- Opowiadanie: Realuc - Śpiew w Zaczarowanym Zagajniku

Śpiew w Zaczarowanym Zagajniku

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Śpiew w Zaczarowanym Zagajniku

Pokój

 

 

Miałem dwanaście lat, gdy pierwszy raz odwiedził mnie Pan Drzewko.

Pokój był wtedy całym moim światem. Tam się budziłem, jadłem śniadanie, śpiewałem, czytałem książki, śpiewałem, jadłem kolację, śpiewałem, i zasypiałem.

Cóż więcej mógł robić sparaliżowany od pasa w dół chłopiec, któremu życie przypisało dożywotni wyrok? Wózek inwalidzki, półki pełne książek, płyty z muzyką ulubionych zespołów i gruby marker pełniący rolę mikrofonu.

To był mój świat.

Nie potrafiłem pogodzić się z tym, co mnie spotkało. Z faktem, że dzieci za oknem biegają, grają w piłkę, jeżdżą na rowerze i robią wiele innych rzeczy, których ja nigdy nie miałem ani nie będę miał okazji spróbować.

Życie jest niesprawiedliwe.

Powtarzałem to niemal każdego dnia. Nic to jednak nie zmieniało. Nadal siedziałem w świecie zamkniętym w czterech ścianach, a inne dzieciaki uporczywie bawiły się pod moim oknem.

Jedyną bliską mi osobą była moja mama. Rzadko rozmawialiśmy, jednak mieliśmy tylko siebie. Ojciec porzucił ją niedługo po porodzie, gdy dowiedział się, że syn urodził się niepełnosprawny. Nigdy nie widziałem ani jego, ani choćby jednego zdjęcia, na którym jest. Nie robiło mi to żadnej różnicy. Był dla mnie tak samo obcy, jak ci wszyscy ludzie chodzący po chodnikach poza moim światem.

Wróćmy do Pana Drzewko. Obudził mnie w środku nocy. Stał nad łóżkiem i łaskotał mnie gałązkami, z których wyrastały młode, jasnozielone listki (gałązki były oczywiście jego rękami, gdyż Pan Drzewko, uwaga, w istocie był chodzącym, mówiącym drzewkiem), aż nie zerwałem się do góry i omal nie zacząłem krzyczeć. Powstrzymałem się jednak, zapaliłem nocną lampkę i zbadałem wzrokiem intruza. Był nieco mniejszy ode mnie. Wyrzeźbiona w pniu twarz wydawała się przyjazna. Chwyciłem wózek stojący tuż obok łóżka, wgramoliłem się na niego i zapytałem gościa:

– Kim jesteś?

Uśmiechnął się i wyciągnął do mnie gałąź, to znaczy rękę.

– Jestem Pan Drzewko.

Uścisnąłem liściastą dłoń. W końcu miałem mu nie ufać tylko dlatego, że był mówiącym drzewem?

– Dlaczego pan? Wydajesz się być młodym drzewkiem – stwierdziłem.

– A dlaczego nie? Ludzie lubią sobie wszystko utrudniać i stawiać niepotrzebne granice. Jak ty się nazywasz?

– Iwo.

– Mogę mówić do ciebie Pan Iwo? Zobaczysz, że nic się przez to nie zmieni.

Pokiwałem potwierdzająco głową. Wtedy myślałem, że śnię. Bo choć nie wychodziłem z domu i nie byłem obeznany w świecie, to nigdy nie słyszałem, aby kogoś odwiedziło gadające drzewo.

– Jak do mnie trafiłeś? – zapytałem.

– Szczerze mówiąc, przez przypadek. Choć osobiście w przypadki nie wierzę. Chciałbyś zobaczyć miejsce, z którego przybyłem?

Postukałem palcem o wózek inwalidzki. Pan Drzewko jednak uśmiechnął się jeszcze szerzej i podszedł bliżej.

– To nic takiego. Na wszystko można znaleźć wyjście – powiedział, objął mnie plątaniną gałęzi i chwilę później byłem przymocowany do jego pnia, z przodu. Nagle stał się większy. Czułem się jak mały kangur w torbie swojej matki. Gałęzie zabezpieczały mnie skutecznie, a z drugiej strony, było nawet całkiem wygodnie.

Chwilę później w podłodze w moim pokoju zniknęły panele i pojawiła się dziura. Bezgłośnie i nagle, jakby od zawsze tam była. Z dziury wyrosło drzewo, którego piękna, liściasta korona oparła się o cały sufit. W grubym pniu miało wielką dziuplę. Spokojnie cały bym się tam zmieścił, pomyślałem wtedy.

– Gotowy? – zapytał Pan Drzewko.

– Chyba tak – odpowiedziałem niepewnie i parę oddechów później znalazłem się w środku drzewa, które wyrosło w pokoju.

A potem była ciemność.

 

 

 

Zaczarowany Zagajnik

 

 

 

Wraz z oślepiającym blaskiem uderzyła mnie woń dziesiątek, nie, setek kwiatów. Kiedy odzyskałem wzrok ujrzałem je wszystkie. Czerwone, podobne do róż, jednak znacznie większe. Turkusowe, o kwiecie w kształcie piłki. Żółte, ogromne dzwonki, purpurowe coś, co przypominało paprocie i wiele, wiele innych. Słońce przyjemnie ogrzewało całą polanę, na której się znaleźliśmy.

Było ciepło, kolorowo, pachnąco.

Jak w bajce.

– Jeśli przejdziemy się kawałek, zobaczysz mój dom.

Nie spuszczając oka z przelatującego mi nad głową podobnego do osy owada wielkości wróbla, odpowiedziałem:

– Pewnie, czemu nie. Podoba mi się tutaj.

– No to w drogę.

Pan Drzewko upewnił się, czy sploty z gałęzi skutecznie mnie podtrzymują i ruszyliśmy przez kolorowe morze kwiatów i traw. Odgłosy owadów i ptaków, choć wydawały się znane, odbiegały nieco od tych, które miałem okazję słyszeć za oknem pokoju.

– Opowiedz mi coś o sobie, Panie Iwo – zaczął rozmowę Pan Drzewko.

– Nie ma o czym mówić… W moim życiu niewiele się dzieję. Zresztą pewnie się domyślasz, co jest tego powodem.

W oddali ujrzałem zarys pierwszych drzew. Chwilę później okazało się, że jest to mały las, rosnący jako okrąg na środku ogromnej polany, niczym niespodziewana oaza na pustyni.

– To może powiesz mi, co lubisz robić? Każdy coś lubi – ciągnął przewodnik wycieczki.

– Hmm… Znalazłoby się parę rzeczy, choć najbardziej lubię śpiewać. Tak, śpiewać.

Pan Drzewko zmierzał prosto w stronę lasu. Dostrzegłem wielkie, rozłożyste korony i szerokie, prawie jak garaż mamy, pnie. Nigdy nie widziałem tak wielkich drzew. Ani w telewizji, ani w książkach.

– Zaśpiewasz coś, Panie Iwo? Choć parę słów. Lubię muzykę natury. Twojej też z chęcią posłucham.

– No, dobra… ale tylko jedną zwrotkę!

Wziąłem głęboki oddech i zaśpiewałem:

 

 

Samotny bóbr, co rzeką rwącą płynął,

postawić chciał tamę wśród kniei.

Choć ze zmęczenia prawie ducha wyzionął,

otuchy dodały mu drzewa, szum nadziei.

 

 

Pan Drzewko podskoczył radośnie, aż się przestraszyłem. Gdyby miał wolne gałązkowe ręce, to chyba by wtedy zaklaskał.

– Pięknie śpiewasz, Panie Iwo! I ten tekst…

– Tekst nie jest mój – przerwałem. – Pochodzi z płyty do lekcji przyrody. Utwór nazywa się Szum Nadziei i ma na celu przekazać, jak ważne są drzewa. Lubię tę piosenkę. I uznałem, że…

– Że piosenka o drzewach będzie odpowiednia w sytuacji, kiedy niesie cię drzewo? I miałeś rację, Panie Iwo! Jakaż żywa istota nie chciałaby usłyszeć, że jest ważna.

Chciałem wtedy myśleć, że jestem ważny. Choć trochę. Jednak dla kogo mogłem taki być, siedząc wiecznie w małym pokoju?

Liściasty przewodnik zatrzymał się nagle, a mnie z namysłów wyrwała ściana lasu. Szumiąca na lekkim, przyjemnym wietrze. Prawie jak w piosence…

– Witaj w Zaczarowanym Zagajniku, Panie Iwo. Domu moim jak i moich przyjaciół, których niebawem poznasz.

Zachichotałem pod nosem.

– Coś się stało? – zapytał Pan Drzewko.

– Nie, nic. Tylko trochę rozbawiła mnie ta nazwa. Przepraszam, nie powinienem. Czy trafiłem do jakiejś bajki?

Tym razem zaśmiał się mój nosiciel. Ale nie szyderczo albo wyśmiewająco, a ciepło i życzliwie.

– Bajka to nie jest żadne konkretne miejsce. Tam, gdzie jesteś szczęśliwy, tam jest twoja własna bajka. A co do nazwy mego domu, cóż, Panie Iwo. Powtórzę raz jeszcze. Wy, ludzie, macie tendencję do utrudniania sobie życia. Co widzisz przed sobą? Zagajnik. Na dodatek jest zaczarowany, o czym cię zapewniam. Dlaczego więc nie może zwać się Zaczarowanym Zagajnikiem?

Nie odpowiedziałem. Pan Drzewko wydawał się być mądrym drzewem. Miłym i całkiem sympatycznym. Chyba już wtedy zacząłem go lubić.

Wkroczyliśmy między wielkie, ciemnobrązowe pnie.

 

 

***

 

 

Zaczarowany Zagajnik rzeczywiście okazał się magiczny. Wielobarwne świetliki były wszędzie, tak samo jak unoszące się nad ziemią, o różnych wielkościach i odcieniach, głazy. Przechodząc pod niektórymi Pan Drzewko nie musiał się nawet pochylić. Patrzyłem z niedowierzaniem, czy naprawdę nic ich nie podtrzymuje. Nie dostrzegłem niczego. Wszystkie drzewa wokół miały wyryte w korze twarze, choć nic do nas nie mówiły, jedynie odprowadzały smutnym wzrokiem.

– Od wieków nie mogą wypowiedzieć ani słowa. Legendy mówią, że odezwą się dopiero w dniu, w którym na nowo odnajdą sens swojego istnienia – wyjaśnił Pan Drzewko.

Pomarszczone, brązowe twarze patrzyły na mnie podejrzliwie. Dziwnie się czułem. Wtedy naszła mnie pewna myśl. Magiczne drzewa nie mogły chodzić, tak jak ja, ale nie mogły też mówić. Co bym zrobił, gdybym nie był w stanie otworzyć ust?

Pan Drzewko zatrzymał się nagle. Stał przed ogromnym, szpiczastym głazem unoszącym się nad niewielkim stawem. Z wnętrza kamienia tryskała, niczym z fontanny, błękitna woda. Zanim zdążyłem się zachwycić tym magicznym widokiem, coś wyskoczyło z pobliskich krzaków.

Grzyb. Chodzący grzyb. Miał czerwony jak muchomor kapelusz, krótkie rączki i nóżki wystające z ogonka, a wielkością prawie mi dorównywał. No, jeśli stanąłbym na nogi.

– Mamy gościa! Mamy gościa! – krzyczał radośnie, podskakując w miejscu.

Chwilę później pojawiła się kamienna postać o posturze człowieka. Wyglądała jak golem z obrazków z moich książek. Zaraz za nią, z gęstwiny wyszedł wysoki na co najmniej trzy metry kwiat, przypominający słonecznik.

– Mamy gościa! Mamy gościa! – krzyczało nadal najmniejsze z magicznych stworzeń.

– Spokojnie, Panie Grzybku, wszyscy już są. Oto nasz gość, Pan Iwo.

– Witaj w Zaczarowanym Zagajniku, Panie Iwo! – wyrecytowała równo cała trójka.

Pan Drzewko zaczął przedstawiać swych przyjaciół:

– To, jak już słyszałeś, jest Pan Grzybek. Miły, strachliwy i jak widzisz, trochę narwany.

Przedstawiony podskoczył dwa razy. Był ciągle uśmiechnięty, w przeciwieństwie do stojącego obok stworzenia.

– To jest Pan Głazik. Nieco posępny, jednak wielce pomocny i życzliwy.

Golem podszedł i uścisnął moją dłoń. Był zimny jak… kamień.

– A to jest…

– Niech zgadnę, Pan Kwiatuszek? – przerwałem Panu Drzewko, chichocząc mimowolnie.

– Byłeś blisko. To jest Pani Kwiatuszek.

Dopiero wtedy dostrzegłem, że jej twarz widniejąca w koszyczku, pośrodku żółtego obramowania liści przypominających duże języki, rzeczywiście ma coś z kobiety. To, jak się poruszała dzięki łodydze, również. Strzeliłem gafę, jednak Pani Kwiatuszek nie była, a przynajmniej nie okazała tego, urażona. Zamiast tego rzekła ładnym, spokojnym głosem:

– Cześć, przystojny młodzieńcze. – Mrugnęła do mnie.

– No, skoro już się poznaliście to może… O, nie.

Pan Drzewko popatrzył w prześwitujące między koronami drzew ciemniejące niebo i następne słowa skierował do mnie:

– Musisz już wracać. W twoim świecie zaczyna się dzień.

– Odwiedzisz mnie jeszcze? Zabierzesz tutaj kolejnej nocy? – pytałem pełen nadziei.

– Oczywiście. Przecież ledwo co się poznaliśmy, a nie zdążyliśmy nawet niczym cię poczęstować.

Obok stawu wyrosło nagle drzewo z przestronną dziuplą. Pan Grzybek podskakiwał, Pan Głazek ukłonił się lekko, a Pani Kwiatuszek przytknęła liść do ust i posłała mi całusa.

A potem była ciemność.

 

 

 

Pokój

 

 

 

Gdy obudziłem się następnego dnia, byłem pewien, że to wszystko było snem. Cudownym, magicznym snem. Miałem jednak młodzieńczą nadzieję, że Pan Drzewko odwiedzi mnie i tej nocy.

Mama przyniosła śniadanie. Tosty z serem i szynką i kubek gorącego kakao. Wymieniliśmy parę zdań, oznajmiła, że jedzie na zakupy i zostałem sam. Zjadłem, wgramoliłem się na wózek, załatwiłem poranną toaletę i wróciłem do pokoju, zamykając się w moim świecie.

I rozmyślałem.

O pięknym, fantastycznym świecie, o Zaczarowanym Zagajniku i jego mieszkańcach, o wszystkim, czego doświadczyłem. Tam po raz pierwszy poczułem, że żyję. Nie myślałem o ułomności, na którą byłem skazany na co dzień, jakby nogi Pana Drzewko były moimi. Nikt nie patrzył na mnie krzywo, nikt nie wytykał palcami. Wszyscy byli mili i życzliwi.

Jak w bajce.

Wygrzebałem z kartonu płytę muzyczną z lekcji przyrody. Włożyłem do odtwarzacza i przesłuchałem. Raz, drugi, trzeci. Kiedy przypomniałem sobie już dobrze cały tekst, zacząłem śpiewać. Przy trzeciej zwrotce w uchylone okno uderzył kamień. Na szybie pojawiła się mała pajęczyna pęknięcia, a z zewnątrz dobiegł krzyk:

– Ciszej tam, pokraczne zombie! Przeszkadzasz nam w zabawie!

Zamknąłem okno, wyjąłem płytę i cisnąłem ją w kąt. I rozpłakałem się. Płakałem długo, czując jedynie bezradność.

Reszta dnia była wyłącznie czekaniem na noc. Na cichą ulicę za oknem i księżyc na niebie, które niosły nadzieję.

 

 

***

 

 

Nie rozczarowałem się. Ani tamtej nocy, ani żadnej innej przez kolejne kilka miesięcy. Pan Drzewko przychodził zawsze o tej samej porze, niedługo potem w pokoju wyrastało drzewo, a ja przenikałem do magicznej krainy.

Tam jadłem wielkie, soczyste owoce, które mnożyły się w nieskończoność za pomocą magii Zaczarowanego Zagajnika. Podczas takich owocowych uczt wiele rozmawialiśmy. Dowiedziałem się między innymi o tym, że Wielkie Drzewa, niegdyś mówiące i uśmiechnięte, zaczarowały ów zagajnik, aby mogły schronić się w nim wszystkie dobre istoty. Z czasem jednak drzewa o ludzkich twarzach straciły moc i do tej pory jej nie odnalazły. Ponoć nadal była w ich pniach, dziuplach i liściastych koronach targanych wiatrem. Ten, który nosił mnie w swoich gałęziach, powiedział:

– Kiedy już coś w sobie zatracimy, bardzo trudno to przywrócić. Wszyscy znamy uczucie, jakim jest miłość, prawda? Zakochać się można niezwykle łatwo i szybko, jednak kiedy się rozczarujemy, długa i ciężka droga nas czeka, nim ponownie pokochamy.

Nic wtedy nie odpowiedziałem, bo i nie bardzo w ten czas miałem pojęcie, czym jest miłość. Dowiedziałem się również, że przez to, iż zagajnik nie był już chroniony żadnymi zaklęciami, zbliżały się do niego złe istoty. Nazywali je, nie zaskoczę was, Złymi.

Tak rozmawialiśmy i siedzieliśmy każdego dnia, mojej nocy, przy stawie, nad którym unosił się zaczarowany głaz. Szary kamień, który ostrym krańcem prawie dotykał już tafli wody, gdyż magia zagajnika nie zniknęła nagle, jak za pstryknięciem, lecz umierała powoli, jak dopadnięta przewlekłą, wykańczającą organizm chorobą.

Pan Drzewko był bardzo mądry. Na wszystko znał odpowiedź, jednak w sprawie zbliżającego się zagrożenia był całkowicie bierny. Mówił jedynie:

– Co ma się wydarzyć, to się wydarzy.

Jego lubiłem najbardziej. Z czystym sumieniem mogę nawet rzec, że stał się moim przyjacielem. Pierwszym i ostatnim zarazem.

Pan Grzybek był sympatyczny i zawsze wesoły. Lubił żartować i wciąż się śmiał. Dusza towarzystwa. Przeciwieństwo…

…Pana Głazika. Ten to był zimny jak skała, co w sumie nie było takie dziwne. Niewiele się odzywał, jednak kiedy Pana Drzewko łapało zmęczenie to ponurak zawsze brał mnie na swoje barki. Był bardzo silny, czego doświadczyłem niejeden raz na własne oczy.

No i Pani Kwiatuszek. O tym dziwnie mi mówić, gdyż, jakby to ująć… Pani Kwiatuszek się we mnie zabujała. Była naprawdę fajną koleżanką. Gdyby była człowiekiem, pewnie przeżyłbym z nią pierwszy, młodzieńczy związek. Nie przeszkadzało jej to, jaki jestem. Była bystra, dowcipna i miła. Ale była też chodzącym słonecznikiem. I nie, żebym dyskryminował kwiatki czy coś, ale wydawało mi się to wtedy zbyt absurdalne. Podkreślam: wtedy.

I tak po paru miesiącach wycieczek do Zaczarowanego Zagajnika nastała ta ostatnia. Ta, która miała zmienić wszystko. Zarówno w magicznej krainie jak i w moim życiu.

Za oknem pokoju była zima. Czasami nawet o tym zapominałem, gdyż z domu nie wychodziłem prawie wcale, a w krainie, do której trafiałem co noc, zawsze była piękna, słoneczna pogoda.

Jak w bajce.

 

 

Zaczarowany Zagajnik

 

 

– Co to będzie, co to będzie!? – wykrzykiwał przerażony Pan Grzybek, podskakując raz za razem.

Przez rozłożyste korony posępnych drzew przedarły się pierwsze krople deszczu. Słońce zaszło za chmurami, zrobiło się szaro i pochmurno. I zimno.

Byłem wtedy w piżamie z wizerunkami superbohaterów, jednak nie dodawało mi to w żaden sposób odwagi. Czułem ogromny lęk. 

Pan Głazik wyłonił się z krzaków i rzekł ponuro:

– Już idą. Zaraz tu będą.

– O, nie! Co to będzie, co to będzie!? – Pan Grzybek biegał wokoło stawu.

Pan Drzewko posadził mnie pod jednym z drzew o smutnej twarzy. Zaprotestowałem:

– Nie! Nie zostawiaj mnie tutaj! Chcę bronić Zaczarowanego Zagajnika z wami!

– Ależ Panie Iwo – zaczął. – Nie możesz narażać się dla naszego świata.

– Niby dlaczego!? Wasz świat stał się moim, jest o wiele lepszy od tego w czterech ścianach. Chcę go bronić!

Pan Drzewko położył gałązkę na moim ramieniu, przybliżył twarz wyrzeźbioną w korze i powiedział:

– Bez magii Wielkich Drzew nic nie wskóramy. Żyłem nadzieją, że do tego dnia powróci. To była nasza jedyna szansa. Źli boją się tylko jej. Ale zawsze trzeba próbować, prawda? Kiedy nam się nie uda, proszę cię, abyś wszedł do dziupli. – Z ziemi, tuż obok, wyrosło dobrze mi znane drzewo. – Masz jeszcze wiele do zrobienia w swoim świecie, Panie Iwo. Wierzę w to. Nie zmarnuj tej szansy. Życie bywa sprawiedliwe, musimy tylko w to uwierzyć.

I zostawił mnie.

Chwilę później podeszła do mnie Pani Kwiatuszek, nachyliła się, muskając twarz żółtymi płatkami, i szepnęła do ucha:

– Wiedz, Panie Iwo, że pokochałam cię takim, jakim jesteś. Pamiętaj o mnie.

Wtedy pierwszy i ostatni raz w życiu pocałowałem się z kwiatem.

Pan Głazik mocno mnie uściskał, nie odzywając się ani słowem, jak to miał w zwyczaju, a Pan Grzybek pomachał mi drżącą ręką. Pod jego małymi oczkami, ukrytymi pod kapeluszem, dostrzegłem łzy. A może to były krople deszczu?

Nagle rozległ się przeraźliwy ryk. Chwilę później je zobaczyłem.

Złe Istoty.

Nie miały określonego kształtu. Nie potrafię ich nawet opisać. Były przemykającymi od drzewa do drzewa, od skały do skały, cieniami. Mrocznym, zabójczym cieniem z długimi pazurami i o mrożącym krew w żyłach spojrzeniu.

Pan Głazik rzucił się na nie pierwszy, krzycząc wściekle. Był bardzo silny. Mocnymi ciosami kamiennych rąk powalił wiele Złych, jednak w końcu oblazły go jak mrówki, a on padł bezradnie na kolana.

Pan Grzybek gdzieś się schował, zabrakło mu odwagi. Mnie zresztą też, bo gdy ujrzałem, jak Źli rzucają się w stronę Pana Drzewko i Pani Kwiatuszek, zamknąłem oczy i zacząłem szlochać. Dźwięki dochodziły do mnie jak przez mgłę, jak przez barierę, którą postawiłem w głowie, aby nie słyszeć. Aby wmówić sobie, że to nie dzieję się naprawdę.

Urwany krzyk Pani Kwiatuszek. Aż mną wstrząsnęło.

Uchyliłem jedną powiekę. Nigdzie jej nie widziałem, za to przed moimi oczami rozgrywał się dramat. Pan Drzewko leżał na ziemi, a Zły, z otworzoną szeroko paszczą, wyciągał z przyjaciela życie. Listki więdły, a kora ciemniała.

Wtedy ujrzałem Pana Grzybka kulącego się w pobliskich zaroślach i krzyknąłem do niego:

– Hej! Zrób coś! On umiera!

– Ale ja… ja… Nie potrafię!

Mrugnięcie oka później Zła Istota porwała Pana Grzybka i zniknęła w ciemnej gęstwinie. Byłem bliski tego, aby czołgając się, wejść do dziupli i zniknąć, jednak zrobiłem coś innego. Do dziś nie mam pojęcia, dlaczego, ale… Zacząłem śpiewać. Robić jedyną rzecz, która mi w życiu wychodziła. Śpiewałem głośno i wyraźnie, najładniej jak potrafiłem. Słowa piosenki niosły się między drzewa:

 

 

 

Samotny bóbr, co rzeką rwącą płynął,

postawić chciał tamę wśród kniei.

Choć ze zmęczenia prawie ducha wyzionął,

otuchy dodały mu drzewa, szum nadziei.

 

Smutny lisek, co dzieci swe opłakiwał,

przez bandę okrutnych złodziei.

Odnalazł je, uratował, przywitał,

odwagi dodały mu drzewa, szum nadziei.

 

Malutki wróbelek, co leciał do domu,

podczas wielkiej, mocnej zawiei.

Mimo, iż drogę miał trudną, wśród dźwięku gromu,

siły dodały mu drzewa, szum nadziei.

 

 

Kiedy skończyłem, wszystko stało się naraz. Poczułem jak drzewo, o które się opierałem, poruszyło się gwałtownie. Obróciłem się i ujrzałem uśmiechniętą twarz wyrytą w korze. Deszcz przestał padać. Spojrzałem w lewo, w prawo. Wszystkie Wielkie Drzewa zaczęły szeleścić swoimi gałęziami, a na ich twarze powracały radość i życie. Strażnicy Zaczarowanego Zagajnika odezwali się w jednym momencie, niczym jednym, donośnym głosem:

– Dziękujemy ci, Panie Iwo. Przywróciłeś nam wiarę i chęci.

– Ale… Jak?

– Swym cudownym śpiewem. Nigdy nie słyszeliśmy czegoś równie pięknego, co sprawiłoby, że warto żyć. Co uświadomiłoby nam, że jesteśmy ważni i potrzebni. Jak każdy. Ty również, Panie Iwo. Nie zmarnuj swojego daru. Możesz dzięki niemu uleczyć jeszcze niejedną duszę. A teraz wybacz, ale czas przepędzić stąd Złe Istoty raz na zawsze.

Magiczny, kolorowy pył, który posypał się z liściastych koron Wielkich Drzew, zaścielił cały zagajnik. Mroczne cienie, rycząc wściekle, zniknęły tak samo szybko jak się pojawiły. Głaz nad stawem znowu unosił się wysoko, jednak nikogo przy nim nie było…

Pan Drzewko leżał w wysokiej trawie. Czołgałem się w jego stronę, mając nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Że będzie po staremu, jak wcześniej.

Kiedy w końcu dotarłem do przyjaciela, z trudem przewróciłem go na plecy. Wyglądał jak wysuszone, wręcz strawione ogniem umarłe drzewo, z którego opadły niemal wszystkie liście. Nagle otworzył oczy. Serce mi urosło.

– Żyjesz! Panie Drzewko, tak się bałem!

Położyłem głowę na drewnianej piersi.

– Uratowałeś nasz zagajnik. Sprawiłeś, że Wielkie Drzewa odnalazły swą moc. Jesteś bohaterem, Panie Iwo.

Zacząłem płakać. Odezwałem się łamiącym się głosem:

– Wyzdrowiejesz, prawda? A reszta? Też wróci cała i zdrowa? Powiedz, że tak!

Rozejrzałem się pośpiesznie, ale zobaczyłem jedynie to, czego nie chciałem widzieć. Kawałki skruszonego kamienia i żółte kwiaty leżały na leśnej ziemi. Szybko odwróciłem wzrok.

Pan Drzewko sięgnął po ostatnią zdrową gałązkę, z paroma zielonymi listkami, która sterczała mu z nogi, ułamał i wręczył mi ją mówiąc:

– Zaczarowany Zagajnik stanie się domem dla kolejnych Dobrych Istot. Dzięki tobie. Cieszę się, że cię poznałem, Panie Iwo. Zabierz to na pamiątkę.

Wziąłem gałązkę. Nie dałem rady się wtedy odezwać. Chciałem mu tyle powiedzieć, pożegnać się w jakiś sposób. Nie zrobiłem nic.

Nie potrafiłem.

Przytuliłem go w milczeniu, łkając, i odczołgałem się w stronę drzewa z dziuplą. Kiedy po raz ostatni wchodziłem w magiczną, czarną dziurę, żegnał mnie śpiew Wielkich Drzew.

 

 

 

Ogród

 

 

Siedzę na wózku inwalidzkim przed domem, czekam na ciotkę. Ma mnie zawieźć do szpitala, gdzie rozpocznę chemioterapię.

Mam trzydzieści jeden lat i nowotwór złośliwy jelita.

Pamiętacie, co mówił Pan Drzewko?

Życie bywa sprawiedliwe, musimy tylko w to uwierzyć.

Czy moje jest sprawiedliwe? Trudno orzec. Z jednej strony nie dość, że całe życie byłem w tak okrutny sposób poszkodowany, odstając od większości otaczających mnie ludzi, to teraz jeszcze spotkało mnie coś takiego.

Z drugiej zaś osiągnąłem tyle, czego zazdrościć mogłaby mi niejedna w pełni zdrowa osoba. Po ostatniej wizycie w Zaczarowanym Zagajniku wiele się zmieniło w moim życiu. Postanowiłem skupić się na tym, co kocham i dążyć do celu, starając się nie użalać nad sobą. Nie zawsze wychodziło, jednak z czasem trafiłem do jednej z najlepszych wytwórni muzycznych w kraju, wydałem sześć płyt, w tym dwa bestsellery. Wożono mnie na dziesiątki koncertów, na których były dla mnie tysiące ludzi.

Szybko osiągnąłem wiele, tak samo szybko teraz to tracę.

Matka zmarła, gdy miałem dwadzieścia lat. Prócz niej i magicznych istot z Zaczarowanego Zagajnika nigdy nie miałem już prawdziwych przyjaciół ani bliskich mi osób. Do końca będę wdzięczny Panu Drzewku, Panu Głazikowi, Panu Grzybkowi i Pani Kwiatuszek, że dzięki nim, w jakiś sposób, odnalazłem drogę na życie, choć jak wszystko wskazuje, dość krótkie.

Nagle podjeżdża czarny mercedes. Ciotka wychodzi z auta, posępna i przygarbiona jak zawsze.

– Gotowy? – pyta ponuro.

– Daj mi pięć minut.

Kieruję wózek w stronę ogrodu. Wjeżdżam na wyłożoną brukową kostką ścieżkę i jadę między krzewami, śliwami, jabłoniami i całą masą innych drzew. Mijam głazy pomalowane na różne kolory, stawik, w którym umieszczono wielki, marmurowy podest na którym spoczywa szpiczasty głaz. Z czubka kamienia tryska woda. Wszystkim zajmuje się mój ogrodnik, a architekt zaprojektował cały ogród według mojego opisu. Opisu Zaczarowanego Zagajnika.

Zatrzymuję się przed małym, młodym drzewkiem, stojącym wśród wysokich brzóz. Posadziłem je prawie dwadzieścia lat temu. Wyrosło z jednej, niewielkiej gałązki i w pewnym momencie postanowiło nie piąć się więcej w górę. Tak, jakby miało tu być już zawsze.

Wyciągam z plecaka małą, drewnianą tabliczkę i wbijam ją w ziemię, tuż przed drzewem. Wyryty na niej napis głosi:

 

PAN IWO.

 

 

Uświadomiłem już wszystkim, gdzie w razie czego chcę być pochowany, jednak wolałem mieć pewność. Ściskam najbliższą gałązkę i mówię cicho:

– Trzymaj się, Panie Drzewko.

Nie wiem, cóż więcej mogę rzec.

Ciotka trąbi, obracam się i jadę w stronę samochodu. Zaczynam nucić pod nosem jedną z moich ostatnich piosenek. Opuszczam swój własny, Zaczarowany Zagajnik, śpiewając:

 

Choć jutro niepewne, pójdę przed siebie,

z podniesionym czołem i z muzyką na ustach.

Choć jutro niepewne, może przywitają mnie w niebie,

dziś będę sobą, dziś będę sobą jak zawsze…

Koniec

Komentarze

Nie mogę się zabrać do komentarza, choć przeczytałam w południe…

 

Lubię pozytywne historie, lubię magiczny realizm w takim, a nie pokrętnie psychoanalitycznym wydaniu, więc właściwie dużo mi się tu podobało. Historyjka, główny bohater, prostota opowieści, zwyczajność baśniowości – bez zadęcia, bez wymyślania bógwiejakich stworów, ale też bez prostego happy endu.

 

Niestety wykonanie trochę zabija to opowiadanie. Czytałam na komórce i niestety nie mam czasu na drugą lekturę z łapanką, a przydałaby się ona, przydała…

 

Ograniczę się do tego, że jako poetry nazi mam problem z piosenką. Piszesz, że to z książeczki dla, jak się należy domyślić, raczej bardzo młodego czytelnika. W takim przypadku zazwyczaj priorytetem jest to, żeby wierszyk miał prostą formę, czyli najbardziej naturalny możliwy rytm, co oznacza m.in. bardzo regularną wersyfikację, opartą na naturalnych dla prozodii polskiej nieparzystozgłoskowych wersach.

A u Ciebie jest tak:

11-9-12-13 (bóbr), 12-9-11-13 (lisek), 12-9-13-12 (wróbelek) oraz 11-13-15-13 (ostatnia piosenka). Na dodatek w trzynastozgłoskowych wersach totalnie sypie się średniówka i w sumie żywcem nie brzmi to wszystko jak wierszyki/piosenki dla dzieci, ale jak na siłę zrymowana proza. Ostatnia piosenka to inna bajka, bo tu linia melodyczna może być dowolna, aczkolwiek piętnastozgłoskowy wers jest dość ryzykowny.

Sugerowałabym popracowanie nad tymi tekstami (służę w razie czego pomocą, mam spore doświadczenie w publikowaniu tłumaczeń bardzo klasycznej poezji), żeby brzmiały jak należy.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@Drakaino, na wstępie dziękuję za pierwszy komentarz. Rad jestem, że jednak się do niego zabrałaś :)

Zdaję sobie sprawę, że znajdą się w tym opowiadaniu błędy, bo jest to moja słaba strona, ale robiłem trzy korekty i nie wiem, czy wiele więcej wyłapałbym sam, więc poczekam, może jakaś dobra duszyczka coś podpowie.

Pomijając warstwę techniczną i piosenkę ( do której przejdę niżej ), niezwykle cieszy mnie, że dużo Ci się podobało ;)

A jeśli chodzi o utwory, co do których tak się rozpisałaś, to w żaden sposób nie będę ich bronił, gdyż zwyczajnie słabo się znam na muzyce ( od strony twórczo-kompozytorskiej ). Jeśli oferujesz pomoc w tym zakresie to byłbym baaardzo wdzięczny, z największą chęcią skorzystam ;)

Do mnie niespecjalnie przemówiło. Niby sympatyczny utwór, z przesłaniem, powinien mi się spodobać, a tu nici.

Podejrzewam, że jestem już dużo za duża na ten poziom. Albo odbiłam się od moralizatorstwa czy literackiego znęcania się nad dziećmi.

Nie wydaje mi się, że jest dużo do poprawiania. A przynajmniej nic strasznego mi się w oczy nie rzuciło. Ale ani w ząb nie znam się na poezji.

Babska logika rządzi!

Realucu, na muzyce znam się tyle co przeciętny meloman, natomiast w tłumaczeniu poezji mam dobre publikacje, że się tak wyrażę, i spore sukcesy, a że zdecydowanie preferuję tłumaczenie wierszy formalnie tradycyjnych niż wolnych, więc rymy i rytmy to mój żywioł. Postaram się zaproponować jakąś wersję tych twoich rymowanek, ale pewnie po weekendzie, bo lada moment wyjeżdżam na wakacje.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@Finklo, rozumiem Cię, bo w zasadzie też mam tak jak Ty :D Aleee… lubię eksperymentować, więc powstał taki a nie inny tekst. 

@Drakaino, czekam z niecierpliwością ;)

Sympatyczny tekst o ciepłym przesłaniu. Taki do przeczytania i chwilowego zadumania. Bohaterowie prości, ale pasują do wybranej formy. Same wydarzenia jakoś mocno mnie nie ruszyły, ale są spójne i wyrażają to, co zapewne chciałeś przekazać ;)

Podsumowując: okej, z niezłymi fajerwerkami. Na klika się załapałeś :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@NoWhereMan, dziękuję za klika ;) Miało być dokładnie tak jak piszesz, więc cieszę się, że moje założenie się udało :)

Nie jestem targetem takich opowiadań, ale nie sposób go nie docenić. Jestem w nim coś ze współczesnej baśni. To dziwne, ale kalectwo i nawet poważna choroba jest tu gdzieś z boku. Niby to główne motywy opowiadania / działania bohatera, ale przyćmiewa je zupełnie zaczarowany zagajnik. Może wynika to z pogodzonej ze światem perspektywy bohatera? Ze spojrzenia na wszystko, jak na daleką już przeszłość?

I z tym wiąże się moja uwaga. Widzisz, piszesz to z perspektywy trzydziestolatka, ale czas spędzony w zagajniku, z perspektywy dwunastolatka, takie cofnięcie w czasie. Jednak nie widać różnicy w sposobie myślenia, a mentalność dwunastolatka i trzydziestolatka są przecież zupełnie różne. Domyślam się, że trzydziestoletni Iwo miał być / jest narratorem we własnej opowieści, a dialogi w zagajniku wypowiada dwunastolatek, ale gdzieś to się trochę rozjeżdża i miałem wrażenie, że słucham zbyt dojrzałego psychicznie, jak na swój wiek, dwunastolatka. I trochę odbiera to czaru tej opowieści.

Dosyć niespodziewany finał, więc za to dodatkowe plusy. Tabliczka z napisem Iwo pięknie pieczętuje dobrze napisaną historię.

Mimo, że nie jestem targetem, bardzo mi się podobało. :)

@Darcon, bardzo miło usłyszeć, że tekst spodobał się nawet komuś, kto nie jest targatem takich opowiadań ;)

 

Może wynika to z pogodzonej ze światem perspektywy bohatera? Ze spojrzenia na wszystko, jak na daleką już przeszłość?

Tak, właśnie tak. Ale też umyślnie, w tego typu tekście, przyjąłem taką a nie inną proporcję.

 

Domyślam się, że trzydziestoletni Iwo miał być / jest narratorem we własnej opowieści, a dialogi w zagajniku wypowiada dwunastolatek, ale gdzieś to się trochę rozjeżdża i miałem wrażenie, że słucham zbyt dojrzałego psychicznie, jak na swój wiek, dwunastolatka

Tak jest lub chociaż taki był zamysł, to znaczy opowieść snuje cały czas trzydziestolatek. Masz trochę, a może nawet dużo racji, że gdyby opowieść w zagajniku opisana byłaby w pełni oczami dwunastolatka, mogło by odnieść to lepszy skutek. No ale taką formę przyjąłem, niech stracę…

 

Dosyć niespodziewany finał, więc za to dodatkowe plusy. Tabliczka z napisem Iwo pięknie pieczętuje dobrze napisaną historię.

Mimo, że nie jestem targetem, bardzo mi się podobało. :)

 

Serdecznie Ci dziękuję, Darconie, za poświęcony czas, obszerny komentarz i klika, pozdrawiam ;)

 

Opowiadanie tyleż magiczne, co smutne. Ładnie opisana ucieczka dziecka w świat fantazji, który był dla niego czymś na tyle ważnym, że został zapamiętany na zawsze, aż w pewnym momencie, kiedy chłopiec dorósł, marzenie mogło się ziścić.

Zakończenie smutne, ale chyba nie beznadziejne. Przecież zawsze pozostaje nadzieja.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia, ale mimo wielu usterek, czytało się całkiem nieźle. ;)

 

kwiat, przy­po­mi­na­ją­cy sło­necz­ni­ka. –> …kwiat, przy­po­mi­na­ją­cy sło­necz­ni­k.

 

Obok stawu wy­ro­sło nagle drze­wo z roz­ło­ży­stą dziu­plą. –> Raczej: Obok stawu wy­ro­sło nagle drze­wo z przestronną dziu­plą.

Za SJP PWN: rozłożysty «szeroko rozpostarty»

 

Na szy­bie po­ja­wi­ła się mała pa­ję­czy­na… –> Dodałabym: Na szy­bie po­ja­wi­ła się mała pa­ję­czy­na pęknięcia

 

wy­ją­łem płytę i ci­sną­łem nią w kąt. –> …wy­ją­łem płytę i ci­sną­łem w kąt.

 

bo i nie bar­dzo w ten czas wie­dzia­łem, czym jest mi­łość. Do­wie­dzia­łem się rów­nież… –> Powtórzenie.

Proponuję w pierwszym zdaniu: …bo i nie bar­dzo wtenczas miałem pojęcie, czym jest mi­łość.

 

… Pana Gła­zi­ka. –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Był bar­dzo silny, czego do­świad­czy­łem nie jeden raz na wła­snych oczach. –> Raczej: Był bar­dzo silny, czego do­świad­czy­łem niejeden raz na własne oczy/ osobiście.

Pan Głazik, mam nadzieję, nie używał oczu chłopca do demonstrowania swojej siły.

 

Ten to był zimny jak skała, co w sumie nie było takie dziwne. Niewiele się odzywał, jednak kiedy Pan Drzewko był zmęczony to ponurak zawsze brał mnie na swoje barki. Był bardzo silny, […] Była naprawdę fajną koleżanką. Gdyby była człowiekiem, pewnie przeżyłbym z nią pierwszy, młodzieńczy związek. Nie przeszkadzało jej to, jaki jestem. Była bystra, dowcipna i miła. Ale była też chodzącym słonecznikiem. – Byłoza!

 

Byłem wtedy w pi­ża­mie z wi­ze­run­ka­mi super bo­ha­te­rów… –> Byłem wtedy w pi­ża­mie z wi­ze­run­ka­mi superbo­ha­te­rów

 

Czu­łem ogrom­ny lęk. I bar­dzo się bałem. –> Masło maślane. Czuć ogromny lęk i bardzo się bać, znaczy to samo.

 

Pan Gła­zik wy­ło­nił się z krza­ków i ode­zwał się po­nu­ro: –> Może: Pan Gła­zik wy­ło­nił się z krza­ków i rzekł po­nu­ro:

 

Pan Grzy­bek bie­gał w około stawu. –> Pan Grzy­bek bie­gał wokoło stawu.

 

po­de­szła do mnie Pani Kwia­tu­szek, na­chy­li­ła się, mu­ska­jąc twarz żół­ty­mi kwia­ta­mi… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …mu­ska­jąc twarz żół­ty­mi płatkami

 

Pan Gła­zek mocno mnie uści­skał… –> Wcześniej pisałeś o nim Pan Głazik.

 

Złe Isto­ty. Nie miały okre­ślo­ne­go kształ­tu. Były prze­my­ka­ją­cym od drze­wa do drze­wa, od skały do skały, cie­niem. –> Czy dobrze rozumiem, że Złe Istoty, o których mówisz w liczbie mnogiej, były jednym cieniem?

 

po­wa­lił wiele Złych, jed­nak w końcu ob­la­zły go jak mro­wi­sko… –> Nie wydaje mi się, aby mrowisko mogło kogoś obleźć.

Proponuję: …po­wa­lił wiele Złych, jed­nak w końcu ob­la­zły go jak mrówki

 

Mi zresz­tą też… –> Mnie zresz­tą też

 

Byłem bli­sko tego, aby czoł­ga­jąc się, wejść do dziu­pli… –> Literówka.

 

Kiedy skoń­czy­łem, wszyst­ko stało się na raz. –> Kiedy skoń­czy­łem, wszyst­ko stało się naraz.

 

Mo­żesz dzię­ki niemu ule­czyć jesz­cze nie jedną duszę. –> Mo­żesz dzię­ki niemu ule­czyć jesz­cze niejedną duszę.

 

czas prze­pę­dzić stąd Złe isto­ty raz na za­wsze. –> Wcześniej Istoty były pisane wielką literą.

 

Ma­gicz­ny, ko­lo­ro­wy pył, który po­sy­pał się z li­ścia­stych koron Wiel­kich Drzew, zalał cały za­gaj­nik. –> Rozumiem, że chciałeś uniknąć powtórzenia, ale skoro pył się posypał, to nie mógł zalać zagajnika.

Proponuję: Ma­gicz­ny, ko­lo­ro­wy pył, który po­sy­pał się z li­ścia­stych koron Wiel­kich Drzew, pokrył/ przykrył/ zaścielił/ zasłał cały za­gaj­nik.

Mam wrażenie, że przyda Ci się słownik synonimów: https://www.synonimy.pl

 

Wy­glą­dał jak wy­su­szo­ne, wręcz stra­wio­ne ogniem wy­mar­łe drze­wo… –> Wymarłe to takie, którego już nie ma.

Pewnie miało być: Wy­glą­dał jak wy­su­szo­ne, wręcz stra­wio­ne ogniem u­mar­łe drze­wo

 

Za­cza­ro­wa­ny Za­gaj­nik sta­nie się domem dla ko­lej­nych do­brych istot. –> Skoro Złe Istoty były pisane wielkimi literami, to tak samo postąpiłabym z Dobrymi Istotami.

 

Ma mnie za­wieść do szpi­ta­la… –> Ma mnie za­wieźć do szpi­ta­la

Sprawdź, co znaczy zawieśćzawieźć.

 

za­zdro­ścić mo­gła­by mi nie jedna w pełni zdro­wa osoba. –> …za­zdro­ścić mo­gła­by mi niejedna, w pełni zdro­wa osoba.

 

Wy­cią­gam z ple­ca­ka małą, drew­nia­ną ta­blicz­kę i wbi­jam ją do ziemi… –> Raczej: Wy­cią­gam z ple­ca­ka małą, drew­nia­ną ta­blicz­kę i wbi­jam ją w ziemię

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, dziękuję za obszerną łapankę, jak zawsze ze wszystkim się zgadzam i wszystko poprawiłem ;) Cieszę się, że czytało się nieźle :)

Właśnie tak, nigdy nie jest beznadziejnie, zawsze zostaje nadzieja…

Pozdrawiam ;)

A ja, Realucu, cieszę się, że naniosłeś poprawki, bo teraz mogę kliknąć Bibliotekę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ojej, w końcu klik od Ciebie, jupi :D

Miłego wieczoru :)

 

Dziękuję i wzajemnie. ;)

No i cieszę się Twoją radością. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem ładne opowiadanie. Choć mam wrażenie, że skierowane do młodszego czytelnika, ale doceniam zamysł. Końcówka słodko-gorzka była ładnym zamknięciem. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Morgiana89, dziękuję za komentarz i cieszę się, że się podobało ;) Myślę, że skierowane zarówno do młodszego jak i starszego. Spojrzałem na Twój wiek w profilu, a akurat dziś moja narzeczona, która ma właśnie dwadzieścia dziewięć lat, stwierdziła, że jest stara :P A Jej też się opowiadanie podobało :D

Pozdrawiam ;)

Czytałam połapankowo, więc językowo nie ma co marudzić, czytało się dobrze ;)

 

Fabuła mnie natomiast nie urzekła – wolę mniej moralizatorskie baśnie.

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

wybranietz, każdy woli co innego ;) Jako, że staram się pisać wszechstronnie, może innym razem bardziej Cię urzeknę :)

Piękna baśń z przesłaniem. Czyta się bardzo dobrze.

Mamy i magię, i ratowanie świata, i przyjaźń, i romans (strasznie mi się podoba Pani Kwiatuszek). Proste nazwy.

Trochę nie podoba mi się to, że Iwo zostaje gwiazdą estrady – tak jakby w nagrodę za niepełnosprawność albo uratowanie Zaczarowanego Zagajnika. Chyba po prostu wolę zwyczajnych bohaterów, bez szczególnych zdolności ;)

Bardzo mi się podobało :)

Nie mam magicznego przycisku, ale mam czarodziejski wątek ;)

Anet, dzięki za komentarz i cieszę się, że bardzo Ci się podobało :) Aż chce się pisać po takich słowach 

:) Nie ukrywam, że brakuje tylko jednego kliku magicznego przycisku, więc jeśli posiadasz jakieś czarodziejskie zdolności aby w tym pomóc, byłoby bardzo miło :) :) :)

To miałam na myśli, pisząc o czarodziejskim wątku ;)

Zgłosiłam do biblioteki, bo przycisku mi nie dali :(

Dziękuję ;)

Dawno temu obiecałam zaproponować regularne wersyfikacyjnie wersje wierszyków. Przyznam, że było to niełatwe zadanie: wpisać czyjeś myśli w miarę dosłownie w schemat rytmiczno-rymowy w tym samym języku, co oryginał… Wklejam poniżej to, co udało mi się uzyskać, starając się zachować jak najwięcej z tego, co jest w treści oryginałów.

 

Samotny bóbr, co rzeką rwącą płynął,

Tamę chciał wznosić wśród kniei.

Gdy opadł z sił, byłby niechybnie zginął –

ocalił go szum nadziei,

ducha dodały mu drzewa.

 

Samotny lis, co dzieci poszukiwał,

ofiar okrutnych złodziei,

odnalazł je, na próżno ich nie wzywał –

ocalił go szum nadziei,

męstwa dodały mu drzewa.

 

Małe ptaszę, co wracało do domu

podczas straszliwej zawiei,

nie ulękło się błyskawic ni gromów –

ocalił je szum nadziei,

siły dodały mu drzewa.

 

Choć jutro niepewne, jednak pójdę przed siebie,

z muzyką na ustach, z czołem podniesionym.

Choć jutro niepewne, może przyjmą mnie w niebie,

dziś będę sobą, będę sobą jak zawsze…

 

(tu bez dużych zmian nie da się wpakować rymu, niestety)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka