- Opowiadanie: ocha - Rozstaje

Rozstaje

Odważam się wrzucić jeszcze jedno moje opowiadanie. Należy do tego samego cyklu, co “Pierwsza żona”, “Osada”, “Miasto” i “Gorączka”. W październiku opublikowała je Esensja, więc myślę, że mogę puścić je już teraz tutaj.

Jak zwykle uważam, że opowiadanie można czytać jako osobną całość (tak zresztą zostało opublikowane w “Esensji” i nikt nie marudził;)). Przepraszam wszystkich, którzy ubolewają nad moim brakiem polotu do tytułów. Specjalnie dla Was chciałam wymyślić coś dłuższego, ale po daremnych wysiłkach uznałam, że jednak ten tytuł najlepiej tu pasuje.

Dziękuję Sethraelowi za betę.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Rozstaje

Miasteczko wyglądało upiornie.

W sinym półmroku nielicznych latarni kształty budynków zdawały się być nierzeczywiste, jak z ponurej baśni. Ściany chyliły się ku ciasnej drodze, a nieliczni przechodnie przemykali ze spuszczonymi głowami, niezgrabnie i płochliwie. Asger Sidort poczuł się nieswojo i zerknął na towarzyszącego mu Kalawę.

– Dziwnie tu jakoś – mruknął.

Kalawa wzruszył ramionami, próbując zachować obojętność. Nie wyszło mu to najlepiej. Jego jedyne oko umknęło gdzieś w bok.

– Bo ja wiem, kapitanie? Miasto jak miasto. Tu, w prawo. Zaraz będziemy w domu.

„Ty będziesz”, pomyślał Asger i poczuł ukłucie zazdrości. Zdziwiło go to. Posłusznie podążył za podwładnym.

Kamienica, przed którą stanęli, była dwupiętrowa i tak samo zaniedbana jak te, które mijali wcześniej. Kalawa zatrzymał się przed bramą, głośno wciągnął powietrze i spojrzał na dowódcę. Asger uśmiechnął się zachęcająco.

– Jak długo ich nie widziałeś?

– Trzy lata.

Żołnierz położył ogromną dłoń na klamce ukrytej w bramie furtki i nacisnął. Zamknięte. Załomotał kołatką. Chwilę nie działo się nic, wreszcie po drugiej stronie dało się słyszeć człapanie i całkiem wyraźne przekleństwa.

– Czego?! – warknął niewidoczny stróż.

– Do Kalawów… Drafli.

Cisza. A potem zgrzytliwy odgłos pośpiesznie odsuwanej zasuwy.

Mężczyzna, który pojawił się w furtce, był niski, chudy i stary. W dłoni trzymał lampkę, a jego oczy płonęły odbitym od niej blaskiem. Chwilę z niedowierzaniem wpatrywał się w Kalawę, a potem, nie odwracając od niego wzroku, podał lampkę Asgerowi. Kapitan przejął ją, zaskoczony. Stary w żaden inny sposób nie dał po sobie poznać, że w ogóle go zauważył.

– Evar… – szepnął. – Evar.

– Witaj, Drafli. Dobrze cię znowu widzieć. Rodzice są?

– Są. Znaczy matka jest. Ojciec też pewnie niedługo nadejdzie. Jeszcze jest na służbie.

– Na służbie? – zdziwił się Kalawa. Ale nie dane mu było się nad tym zastanawiać. Drafli nagle podskoczył, jakby sobie coś przypomniał, złapał żołnierza za rękaw i odwrócił się.

– Evar wrócił! – wrzasnął. – Evar! Pani Kalawa!

Pozostawiony sam sobie oficer znowu poczuł gorzkie uderzenie zazdrości.

– Co to za krzyki? – Za plecami Asgera dało się słyszeć ostry głos. Drafli skulił się w sobie, zmniejszył jeszcze bardziej. Kalawa odwrócił się i na widok czarnych mundurów patrolu chciał zabrać się za wyjaśnienia, ale Asger go uprzedził:

– Krzyki? – zapytał. – Żadne krzyki. Powitanie. Możecie odejść, nic tu się nie dzieje.

– Tak? – Głos patrolującego żołnierza przybrał niepokojąco łagodny ton. – A ja słyszę krzyki. Wrzaski. Za zakłócanie ciszy nocnej przewiduje się mandaty. Mogą być wysokie. Albo aresztowanie.

Asger uniósł latarenkę na wysokość piersi. Wyszyte na kurtce oficerskie dystynkcje zamigotały srebrem.

– Nocnej? Ledwie wieczór… – Zlustrował mundur tamtego, bezskutecznie szukając jego szarży. – Żołnierzu – dokończył.

– Przepraszam, kapitanie. Nie zauważyłem. Nie spodziewaliśmy się…

– Tak właśnie, zwykłe nieporozumienie. Jeszcze dziś zamelduję się u majora Kristera. A teraz możecie iść.

Żołnierze zasalutowali i w milczeniu odeszli.

– Tylko niech pan potem wraca do nas, kapitanie. – Asger odwrócił się w stronę mówiącej kobiety. Mimo że, w przeciwieństwie do Evara Kalawy, była drobna, od razu rozpoznał w niej jego matkę. Te same bystre, ciemne oczy, ten sam uparty łuk ust. Stała teraz w furtce, w objęciach syna, z hardą miną na pobladłej twarzy. – Niech pan koniecznie wraca do nas. Miejscowe koszary są wyjątkowo ponurym miejscem.

 

***

 

Szybko pojął, że miała rację. Nie chodziło nawet o sam budynek, bo ten okazał się typowy, ale o panującą w nim atmosferę. Szedł pustym korytarzem, w towarzystwie echa własnych kroków. Mijane drzwi były pozamykane, jednak przez ich szczeliny wydobywały się zduszone, monotonne szepty. Słów nie dało się rozróżnić, więc Asgerowi zdawało się, że odprowadzają go rozmodlone duchy. Ponownie poczuł na plecach chłodny dreszcz. Dobrze, że wartownik w bramie powiedział mu, gdzie szukać kwatery majora, bo teraz nie miałby nawet kogo zapytać.

Major Karl Krister przyjął go w dusznym pokoju. Nie wstał na widok młodszego oficera, nie odpowiedział na jego salut. Na ścianie, nad jego głową wisiała tabliczka. „Każdy czyn zostanie osądzony” ­– głosił napis. Asger zmarszczył nos.

– Późno pan się do mnie pofatygował, kapitanie.

– Dopiero przyjechałem do miasta.

– Późno pan przyjechał. Nie mamy w zwyczaju hulać po nocach.

Asger w ostatniej chwili powstrzymał wzruszenie ramionami.

– Mogę wrócić rano.

Krister patrzył na niego w milczeniu, z irytującym uśmieszkiem czającym się w kąciku wąskich ust. Wreszcie pokręcił głową.

– Nie trzeba. Po co pan tu jest?

Asger chwilę zastanawiał się, czy powiedzieć prawdę. Jego zwierzchnik, pułkownik Mikel Elif dał mu w tym wolną rękę. Sam się zorientujesz, rzucił na odchodnym. Nie masz obowiązku szczerości.

– Krótki urlop. Jeden z moich żołnierzy ma tu rodzinę, a ja znajomego. Pułkownik zgodził się, byśmy przyjechali trochę wcześniej.

Ta informacja wreszcie zaciekawiła majora. Uśmieszek zniknął z jego twarzy, wysunął się nieco na krześle.

– Pułkownik Elif tu zmierza?

– Tak. Będzie pojutrze. Z kilkoma kompaniami.

– Na długo?

– Nie. Tylko by nabrać sił przed dalszą drogą na północ.

Krister ponownie zapadł się na krześle i przywołał na twarz zadowoloną minę.

– Potrzebuje pan kwatery w koszarach?

– Nie.

– Świetnie. Może pan iść.

Asger chciał przewrócić oczami, jednak uznał, że byłoby to dziecinne. Majorowi najwyraźniej przyjemność sprawiały trzymanie młodszego oficera w pozycji na baczność oraz ton pana i władcy. Kapitan zasalutował i odwrócił się na pięcie.

– Sidort, tak? – Dotarło do niego, gdy był już przy drzwiach. Przymknął powieki. No tak, jednak bez tego się nie obejdzie.

Odwrócił się ponownie.

– Zgadza się, majorze.

– Pewnie pół tego miasta należało do pana rodziny. Jak wszystko na północy.

– Nie, majorze.

Jego spokojny ton wywołał wreszcie w oczach Kristera gniewne iskry.

– Nie?

– Nie. Nie wszystko na północy. I nie pół tego miasta. Zaledwie kilka kamienic. Do mojej ciotki. Nie lubiliśmy się.

Major wstał zza biurka. Był drobny, lekko przygarbiony, w niedbale założonym, sfatygowanym mundurze. Podszedł do Asgera.

– To już nie wróci, wie pan, kapitanie?

– Co?

– Wasza władza, wasze majątki.

– Trudno.

– Musi się pan pożegnać z wygodami próżniaków, koszulami wartymi pół wsi i żarciem z każdego końca świata.

– A to akurat szkoda. Majorze – dodał po krótkim namyśle.

Policzki Kristera zaróżowiły się.

– Jeszcze się spotkamy – rzucił cicho. – A teraz niech pan już idzie.

 

***

 

Dotarł do domu Kalawów, gdy było już zupełnie ciemno. Drafli zabrał jego konia do umiejscowionych w wewnętrznym podwórku stajni, wcześniej wskazując mu drogę do mieszkania.

Drzwi otworzyła dziewczynka, może dwunastoletnia. Siostra. Evar Kalawa często o niej wspominał, tęsknił za nią chyba najbardziej z całej rodziny. Darzył ją niemal ojcowskimi uczuciami – nic dziwnego, była od niego dużo młodsza, pojawiła się na świecie, gdy Kalawowie przestali mieć nadzieję na drugie dziecko. Uśmiechnęła się szelmowsko i poprowadziła Asgera do salonu.

Evar z matką siedzieli przy stole, nachyleni ku sobie, cicho rozmawiając. Kotary szczelnie zasłaniały okna. Na widok kapitana zamilkli, a kobieta spojrzała na stół. Z popłochem w oczach. Asger zmarszczył brwi, nie rozumiejąc, co mogło wywołać ten przestrach. Kilka talerzy, dwa kieliszki, butelka wina, wazon z żółtymi kwiatami. Nic więcej. Uspokoiła się, gdy syn delikatnie ścisnął jej dłoń.

– Nie usłyszeliśmy, jak pan wchodzi. Mariko – zwróciła się matka do dziewczynki – mówiłam, żebyś sama nie otwierała drzwi. Następnym razem przyjdź po mnie albo po ojca. A teraz idź do kuchni, przynieś panu kapitanowi kolację.

Kalawa podszedł do kredensu, wyciągnął trzeci kieliszek i napełnił go winem. Matka obserwowała go w napiętym milczeniu. Odetchnęła, gdy Asger przyjął trunek i z rozkoszą pociągnął spory łyk.

– Evar właśnie mi mówił, że nie jesteście tacy jak ci tutaj.

Sidort spojrzał na nią, nie rozumiejąc.

– Jacy?

– Alkohol został zakazany, zabawy zostały zakazane, muzyka, nieodpowiednie książki, nawet głośne rozmowy. W każdej chwili mogą wpaść strażnicy i wlepić mandaty. Albo aresztować. Ostatnio jest sporo aresztowań.

– Dlaczego?

– Horena wraca.

– Kto?

Kobieta roześmiała się.

– Pan naprawdę nie wie, co się dzieje. To przywraca mi nadzieję. Może tylko nasze miasto oszalało i wszystko uda się jeszcze naprawić. Horena.

Wreszcie pojął. Horena. Dawna bogini, przez wielu zapomniana; zresztą, nie tylko ona. Najbardziej ponura z całej boskiej zgrai, zasadnicza i sztywna jak kij od miotły, sympatyczna jak wściekła wilczyca, wypełniona moralnymi nakazami i zakazami aż jej się ulewało.

– Kto by chciał jej powrotu? – zapytał.

– Major Krister i jego ludzie.

Nie dodała nic więcej, bo w drzwiach pokoju jednocześnie pojawili się Marika z kolacją i potężny mężczyzna. Od razu było widać, po kim Evar odziedziczył posturę. Syn zerwał się z krzesła i podbiegł do ojca; nie wpadł mu jednak w ramiona, wstrzymując się w ostatniej chwili. Oczy przybyłego zaszkliły się, ale jego postawa wymusiła dystans. Uścisnęli sobie dłonie i Asger widział jasno, że to chłodne powitanie nieprzyjemnie zdziwiło Evara.

Gospodarz usiadł przy stole i sięgnął po przeznaczony dla Asgera chleb. Marika wymknęła się do kuchni, by przynieść drugą porcję. Oficer zauważył na rękawie gospodarza czarną opaskę, szeroką na dłoń. Oznaka członków cywilnych patroli.

– Ojcze, to…

– Poznaję. – Mężczyzna przerwał synowi prezentację. – Kapitan Asger Sidort. Trudno, żebym nie znał. Evar o panu pisał. No i pamiętam, kiedy pan tu był ostatnio. Całe miasto huczało. Taki bogaty, taki ładny. Najlepsza partia na całej północy. Pan pewnie mnie nie pamięta. Kto by pamiętał takiego szaraka.

Zapadło kłopotliwe milczenie. Evar patrzył na ojca szeroko otwartymi oczami, nie mogąc uwierzyć w gorycz i zgryźliwość, która biła z jego głosu. Matka na chwilę spuściła wzrok, szybko jednak postanowiła ratować sytuację:

– A kiedy pan tu był ostatni raz, kapitanie?

– Nie jestem pewien… Miałem chyba piętnaście lat.

– Czyli całkiem niedawno!

Evar zarechotał, Asger uśmiechnął się lekko. Tylko gospodarz pozostał niewzruszony.

– Co pana tu sprowadza? Bo chyba nie towarzyskie uprzejmości.

– Knud! – syknęła kobieta, ale mąż ją zignorował.

– Nie – odparł oficer. – Chcę się spotkać z Matsem Prebenem.

Knud Kalawa pokiwał głową.

– Jasne. Z bankierem Sidortów. Ale zmartwię pana. To już nie ten człowiek, co kiedyś.

– To znaczy?

Jednak gospodarz chyba powiedział już, co miał do powiedzenia, bo zajął się kolacją. Nalał sobie pełen kielich wina i opróżnił go na raz.

– Ludzie majora go napadli – podjęła pani Kalawa.

– Bądź precyzyjna, Islo – przerwał jej mąż, z ustami wypchanymi chlebem. – Nie ludzie majora, tylko obywatelski patrol. Taki jak mój. – Pokazał opaskę na rękawie. – Ludzie, którzy go świetnie znali, z którymi się bawił i pił, którym pomagał, gdy mieli kłopoty. I ci sami ludzie prawie go zabili. Bo… Bo chuj wie co.

– W każdym razie go napadli – mówiła dalej Isla Kalawa, gdy już odzyskała głos, zatroskana słowami i tonem męża. – Znał go pan wcześniej. Dusza towarzystwa, wiecznie chętny do żartów i zabawy. Postanowił żyć tak, jak dotąd, nie przejmując się zakazami, Horeną i całym tym gnojem. Dlatego major kazał dać mu nauczkę. Pewnego dnia Mats zniknął i nie było go kilka dni. Nikt się tym na początku nie przejął, zawsze chadzał przecież własnymi ścieżkami. Ale potem wrócił. Blady, zgarbiony, osowiały. Zamknął się u siebie i nie wychodzi niemal w ogóle. Mówi się, że został pobity za miastem, w lesie, i pozostawiony na pastwę losu. Podobno odzyskał przytomność dopiero po dwóch dniach i jakoś przywlókł się do domu. Nie chciał nikogo widzieć, nawet lekarza. Nie ma w nim nic z dawnego Matsa Prebena. Major wygrał.

 

***

 

– Przepraszam za ojca, kapitanie.

Asger zmusił się do uśmiechu.

– Nie wiem, co mu się stało. Nigdy taki nie był.

Oficer milczał, próbując zebrać myśli. Bez skutku.

– Kalawa, coś tu nie gra. Tu jest dziwnie, w tym mieście.

Zorientował się, że już dziś coś takiego powiedział. Tym razem jednak jego podwładny zgodliwie skinął głową. Asger rozejrzał się wokół. Nie było dla niego niczym nadzwyczajnym, że dzieli kwatery ze swymi ludźmi, wciąż jednak czuł się wówczas nieswojo.

– Rozmawiałem z tym majorem. Jest w nim coś niepokojącego. Coś… groteskowo przerażającego. I ma na swoje rozkazy spory oddział wojska.

– Ale mój ojciec… On nie jest tchórzem!

– Nie. Jednak nie odpowiada tylko za siebie.

Zamilkli. Asger skonstatował, że pokój jest dość obszerny, a oprócz łóżka stoi w nim kanapa. Odetchnął z ulgą.

– Kalawa, gdybym w nocy… Gdyby…

Żołnierz spojrzał na niego z roztargnieniem.

– Wiem, że zdarza się panu krzyczeć przez sen. Trudno. – Twarz Asgera stężała. Kalawa dodał łagodnie: – Każdy ma swoje demony, kapitanie. Nie jest pan wyjątkiem.

 

***

 

Mats Preben postarzał się. Asger widział go raptem trzy razy w życiu, z czego ostatnio ze dwanaście lat temu, mimo to dobrze zapamiętał małego, pękatego, tryskającego energią człowieka. Został niski wzrost i pękatość. Jednak bankier nie sprawiał wrażenia załamanego, czego spodziewał się oficer. Był blady, niemal szary, w jego oczach czaiła się melancholia. Ale nie apatia.

– Też się zmieniłeś, chłopcze – zaczął Preben, jakby czytał w myślach Sidorta. – Wydoroślałeś i sposępniałeś. Ale masz całe życie przed sobą. Pamiętaj o tym. Chociaż chyba powinienem mówić – panie kapitanie.

Asger nie miał nastroju na życiowe mądrości, postanowił więc przejść do rzeczy:

– Mój ojciec złożył u pana pieniądze. Na potrzeby powstania. Właśnie stały się potrzebne.

Preben skinął głową.

– Złożył. Sporą sumę. Chodź.

Wyszli z mrocznego, wypełnionego ciemnymi meblami gabinetu. Preben prowadził pozbawionym okien korytarzem, potem w dół, do piwnic. Mimo panującej duchoty Asger poczuł na plecach zimny dreszcz trwogi.

­– Spokojnie, kapitanie – powiedział Preben, nie odwracając się. – Wiem, że bankierzy, mają opinię krwiopijców, ale ja zawsze wolałem piwo. No, jesteśmy.

Pomieszczenie, do którego weszli, było ciasne i ciemne. Preben zapalił lampkę i w jej słabym świetle otworzył sejf. Niemal pusty – tylko na górnej półce leżały ciasno ułożone banknoty, a na nich aksamitny woreczek.

– Może nie wygląda to przesadnie imponująco – stwierdził bankier – ale ma sporą wartość. W woreczku jest głównie złoto. Wszystko należy do ciebie.

– Do rebelii – poprawił Asger.

Kąciki ust Prebena uniosły się w słabym uśmiechu.

– Jesteś spadkobiercą Eriga Sidorta, będziesz decydować.

– Mój ojciec jasno wskazał, na co chce przeznaczyć te pieniądze.

Preben zamknął sejf. Jego dłonie były niemal przeźroczyste. Żyły na nich przypominały sine kreski rzek na starej mapie.

– Przygotuję dokumenty. Jutro w południe wszystko będzie gotowe. Przyjdź wtedy. Ale zastanów się jeszcze.

– Nie mam nad czym. Wiem, co robić.

Preben spojrzał na niego uważnie, długo.

– Jesteś pewien? Nie widzisz, co się dzieje? Myślisz, że ojciec by to popierał?

– Co popierał? Tutejszy major za bardzo uwierzył we własną dziwaczną misję, to prawda. Ale to jeden major i jeden stojący za nim oddział. I jedno niezbyt duże miasteczko. Wygląda na to, że udało im się zastraszyć mieszkańców. Jutro dotrze tu pułkownik Elif i wszystko wróci do normy.

Mats Preben przechylił głowę.

– Obawiam się, że pojęcie normy trochę się zmieniło, tylko jeszcze tego nie zauważyłeś. Te pieniądze starczą na… zaczęcie nowego życia, gdzieś daleko, gdybyś kiedyś uznał, że tak trzeba. Ale to nie moja sprawa. Ja tylko stoję na straży skarbów, które mi powierzono. Te są ostatnie. Gdy mnie pobito… Uporządkowałem sprawy, wypłaciłem się. Jestem zmęczony, muszę odpocząć. Jutro moja rola się skończy.

 

***

 

Evar Kalawa stanął przy bramie ratusza i wpatrzył się w wywieszone na nich obwieszczenie. Asger usiadł na schodach, tyłem do niego i wystawił twarz do słońca. Rynek był nienaturalnie pusty.

– Czytaj – mruknął oficer.

– Nie chce pan tego słyszeć, kapitanie.

– Pewnie masz rację. Czytaj.

Kalawa chrząknął i zaczął:

– „Zakazuje się zgromadzeń, zarówno publicznych jak i prywatnych. Wszelkie uroczystości zostają zawieszone do odwołania, z wyjątkiem comiesięcznych modłów w świątyni Horeny”.

– Macie tu jakąś świątynię Horeny? – zapytał Asger.

Kalawa podrapał się po głowie.

– Najwyraźniej. Nic mi o niej dotąd nie było wiadomo.

– Czytaj dalej.

– „Zakazuje się noszenia ubiorów niegodnych, mogących wzbudzać pożądanie, w zbyt jaskrawych kolorach lub podkreślających kształty ciała. Suknie kobiet muszą zasłaniać dekolt, sięgać ziemi i mieć długie rękawy. Włosy należy upinać w sposób skromny. Zakazuje się handlu książkami, dopóki nie powstanie kanon ksiąg dozwolonych. Zakazuje się używania alkoholu i innych substancji, których zadaniem jest doprowadzenie do grzesznego odurzenia”.

Asger wysoko uniósł brwi.

– ”Do odwołania zakazuje się organizacji targów oraz przedstawień teatralnych i muzycznych. Każdy jest zobowiązany do noszenia przy sobie dokumentów potwierdzających tożsamość i okazywania ich na żądanie patrolujących miasto strażników. Każdy zdrowy mężczyzna od piętnastego roku życia wzwyż ma obowiązek odbycia służby w cywilnych patrolach miasta”.

– Wystarczy.

– Jest tego jeszcze trochę.

– A napisali, po co to wszystko?

Kalawa przebiegł wzrokiem po arkuszu.

– Tu coś… Wróg czuwa, no i trzeba uporządkować moralny chaos, który powstał przez ostatnie lata.

– Moralny chaos?

– Tak napisali.

– Chodźmy się napić, Kalawa.

Żołnierz poszukał czegoś na obwieszczeniu.

– Punkt czwarty, kapitanie. Ten o grzesznym odurzeniu.

Asger westchnął z rezygnacją. Wstał, otrzepał spodnie.

– Ale twoja matka zdaje się nie ma nic przeciw niemu. Myślę, że od wczoraj nie zmieniła zdania.

 

***

 

Kalawa wyciągnął z kredensu małe kieliszki i karafkę.

– Moja matka robi najlepszą pigwówkę na świecie.

Asger pomyślał, że każdy, kto lubi pigwówkę uważa, że najlepsza na świecie jest ta robiona w jego domu. Spróbował. Była niezła, ale pijał lepszą.

– Świetna – przytaknął.

Trzasnęły drzwi do mieszkania. Po chwili w salonie pojawił się Knud Kalawa. Skinął głową synowi, niechętnym spojrzeniem obrzucił Asgera. Opadł na krzesło, z rękawa szarej koszuli zdarł czarną opaskę.

– Napijesz się, ojcze?

Knud pokręcił głową. Jego twarz miała niezdrowy, siny odcień, pod oczami majaczyły głębokie cienie. Policzki drżały mu z powodu nerwowo zaciskanych zębów.

– Co pan powiedział majorowi, kapitanie? – Wycedzenie tych kilku słów sprawiło mu wyraźną trudność.

Asger pobladł, przeczuwając coś strasznego.

– Nic. Nic nadzwyczajnego. Zameldowałem się.

– I to wszystko?

– Tak.

Gospodarz nachylił się w stronę oficera. Asger dostrzegł w jego oczach wściekłość i rozpacz.

– To skąd dziś ta rzeź?

Cisza, która zapadła, dudniła w uszach.

– Ojcze, o czym mówisz? – Evar Kalawa starał się, żeby jego napięty jak struna głos zabrzmiał łagodnie.

– O rzezi. W więzieniu. Kilkanaście poderżniętych gardeł. – Złapał karafkę i kieliszek syna, spróbował nalać pigwówkę. Nie trafił. – Zastanawia mnie, dlaczego dziś. Aresztowania, tak, one się zdarzały. Niektórzy siedzą… siedzieli już całkiem długo. Ale skąd dziś ta rzeź? – Wyciągnął oskarżycielsko palec w stronę Sidorta. – Wczoraj zjawia się paniczyk, spotyka z majorem, a dziś major każe cichcem wyrżnąć więźniów. Czy to nie dziwne?

Asger wstał, podszedł do kredensu i wyjął kolejny kieliszek. Wypełnił go pigwówką i podał gospodarzowi.

– O czym pan mówi? – Jego głos był spokojny, niepokojąco zimny.

– Głuchyś, gnojku? – Evar Kalawa na słowa ojca zerwał się z krzesła, ale Asger usadził go gestem dłoni. – Zabili ich, wszystkich.

– Kogo?

Spokój oficera zdeprymował Knuda. Patrzył na niego chwilę, a potem zakrył twarz dłońmi.

– Więźniów. Tych aresztowanych za nieprzestrzeganie nowych zasad. Czyli za nic. Jakaś dziewczyna miała za krótką kieckę i za bardzo się śmiała, ktoś za dużo wypił na własnych urodzinach i powiedział coś o Horenie… Wszyscy za takie rzeczy, wszyscy!

– Widział pan to?

Knud pokiwał głową. Asger nie chciał pytać, czy brał w tym udział.

– Jednak tego nie zrobiłem. – Gospodarz mimo to odpowiedział na niezadane pytanie i błagalnie spojrzał na syna. – Musisz mi uwierzyć, Evarze. Nie mam wyjścia, muszę brać udział w tych cholernych patrolach, żeby nas zostawili w spokoju. Naszą rodzinę. Taki jest nakaz. Ale jestem tam nikim, major Krister nie ma pojęcia o moim istnieniu. I staram się, by tak zostało.

Asger usiadł, dopełnił także swój kieliszek. Z satysfakcją skonstatował, że jego dłoń nie zadrżała.

– Nic to pana nie obchodzi, kapitanie, prawda? – rzucił głucho gospodarz.

Jasne oczy oficera ściął lód. Knud Kalawa wzdrygnął się, jakby uderzył go powiew zimnego powietrza.

– Zdaje się, że powiedział pan przed chwilą, że wszyscy nie żyją? Czego pan ode mnie oczekuje? Major jest starszy szarżą, ma setkę żołnierzy, a ja, z całym szacunkiem dla Evara, tylko jego. Możemy dać się aresztować, chociaż wolałbym tego uniknąć. Gdzie są ciała?

– Wciąż w lochach. Pochowają ich dziś w nocy, po kryjomu.

– Gdzie?

Knud wzruszył ramionami.

– W Srebrnym Parku. To teraz idealne miejsce, na uboczu, zdziczałe. Strach tam chodzić. Zwłaszcza po tych durnych plotkach.

– Plotkach?

– Musieliście słyszeć. O odradzającej się magii. Gruchnęła wieść, że u nas wszelkie potępione dusze balują właśnie tam.

Asger i Evar wymienili spojrzenia. Poczuli się niepewnie. Większość tego typu pogłosek wciąż okazywała się bajkami, ale nie wszystkie. Doskonale o tym wiedzieli.

– Wiesz gdzie to, Kalawa?

Evar potwierdził.

Za oknem powoli szarzało. Asger podniósł na wysokość oczu kieliszek i przyjrzał się jego zawartości w kolorze bursztynu. Ostatni dzisiaj, jeśli mają być gotowi na nocną wycieczkę. Wypił pigwówkę i zrozumiał, dlaczego nie potrafił się nią zachwycić. Nie była wystarczająco cierpka. Nie pasowała do jego nastroju.

 

***

 

Srebrny Park leżał w południowo-wschodnim zakątku miasta. Nocą można było sobie łatwo wyobrazić, że kiedyś był pełnym uroku miejscem spacerów.

Kalawa wskazał ruiny stróżówki.

– Możemy tam poczekać. Na pewno będą tędy przechodzili.

Zaszyli się w małym pokoiku, pośród odłamków szkła z wybitych szyb. Światło księżyca wpadało przez puste okna i Kalawa widział, jak kapitan siada przy ścianie, opiera się o nią plecami i przymyka oczy.

– Dlaczego Srebrny Park?

– Jest tu jakiś mikroklimat, kapitanie. Śnieg zawsze utrzymuje się w nim dłużej.

Milczeli chwilę.

– Znasz tego Kristera?

– Nie. Ale matka mówiła, że zastąpił poprzedniego dowódcę cztery miesiące temu. Sprowadził sporo swoich ludzi.

– A ja go znam.

Evar spojrzał na niego zaskoczony.

– Nie mogłem sobie przypomnieć, aż w końcu mnie olśniło. Był aktorem. Matka uwielbiała wędrownych artystów, więc rodzice spraszali ich na pęczki. Krister był jednym z nich. Zapamiętałem go, bo upił się przed występem, obrażał gości i ojciec wyrzucił go na zbity pysk.

Kalawa parsknął śmiechem.

– Upił się?

– Tak. Jak widać nie tylko zrobił błyskawiczną karierę, ale też zupełnie zmienił upodobania.

– Kiedy to było?

Asger pokręcił głową.

– Dawno. W innym życiu.

– A on pana zapamiętał?

– Pewnie tak. Nawet jeśli nie mnie, to moje nazwisko. To jest ciekawe, Kalawa. To nazwisko, które wszyscy uważają za przywilej, omal mnie nie zabiło. Mój ojciec poświęcił dla powstania wszystko, co miał, ja… Ja już właściwie nie pamiętam tamtego życia. To znaczy, pamiętam, ale jak ze snu, jakby to wszystko było tylko złudzeniem… A wciąż wypominają mi to nazwisko, wciąż słyszę: przecież to Sidort. I często muszę sobie przypominać, o co chodzi, bo mam wrażenie, że mówią o kimś innym. Tu też. Przyjechaliśmy wczoraj, a już Krister i twoi rodzice… Przynajmniej twój ojciec… – zająknął się. – Nieważne. Gadam bez sensu.

Kalawa może i by zaprzeczył, gdyby nie był tak zdumiony. Dowódca zawsze był zdystansowany, trzymał emocje na smyczy tak krótkiej, że gdyby ją skrócił jeszcze odrobinę, to by się udusił. W tych kilku zdaniach powiedział o sobie więcej, niż Evar usłyszał przez ostatnie cztery lata.

– Mojemu ojcu musi pan wybaczyć – wymamrotał wreszcie.

– Nie mam mu czego wybaczać. Rozumiem go.

Evar postanowił nie mówić, że też pamięta Asgera z tego dnia, sprzed dwunastu chyba lat, kiedy ten po raz ostatni przyjechał z ojcem do jego miasta. Stał wtedy w grupce młodych mężczyzn, udających, że mały orszak Sidortów interesuje ich tylko dlatego, że można się z niego pośmiać. Asger zwracał na siebie uwagę. Nastoletni chłopak, który właśnie zaczął sobie uświadamiać moc wynikającą z urodzenia, majątku i urody. Jechał z przodu, z radosną miną przyszłego zdobywcy świata, pewny siebie i beztroski. Evar z przyjaciółmi nabijali się z „kogucika”, jednak wciąż doskonale pamiętał bolesne ukłucia zazdrości.

Zerknął teraz na wtulonego w ścianę dowódcę, próbującego ochronić się przed nocnym chłodem, by przekonać się, co zostało z tamtego chłopca. Kapitan był niemal tak samo szczupły jak wtedy, ale beztroskę zastąpiły skupienie i powściągliwość. Pozostała pewność siebie, jednak Kalawa miał wrażenie, że nawet ona jest już zupełnie innego rodzaju.

– Powiedz mi coś o sobie, Kalawa. Przecież studiowałeś prawo.

– Dwa semestry. I mnie wyrzucili. To był cios dla rodziców. Ojciec jest kimś w rodzaju lekarza… Nie, nie po studiach, jak nasz porucznik, ale zna się na leczeniu. Dzięki temu mogliśmy żyć wygodnie, a ja pójść na studia. I zepsułem to.

– Dlaczego…?

Asger nie dokończył pytania. Wyprostował się, zmarszczył brwi. Kalawa dopiero po chwili usłyszał oddalone szmery.

– Idą – szepnął oficer.

Wyszli przed budynek, kryjąc się za zdziczałymi krzewami derenia. Bezchmurna, księżycowa noc pozwalała wyraźnie zobaczyć nadciągających ludzi. Poruszali się powoli, w niemal całkowitej ciszy. Kalawa miał rację – przeszli ścieżką tuż obok stróżówki. Ciągnięte przez ospałe konie dwa wozy poszarpały liście na krzewach. Zatrzymali się ledwie kilkadziesiąt sążni dalej, na okazałym trawniku. Mężczyźni zbliżyli się do wozów, spod przykrywających je plandek wyciągnęli szpadle. Zbliżył się do nich jeździec i pokazał, gdzie kopać.

Przez przeszło godzinę słychać było tylko uderzenia szpadli i szum przesypywanej ziemi. Kalawa i Asger niemal zesztywnieli z chłodu; zapomnieli już, jak zimne bywają jesienne noce na północy, nie przygotowali się na taki ziąb. Dowodzący akcją mężczyzna raz przejechał ścieżką tuż koło nich, ciekawie spoglądając na stróżówkę. Krister. Trudno było nie poznać jego bladej twarzy.

Wreszcie dół został wykopany. Mężczyźni ponownie podeszli do wozów, ściągnęli z nich plandeki. Evar głośno wciągnął powietrze, posunął się krok do przodu. Gałązki derenia zatrzeszczały ostrzegawczo, kapitan szarpnął podwładnego w tył.

 Ciała uderzały o ziemię z głuchym łomotem, ale potem, gdy zaczęły opadać na te, które leżały już niżej, ucichło. I znowu szelest przesypywanej ziemi, wreszcie ubijanie szpadlami. Gotowe. Jeden z mężczyzn wszedł na świeżą mogiłę i zaczął coś na nią sypać, szerokim ruchem ręki. Siał trawę. Asger z niedowierzaniem pokręcił głową.

– To mój sąsiad – szepnął Kalawa. – Bawiłem się z nim na podwórku, kiedy byłem dzieckiem.

Asger patrzył jeszcze chwilę na zastygłe na trawniku ludzkie cienie i odwrócił się.

– Chodźmy – rzucił. – Nic tu po nas.

 

***

 

Następnego dnia w południe kapitan Asger Sidort ponownie przemierzał ciemne korytarze mieszkania Matsa Prebena. Podrażniony własną bezsilnością, w głowie układał raport dla pułkownika Elifa. Jego regiment miał pojawić się w mieście dziś wieczorem, najdalej jutro rano. Asger wyczekiwał tego z niecierpliwością, wyobrażając sobie upadek majora Kristera.

Zapukał do drzwi gabinetu Prebena. Cisza. Nacisnął klamkę i wszedł do środka.

Za biurkiem siedział Krister i uśmiechał się szeroko. Sześciu jego żołnierzy rozlokowało się po całym pomieszczeniu. Preben przycupnął na krześle pod oknem i siedział tam, wyprostowany, z rękami na kolanach, ze wzrokiem wbitym w przestrzeń. Asger zapomniał zasalutować.

– Witam, kapitanie – odezwał się major.

– Co tu się dzieje?

– Nic wielkiego. Robię porządki. Pułkownik Elif wkrótce się zjawi, chcę, by był zadowolony.

Asger poczuł, jak jego mięśnie napinają się, a zmysły wyostrzają.

– Już większość uprzątnąłem, zostały resztki.

– Naprawdę?

Krister pokiwał głową.

– Co się pan głupio pyta? Był pan przecież w nocy w parku, sam pan widział.

Sidort poczuł, jak po plecach przemyka mu zimny dreszcz.

– I uważa pan, majorze, że pułkownika to zadowoli?

Major wydął policzki i zaczął bawić się przyciskiem do papieru.

– Nic nie uważam. Słyszałem o pułkowniku Elifie i wiem, że mógłby nie docenić. Ale to tylko drobna przeszkoda. On jest tylko drobną przeszkodą. Chociaż nieco większą niż pan, kapitanie. Wie pan, nasze powstanie pewnie wreszcie wygra. Ale po co miałoby wygrać, jeśli wszystko zostałoby po staremu? Jeśli zmieniłaby się tylko osoba na szczycie? Potrzebujemy zmian, prawdziwych zmian. Musimy ukształtować się na nowo. Tacy jak pan, jak ten tutaj ­– wskazał na Prebena – nie pasujecie. Tacy jak ci, którzy leżą w tym dole… Pojedynczo nic nie znaczycie. Mogłoby się wydawać, że wasze grzeszki są drobnostkami. Ale jeśli je wszystkie zsumować… Powstanie fala, która mogłaby zniszczyć naszą odnowę, zanim by się na dobre rozpoczęła. Musimy dać przykład. Wasz los musi być przykładem.

– Powiem coś panu, majorze. Nie ma nic bardziej żałosnego niż osoba, która zdobyła maleńką władzę i wydaje jej się, że przez to stała się półbogiem. Stoi pan na czele małego garnizonu w małym, zapyziałym miasteczku. Coś się panu przewróciło w głowie i uznał pan, że to zadupie stało się centrum dowodzenia, z którego pewien niespełniony wędrowny aktor wysadzi w powietrze świat. Nic z tego. Wkrótce się pan o tym przekona.

– Tego pana podwładnego, Kalawę, też dopadniemy.

Ta uwaga kosztowała Asgera chwilę dekoncentracji. Odrobinę za późno zauważył, że stojący za nim żołnierz oderwał się od ściany. Sidort uchylił się przed ciosem, ale pięść musnęła go w szyję. Chwycił napastnika za włosy, odchylił jego głowę tak mocno, że oczy tamtego niemal wyskoczyły. Drugą ręką uderzył go w grdykę, krótkim, ledwie zauważalnym ruchem. Żołnierz zacharczał i runął na ziemię. Kolejnego unieszkodliwił precyzyjnym kopniakiem w krocze i wreszcie zdołał wyciągnąć szablę. Pędzący ludzie majora zatrzymali się, przyczaili, skoncentrowali. Kapitan rzucił okiem na Prebena – bankier patrzył na bijatykę rozognionym spojrzeniem, a potem uniósł ręce, wykonał jakiś niesprecyzowany ruch i ze zdziwieniem obejrzał własne dłonie. Asgerowi wydało się, że poczuł na twarzy silny podmuch wiatru.

– Imponujące, kapitanie – stwierdził spokojnie major Krister.

Sidort przeniósł na niego wzrok. Starszy oficer wciąż siedział za biurkiem, ale nie bawił się już przyciskiem do papieru. W prawej dłoni trzymał pistolet.

– Ale co pan powie na to?

Rozległ się huk. Asger poczuł rozdzierające szarpnięcie w udzie. Krzyknął i padł na podłogę, jakby ktoś brutalnie podciął mu nogi.

– Podnieście go.

Poderwali go, wykręcili mu ręce do tyłu, trzymali mocno. Udo paliło żywym ogniem.

– Tak jak powiedziałem, nie jest pan przesadnie trudną przeszkodą. Sierżancie, kapitan jest do twojej dyspozycji.

Kwadratowy podoficer podszedł z błogim uśmiechem na ustach, zwinął dłoń w pięść i uderzył kapitana w brzuch. Asger jęknął, próbował się skulić, ale podtrzymujący go mężczyźni na to nie pozwolili. Przez chwilę bezskutecznie walczył o oddech, a potem zachłysnął się wymiocinami. Żołnierze go puścili, major stwierdził z obrzydzeniem:

– Paskudzi panu dywan!

Preben nie zareagował. Wciąż, marszcząc brwi, obserwował swoje dłonie.

Znowu go podnieśli. Sierżant wycelował pięścią w skroń, trafił. Gabinet Prebena zawirował Asgerowi przed oczami. Kolejne ciosy sprawiły, że świat pociemniał i stracił kontury.

I wtedy nagle wszystko rozbłysło, a Sidort wylądował na miękkim dywanie. Przetoczył się odrobinę, by oddalić się od śladów własnych wymiocin i znużony przymknął powieki. Nad głową słyszał krzyki strachu i bólu oraz łoskot przewracanych przedmiotów i ciał. Zmusił się do otwarcia oczu, gdy dotarła do niego fala gorąca. Pożar. Ogień pożerał gabinet. Asger uniósł się na łokciach, próbując zignorować powiększającą się na popielatym dywanie plamę krwi.

– Leż, chłopcze! Nie trać sił! – Dobiegł go głos Prebena.

Posłuchał, ale odwrócił się na plecy. Mats Preben odprawiał jakiś dziki taniec w płomieniach. Machał pulchnymi rękami we wszystkie możliwe strony, a ciała żołnierzy latały tam, gdzie im kazał, jakby przyczepione do jego dłoni niewidzialnymi sznurkami. Ten groteskowy widok w jakiś dziwny sposób zniesmaczył Asgera, odwrócił więc głowę. Major siedział pod ścianą, nienaturalnie wykręcony. Jego oczy patrzyły przed siebie. Martwe.

Oficer poczuł szarpnięcie za kurtkę. Chciał się wyrwać, ale chwyt Prebena okazał się niezwykle silny.

– Spokojnie. Musimy się stąd wydostać. Korytarz też płonie.

Dotarli pod okno. Bankier rozsunął kotarę, chwycił krzesło i rzucił. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Płomienie rzuciły się po potężną porcję świeżo dostarczonego tlenu i wyciągnęły w stronę mężczyzn gorące macki. Preben jednym ruchem przerzucił Asgera przez parapet, do ogrodu, a potem sam za nim skoczył. Chwycił oficera za kołnierz kurtki i pociągnął przez rabaty kwitnących begonii, byle dalej od buchającego przez okno żaru.

Zatrzymali się za krzakiem różanecznika. Preben zdjął surdut, zerwał rękaw koszuli i skręcił go w sznur. Zawiązał na krwawiącym udzie Asgera opaskę uciskową.

– Kula przeszła na wylot. To nic groźnego – stwierdził.

Oficer uwierzył mu na słowo.

– Skup się teraz, chłopcze – mówił bankier. – Twoje pieniądze nadal są w tym sejfie. Pożar ich nie uszkodzi. Rozumiesz? – Asger skinął głową. Preben wcisnął mu do kieszeni jakąś kartkę. – Tu masz szyfr. Ale przemyśl jeszcze raz, co z nimi zrobisz. – Wstał, rozejrzał się wokół. – Moja rola się skończyła. Nie mam już czego pilnować, mogę odejść. – Odwrócił się w stronę płonącej kamienicy i uśmiechnął się słabo. – Żegnaj. – Postąpił kilka kroków.

– Stój! – krzyknął kapitan. – Nie!

Preben zawrócił i ponownie przykucnął przy oficerze.

– Nic nie rozumiesz, co? Albo próbujesz nie rozumieć.

Asger oddychał ciężko. Dym dotarł już i tutaj.

– Nie przetrwałem tamtego pobicia. Nie wiem, dlaczego trafiło na mnie, to wszystko jest wciąż takie przypadkowe. Wybacz, że nie powstrzymałem ich wcześniej. Nie mam wprawy. No i nie chciałem przy okazji uszkodzić ciebie. – Spojrzał na swoje dłonie. – Ale w końcu wszystko się jako-tako udało. A moja misja się skończyła. Nie mam już skarbów do pilnowania. – Uśmiechnął się, wstał i spojrzał na ulicę. – Twój zbawca już tu pędzi. Jesteś bezpieczny.

Odwrócił się i zniknął w kłębowisku dymu. Kalawa dopadł do dowódcy.

– Dzięki bogom, kapitanie. Myślałem, że już po panu.

 

***

 

Isla Kalawa jednym ruchem ręki zrzuciła ze stołu w salonie obrus, wraz ze wszystkim, co na nim stało. Jej mąż spojrzał na nią krytycznie, gdy rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Wzruszyła ramionami. Evar położył na pustym blacie opierającego się Asgera.

– Histeryzujecie – orzekł Knud Kalawa. – Nic mu nie jest. Rozbierz go.

Sidort usiadł, chwycił dłonią przód kurtki.

– Nic mi nie jest – powtórzył za gospodarzem. – Tylko udo. Ale to drobiazg.

Knud wykrzywił wargi, położył dłoń na piersi oficera, wymacał coś palcami, a potem pchnął. Nagłe uderzenie bólu sprawiło, że Asger stracił oddech.

– Nic? To złamane żebro też ma pan w udzie? Rozbierz go – powtórzył, zwracając się do syna.

Asger wstrzymał podwładnego ruchem dłoni.

– Ja sam – szepnął.

Evar patrzył, jak dowódca zdejmuje kurtkę, a potem, powoli, z ociąganiem, pokrwawioną koszulę. Wreszcie ukazało się jego ciało – szczupłe, silne, zwinne. I pokryte gęstą siatką blizn. Knud Kalawa bezwiednie wciągnął w płuca powietrze. Dużo powietrza. To nie pasowało do jego wizji bogatego paniczyka, najlepszej partii na północy.

– Dobrze – powiedział, dochodząc do siebie. – Musimy się pospieszyć. Zaraz mam służbę.

– Nic pan nie ma – mruknął Asger. – Major nie żyje. Chwilowo jestem tu najwyższym rangą oficerem. Daję panu wolne.

Popatrzyli na niego z niedowierzaniem. Nagle za oknem rozległ się odgłos licznych kroków. Evar rozchylił kotary.

– Idą! – krzyknął. – Nasi.

– Coś wcześnie – stwierdził Asger i zeskoczył na podłogę. Syknął, gdy nogą szarpnął ból.

– A pan dokąd, kapitanie?

– Muszę złożyć raport pułkownikowi.

Gospodarz westchnął, spojrzał na syna, pokręcił głową i zaczął grzebać w swojej torbie. Evar zrozumiał. Chwycił dowódcę pod ramię i przytrzymał.

– Ja pójdę. Wyjaśnię.

– Nie. Nic mi nie jest, mogę iść.

Żołnierz mocniej ścisnął rękę dowódcy i wyprostował ją; Knud Kalawa precyzyjnym ruchem wbił w nią igłę strzykawki. Asger wydał dźwięk, jakby uszło z niego powietrze, a potem bezwładnie zawisł w ramionach Evara.

 

Gdy się ocknął, nad sobą zobaczył pokrytą tatuażami twarz swego zastępcy i lekarza oddziału, porucznika Kerka Tora.

– Nareszcie – rzucił tamten. – Spałeś niemal dobę. Pułkownik chce cię widzieć.

– Czy to nie za wcześnie, poruczniku? Kapitan nie wygląda najlepiej.

Asger odwrócił głowę. No tak. Sierżant Hadar. Jak zwykle zatroskany i opiekuńczy, wyglądał niczym brodata, przerośnięta niania. Pod oknem tkwił jeszcze Evar Kalawa.

– Dlaczego tak skromnie? Jakby dobrze poupychać, to zmieściłoby się tu co najmniej pół oddziału.

Nikt się nie uśmiechnął i Asgerowi zrobiło się głupio.

 

***

 

Pułkownik Mikel Elif był zwalistym mężczyzną o niezadowolonym wyrazie twarzy. Ta mina często stawała się jeszcze bardziej wyraźna, gdy rozmawiał z kapitanem Sidortem.

– Sidort, czy ja mogę cię kiedykolwiek spuścić z oczu? Zaraz pakujesz się w jakąś awanturę!

Asger siedział na krześle, ranną nogę wyciągnął przed siebie. Uznał, że kwatera, którą wcześniej zajmował Krister, dla Elifa była za ciasna.

– Pułkowniku, to nie ja wpakowałem się w to bagno. Major…

Elif machnął ręką.

– Tak, wiem. Ten twój żołnierz, Kalawa, opowiedział nam wszystko. Pokazał grób. Źle się dzieje, Sidort, nie wiem, jak to wszystko się skończy.

Asger dopiero teraz zauważył, że na szerokiej twarzy pułkownika wyraźnie widać zmęczenie i zniechęcenie. Poczuł niepokój.

– Co pan ma na myśli, pułkowniku?

– Nieważne. Preben nie żyje, pewnie wiesz. Jego dom spłonął, to wiesz na pewno. Sidort, co tam się stało? Ciała są w znacznej mierze zwęglone, ale przecież widać… Ktoś ich nieźle powykręcał, tych wszystkich żołnierzy. Ktoś wam pomógł?

– Nie.

– Sidort, czy ty… No wiesz, to wszystko wraca, nie ma już wątpliwości. – Nie wiedział, jak wyrazić myśl.

Asger popatrzył na niego zdumiony, a gdy zrozumiał, z rozbawieniem pokręcił głową.

– Chyba pan nie myśli, pułkowniku, że ja…? Nie. Czary-mary to nie dla mnie.

Elif odetchnął z ulgą.

– Więc kto?

Asger chwilę rozważał odpowiedź.

– Preben – rzucił wreszcie.

Starszy oficer nie spuszczał z niego wzroku.

– Mimo wszystko… Magia cię lubi, Sidort. Albo ona cię goni, albo ty ją. Uważaj, to igranie z ogniem. Udało ci się…?

– Tak – przerwał kapitan i sięgnął do stojącej przy krześle torby. Wstał z trudem i wysypał jej zawartość na biurko.

Elif chwilę w milczeniu patrzył na pakunek i banknoty.

– Wiesz, że nie odzyskasz majątku rodziny.

– Nie liczę na to.

– To pieniądze twego ojca, teraz twoje.

Asger zmarszczył brwi. Czyżby pułkownik chciał powtórzyć przemowę Prebena?

– Ojciec przeznaczył je na powstanie. Nic mi do tego.

Elif wciąż milczał.

– Asger, dobrze znałem twego ojca. Nie jestem pewien, czy spodobałoby mu się to, co się dzieje.

Kapitan zirytował się.

– A co się dzieje? Pułkowniku, mówi pan zagadkami, Preben też tak mówił. Co się dzieje? Krister był szalony, ale to niewiele znaczy. Szaleńcy zawsze się zdarzają. Nie żyje.

Elif wbił w młodszego oficera udręczone spojrzenie. Po plecach Asgera przebiegł dreszcz.

– Zawsze jesteś w biegu, Sidort, wiecznie cię gdzieś wysyłam. Nie widzisz tego, co ja.

– Czyli?

– Krister nie był wyjątkiem. Niedługo my staniemy się wyjątkami. Szala się przechyla.

Serce Asgera zamarło. Pokój zrobił jeden obrót wokół jego głowy.

– Ja… To, co tutaj się działo… Ja się na to nigdy nie zgodzę – wyszeptał kapitan.

– Wiem. I dlatego się o ciebie martwię.

Pułkownik położył dłoń na pieniądzach i przesunął je odrobinę w stronę podwładnego.

– Raz uratowałem ci życie, Sidort. Nie po to, byś teraz miał je stracić w tak głupi sposób. Nie chcę tego.

Asger spojrzał mu w oczy.

– A co pan myśli, pułkowniku?

– Jeszcze mam nadzieję.

– Więc ja też. Czy mogę się odmeldować?

Pułkownik Elif skinął głową. Czuł narastający ból w skroniach, gdy patrzył, jak kapitan salutuje, chwyta pożyczoną od Knuda Kalawy kulę i, utykając, znika za drzwiami.

 

Koniec

Komentarze

Klikam biba już teraz, bo pamiętam, że zasługiwało, a ogólnie przelecę jeszcze potem po tekście i postaram się sklecić jakiś komentarz.

“Klikam biba” bardzo mi się podoba. :)

Dziękuję za biba, a jak będzie sklecony dłuższy komentarz – to podziękuję jeszcze raz. :)

 

To ja sklecę teraz dłuższy komentarz i zaraz również zagłosuję na to opowiadanie, żeby poszło do “biba”. 

Bardzo lubię teksty o przygodach kapitana Sidorta. Faktem jest, że czyta się je trochę inaczej znając szerszy kontekst, ale potrafią też funkcjonować samodzielnie, dlatego nie przeszkadza, gdy czyta się je w dłuższych odstępach czasu i może je czytać też ten, kto nie zna pozostałych. Podziwiam Twoją zdolność do tworzenia tych samodzielnych opowiastek w świecie, który już rozbudowałaś i znasz dobrze, a jednocześnie potrafisz za każdym razem zdradzić nie za dużo, ani za mało. Kolejnym elementem jest wyśmienity nastrój, w który można wczuć się od pierwszych zdań i zawsze barwne, ciekawe postaci oraz intrygi. Lubię to, że magia jest owiana tajemnicą.  Nie mówcie mojemu chłopakowi, ale fantazjuję o Sidorcie.

Krótko mówiąc, napisz już i wydaj tę książkę, nazwij ją nawet “Lampa”, bo i tak ją kupię i będę czytać zapamiętale. 

PS. Nie tytułuj książki “Lampa”, bo mogą jej wtedy inni nie kupić… 

– Kalawa, coś tu nie gra. Tu jest dziwnie, w tym mieście.

Wiem, że już drukowane, ale rzuciło mi się w oczy. Raz, że powtórzenie, dwa, że jakoś koślawo to brzmi. Czemu nie po prostu: w tym mieście jest dziwnie?

– Ale mój ojciec… On nie jest tchórzem!

Sidort zasugerował coś takiego? Chyba nie zrozumiałem.

Czego pan ode mnie oczekuje? Major jest starszy szarżą, ma setkę żołnierzy, a ja, z całym szacunkiem dla Evara, tylko jego.

Bardzo ładna wypowiedź.

– Nie mam mu co wybaczać. Rozumiem go.

Chyba czego?

Przetoczył się odrobinę, by oddalić się od śladów własnych wymiocin i znużony przymknął powieki.

Wydaje mi się, że po pobiciu czuje się coś innego niż znużenie. ;)

o niezadowolonym wyrazie twarzy.

Jakieś to takie, takie sobie. Nawet jak był zadowolony miał niezadowolony wyraz?

 

Kurczę, ale Ci zazdroszczę tak sprawnego przedstawiania (i konstruowania) fabuły! Fajnie wrócić do Asgera, Kalawy nie kojarzyłem, ale za to pod koniec pojawia się wytatuowana znajoma twarz. Przeczytałem z ciekawością i, uczciwie przyznam, po prostu frajdą. Jest to typ opowiadań, który lubię i przy którym najlepiej się bawię. Awanturniczy bohaterowie, problemy, które same ich znajdują, magia, spiski, ech! Czego dusza zapragnie.

Bardzo podobał mi się motyw Prebena. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Zastanawia mnie tylko, czy wszyscy widzieli go jako ducha? Logiczniej byłoby, gdyby tylko Asger go widział, skoro ten był strażnikiem jego skarbów. To że wszyscy widzieli Prebena i nikt nie zauważył, że jest żywym trupem wydaje mi się trochę dziwne.

Motyw z fanatyzmem religijno-obyczajowym i jego zbrodniczym charakterem jest już tak ograny, że poczułem lekkie ukłucie rozczarowania, więc musiałem troszkę przymknąć oko na ten oklepany z każdej strony numer. Szkoda, że stanowiło główną oś intrygi. Nie przeszkodziło Ci to jednak przedstawić tego w wartkiej akcji i odwrócić nieco uwagę od minusów tego rozwiązania.

Zdziwiła mnie również miękkość Elifa w stosunku do Asgera. Rozumiem, że w całym uniwersum ma to swoje uzasadnienie, jednak w tym opowiadaniu jakoś mi to nie zagrało. Poza tym o jakiej rebelii oni mówią? Przeciwko czemu chcą powstać? Albo ja czegoś nie załapałem, albo zabrakło kilku słów wytłumaczenia. Może to być moja wina, bo czytałem bardziej zaciekawiony dalszymi losami bohaterów niż szukaniem niuansów świata.

Najmocniejszymi atutami opowiadania jest jego awanturniczy charakter i sprawnie poprowadzona intryga. Pod koniec nieco rozchodzi się na szwach, ale nie puszcza i w całości dojeżdża do nieco enigmatycznego zakończenia. Nic specjalnie nowego, ale ciekawi i znajomi bohaterowie plus świetny warsztat (niektóre zdania chyba sobie zapiszę) i dobre tempo sprawiły, że bardzo dobrze bawiłem się przy tym opowiadaniu.

 

EDIT:

Krótko mówiąc, napisz już i wydaj tę książkę, nazwij ją nawet “Lampa”, bo i tak ją kupię i będę czytać zapamiętale. 

PS. Nie tytułuj książki “Lampa”, bo mogą jej wtedy inni nie kupić… 

XD

 

Ale: popieram i popieram. ;)

Rosebelle – dziękuję. :)

Nie mów mojemu mężowi, ale ja również fantazjuję o Sidorcie. ;) Chociaż ostatnio stworzyłam sobie nowego bohatera i teraz fantazjuję o nich dwóch.

I dzięki za biba! ;)

 

ac – również wielkie dzięki. :)

To podwójne “tu” zostawię, bo jednak dialogi mają swoje, nie tak surowe, prawa. Ale “co” na “czego” zmienię, bo sama się nad tym już zastanawiałam. Z tym “tchórzem” – chodziło mi raczej o to, że Kalawa sam przed sobą usprawiedliwia ojca, bo czuje się zawstydzony jego zachowaniem.

 

Preben – u mnie ta magia zawsze taka trochę mało widoczna. Preben wrócił, zachowywał się dziwnie i stał się odludkiem. To wszyscy zauważyli. Że był żywym trupem czy czymś w tym rodzaju – no, jakoś nie skojarzyli, składając to na karb jego przeżyć.

 

Motyw z fanatyzmem religijno-obyczajowym i jego zbrodniczym charakterem jest już tak ograny – kurczę, niby tak, ale to jest jeden z tych motywów, który mnie kręci i zawsze będzie kręcił. Podobnie jak szaleństwa wojny i takie tam. ;)

 

Elif zawsze był miękki w stosunku do Sidorta, tylko to niezdarnie ukrywa. :)

A rebelia – no właśnie, może to się gdzieś tam gubi przy tych poszczególnych przygodach w opowiadaniach, ale ta rebelia to motyw przewodni całej historii. Asger i spółka to wojska powstańcze, a teraz ta rebelia, za którą walczyli, zmierza w stronę, która dla Asgera jest nie do zaakceptowania. Więc przed nim trudne wybory. Stąd tytuł.

 

Cieszę się, że się dobrze bawiłeś. To dla mnie chyba najważniejsze. :)

 

Pozdrawiam Was. 

Klik i do zobaczenia pojutrze z komentarzem. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nawet dwa kliki mi dałeś.

A ja wiem, ile masz lat! Jesteś starszy nawet ode mnie! devil Wszystkiego najlepszego!

Ooo. To dlatego Wybranietz trafiła do biblioteki od razu. Urodzinowo mam moc podwójnych klików. Dziękuję za życzenia ????????

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zgadzam się z Rosebelle, że stworzone przez Ciebie historie, umieszczone w tym samym niezwykle klimatycznym i delikatnie okraszonym magią świecie, zasługują na książkę :) I tym razem przeczytałam Twoje opowiadanie z przyjemnością. Klikam :)

Interesujący tekst.

Coś się dzieje, ale tak na spokojnie. Właściwie, jest jakieś niebezpieczeństwo, więc bohaterowie spokoju nie mają, ale fabuła płynie dość leniwie.

Sama nie wiem, czy mi się te opisy podobają. Klimat budują, ale coś rozwadniają.

Odrobinę przeszkadzała mi fragmentaryczność opowiadania. OK, to jest zamknięty epizod z życia kapitana. Ale ja w ogóle nie pamiętam tej rebelii, więc tła nie rozumiałam. A ono odegrało ważną rolę.

Ech, czy jeszcze gdzieś są tacy bankierzy, którym nawet własna śmierć nie przeszkadza w wywiązaniu się ze zobowiązań? ;-)

Babska logika rządzi!

Okej, jestem. Jeśli chodzi o ogólne wrażenia, pozostaje mi powtórzyć to, co pisałam pewnie już wcześniej – zawsze czytam teksty z tego uniwersum z przyjemnością, bardzo odpowiada mi klimat wykreowanego przez Ciebie świata. Oczywiście czytam też dla Sidorta – widać, że wkładasz serce w tworzenie i rozwijanie tej postaci i dobrze Ci to wychodzi.

Jedyną wadą tekstu było dla mnie to, o czym wspomniał Ac – zbyt oklepany motyw fanatyzmu. Ale nie przeszkadzało mi to jakoś w odbiorze całości. Po pierwsze dlatego, że same sceny poprowadzone są ciekawie, po drugie – jak wynika z powyższego akapitu, fabuła poszczególnych opowiadań jest dopiero trzecią w kolejności rzeczą, na którą zwracam uwagę.

 Ostatnio czytałam pewną książkę, gdzie też pojawił się jakiś motyw z bankierem. I wtedy stanęła mi przed oczami ta scena pożaru – chwilę trwało, zanim sobie przypomniałam, z czego to, ale pamiętałam, że fajne. To chyba znaczy, że jednak piszesz obrazowo i coś w tej głowie zostaje :)

Specjalnie dla Was chciałam wymyślić coś dłuższego, ale po daremnych wysiłkach uznałam, że jednak ten tytuł najlepiej tu pasuje.

Właściwie jakbyś nagle zaczęła nadawać tym opowiadaniom dłuższe tytuły, byłaby to pewna niekonsekwencja. Lepiej chyba zostawić, jak jest, zamiast działać wbrew sobie. Ja też kupię “Lampę” :)

A mnie się wątek fanatyzmu podoba. Fakt, wszyscy go oklepują, ale widać za lekko, bo cholerstwo ciągle żyje i ma się nieźle.

Babska logika rządzi!

Katiu, dziękuję. Bardzo miło mi to czytać. :)

 

Finklo. Czyli: Interesujący tekst, ale w sumie to do dupy. ;) Dziękuję za przeczytanie i komentarz.

 

Teyami: Dziękuję po raz drugi, tym razem za rozbudowany i ciekawy komentarz.

 

Finkla: A mnie się wątek fanatyzmu podoba. Fakt, wszyscy go oklepują, ale widać za lekko, bo cholerstwo ciągle żyje i ma się nieźle.

No właśnie. Jak już napisałam – fanatyzmy, totalitaryzmy, szaleństwa religii i wojny to są rzeczy, które mnie literacko kręcą. I jako kogoś, kto pisze, i jako czytelniczkę. Można o tym pisać miliardy razy, a one i tak istnieją i jak się wydaje, nigdy istnieć nie przestaną. Są oklepane, ale to też z czegoś wynika. 

Uważam wręcz, że są to rzeczy o których mówić i pisać nie należy przestawać, bo zawsze są na rzeczy. To są po prostu sprawy warte opisywania, nawet tryliony razy. :)

O nie, proszę mi dupy do ust nie wkładać! ;-)

Interesujący, ale mógł być lepszy. Cholera, problem z Twoim kapitanem jest taki: wiadomo, że go nie zabijesz, bo jeszcze wiele opowiadań o nim powstanie. Nie wyglądasz na Martina. Estetycznie to spory zysk, ale jakiś pazur Ci z tekstów wyrywa.

Babska logika rządzi!

Ok, rozumiem.

To wyrwę jeszcze pazury na przyszłość: jeżeli w moich opowiadaniach w roli głównej pojawi się jakikolwiek młody, wzbudzający sympatię, przystojny mężczyzna – na sto procent go nie zabiję. ;)

W sumie rozumiem. Ginące gatunki powinny być pod ochroną. ;-)

Babska logika rządzi!

Znam ten świat i bohaterów, więc z przyjemnością przeczytałam o ich dalszych losach, ale tym razem cała rzecz, choć rozgrywa się w krótkim czasie i mimo dramatycznych wydarzeń, zdała mi się opowiedziana jakby przypadkiem, trochę obok nurtu głównych wydarzeń.

Mam też wrażenie, że czytelnik, dla którego będzie to pierwsze spotkanie z Sidortem, może odczuć, że to nie jest samodzielne opowiadanie.

 

zła­pał żoł­nie­rza za rękaw i od­wró­cił się za sie­bie.

– Evar wró­cił! – wrza­snął. –> Nie brzmi to najlepiej.

Mogę spojrzeć za siebie, mogę się odwrócić, ale odwrócić się za siebie/ kogoś/ coś, nie potrafię.

 

chciał za­brać się za wy­ja­śnie­nia… –> …chciał za­brać się do wyjaśnień… Lub: …chciał wyjaśnić

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

Evar Ka­la­wa czę­sto o niej wspo­mi­nał, tę­sk­nił za nią chyba naj­bar­dziej z całej ro­dzi­ny. Da­rzył nie­mal… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

z wy­jąt­kiem co­mie­sięcz­nych mo­dłów w świą­ty­ni Ho­re­ny.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

któ­rych za­da­niem jest do­pro­wa­dze­nie do grzesz­ne­go odu­rze­nia.” –> Jak wyżej.

 

od­by­cia służ­by w cy­wil­nych pa­tro­lach mia­sta.” –> Jak wyżej.

 

Na­sto­let­ni chło­pak, który wła­śnie za­czął sobie uświa­da­miać… –> To słowo nie ma racji bytu w tym opowiadaniu, albowiem zaistniało dopiero w drugiej połowie ubiegłego wieku.

 

Po­de­rwa­li go w górę. –> Masło maślane. Czy mogli poderwać go w dół?

 

– Dla­cze­go taka skrom­nie? –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rozumiem, Regulatorzy. Dzięki za komentarz i sugestie. Część z nich na pewno wprowadzę, jak tylko dorwę się do komputera.

Przybywam, bo bardzo lubię, jak opowiadasz o Sidorcie. Nie tylko, co opowiadasz, ale też w jaki sposób to robisz. Świetny warsztat został zarysowany IMO tylko w jednym miejscu – gdy padło słowo “mikroklimat”. Nie wydaje mi się pasować do wykreowanych realiów.

Ciągle nie ma książki. Szkoda. Odbieram “Rozstaje” jako niewielki spadek formy, bo wątek śledztwa oparty na konserwatyźmie obyczajowym (religijny wydaje mi się doczepiony na siłę) nie wydał mi się zbyt zajmujący, zaś wątek fantastyczny nie był tak cudownie ulotny jak w innych odsłonach i ta jego bezpośredniość, to ciskanie żołnierzami jak kukłami i płomienie, bez właściwie uzasadnienia, nie przekonało mnie.

Do tego znów pojawiły się odniesienia do jakiejś rebelii, powstania, ogólnej sytuacji politycznej – i wszyscy wiedzą, o co chodzi, oprócz czytelnika. Czytelnik dostaje intrygę na poziomie lokalnym, co zwykle się sprawdza i wystarcza, ale gdy tym razem niedomaga, to trochę zaczyna irytować, że z szerszego kontekstu niewiele wiadomo. Historie takie jak ta są dobre do wprowadzenia czytelnika w świat, by później łyknął kolejne twisty i zawiłości. Mam wrażenie, że wprowadzasz w ten świat po raz kolejny, mimo że wszyscy wprowadzeni chcieliby już po prostu więcej.

Zgodzę się z Reg, że “Rozstaje” kiepsko nadają się na pierwsze spotkanie z Sidortem.

Czytało mi się przyjemnie, ale chyba dlatego, że znałem poprzednie teksty i przewidywałem, czego się spodziewać.

Przepraszam, że się wtrącę, nie czytając opowiadania, ale przejrzałam komentarze i trafiłam na to:

Nie mówcie mojemu chłopakowi, ale fantazjuję o Sidorcie.

Kurczę, o ile nie mówimy o trzynastoletnich fankach Zmierzchu, ani w ogóle o romansie jako takim, to naprawdę ogromny komplement dla stworzonej przez kogoś postaci ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Kurczę, 5 godzin na A4 i Zakopiance, śnieżyca, mokro, ślisko. Mam dość. A lubię prowadzić.

 

MrBrightside – dziękuję Ci za ten komentarz. Sama nie wiem, czy bardziej się cieszę, czy wkurzam, bo wypunktowałeś moje główne wątpliwości co do tego opowiadania i świata. W ogóle i w szczególe. :) No, oprócz tego wątku religijnego może, bo ja to tam takie rzeczy lubię. ;)

 

wątek fantastyczny nie był tak cudownie ulotny jak w innych odsłonach i ta jego bezpośredniość, to ciskanie żołnierzami jak kukłami i płomienie, bez właściwie uzasadnienia, nie przekonało mnie.

Tak, ja też nie lubię takiego rzucania, bo wydaje mi się to groteskowe. Ale stwierdziłam, że tym razem sobie porzucam, a co! Że nikt inny się dotąd nie czepił, to uznałam, że wyszło ok. Jednak nie, to nie moja bajka i nie mój styl.

 

Do tego znów pojawiły się odniesienia do jakiejś rebelii, powstania, ogólnej sytuacji politycznej – i wszyscy wiedzą, o co chodzi, oprócz czytelnika. Czytelnik dostaje intrygę na poziomie lokalnym, co zwykle się sprawdza i wystarcza, ale gdy tym razem niedomaga, to trochę zaczyna irytować, że z szerszego kontekstu niewiele wiadomo. (…) Mam wrażenie, że wprowadzasz w ten świat po raz kolejny, mimo że wszyscy wprowadzeni chcieliby już po prostu więcej.

To już mnie gnębiło od jakiegoś czasu, a przy pisaniu tego tekstu – szczególnie. Muszę dawkować informację, bo wypstrykam się z całej historii opowiadaniami, ale też mnie to już męczy, bo wiem, jak to wygląda. Dlatego uznałam, że dopóki nie wyklaruje się (w jedną albo drugą stronę) sytuacja z książką, to dam sobie spokój z opowiadaniami z tego świata i to będzie ostatnie. “Esensja” nawet zaproponowała mi, bym napisała jeszcze jedno, żeby był takie esensjowy tryptyk (”Miasto”, “Rozstaje” i jeszcze coś), ale napisałam to samo. Opowiadania w tym uniwersum tracą już sens.

 

 

Joseheim – nawet jeśli Rosebelle przesadziła, to bardzo mnie ta uwaga ucieszyła. :) Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, jaki to komplement. :)

Nie przesadziłam!

To moje pierwsze spotkanie z Sidortem i jestem bardzo kontenta po lekturze. Miałam poczucie, że “coś” przegapiłam, ale równocześnie zrodziła się ciekawość. Mam ochotę przeczytać więcej z Twojego uniwersum, więc za jakiś czas chyba pojawią się inne komentarze pod Twoimi opowiadaniami ;)

Nie mogę się przyczepić niczego – akcja świetnie zakreślona, a końcowe rozwiązanie zrobiło na mnie duże wrażenie. Mam nadzieję, że jakaś powieść też się szykuje ;)

Kontenta, Deirdriu ;)

 

(Ocho, przepraszam, ja przeczytam to opowiadanie, zrehabilituję się, obiecuję!)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ups! Poprawione :)

 

Nauki nigdy dość ;)

Z góry przepraszam za jakość moich komentarzy, ale do niedzieli będę miała tylko telefon. :) Joseheim– nie ma problemu. :) Deirdriu – bardzo mi miło czytać taki komentarz. Cieszę się, że Ci się podobało, mimo że to Twoje pierwsze spotkanie z tym światem. :) Powieść już nawet jest, ale na razie nikt jej nie wydał. :( Chociaż jeszcze nie tracę nadziei. Mam już całkiem długą listę potencjalnych czytelniczek i czytelników, więc wierzę, że się uda. Dzięki!

Bardzo ładne i klimatyczne opowiadanie, cierpiące jednak w końcówce na “syndrom trailera”.

Dużo lepiej mi w tym tekście idzie wyobrażenie sobie realiów. Choć nadal mundury wojskowe to tabula rasa, to jednak dajesz dużo więcej detali (pistolet, latarenka, ktoś a’la cyrulik) że łatwiej idzie osadzić tło w jakiejś konkretnej konwencji. Postać kapitana to bardzo fajna, mam słabość do takich awanturników w starym stylu.

Akcja idzie wartko, odkrywamy kolejne elementy układanki. Tempo jest dobre, a fabuła trzyma w napięciu. I wszystko psuje się tak pod koniec, od momentu użycia magii przez bankiera.

Bo nagle wychodzi na to, że bohater… nic nie wie (to ty, Jonie Snow?). Nagle wszyscy zaczynają mówić do niego urwanymi tekstami rodem z trailerów świętogajowych filmów (”Nie spodobałoby mu się to, co się dzieje.” “A co się dzieje?” itp). Wtedy zacząłem tracić grunt pod nogami i ułożona układanka z powstania, upadłego rodu i powracającej magii rozsypała się. Historia tutaj przedstawiona to ułamek większej całości, której nie zrozumiem bez wykupienia kolejnych DLC ;) Zamiast wzbudzić moją ciekawość, poczułem się jak Jon Snow – że jednak nic nie wiem ;)

Podsumowując: dobry koncert fajerwerków o wyraźnym bohaterze i dobrze dobranym tempie, jednak z lekka zepsuty przez końcówkę, a zwłaszcza zbyt enigmatyczne dialogi w ostatniej scenie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki, NWM! Miło mi. Kurczę, nie przypuszczałam, że ostatni dialog może być enigmatyczny. Skoro tak piszesz, to jednak coś pewnie jest na rzeczy. Rozmawiali o zmieniającej się sytuacji politycznej, nie magii. Wcześniej w tekście były informacje, że o magii Asger wie doskonale. Dziękuję, że wpadłeś i za miły komentarz. :)

Są znani bohaterowie, mroczny, tajemniczy klimat, dobrze wykreowane nowe postaci. Jednak całość, mimo że bardzo dobrze napisana i czyta się jednym tchem, jakoś mnie nie przekonała. Intryga, pomimo, że początkowo zaciekawia, nie ma zbyt dobrego wyjaśnienia. Niezbyt dogłębnie przedstawiłaś motywacje Kristera. Nie przekonało mnie też samo zawiązanie akcji, choć przyznam, że akcja z Prebenem zaskoczyła.

Ogólnie widać, że to część większej całości, ktoś kto zna poprzednie teksty odnajdzie się w momencie, nowy czytelnik może czuć się lekko zmieszany.

 

Belhaju, dziękuję za wizytę i komentarz. Cieszę się z powodu komplementów, zarzuty przyjmuję do wiadomości. :)

Przeczytałam!

 

Aż się prosi, by opowiadanie nazwać “Miasteczko”, nie? ;) Odkładając żarty na bok, “Rozstaje” są tu jak na mój gust za bardzo metaforyczne, a za mało związane z tekstem. Ale to tylko taka luźna obserwacja.

 

Generalnie czytało mi się dobrze. Wprawdzie ja nie fantazjuję o Sidorcie, ale lubię go – co stwierdzam z pewnym zdumieniem, bo nawet o tym nie myślałam, ale teraz, jak zaczęłam czytać, to naszła mnie właśnie taka refleksja. Albo tutaj jakoś lepiej wypadł (bo przy “Gorączce” mnie troszkę irytował), albo po prostu z każdym kolejnym tekstem czytelnik więcej wie, a co za tym idzie ma inny stosunek do tego, co czyta.

Co prowadzi mnie do obserwacji, że niby da się to potraktować jako osobne opowiadanie… ale jednak na tyle szeroko kreślisz tło i na dodatek w końcówce rzucasz tyle niezwiązanych z treścią danego tekstu rzeczy, że nie, jednak nie. Wiąże się też to z tym, że oś opowiadania – ten kult, akcja z majorem – jest tylko jakby pretekstem, by pokazać coś więcej ze świata i ważniejszą oś motywacji/działań Asgera. Z każdej strony wychodzi, że to fragment większej całości. No i wydaj gdzieś wreszcie tę całość, bo ja chętnie przeczytam ;)

 

Łapanka:

„W sinym półmroku nielicznych latarni kształty budynków zdawały się być nierzeczywiste, jak z ponurej baśni.”

Rozumiem, że to przenośnia i skrót myślowy, ale mnie zgrzytnęło – latarnie dają światło, a nie półmrok ;)

 

„Jego zwierzchnik, pułkownik Mikel Elif[+,] dał mu w tym wolną rękę.”

 

„– Sidort, tak? – Dotarło do niego, gdy był już przy drzwiach.”

„Dotarło do niego, gdy był już przy drzwiach” nie jest samodzielnym zdaniem. Wiem, że to kontrowersyjna sytuacja, ale moim zdaniem zdanie opisu stanowi tutaj naturalną kontynuację kwestii dialogowej (czyli właśnie bez niej nie ma sensu jako zdanie), a jako takie powinno być napisane małą literą.

 

„…jednak bez tego się nie obejdzie.

Odwrócił się ponownie.

– Zgadza się, majorze.”

 

„Evar patrzył na ojca szeroko otwartymi oczami, nie mogąc uwierzyć w gorycz i zgryźliwość, która biła z jego głosu.” – które

 

„Wiem, że bankierzy[-,] mają opinię krwiopijców, ale ja zawsze wolałem piwo.”

 

„Evar Kalawa stanął przy bramie ratusza i wpatrzył się w wywieszone na nich obwieszczenie.” – Tu chyba zostało coś po jakichś poprawkach. Albo drzwi/wrota i wtedy „na nich”, albo brama i wtedy „na niej”.

 

„Asger usiadł na schodach, tyłem do niego[+,] i wystawił twarz do słońca.”

 

„…pod oczami majaczyły głębokie cienie.” – Majaczyć może coś w oddali, w tym kontekście to jest źle zastosowane słowo.

 

„Asger nie chciał pytać, czy brał w tym udział.

– Jednak tego nie zrobiłem. – Gospodarz mimo to odpowiedział na niezadane pytanie i błagalnie spojrzał na syna. – Musisz mi uwierzyć, Evarze. Nie mam wyjścia, muszę brać udział w tych cholernych patrolach, żeby nas zostawili w spokoju.”

 

„To znaczy[-,] pamiętam, ale jak ze snu…”

 

„Kwadratowy podoficer podszedł z błogim uśmiechem na ustach…” – Co to znaczy, że podoficer był kwadratowy?

 

„Sierżancie, kapitan jest do twojej dyspozycji.

Kwadratowy podoficer podszedł z błogim uśmiechem na ustach, zwinął dłoń w pięść i uderzył kapitana w brzuch.”

 

„– Leż, chłopcze! Nie trać sił! – Dobiegł go głos Prebena.”

Podobnie jak wyżej, „dobiegł” imho powinien być małą literą, choć tutaj to zdanie wygląda inaczej i od biedy ujdzie. Elegancko by też wyszło to zdanie przed kwestią mówioną, z dwukropkiem na końcu.

 

„…chwycił krzesło i rzucił. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Płomienie rzuciły się po potężną porcję świeżo dostarczonego tlenu i wyciągnęły w stronę mężczyzn gorące macki. Preben jednym ruchem przerzucił Asgera przez parapet…”

 

„Preben jednym ruchem przerzucił Asgera przez parapet, do ogrodu, a potem sam za nim skoczył. Chwycił oficera za kołnierz kurtki i pociągnął przez rabaty kwitnących begonii, byle dalej od buchającego przez okno żaru.”

 

„…wszystko się jako-tako udało…” – jako tako bez dywizu

 

„Wreszcie ukazało się jego ciało – szczupłe, silne, zwinne. I pokryte gęstą siatką blizn.”

Przepraszam, ale tu nastąpi subiektywna uwaga czytelniczki fantasy – laboga, kolejny bohater pobliźniony jak jasna cholera, co niewątpliwie sugeruje jego tragiczną, tajemniczą i skomplikowaną przeszłość. To… taki taki chwyt. *przewrócenie oczami*

 

„– Coś wcześnie – stwierdził Asger i zeskoczył na podłogę.”

Żaden ze mnie lekarz, ale mam wrażenie, że on jednak sporo krwi stracił, zanim bankier założył mu opaskę. Dziwię się jego żwawości.

 

„Uważaj, to igranie z ogniem.”

Czy to zamierzony żart, zważywszy, że Asger ledwo uszedł z płonącej kamienicy? ;p

 

„Nie jestem pewien, czy spodobałoby mu się to, co się dzieje.

Kapitan zirytował się.

– A co się dzieje? Pułkowniku, mówi pan zagadkami, Preben też tak mówił. Co się dzieje?”

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki, Jose. No, na ten komentarz sensownie przez telefon już nie odpowiem, korekty tym bardziej nie zrobię, więc poczekam, aż wrócę. Na razie – miło mi, zwłaszcza pamiętając Twoje komentarze do większości moich innych tekstów. :)

Pewnie jest coś w tym, że ludzie lubią to, co znają, więc kolejne opowiadania z danego uniwersum wchodzą coraz lepiej ;p No i sądzę, że z każdym kolejnym tekstem autor trochę lepiej pisze, nie?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki jeszcze raz, Joseheim. Zdecydowaną większość Twoich poprawek wprowadziłam. 

Z tymi bliznami to jest to samo, co z innymi rzeczami w tych tekstach, które zaczynają irytować czytelników, ale i mnie. Tu akurat przeszłość bohatera ma ogromny wpływ na jego teraźniejszość i charakter, ale pisanie o tym za każdym razem robią się wkurzające. Wiem. :)

 

No i dosłownie pół godziny temu dostałam maila. Nie chcę zapeszać, ale wygląda na to, że książka jednak się ukaże. :)

Bardzo się cieszę! ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No, ja też. ;)

O warsztacie i sprawach technicznych nie będę pisał. Nie ma o czym. Wiadomo przecież, że jest bardzo dobrze.

Kilka słów o fabule. To kolejne opowiadanie, które bardziej przypomina następny rozdział powieści niż samodzielny utwór. Mamy prostą sprawę do rozwikłania i dużo niedopowiedzeń na zapleczu. W oderwaniu od reszty Twoich tekstów "Rozstaje" byłyby niekompletne i w sumie błahe.

Schemat też się powtarza. Bohater pojawia się w kolejnym miejscu i przypadkiem odkrywa, że dzieje się tam coś dziwnego. Zazwyczaj wplątana jest w to coś subtelnie i oszczędnie dawkowana przez Autorkę magia, ale jak zawsze przyczyną wszystkich kłopotów okazują się ludzie i ich słabości lub namiętności.

Cały czas w tle buzuje jakieś niedopowiedzenie, nadchodzące zmiany, nieustannie coś się czai, ale nie ujawnia. To sprawia, że każde kolejne opowiadanie z tego świata pozostawia pewien niedosyt. Bo już wiemy, że to, na co czytelnik czeka, ma się pojawić dopiero w powieści. A te opowiadania to tylko przystawki. I wciąż musimy czekać na mocniejsze akcenty, dramaturgię i jakiś poważny ruch w Twoim uniwersum. Na razie historia Sidorta ledwo się sączy i jakby drepcze w miejscu.

Nie serwujesz nam też jakichś szczególnie wymyślnych intryg, splotów akcji i zaskoczeń. Fabuła jest dosyć prosta – przybycie, kontakt z czymś dziwnym, samorozwiązująca się zagadka, przybycie kawalerii. Jesteśmy pewni, że Sidort wyjdzie cało z każdej opresji i obowiązkowo pojawia się element nawiązujący do jego mrocznej i tajemniczej przeszłości – tym razem blizny (po torturach).

I to, co sprawia chyba największą frajdę czytelnikowi, również się nie zmieniło. To klimat, świat intrygujący swoją delikatną odmiennością, niepokojem. To także budzący sympatię bohaterowie. Ich się po prostu lubi i przebywanie w ich towarzystwie jest zawsze przyjemnością podczas lektury. I nawet w sumie dosyć ograny motyw oficera i jego poczciwego asystenta, nie przeszkadza.

Czekamy na więcej. Dawaj tę powieść wreszcie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję, mr.marasie. Masz oczywiście rację we wszystkim, dlatego też jest to ostatnie opowiadanie z tego świata. Straciły sens.

 

A powieść – jeśli wszystko pójdzie tak, jak na razie się zapowiada, powinna być w ciągu mniej więcej roku (trochę mniej, trochę więcej). Jednak dopóki nie będę trzymała jej w łapach – to pozostaję umiarkowaną optymistką. ;) No, ale jeśli jednak się ukaże, to pierwsza część opowiadać będzie o wydarzeniach przed wszystkimi z opowiadań.

Dzięki i pozdrawiam.

Nigdy nie mam racji we wszystkim.

Po przeczytaniu spalić monitor.

No, trudno zaprzeczyć. Ale w tym przypadku jednak masz. :)

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki. :)

Och, Ocha, aleś mi narobiła smaka. Ten twój świat znajduje się w bardzo ciekawym momencie. Była jakaś rewolucja, czy rebelia, która zwyciężyła i właśnie, jak to rewolucje mają w zwyczaju, zaczyna pożerać własne dzieci. A tu, kurcze, kooniec. Bardzo bym chciała dokładniej poznać ten świat i miejsce, jakie zajmuje w nim kapitan, ale rozumiem, że muszę poczekać na książkę. Mam nadzieję, że ukaże się niedługo. Jedno jest pewne, te opki sprawiły, że na sto procent masz we mnie czytelnika. Tylko nie zapomniej się pochwalić, kiedy książka będzie już dostępna. :)

Dzięki, Irko. :) Sprawiłaś mi ogromną radość przeczytaniem tych opowiadań i komentarzami.

Co do tej rebelii – nie potwierdzam, nie zaprzeczam. Kto wie, może się jeszcze wszystko ułoży? W pierwszym tomie raczej nic o tym nie będzie, to kwestia kolejnych. I tak, oczywiście że się pochwalę, kiedy książka się ukaże. :)

Nowa Fantastyka