- Opowiadanie: wybranietz - Czerw Zwycięzca

Czerw Zwycięzca

Drakaina i Tarnina powinny dostać po Orderze Uśmiechu ;D

 

Bardzo dziękuję ;)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Czerw Zwycięzca

 Moje noworoczne postanowienie: nie wydawać pieniędzy na rzeczy, które nie są mi niezbędne, miało się wyśmienicie przez pierwszy miesiąc. To i tak niezłe osiągnięcie: przejść przez czas wyprzedaży bez uszczerbku na portfelu. Nie był to mój najlepszy wynik, jeżeli chodzi o dotrzymywanie postanowień, ale nie był też najgorszy. I nawet nie złamałam się z własnej winy. No, może trochę. Poczułam się zbyt pewna siebie w tym nowym, oszczędnym wydaniu i kiedy Ela, koleżanka ze studiów, wyciągnęła mnie na pchli targ do towarzystwa i pomocy w wypatrywaniu co ciekawszych drobiazgów, zgodziłam się, bo przecież to jej pieniądze miałyśmy wydawać.

W pierwszy weekend każdego miesiąca na stadionie Szombierek w Bytomiu odbywa się jarmark staroci. Zawody w szperaniu, zapasy w targowaniu, skoki w bibeloty – pół Śląska zbiera się na wielki mecz: kupujący kontra sprzedający. W pickupach i kombi przywozi się wszystko, co nie zostało na stałe przymocowane do ścian i podłóg – stare meble, książki, kasety i winyle, monety, znaczki, biżuterię, lampy i karafki. Niektóre rzeczy to prawdziwe antyki: staranie zakomponowane pod namiotami mosiężne figurki stoją na drewnianych stołach otoczonych krzesłami obitymi skórą, jakby przed chwilą to wszystko wyniesiono z mieszczańskiego domu. Gdzie indziej na plandekach piętrzą się stare kinkiety. Bywa, że sprzedający rozkładają swoje towary wprost na ziemi: stare lalki, nie z porcelany, tylko z porysowanego plastiku, z krzywo uciętymi włosami i brudne pluszaki z wyrwanym okiem. Przede wszystkim jednak można tam znaleźć stare obrazy, pocztówki, fotografie i aparaty – od klasycznych lustrzanek do polaroidów.

Klienci są tak samo różnorodni jak sprzedawcy i przedmioty – od pasjonatów staroci, przez szperaczy-amatorów, trzydziestolatków chcących dodać wigoru meblom z Ikei, do studentów takich jak my – szukających rzeczy niezwykłych i przeciętnych, na których będziemy mogły ćwiczyć nasze umiejętności.

Obydwie studiujemy konserwację zabytków: im bardziej zniszczony pejzażyk, im brudniejsza fotografia, tym lepiej dla nas. Zdjęcia, płótna i ramy, kupione za niewielkie pieniądze, których nie boimy się zniszczyć, są najlepszym materiałem do ćwiczeń.

Ela zniknęła w stercie starych zegarków, ja przechadzałam się między marmurowymi figurami hipopotamów i stosami starych pocztówek. Zaadresowane pięknym, odręcznym pismem, były dla mnie, nawykłej do kanciastego druku, zupełnie nieczytelne.

W końcu trafiłam na małe stoisko, stoliczek zaledwie, wciśnięty między dwa większe stragany. Piętrzyły się na nim aparaty fotograficzne, lustrzanki sprzed cyfrowej rewolucji, lustrzanki dwuobiektywowe, najprostsze camery obscury, a nawet aparaty do fotografii tradycyjnej, w których obraz utrwala się dzięki reakcji halogenków srebra. Stałam, bardziej podziwiając zmyślną konstrukcję, niż patrząc na konkretne aparaty. Staruszek, ledwo wystający zza chybotliwego stosu, uśmiechał się, jakby był właścicielem najlepszego towaru na jarmarku, najbardziej imponującego stoiska, a nie stołka, oflankowanego przez głowę jelenia z prawej strony i meble z lewej.

– Panna robi zdjęcia czy ozdabia pokój? – zapytał po chwili.

– Jedno nie wyklucza drugiego, proszę pana – odpowiedziałam wesoło.

Staruszek uśmiechnął się ciepło i pokiwał głową z aprobatą. Nie pytając o nic więcej, zaczął przekładać aparaty na lewo, ustawiając je na meblach, i prawo, tworząc chybotliwą konstrukcję w porożu jelenia. Sąsiedzi nie zareagowali na jego nagłą ekspansję; może po prostu nie patrzyli w tę stronę. W końcu dokopał się do starego, pobijanego aparatu do dagerotypii: czarnej skrzynki z mosiężnym obiektywem wyglądającym jak okular lunety, zasłoniętym blaszką przesuwaną jak judasz.

– Panna weźmie ten – powiedział stanowczo, wciskając mi go w ręce. Pudełko było zdumiewająco ciepłe, pomimo lutowego mrozu. Zanim zdążyłam zaprotestować, zaczął z powrotem układać pozostałe aparaty jak wieżę z klocków. Kiedy skończył, wyglądała jakby nic z niej nie ubyło. Staruszek znowu się uśmiechnął i wyciągnął rękę: – Dwieście złotych.

Nie, pomyślałam sięgając ręką do torebki. Nie, powtórzyłam wyjmując portfel. Nie, przecież nawet tyle nie mam.

Ku mojemu zdumieniu, w portfelu był odpowiedni banknot. Miałam zabrać tylko dwadzieścia złotych z sobą, na kawę po zakupach, jak to się tu znalazło? Jak przez watę usłyszałam, że w aparacie jest płytka, gotowa do naświetlenia.

Obeszłam stadion dookoła i kiedy postanowiłam zawalczyć ze staruszkiem, aby wziął aparat z powrotem, okazało się, że zniknął. Patrzyłam na wąskie, puste przejście między stołem a jeleniem i zastanawiałam się, jak to możliwe, że w ogóle tu siedział. Zapytałam wystawców obok, ale żaden z nich nie wiedział, o kim mówię. Patrzyli na mnie, jakbym była niespełna rozumu.

Zrezygnowana, powlokłam się przed siebie. Zatrzymałam się dopiero na samym skraju targowiska. Nie było tu wielu oglądających, a część z wystawców najwyraźniej już pozbierała swoje rzeczy. Stanęłam przy jednym z pozostałych stoisk. Stół zastawiono różnymi bibelotami, nic wartościowego, ale moją uwagę przykuł niewielki obraz, oparty o kryształowy wazon. Dziewczyna, w wianku, opatulona szalem, włosy zaczesane do przodu zakrywały jej pół twarzy, ale tym, co naprawdę przyciągało spojrzenie było jej niezasłonięte oko – wielkie, czarne, zniewalające. Kupiłabym ten obraz bez zastanowienia, gdyby nie… Zerknęłam na aparat.

Kurwa.

Szybko przekręciłam zatyczkę prymitywnego obiektywu. Jak długo naświetlała się płytka w środku? Nie miałam bladego pojęcia, ale byłam pewna, że zdołałam ją prześwietlić.

Z trudem powstrzymałam łzy.

Stałam przez chwilę i patrzyłam w to ogromne, hipnotyzujące oko. Stałabym dłużej, ale sprzedawca zaczął pochrząkiwać z wyraźną niechęcią. Rzuciłam ostatnie, tęskne spojrzenie na obraz i poszłam szukać Elki.

Znalazłam ją, zawzięcie dyskutującą z jakąś młodą kobietą. Obok leżało kilka pakunków zawiniętych w brązowy papier. Kiedy Ela mnie zobaczyła, pomachała, pozbierała paczki, pożegnała się ze sprzedawczynią i w podskokach podbiegła do mnie, radosna jak skowronek.

– Umówiłyśmy się, że jak ładnie wyczyszczę obrazy, to je ode mnie odkupią – wyjaśniła z uśmiechem. – Ty znalazłaś coś ciekawego? Idziemy na kawę?

– Kawa – przytaknęłam. – Zmarzłam straszliwie.

Nie miałam zbytniej ochoty opowiadać historii mojej porażki na zakupach, ale nie dało się ukryć pudła w moich rękach, a na dodatek, kiedy znalazłyśmy się w kawiarence, zorientowałam się, że nie mam drobnych na nic ciepłego do picia. Opowiedziałam całą historię, mając nadzieję, że Elka się ulituje i zapłaci za mnie. Ulitowała się, nawet ciastko dorzuciła, chichocząc pod nosem.

– To ci staruszek. Ale że jego sąsiedzi nic?

– Też mnie to zdziwiło. Jakby go tam nie było. – Pociągnęłam nosem. – Lepiej by było, jakby go nie było.

– Co teraz z tym zrobisz?

– Zaniosę do pracowni, może uda się coś wywołać.

– Dagerotypia jest super – powiedziała Ela, zamyślona. – W zależności od tego, pod jakim kątem patrzysz, to widzisz albo pozytyw albo negatyw.

– Jeżeli w środku w ogóle jest ta posrebrzana płytka… – Nagle w to zwątpiłam.

– To był negatyw, teraz pozytyw.

– Mam kwiatka do przesadzenia, będzie fajna doniczka – odpowiedziałam po dłuższej chwili.

 

W poniedziałek, kiedy zaniosłam aparat na uczelnię, okazało się, że szczęście jednak nie opuściło mnie całkowicie. W pracowni konserwacji fotografii były wszystkie odczynniki i urządzenia potrzebne do wywołania zdjęcia zrobionego aparatem do dagerotypii. W ciemni okazało się, że w środku rzeczywiście jest płytka. Sam proces nie jest trudny i tylko trochę trujący – trzeba okadzić płytkę oparami rtęci, żeby wywołać obraz i przemyć roztworem tiosiarczanu sodu, by usunąć resztki światłoczułych substancji. I tyle – nic nie trzeba ani powiększać, ani naświetlać. Wykładowca początkowo miał pewne obawy, ale udało mi się go przekonać, że nie umrę, jak to zrobię sama.

Niecierpliwie czekałam, aż rtęć odsłoni obraz, i kiedy okazało się, że jednak dobrze naświetliłam zdjęcie, odetchnęłam z ulgą. Szkoda tylko, że przedstawiało gburowatego sprzedawcę i jego pełne badziewia stoisko. Jedynym jasnym punktem na zdjęciu było oko dziewczyny, jaśniejące tajemniczym światłem.

Tak, jak mówiła Ela, po przechyleniu fotografii zamiast pozytywu było widać zdjęcie w negatywie, ale coś w tym odwróceniu było nie tak, jak trzeba.

Przypomniały mi się jedne z zajęć z malarstwa, kiedy malowałam martwą naturę i coś ewidentnie było nie tak. Doktorantowi prowadzącemu zajęcia też coś nie pasowało i staliśmy w zadumie przy sztaludze. Dopiero ktoś z boku zauważył, że namalowałam jedno z pudełek stojących na stole w lustrzanym odbiciu.

Teraz też – coś mi nie pasowało, ale nie potrafiłam powiedzieć, co.

 

Zabrałam dagerotyp do domu. Co jakiś czas brałam go w ręce i bawiłam się, przeskakując między pozytywem a negatywem, zastanawiając się, co może powodować to niejasne wrażenie, że coś się nie zgadza. Sprzedawca w negatywie wyglądał bardziej złowrogo niż w pozytywie, ale to mogła być tylko moja psychika, przywiązana do znaczenia przymiotników: negatywnie i pozytywnie.

Zrozumienie uderzyło mnie nagle i gdybym nie siedziała na krześle, to pewnie ugięłyby się pode mną kolana. Różnica była na samym środku zdjęcia, w portrecie dziewczyny. W pozytywie wyglądał tak, jak go zapamiętałam: oko, wianek, szal; w negatywie nie było ani wianka, ani szala, włosy nie zasłaniały drugiego oka. Jej spojrzenie wydawało się świecić, zupełnie jakby miało wypalić dziurę w fotografii.

Powoli torowała sobie drogę świadomość, że oto jedna zagadka zmieniła się w inną, i to znacznie trudniejszą: jak to możliwe, że negatyw i pozytyw są różne? Jak to możliwe, że negatyw pokazuje coś, czego tam na pewno nie było?

Narastało też we mnie podejrzenie, że już kiedyś widziałam tę dziewczynę z obrazu. Tylko kiedy? I gdzie?

 

W nocy nie spałam zbyt dobrze. Śniły mi się fotografie duchów, chichoczący złośliwie staruszkowie i piękne dziewczyny o wielkich, sennych oczach. Na porannym wykładzie z historii sztuki przezornie siadłam z tyłu i było tak, jak się obawiałam – monotonny głos profesora, ciemna sala, szum rzutnika sprawiły, że zaczęłam przysypiać. Na ścianie tańczyły portrety i pejzaże, duchy z odległej przeszłości, defilada i parada cieni, aż nagle wśród nich pojawiła się dziewczyna z obrazu. Po chwili znikła i pozostała tylko biała ściana. Krzyknęłam, wstając gwałtownie z miejsca. Krzesło z hukiem upadło na podłogę. Cała sala, łącznie z wykładowcą, patrzyła na mnie. Czułam, jak pali mnie twarz. Musiałam naprawdę przysnąć i w prezentację wśniła się twarz z mojego zdjęcia.

Profesor chrząknął.

– Oto jak nas, biednych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi. Do zobaczenia za tydzień.

Ktoś zachichotał, wszyscy zaczęli się zbierać. Przemknęłam koło wykładowcy, mamrocząc jakieś przeprosiny pod nosem i uciekłam z sali.

Cały dzień chodziłam rozkojarzona. Artyści mogą sobie pozwolić na natchnione szaleństwo, ale przy konserwacji zabytków trzeba mieć jednak bardziej racjonalne podejście do rzeczywistości, pewność, że to, co się widzi, jest prawdziwe – bo nad niektórymi dziełami to człowiek pracuje jak saper przy bombie.

Urwałam się z reszty zajęć i zaszyłam w pracowni fotograficznej. Na szczęście uczelnia dysponowała potrzebnymi materiałami i mogłam przygotować sobie kolejną płytkę do naświetlania. Na razie wypolerowałam miedzianą, platerowaną srebrem blaszkę na wysoki połysk, przygotowanie warstwy światłoczułej zostawiłam na inny dzień.

Kiedy skończyłam, mogłam się w niej przejrzeć. Zupełnie jak w lusterku.

 

W domu sprawdziłam, czy negatyw i pozytyw dagerotypu wciąż są różne.

Były.

Czy udało mi się sfotografować ducha?

Delikatnie rozłożyłam pudełko aparatu, mając nadzieję, że w środku znajdę jakieś wyjaśnienie – runy, zaklęcia, czaszkę kruka przyklejoną w rogu, skrzydło nietoperza. Nic. Pusto. Złożyłam go z powrotem i odstawiłam na półkę.

Bo jeżeli nie sfotografowałam ducha, to w takim razie co? Przeszłość? Przyszłość? Spojrzałam jeszcze raz na groteskowe rysy sprzedawcy. Fotografowałam prawdę?

Może następne zdjęcie coś wyjaśni?

 

W środy chodziłam na praktyki do pracowni konserwatorskiej. Postanowiłam zabrać ze sobą dagerotyp i zapytać szefa, co o tym sądzi.

Pracownia pana Marka mieściła się w kamienicy w centrum miasta. Weszłam do środka i przeskoczyłam kilka schodów prowadzących na wysoki parter.

Pan Marek był już na miejscu, widziałam jego płaszcz na wieszaku, ale nie zastałam go w głównej pracowni – widocznie zajmował się czymś, schowany w gabinecie. Musiało to być coś specjalnego, wymagającego prawdziwego skupienia, bo zwykle zostawiał drzwi otwarte. Żartował, że musi patrzeć nam na ręce. Tym bardziej więc nie powinien się zamykać: Janek, jego pełnoetatowy pracownik, miał tydzień wolnego, a ja lepiej się czułam, jak ktoś pilnował, co robię. Zastukałam do drzwi gabinetu.

– Zaraz wyjdę, poczekaj chwilę! – odkrzyknął szef ze środka. Po kilku minutach wyszedł, w białym kitlu umazanym farbami. Z gabinetu słychać było szum wyciągu, ale nie udało mi się zerknąć nad czym pracuje.

– Co pan tam ma, szefie? – zapytałam, nie mogąc powstrzymać ciekawości.

– Eee… – Machnął ręką. – Nic ciekawego. Kolega poprosił o wyczyszczenie jakiegoś obrazu, który kupił okazyjnie. Nic specjalnego, nic, czym można by się chwalić, ale kumplowi nie odmówię. – Wzruszył ramionami i zanim zaczęłam prosić, żeby jednak pokazał, co robi, zapytał z szerokim uśmiechem: – Jak tam u ciebie z rzeźbą? Chyba jeszcze nic w drewnie u mnie nie robiłaś, prawda?

– No jakoś nie wyszło…

– To bardzo dobrze! – wpadł mi w słowo. – Chcesz spróbować?

Wskazał na płaskorzeźbę przedstawiającą cherubina, dekorację drzwi jakieś szafy. Brakowało mu jednego skrzydła i połowy włosów. Janek przed urlopem dokleił klocki lipowe i całość prezentowała się teraz dość awangardowo, z lekką nutą kubizmu.

– Jakoś sobie nie ufam…

– No, to tym bardziej. – Znowu nie pozwolił mi dokończyć. – Najwyżej Janek doklei sobie nowe klocki jak wróci.

Pan Marek zostawił mnie z dłutami, a sam zniknął w swoim gabinecie. Spojrzałam z powątpiewaniem na pyzatego aniołka. To się nie mogło dobrze skończyć.

Zaczęłam wybierać nadmiar drewna, starając się oddać kształt skrzydła w klocku i nawet byłam zadowolona z efektów, choć nie wątpiłam, że Janek natychmiast po powrocie odpiłuje moje dzieło, mamrocząc pod nosem o profanacji i beztalenciu.

Dagerotyp leżał bezpiecznie zapakowany w mojej torbie, a ja, bez entuzjazmu, dłubałam w drewnie. Szef nie wychynął ze swojej pracowni przez kolejnych parę godzin. Kiedy w końcu wyszedł, zamknął drzwi gabinetu za sobą, podszedł do mnie i zagwizdał cicho.

– Nie martw się. Odpiłujemy, przykleimy nowe klocki i Janek nawet się nie zorientuje.

Spojrzałam na niego z przerażeniem. Nie mogło przecież być aż tak źle? Najwyraźniej było, bo poklepał mnie po ramieniu i powiedział, że idzie do bistro naprzeciwko po coś do jedzenia, to kupi mi obiad na pocieszenie.

Z niedowierzaniem patrzyłam na pulchnego cherubina. Nagle nie wyglądał tak niewinnie. Pan Marek wyszedł, a ja momentalnie znalazłam się pod drzwiami jego pracowni. Przez chwilę stałam nieruchomo, jakbym sama nie wierzyła, że mogę zachowywać się tak szczeniacko, po czym nacisnęłam klamkę. Postanowiłam tylko zajrzeć, zerknąć, co takiego robi. Serce waliło mi jak młotem. Uchyliłam drzwi. Nie chciałam zapalać światła, bo mógłby zobaczyć je z ulicy, ale na szczęście nie musiałam. Niewielka lampka oświetlała ustawiony na stole obraz. Dziewczyna ze zdjęcia, już bez wianka, ale ciągle z szalem na ramionach, patrzyła na mnie swoim wielkim okiem. Stałam, zamurowana, zauroczona.

Z transu wyrwał mnie domofon, sygnalizujący, że ktoś właśnie wstukuje kod do bramy kamienicy. Zamknęłam szybko gabinet szefa i pędem rzuciłam się do łazienki. Zamknęłam za sobą drzwi, tuż przed tym, jak wszedł do pracowni.

Co ten obraz tu robił? Gdzie podział się wianek? Czy szef go zmył? Czyżby obraz widziany na negatywie był tym prawdziwym, a pozytyw z wiankiem miał go tylko ukryć? Dlaczego?

Ochlapałam twarz zimną wodą, ale nic nie mogłam poradzić na rumieniec. Nie wiedziałam, jak się zachować, nie mogłam jednak siedzieć w łazience w nieskończoność. Całe szczęście, że nie pokazałam mu dagerotypu. Kiedy wyszłam, szef spojrzał na mnie z troską.

– Dobrze się czujesz? – zapytał.

Skinęłam głową, nie dowierzając własnemu głosowi, choć pan Marek nie mógł przecież wiedzieć, że obraz w jego gabinecie wywołał we mnie taką reakcję. Po ojcowsku klepnął mnie w ramię.

– Nie martw się. To nie było łatwe zadanie, a ty nawet nie chcesz zajmować się rzeźbą, prawda? Jak przypomnę sobie moje próby, to tyle drewna namarnowałem, że chyba domek bym postawił. Dlatego Janka zatrudniam – powiedział z dobrotliwym uśmiechem, wręczając mi pudełko z obiadem, i drugie, mniejsze, z kawałkiem ciasta na deser. Pociągnęłam nosem i zabrałam się do jedzenia. To ciastko zmartwiło mnie najbardziej. Chyba naprawdę było aż tak źle.

Po drodze do domu w każdej wystawie, na każdym manekinie, widziałam gęste czarne włosy i płonące oko. Musiałam się dowiedzieć, kim była dziewczyna z obrazu. Czego chciała? Hipnotyzowała nie tylko mnie – szef najwyraźniej planował zostać z nią jeszcze długo.

Przypomniałam sobie twarz, którą zobaczyłam w półśnie, wyświetloną na ścianie podczas wykładu – nic dziwnego, że chciała się jak najszybciej pozbyć szala i włosów opadających na twarz. Ona chciała? Nabywca chciał? Tylko skąd mógł wiedzieć, że pod obrazem ukryty jest drugi, znacznie lepszy?

 

Pytań tylko przybywało. Zaczynałam żałować, że nie pokazałam szefowi tego dagerotypu: może zdradziłby mi jego sekret, wytłumaczył, co się dzieje.

Dlaczego ktoś go zamalował, zasłonił to przeszywające spojrzenie, wypisz wymaluj, oczy wzięte wprost z opowiadania Poego: gorejące, nieustępliwe, przebijające na wylot. Oczy silniejsze niż śmierć. Może obraz był przeklęty?

Pierwsze olśnienie przyszło, kiedy sprawdziłam wieczorem wspólne konto mailowe mojego roku. Była tam prezentacja z wtorku, przesłana przez profesora. Zaczęłam przeglądać slajdy, ciekawa, czy uda mi się odnaleźć ten, przy którym zasnęłam, aż dotarłam do ostatniego obrazu – i znowu krzyknęłam, podrywając się z krzesła. Wielkie, czarne oczy, nagie ramiona, żadnego wianka. Ta twarz mi się nie przyśniła, istniała naprawdę! Była wyświetlana na wykładzie, ostatni slajd prezentacji. Zerknęłam na podpis: Studium – Popiersie młodej kobiety, Leon Wyczółkowski. Od 1900 roku należał do kolekcji Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. W 1939 r. został zdeponowany w Muzeum Narodowym w Warszawie. Zaginął w nieznanych okolicznościach podczas drugiej wojny światowej.

Co? Jak? Nagle przyszło mi do głowy inne wytłumaczenie, dlaczego zlecono oczyszczenie obrazu z wianka i innych dodatków.

Znajomy pana Marka musiał domyślić się, że pod spodem jest coś innego. Rozpoznał oko i dał szefowi obraz do czyszczenia, by sprawdzić czy wianek i reszta znikną?

Nie wiedziałam tylko, jak poruszyć z nim tę sprawę, tak, by nie wydało się, że węszyłam w jego gabinecie.

 

Następnego dnia w trakcie okienka skończyłam przygotowywać płytkę do naświetlania. W ciemni potrzymałam posrebrzaną płytkę najpierw w oparach jodu, potem bromu – kiedy pokrył ją wrażliwy na światło bromojodek srebra, wsunęłam ją do aparatu i starannie zabezpieczyłam blaszkę na obiektywie.

Mogłam planować następne dagerotypy, ale jedyne, co naprawdę chciałam sfotografować, to obraz skryty w gabinecie szefa.

Na zajęciach z rysunku nie szło mi zbyt dobrze – sprawnie naszkicowałam jedno oko i część twarzy, ale cała reszta wychodziła jakoś zniekształcona. Rozmazana, jakbym nie widziała jej dokładnie. 

– Co ty rysujesz? – zapytała Ela ze śmiechem.

Spojrzałam na nią nieprzytomnie, wskazała głową modelkę.

Pozowała nam jasnooka blondynka. Na moim rysunku miała ciemne włosy i czarne tęczówki, jak dziewczyna z obrazu. Kiedy patrzyłam na rysunek, uświadomiłam sobie, że narysowałam tylko to, co nie zostało przesłonięte warstwą obcej farby.

Przez cały wieczór zastanawiałam się, jakiego pretekstu użyć, by przyjść do pracowni przed środą. Najlepiej tak, żeby nie zastać tam szefa.

W piątek z samego rana zadzwoniłam do pana Marka.

– Dzień dobry! Wypadły mi dziś zajęcia i chciałam zapytać, czy bym się do czegoś nie przydała. No wie pan, ostatnio to nic nie zrobiłam – powiedziałam, starając się brzmieć naturalnie.

– Nie, dziś nic nie trzeba. Ale przyjdź w poniedziałek, to coś ci pokażę – powiedział po chwili.

Musiało chodzić o dziewczynę z portretu. Weekend nigdy nie dłużył mi się tak bardzo.

Widziałam to hipnotyzujące spojrzenie na jawie, a kiedy zamykałam oczy, czerń jej tęczówek była wszechobecna.

 

W poniedziałek spakowałam aparat i po drodze do pracowni zatrzymałam się na uczelni, by pożyczyć światłomierz. Szumiało mi w uszach, kiedy jechałam do centrum. Przywitałam się z Jankiem. Zdążył już odpiłować moje rzeźbiarskie wysiłki z cherubina, ale nawet nie było mi smutno z tego powodu. Pan Marek otworzył drzwi do swojej pracowni i gestem zaprosił nas do środka.

– Napatrzcie się, zanim zniknie w Warszawie. Oto szczęśliwym przypadkiem odnalezione dzieło Wyczółkowskiego.

– Skąd pan to ma? – zapytał Janek, podchodząc bliżej.

Stałam oniemiała w drzwiach.

– Kolega szwendał się po jarmarku staroci i zdołał wypatrzyć znajomo wyglądające oko. Kupił obraz i dał mi go do czyszczenia, by sprawdzić, czy ma rację. O, tak było wcześniej, więc nie byłem przekonany, ale… Sami widzicie. – Szef podał Jankowi wydrukowane zdjęcie.

Przełknęłam ślinę. Nie mogłam się ruszyć.

Obraz czekał na mnie, stał na biurku, oczyszczony ze zbędnych dodatków.

– Po co ją zamalowali?

– Kto wie? Może jakiś złodziej chciał zmylić tropy? Albo starano się go ukryć.

Może. Może ktoś obłąkany usiłował zniszczyć obraz, nie niszcząc go?

Dziewczyna przyciągała mnie jak magnes.

Spojrzenie wydawało się czekać na wyrazy uwielbienia tłumów, wdzięczne, niecierpliwe. Domyślałam się, że usunięcie włosów zasłaniających drugie oko wzmocni siłę obrazu, ale nie spodziewałam się, że będzie to aż tak odczuwalne. Dziewczyna miała wspaniałe, gęste, kruczoczarne włosy, a na jej ustach błąkał się leciutki uśmieszek. Tak, jej miejsce było w muzeum. Takie piękno powinno być dostępne dla wszystkich. Patrzyła na mnie zuchwale, świadoma swojego uroku, wrażenia, jakie wywołuje. Wyglądała jak żywcem wyjęta z gotyckiej powieści: kobieta, której w żaden sposób nie można zapomnieć.

Ustawiłam aparat, sprawdziłam światło i obliczyłam czas naświetlania fotografii. Nie chciałam znowu liczyć na przypadek.

 

Od razu pobiegłam do pracowni fotograficznej. Ręce mi drżały, kiedy wywoływałam zdjęcie, zupełnie jakbym robiła to po raz pierwszy.

Po prostu wiedziałam, co mogę stracić.

W końcu, na płytce pokazała się ona. Tym razem portret zajmował całe zdjęcie, zamiast niewielkiej przestrzeni na środku. Z niechęcią myślałam o czekającej mnie drodze powrotnej, kiedy dagerotyp będę musiała schować do torby.

Niepotrzebnie.

Widziałam ją w każdej szybie.

Wiem o tobie wszystko, wydawała się mówić. Wiem, że chciałabyś być taka, jak ja.

Oj, chciałabym. 

W domu wyjęłam dagerotyp i długo się w niego wpatrywałam, posłuszna jej nakazowi: Patrz na mnie!

W końcu przechyliłam go odrobinę – w negatywie czerń pewnie zalśni anielską bielą. Nie rozpoznałam jednak twarzy. Oczy były jakieś kaprawe, włosy nijakie, usta cienkie… Przybliżyłam twarz do portretu, tak jakbym nachylała się nad lustrem.

Jeszcze tylko odrobinę.

Negatyw wyglądał zupełnie tak, jak ja.

Chodź do mnie. Chodź do Ligei.

Zamknęłam na chwilę oczy, a kiedy je otworzyłam, nie mogłam się ruszyć. Zobaczyłam siebie, jak kręcę się po pokoju, klaszczę w dłonie i z zachwytem dotykam ciała. Nachyliłam się nad sobą.

Miałam piękne, czarne oczy.

Dziękuję.

Potem nie widziałam już nic, bo dziewczyna, moimi dłońmi, ostrożnie schowała dagerotyp do pudełka aparatu.

Koniec

Komentarze

Och, jaki fajny tekst. Dobrze napisany, intrygujący, wciągający, z bardzo efektownie wprowadzonymi aluzjami do malarstwa i do Poego. Bardzo mi się podobało.  

Opowiadanie w obecnej formie bardzo mi się podoba, ma klimat i fajną historię, na dodatek opartą na dziejach prawdziwego obrazu, co mnie osobiście szczególnie urzeka, bo kocham takie wykorzystywanie źródeł. Klikam do biblioteki :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo fajny tekst. Oryginalny pomysł, wykorzystuje sztukę no i w ogóle. Czytałam, ciekawa, jak ta historia się skończy. A tu proszę…

Jednak lepiej dotrzymywać noworocznych postanowień… ;-)

Babska logika rządzi!

E tam, to całkiem niezła lemoniada :) I plus za lusterko.

 przemyć roztworem sodu

Oj, carissima, nie chciałam się już czepiać drobiazgów, ale to drobiazg nie jest. Chyba miało być "sody"? Bo sód pierwiastkowy się w wodzie nie rozpuszcza, tylko z nią reaguje, wywiązując wodór (a potem… BUM! ha, ha, ha, ha! Wielkie bum!). Chyba, że to żargon dagerotypistów, ale żargon ma to do siebie, że nie jest zrozumiały dla nikogo spoza grupy.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dziękuję ;D

Fajnie, że się spodobało ^^

 

@Finkla

A tu proszę…

Nie wiem do końca, jak to interpretować – spodziewałaś się jakiegoś innego zakończenia? 

 

@Tarnina

no udzieliły mi się eksplozje ;D

tam miał być roztwór tiosiarczanu sodu, tylko ten tiosiarczan wyglądał mi na Zbyt Poważną Chemię i nie pasował do reszty. 

Jest jakieś akceptowalne uogólnienie?

hydrat sodu?

 

I would prefer not to.

Nie wiem do końca, jak to interpretować – spodziewałaś się jakiegoś innego zakończenia? 

Możesz interpretować, że zakończenie zaskoczyło.

Babska logika rządzi!

Hm, a to czego się spodziewałaś? Nic zmieniać nie będę, ale jestem ciekawa ;)

I would prefer not to.

Nie to, żebym coś obstawiała. Po prostu nie spodziewałam się czegoś takiego. I to wcale nie jest źle.

Babska logika rządzi!

tam miał być roztwór tiosiarczanu sodu, tylko ten tiosiarczan wyglądał mi na Zbyt Poważną Chemię i nie pasował do reszty. 

Dlaczego zbyt poważną? Lepsze trudne słowo, niż błąd merytoryczny – poza tym ono wcale nie jest trudne.

Jest jakieś akceptowalne uogólnienie? hydrat sodu?

Hydrat jest wtedy, kiedy masz jakiś związek uwodniony stechiometrycznie (tj. w stałej proporcji, np. dwie cząsteczki związku X i trzy cząsteczki wody) – więc nie. Uogólnieniem mogłyby być najwyżej sole sodu, ale za bardzo ogólnym, bo chodzi Ci przecież o anion (tiosiarczanowy), nie o kation (sód). Chemicy, jeśli interesuje ich tylko anion, mówią o samym anionie (roztwór tiosiarczanu), i tyle. Nie masz się czego bać – chemicy i fotograficy (ci starsi, którzy pamiętają erę przedcyfrową) zrozumieją, a technikalia i tak zamieściłaś. Bądź konsekwentna :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

wypisz wymaluj, oczy wzięte wprost z opowiadania Poego

Wyglądała jak żywcem wyjęta z jednego z opowiadań Edgara Allana Poe

Jedno porównanie do Poego na tak krótki tekst w zupełności wystarczy. ;)

 

Ładne. Takie… klasyczne? Z uwag: bohaterka bardzo łatwo bierze pod uwagę, że to jakaś klątwa. Umotywowałbym to. Nawet wzmianka o regale pełnym książek Lovecrafta (czy cokolwiek w podobnym guście oddziałującym na wyobraźnię) sprawiłaby, że łatwiej przyjąłbym takie zachowanie.

Przyjemne opowiadanie. Wykorzystanie obrazu to bardzo duży plus.

Dlaczego zbyt poważną? Lepsze trudne słowo, niż błąd merytoryczny – poza tym ono wcale nie jest trudne.

Ale też nie jest tak powszechne jak kwasy, zasady czy sole. Dopisałam, coby nie było terroryzmów w ciemni ;)

 

Z uwag: bohaterka bardzo łatwo bierze pod uwagę, że to jakaś klątwa. Umotywowałbym to.

Ale chwilę wcześniej myśli o Poem, chwilę później ma już realne rozwiązanie dla sprawy obrazu, bo natyka się na oryginał – więc ta klątwa to raczej taka przelotna myśl, nic konkretnego.

Obraz to bardzo duży plus, szkoda, że zaginął ;)

I would prefer not to.

Bardzo fajne opowiadanie, dobrze napisane i wciągające. Czytało się przyjemnie i płynnie. Historia intrygująca, a przy tym nie nadmiernie zagmatwana (nie musiałem przybijać do tablicy korkowej zdjęć i poszlak i łączyć ich wszystkich za pomocą sznurków, żeby zrozumieć o co chodzi xD).

Jeśli chodzi o uwagi, to zagadka była trochę zbyt łatwa dla bohaterki. Odniosłem wrażenie, że nie musiała się ona za bardzo namęczyć nad rozwiązaniem, a wręcz tajemnicę rozwiązała osoba postronna (może nie do końca, ale chyba w przeważającej części, chyba że coś mi uciekło, bo czytałem trochę wcześniej, a komentuję teraz).

Zakończenie ogólnie spoko, tylko trochę nie przystaje do reszty fabuły. W sensie, że opowiadanie polega na rozwiązaniu tajemnicy obrazu, a kończy się na tym, że tajemnica rozwiązuje się w zasadzie sama, a obraz “pochłania” bohaterkę. Trochę jest to niespójne, wolałbym, żeby zakończenie w logiczny sposób wynikało z poprzedzającej je fabuły.

Te przemyślenia i uwagi nie zmieniają mojej opinii, że jest to naprawdę świetne opowiadanie i z przyjemnością klikam.

Edyta: nie zrozumiałem, czemu taki tytuł :)

Edyta druga: nominuję do piórka (mam nadzieję, że mogę)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Z tytułem i ja mam zagwozdkę.

Pewnie, że możesz, czemu nie?

Babska logika rządzi!

El Lobo, dziękować za tyle dobra! ;D

opowiadanie polega na rozwiązaniu tajemnicy obrazu

bardziej na fascynacji obrazem – wgryza się w świadomość coraz bardziej, aż nie można przestać o nim myśleć

Chociaż jest ubrane w takie paradetektywistyczne wdzianko, to trzeba też bohaterce przyznać, że na podstawie niepełnych danych sama pokojarzyła te twarze. A że farbę zmył kto inny, to już tylko kosmetyka ;)

 

Ad tytuł:

– Ten Poe jest tam dwa razy nie bez przyczyny ;) Tak samo jak imię Ligeja nie jest przypadkowe. 

– Kto tu wygrał/zwyciężył?

I would prefer not to.

No, wygląda na to, że czerw, którego w tekście w ogóle nie ma…

Babska logika rządzi!

Hm, a duch dziewczyny z obrazu? No i wykorzystanie u Poego – czerw pożerający życie plus motyw śmierci jako braku wystarczającej woli życia.

I would prefer not to.

To trzeba jeszcze znać Poego. A mnie coś do horrorów nie ciągnie. Ale kiedyś zajrzę.

Babska logika rządzi!

Dołączam do grona usatysfakcjonowanych czytelników. Podoba mi się motyw sztuki, bardzo zgrabnie wpleciony do szarej codzienności. Obsesja bohaterki w którymś momencie wydała mi się nieco przesadzona (chodzi mi tu o scenę z zajęciami z rysunku), jednak opowiadanie jako całość mnie przekonało. Klikam więc. :)

Zaintrygowało, ale i nieco rozczarowało, bo jakoś niespecjalnie przemawiają do mnie takie nadzwyczajne zbiegi okoliczności, kiedy to okazuje się, że niemal wszyscy występujący w opowiadaniu są zamieszani w sprawę, a istotne wydarzenia, równie cudownym zrządzeniem losu, postanowiły zaistnieć w tym samym czasie. No, ale skoro tak to sobie wymyśliłaś, przyjmuję opowiadanie w kształcie takim jakim jest.

Czytało się gładko, a finał zaskoczył. ;)

Wykonanie całkiem niezłe, co nie znaczy, że nie mogłoby być lepsze.

 

czym brud­niej­sza fo­to­gra­fia… –> …im brud­niej­sza fo­to­gra­fia

Lepsze powtórzenie, niż użycie niepoprawnej formy.

 

naj­prost­sze ca­me­ry ob­scu­ra… –> …naj­prost­sze ca­me­ry ob­scu­ry/ kamery obskury

https://sjp.pwn.pl/szukaj/camera%20obscura.html

 

od­po­wie­dzia­łam z uśmie­chem.

Sta­ru­szek uśmiech­nął się cie­pło… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Młoda dziew­czy­na, w wian­ku… –> Masło maślane. Dziewczyna jest młoda z definicji.

 

W za­leż­no­ści od tego, pod jakim kątem na pa­trzysz… –> Chyba miało być: W za­leż­no­ści od tego, pod jakim kątem pa­trzysz

 

Pro­fe­sor od­chrząk­nął: – Oto jak nas, bied­nych ludzi, rze­czy­wi­stość ze snu budzi. Do zo­ba­cze­nia za ty­dzień. –> Wypowiedź dialogowa winna być zapisana w nowym wierszu.

 

nie za­sta­łam go w głów­nej pra­cow­ni – wi­docz­nie pra­co­wał nad czymś… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

pracował nad czymś, scho­wa­ny w swoim ga­bi­ne­cie. –> Zbędny zaimek. Czy pan Marek, będą w swojej pracowni, siedziałby w cudzym gabinecie?

 

Z ga­bi­ne­tu słu­chać było szum wy­cią­gu… –> Literówka.

 

Czyż­by obraz wi­dzia­ny na ne­ga­tyw­ne był tym praw­dzi­wym… –> Literówka.

 

Po­cią­gnę­łam nosem i za­bra­łam się za je­dze­nie. –> Po­cią­gnę­łam nosem i za­bra­łam się do jedzenia.

 

cie­ka­wa, czy uda od­na­leźć mi się ten, przy któ­rym za­snę­łam… –> Raczej: …cie­ka­wa, czy uda mi się od­na­leźć ten, przy któ­rym za­snę­łam

 

Po­zo­wa­ła nam krót­ko ścię­ta, ja­sno­oka blon­dyn­ka. –> Raczej: Po­zo­wa­ła nam krót­ko ostrzyżona, ja­sno­oka blon­dyn­ka.

Krótko ścięta przywodzi mi na myśl głowę bez szyi, odciętą tuż pod brodą. ;)

 

– Wy­pa­dły mi dziś za­ję­cia i chcia­łam się za­py­tać… –> – Wy­pa­dły mi dziś za­ję­cia i chcia­łam za­py­tać

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak się przypadkiem złożyło, że miałem ochotę na historię o robalu.

Wchodzę na NF, patrzę, a tu nowa Wybranietzka, na dodatek oferująca rzeczonego robala… Czerw Zwycięzca? Sądząc po tytule robal będzie w dodatku całkiem rzutki, hmm… Klik.

Czytam, czytam…

…i czytam…

I co? Robala niet!

 

 

Oj, nie wiem, jak to zrekompensujesz swojemu hrabiemu, autorko droga ;/

 

 

Czułam[+,] jak pali mnie twarz.

Przecinek ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Jest zagadka, jest klimat, jest warsztat. Podobało się.Jedno by może się przydało: Odpowiedź na pytanie: dlaczego… Trochę mi tego tu brakuje.

Dzięki za kliki i uwagi ;)

 

@ Rossa

^______^

usunęłam rażącą rozbieżność wyglądu z tamtej sceny (w sensie długość włosów ;P), więc nie powinno być już aż tak przesadzone ;)

 

@ Reg

Popoprawiane.

Dobrze, że chociaż finał zaskoczył ;)

 

@ Hrabia

No bo to robal Poewski. U Poego świat składa się z pięknych kobiet, starych domów i umieranie ;)

Jest piękna kobieta i (w zależności od kąta, pod jakim się patrzy ;P) umieranie.

 

Przykro mi, że Cię zasmuciłam ;(

 

Teraz siedzę i myślę o robalach ;<

 

@ rybak

Na pytanie dlaczego odpowiedź jest prawie zawsze jedna – by żyć ;)

chociaż ta wola życia jest pewnie wyraźniejsza, jak ma się w pamięci odpowiedniego Poego.

I would prefer not to.

Z tytułem i ja mam zagwozdkę.

Tytuł jest z Poego, a czerw, jakby kto szukał, w klasycznym przekładzie Leśmiana i Wyrzykowskiego, dostępnym online.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No bo to robal Poewski.

Wiem wiem. Znam Poewskiego nawet lepiej niż Wybraniewskiego. Dobrzy pisarze.

Teraz siedzę i myślę o robalach ;<

No to niech wena Ci sprzyja ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ponieważ kliknęłam do Biblioteki, to dołożę komentarz nieco obszerniejszy od pierwszego:

Opowiadanie czytało mi się bardzo dobrze. Zrobiło ono na mnie wrażenie po pierwsze efektownym budowaniem nastroju nie tyle może grozy, co niesamowitości i pewnego lekkiego zagrożenia, po drugie – niebanalnym i ciekawym ogrywaniem zarówno aluzji literackich (Poe), jak i tych do sztuki (konkretny obraz Wyczółkowskiego i jego dzieje).

Interesujący tekst, pomysł ducha na zdjęciu dostał nowe życie dzięki ujęciu dagerotypii. Rzekłbym, że ma nawet walory edukacyjne w tej materii, a to sobie cenię w tekście :)

Dosyć spokojnie przedstawiłaś drogę bohaterki od kupna do opętania, co jest dosyć niezwykłym podejściem. Czasem wręcz prosiło się o aspekt horrorowy (jak przy tym śnie), ale i bez tego (a może i dzięki temu) cały tekst ma swój własny, niestraszny klimat tajemnicy.

Sama zagadka i podawanie kolejnych szczegółów jest dla mnie dobrze rozpisane, choć np. razi fakt, że nie wiemy, kim właściwie był ten sprzedawca. A przynajmniej mnie zżera ciekawość ;)

Podsumowując: spokojny koncert fajerwerków, z tajemnicą w tle i wątkami dydaktycznymi. Czuję się ukontentowany :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki za wizyty ;)

Super, że pokontentowałam czytelników ^^

 

Dosyć spokojnie przedstawiłaś drogę bohaterki od kupna do opętania, co jest dosyć niezwykłym podejściem.

A, to pewnie dlatego zakończenie zaskakuje ;)

 

I would prefer not to.

Przeczytałam gładko. Zgadzam się przy tym nieco z Reg – splot zbiegów okoliczności zadziwiająco duży. Przyznam też, że nie zostałam zaskoczona zakończeniem – oczywistym wręcz mi się wydało, do czego to wszystko zmierza (motyw nienowy). Niemniej jednak opowiadanko wydaje mi się całkiem zgrabne, podoba mi się też połączenie rodzimego malarstwa z nierodzimą literaturą. Plus edukacyjny, choć minus taki, że jak ktoś nie zna (bądź nie zada sobie trudu ;p) obejrzenia obrazu i sprawdzenia, kim była Ligeja, jeśli nie czytał, to nie zrozumie i tekst po nim pewnie spłynie. No ale to już ryzyko zawodowe.

W każdym razie uważam opowiadanie za interesujące i całkiem udane. Pod kątem nominacji do piórka muszę się zastanowić. Pewnie przeważy wrażenie, jakie pozostanie we mnie za dwa tygodnie, kiedy będzie głosowanie – bo teraz nie umiem jednoznacznie stwierdzić, czy byłabym na TAK, czy na NIE.

 

“zgodziłam się, bo to przecież jej pieniądze miałyśmy wydawać.” – raczej: bo przecież to jej pieniądze…

 

“W pickupach i kombi przywozi się wszystko” – Kurcze, może po konurbacji górnośląskiej pikapy jeżdżą jak szalone, ale przyznam, że na łódzkich drogach nie widziałam takiego pojazdu… może nigdy. To nie są w Polsce popularne samochody ;O

 

“Zdjęcia, płótna i ramy, kupione za niewielkie pieniądze, których nie boimy się zniszczyć, są najlepszym materiałem do ćwiczeń.” – Czepiam się, ale to brzmi tak, jakby bohaterki nie bały się zniszczyć pieniędzy ;)

 

“Stół zastawiono różnymi bibelotami, nic wartościowego, ale moją uwagę przykuł niewielki obraz, oparty o kryształowy wazon. Dziewczyna, w wianku, opatulona szalem, włosy zaczesane do przodu zakrywały jej pół twarzy, ale tym, co naprawdę przyciągało uwagę było…”

 

“Aparat jednak niczym się nie wyróżniał.” – Nie wyróżniać to się mógł spośród innych podobnych przedmiotów, a był jeden.

 

„Z transu wyrwał mnie domofon, sygnalizujący, że ktoś właśnie wstukuje kod do bramy kamienicy. Zamknęłam szybko jego gabinet i pędem rzuciłam się do łazienki. Zamknęłam za sobą drzwi, tuż przed tym, jak on wszedł do pracowni.”

W pierwszym zdaniu jest “ktoś”, w drugim “jego gabinet”, a w trzecim “on”, co wyraźnie wskazuje, kim jest ktoś, że jest to postać znana – szef. Czemu nie dookreśliłaś podmiotu? Wyszło bzdurnie.

 

Ale dlaczego?

Ochlapałam twarz zimną wodą, ale nic nie mogłam poradzić na rumieniec. Nie wiedziałam, jak się zachować, ale nie mogłam siedzieć w łazience w nieskończoność.”

 

„Kiedy wyszłam, szef spojrzał na mnie z troską: – Dobrze się czujesz?”

Raz, że kwestia dialogowa powinna być od nowego wiersza, dwa, że konstrukcja pierwszego zdania nie uprawnia do stawiania na końcu dwukropka. Gdyby na przykład szef powiedział coś z troską, to tak, ale patrzenie nie ma związku z mówieniem.

 

„Dlaczego ktoś go zamalował, zasłonił to przeszywające spojrzenie, wypisz wymaluj, oczy wzięte wprost z opowiadania Poego: gorejące, nieustępliwe, przebijające na wylot.”

Gdzieś tam na początku piszesz, że to spojrzenie było marzycielskie. Nie pasuje to do tego, co piszesz teraz.

 

„ciekawa, czy uda mi się odnaleźć mi się ten”

 

„Przez cały wieczór zastanawiałam się, jakiego pretekstu użyć, by przyjść do pracowni przed środą. Najlepiej tak, żeby nie zastać tam szefa.

W piątek z samego rana zadzwoniłam do pracowni.”

 

„– Dzień dobry! Wypadły mi dziś zajęcia i chciałam zapytać, czy bym się do czegoś dziś nie przydała.”

 

„W poniedziałek spakowałam aparat i po drodze do pracowni[-,] zatrzymałam się na uczelni, by pożyczyć światłomierz.”

 

„– Kto wie? Może jakiś złodziej chciał zmylić tropy? Albo chciano go tak ukryć.

Może. Może ktoś obłąkany chciał zniszczyć obraz, nie niszcząc go?”

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

splot zbiegów okoliczności zadziwiająco duży

A tam, to czary i duchy ;D

Przyznam też, że nie zostałam zaskoczona zakończeniem – oczywistym wręcz mi się wydało, do czego to wszystko zmierza (motyw nienowy).

Chodziło mi przede wszystkim o grę motywami, zaskoczenie czytelników to przyjemny bonus.

To nie są w Polsce popularne samochody ;O

Ojciec miał dwa, więc może jestem skrzywiona, ale jak ktoś często wozi niestandardowe gabaryty to sensowna inwestycja ;)

 

Poprawki naniesione, wielkie dzięki.

Miło być nominowanym, piórkowanym jeszcze milej, więc mam nadzieję, że w pamięci zostaną same pozytywy: a nuż, widelec ktoś się skusi na Poego? ;>

 

I would prefer not to.

Już się skusił. Dziś zacząłem czytać opowiadania, bo wcześniej nie znałem gościa zupełnie.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

a nuż, widelec ktoś się skusi na Poego?

Ja się już kiedyś skusiłam (postawiłam sobie za punkt honoru od czasu do czasu przeczytać coś z klasyki) i dziękuję bardzo, to zdecydowanie nie dla mnie.

Znam tylko pięć liter ;)

Widzę, że nikt nie śmie upomnieć Hrabiego, że nominuje bez merytorycznego komentarza, więc Hrabia wielkodusznie upomina się sam i z racji, że Autorka zrekompensowała zawiedzionemu czytelnikowi brak wylewającego się z ekranu robactwa, przybywa nadrobić zaległość.

 

Co mnie przede wszystkim urzekło w tym opowiadaniu to narracyjna elegancja, z jaką prowadzisz czytelnika przez opowiadanie. Niby brakuje na początku jakiegoś konkretnego haka, ale nie miałem problemu ze zrozumieniem bohaterki (czyżby dlatego, że jest stereotypowa? A może to z Counta taka baba? ;P) i czytałem z zainteresowaniem.

Akcja ze sprzedawcą aparatów wprowadza tajemnicę i fajnie zagęszcza atmosferę.

Później następuje ten genialny moment:

– Dagerotypia jest super – powiedziała Ela, zamyślona. – W zależności od tego, pod jakim kątem patrzysz, to widzisz albo pozytyw albo negatyw.

– Jeżeli w środku w ogóle jest ta posrebrzana płytka… – Nagle w to zwątpiłam.

– To był negatyw, teraz pozytyw.

– Mam kwiatka do przesadzenia, będzie fajna doniczka – odpowiedziałam po dłuższej chwili.

No i… właśnie. Następnie, moim zdaniem, trochę przesadziłaś z tempem. Prowadzisz bohaterkę od checkpointu do checkpointu, nie pozwalasz tajemnicy rozkwitnąć i nabrać rumieńców.

Scena w pracowni szefa jest jak dla mnie najsłabszą częścią. Nie dość, jak to wspominali inni, rzucają się w oczy zbiegi okoliczności (akcja z wtargnięciem do pracowni), to jeszcze te dialogi nienaturalne, no i szef zachowuje się dziwnie – nie wiem co ćpa, ale widać gastro ma po tym solidne, skoro tak go wymiotło do najbliższego kebaba ;P

Później znów było lepiej, no a zakończenie to w ogóle zaserwowałaś klasowe. Być może to poniekąd efekt poboczny, wypadkowa tego tempa, ale ni stąd ni zowąd chłosnęłaś kilkoma akapitami i pozbawiłaś swoją bohaterkę jakichkolwiek nadziei. Okrutne, ale i na swój sposób piękne.

Ładnie w to wszystko wplotłaś Poego – jego opowiadania czytałem kilka dobrych wieków temu, ale ogólny sens załapałem. A wczoraj wróciłem do Lady Ligei i ugruntowałem się w dobrym wrażeniu ;)

Podobnie tytuł – niby szkoda, że nie o robalu, ale w zestawieniu z nawiązaniem do Poego… Cóż, właściwy. No i fajnie brzmi, to też ważne ;)

 

Obraz, który wybrałaś, naprawdę creepy, wplecenie w treść sztuki nienachalne, ale wystarczające, by nadać tekstowi specyficzny rys. Sam pomysł może nie należy do najlepszych wytworów Twojej wyobraźni, ale i tak jest dobry.

 

Czyli, reasumując – szkoda, żeś nie zwolniła i nie rozbudowała warstwy mistycznej, dosadniej nie opisałaś paranoi, nie dała bohaterce więcej wolności, zamiast prowadzić ją za rączkę. Ale i tak jest bardzo fajnie, tekst godny hrabiowskiej nominacji.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Już się skusił. Dziś zacząłem czytać opowiadania, bo wcześniej nie znałem gościa zupełnie.

A wczoraj wróciłem do Lady Ligei

Początek poesansu! ;D

 

@Anet

Poe ma straszliwie kwiecisty język i duszną atmosferę, ale klasyk i chyba warto choć raz spróbować, szczególnie jak ktoś nie próbował wcześniej ^^ 

 

@Count

skoro tak go wymiotło do najbliższego kebaba

ludzie czasami jadają obiady ><

Okrutne, ale i na swój sposób piękne.

@^▽^@

 

A z tempem narracji to szukam złotego środka, bo na razie wychodzi na to, że albo pętlę się w pętelki albo skacze od razu w zakończenie. 

I would prefer not to.

Wybranietz – wiadomo, jak już się marudzi, wypada wiedzieć, na co ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Naprawdę bardzo dobry tekst. Świetnie się czytało, nie mogłem się oderwać od ekranu. Wszystko napisane bardzo plastycznym językiem, zgrabny pomysł z połączeniem zaginionego obrazu z tekstem Poego, podoba mi się też motyw z wykorzystaniem dagerotypii i właściwości pokazywania pozytywu/negatywu. Przede wszystkim widać, że piszesz o czym, na czym się znasz (albo przynajmniej zrobiłaś bardzo solidny research). Nie jest to z pewnością opowiadanie grozy, ale jak napisała ninedin ma bardzo fajny klimat takiej niesamowitości, przez co ładnie nawiązuje do ducha twórczości Poego. Zakończenie też zgrabne, dobrze pasujące do całości i z pewnością nie rozczarowujące (chociaż nie rzucające na kolana jakimś zwrotem akcji).

Z minusów muszę się zgodzić z “ac”, że dwukrotne porównanie postaci na obrazie do bohaterki dzieł Poego to przesada. Za pierwszym razem wyglądało to na bardzo fajne, pomysłowe porównanie (jeszcze nie wiedziałem, że tak istotne dla fabuły), za drugim sprawiało już wrażenie niezbyt subtelnego wbijania czytelnikowi frazy do łba. Nie miałbym nic przeciwko kilku nawiązaniom do Poego w takim krótkim tekście, ale nie kiedy jest to dokładnie to samo porównanie. Zgodzę się też z NoWhereManem, że mam trochę problem z postacią sprzedawcy. Gdyby było go trochę mniej (w sensie po prostu normalny staruszek sprzedający graty) albo więcej, to wszystko by mi pasowało, a tak to coś tu nieco zgrzyta.

Ogólnie jednak jestem oczarowany :D

Dobra, zmieniłam drugą wzmiankę na coś neutralnego.

 

Co do staruszka – no cóż, dziewczę nie dotrwało do następnej giełdy, a miała na głowie ważniejsze sprawy niż aparat, więc nawet o tym nie myślała. Jakby Ela zaczęła zastanawiać się, co to stało się z jej koleżanką, to byłoby go więcej ;P

 

Ogólnie jednak jestem oczarowany :D

(^ω^)

I would prefer not to.

Podobało mi się, Wybranietzko. :) Klimatyczne opowiadanie z dobrą fabułą. Nie marszczyłem brwi, zastanawiając się, o co chodzi Autorce. To ważne, wielokrotnie bowiem, powtórzę się, wielokrotnie zdarzają się na NF opowiadania niejasne i wielokrotnie autorzy irytują się, że ich brać nie rozumie. A wyjaśnienie tego jest proste, biorą się za trudny temat, który nie potrafią właściwe przeredagować na słowo czytane. To taka mała dygresja, przepraszam.

Wracając do Twojego utworu, urzekły mnie ładnie wkomponowane informacje, dosyć specyficzne, o fotografii. Tak nienachalnie, ale interesująco wplatasz wątki techniczne. Dodaje to wiarygodności historii, buduje pewne specyficzne środowisko, ale nie na tyle, by zrazić czytelnika, a raczej zaciekawić i przyciągnąć. Dobra robota. :)

Z tytułem to jednak wtopa. Pewnie łechtają Cię wtrącenia o swoim ulubionym autorze, ale jak widzisz po komentarzach, czytelników już nie bardzo. Czerwie były też u Franka Herberta i pewnie w kilku innych istotnych powieściach. Szczerze mówiąc, spodziewałem się innej treści i gdyby nie dobre opowiadanie, pewnie bardziej bym Cię zjechał. Dlaczego? Człowiek rozczarowany jest bardziej złośliwy, bo podświadomie uważa, że gdzieś tam go “oszukałaś”. To chyba nie pierwsze Twoje opowiadanie z dyskusyjnym tytułem, warto się zastanowić, czy wnoszą one więcej dobrego czy złego do opowiadania.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

To ważne, wielokrotnie bowiem, powtórzę się, wielokrotnie zdarzają się na NF opowiadania niejasne i wielokrotnie autorzy irytują się, że ich brać nie rozumie.

Czy to jest o mnie? ;D

 

To chyba nie pierwsze Twoje opowiadanie z dyskusyjnym tytułem, warto się zastanowić, czy wnoszą one więcej dobrego czy złego do opowiadania.

To chyba nie ;) A przynajmniej nie kojarzę jakiś wielkich zarzutów odnośnie wcześniejszych tytułów.

 

Z jednej strony – racja, wyłączyły mi się zupełnie skojarzenie kulturowe z czerwiami jako takimi i przez to tytuł może być mylący.

Z drugiej – byli też tacy, co chwalili nawiązania do Poego ;) I z tej perspektywy tytuł jest konsekwentny, zasadny, a wtrącenia w połączeniu z obrazem dodają jakiegoś nowego waloru.

 

Dzięki za wizytę ^^

I would prefer not to.

Tak, tylko w perspektywie tysiąca czytelników, ilu byłoby tych, którzy pochwalą za Poego? Wszystko zależy, dla kogo piszesz i do kogo chcesz z pisaniem dotrzeć. Gdyby Twój utwór byłby rozmiarów powieści i chciałabyś to wydać, wydawca nalegałby na zmianę tytułu, tak myślę. 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Racja, gdyby to była powieść, to raczej nie użyłabym takiego tytułu.

Ale uznałam, że skoro jest szansa na feedback, to warto spróbować ;)

I would prefer not to.

Jest klimat grozy, godny konwencji gotyckiej. Dało się to wyczuć podczas lektury, więc gratulacje, że udało Ci się to osiągnąć (w każdym razie ja tak uważam ;)). Świetne tempo narracji, a intryga się piętrzy i piętrzy. Pewnie, te zbiegi okoliczności mogą razić, ale z drugiej strony, świetnie się komponują z wybraną konwencją, więc mi to nie przeszkadza.

A teraz przepraszam, właśnie łokciem zepchnęłam ulubioną szkatułkę. Muszę pozbierać rozsypane zęby ;)

Ach, dziękować ^^

Zęby to w liściach trzeba trzymać, starannie zapakowane, jak na gołąbki ;>

 

I would prefer not to.

Kurcze, czytałem “Czerwia” już dosyć dawno, na telefonie, bezsennym świtaniem na zasadniczo-cudzej podłodze, przywalony ciężarem sensu całego mojego życia (czyli nic nowego). A przyznaję się do tego, ponieważ mam poczucie, że niniejszy komentarz może się wydać dość mocno okrojony. A może szukam sobie pretekstu, by napisać taki właśnie okrojony komentarz – bądź co bądź mam za sobą kolejną nieprzespaną noc, która powoli jednak mnie dogania – i jednocześnie usprawiedliwienia?

Tak czy inaczej, jakkolwiek opowiadanie jest napisane w sposób przyjemny, samo w sobie stanowi bezsprzeczną wartość literacką, to jednak fabularnie raczej mnie wkurzyło i rozczarowało, a przy okazji też trochę znudziło, niż… no, cokolwiek innego.

Przede wszystkim przekombinowałaś z tym znikającym dziadkiem i jego magicznym aparatem. W trakcie lektury może i jakoś zbyt wiele myśli nie poświęcałem temu zagadnieniu, ale po jej zakończeniu pierwszą – i do tej pory najsilniej powiązaną z opowiadaniem – moją myślą było: Na chu… dy byk był ten koleś. Jedyny pozytyw całej sceny z jego udziałem, to dosyć silne skojarzenie z cholernym Stanem Lee pokazującym się w swoich (zazwyczaj) genialnych marvelowskich cameo. Ale poza tym – zupełnie bez sensu, bo facet nie jest tam ani trochę potrzebny w takim właśnie magicznym wydaniu – zupełnie wystarczyłoby, żeby po prostu był i zrobił swoje – a wciśnięty bohaterce aparat wcale nie musi być “specjalny” – wystarczyłoby, że jest stary i nietypowy, bo właściwy ciężar fantastyki w opowiadaniu i tak bierze na siebie obraz – bo jedno, co z tego wynika, to chaos i kupa pytań bez odpowiedzi.

Jedno – po co? – już zadałem. Skoro obraz sam w sobie był magiczny – pewnie nadużyję tego słowa, nim ten komentarz się skończy – to na co jeszcze dodawać aparat i dziadka? Kim w ogóle był ten dziadek? Miał coś wspólnego z obrazem, czy to jednak czysty, acz mało prawdopodobny przypadek, że te dwie moce praktycznie zetknęły się ze sobą tego samego dnia w tym samym miejscu i za sprawą tej samej osoby – ona w ogóle ma jakieś imię, bo, odstrzel mnie, nie kojarzę? Załóżmy, że to nie przypadek. Tylko w takim razie jaki sprzedawca miał w tym interes? Co nim kierowało? Co chciał osiągnąć?

Bez odpowiedzi na te i inne, pochodne pytania – że się powtórzę – cała ta scena z kupowaniem aparatu nie ma najmniejszego sensu, a tylko – że znów się powtórzę – wprowadza w konsternację i pozostawia po sobie niesmak niezrozumienia.

 

Później mamy odrobinę zbyt rozwleczoną historię zafiksowania się bohaterki na punkcie obrazu i finał, sam w sobie niezły, mocny, acz będący niepierwszą i pewnie nieostatnią – a przy tym nie najciekawszą ze znanych mi – wariacją pewnego motywu, którego szersze tutaj omawianie byłoby chamskim spoilerem.

To tak ogólnie. Szczególnie, to straciłem do intelektu protagonistki cały szacunek w momencie, kiedy odkryła, czym różnią się obie wersje zrobionego przez nią zdjęcia. Z tego, co wynika z tekstu, różnice są tak ogromne i oczywiste – szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę, że to właśnie uwiecznienie obrazu było głównym celem zrobienia tejże fotografii – że ilość czasu, jaką studnciara potrzebowała, by je dostrzec, wydaje się wręcz kuriozalna.

Ogólnie rzecz ujmując, sama historia nie porwała zanadto.

Natomiast od strony stricte literackiej, opowiadanie i owszem, byłoby. Błyskotliwa, wciągająca narracja okraszona nienachalnym, inteligentnym humorem, realistyczne, ciekawe dialogi (znów: + humor), postaci zupełnie do kupienia no i warstwa techniczna: od razu widać, że wiesz, co piszesz i o czym piszesz. A to zawsze fajnie wygląda i mocno plusuje. Przynajmniej u mnie.

 

Co tu jeszcze dodać? Może tak: dobranoc/dzień dobry.

 

Peace!

 

P.S. Jako zdeklarowany laik, jeśli chodzi o twórczość E.A. Poego, tytuł-metafora-czegoś średnio do mnie trafił.

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziadek tam trafił, bo pasował mi do atmosfery tego jarmarku i może przez to się uchował pomimo innych zmian w tekście. Ale uwagi o nim sobie zapamiętam.

 

Co do zdjęcia – ona nie zrobiła go specjalnie, z myślą o uwiecznieniu obrazu. Zdjęcie zrobiło się, ekhem, samo. Obraz nie jest na nim zbyt duży, a ja sama tyle razy szukałam zegarka (na ręce) nożyczek (na stole) kluczy (tam, gdzie zawsze), że uznałam to przeoczenie za prawdopodobne ale też nie twierdzę, żem śmietanka intelektualna. Chyba prędzej kefir ^^

 

No cóż, stworzenie narracji wciągającej w nudę to też coś ;)

 

Smuteczek!

I would prefer not to.

Nawet jeśli nie zrobiła tego zdjęcia specjalnie, obraz i tak był tym, co dla bohaterki stanowiło wisienkę na kefirku. ^^

 

Generalnie nie smutaj, bo nie masz ku temu powodów. Dysponujesz świetną “bazą”, więc zaryzykuję twierdzenie, że każdy kolejny tekst, który z niej wypuścisz, będzie tylko lepszy.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Lubię, jak jest o obrazach – pierwszy plus.

Lubię też, gdy bohater ma jakiś ciekawy zawód albo niszowe hobby i w nienachalny sposób pokazuje elementy swojego warsztatu – bardzo podobała mi się ta scena z lipowymi klocuszkami i w ogóle cała kuchnia studiowania konserwacji sztuki.

Lubię targi staroci, Wyczółkowskiego i Poego. I tu się przyczepię, bo te trzy elementy w tekście nie łączą mi się ze sobą. Każde dwa tak, ale nie w komplecie. Odnoszę wrażenie, jakbyś w trakcie pisania zmieniła pomysł na to opowiadanie. Zaczyna się od magicznego kramiku (Cień pisze, że ten wątek jest zbędny, a ja napisałbym, że porzucony), potem mamy quasi-kryminalną przygodówkę (tu dla mnie za mało obsesji, żeby usprawiedliwić zakończenie) i finał – zgadzam się, że klasyczny i zgadzam się, że ładnie napisany, tylko skąd, na Boga, ta Ligeja? Bo tajemnicza brunetka i podmiana bohaterek? “Ligeja” jest opowiadaniem o niezgodzie na umieranie i o sile woli, pokonującej śmierć. Zwłaszcza, kiedy powołujesz się na wiersz o czerwiu. Zabrakło mi we wcześniejszych partiach tekstu pokazania tego motywu, a przecież i malarstwo, i fotografia dają wdzięczne pole do symbolicznego dotknięcia tematu przemijania/nieśmiertelności. Tej łapczywości na życie i tego uwięzienia w ramach obrazu nie pokazujesz w sposób uzasadniający finałowy twist.

Zastanawiam się zresztą, aktem czyjej woli była finałowa podmianka. Czy to dziewczyna z obrazu tak bardzo chciała znowu ożyć, czy bohaterka, było nie było miłośniczka sztuki, chciała uciec od rzeczywistości i unieśmiertelnić się na srebrnej płytce? Byłbym bardzo zadowolony, gdybyś podsunęła mi w tekście podobne tropy.

i malarstwo, i fotografia dają wdzięczne pole do symbolicznego dotknięcia tematu przemijania/nieśmiertelności

Jak teraz o tym czytam, to jedynie mogę przyznać Ci rację.

Aż sobie zostawię ten komentarz w jakimś widocznym miejscu.

o niezgodzie na umieranie i o sile woli, pokonującej śmierć

O to mi chodziło – dlatego dziewczyna z portretu kusi, przyciąga uwagę i zajmuje myśli, by w końcu przeskoczyć w żywe ciało.

I would prefer not to.

Początek tego opowiadania jest równie zagracony, co stragany na jarmarku, który opisujesz. Przypominał mi taką lekturę z podstawówki pt. “Przypadki Robinsona Cruzoe”. Tam też były całe akapity, kiedy narrator bez kozery wymieniał, co Robinson znalazł w dżungli, czy na jakimś statku. A ja bez cienia skrupułu pomijałem te wyliczanki, bo co mnie to obchodzi. Tutaj też skanowałem kolejne wystawione na sprzedaż graty, bo uważam, że o ile budowanie klimatu jest istotne, no to nie tędy droga.

Cała reszta to jednak cud, miód i orzeszki. Są ciekawe, sympatyczne postaci. Akademicką codzienność znam z autopsji i mogę przyznać, że odwzorowałaś ją bardzo dobrze. Egzotyczne dla mnie klimaty sztuki i jej renowacji – cudne. Nie wiem, czy faktycznie się na tym znasz, czy to zasługa porządnego researchu, ale przekonałaś mnie. Początkowo irytowało mnie trochę zafiksowanie bohaterki na obrazie, bo wyglądało, jakbyś położyła na to zbyt duży nacisk i przez moment stałaś z fabułą w miejscu, zmierzałaś donikąd. Przestój był jednak chwilowy, bo zakończenie mnie zaskoczyło i ukontentowało. Faktycznie zapachniało Poe, a myślę, że to komplement.

Czyli parę drobiazgów bym tu widział w trochę innej formie, ale całość to kawał dobrego opowiadania. Gratuluję.

cobold: (tu dla mnie za mało obsesji, żeby usprawiedliwić zakończenie)

SłużbowaJasnaStrona: irytowało mnie trochę zafiksowanie bohaterki na obrazie, bo wyglądało, jakbyś położyła na to zbyt duży nacisk

 

no tak. ;D

 

Cieszę się, że zaskoczyło, zaciekawiło i w ogólnym rozrachunku wyszło na plus ;) 

I would prefer not to.

fiksacja to jeszcze nie obsesja ;)

Nominowałam, więc chyba już wszyscy wiedzą, że jestem na TAK.

Kupiłaś mnie silnym wątkiem sztuki. Jakoś często pasują mi teksty z nietuzinkowym tłem. Malarstwo sprawdza się nieźle.

Dobrze operujesz nastrojem, pokazujesz sporo detali, no, to opętanie wydaje się stopniowo narastać, chociaż do pewnego stopnia można je racjonalizować.

Historia mnie zaciekawiła, chciałam dowiedzieć się, co będzie dalej.

Babska logika rządzi!

Ode mnie ogromy plus za fotografię, a dagerotypię w szczególności. Tym mnie kupiłaś. Oczywiście bez ciekawej tajemnicy, swoistego śledztwa i dobrego warsztatu, byłoby to mało. Z połączenia tego wszystkiego wyszedł Ci świetny tekst, stojący jak dla mnie i klimatem (wywołującym lekki dreszczyk niepokoju) i historią. I zakończeniem, którego się nie spodziewałam – udało Ci się mnie zaskoczyć. 

Nie będę się wdawać w bardziej szczegółowe analizy – przepraszam, że tak lakonicznie. Powiem tylko krótko – jestem na tak. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ach, ach!

Dziękuję za miłe słowa ;D

I would prefer not to.

Przy tym opowiadaniu się chwilę wahałem, bo miałaś w tym miesiącu mocną konkurencję. Ale głosowanie piórkowe nie dotyczy tylko miesiąca, lecz ogółu. Nie owijając w bawełnę – jestem na tak. 

Rozpoczynasz faktycznie niespiesznie, co niektórych – jak choćby Brightside’a – może zniechęcić. U mnie masz już kredyt zaufania, co wpływa trochę na odbiór. Wierzyłem więc, że wiesz, dokąd zmierzasz. I zmierzałaś: niespiesznie, klimatycznie, tak jakby klasycznie. Dokąd dotarłaś? Z komentarzy, a także z tytułu i owej “Ligei” wynika, że jest tu jakiś klucz do interpretacji. Ja tego klucza nie użyłem (z Poego niewiele pamiętam), ale jakoś “wszedłem” – jak nie drzwiami, to oknem ;)

No, podobało mi się. Wrażenie robią szczegóły techniczne. Podałaś to przystępnie i wiarygodnie. (Jesteś chyba człowiekiem renesansu – dzisiaj w Empiku otworzyłem nieznane mi pismo, a tam Twoje nazwisko przy jakimś artykule ;)). Mniej wiarygodne jest to, że wszyscy bohaterowie opowiadania są jakoś zamieszani w całą sprawę… Ale zdałem sobie z tego sprawę dopiero po komentarzu Reg, to znaczy że wcześniej udało Ci się mnie przekonać. Zaciekawiłaś tajemnicą, a potem zaserwowałaś przyzwoite rozwiązanie. 

Warsztat jak zwykle bardzo dobry. Mam wrażenie, że skaczesz między różnymi stylami, ale w ten dobry sposób: dostosowując formę do treści. Przemycę tutaj komentarz o “Dioramie”: tam styl wywarł na mnie jeszcze większe wrażenie, choć po skończeniu opowiadania czułem, jakby coś mi umknęło; może taki już urok weird fiction. 

Podsumowując: ciekawa, współczesna i klasyczna zarazem fantastyka w dobrym wykonaniu. Jak dla mnie opowiadanie piórkowe, ale wierzę, że jeszcze nieraz nas (pozytywnie) zaskoczysz ;) 

Wohoo!

Dziękuję za miłe słowa ;)

 

To z Empika to raczej jednorazowa rzecz, tym większy zbieg okoliczności ;)

 

 

I would prefer not to.

Gratuluję piórka.

 

Przyjemny, poprawnie napisany tekst. Zakończenie nie było totalnym zaskoczen8em, ale całkiem przewidywalne też nie.

 

Moja ulubiona scena to ta gdzie bohaterka kupuje aparat. Opisy dziadka, układania sterty aparatów i jego ekspansji na tereny sąsiednich straganów miodzio ;-)

Zabrakło mi tylko trochę tła, lub go nie wyłapałem. Kim był dziadek? Czy bohaterka zamieniła się mieiscami z kimś, kto wcześniej też ugrzęzł w obrzie, czy to postać z obrazu, jego duch, wydostał się z ram?

 

No i pewnie się nie dowiem ;D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dziękuję! ;)

 

Chodź do mnie. Chodź do Ligei.

Zamknęłam na chwilę oczy, a kiedy je otworzyłam, nie mogłam się ruszyć. Zobaczyłam siebie, jak kręcę się po pokoju, klaszczę w dłonie i z zachwytem dotykam ciała.

Potem nie widziałam już nic, bo dziewczyna, moimi dłońmi, ostrożnie schowała dagerotyp do pudełka aparatu.

Zamieniła się miejscami z duchem z obrazu, czyli prawie Ci się udało ;D

I would prefer not to.

No i gitara!

 

Czyli ktoś zamalował, żeby uwięzić ducha w środku. A jak sam się przed duchem obronił? :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki, Mytrix.

Do szczęścia brakowało mi pisania tekstu o portreciście, który dorabia jako egzorcysta, wmalowywyjąc duchy w obrazy // którego mieszkanie jest mocno uduchowione, bo tak mogą duchy zasnąć, więc przylatują i go straszą, żeby je uśpił.

Z tematami jak z kichaniem, muszą być trzy razy, ech.

 

 

 

Dziewczyna sama zapisała się w portrecie, bo nie chciała umierać – tego może tam nie być, bo to opiera się głównie na skojarzeniu z Ligeią Poe.

I would prefer not to.

Ja tępy nestem na postacie historyczne, a tym bardziej związane ze sztuką, to nie wyłapałem.

 

O, Ryuk, aż człowieka naszła ochota na jabłka!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Wpadam z opóźnionym komentarzem piórkowym – wrzesień obfitował dla mnie w atrakcje. Jak zapewne już wiesz, głosowałem na TAK.

Historię prowadzisz spokojnie. Podoba mi się cała droga bohaterki. I choć trochę brakowało mi wyraźniejszego aspektu horrorowego, to jednak całość wyszła udanie. Zwłaszcza zakończenie :)

Dodatkowo mocny plus za aspekt techniczny i zawartą wiedzę :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki, zawsze miło czytać pozytywne komentarze – nawet po czasie ;)

I would prefer not to.

Przeczytałem pod kątem antologii. Jednego zupełnie nie rozumiem. I to tak bardzo, mam wrażenie, że coś mi umknęło. O co chodzi z tytułem? Kto jest czerwiem, jakim czerwiem, i czemu zwycięzcą? Mam wrażenie, że przypadkowo wkleiłaś tytuł z innego tekstu, choć to raczej niemożliwe. Edit. Doczytałem komentarze. Poe. Rozumiem, choć sam bym nie wpadł na to.

Nowa Fantastyka