- Opowiadanie: funthesystem - Szósta minuta na językach

Szósta minuta na językach

Dziękuję za pomoc Cyklotrimetylenotrinitroaminie i CountPrimagenowi. 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Szósta minuta na językach

Gdyby życie Czarka Marnego było gazetą, na pierwszej stronie stałby między truchłami królików i gołębi, które właśnie zabił, albo gestykulowałby nad dziewięcioletnią Patrycją Wojnar, lecząc ją z mukowiscydozy. W rzeczywistości jego życie było raczej chwytliwym nagłówkiem, kilkunastosekundowym newsem, sensacyjną historią na trzy akapity.

„Czarodziej-celebryta sieje chaos na posiedzeniu ONZ”.

„Doktor Magik znów powiększył brzuch Ministra Zdrowia [zobacz zdjęcia]”.

„TOP 10 najbardziej bezsensownych sztuczek Czarka Marnego”.

Od dwunastu lat był na językach i na ekranach, od czterech tygodni na listach gończych, a teraz – przed drzwiami domu Feliksa Wojnara.

– To ja – powiedział. 

 Potrafił zmieniać wygląd, ale w tej chwili wyglądał jak siedem nieszczęść. Fryzura w nieładzie, grymas na przystojnej, „pożyczonej” twarzy, plecy zgarbione, ubranie przemoczone, buty zabłocone.  

Był tym rodzajem przyjaciela, który przychodzi tylko wtedy, gdy potrzebuje pomocy – więc rodzajem gównianym.

Feliks Wojnar był z kolei tym rodzajem przyjaciela, który nie przychodzi nigdy. Miał czterdzieści lat, skromną łysinę, nieskromną nadwagę, mały dom na przedmieściach, pracę w redakcji magazynu sportowego – tak samo słabą, jak stabilną. Wpuścił czarodzieja, odebrał ociekającą kurtkę, powściągnął komentarz na temat wniesionego brudu. Bez słowa przeszli do tego samego salonu, w którym poznali się dekadę wcześniej. Od tego czasu zmienił się telewizor, ubyło też parę wazonów, które Marny strącił po pijanemu.

– Słyszałeś? – zagadnął, rozsiadając się w fotelu.  

– Domyślam się, że nie chodzi ci o porażkę Legii.

– Nie. Mam problem. Skocz po komputer, to ci pokażę.

Feliks skoczył, Czarek pokazał.

„Miał być ślub, jest pogrzeb – czy jedyny czarodziej panuje nad swoją mocą?”

„Magia szkodzi, czyli 10 powodów, dla których powinniśmy się bać Czarka Marnego”.

„Chciała wyleczyć się z Hashimoto, teraz walczy o życie”.

Kiedy Wojnar przeglądał kolejne portale informacyjne trąbiące o celebrycie, przypomniał sobie nagłówek sprzed lat. „Nieszczególnie kochany, niezbyt nienawidzony, niewątpliwe interesujący” – te podsumowujące czarodzieja słowa wydawały się zawsze aktualne. Aż do teraz. Feliks zaglądał do komentarzy pod artykułami i widział tylko hejt. Wszyscy byli mądrzy, wszyscy mieli pretensje, wszyscy wiedzieli, że tak się skończy. Nikogo nie obchodziło, dlaczego Czarek Marny nagle zaczął krzywdzić ludzi.

– Masz problem – przyznał dziennikarz. – Ale to było do przewidzenia, że z wiekiem coś zacznie szwankować.

– Nie żartuj sobie. ­– Czarodziej chciał powiedzieć, że muchy by nie skrzywdził, jednak ugryzł się w język. Wciąż miał wyrzuty sumienia z powodu zwierząt, na których ćwiczył. – Wiesz, że nigdy nie zabiłbym człowieka. A ktoś próbuje mnie wrobić w morderstwo i to niejedno.

– Fałszywe newsy?  

– Gorzej. – Głos Czarka drżał. – Ktoś to wszystko zrobił. Sprawdziłem. Ci ludzie, o których piszą, naprawdę zginęli.

Gospodarz wstał, by wyjąć z barku butelkę. Na bladej twarzy przyjaciela pojawiła się wdzięczność.

– Zaczęło się już jakiś miesiąc temu – kontynuował. – Najpierw Indie, potem Chiny, Japonia, Singapur. Takie dwutygodniowe tournée po Azji. Wiesz, bogacze z przewlekłymi chorobami. Ktoś podszywający się za mnie, niech no skurwiela dorwę, udawał, że ich leczy. A może nawet próbował leczyć, tylko spartolił robotę. Nie wiem. Potem weekend w Dubaju, dwóch szejków z dną moczanową, którą ten skurwiel podmienił im na raka płuc w zaawansowanym stadium.

Urwał, by przepłukać gardło ginem.

– Wtedy już byłem ścigany. Amerykanie mają jednostkę, która udaje, że ma na mnie oko. Więc żeby pogorszyć sprawę, nasz czarodziej numer dwa postanowił włożyć kij w mrowisko. Podziałał trochę w Stanach, a potem na dokładkę w Europie. Pod koniec już nie dla bogaczy, tylko pro bono.

– Czyli?

– Zabijał w szpitalach.

Feliks próbował wyobrazić sobie, że faktycznie stoi za tym jego przyjaciel, ale nie potrafił. Artykuły, które widział na ekranie laptopa, wydawały się abstrakcją. Czarek był zblazowanym żartownisiem, nie mordercą. Nie lubił patrzyć, jak świat płonie – prędzej można by go uznać za człowieka, który zdmuchnie drugiej osobie zapałkę z czystej, nieszkodliwej złośliwości.

Po skończeniu studiów medycznych zaczął demonstrować światu biologiczno-magiczne umiejętności. Popisywał się na ulicach, lecząc siniaki, skaleczenia i kurzajki. Wywoływał dolegliwości jelitowe u lewicowych polityków, a moczowe – u prawicowych. Znajdywał sadystycznych nauczycieli i nieuczciwych szefów, po czym sprawiał, że zaczynali utykać, chrypieć czy też gorzej widzieć. Sabotował gale nagród, zawody sportowe, posiedzenia rządów. Potrafił sprawić, że ścigający go policjanci lub dziennikarze tracili przytomność. Dobre uczynki i złe psikusy – na skromną skalę.

Rzadko z drobnego incydentu wynikały poważne konsekwencje, ale suma summarum Czarek Marny krzywdził tyle, ile krzywdzi przeciętny człowiek.

– Do tej pory ten drugi załatwił jakieś siedemdziesiąt osób – powiedział. – O tylu mówią media.

– Masz jakieś alibi?

– Pytasz o alibi człowieka, który pożycza cudze twarze? Jasne, mógłbym rozpocząć wojnę informacyjną. Pisać gdzie się da, że przez ostatni miesiąc żeglowałem samotnie po Oceanii. Ale kto mi uwierzy? Jestem jedynym znanym czarodziejem, a wszystkie relacje mówią o tym, że w tych siedemdziesięciu przypadkach działała magia.

– Czyli pojawił się konkurent. – Feliks pochylił się, by dolać ginu.

– Konkurent, który przedstawia się moim nazwiskiem. A jedynym dowodem na to, że ja to ja, są czary. Dasz w ogóle wiarę, że ktoś jeszcze to potrafi? I to po mojemu, biologicznie?

– A zarazem nie po twojemu, bo ludzie giną. Co zamierzasz z tym zrobić?

Czarek rozprostował palce tak, jak miał w zwyczaju robić przed czarowaniem.

– Zamierzam wyjaśnić sobie sprawę z tym gościem.

 

***

 

Grzebanie w odmętach Internetu przypominało odrywanie płatków od kwiatu i wyliczanie „kocha, nie kocha”. Feliks przewijał doniesienia o rzekomym działaniu magii, a Czarek mówił:

– To ja. To nie ja. To ja.

Początkowo próbowali namierzyć drugiego czarodzieja po najświeższych informacjach, jednak w sieci szalała gównoburza, która zacierała ślady. Czarek stwierdził, że prędzej znajdzie samego siebie. Zarządził zmianę taktyki. Chciał odkryć, skąd wywodzi się konkurent – korzenie człowieka to jego słabe punkty. Przeglądali więc wszystkie wzmianki sprzed miesiąca, na które naprowadzały ich takie wyszukiwania, jak „magia”, „klątwa”, „czary”. 

Dzień w dzień siedzieli przy komputerach i przesiewali.

Pierwsze sito – nagłówki. „Kontrowersyjny bokser pijany na ringu? – Zobacz video”. To Czarek.

– Odwracalna ataksja – powiedział, po czym wyjaśnił, że ukarał pięściarza za rasistowskie wypowiedzi i trochę namieszał w jego móżdżku, przez co tamten zataczał się w czasie krótkiej walki, nie potrafiąc trafić przeciwnika. 

Drugie sito – artykuły i zdrowy rozsądek. Wykluczyli tajemniczo brzmiące „Czarna magia paraliżuje mieszkańca Kalisza” i „Adwokat umiera w trakcie rozprawy”. Udary i zawały się zdarzają; nic nowego, że ludzie lubią obwiniać innych. Niektórzy lubią też symulować niezdolność do pracy, więc po krótkiej weryfikacji należało odrzucić rzekome głuchoty, ślepoty i porażenia.

Trzecim etapem selekcji była wiedza Czarka.

– Przewlekła biegunka, bóle brzucha i stawów? – mruczał, wodząc przekrwionymi oczami po ekranie. – To prędzej Crohn, niż zły urok. Co my tu dalej mamy? Grzybica gardła? Młoda piosenkarka, może ćpa, nie wiadomo, co zrobiła, by wydać płytę…

– To znaczy?

– Pewnie AIDS. Dziewczyna, zamiast się przebadać, próbuje wybić się na mojej popularności poprzez fałszywe oskarżenia.

 – Próbowała – sprostował dziennikarz. – Artykuł sprzed trzech lat. I chyba nie wyszło, bo nigdy o niej nie słyszałem.  

Po tygodniu mieli dziewięć spraw z kategorii „to nie ja”, dla których magia była sensownym wyjaśnieniem. Pięć z Polski, dwie ze Stanów, po jednej z Hiszpanii i Chorwacji. Oczywiście wszystkie mogły zostać zmyślone, ale brakowało motywów. Marny twierdził, że to ślady, które zostawił po sobie drugi czarodziej, gdy dopiero uczył się panować nad mocą.  

– To co, w teren?

– Nie mogę. Jutro przyjeżdża Patrycja.

Czarek przez chwilę wyglądał, jakby pierwszy raz słyszał to imię. Potem połączył fakty, pokiwał głową. Patrycja nie miała już dziewięciu lat jak wtedy, gdy ją poznał i uzdrowił. Dorosła, wyjechała na studia do innego miasta, żyła jak rówieśnicy. Dzięki niemu.

Spuścił głowę.

– To po weekendzie? W poniedziałek?

 

***

 

W trakcie weekendu zginęło dwóch niemieckich policjantów i syn francuskiego ministra. Media żyły tematem czarodzieja-celebryty, teraz publicznego wroga numer jeden. Internet wrzał nienawiścią. Niektórzy przytaczali komiksowo-filmowy przykład zagrażającego ludzkości Supermana i pytali: gdzie jest nasz Batman?

Czarek tymczasem ukrywał się w tanim motelu na wrocławskich przedmieściach. Nie mógł już patrzyć na kawę i ekran komputera, wyczekiwał poniedziałku. Docierało do niego, że musi obronić ludzi – dla ich i własnego dobra. Co gorsza będzie musiał niejako walczyć z samym sobą. Dla ogółu sprawca kilkudziesięciu śmierci nie różnił się niczym od tego, kim Marny był przez ostatnie kilkanaście lat. Czarodziej to czarodziej.

Sam Czarek tak o sobie myślał. Przywiązał się do bycia znanym człowiekiem o magicznych zdolnościach – bo do czego innego miałby być przywiązany? Zmieniał wygląd, żył pod zmyślonym nazwiskiem, z nikim bliżej się nie zaznajamiał. Dawna tożsamość rozmyła się do tego stopnia, że miewał problemy z przypomnieniem sobie prawdziwego imienia, daty urodzin, przeszłości.

Oddał się miliardowej publice i pozwolił, by go kształtowała. Stał się Czarkiem Marnym, czarodziejem, który trwonił talent tak, jak bogacze trwonią majątek. Łamał zasadę „po pierwsze nie szkodzić” z umiarem, niczym szkolny łobuz, który popisuje się, podstawiając innym nogi, ale nigdy nikogo nie bije. Ludzie śmiali się z jego czynów lub kręcili z zażenowaniem głowami. W głębi duszy pielęgnowali strach: co jeśli łobuz dorośnie, znudzi się podstawianiem nóg i zacznie napadać z bronią w ręku?

 

***

 

Gdy się żegnali, Feliks przytulił córkę dłużej niż zwykle. Roześmiała się, powiedziała, że zobaczą się już za dwa tygodnie, po czym wsiadła do pociągu. Ojciec został sam na peronie. Pomachał, posłał uśmiech. W duchu zmówił modlitwę o bezpieczną podróż.

Był przyzwyczajony do strachu: przez pierwsze pół życia Patrycji bał się, że jakaś infekcja odbierze mu córkę, przez drugie pół – po wyleczeniu – że zabije ją nieszczęśliwy wypadek. Podświadomie wierzył w ochronne działanie tego lęku. O żonę nigdy się tak nie obawiał, więc los pokarał ich czerniakiem – umarła dwa lata po porodzie.

Patrząc na odjeżdżający pociąg, wyobraził sobie, że próbuje go dogonić. Przez sprawę z drugim czarodziejem rodzicielstwo na odległość jawiło się jeszcze gorszym niż zwykle. Wolał być w zasięgu głosu niż w zasięgu sieci komórkowej. Wiedział jednak, że nie może być wszędzie – nieobecność daje miejsce nie tylko dla złych rzeczy, ale też dla dobrych. Musiał to sobie przypominać, by poskramiać nadopiekuńcze zapędy.

Tę lekcję dał mu Czarek Marny, kiedy Feliks się tego nie spodziewał. Po śmierci żony zaniedbał karierę, a zadbał o dziecko. Wizyty w szpitalu, specjalna dieta i środki ostrożności pozwoliły Patrycji przetrwać, lecz to bierność na polu zawodowym okazała się zbawieniem.

W czasie, gdy najwybitniejsi reporterzy stawali na głowie, by zadać czarodziejowi choć jedno pytanie, celebryta postanowił udzielić wywiadu nieznanemu dziennikarzowi sportowemu, którego bardziej interesowały skoki narciarskie niż magia.  

Zadzwonił do drzwi Feliksa Wojnara i powiedział „to ja”, niczym ktoś oczekiwany. Tamtego dnia skromny redaktor czekał tylko na finał Ligi Mistrzów, FC Liverpool kontra AC Milan. Ostatecznie przegapił słynny Dudek Dance, ponieważ przeprowadził rozmowę, która nie zmieniła w jego karierze nic, jednak w życiu – wiele.

Wywiad został potem opublikowany w poczytnej gazecie i nosił tytuł „Jestem, jaki jestem”. Czarek Marny wyznawał w nim, że nie zamierza używać czarów do zdobycia władzy, ale nie omieszka ich wykorzystać do celów zarobkowo-rozrywkowych. Nie będzie złoczyńcą, nie będzie superbohaterem, będzie sobą. Dlaczego niczym więcej? Bo w świecie nie ma miejsca na magię, jest za to miejsce na jednego czarodzieja. Zresztą – jak przyznawał w dalszej części wywiadu – określenie „magia” jest tak samo na wyrost, jak pseudonim będący ironicznie kiepską grą słów. Wszystkie jego czary-mary opierają się na znajomości fizjologii, biochemii i patomorfologii.

Jedno zdanie – „potrafię na przykład manipulować działaniem pompy sodowo-potasowej” – sprawiło, że tysiące naukowców zapragnęło się z nim skontaktować. Feliks zapytał:

– A kanał chlorkowy?

Powiedział o chorobie córki, czarodziej pokiwał głową. Dysfunkcja kanału chlorkowego stanowiła tylko element łańcucha problemów w mukowiscydozie. Na jego końcu była zwiększona podatność na infekcje i niewydolność trzustki. Na początku był gen.  

Tamtego wieczoru Feliks odważył się poprosić o wyleczenie córki, a Czarek odmówił.

– Popatrz na to, co wynotowałeś – powiedział.

Dziennikarz nie popatrzył. Nie ustępował. Przekonywał, że Marny nie musi zostać zbawcą świata, wyzwoleniem od wszelkich chorób, ale nie zaszkodzi raz na jakiś czas uratować komuś życia. Czarodziej bronił się: mukowiscydoza to nie wyrok. Ojciec ripostował: mukowiscydoza to tykająca bomba. A potem do salonu weszła zaspana Patrycja i zapytała, co się dzieje. Czarek westchnął.

Tydzień później stanął nad dziewczynką. Rozprostował palce, uniósł dłonie i zaczął czarować.

Najpierw znieczulał: przestrajał mózg małej, rozluźniał jej mięśnie, pobudzał wydzielanie endorfin. Przyglądający się temu Feliks nie widział molekularnych procesów – obserwował jedynie gesty, słuchał szeptów. Jak później Czarek wytłumaczył, były to zaklęcia wyuczone na zasadzie odruchu Pawłowa. Tkankom i narządom przypisał jakieś ułożenie palców; każda reakcja biochemiczna miała swoje słowa i melodię.

W genom nigdy wcześniej nie ingerował, ale próby na gołębiach albinosach przyniosły zadowalające rezultaty.

Leczenie Patrycji przypominało łatanie dziur. Dziewczynka miała najczęstszą mutację powodującą mukowiscydozę – brakowało małego fragmentu chromosomu. Wystarczyło umieścić po trzy nukleotydy (których w organizmie było pod dostatkiem) w każdym wadliwym miejscu łańcucha DNA.

Zajęło to czterdzieści dni, z krótkimi przerwami na sen i jedzenie. Czarek skończył chudszy o dziesięć kilo, nieco posiwiały i pomarszczony – czarowanie wysysało siłę. Wyszedł z domu, po czym zniknął. 

Feliks zabrał córkę na badania. Mutacji nie było – dziury załatane. Gen produkował właściwe białko, kanały chlorkowe działały prawidłowo, płuca i trzustka się regenerowały. Nieuleczalna choroba została pokonana.

Kiedy parę miesięcy później czarodziej wrócił – pod inną postacią – Feliks chciał mu się jakoś odpłacić. Tamten miał jedno życzenie:

– Napij się ze mną.

Spotykali się dwa, trzy razy w roku. Czarek zmieniał wygląd, więc Patrycja nie rozpoznawała w nim swojego uzdrowiciela. Nie miał nic przeciwko – wdzięczność go peszyła. Nie lubił, kiedy przyjaciel próbował dziękować.

Niezależnie, jak bardzo czarodziej chciał przykryć sprawę milczeniem, Feliks nie zapomniał. Dlatego teraz, po dziesięciu latach, starał się pomóc. To nie była kwestia wdzięczności, lecz spłata długu.

Pociąg zniknął mu z oczu. Feliks przestał wpatrywać się w pustkę i wrócił do samochodu.

 

***

 

Spiker mówił, że ludzie wyszli na ulice. Wioski, przez które przejeżdżali Feliks i Czarek, były jednak puste, jak zawsze w brzydki marcowy dzień.

Dziennikarz prowadził, czarodziej dołował się Instagramem:

– Jak ja nienawidzę tych pierdolonych hasztagów…

– Strach przed kratkami?

– Nie. Przed tymi, którzy przegryźliby najtwardsze kraty, byle mnie dopaść. – Rzucił smartfona na tylne siedzenie, wyłączył radio. – A wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze?

– Gorsze niż śmierć dziewięćdziesięciu osób i zagrożenie dla kolejnych nie-wiadomo-ilu?

– Przestań. Wiesz, że chodzi o to, co najbardziej mnie boli.

– Czyli ty.

– Ja?

– Ty jesteś w tym wszystkim najgorszy – powiedział Feliks. – Innymi słowy najbardziej cię boli, że nie mówią już tylko o najnowszych okropieństwach tego drugiego, ale też o tym, co naprawdę dotyczy ciebie. O przeszłości, o twoich wybrykach. Na wierzch wypływają same złe rzeczy, zapomina się o dobrych. Jak u Lance’a Armstronga. Zostają wyolbrzymienia, przekłamania. Historie najgorsze, czyli najciekawsze. Przedstawiają cię w niekorzystnym świetle i z tym masz problem, bo jesteś tym, kim cię piszą. Bo czujesz się tym, kim cię piszą.

Czarek był pod wrażeniem.

Jechali w milczeniu, ku Mazurom, z którymi wiązali największe nadzieje. Stany Zjednoczone (sprawa czterech nastoletnich Latynosów, którzy jednocześnie zachorowali na raka płuc, a po miesiącu zostali cudownie wyleczeni; sprawa chirurga, który z dnia na dzień dostał uogólnionego półpaśca) były poza zasięgiem – brak odpowiednich dokumentów. Do Hiszpanii daleko; poza tym po trzech bezdomnych, których ktoś – ponoć słynny Doktor Magik – obdarzył fizjonomią Brada Pitta, ślad zaginął. Chorwacja również odpadała: z wód Adriatyku w okolicy Dubrownika szybko zniknęły jeżowce rozmiarów samochodowych opon, jednak opowieść o klątwie rozdrażnionego maga i gigantycznych szkarłupniach pozostała.

Weryfikacja dwóch przypadków z południa Polski zajęła dwa dni.

W poniedziałek odbyli rajd po mieszkaniach świdnickich emerytek: jedna odesłała mężczyzn do drugiej, druga do trzeciej, trzecia do czwartej. Nie dowiedzieli się o stygmatach grupki dresiarzy niczego, co nie byłoby katolickim gadaniem; wypili za to mnóstwo słabej herbaty i pysznych kompotów.

Sprawa z Polanicy Zdroju także okazała się ślepym zaułkiem. Wydali dwie stówy na otwieracze ust, znane też jako wiśniówka, zanim Czarek przyznał, że to on mógł być sprawcą tajemniczych uzdrowień sprzed pięciu lat – zdarzało mu się czarować po pijanemu. Szarość dnia rozrzedziła się, potem znowu zgęstniała. Gdy w końcu dotarli do Mikołajek, była już noc. Wynajęli pokój w pierwszym lepszym hotelu. Feliks, zmęczony drogą, rzucił się na łóżko, Czarek wyjął laptopa i kupioną na stacji benzynowej mapę.

– Nie ma spania – powiedział. – Tamten dupek zabija, więc my też musimy działać.

– Przecież zrobiliśmy już research – jęknął dziennikarz. – Przejrzeliśmy te trzy sprawy, jutro pojedziemy na te wszystkie zadupia.  

– Potrzebuję cię.

– Potrzebujesz kogoś, kto będzie słuchał, jak myślisz na głos.

Czarodziej uśmiechnął się. Rozłożył mapę województwa, pogooglował. Dziennikarz przysypiał.

– Słuchaj. – Czarek obudził go szturchnięciem. – Jesteśmy bliżej, niż myślimy. Ruciane-Nida, Święta Lipka, Szczembork. – Oznaczał krzyżykami wymienione miejscowości. – W pierwszym uschnięta ręka bosmana. W drugim afazja dwóch księży. I w trzecim pomór zwierząt. Ale! Są jeszcze dwie inne rzeczy. Po pierwsze cudowne uzdrowienia w Świętej Lipce, przypisane Matce Boskiej. A po drugie podejrzana śmierć radiologa z Piszu.

– Czyli możemy być niemal pewni, że ten drugi jest stąd? – ożywił się Feliks.

– Stąd, a najprawdopodobniej ze Szczemborka. Tam trenował na zwierzętach. Też tak zaczynałem. W Rucianem miał zatarg z bosmanem, więc się zemścił. W Świętej Lipce ćwiczył w drugą stronę: zamiast szkodzić, pomagał. Wiesz, przyczaił się gdzieś za ołtarzem, a inwalidzi wstawali z wózków.

– A co ma do tego ten radiolog?

Czarek narysował na mapie okrąg, w którym zawierały się wszystkie krzyżyki, po czym stuknął w jego środek.

– W Piszu jest najbliższy rezonans magnetyczny.

– A Jamajka ma swoją reprezentację w bobslejach. Co to ma do rzeczy?

– Radiolog mógł zobaczyć w głowie tamtego coś, czego nie powinien. Zapłacił za to, o ironio, głową.

– Takie buty. Jak na to wpadłeś?

Czarodziej odwrócił twarz.  

– Przypadek.

 

***

 

Bosman nie żył, księży ukrył Kościół, a mieszkańcy Szczemborka pospuszczali psy z łańcuchów, by niepożądani goście nie próbowali wchodzić na podwórka. Czarek zastanawiał się na głos, skąd tu tyle kundli, skoro parę lat temu ktoś przerzedził ich populację.

Szli główną ulicą, odprowadzani ujadaniem. Spomiędzy chmur wyszło słońce, ludzie pozostali w domach. Feliks zaproponował, by zajrzeć pod spożywczo-przemysłowy.

– Tam zawsze znajdzie się paru takich, którzy opowiedzą wszystko za butelkę wina.

Chwilę później dotarli. Pod sklepem stała styrana ławeczka. Pusta.

– Chuja, nie zawsze – skwitował Czarek.

Zajrzeli do środka. Gruba sprzedawczyni w fartuchu podniosła wzrok znad krzyżówek.

– Dzień dobry. – Czarodziej przybrał uprzejmy ton. – Planujemy biwak nad jeziorem i chcielibyśmy zrobić zakupy.

Sprzedawczyni zrobiła nieokreślony ruch ręką: bierzcie, co chcecie, gówno mnie to obchodzi. Mężczyźni pokręcili się między półkami, sięgając po najdroższe rzeczy. Obładowani, podeszli do lady.

– A co u was tak pusto o tej porze? – spróbował zagaić Czarek.

– Jak pusto, normalnie.

– Ale że przed sklepem nikt nie siedzi? – odezwał się Feliks. – Wie pani, my z miasta, „Rancza” się naoglądaliśmy.

– Chodzi wam o to, że pijaków nie ma?

Przytaknęli.

– Poumierali wszyscy – powiedziała, wzruszając ramionami.

Mężczyźni wymienili spojrzenia.

– A ten pomór zwierząt sprzed paru lat?

– To wy na biwak, czy na przesłuchanie? – Skrzywiła się. – E, widać, że na przesłuchanie. Byli już tacy, którzy go tu szukali. Ale mnie nie pytajcie.

Stali chwilę zdezorientowani, aż zaproponowała zmianę zakupów. Oprócz magicznych zdolności Czarek dysponował jeszcze jedną mocą – zdającym się nie chudnąć plikiem stuzłotówek – więc wyszli ze sklepu, taszcząc dwie siatki butelek.

Mieszkańcy Szczemborka mieli jednak problemy z otwieraniem furtek, drzwi oraz ust. Po wypiciu stawali się jeszcze bardziej milczący. W końcu ktoś odesłał przybyszów do osoby, która odpowie na pytania.

Sołtys okazał się bardzo młody i bardzo brzydki. Wyszedł z domu do gości, krzyknął na ujadającego wilczura, oparł się o płot – nie zaprosił do środka. Feliks wyciągnął w jego stronę flaszkę. Tamten zbył ofertę machnięciem ręki.

– Dziennikarze, prawda?

– Prawda.

– Że też wam się chciało. Po tylu latach i przy tym, co się teraz, za przeproszeniem, odpierdala, żeby właśnie do nas jechać? – Spojrzał na nich spode łba, wyciągnął papierosa, zapalił. – Macie czas, aż dojdzie do filtra.  

Feliks otworzył usta, ale Czarek był szybszy:

– Co się wtedy wydarzyło?

– Co wy, z TVN-u? Zadania domowego nie odrobiliście? – Sołtys splunął. – Przyjechał, zrobił rozpierdol i wyjechał. To się wydarzyło.

– Rozpierdol?

– Albo porządek. Zależy, kogo spytać. W każdym razie czarodziej utarł nosa wszystkim skurwysynom i nie tylko. Zwierzęta im wyzdychały, zboże wymarło, drzewa zeschły. A potem oni sami poumierali, ale już nie tak szybko. Tyle w temacie.  

– A czemu właśnie tutaj?

Sołtys długo się wahał. Brał głębokie buchy, jakby dym pomagał mu myśleć; ostatecznie zdecydował się wyjawić prawdę:

– Przez lata się o tym nie mówiło. Ale kogo teraz to obchodzi? Jej już od dawna nie ma. – Cisnął peta za płot. – Wiecie co? Dajcie jednak tę flaszkę. – Wziął dwie. – Dzięki. Na czym to ja… A tak. Wszystko przez Dagmarę Okopną. Ona sprowadziła tego czarodzieja. Wszyscy o tym wiedzieli, choć nikt go nie widział. Miesiącami to trwało. Dagmara często chadzała do lasu. Ponoć płaciła mu własnym ciałem, a ciało miała najpiękniejsze na całych Mazurach.

Feliks zauważył, że przyjaciel tężeje z każdym słowem miejscowego. Wcześniej rwał się do pytań, teraz zaciskał usta. Dziennikarz przejął inicjatywę:

– To była jej zemsta?

– Można tak to nazwać. Nie miała w życiu łatwo, wychowywał ją ojciec, bo matka zmarła… Ale to, co się działo w domu Okopnych, to ich sprawa. Choć akurat to, jak skończył stary Okopny, to było poza domem, a dokładniej na środku podwórka. Leżał, zadławiony własnymi rzygami, jego psy wyżerały mu flaki. Wiem, jak to brzmi, ale sam byłem, widziałem. No dobra, skończona fajka, skończona bajka. Zmywajcie się stąd albo poszczuję wilczurem.

– Co z dziewczyną?

– Uciekła. Sama albo z czarodziejem. Zabiła się i gnije na dnie jeziora. Różnie mówią. Tyle w temacie.

Feliks miał kolejne pytania, ale sołtys odwrócił się i odmaszerował do domu. Gdy tylko drzwi trzasnęły, wilczur zaczął ujadać. Mężczyźni wciąż stali przy płocie.

– Czyli to ona – odezwał się Czarek. – Cały czas zakładałem, że to facet, a tymczasem to jakaś dziewczyna ze wsi.

– Nie mamy pewności.

– A czego nam więcej trzeba? Wszystko się zgadza. Bosman w Rucianem pewnie próbował ją kiedyś zmacać w jakimś kącie, więc rzuciła na niego urok. Księża ze Świętej Lipki mogli ją po prostu zirytować swoim gadaniem o Bogu.

– Radiolog?  

– Tutaj brakuje mi wszystkich puzzli, ale mogę je sobie wyobrazić. Patrz: trafiła z jakiegoś powodu na rezonans w Piszu. Radiolog zajrzał jej do głowy, dziewczynie się to nie spodobało. Zadziałała szybko i skutecznie.

– Co miałby zobaczyć w jej głowie?

Czarek nie odpowiedział, tylko ruszył przed siebie. Feliks zaklął. Nawet tu, na końcu świata, brudy czarodzieja wypływały na powierzchnię. Marny strzegł tematu swojej przeszłości; jeśli już coś opowiadał, najczęściej były to anegdotki związane z medycyną. Jednak przez dwanaście lat pozostawał nieuchwytny – musiał czasem posuwać się do nieczystych rozwiązań.

Otworzył jedną z butelek, które im zostały. Napił się. Myślał chwilę, wziął drugi łyk. Niebo zasnuły chmury, a psy szczekały: wyjedźcie stąd wreszcie. Po chwili milczącego marszu Feliks zapytał, o co chodzi.

– Właśnie sobie uświadomiłem, jaki jest efekt naszych poszukiwań – odparł Czarek.

– Dobry. Namierzyliśmy ją.

– Nie. Namierzyliśmy miejsce, z którego pochodzi. I wiesz co? Jest chujowo. Nie mam na nią żadnego haka. Nie wiem, jak jej dalej szukać. Dziewczyna jest psychopatką, mści się za własne krzywdy, nie ma skrupułów.

Do Feliksa powoli docierało. Otworzył butelkę dla siebie, pociągnął.

– Pamiętasz tę piosenkarkę z HIV-em? – kontynuował Czarek. – Miała pewnie głos jak tysiące innych. Musiała się puścić, by ktoś dopuścił ją do sławy. A co by zrobiła jedyna na świecie czarodziejka, by dojść na szczyt?

– O kurwa… – Do dziennikarza dotarło.

– Dokładnie, Feliks. Zabiłaby mnie. Zabiłaby tego, którego teraz wszyscy nienawidzą, i byłaby kochana, uwielbiana. A ja nie wiem, czy dałbym jej radę.

– Ja wiem jedno: trochę sportu się naoglądałem i nieraz widziałem, jak faworyt dostał w dupę.

– To nie ta liga. – Czarek szedł coraz szybciej. Minęli samochód, ostatnie domy, maszerowali poboczem dziurawej drogi. – Ona trenowała zabijanie na ludziach, ja na zwierzętach. Myślimy podobnie, tylko ona agresywniej. Chyba potrafię przewidzieć jej następny ruch, ale nie jestem w stanie niczemu zapobiec.

– Jaki ruch?

Zaczęło padać. Czarodziej przykucnął, rozprostował palce i położył dłoń na ziemi, z której po chwili wypełzły dżdżownice. 

– Ujawni się. Opowie ludziom historyjkę, jak to skrywała się ze swoim talentem przez lata i teraz postanowiła mnie powstrzymać. Jest szansa, że publika tego nie kupi. Rzucą się na nią, bo przecież jest takim samym wybrykiem natury, jak ja. Ale prędzej ucieszą się z propozycji pomocy. Zależy, czy bardziej nienawidzą, czy bardziej się boją.

– A może się mylisz? Może to nie ona? Może dorobiłeś sobie teorię, by wiedzieć, na czym stoisz?

– Przyjacielu, ja wiem, na czym stoję. Na wielkim jebanym gównie. I jedyne, co mogę zrobić, to zwabić ją, żeby stała koło mnie.

Wodził ręką nad dżdżownicami, zmuszając je do pełzania w kółko.

 

***

 

Gdyby życie Magdy Pokornej było gazetą, na pierwszej stronie czarodziejka przypominałaby kamień omywany przez rzekę: stałaby przy wyjściu ze szpitala, a obok przelewałyby się tłumy chorych, których właśnie uzdrowiła. Ten kadr nadawałby się nie tylko ze względu na historyczną wartość chwili, ale też z powodu chronologii – Magda Pokorna dopiero się zaczęła, wcześniej nie istniała.

 Jak już zaistniała, to błyskawicznie. W ciągu doby osiągnęła to, co Czarkowi Marnemu zajęło wiele miesięcy – była na językach milionów i na milionach ekranów. Stacje telewizyjne powtarzały w kółko jej jedyne wystąpienie, na którym deklarowała, że powstrzyma szalonego czarodzieja. W Internecie rodziły się wątpliwości, w sercach – mimo wszystko – nadzieja. 

Czarek Marny leżał na hotelowym łóżku i patrzył w sufit.

Feliks Wojnar krążył po pokoju i wyglądał przez okno.

– Możesz odpowiedzieć tym samym – odezwał się po chwili.

– Nie dam rady. To wymaga czasu i siły. Ona jest szybsza, potężniejsza. Zawsze będzie o krok przede mną.

– Może masowe uzdrowienie to jakiś trik? – zastanawiał się dziennikarz. – Wiesz, mogła się do tego przygotowywać od miesięcy. Zresztą, wystarczy, że zaczniesz pomagać pojedynczym chorym i wrzucać do Internetu deklaracje, że to ty. Poddasz w wątpliwość tę całą szopkę. Opowiesz o Szczemborku, o tym, że Dagmara Okopna i Magda Pokorna to anagram.

– I co? Będziemy się tak przerzucać dobrymi uczynkami i oskarżeniami?

– Pokrzyżujesz jej plany. Nie będzie taka kochana, jakby chciała.

– Nie wiemy, co ona planuje! – Czarek zerwał się na nogi. – Nie wiemy, czego chce. Popularność i uwielbienie ludu może być pierwszym krokiem do czegoś więcej.

– Do większej popularności i większego uwielbienia?

– Nie. Nie wiem. Zabijała ludzi. Oczerniała mnie. Tyle wiem. – Rzucił się z powrotem na łóżko. – Nigdy nie chciałem być ważny, uwierzysz? Chciałem cieszyć się rano na nadchodzący dzień, a wieczorem spokojnie zasypiać. Czyste sumienie i pełny portfel, czego więcej potrzeba do szczęścia? Jako człowiek mam prawo być samolubny.

Feliks rozumiał. Sam korzystał z prawa do bycia altruistą na małą skalę – czuł, że żyje przede wszystkim dla córki. Tyle mu wystarczało, choć mógł osiągnąć coś więcej: wywiad z czarodziejem otworzył możliwości, z których dziennikarz nie skorzystał; zaś teraz miał okazję wzbudzić w przyjacielu poczucie odpowiedzialności, jednak milczał.

– Wiesz, że bardzo chciałbym się wycofać? – podjął Czarek. – Pozwoliłbym tej drugiej czarodziejce upozorować moją śmierć. Ukryłbym się na końcu świata. Może po mnie nie widać, bo ciało sobie odmładzam, ale mam już czterdzieści lat. Zdążyłem się wyszaleć, miałem swoje pięć minut, czas odpocząć.  

– Wiem, że tego nie zrobisz.

– Wiem, że wiesz.

Popatrzyli sobie w oczy, ale szybko się zmieszali i odwrócili wzrok. Feliks bez słów rozumiał, że Czarek nie mógłby się cieszyć dniem i spokojnie spać, gdyby zostawił świat drugiej czarodziejce. 

– To co zrobisz?

Czarek wstał, przeszedł się do lodówki, wyciągnął piwo.

– Od początku podejrzewałem, że do tego dojdzie – powiedział. – Że będę musiał z tym drugim walczyć. Dlatego chciałem wyprzedzić go o krok i znaleźć jego dom, jego rodzinę, jego słaby punkt. Sam kiedyś to wszystko miałem. Teraz i ona, i ja nie mamy niczego. I to ona jest o krok przede mną. W uczciwym pojedynku raczej nie mam szans. Muszę ją zmusić, by się cofnęła i wpadła w pułapkę.

– A jeśli ona ciebie wciągnie w pułapkę?

Czarodziej uśmiechnął się.

– Jak to mawiają sportowcy? Wyżej dupy nie podskoczysz. Będę skakał, aż wygram albo umrę.

 

***

 

Dwa tygodnie później Czarek stał nad martwą sarną i płakał. Łzy, tak długo nieobecne na jego twarzy, budziły wspomnienia.

Ojciec uczył rozpoznawać ptaki, matka tłumaczyła, czym się różni królik od zająca. Natura jawiła się czymś na tyle fascynującym i pięknym, że można by jej poświęcić życie. Stąd w liceum klasa biologiczno-chemiczna, potem medycyna. Magia przyszła niespodziewanie, znikąd, a on jej się nie oparł. Zaczął studiować własne możliwości. Im więcej wiedział o prawach rządzących organizmem, tym bardziej potrafił weń ingerować. Udoskonalał swoje ciało: usuwał pryszcze, powiększał mięśnie, próbował nawet grzebać w hipokampie, by poprawić pamięć. W końcu przestraszył się samego siebie – przecież tak naprawdę nie chciał zmieniać natury.

Magia była jednak uzależniająca. Walczył z nią, jak mógł.

Otarł łzy, rozprostował palce, uniósł dłonie nad sarną. Ukierunkował siłę, której źródła nie znał, i pchnął ją w komórki serca zwierzęcia. Pobudzał skomplikowane systemy enzymatyczne do przywrócenia właściwych gradientów jonowych. Chciał, by najważniejszy mięsień znów pompował krew.

Nie udało się. Czarek nie umiał. Albo nie chciał umieć. Śmierć była tym aspektem natury, którym szczególnie nie powinno się manipulować. Nienawidził siebie za te chwile, gdy pijany i przestraszony kupował klatki z gołębiami lub królikami (jak przystało na magika), po czym brał je za miasto, by tam uczyć się samoobrony. Bał się, że kiedyś będzie musiał zabić człowieka, więc ćwiczył na zwierzętach.

Obawy się spełniły. Musiał być gotowy do zabicia Magdy Pokornej.

Nie chciał jej zabijać.

Ale chciał ją pokonać. Unieszkodliwić, skrzywdzić, zniszczyć. Nienawidził podwójnie: sercem, bo ona zaatakowała jego, i rozumem – bo zagrażała innym ludziom.

Zamknął wilgotne oczy. Spróbował się skupić, choć wolałby krzyczeć.

 

***

 

W telewizji znów nic nowego. Feliks ziewnął. Oglądał serwis informacyjny, choć powinien zajmować się redagowaniem artykułu o lidze żużlowej. Od czasu pożegnania z przyjacielem nałogowo śledził wszelkie wzmianki o czarodziejach.

– …już prawie trzy tygodnie ciszy – mówił reporter. – Po tym, jak Czarek Marny nie stawił się na rzucone przez Magdę Pokorną wyzwanie, młoda czarodziejka ostrzegała, że przez jakiś czas będzie działała incognito. Jednak zastanawiające jest, że szalony Doktor Magik po serii niemal stu dwudziestu zbrodni również postanowił się ukryć i zaprzestał…

Dzwonek domofonu zagłuszył ostatnie słowa. Dziennikarz nie spodziewał się gości; Patrycja była daleko i powiadomiłaby o nagłym powrocie; pozostawała jedna możliwość. Feliks zerwał się z kanapy i popędził do drzwi. Nie trudził się wyglądaniem przez okno ani pytaniem „kto to?”. Otworzył. 

 

***

 

Czarek po raz trzeci zadzwonił domofonem. Już dawno przeszedłby przez płot, gdyby nie sąsiad z podwórka obok, który przerwał przycinanie żywopłotu i przyglądał się czarodziejowi. Przez chwilę toczyli pojedynek na cierpliwość. Sąsiad przegrał.

– W czymś panu pomóc?

– Widział pan może, jak Feliks wychodził? – Czarek silił się na uprzejmy ton.  

– A kto pyta?

– Przyjaciel.

– Co z pana za przyjaciel, skoro pan nie wie? – Sąsiad wykonał niejednoznaczny ruch sekatorem. – Feliks od piątku leży na Borowskiej. Miał udar.

 

***

 

Magda Pokorna była terrorystką – podłożyła bombę.

Jej bomba miała czterdzieści lat, skromną łysinę, nieskromną nadwagę, migotanie przedsionków i rozległą strefę niedokrwienia w mózgu. W każdej chwili nowy zakrzep mógł dostać się do tętnic ośrodkowego układu nerwowego i spowodować kolejny, tym razem śmiertelny udar.

Czarek Marny czuł się wieloma rzeczami jednocześnie: czarodziejem, celebrytą, trollem, błaznem, przyjacielem. Za terrorystę się nie uważał, mimo to projektował własną bombę.

Jego bomba była czarodziejem, celebrytą, trollem, błaznem, przyjacielem.

Potrzebował napoi energetycznych, hot-dogów, literatury medycznej i gołębi. Czytał o mechanizmach śmierci, a kiedy pobudzany kofeiną umysł przestawał przyswajać wiedzę, Czarek wychodził na ulice i ćwiczył. Dotychczas praktykował ukierunkowywanie magii na konkretny obiekt; w trakcie konfrontacji z czarodziejką mogło jednak nie starczyć czasu na celowanie.

Rozrzucał kawałki hot-doga dookoła siebie i czekał, aż ptaki się zlecą. Potem rzucał czar: aktywował kanały wapniowe w komórkach mięśniowych, a gołębie w promieniu dziesięciu metrów wykonywały symultaniczne machnięcie skrzydłami. Im dalej się znajdowały, tym słabszy był efekt.

Wracał do hotelu, siadał do komputera, studiował. Niezależnie od mechanizmu, do śmierci najczęściej prowadziło niedotlenienie mózgu – jednak ono także było elementem kaskady reakcji, a nie końcowym stadium. Nawet całkowite zamknięcie tętnic zaopatrujących ośrodkowy układ nerwowy nie spowodowałoby natychmiastowego zgonu.

Pokorna musiała o tym wiedzieć, zatem w chwili pojedynku użyłaby czaru bezpośrednio uszkadzającego mózg. O ile nie odkryła struktury, która działałaby jak wyłącznik życia, działałaby na ślepo. Ale nie do końca. Miała doświadczenie w zabijaniu, mogła znać jakieś słabsze punkty.

Czarek znał głównie to, o czym przeczytał w książkach.

Opracowywał więc własny czar. W ciągu dwóch dni próbował wytworzyć w sobie nowy odruch: zaklęcie musiało być szybsze niż mowa i ruch rąk, więc tym razem nie polegało na szeptach i gestach.

Trzeciego dnia spał mocnym snem, po raz pierwszy od tygodni, a czwartego – dał się zwabić w pułapkę.

 

***

 

Zazwyczaj radził sobie ze stresem, zwiększając wydzielanie dopaminy, a zmniejszając poziom kortyzolu. Tego dnia, gdy wszedł do szpitala na Borowskiej, nie chciał jednak marnować sił na poprawę samopoczucia.

Z ciężkim sercem szedł korytarzami, mijany przez pacjentów, pracowników i studentów, nieświadomych bliskości czarodzieja. W połowie drogi wyjął z reklamówki biały fartuch, założył. Pożyczona twarz wyglądała na tyle młodo, że mógł uchodzić za rezydenta. Po dotarciu na oddział neurologiczny podszedł do pielęgniarek i uzasadnił nawet brak stetoskopu, podając się za radiologa. Zapytał o Feliksa Wojnara, a one wskazały mu drogę.

Wiedział, że Magda Pokorna może zaatakować w każdej chwili. Przecież wywołała udar u dziennikarza po to, by zwabić tu Marnego. Tylko gdzie przez ten tydzień się ukrywała? W szpitalu?

Czarek zatrzymał się przed salą na końcu korytarza. Nogi drżały, ręce się trzęsły, ciało pod fartuchem i koszulą ociekało potem. Liczył się ze śmiercią, choć w głębi duszy ślepo wierzył w dobre zakończenie. Mógł jeszcze uzdrowić przyjaciela. Mógł pokonać czarodziejkę. Mógł wyjść z tego cało – pożegnałby się wtedy raz na zawsze z magią i żył zwyczajnie, patrząc, jak pamięć o Czarku Marnym przemija.

Mógł też przegrać. Umrzeć zaraz po otwarciu drzwi sali. Był pogodzony z tą myślą, dlatego szedł prosto w ręce wroga. Pocieszał się: może Magda Pokorna nie będzie wcale taka straszna? Może lepiej dla wszystkich, jeśli ona zwycięży? Czarek miał już swoje dwanaście lat sławy, czas ustąpić miejsca.

Jednak przede wszystkim pakował się w pułapkę, ponieważ przyjaciel go potrzebował. Chwilę po tym, jak Czarek dowiedział się o poważnym udarze niedokrwiennym Feliksa, przypomniał sobie pierwsze spotkanie z dziewięcioletnią Patrycją. Zrozumiał wtedy, że musi pomóc – inaczej sumienie nie da mu spokoju.

Westchnął i wszedł.

Na sali znajdowały się dwa łóżka. Jedno puste, na drugim, bliżej okna, leżał Feliks. Jego oczy były lekko otwarte, kącik ust opadał. Od nieruchomego ciała biegły przewody i kabelki, niczym sznurki zepsutej marionetki: dwa wenflony, cewnik moczowy, elektrody, pulsoksymetr. Śmierdziało przepoconą pościelą i środkami do dezynfekcji.

– Cześć, stary – powiedział Czarek, stając nad przyjacielem.

Oczy Feliksa pozostawały zamglone.

– Co ta suka ci zrobiła? – Czarodziej rozejrzał się po sali, jakby oczekiwał, że Pokorna wyłoni się znikąd. – Wybacz, że tak długo. – Przepchnął puste łóżko, by zablokować drzwi. – Trzymaj się, Feliks. Jeszcze chwila. Za parę minut będzie po wszystkim.

Rozprostował palce, uniósł dłonie nad przyjacielem i wtedy do niego dotarło. Magdzie Pokornej nie chodziło tylko o zwabienie czarodzieja. Ona chciała go osłabić.

Gdzie była? Może zmieniła wygląd i udawała pielęgniarkę albo ochroniarza? Może ukryła gdzieś kamerę, może zatrudniła kogoś, by obserwował?

Może dopiero pędziła z drugiego końca miasta?

Czarek mógł zaczekać. Mógł też zdążyć uratować Feliksa. Nie zajęłoby to czterdziestu dni, jak leczenie mukowiscydozy – był potężniejszy niż dziesięć lat temu.

Ktoś zapukał i zaraz po tym pchnął drzwi. Ukazała się mała szczelina, na więcej nie pozwalało blokujące łóżko.

– Tato?

Czarek doskoczył do szczeliny i spojrzał w twarz Patrycji Wojnar.

Nie chciał ryzykować traceniem czasu na tłumaczenie. Mógł za to sprawić, że dziewczyna niewielkim kosztem przyczyni się do wyleczenia taty.

– Wybacz, mała – powiedział, po czym użył jednego ze swoich najokrutniejszych czarów.

Patrycja zatoczyła się w tył, runęła nieprzytomna na podłogę. Z nosa buchnęła krew, a na skórze kwitły wybroczyny. Czarek domknął drzwi. Serce mu waliło, ręce dygotały jak u epileptyka. Modlił się, by odwrócenie uwagi zadziałało.

Stanął nad Feliksem. Rozprostował palce, uniósł dłonie, zaczął leczyć. Ignorował dobiegające z korytarza krzyki. Pozwolił, by tajemnicza siła płynęła przez niego nieograniczonym strumieniem. Wskrzeszał obumarłe neurony, pobudzał tkankę glejową do naprawy. Nie używał zaklęć – tym razem działał instynktownie. Szybciej niż kiedykolwiek. Miał wrażenie, że nie zawraca sobie głowy pojedynczymi reakcjami, lecz uzdrawia w sposób całościowy.

Po kilkunastu minutach ciało dziennikarza zadrżało, twarz odzyskała normalny wyraz, powieki opadły. Feliks wyglądał jak człowiek pogrążony we śnie.

Czarek opuścił dłonie i oparł się o łóżko. Obudziłby przyjaciela, gdyby nie strach. Bał się wdzięczności, za którą zawsze kryje się odpowiedzialność: od tego, kto raz pomógł, oczekuje się dalszej pomocy.

Dotarło do niego, że na korytarzu panuje cisza. Jasne – Magda Pokorna zawsze była o krok do przodu. Jak domyślał się Czarek, przybyła do szpitala, gdy tylko dostała informację o kolejnej osobie odwiedzającej Feliksa Wojnara. A kiedy dowiedziała się o dziwnym wypadku Patrycji, nie miała wątpliwości, kto jest wizytatorem. Kazała personelowi i pacjentom opuścić oddział, może użyła jakichś sztuczek. Jednego czarodziej był pewien – była tu i czekała na niego.

Wyszedł na korytarz.

Magda Pokorna stała pięćdziesiąt metrów dalej, poza zasięgiem czarów Marnego. Przyjrzał jej się. Z tej odległości twarz była niewyraźna, ale widział inne szczegóły. Czerwona, obcisła sukienka, burza brązowych loków, długie nogi – ludzie mieli ją pokochać, kiedy wyjdzie ze szpitala, triumfując. Piękna, odważna, silna. Trudno o lepszy materiał na bohaterkę dla mas.

 – Najpierw gadamy, potem się zabijamy? – zapytał Czarek.

– Możesz mówić głośniej! – krzyknęła. – Rzuciłam na nich urok ogłuszający. – Wskazała za siebie, na zamknięte wejście na oddział.

Nie lubił powtarzać żartu dwukrotnie, więc nie odpowiedział.

– Nie masz pytań? – Ruszyła w jego stronę, a stukot obcasów niósł się echem. – Chętnie zamienię parę słów. Może podsuniesz mi jakieś pomysły.

Czarek zrobił parę kroków w tył, aż dotknął plecami ściany. Uświadomił sobie, że powinien skuteczniej zagrać na czas.  

– Pomysły?

Z odległości czterdziestu metrów było już widać jej uśmiech.

– To zwycięzcy piszą historię.

– Albo emeryci – odparł Czarek. – Nie będziesz miała z kim walczyć, jeśli mnie zabijesz. Zresztą, nie chcesz się dogadać? Chętnie poudaję martwego.

– Mógłbyś się wysilić – droczyła się dalej Pokorna. – Nie będę przecież opowiadać, że wygrałam z tchórzem.

– Czemu? – Udało mu się zbić ją z tropu. – Po co w ogóle to wszystko?

– Jak to: po co? Bóg potrzebuje Szatana. Szewczyk Dratewka potrzebuje smoka. Batman potrzebuje Jokera.

– No właśnie tej potrzeby nie rozumiem.

Trzydzieści metrów. Twarz miała ładną, lecz bez charakteru.

Zatrzymała się.

– Czy ty mnie trollujesz?

– Nie. Pełna powaga. Nie rozumiem twoich potrzeb.

– Wiem, że nie rozumiesz. Wiem, bo obserwowałam cię od lat. Wiem, że z tej odległości nic mi nie zrobisz. Wiem, że jesteś nikim. Wiem, że miałeś swoje pięć minut, ale ich nie wykorzystałeś. I osobiście nic do ciebie nie mam. Jesteś dla mnie odskocznią.

– Nie. – Czarek pokręcił głową. Przez chwilę robił smutną minę, potem wyszczerzył się tak bezczelnie, jak tylko umiał. Nagle poczuł, że jest w swoim żywiole. – Jestem dla ciebie bajką, w którą uwierzyłaś. Czarodziejem na pokaz. Największym trollem dwudziestego pierwszego wieku. Celebrytą i błaznem. Ale proszę bardzo, możesz spróbować się na mnie wybić. Jako odskocznia mam ci jedno do powiedzenia. Wyżej du…

Ruszyła w jego stronę.

Gdyby życie Czarka Marnego było gazetą, w tej sekundzie los przewróciłby ostatnią stronę i ujrzał nekrolog, dowcip i zagadkę.

Nekrolog: Czarek umarł.

Dowcip: Magda nagle zachorowała na depresję. 

Zagadka: jak to się stało?

Życie Czarka Marnego było jednak tym, czym było. Natomiast jego śmierć była też jego ostatnim zaklęciem. Dwa dni wcześniej nauczył się nowego odruchu. Bodziec pobudzający stanowiły drobne uszkodzenia neuronów, które sam u siebie powodował. Natomiast czar – reakcja – nie obejmował swoim zasięgiem całego mózgu ofiary. Działał wybiórczo, niszcząc tylko niektóre struktury. Między innymi komórki układu serotoninergicznego, bez których można co prawda żyć, ale nie jest to najszczęśliwsze życie.

Kiedy oboje weszli w zasięg swoich mocy, Magda rzuciła śmiertelny czar. Część mózgu Czarka została natychmiast zniszczona, ale z tego, co ocalało, wyszło odruchowe zaklęcie.

W następnej sekundzie czarodziej runął martwy na podłogę, a czarodziejka zaczęła płakać.

 

***

 

Rok później, gdy Czarek Marny leżał w grobie, a Magda Pokorna – pijana, zapłakana, pocięta – w jakiejś melinie, Feliks zgodził się udzielić jedynego wywiadu.

Usiadł przed tłumem reporterów. Z plastikowej reklamówki wyjął zegar szachowy, postawił obok szklanki z wodą. Świat patrzył na niego oczami kamer. Na plamy pod pachami, bladą twarz, trzęsące się ręce.

Feliks rozprostował palce, popukał w mikrofon i powiedział:

– Macie swoje pięć minut na zadawanie pytań. Potem odpowiem na nie zbiorczo.

Zegar zaczął tykać, a na sali wybuchł chaos. Po kilkunastu cennych sekundach reporterzy jakoś się opanowali. Padały pytania. Kim naprawdę był Czarek Marny? Czemu się poświęcił? Jak sprawił, że Magda Pokorna wycofała się z życia publicznego?

Czas dobiegł końca.

Feliks uśmiechnął się tak bezczelnie, jak tylko potrafił, zbliżył usta do mikrofonu i milczał. 

Koniec

Komentarze

Moim zdaniem to opowiadanie kompletne. Jest dobra fabuła, jest wielowymiarowy protagonista i dość tajemniczy antagonista, no i nawet jest pojedynek na magię. Czego chcieć więcej?

Narracja mnie urzekła, wręcz nie mogłem się oderwać. Czyli, jak zawsze u Ciebie, napisane świetnie :D

Postać Czarka bardzo przypadła mi do gustu. Rozbudowałeś ją dostatecznie, pozostawiając skłaniające do rozmyślań niedopowiedzenia dotyczące jego przeszłości. Magda to też ciekawa postać, chociaż motywy jej działań są trochę oklepane. 

Na początku myślałem, że będzie tu więcej kryminału. Już sobie jakieś noir wyobrażałem, ale ostatecznie się nie zawiodłem. I chociaż nie przepadam za takimi “ostatecznymi porachunkami” jak scena w szpitalu, to muszę przyznać, że przedstawiłeś ją bardzo obrazowo i intrygująco. 

Mam dziwny problem z zakończeniem. Może jest to spowodowane zmęczeniem (cały dzień chodziłem po górach :D), ale czy ostatnie zdanie ma drugie dno? Bo mam wrażenie, że mocno nadinterpretuję :P

Leci zasłużony kliczek. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Dzięki za szybką wizytę i klika, Soku :)

Oczywiście, że ostatnie zdanie ma drugie dno. Nawet trzecie by się znalazło, Ale pierwsze dno też chyba ujdzie. Co komu pasuje ;)

W sensie zastanawiałem się, czy drugie dno, które tu dostrzegam, faktycznie istnieje. Skoro istnieje, to fajnie :D

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Taaak – ilość den i Count uważa za satysfakcjonującą ;D

Reszta opowiadania też trzyma wysoki poziom. Od zgrabnego początku, przez świetnego bohatera i nośny pomysł, po wstawki medyczne i emocjonującą walkę. Zakończenie poniekąd tajemnicze, wydaje mi się, że Funowi udało się tu znaleźć kompromis między dosłownością, a “czymś więcej”.

No i te genialne fragmenty – klamra z gazetą i anagram.

Warsztato – wiadomo, profeska. Tekst super się czyta i sprawia dużo radochy. Natomiast tytuł… bardzo enigmatyczny, ale dobrze koresponduje z treścią.

Co mi się nie podobało? Przede wszystkim brak tempa przez sporą część tekstu, trochę za mało dramaturgii…

To nie są jednak poważne grzeszki – na stempel jakości (a raczej pięć takowych) opowiadanie z pewnością zasługuje, toteż Primagród wspomniany stempel stawia. Czy na więcej? Kto wie? ;)

 

Trzym się ciepło, towarzyszu broni.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki, Hrabio.

Tytuł, a jakże, enigmatyczny – żebyś nie krzyczał ;)

Kolejne do zapamiętania. Bardzo wysoki poziom, mocna podbudowa. Ale (jedno “ale’;) – im dalej w las, tym bardziej dynamika siada. Finał to trochę reperuje, lecz jedynie częściowo. Przydałby się może mocno przemyślany skrót? Pozdr.

No pewnie, że jest drugie dno, choć tak różnie nazywane: coincidentia oppositorum, drahma, dialektyka metafizyczna. Pięknie wplecione w tekst współzależności przeciwieństw. Zakończenie odpowiada całości: oto Czarek ginie, a więc jego przeciwieństwo staje się niezdolne do bycia sobą. 

Porządne, prawdziwe opowiadanie napisane podług zasad i kunsztu sztuki opowiadaczy ; D

 

Do czegoś wypada się przyczepić. Do układu serotoninergicznego – po prawdzie myślę sobie, że po usunięciu tego układu nastąpiłaby śmierć, czyli jakaś forma depresji. Co innego po usunięciu samej możliwości produkcji serotoniny (wtedy prawdopodobnie zachowanie naszej Magdy byłoby znacznie bardziej kompulsywne i agresywne – podobnie jak przy syndromie płata czołowego – a więc nie klasycznie bierno-depresyjne). Trzecia sprawa jest taka, że hipoteza serotoninowa została obalona, innymi słowy Prozak nie leczy depresji. A czwarta jest taka, że te uwagi wynikają ze spaczenia zawodowego, a cały zabieg serotoninowy jest usprawiedliwiony przez strukturę fabuły i tym samym całkowicie poprawny ; D

 

Pozdrawiam,

Marlow

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Rybaku, dzięki za wizytę :)

Przyjmuję zarzut co do dynamiki. 

 

Marlow, dzięki za komentarz :)

Z tym układem serotoninergicznym to oczywiście mogę się mylić, nikt przecież do końca nie wie, jak jest. Więc pozwoliłem sobie na pewien skrót. Czarek też bazował na literaturze medycznej i w oparciu o jej założenia opracował czar. Celowo nie napisałem, że zniszczył wszystkie komórki ;) Celowo też nie wnikałem w szczegóły; chciałem, by przekaz był jasny: depresja. (W domyśle nawet więcej: depresja nie poddająca się leczeniu). 

Fajnie znowu poczytać Funa! Warsztatowo nic nie zardzewiałeś przez ten czas nieobecności na portalu;)

Od dwunastu lat był na językach i na ekranach, od czterech tygodni na listach gończych, a teraz – przed drzwiami domu Feliksa Wojnara.

a jeszcze bardziej np. tutaj:

Magda Pokorna była terrorystką – podłożyła bombę. (…)

Cza­rek Marny czuł się wie­lo­ma rze­cza­mi jed­no­cze­śnie: cza­ro­dzie­jem, ce­le­bry­tą, trol­lem, bła­znem, przy­ja­cie­lem. Za ter­ro­ry­stę się nie uwa­żał, mimo to pro­jek­to­wał wła­sną bombę.

Jego bomba była cza­ro­dzie­jem, ce­le­bry­tą, trol­lem, bła­znem, przy­ja­cie­lem.

Z zamkniętymi oczami bym Cię po tych fragmentach poznał! Forma udrapowana na treści, dowód na dystans między twórcą i tworzywem i na  świadomość własnych możliwości technicznych ;) Zastanawiam się, skąd to wziąłeś, bo nie znam nikogo innego, kto tak pisze. Bardzo to przyjemne w lekturze, ale w nadmiarze rodzi też dystans między czytelnikiem i bohaterami. Widzę, że autor się nimi bawi i też zaczynam traktować ich jak marionetki.

Historia też Twoja, słodko-kwaśna, groteskowo-poważna, i do poczytania, i do pomyślenia. Nigdy nie wiem, ile tam tych den jest i na ile to świadome, ale piszesz tak, że czytelnik tych podtekstów szuka. Fajna inspiracja superbohaterami, imiona jak zwykle – rodzime i z sensem.

Podobał mi się początek, podobał mi się finał, a właściwie oba (rozstrzygnięcie pojedynku – świetne i epilog). Mniej podobał mi się środek: wyprawa do Mikołajek i odkrycie tożsamości drugiego czarodzieja, jak dla mnie grubymi nićmi szyte. Zabrakło mi genesis Magdy (a pewnie i Czarka) – kwestię jej pochodzenia rozwiązałeś, jak sprawę pochodzenia Rey w “Ostatnim Jedi” ;) Nie wiem, czy to celowo, czy z braku czasu do końca konkursu? Ja kombinowałbym jednak jak splątać ich drogi w przeszłości.

 

 

 

Kliczek, poki jeszcze moge :) A komentarz na nastepnej przerwie, bo teraz maszyny na mnie czekaja :(

Fun, jak zwykle u Ciebie swietny pomysl i rewelacyjne wykonanie. Magik i jego sobowtor, dobro i zlo, ale takie nie calkiem czarno-biale. Tak, tekst zdecydowanie dajacy do myslenia, wieloplaszczyznowy. I mimo, ze taki nie do konca lekki, to dzieki konstrukcji zdan, strukturze, hmm, nie wiem za bardzo jak to dobrze nazwac, jakiejs takiej… magii pisania, bardzo przyjemny w odbiorze. Dziekuje za wyjatkowo satysfakcjonujaca lekture i zycze powodzenia w konkrusie :)

Przybywam z klikiem, a z komentarzem wrócę w wolnej chwili.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zacznijmy od fabuły – podoba mi się to komiksowe rozegranie protagonista(i pomocnik) ~ antagonista. Trochę jak w nieco niedocenionym "Nezniszczalnym". Przy czym jest to rozegranie niebanalne, głownie za sprawą znakomitego bohatera. Dagmara wypada już bardziej płasko, jednowymiarowo, co z jednej strony jest oczywiste – wszak jej nie znamy, to jedna wielka tajemnica, z drugiej – może rzeczywiście przydałoby się, jak sugerował Cobold, wprowadzić jakiś związek między nimi.

Zachwycił mnie natomiast drobiazgowy opis działania mocy Czarka. Żadnych tam tajemniczych promieni, ani elfiej magii, tylko żmudne dlubanie w biochemicznych mechanizmach ciała, poparte solidną, szczegółową wiedzą.

(Tak na marginesie – nie znam się tym wszystkim, ale mam wrażenie, że między przestawieniem konkretnego genu, by pozbyć się konkretnego schorzenia, między wytłuczeniem kilku komórek, albo zmuszeniem ich do konkretnego działania, a totalną zmianą wyglądu, jest przepaść. Tak jak z zepsutym Passatem dieselem – można wymienić uszkodzoną sprężarkę, podkręcić jej ustawienia i pogrzebać w zawieszeniu – auto będzie jeździło lepiej, niż nowe. A można próbować przebudować je na Ferrari. Jest różnica).

Pomysł i akcja opiera się na dość prostym schemacie, a może i rzeczywiście w środku tempo i napięcie spada, tyle że właściwie nie wiem, jak można byłoby inaczej przedstawić poszukiwania tajemniczego wroga, bez wypadania w kompletnie nieprawdopodobne, holywoodzko-komiksowe akcje i zbiegi okoliczności. Nie będę się więc wymądrzał.

Ale główną siłą Twojego tekstu, i nie tylko tego zresztą, jest styl. Niewymuszony i nieprzekombinowany, a mimo to dopieszczony i wyornamentowany, przy czym owe zdobienia nie sprawiają wrażenia doklejonych, pustych ozdóbek, jeno naturalnych i pełnych znaczeń.

Lubię wydumane porównania, a skoro już ruszyłem motoryzacyjne metafory to: Jesteś jak Veyron. Dlaczego? 

Przed Veyronem były superauta, zdolnego do ekstremalnych osiągów i szalonych prędkości. Tyle, że według opisów ich kierowców, osiągnie prędkości maksymalnej było ryzykowne i bardzo wymagające, zarówno dla kierowcy jak i samochodu. To była jazda na krawędzi i dociskanie do granicy możliwości; podobno miało się wrażenie, że każda część leci niezależnie, a tłoki zaraz osiągną drugą prędkość kosmiczną. 

A potem przyszedł Veyron i okazało się, że nie tylko jest piekielnie szybki, to jeszcze wygodny i łatwy w prowadzeniu. Że każda (cóż – odpowiednio bogata) babcia może nim pojechać do kościoła i nie zabić przy tym siebie i połowy parafii. Że auto może osiągnąć czterysta na godzinę z palcem w tyłku (wydechu) i nawet się przy tym za bardzo nie spocić.

Czytanie Twoich tekstów jest jak jazda Veyronem (tudzież którymś z następców) – czytelnik obcuje z nieprawdopodobnym kunsztem, techniką i możliwościami, a jednocześnie ma wrażenie, że to wszystko przychodzi jakoś tak lekko, łatwo i naturalnie. Być może wcale tak nie jest, być może, tak jak za Veyronem stoi mrówcza praca hordy inżynierów, tak powstawanie Twoich tekstów to tytaniczny znój, pot, krew i zgrzytanie zębów. Ale tutaj liczy się wrażenie kierowcy (czytelnika) – ekstremalne, nieosiągalne dla większości pułapy, z palcem w wydechu.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Iiiii naaaadchoooodzi – “Wywiad z wamp… eee, czarodziejem” ;).

Bardzo dobre. Najpierw myślałem, że to będzie sympatyczne opowiadanie-przerywnik w natłoku Śmiertelnie Poważnych i Górnolotnych, ale swoją, niezwykle ciekawą, głębię ma. Świetne realia, świetne pióro. Może rzeczywiście jest dysonans między “magią” na poziomie komórkowym czy DNA a zmianą wyglądu, ale kto by się tam czepiał ;).

Ale parę uwag mam:

– “zabije ją nieszczęśliwy wypadek.” – wypadki zabijają? Ulegnie wypadkowi albo zginie w wypadku;

– “los pokarał ich czerniakiem” – ich”? rozumiem, że to metafora, ale to jednak żona zachorowała;

– “co nie byłoby katolickim gadaniem” – jakie to jest gadanie? albo inaczej – jeśli nie dotyczy spraw wiary, jak odróżnić gadanie “katolickie” od np. “ewangelickiego”?;

– “Przypłacił za to, o ironio, głową.” – albo “przypłacił to” albo “zapłacił za to”;

– “styrana ławeczka” – niby to dopuszczalne, ale, jak dla mnie, właściwą formą jest “sterana”;

– “sięgając po najdroższe rzeczy” – tego nie zrozumiałem; jakie ma znaczenie, że kupują drogie rzeczy?;

– “zboże wymarło” – zboże nie fauna, nie wymiera;

– “Może po mnie nie widać, bo ciało sobie odmładzam, ale mam już czterdzieści lat” – to mnie rozwaliło :D; jako człowiek wiekowy, zaręczam, że gdy osiągniesz czterdziestkę, poczujesz się młody jak nigdy;

– “nie spowodowałby” – spowodowałoby;

– “Magda Pokorna stała pięćdziesiąt metrów dalej” – wielki ten szpital ;).

 

W każdym razie – świetne opko, czyta się jednym tchem, a zakończenie – majstersztyk!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Coboldzie, dziękuję.

Dobrze, że konkurs nie był anonimowy ;)

Co do genesis Czarka – nie chciałem wprowadzać żadnego ukąszenia przez pająka, po którym dostałby supermocy. Chciałem pokazać, że talent nie wybiera i dotyka czasem ludzi, którzy nie potrafią go wykorzystać. Bo skąd się może brać talent? Pamiętaj, że dziedziczenie jest wielogenowe, ze zmienną penetracją do fenotypu, modyfikowaną przez czynniki środowiskowe ;) 

W przypadku Magdy chciałem trzymać się perspektywy protagonistów i zerwać ze schematem opowieści, w których “zło” zawsze się tłumaczy w ostatecznej rozmowie. 

 

Katiu, dziękuję :) Zawsze staram się, żeby tekst przede wszystkim się dobrze czytało. Czytanie ma być przyjemnością, nawet jeśli czyta się rzeczy poważne, ciężkie, zmuszające do myślenia! 

 

Mr.marasie, dzięki za klika i czekam (nie)cierpliwie na komentarz :)

 

Thargone, przyznaję, musiałem wygooglać tego Veyrona :D

Przy takim deszczu komplementów pod adresem mojego stylu pozostaje się tylko pokłonić do ziemi. Muszę jednak zaznaczyć, że mój warsztat to zasługa ciężkiej – no może nie ciężkiej, bo lubię pisać – ale dłuuugiej pracy. Nawet nie wiesz, jak mnie to cieszy, że ktoś to docenia. Bo to znaczy, że praca owocuje. I mam motywację, by dalej robić swoje, tylko coraz lepiej :)

Co do zmiany wyglądu – racja, nie uściśliłem tego. Ale wyobrażam to sobie tak, że Czarek po prostu namnażał pewne komórki na twarzy, by coś powiększyć, a inne wprowadzał w apoptozę (po ludzku: kontrolowaną śmierć), by co innego pomniejszyć. Nie robiłby tego jednym pstryknięciem palców, tylko taka metamorfoza trwałaby tygodniami, codziennie po trochu. No ale żeby nie rozwadniać akcji nie napisałem tego… :D 

Zarzuty przyjmuję na klatę. 

A, i w sumie nie pomyślałem, że Feliks to taki Robin. 

Dziękuję bardzo za rozbudowany komentarz :)

 

Staruchu, cieszę się, że się podobało, dzięki za miłe słowa i celne uwagi :)

Odniosę się do dwóch rzeczy:

Wiedziałem, że czterdziestolatkowie będą to czytać :D Ale tą uwagą Czarka chciałem 1) zaznaczyć to, że jest rówieśnikiem Feliksa 2) pokazać, że mimo jego wygłupów i młodego wyglądu wewnątrz czuje się już tym wszystkim trochę zmęczony, a przynajmniej na tyle zmęczony, by usprawiedliwić swoją gotowość do poddania się. 

A w szpitalu na Borowskiej bywam prawie 5 razy w tygodniu i uwierz, jest wielki ;)

A w szpitalu na Borowskiej bywam prawie 5 razy w tygodniu i uwierz, jest wielki ;)

Potwierdzam. Można się zgubić. Trochę jak z "Królestwa" Von Triera ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Nic nie znalazłam, żeby się przyczepić.

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia ;)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Nic nie znalazłam, żeby się przyczepić.

:D

Dzięki, czekam cierpliwie na pełny komentarz :)

Bardzo przyjemne opowiadanie, odnoszę tylko wrażenie, że trochę… mało oryginalne?

Bohater po studiach medycznych, martwe gołębie i króliki w lesie, chore dziecko – przypomniały mi o “Dziewięciu martwych zwierzętach” (akurat tam facet studiował chyba biologię, w każdym razie coś pokrewnego). Mężczyzna, którego zna i lubi cały świat, a potem nagle zaczyna go nienawidzić, to skojarzenie z “Bohaterem przez wielkie B” Elanara. No i motyw pojedynku na magię… kurde, wiem, że to popularny temat, ale akurat tutaj wykorzystany słabo.

Jednakowoż czytało się miło, i żadne moje narzekanie tego faktu nie zmieni :)

Pozdrawiam!

Precz z sygnaturkami.

Dzięki za wizytę, Kosmito :)

Jeśli chodzi o pojedynki na magię, to moja znajomość tego motywu kończy się na wymachiwaniu kawałkiem drewna i krzyczeniu dziwnych słów… Co byś polecał, żeby się w tym temacie podciągnąć?

Czytałem kiedyś taką książkę. I chyba bym polecał :D

Precz z sygnaturkami.

Na plus zdecydowanie pomysł na połączenie magii i medycyny oraz postać Czarka Marnego.

Fabuła nieco mi się dłużyła do momentu wpadnięcia na trop Dagmary/Magdy, dalej było już ciekawiej. Niestety postać zarówno Magdy jak i Feliksa trochę bez wyrazu.

Podobało mi się też starcie czarodziejów, choć trwałe zniszczenie układu serotoninergicznego bardzo okrutne. ;)

Napisane oczywiście w porządku. 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Dziękuję za opinię, El Lobo :)

Po prostu kapitalne opowiadanie. Od razu wciągnął mnie Twój styl i zafascynowały poszukiwania Czarka Marnego. A już moment walki z Pokorną wbił mnie w podłogę. Opowiadanie jest przemyślane od początku do końca, wszystko jest na swoim miejscu, ani jedno zbędne słówko. A najważniejsze – tekst pobudza do refleksji. Oprócz końcówki, bardzo mi się w tej kwestii spodobała rozmowa Feliksa i Czarka o tym, że czarodziej jednak słyszy sporo o sobie, a nie przeciwniku. Było to ciut łopatologiczne, ale i tak mi się podobało. 

Zabierałem się dwa razy, ale w końcu skończyłem. I nie dlatego, że to jakieś specjalnie trudne opowiadanie, albo ciężkie, ale przez… Dobrze będzie to podsumować słowem najlepiej Ci zrozumiałbym – styl.

Do tej pory Twoje opka albo mnie urzekały, albo byłem stanowczo na “nie”. Chociaż nie, podobne wrażenia, jak dzisiaj, miałem przy Pustych metaforach. Czyli ogólnie, średnie. Ani nie mogę ponarzekać, ani specjalnie pochwalić.

Fabuła przemyślana i rozpisana “książkowo”. Jest haczyk na początku i choć dobrze, że nie wyrywa od razu pół ryja, to jednak chwyta zbyt słabo, to znaczy rybka (ja) się zerwała. Skanowałem część tekstu gdzieś w środku, miałem coś jak Cobi. Tak, finał fajny, dlatego w ogóle skończyłem, finały na ogół masz dobre.

Gdy tak pomyślę, co mi nie leży najbardziej, to chyba obaj bohaterowie, nie wzbudzali mojego zainteresowania, nie ciekawiły mnie ich dalsze losy. Dlaczego? Hm, magik sarkastyczny, taki chcący dobrze, ale mu nie wychodzi. Feliks… Feliks to w ogóle nie powinien z domu wychodzić, tylko siedzieć w nim w ciepłych kaputkach. Zaś ich wspólna “zależność i poznanie”, czyli wyleczenie córki, to nie, stanowczo nie, choć sam często chwytam się prostych rozwiązań.

No brak mi w tym opku błyskotliwego Funa, jakiego lubię.

Pozdrawiam.

Zabierałem się dwa razy, ale w końcu skończyłem. I nie dlatego, że to jakieś specjalnie trudne opowiadanie, albo ciężkie, ale przez… Dobrze będzie to podsumować słowem dobrze Ci znanym – styl.

Do tej pory Twoje opka albo mnie urzekały, albo byłem stanowczo na “nie”. Chociaż nie, podobne wrażenia, jak dzisiaj, miałem przy Pustych metaforach. Czyli ogólnie, średnie. Ani nie mogę ponarzekać, ani specjalnie pochwalić.

Fabuła przemyślana i rozpisana “książkowo”. Jest haczyk na początku i choć dobrze, że nie wyrywa od razu pół ryja, to jednak chwyta zbyt słabo, to znaczy rybka (ja) się zerwała. Skanowałem część tekstu gdzieś w środku, miałem coś jak Cobi. Tak, finał fajny, dlatego w ogóle skończyłem, finały na ogół masz dobre.

Gdy tak pomyślę, co mi nie leży najbardziej, to chyba obaj bohaterowie, nie wzbudzali mojego zainteresowania, nie ciekawiły mnie ich dalsze losy. Dlaczego? Hm, magik sarkastyczny, taki chcący dobrze, ale mu nie wychodzi. Feliks… Feliks to w ogóle nie powinien z domu wychodzić, tylko siedzieć w nim w ciepłych kaputkach. Zaś ich wspólna “zależność i poznanie”, czyli wyleczenie córki, to nie, stanowczo nie, choć sam często chwytam się prostych rozwiązań.

No brak mi w tym opku błyskotliwego Funa, jakiego lubię.

Pozdrawiam.

Deirdriu, dzięki :) Miło czytać takie komentarze. 

 

Darconie, cieszę się, że się zebrałeś i skończyłeś :)

Bohaterowie, powiadasz? Feliks rzeczywiście jest w cieniu, ale postać Czarka część czytelników chwali. Zastanawiam się, czemu Ciebie nie kupiła. Zbyt antypatyczna? Mało ludzka? Czy po prostu szara, przeciętna, nudna? 

W sumie nie spodziewałem się, że to opko Cię urzeknie, ale mam zagwozdkę, próbując rozgryźć, co do Ciebie trafia. Szukam wspólnych elementów dla grupy na “tak”, grupy na “nie” i tych średnich. Pierwsza myśl: wolisz ładniejsze, bardziej klasyczne motywy (”Dziewięć martwych zwierząt” ;)) niż takie dziwaczne, przełamujące trochę schematy, jak czarodziej-celebryta czy lewitujące metafory. Ale zaraz tę tezę obalają “Diabeł” (bardziej klasyczny) i “Doczłowieczenie” (bardziej dziwaczne). Może więc chodzi o bohaterów? Cobold sygnalizuje, że czasem czuje dystans między bohaterami a czytelnikiem. 

Znalazłem wspólny motyw tych opowiadań, które mi się podobają. Jednak to zależy, kto je napisał. :) Wiem, to brzmi trochę przewrotnie albo inaczej, stronniczo. Wiesz, piszesz opowiadania konkretne, one są zawsze “jakieś”, “brak” Ci pewnego rodzaju sentymentu, rozwodnienia, takiego sposobu snucia opowieści, jak bard. Bardzo dobrze wychodzi to Cobiemu, wydać to wyraźnie w ostatnim opowiadaniu. Tak na poważanie snuć umie opowieści także Ocha, jej Miasto jest świetne, choć główny bohater strasznie mnie wkurzał, ale opowieść miała swój specyficzny klimat snutej historii. Ty piszesz bardziej konkretnie i Twoje pomysły albo zaskakują mnie powiązanymi faktami, pomysłami i wnioskami, tak, że sam nie wpadłbym na to, na takie zestawienie, takie pomysły, albo nie zaskakują, jak osoba Czarka. Już wiem dlaczego mi się nie podobał, niczym mnie nie zaskoczył, “wiedziałem”, że tak skończy. Choć sposób fajny, to wiedziałem, że nie wygra i będzie po wszystkim przegranym.

Sam jestem z tych przewidywalnych i raczej staram się snuć, niż zaskakiwać. Opowiadania jak Doczłowieczenie nigdy bym nie napisał, takie jak wyżej, znacznie prędzej, a przecież własne opka rzadko podobają mi się tak do końca. :)

Pozdrawiam.

Bardzo fajny pomysł na maga-doktóra. Co prawda z medycznego mambo-jambo nic nie zrozumiałem, ale w ogóle to nie przeszkadzało. Przeciwnie te biologiczne wstawki dodawały oryginalności. Spodobało mi się powtarzające się porównanie życia z gazetą. Finałowy pojedynek też niebanalny, sama wizja indukowania w człowieku depresji poprzez zabawę chemią mózgu jest straszna.

Zabrakło mi tylko jakiejś genezy magicznych zdolności bohatera i jego nemezis. Albo coś mi umknęło albo te czary wzięły się znikąd.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dzięki, Szyszkowy :) 

Albo coś mi umknęło albo te czary wzięły się znikąd.

A tam od razu znikąd. W medycynie istnieje na to eleganckie, mądre określenie: idiopatycznie ;)

Na pewno jeden z najlepszych tekstów na legendę, który do tej pory czytałem.

Znakomity początek – intrygujący, zapowiadający oryginalną historię. Interesująca narracja, która towarzyszyła tekstowi już do końca.

Postać Czarka charakterystyczna i zbudowana na tyle dobrze, że kibicowałem mu niemal od początku; lubię tego typu bohaterów. Z Feliksem trochę gorzej, ale całkiem bezbarwny na pewno nie wyszedł.

Pomysł na magię oryginalny, medyczne wtrącenia dobrze pasują.

Dziwię się, że niektórzy z komentujących wyżej mają zastrzeżenia do dynamiki. Ja dynamikę wręcz uwielbiam, ale tutaj tempo historii mi odpowiada – co najważniejsze: nie dajesz czytelnikowi się nudzić, brakuje zbędnych fragmentów.

Zakończenie osobiście uznaję za jedną z największych zalet – pomysłowe, nieoczywiste i satysfakcjonujące.

W zasadzie tak dobrze trafiłeś w mój gust, że nie przyczepię się do niczego. Trafiasz na moją prywatną listę największych konkursowych faworytów.

 

lecz to bierność na polu zawodowym okazało się zbawieniem.

Literówka.

Przeczytałam kilka dni temu i na śmierć zapomniałam napisać komentarz (już nie pierwszy raz mi się to zdarza…).

Chyba nie powiem nic odkrywczego. Rewelacyjna, wciągająca narracja. Bohaterowie, akcja… No miodzio. :)

Gdyby życie Czarka Marnego było gazetą, w tej sekundzie los przewróciłby ostatnią stronę i ujrzał nekrolog, dowcip i zagadkę.

Nekrolog: Czarek umarł.

Dowcip: Magda nagle zachorowała na depresję. 

Zagadka: jak to się stało?

Ten fragment zapamiętałam najlepiej. Jestem beznadziejna w prawieniu komplementów, więc powiem po prostu, że powyższe niesamowicie mi się spodobało i wciąż nie opuściło mojej głowy. ;)

Bardzo zręcznie napisane, ciekawe opowiadanie.

Oj, trudne głosowanie przed nami. ;)

Dobry tekst. Ładnie wykorzystujesz swoje mocne strony i grasz medycyną. Klamry też niczego sobie.

Fabułę śledziłam z zainteresowaniem. Kibicowałam Czarkowi. Szkoda, że nie całkiem wygrał.

Uważam, że bohaterów zbudowałeś porządnych. Główny sympatyczny, ale ma jakieś wady. Bez trudu wierzę, że potrafi wkurzać ludzi. Zachowują się racjonalnie. Szkoda, że nie wyjaśniasz, co takiego ci czarodzieje mają we łbach, że radiolog musiał zginąć…

Legendy trochę mało. Jak dla mnie, ale mam wyśrubowane wymagania.

Warsztatowo w porządku, zabawa z nazwiskami bardzo fajna.

Powodzenia w konkursie. :-)

Babska logika rządzi!

Perruksie, cieszę się, że tak trafiłem w gust.

Co do dynamiki – kwestia gustu. Pozaportalowy czytelnik twierdził, że tempo jest wręcz zbyt szybkie.

Dzięki za wizytę :)

 

Rosso, dziękuję za komentarz, ciesze się, że sobie przypomniałaś ;)

Fajnie, że wskazałaś “ulubiony” fragment. To miłe, gdy czytelnicy doceniają różne szczegóły. 

 

Finklo, legendy mało? Jest legenda stara, legenda nowa, no i zakończenie daje pole do wymyślania kolejnych – więcej legend nie miałem w zanadrzu ;)

Dzięki za opinię i nominację :)

Ciekawe opowiadanie, przeczytałam z przyjemnością :)

Tekst napisany bardzo dobrym stylem. Dość proste chwyty fabularne (typu antagonistka zagraża przyjacielowi protagonisty :P) przykrywasz dystansem i humorem, który nie jest jednak głupawy i powierzchowny. Podobał mi się pomysł na “medyczną” magię. Przy okazji z wyczuciem pokazałeś mechanizmy działania mediów i internetu, tego, jak łatwo wykreować nową gwiazdę i zniszczyć czyjś wizerunek. Główny bohater dobrze skonstruowany, wielowymiarowy.

 

Mimo wszystko trochę byłam rozczarowana. W środku opowiadania tempo siada, pościg jest dość niemrawy i czytelnik zostaje z dobrym początkiem i bardzo dobrym zakończeniem oraz ciekawymi opisami dotyczącymi bohaterów. Brakuje równie dobrych elementów pomiędzy. Ale może po prostu ustawiłeś wysoko poprzeczkę “Pustymi metaforami” i “Piękni ludzie muszą wyjść”, więc i oczekiwania większe.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Fajnie, że wpadłaś Mirabell, dzięki :)

Rozczarowana? Szkoda. Ale cieszę , że pamiętasz moje poprzednie teksty. 

Bardzo dobry tekst.

Używasz takiego rodzaju magii, jaką lubię – opartą na prawach, mającą zaczepienie w rzeczywistym świecie (tutaj biologii i medycyny), wymagającą od czarodzieja więcej, niż pstryknięcia palcami. 

Wspominałeś pod moim tekstem, że rola mediów mi się spodoba. Miałeś w tym trochę racji, choć z początku spodziewałem się większego zajrzenia “pod pokrywkę”. Jednak nie one były celem opowiadania – odczułem, że są raczej środkiem do popędzania bohaterów – a obraz magi wynagrodził to w zupełności.

Fabuła toczy się w miarę naturalnie, ale lekko siada środek. Po udarze Feliksa jednak przyspieszasz, więc się to równoważy.

Jednak nie przypadła mi do gustu antagonistka. Pod koniec próbowałeś ją wykreować na głębszą postać niż pokazałeś, na co raczej obróciłem oczami.

Samo zakończenie na plus, bo nie było łatwe i proste.

Aha i nie rozumiem, co się Czarek zrobił Patrycji? Czy to jest śmiertelnie? Na pewno nie, ale motyw krwi z nosa i wybroczyn dla takiego laika medycyny, jak ja, nie brzmi lekko ;)

Podsumowując: dobrze zrobiony koncert fajerwerków z paroma jeszcze lepszymi pomysłami.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za opinię, NoWhereManie :)

Cieszę się, że mechanizmy magiczne przypadły do gustu. 

O mediach trochę było, ale chciałem się raczej pochylić nad zjawiskami ponadczasowymi, jak na przykład pragnieniem sławy. 

Jako kolejna osoba wspominasz o słabszym środku, więc coś musi być na rzeczy.

Antagonistki postanowiłem nie rozwijać, żeby choć trochę przełamać schemat złoczyńcy wyjawiającego swoje plany. W prawdziwym życiu zło rzadko się tłumaczy, często spada znikąd. Tutaj chciałem to połączyć, ale wyszło, jak wyszło. 

Aha i nie rozumiem, co się Czarek zrobił Patrycji? Czy to jest śmiertelnie? Na pewno nie, ale motyw krwi z nosa i wybroczyn dla takiego laika medycyny, jak ja, nie brzmi lekko ;)

Czarek wywołał u Patrycji coś w rodzaju skazy krwotocznej. Znacznie osłabił działanie układu krzepnięcia, więc zwiększył predyspozycje do krwotoków, a przy okazji uszkodził ściany drobnych naczyń, stąd wybroczyny na skórze. W nosie są najcieńsze naczynia, więc tam często dochodzi do krwotoków związanych z niedoborami czynników krzepnięcia (np. w chorobie von Willebranda). Wyglądało to dramatycznie, ale w moim zamyśle miało być tylko siniakami połączonymi z omdleniem i łatwym do zaopatrzenia krwawieniem – a z tego się wychodzi. Patrycja się po tym pozbierała, ponieważ organizm nieustannie wytwarza czynniki krzepnięcia (białka produkowane głównie w wątrobie). W opowiadaniu nie chciałem w to wchodzić, bo i tak się bałem, że szczegóły na temat mukowiscydozy znudzą czytelników. 

Uff, to dobrze, że Patrycji nic nie jest. Już się bałem, że śmierć dla Czarka to za mało ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo lubię wykorzystywanie wątków medycznych w opowiadaniach, a jeśli jeszcze dochodzi do tego magia, to czego chcieć więcej?

Przeczytałam wczoraj, ale nie skomentowałam, bo chciałam sobie dać odrobinę czasu na przemyślenie i ochłonięcie. Ochłonięcie, bo tekst mnie autentycznie zachwycił i chciałam sprawdzić, czy dzisiaj moje odczucia będą podobne. Są. :)

Jedyną rzeczą, która według mnie wymagałaby przybliżenia, to postać Magdy i motywacji jej postępowania, bo:

– Jak to: po co? Bóg potrzebuje Szatana. Szewczyk Dratewka potrzebuje smoka. Batman potrzebuje Jokera.

– No właśnie tej potrzeby nie rozumiem.

Przyznam, że ja też, za cholerę, tego nie rozumiem.

Ale generalnie cudne to było. :)

 

„Ktoś podszywający się za mnie, niech no skurwiela dorwę, udawał, że ich leczy. A może nawet próbował leczyć, tylko spartolił robotę. Nie wiem. Potem weekend w Dubaju, dwóch szejków z dną moczanową, którą ten skurwiel podmienił im na raka płuc w zaawansowanym stadium.”

Podszywający się pode mnie albo podający za mnie, ale nie tak, jak jest teraz.

 

„Dorosła, poszła na studia do innego miasta” – jakoś „poszła do innego miasta” nie brzmi dobrze. Raczej wyjechała.

 

„Przekonywał, że Marny nie musi zostać zbawcą świata, wyzwoleniem od wszelkich chorób, ale nie zaszkodzi raz na jakiś czas uratować komuś życia.” – Końcówka tego zdania wydaje mi się kulawa, w sensie że mam wrażenie, ze coś tu zostało nieprawidłowo odmienione. Uratować komuś życie – tak ja bym napisała. Albo ze uratowanie życia nie zaszkodzi.

 

„Przejrzeliśmy te trzy sprawy, jutro pojedziemy na te wszystkie zadupia.”

 

„Feliks wysunął w jego stronę flaszkę.” – Wysunął? Czepiam się, wiem, ale to słowo wydało mi się nie pasujące. Czy napisałbyś, że ktoś do kogo wysunął np. rękę?

 

„– Można tak to nazwać. Nie miała w życiu łatwo, wychowywał ją ojciec, bo matka zmarła… Ale to, co się działo w domu Okopnych, to ich sprawa. Choć akurat to, jak skończył stary Okopny, to było poza domem, a dokładniej na środku podwórka. Leżał, zadławiony własnymi rzygami, jego psy wyżerały mu flaki. Wiem, jak to brzmi, ale sam byłem, widziałem.”

 

„Musiała się puścić, by ktoś dopuścił ją do sławy.”

 

„wywiad z czarodziejem otworzył możliwości, z których nie dziennikarz skorzystał” – dziennikarz nie skorzystał, a nie nie dziennikarz ;)

 

„tym bardziej potrafił weń ingerować.  Udoskonalał swoje ciało” – zbędna spacja

 

„Czarek po raz trzeci zadzwonił do domofonu.” – Do domofonu czy domofonem?

 

Mam odczucia podobne do Mirabell – niektóre elementy opowiadania są na poziomie, inne (w tym tempo), trochę siadły. O ile ciekawie rysujesz relacje między bohaterami, sami bohaterowie mnie nie chwycili. Prawdę mówiąc nie kibicowałam Marnemu. Jego przeciwniczce o morderczych zapędach też nie, ale nie o to przecież chodzi. Najciekawszy wydał mi się w sumie Feliks. Podoba mi się też koncept jedynego (do czasu) czarodzieja na świecie i pomysł na jego magię (choć ja lubię wyjaśnienia, więc troszkę mi jednak zabrakło choć sugestii, skąd się te jego moce wzięły). No i ogólnie przyznam, że czytałam na raty. Ale to pewnie wina mojego okropnego trybu życia ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

AQQ, to największa radość dla autora, kiedy udaje się zachwycić czytelnika :) Bardzo mi miło, dziękuję. 

Co do Magdy – chciała się wybić na postaci Czarka. Kto by dziś słyszał o Szewczyku Dratewce, gdyby nie było smoka? Wróg daje możliwość wykazania się. Wiedzieli o tym naziści, kreując swą potęgę także na nienawiści do Żydów. Magda miała właśnie potrzebę potęgi, a Czarka do tego nie ciągnęło. On wręcz tego nie rozumiał. Nie był rodzajem człowieka, który sięga po więcej; umiał zadowolić się tym, co ma. 

 

Joseheim, Twoje poprawki jak zawsze robią na mnie wrażenie :) Dyskutowałbym tylko przy dialogach – bohaterowie nie muszą mówić poprawnie. Zazwyczaj celowo wciskam w ich usta błędy albo skróty myślowe, żeby brzmiało autentyczniej. 

Szkoda, że nie podeszło.

W sumie ciekawe, że masz trochę inaczej niż większość, bo innym Czarek przypadł bardziej do gustu niż Feliks. Zdradzisz dlaczego?

Co do nieszczęsnego wyjaśnienia pochodzenia mocy… Bywam zwolennikiem realizmu magicznego, w którym rzeczy się po prostu dzieją (co widać po poprzednich opowiadaniach). Wyjaśnienia wydają mi się niepotrzebnym odarciem z tajemnicy. Tutaj dodatkowo mi to pasowało: zdolności magiczne były rodzajem choroby bez uchwytnej przyczyny. Wbrew pozorom trochę takich chorób jest. Ale dzięki za uwagę, na przyszłość będę bardziej myślał nad wyborem między swoimi a czytelniczym upodobaniami. 

Dziękuję za łapankę i komentarz :)

Daj spokój, ja też często nie tłumaczę rzeczy w swoich tekstach, jeśli nie widzę po temu powodu. W sumie jak teraz wprost uściśliłeś swój zamiar (że to kwestia zmian w mózgu), to faktycznie masz rację, zostawiłeś w opowiadaniu dość śladów, by czytelnika zadowolić. Jak tylko czytelnik (znaczy ja) użyje ze dwóch szarych komórek, by się zastanowić ; /

Co do Czarka i Feliksa to chyba kwestia tego, że Feliksa rozumiem. To taka normalna postać, jego zachowanie i motywacje do mnie trafiają. A Czarek jako czarodziej który robi pewne rzeczy, innych nie robi itp. jakoś mnie nie przekonał. Już lepiej chyba rozumiem motywację dziewczyny, która próbowała go zniszczyć, niż jego z tym, co robił w młodości (wszystkie te żarty) i w jaki sposób postanowił odpowiedzieć na ataki. Choć nie da się ukryć, że końcowa klątwa zwrotna była świetnym pomysłem ;)

 

Jeśli chodzi o dialogi to pewnie, ze czasem postacie nie mówią poprawnie. I pewnie ktoś, kto sam nie pisze, patrzy na nie inaczej. Ale mnie powtórzenia dziabią (te pojedyncze nawet nie, wynotowałam dla porządku, bo nigdy nie wiadomo, czy są zamierzone czy przeoczone, ale te wszystkie “to” w jednej kwestii dialogowej wypadły okropnie ;p).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jak dla mnie, pomysł na osobnika leczącego przy pomocy zdolności czarodziejskich jest nieco ryzykowny, bo natychmiast nasuwa mi się skojarzenie z wszelkiego rodzaju Kaszpirowskimi, Harrisami i innymi szamanami. Jednakowoż muszę przyznać, że Twoja historia okazała się nad wyraz zajmująca, a własne wątpliwości zawiesiłam na kołku, no bo przecież napisałeś opowiadanie fantastyczne.

Postać Czarka jest naprawdę niezła i nawet nie mam zastrzeżeń do jego wcześniejszych wybryków – ot, młodzieńcze próby wykorzystania talentu. Feliks zdecydowanie różni się od Czarka, i bardzo dobrze, bo po co w opowiadaniu dwóch podobnych facetów. Na ich tle Magda wypada nieco blado, ale i tak nie najgorzej.

Nie mogę nie zauważyć, Funie, że opowiadanie jest napisane nadzwyczaj porządnie, a jego lektura okazała się szalenie satysfakcjonująca. ;D

 

Nie bę­dzie zło­czyń­cą, nie bę­dzie su­per­bo­ha­te­rem, bę­dzie sobą. Dla­cze­go ni­czym wię­cej? –> Raczej: Dla­cze­go nikim wię­cej?

 

My­ślał chwi­lę, wziął drugi łyk. –> My­ślał chwi­lę, wypił drugi łyk.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To chyba mój rekord, jeśli chodzi o najniższe stężenie błędów wyłapanych przez Ciebie, Reg :P

Dzięki za miłe słowa, cieszę się, że historia przypadła Ci do gustu :)

Funie, każdy rekord można pobić, osiągając wynik lepszy od dotychczasowego. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciągle się staram ;)

A tym razem zastosowałem Twoją metodę i inaczej sformatowałem tekst przy korekcie, by lepiej widzieć błędy :D

Mogę się tylko cieszyć, że ta prosta metoda okazała się skuteczna. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Naczelny medical nazi tego forum po długiej podróży przybywa na białym… leukocycie, żeby oznajmić – cóż to była za podróż!

Całkiem mi się podobało. Z chirurgiczną precyzją powiązana magia z medycyną to fortel, który bardzo misię. Samo dochodzenie spektakularnie oryginalne nie jest, odhaczasz kolejne punkty zwrotne, które klasycznie powinny się w takiej historii znaleźć. Czyta się to bez przykrości, ale raczej przez wzgląd na rewelacyjny warsztat i pewne językowe oczka, które puszczasz do czytelnika raz za razem. Liczyłem, że chociaż finału nie uda mi się przewidzieć, że to się wcale nie skończy pojedynkiem… Cóż wszystkiego mieć nie można. :p

Główny bohater mi się podobał, zarysowałeś go konkretnie, ma przeszłość, jakąś motywację (choć tutaj widzę pole do rozwoju). Mniej podobał mi się Feliks, bo oprócz wątku córki – sympatycznego swoją drogą smaczku – to wydał mi się być w opowiadaniu tylko po to, by Czarkowi miał kto odpowiadać, a nie żeby tamten gadał sam do siebie. Co do nemesis, zabrakło mi jakiegoś sensowniejszego genesis tej postaci. Tutaj mam też zgrzyt, bo Czarek musiał tłuc się samochodem na Mazury, a Magda latała po całym świecie i mordowała od Singapuru po USA. Twoi czarodzieje nie posiadali przecież zdolności translokacji (chyba że mi to umknęło), więc jak wieśniaczce z Mazur udało się tak podróżować po całych kontynentach, jakby była milionerką?

Końcówka mi się spodobała o tyle, że wygląda mi to, jakbyś grał na umiejętności, którą celowo pozostawiłeś w cieniu przez praktycznie cały tekst, a mianowicie na zmianie wyglądu. Pomysł, że Czarek wykorzystał “przyjaciela”, by w finałowej potyczce go poświęcić, całkiem mi się podoba, bo czyni czarodzieja postacią niejednoznaczną. Jest też opcja, że chodzi o coś zupełnie innego i znowu czegoś nie ogarnąłem. Ale żyjmy złudzeniami!

Nie no, wydawało mi się, że Czarek sam zginął, nikogo nie wystawiał w roli tarczy.

Babska logika rządzi!

Nie pamiętam, czy Czarek miał zdolność kontrolowania innych istnień, ale moja teoria ma sens: gdzieś pod koniec pojawia się myśl, żeby wszystko rzucić, zmienić personalia i żyć spokojnym, bezmagicznym życiem. Gdy w finale dziennikarze pytają Feliksa w sumie o szczegóły planu Czarka, ten uśmiecha się bezczelnie, lecz milczy. Bezczelną postacią w tym opowiadaniu był Czarek, a nie cicha myszka-Feliks. Tak więc jakieś dowody na podmiankę są.

Hmmm. Ale wszystkowiedzący narrator pisze, że mózg Czarka został usmażony, że Czarek leży w grobie… Czyżby łgał?

Babska logika rządzi!

Może być jednak i tak, że tylko desperacko poszukuję jakiegokolwiek drugiego dna, skoro sam autor wyznał, że ukrył takie dwa. ;D

Nie, Brightside, ja też to tak samo zrozumiałam.

 

Choć chyba nie do końca rozumiem, jak to zadziałało – czy Czarek poprosił Feliksa o przysługę, a ten z wdzięczności za uratowanie córki się zgodził czy manipulował jego ciałem?

Hehe. Myślę, że Fun się ucieszy, gdy przeczyta powyższą dyskusję.

Bright, Kammo – również lubię tę teorię, choć i Finkli nie można odmówić racji ;D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ok, to jeszcze raz, tym razem z pełnym komentarzem, co by fun nacieszył oczy ;)

 

Mignęło mi wyżej, że inni narzekali na tempo historii, ale ja nie mam mu nic do zarzucenia, wręcz przeciwnie, całość leciała jak dobra przygodówka, a sceny zmieniały się dynamicznie. Poziom introspekcji bohaterów znów niewielki, ale to już któryś raz zauważam w twoich opowiadaniach, że widzę, co robią, ale nie wiem, co czują, i przyznam, że stoi mi to na drodze do pełnej satysfakcji. Ale nie nazwałabym tego wadą, raczej innym stylem.

 

Na wyróżnienie zasługuje internetowy język – choć dziwnie mi się czytało coś pisanego w ten sposób, doceniam konsekwencję. To był fajny eksperyment. Plus oczywiście, jak to u ciebie, zdania od których człowiekowi robi się miło w środku – to o bombach czy o strachu przed obudzeniem przyjaciela. Śliczne.

 

No i zakończenie – ostatnia linijka zdecydowanie brzmi jak Czarek, choć nie rozumiem, jak do tego doszło, więc nawet nie mam jak się spierać, że wiem lepiej :/

 

A, i jeszcze jedno – tytuł bardzo ciekawy, ale… skąd szóstka?

 

Życzę powodzenia w konkursie, fun :)

Jasna Strono, odetchnąłem z ulgą :D 

Dzięki za uwagi. 

Co do kosztów podróżowania – wszystko zostało przemyślane, nie wszystko napisane :/ W każdym razie choroby nie patrzą na stan konta, więc dotykają też najbogatszych. Czarodzieje budowali swój budżet przy okazjonalnych uzdrowieniach milionerów. 

 

Kam, nacieszam, nacieszam ;)

Mówisz, że za mało o uczuciach i przemyśleniach bohaterów? Muszę się temu przyjrzeć. Staram się, żeby ich motywacje, pragnienia, lęki wynikały z zachowań i dialogów, a czasem nawet piszę wprost, jak przy scenie pożegnania Patrycji, w trakcie której nic się nie dzieje, oprócz tego, że wiele zostaje pomyślane i przypomniane. 

Tytuł – fajnie, że zapytałaś – jest połączeniem związków frazeologicznych “mieć swoje pięć minut” i “być na językach”. Legenda to coś, co przetrwa krótki moment sławy i zostanie na dłużej niż “pięć minut”, na sześć, siedem :) W każdym razie jak coś źle, to zwalam na Hrabiego – on mi kazał wymyślić coś oryginalniejszego niż robocze “Jestem, jaki jestem” :P

Dzięki, że zostawiłaś komentarz :)

 

Co do zakończenia…

Jesteście czytelnikami, Wasze prawo do interpretacji, więc żadna z dwóch opcji (Czarek przeżył/umarł) nie jest błędna. Narrator może być wszechwiedzący, ale nie musi być prawdomówny… ;)

Jednak autor zawsze ma swoją naczelną interpretację i jeśli nie chcecie sobie psuć Waszej, to moja jest taka: 

:)

Jednak autor zawsze ma swoją naczelną interpretację i jeśli nie chcecie sobie psuć Waszej, to moja jest taka: 

:)

Pff! Faktów chcę, faktów!

on mi kazał wymyślić coś oryginalniejszego niż robocze “Jestem, jaki jestem” :P

Uff, to bardzo słuszna zmiana :P

 

Nie wpadłabym na genezę tytułu bez twojego wyjaśnienia. Ale pomysł szóstej minuty fajny jest, aprobuję :3 W ogóle – jak to wygodnie czytać opowiadania w miejscu, gdzie jest bezpośredni kontakt z autorem. Czytając gazetę, pozostałabym nieuświadomiona na zawsze :)

Bardzo mi się podobało – może dlatego, że przekonali mnie bohaterowie. Zarówno Czarek, który jest bardzo ludzki w swoich wadach i małościach, a jednocześnie wyrastający ponad te wady, jak i Feliks. Ten ostatni to jest wyjątkowo udana postać – bardzo po ludzku zwyczajna, a przy tym sympatyczna; jednocześnie jest to postać wiarygodna psychologicznie, z ciekawie napisanym tłem i historią. Bardzo mi się podoba to, jak ogrywasz fakt jego pracy w magazynie sportowym, wykorzystując go w narracji.

W sumie brakuje my tylko rozwinięcia postaci Magdy, chętnie bym o niej i jej motywacjach wiedziała więcej, tak, żeby byłą czymś więcej niż standardową złą femme fatale z trudnym dzieciństwem – ale rozumiem, że w przyjętej formule i przy takim sposobie narracji nie bardzo jest na to miejsce.

Generalnie, opowiadanie na bardzo duży plus :)

Pff! Faktów chcę, faktów!

To na następnym piwie, Kam ;)

W ogóle – jak to wygodnie czytać opowiadania w miejscu, gdzie jest bezpośredni kontakt z autorem. Czytając gazetę, pozostałabym nieuświadomiona na zawsze :)

Z jednej strony tak, ale z drugiej – teksty powinny się jakoś bronić same :/

 

 

Ninedin, dziękuję za komentarz :)

Co tu dużo mówić, ten portal i jakość opowiadań z dnia na dzień zaskakują mnie coraz bardziej.

Czułem napięcie, czytając ten tekst. Bałem się o bohaterów, którzy swoją drogą mnie się bardzo podobali, ale to może ja mam lekko zaniżone wymagania.

Większych dziur logicznych nie zauważyłem. Narracja poprowadzona świetnie, wszystko gra.

Poza jednym drobnym szczegółem:

Czemu to zawsze musi być anagram? Dlaczego osoba, która chce swoją prawdziwą tożsamość utrzymać w tajemnicy, daje taką nietrudną do rozgryzienia wskazówkę?

In a perfect world man like me would not exist. But this is not a perfect world.

Uwierz, portal i opowiadania będą zaskakiwać dalej, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc ;)

Co do anagramu – Dagmarze/Magdzie nieszczególnie zależało na ukryciu tożsamości, bo w przypadku czarodziejów-legend ta tożsamość była względna. Ale rozumiem, że mogło trącić kiczem.

Dzięki za komentarz, Kordylianie, cieszę się, że się podobało. 

Do zobaczenia pod Twoim opowiadaniem :)

Wracam z komentarzem. Rzeczywiście tekst napisany bardzo dobrze. Opowiadanie sprawia wrażenie, że autor z niezwykłą lekkością i swobodą posługuje się piórem i z łatwością przelewa na papier (ekran) swoje pomysły i myśli. Czy jest tak rzeczywiście? Nie wiem. Może Fun ślęczy dniami i nocami, szlifując i polerując, wygładzając kanty i nadając blask każdemu zdaniu? Może to efekt niezwykle ciężkiej pracy? W każdym razie czytelnik ma podczas lektury wrażenie owej lekkości i to wrażenie robi wrażenie.

Podobają mi się Twoje pomysły, Funie. Twoja perspektywa narracji – czasem budujesz scenę od niespodziewanej strony, przedstawiasz ja plastycznie lub w kilku słowach budujesz cały jej klimat, a w tle jeszcze dorzucasz ukryty (domniemany) dwuznaczny przekaz. I przy tym formułujesz myśli bardzo świeżo i po swojemu. Lekki, świeży i pomysłowy jest także język i styl. Fragmenty, zdania, grypsy, żarty i spostrzeżenia, wywołują często uśmiech i kiwanie głową z uznaniem. Czasem nawet myśl: “skubany, dobrze to ujął”.

Podoba mi się również pomysł na to opowiadanie. Ciekawy bohater, fajnie obmyślona magia, swojska sceneria, “obserwacje socjologiczne” itd.

Tworzysz prozę fantastyczną daleką od klasycznej s-f, hard s-f i innych gatunków fantastycznych. Jest taka Twoja, Funowa. Metaforyczno-alegoryczna, nieco ironiczna, ale przy tym pisana całkiem serio, co widać po elementach występujących w fabule (śmierć, zabijanie, choroby, gwałt itd.).

Czego zabrakło? Odrobinę zabrakło mi mocnego antagonisty. Niby jest potężny i nawet silniejszy od protagonisty, ale jednak chowa się gdzieś w tle, jego motywacja i działania są opowiadane, a jego pojawienie się nie robi odpowiednio wielkiego wrażenia. Podobne odczucia miałem podczas finałowego starcia. Było takie troszkę… nijakie. Odbyło się, Czarek odniósł swoje pyrrusowe zwycięstwo, wykazał się "sprytem" i poświęceniem. Niby wszystko pasowało do opisanej (medycznej) magii bohaterów, ale szczerze powiedziawszy odrobina MrBrightside'owej spektakularności w tej walce na moce, dodałaby tekstowi sporo kolorytu.

Podsumowując. Fajne myśli upychałeś do swojego tekstu. Ciekawie i inteligentnie piszesz, a Twoje zdania są niemal zawsze literackimi dziełkami. Być może tym razem opowiedziałeś nam fabułę nieco prostszą, bardziej rozrywkową, ale i tak lektura sprawiła satysfakcję. Mocny tekst konkursowy, na pewno w czołówce konkursu.

Jedyne zdanie, którego konstrukcja wydała mi się nieco przekombinowana, zamieszczam poniżej:

Do Hiszpanii daleko; poza tym po trzech bezdomnych, których ktoś – ponoć słynny Doktor Magik – obdarzył fizjonomią Brada Pitta, ślad zaginął.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Pan Maras odwołuje się do moich tekstów, choć nie przypominam sobie, by którykolwiek komentował! Aż taki wstyd, że trzeba czytać incognito? ;_;

Spokojnie, dotrę z komentarzami i do Twojego opowiadania, MrB. Nie zawsze pamiętam, żeby odhaczyć “​przeczytane”. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr.marasie, cieszę się, że pamiętałeś o komentarzu :) 

Fun na pewno nie ślęczy dniami i nocami, bo tyle czasu na pisanie nie ma ;)

Ale bardzo mnie cieszy, że łatwo się czyta, szczególnie że czasem zaszaleję z takim zdaniem, które przytoczyłeś. W ogóle bardzo miła ta Twoja opinia – fajnie, że ktoś zwraca uwagę na dobór moich tematów, konwencji, motywów. Moja twórczość odchodziła od fantastyki coraz bardziej, dopóki nie zadomowiłem się na portalu. Może stąd takie poczucie “inności”. Ciągnęło mnie w inną stronę, ale trochę zostałem. 

Zarzut o antagonistkę biorę na klatę. 

Dziękuję za wizytę i zostawienie dużego śladu :)

Kurde – pomysł jest, wykonanie jest, klimat jest, tylko to zakończenie, takie… no takie wiesz – Marne.^^

Miło widzieć Cię w formie, Fun.

Czytałem ten tekst już x (a raczej X) czasu temu, jeszcze w nocy ale już prawie za dnia, na telefonie, w warunkach, powiedzmy, że cokolwiek niedogodnych, raczej zmęczony i zdecydowanie śpiący. I, pomijając już fakt, że mimo wszystko hapnąłem jak głodna małpa banana, pamiętam z tamtego okresu w sumie tylko jedno – było coś, do czego zamierzałem się doczepić, i co kładło się na Twoim piórku długim cieniem w kształcie pytajnika.

Tylko, kurczę, nie pamiętam, co by to miało być…

Skanuję w pamięci cały tekst, historia ładnie mi się odtwarza, bez większych dziur, w poziom wykonania moje zarzuty też na pewno nie były skierowane, bo pod tym względem nie zawodzisz jak zwykle, a może nawet i trochę bardziej – nie było męczącego przegadywania o trochę-jakby-niczym, a więc nie było i znużenia; akcja szła ładnie, płynnie i równo, a przy tym trzymała się kupy i nawet nie wymagała jakoś specjalnie, by zawiesić niewiarę. Tę w ludzi, odruchy, zdarzenia i logikę całej opowieści, ma się rozumieć, bo magia, jakkolwiek wykoncypowana i przedstawiona po prostu rewelacyjnie… No cóż, wciąż pozostaje tylko magią. Ale to już w sumie truizm.

Wracając: było, prócz tego, że ciekawie, również całkiem zabawnie, mimo że temat tak naprawdę lekki wcale nie był (nie tak całkiem w każdym razie). Inna sprawa, że choć potraktowałeś go lekko, to jednak nie lekceważąco: przy takim opowiadaniu dosyć łatwo byłoby popaść w groteskę – początek trochę nawet nią trącił – która może i nadałaby mu swoistego, przyjemnego posmaku zdrowego absurdu, ale też łatwo mogła położyć całą fabułę jako element przymusowo drugoplanowy; szkielet, który można przyoblec w dowcip dla dowcipu, poezję dla poezji, aforyzm dla aforyzmu i – uogólniając – sztukę dla sztuki.

A to Twoje pisańsko to jest sztuka.

Na szczęście udało Ci się zachować w tym wszystkim fajny balas, dzięki czemu opowiadanie napisane jest mądrze i błyskotliwie – spory plusik za te tabloidowe metafory, mniejszy za nekrolog, dowcip i pytanie, bo choć to fajnie wygląda i chwyta uwagę czytelnika, to jednak samo w sobie nic do tekstu nie wnosi (szkoda, że nie umieściłeś tego gdzieś wyżej, jako “trupa z szafy”, do rozwiązania zagadki śmierci którego ów fragment byłby znakomitym zaproszeniem – wtedy miałoby to znacznie więcej sensu). Niestety jednak nie do końca kupuje samą historią.

I tu – powiedzmy, że płynnie – przechodzimy do zaludniających tę historię indywiduów, bo im głaskanie po główce też się należy. To znaczy tym dobrym (choć nie dlatego, że byli dobrzy; po prostu byli spójni i klarowni, a przy tym tacy do polubienia), bo badass i jej motywacje, koniec końców, mnie nie przekonały. Żeby wymordować taką watahę homo powiedzmy że sapiensów tylko po to, by zniszczyć w gruncie rzeczy zupełnie obcego gościa, a potem na skrzydłach z patyków, obciągniętych jego skórą, wzbić się ku sławie i uwielbieniu, musiałaby być psychopatką. A na psychopatkę Magda mi jednak nie wyglądała (pomijając oczywiście te wszystkie trupy i cały popieprzony plan, realizacji którego one posłużyły ;). Na “papierowe zło” tym bardziej mi ona nie wyglądała. Strzelałbym raczej w kogoś skrzywdzonego, zagubionego i wkurzonego. Cała jej akcja przypominała raczej pieczołowicie przez lata hodowaną zemstę niż szczwany plan podboju parkietów. Tym bardziej, że plan wcale nie był taki szczwany. Osobiście twierdzę, że wręcz przeciwnie.

Do tej pory nurtuje mnie pewna kwestia – dlaczego nikt nie wpadł na konkluzję, że tym dokumentnie posranym mordercą bez sumienia może wcale nie jest Czarek – raczej niegroźny dotąd błazen o ewidentnie pacyfistycznym usposobieniu – tylko ten nowy, znacznie potężniejszy mag, o którym nic tak naprawdę nie wiadomo (może poza tym, że istnieje całkiem uzasadnione prawdopodobieństwo, że cyklicznie wpada w paskudny humor).

Dla mnie poskładanie jej planu do kupy to takie dwa plus dwa (no i może jeszcze plus dwa – co niby komplikuje działanie, ale wciąż nie nastręcza żadnych trudności w jego rozwiązaniu).

Cały ten koncept jest po prostu zbyt prosty i oczywisty, by miał szansę wypalić w jakiejkolwiek prawdopodobnej rzeczywistości. Nie mówiąc już o tym, że Marny, gdyby trochę pomyślał, mógł z dziecinną łatwością zdemaskować oszustkę-sabotażystkę. Jeśli wszystko dobrze zrozumiałem, magia bohaterów oddziaływała wyłącznie na materię ożywioną, więc jakiś dyktafon w kieszeni, ukryta kamerka przekazująca transmisję na żywo w Internecie czy choćby telefon do przyjaciela, wydają się tutaj sposobem na zniweczenie planów zołzy nie tylko prostszym i znacznie bardziej eleganckim niż w gruncie rzeczy bezsensowne samobójstwo, ale też w miarę pewnym. W końcu Pokorna musiałaby zniszczyć elektronikę manualnie. A by to zrobić, najpierw musiałaby: a) wiedzieć o nich i b) złapać i zabić Czarka – co pewnie nie byłoby takie proste, gdyby gość nastawił się jednak na przeżycie tego randez-vous. A nawet, gdyby Magdzie się to wszystko udało, byłoby już zwyczajnie za późno – Internet nie zapomina.

Ech… Może i trochę się tu czepiam po prostu, ale nie lubię, kiedy ktoś na siłę komplikuje rzeczy proste i raczej oczywiste. A tak właśnie zrobił Czarek, dając się zabić w imię… w sumie, to nie wiem, na cholerę mu to było.

Finał mamy więc trochę od czapy: szurnięta laska z planem na życie namalowanym kredkami na kartce z bloku rysunkowego z Kucykami Pony na okładce kontra cwaniak nie dość cwany, by opracować jakikolwiek plan na (prze)życie.

Nie wiem, czy z kimś się w tej kwestii zgadzam, ale myślę, że nie pomylę się za bardzo, zakładając, iż tak właśnie jest: kolejny zonk, że jak na tak malowniczą parę, to ich spotkanie wypadło trochę jednak mdło.

Nie odmawiam finałowej walce swoistego uroku wynikającego z naturalizmu, prostoty i odżegnywania się od napuszonego patosu, ale za to odmawiam uznania za satysfakcjonujące całemu ich spotkaniu. Bo wszystkiego tam jednak za mało; za mało dialogów, informacji, wyjaśnień i – no niech tam – trochę też samej naparzanki. Żeby już nie rozdmuchiwać tematu ponad miarę, ujmę to może tak: opowiedziana przez Ciebie historia i w ogóle cały koncept po prostu zasługiwały na więcej; na jakieś rozwinięcie, uzupełnienie i na bogatsze portfolio. Bohaterowie natomiast – na obszerniejsze i bardziej zajmujące CV.

Przy Twoim wielogłowym i wielomackim talencie można było oczekiwać, że spotkanie Pokornej i Marnego będzie naprawdę… epickie: ciekawe i opowiadające ciekawą historię, pełne błyskotliwych dialogów, myśli-perełek i zacnych aforyzmów, z przyzwoitym napięciem taktowanym na trafne żarty… No, generalnie, wisienką na torcie, który tak skrupulatnie i umiejętnie wypiekałeś od samego początku; od pierwszych słów i zdań.

Wyszło jednak jak wyszło: wisienki zabrakło i mam niedosyt – niby najadłem się tortem (bardzo smaczny, dziękuję), ale, do stu beczek wiśniówki, pożułbym jeszcze cholerną pestkę.

 

Peace!

 

P.S.

Przynajmniej wiem już, skąd u mnie ta konsternacja. Nie wiem natomiast, co z nią zrobić.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziękuję za obszerny komentarz, Cieniu :)

Do tej pory nurtuje mnie pewna kwestia – dlaczego nikt nie wpadł na konkluzję, że tym dokumentnie posranym mordercą bez sumienia może wcale nie jest Czarek – raczej niegroźny dotąd błazen o ewidentnie pacyfistycznym usposobieniu – tylko ten nowy, znacznie potężniejszy mag, o którym nic tak naprawdę nie wiadomo

Nawet gdyby ktoś na to wpadł, czy ludzie by to kupili? Czarek sam zastanawia się nad zasianiem wątpliwości wśród opinii publicznej, ale nie widzi w tym sensu, bo wie, że we współczesnych mediach prawda ma drugorzędne znaczenie.

A jak byłoby w prawdziwym życiu? Nie mam pojęcia. To są rzeczy zbyt trudne do przewidzenia. 

Jeśli chodzi o gorzej zarysowaną “złą stronę” – taki był częściowo zamysł. Nie wiem, czy dostałeś kiedyś w mordę, ale ja tak i do dzisiaj nie wiem za co :) “Zło” tłumaczy się ze swoich działań w amerykańskich filmach; chciałem odejść nieco od tego schematu i pokazać protagonistę, który nie ma pojęcia, z czym przyjdzie mu się zmierzyć; który nie rozumie wroga; który wie, że drugiej szansy może nie być. Ale jak widać najbardziej lubimy te melodie, które już kiedyś słyszeliśmy. 

Cieszę się, że mimo wszystko mój wypiek Ci zasmakował :)

 

Może i tempo siadło gdzieś w środku, ale pobawiłem się czytając rozmowę z Sołtysem (brzydki był, powiadasz? :D), a zakończenie mało spektakularne – pytanie czy zawsze musi być, kiedy pojawia się motyw “pojedynku”​ czarodziejów. Czarek zrealizował swój zamysł na miarę swoich możliwości i ograniczeń. Autor, jak widać, również – z tą różnicą, że widoczne są głównie możliwości, które wspaniale wykorzystał ku uciesze czytelnika.

Kapitalna rama w opowiadaniu (w ogóle pięknie się wszystkie elementy zazębiają, spójne są i przemyślane), zastanawiałem się, jak wyglądałoby moje życie, gdyby było gazetą…

Ale najbardziej myślę sobie, że chciałbym pisywać teksty na takim poziomie, gdzie zamysł jest tak umiejętnie rozpisany i można z czytelnikami pogawędzić o tych… niuansikach. :)

​Dziękuję za lekturę, Funie, powodzenia w konkursie życzę i pozdrawiam!

 

EDIT: Byłbym zapomniał. Fajnie operujesz przestrzenią publiczną, w sensie – ​podobają mi się przytoczone i wtrącone sytuacje, głównie sportowe. Łezka się zakręciła na wspomnienie Dudek Dance – ​to byli czasy, man…

 

To ja dziękuję, Majkubarze, za przeczytanie i komentarz :)

Przytoczonych sytuacji sportowych nie ma tu wiele, a “Dudek Dance” odpowiadał mi czasowo i w sumie trudno o drugie takie wydarzenie, które nawet ludzie niezainteresowani piłką nożną powinni kojarzyć. 

 

Pochłonęło ;) Czyli… wciągające opowiadanie, czyta się płynnie i w napięciu (choć nie przewidywaniu). Niecierpliwość „co będzie dalej” nie zdarzała mi się przy czytaniu opowiadań konkursowych na tyle często, żebym tego w pełni tutaj nie doceniła. Zaczęłam czytać ten tekst krótko po tym, jak się pojawił, na dużym zmęczeniu, właściwie już nocą, a mimo to potrzebowałam doczytać do końca :) I nic ze strony tekstu mi w tym nie przeszkodziło, nie musiałam się przez nic przebijać, nie znudziłam się, na niczym nie utknęłam, nie odnotowałam żadnych niezgrabności, odpychających scen, denerwujących sformułowań, łyknęłam nawet tak zwaną łacinę, za którą zazwyczaj nie przepadam. Bardzo zajmująco napisane, ciekawa fabuła, oderwałam się na X czasu od rzeczywistości. Język sprawny, przyjemnie zanurzający we współczesność, bez zakłóceń niosący historię. Dialogi żywe, naturalne, umiejętnie wspomagające fabułę. Czyli krótko pisząc: sprawnie, gładko, ciekawie. Przeczytałam (nocą) za jednym podejściem i bardzo to sobie cenię :)

 

Blue Ice, cieszę się, że pochłonęło!

Dziękuję za komentarz i za głos :)

Uważam, że tekst zasługuje na wysokie miejsce w konkursie “Jestem legendą” (a może i na zwycięstwo w nim), a to dlatego, że:

a) Ma przekonujące, efektowne postacie;

b) Jest fabularnie spójny i konsekwentny;

c) Świetnie mi się go czytało – jest wciągający i intrygujący.

Zamierzam zagłosować na ten tekst w konkursie. 

Bardzo mi miło, Ninedin :) Dziękuję! 

Wracam z komentarzem piórkowym.

Całość tekstu jest, jak to u Ciebie, dobra, a kilka pomysłów pomaga się wznieść jeszcze wyżej. Podoba mi się mechanika magii, podobają się elementy związane z mediami. Para głównych bohaterów ma świetną chemię – tutaj wręcz szkoda, że antagonistka wypada na ich tle słabo. No ale nie można mieć wszystkiego.

Zakończenie satysfakcjonujące i bardzo mi przypadło do gustu, że nie takie proste, jak się z reguły czyni w tego typu historiach. Jeśli gdzieś nie domaga, to właśnie przez tę osobę antagonistki, bo to jej niedopracowanie ujmuje z całej sceny pewne napięcie.

Jednak i tak jest bardzo dobrze. Dostajesz ode mnie TAKa :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za dodatkowe uzasadnienie i TAK-a, NWM :)

Duże walory edukacyjne. Potrafisz pisać o medycynie w interesujący sposób i bezczelnie wykorzystujesz znajomość tematu.

Bohaterów zbudowałeś porządnych. Każdy inny, każdy ma jakieś cele, do tego mają osobowości, a nie tylko funkcje.

Fabuła wciągnęła, byłam ciekawa, co się dalej wydarzy. No i zakończenie wymyśliłeś trudne do przewidzenia.

Byłam na TAK, czyli, ale pewnie od dawna wiesz. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki za dodatkowe uzasadnienie, Finklo :)

Medycyny pierwszy raz się tyle napatoczyło. 

Bał się wdzięczności, za którą zawsze kryje się odpowiedzialność: od tego, kto raz pomógł, oczekuje się dalszej pomocy.

O tym to Palahniuk całą książkę napisał. Pół właściwe. Drugie pół jest o seksoholiźmie ;)

 

Dobrze się czytało, ciekawi mnie origin story Magdy ;)

Ale, skoro wie, jak działa depresja, to czy nie może się sama naprawić? Czy padł jej system sterujący magią?

I would prefer not to.

O seksoholiźmie? Już mi się podoba. Wszystkie “-izmy” są niesłychanie ciekawe :). Co to za pozycja?

A tak przy okazji – gratulacje, Funie. Za pióro i za niemal pewny występ w antologii!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Udław się.

I would prefer not to.

Młoda damo, manners please :P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Sam chciałeś! ;)

I would prefer not to.

Udław się.

Ostro! 

Dzięki za wizytę i komentarz, Wybranietz :)

Co do Magdy – straciła cel, chęć do życia, więc próby samonaprawy przerastały jej możliwości. No i łatwiej zniszczyć, trudniej stworzyć, nie? 

 

Staruchu (ech, jak my się brzydko tutaj do siebie odzywamy), dziękuję :)

No co ja poradzę, taki Palahniuk ;P

Chociaż wisienką na torcie jest Haunted. Podobno ludzie mdleli na spotkaniach autorskich i ja się nie dziwię…

 

No tak. I trochę trudno jest dyskutować z argumentem o depresji…

I would prefer not to.

A to nie mdleli przy jego “Flakach”? 

no, chyba tak – to jedno z opowiadań ze zbioru.

I would prefer not to.

Całego zbioru nie czytałem. Ale przypomniałaś mi o Palahniuku i narobiłaś mi ochoty na jakąś jego książkę :D

Obiecałam, że swojej czołówce dopiszę jeszcze komentarze wyjaśniające, za co to.

U mnie zająłeś pierwsze miejsce. Wybiłeś się interesującą fabułą – naprawdę byłam ciekawa, jak to się skończy. Nietuzinkowy pomysł na czarodzieja – nie przepadam za sztampą, więc tu pełna satysfakcja. Porządnie zbudowane postaci – mają swoje cele, osobowości: ten ze skłonnością do głupich dowcipów, ta podła. No i jeszcze walor edukacyjny. Oczywiście, nie obyłoby się bez poprawności językowej.

Babska logika rządzi!

Muszę się nauczyć, aby nie rywalizować z Tobą w konkursach. Pojawiasz się w ostatniej chwili i rozpoczynasz ostrzał konkurencji. I tak było też tym razem.

Pomysł jest dość ciekawy, tak samo historia jak i wątek Batmana i Jokera. Może to wszystko nie jest szokująco oryginalne, ale dobrze napisane robi wrażenie. Cała historia obfituje w różne interesujące elementy, ale najbardziej udane okazuje się być zakończenie. 

Dobre podejście do tematu konkursu. Nawet magia u Ciebie jest trochę inna niż w innych dziełach. Może nie napisałeś jej od nowa, ale dodałeś swoje pięć groszy.

Nie wiem, czy “Szósta minuta na językach” znajdzie się wśród moich faworytów, ale odchodzę usatysfakcjonowany lekturą. Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

To pojawienie się w ostatniej chwili nie jest elementem taktyki :/ Po prostu tak wychodzi.

Cieszę się, że lektura Cię usatysfakcjonowała. 

Dziękuję za wizytę i komentarz :)

Jeden z dwóch tekstów, dla których przygotowałem miejsce na szczycie mojego konkursowego rankingu zaraz po zakończeniu lektury. Czytałem z czystą przyjemnością, opowiadanie ląduje na drugim miejscu. Krótkie podsumowanie:

 

– Oryginalny temat i niekonwencjonalne podejście do magii sprawiły, że tekst na pewno zostanie w mojej pamięci na dłuższy czas.

– Fajna konstrukcja. Pierwszy akapit potrafi zaciekawić; klamra ładnie wkomponowująca się w styl i (nie wszyscy się ze mną zgodzą) odpowiednie tempo prowadzenia historii – może nie szaleńcze, ale stosunkowo dynamiczne.

– Świetny język (charakterystyczny styl i sporo ciekawych zdań).

– Silne cechy przypisane do bohaterów. Czarek daje się polubić i mimo że jest super-pozytywną i wielkoduszną postacią, kibicowałem mu praktycznie od początku.

– Cały tekst powstał w oparciu o motyw konkursowy. Bohater rzeczywiście jest legendą i widać to na każdym kroku. Jasne i dość dosłowne potraktowanie tematu wyszło tekstowi na dobre.

Podoba mi się opowiadanie – a zwłaszcza to, że napisałeś urban fantasy, które nie jest oklepane. Natomiast zakończenie opowiadania zrozumiałem tak, że Czarek w jakiś sposób za pomocą zaklęcia przeniósł świadomość do ciała Feliksa (które wcześniej uzdrowił kosztem córki). Zasugerowałem się podobieństwem tych dwóch zdań: 

 

“Przez chwilę [Czarek] robił smutną minę, potem wyszczerzył się tak bezczelnie, jak tylko umiał.”

– i kawałek dalej -

“Feliks uśmiechnął się tak bezczelnie, jak tylko potrafił,”.

 

Nie wiem, czy taki był Twój zamiar, ale jeśli źle zrozumiałem Twoją intencję i nie chciałeś zasugerować takiego rozwiązania, to dobrze byłoby tę zbieżność wyeliminować.

Dziękuję za komentarz, JeRzy :)

Zbieżność tych zdań jest nieprzypadkowa – chciałem zasugerować właśnie takie rozwiązanie, ale jednocześnie go nie narzucać. 

Lekko irytujące.

Przez około 2/3 opowiadania wywoływałeś u mnie, jak i u bohatera irytację związaną z jego niemocą. To zamierzone wywołanie konkretnych emocji, plus dobry flow tekstu, raczyło mnie ukontentować :)

Właściwie jedyną wadą tego opowiadania jest to, że się kończy.

Podoba mi się rozwiązanie podsunięte przez JeRzego, szkoda tylko, że ni jak nie ma poszlak co do tego jak Czarek tego dokonał. To znaczy mam pewną teorię, że nie tyle Czarek przeniósł swoją świadomość, co ją skopiował, nim udał się na spotkanie ze śmiercią :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nowa Fantastyka