- Opowiadanie: None - 01:37

01:37

Oto moje debiutanckie opowiadanie. Jego koncept był ze mną już od kilku lat, teraz ostatecznie udało mi się zebrać w sobie na tyle, by przenieść go na papier. Czy raczej ekran. Mam nadzieję, że jego lektura sprawi Wam tyle samo przyjemności, ile mi dało zapisanie go.  

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

01:37

23:31

Kiedy na pół godziny przed końcem zmiany poczułem, że mój telefon wibruje, a na wyświetlaczu zobaczyłem imię szefa, Krzyśka, miałem jak najgorsze przeczucia. Które oczywiście się sprawdziły.

– Przemek? Słuchaj, jest sprawa. Wiem, że zaraz powinieneś iść do domu, ale będziesz dzisiaj musiał zostać trochę dłużej. Michałowi nawalił samochód, czeka na lawetę. Dotrze z opóźnieniem, może jakoś wpół do pierwszej.

– Szefie, ja oczywiście zawsze, ale dziś akurat jest dwudziesty ósmy, znaczy jutro dwudziesty dziewiąty i miałem ogólnie nie być dzisiaj rozpisany, ale Kacper zachorował…

– Wiem, wszystko wiem – wszedł mi w słowo. – Ale co ci poradzę, się zesrało. Cokolwiek masz zaplanowane, będzie musiało chwilę zaczekać. Spóźnisz się może kwadrans, góra pół godziny. Nic wielkiego.

Kwadrans, góra pół godziny. Tak jakby robiło to jakąkolwiek różnicę. W moim przypadku wystarczy jedna minuta, żeby było źle.

– Ja rozumiem, ale akurat dzisiaj tak nie bardzo…

– Słuchaj, Przemek – szef ponownie nie dał mi dokończyć. – Ja cię nawet lubię. Mimo twoich dziwactw. Ale nie ma opcji, żebyś wyszedł, zanim nie zjawi się zmiennik. Albo możesz żegnać się z robotą. Rozumiemy się?

Rozumiałem. Oczywiście, że rozumiałem. Problem tkwił oczywiście w tym, że Krzysiek dla odmiany nie rozumiał, jakie mogą być konsekwencje mojego spóźnienia, a ja nie mogłem mu tego wyjaśnić. Nie w taki sposób, żeby uwierzył. O pierwszej trzydzieści siedem musiałem być w domu. Bezpieczny w moich czterech ścianach. Codziennie, ale szczególnie dzisiaj. Kończąc o północy, miałem spory zapas czasu, dość by dotrzeć tam choćby i na piechotę. Ale jeżeli Michał się spóźni… Może o kwadrans, może o pół godziny a może nawet o godzinę…

Z drugiej strony… Nawet jeśli ruszę trochę później, powinienem spokojnie zdążyć. A nie jest łatwo znaleźć pracę komuś takiemu jak ja. Obecna nie była może najlepsza, nocne powroty mnie wykańczały. Ale zgodzili się nie przydzielać mi zmiany od północy do ósmej, płacili w terminie, a chłopaki w większości traktowali mnie w porządku.

Zakląłem w myślach, po czym westchnąłem ciężko i powiedziałem:

– Rozumiemy się, szefie. Zaczekam.

– Zuch. Nie martw się, na pewno nie zejdzie mu długo. No, trzymaj się tam.

Rozłączył się, zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć. Zresztą, o czym tu było gadać. Nerwowo przygładziłem włosy dłonią.

Szepty się nasiliły. Miałem wrażenie, że śmieją się z mojej naiwności.

 

00:29

– No dobra, jestem już – Michał wszedł do dyżurki leniwym krokiem. Jak gdyby nigdzie mu się nie spieszyło. Jak gdyby uciekający czas nie był największym problemem. – Zaparzę sobie tylko kawę i możesz lecieć.

– Sorry, nie mam czasu, muszę już biec. I tak jestem tu o wiele za długo.

– Te, spidi gonzales, a co ty taki spięty jak dupa u zakonnicy? Co to, moja wina, że mi jakieś bydlę kable od alternatora poprzegryzało? Zmarzłem jak jasna cholera czekając na tę cholerną lawetę, muszę się zagrzać. Dwie minuty możesz chyba zaczekać, co?

– Przykro mi, nie mogę. Dziś dwudziesty dziewiąty. Każda minuta ma znaczenie.

– A tobie co, szajba dzisiaj mocniej dokucza? Zapomniałeś cukierków pozażywać? Co za różnica, że dwudziesty dziewiąty?

Mogłem spróbować mu wytłumaczyć, że każda noc stanowiła zagrożenie, ale dzisiaj, dwudziestego dziewiątego lipca, było najgorzej. Że dziś wypadała rocznica, że siedem lat temu, o pierwszej trzydzieści siedem pierwszy raz się z nimi zetknąłem i choć udało mi się ujść z życiem, to inni nie mieli tyle szczęścia. Że od tamtej pory miewałem surrealistyczne, ale śmiertelnie przerażające koszmary. Że zdarzało mi się widywać istoty, które tylko wyglądały na ludzi, w rzeczywistości jednak były czymś innym. Czymś dziwnym. I głodnym. Że w chwilach napięcia słyszałem gdzieś w kącie umysłu ich szepty, świergoty i syki. Nie potrafiłem zrozumieć słów, jeżeli w ogóle jakieś tam były, ale czułem ich intencje. Dlatego wiedziałem, że na mnie polują. Szukają okazji. Nie zamierzałem im jej dawać. Nie dziś.

Ale nic nie powiedziałem. I tak by nie uwierzył.

– Dobra, już dobra, leć do domu, ty cholerny czubku – rzucił po chwili przeciągającego się milczenia. W jego głosie pobrzmiewała uraza. Położyłem na blacie pęk kluczy i wyszedłem, zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze. Do szatni ruszyłem biegiem.

Szepty się nasilały. Coś się zbliżało.

 

00:43

Na pętlę dotarłem w rekordowym czasie, ale i tak się spóźniłem. Stałem tam, ciężko dysząc i starając się ignorować ostry ból pod żebrami, wpatrując się w oddalające się światła tramwaju i czując narastający lęk. Nie musiałem sprawdzać rozkładu jazdy, wiedziałem, że następny podjedzie za pół godziny. Sama jazda trwała dokładnie szesnaście minut, z przystanku do domu miałem może z pięć. Powinienem zdążyć. Na styk.

Może taksówka? Moje finanse nie wyglądały różowo, ale w takiej sytuacji mogłem chyba sobie pozwolić na odrobinę rozrzutności. Wyjąłem z kieszeni telefon i spróbowałem go odblokować. Brak reakcji. Ekran pozostał czarny i martwy, jak ślepe oko wpatrujące się w otchłań. Spróbowałem jeszcze raz. I znowu. Wciąż nic. Kiedy ostatnio sprawdzałem, bateria wciąż była naładowana mniej więcej w siedemnastu procentach. A teraz to. Jeżeli dodać do tego nieoczekiwaną chorobę Kacpra i poprzegryzane kable w samochodzie Michała… Wszystko zaczynało się składać w bardzo niepokojący wzór.

Zrozumienie tkwiło w moim umyśle jak lodowy nóż. To dzisiaj. Dzisiaj spróbują mnie dopaść. Zaskomlałem cicho. Bałem się. Śmiertelnie się ich bałem. Nie mogłem na to pozwolić. Wszystko było lepsze od trafienia w ich mroczne, lepkie objęcia. Szepty niemal ogłuszały, zalewały moją świadomość, wdzierały się do mózgu, ryjąc, rwąc i szarpiąc.

Musisz myśleć, powiedziałem sobie. Nie poddawaj się im, nie pozwól się zredukować do spanikowanej galarety bezwładnie oczekującej na nieuchronny koniec. Myśl! Oni nie są tacy jak my. Nie rozumieją ludzi. Dla nich jesteśmy tylko mięsem, zwierzyną. Jakiej reakcji oczekują?

Próbowali mnie wystraszyć, uznałem w końcu. Wzbudzić panikę. Chcieli, bym uciekał, bym gnał przed siebie na oślep. Bym zapuścił się w słabo oświetlone uliczki między blokami, starając się dotrzeć do domu na piechotę. A wtedy… Zadrżałem.

Nie, lepiej trzymać się światła i innych ludzi. Zostanę tutaj. Zaczekam na kolejny tramwaj, jak gdyby nigdy nic. Jeżeli tylko zachowam trzeźwy umysł, zdążę.

Szepty jakby przycichły. Czy to oznaczało, że się poddali? Że rozgryzłem ich plan? A może właśnie wchodziłem w pułapkę i nie chcieli mnie spłoszyć?

Zagryzłem wargi. Mocno. Ból pomagał oczyścić umysł, skupić się na chwili bieżącej.

Nawet nie poczułem, jak po brodzie spłynęła mi pojedyncza kropla krwi, zostawiając na mojej skórze wąski, karmazynowy wężyk.

 

00:59

Ostatni kwadrans był trudny. Krążyłem w tę i z powrotem po całej pętli, trzymając się światła latarni, unikając plam mroku. Nieustannie zastanawiałem się, czy podjąłem słuszną decyzję, czy nie powinienem był jednak ruszyć do domu na piechotę. W pewnym momencie zapuściłem się nawet między bloki. Nie odszedłem jednak zbyt daleko. Wciąż jeszcze mogłem dojrzeć latarnie górujące nad pętlą, kiedy zauważyłem leżące na asfalcie truchło psa. Sporego, musiał ważyć dobre trzydzieści kilo. Jego wnętrzności zostały rozrzucone dookoła niczym makabryczne serpentyny, krew wypływała mu z pyska i odbytu.

Potrącił go samochód, pomyślała racjonalna część mnie. Ta, która posłusznie łykała kolejne wymyślone przez lekarzy koktajle leków i uczęszczała na rozmaite terapie, która wciąż chciała wierzyć, że to, co stało się nad jeziorem Cichym, tak naprawdę było wytworem mojego znerwicowanego umysłu.

Akurat, odpowiedział ten drugi ja. Ten, który rozumiał, że to wszystko prawda. Który wiedział, że codzienność jest tylko pięknym złudzeniem. Samochód, jasne.

Wtedy, siedem lat temu, zaczęło się od jelenia.

Marek i Tadek znaleźli go w lesie i przyprowadzili resztę z nas. Był podobnie zmasakrowany. Zastanawialiśmy się nawet, co mogło go tak urządzić. Marek upierał się, że to wilki, co nie miało sensu, skąd w kujawsko-pomorskim wilki. Boguś twierdził, że zwierzę samo zdechło, a później padlinę poszarpały lisy i kuny. Inni przyznali mu rację. Ale ja… Ja miałem wątpliwości. A później, tej samej nocy… Siedzieliśmy przy ognisku. Piliśmy piwo, gadaliśmy. O dziewczynach. O samochodach. O planach na przyszłość. O tych dziwakach, którzy kręcili się po lesie przez ostatnie kilka dni. W pewnym momencie odszedłem w las, żeby ulżyć pęcherzowi. I wtedy to się stało.

Choć byłem obrócony plecami, zobaczyłem błysk. I usłyszałem ryk. Przerażający, okrutny, nieludzki. Potem przez całe dnie dźwięczał mi on w uszach, nie mogłem się go pozbyć z głowy. Odwróciłem się w stronę naszego obozowiska. Skrywał je jakiś dziwny obłok, pochłaniający światło mojej latarki, nie pozwalający mi dojrzeć, co się tam stało. Czułem, że powinienem uciekać. Jednak gdy tylko chmura zaczęła nieco rzednąć, na miękkich nogach wróciłem do ogniska.

Tyle, że ognisko przestało istnieć. Pozostało tylko kilka żarzących się szczap, rozrzuconych dookoła. Poprzewracane ławki, zniszczone namioty, drzewa poobdzierane z kory. Oraz krwawe strzępy, które jeszcze przed kilkoma chwilami były moimi przyjaciółmi. W trupim świetle diod latarki krew wyglądała na niemal czarną. 

Wiem, że krzyczałem. Długo. A potem uciekałem przez las, zdjęty bezrozumną, zwierzęcą paniką. Następne, co pamiętam, to przesłuchanie na posterunku policji. Wciąż i wciąż zadawali te same pytania, aż znowu zacząłem wyć. To wtedy się dowiedziałem, że jacyś inni biwakowicze również słyszeli ten ryk. Dokładnie o pierwszej trzydzieści siedem.

To była ich godzina. Nie wiem, dlaczego akurat ta. Ale wtedy byli najsilniejsi.

Cofnąłem się z powrotem na pętlę. Cokolwiek zabiło tego psa, czyhało na mnie gdzieś w ciemnościach między blokami. Tu będę bezpieczny. Jest tu światło. I inni ludzie, którzy pomału zaczęli się schodzić na tramwaj. Studenci wracający z imprez. Pracownicy nocnych zmian, śpieszący do domowych pieleszy. Zwykli. Normalni. Rzeczywiści.

 

01:13

Cierpliwość się opłaciła. Tramwaj w końcu podjechał. O czasie. Dzięki Bogu! Cholernie się martwiłem, że coś z nim zrobią, że się spóźni. Ale zjawił się. Jasny. Ciepły. Niebiański rydwan, który dowiezie mnie do bezpiecznego azylu.

To był jeden ze starszych modeli, pamiętający pewnie jeszcze czasy zeszłego ustroju, jak to na nocnych kursach. Drzwi się otworzyły, ludzie zaczęli wsiadać. Ja również wszedłem do środka. Zostało jeszcze trochę wolnych siedzeń, ale stwierdziłem, że postoję. Chciałem mieć blisko do drzwi.

Czułem, jak opuszcza mnie napięcie. Oczywiście to jeszcze nie koniec. Kiedy dojadę na swój przystanek, trzeba będzie gnać, żeby zdążyć na czas do mieszkania. Mogą próbować mi przeszkodzić. Musiałem być gotowy. Ale na razie miałem przed sobą mniej więcej kwadrans spokoju tutaj, w jasno oświetlonym, pełnym ludzi tramwaju. Tu byłem bezpieczny.

Przez jeden krótki moment nawet w to wierzyłem. Potem jednak poczułem, że coś jest nie tak. Szepty, zamiast cichnąć, zaczęły narastać. Wydały mi się zadowolone, a jednocześnie niecierpliwe. Zacząłem nerwowo strzelać oczami dookoła, poszukując zagrożenia. Czyżby kryli się wśród ludzi?

Kobieta siedząca pod oknem. Przyglądała mi się, ale kiedy na nią spojrzałem, uciekła wzrokiem. I facet z puszką piwa w ręce. Też się gapił. Czy dziewczyna w żółtej kurtce właśnie wskazała mnie swojej koleżance skinięciem głowy? Przez trzeszczenie pojazdu i gwar rozmów trudno było mieć pewność, ale wydawało mi się, że z jej ust wydobył się nerwowy chichot. Czułem, że zaczynam się pocić. Czemu się gapili? Czyżby byli jednymi z tamtych? Czy wiedzą o moich zmaganiach z czasem? Czy powinienem wysiąść? Czy zdążę wtedy dojść do domu na piechotę?

Odruchowo rzuciłem okiem na zamontowany w tramwaju elektroniczny zegar. I zmartwiałem.

00:23:03

00:23:02

00:23:01

Co do… Zepsuł się? Odmierzał czas w niewłaściwą stronę. Nikt inny chyba nie zwrócił na to uwagi. Skąd mam teraz wiedzieć, ile czasu pozostało do…

Zrozumienie przyszło nagle. Poczułem, jak oblewa mnie zimny pot, czułem, jak strach znowu podnosi swój obmierzły łeb. To było odliczanie. A choć moja komórka odmówiła posłuszeństwa, doskonale wiedziałem, która będzie, gdy czas upłynie. Pierwsza trzydzieści siedem. Pozostały mi dwadzieścia trzy minuty. Do tej pory mogłem się łudzić. Teraz byłem już pewien. Polowali na mnie.

 

1:17

Jazda zamieniła się w koszmar. Nieustannie to rozglądałem się dookoła, poszukując zagrożeń, to wpatrywałem się w zegar. Każdą upływającą sekundę czułem niczym wąski strumyk krwi wypływający mi z żył, miałem wrażenie, że nie jestem w stanie zaczerpnąć tchu. Kiedy zatrzymaliśmy się na przystanku, niemal nie wrzasnąłem na motorniczego, by nie marnował mojego czasu. Jakoś zdołałem się powstrzymać.

Gapiło się na mnie coraz więcej ludzi. Niektórzy rzucali jedynie ukradkowe spojrzenia, inni bez skrępowania wbijali we mnie wzrok. Przyglądałem się przez chwilę każdemu, kto na mnie patrzył. Szukałem czegoś niepokojącego. Pustki w spojrzeniu. Nienaturalnej mimiki. Jakiejkolwiek oznaki, że tylko udają ludzi. Ale niczego nie dostrzegłem.

A potem to wszystko straciło znaczenie.

Drzwi niemal się już zamykały, kiedy do tramwaju wsiadł on. Wysoki i chudy, górował nad otaczającymi go ludźmi niczym chyląca się ku upadkowi baszta nad ruinami splądrowanego miasta. Mimo ciepłej nocy, był zawinięty w długi, skórzany płaszcz, zaś na głowę miał naciągnięty obszerny kaptur, przez co nie mogłem dojrzeć jego twarzy.

Nie usiadł. Stanął w przejściu może dwa metry ode mnie. Zacisnął na rurce długie, szczupłe palce. I zamarł bez ruchu. Słabo widziałem jego oczy, ale miałem pewność, że się we mnie wpatruje.

Na twarzy czułem krople tłustego, lepkiego potu. Coś w moim wnętrzu zaczęło w niekontrolowany sposób dygotać, nie mogłem zaczerpnąć tchu.

Szepty świergotały coraz głośniej. Triumfalnie, niemal euforycznie.

Wrażenie nienaturalności otaczało go niczym morowe powietrze. Wszystko w nim krzyczało, że nie jest jednym z nas. Ta nieruchoma, pozbawiona wyrazu twarz. Błyszcząca, jak gdyby wilgotna skóra dłoni. Słaby, ledwie wyczuwalny zapach, kojarzący się z gnijącym drewnem i wilgotną piwnicą.

Nie miałem pojęcia, jak inni ludzie mogli tego nie zauważać. Jak ta dziewczyna mogła spokojnie czytać, siedząc niecałe pół metra od niego. Jak tamta podchmielona para dawała radę się migdalić, gdy on stał tuż obok. Jak tamten facet mógł mi się przyglądać z dezaprobatą, niemal ocierając się o tę potworność.

Mdlący strach, który czułem, wypełniał mi usta kwaśnym smakiem. Miałem ochotę splunąć. Ale bałem się choćby drgnąć, by go nie sprowokować. Wyobrażałem sobie dziesiątki koszmarnych scenariuszy. Czy rozszarpie mnie tu, przy wszystkich? Zamieni ten tramwaj w krwawą jatkę, wypełni zmasakrowanymi zwłokami i strumieniami krwi? A może to stanie się jakoś inaczej? Na chwilę zgasną światła, a potem po prostu mnie już nie będzie? Albo jeszcze inaczej, chce poczekać, aż wysiądę i wtedy mnie dopaść? Zacisnąłem ukrytą w kieszeni pięść na pęku kluczy tak, by ich metalowe szpice wystawały między palcami, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak bezsensowny jest ten gest. Jeżeli dojdzie do konfrontacji, to będzie po mnie. Mógłbym mieć ze sobą strzelbę i kilka granatów, a i tak nic by to nie zmieniło. Nie da się zabić czegoś, co nigdy nie żyło.

Ciągle mi się przypatrywał. Nie mogłem znieść tego spojrzenia, miałem wrażenie, że tam, gdzie pada, skóra zaczyna mnie swędzieć, jakby maleńkie robaki ryły w niej swoje tunele, pożerając mnie za życia.

Coś drgnęło pod okrywającym go płaszczem. Zaczęło się wić i skręcać. Tylko przez moment, ale to wystarczyło. Nie zdołałem zupełnie powstrzymać krzyku, z moich ust wyrwał się przerażony pisk. Ludzie znowu zaczęli się na mnie otwarcie gapić. Ale nie miało to już najmniejszego znaczenia. Odsunąłem się jak najdalej od niego, wcisnąłem się plecami w ścianę tuż obok drzwi. Zerknąłem na zegar.

00:18:43

00:18:42

00:18:41

Tramwaj ruszył ku kolejnemu przystankowi. Ku mojemu zbawieniu albo zgubie.

 

01:23

Wciąż jeszcze żyłem, choć dygotałem ze strachu. On wciąż tam był, nieruchomy niczym posąg jakiegoś plugawego bóstwa.

Kiedy dojechaliśmy na kolejny przystanek, chciałem wybiec z tramwaju i zacząć uciekać. Ale wtedy nigdy nie zdążyłbym do domu na czas. On o tym wiedział. Oni o tym wiedzieli. Nie wolno mu mnie tknąć, zanim nie wybije pierwsza trzydzieści siedem. Jednak gdybym wysiadł, on po prostu ruszyłby za mną, a kiedy upłynąłby czas, miałby mnie w garści.

To wariactwo, ale musiałem zostać w tramwaju.

Miałem wrażenie, że kiedy drzwi się zamknęły, a ja wciąż byłem w środku, dostrzegłem na jego twarzy cień rozczarowania. Ale to z pewnością tylko złudzenie. Szepty wciąż rozbrzmiewały w mojej głowie, coraz bardziej niecierpliwe, coraz bardziej wygłodniałe.

Nie chciałem już na niego patrzeć, ale bałem się zamknąć oczy czy choćby odwrócić wzrok. Gdzieś w głębi miałem pewność, że na to właśnie czeka, że wtedy właśnie zaatakuje. Coraz trudniej przychodziło mi opanowanie dygotu, coraz trudniej było ustać na mięknących nogach. Ale nie usiadłem. Kiedy dojadę na miejsce, każda sekunda będzie na wagę złota, nie mogłem sobie pozwolić na zmarnowanie choćby jednej.

Z każdym kolejnym przystankiem ludzi ubywało, a ja zaczynałem się martwić, czy nie popełniłem błędu. Może on po prostu czeka, aż zostaniemy sami? Czy wszyscy inni wysiądą przed moim przystankiem? Czy to w ogóle robiło różnicę? Nie sądziłem, żeby przypadkowi świadkowie mieli go powstrzymać.

 

01:29

Dojechaliśmy. Panika i ulga mieszały się we mnie niczym balsam i trucizna. Zegar pokazywał właśnie 00:07:51, kiedy drzwi się otworzyły. Wyrwałem się na zewnątrz, zanim jeszcze przestały się poruszać. Nogi dygotały mi tak mocno, że z trudem dawałem radę iść, ale to nie miało znaczenia. Do domu było już niedaleko. Obejrzałem się. On również wysiadł, szedł za mną szybkim, miarowym krokiem. Tym razem nie zdołałem się powstrzymać. Krzyknąłem. A potem ruszyłem biegiem.

Pędziłem ze wszystkich sił. Uciekałem z przystanku, ścigany ironicznym, pijackim okrzykiem jakiegoś studenciaka. Nie słyszałem, by mnie ścigał. Wiedziałem, że to bez sensu, ale po prostu musiałem wiedzieć. Rzuciłem okiem za siebie. Wciąż tam był, ale nie wyglądało na to, żeby mu się spieszyło. Wciąż tylko szedł, tym samym tempem. Zostawał w tyle. Być może zrozumiał, że nie ma sensu mnie gonić. Że i tak zdążę dotrzeć do swojego azylu.

Szepty zmieniły się w chichot na ułamek sekundy przed tym, nim w pełnym pędzie wpadłem na latarnię.

Uderzenie o betonowy słup odebrało mi oddech, powaliło na ziemię. Zawroty głowy dezorientowały, ból obezwładniał. Czułem, jak po skroni spływa mi coś ciepłego. Odruchowo to otarłem, rozmazując na palcach szkarłat. Oszołomiony, rozejrzałem się wokoło. Ludzie przystawali, szeptali, świergotali niczym chmura szarańczy.

Gdzie on jest? Gdzie się podział?

Tam!

Zbliżał się. Nawet nie przyspieszył.

Ból odpłynął, zmyty przerażeniem. Musiałem uciekać. Szybko. Chwiejnie wstałem, przytrzymując się latarni. Prawe kolano pulsowało bólem przy każdym ruchu, musiałem je jakoś uszkodzić.

Zrobiłem krok. I o mało znowu nie upadłem. Krzyknąłem z bólu i frustracji, po czym zacząłem możliwie jak najszybciej kusztykać przed siebie. Byle do przodu. To już niedaleko. Wciąż miałem szansę zdążyć.

 

01:34

Świat skurczył się do mnie i wieżowca. Zdawało się, że dziesięciopiętrowy moloch przesłaniał całe niebo, był niczym warowny zamek. To tu kryła się moja bezpieczna przystań.

Uszy wypełniał mi szum własnego oddechu, wzrok mglił się od potu zalewającego oczy, ból przyćmiewał myśli. Ale byłem już tak blisko!

Wciąż mnie ścigał. Podążał za mną niczym wataha wilków oczekująca, aż ranne zwierzę w końcu wykrwawi się i padnie.

Wyciągnąłem z kieszeni klucze. Jeszcze tylko kilka kroków, potem zamknę mu przed nosem drzwi od klatki. Nie sądziłem, by mogły go powstrzymać, ale może chociaż spowolnią go na chwilę. Potem tylko wdrapać się na szóste piętro… Noga pulsowała mi tępym bólem, ale nie mogłem ryzykować korzystania z windy. Miałem jeszcze szansę zdążyć. Musiało mi się udać.

I wtedy zza rogu wyłonił się ten drugi.

Wpadłem prosto na niego. Równie dobrze mógłbym ponownie uderzyć w tamtą latarnię, był niczym wykuty z kamienia. Padłem na chodnik, ledwie rejestrując brzdęknięcie metalu o beton.

Dopiero teraz zrozumiałem. Wpadłem w pułapkę! Ten z tyłu nie próbował mnie dopaść, zaganiał mnie tylko w paszczę tego tutaj. Jak mogłem być taki głupi!

Górował nade mną niczym wieża, niczym mroczny obelisk. Latarnia oświetlała go od tyłu, więc nie widziałem jego twarzy, ale nie to było konieczne. Czułem promieniującą od niego aurę. Nie tyle zła, ile obcości. Nienaturalności. Niczym powiew lodowatego powietrza w gorący dzień. Jak obca woń w znajomym miejscu.

Szepty zamieniły się w krzyki. Świergoty i klikania zagłuszały wszystko, wypełniały mój umysł, nie pozostawiając miejsca na nic innego. Poza strachem.

Powoli, niczym w koszmarnym śnie, pochylił się. Wyciągnął ku mnie rękę, ja zaś poczułem, jak coś we mnie porusza się, wije niczym kłąb głodnych czerwi wyżerających mnie od środka. Odpełzłem do tyłu, niczym zraniony owad, bezmyślnie próbując odsunąć nieuniknione, choć o kilka chwil odwlec unicestwienie, walcząc o każdy kolejny oddech, o każde uderzenie serca. Jednak moje plecy niemal natychmiast napotkały na zimną, nieustępliwą ścianę.

Zbliżył się o krok i ponownie się pochylił. Nie było już dokąd uciekać. Chciałem krzyczeć, ale nie mogłem wydobyć z zaciśniętego gardła niczego poza cichym piskiem, który i tak utonął we wszechogarniającym szczebiocie szeptów. Macałem dookoła, jak gdyby gdzieś tuż obok mogła się kryć droga wyjścia.

Nagle moje palce natrafiły na coś ostrego. Poczułem, jak po palcach spływa mi gęsta, lepka krew.

Spojrzałem. Utłuczona szyjka butelki po piwie, którą jakiś obszczymurek postanowił tu osuszyć, a potem roztrzaskać dla lepszego efektu. Uroki blokowisk, pomyślałem półprzytomnie. Nie chciałem, by moją ostatnią myślą było coś tak absurdalnego. W ogóle nie chciałem umierać. To niesprawiedliwe. Nie zrobiłem nic, żeby na to zasłużyć. Niczemu nie zawiniłem, a musiałem się nieustannie zmagać ze strachem, uważać na każdy krok, walczyć o każdy dzień.

I nagle, na jedną krótką chwilę, całe to kumulowane przez lata przerażenie przekułem w gniew. W jeden, ostatni akt buntu.

Nie odejdę w mrok tak łatwo!

Nie dostaniecie mnie bez walki!

Zacisnąłem palce na szkle.

Wciąż pochylał się nade mną, spowity w cienie, obcy i niezrozumiały jak koszmary Boga.

Pchnąłem. Tam, gdzie powinno być gardło.

Poczułem, jak potrzaskana krawędź zagłębia się w ciało. A potem rozległ się charkot.

Nie, nie charkot. Śmiech. Śmiech czegoś, co nigdy nie zaznało tortury oddechu, śmiech przedwiecznej, mrocznej istoty, którą jakaś bezwłosa małpa spróbowała powalić bryłką przetopionego piasku.

Straceńcza odwaga opuściła mnie równie nagle, jak wcześniej się pojawiła. Zacząłem na czworaka pełznąć po schodach w stronę wejścia do klatki, w każdej chwili oczekując, że na mojej kostce zaciśnie się lodowata dłoń. Ale nic się nie stało. Dotarłem do drzwi, podniosłem się chwiejnie na nogi i szarpnąłem. Zamek, jak zwykle zepsuty, ustąpił bez oporu. Wpadłem do środka, zatoczyłem się na ścianę i odbiłem od niej. Pognałem w stronę schodów.

 

01:36

Wspinałem się najszybciej, jak byłem w stanie. Kolano pulsowało wściekłym bólem, płuca płonęły, serce waliło mi tak mocno, jakby miało zaraz połamać mi żebra i wyrwać się z ciemności, w której tkwiło od pierwszego skurczu. Każdy kolejny stopień zdawał się prowadzić coraz dalej w głąb piekła, każdy ciąg schodów wznosił się niczym niezdobyta góra. Ale parłem do przodu. Musiałem.

Pod sobą, może o dwa piętra w dół, a może tylko o jedno, słyszałem echo kroków. Nie poddawali się. Wciąż mnie ścigali. Ale to już blisko. Piąte piętro.

Sięgnąłem do kieszeni po klucze.

Lodowate przerażenie zacisnęło szczęki na moich wnętrznościach. Szepty śmiały się i chichotały, niczym chore na wściekliznę hieny.

Kluczy tam nie było.

Przypomniałem sobie. Trzymałem je w dłoni, gdy wpadłem na tego drugiego. Musiały mi wypaść.

Nie zdołam dostać się do mieszkania.

Wygrali.

Pożrą mnie. Pochłoną. Zabiorą ze sobą w ciemność, gdzie nie istnieje ani czas, ani ulga, ani nawet śmierć. Jest tylko wieczny ból i blada nadzieja na to, że utrata zmysłów kiedyś mnie od niego uwolni. Słyszałem w swoim umyśle ich zadowolenie, wyczekiwanie. Niemal czuli już smak mojej udręki.

Nie, to się nie mogło tak skończyć. Wszystko było lepsze niż to.

Podjąłem wspinaczkę. Wciąż miałem nad nimi trochę przewagi.

Może jeszcze zdołam im uciec. W jedyny sposób, jaki mi pozostał.

Szóste piętro. Już? A co, jeżeli jestem zbyt nisko? Wspinać się dalej? A jeśli mnie dogonią?

Siódme. Wystarczy? Byli coraz bliżej. Wejdę jeszcze o jedno wyżej.

Ósme. To dobra liczba.

Podbiegłem do okna na klatce. Nie chciało dać się otworzyć, w końcu jednak udało mi się szarpnąć obdrapaną, metalową klamkę dość mocno, by ustąpiła. Rozwarłem je na pełną szerokość. Wiatr targnął moimi włosami, jednym podmuchem wysuszył pot spływający po twarzy. Chwyciłem się starej, drewnianej ramy, czując, jak płatki obłażącej, białej farby wbijają mi się w dłonie i usiadłem na parapecie.

Kroki były coraz bliżej. Miałem wrażenie, że z dołu niesie się też wściekły ryk, ale nie wiedziałem, czy nie istniał on tylko w moim umyśle. Musiałem to zrobić teraz, zanim tu dotrą i zdołają mnie powstrzymać.

Spojrzałem w dół. Na odległy, bardzo odległy chodnik. Na światła latarni, ciemne okna, za którymi żyli zwyczajni, normalni ludzie. Wziąłem głęboki wdech.

Odepchnąłem się i pozwoliłem, by grawitacja wzięła mnie w swoje objęcia.

 

…do ataku doszło wczoraj, krótko po wpół do drugiej w nocy. Wedle relacji świadków napastnik, Przemysław C., zderzył się ze swoją ofiarą, po czym zaatakował ją fragmentem butelki, poważnie raniąc ją w szyję, po czym zbiegł, by następnie popełnić samobójstwo poprzez skok z ósmego piętra wieżowca, w którym mieszkał. Wedle informacji, do których dotarli nasi reporterzy, leczył się on psychiatrycznie, cierpiał bowiem na depresję oraz napady lęku, wywołane przez nieszczęśliwy wypadek sprzed siedmiu lat, kiedy to eksplozja niewybuchu na polu namiotowym nad jeziorem Cichym zabiła grupę jego przyjaciół. Rzecznik policji na razie nie chciał potwierdzić…

 

01:37

Płyty chodnika rosły w moich oczach, zbliżając się coraz szybciej. Pęd powietrza wypełniał mi uszy świstem, zapierał w piersiach dech, uniemożliwiał krzyk. A miałem ochotę krzyczeć. Strach mieszał się w moim sercu z euforią.

Udało mi się! Uciekłem im! Wreszcie im uciekłem. Nigdy już nie zdołają mnie dopaść.

Tylko…

Tylko dlaczego w głowie ciągle słyszę ich śmiech?

Koniec

Komentarze

Wszytko

literówka (chyba że chcesz być Mickiewiczem)

 

Podobało mi się.

Mało jest tutaj usterek typowych dla debiutantów, raziły mnie tylko wyrażenia “wrażenie nienaturalności” i “aura nienaturalności”. Chodziło zapewne o to: https://pl.wikipedia.org/wiki/Niesamowito%C5%9B%C4%87. W weird, zdaje mi się, raczej unikane jest precyzyjne nazywanie tego zjawiska i lepiej chyba napisać, że ktoś wyglądał/poruszał się/cokolwiek nienaturalnie, niż że otaczała go aura nienaturalności.

 

To opowiadanie nie jest jakieś bardzo oryginalne. Mam skojarzenia z creepypastami, a także z tekstem Damiana Zdanowicza “Dzwonią do mnie zawsze po północy – Telefon pierwszy: mężczyźni w sztruksowych marynarkach”, gdzie pierwsze zdanie, dotyczące mężczyzn w sztruksowych marynarkach, brzmi tak:

– Można ich przyłapać tylko raz, później zaczynają cię obserwować.

To mało znany autor (ale wybitny moim zdaniem), więc motyw godziny i tych wysokich typów pewnie nie został stąd zapożyczony, ale ot, taka ciekawostka.

 

Mimo że opowiadanie kojarzy mi się z wieloma rzeczami i na początku myślałem, że będzie zmierzało w stronę “N.” Kinga, czyli że skoncentrujesz się na jakimś konkretnym zaburzeniu psychicznym, to jednak podoba mi się coś innego. Mam dziwne wrażenie, że tekst jest uczciwy, co bardzo rzadkie w dziale “poczekalnia” na tym portalu. W pisaniu tzw. grozy chyba najważniejsze jest, żeby się faktycznie bać tego, co się opisuje, a jednak większość autorów, zdaje się, korzysta po prostu z różnych klisz gatunkowych typowych dla klasycznego horroru. Ty wystartowałeś z zupełnie innego pułapu. Niedoświadczeni autorzy prawdopodobnie poprzestaliby na tym przedostatnim fragmencie z policyjnego raportu i pozostawili tzw. otwarte zakończenie, a jednak tutaj jest zakończenie wyraźnie pesymistyczne – że to, co się stało, było realne, a nie istniało tylko w głowie bohatera.

W ogóle – wszystkie rzeczy w tym opowiadaniu, tj. niesamowitość, nieuchronność wydarzeń, pesymizm i niedostrzeżenie koszmaru przez ludzi postronnych świadczą o jego przynależności do weird ficiton a nie tradycyjnego horroru, i jeśli nie znasz tych autorów, to bardzo Ci polecam poczytać Thomasa Ligottiego, Wojciecha Gunię, Damiana Zdanowicza i całą polską antologię Sny Umarłych 2018. Zobaczysz wtedy, co na tym polu już napisano i zrobiono, ponieważ, tak jak mówię – motywy tego tekstu są bardzo weird, a świadomość gatunkowa na pewno nie zaszkodzi. I pisz więcej, niż jedno opowiadanie na kilka lat, bo strasznych rzeczy jest bardzo dużo w tym świecie!!!

A, i nie przejmuj się potknięciami technicznymi, które zaraz ktoś na pewno wytknie. Są to rzeczy normalne i do poprawy.

literówka

Poprawione, dzięki.

raziły mnie tylko wyrażenia “wrażenie nienaturalności” i “aura nienaturalności”.

Uwaga słuszna i warta zapamiętania. Dzięki.

bardzo Ci polecam poczytać Thomasa Ligottiego, Wojciecha Gunię, Damiana Zdanowicza i całą polską antologię Sny Umarłych 2018. Zobaczysz wtedy, co na tym polu już napisano i zrobiono, ponieważ, tak jak mówię – motywy tego tekstu są bardzo weird, a świadomość gatunkowa na pewno nie zaszkodzi.

Dzięki raz jeszcze, postaram się dorwać coś ich autorstwa i się zapoznać.

I pisz więcej, niż jedno opowiadanie na kilka lat, bo strasznych rzeczy jest bardzo dużo w tym świecie!!!

Pisać zamierzam, ale niekoniecznie będę się trzymał horroru. Tym niemniej dzięki za wszelkie miłe słowa.

Trudno uwierzyć, że to jest debiut. Fabuła poprowadzona umiejętnie, świetnie rozłożone napięcie. Właściwie już po pierwszym akapicie chciałam czytać dalej. Udało Ci się zasiać ziarno niepewności i obawę w którą stronę historia popłynie. Czy pójdziesz w banał? Czy pokażesz potwora? I co to było? Z racji zboczenia zawodowego ewidentnie widzę objawy schizofrenii (obecność głosów – śmiechy, klikanie itd., jest to bardzo autentyczne), wszystko poruszony przez zespół stresu pourazowego (historia wybuchu). Może ktoś powie, że mało fantastyczne, ale mi to nie przeszkadza. Nie ma nic bardziej fascynującego niż ludzki umysł, a Tobie udało się ując pewien przerażający fragment po prostu wybornie i bardzo autentycznie. Dobra groza powinna zresztą powinna wzbudzać lęk, głębokie zaniepokojenie płynące z poczucia, że coś jest bardzo prawdopodobne.

Brawo. Czekam na więcej, a postawiłeś sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Ale bez stresu, pisać musisz i tyle ;)

Być może zrozumiał, że nie ma sensu mnie gonić. Że i tak zdążę dotrzeć do swojego azylu.

Że i tak zdążę, czy nie zdążę? Skoro wiedział, że zdążysz, to po co szedł?

 

Z tą nienaturalnością się zgadzam. Wyszła… nienaturalnie. :)

Poza tym bardzo dobre opowiadanie. Ciągłe poczucie zagrożenia, lęki głównego bohatera. Ładnie zagrane na strachu i traumie. Świetny debiut.

Dobrze poprowadzona weirdowa fabuła, ale prorokuję, że pojawią się głosy o braku fantastyki – bo po prawdzie jest to na pograniczu “snu wariata śnionego nieprzytomnie” i fantastyki. Nieźle budujesz nastrój obłędu, nieźle zrobione te dwa wyjaśnienia.

Niestety wykonanie nie do końca oddaje sprawiedliwość pomysłowi. Z przecinkami radzisz sobie dobrze, ale paskudnie psują efekt powtórzenia (zwłaszcza ostra byłoza: spróbuj 90% wystąpień “być” w różnych formach przeformułować, to jest możliwe) oraz lekka zaimkoza.

 

 

skąd w kujawsko-pomorskim wilki – jakoś wątpię, żeby ich tam nie było, zważywszy, że nasze wschodnie pogranicze jest jednym z ich głównych siedlisk i dróg wędrówek…

 

Technikalia (popraw je, zgodnie z sugestią ac, to jest normalna praktyka, ba, zalecenie, na portalu). Jeśli poprawisz, kliknę bibliotekę :)

 

“na wyświetlaczu zobaczyłem imię swojego szefa” – zaimkoza. Czyjego szefa warto by podkreślić, gdyby był to szef kogoś innego, a nie narratora. A jeżeli koniecznie musisz mieć tu zaimek, to “mojego”, a nie “swojego”.

 

“Kończąc o północy, miałem spory zapas czasu, dość[+,] by dotrzeć tam choćby i na piechotę. Ale jeżeli Michał dotrze później…” Dodatkowo tuż przed tym jest “zanim dotrze zmiennik”, a zaraz potem “aż Michał dotrze“. Pogłówkuj albo zajrzyj do słownika synonimów

Skądinąd pierwsze zdanie warto by podzielić albo dać inną interpunkcję, bo robi się nadmiar przecinków. Np. “Kończąc o północy, miałem spory zapas czasu. Dość[+,] by dotrzeć tam choćby i na piechotę.” albo “Kończąc o północy, miałem spory zapas czasu: dość[+,] by dotrzeć tam choćby i na piechotę.

 

“Margines bezpieczeństwa był tam nie bez przyczyny.” – tam czyli gdzie? Niezgrabne zdanie, zrób z nim coś, bo psuje odbiór.

 

bydle → bydlę (literówka)

 

“Moje finanse nie wyglądały szczególnie różowo” – szczególnie jest zbędne

 

“Jak spodziewają się, że zareagujesz?” – też niezbyt zgrabne zdanie, taka konstrukcja jest ryzykowna. Może: Jakiej reakcji mogą się po tobie spodziewać?

 

“jak gdyby nic się nie stało” – troszkę rozwlekle, może zwykłe: jak gdyby nigdy nic

 

“na mojej skórze wąski, karmazynowy wężyk” – zaimkoza. Wiadomo, czyjej skórze, więc mojej niepotrzebne

 

“Ostatni kwadrans był dla mnie trudny.” – tu też “dla mnie” rozwleka. Wiadomo, dla kogo.

 

“Ta, która posłusznie łykała kolejne wymyślone przez lekarzy koktajle leków i uczęszczała na rozmaite terapie, która wciąż chciała wierzyć, że to, co stało się nad jeziorem Cichym, tak naprawdę było wytworem mojego znerwicowanego umysłu.“ – przed drugim “która” raczej średnik niż przecinek

Skądinąd rozumiem zamysł z tym powtarzającym się który, która w dwóch akapitach, ale jednak lekturowo troszkę to męczy. Ze względu na paralelizmy większość możesz zostawić, ale przeredaguj to zdanie: “Ten, który rozumiał, że to wszystko prawda. Który wiedział, że codzienność jest tylko pięknym złudzeniem, w które wierzymy, żeby nie oszaleć.” – bo ostatnie jest już stylistycznym babolem.

 

Byłem pewien, że cokolwiek zabiło tego psa, czyhało na mnie gdzieś w ciemnościach między blokami. Tu było bezpieczniej. Było tu światło.” – znowu, jeśli celowo robisz powtórzenia, to pierwsze “byłem” niestety nie należy do sensownego ciągu powtórzeń. A w trzecim przypadku nie powinieneś odwracać szyku, ale dać dokładnie tak samo: “Tu było światło.”

 

“śpieszący się do domowych pieleszy.”

 

Moja cierpliwość się opłaciła. Tramwaj w końcu podjechał. O czasie. Dzięki Bogu! Cholernie się martwiłem, że coś z nim zrobią, że się spóźni. Ale był tu teraz. Jasny. Ciepły. Niebiański rydwan, który dowiezie mnie do mojego azylu. To był jeden ze starszych modeli, pamiętający pewnie jeszcze czasy mojego dzieciństwa, jak to na nocnych kursach.“ – ostra zaimkoza ;)

 

“To był jeden ze starszych modeli, pamiętający pewnie jeszcze czasy mojego dzieciństwa, jak to na nocnych kursach. Drzwi się otworzyły, ludzie zaczęli wsiadać. Ja również wszedłem do środka. Było jeszcze trochę wolnych siedzeń, ale stwierdziłem, że postoję. Chciałem być blisko drzwi.”

 

Być może spróbują mi przeszkodzić. Musiałem być gotowy. (…) Tu byłem bezpieczny.“

 

Ta kobieta. Przyglądała mi się, ale kiedy na nią spojrzałem, uciekła wzrokiem. I tamten facet. Też się gapił. Czy tamta dziewczyna właśnie wskazała mnie swojej koleżance skinięciem głowy?” – niby może być, znów jako celowy zabieg stylistyczny, ale może lepiej byłoby minimalnie opisać te osoby?

 

“Wiedzą o moich zmaganiach z czasem?” – tu niepotrzebnie łamiesz wyliczankę od “czy”

 

“Poczułem, jak moja skóra pokrywa się cieniutką warstewką lodowatego potu.” – raczej jak skóra pokrywa mi się… Ale potem z kolei masz “mi”. Spróbuj trochę przeredagować akapit.

 

“00:23:03

00:23:02

00:23:01” – czy ten zegar odlicza do tyłu? (sądząc z dalszego ciągu, tak). Jeśli istotnie, to dlaczego bohater tego nie komentuje? Zegary w tramwajach zazwyczaj tak się nie zachowują…

 

“Drzwi niemal się już zamykały, kiedy do tramwaju wsiadł on. Był wysoki, górował nad ludźmi w tramwaju niczym chyląca się ku upadkowi baszta nad ruinami splądrowanego miasta. Noc była dość ciepła, jednak był zawinięty w długi, skórzany płaszcz, zaś na głowę miał naciągnięty obszerny kaptur, w którego cieniu trudno było dojrzeć jego twarz.”

W następnych akapitach: byłem, było. Za dużo, za często.

 

“Zacisnąłem w ukrytej w kieszeni” – niefajnie

 

“a ja wciąż byłem w środku, dostrzegłem na jego twarzy cień rozczarowania. Ale to z pewnością było złudzenie.“

 

“Rzuciłem okiem w tył.” raczej: za siebie

 

“Szepty zachichotał“ – nie wiem, czy szepty mogą chichotać. Na pewno mogą zmienić się w chichot

 

“Czułem, jak po skroni spływa mi coś ciepłego, odruchowo to otarłem, rozmazując na palcach szkarłat.” Raczej z kropką albo średnikiem po ciepłego, bo zmieniasz podmiot

 

Moje Prawe kolano pulsowało bólem” – zaimkoza j.w.

 

“To w nim kryła się moja bezpieczna przystań” – tu też zaimek raczej zbędny, choć już nie tak absolutnie jak w innych przypadkach, bo od biedy można uznać go za wzmocnienie

 

“Głupi, głupi!“ – zrozumiałe, ale jednak logicznie odnosi się do napastników, nie bohatera

 

Jak najszybciej pognałem w stronę schodów.

01:36

Wspinałem się najszybciej, jak byłem w stanie.”

Niedobre

 

“w której tkwiło od swojego pierwszego skurczu”

 

“Podbiegłem do okna na klatce. Porysowana, metalowa klamka nie chciała się obrócić, w końcu jednak udało mi się szarpnąć ją dość mocno, by ustąpiła. Otworzyłem okno

 

“Wiatr targnął moimi włosami, jednym podmuchem wysuszył pot spływający mi po twarzy.“ – zastanowiłabym się nad oboma zaimkami

 

“Kroki były coraz bliżej. Miałem wrażenie, że z dołu niesie się też wściekły ryk, ale nie byłem pewien”

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo dobry, wciągający tekst. Doskonale udało Ci się dawkować informacje i uzyskać efekt wzrastającego napięcia. Aż się wierzyć nie chce że to debiut. 

Od początku wiadomo, że późniejsze wyjście bohatera z pracy będzie miało konsekwencje, a ponieważ dajesz do zrozumienia, że rzecz rozegra się w dość krótkim czasie, tym samym stworzyłeś napięcie, które utrzymuje uwagę od początku, a nawet, w miarę upływu kolejnych minut, ciągle rośnie.

Nie zrozumiałam tylko powodu wplecenia w opowieść truchła jelenia w lesie. Czy rogacz też padł ofiarą niewypału?

Wykonanie, co już zauważyła Drakaina, pozostawia nieco do życzenia. Najbardziej przeszkadzała mi wszechobecna zaimkoza.  

 

Nawet nie po­czu­łem, jak po bro­dzie spły­nę­ła mi po­je­dyn­cza kro­pla krwi, zo­sta­wia­jąc na mojej skó­rze wąski, kar­ma­zy­no­wy wężyk. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Jego wnętrz­no­ści były roz­rzu­co­ne do­oko­ła ni­czym ma­ka­brycz­ne kon­fet­ti… –> Z racji długości wnętrzności, mam na myśli jelita, chyba: Jego wnętrz­no­ści były roz­rzu­co­ne do­oko­ła ni­czym ma­ka­brycz­ne serpentyny

No, chyba że wnętrzności były posiekane.

 

Boguś twier­dził, że zwie­rze samo zde­chło… –> Literówka.

 

kiedy to było. O pierw­szej trzy­dzie­ści sie­dem. To była ich go­dzi­na. Nie wiem, dla­cze­go aku­rat ta. Ale wtedy byli naj­sil­niej­si.

Cof­ną­łem się z po­wro­tem na pętlę. Byłem pe­wien, że co­kol­wiek za­bi­ło tego psa, czy­ha­ło na mnie gdzieś w ciem­no­ściach mię­dzy blo­ka­mi. Tu było bez­piecz­niej. Było tu świa­tło. –> Objaw byłozy.

 

do tram­wa­ju wsiadł on. Był wy­so­ki, gó­ro­wał nad ludź­mi w tram­wa­ju… –> Powtórzenie.

 

że się we mnie wpa­tru­je.

Czu­łem, jak po twa­rzy spły­wa­ją mi kro­ple tłu­ste­go, lep­kie­go potu. Coś w moim wnę­trzu za­czę­ło w nie­kon­tro­lo­wa­ny spo­sób dy­go­tać, coraz trud­niej było mi za­czerp­nąć tchu. – Nadmiar zaimków.

 

myśli wy­peł­nia­ły mój umysł, przez głowę prze­bie­ga­ło mi dzie­siąt­ki kosz­mar­nych sce­na­riu­szy. Czy roz­szar­pie mnie tu, przy wszyst­kich? –> Zaimki.

 

i wtedy mnie do­paść?Za­ci­sną­łem w ukry­tej… –> Brak spacji po pytajniku.

 

w peł­nym pę­dzie ude­rzy­łem w la­tar­nię.

Ude­rze­nie o be­to­no­wy słup… –> Powtórzenie.

 

ode­bra­ło mi od­dech, po­wa­li­ło na zie­mię. W gło­wie mi za­wi­ro­wa­ło, ból obez­wład­niał. Czu­łem, jak po skro­ni spły­wa mi coś… –> Zaimki.

 

Świat skur­czył się do mnie i wie­żow­ca. Dzie­się­cio­pię­tro­wy mo­loch wy­ra­stał nade mną ni­czym wa­row­ny zamek. To w nim kryła się moja bez­piecz­na przy­stań.

Uszy wy­peł­niał mi szum… –> Zaimki.

 

La­tar­nia oświe­tla­ła go od tyłu, więc nie wi­dzia­łem jego twa­rzy, ale to nie było ko­niecz­ne. Czu­łem pro­mie­niu­ją­cą od niego aurę. –> Zaimki.

 

Utłu­czo­na szyj­ka od bu­tel­ki po piwie… –> Utłu­czo­na szyj­ka bu­tel­ki po piwie

 

Wejdę jesz­cze o jedno. –> Wejdę jesz­cze na jedno.

Wchodzi się na piętro, nie o piętro.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajnie operujesz napięciem, chce się poznać zakończenie. W końcu już niedużo czasu zostało, prawda? ;-)

W jakim mieście tramwaje jeżdżą w nocy? U mnie przed północą chodzą spać do zajezdni.

Uciekałem z pętli,

Z pętli startował, na pętli wysiadał, a tramwaj jechał przez 16 minut? Malutkie miasteczko…

Babska logika rządzi!

To będzie długi komentarz…

 

Deirdriu et alli

Trudno uwierzyć, że to jest debiut.

To zapewne dlatego, że nie jestem typowym debiutantem. Nie pisywałem do tej pory beletrystyki, ale od czasów liceum bawię się, mówiąc szumnie, w krytykę literacką dla jednego z portali internetowych.

 

ac

Że i tak zdążę, czy nie zdążę? Skoro wiedział, że zdążysz, to po co szedł?

Że i tak zdążę do domu, więc nie ma sensu za mną biegać. Po co szedł zależy od interpretacji tekstu. Jeżeli uznać, że był tam naprawdę, to zaganiał bohatera ku “temu drugiemu”. Jeżeli był tylko odpryskiem umysłu ściganego, to szedł, bo nasze demony podążają za nami wszędzie. Czy jakoś tak. ;)

 

drakaina

zwłaszcza ostra byłoza: spróbuj 90% wystąpień “być” w różnych formach przeformułować, to jest możliwe

Postarałem się.

jakoś wątpię, żeby ich tam nie było, zważywszy, że nasze wschodnie pogranicze jest jednym z ich głównych siedlisk i dróg wędrówek…

Wschodnie pogranicze to trochę przesada. Toruń i Bydgoszcz są położone bardziej na zachód niż Warszawa, Łódź i Kraków. 

Za wikipedią:

W Polsce najwięcej wilków żyje w województwach podkarpackimmałopolskimpodlaskimwarmińsko-mazurskim;

 

W kujawsko-pomorski mógłby się jakiś trafić, ale szansa na to jest mała – szczególnie w okolicy uczęszczanej przez ludzi.

 

czy ten zegar odlicza do tyłu? (sądząc z dalszego ciągu, tak). Jeśli istotnie, to dlaczego bohater tego nie komentuje? Zegary w tramwajach zazwyczaj tak się nie zachowują…

Rzeczywiście odlicza w dół. Bohater komentuje to w poniższy sposób (już po poprawce, żeby to było bardziej oczywiste):

Odliczanie. Pozostały dwadzieścia trzy minuty, zanim mój czas dobiegnie końca.

“Podbiegłem do okna na klatce. Porysowana, metalowa klamka nie chciała się obrócić, w końcu jednak udało mi się szarpnąć ją dość mocno, by ustąpiła. Otworzyłem okno

Pozostałe wskazane babole poprawiłem, ten jeden pozwoliłem sobie zostawić bez zmian, nie przychodzi mi bowiem do głowy żaden dający się wykorzystać synonim, a zostawienie zdania bez podmiotu się w tym wypadku nie sprawdzi.

 

re­gu­la­to­rzy

Nie zrozumiałam tylko powodu wplecenia w opowieść truchła jelenia w lesie. Czy rogacz też padł ofiarą niewypału?

Został znaleziony przed wybuchem, więc nie. Przyczyna jego obecności zależy od twojej interpretacji tekstu – może to tylko padlina, którą poszarpali padlinożercy, a może faktycznie w lesie żyło coś bardzo głodnego.

Z racji długości wnętrzności, mam na myśli jelita, chyba: Jego wnętrzności były rozrzucone dookoła niczym makabryczne serpentyny

No, chyba że wnętrzności były posiekane.

Powiedziałbym, że to nieco przesadna dosłowność przy kreowaniu porównania. Ale mogę poprawić, jeżeli faktycznie uważasz to za poważny błąd.

 

Czułem, jak po twarzy spływają mi krople tłustego, lepkiego potu. Coś w moim wnętrzu zaczęło w niekontrolowany sposób dygotać, coraz trudniej było mi zaczerpnąć tchu

myśli wypełniały mój umysł, przez głowę przebiegało mi dziesiątki koszmarnych scenariuszy. Czy rozszarpie mnie tu, przy wszystkich?

 

odebrało mi oddech, powaliło na ziemię. W głowie mi zawirowało, ból obezwładniał. Czułem, jak po skroni spływa mi coś

 

Świat skurczył się do mnie i wieżowca. Dziesięciopiętrowy moloch wyrastał nade mną niczym warowny zamek. To w nim kryła się moja bezpieczna przystań.

Uszy wypełniał mi szum

W tych przypadkach pozwolę się sobie nie zgodzić. Faktycznie, jest tam sporo zaimków. Jednak podczas opisywania stanu postaci trudno ich uniknąć, gdyż bez nich zdania w większości nie mają sensu – czytelnik musi wiedzieć, w czyjej głowie zawirowało i komu odebrało dech. Wyciąłem, ile mogłem, ale spora część pozostała.

 

Wchodzi się na piętro, nie o piętro

Na ósme piętro, ale o jedno piętro wyżej. Tak jak o jeden szczebel drabiny, o dwa stopnie lub o dwa metry. Poprawiłem, mam nadzieję, że teraz brzmi to lepiej.

 

 

Fin­kla

W jakim mieście tramwaje jeżdżą w nocy? U mnie przed północą chodzą spać do zajezdni.

Na pewno w Warszawie i Poznaniu, zapewne w jakimś innym również.

 

Z pętli startował, na pętli wysiadał, a tramwaj jechał przez 16 minut? Malutkie miasteczko…

Poprawione, dziękuję.

<Latin nazi mode> et alii [nie et alli]

 

Wschodnie pogranicze to trochę przesada. Toruń i Bydgoszcz są położone bardziej na zachód niż Warszawa, Łódź i Kraków. 

Przyznaję się do błędu w tym przypadku – jechałam ostatnio do Torunia i powinnam wiedzieć ;) Ale “najwięcej” nie znaczy, że nie ma, a z wykładu o wilkach (bardzo je lubię, więc hobbystycznie poszłam) jakiś czas temu w PAU pamiętam, że trasa wędrówki z Białostocczyzny na zachód biegła dość “poziomo” na mapie.

 

Rzeczywiście odlicza w dół. Bohater komentuje to w poniższy sposób (już po poprawce, żeby to było bardziej oczywiste):

Nie jest. Bo zegar odliczający do tyłu (czas bohatera!) w tramwaju nadal jest bardziej weird niż tramwaj po północy (w Krk nie jeżdżą i w Łodzi najwyraźniej też nie) ;) Jak dla mnie to jest bardzo wyraźny element weirdu, to, że taki zegar jest w tramwaju (podkreślę raz jeszcze: odliczający czas, jaki został bohaterowi!), i nie chodzi o to, żeby czytelnik zauważył, ale żeby bohater zauważył. To jest przecież przerażające, że publiczny zegar liczy jego czas!

 

<grammar nazi mode> “zostawienie zdania bez podmiotu się w tym wypadku nie sprawdzi.” – w żadnym przypadku okno nie jest podmiotem, ale w obu dopełnieniem. Niemniej przyznaję, że tu trzeba by się nieźle natrudzić, żeby znaleźć dobre wyjście z sytuacji. W tekście drukowanym zapewne trzeba by to zrobić, tu niech zostanie.

 

Przejrzę tekst jeszcze raz i kliknę :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

et alii [nie et alli]

<w milczeniu biczuje się licealnym podręcznikiem do łaciny>

w żadnym przypadku okno nie jest podmiotem, ale w obu dopełnieniem.

<w milczeniu znosi niemy wyrzut wszystkich dawnych polonistek>

 

że trasa wędrówki z Białostocczyzny na zachód biegła dość “poziomo” na mapie.

Jasne, jakiś pojedynczy wilk czy nawet małe stadko oczywiście mogło się trafić – zwracam jednak uwagę, że:

a) szansa mimo wszystko jest marna

b) w tekście mamy opinię narratora, a nie obiektywny fakt.

 

i nie chodzi o to, żeby czytelnik zauważył, ale żeby bohater zauważył

Postarałem się dodatkowo uwypuklić.

Nie jest. Bo zegar odliczający do tyłu (czas bohatera!) w tramwaju nadal jest bardziej weird niż tramwaj po północy (w Krk nie jeżdżą i w Łodzi najwyraźniej też nie)

W kujawsko-pomorskim też nie ;) Ale nie mogę powiedzieć, żeby mi to jakoś przeszkadzało.

 

Debiut – widać, że nie debiut ;) I dzięki Bogu, bo takie hasło raczej odstrasza, niż zachęca. Całkiem przyzwoita, choć trochę oklepana historia. Za to plus za konsekwentne poprowadzenie fabuły od początku do końca. Żałuję, że w ostatnim akapicie go jednak jakimś cudem przechwycili, mam ostatnio przesyt opowiadań “a potem się obudził/a potem się okazało, że leczy się w psychiatryku”. Strzelby Czechowa umiejętnie powkładane, znów – nic oryginalnego, co by zrobiło na mnie wrażenie, ale wszystko się ładnie składa w całość i tworzy miłą lekturę. Tak sobie narzekam, ale ten typ literatury ma na forum swoich fanów (nie wiem tylko, czy tu trafią, bo do debiutantów nie wszyscy zaglądają). Póki co klikam bibliotekę. A, i czytaj więcej weird fiction, łatwiej ci będzie unikać klisz :)

Powodzenia w kolejnych tekstach, rozwijaj skrzydła i spróbuj nas zaskoczyć ;)

Dobra, dobijam do biblioteki :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z racji długości wnętrzności, mam na myśli jelita, chyba: Jego wnętrzności były rozrzucone dookoła niczym makabryczne serpentyny

No, chyba że wnętrzności były posiekane.

Powiedziałbym, że to nieco przesadna dosłowność przy kreowaniu porównania. Ale mogę poprawić, jeżeli faktycznie uważasz to za poważny błąd.

Nie, None, poważnym błędem to nie jest, ale konfetti to małe, kolorowe krążki/ kwadraciki papieru, a wnętrzności nie kojarzą mi się z nimi, już raczej z innym akcesorium balowym – z serpentynami. Z racji kształtu, jak wspomniałam.

 

 

Czułem, jak po twarzy spływają mi krople tłustego, lepkiego potu. Coś w moim wnętrzu zaczęło w niekontrolowany sposób dygotać, coraz trudniej było mi zaczerpnąć tchu

 

myśli wypełniały mój umysł, przez głowę przebiegało mi dziesiątki koszmarnych scenariuszy. Czy rozszarpie mnie tu, przy wszystkich?

 

odebrało mi oddech, powaliło na ziemię. W głowie mi zawirowało, ból obezwładniał. Czułem, jak po skroni spływa mi coś

 

Świat skurczył się do mnie i wieżowca. Dziesięciopiętrowy moloch wyrastał nade mną niczym warowny zamek. To w nim kryła się moja bezpieczna przystań.

Uszy wypełniał mi szum

W tych przypadkach pozwolę się sobie nie zgodzić. Faktycznie, jest tam sporo zaimków. Jednak podczas opisywania stanu postaci trudno ich uniknąć, gdyż bez nich zdania w większości nie mają sensu – czytelnik musi wiedzieć, w czyjej głowie zawirowało i komu odebrało dech. Wyciąłem, ile mogłem, ale spora część pozostała.

Bohater cały czas mówi o sobie i o tym, czego doświadcza i jak się z tym czuje. Nie uważam za możliwe, aby czytelnik nagle doszedł do wniosku, że Przemek mówi o kimś innym, by czuł pot spływający po cudzej twarzy, by wiedział, że dygocze coś w obcym wnętrzu, że komuś trudno zaczerpnąć tchu, zwłaszcza że ma pewność, iż potwór w kapturze wpatruje się właśnie w niego.

Moja propozycja pierwszego fragmentu:

że się we mnie wpatruje.

Czułem, na twarzy krople spływającego tłustego, lepkiego potu. We wnętrzu coś zaczęło dygotać w niekontrolowany sposób, z trudem zaczerpnąłem powietrza/ oddychałem z trudem.

 

Propozycja drugiego fragmentu:

miałem głowę pełną myśli, widziałem dziesiątki koszmarnych scenariuszy. Czy rozszarpie mnie tu, przy wszystkich?

 

Propozycja trzeciego fragmentu:

…odebrało mi oddech, powaliło na ziemię. W głowie zawirowało, ból obezwładniał. Czułem, jak po skroni spływa coś…

 

Propozycja czwartego fragmentu:

Świat skurczył się do mnie i wieżowca. Dziesięciopiętrowy moloch wyrastał niczym warowny zamek, skrywający bezpieczną przystań.

W uszach poczułem szum…

 

Wchodzi się na piętro, nie o piętro

Na ósme piętro, ale o jedno piętro wyżej. Tak jak o jeden szczebel drabiny, o dwa stopnie lub o dwa metry. Poprawiłem, mam nadzieję, że teraz brzmi to lepiej.

Owszem, None, lepiej. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Obecna nie była może najlepsza, nocki mnie wykańczały. Ale zgodzili się nie przydzielać mi zmiany od północy do ósmej,

No jak nie ma nocek, to nie mogą go wykańczać.

 

Uważaj na rzeczy typu plugawe bóstwa – potem aż się czeka na rozdzierające się błony rzeczywistości i inne standardy gatunku.

Podobały mi się świergoty, syki i szepty i nieźle zbudowane napięcie ;)

I would prefer not to.

Nie, None, poważnym błędem to nie jest, ale konfetti to małe, kolorowe krążki/ kwadraciki papieru, a wnętrzności nie kojarzą mi się z nimi, już raczej z innym akcesorium balowym – z serpentynami.

Mi z kolei serpentyny nijak nie kojarzą się z rozrzucaniem, zaś konfetti – jednoznacznie. Stąd mój opór. Oraz z faktu, że makabryczna serpentyna brzmi jak źle zaprojektowany zjazd z autostrady. Niemniej zmieniam.

Nie uważam za możliwe, aby czytelnik nagle doszedł do wniosku, że Przemek mówi o kimś innym, by czuł pot spływający po cudzej twarzy, by wiedział, że dygocze coś w obcym wnętrzu, że komuś trudno zaczerpnąć tchu, zwłaszcza że ma pewność, iż potwór w kapturze wpatruje się właśnie w niego.

Z jednej strony masz oczywiście rację. Z drugiej, sformułowanie takie jak:

We wnętrzu coś zaczęło dygotać w niekontrolowany sposób

czy

W głowie zawirowało

nie brzmią zbyt dobrze. Odczuwalnie czegoś w nich brakuje, szczególnie w pierwszym. Usunąłem jeszcze kilka zaimków, ale kilka innych zostało, z tego własnie względu.

 

No jak nie ma nocek, to nie mogą go wykańczać.

Hm… W sumie nie jestem pewien, jak określić zmianę 16-24. Popołudniówka? 

Mi z kolei serpentyny nijak nie kojarzą się z rozrzucaniem, zaś konfetti – jednoznacznie.

Serpentyna jak najbardziej kojarzy się z rzucaniem/ rozrzucaniem, choć nieco inaczej niż konfetti.

Za SJP PWN: serpentyna  2. «wąska, barwna taśma papierowa skręcona spiralnie, rzucana na tańczących podczas zabaw»

 

Usunąłem jeszcze kilka zaimków, ale kilka innych zostało…

Nie namawiam Cię wcale do całkowitego zrezygnowania z zaimków, jeno do używania ich z umiarem.

A poza tym, None, wszystkie moje uwagi to wyłącznie propozycje i sugestie. Miło mi, gdy uznasz je za przydatne, ale zrozumiem, jeśli pozostaniesz przy własnych sformułowaniach. To przecież Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam, wciągnęłam się, sprawnie napisane.

Dobry tekst.

 

Z uwag to tylko bohater, który po otwarciu okna czuje zimno, mimo że wcześniej pisałeś, że noc jest ciepła (przy okazji opisu faceta w płaszczu).

Nie namawiam Cię wcale do całkowitego zrezygnowania z zaimków, jeno do używania ich z umiarem.

A poza tym, None, wszystkie moje uwagi to wyłącznie propozycje i sugestie. Miło mi, gdy uznasz je za przydatne, ale zrozumiem, jeśli pozostaniesz przy własnych sformułowaniach. To przecież Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. ;)

Będę miał to w pamięci. Trochę wychodzą ze mnie stare nawyki – w mojej drugiej “branży” korekta jest bardziej uparta. ;)

 

Z uwag to tylko bohater, który po otwarciu okna czuje zimno, mimo że wcześniej pisałeś, że noc jest ciepła (przy okazji opisu faceta w płaszczu).

Na ósmym piętrze zwykle mocno wieje, co nawet w ciepłą noc może wywołać poczucie zimna – to był mój zamysł, choć może nie jest to dostatecznie klarowne.

 

Rozumiem. Przydałoby się może jakieś “Zadrżałem przez panujący na tej wysokości chłód/panujące na tej wysokości zimno/chłodne na tej wysokości powietrze.”, ale nie jest to jakiś przesadny bubel, tak więc jak wolisz.

Powodzenia w pisaniu i pozdrawiam.

Hm… W sumie nie jestem pewien, jak określić zmianę 16-24. Popołudniówka? 

Praca do północy/późna?

I would prefer not to.

Druga zmiana?

Babska logika rządzi!

Kawał porządnego, trzymającego w napięciu opowiadania grozy. Świetnie oddane uczucia bohatera, dobre porównania, umiejętnie dozowane fakty. Jedyny mankament to taki, że można było domyślić się zakończenia, ale to pewnie spowodowane jest tym, że czytałem już sporo tekstów wykorzystujących podobnych motyw. Parę potknięć językowych wytknęli już wcześniej, jednak nie przeszkadzały one w czytaniu i odbiorze całości.

Niemniej bardzo dobry tekst. Tym bardziej, że to debiut. Biblioteka już jest, więc na zachętę dla autora nominuję :)

Opowiadanie bardzo fajne, ale z tym debiutem to trochę przesada. Nie widać.

Tak poza tym, od początku czuć klimat, czyta się dobrze i szybko, choć w połowie domyśliłem, że chodzi o chorobę psychiczną.

Pisz więcej, bo warto to czytać. Powodzenia!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Zagryzłem wargi. Mocno. Ból pomagał oczyścić umysł, skupić się na chwili bieżącej.

Nawet nie poczułem, jak po brodzie spłynęła mi pojedyncza kropla krwi, zostawiając na mojej skórze wąski, karmazynowy wężyk.

Jakoś zawsze mnie drażni ten chwyt z gryzieniem warg do krwi, zwłaszcza gdy ta krew wypływa na zewnątrz. Rozumiem skubanie skórek na wargach, ale gryzienie? Ludzkie siekacze mogą wargi zmiażdżyć, a nie przeciąć skórę.

Ale poza tym bardzo, bardzo. Widać porządny warsztat i świadomość gry, w którą wciąga się czytelnika. Uroczo powoli ciągnie się ta podróż do domu. Fajnie rozegrana scena z drugim “napastnikiem” – który przecież, w którymś momencie sprawia już wrażenie ofiary, ale Tobie udaje się jeszcze przywrócić poprzedni układ. 

I tramwaj. Nocny tramwaj jest jak pociąg u Grabińskiego.

Tak ostatnio zaczęłam tu ponownie zaglądać po przerwie, ale że czasu mało, to tylko przeglądam nowości i czytam wybrane teksty. Twój za jednym zamachem przeczytałam do końca :) Uznaj to za komplement, chociaż to nie moje klimaty.

 

BTW gdzieś mi mignął komentarz, że wilków tam nie uświadczysz. A ja słyszałam co innego zdaje się, – właśnie zaczyna ich powoli przybywać :)

 

A i u mnie może byłoby ciężko, ale są takie miejsca, w których da się złapać tramwaj po północy

Fajne, podobało mi się :)

Dobre to jest, podobało mi się. Przede wszystkim wartko się czyta, a nie lubię męczyć się z tekstem. U Ciebie wszystko jest czytelne i dosyć jasne. Nie zauważyłem też źle skonstruowanych zdań, które zdarzają się nawet regularnie piszącym. Ktoś więc trafnie zauważył, to taki debiut nie debiut. :)

Jedyne, do czego bym się przyczepił, to jednostajna akcja. Czas upływa i niezmiennie zbliżamy się do finału. Co prawda niby stawiasz różne przeszkody na drodze Przemka, ale wiadomo (albo ja wiedziałem), że bohater zmierza do finału gdzieś pod domem lub w domu. Czyli nie było jakiegoś wielkiego zaskoczenia. Przydałby się chociaż jeden mylący trop, może spojrzenie na Przemka przez kogoś z zewnątrz? W tramwaju była ku temu okazja, tam zbyt mocno się rozpisałeś i strach Przemka zaczął być męczący, zamiast trzymać w napięciu.

Podsumowując, zawsze może być lepiej, widzę jednak znacznie więcej plusów niż minusów.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Czytało się przyjemnie, tekst szybko mnie wciągnął a potem już tylko połykałem kolejne akapity. Fajnie zbudowane napięcie i ten upływający czas. Podoba mi się tytuł, ta godzina taka nieoczywista, wzbudzająca ciekawość. 

 Zakończenie trochę przewidywalne, ale co tam ;) Super tekst :) 

Tekst dobrze trzyma napięcie. Powoli dawkujesz informacje oraz sytuacje, zarazem aż do końca pewne karty zatrzymujesz dla siebie. Bohatera przedstawiasz stopniowo, końcówką lekko zaciemniasz tajemnicę. To wszystko na plus.

Trochę jednak brakuje podkoloryzowania akcji jakimś mylącym tropem albo nagłym przyspieszeniem. To by dodatkowo podkręciło napięcie, podniosło stawkę.

Podsumowując: udany debiutancki koncert fajerwerków. Mnie się podobało :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wychodzi na to, że chyba będę pierwszą osobą, której przeszkadzał jednak brak (niewielka ilość?) fantastyki. Po prostu już mi się przejadł motyw chorób psychicznych itp., więc zakończenie mnie trochę rozczarowało. Ale tak poza tym z lektury jestem zadowolona. Przyciągnęła mnie właściwie kompozycja tekstu, podzielenie go na krótkie fragmenty z konkretnymi godzinami na pewno zwiększyło napięcie. Motyw "zepsutego" zegara w tramwaju też mi się spodobał, zwłaszcza że od tego momentu zaczyna naprawdę się dziać. Ogólnie zaciekawiasz od początku, potem ładnie dawkujesz napięcie i choć opowiadanie nie należy do specjalnie oryginalnych, do końca czytałam z zaciekawieniem. Do Twoich następnych tekstów pewnie też zajrzę, jeśli jakieś wrzucisz.

 

Noga pulsowała mi tępym bólem, ale nie odważę się skorzystać w windy.

Tutaj trochę wybiła mnie z rytmu zmiana czasu na przyszły.

 

serce waliło mi tak mocno, jakby miało zaraz połamać mi żebra i wyrwać się z ciemności, w której tkwiło od pierwszego skurczu.

O co chodzi z tą ciemnością?

 

Wiatr targnął moimi włosami, jednym podmuchem wysuszył pot spływający po twarzy. Zadrżałem od tego nagłego podmuchu.

Tutaj trochę wybiła mnie z rytmu zmiana czasu na przyszły.

Wiatr targnął moimi włosami, jednym podmuchem wysuszył pot spływający po twarzy. Zadrżałem od tego nagłego podmuchu.

Poprawione, dzięki.

serce waliło mi tak mocno, jakby miało zaraz połamać mi żebra i wyrwać się z ciemności, w której tkwiło od pierwszego skurczu.

Ech, moje metafory takie bywają… Serce, jak to narząd wewnętrzny, za wiele światła nie ogląda (zazwyczaj).

 

Do Twoich następnych tekstów pewnie też zajrzę, jeśli jakieś wrzucisz.

Zapraszam. Kolejne teksty pojawią się niewątpliwie – ale z braku czasu z pewnością nie będę publikował tak często, jak niektórzy inni autorzy na tej stronie. Tym niemniej postaram się nie rozczarować.

Nowa Fantastyka