- Opowiadanie: ac - W cieniu kontuaru

W cieniu kontuaru

Dawno nic nie wrzucałem, więc zapraszam do czytania i komentowania szorta, który powstał jako ćwiczenie warsztatowe. Obawiam się, że przecinki kuleją, ale postanowiłem tekstu nie betować.  Raczej nie sprawi, że mózg eksploduje, ale mam nadzieję, że komuś przypadnie do gustu.

Zapraszam!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

W cieniu kontuaru

Stary, mosiężny dzwonek zabrzęczał mu nad głową, gdy Piotr otworzył drzwi. Obejrzał się zupełnie nieprzyzwyczajony do takich powitań. Był zaskoczony, ale miło i w sposób budzący dobre wspomnienia. Czemu dziś nie korzysta się już z tak urokliwych rozwiązań? Interkom i domofony to nie ta liga, choć nie można odmówić im praktyczności, to chyba nie tylko o nią chodzi, prawda?

Przysłonił dłonią usta, czując jak z każdym oddechem wciąga w płuca wiadro kurzu i wspomnień. Po chwili przyzwyczaił się i zapach antycznych rupieci rozbudził wyobraźnię. Magia starych antykwariatów była niepodważalna. Zastanowił się jak to możliwe, że nie zaglądał w podobne miejsca częściej.

Słońce wpadało do pomieszczenia smukłymi smugami, w których leniwie tańczyły drobinki kurzu. Jasne promienie zamiast oświetlać wnętrze, tylko kontrastowały z odwiecznymi kontuarami i kredensami tonącymi w mroku. Ciszę, która zalegała w tym miejscu, jakby przygniecioną skondensowaną przeszłością, można by kroić nożem.

Piotr przypomniał sobie wszystkie opowieści z dzieciństwa o dawnych domokrążcach, sprzedawcach pamiątek i artefaktów, którzy zawsze cenę wyrażali w liczbie dusz i uczynków. Weź to, a ja kiedyś zgłoszę się do ciebie po zapłatę. Tak, to przywracało wspomnieniom barwy.

Antykwariaty to zdecydowanie brama do innego wymiaru.

– Mogę w czymś pomóc? – Piotr aż podskoczył, wyrwany z tych rozważań. Zapomniał, że takie miejsca również mają pracowników.

Z cienia wyłonił się, a jakże, przygarbiony staruszek z wiankiem siwych włosów. Miał łagodny uśmiech, który mógł umknąć przed wzrokiem rozmówcy i skryć się pod przepastnym przykryciem sumiastych wąsów. Ciemne, niczym węgle, oczy skierował na Piotra.

– Przepraszam – chrząknął, poprawiając garnitur. Przygładził włosy, jakby tym prostym ruchem chciał uwolnić się od kłębiących myśli. – Dzień dobry panu. Wspaniały sklep.

– Dzień dobry. Dziękuję – odparł starzec, zaciskając sękate palce na krawędzi kontuaru. – Szuka pan czegoś?

Piotr omiótł wzrokiem wnętrze i widząc zniszczone tomiszcza na regałach, lub starannie ułożone w równe stosy na podłodze, czy modele statków w butelkach, instrumenty, na których zręczne palce dawnych muzyków odgrywały znajome nuty, czuł, że tak naprawdę po prostu szukał tego miejsca. Niczego więcej.

Jednak tego dnia potrzebował konkretnej rzeczy, choć jeszcze nie wiedział, czym była.

– Owszem – odpowiedział, odwzajemniając uśmiech. – Właściwie, to szukam prezentu dla córki i szczerze mówiąc, myślałem o skrzypcach…

– Instrumenty to zawsze piękny prezent – przytaknął mu sprzedawca. – Zapraszam, kącik muzyczny jest nieco dalej.

– Stainer wydaje mi się rozsądnym rozwiązaniem, Stradivariusy są dla mnie zbyt pretensjonalne – zaczął Piotr, rozglądając się wokół, starając wyłapać każdy szczegół dawnych historii. Niegdyś był miłośnikiem staroci, lecz chyba o tym zapomniał, pogrążając się w pracy i w codziennym życiu. – Zresztą trudno o oryginał. Natomiast… Dobry Boże!

Piotr stanął jak wryty, gdy jego oczom ukazał się zajmujący niemal całą ścianę za ladą olbrzymi gobelin. Wcześniej, skryty w mroku, chował się przed jego wzrokiem, lecz gdy oczy mężczyzny przyzwyczaiły się do ciemności mógł przyjrzeć się niezwykłemu znalezisku.

– Potknął się pan? Przepraszam, muszę tu posprzątać. Pełno tu tego cholerstwa…

– Nie, nie, w porządku – odparł Piotr, nie odrywając oczu od tkaniny. – Czy to jest na sprzedaż?

Arras był, w sposób oczywisty, bardzo stary. Gdzieniegdzie podgryzły go mole, a w niektórych miejscach zwyczajnie pleśniał, lub miał dziury. Jeden z dolnych rogów był niemal w całości czarny, lata wcześniej strawiony przez ogień.

– Co? – zdziwił się staruszek, który widocznie myślami był już przy skrzypcach. – Ach, to. Nie. To tylko ozdoba.

– Jak to tylko? – zdziwił się Piotr, którego gobelin wręcz onieśmielał. Liczne zniszczenia nie tylko niczego mu nie ujmowały, a wręcz nadawały mu wyglądu groźnego wojownika, który na stare lata schronił się w swym zamku, w chwale i niepokonany.

Przedstawiał olbrzymie drzewo, utkane złotymi nićmi, gdzie na końcu każdej z licznych gałęzi zapisane zostało pięknymi, bogato zdobionymi literami, imię i nazwisko. Niektóre zostały zatarte przez czas lub obfite zniszczenia, ale cały, łącznie z bajecznym błękitnym niebem w tle, był wykonany tak misternie, że nie można było oderwać od niego oczu.

– No może nie tylko – przyznał sprzedawca, przyglądając się gobelinowi. – To pamiątka. Osobista.

– Naprawdę? – zachwycił się Piotr, zupełnie zapominając o skrzypcach, za to w pełni przypominając sobie o dawnych pasjach. – Mógłby mi pan coś o nim opowiedzieć?

Starzec spojrzał swymi węgielnymi oczami na niedoszłego kupca instrumentu i po chwili wzruszył ramionami, jakby stwierdził: czemu nie?

– Dobrze, tylko przypominam, że nie jest na sprzedaż – mruknął, ale widząc, że Piotr kiwa głową ożywił się. – Jest w naszej rodzinie od pokoleń. Był oczywiście uzupełniany przez te lata, można zauważyć, w których miejscach są świeższe kolory.

– Magiczny – mruknął Piotr, urzeczony, choć nigdy by nie pomyślał, że kawałek tkaniny może w nim wywołać takie uczucia.

– Dziwne, że użył pan akurat tego słowa.

– Naprawdę? Dlaczego? – Mężczyzna w końcu odwrócił wzrok od ściany i spojrzał na starego antykwariusza, który wyglądał jakby przeszłość, którą gromadził tu latami, ciążyła i jemu.

– Widzi pan te uszkodzenia? Są liczne, bardzo rzadko występują tam, gdzie nie ma nazwisk. Natomiast ten zwęglony fragment, to niemal pół pokolenia ze strony mojej babki.

– To drzewo genealogiczne, tu niemal wszędzie są nazwiska – stwierdził Piotr, oglądając wskazane mu punkty. – Co w tym dziwnego?

– To, że nazwiska zachowane w całości należą tylko do tych moich krewnych, którzy jeszcze żyją – szepnął staruszek, teraz już przestraszony, choć w ciemnych oczach czaił się dziwny blask. – A rodzina mojej babki zginęła w wielkim pożarze pod Warszawą, jakieś sześćdziesiąt lat temu. Musiał pan słyszeć.

Piotr żachnął się. Nie był przygotowany na to, że w tak cudownym miejscu miły starszy pan będzie starał się wcisnąć mu taką bajeczkę. Owszem, był pod wrażeniem samego gobelinu i był gotowy sporo za niego zapłacić, ale straszna w zamyśle historyjka tylko zmiotła cały jego sentymentalny nastrój. Prawdopodobnie pod dywan, gdzie miał leżeć razem z kurzem, aż ktoś w końcu nie zajrzy tam rurą od odkurzacza.

Był nieco rozeźlony, że antykwariusz poświęcił tyle trudu, by zrobić z niego idiotę i już miał przypomnieć o tych nieszczęsnych skrzypcach, bo urodziny córki nie mogły poczekać aż będzie miał lepszy humor, gdy dzwonek nad drzwiami ponownie obwieścił swym urokliwym dźwiękiem nadejście klienta.

Piotr i stary sprzedawca jednocześnie zwrócili na niego wzrok. I obaj w tym samym momencie wstrzymali oddech.

– Wyskakiwać z kasy, ale już! – wrzasnął przytłumionym przez kominiarkę głosem.

– Człowieku, uspokój się – wystękał Piotr, dzwoniąc zębami, które mogły teraz skutecznie zastąpić dzwonek nad drzwiami. – Powoli, to antykwariat, tu nie ma pie…

Rabuś sięgnął dłonią w zanadrze sztruksowej kurtki i przez krótką chwilę nawet się z nią szamotał. Na tyle długo, by Piotrowi przeszło przez myśl, by spróbować go teraz obezwładnić. Widok rewolweru skutecznie odegnał ten pomysł.

– Morda w kubeł – warknął. – Ja nie żartuję.

I jakby na dowód własnych słów wyciągnął w bok rękę z pistoletem i strzelił. Huk, który roztoczył się po antykwariacie uniósł kurz i wydawał się ożywić duchy tego miejsca. Do uszu Piotra, w których ogłuszająco dzwoniło, dobiegł drugi dźwięk. Przypominało stuknięcie, odgłos czegoś spadającego, uderzającego o podłogę. Odwrócił się, by zobaczyć nogi staruszka wystające zza kontuaru.

Mężczyzna w kominiarce rzucił się ku starej kasie i wyszarpnął z niej raptem parę banknotów. Klnąc na czym świat stoi, uciekł, nie oglądając się nawet.

Piotr na klęczkach podszedł do leżącego sprzedawcy. Zbladł i poczuł, że chyba zaraz zemdleje, gdy tuż nad przypiętą do pulowera, na wysokości piersi, plakietką z napisem „Pan Władek” zobaczył szybko rosnącą plamę krwi. Nie mógł pojąć, jak kula mogła tak zrykoszetować, by trafić starca prosto w serce. Przecież złodziej nawet nie celował w tę stronę. Skierował lufę gdzieś w ścianę. Szeroko otwarte oczy pana Władka świadczyły o tym, że jego samego nie ciekawiło to już ani trochę.

Piotr odwrócił się, chowając twarz w dłoniach. Przez zdrętwiałe palce, jak we śnie, zobaczył, że na gobelinie pojawiło się nowe uszkodzenie, z którego wciąż jeszcze sączyła się siwa wstążka dymu. Dziura rozdzielała dokładnie imię i nazwisko.

Władysław Starlecki.

Koniec

Komentarze

Jak dla mnie, trochę za mało zdarzeń jak na tę liczbę znaków. Bardzo wolno się rozkręca, opisujesz, jak wygląda antykwariat… No, ja bym te opisy cięła, aż by świszczało. Ale może inni uznają, że to budowanie nastroju.

Ale końcówka dużo lepsza, chociaż puenta przewidywalna.

Stary, mosiężny dzwonek zabrzęczał mu nad głową, gdy otworzył drzwi.

Co jest podmiotem w drugiej części zdania i dlaczego dzwonek? Toż to pierwsze zdanie, ono musi być dopieszczone!

Babska logika rządzi!

– Stainer wydaje mi się rozsądnym rozwiązaniem, Stradivariusy są dla mnie zbyt pretensjonalne – mówił, rozglądając się wokół, starając wyłapać każdy szczegół dawnych historii. Niegdyś był miłośnikiem staroci, lecz chyba o tym zapomniał, pogrążając się w pracy i w codziennym życiu. – Zresztą trudno o oryginał. Natomiast… Dobry Boże!

Czy to mówi Piotr? Bo przez chwilę nie byłam pewna. 

Fajny klimat, choć szkoda, że puenta nie jest bardziej zaskakująca. 

I would prefer not to.

Finkla,

Może tekst by na tym zyskał, ale jestem raczej zadowolony z efektu, więc uznam to za budowanie klimatu. ;) Choć muszę przyznać, że powolne rozkręcanie fabuły to moja bolączka.

wybranietz,

Tak, to mówi Piotr.

Oczywiście w obu przypadkach poprawiłem, dodając podmiot. Cieszę, że znalazłyście coś, co Wam się podobało. Niestety puenta jest, powiedzmy dyplomatycznie, klasyczna. I na tym zakończę. ;)

 

Dziękuję za wizytę i komentarz! No i klika!

Hmmm. Coś tego dodanego podmiotu nie widzę. Jak dzwonek otwierał drzwi, tak otwiera.

Babska logika rządzi!

Bo to magiczny dzwonek! Jutro poprawie. Z tel nie mam jak. Co za czujnosc!

Fabularnie – pomysł całkiem, całkiem, aczkolwiek końcówka bardzo przyspieszona w porównaniu do początku, choć lubię powolną narrację, więc jakoś bardzo mi to nie przeszkadzało. Nie bardzo kupuję to rozwiązanie z rykoszetem prosto w serce i to tuż obok plakietki. Troszkę fabularnie poszedłeś na skróty. I ta scena z bandytą w sumie słaba – antykwariusz mógł równie dobrze dostać zawału albo co. Pomysł jest, ale pozostawia niedosyt i trochę rozczarowanie.

 

Nie podoba mi się, niestety, styl. Nie bardzo mi pasują np. “smukłe smugi” – smukła jest sylwetka, a smuga zasadniczo jest wąska, więc jakoś tak to razem takie margarynowate masło mi wychodzi. Oraz za dużo krótkich nierozwiniętych zdań w tym opisie.

Nie leżą mi też przeładowane ciężkawymi metaforami zdania: “Ciszę, która zalegała w tym miejscu, jakby przygniecioną skondensowaną przeszłością, można by kroić nożem.” czy “Miał łagodny uśmiech, który mógł umknąć przed wzrokiem rozmówcy i skryć się pod przepastnym przykryciem sumiastych wąsów.“

Przecinki też trochę szwankują.

“Antykwariaty[-,] to zdecydowanie brama do innego wymiaru.”

Z tym, tak OT, to się zgadzam. Uwielbiam antykwariaty.

 

“Piotr[+,] wyrwany z własnych myśli, aż podskoczył.” – albo “Wyrwany z własnych myśli, Piotr aż podskoczył.” I w sumie te “własne” myśli zgrzytają, bo raczej nie czyta cudzych myśli, nic w każdym razie na to nie wskazuje…

 

“– Przepraszam – chrząknął mężczyzna” – niedobrze tu ten mężczyzna brzmi, chyba lepsze byłoby powtórzenie imienia z dwojga złego.

 

“chrząknął mężczyzna, poprawiając garnitur i przygładził włosy, by tym prostym ruchem uwolnić się od kłębiących myśli” – coś tu gramatycznie nie tego

 

“Pełno tu tego cholerstwa…“ – jakoś mi to nie pasuje do tego staruszka

 

“musiał spłonąć w pomroce dziejów.“ – mam wrażenie, że jedyną dopuszczalną kolokacją dla tego frazeologizmu jest zaginąć

 

“w całości przypominając sobie o dawnych pasjach“ – w całości?

 

“węgielnymi oczami” – ??

 

heraldyka – piszesz o imionach i nazwiskach, a nie herbach, więc nie heraldyka

 

“Nie był przygotowany na to, że w tak cudownym miejscu[-,] miły starszy pan będzie starał się wcisnąć mu taką bajeczkę.“

 

“ale w zamyśle straszna historyjka tylko zmiotła cały jego sentymentalny nastrój“ – coś tu z konstrukcją zdania nie tak, bo miałam wrażenie, że w zamyśle zmiotła. Może “straszna w zamyśle…”. No i to zmiecenie nastroju? Może jednak rozwiała, zburzyła, rozbiła – coś, co się łączy frazeologicznie z nastrojem?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przydługi wstęp nie przeszkadza mi, znalazłam w nim sporo kurzu i klimatu właściwego niektórym antykwariatom. A choć finał opowieści niczym nie zaskoczył, czytało się całkiem nieźle. ;)

Czy to na pewno fantasy? Bo w szorcie dostrzegłam raczej cień horroru.

 

za­chwy­cił się Piotr, zu­peł­nie za­po­mi­na­jąc o skrzyp­cach, za to w ca­ło­ści przy­po­mi­na­jąc sobie o daw­nych pa­sjach. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …za­chwy­cił się Piotr, całkiem za­po­mi­na­jąc o skrzyp­cach, za to w pełni przy­po­mi­na­jąc sobie daw­ne pa­sje.

 

i już miał się przy­po­mnieć o te cho­ler­ne skrzyp­ce… –> Raczej: …i już miał przy­po­mnieć o tych cho­ler­nych skrzyp­cach… Lub: …i już miał się u­po­mnieć o te cho­ler­ne skrzyp­ce

 

gdy dzwo­nek nad drzwia­mi po­now­nie ob­wie­ścił swym uro­kli­wym dźwię­kiem na­dej­ście go­ścia. –> Do sklepu zazwyczaj przychodzą klienci, nie goście.

 

Piotr i stary sprze­daw­ca jed­no­cze­śnie zwró­ci­li wzrok na no­we­go klien­ta. –> By uniknąć powtórzenia, proponuję: Piotr i stary sprze­daw­ca spojrzeli na niego jed­no­cze­śnie.

 

– Wy­ska­ki­wać z kasy, ale już! – wrza­snął na nich… –> Raczej: …wrza­snął do nich

 

Rabuś się­gnął dło­nią za połę sztruk­so­wej kurt­ki… –> Raczej: Rabuś się­gnął dło­nią w zanadrze sztruk­so­wej kurt­ki

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu» zanadrze daw. «miejsce pod wierzchnim ubraniem na piersi»

 

uciekł, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. –> Masło maślane. Czy mógł obejrzeć się przed siebie?

Proponuję: …uciekł, nie oglą­da­jąc się. Lub: …uciekł, nie patrząc za sie­bie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie bardzo kupuję to rozwiązanie z rykoszetem prosto w serce i to tuż obok plakietki.

Drakaino, ja to zrozumiałam w ten sposób, że napastnik zastrzelił dywanik, ale od tego zmarł człowiek. I pomysł na takie drzewo genealogiczne mi się spodobał.

Babska logika rządzi!

Pomysł mi się też podoba, ale że to działa w obie strony…? Inni też umierali od zniszczeń gobelinu? A pozostali żyją? Wtedy rabuś powinien być łowcą polującym na długowiecznych?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Finkla, poprawiłem podmiot. Tym razem chyba dobrze. ;) No i masz rację z zastrzeleniem dywaniku.

Pomysł mi się też podoba, ale że to działa w obie strony…?

Jak widać, działa. :) A rabuś, to niestety tylko rabuś. Chyba, że o czymś nie wiem.

 

Reg, drakaino, dziękuję bardzo za łapankę, chyba poprawiłem wszystko. Za wizytę, komentarze i klika oczywiście też!

Po namyśle zmieniam również z fantasy na horror. Jeszcze raz dzięki!

Czepiam się (bo pomysł mi się podoba):

 

Ale w takim razie co z tymi, których nazwiska są nadal na gobelinie?

 

I w takim razie rabuś miał wyjątkowego pecha/szczęście, że trafił idealnie w środek imienia/nazwiska antykwariusza. Troszkę to jednak zbytni zbieg okoliczności.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tak, teraz podmioty są w porządku.

Babska logika rządzi!

Ale w takim razie co z tymi, których nazwiska są nadal na gobelinie?

Żyją oczywiście. Jak sama zauważyłaś gobelin działa w obie strony, więc zniszczenie nazwiska powoduje śmierć jego nosiciela w analogiczny sposób do zniszczenia, także jeżeli pan X zginął w konkretnych okolicznościach odbije się to na stanie gobelinu. Długowiecznych brak, osoby, które zmarły ze starości zostawiły swoje nazwiska “zatarte przez czas”, sprute, postrzępione, nieczytelne.

I w takim razie rabuś miał wyjątkowego pecha/szczęście, że trafił idealnie w środek imienia/nazwiska antykwariusza. Troszkę to jednak zbytni zbieg okoliczności.

Przypadki chodzą po ludziach, ekhem… gobelinach? A może właśnie taki miał zapisany los? ;)

Tak, teraz podmioty są w porządku.

Uff… :)

 

Ac, cieszę się, że uznałeś uwagi na przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Długowiecznych brak, osoby, które zmarły ze starości zostawiły swoje nazwiska “zatarte przez czas”, sprute, postrzępione, nieczytelne.

OK, to mi umknęło, jeśli jest opisane – może byś to wzmocnił, żeby było bardziej zrozumiałe, jak ten gobelin działa? “nazwiska zachowane w całości należą tylko do tych moich krewnych, którzy jeszcze żyją” i o tym zatarciu też niby jest, ale coś mi się tu nadal kłóci z ogólnym wrażeniem, jakie robi na Piotrze gobelin, bo jak czytałam opis, to miałam wrażenie, że oprócz drobnych usterek jest on w świetnym stanie, a z tego wynika, że tylko część współczesna jest zachowana. Masz np. tak: “Niektóre zostały zatarte przez czas lub obfite zniszczenia“ – to mi chyba nasunęło myśl o długowiecznych, bo “niektóre” sugeruje, że nieliczne, a to powinna być jednak większość nazwisk, jeśli drzewo sięga choćby trzy pokolenia wstecz. (Chyba że jakiś przodek ma w XXI w. setkę praprawnuków ;)

Powtarzam, że czepiam się, bo pomysł zacny, a niestety moja niewiara troszeczkę się odwiesza na te drobiazgi i zbiegi okoliczności.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Rozumiem i pomyślę nad tym, jak to podkreślić, bo jednak miałem na myśli, że nazwiska “nieaktualne” są nieczytelne, ale Piotr nie przyglądał się dokładnie i nie próbował odcyfrowywać starego, zniszczonego gobelinu. Po prostu pożerał wzrokiem jako całość. :)

Zastanowię się jak znaleźć środek między przekazaniem sensu, a uniknięciem łopatologii. :) Cieszę się, że pomysł przypadł Ci do gustu!

Dobrze się czytało, a gdy pojawił się gobelin, bardzo mnie zaintrygował.

Najbardziej zazgrzytała mi chyba plakietka “Pan Władek”, bo trudno było mi sobie wyobrazić antykwariusza, który taką nosi. W każdym razie nie w tak klimatycznym miejscu ;).

Po lekturze komentarzy zacząłem się jednak bardziej zastanawiać nad naturą artefaktu i nieco zdziwiło mnie, że Władysław nie zechciał lepiej go zabezpieczyć.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Po lekturze komentarzy zacząłem się jednak bardziej zastanawiać nad naturą artefaktu i nieco zdziwiło mnie, że Władysław nie zechciał lepiej go zabezpieczyć.

Myślę, że sam nie podejrzewał gobelinu o działanie w obie strony. A chciał mieć go pod ręką, poza tym był przecież bardzo z niego dumny! Jak mógłby go gdzieś po prostu schować… ;)

Dzięki!

– Dzień dobry, panu.

Po co tu ten przecinek? To nie jest: dzień dobry, panie Władku ;)

Przyjemny szorcik, z tym, że przez jego klimat od razu wiadomo, że niewiele się wydarzy. W sumie facet wchodzi do antykwariatu po skrzypce, wpada mu w oko gobelin (hmm… właśnie to sobie zwizualizowałam), który okazuje się magiczny. Końcówka nie zaskakuje, ale czyta się nieźle :)

Przecinek poprawiony. :)

Bardzo mnie cieszy, że nieźle się czytało i klimat jest zauważalny! Dziękuję, Anet!

Podejrzewałam, że antykwariat ma magiczną naturę – swoją drogą, antykwariaty są bardzo fantastyczne, przez co również często używane – a w momencie pojawienia się rabusia domyśliłam się też, co się stanie.

 

Z opisami nie mam problemu, ale ja opisy lubię, więc nie jestem obiektywnym sędzią. Jednak tekst byłby klimatyczniejszy, gdyby oszczędził tego przesadnego cholerowania.

 

Moja uwaga:

 

“dziko dzwoniło” → Mam skojarzenia z jakimś entuzjastycznym gościem walącym pałeczką w trójkąt muzyczny… Radziłabym zmienić przymiotnik :)

Chyba masz rację, że dwie cholery na tak krótki tekst, to troszkę za dużo, więc jednej się pozbyłem.

Co do “dziko”, to cóż… Twój opis był tak barwny, że sam nie mam już nic innego przed oczami i to również zmieniłem. Mam nadzieję, że jest lepiej. :)

Dzięki!

Dopadłeś cholerę :) Nowy przymiotnik zdecydowanie lepszy.

Uff… :)

Zwarta, prosta historia, oparta na jednym pomyśle. Idealnie skrojona na potrzeby szorta. Zbudowałeś fajny klimat antykwariatu, w którym czuć kurz unoszący się w smugach światła słonecznego. Wymyśliłeś niepokojący “artefakt”, ładnie go opisałeś, podobnie jak resztę wnętrza. Całość ująłeś zgrabnie w słowa, które tworzą dosyć plastyczne obrazy w głowie czytelnika. Może nie ma zaskoczenia, może pomysł nie jest szczególnie odkrywczy, ale jest to dobrze napisana i skomponowana opowieść nieco w stylu retro. Nie tylko ze względu na miejsce akcji ;)

Drobne potknięcia i zgrzyty nie psują satysfakcji z lektury. Wskażę może przykład, w którym akurat gubisz podmiot i zdaje się czytelnikowi, że to pan Władek chrząka:

 

Ciemne, niczym węgle, oczy skierował na Piotra.

– Przepraszam – chrząknął, poprawiając garnitur. Przygładził włosy, jakby tym prostym ruchem chciał uwolnić się od kłębiących myśli. – Dzień dobry panu. Wspaniały sklep.

– Dzień dobry. Dziękuję – odparł starzec, zaciskając sękate palce na krawędzi kontuaru. – Szuka pan czegoś?

 

Podsumowując – podoba mi się ten tekst, dlatego daję brakującego klika do biblioteki.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Magia starych antykwariatów była niepodważalna. Zastanowił się jak to możliwe, że nie zaglądał w podobne miejsca częściej.

Słońce wpadało do pomieszczenia smukłymi smugami, w których leniwie tańczyły drobinki kurzu. Jasne promienie zamiast oświetlać wnętrze, tylko kontrastowały z odwiecznymi kontuarami i kredensami tonącymi w mroku. Ciszę, która zalegała w tym miejscu, jakby przygniecioną skondensowaną przeszłością, można by kroić nożem.

 

No i pięknie. Już mnie “kupiłeś” samymi tylko opisami. Podnoszę zatem “łapkę w górę”.

maciekzolnowski

mr.maras, bardzo cieszą mnie Twoje słowa! Opisałeś dokładnie to, co chciałem osiągnąć. Tym bardziej się cieszę, że uznałeś tekst za satysfakcjonujący. We wskazanym fragmencie chyba usuwałem powtórzenie i wyszło, co wyszło. ;) Dziękuję za dobre słowa i klika!

maciekzolnowski, to super, że podobają Ci się opisy, też jestem z nich zadowolony. ;) Dzięki za wizytę!

Długo się rozkręca, ale gdy już dotarłeś do mięska, wyszło bardzo ciekawie :) Kompozycja daje radę, język też. Podsumowując, przyjemny szort :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Co Wy tak z tym mięsem? Właśnie przed sekundą Finkla mi o nim wspomniała i przed nosem wymachiwała, gdy analizowała kwestie dotyczące pojemności fabularnej drabbelków. Zacne. Zacny temat. ;)

maciekzolnowski

Widać zgłodnieliśmy… ;-)

Babska logika rządzi!

NWM, dzięki za wizytę i komentarz. :) Bardzo mnie cieszy, że Ci podobało.

Mięsożercy, żebym miał taki ruch pod betą jak tu. :(

Zakończenie zdecydowanie ratuję szorta, bo początek wydaje mi się odrobinę przegadany. Na szczęście później jest lepiej.

Z dwojga złego lepiej w tę stronę. ;) Dzięki!

Zdecydowanie lepiej :)

Klimatyczne antykwariaty zawsze w cenie.

Arras nie jest synonimem gobelinu.

Gubisz jeszcze podmioty domyślne przy wypowiedziach rabusia. Zobacz, że każdorazowo nie on jest podmiotem w poprzedzającym zdaniu.

Dzięki. :) Przyjrzę się temu.

Prosta historia z dość przewidywalnym zakończeniem. Napisane dobrze, choć nie wzbudziło u mnie większych emocji. 

 

Może następnym razem. ;) Dzięki za wizytę i komentarz!

Nowa Fantastyka