- Opowiadanie: maciekzolnowski - Iceman (czyli bardzo obrzydliwa horroro-komedio-bajka o szalonym, szkolnym lodziarzu)

Iceman (czyli bardzo obrzydliwa horroro-komedio-bajka o szalonym, szkolnym lodziarzu)

Oto bajka o lodziarzu – czyli to, co już się pojawiło, a co postanowiłem lekko przerobić... Wyszło takie trochę literackie bizarro (czy jak to nazwać). Finklę i Reg przepraszam za to, że się powtarzam. :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Iceman (czyli bardzo obrzydliwa horroro-komedio-bajka o szalonym, szkolnym lodziarzu)

 

 

Pamięć ludzka to doprawdy dziwna rzecz. Czasem zapamiętujemy nieistotne błahostki, a czasem – zdarzenia traumatyczne, o których wolelibyśmy móc nigdy, przenigdy nie myśleć.

 

***

 

Zupełnie niepotrzebna oraz przydługawa gra wstępna z czytelnikiem

 

Racławicką podstawówkę zapamiętałem głównie za sprawą trzech charyzmatycznych osób: kolegi Janika ze szkolnej ławy, który zasłynął tym, że uprawiał strzelectwo, a trenował ów szlachetny i piękny sport na kurach swych sąsiadów; psora od „muzy”, którego zapamiętałem przez to, że mu uczniowie wysmarowali smyczek sałatką i biedny nie mógł grać potem na skrzypcach; pani od geografii, od której podczas przerwy można było czasami zdrowo oberwać po dupie drewnianym wskaźnikiem (za karę za bieganie po korytarzu), i która zwracała się do każdego z należnym mu szacunkiem: „ty ośle dardanelski”.

W owym czasie działały w naszej budzie trzy nieformalne stronnictwa, podzielone z uwagi na preferencje kulinarne. Byli to: ciastkarze, kwasiarze i hot dogowcy. Ja na przykład należałem do ciastkarzy, gdyż od zawsze uwielbiałem ciastka w czekoladzie. Podobała mi się zwłaszcza niesamowicie wzorzysta kompozycja z polewy kakaowej. Ale byli wśród nas sekretni – dlaczego sekretni, to za chwilkę wyjaśnię – zjadacze ogórków kwaszonych oraz zupełnie jawni pożeracze hot dogów z musztardą delikatesową. (Nie żeby nie smakowały mi na przykład parówki i inne takie erzace; o, nie).

I tak: u prywaciarza, po drugiej stronie ulicy, kupowano hot dogi. Niestety… kupowano je wtedy właśnie, kiedy – szperając po pustych kieszeniach podartych portek – stwierdzałem u siebie brak funduszy (i to akurat jak na złość).

Z ogórkami było zupełnie inaczej. No ba! Te mogły być za friko. Musiała nas tylko wyhaczyć szkolna kucharka, a następnie posłać po te kwachy do sklepu. Potem je człowiek z „umiarem”… no i skrycie podjadał… i od razu też miał wymówkę w razie co, jak się spóźnił na lekcję:

– Pse paniiii?!

– No?

– Ja musiałem pójść do pana plywaciala po ogólki.

Cóż, byli wśród nas tacy, co wciąż nie potrafili wymawiać tego cholernego „er”.

– I musiałem psynieść je do kuchni, a to jest stlasznie, stlasznie daleko. Wie pani?

Widziała. A my, uczniowie, społem wiedzieliśmy, co było z tego wszystkiego najpyszniejsze. Nie chodzi wcale o jakieś tam ogórki, ciastka czy parówki.

I teraz będzie właśnie o tym oraz o pewnym ekstremalnym doświadczeniu, które zapamiętałem.

 

***

 

 

Akt pierwszy i na szczęście ostatni

 

Do miejscowej szkoły gminnej – nazywanej też niekiedy zbiorczą – uczęszczały dzieciaki z okolicznych pipidówek. Nic więc dziwnego, że przybywali do nas tłumnie różni – że tak powiem – goście: kuglarze, sprzedawcy waty cukrowej, fajerwerków, hot dogów, no i oczywiście lodziarze. W sumie: gdzie niby indziej mieliby przyjeżdżać, jak nie do nas.

Ci ostatni bawili raz na tydzień na placu przed szkołą i kręcili lody oraz – ma się rozumieć – kaskę podczas trwania długiej, dwudziestominutowej przerwy. Sprzedawali nam lody na patyku, lody włoskie (z automatu), lody gałkowe oraz przepyszne „Śnieżynki”, przy czym te ostatnie były the best. Szczególnie zapamiętałem jednego z nich – starego, łysego, bodaj miejscowego czterdziestolatka. (I tutaj, na marginesie, małe wyjaśnienie odnośnie przymiotnika: „stary”, „starego”. Otóż dla mnie wszyscy powyżej trzydziestego piątego roku życia zdawali się być wprost niebywale, ale to niebywale starzy). Nazywaliśmy go Kapitan Hak, gdyż nie miał jednej ręki, a zamiast niej używał protezy.

Owego szczególnego dnia brylował podczas długiej przerwy, wykonując znane tylko sobie wywijasy, wygibasy, czyli układ akrobatyczno-taneczny jednorękiego lodziarza. (Tak; wiem, jak to zabrzmiało, ale, cóż, nie stać mnie w tej chwili na inne, bardziej wyszukane określenie). Co ciekawe: jego nastoletni fani tłoczyli się już od pierwszej minuty szkolnej pauzy. No kurde! Aż chciałoby się zapytać: jak zdołali tutaj przybyć tak szybko, zaraz po dzwonku na przerwę?

Tym razem Kapitan wyposażony był w ultranowoczesną protezę, którą specjalnie zamówił u Balbisza – miejscowego wynalazcy i konstruktora maszyn i urządzeń. Pozwalała mu ona na serwowanie lodów z automatu bezpośrednio z ręki, to znaczy ze sztucznej ręki, która zakończona była odpowiednim wypustem. W ten interesujący sposób otrzymał swój deser gruby Wrona (ministrant), mój najlepszy kumpel Adaś, sportsmen Janik (tak; to ten typek, uprawiający strzelectwo połączone z polowaniem na kury), no i jeszcze paru innych łysych łasych łebków.

Zastanawiałem się, na ile w sumie starczy porcji z zapasu, ukrytego gdzieś w ręce lub rękawie. I co mistrzuniu zrobi, gdy trzeba będzie ów show niespodziewanie przerwać. Okazało się, że w piątej minucie szkolnej fermaty nastąpił spektakularny przełom i Hak ukazał nam swój ogromny, nagi, nadęty brzuch.

Był to rodzaj potężnej komory, żeby nie powiedzieć bębna, służącej do wyrabiania czy kręcenia lodów. Ha, nigdy nie zapomnę tego widoku trzewi, od których mnie normalnie zemdliło. Skóra na lodziarzu była napięta tak bardzo, iż stawała się w paru miejscach przeźroczysta i cieniutka niczym bibułka. Okazało się, że nie tylko mnie jednego zmuliło. Ja przynajmniej miałem na tyle szczęścia, że niczego nie konsumowałem, w przeciwieństwie do bardziej pechowego Jamnika… Janika… i całej jego bandy głodomorów, pasibrzuchów, lodożerców.

Pierwszy na widok bańki-bibuły rzygnął gruby Wrona, zapaskudzając sobie swój własny fartuszek uczniowski. Na szczęście nie cały (też mi pocieszenie), gdyż ostała się reprezentacyjna część z tarczą szkolną jeszcze niezasyfioną. Nie potrafiłem pojąć, dlaczego w pauzach między kolejnymi atakami wymiotów Wrona wtranżalał nieprzerwanie swojego lodzika? Czyż nie mógł powstrzymać się choćby na sekundę? Spokojnie zakończyć etap drugi (wydalania) i powrócić do pierwszego (przyswajania pokarmu)? Ktoś mógłby zarymować, wyciągając jednak fałszywy wniosek, że przecież wcale nie jest aż tak źle, skoro się wciąż je.

Niestety. Niektóre ludzkie zachowania bywają zaraźliwe. I właśnie w tym momencie starszy kombatant… przepraszam… repetent Kura – to nazwisko jest tutaj ważne – puścił pawia w kierunku Janika, trafiając go tym, co najgorsze, najplugawsze i najsmrodliwsze w samą tarczę. A to pech! I wszystkim się zdawało, że był to jakiś rodzaj zemsty zza grobu kurzych zastępów anielskich.

Potem pawiowali już bodaj wszyscy – i to jednym chórem niczym małe, grymaśne, gorejące serafinki. O! Dżizus!

Tymczasem ciało sprzedawcy lodów, czego nikt prócz mnie nie dostrzegł, ulegało daleko idącym i chyba nieodwracalnym metamorfozom. Fuj! To był ohydny obrazek, który jednak postaram się wam opisać (i niech mnie piorun trzaśnie, jeśli nie ze wszystkimi pikantnymi detalami). Zacznę od głowy. Cóż, jego czacha, jego wielgachna łepetyna… Jego usta, w które stale pakował surowe jaja, truskawki oraz mleko w proszku – stały się otworem gębowym połączonym z bakiem, a właściwie… to bębnem; jego ręka – ta zdrowa – zmieniła się w rodzaj roboto-podajnika. I nawet stopy sugar mana uległy przeobrażeniom i dostały kółek wraz z hamulcami. A drżał cybercukiernik straszliwie, obsypując się niezdarnie latte w proszku i zwilżając swój nagi, odsłonięty tors białkiem, skapującym z niedomkniętych ust i ściekającym po caluśkiej brodzie. I chyba coś musiało pójść nie tak, bo temperatura w komorze bębna-bebecha spadła krytycznie poniżej dozwolonej minimalnej maksymalnej. I biedak zamarzł (na amen – jakby to powiedział farorz Zając).

Niektórzy mówili potem – żeby nie wspomnieć o organiście Rawskim i tym drugim gadule z Ogrodowej – że racławicki iceman stał się sam jednym, wielkim, chodzącym, apetycznym, śmietankowym, kremowym, truskawkowym i jakże wonnym ice-creamem.

 

***

 

Pamięć ludzka to doprawdy dziwna rzecz. Czasem zapamiętujemy nieistotne błahostki, a czasem – zdarzenia traumatyczne, o których wolelibyśmy już nigdy nie myśleć. Mimo wszystko… z całego serca, z najgłębszych trzewi, w których skryła się ma pokręcona i porąbana dusza, życzę wszystkim wielbicielom lodzików i innych słodkości smacznego! A jakże: smacznego!!!

Koniec

Komentarze

No cóż, Maćku, przeczytałam. Przepraszać mnie nie musisz, ale nie ukrywam, że wolałabym, abyś zamieścił coś całkiem nowego i fantastycznego.

 

– Ja mu­sia­łem pójść do pana pry­wa­cia­la po ogól­ki. –> Czy pierwsze r wymawiał? A może miało być: – Ja mu­sia­łem pójść do pana ply­wa­cia­za po ogól­ki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:D Twe życzenie jest dla mnie rozkazem, Reg.

Bez przesady, Maćku, nie czuj się “pod rozkazami” – ot, jeśli napiszesz coś fajnego, chętnie przeczytam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sądząc po liczbie znaków to chyba nadal szort?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

:D Zmieniłem kategorię (i klasę chyba też). ;)

Twoje myśli i pióro chadzają zupełnie niezrozumiałymi dla mnie ścieżkami, Macieju. Zdarza się, że jest nam po drodze i moje oczekiwania oraz Twoje pisanie w iluś tam procentach się pokrywają. Ale tym razem nie mam pojęcia, o czym i dla kogo jest ta opowiastka. Początek to chyba wycinek autobiograficzny i jak to zwykle bywa, grypsy i szkolne żarty zabawne są tylko dla uczestników i opowiadającego. Potem przeskakujemy do części lodowej i zamienia się ona w jakiś obrzydliwo-makabryczny opis, przypominający opowieść jednego z bohaterów "Goonies" o zarzyganym kinie.

Jest jakiś niesmaczny urok w absurdalnym opisie przemiany(?) lodziarza w lodowe monstrum. Ale nie załąpałem, kiedy i dlaczego tak się dzieje. Lodziarz zaświecił brzuszyskiem, potem przeistacza się w maszynę do lodów. Chyba chodzi o wyobraźnię narratora i zamazane wspomnienia. Tylko dlaczego w takim razie inni zareagowali rzygiem na ten sam widok?

Nie zrozumiałem widać tej historii.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki Mr. Maras. To prawda: zdarza się, że jest nam po drodze (z czego się cieszę). Niestety (a może i stety) tutaj uległem niesmacznemu urokowi absurdalnej przemiany lodziarza Haka oraz możliwości opisu takowej przemiany. Cieszę się, że wspomniałeś o “Goonies”, gdyż kojarzy mi się z moim dzieciństwem. Wypadałoby również przywołać “Stań przy mnie” (zarówno film, jak i opowiadanie Kinga). W kontekście dwóch rzeczonych arcydzieł wspomniana przez Ciebie obrzydliwość, jaką jest z całą pewnością solowe lub chóralne rzyganie, nabiera znaczenia symbolicznego. Nie mówiłem tego jeszcze? OK. Chodzi o to, że łapię się nieraz na tym, iż postrzegam swe dzieciństwo (spędzone w małomiasteczkowym i wiejskim środowisku lat osiemdziesiątych) przez pryzmat tych właśnie dzieł amerykańskich twórców. Istnieje pewna analogia między małomiasteczkowym środowiskiem peerelowskim a podobnym środowiskiem amerykańskim. O co chodzi, tego dokładnie nie wiem. Być może właśnie o ten specyficzny, niepowtarzalny koloryt minionych na zawsze lat, a wymiotowanie jest tylko dalekim echem upragnionej amerykanizacji, przejawem beztroski, swoistym katharsis, które oczyszcza nas z komunistycznej szarości i burości. Sorki, że aż tak się rozpisałem, i że stanąłem w obronie autotelicznej wartości rzygania, które to rzyganie stało się przedmiotem mych estetyczno-filozoficznych dociekań i studiów. ;) 

No, ja też bym wolała, żebyś napisał coś nowego. Tylko żeby to miało ręce i nogi. Znaczy, fabułę, fantastykę, sens i takie tam.

Babska logika rządzi!

No muszę przyznać, że Icemam jest wyjątkowo czarnym charakterem w tej historyjce. Rozbawiły niektóre fragmenty, ale ogólnie to… nie wiem co napisać. No, może że to jazda z górki bez trzymanki. :o

 

 

Finkla, a Ty znowu o mięsie (”ręce”, “nogi”)! No bójże się Boga!

 

 

Dzięki Black. Na imię ci Black, a na nazwisko – jak? Jack? A nie! Na nazwisko: Burn. Sorki, że tak mi się skojarzyło.

No masz rację z tą jazdą po bandzie. Czasem trzeba znaleźć się naprawdę nisko, by potem śmiało móc wzbijać się ku górze.

Normalnie, kanibal z Ciebie!

Babska logika rządzi!

Całkiem dobre, Maćku. Można to odczytywać na wiele sposobów. Karykatury szarego dzieciństwa lat 80-tych i jedynego lodziarza w małym mieście, metafory pedofilii, ukrytego (gdzieś na granicy) szaleństwa autora, któremu trudno jest się odnaleźć w obecnych czasach, próbą wołania o pomoc wywoływaniem szoku i pewnie jeszcze wiele innych. Lubię takie niejednoznaczne utwory. Tak długo, jak potrafię je na swój sposób zinterpretować. Jak nie potrafię, to nie lubię. ;)

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki! I to mi się podoba, bo… któż z nas nie lubi być chwalony (”a często bywa zawiedziony ten, kto lubi być chwalony”). Kocham takie niejednoznaczne interpretacje, które uświadamiają mi coś (także i o mnie samym), czego być może wcześniej nie wiedziałem. Ale kanibalem, Droga Sylwio, to ja na pewno (nie) jestem! ;-)

No, nie wiem… Jeśli ja mówię “ręce”, Ty słyszysz “mięso”… ;-)

Babska logika rządzi!

No już dobrze, przyznaję się i na znak skruchy podnoszę ręce w górę (swoje ręce też). 

Czasem trzeba znaleźć się naprawdę nisko, by potem śmiało móc wzbijać się ku górze.

yes

Smacznego? Znowu… Już wiem, marzy Ci się blog kulinarny, Maćku ;) Tym razem nie skupiłem się na treści ale na Twojej radości z pisania. Postępowanie godne podziwu. Trzymaj się. Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny:)

:D A faktycznie: dobrze to wychwyciłeś, Czarny Tomaszu. Dopiero teraz to zauważyłem (”to” – czyli nagromadzenie i nadużywanie wyrazu “smacznego”). No, rzeczywiście, gdybym był premiowany za radość tworzenia miałbym z całą pewnością dużo… punktów. Tutaj to jest jeszcze nic, największe samozadowolenia odczuwałem popełniając “opka” o morderczym odkurzaczu (ubaw po pachy). Pozdrawiam również! MZ :)

Obiema rękami podpisuję się pod słowami Mr.Marasa. Tym razem rozminąłem się z tekstem – bywa. Choć doceniam też w jakiś sposób jego niejednoznaczność, bo jest wyrazista i prowokuje do przemyśleń, więc na pewno znajdą się amatorzy na nią :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka