- Opowiadanie: MPJ 78 - Przyjaciel

Przyjaciel

Kolejna odsłona mojej nierównej walki z przecinkami. W tym przypadku starałem się unikać zdań złożonych. Nie zawsze było to możliwe :(   

ps. mam nadzieję, że ABW, CBŚ itp “firmy” nie obudzą mnie o 6 rano :D

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Przyjaciel

Wrześniowe słońce zachodzi, obdarzając wzgórze złotymi promieniami. Kamień przede mną i dąb za mną kąpią się w tym świetle. Jest pięknie. Drżącymi rękami nalewam kolejną porcję wódki do plastikowego kubka. Sporo rozchlapuję na boki. Alkohol ściekający po głazie lśni czerwienią krwi. Piję, może to da mi odwagę. W plecaku jest jeszcze jedna butelka i paczki z jakimiś lekami. To ma wystarczyć, by uciec przed upokorzeniem. Zawsze byłem tym gorszym, słabszym, mającym biednych rodziców, kujonem. Parę miesięcy temu zyskałem przyjaciela. Albert jest dzieckiem szczęścia, bogaci starzy, układy, modne gadżety, najładniejsze dziewczyny. Początkowo myślałem, że to z powodu matury. Wiadomo przecież, kiedy kujony zyskują na przydatności. Egzaminy przeszły, ale on pozostał serdecznym kumplem. Wczoraj wszystko się zmieniło. Mój świat legł w gruzach. On brał udział w programie telewizyjnym. Cieszyłem się jak głupi do sera, widząc go w studiu. Uwierzyłem, że stanie się moją przepustką do świata pięknych i bogatych. Zanim spadły mi klapki z oczu, zdążyłem nawet sobie ubzdurać, iż teraz mnie, kumpla gwiazdy telewizji, zaczną w końcu dostrzegać dziewczyny. Wtedy właśnie mój „przyjaciel” przedstawił mnie jako przykład prześladowania z powodu orientacji seksualnej. Łgał bezczelnie z uśmiechem na ustach. Dopiero wówczas dotarło, o czym jest program. Zrozumiałem, dlaczego on był w nim anonsowany jako działacz organizacji walczącej z nietolerancją. Stało się też jasne, do czego potrzeba mu była moja zgoda na udostępnianie wizerunku. Wiem jaka jest siła telewizji. Nie będę już miał normalnego życia. Kolejna porcja wódki wypita, czas na łykanie pigułek.

– Swoich skrzywdzisz, wroga ucieszysz. – Obróciłem głowę. Na wzgórzu pojawiła się jakaś staruszka.

– A pani o co chodzi? Siedzę sobie i widoki kontempluje. – Staram się spławić starowinkę.

– Mnie nie oszukasz. – Stwierdza twardo.

Chyba za dużo wypiłem. Im bardziej się wpatruję w staruszkę, tym gorzej ją widzę. Jest jakaś taka szara, jakby mglista. Próbuję nalać kolejną dawkę alkoholu. Ręce mi się tak trzęsą, że więcej rozlewam na kamień, niż trafia do kubka. Właśnie, może to haluny po wódzie? Inni widzą białe myszki, a ja staruszki?

– Nie jestem pijackim omamem. – Odpowiada na pytanie z mych myśli.

– To kim jesteś? – Coś z nią jest stanowczo nie tak. Wygląda młodziej niż chwilę wcześniej.

– Zwą mnie Dziewanna

– Czyli?

– Jestem kimś, kto daje dobry lub zły los. Możesz ode mnie otrzymać to, czego najbardziej pragniesz.

– Śmierć?

– Nowe życie, a może nawet rewanż na wrogach?

– Rewanż! Pani żartuje. Albert ma matkę sędzinę, ojca biznesmena, dziadka posła, wuja w komendzie głównej policji, jedną ciotkę w telewizji, drugą w zarządzie banku, stryja w kancelarii adwokackiej. Gdybym przy ludziach powiedział, że on jest zakłamaną świnią, to mnie migiem załatwią. Gliny wbiją się do nas na chatę o szóstej rano. Na posterunku urządzą mi ścieżkę zdrowia. Sąd pośle mnie za kraty w dwadzieścia cztery godziny, a w pace dadzą do jednej celi z psycholami i zbokami.

– Nie doceniasz swojego potencjału. Pomogę ci go uwolnić. – Zmieniła się. Staruszkę zastąpiła młoda ładna kobieta ubrana jak korporacyjna „łowczyni głów”.

– Proszę pani. Jaki potencjał? O czym mowa? Ja nie mam już życia, nawet rodzice mnie znienawidzą, za to, kogo ze mnie zrobiono, w tamtym programie.

– Oni cię kochają i nie wierzą telewizji.

– Ale jak to?

– Twoja matka doskonale pamięta program, w którym z jej szefowej, zrobiono biedną kobietę, wyrzucaną z mieszkania socjalnego przez bezdusznych urzędników.

– Faktycznie, parę miesięcy strasznie klęła, że tej suce, co ma willę pod miastem, dali lokal socjalny.

– Zaczynasz myśleć. Teraz powiedz mi, co twój ojciec ogląda w telewizji?

– Prognozę pogody, sport i filmy fantastyczne.

– Dlaczego?

– Mówi, że są bardziej prawdziwe od serwisów informacyjnych.

– Czemu więc chcesz ich zranić? Albert tylko na tym skorzysta.

– Jak to?

– Jeśli się zabijesz, zrobi z ciebie sztandarową ofiarę nietolerancji.

– No i co z tego?

– Założy fundację twojego imienia, a zebrane pieniądze przeznaczy na wyjazdy szkoleniowe: Ibiza, Teneryfa, Szarm, el-Szejk, Bahamy…

– O cholera.

– No właśnie.

– Tyle, że poza upiciem się, nie mam innych pomysłów. – Stwierdziłem załamanym głosem.

– Co powiesz na to? – Kładzie mi rękę na skroni. Widzę nagle szereg obrazów, połączone razem, stanowią całkiem dobry plan na życie.

– Nie ma nic za darmo. Co chcesz w zamian? – pytam cicho.

– Mądry chłopczyk. – Chwali mnie protekcjonalnie. – Tu kiedyś był mój chram, na tym kamieniu składano mi ofiary. Chcę, by to wróciło.

– Nie mam dość kasy, by zbudować ci świątynię. – Stwierdzam ze smutkiem.

– Nie musisz. Wystarczą małe dowody pamięci. Dziś obudziłeś mnie, wylaniem alkoholu na kamieniu ofiarnym. – Dziewanna uśmiechnęła się lekko.

– Powiedz mi jeszcze jedno. Jak to się dzieje, że teraz wyglądasz jak młoda kobieta, a wcześniej byłaś starą babcią?

– Jestem taka, jaką chcecie mnie widzieć.

 

Czerwiec, pięć lat później.

Dawny ja, umarł przy kamieniu ofiarnym na wzgórzu. W tej samej chwili urodziłem się na nowo. Od tego czasu realizowałem plan na życie, zasugerowany mi przez Dziewannę. Skończyłem studia chemiczne. Zmieniłem wygląd, zapuściłem wąsy, sporo ćwiczyłem. Nie jestem już kujonem, ofiarą, ale właścicielem firmy sprzątającej i pralni. Nie wszystkie moje interesy są czyste, ale wszystkie dają mi dochód. Niedawno się ożeniłem. Rodzice są ze mnie dumni. Zrozumieli nawet, dlaczego noszę dziś nazwisko żony. Sięgam po to, o czym kiedyś nie śmiałem marzyć. Zemstę na Albercie planuję od lat.

Ludzka pomysłowość, zwłaszcza w czasie wojny, jest olbrzymia. Z czasem jednak wiele wynalazków zostaje zapomnianych. Uznaje się je za nieprzydatne lub zbyt niebezpieczne. Stosunkowo szybko znalazłem narzędzie do dokonania zemsty. III Rzesza pod koniec swego istnienia powołała do życia szereg nietypowych projektów. Często zakładały one brak dostępu do surowców i wykwalifikowanej siły roboczej. Oznacza to, że przy odrobinie determinacji i zręczności można je sklecić choćby w garażu. Wszystko, co jest potrzebne do ich budowy łatwo kupić lub zorganizować: sklejka, drewno, stalowe kątowniki, żywica, ceramika wypalana chałupniczymi metodami, elektronika z chińskich zabawek. Trochę trudniej zdobyć paliwo. Na szczęście jestem chemikiem i wiem, jak je uzyskać, choćby z ogólnodostępnych środków czystości.

Popołudnie najdłuższego dnia w roku zastaje mnie w kępie krzaków na łące. Nadszedł czas zemsty. Na rynku w pobliskim mieście zaczyna się tak zwany “plener”. Mój “przyjaciel” z czasów matury sadowi się w strefie vipów. Impreza, na którą przybył, właśnie się rozkręca. Skąd to wiem? Parę miesięcy temu, sprzątając budynek straży miejskiej, podpiąłem się do lokalnego monitoringu. Na ekranie laptopa widzę Alberta. Drogie ciuchy, zegarek za kilka średnich krajowych, nonszalancja. To już nie jest nastoletni aktywista, tylko młody polityk. Wiem, że szefuje też fundacji walczącej z nietolerancją. Ze mną mu nie wyszło, ale rok później, jego kolejny “przyjaciel” popełnił samobójstwo. Zupełnie „przypadkiem” stało się to krótko po tym, jak Albert zaczął mu „pomagać”. Wzbiera we mnie fala nienawiści. Szybko wytaczam na łąkę, małą, lekką lawetę i ściągam z niej plandekę. Willi Messerschmitt pewnie by się zdziwił, gdyby zobaczył, jak zminiaturyzowałem jego projekt. Zmniejszyłem wszystko co się dało, ze zbiornikami paliwa włącznie. W miejscu kabiny pilota jest niewielki dodatkowy zbiornik. Mogłem sobie na to pozwolić, ponieważ zastąpiłem człowieka elektroniką. Niemiecki oryginał był konstrukcją szalenie niebezpieczną. Zastosowane w nim paliwo, jeśli dostało się do kabiny, na przykład z powodu przecieku, potrafiło rozpuścić pilota. Zdesperowani naziści akceptowali taką opcję, ja nie. Wizja zakończenia życia jako kałuża brunatnego płynu jest mi obca. Będę startował zdalnie z bezpiecznej odległości. Wskakuję na motocykl i odjeżdżam. Zatrzymuję się dopiero na wzgórzu Dziewanny.

Odpalam laptop, najwyższy czas ruszać. Kontakt, silnik zaczyna pracować. Kometa rozpędza się i odrywa od ziemi. Zbędna już laweta odpada do rzeki. Wszystko idzie zgodnie z planem. Smuga dymu ciągnie się nad wodą. Wykorzystuje efekt ekranowania, by zwiększyć prędkość i zasięg. Samolot przez dwie minuty lotu pokonał ponad dwadzieścia kilometrów. Już minął miasto, w którym jest Albert. Kilkadziesiąt sekund później podrywam go do góry. Jednocześnie wykonuję zwrot niemal o sto osiemdziesiąt stopni. Samolot osiąga pułap kilometra. Skończyło się paliwo. Pokładowe kamery widzą już cel.

– Przybądź, Dziewanno! – wołam w pustkę.

– Jestem. – Pojawia się przybierając postać nastoletniej blondynki w białym gieźle i wianku na włosach.

– Składam ci ofiarę.

 

Moja kometa pikuje, zwiększając prędkość. Wyciągam ją z nurkowania, zrzucając zawartość dodatkowego zbiornika. Kilkanaście litrów substancji, zwanej przez alchemików wodą królewską, mknie w dół. Po drodze do celu rozpyli się na drobne krople. Dzięki temu na pewno trafi Alberta. Ludzie wokół to ta sama „kasta”. Skupiam się na ostatnich chwilach lotu. Mimo braku napędu, mogę jeszcze jakiś czas utrzymać się w powietrzu. Po raz ostatni nabieram wysokości. Skręcam delikatnie w stronę wysypiska śmieci. Łagodnie zniżam lot, celując w sterty opon. Uruchamiam system samozniszczenia. Zapala się termit. Obraz z kabiny znika. Zgodnie z planem, elektronika w komecie przestała istnieć. Strawiła ją płonąca w temperaturze trzech tysięcy stopni Celsjusza mieszanka rdzy i opiłków aluminium. Na laptopie mam teraz tylko podgląd z kamer miejskiego monitoringu.

– Jesteś cudowny. – Głos Dziewanny drży. – Od wieków nie miałam takiego przypływu mocy.

– Liczyłem, że ci się spodoba. To mój prezent dla ciebie. Wiem jak bardzo lubisz letnie przesilenie.

– Masz pojęcie co mi ofiarowałeś?

– Otrzymałem od ciebie nowe, dobre życie. Odwdzięczyłem się, ofiarowując ci ich dobre życie.

– Dałeś mi więcej. Posłuchaj – oczy Dziewanny rozbłysły zielenią – przez setki lat pomagałam ludziom na miarę moich możliwości. Podpowiedzi, co robić, by los sprzyjał w zamian za drobne ofiary, miód, piwo, wino, parę garści kaszy. Czasem, gdy byłam samotna, starczała nawet obietnica, że ktoś o mnie będzie pamiętał. Cena nigdy nie była wygórowana. Miejscowi wiedzieli o mnie, ale się bali. W ich imieniu przybywały na wzgórze szeptuchy i robiły co trzeba. Jakieś ćwierć wieku temu, a może ciut więcej, oprócz znającej, przybyła na to wzgórze procesja miejscowych notabli. Na swój sposób było to zabawne. Specjaliści od materializmu dialektycznego i wojujący ateiści przyszli złożyć ofiarę starej słowiańskiej bogince. Bojownicy o sprawiedliwość społeczną i handel uspołeczniony chcieli robić prywatne interesy, a ja miałam im pomóc. Obiecywali mi bardzo dużo. Uwierzyłam, bo bardzo chciałam, aby było to prawdą. Pomogłam tym typom, a oni mnie zdradzili.

– Jak?

– Stali się wyznawcami Mamona. – Czuję jej złość.

– Z tego co wiem, a sporo informacji zebrałem. Albert na pewno nie chodził do kościoła, nie składał ofiar, nie wierzył w żadnego boga.

– Z mojego punktu widzenia działa to trochę inaczej.

 

Dziewanna siada na głazie ofiarnym. Zakłada nogę na nogę i zmienia się. Teraz wygląda jak młoda, seksowna nauczycielka. Poprawia okulary w ciemnych oprawkach, strzepuje jakiś pyłek z białej bluzeczki, wygładza granatową spódnicę. Jakby od niechcenia demonstruje śliczne nogi w czarnych szpilkach.

– Ludzka wiara to forma energii. Można ją wykorzystać na różne sposoby, uzdrowienia, cuda i tym podobne. Dla mnie ważniejsze jest, iż jeśli gromadzi ją mój wyznawca, to mogę z niej skorzystać.

– Czyli jak rozumiem, prawdziwy ateista nie gromadziłby tego typu energii?

– Dobrze kombinujesz. Jest tylko jeden haczyk. Choć jestem na ziemi już ładnych parę tysięcy lat, nikogo takiego nie spotkałam.

– Jak to, a ci wszyscy wolnomyśliciele, komuniści, wojujący bezbożnicy i tym podobni?

– Część z nich tak naprawdę wierzyła w pieniądz i karierę. Z gromadzonej przez nich energii korzysta Mamon.

– A pozostali?

– To nieświadomi wyznawcy chaosu. Nie mam z nich pożytku.

– A ktoś ma?

– Ten Egipcjanin, jak mu tam? O już wiem, Set.

– Czyli przypadkiem ukarałem tych, którzy ciebie zawiedli.

– Zrobiłeś znacznie więcej. Większość skropionych chemikaliami została tylko okaleczona.

– Nie chciałem ich pozabijać. – Przyznaję cicho.

– Wiem. Ma to swoje zalety.

– Niższy wyrok? – Na chwile wrócił dawny ja.

– Tym nie musisz się martwić. – Spogląda w stronę rosnącego, czarnego słupa dymu, wznoszącego się na horyzoncie. – Nawet gdybyś nie dołożył wszelkich starań, by zatrzeć ślady i tak bym cię uratowała przed więzieniem. Mam dzięki tobie mnóstwo mocy, bo oni nie wierzą już w pieniądze, tylko w przeznaczenie, czyli mnie. – Dziewanna roześmiała się lekko, dziewczęco. – Nieświadomie gromadzą energię, z której mogę korzystać.

– Cieszę się twoją radością. – Robię dworski ukłon.

– Jesteś stanowczo zbyt zabawny i inteligentny na zwyczajnego wyznawcę. Od dziś mianuję cię moim przyjacielem.

 

Boginka znów zmienia swój wygląd. Znikają okulary, białą bluzkę zastępuje koszula w kratę. Spódnica ustępuje miejsca szortom, a szpilki adidasom. Staje się dziewczyną z sąsiedztwa. Podchodzi do mnie i całuje w policzek.

– To na razie. – Rzuca od niechcenia i znika.

– Do zobaczenia Dziewanno.

 

Schodzę ze wzgórza. Normalnie gdy dziewczyna mówi o przyjaźni, to znaczy, że z tobą zrywa. Czy mam się martwić? Dawny ja pewnie by się tym przejmował, obecny jest zbyt zajęty. Dziś w miejscu, gdzie zemściłem się na Albercie, będzie straż pożarna, pogotowie, policja. Za dzień czy dwa, ktoś będzie musiał tam posprzątać. Muszę jak najszybciej porozmawiać z właściwymi urzędnikami. Na osiedle, gdzie dym z palonych opon brudzi elewacje, a smród wnika w firany, zasłony i tapicerki, trzeba posłać ludzi z ulotkami mojej pralni. Żeby dobry los mi dalej sprzyjał, trzeba mu trochę pomóc.

Koniec

Komentarze

O tej godzinie “beksy” jeszcze śpią, Siedemdziesiąty Ósmy, czyli na spoko loko jest.

Przeczytałem sąsiada w obecności.

Coś w tych literkach jest. Ale jeszcze definicji nie zdefiniuję.

Grunt, że nawet z błędami powinieneś ocaleć.

Nie bojaj.

 

I papuch.

 

spodobał mi się pomysł z wylaniem alkoholu na kamień ofiarny, jako przywołanie bogini:-)

rozumiem, że raz nazywanie jej Dziewanna, a innym razem Marzanna to działanie celowe…

 

Na wiki twierdzą, że to dwa oblicza tej samej bogini. Początkowo w całym opowiadaniu była Marzanna. Potem uznałem, że skoro Marzanna była personifikacją śmierci i zimy a Dziewanna życia i roślinności, to poza sceną zemsty raczej pasowała by Dziewanna niż Marzanna. Być może powinienem to jakoś lepiej opisać?

 

Historyjka sympatyczna, gorzej z wykonaniem. Nie tylko przecinki Cię pokonują. Btw, wołacze, drogi MPJ, oddzielamy przecinkami od reszty zdania. Pisząc zdanie z imiesłowem współczesnym, też powinieneś wstawić przecinek. Literówki, szczególnie na końcach czasowników. Jest różnica między “on pikuje” a “ja pikuję”.

Najkrótszy dzień roku nie wypada w letnie przesilenie. Wprost przeciwnie.

I raczej powinieneś podkreślić, że Marzanna i Dziewanna to celowo.

Babska logika rządzi!

Mea culpa. W celu zmniejszenia bałaganu w opowiadaniu wszędzie zamieniłem Marzannę na Dziewannę. Taką w każdym razie mam nadzieję. ;)

 

Finklo poszukam znów starego podręcznika i zobaczę co to są te imiesłowy współczesne. :)

Kwestie pikowania, też jakoś mam nadzieję ogarnąłem zamieniając je w “łagodnie zniżam lot”.  Biorąc pod uwagę, iż rzecz dzieje się czerwcu, nie ma szans na najkrótszy dzień w roku. Poprawiłem już go na najdłuższy.

Imiesłowy współczesne to te słówka, które kończą się na -ąc. Idąc, pogwizdywał wesoło.

Pikowanie nie jest złe, tylko dopilnuj tych ogonków, żeby Czytelnik nie miał wątpliwości.

 

Edytka: Takie rzeczowniki jak miesiąc, gorąc itp. mimo wszystko nie są imiesłowami. ;-)

Babska logika rządzi!

Motyw skrzywdzonego bohatera, pałającego żądzą odpłacenia pięknym za nadobne, do odkrywczych nie należy. Jednak pomysł, by zemsta dokonała się przy pomocy Dziewanny, która pojawiła się za sprawą wychlapanej wódki, wprowadził nieco świeżości.

Wykonanie, niestety, pozostawia sporo do życzenia.

 

Drżą­cy­mi rę­ka­mi na­le­wam ko­lej­ną por­cję wódki do pla­sti­ko­we­go kubka. Sporo roz­le­wam. – Powtórzenie.

Proponuję pierwsze zdanie: Drżą­cy­mi rę­ka­mi usiłuję na­pełnić plastikowy kubek ko­lej­ną por­cją wódki.

 

Pije, może to da mi od­wa­gę. – Literówka.

 

on nadal był moim ser­decz­nym kum­plem. Wczo­raj wszyst­ko się zmie­ni­ło. Mój świat legł w gru­zach. Mój przy­ja­ciel… – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

Wtedy wła­śnie mój „przy­ja­ciel” przed­sta­wił mnie, jako przy­kład prze­śla­do­wa­nia z po­wo­du orien­ta­cji sek­su­al­nej. Łgał bez­czel­nie z uśmie­chem na ustach. Do­pie­ro wów­czas do­tar­ło, o czym jest pro­gram. Zro­zu­mia­łem, dla­cze­go mój przy­ja­ciel był w nim przed­sta­wia­ny… – Powtórzenia.

 

Stwier­dza twar­do.. – Jeśli zdanie miała kończyć kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, jest o jedną kropkę za mało.

 

Ręce mi się tak trzę­są, że wię­cej roz­le­wam na ka­mień, niż wle­wam do kubka. – Powtórzenie.

 

– Nowe życie, a może nawet re­wanż na wro­gach?. – Po pytajniku nie stawia się kropki.

 

– Pro­gno­zę po­go­dy, sport i filmy fan­ta­sty­cze. – Literówka.

 

Zro­bi­łem stu­dia che­micz­ne. – Raczej: Skończyłem stu­dia che­micz­ne.

 

Na ekra­nie lap­to­pu widzę Al­ber­ta.Na ekra­nie lap­to­pa widzę Al­ber­ta.

 

Będę sta­ro­wał zdal­nie z bez­piecz­nej od­le­gło­ści. – Literówka.

 

Wska­ku­je na mo­to­cykl i od­jeż­dżam. – Literówka.

 

Za­trzy­mu­je się do­pie­ro na wzgó­rzu Dzie­wan­ny. – Literówka.

 

Po­słu­chaj, – oczy Dzie­wan­ny roz­bły­sły zie­le­nią… – Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

 

Teraz wy­glą­da jak jak młoda, sek­sow­na, na­uczy­ciel­ka. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Jakby od nie­chce­nia macha de­mon­stru­je ślicz­ne nogi w czar­nych szpil­kach. – Czym macha, demonstrując nogi? Zdanie do remontu.

 

– Nie chcia­łem ich po­za­bi­jać. – Przy­zna­je cicho. – Literówka.

 

Cie­sze się twoją ra­do­ścią. – Literówka.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wskazane poprawki naniosłem :)

 

OK  ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wrześniowe słońce zachodziło, obdarzając wzgórze złotymi promieniami. Kamień przede mną i dąb za mną kąpią się w tym świetle.

 

NIEKONSEKWENCJA CZASOWA W PIERWSZYM AKAPICIE……..

 

Sporo rozchlapujeę na boki.

 

byłem tym: gorszym, słabszym

 

Egzaminy przeszły(+,) ale on

 

widząc go (+w) studiu.

 

przedstawił mnie, jako przykład

 

anonsowany, jako działacz

 

– Mnie nie oszukasz.Sstwierdza twardo.

 

Trzymaj się jednego czasu, autorze, bo słabo ci idzie lawirowanie pomiędzy różnymi. Takie moje odczucie. Czasy to duża pułapka nawet dla bardzo doświadczonych.

 

Próbuję nalać kolejną dawkę alkoholu. ← nalać dawkę alkoholu… dawkę można przyjąć, ale żeby przyjąć dawkę alkoholu? Coś tu jest nie tak.

 

– Nie jestem pijackim omamem.Oodpowiada

 

– Zwą mnie Dziewanna(+.)

 

Albert ma matkę sędzinę, ojca biznesmena, dziadka posła, wuja w komendzie głównej policji, jedną ciotkę w telewizji, drugą w zarządzie banku, stryja w kancelarii adwokackiej. ← dobre :D

 

młoda(+,) ładna kobieta(+,) ubrana jak korporacyjna „łowczyni głów”.

 

znienawidzą, za to, kogo ze mnie zrobiono, w tamtym programie.

 

z jej szefowej, zrobiono

 

nie mam innych pomysłów.Sstwierdziłem załamanym głosem.

– Co powiesz na to? – Kładzie mi rękę na skroni. ← NIEKONSEKWENCJA CZASOWA

 

by zbudować ci świątynię.Sstwierdzam

 

obudziłeś mnie, wylaniem alkoholu na kamieńniu ofiarnym.

 

– Powiedz mi jeszcze jedno., jJak to się dzieje, że teraz wyglądasz jak młoda kobieta(+,) a wcześniej byłaś starą babcią?

 

Dawny ja, umarł

 

Ludzka pomysłowość, zwłaszcza w czasie wojny(+,) jest olbrzymia.

 

istnienia, powołała do życia

 

Wszystko, co jest potrzebne, do ich budowy łatwo kupić

 

Na rynku, w pobliskim mieście

 

rok później, jego kolejny “przyjaciel”

 

wytaczam na łąkę, małą

 

brunatnego płynu, jest mi obca.

 

efekt ekranowania(+,) by zwiększyć

 

Przybądź(+,) Dziewanno!

 

Moja kometa pikuje(+,) zwiększając prędkość.

 

Ludzie wokół, to ta sama

 

utrzymać się (+w) powietrzu.

 

Strawiła ją, płonąca

 

przyszli, złożyć ofiarę starej słowiańskiej bogince

 

seksowna, nauczycielka.

 

cuda, i tym podobne.

 

Jest tylko jeden haczyk., cChoć jestem

 

Część z nich, tak naprawdę wierzyła

 

czarnego słupa dymu(+,) wznoszącego się na horyzoncie. – Nawet, gdybyś

 

Robię pseudo dworski ukłon.

 

a szpilki, adidasom.

 

– Do zobaczenia(+,) Dziewanno.

 

Dawny ja, pewnie by się tym przejmował

 

Nawet fajne, ale miałabym lepsze wspomnienia po tym tekście, gdybym nie musiała spędzić pół godziny przy przecinkach :P

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Część z kolejnych wymienionych błędów skorygowałem

 

Co do innych miałem mieszane odczucia. Zwłaszcza w dialogach. Te duże litery w dygresjach do dialogów były tu ode mnie wymagane wiec na razie z ich korektą się wstrzymam.

A czytałeś wątek z poradami na temat dialogów?

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka