… Stary budynek z wielką sceną spowodował, że poczęła się przeistaczać. Nie cierpiała lekceważenia go i zamieniania w salę kulinarną.

Ten nowy, dziwaczny obyczaj miał jednak całkiem dobre strony. Cichcem, jako ostatnia, opuszczała swoje miejsce przeżywania przedstawienia, późno, tuż przed pojawieniem się sprzątaczek. Starała się nie rzucać w oczy. Tak było najbezpieczniej. Wybierała sobie wtedy najbardziej smakowite wiktuały. Niektóre foliówki były prawie pełne, co kwitowała z zadowoleniem. Stanowiły cenne uzupełnienie jednostajnej diety, wystarczając na wiele dni.

Teraz też planowała uczynić tak samo. Do końca miłosnego dramatu pozostawało jeszcze sporo czasu, powróciła więc do obserwacji widzów.

Reagowano zbieżnie z jej odczuciami – jest interesująco, ale widowisko nie wywoływało fascynacji teatromanów, wypełniających rzędy foteli. Na pewno myśleli podobnie jak ona: ciekawy spektakl, jednak niespecjalnie poruszający. Niebawem uleci z pamięci.

Westchnęła.

Dobrze już pojmowała, że kasowy przebój wymaga znakomitego pomysłu inscenizacyjnego, odnoszącego się do współczesności, wspartego porywającą grą aktorów.

Z goryczą skonstatowała, że chyba jako jedyna na tej wielkiej sali  rozumie tę prostą prawdę.

Z zadowoleniem stwierdziła, że jutro przed południem, jak zwykle, rozpocznie się próba nowego spektaklu. Wróżyła mu wielki sukces. I pewnie wiele się zmieni w życiu pracowników tego starego budynku, gdy nagle poczują smak niebywałego sukcesu. Jej, zwykłej, szarej istoty, nadal nikt nie dostrzeże. Nie przejmowała się tym brakiem zainteresowania, bo znakomicie ułatwiało życie.

Zupełnie nowe istnienie, do którego już się przyzwyczaiła i coraz mocniej kochała czymś, co nieśmiało określała jako duszę. 

 

***

 

 Przeniosła teraz uwagę na bardzo przez nią lubianą osobę – suflera. Pracował, dobrze ustawionym, wyraźnie słyszalnym szeptem przypominając aktorom tekst.

Jego twarz wykrzywiał nigdy do tej pory niewidziany grymas. Bólu, może nawet męki.

 Obserwowała go od lat, sama nie wiedziała, jak długo. Zdawała sobie sprawę, że jeszcze nie rozumie miar czasu, ale tym się nie przejmowała. Istniało bardzo wiele spraw, absorbujących jej uwagę, znacznie przecież ciekawszych od liczenia tygodni i miesięcy. Pamiętała, jak się zdziwiła, gdy smoliście czarna czupryna tego podpowiadacza poczęła dziwnie blaknąć. Pojęła, że po prostu siwieje. Czoło i policzki powoli pokrywały zmarszczki. Zastanawiała się na tymi zjawiskami, i wtedy zrozumiała znaczenie niekiedy wypowiadanego przez aktorów zwrotu – „chłop nam się starzeje…”.

Tylko ten wspaniały baryton pozostawał bez zmian. Uwielbiała go słuchać.

 

***

 

O sobie sądziła, że jest niezmienna, niezależna od upływu okresów, nazywanych latami. Niczego złego w swoim ciele nie dostrzegała. Była tylko bardziej ociężała niż kiedyś, ale uważała, że stała się sybarytką. Przynoszone przez widzów smakowite produkty robiły swoje. Nie wpływały na nadal wyborny słuch i wzrok. Te narządy niezmiennie pozostawały doskonałe. Inne ośrodki czuciowe też.

Z rozkoszą je wykorzystywała, przyglądając się kolejnym przedstawieniom.

 

***

 

Ponownie skupiła spojrzenie na człowieku siedzącym w budce, skrytej przez oczyma widzów.

Po raz pierwszy widziała taki wyraz twarzy suflera, chyba jednak oznakę cierpienia. To nie mogło być znudzenie widowiskiem, nieźle przecież przygotowanym, w sumie dość interesującym.

W ciągu wielu lat wyrobiła w sobie umiejętność wychwytywania najistotniejszych elementów spektaklu, decydujących o jego sukcesie. Ten mężczyzna reagował identycznie. To ją cieszyło, bo widziała, że pasjonuje się swoją pracą, zawsze uważny, czujny, świetnie wykonywał wcale niełatwe obowiązki.

Przez długą chwilę zastanawiała się nad czymś, co od jakiegoś czasu bardzo ją męczyło i często nie pozwalało skupić się na oglądaniu przedstawienia, studiowaniu reakcji widzów, krytyków i dziennikarzy.

Nie mogła zrozumieć, w jaki sposób posiadła swoje dziwne  umiejętności. Sądziła, że po prostu słowa, wypowiadane co wieczór,  wypełniające scenę, gęsto nasycające powietrze zmieniły jej umysł, przetworzyły jestestwo. Przeobraziły w kogoś zupełnie innego. Fale dźwiękowe stale zalewały jej uszy. Początkowo odbierała je jako irytujący szum. Chyba właśnie one, wsparte gestykulacją aktorów, oddziaływały na cząstki, z których się składała, przemieniały mózg, przynosząc zaskakujący efekt rozumienia wszystkiego, co się działo. Powiązała zachowanie odtwórców ze stale zalewającym jej uszy szumem i nagle dostrzegła, że rozumie poszczególne wyrazy. A potem całe zdania.

Ten proces lawinowo narastał. Szybko nauczyła się formułować myśli. Równie prędko, nieomal równolegle, poczęła tworzyć swój własny język.

Nagle zdała sobie sprawę, że istnieje jako samodzielny byt. Uważała, że formułowanie myśli spowodowało świadomość odrębnego istnienia.

Była bardzo dumna z tego odkrycia.

Nie pamiętała tylko, kiedy wszystko się zaczęło, ale jednak się wydarzyło. Niepostrzeżenie dla siebie samej stała się zupełnie inną istotą.

 

***

 

Powróciła do obserwacji suflera.

Głowa spoczywała na pulpicie, pięść zaciskała na kartach tekstu. Już nie podpowiadał, tylko charczał. Z kącika ust spływał  strumyczek krwi.

Chyba konał. Dobrze znała śmierć, często ją oglądała i równie często zadawała. Teraz kolejny mord nie sprawiał już satysfakcji, ale był koniecznością, więc bez wyrzutów sumienia pozbawiała życia swoje ofiary.

Rozumiała, że stało się coś bardzo złego. Pragnęła pomóc, coś uczynić, żeby przerwano spektakl, żeby ktoś zajął się jej ulubieńcem.

Ten człowiek umierał!

Nie zastanawiała się długo.

Zerwała się i wpadła na scenę. Sadziła długimi susami, wrzeszcząc przeraźliwie. Mignęła myśl, że aktorzy i widzowie odbiorę te fale dźwiękowe zupełnie inaczej, ale chodziło przecież o to, żeby ktoś dostrzegł konanie suflera i przyszedł mu na ratunek. Reszta się nie liczyła.

Przysiadła obok pulpitu z kartami tekstu, nadal przeraźliwie krzycząc.

 

***

 

Aktor, grający Romea, miał u pasa rapier. Oceniała, że jest to reżyserska fanaberia, zbytnie przywiązanie do realiów czasów, w których toczyła się  akcja tragedii. Inni wykonawcy sztylety albo puginały, prawdziwy oręż, wypożyczony z muzeum.

Cudem uniknęła cięcia. Było mocne, klinga gładko rozszczepiła na pół arkusze suflerskiego scenopisu.

Wiedziała, że musi uciekać. Zrobiła, co należało, teraz przyszła pora ratowania swojego istnienia.

Kątem oka dostrzegła, że ręka z zaciśniętą pięścią bezwładne opadła. Krew jednak nadal sączyła się z kącika ust, więc jeszcze żył.

Zmierzając pędem do swojej stałej kryjówki, usłyszała jeszcze krzyk Julii:

– Skąd wziął się tutaj ten wściekły szczur?! Nie będę grała w teatrze, pełnym ohydnych gryzoni! I czemu tak okropnie piszczał?! Wybijcie te ścierwa!

 

***

 

Po suflerze pozostały tylko dwie żółknące klepsydry. Jedna wisiała w hallu, druga w bufecie.

Szczurzyca Eva sądziła, że szybko wylądują w koszu.

Jak zwykle, rozsiadła się wygodnie. Bacznie obserwowała przebieg próby nowej sztuki, „Gargantui i Pantagruela” według Rabelais’go, pogryzając ze smakiem ciasteczko sezamkowe. Posiadała ich sporo, zebrała ponad tuzin do połowy opróżnionych pakietów.

W ten sposób świętowała otrzymanie imienia. Sama je sobie nadała, a wybrała, studiując stary program sztuki „Wygnanie z Raju”. Podobało się jej  i miało ważne znaczenie.

Ciężkie czasy zaciekłego polowania na gryzonie w końcu minęły. Wszędzie kładziono zatrute pożywienie i pułapki, ale ona od dawna nauczyła się je omijać. Nowością był gaz. Ledwie uniknęła śmierci. Miała szczęście, że dostrzegła ludzi w kombinezonach i maskach, z butlami na plecach. Domyśliła się, co będą robić.

Kryjówka Evy znajdowała się pod jodłowymi deskami grubej podłogi jednej z garderób. Pocięła zębami na szmaty nieużywany kostium i uszczelniła swój matecznik. Pracowała pilnie, nosząc strzępy tkaniny w ryjku, a potem starannie zatykając wszelkie szpary. 

Przydały się obfite zapasy pożywienia.

Czas przymusowego odosobnienia spędziła w ciemnościach, oddając się rozmyślaniom. Powzięła wtedy ważne dla niej postanowienie i mogła je dogłębnie przeanalizować.

Teraz, gdy posiadła jeszcze umiejętność czytania, powinna stać się pramatką nowego gatunku szczurów. Potrzebowała tylko rozpłodnika, ale znalezienie właściwego samca nie nastręczało trudności. Znała kilku odpowiednich. Jeżeli zginęli w tej śmiertelnej kośbie, urządzonej przez ludzi, poszuka nowych.

Uważała takie postępowanie za konieczne. Ciągle się rozwijała, zarówno umysłowo, jak i fizycznie – osiągnęła już wielkość dobrze wyrośniętego kocura. I nadal rosła.

Potomstwo będzie bytowało w teatrze, a ona przekaże im swoją wiedzę i doświadczenie. Ten zalew słów, wypowiadanych na scenie, przeistoczył ją, a małe szczurki rozwiną się jeszcze bardziej.

Staną się zaczynem nieistniejącej jeszcze rasy szczurów rozumnych.

W końcu powróciła do ulubionego zajęcia. Uprzątnięto zwłoki jej pobratymców, przewietrzono pomieszczenia.

Mogła znowu rozkoszować się grą aktorów i z przejęciem śledzić przebieg prób.

Mogła w myślach dopracowywać szczegóły wielkiego projektu.

 

***

 

Odruchowo rzuciła okiem na nowego suflera. Nie cierpiała go, a nawet zaczynała nienawidzić, bo wyrażał się pogardliwie o zmarłym.

– Z takim głosem i dobrą aparycją zrobiłby karierę jako spiker telewizyjny albo radiowy, a on trwonił tutaj czas za marne pieniądze – rzucił kiedyś do jednej z statystek, którą próbował uwodzić. – Umarł, niech mu ziemia lekką będzie, ale stracić taką szansę!

– Kompletny baran – zakończył pogardliwe.

W Evie od początku budził niechęć. Drażniło ją nawet to, że przewracając karki tekstu, ślinił palec.

Niechęć przemieniała się w odrazę, a ta w nienawiść, chociaż szczurzyca dobrze wiedziała, że nowy podpowiadacz nie jest niczemu winien.

Postanowiła, że już nie będzie na niego zwracać uwagi. Nie był tego wart.

Zainteresowała się przebiegiem próby.

Przetworzony przez reżysera tekst powieści, z licznymi dopiskami,  brzmiał znakomicie i był grany porywająco. Często budził zaciekawienie i śmiech, równie często zmuszał do zastanowienia.

Akcja, przeniesiona do współczesności, toczyła się w dziwnym kraju, o którym Gargantua powiadał, że znajduje się wszędzie i nigdzie.

To był najlepszy i najciekawszy spektakl, który do tej pory oglądała.

Wsłuchała się w jedną z ulubionych fraz. Akurat ją wypowiadano.

 

„Ktoś jest zacz, coś wszedł w sracz złożyć swe wielmożne łajno – słuchaj no. Niech tego trafi szlag, niech tego zdusi powietrze, kto swego zadka czysto do gładka w czas nie podetrze”.[ii]

,

Zdania przerywały soczyste bekania.

Nagle łapka Evy z herbatnikiem zamarła w bezruchu. Gdzieś z głębin stale rozwijającego się umysłu wypłynęła oczywista i prosta konstatacja.

Pragnęła zostać rodzicielką nowego pokolenia szczurów, przekazać im swoją wiedzę, może telepatycznie – znała już znaczenie tego wyrazu – a tylko teoretycznie wiedziała, jak walczyć z ludźmi. Jak ich tępić, jeżeli zajdzie taka potrzeba.

Gdy gorączkowo rozkładano trutki i pułapki, posłyszała, że ona i jej pobratymcy dysponują taką bronią. Roznoszą szczurzą gorączkę i wirusy choroby, zwanej tyfusem plamistym. Bardzo się jej lękano.

Powinna sprawdzić ich skuteczność…

Wybór celu nasuwał się sam. Musiała zabić nowego suflera. Lizał palce przy śledzeniu tekstu, więc idealnie nadawał się na ofiarę.

Z zadowoleniem połknęła kolejny kęs ciasteczka.

 

***

 

Po twarzy młokosa z irokezem na głowie spływał pot. Już nie musiał ślinić kciuka, żeby przewrócić kartkę. Wystarczyło, że często obcierał policzki. Krasiły je dziwne wypieki, jakby chłopak silnie gorączkował.

Pracował wytrwale, mimo tego, że wyglądało, iż ledwie trzyma się na nogach. Nie mówił, tylko chrypiał.

Eva z zadowoleniem wyszczerzyła zębiska. Była już brzemienna. Czuła poruszanie kilku drobniuteńkich ciał. Może wyciągały łapki, a może przytulały się do siebie.

Dobrze wiedziała, że szybko dowie się o niespodziewanej śmierci niedawno przyjętego pracownika. Znowu zawisną dwie klepsydry, jedna w hallu, druga w bufecie, a te dwunogie stwory, ludzie, pewnie wypiszą na nich patetyczne banały.

Przeżyją potem ciężkie chwile, ona i jej potomstwo, protoplaści nowego gatunku istot rozumnych. Pewnie schronią się w rurach kanalizacyjnych. Będzie dysponować czasem, żeby opowiedzieć o nowym doświadczeniu. O tym, że może za wieleset lat ich potomkowie opanują świat.

Powie im, że zabicie człowieka ma słodki, sezamkowy smak i jest równie łatwe, jak uśmiercenie myszy.

 – Niech sczezną jak najszybciej – mruknęła. – Ostatni może zrozumieją, że cała reszta jest tylko wiecznym milczeniem.

Wąski pysk okrasiło coś, co wyglądało na uśmiech.

 

12 maja 2018 r. Roger Redeye 

 

[i] Tekst tragedii Szekspira w tłumaczeniu Leona Ulricha.

 

[ii] Tłumaczył Tadeusz Boy-Żeleński.

 

Jako ilustrację wykorzystałem fotos z filmu Franco Zeffirelliego „Romeo and Juliet”.

Źródło ilustracji – http://whilemoujiksleeps.blogspot.com/2010/12/genial-el-vestido-de-julieta.html

 

Koniec

Komentarze

Mimo że opowiadanie czytało się całkiem nieźle, to nie mogę pozbyć się wrażenia, że jest ono nieco przegadane, co może wynikać z porównania z długością Bezsilności, a może miała na to wpływ zmiana bohaterki. Nowa, jak by na to nie patrzeć, miała przecież znacznie więcej do przemyślenia i zaplanowania.

Jej tożsamość okazała się znacznie łatwiejsza do odgadnięcia i stała się dla mnie jasna, kiedy dowiedziałam się, że przestały jej przeszkadzać odgłosy chrupania i mlaskania dochodzące z widowni i że z zadowoleniem przywłaszcza sobie zawartość porzuconych torebek. Ale też, jak mniemam, wcale nie chodziło tutaj o zachowanie tajemnicy do końca tej historii.

Szkoda tylko, że tekst nie został przeczytany przed opublikowaniem, bo nie ukrywam, że przeszkadzały mi potknięcia i literówki – były jak szelest papierków, tudzież odgłosy chrupania i mlaskania na widowni.

Mam nadzieję, Rogerze, że usuniesz usterki, bo chciałabym móc kliknąć Bibliotekę.

 

Wy­glą­da­ło na to, że od­twór­czy­ni roli Julii świet­nie opa­no­wa­ła warsz­tat Dziew­czy­na znała swoją ro­bo­tę. –> Brak kropki na końcu pierwszego zdania.

 

A ja prze­sta­nę być z krwi Ka­pu­le­tów.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowiadania.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/kropka-po-cudzyslowie;11581.html

 

Sta­ra­ła się się nie rzu­cać w oczy. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Nie­któ­re fo­liów­ki były pra­wie pelne… –> Literówka.

 

stu­dio­wa­niu re­ak­cji wi­dzów, kry­ty­ków i odzien­ni­ka­rzy. –> Literówka.

 

Nagle zdała sobie spawę… –> Literówka.

 

był ko­niecz­no­ścią, wię bez wy­rzu­tów su­mie­nia… –> Literówka.

 

ręka z za­ci­śnię­tą pię­ścią bez­wład­ne opa­dla. –> Literówka.

 

Nie będę grała w te­atrze, pel­nym ohyd­nych gry­zo­ni! –> Literówka.

 

‘Kry­jów­ka Evy znaj­do­wa­ła się… –> Zbędny znak na początku zdania.

 

Uprząt­nię­to zwło­ki jej po­ba­rym­ców… –> Pewnie miało być: Uprzątnięto zwłoki je pobratymców

 

Za­onyr­tr­so­wa­ła się prze­bie­giem próby. –> Pewnie miało być: Zainteresowała się prze­bie­giem próby.

 

Czę­sto bu­dził za­cie­ka­wie­nie i śmech… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgadzam się z Reg, że tekst nieco przegadany. Ale przyjemnie odgadywało się tożsamość narratorki.

Zaonyrtrsowała się przebiegiem próby.

Niezła kumulacja literówek.

Już nie musiał ślinić kciuka, żeby przewrócić kartkę. Wystarczyło, że często obcierał policzki.

A tu chyba wiem, co chciałeś powiedzieć, ale nie wynika to ze zdań. IMO, znaczą, że nowy sufler nie musiał ślinić palca, bo kartki przewracały się od pocierania policzków.

Babska logika rządzi!

 

Dla porównania ilustracja “histeryczna”.

Trochę dziwne stanowisko/opinia PWN, nie pierwsze zresztą. Wielkopański czy jednak wielko pański? No bo teraz nowo modny, a nie nowomodny. Cytuję zwrotkę z wiersza Słowackiego, zakończoną kropką, ale kropkę trzeba przenieść. No, ale Ordnung muss sein.

Jasne, że nie musiał już ślinić palca/palców. Ocierał nimi pot. Raczej proste.

Chyba została jedna literówka, bo coś ciężko ją znaleźć.

Dzięki za komentarze.

Przy okazji zaproszę do przedostatniego tekstu drukowanego w “Okolicy strachu”. Przedostatniego, bo w styczniu ukaże się kolejny, trzeci.

Link → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/20953

Pozdrówka nowo roczne albo też nowo roczne.

Całkiem fajne, choć do wykonania miałabym sporo uwag, ale niestety nie mam w tej chwili jak zrobić łapanki albo choćby ich wypisać. Szwankują nieco przecinki, czasem składnia.

Ale tajemnica bohaterki jest ładnie poprowadzona, a to najważniejsze. Istotnie, trochę skrótów by tekstowi nie zaszkodziło, wręcz przeciwnie, no i 15k to na pewno nie szort, nawet w mojej dość elastycznej klasyfikacji ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dla mnie to jest krótkie opowiadanie – chyba najdłuższym, które napisałem, są “Listy kochanków”.

Lnk → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/14454

Ale uwaga słuszna, zmieniłem klasyfikację tekstu.

Przecinki, składnia? Chyba nie…

Oczywiście, że tekst można skrócić. Tyle, że bardzo podobał mi się cytat z “Gargantui i Pantagruela” i z przyjemnością go zamieściłem. Ponadto zależało mi na w miarę dokładnym przedstawieniu postaci Evy. Ano, taki styl.

Dzięki za komentarz.

Pozdrówka.

Jak dotarłam od komórki do komputera, to przejrzałam jeszcze raz i rzeczywiście, nie jest wcale źle. Może kwestia medium i kontekst przekazu ma jednak znaczenie, bo za pierwszym razem trochę brnęłam, a na wygodnie czytało się znacznie lepiej. Teraz w zasadzie rzuca mi się w oczy tylko to zdanie:

 

“stojący pod balkonem młodzieniaszek nosi nazwisko, w jej rodzie wymawiane ze wzgardą” – przecinek tu na pewno jest źle, a całość też sformułowana nieszczególnie, tu się jednak prosi “które w jej rodzie wymawiano ze wzgardą albo nazwisko wymawiane w jej rodzie ze wzgardą

 

Klikam.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przecinek w tym zdaniu jest konieczny, i to w właśnie w tym miejscu,w którym go postawiłem, bo oddziela dwa człony zdania, a każde z imiesłowem. A po co które? W języku polskim szeroko stosowany jest podmiot domyślny, w przeciwieństwie od języka niemieckiego, i tutaj też. Nosi, co? – nazwisko – i wiadomo, że jeżeli wymawiane, to ze wzgardą. Co wymawiane? – nazwisko… Krótko i prosto.

Ale, z drugiej strony, dużo zależy od stylu pisania, to też prawda. 

Świadomie w komentarzu postawiłem sporo przecinków… Koniecznych.

Pozdrówka. Dzięki za nominację biblioteczną.

Rogerze, Twój tekst, Twój wybór. Niemniej przecinki i imiesłowy to kwestia imiesłowów przysłówkowych, a nie przymiotnikowych – jeśli te drugie występują jako określenia rzeczownika (jak tutaj), to przecinki nie są potrzebne. Podobnie jak nie zawsze występujące po sobie przymiotniki oddzielasz przecinkami – zależy to od kontekstu. Ale powtarzam: Twój wybór.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

RR, moje myśli po przeczytaniu.

Tytuł prowokacyjny niemożliwie – chyba dobrze.

Opowieść niesamowita, dobrze napisana, zajmująca. :)

 

Nawiązanie do Szekspira – dla mnie duży plus, uwielbiam Szekspira, ponieważ archetypowy i wszystkie możliwe schematy wykorzystał w swoich dramatach i komediach. Zastanawia mnie, dlaczego wybrałeś akurat „Romea i Julię”, a nie Otella – przez miłość do aktorki, suflera (?), przez młodość (przeistaczanie się w świadomą istotę).

 

Przywiązałam się do tej szczurzycy Evy i przemiana z dobrej na planującą zagładę rodzaju ludzkiego, zmartwiła mnie. A czyż Eva nie pomyślała o tym, kto jej zapewni duchową strawę, rozrywkę, kto będzie grał sztuki, które pokochała? Instynkt i ewolucja zwyciężyła nad umiłowaniem słowa. Jednak rozumiem, pewnie szczury będą pisały swoje dzieła i odgrywały dla siebie.

 

Głowna bohaterka Eva bardzo dobrze przedstawiona przez zachowania (nawet gatunkowe np. rozglądanie się i ruchliwość), sposób myślenia i przeistaczanie. Pięknie pokazałeś, że świadomość budzi się wraz ze słowem i myśleniem. Taki pogląd jest mi bliski.

 

Poczekałabym ciut dłużej, chyba do okrzyku Julii, z podaniem informacji:

„Kochała teatr, w którym stale przebywała. Od niego przecież wszystko się zaczęło… Stary budynek z wielką sceną spowodował, że poczęła się przeistaczać. Nie cierpiała lekceważenia go i zamieniania w salę kulinarną.”

To prawda, że był to zaledwie trop, a jednak poczekałabym. Zamiast tego dodałabym trochę „dekoracji” z poziomu Evy, takich związanych z teatrem. Mamy papierki – zgoda, mamy reakcję publiczności – jasne, ale ja lubię opisy, więc mi tego brakowało, najlepiej z poziomu zmysłów szczura (trudne ale mogłaby być dobra zabawa przy pisaniu i czytaniu).

 

Z drobiazgów, w trakcie czytania miałam kilka zatrzymań:

w jej rodzie wymawiane ze wzgardą

Kłopot z jej (Ewa, czy Julia), pewnie, że jasne, bo kanon szekspirowski, ale chyba napisałabym np. w rodzie ukochanej

dodatkowo zabarwiona

Wyrzuciłabym dodatkowo, niepotrzebne

Czekała ją wielka rola

Przecież gra, chyba scena?

wspaniały baryton

Moje skojarzenie od razu poszło w stronę opery i wróciłam na początek, aby sprawdzić, czy to sztuka. Nie bałabym się powtórzeń. Zauważyłam, że na NF jest to bardzo ważne aby ich nie było, lecz moim zdaniem niekiedy udziwnia tekst. Szczury podobno nie lubią niskich dźwięków, chociaż, również podobno, po kilku razach przyzwyczajają się do nich, więc jeśli chodzi o szczury to ok, lecz skojarzenie?

spływał  strumyczek krwi

Wypływał?

Rozumiała

Dokonany tj. zrozumiała, albo w ogóle odpuścić sobie rozumienie i zacząć od „Stało…”

aktorzy i widzowie odbiorę – odbiorą, literówka

ktoś dostrzegł konanie suflera i przyszedł mu na ratunek

Chyba zostawiłabym tylko „przyszedł suflerowi na ratunek.”

przerąbała na pół arkusze

Przecięła?

Już nie musiał ślinić kciuka, żeby przewrócić kartkę. Wystarczyło, że często obcierał policzki. Krasiły… 

Zdaje mi się niezgrabne tj. obcieranie i krasiły (z powodu archaizmu w tym znaczeniu).

 

Pozdrowienia.

Dzięki za komentarz i ocenę, mniemam, że wysoką. Zastanowię się nad sugerowanym zmianami. Przerąbała (klinga rapiera) chyba zostaje, bo ten czasownik jest bardziej dynamiczny i obrazowy.

Cóż, Eva kochała teatr, ale się rozwijała, zresztą dzięki niemu. A rozwój niesie różne skutki… Ponadto, tak jak kiedyś człowiek, rozwijała się wielorako. Z jej punktu widzenia, co zresztą podaję, zabicie nowego suflera jest logiczne. Człowiek niszczy szczur, może zniszczyć ją i jej potomstwo, którego chce, więc muszą mieć jakąś broń. No i wtedy, jako istota już myśląca, orientuje się, że w bardzo odległej perspektywie jej następcy mogą wygrać walkę z ludźmi. Czemu nie?

Szczęśliwego Nowego Roku!

Eee, rapier i przerąbać kartkę, no stosik. Cięłabym ostrą klingą:) ale autor ma zawsze rację. :) 

Zabicie nowego suflera – bardzo logiczne, wręcz konieczne. 

Szczury inteligentne, więc walka może przechylić szalę. Ich zwycięstwo, nasza porażka.

Szczęśliwego Nowego Roku.

W sumie racja z tym zdaniem, bo przerąbać generalnie dotyczy siekiery, topora, berdysza albo halabardy… Rapierem, szpadą, szablą też można przerąbywać coś, ale to nie jest główne zadanie tych broni.

Zmieniłem na gładko rozszczepiła. Przeciąć byłoby najprostsze, ale parę wyrazów wcześniej jest cięcie, no więc wybrałem rozszczepił. Zastanawiałem się nad przeniesieniem nieco dalej passusu informującego o tożsamości bohaterki, ale jednak nie. Niespecjalnie zależało mi na skrywaniu, kim jest, a ponadto tekst był już czytany i komentowany, a więc zmiana wyrazu na inny jest możliwa, ale przemodelowanie opowieści już nie.

W “Bezsilności” ukrycie tożsamości bohaterki było konieczne, tutaj już nie tak bardzo, bo tekst nie e opiera się na zaskoczeniu… Wręcz przeciwnie.

Dzięki za komentarz.

Pozdrówka noworoczne.

…I tak powstały pierwsze Skaveny ;)

A tak na serio – tekst całkiem ciekawy. Początek mi się dłużył, ale to dlatego, że przywoływał za dużo wspomnień z “Bezsilności”.

Od momentu śmierci suflera zaczęło jednak robić się ciekawiej. Późniejsza przemiana Evy z koneserki kultury w narzędzie zagłady wyszło ciekawie. Choć faktycznie stawia to pytanie, jaką strawą duchową będzie się żywić. Kto jednak mówi, że w aspekcie czynienia zabójczych planów nasza bohaterka musi być… inteligentna ;)

W każdym razie ciekawy koncert fajerwerków, z całkiem interesującą historią. Ode mnie klik.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

To prawda, że jeżeli ktoś czytał “Bezsilność”, początek może mu się dłużyć. W sumie pierwszy rozdział jest identyczny z tym w “Bezsilności”. To prawda, ale czytelnicy “Histerii” poprzedniej wersji nie musieli znać. I pewnie nie znali. A dla czytelnika nie znającego “Bezsilności” początek może być ciekawy. I mylący… 

Cóż, Eva się rozwija. Nadal kocha teatr, a niebawem zacznie kochać zabijanie ludzi, teraz i w przyszłości. Bardzo ludzkie, doprawdy… Tacy ludzie istnieli i nadal istnieją.

Eva jest wyjątkowa, co chyba zbyt słabo podkreśliłem. Ale, z drugiej strony, wyraźnie wynika to z tekstu. Zresztą, ona zdaje sobie w pewnym momencie sprawę ze swojej wyjątkowości. Dlatego wprowadziłem wyraz pramatka.

Robi się pyszna…

Dzięki za komentarz i nominację biblioteczną.

Pozdrówka.

gdybym dokonał konwersji tego tekstu

Konwersji na co? Pewnie się dowiem, jak przeczytam.

 Z satysfakcją zauważyła, że młoda aktorka wzięła głęboki oddech.

A co w tym satysfakcjonującego? Chyba, że ma świadczyć o tym, że…

 świetnie opanowała warsztat. Dziewczyna znała swoją robotę.

Ma? Ponadto – powtarzasz informację, zupełnie niepotrzebnie.

 Czekała ją długa scena dialogowa z ukochanym.

To też jakieś nie teges. To ukochany Julii, nie aktorki (za kulisy nie chodzimy), a scenę odgrywa aktorka. Dwa poziomy abstrakcji.

 To miało duże znaczenie i dla niej – poszerzała wiedzę o otaczającym świecie.

Kto? Nienaturalne sformułowanie, ale może to ma związek z naturą Twojej głównej postaci?

 Tekst brzmiał naprawdę nieźle

Tekst to raczej w druku – i myślę, że wkradł Ci się tu żargon. To po prostu nie wygląda dobrze.

 nazwisko, w jej rodzie wymawiane ze wzgardą

Umiejscowienie przecinka sugeruje, że ród Julii ma w pogardzie nazwiska jako takie. Jeśli go skasujesz, to będzie widać, że chodzi o konkretne nazwisko.

 czekali na chwilę, w której mogliby

Hmm.

 W myślach wtórowała aktorce.

Hmm…

 spłodził sporo tandety, pragnąc napełnić pusty trzos.

Ot, los literata. Bez przesady, motyw powstania dzieła niekoniecznie rzutuje na jego jakość. Zresztą akurat "Romea i Julię" niektórzy krytycy mają za parodię historyjek o kochankach – ale nie znam się na tym. Zresztą skąd narratorka wie o pieniądzach?

 Wibrował, dodatkowo zabarwiony wyraziście słyszalnym poczuciem

Ciutkę wpadasz w purpurę.

 Niespecjalnie intensywne, jednak z aprobatą kwitujące sposób przekazania jednej z najważniejszych scen znanej tragedii.

Tu też. Jakieś to zbyt kawę na ławę wykładające.

 spatałaszyła sprawę

Jest takie słowo?

 Czekała ją wielka rola, a gra zaledwie trochę lepiej niż dobrze.

To "czekała" trochę podcięło mi nogi.

 Uważała, że wulgaryzmy uwłaczają jej godności.

Czy ja wiem, czy nie lepiej byłoby to pokazać… tylko nie ma tu miejsca. Ale dama mimo wszystko klnie, więc mam nadzieję, że chciałeś ją odmalować jako niekonsekwentną.

 przeszkadzających w przeżywaniu

Powtarzający się dźwięk (prz).

 mlaskając z ukontentowaniem, wtedy, gdy Hamlet

Mlaskając z ukontentowaniem wtedy, gdy Hamlet. Albo: Mlaskając z ukontentowaniem, gdy Hamlet.

 Sądziła, że jest to znieważanie aktorskiej sztuki.

Dublujesz informację – pokazałeś to zupełnie dobrze powyżej. Poza tym poprawniej byłoby: że jest to zniewaga dla sztuki aktorskiej.

 Kochała teatr, w którym stale przebywała.

A innych nie? Ale to odpuszczam, bo widzę, że Twoja główna bohaterka jest jednak istotą materialną.

 spowodował, że poczęła się przeistaczać

Powtórzony dźwięk, i "poczyna" się w naszych czasach tylko dzieci. Może: pobudził ją do przeistoczenia? Wywołał w niej zmiany?

w salę kulinarną

Co to jest sala kulinarna?

 przeżywania przedstawienia

Powtórzony dźwięk.

 wystarczając na wiele dni.

Nie dawałabym imiesłowu.

 planowała uczynić

Trochę zbyt wydumane.

miłosnego dramatu

Hmm.

 Reagowano zbieżnie z jej odczuciami

Bardzo nienaturalne.

 chyba jako jedyna na tej wielkiej sali rozumie tę prostą prawdę.

Ale widzowie reagują tak, jak ona? I czy kasowy przebój to to samo, co dobrze przedstawienie? Chyba nie. Chociaż pewna pogarda wobec ludzi do niej pasuje (mówiąc z perspektywy całego opowiadania).

 Z goryczą skonstatowała (…) Z zadowoleniem stwierdziła

Ten sam schemat dwa razy. Złam go.

 stwierdziła, że jutro przed południem, jak zwykle, rozpocznie się próba

Czyli odkryła to dopiero teraz? Reszta akapitu trochę przegadana (dublujesz informacje), a trochę sprzeczna (zwykła szara istota przejmuje się swoją niewidzialnością – czy nie?)

na bardzo przez nią lubianą osobę

Naturalniej: na kogoś, kogo bardzo lubiła.

 ustawionym, wyraźnie słyszalnym szeptem

Żargon?

 nie rozumie miar czasu

Hmm?

 smoliście czarna czupryna tego podpowiadacza poczęła dziwnie blaknąć

Bardzo purpurowe.

 Uwielbiała go słuchać

Czemu wytłuszczasz?

 okresów, nazywanych latami

Bez przecinka, ale w ogóle dość purpurowe.

 Była tylko bardziej ociężała niż kiedyś, ale uważała, że stała się sybarytką

Nie każda sybarytka jest gruba (to zależy, co jej sprawia przyjemność if you know what I mean). Ja napisałabym: Czuła się może trochę ociężała, ale zrzuciła to na karb swego sybarytyzmu.

 smakowite produkty

Nienaturalne. Może "smakołyki"?

 robiły swoje. Nie wpływały

To się łączy, ale nie gramatycznie.

 Inne ośrodki czuciowe też. Z rozkoszą je wykorzystywała, przyglądając się

Przyglądała im się nosem?

 skupiła spojrzenie

Źle to brzmi, prawie aliteracja, ale nie całkiem.

 budce, skrytej

Bez przecinka.

 taki wyraz twarzy suflera, chyba jednak oznakę cierpienia

Nienaturalne. Ja dałabym: taki wyraz na twarzy suflera. Była właściwie pewna, że to oznaka cierpienia.

 Ten mężczyzna reagował identycznie.

Hmm. Jakieś nienaturalne.

 Nie mogła zrozumieć, w jaki sposób posiadła swoje dziwne umiejętności.

Jak wyżej.

 proces lawinowo narastał

Procesy nie narastają, a postępują.

 Uważała, że formułowanie myśli spowodowało świadomość odrębnego istnienia.

Uwaga, kontrowersyjne filozoficznie. Tzw. problem jajka i kury – co było pierwsze? (Dinozaur.)

 Powróciła do obserwacji suflera.

Mało naturalne.

 Z kącika ust spływał strumyczek krwi.

A co mu jest? Gruźlica? Bo tak normalnie umierając się raczej nie krwawi (czy jest na sali lekarz?)

 równie często zadawała

Nagły, dziwny zwrot. Myślałam, że narratorka jest częścią teatralnego wyposażenia, która zyskała samoświadomość pod wpływem Sztuki – a teraz już nie wiem. Mętlik.

 Rozumiała, że stało się coś bardzo złego.

Noo… złego fizycznie.

 Aktor, grający Romea, miał

To nie jest wtrącenie. Tak, dałoby się wyciąć bez utraty gramatyczności i sensu zdania, ale "aktor grający Romea" to jedna całość (grupa nominalna) i nie możesz jej rozcinać.

 Oceniała, że

Nie bardzo mi to tu pasuje, przynajmniej nie w czasie teraźniejszym.

 Inni wykonawcy sztylety albo puginały, prawdziwy oręż, wypożyczony z muzeum.

Brakuje orzeczenia, albo chociaż myślnika.

 przyszła pora ratowania swojego istnienia.

Okropnie nienaturalne.

 Krew jednak nadal sączyła się z kącika ust, więc jeszcze żył.

No, nie wiem. Lekarza!

 w teatrze, pełnym

Bez przecinka: "teatr pełen ohydnych gryzoni" to grupa nominalna. Szczur. Hmm. To ma sens. Ale: ile żyją szczury? Chyba za krótko, żeby śledzić starzenie się człowieka, chociaż ten jest jakby magiczny…

 Wybijcie te ścierwa!

Głupio to brzmi ("ścierwa" są martwe), ale pannica jest w szoku, więc OK.

 dwie żółknące klepsydry. Jedna wisiała w hallu, druga w bufecie.

Ja wiem, co to znaczy – ale większość chyba skojarzy klepsydrę z zegarem wodnym.

 Szczurzyca Eva

Oj, musisz jej teraz dawać ludzkie imię? To takie… kreskówkowe (choć Wijący się Ogonek lub coś w ten deseń mogłoby być jeszcze gorsze, ale przetuptała cały tekst bez imienia, więc…) I jeszcze w obcej pisowni.

 Posiadała ich sporo

Powtarzam po raz enty, posiada się rzeczy duże i cenne. Nie ciastka.

 pakietów.

Zwykle mówi się o "paczkach ciastek".

 nadała, a wybrała, studiując

Trochę to nie brzmi.

 szczęście, że dostrzegła

Chyba jednak "zauważyła".

 uszczelniła swój matecznik

Nie.

 nosząc strzępy tkaniny w ryjku

A nie w pyszczku?

 Powzięła wtedy ważne dla niej postanowienie

Wystarczy: Powzięła wtedy ważne postanowienie – oczywiste, że postanowienie jest ważne dla tego, kto postanawia.

 gdy posiadła jeszcze umiejętność czytania

Dlaczego "jeszcze"?

 Potrzebowała tylko rozpłodnika

Hmm.

w tej śmiertelnej kośbie

Wydumane.

 Uważała takie postępowanie za konieczne.

Nienaturalne.

 osiągnęła już wielkość dobrze wyrośniętego kocura

Oto magia słowa :) ale im jest większa, tym trudniej się ukryć.

 Staną się zaczynem nieistniejącej jeszcze rasy

Raczej zalążkiem – zaczyn coś przenika i przemienia, a zalążek to pierwocina.

 Umarł, niech mu ziemia lekką będzie, ale stracić taką szansę!

Hmm, podobnie Eva myślała o tamtej aktoreczce. To nie problem tekstu, ale widać podwójny standard, co powinno mieć jakieś znaczenie.

 Drażniło ją nawet to

Dlaczego "nawet"? To jest wkurzające.

 Wsłuchała się w jedną z ulubionych fraz. Akurat ją wypowiadano.

Nie mogłaby słuchać, gdyby jej nie wypowiadano.

 łapka Evy z herbatnikiem zamarła

Raczej "łapka trzymająca herbatnik" bo to się źle parsuje.

 posłyszała

Wysokie.

 choroby, zwanej tyfusem plamistym

Bez przecinka (p. wyżej).

często obcierał policzki

Raczej ocierał. Obcierają się pięty.

 Krasiły je dziwne wypieki

Czyli zdobiły. Za daleko się posuwasz w tej ironii.

 mimo tego, że wyglądało, iż ledwie trzyma się na nogach

Skróciłabym: chociaż wyglądał, jakby ledwo trzymał się na nogach.

 Eva z zadowoleniem wyszczerzyła zębiska. Była już brzemienna.

Problem – żeby roznosić chorobę, szczur musi ją mieć. Tyfus zresztą roznoszą wszy i pchły – riketsje siedzą w nich w środku. Nie wiem, czy są wydzielane do śliny szczura i nie chcę tego sprawdzać, bo fuj. W każdym razie słodka Eva powinna być chora tak samo, jak ten facet.

 że może za wieleset lat ich potomkowie opanują świat.

Mhm. Nic lepszego nie mają do roboty.

 Powie im, że zabicie człowieka ma słodki, sezamkowy smak i jest równie łatwe, jak uśmiercenie myszy.

I to jest Twoje przesłanie?

 pysk okrasiło coś

No, nie wiem. To źle wygląda, to kraszenie.

 

Nienaturalny, niezręczny język – tekst jest przegadany, trochę purpurowy, używasz zbyt wysokich słów. Pracuj nad tym. Teraz kompozycja – mniej więcej do miejsca, w którym ujawniasz tożsamość narratorki wydała mi się spójna, ale potem się rozmyła. Paralela Romeo i Julia – sufler i szczur byłaby chyba zgrabniejsza i ciekawsza, niż szczur postanawiający założyć nową cywilizację i zwalczać ludzkość; bardziej emocjonalnie nośna i mniej zgrana (toć to inwazja obcych, tylko, że miejscowych). Druga część tekstu po prostu słabo wiąże się z pierwszą, i w ogóle jest znacznie słabsza.

 Z jej punktu widzenia, co zresztą podaję, zabicie nowego suflera jest logiczne. Człowiek niszczy szczur

W sumie tak, chociaż niekoniecznie od razu – mogłaby zaczekać, aż Rattus sapiens się rozmnożą i urosną w siłę. Unikać ludzi potrafi.

Nadal kocha teatr, a niebawem zacznie kochać zabijanie ludzi, teraz i w przyszłości. Bardzo ludzkie, doprawdy… Tacy ludzie istnieli i nadal istnieją.

I kieliszeczek chianti ;)

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Dzięki za komentarz. Studiuję z uwagą. Obszerny… 

Oczywiście, że istnieje wyraz “spatałaszyć”, chociaż, prawdę powiedziawszy, użyłem go instynktownie. Podobnie jest z wyrażeniem spartaczyć, a nie tylko, na przykład z skonsumować.

Link → http://doroszewski.pwn.pl/haslo/spata%C5%82aszy%C4%87/

Pozdrówka.

No, popatrz, tego nie wiedziałam.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Szkoda, bo to jest dość prosta i często stosowana konstrukcja czasownika. Skopać, spieprzyć, stworzyć, skończyć, spłodzić, spartolić etc.

Natomiast wyraz konwersja ma szereg znaczeń → https://sjp.pl/konwersja

Ciekawe, że Doroszewski podaje je dokładnie, ale w węższym zakresie. Cóż, znaczenie wyrazów rozszerza się. W słowie wstępnym użyłem tego rzeczownika w pierwszym znaczeniu podanym w linki, mającym już prawo językowego obywatelstwa: https://sjp.pl/konwersja

Po prostu ten tekst to przekształcenie, transformacja poprzedniej miniatury. Wypadało poinformować o tym czytelników. 

No pewnie, że jak ktoś czytał poprzedni tekst, to się diwie, na czym poległa ta transformacja. Konwersja.

Coś tak mam wrażenie, że w tych dwóch uwagach spatałaszyłaś sprawę.

Zobaczymy następne.

Pozdrówka.

Ależ, kolego sympatyczny, o konstrukcji, to ja wiedziałam. Jestem w końcu na poziomie C2 z polskiego ;) Ale nie każda konstrukcja dopuszczana przez gramatykę jest w uzusie (ze wględu na eufonię i takie tam). Spatałaszenie zabrzmiało mi po prostu dziwnie (trochę jak owałaszenie, ale cóż).

 Natomiast wyraz konwersja ma szereg znaczeń

Nie. Wyraz "konwersja" ma jedno znaczenie – przekształcenie, przetworzenie. Słownik podaje tylko różne zastosowania techniczne tegoż wyrazu – w językach różnych dziedzin konwersja może oznaczać konkretne przekształcenia, ale to są terminy techniczne. A tekstu nie można "skonwertować", najwyżej rozwinąć, rozbudować, przepisać.

 Coś tak mam wrażenie, że w tych dwóch uwagach spatałaszyłaś sprawę.

Przecież ja jestem doskonała, idealna i ogólnie wspaniała :P

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Jeszcze można dodać określenie przeistoczenie… Kiedyś napisałem opowiadanie po tym tytułem. Piękna ilustracja, no, ale to obraz Kossaka.

Link → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/17985

Wracając do meritum – własnie o to mi szło w słowie wstępnym. Prawdę powiedziawszy, nie za bardzo rozumiem tę uwagę.

Pozdrówka.

Widzisz, jest wiele form możliwych, ale nie wszystkie są w użytku. Czasami źle brzmią albo są trudne do wymówienia, czasami nikt nie wie, dlaczego (zaszłości historyczne?). “Spatałaszenie” spotkałam pierwszy raz.

A jeśli chodzi o konwersję, to znowu – w uzusie ona się po prostu nie łączy z “opowiadaniem” i jemu podobnymi. Nikt tak nie mówi. Etymologicznie konwersja pochodzi od łacińskiego conversio: “odwrócenie” i o ile obrosła znaczeniami metaforycznymi, to, co możesz zrobić z tekstem jest jednak za daleko od pierwotnego znaczenia. Ja to tak wyjaśniam, w każdym razie.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Pewnie tak było, ale jednakowoż język się rozwija… Ściślej mówiąc, zmienia się. Użyłem tego wyrazu w bardziej aktualnym już znaczeniu, niewątpliwie szerszym. Nota bene – albo też notabene – kiedyś wymyśliłem wyraz “jastrzębica”. W tym tekście użyłem wyrazu szczurzyca. Może już istniał, a może nie.

Ale każdy ma własny literacki i językowy gust. 

Pozdrówka.

W tym tekście użyłem wyrazu szczurzyca. Może już istniał, a może nie.

Istnieje, już go wcześniej widziałam.

 

[W tym miejscu znajdował się dygający kucyk, ale z powodów technicznych został przegoniony.]

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

 

 

Też tak sądzę, bo jastrzębicę word podkreśla na czerwono – bałwan! – ale szczurzycy już nie. Ciekawy wyraz, ładnie brzmi.

Jednakże Doroszewski szczurzycy nie podaje, co świadczy tylko o sprawie oczywistej – język się zmienia, przybywa nowych wyrazów, a niektóre odchodzą w zapomnienie. Dawno nie słyszałem tego okropnego germanizmu absmak…

Zmniejsz rozmiar ilustracji w komentarzu, chyba za duża

Pozdrówka.

PS. Przy okazji jedna z ilustracji z opowiadania, w którym występuje jastrzębica. Młoda, czyli chyba jastrzębiczka. Ilustracja nadal mi się podoba. No i niewielka.

 

 

Dawno nie słyszałem tego okropnego germanizmu absmak…

Ja słyszałam. Chyba. W moich snach?

Zmniejsz rozmiar ilustracji w komentarzu, chyba za duża

A mógłbyś doradzić, jak? Bo strona zlekceważyła moje próby edytowania właściwości obrazka.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Jednak chyba istnieje wyraz jastrzębica, bo jest wieś Jastrzębice. Interesujące.

Spróbuj znaleźć mniejszy rozmiar tego klipu, wytnij obecny, w ustawieniu dla nowego s w9.

Pozdrówka.

Jednak chyba istnieje wyraz jastrzębica, bo jest wieś Jastrzębice

Niekoniecznie – nazwy własne bywają dziwne. Znałam ludzi o nazwiskach Dombrowska i Przenicki (choć może to od przenicowania, nie od pszenicy?), z których lepiej nie wnioskować o poprawnej ortografii. Nazwa tej wsi wygląda mi na patronimiczną – może założyli ją synowie człowieka nazwiskiem Jastrząb?

Za wskazówki techniczne – merci, zobaczę, co da się zrobić.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Rzeczywiście, nazwa wsi może pochodzić od rośliny, bo istnieje wyraz jastrzębiec, ale z jastrzębiem zupełnie nie związany.

Link -> http://doroszewski.pwn.pl/haslo/jastrz%C4%99biec/

Jeszcze istnieje też chyba taki herb.

Wygląda jednak na to, że stworzyłem określenie dla samicy jastrzębia. Ciekawe.

Pozdrówka.

PS. Dobrze pamiętałem, istnieje taki herb → https://pl.wikipedia.org/wiki/Jastrz%C4%99biec_(herb_szlachecki)

Ładny wyraz jastrząbek w opisie. 

Pamiętam “Bezsilność” i z ciekawością przeczytałam jej konwersję :) Intersujący pomysł na główną bohaterkę, a zwłaszcza jej przemianę :) Odnośnie strony technicznej też nie mam zastrzeżeń, chociaż a tym temacie z pewnością nie jestem ekspertką… A i bardzo fajny tytuł :) Ode mnie kliczek.

Redakcji “Histerii” tytuł bardzo się podobał, i, jeżeli dobrze pamiętam, dali artykulik o nim na swojej stronie FB. Początkowo tekst miał nosić tytuł “Nowy spektakl”, ale tenże wydawał mi się nieco nijaki i mdły. No i nagle przyszedł mi na myśl obecny. 

Cieszę się, że ta zmiana fabuły, i to diametralna, podobała się. Powstała zupełnie inna opowieść, a to było moim celem.

Dzięki za komentarz i nominację.

Pozdrówka.

Może sama historia mnie nie uwiodła, ale czytało się sprawnie, lekko i nie bez przyjemności.

Tak staram się pisać, gładko i potoczyście, żeby czytelnik nie przedzierał się przez tekst jak przez zasieki. Ale czasami zauważam, że jest to chyba broń obosieczna… Czyta się łatwo, i czytający sądzi, ż jest to naturalne. Wcale nie…

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Zapraszam tutaj → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/20953

Pozdrówka.

Nowa Fantastyka