- Opowiadanie: Arnubis - Farsa

Farsa

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Farsa

Młodzieniec popatrzył niepewnie na pokryte zieloną, łuszczącą się farbą drzwi. Naraz dopadły go wątpliwości. Czy to wszystko w ogóle miało sens? Rano, gdy tylko się obudził, był pewny i gotowy do działania, teraz jednak zaczął dochodzić do niego absurd całej sytuacji. Istniał tylko jeden sposób, aby się przekonać. Odetchnął głęboko, zebrał całą odwagę i cicho zastukał.

– Sir? – Sklął się w duchu, słysząc wahanie we własnym głosie. – Jest pan tam?

Odpowiedziała mu cisza. Zapukał ponownie, tym razem mocniej, ale wciąż z tym samym skutkiem.

No i tyle, jeśli chodzi o twoją wyprawę, John – odezwał się w jego głowie ironiczny głosik. – Zbieraj się lepiej do domu, zanim ktoś cię zobaczy w tej okolicy.

Chłopak już się odwracał, by wprowadzić myśl w czyn, gdy usłyszał przytłumiony dźwięk zza drzwi. Ktoś był w mieszkaniu? Zastukał jeszcze raz, jednak ponownie nie usłyszał żadnej odpowiedzi. W nagłym przypływie niespotykanej dla niego arogancji złapał za klamkę i nacisnął. Okazało się, że zamek nie był zamknięty i drzwi otworzyły się, skrzypiąc przeraźliwie.

– Sir? – powiedział John, wchodząc do środka. – Przepraszam za najście, ale…

Coś ze świstem przecięło powietrze. Chłopak instynktownie skulił się, gdy butelka roztrzaskała się o ścianę tuż obok jego głowy.

– Nie wiem kim jesteś, i mam to w dupie – odezwał się nieco chrapliwy głos z wnętrza mieszkania. – Masz dwie sekundy, żeby wynieść się z mojego domu, zanim poszczuję cię psem.

Na potwierdzenie słów mężczyzny rozległo się głośne szczeknięcie, chociaż jak na gust Johna brzmiało zdecydowanie bardziej przyjaźnie niż groźnie. W pomieszczeniu panował półmrok – światła były zgaszone, a okna zasłonięte roletami, chłopak widział więc tylko sylwetkę swojego rozmówcy, jednak był pewien, że trzyma on w dłoni coś niepokojąco podobnego do kija bejsbolowego.

– Przepraszam, sir! – zawołał pospiesznie, unosząc puste dłonie. – Przysyła mnie Merlin!

– Ciebie? – Mężczyzna parsknął śmiechem, lecz wyraźnie wyczuwalna była w nim sztuczność. – I czego niby chce ten stary zgred?

–  Kazał mi powiedzieć: „Królestwo cię potrzebuje! Wypełnij słowa przysięgi i przybądź na me wezwanie”.

– Kurwa jego mać! – zaklął mężczyzna i opuścił kij. – Właź i opowiedz wszystko, tylko się streszczaj.

 

***

 

Ciąg dalszy opowiadania można przeczytać w antologii pokonkursowej “Ja, legenda”, wydanej przez Fantazmaty.

https://fantazmaty.pl/projekty/ja-legenda/ 

 

 

Koniec

Komentarze

Chyba najbardziej "legendarne" opowiadanie w konkursie. Porządie napisane i zredagowane. A co najważniejsze, dynamicznei interesujące, a przede wszystkom z własnm nastrojem. A tu i ówdzie nawet dowcipne. Kliknę jutro, dziś nie mam jak. Szczerze gratuluję pomysł. Drobiazg: Żar zachwyt, czy raczej żar zachwytu? Pozdr.

 

Dzięki za opinię, cieszę się, że opowiadanie przypadło do gustu. Sam pomysł obracałem sobie w głowie już dość długo, a konkurs wpasował mi się do niego wręcz idealnie. A jeśli chodzi o sam drobiazg: ani żar zachwyt, ani żar zachwytu, miał być sam zachwyt :D Tak to jest z małymi poprawkami wrzucanymi w ostatniej chwili, że coś tam umknie.

Fantasy napisana poprawnym językiem i z trzymającą się kupy fabułą – świat się kończy ;) Może dlatego, że nie traktowana śmiertelnie poważnie i oparta solidnie na dobrych opowieściach. Cały czas gdzieś w tle przewijały mi się powidoki z Monty Pythona oraz Pratchetta, ale jako takie bardzo dalekie echo, zresztą to komplement. Połączenie powagi i elementu lekkości i zabawy konwencją – bardzo udane.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ciężko nie mieć w głowie Monty Pythona, gdy pisze się o poszukiwaniu Graala :) Do tego ważnym źródłem inspiracji, oczywiście poza samymi mitami arturiańskimi, były ich stare, filmowe wersje, zwłaszcza “Miech bohaterów” z fenomenalnym Seanem Connerym w roli Zielonego Rycerza (skąd też wziął się akcent mojego Bertilaka :D). Cieszę się, że wszystko to razem dobrze zagrało i tekst się spodobał, dzięki za komentarz.

Znowu fantasy? Nuda, panie! W tym się nie da nic nowego napisać. Pewnie znowu jakiś rycerz ratujący świat. Oklepane, panie!

Właściwie to prawda, co napisałem powyżej (za wyjątkiem nudy). Ale po tym poznaje się dobre opowieści, że ze znanych i zgranych elementów potrafią stworzyć coś nowego. I to ci się, Arnubisie, doskonale udało. Świetna opowieść, mnie przypominająca trochę klimatem Amber Zelazny’ego. Prawdziwy majstersztyk!

Także pod względem językowym. Gdzieś tam chyba mignął zbędny przecinek, ale długo wydawało mi się, że nie będę się miał do czego doczepić. Ale jakieś drobiażdżki się znalazły :):

– “Za nimi, na szczycie niewysokiego wzniesienia, tkwił wielki blok wapienia poznaczony czarnymi otworami jaskiń” – może to i nie błąd, ale żeby jaskiń mogło być więcej, to jakiś masyw wapienny by się zdał, a nie jakiś mikry blok;

– “Stali na wąskim pasie kamienistej plaży przylądku Lands End.” – przylądka;

– “naszczycie których” – brak spacji;

– “No, ale już prawie wszystko” – brakuje “to”;

– “Rzucił mu się od gardła” – do.

 

Podsumowując – czapki z głów!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Wielkie dzięki za opinię i poprawki. Oczywiście wszystkie literówki już wprowadzone. Jeśli chodzi o ten masyw – nie wiem czy sprawdzałeś jak w rzeczywistości wygląda Nan Tor. http://snapthepeaks.co.uk/snapwp/wp-content/uploads/2015/03/nan-tor-cave.jpg Moim zdaniem ciężko zaliczyć to do masywów – trochę się nad tym zastanawiałem, zdecydowałem się na wielki blok :D No i faktycznie jest on “poznaczony czarnymi otworami jaskiń”, ale większość z tych jaskiń zbyt imponujących rozmiarów nie ma, poza głównym otworem wcisnąć można się chyba do jakichś dwóch z nich.

A po prostu skała? Bo blok kojarzy się raczej z przynajmniej wstępnie obrobionym albo choćby wydobytym z kamieniołomu kawałkiem kamienia, a nie z naturalną formacją.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm, faktycznie powinienem trochę bardziej przyłożyć się do researchu geologicznego. Ale szybko postarałem się to nieco nadrobić. Blok nie jest tu zupełnie błędnym określeniem, a w każdym razie blok czysto geologicznie nie oznacza obrobionego kamienia, ale faktycznie w potocznym rozumieniu często jest tak interpretowany. Za to taka struktura, jaką jest Nan Tor nazywa się… “tor” :D Albo bardziej spolszczona wersja: “skalnica”, którą to wersję za chwilę umieszczę w opowiadaniu.

Z wikipedii – Jaskinia – naturalna pusta przestrzeń w skale o rozmiarach umożliwiających jej penetrację przez człowieka.

Stąd wyobraziłem sobie raczej wielką ścianę skalną pokrytą otworami wielkości drzwi.

A w tym Nan Tor jaskinie rzeczywiście są chyba dwie, reszta to zwykłe – otwory w skale. 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Tak, ale skała to określenie materiału, a nie samej formacji, wcale nie określa rozmiarów opisywanej struktury. Dlatego zasadniczo napisałem pierwotnie o bloku, żeby uniknąć wizji wielkiej ściany. Faktycznie, od “frontu” Nan Tor są dwa główne wejścia do jaskiń, którymi spokojnie można wejść, przynajmniej jedno jeszcze znajduje się z innej strony. Reszta to nie są zwykłe otwory, bo z tego co się orientuję to wciąż są połączone tunelami z pozostałymi jaskiniami. W każdym razie tyle udało mi się zorientować z materiałów dostępnych w sieci, na wycieczkę w ramach researchu do opowiadania mnie nie stać :D Chociaż, jako że wszystkie miejsca w opowiadaniu realnie znajdują się w Wielkiej Brytanii (poza oczywiście budynkiem Corbe INC.) to można by zorganizować sobie kawał wycieczki śladami Dougiego i Johna :D

SJP PWN skała

1. «wysoka góra kamienna o stromych zboczach i ostrych występach lub olbrzymi głaz»

2. «zespół minerałów tworzący w skorupie ziemskiej większe masy»

 

Czyli jest tu jednak najneutralniejszym możliwym określeniem. Skalnica to przede wszystkim roślina (tylko takie znaczenie notuje wyżwym słownik). Z blokiem chyba jest tak (tylko na podstawie korpusu), że w naturze jest to blok skalny, takie zestawienie, a blok granitu/wapienia/marmuru to już taki oddzielony sztucznie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sprawnie napisane, niezły styl, więc czyta się lekko, czemu pomagają jeszcze elementy humorystyczne. Mam tylko jeden problem. Otóż legenda, którą wziąłeś na warsztat, jest już tak wyeksploatowana, że nie mam ochoty pochylać się nad nią po raz kolejny, nawet jeśli przekształciłeś ją w oryginalne dzieło. Po prostu ja, osobiście, mam już dość Graala, Merlina i Okrągłego Stołu. Ale, abstrahując od moich upodobań, uważam, że to przyzwoity tekst i zasługuje na głos do biblioteki.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

drakaina

Biję się w pierś, oczywiście chodziło mi o “skalicę” a nie “skalnicę”, która to faktycznie jest rośliną. I chociaż “skała” może być tu najbardziej neutralnym zwrotem, to jednak “skalica” jest tu nie tylko określeniem bardziej precyzyjnym, to jeszcze bardzo podoba mi się jego brzmienie, cieszę się że odkryłem to słowo :D Nie mniej dziękuję zarówno tobie jak i Staruchowi za niezwykle ciekawą rozmowę na temat geologii :D

 

fleurdelacour

Oczywiście, że jest to legenda (czy wręcz cały zbiór legend) mocno wyeksploatowana. Moim zdaniem należy do ważniejszych podstaw kultury europejskiej, więc różne jej wariacje i przedstawienia pojawiały się i pojawiać będą się dalej. Rozumiem, że niektórzy mogą mieć jej dość. Tym bardziej jestem więc wdzięczny, że mimo wszystko przeczytałaś moje opowiadanie i potrafisz docenić pozostałe jego elementy. Dzięki za głos!

Skalica jest super, też miło mi ją poznać.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuję je z zastrzeżeniem, żebyś do końca dnia naprawił usterki.

 

Uwagi:

 

Ogarnij wtrącenia/wołacze, dialogi i zapis myśli. Wypisałam tylko przykłady, jest tego więcej.

 

Przepraszam(+,) sir

Wybacz(+,) sir,

Chciałeś powiedzieć błazen(+.)rRycerz, widząc

No już, nie bój się(+,) chłopcze,

No już, ruszaj się(+,) smarkaczu.

– Och, wiesz jak to jest.

– Nie przyszedłem tu po porady sercowe(+.) – Dagonet spochmurniał Dagonet.

taka szarmanckość zasługujeę na nagrodę

Od zawsze otaczający cię świat – uśmiechnęła się Viviana. <– z dużej, uśmiechanie to nie mówienie, a w ogóle szyk można odwrócić

– Czego żaden z was nigdy nie przestanie mi wypominać(+.)westchnęła Kobieta głęboko kobieta westchnęła.

– To były inne czasy… – mMachnęła ręką Viviana. ← lepiej byłoby i tu odwrócić szyk

– Pellesa? – Zzdziwił się John.

– Praca dla Merlina ma parę plusów. – Wwyjaśnił, chowając kartę.

Tyle tylko, że z chodzeniem to on niezbyt sobie radzi – pomyślał rycerz i zarechotał w duszy, dumny z niezbyt ambitnego żartu. ← prawie dobrze, tylko bez pierwszej półpauzy. Tak zapisuj myśl ;)

Ty kretynie! – pomyślał nagle. ← j.w.

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Całkiem niezła opowieść, zgrabnie wykorzystująca motywy znanej legendy, dodatkowo okraszone sytuacjami, które jako żywo odświeżają pamięć o Monty Pythonie. Pomysłowo połączyłeś czasy dawne z obecnymi, dzięki czemu udział współczesnego chłopca w wyprawie rycerzy wypadł naturalnie. Nie mogą nie wspomnieć, że szczególnie spodobał się Tristan. ;)

Czytało się nieźle, jednak nie da się ukryć, że wykonanie pozostawia sporo do życzenia, a interpunkcja mogłaby być lepsza. Żałuję, ale dopóki w tekście są usterki, nie mogę kliknąć Biblioteki.

 

– Sir? – po­wie­dział się John, wcho­dząc do środ­ka. –> – Sir? – po­wie­dział John, wcho­dząc do środ­ka.

 

płaszcz zło­żo­ny z luźno po­zszy­wa­nych ze sobą wie­lo­barw­nych skraw­ków róż­nych tka­nin… –> Raczej: …płaszcz uszyty z wielu różno­barw­nych skraw­ków rozmaitych tka­nin

 

Ubra­na na jasno, ele­ganc­kim ka­pe­lu­szem na gło­wie… –> Ubra­na na jasno, ele­ganc­kim ka­pe­lu­szu

Zbędne dopowiedzenie – miejsce kapelusza jest z reguły nosi się na głowie.

 

cięż­ko jed­nak było do­kład­nie okre­ślić jej wiek. –> …trudno jed­nak było do­kład­nie okre­ślić jej wiek.

 

Wsta­ła na ich widok, ale nie wy­szła im na spo­tka­nie. To oni do niej po­de­szli. –> Nadmiar zaimków. Prawie powtórzenie.

Proponuję: Wsta­ła na ich widok, ale pozostała na miejscu. To oni do niej po­de­szli.

 

Oh, wiesz jak to jest. –> Och, wiesz jak to jest.

 

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się. – Nie przed­sta­wisz mnie swo­je­mu to­wa­rzy­szo­wi? –> Powinna zapytać: – Nie przed­sta­wisz mi swo­jego to­wa­rzy­sza?

To kobiecie przedstawia się mężczyznę, nie odwrotnie.

 

– T-to za­szczyt móc cię po­znać, o Pani… –> – T-to za­szczyt móc cię po­znać, o pani

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

– Och, taka szar­manc­kość za­słu­gu­ję na na­gro­dę… –> Literówka

 

Smu­kłe ciało ko­bie­ty okry­wa­ła de­li­kat­na suk­nia ze zło­to­gło­wiu. –> Złotogłów to tkanina bogata i ciężka. Suknia uszyta ze złotogłowiu jest bardzo strojna i sztywna, żadną miarą nie można o niej powiedzieć, że jest lekka.

 

jej pełen drwi­ny wyraz nie zmie­nił się oni o odro­bi­nę. –> …jej pełen drwi­ny wyraz nie zmie­nił się oni odro­bi­nę.

 

Parę kro­ków w głąb lądu za­czy­nał się sad pełen dum­nych ja­bło­ni… –> Mam wrażenie, że dumne jabłonie to lekka przesada.

 

po­wie­dział Da­go­net, wska­zu­jąc te­atral­nym ge­stem na dziu­plę. –> …po­wie­dział Da­go­net, wska­zu­jąc te­atral­nym ge­stem dziu­plę.

Gestem wskazujemy coś, nie na coś.

 

– Do­brze wiesz, że nie był w sta­nie sa­me­mu ni­g­dzie odejść. –> – Do­brze wiesz, że sam nie był w sta­nie ni­g­dzie odejść.

 

John wpa­try­wał się w bu­dy­nek z sze­ro­ko roz­sze­rzo­ny­mi ocza­mi i otwar­ty­mi usta­mi, po­ra­żo­ny nagłą grozą. –> Brzmi to fatalnie. Zrozumiałam, że John wpatrywał się w budynek, który miał rozszerzone oczy i otwarte usta.

Może: John, porażony nagłą grozą, rozdziawiwszy usta, wpatrywał się w budynek szeroko otwartymi oczami.

 

Skro­nie ozda­biał mu mi­ster­nie wy­ko­na­ny dia­dem ude­ko­ro­wa­ny kształ­ta­mi liści ostro­krze­wu… –> W jaki sposób można coś, tu diadem, ozdobić kształtami?

 

– Mar­twe­mu i tak nie był mu po­trzeb­ny. –> – Mar­twe­mu i tak nie był po­trzeb­ny.

 

Chło­pak spo­strzegł, że naj­wyż­sze z wznie­sień… –> Chło­pak spo­strzegł, że naj­wyż­sze ze wznie­sień

 

stra­to­wa­ny koń­ski­mi ko­py­ta­mi i cięż­ki­mi bu­cio­ra­mi pie­cho­ty. Cięż­kie, ciem­ne chmu­ry wi­sia­ły nisko na nie­bie. Ga­łę­zie drzew ugi­na­ły się pod cię­ża­rem ol­brzy­mich, czar­nych kru­ków. –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Wpa­try­wał się w drogę przed nimi z sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi. Równy, cho­ciaż śli­ski i po­ro­śnię­ty wo­do­ro­sta­mi most wiódł pro­sto przed nich, po kilku me­trach nik­nąc w gę­stej, bia­łej mgle… –> Nie brzmi to najlepiej. A skoro po kilku metrach most niknął we mgle, to wcale nie wiadomo, czy wiódł prosto i jak daleko.

Proponuję w drugim zdaniu: Równy, cho­ciaż śli­ski i po­ro­śnię­ty wo­do­ro­sta­mi most wiódł pro­sto, ale po kilku me­trach nik­nął w gę­stej, bia­łej mgle

 

Cięż­ko było okre­ślić, ile na­praw­dę za­ję­ła im droga do Lyones­se. –> Trudno okre­ślić, ile na­praw­dę za­ję­ła im droga do Lyones­se.

 

mgła do­oko­ła nich za­czę­ła rzed­nąć. Z wolna za­czę­ły wy­ła­niać się… –> Powtórzenie.

 

W końcu oka­za­ły się być bliź­nia­czy­mi wie­ża­mi wznie­sio­ny­mi po obu stro­nach drogi. Nie­gdyś mu­sia­ły śmia­ło wzno­sić się na wiele pię­ter… –> Powtórzenie.

 

ru­mo­wi­ska­mi, wśród któ­rych gdzie­nie­gdzie tylko wy­ży­nał się otwór okna lub drzwi. Wszyst­kie po­wierzch­nie po­ro­śnię­te były lepką war­stwą wo­do­ro­stów, wśród któ­rych po­ły­ski­wa­ły… –> Powtórzenie.

 

Obok stał jego to­wa­rzysz, któ­re­go cięż­ko było okre­ślić jako isto­tę ludz­ką. –> Obok stał jego to­wa­rzysz, któ­re­go trudno było okre­ślić jako isto­tę ludz­ką.

 

Jego skóra miała barwę złota, co cięż­ko było prze­oczyć… –> Jego skóra miała barwę złota, co trudno było prze­oczyć… Lub: Jego skóra miała barwę złota, czego nie można było przeoczyć

 

rzu­cił mu w twarz wy­zwa­nie, wzy­wa­jąc wszyst­kich ry­ce­rzy… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Spa­ra­li­żo­wa­ny stra­chem wpa­try­wał się w coraz bliż­szą po­stać Ber­ta­li­ka, oczy­ma wy­obraź­ni już wi­dząc jak topór prze­rą­bu­je go na po­ło­wę. –> Ze zdania wynika, że topór przerąbie Bertalika.

 

Nie mi­nę­ły dwie se­kun­dy nim rana za­czę­ła się za­skle­piać. –> Nie mi­nę­ły dwie se­kun­dy, a rana za­czę­ła się za­skle­piać.

 

wy­rwał mu oręż z ręki i ci­snął nim na kilka me­trów. –> …wy­rwał mu oręż z ręki i ci­snął nim kilka me­trów.

 

całe ramie zaś zdrę­twia­ło mu z bólu. –> Literówka.

 

po­de­rwał na nogi i rzu­cił się do sza­leń­cze­go biegu, rzu­ca­jąc za sie­bie tar­czę. –> Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo ciekawa historia wykorzystująca motywy legend arturiańskich. Spodobało mi się zwłaszcza wykorzystanie postaci Dagoneta. Dorzucenie odrobiny humoru dodatkowo podkręciło klimat tekstu na plus.

Podsumowując: przyzwoite opowiadanie z pomysłem. Fajnie się oglądało ten koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Naz

Eh, a już się cieszyłem, że udało mi się ogarnąć jakoś te dialogi. No trudno, trzeba brać się do roboty. Dzięki za warunkową kwalifikację :D

 

regulatorzy

Nie ma to jak kubeł zimnej wody po bardzo optymistycznych pierwszych opiniach :) W każdym razie widzę, że zdecydowanie za bardzo spieszyłem się z korektą i powinienem jeszcze nad nią posiedzieć. Te straszne terminy konkursów! Mam też nadzieję, że następnym razem uda mi się też skorzystać z betowania na forum. Cieszę się jednak, że pomimo uwag odnośnie formy, sama treść opowiadania się spodobała. Też bardzo lubię Tristana :) Aż sam się zaskoczyłem jak ważną postacią został, biorąc pod uwagę że wymyśliłem go dość spontanicznie. W każdym razie – czeka mnie najwyraźniej pracowity wieczór, ale uroczyście obiecuję że dziś wszystkie poprawki zostaną wprowadzone! Wielkie dzięki za pomoc.

 

NoWhereMan

Jestem wielkim fanem postaci Dagoneta odkąd pierwszy raz o nim przeczytałem. Królewski błazen, który został pasowany w ramach niesmacznego żartu i mimo rycerskich ostróg ciągle jest pośmiewiskiem całego dworu zdecydowanie wyróżnia się na tle całej rzeszy szlachetnych rycerzy króla Artura. Ma ogromny potencjał, który, mam nadzieję, odrobinę chociaż wykorzystałem. Bo do tego opowiadania żaden inny rycerz nie pasowałby tak wspaniale.

 

– Witaj[+,] Dougie.

Potrzebujesz kobiety[+,] która się o ciebie zatroszczy.

Otwórz oczy. Viviana ofiarowała ci wielki dar, naucz się z niego korzystać.

John zamknął oczy i poczuł zawroty głowy, tak jak w Glastonbury.

Jakoś rozbawił mnie ten fragment ;) 

– Wiem[+,] chłopcze

Podoba mi się pomysł na połączenie znanej legendy z teraźniejszością. Rzeczywiście mamy nową wyprawę po Graala ;)

Jest lekko, zabawnie i przyjemnie. Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Fabuła interesująca, ciekawiło mnie, jak się ta awantura skończy. Prezentacja świata też na plus.

Bohaterowie nie rzucają na kolana, ale pracowałeś z tym, co było w opowieściach. Fajnie, że przynajmniej wybrałeś błazna.

Legenda bardzo mocno zarysowana. Odbiór nieco psuje fakt, że to nie jest pierwsze konkursowe opowiadanie odwołujące się do legend arturiańskich. Oklepana tematyka, czy.

Z usterek językowych został Ci jeszcze zgubiony podmiot, gdzieś na początku.

Jego miecz pozostawił długą, krwawą szramę wzdłuż piersi olbrzyma.

Szrama to blizna, a chyba rycerz nie zdążył się zagoić.

Babska logika rządzi!

Poprawki do ostatniej chwili. Mam nadzieję, że udało mi się doprowadzić tekst do porządku.

 

Anet

Fragment z zamykaniem oczu faktycznie brzmi dość komicznie, niestety niezamierzenie. Dzięki za zauważenie tego, już poprawione. Bardzo miło mi, że ci się podobało.

 

Finkla

Tak to już jest z tego typu tekstami, że robienie zbyt drastycznych zmian w materiale źródłowym jest dość niebezpieczne, dlatego też bohaterowie powinni wykazywać zgodność z pierwowzorami. Można oczywiście trochę niektóre rzeczy ponaginać, ale wszystko musi jednak zawierać się w ramach konkretnej postaci. Dlatego też Dagonet dawał mi dość sporą swobodę jak na rycerza Okrągłego Stołu, bo nie tylko wyróżnia się jako błazen, ale jeszcze nie jest jakoś nadzwyczaj popularną postacią, więc niewiele historii krępuje jego kreację. Zasadniczo jedyną postacią, którą mogłem sobie stworzyć dowolnie jest tu John, ale akurat nie ma co ukrywać że nie jest wybitnie skomplikowany, za to doskonale spełnia swoją rolę w historii.

Jeśli chodzi o tematykę, tak jak już wspominałem wcześniej, legendy arturiańskie stanowią na tyle popularny motyw, że ciężko uniknąć porównań do innych tekstów. Na swoją obronę mogę tylko dodać, że podczas pisania nie miałem pojęcia, że ktoś wybierze podobnie (chociaż faktycznie było to dość prawdopodobne). W dodatku, patrząc po tytułach, widzę, że autor wybrał nie tylko mity arturiańskie, ale i konkretną postać Króla Rybaka. No cóż, takie szczęście :) Ważne, żeby każdy z tekstów bronił się sam.

Trochę kwestia szczęścia, a trochę tego, że jeśli już człowiek postawił na najbardziej narzucający się pomysł, to powinien się spieszyć z publikacją. ;-)

Babska logika rządzi!

Czy najbardziej narzucający się? Nie no, znalazłbym może banalniejsze pomysły na legendę, a pomysł na opowiadanie arturiańskie, a zwłaszcza z postacią Króla Rybaka, chodził mi po głowie już jakiś czas, tylko musiał dojrzeć. Konkurs był do tego dobrym pretekstem. Zresztą, z tego co właśnie zauważyłem, w przypadku cobolda było dokładnie tak samo :D Ale fakt, termin publikacji wyrzucam sobie mocno, planowałem wstępnie wrzucić tekst sporo wcześniej (chociaż i tak nie zdążyłbym przed coboldem).

No dobrze, przepraszam, może nie najbardziej narzucający się. Ale przyznasz chyba, że ferajna króla Artura jest w europejskiej czołówce? :-)

Babska logika rządzi!

Jasne, że tak. Zresztą wcześniej już wspominałem, że zaliczam legendy arturiańskie do ważniejszych podstaw europejskiej kultury. I nawet jeśli kulturoznawcy mi udowodnią, że niezbyt wiem o czym mówię, to na bank zostaną jedną z ważniejszych podstaw dla mnie :) No ale cóż, nie da się uciec przed dziecięcymi rycerskimi fascynacjami, dlatego wiedziałem, że prędzej czy później sam spróbuję jakiś kamyczek do tego dorzucić. No i fakt, że dzieł na ten temat jest masa daje tylko możliwości fantastycznych odkryć podczas researchu :D Przygotowując się do tego tekstu obejrzałem sobie masę świetnych filmów, to dodatkowy plus.

Sir, to, co zrobiłeś było szalenie…

Wciągające, zabawne, klimatyczne, naprawdę bardzo fajnie wymyślone!

Moim zdaniem, wymyślanie nowych historii w oparciu o znane i mocno wyeksploatowane (wydawałoby się) wątki kulturowe jest co najmniej tak samo interesujące i ciekawe jak tworzenie od podstaw. I ja z ciekawością do nich podchodzę jako czytelnik. Jestem zachwycony lekturą!

Bardzo podobał mi się język opowieści, dialogi– miodzio, mam wrażenie, że pisanie przychodzi Ci lekko i swobodnie się w tym czujesz, czego zupełnie szczerze zazdroszczę.

Dzięki za przyjemnie spędzony czas, trzymam kciuki za konkurs! :)

Pozdrawiam!

Dzięki za bardzo pozytywny komentarz! Tak, pisanie historii na takich bazach faktycznie jest interesujące, ale też oczywiście wymagające. Jest sporo rzeczy które cię ogranicza, a jednocześnie ciężko dodać coś nowego i zadowolić czytelnika czymś innym niż odgrzewanym kotletem. Cieszę się, że póki co wygląda na to, że w jakiś sposób udało mi się temu podołać.

Jeśli chodzi o dialogi, to mam z nimi inny problem. Kiedy uda mi się już nakreślić sobie dość dobrze bohaterów, to zdarza się, że dialogi między nimi pisze mi się aż za dobrze i szybko zaczynają gadać o zupełnych pierdołach. Co trzeba trzymać w ryzach, żeby opowiadanie zachowywało swój kształt. Za to sam akt pisania wcale nie przychodzi mi niezwykle lekko, zazwyczaj to ciężka praca :) Ale to głównie wina tego, że ciężko przychodzi mi się porządnie nad tym skupić.

I ja pozdrawiam!

 W sumie, wszystko już zostało powiedziane o tym opowiadaniu. Jak dla mnie jedno z lepszych w tym konkursie. Pozostaje tylko ukłonić się przed autorem, pogratulować pomysłu i wykonania. I trzymać kciuki przy podliczaniu głosów ;)

Dzięki za komentarz. Dla mnie, jako portalowego debiutanta, takie słowa uznania bardzo wiele znaczą : ) I chociaż sam jeszcze nie przeczytałem zdecydowanej większości tekstów konkursowych, to bardzo schlebia mi twoja ocena mojego opowiadania.

Przejrzałam opowiadanie. No, naszlifowałeś się, gratulacje! Ale nie myśl, że nic nie znajdę! :P

 

– Nigdy nie lubiłem tego bufona(+.) – Dagonet zachichotał złośliwie. – No już, ruszaj się, smarkaczu. 

Drzwi nie były zamknięte. Po raz pierwszy przez umysł rycerza przemknęła myśl, że być może Merlin nie zwariował do reszty i tym razem miał rację. Zaklął cicho, wszedł do gabinetu i włączył światło.

Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się być w porządku. Nie było widać żadnych, porozrzucanych papierów, przewróconych krzeseł, potłuczonego szkła, niczego co przypominałoby ślady walki. Wnętrze sprawiało wręcz nadzwyczaj schludne wrażenie, chociaż z pewnością nie było urządzone z wyczuciem smaku. Centralne miejsce na ścianie, dokładnie za masywnym biurkiem prezesa, zajmował ogromny, wypchany dorsz. Równie niepasujący do reszty był rzeźbiony

Stali oparci o balustradę kamiennego mostu przebiegającego nad szemrzącą wesoło rzeką Manifold płynącą dnem doliny. ← tutaj się aż prosi o przecinek, a nie wiem, czy nie o dwa. Musisz sprawdzić. Generalnie wydaje mi się, że brakuje trochę przecinków, ale nie na tyle (przy tej liczbie znaków), żeby się ostro czepiać (wykraczają też czasem poza moją pewność, bo korekty wciąż się uczę, a czasu na zerknięcie do słownika brak – nadal listy nie postawiłam ;<).

Skronie ozdabiał mu misternie wykonany diadem udekorowany liśćmi ostrokrzewu i zwieńczony jelenim porożem. ← poprawiałeś to zdanie, wskazane przez Reg, ale i tak mi nie brzmi. No bo wygląda na to, że diadem – dość delikatna rzecz – ozdobiony jest prawdziwymi liśćmi i prawdziwym porożem.

– Gdzie? – Pprzerwał mu błazen. – Gdzie pojechali?

powiedział dziwnie poważnym jak na siebie głosem Dagonet. ← wiadomo, że nie jak na nikogo innego

– Widzisz(+,) młody, nie wystarczy wiedzieć

Z trudem byli w stanie zidentyfikować kształty poszczególnych budowli. Równina usiana była ogromnymi blokami kamienia, nieforemnymi kupami gruzu i bezładnymi rumowiskami, wśród których gdzieniegdzie tylko wyżynał się otwór okna lub drzwi. Wszystkie powierzchnie porośnięte były lepką warstwą wodorostów, między którymi połyskiwały muszle ostryg i buszowały małe kraby.

Obrazu klęski dopełniały wraki. Ruiny miasta były prawdziwym cmentarzyskiem ← co jakiś czas masz jeszcze troszkę “byłozy”.

– Co? – Rycerz sapnął. ← właściwie nie widzę nic złego w zapisaniu: sapnął rycerz :P Ale obie wersje będą ok.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Ok, może jeszcze trochę szlifów by się przydało, ale widzę, że nie jest już źle :D Dzięki za ponowne, dokładne rzucenie okiem na tekst – roboty masz jeszcze masę, a tu znajdujesz czas na wytknięcie jeszcze kilku błędów. Tak, wiem, że sprawdzałaś czy spełniłem warunki do kwalifikacji, ale i tak doceniam :D Jeśli chodzi o sapiących rycerzy, to podczas ogarniania dialogów byłem już w takim stanie, że nie miałem już pojęcia co mogę uznać za czasownik wystarczająco gębowy, więc wolałem nie ryzykować i pisać bezpieczniejszą wersję, niż ryzykować dalsze błędy :D W każdym razie od terminu oddania minęło już parę dni, więc domyślam się, że z wprowadzeniem tych ostatnich poprawek powinienem poczekać do końca czasu na oceny, co?

Sporadyczną byłozę już zostaw, drobnicę (kropki, przecinki, mała/duża litera) możesz ruszać.

Naprawdę doceniam, że się namęczyłeś. Zwłaszcza że niektórzy nie podjęli rękawicy, nawet jak mieli więcej czasu, bo dodali teksty wcześniej, dzięki czemu mogłam też wypisać im dużo wpadek. Duch walki jest :D

(borze iglasty, edytowałam ten kom trzy razy, żeby sobie popoprawiać zdania, jestem chorą pedantką)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Biorąc pod uwagę ogrom pracy, jaką ktoś włożył w dokładne sprawdzenie mojego opowiadania i pokazanie mi wszystkich błędów, brak jakiejkolwiek reakcji byłby szczytem chamstwa. Tu zwykła przyzwoitość każe podziękować i poprawić co jest do poprawienia :D 

Lubię legendy arturiańskie, więc mogę je przyjmować cały czas, mimo eksploatacji. Monty Python także zagościł w moich skojarzeniach. Były momenty zabawne i refleksyjne, do tego wszystko okraszone lekkim piórem. 

Czego mi brakowało – John, chociaż powód do działania, jakoś mało jest obecny. Trochę mi też uwierało tło. Czasy współczesnej, ale jakby mi brakowało jakiegoś dodatkowego rysu, ale to już moje subiektywne odczucie.

Dzięki za twoją opinię. Jeśli chodzi o twoje zastrzeżenia, czy też braki: zdaję sobie sprawę, że nie do końca może się to podobać, ale w gruncie rzeczy były to decyzje świadome. John, chociaż ważny i obecny przez całe opowiadanie, nie jest jakoś mocno eksponowany głównie dlatego, że wszystko sprowadza się faktu, że cała podróż jest historią o Dagonecie, której odbiorcą jest John. Nie chciałem za dużo pisać o Johnie, żeby nie zabierał zbyt wiele uwagi Dagonetowi, który jest tu trzonem opowieści. Dlatego też o samym Johnie nie wiadomo zasadniczo zbyt wiele poza tym, że jest nastolatkiem i nawiedził go Merlin. Jako odbiorca historii, John jest jednocześnie nie tylko bohaterem opowiadania, ale też nieco odzwierciedleniem czytelnika. Ale zgodzę się, że faktycznie mogłem wyraźniej zbudować mu którąś z tych funkcji, zamiast stawać tak jakby pomiędzy.

Jeśli chodzi o sam świat, czy też tło jak to napisałaś: tutaj też specjalnie nie chciałem dokładnie określać realiów. Mamy współczesność, ale współczesność bliżej nieokreśloną. Jedynym pewnym punktem, który możemy powiedzieć o czasie opowiadania to to, że akcja dzieje się po 1967 roku (zatonięcie SS Torrey Canyon, którego wrak leży w Lyonesse). Nie chciałem dokładnie określać czasu akcji, żeby zachować delikatną otoczkę opowieści rycerskiej, która działa się “kiedyś”.

Rzeczywiście jest w tym nastrój. Być może odrobina więcej nostalgii, melancholii i nieco bardziej dramatyczne przygody dodałyby opowiadaniu powabu, ale nie mogę narzekać. Jestem wielkim miłośnikiem i amatorem wszystkiego, co związane z legendą o Królu Arturze, a Ty, Arnubisie, sprawiłeś mi swoją opowieścią prawdziwą radość i satysfakcję. Ja również dostrzegam tutaj echa Amberu Zelaznego, ale także opowiadania „Ostatni obrońca Camelotu” tegoż autora. Ale to są komplementy.

Naprawdę zacna opowieść, od początku do końca przemyślana, nawet lekko wzruszająca i bardzo dobrze opowiedziana. Ma swój klimat, przyprawiony szczyptą humoru i przesłanie, bliskie sercu każdego romantyka. Domyśliłem się puenty nieco przed finałem, ale gdy odkryłem, że właśnie tak zaplanowałeś swoją historię, jak się spodziewałem, jeszcze większe było moje zadowolenie z lektury. Doceniam bardzo dobry warsztat, doceniam masę detali, geograficznych wstawek, odniesień do mniej znanych stron legend o Okrągłym Stole, nawiązanie do Monty Pythona i żart o Tristanie. Doceniam opisy lokacji i wybór akurat tego rycerza na towarzysza podróży Johna. Fajnie nakreśliłeś te postacie, budzą prawdziwą sympatię. Może i są sztampowe, ale takie muszą być. Do pełni satysfakcji brakuje mi redaktorskiego szlifu. Czepiam się głównie powtórzeń, a lista moich uwag poniżej. Po dobrej redakcji, tekst będzie prawdziwą ozdobą pokonkursowej antologii. Niby prosta historia, niby nic nowego, niby legenda już wałkowana na milion sposobów, ale ja jestem pod ogromnym wrażeniem Twojej pracy. „Farsa” na pewno znajdzie się wśród piątki, na którą zagłosuję w konkursie. I wiem to jeszcze przed lekturą pozostałych do przeczytania opowiadań.

 

Okazało się, że zamek nie był zamknięty i drzwi otworzyły się, skrzypiąc przeraźliwie.

 

W miarę jak schodzili coraz niżej ściany stawały się coraz mniej regularne, wydrążony ludzką ręką tunel z wolna zastępowany był przez dzieło natury.

 

Szczerze, to nie mam pojęcia co tu robi. Ale Merlin go tu chciał.

 

Gdy jednak spojrzał na Vivianę wciąż widział delikatny blask bijący z jej twarzy. Zdawało mu się także, że kątem oka dostrzega promienie słońca odbijające się na falach jeziora.

 

Nawet strugi zimnego deszczu zdawały się być po prostu dopełnieniem całości. Nawet nie próbował się przed nimi kryć (…) Kilka kroków za nim podążał John, rozglądając się nieco trwożliwie na boki i wyraźnie pragnący być teraz gdzie indziej. I jedynie Tristan, wyraźnie zachwycony wyprawą,

 

Po raz pierwszy przez umysł rycerza przemknęła myśl, że być może Merlin nie zwariował do reszty i tym razem miał rację. Zaklął cicho, wszedł do gabinetu i włączył światło.

Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się być w porządku.

 

Co chwilę którychś z nich odłączał się od reszty i pędził ku ziemi, by ucztować na truchłach.

Chłopak potrząsnął energicznie głową, by przepędzić przerażającą wizję. Po chwili znów widział błękitne niebo, zieloną trawę i złote zboża. Popędził w ślad za Dagonetem, który zdążył w tym czasie ruszyć już w stronę rzeki.

 

W końcu, gdy grzmot zdawał się osiągać apogeum, powierzchnia Atlantyku przed nimi nagle pękła. Wśród kotłujących się obłoków pary dno oceanu zaczęło się wypiętrzać, formując przed nimi szeroki na dwa metry skalny cypel.

 

Sparaliżowany strachem wpatrywał się nadchodzącą bliższą (???) postać Bertalika, oczyma wyobraźni widząc już swą śmierć.

 

Zdążył zasłonić się tarczą, lecz uderzenie niemal rozłupało ją na połowę (na pół?), całe ramię zaś zdrętwiało mu z bólu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wielkie dzięki za tak pozytywny odbiór. Dobrze wiedzieć, że poza ludźmi mającymi dość legend arturiańskich ciągle są ich oddani fani, a jeszcze lepiej wiedzieć, że udało mi się ich zadowolić :) Widzę też, że zdecydowanie muszę wziąć się za lekturę Zelaznego, bo czytałem tylko odrobinkę lata temu. A skoro parę osób dostrzega pewne podobieństwo do mojego opowiadania, to znaczy, że powinno mi się spodobać.

Muszę przyznać, że samo robienie dokładniejszego researchu do tego opowiadania, przeszukiwanie masy mniej i bardziej znanych mitów czy czytanie teorii na temat lokalizacji legendarnych miejsc sprawiło mi ogromną przyjemność. Dlatego też w tekście jest sporo mniej lub bardziej oczywistych nawiązań i pomysłów zaczerpniętych nie tylko z oryginalnych mitów, ale też dotykających ich filmów czy książek. I w ogóle nie przeszkadza mi fakt, że sporej ich części pewnie nawet nikt nie zauważy :D Faktycznie sporo czasu zajęło mi ładne opracowanie trasy przygód, jeśli chodzi o faktyczne, poprawne geograficznie miejsca. Jedynym punktem, w którym tutaj nieco oszukałem, to przeniesienie siedziby Pellesa do Grimsby, ale to miasto jest wprost idealne na krainę Króla Rybaka :D

W pełni zgadzam się z potrzebą pracy redaktora. Wrzucenie opowiadania na portal szybko nauczyło mnie pod tym względem pokory. Dzięki za podrzucenie konkretnych uwag i błędów, ale teraz już nie będę nic zmieniał, nie wypada w trakcie konkursu. Jak wszystko dobrze pójdzie, to po jego zakończeniu opowiadanie trafi w ręce redaktora :)

Jeszcze raz dzięki za przeczytanie i komentarz. Cieszę się, że tak przypadło ci do gustu.

Podobało mi się, Arnubisie! Widać, że pisałeś o tym, co lubisz. Poza samymi postaciami i motywami z legend arturiańskich bardzo fajnie wypada umocowanie ich w konkretnej geografii i splecenie całości w podróż sentymentalną. Choć skojarzenie z Monty Pythonem jest rzeczywiście najsilniejsze, to w tej opowieści snutej dla Johna pobrzmiewają w rezultacie też echa “Puka z Pukowej Górki” Kiplinga.

Technicznie jest jeszcze trochę do poprawy – powtórzenia, niezgrabności. Zwróciłem uwagę na brak konsekwencji w perspektywie narratora – przez dwa pierwsze rozdziały widzimy świat oczami Johna, a potem znienacka, w połowie epizodu w Grimsby dowiadujemy się co “przemyka przez głowę rycerza”. Później jeszcze kilkakrotnie przeskakujemy do jego głowy. Myślę, że lepiej, również z punktu widzenia sensu historii, byłoby trzymać się jednego POV.

Pozdrawiam!

Kolejna książka do wpisania na listę oczekujących? Chociaż widzę, że to literatura dziecięca, to może uda się znaleźć czas i na to zerknąć : ) Dzięki za opinię i cieszę się, że opowiadanie się podoba, to jest najważniejsze. W kwestii technicznych zawsze do poprawy coś jest i pewnie zawsze będzie, więc nie ma innej rady jak pisać i szlifować warsztat. Cenne uwagi z perspektywą narratora – faktycznie, momentami mi się gubiła i nie traktowałem jej konsekwentnie. Postaram się bardziej na tym skupić w przyszłości i trzymać narrację w ryzach.

I ja pozdrawiam!

Powracam po ponownym przeczytaniu. Widzę że błędy popoprawiane ;) Trafiają Ci się jeszcze przejęzyczenia w nazwach bohaterów Bertalik – Bertilak to jeszcze musisz poprawić. Naz nie powinna chyba mieć o to pretensji ;)

Dalej mi się podoba i chyba faktycznie jedna z najbardziej zarysowanych legend w konkursie. Ode mnie punkty dostaniesz. Poza literówkami nic bym tu nie zmieniał. Powodzenia.

Dzięki za głos i przede wszystkim za dwukrotne przeczytanie opowiadania! Bardzo cieszy mnie fakt, że do niego wróciłeś, a jeszcze bardziej, że dalej ci się podoba :D Faktycznie, dopiero teraz zauważyłem, że raz pisałem Bertilak, a raz Bertalik. Nie mam pojęcia jak do tego doszło, obie wersje musiały mi się zlać w jedno i wyglądać tak samo. Dzięki za czujność, poprawiłem to.

Twój tekst, Arnubisie, to jedem z moich faworytów. Jak na razie.

Podoba mi się wątek błazna Dagoneta, który musi pełnić rolę mężnego rycerza, bo nikt inny już tego zrobić nie może. Widać, że posiadasz dużą wiedzę na temat legend arturiańskich, a przede wszystkim je lubisz, dzięki temu opowiadanie jest lekkie i przyjemne. Każda postać jest ciekawa, ma charakterystyczny styl wypowiedzi. Tylko John wypadł przy Dagonecie jak typowy młodociany kompan, przywodzący na myśl “Imię róży” czy “Zapach kobiety”, co jednak ma swoje uzasadnienie w końcówce: kluczem do rozwiązania problemu jest mało charakterystyczny, teoretycznie nic nieznaczący chłopak. 

Ilość humoru jest odpowiednia. Dagonet tryska sarkazmem i charyzmą, ale nie przesadnie. Mam jednak wątpliwości co do nawiązania do Monthy’ego Pytona. Wydaje mi się, że wybrzmiałoby ono lepiej, gdybyś nie wytłumaczył później, że jest to aluzja do filmu. 

Zakończenie trochę odstępuje od pozostałej części tekstu. Król Rybak zaczyna wyjaśniać Dagonetowi, o co chodzi, i nie jest to jakoś szczególnie pasjonujące. Moim zdaniem trochę za bardzo popłynąłeś z banałami, jak, np.

Czas do domu, Dougie.

– Sir Dagonecie – poprawił go rycerz.

ale jestem w stanie Ci to wybaczyć :D

Podsumowując, bardzo udane opowiadanie, ciekawe, wciągające, dobrze napisane z niezłym i przemyślanym pomysłem. 

PS. Arnubisie, uwielbiam Twój awatar :P

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Dzięki za uwagi! Bardzo się cieszę, że ci się spodobało.

Odnośnie uwag: Tak jak sam zauważyłeś – częścią charakterystyki Johna jest to, że jest dość mało charakterystyczny :D W ten sposób idealnie pasuje do swojej roli.

Jeśli chodzi o nawiązanie do Monty Pythona – faktycznie, nie było ono zbyt finezyjne, ale akurat tutaj specjalnie chciałem dość oczywiste nawiązanie dać. Spokojnie w tekście jest też dużo nawiązań tak finezyjnych, że pewnie sam czytając opowiadanie po roku bym ich nie zauważył :D No i nie napisałem że to aluzja do filmu – zaznaczyłem tylko, że John ma braki w edukacji kulturalnej, bez specyfiki. Tak, wiem że po czymś takim już ciężko nie załapać aluzji, ale zawsze różnica! :D

Przy zakończeniu i tak mocno pracowałem nad tym, żeby nie było przegadane. Trzeba jednak ostatecznie spiąć wątki i wszystko wyjaśnić, chociaż rozumiem, że taka gadanina może być mniej ciekawa od przygód bohaterów. Dlatego też starałem się przedstawić ją na tyle zwięźle, żeby tylko wszystko miało sens. Na ile mi to wyszło, to już inna sprawa. I tak, jestem w pełni świadom niektórych banałów w tekście, zwłaszcza w końcówce, bo były to banały specjalne. Mimo wszystko opowiadanie czerpie całymi garściami z legend i baśni, w związku z czym uznałem, że mogę sobie pozwolić na takie rozwiązania. Dwa ostatnie zdania, których już nie zacytowałeś, są nie mniej banalne, ale są też ważne dla całego tekstu i je lubię :D

Dzięki za wybaczenie! I za przeczytanie oraz komentarz.

 

P.S. Też uwielbiam mój awatar. Ba, mam nawet w zapasie parę wersji z innymi minami, na specjalne okazje :D

Przyjemne opowiadanie – historyczne postacie na plus, ale najbardziej przypadła mi do gustu sama historia: nie jest przekombinowana, tempo dość szybkie, zdarzają się zabawne fragmenty (tak, dołączam do czytelników, którzy polubili Tristana), no i zakończenie ładnie pasuje do opowieści.

Z minusów – można byłoby popracować jeszcze nad sprawami technicznymi. Zdarzają się od czasu do czasu powtórzenia czy brakujące przecinki, a sam styl w mojej opinii mógłby być nieco odważniejszy. Ale na pewno nie jest źle, zwłaszcza że proces lektury był płynny.

Dzięki za uwagi i przeczytanie! Miło mi, że ogólne wrażenie jest pozytywne, fantastycznie że tyle osób polubiło Tristana :D Nad sprawami technicznymi można by było popracować i na pewno jeszcze popracuję, styl szlifować trzeba ciągle.

Po raz kolejny muszę zaznaczyć, że ogólny poziom konkursu mnie zdumiewa. Chyba tylko parę razy zmuszony byłem napisać, że tekst mi się nie podobał. Twoje opowiadanie, Arnubisie, stoi e moim rankingu całkiem wysoko! Bardzo dobrze opowiedziana historia, nie jakaś przegięta, skomplikowana, ale… No właśnie, dobra historia. Świetnie się czyta, bohaterów można polubić, a mimo niespecjalnej złożoności, ucieka również przed banałem. 

Mógłbym pisać dłużej, ale powtarzałbym opinie innych. Czyli – dołączam do grona zadowolonych czytelników :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Zadowolony czytelnik to wszystko, czego chce autor (no, może poza załapaniem się do antologii :D), twoje szczęście jest więc moim szczęściem. Miło więc, że obaj możemy być usatysfakcjonowani :) Dzięki za komentarz.

Mam mieszane odczucia. Opowiadanie raczej zaliczyłbym do gatunku fantastyki młodzieżowej. Wskazuje na to główny bohater, humorystyczny styl, wielka podróż, świat niczym z książek Rocka Riordana. A tego bym raczej na plus nie zaliczył, ponieważ nie przepadam za tego typu dziełami. 

Jest też drutami strona medalu. Legendy arturiańskie są bardzo ciekawym i nośnym tematem, dlatego „Farsę” czyta się przyjemnie. Zaintrygowałeś mnie juz pierwszym fragmentem. 

Momentami jest lepiej, momentami jest gorzej. Niektóre pomysły są udane bardziej (błazen jako rycerz, poszukiwanie Graala, „Girl Merlin in amber”), a niektóre mniej (pies Tristan, sztuczka z pierścieniem).

Zakończenie nie zrobiło na mnie wrażenia, ponieważ nie było szczególnie pomysłowe czy oryginalne. Motyw niczym z „Piotrusia Pana” („Wierzę we wróżki”) czy mitologii greckiej (czytałem wersję, w której bogowie odeszli, gdy zginął ich ostatni wyznawca).

Monthy Python jest, choć mnie Graal kojarzy się z innym filmem Gilliama – „Fischer King”.

Koniec końców, jestem lekko rozdarty. Opowiadanie spośród konkursowych jest dla mnie pośrodku – nie jest złe, ale nie ma też dla niego miejsca wśród faworytów.

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Widzę wymagający komentarz! Z przyjemnością podnoszę rękawicę i staję w szranki gotów odeprzeć twoje argumenty :D

W żadnym wypadku nie zgadzam się z fantastyką młodzieżową. Znaczy nie, żebym był jakimś ekspertem w tej dziedzinie, nie czytałem zbytnio tego typu literatury, ale nie wydaje mi się, aby przytoczone tutaj argumenty wskazywały na taki gatunek. Bohater? W sensie, chodzi ci o wiek Johna? Nastoletni bohater to jeszcze za mało, żeby zaliczyć coś do literatury młodzieżowej, zwłaszcza że John jest tutaj bohaterem ważnym, ale nie głównym. Jak już zauważano, w sumie jest raczej dość biernym towarzyszem podróży Dagoneta, który jest prawdziwym głównym bohaterem i który raczej nie pasuje do typowej młodzieżówki. Humorystyczny styl? Serio? To ma być wyznacznik literatury młodzieżowej? To dorośli muszą czytać tylko nadęte, poważne, pełne patosu dzieła? Co z całym dorobkiem Pratchetta? Wielka podróż też nie wydaje mi się aspektem kierującym dzieło do gatunku literatury młodzieżowej, a raczej na literaturę drogi. Jest masa poważnej, dorosłej literatury opartej o podróż, fakt że młodzieżówki też wykorzystują ten motyw nic nie znaczy. I nie znam książek Rocka Riordana, więc ciężko mi się do nich odnieść, ale jeśli chodzi tu o współczesny świat zamieszkany przez bohaterów z legend czy mitów, to “dorosła” literatura fantasy jest ich pełna (jak np. “Kłamca” Ćwieka czy “Amerykańscy bogowie” Gaimana, żeby daleko nie szukać). Jaka jest więc twoja definicja dorosłej fantastyki?

Pies Tristan większości akurat bardzo przypadł do gustu, ale jestem w stanie zrozumieć, że nie każdemu może spodobać się kundel noszący imię wielkiego rycerza. Mogę cię więc zapewnić, że imię to nie zostało nadane psu przypadkowo. W jednej z pieśni Tristan, pod wpływem szaleństwa, napada na Dagoneta i dotkliwie go rani. Nazwanie więc przez błazna swojego kundla Tristanem jest jego małą, osobistą zemstą. Sam pomysł na czworonożnego towarzysza Dagoneta zaczerpnąłem ze znalezionej na blogu opowieści “The Knight of the Cur”. Poza tym dochodzi jeszcze jeden szczegół – sir Tristan miał pochodzić z Lyonesse, a Dagonet z Johnem odnajdują wejście do tej krainy dzięki pomocy psiego Tristana :)

Pierścień Lancelota potrafiący rozpraszać uroki także oczywiście pochodzi z arturiańskich legend, ale tutaj nie jestem pewien czy nie spodobał ci się pierścień jako taki, czy mały blef Dagoneta z jego udziałem.

Zakończenie nie miało być ogromnie zaskakujące czy oryginalne, przynajmniej nie ten motyw, o którym wspominasz. Legendarni bohaterowie/bogowie, którzy czerpią moc z tego, że ludzie w nich wierzą, to dość popularny i sensowny motyw w fantastyce, występujący np. we wspomnianych już przeze mnie “Kłamcy” i “Amerykańskich bogach”, ale też obecny w twórczości arturiańskiej – w świetnym serialu “Merlin” z 1998 roku z Samem Neillem, główny bohater pokonuje Królową Mab (o której wzmianka zresztą jest w opowiadaniu) skłaniając ludzi do zapomnienia o niej. Ale zasadniczo, jak wspominałem, ten motyw nie miał być żadnym twistem ani pointą finału. Wątek ten jest wyjaśniany już podczas rozmowy z Merlinem, jest przyczyną całej podróży, więc zdecydowanie nie miał być zaskoczeniem w finale. Tutaj raczej ważny był prawdziwy cel całej wyprawy. Ale też porównanie do “Piotrusia Pana” nie jest czymś, co mogłoby urazić jakiegokolwiek pisarza :)

Oczywiście że Graal kojarzy się z “Fisher Kingiem”, którego osobiście uwielbiam, tam jednak jest to wszystko głębokie i metaforycznie, kilka poziomów wyżej od mojego obecnego pisania :D No ale trzeba mierzyć wysoko.

Cały mój post może wyglądać jak rozpaczliwa próba obrony, ale po prostu skupiłem się na wyjaśnieniu tych kwestii, które niezupełnie cię przekonały czy ci się spodobały. Oczywiście doceniam fakt, że inne aspekty opowiadania ci się spodobały i w żaden sposób nie uraża mnie twoja krytyka, doceniam ją :)

Pozdrawiam i ja!

Ale też porównanie do “Piotrusia Pana” nie jest czymś, co mogłoby urazić jakiegokolwiek pisarza :)

Jesteś pewien? Czytałeś to? ;-)

Babska logika rządzi!

Dawno temu :D Ale liczą się sentymenty? Zawsze mogę ratować się tym, że dzięki “Piotrusiowi” powstał “Hook” z Robinem Williamsem, a ten film akurat niedawno sobie odświeżałem i dalej jest świetny :D

To osobiste, ale strasznie mi się książka nie spodobała. No, jak rzadko która. Taki szowinistyczny szajs. Co dziwne, i kobiety, i mężczyzn stawia w niekorzystnym świetle.

Babska logika rządzi!

Hmmm, w sumie myślałem jakiś czas temu, żeby sięgnąć po “Piotrusia” i zobaczyć jak będzie wyglądał doroślejszym okiem. Konfrontacja z bohaterami dzieciństwa :) W sumie wakacje są dobrym momentem, żeby spróbować. Może jutro poszukam w domu, powinienem gdzieś mieć egzemplarz. A czytałaś może “Piotrusia Pana w czerwieni”? Oficjalna kontynuacja, napisana chyba z 10 lat temu. Też mnie ciekawiła, ale najpierw chciałem sobie odświeżyć oryginał i jakoś ciągle to odkładam w czasie :D

No to odśwież sobie i koniecznie podziel się wrażeniami. :-)

Nie, kontynuacji nie znam. I jakoś nie czuję chęci, by zmieniać ten stan rzeczy.

Babska logika rządzi!

Brzmi jak dobry plan. Zobaczymy, czy sam będę miał ciągle ochotę na kontynuację po lekturze oryginału :D

Finkla, a “Winnetou” ostatnio czytałaś? Czy Pana Samochodzika, czy Robin Hooda, czy przygody Hucka Finna, czy… i tu można długo wymieniać. Należy zdać sobie sprawę, że książki nie są zawieszone w próżni, a osadzone w konkretnym miejscu i czasie. I nasycone (bywa, że prawie niezauważalnie) aurą czasów im współczesnych. A że nie były to czasy równie “światłe” co dziś… Hm, zapytaj gościa z przyszłości, czy pasują mu dzisiejsze bezideowe, ksenofobiczne i seksistowskie powieści i opowiadania? Ciekawe, co odpowie.

@Arnubis – wszak Pietrek (nieświadomie) bardzo cię pochwalił. Literaturę dla młodych ludzi należy pisać tak jak dla starych, tylko lepiej. I to ci się udało. Brawo! 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Czytałam stosunkowo niedawno któregoś “Pana Samochodzika”. Nudnawe, wstawki jak z Wikipedii obecnie wyglądają raczej śmiesznie, ale i tak jest o niebo lepiej – bohater nie zachowuje się jak idiota. Huck Finn nawet w dzieciństwie mi się nie podobał. Chyba nie dałam rady doczytać do końca. Tomek Sawyer jeszcze był w porządku, ale kontynuacja nie bardzo…

Babska logika rządzi!

Za młoda jesteś ;).

 

EDIT: Ale – są książki, trafiające do czytelnika w określonym wieku. Sprzedają proste prawdy, napisane nieskomplikowanym językiem. Trafisz jako nastolatek(tka) – będziesz hołubić do śmierci. Trafisz jako dorosły – odrzucisz z niesmakiem w kąt.

Przecież nikt Ci nie każe się zachwycać przygodami krasnala Hałabały, a kilkulatkom – czytać “Mistrza i Małgorzatę”. Na wszystko jest odpowiedni czas. Albo trafisz, albo nie!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dziękuję, dobry człowieku. :-)

Babska logika rządzi!

Arnubisie, ja akurat swego czasu literatury młodzieżowej czytałem dużo, więc stąd ta uwaga. Twoje opowiadanie ma taki klimat.

W Pierścieniu nie kupił mnie blef, a nie sam artefakt.

Przez humorystyczny styl miałem na myśli określony rodzaj humoru. Pratchett to zupełnie inna sfera komizmu. A Woody’ego Allena też lubię ;) 

Też byłem zachwycony „Hook” :)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Cóż, nikt poza tobą na potencjalnie młodzieżowy klimat nie zwrócił uwagi, ale niechaj tak będzie, skoro jesteś bardziej oczytany w tych tematach, łatwiej ci to dostrzec. Zresztą, jeśli to oznacza, że opowiadanie jest przystępne nie tylko dla dorosłego czytelnika ale i dla nastoletniego, nie zamierzam z tego powodu narzekać.

Jeśli nie kupujesz tego, że Bertilak tak łatwo dał się nabrać na podrobiony pierścień Lancelota, to spójrz na to inaczej. Cała wyprawa od początku była ustawiona, tylko Dagonet (i czytelnik) o tym nie wiedział. Dlatego Bertilak od początku planował wyjawić wszystkie informacje Dagonetowi, tylko udawał, żeby go oszukać. Tak więc nawet jeśli poznał, że to falsyfikat, nie pokazał tego. Oszust został oszukany :)

Oczywiście, że Pratchett to zupełnie inna sfera komizmu, to była tylko odrobinę uszczypliwa hiperbola (chociaż ktoś wyżej pewne nawiązania klimatu do Pratchetta wykazał). W każdym razie opowiadanie jest po prostu napisane w lekkim stylu, który może i w literaturze młodzieżowej też występuje, ale raczej nie jest jej wskaźnikiem.

 

PS:

“Winnetou” czytałem jakoś w klasie maturalnej i mimo wszystkich wad, była to całkiem przyjemna lektura :D Ale wtedy akurat miałem krótką fazę westernową :D

Powiedzmy, że z Pierścieniem mnie przekonałeś ;)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Ha! Warto rozmawiać :D

Też tak uważam :) Lubię dyskutować, gdy ktoś ma trafne argumenty.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Hej, nadrabiam teksty z legend z okazji wyjścia antologii. Przyjemny tekst, taki bardzo lekki i przygodówkowy. Ciekawy twist w zakończeniu i wyjaśnienie, czym jest tytułowa farsa. Trochę zabrakło mi większego rozbudowania postaci Johna.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Fajnie, że wpadłeś :D Cieszę się, że spodobało się i samo opowiadanie, i końcowy twist (który paru czytelników określało jako przewidywalny, no ale cóż, nie w zaskoczeniu jego największa siła). Jeśli chodzi o Johna – taki był pomysł, żeby był nieco przezroczystym bohaterem, dzięki temu z jednej strony mógł symbolizować każdego dzieciaka, a z drugiej miał w pewien sposób przedstawiać perspektywę i osobę samego czytelnika w opowiadaniu. Może niekoniecznie był to najlepszy czy najlepiej wykonany pomysł, ale był to zabieg celowy :) 

Nowa Fantastyka