- Opowiadanie: MPJ 78 - Władca Konstantynopola

Władca Konstantynopola

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla, NoWhereMan

Oceny

Władca Konstantynopola

 Paweł Piotrowicz Romanow chodził równym żołnierskim krokiem w kółko po gabinecie budząc panikę służby. Syn carycy Katarzyny maszerował w ten sposób, kiedy intensywnie myślał nad jakimś skomplikowanym problemem. Sam w sobie proces myślenia nie był niebezpieczny dla osób postronnych, problem w tym, iż jeśli carewiczowi nie udało się znaleźć satysfakcjonującego rozwiązania, to wylewał swą frustrację na otoczenie. Służących najbardziej przerażało, iż gniew Pawła, choć przepojony sadyzmem, to jednak nie był czymś niekontrolowanym. W ułamku sekundy potrafił przejść od furii do spokoju, o ile pojawiła się jego żona. Dziś jednak nie można było liczyć na tę formę ratunku, ponieważ Maria Fiodorowna, wkrótce miała rodzić i znajdowała się pod opieką lekarzy w innym skrzydle pałacu.

– Są jakieś informacje o mojej żonie? – Paweł nagle przerwał ciszę.

– Nie, wasza wysokość. – Pokojówka dygnęła zgodnie z zasadami.

– Udaj się do jej komnat i sprawdź czy aby nie urodziła i natychmiast wracaj.

– Dobrze, wasza wysokość.

– Pamiętaj, że masz mi powiedzieć jaka jest sytuacja, nawet jeśli caryca Katarzyna wydała inne dyspozycje. Ona nie będzie rządzić wiecznie, a ja mam dobrą pamięć.

– Tak jest, wasza wysokość.

Pokojówka wyszła, a myśli carewicza znów zaczęły krążyć wokół przyszłości jego dzieci. Miał już dwóch synów i dwie córki, za chwilę miało urodzić się piąte dziecko, a Paweł nie zamierzał na tym poprzestać. Liczne potomstwo pozwalało na planowanie politycznych sojuszy z innymi monarchiami i przypieczętowanie ich małżeństwami. W kalkulacjach Pawła, w ten sposób zapewniane miały być trony dla jego córek. Korona carów trafi na głowę pierworodnego syna. Co z pozostałymi braćmi? To czego nie da się załatwić układami, można zdobyć za pomocą armat i bagnetów. Caryca Katarzyna, gdy urodził się drugi wnuk, rzekła dla żartu „Nazwijmy go Konstantynem albowiem będzie to nowy władca Konstantynopola”. Paweł chciał zrobić wszystko, aby te słowa były prorocze. Byłby wówczas ojcem władców imperiów: Aleksandra na północy i Konstantyna na południu. Na przeszkodzie marzeniom stała jednak słabość młodszego syna. Siedmioletni Konstantyn był wyjątkowo delikatny, nieśmiały, zupełnie nie interesował się wojskiem, za to fascynowały go porcelanowe figurki pasterek. Ktoś taki nie nadawał się ani na władcę Rosji ani tym bardziej na człowieka, który zastąpi sułtanów znad Bosforu. Trzeba było to zmienić, choć nie będzie to ani proste ani bezpieczne.

– Wezwać do mnie porucznika Dymitra Iwanowicza Ryżewskiego!

– Tak jest, wasza wysokość.

Gdy służba szczęśliwa, iż tym razem nie doszło do wybuchu carskiego gniewu ruszyła szukać porucznika. Paweł Romanów w tym czasie usiadł przy biurku i napisał list. Niezupełnie trzeźwy Ryżewski zjawił się w carskim gabinecie w ciągu trzech kwadransów.

– Poruczniku weźmiecie szwadron z mojego lejb-gwardyjskiego pułku huzarów, ruszycie z nim natychmiast do monastyru świętego Cyryla Biełozierskiego…

– Tak jest, wasza wysokość! – Porucznik, zasalutował, strzelił obcasami i ruszył w stronę drzwi.

– A wy gdzie? – Zapytał zaskoczony Paweł.

– Wykonać rozkaz waszej wysokości – odrzekł spokojnie Dymitr.

– Ale…

– Wasza wysokość kazał  jechać natychmiast, co też zamierzam uczynić.

– Stójcie i wysłuchajcie mnie do końca. – Romanow lubił tego typu żołnierskie podejście do wykonywania carskiej woli, toteż z trudem powstrzymał uśmiech.

– Tak jest!

– Udacie się do monastyru świętego Cyryla Biełozierskiego, oddacie tam ten list – Paweł wręczył porucznikowi zalakowana kopertę. – Pokażecie też tamtejszemu archimandrycie ten pierścień. – Car zdjął z palca sygnet.

– Tak jest! – Ryżewski na widok klejnotu wyraźnie zapałał entuzjazmem.

– Mnisi wydadzą wam pewnego więźnia, którego natychmiast przywieziecie tutaj.

– Tak jest!

– Więzień ma tu dotrzeć żywy i zdrowy.

– Tak jest!

– Zwrócicie mi wówczas też pierścień.

– Tak jest. – Entuzjazm porucznika wyraźnie osłabł, co nie umknęło uwadze carewicza.

– Jeśli się spiszecie, nagroda was nie minie. – Paweł podniósł morale huzara. – Możecie ruszać.

– Tak jest!

 

Porucznik Ryżewski, był kawalerzystą z krwi i kości, toteż gnał na czele swego szwadronu, zatrzymując się jedynie na tyle, by konie odpoczęły, a huzarzy wypili i przetrzeźwieli na tyle by z siodeł nie pospadać. Dotarł w końcu do klasztoru. Widok jaki zastał był niezwykły. Monastyr świętego Cyryla był bowiem całkiem zgrabną fortecą, otoczoną solidnym murem z basztami i fosami. Zamieszkujący go mnisi nie przypominali wątłych ascetów, ale silnych i zdyscyplinowanych żołnierzy. Archimandryta tego zgromadzenia przyjął porucznika dopiero po okazaniu listu i carskiego pierścienia.

– Znacie treść listu? – zapytał krótko.

– Nie – odparł równie lakonicznie Ryżewski.

– Jakie więc macie rozkazy?

– Zawieźć tu pismo, okazać pierścień, przejąć więźnia i dostarczyć go przed oblicze jego wysokości carewicza Pawła Piotrowicza.

– Musicie mieć świadomość, iż osoba, która mamy wam wydać jest niezwykła.

Przełożony klasztoru miał dziwny wyraz twarzy, kiedy mówił te słowa. Dymitr uznał, iż faktycznie więzień musi być wyjątkowy, skoro archimandryta przybrał minę, którą porządny pop miewa na widok kobiet grzesznych i rozpustnych. Wzbudziło to w poruczniku nadzieję na pewne urozmaicenie drogi powrotnej. Z kawaleryjskim refleksem odrzekł więc szybko.

– Poradzę sobie choćby, to była diablica. Moja kobyłka też była narowista, ale jak ją ujeździłem, to chodzi grzecznie jak balerina – mówiący to podkręcił wąsa.

– Łatwo obiecywać, gdy nie wie się, z czym będzie się miało do czynienia – rzekł niespodziewanie twardo archimandryta. – Wprowadźcie go.

 

Ku rozczarowaniu Dymitra do pomieszczenia weszło trzech mężczyzn w habitach. Jednym z nich był mniej więcej dwudziestoletni mężczyzna zakuty w kajdany z miedzi. To musi być mój więzień pomyślał Ryżewski.

– Co w nim jest takiego niezwykłego?

– Tego nie musicie wiedzieć, bylebyście tylko trzymali się kilku prostych zasad. Po pierwsze, w bliskości więźnia nie wolno przebywać po wypiciu gorzałki, piwa ani wina. Po drugie jeśliby ktoś złamał pierwszą zasadę, co się może zdarzyć w wojsku, niech z więźniem pod żadnym pozorem nie gada. Po trzecie, nawet gdyby ktoś z nim gadał, to nie wolno pytać go o imię. Po czwarte, należy pilnować, aby w zasięgu rąk tego gagatka nie znalazła się jakakolwiek broń. Po piąte, pod żadnym, ale to żadnym pozorem nie wolno mu zdejmować kajdanów z rąk. Po szóste zaś, nie wolno pozwolić aby sam na sam pozostał z jakąś niewiastą. Zrozumieliście poruczniku.

– Zrozumiałem, ani przy nim wypić, ani niewiasty przytulić – odrzekł Ryżewski zastanawiając się za jakie to grzechy tego człeka ukarano.

– Pamiętajcie!

– Tak jest.

 

Huzarzy konwojujący więźnia pokonywali kolejne wiorsty ciągnąc spiesznie w stronę Petersburga. Wieczorem jednakże zatrzymali się, aby dać koniom zjeść, a samemu wypić. Koło dwudziestej drugiej porucznik Ryżewski postanowił sprawdzić, jak się ma sprawa pilnowania więźnia. Pamiętając przestrogi archimandryty rozważył czy jest trzeźwy. Opróżnił jak dotąd ledwie dwie kwarty gorzałki toteż uznał, iż w zasadzie, to jakby w ogóle nie pił. Wartownik sennie kiwał się przed drzwiami do komórki, w której umieszczono konwojowanego osobnika, ale na widok porucznika przybrał postawę zasadniczą.

– Jak nasz ptaszek?

– Śpi.

– Otwórzcie, sprawdzę to.

– Tak jest.

Wewnątrz panowały niemal zupełnie ciemności. Nie stanowiło to jednak problemu dla Dymitra. Odwiedzając nocami damy, oczywiście bez wiedzy ich mężów, wyrobił sobie koci wzrok. Dostrzegł więc bez problemu więźnia. Zdawało mu się jednak, iż on nie oddycha. Schylił się więc i szturchnął go nogą.

– Żyjecie? – zapytał.

– Jeszcze żyję, ale co to za życie – odparł obudzony.

– Zgrzeszyliście to pokutujecie.

– Kawalerzysta może zgrzeszyć tylko brakiem fantazji, a tej mi nigdy nie brakowało, jedynie szczęście mi raz jeden nie dopisało.

– Głupoty gadacie! Wszak gdyby car za brak szczęścia karał, to za każdym razem gdy w karty gramy ja, lub kompani moi za kraty by trafiali.

– Opowiedziałbym wam jak to było, ale jak się od wieków żyje o chlebie i wodzie, to siły człek nie ma. Tak słabym, iż nie wiem, czy podróż przeżyję.

– Mówisz – Ryżewski szybko przypomniał sobie carski rozkaz by więźnia żywcem dostarczyć. – Wstawaj bratku, idziesz ze mną do karczmy.

 

Chwilę później konwojowany siedział przy stole, na ławie i zajadał się kaszą oraz zimną pieczenią.

– Nalejecie? – tęsknym wzrokiem spojrzał na butelkę gorzałki.

– Spragnionego napoić, mówi pismo – odrzekł Dymitr. – Skoro jednak mamy z wami pić, to powiedzcie jak was zowią.

– Jam jest, Bożydar Porewit.

– Polak?

– Powiedzmy Lach.

– Teraz ja wszystko rozumiem. Wyście rebeliant. – Ryżewski oskarżycielsko wzniósł palec. – Pewnie was w monastyrze za bunt zamknięto.

– Poruczniku, jam wówczas wykonywał rozkazy króla, jaki tam ze mnie buntownik. Kazano nam szturmować pod pułkownikiem Piesockim me obecne więzienie, tośmy szturmowali. Niestety szczebel drabiny się pode mną złamał, przez co upadłem tak nieszczęśliwie, iż przytomność straciłem. Ocknąłem się w lochach.

– Bajki prawicie, od wieków w tej części świętej Rosji noga wroga nie postała.

– Toż mówię, iż dawno to było, jeszcze za czasów cara Szujskiego.

– Głupoty gadacie, ludzie tyle nie żyją. Pewnie też i kawalerzystą nie jesteście.

– Niech wam będzie, że nie jestem człowiekiem, ale żem żołnierz przedni i prawdziwy kawalerzysta gotów jestem wam udowodnić.

– Niby jak?

– Wyznaczcie mi zadania, jakie powinien umieć wykonać prawdziwy żołnierz! 

 

Bożydar rzucił te słowa nie tylko do porucznika ale i do zgromadzonych w izbie huzarów. Powstał więc tumult, przekrzykiwanie się i trochę trwało zanim ustalono jakie to zadania mogą być dowodem, iż Porewit jest kawalerzystą z krwi i kości. Ostatecznie wybrano trzy.

– Przytnij knoty szablą, tak by nie zgasić płomienia – rzekł Dymitr.

– Rozkujcie mnie i dajcie żelazo, byle ostre było.

Bożydar chwile rozmasowywał nadgarstki, ważył w ręce szablę po czym wykonał kilka szybkich cięć i knoty z trzech świec spadły na stół.

– Dobrze. Czas na zadanie drugie, siedząc w siodle, wypijesz kubek gorzałki nie używając rąk.

– Dawać konia! – Porewit wyraźnie się rozkręcał.

Kilku huzarów skoczyło do stajni. Wprowadzenie konia do karczmy trochę trwało, jednak zakończyło się sukcesem. Bożydar dosiadł ogiera w mgnieniu oka. Jedną ręką schwycił wodze, drugą szablę. Zręcznym ruchem pochylił się na bok znikając części widzów za końskim grzbietem. Schwytał zębami kubek, wyprostował się w siodle i wypił nie uroniwszy ani kropli.

– Czas na trzecie zadanie – zawołał wyraźnie rozochocony.

– Skoczycie konno w pełnym rynsztunku przez szereg strzelecki.

– Chętnie, ale przecież nie tu, w izbie.

– Na majdan! – zakrzyknęli huzarzy.

Pięciu ochotników ze szwadronu stanęło z muszkietami tworząc szereg strzelecki. Porewit szybko rozpędził konia, skoczył nad nimi nie muskając nawet kit na huzarskich czapach i znikł w ciemnościach. Ryżewski nagle zbladł, zdawało mu się, iż odgłos kopyt się oddala. Miał świadomość, iż gdyby więzień uciekł, to lepiej byłoby sobie w łeb strzelić, niż czekać na karę ze strony Pawła Piotrowicza. Portewit jednak po chwili wyłonił się z ciemności, zgrabnie zeskoczył z siodła i rzucił wodze jednemu z huzarów.

– Czas na czwartą próbę – rzekł.

– Czwartą? – Ryżewski zdziwił się, albowiem mowa była wcześniej o trzech.

– Prawdziwy kawalerzysta, nie zakończyłby wieczoru nie podbiwszy serca jakieś miejscowej dziewki.

– Zobaczymy… – Dymitrowi kamień spadł z serca.

 

O świcie okazało się, iż Porewit i w tym teście spisał się świetnie. Znaleziono go bowiem rano w stodole z dwoma miejscowymi pięknościami przytulonymi po bokach. Reszta podróży upłynęła pod znakiem wzajemnego zrozumienia i wieczornych imprez, gdzie niejedna butelka była opróżniona i niejedno damskie serce złamane. Niemniej każda podróż się kiedyś kończy toteż huzarzy w końcu dowieźli Bożydara przed oblicze carewicza.

– Życzę sobie osobiście rozmawiać z więźniem – rzekł Paweł.

– Wasza wysokość, to niebezpieczne – rozległy się liczne głosy.

– Precz! – Romanow nie zamierzał tolerować nieposłuszeństwa

Gabinet natychmiast opustoszał.

– Wreszcie przybyłeś – stwierdził carewicz.

– Precyzyjnie rzecz ujmując przywieziono mnie, na wasz rozkaz.

– Mógłbyś demonie okazywać więcej szacunku przyszłemu władcy świętej Rusi.

– Wasza wysokość raczy wybaczyć, ale nigdy nie byłem demonem. Wprost przeciwnie, kiedyś nawet uznawano mnie za boga.

– Nie będziemy się spierać o takie kwestie. Mam dla ciebie ofertę.

– Czego wasza wysokość ode mnie oczekuje?

– W naszej rodzinie krąży opowieść o tym, jak to sprawiłeś, iż Piotr Wielki który kiedyś był słabym dzieckiem, gotowym raczej uciec niż walczyć. Dzięki tobie zmienił się w nieulękłego wojownika i wielkiego cara.

– A wspomina się, że nie dotrzymano danego mi słowa?

– Cerkiew nie pozwoliła cię uwolnić, jednak jeśli sprawisz, że mój młodszy syn stanie się wielkim wojownikiem, to możemy ci złagodzić warunki odosobnienia.

– Wasza wysokość mogę pomóc, ale w poprawę swego losu nie wierzę. Cerkiew jak nie pozwalała mi wypić gorzałki, tak dalej nie da, jak broniła dostępu do mnie kobietom…

– Twierdzą, iż jeśli któraś z tobą dziecko by miała, to wcieliłbyś się w jego ciało i tym sposobem umknął.

– Niech im będzie. Pomogę, ale nie za darmo.

– Czego więc oczekujesz za pomoc?

– Gdym nieszczęśliwie szturmował me obecne więzienie, służyłem w polskich chorągwiach. Dziś potomkowie mych ówczesnych towarzyszy broni w carskiej niewoli jęczą.

– Jeśli sprawisz, że charakter Konstantyna się zmieni i stanie się on świetnym twardym wodzem, zwolnię dwadzieścia tysięcy polskich jeńców i jeszcze ich wodza Kościuszkę.

– Niech się dzieje wola cara. Sprowadź tu swego syna.

 

Paweł Piotrowicz z kamienną twarzą patrzył jak Porewit kładzie ręce na skronie Konstantyna. Wsłuchiwał się w cichą melodię, którą nucił Bożydar, nie rozumiał słów, ale miał wrażenie, iż słychać w niej, tętent szarżujących koni, szczęk szabli, głuche echo armatniego ognia, triumfalne fanfary i jakąś nieokreśloną tęskną nutę, której nie umiał zrozumieć. Wszystko trwało jakiś kwadrans.

– Wasza wysokość skończyłem. – Porewit otarł pot z czoła.

– Zadziała? – Paweł zaskoczony był, iż wszystko trwało tak krótko.

– Dostał część mojej duszy i mocy.

– Jeśli zadziała, uwolnię więźniów zgodnie z obietnicą.

– Ufam w słowa waszej wysokości. – Bożydar skłonił się wyjątkowo głęboko, tak, by car nie dostrzegł drobnego złośliwego błysku w oku.

 

Paweł Piotrowicz już następnego dnia dostrzegł w swoim synu pożądane zmiany. Konstantyn z wprawą zawodowego oficera wydawał polecenia prowadząc musztrę kompanii strzelców. Gdy zaś ktoś krok zmylił krzyczał na winowajcę z całych sił. Carewicz mógł więc spokojnie odesłać Porewita do monastyru i przygotować ukazy będące dopełnieniem umowy. Słowa bowiem zamierzał dotrzymać. Konwój prowadzony przez niestrudzonego Porucznika Ryżewskiego nie zmarnował specjalnie dużo czasu, by stanąć pod zakonną bramą. Czekając na mnichów rzekł.

– Czas nam się żegnać.

– A no czas, choć trzeba przyznać, iż kompan z waćpana jest świetny.

– Ponoć umiesz… – Ryżewski zawahał się chwilę. – Sprawić, iż ktoś może być władcą Konstantynopola.

– Konstantynopola, Konstancina to się jeszcze zobaczy – odrzekł Porewit.

– A dać mi sławę nieśmiertelną dałbyś radę.

– Poruczniku, daję wam słowo, iż będą o was mówić ludzie choćby i dwieście lat po naszym rozstaniu – Bożydar uśmiechną się pod wąsem.

– A dobrze będą mówili? – upewnił się porucznik.

– Z uśmiecham na ustach i radością w duszy. – Zapewnił go Porewit. 

Koniec

Komentarze

No, od razu mi się facet kojarzył… Ale dlaczego Ryżewski, a nie Rżewski? Bardzo lubię dowcipy wszelkiej maści, więc mi się spodobało.

Zapis dialogów kuleje, masz trochę literówek.

Huzarzy konwojujący więźnia mijali kolejne wiorsty ciągnąc spiesznie w stronę Petersburga.

Czy można mijać wiorsty? I przecinek by się przydał.

Babska logika rządzi!

Niezłe, niezłe, Rżewski na pewno jest niezapomniany ;) Błędy już w opisie ;)

Te opowiadanie to coś w rodzaju prequela dla Sam wybrałeś swój los, komandarmie 

-raczej to opowiadanie.

Wasza wysokość kazała jechać natychmiast 

kazał, kazał, to nie kobieta.

toteż z trudem powstrzyma uśmiech

litrówka – powstrzymał.

Opróżnił dotąd jak dotąd ledwie dwie kwarty gorzałki…

albo dotąd, albo jak dotąd.

gdzie tam ze mnie buntownik

lepiej – jaki tam ze mnie buntownik.

ważył z ręce szable

chyba w ręce.

A dać dać mi sławę nieśmiertelną dałbyś radę.

powtórzenie.

Pomimo mniejszych czy większych błędów bardzo fajnie Ci to wyszło i lekko się czyta.yes

 

Na Porewita! RŻewski! I pytanie: Z jakimiż to katolickimi monarchiami miałyby się koligacić prawosławne carskie córki? Bo nad Bałkanami nadal za czasów Pawła sułtan panował… A katoliccy władcy brali sobie za żony katolickie księżniczki. To, że Katarzyna trafiła na Ruś z Niemiec, było wywołane czymś zupełnie innym…

Finklo do licznych moich wad należy też przekręcanie nazwisk. Często więc opowiadając kawały przekręcałem nazwisko Rżewskiego na Ryżewskiego, ponadto zawsze z jakiegoś powodu wyobrażałem go sobie jako rudzielca i jakoś tak zostało ;)

 

Co do mijania wiorst to tak jak i mijanie kilometrów.

 

enderek wskazane poprawki naniosłem 

 

rybak wyjaśnienia odnośnie dlaczego Ryżewski masz w pierwszym akapicie. Co do mężów dla carskich córek Pawła, tak żebym się nie powtarzał 

Aleksandra – Józef Habsburg  https://pl.wikipedia.org/wiki/Aleksandra_Romanowa_(1783–1801)

Helena – Fryderyk Ludwik  https://pl.wikipedia.org/wiki/Helena_Romanowa_(1784–1803)

Maria – Karol Fryderyk  https://pl.wikipedia.org/wiki/Maria_Romanowa_(1786–1859)

Katarzyna – najpierw książę Oldenburga potem król Wirtembergii  https://pl.wikipedia.org/wiki/Katarzyna_Romanowa_(królowa_Wirtembergii)

Anna – Wilhelm https://pl.wikipedia.org/wiki/Anna_Romanowa_(1795–1865)

 

 

No, i mijanie kilometrów też by mi nie pasowało. IMO, można mijać coś materialnego – kupkę siana, nawet słupki drogowe. Ale nie coś abstrakcyjnego. Od biedy kilometry mogą mijać. Podobnie z sekundami – one mijają, jedna za drugą, ale Ty nie możesz minąć sekundy.

Babska logika rządzi!

MPJ: Masz rację, z Niemcami się koligacili, ale właściwie była to krew poniemiecka (po Katarzynie) z niemiecką. Wszystko zostawało niejako w rodzinie ;). Mnie jednak bardziej chodziło tu o związki z panującymi domami prawosławnymi…

Wasza wysokość kazała jechać natychmiast 

kazał, kazał, to nie kobieta.

A niekoniecznie, to bym sprawdziła w polskich tekstach z epoki (!), jako że po francusku (a to okres dominacji tego języka!) altesse i majesté są rodzaju żeńskiego nawet w odniesieniu do mężczyzn i używa się zaimka “ona”, kiedy się o nich mówi z użyciem tego tytułu. A że po polsku wysokość i mość też są rodzaju żeńskiego, nie zdziwiłabym się, gdyby było analogicznie. Wieczorem mogę zerknąć, co mam na dysku albo online z tekstów, które by na to mogły rzucić światło.

 

W kwestii ślubów międzywyznaniowych – było to powszechne, okres między wojnami religijnymi XVII w. i końcem XIX w. to czas bardzo dużego luzu w zmianach wyznania i przywiązania doń. Na szczeblu domów panujących w 99% przypadków to panna młoda zmieniała wyznanie, choć coś mi się kołacze, że czytałam o przypadku odwrotnym. Wśród zwykłych ludzi zapewne było różnie. Czytałam też o polskim szlachcicu (albo na przełomie XVIII/XIX albo w pierwszej połowie XIX, nie pomnę w tej chwili), który zdążył w życiu zaliczyć po natywnym katolicyzmie islam i prawosławie, bo tak mu wypadały koleje losu.

A tradycja dostosowywania wyznania na szczeblu domów panujących tak skądinąd przetrwała do dziś, bo przecież niedawno pewną aktoressę przechrzcili w związku z awansem na księżną :P

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sympatyczny tekst. Ryżewski to cud-malina, prosto z dowcipów, a sam przejazd i zawody z demonem także wyszły interesująco.

Trochę jednak czuć, że ta treść to fragment czegoś większego. Głównie przez zakończenie, które ładnie puentuje porucznika, ale daje uczucie jakiejś takiej niepełności. Jednak satysfakcja z lektury na tyle wielka, że daję klika i za pomysł i za aluzje :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Całkiem zabawne opowiadanko. Przeczytałam bez najmniejszej przykrości. Z prawdziwą przykrością natomiast konstatuję, że ciągle trafiają Ci się błędy i usterki.

 

W ułam­ku se­kun­dy po­tra­fił przejść od furii po spo­kój… –> Raczej: W ułam­ku se­kun­dy po­tra­fił przejść od furii do spokoju

 

Dziś jed­nak nie można było li­czyć na formę ra­tun­ku… –> Dziś jed­nak nie można było li­czyć na formę ra­tun­ku

 

Po­ko­jów­ka zgię­ła się w ukło­nie –> Z tego, co wiem, pokojówki chyba dygają, nie zginając się przy tym. Brak kropki na końcu zdania.

 

myśli ca­re­wi­cza znów za­czę­ły krą­żyć wokół przy­szłość jego dzie­ci. –> Literówka.

 

Ro­ma­now lubił tego typu żoł­nier­skie po­dej­ście od wy­ko­ny­wa­nia car­skiej woli… –> Ro­ma­now lubił tego typu żoł­nier­skie po­dej­ście do wy­ko­ny­wa­nia car­skiej woli

 

– Po­ka­że­cie też tam­tej­sze­mu ar­chi­man­dry­cie ten pier­ścień – Car zdjął z palca sy­gnet. –Brak kropki po wypowiedzi.

 

uroz­ma­ice­nie sobie drogi po­wrot­nej. Z wła­ści­wym sobie re­flek­sem od­rzekł więc szyb­ko.

– Po­ra­dzę sobie choć­by… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Hu­za­rzy kon­wo­ju­ją­cy więź­nia mi­ja­li ko­lej­ne wior­sty… –> Hu­za­rzy kon­wo­ju­ją­cy więź­nia pokonywali ko­lej­ne wior­sty

 

War­tow­nik sen­nie kiwał się na przed drzwia­mi do ko­mór­ki… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

-Wsta­waj brat­ku idziesz ze mną do karcz­my. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

– Wy­znacz­cie mi za­da­nia, jakie po­wi­nien umieć wy­ko­nać praw­dzi­wy żoł­nierz! - –> Co robi dywiz po wykrzykniku?

 

Schwy­tał zę­ba­mi kubek, wy­pro­sto­wał i wypił nie uro­niw­szy ani kro­pli. – Co wyprostował?

 

Miał świa­do­mość, iż gdyby wie­zień uciekł… –> Literówka.

 

– Ga­bi­net na­tych­miast opu­sto­szał. –> Kto wypowiada te słowa?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przyjrzyj się przecinkom ;)

Ale ogólnie przyjemny tekst :)

Regulatorzy, melduję, iż poprawki naniosłem. 

 

NoWhereMan nie myślałem o tym jako o fragmencie czegoś większego, ale kto wie ;)

 

Anet, ja się przyglądam przecinkom, ale one i tak robią co chcą :(

 

Meldunek przyjęty, MPJ-cie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatycznie, w duchu minionej epoki napisane, przyjemnie się czyta. Fabuła ładnie wpleciona w realia historyczne. Parę nieistotnych błędów do korekty.

Ale większego wrażenia nie zrobiło, gdyż:

– 6 wymienionych “zakazanych” czynności nie ma żadnego znaczenia, tylko 6-ty zakaz jest, powiedzmy, uzasadniony, ale i tak mętnie (no, chyba że o tym w dalszej części, przepraszam, nie czytałem)

– “demon”/bóg strasznie teoretyczny

– Kontancin i Konstantynopol… hm… Jakiś słaby ten fortel i… no niebłyskotliwy jakiś. Ktoś prosi, żeby go uczynić władcą Pekinu, a ty go czynisz władcą pekińczyka. No nie wiem… Skoro możesz niedosłownie, to czemu nie od razu po całości?

– z tego względu trochę brakuje puenty

– i chyba Konstancina jeszcze wtedy nie było

Moim zdaniem fabularnie się nie sprawdza, ale jako ciekawostka – całkiem, całkiem.

Konstancina istotnie nie było.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Konstancina nie było ale może to się w przyszłości wyjaśni jakimś opowiadaniekiem. 

varg zakazy są standardowe i mniej więcej przemyślane. Nie pić bo pijany jest bardziej podatny na sugestię/hipnozę. Nie rozmawiać te same wyjaśnienie. Nie dawać broni, bo mógłby się wyzwolić, w końcu to szermierz niezły skoro potrafi przyciąć szablą knot nie gasząc świecy. Nie pytać o imię, bo w moich opowiadaniach bogowie słowiańscy korzystają energii gromadzonej przez wiarę swoich wyznawców. Opisałem to w opowiadaniu Przyjaciel dawno dawno temu i trochę z lenistwa nie powtarzam.

 

:D

 

 

Nowa Fantastyka