- Opowiadanie: psychoreaper - Sztuka Gordiana Monde

Sztuka Gordiana Monde

Witam wszystkich.

Jestem tu nowy, ale Wasz konkurs wydał mi się na tyle ciekawy, że postanowiłem i tu coś opublikować. Zapraszam do lektury i czekam na konstruktywną krytykę.

M.B.

 

PS. Coś tam maluję, więc i okładkę z tej okazji machnąłem. 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Sztuka Gordiana Monde

 

 

 

Praga 12.04.1897 r.

 

Drogi Ludwiku!

 

Przyjacielu! Wiem, że nadwyrężyłem Twoją cierpliwość, gdyż minęły miesiące od naszej ostatniej korespondencji. Nie gniewaj się, wszak wydarzyło się wiele i niech usprawiedliwi mnie prosty fakt, że jestem bliski, by ze sobą skończyć. Jedynie kolejne dawki nadużywanego przeze mnie opium, pozwalają mi czasami zasnuć samobójcze myśli chmurą otumanienia. A teraz do rzeczy. Póki ręka nie drży, a słońce jest jeszcze wysoko.

Jak zapewne pamiętasz z mojego ostatniego listu, rad byłem niezmiernie z zaproszenia na studium malarskie, które dotarło do mnie jeszcze w październiku. Ja również ten list pamiętam, choć wydaje mi się, że pisałem go w poprzednim życiu. Wstyd mi teraz na samo wspomnienie tego, w jak przesadzony sposób opisywałem kipiące we mnie uczucie szczęścia, że oto nasz wspólny mentor, Gordian Monde, zechciał udzielać mi lekcji. Pisząc te słowa, uśmiecham się cynicznie pod nosem, przeklinając mą naiwność, ale powiedz mi – czy powinienem mieć do siebie żal? Czy dla adepta sztuk pięknych istnieje pełniejsza sposobność, by poderwać swą sztukę na wyższe poziomy, niż spotkanie z idolem – artystą kompletnym i nieosiągalnym? Zdajesz sobie sprawę, przyjacielu, że nie uczylibyśmy się o młodym Salaim, gdyby ten w sposób szczególny nie przypadł mistrzowi Leonardowi do gustu. Nazwisko van Thuldena również nie przywołałoby w Twej głowie obrazu jego słynnych gobelinów, gdyby Rubens nie wygarnął go z tłumu pretendentów. Ja jednak nie powinienem był bratać się z Gordianem Monde.

Zanim nakreślę szczegóły, chcę wyrazić nadzieję, że nie będę musiał się gorliwie przed Tobą spowiadać. Równie dobrze Ty mogłeś znaleźć się na moim miejscu. I daj mi wiarę, Ludwiku, jeszcze dziś biegnij złożyć pokłon przed ołtarzem świętego Józefa Sebastiana w podzięce, że to nie Ty zostałeś przez niego wybrany.

Do Monachium wyruszyłem zaraz po otrzymaniu wspomnianego listu i na miejsce dotarłem kilka dni później. Była to druga połowa listopada. Prosto z kolejowego dworca, zerkając co jakiś czas na mapkę, którą mistrz załączył do zaproszenia, skierowałem swe pospieszne kroki do jego domu. Znalazłem go bez problemu, choć początkowo bałem się, że zbłądziłem. Okolica, w której usytuowany był dom artysty, wydała mi się wielce nieadekwatna do osobistości ją zamieszkującej. Szczerze mówiąc, spodziewałem się dzielnicy pięknie wyeksponowanych budowli i szerokich, skąpanych w ciepłym świetle ulic. Zastałem coś zupełnie przeciwnego. Początkowo mnie to dziwiło, ale w końcu jednak doszedłem do wniosku, że tak ceniony twórca specyficznej, nadprzyrodzonej estetyki najlepiej czuć się musi w towarzystwie rzędów starawych, budujących półmrok kamienic, otchłannych bram i wąskich alejek wieńczonych mglistymi ryneczkami, które labiryntem zaułków kryły go przed wścibskim wzrokiem wielbicieli, lub co gorsza obskurantów.

Pamiętam, że Bóg malując to listopadowe popołudnie, zupełnie zapomniał o właściwym nasyceniu barw. Jak okiem sięgnąć, wszędzie królowała szarość. Na domiar złego zaczynało mżyć, dlatego cieszyłem się, że zdołałem dotrzeć do celu bez problemu i nie musiałem taszczyć mojej zwalistej walizy po tamtejszych brukach w poszukiwaniu adresu.

Dom Gordiana Monde rozpoznałem od razu. Ostro wcinał się w rząd byle jakich kamieniczek, górując nad nimi niczym zamczysko nad średniowiecznym miastem. Stanąłem naprzeciw ozdobnej fasady domu, czując z jednej strony ulgę – że dotarłem, a z drugiej lęk – że okażę się niewystarczająco dojrzałym artystą, by obcować z mistrzem. Pozwoliłem sobie naprędce skręcić papierosa, zapaliłem go i przyglądając się budynkowi, nieco się zraziłem, wszak z zewnątrz wyglądał na opustoszały. Mimo późnej pory, nie uświadczyłem światła ani na zdobionym dwiema kolumienkami ganku, ani w żadnym z licznych okien wyglądających na ulicę. Te – po bliższych oględzinach – okazały się być zasłonięte jakąś ciemną tkaniną. Przekląłem pod nosem i już zaczynałem godzić się z myślą, że przyjdzie mi spędzić noc w jakimś przytułku, a waliza z malarskim instrumentarium posłuży mi jako poduszka. Z łomoczącym sercem złapałem jednak za kołatkę, zastukałem trzy razy w solidne, rżnięte w egzotyczne wzory drzwi i nasłuchując, czekałem.

Gdzieś w podwórzu zaszczekał pies, dwójka kloszardów, przechodząc obok, marudziła coś o zbliżającej się zimie, a potem nastała kompletna cisza. Trema zjadała me wnętrzności i przez moment miałem nawet nadzieję, że nikt nie otworzy. Zastukałem jednak po raz kolejny i tym razem klamka się poruszyła, zawiasy zaśpiewały swą skrzypiącą melodię, a zza drzwi wyłoniła się postać Gordiana Monde.

Chwila była to dla mnie niepojęta – stanąć twarzą w twarz z artystą, którego dzieła znałem na wskroś w najdrobniejszych detalach. Z artystą, którego obrazy uformowały mnie, jako malarza i który wciąż pozostawał dla mnie niedościgłym wzorem. Nie wiem, czy u progu stałem zaledwie kilka sekund, czy może kilka godzin, ale dopiero gdy Monde uśmiechnął się półgębkiem i skinieniem głowy zaprosił do środka, nieco się rozluźniłem. Wiem, Ludwiku, że wybaczysz mi, iż przekroczyłem wówczas próg i z największym szacunkiem skłoniłem się Gordianowi. Czy Bóg mi to wybaczy? Nawet na to nie liczę.

Weszliśmy głębiej do przedsionka i gdy nieco otrzeźwiałem, a struchlenie wywołane obecnością mistrza złagodniało, dostrzegłem, że zanurzeni byliśmy w niemalże całkowitych ciemnościach. Jedynym źródłem światła był wątły płomień naftowej lampy trzymanej przez gospodarza na wysokości piersi. Pobieżnie, by nie urazić Gordiana, rozejrzałem się po pomieszczeniu. Miałem rację. Okna szczelnie zasnute były ciężkimi kotarami, przez które nie wdzierała się nawet najbledsza poświata. Monde musiał dostrzec moje zdziwienie i uśmiechnął się szerzej. Zsunął z głowy kaptur poplamionej farbą, malarskiej peleryny, a ja dostrzegłem grubo ciosane rysy twarzy artysty: spiczasty podbródek, wydatne kości policzkowe i nieco zakrzywiony, bulwiasty nos. Mimo że, jak wiesz, nie należę do niskich, był wyższy ode mnie o dobrych kilka cali. Głowę miał gładko ogoloną i mimo tak mizernego światła, na jego połyskującej czaszce tańczyły odbite poblaski. Największe wrażenie robiły jednak jego brwi – krzaczaste, czarne włosy sterczały niesfornie nad głęboko osadzonymi, błękitnymi oczami.

Gordian widząc, że byłem zdezorientowany panującym mrokiem, wyjaśnił mi prędko, że nie mam powodów do obaw. Zdawkowo poinformował mnie, iż izoluje się od światła z powodu choroby, na którą cierpi. Światłowstręt. Zastanawiałem się czy poza utratą wzroku może przytrafić się artyście coś gorszego. Wyrażając najgłębsze ubolewanie, zadałem mojemu ówczesnemu idolowi to pytanie. Ten jednak uśmiechnął się tylko, ale nie odpowiedział. Położył mi rękę na ramieniu, poprowadził do znajdującego się na prawo od przedsionka salonu. Powiesił lampę na haczyku i kazał rozsiąść się w fotelu, bym odpoczął po podróży. Następnie przeprosił na chwilę, dając minutę czy dwie, aby mój wzrok mógł przyzwyczaić się do panujących ciemności.

Zasiadłem w głębokim fotelu i wziąwszy kilka głębokich oddechów, próbowałem powstrzymać drżenie rąk. Rzuciłem kilka nerwowych spojrzeń po dookolnych meblach. Mrok nadal był gęsty, ale z każdą sekundą dostrzegałem więcej szczegółów. Pomieszczenie było niezwykle wysokie, a z sufitu zawieszonego gdzieś w górze w czarnych odmętach zwisał kryształowy żyrandol. Przede mną stał mały, okrągły stolik, a za nim fotel, bliźniaczo podobny do tego, na którym spocząłem. Przy przeciwległej ścianie butwiał potężny stół, wraz z rzędem rzeźbionych krzeseł. Sądząc po odgłosie podgryzających drewno korników, meble miały już za sobą swe najlepsze czasy. Za plecami miałem okna. Co prawda były one zaciągnięte grubą zasłoną równie szczelnie jak te w przedsionku, jednak chłód od nich bijący nie pozwalał mieć wątpliwości. Reszta pokoju ginęła w pomroce.

Gordian wrócił po kilku minutach, niosąc przed sobą dwie szklaneczki whisky. Bez słowa wręczył mi jedną z nich i zasiadł w fotelu naprzeciwko. Przyjrzał mi się uważnie raz jeszcze, upił niewielki łyk i w końcu powiedział:

Mein Freund. Nie znamy się praktycznie w ogóle, ale niech pan pozwoli, że już na samym początku naszej, mam nadzieję, owocnej znajomości, będę brutalnie szczery. Proszę przyjąć do wiadomości, że nie wybrałem pana spośród całej tej masy pacykarzy, którzy zasypują mnie swymi mizernymi landszaftami, ponieważ pański warsztat jest lepszy od reszty, a styl pańskich prac olśniewa oryginalnością. Cóż, przywołując z pamięci pańskie obrazy, weźmy choćby Czarne Słońce lub Rytuał, rzekłbym, że było zupełnie odwrotnie i nie przesadziłbym mówiąc, że owe prace nadają się jedynie do tego, by zrobić z nich użytek w wychodku”.

Nie mam, a raczej wówczas nie miałem w zwyczaju pić alkoholu, jednak na te słowa wypiłem większy łyk ciepłej whisky i nawet się nie wzdrygnąłem. Opuściłem tylko wzrok i pozwoliłem Gordianowi mówić dalej.

„Och, proszę się nie zadręczać, mein Freund! Nie chciałem urazić. Należy pamiętać, że prawdziwą sztukę budują rzeczy ważniejsze niż poprawna anatomia, czy niezachwiana perspektywa. Takich błahostek może nauczyć się każdy, kto potrafi utrzymać w dłoni pędzel. Nie każdy zaś przejawia talent do tego, by tworząc, spoglądać poza horyzont. Tylko najwybitniejsi potrafią przebić się przez warstwę cząstek budujących rzeczywistość i dostrzec, a następnie przelać na płótno to, co się pod nią kryje. Dojrzeć  p r a w d ę  skrytą głęboko przed wzrokiem ignorantów i poprzez malarstwo otworzyć ślepcom oczy. Pańskie prace, mimo że z pozoru słabe, studiowałem z wielką pieczołowitością i spostrzegłem, że przedstawione na nich sceny i postaci zaskakująco trafnie oddają artystyczne wizje, które uporczywie kotłują się w mej głowie. Mamy wiele wspólnego, mein Freund. Tli się w panu pewien żar, który przy pańskiej dobrej woli będę w stanie rozbuchać do przerażających wręcz rozmiarów, a wtedy nie będzie pan potrafił spojrzeć na świat tak, jak wcześniej. Proszę odpowiedzieć mi tylko na jedno pytanie: czy tego właśnie chcesz, panie Bernardzie?”.

Krew odpłynęła mi z twarzy. Enigmatyczny wywód Gordiana zawiązał mi umysł na supeł, a ja, pomimo ciemności, czułem jak gospodarz lustrował mnie wzrokiem i wciąż delikatnie się uśmiechał, czekając na odpowiedź. Miałem wrażenie, że słyszy jak bardzo łomocze mi serce. Na pewno pobladłem, jednak było chyba zbyt ciemno, by Gordian mógł to zauważyć. Wreszcie otworzyłem usta i głosem potykającym się o najprostsze głoski powiedziałem:

„Ta… Tak. Po to właśnie przyjechałem”.

Gordian uśmiechnął się szerzej, tak że w rozmytym świetle wiszącej gdzieś w oddali lampy mogłem dostrzec błysk zębów. Przechylił na raz resztę whisky i stanowczym głosem powiedział:

„Doskonale!”

Odstawił pustą szklankę na stolik i kontynuował:

„W takim razie zapraszam pana na piętro. Po tak długiej podróży musi być pan potwornie zmęczony. Na górze przygotowałem dla pana pokój. Proszę również pamiętać o poczęstunku. W kuchni znajdzie pan co prawda tylko chleb i odrobinę sera, ale wybacz, mein Freund, w moim wieku apetyt nie towarzyszy mi zbyt często. Mam nadzieję, że zdoła pan solidnie wypocząć, gdyż jutro czeka pana pracowity dzień”.

Zerwałem się na nogi i dźwignąwszy walizę ukłoniłem się, dziękując za gościnność. Żołądek miałem zawiązany na supeł, toteż zrezygnowałem z poczęstunku i udałem się prosto na piętro, a gdy byłem już w połowie schodów, głos Gordiana zatrzymał mnie pomiędzy siódmym, a ósmym stopniem:

„Zaraz po wejściu pytał pan, czy istnieje coś bardziej żałosnego niż artysta malarz, któremu doskwiera światłowstręt. Wiem, wiem… Nie odważyłby się pan użyć takich słów, jednak właśnie to miał pan na myśli, czyż nie? Otóż już wkrótce przekona się pan, że w sztuce, jaką ostatnimi czasy uprawiam, intensywne światło jest zupełnie zbędne, żeby nie powiedzieć, że ono po prostu przeszkadza… Proszę solidnie wypocząć, mein Freund”.

Nie odwróciłem się. Wymamrotałem tylko pod nosem „Dobranoc, panie Monde” i w następnej sekundzie ryglowałem już drzwi sypialni.

 

Nie była to spokojna noc. Nie wiem jak długo tarzałem się na przydzielonym mi wysłużonym tapczanie zanim zasnąłem. A kiedy mi się to w końcu udało, zbudził mnie łomot do drzwi i szorstki głos gospodarza, nakazujący mi, bym czym prędzej zszedł do pracowni. Z trudem rozkleiłem powieki i omiotłem wzrokiem zmurszałą ścianę sypialni. Znów ciemność. Mimo że przed pójściem spać odsunąłem nieco kotary, po przebudzeniu zastał mnie ten sam mrok, który układał mnie do snu. Dopiero gdy zapaliłem lampę i sprawdziłem godzinę na ściennym zegarze, zorientowałem się, że była 4:30. Do wschodu słońca zostały jeszcze ponad dwie godziny.

Prędko naciągnąłem na siebie koszulę oraz spodnie i zabrawszy ze sobą lampę, opuściłem pokoik. Zszedłem po schodach i nasłuchując jakichkolwiek dźwięków, starałem się zlokalizować pracownię Gordiana. Niestety, oprócz miarowego odliczania zegara, stojącego w którymś z przyległych do salonu pomieszczeń, oraz skrzypiących desek podłogi, nie słyszałem niczego. Rozglądając się, krzyknąłem w eter z zapytaniem dokąd mam iść i dopiero wtedy mój przyszły nauczyciel odezwał się, a ja mogłem podążać za jego głosem.

Pozostając w bańce światła lampy, przeszedłem przez bawialnię, w której poprzedniego dnia ugościł mnie gospodarz. Szklanki po whisky nadal stały na stoliku. Uniosłem lampę wyżej, chcąc przyjrzeć się lepiej pomieszczeniu i wtedy, kątem oka, dostrzegłem coś, co sprawiło, że niemal wrzasnąłem z zachwytu. Otóż obrazy, które tak dogłębnie studiowaliśmy podczas objazdowych wystaw Gordiana Monde wisiały tuż nad moją głową. Były to Śpiąca Maria Ansbach i Urwisko świętego Judy. Drogi Ludwiku, zdaję sobie sprawę, że znasz te dzieła nie gorzej niż ja, wiedz jednak, że w tamtych okolicznościach uśmiech na twarzy tej martwej dziewczynki niepokoił po trzykroć bardziej niż wtedy, gdy podziwialiśmy go w galerii. Zauważyłem również, że Urwisko dostało zupełnie nową ramę – podpalany, klasyczny Berain o niebo lepiej podkreślał trupio szarą poświatę księżyca wiszącego nad tym ulubionym przez samobójców miejscem. Długo, oj długo nie mogłem oderwać wzroku od tych dzieł. Potem jednak usłyszałem stukot w pomieszczeniu poniżej i przypomniałem sobie, że spieszę się na swoją pierwszą lekcję. Wyszedłem z salonu drugimi drzwiami, za którymi znajdował się skręcający w lewo, wąski korytarzyk. Dalej były strome schodki prowadzące w dół. Zszedłem po nich ostrożnie, opierając się o szorstką ścianę i na samym dole dostrzegłem lekko uchylone drzwi. To właśnie zza nich dobiegał pospieszający mnie głos Monde.

Wewnątrz przywitała mnie mieszanina różnorakich zapachów. W głównej mierze były to dobrze znane mi aromaty malarskiej pracowni – kłującej w nozdrza terpentyny podbitej odorem żywic i werniksów. Pod nimi wyczuwałem delikatniejszą, acz zdecydowanie bardziej nieprzyjemną woń, której wówczas nie potrafiłem zidentyfikować. Teraz, gdy przypomnę sobie ten smród, z trudem powstrzymuję wymiotne odruchy.

W świetle lampy dostrzegałem drobinki kurzu leniwie płynące w powietrzu, pod nogami miałem podłogę kropioną w różnobarwne plamy, a gdzieś w oddali, na granicy widzialności rysowała się sylwetka wysokiego malarza. Monde stał obok sztalugi i przywitał mnie w te słowa:

„W końcu jesteś, mein Freund. Mam nadzieję, że spał pan dobrze. Choć może powinienem zapytać, czy śniło się panu coś intrygującego? Koszmary potrafią otworzyć w umyśle artysty zupełnie nowe przestrzenie. Czyżby wyglądał pan na zdziwionego? Niech nie zmyli pana brak oświetlenia. Myślałem, że jest pan wystarczająco bystry, i słuchał pan mnie wczoraj na tyle uważnie, by poznać, że znajdujemy się w moim nowym atelier. Czy mógłbyś, młody człowieku, opuścić lampę nieco niżej? Nie cierpię stawać za sztalugą z podrażnionymi oczyma”.

Zawstydzony postawiłem lampę na podłodze i zasłoniłem ją nogą.

„O wiele lepiej, niemniej idealnie będzie, gdy zagasi pan ją zupełnie. Zapaliłem dla pana kilka świec. Proszę mi uwierzyć, że to nam wystarczy. Doskonale. A teraz proszę podejść tu bliżej. Pragnę oprowadzić pana po pracowni i liczę, że odbierze pan to, jako zaszczyt. Jest pan pierwszym gościem, którego tu przyjmuję”.

Zrobiłem kilka niepewnych kroków w kierunku postaci majaczącej w głębi pomieszczenia. Bez lampy, z każdym kolejnym ruchem czułem się coraz bardziej zagubiony. Owszem, płomyki świec mrugały z odległej części pomieszczenia, ale ich mizerne światło z łatwością tłamszone było przez napływającą zewsząd ciemność. Błądząc niemal po omacku, stanąłem w końcu przy Gordianie. Ten chwycił mnie za wyciągniętą rękę, którą się asekurowałem i powiedział:

„Za kilka minut pański wzrok się przyzwyczai i zapewniam, że będzie pan w stanie poruszać się między sztalugami równie sprawnie jak w pełnym świetle. Tymczasem proszę oprzeć dłoń na moim ramieniu i trzymać się blisko. Przejdziemy się po moim studiu i zaprezentuję kilka najnowszych obrazów. Proszę również przygotować się na potężną dawkę doznań. Zapewniam, że czegoś takiego jeszcze pan nie widział”.

Przesunęliśmy się kilka metrów wzdłuż ściany; Monde sprawnie, niczym nocny zwierz, ja, szurając stopami, potykałem się o nierówności podłogi. Głowiłem się w jaki sposób mam dostrzec owe obrazy, skoro ledwie widziałem koniec wyciągniętej dłoni. Ufałem Gordianowi. Był to przecież jeden z najbardziej uznanych malarzy. Co prawda jego sztuka, z racji makabrycznej tematyki, wywoływała wiele kontrowersji i trafiała raczej do wąskiego grona odbiorców. Jednak nawet jego najbardziej zagorzali przeciwnicy przyznawali przecież, że akurat nowatorstwa nie można mu było odmówić. Gdy jednak prowadził mnie pośród tych lepkich ciemności do jednej z zasłoniętych tkaniną sztalug, by przedstawić swój nowy obraz, myślałem, że ten nie najmłodszy już mężczyzna po prostu zwariował. Ach… Jak bardzo się myliłem.

Gordian zerwał grubą tkaninę zarzuconą na sztalugę. Ta załopotała niczym żagiel na wietrze, obnażając dzieło, które dosłownie i w przenośni otworzyło mi oczy. Artysta zachichotał, po czym obszernym gestem skrzyżował ręce na piersi i niemalże wrzasnął:

Trompe l’oeil! Wierzę, że jako adeptowi sztuki ten termin nie jest panu obcy. Na akademii musiał uczyć się pan o freskach Mantegny i innych próbach malarstwa iluzjonistycznego, jak choćby o Hiszpanie del Caso i jego Huyendo de la crítica. To, co widzi pan przed sobą, jest – że tak nieskromnie ujmę – przeniesieniem założeń dawnych mistrzów na szczebel dla nich nieosiągalny. Chyba zechcesz się ze mną zgodzić, mein Freund?”.

Gordian miał absolutną rację. O del Caso uczyłem się wprawdzie niewiele, ale tytuł jego najsłynniejszego dzieła natychmiast przywołał w mojej głowie obraz chłopca próbującego wydostać się z płótna. Przyznam, że gdy było mi dane zobaczyć tamten malunek na własne oczy podczas wizyty w madryckim muzeum Prado, zrobił on na mnie niemałe wrażenie. Niemniej miał się on nijak do cudów stworzonych pędzlem, farbą i przede wszystkim ręką mistrza Monde.

Dzieło, z którym stałem en face poraziło mnie bez reszty. I nie, drogi Ludwiku, nie przesadzam mówiąc, że dreszcz, jaki mną wówczas wzdrygnął pozbawił mnie na moment zmysłu równowagi. Zacisnąłem silniej rękę na ramieniu autora owego dzieła, zasłoniłem usta drugą i cicho jęknąłem. Nawet teraz, gdy piszę do Ciebie te słowa i przypominam sobie początki mojego obcowania z prawdziwą sztuką Gordiana Monde, z trudem powstrzymuję napływ łez.

Otóż z przestrzeni malowidła wyzierał wizerunek czarta lub innego, pomniejszego demona. Prężył się on dumnie, miażdżąc nogą jakąś upodloną istotę. Na twarzy monstrum, w nader oczywisty sposób, malowały się tryumf i pogarda. Uśmiechał się szelmowsko i patrzył prosto w moje oczy! Ludwiku wiesz dobrze, że głównym założeniem malarstwa iluzjonistycznego jest próba wywołania w odbiorcy wrażenia rzeczywistości. Jednak to, co zrobił Monde wymykało się z ram jakiejkolwiek malarskiej techniki. Bezbłędnie dobrane kolory i perfekcyjna gra światłocieniem zbudowały jakże realną przestrzeń. Niezachwiana perspektywa powietrzna potęgowała poczucie głębi. I te szczegóły: żółtawe strupy pokrywające twarz demona, zaschnięta krew pod pazurami jego zdeformowanych łapsk, czy wykoślawione w cierpieniu twarze potępieńców z tła. Wszystko nakreślone z chirurgiczną, przerażającą wręcz precyzją. Ad extremum, by spotęgować efekt obcowania z rzeczywistością, granice płótna zostały zatarte w taki sposób, by zlewały się z okalającym je mrokiem. Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego Monde tak upodobał sobie pracę w kompletnych ciemnościach. Ludwiku, miałem wrażenie, że zaglądam przez okno do samego piekła.

„Cóż, mein Freund, sądząc po pańskiej reakcji, wierzę, że spodobał się panu mój nowy obraz. Och, ‘spodobał się’ to raczej niefortunny dobór słów, ale musi pan przyznać, że Baal prezentuje się tu wyśmienicie. Zapyta pan jak to się dzieje, że stojąc w pomieszczeniu niemalże całkowicie pozbawionym światła, możemy podziwiać owe dzieło. Otóż jest to zasługą farb mojej autorskiej receptury. Do pigmentu i oleju dodaję nieco szkliwa z domieszką pewnych barwników fluorescencyjnych i innych substancji, których nazwy zapewne nie powiedziałyby panu wiele. Panie Bernardzie, proszę się już przestać lękać, choć przyznam, że pańska reakcja w przyjemny sposób łechce moje ego. Tak, jest ono duże, przyznaję. Jednak musi pan wiedzieć, że efekt, jaki tu osiągnąłem, nie jest żadną magiczną sztuczką, a jedynie sumą zasad, które wprowadziłem do swojego malarstwa. Jeśli będzie pan uważnie słuchał moich nauk, nawet pan będzie w stanie zbliżyć się do takiej perfekcji. A teraz przejdźmy dalej. Pokażę panu jeszcze kilka prac. Mam nadzieję, że one również przypadną panu do gustu”.

Zrobiliśmy kilka kroków w kierunku kolejnej sztalugi, a potem następnej i jeszcze jednej. Za każdym razem, gdy mistrz zrzucał płachty okrywające obrazy, fale przerażenia uderzały mnie niczym morskie, spienione grzywacze w kruchy klif. Wszystkie obrazy przedstawiały innego demona z panteonu, który Gordian musiał znać na pamięć, gdyż o każdej z tych postaci opowiadał z takim samym polotem, jak o swoim nowatorskim malarstwie. Do dziś, gdy zamknę oczy, widzę owe wizerunki: rozpościerającego swe czarne skrzydła Samaela – anioła śmierci; przedstawionego pod postacią muła z torsem człowieka Adramelecha – kawalera Orderu Muchy; czy dosiadającego smoczą bestię Astarotha – księcia zachodnich otchłani. Demony bezwstydnie manifestowały swoją obecność, a ja bałem się do nich zbliżyć, by przypadkiem nie wpaść do tej piekielnej czeluści, którą zamieszkiwały. Gordian natomiast niemal pękał z dumy. Miałem wrażenie, że z każdym moim kolejnym jękiem, jego nabrzmiałe ego pęczniało jeszcze bardziej. W końcu jednak musiał zauważyć, że miałem już dość i powiedział:

„No dobrze, wystarczy tej bufonady. Najwyższy czas, by to pan pokazał, na co go stać. Proszę pójść do swojego pokoju, przyodziać się w malarski fartuch, wziąć paletę i ulubione pędzle, a następnie stanąć o tam, za tą sztalugą w rogu. Farby i rozpuszczalniki znajdzie pan w komodzie nieopodal. Jeśli pan zechce, proszę również zapoznać się z moim osobistym instrumentarium. Posiadam arcybogatą kolekcję pędzli, szpachelek i gąbek. Wystarczy pogrzebać w tej gablocie. Jeśli nie jest pan jednym z tych niedbalców pozostawiających po sobie, że tak zażartuję, piekielny chaos, proszę korzystać z nich do woli. A gdy zacznie już pan pracować, chciałbym, żeby pamiętał pan o tym, że malarski warsztat to tylko narzędzie. Tu, w tej pracowni, malujemy sercem, a nie ręką. Proszę mi udowodnić, że pańskie jest równie czarne jak przestrzeń, która nas otacza. Ja tymczasem pójdę się zdrzemnąć. Wybaczy pan, ale w moim wieku nie przesypia się już całych nocy, za to kilka drzemek w ciągu doby działa na mnie zbawiennie. Udanej zabawy! Aha… jeszcze jedno. Stoi za panem duże płótno i nie bez powodu jest ono przykryte. Jest to niedokończony przeze mnie obraz, a pan, cóż, jest pan artystą i na pewno rozumie jak my – malarze – nie cierpimy, gdy ktoś podgląda nasze niedokończone dzieła. Tym bardziej, że jest ono dość osobiste. Pod żadnym pozorem proszę więc go nie odsłaniać. Prócz tego, czuj się jak u siebie, mein Freund. Nie chciałbym ograniczać pana w artystycznym wzroście. A teraz zapraszam na górę. Chyba nie zamierza pan tworzyć w tej jasnej koszuli?”.

Posłusznie wykonałem polecenie gospodarza. Skrajną głupotą byłoby narażać się już w pierwszym dniu praktyki, nawet jeśli miała się ona zacząć o piątej nad ranem.

Wychodząc z pracowni zabrałem ze sobą lampę i w drodze na górę zapaliłem ją, by nie nabić sobie guza na schodach. Starałem się jednak mrużyć oczy, żeby po powrocie mój wzrok nie musiał się ponownie oswajać z ciemnością.

Wbiegłem na piętro, pochwyciłem walizkę ze sprzętem i po minucie byłem z powrotem w atelier Gordiana. Samego mistrza już jednak nie zastałem. Stanąłem więc za sztalugą, wydobyłem z walizy fartuch, paletę oraz resztę niezbędnych akcesoriów i zacząłem przetrząsać komodę w poszukiwaniu owych niezwykłych farb.

Wnętrze każdej z szuflad tego trzeszczącego mebla witało mnie przyjemnym świergotem szklanych buteleczek, które obijając się o siebie niczym alchemiczne ampułki, przypominały dźwięki znane mi z mojego własnego studia. Przyznam, że miło było choćby usłyszeć coś znajomego w tamtych nierzeczywistych okolicznościach.

Wziąłem jedną z nich do ręki. Zatkana była korkiem i kształtem przypominała ogromną fiolkę po jakimś medycznym specyfiku. W środku leniwie przelewała się gęsta ciecz, a na etykiecie, zamiast tradycyjnego opisu koloru, znajdował się amarantowy kleks, który niespodziewanie wyraźnie odznaczał się na tle dookolnych ciemności. Odkorkowałem ją i w tej samej chwili uderzył mnie w twarz dobrze znany mi zapach oleju lnianego i żywicy. Pod spodem jednak majaczyła inna, obca mym nozdrzom woń. Powyciągałem z szuflad kilka fiolek, wyszukując barw, których sam najczęściej używam, a jako że w kwestii kolorystyki jestem raczej ascetycznym artystą, przygotowałem sobie zaledwie cztery czy pięć. Rozlałem na palecie dwie tłuste plamy i przez chwilę podziwiałem ten niezwykły fenomen jaskrawych kolorów, które za nic miały sobie osaczającą je czerń. Było w nich coś hipnotyzującego. Gdy spojrzeć na nie zupełnie z bliska, nad kleksami farby dało zauważyć się delikatną aurę, przypominającą tę, którą podziwialiśmy na petersburskim niebie, podczas tamtej pamiętnej nocy zórz. Szczególnie migotliwa była kadmowa zieleń. A gdy nacieszyłem już oko, złapałem płaski, szczecinowy pędzel, którym lubię budować pierwsze kształty, zanurzyłem jego czubek w ołowiowej bieli i stanąłem naprzeciw płótna.

Nie malujesz od wczoraj, Ludwiku, i zapewne znasz to uczucie, gdy mając przed sobą czyste płótno, za żadne skarby nie potrafisz określić choćby tematu swojego przyszłego malunku. Tak właśnie było w tym przypadku. Moją wyobraźnię wciąż nawiedzały nienawistne sylwetki z obrazów Gordiana, a z niedawnych przeżyć nie otrząsnąłem się jeszcze na tyle, by z czystym umysłem zabrać się do twórczej pracy. Zacząłem więc kreślić na płótnie nieprzemyślane kształty, z nadzieją, że wyłoni się z nich coś, na czym będę mógł oprzeć swe dzieło. Sam mistrz radził mi przecież, bym nie malował ani okiem, ani dłonią, a sercem. I nie wiem, czy to owe niecodzienne okoliczności, czy wpływ bliskości mentora, ale już po krótkiej chwili moja ręka zdawała się sama wiedzieć, gdzie postawić kolejną kreskę, jak poprawić kompozycję i jaką barwą nasycić cienie, a jaką podbić światła. Pracowało mi się wyśmienicie do tego stopnia, że upływające godziny stały się dla mnie minutami. Dopiero gdy mój żołądek zaczął powarkiwać, zdałem sobie sprawę, że musiało minąć już sporo czasu, od kiedy rozłożyłem się z tym całym rynsztunkiem. Postanowiłem zrobić sobie króciutką przerwę.

Pognałem po schodach do kuchni. Napchałem usta zeschniętym już chlebem i lekko zalatującym serem, które zdawały się być przygotowane specjalnie dla mnie i czym prędzej wróciłem do piwnicznej pracowni. Nie chciałem by natchnienie, które tak niespodziewanie na mnie spłynęło, zgubiło się gdzieś w tej od dawna niesprzątanej kuchni na parterze. Zbiegłem ze schodów myśląc już o kolejnych pociągnięciach pędzla, gdy dostrzegłem, że zza mojego niedokończonego obrazu wystaje gładka czaszka mistrza. Przełknąłem głośno kluchę z sera i chleba i odchrząknąłem, aby zaznaczyć swoją obecność. Gordian zdawał się jednak mnie nie widzieć. Mrużąc oczy, gładził się po podbródku i analizował to, co nakreśliłem na płótnie. W końcu jednak wyjrzał zza sztalugi, uśmiechnął się łagodnie i rzekł:

„Och, pardon! Mam nadzieje, że nie ma pan nic przeciwko temu, że rzuciłem okiem na pańskie niedokończone dzieło. Owszem, zdaję sobie sprawę, że rano sam przyznałem, iż artyści tego nie znoszą. Z drugiej strony, proszę mieć wzgląd na to, że nie jest pan w pozycji, by robić mi wyrzuty. Jest pan moim uczniem i mam prawo do kontroli pańskich postępów na każdym etapie. Raczy się pan ze mną zgodzić, czyż nie?”.

Skinąłem lekko głową, wciąż wygrzebując spomiędzy zębów resztki mazistego sera.

„Cieszę się, że się rozumiemy. A teraz przejdźmy do tego, co pan nam dzisiaj stworzył. Proszę podejść i stanąć obok mnie. Śmiało! To prawda, że potrafię być surowy, jednak dziś nie zasłużył pan chyba na razy brzozową rózgą, mam rację? No właśnie. Bliżej, bliżej! O tak! A teraz niech pan popatrzy”.

Monde objął moje ramię i po bratersku przycisnął do siebie. Zapach jego zatęchłej tuniki nałożył się na nieprzyjemny posmak dopiero co zjedzonego sera i przez chwilę bałem się, że zwymiotuję na swój niedokończony jeszcze obraz. Starając się oddychać tak płytko, jak tylko to było możliwe, słuchałem z uwagą pierwszych komentarzy.

„Jako że malunek nie został jeszcze sfinalizowany, nie będę poddawać krytyce jawnych niedoskonałości anatomii przedstawionej postaci, jak i braków w zachowaniu perspektywy. Ufam, że pan również dostrzega te mankamenty i właśnie miał pan nad nimi pracować. No dobrze, mein Freund, jest to nasza pierwsza lekcja, więc znaj moją łaskawość. Dziś skupimy się na pozytywach. Po pierwsze wielce satysfakcjonuje mnie kompozycja pańskiego dzieła. Czeluść, w którą wpatruje się pański bohater zdaje się go przytłaczać, mimo że to on zagląda w jej głąb z góry. Uwielbiam takie przewrotności, które w podświadomy sposób oddają rządzącą światem hierarchię. Wybornie dobrał pan również kolory tejże czeluści. Te nienasycone brązy i szarości! Sam lepiej nie stworzyłbym wrażenia głębi w tym miejscu. Urzeka mnie również majacząca na jej dnie poświata. Odbieram ją jako zalążek pewnej tajemnicy, która aż się prosi, by ją odkryć. Naprawdę, obraz zapowiada się obiecująco, choć oczywiście nie wszystko jest tu idealne. Na przykład te chmury. O, tu! Czy nie uważa pan, że w tak znaczącej dla bohatera chwili, powinny one krążyć nad ziemią nieco niżej? W ten sposób podbiłby pan wrażenia szaleństwa i grozy, które już teraz pobudzają mój zmysł estetyki. Trafionym pomysłem natomiast było zniekształcenie twarzy bohatera. Dzięki temu jeszcze lepiej komponuje się z przedstawionym światem, jakby wyzierająca z pod jego stóp czerń, zaczynała go pochłaniać, mimo, że przecież stoi jeszcze twardo na ziemi. Hm… gdyby przyjrzeć mu się bliżej, dostrzegam w nim pewne podobieństwo do pana, mein Freund. Nie wiem na ile było to świadome, ale bardzo podoba mi się sposób, w jaki przelewa pan na płótno emocje. Dziękuję. Zdaje się, że właśnie pan udowodnił, że zaproszenie go tutaj nie było stratą czasu”.

Gordian kilkakrotnie ścisnął moje ramię, a ja, po raz pierwszy w życiu, poczułem się jak naprawdę spełniony twórca. Wysłuchawszy tych kilku pochwał, jeszcze bardziej zapragnąłem stać się artystą na miarę mojego wielkiego nauczyciela, który to zerkał wtedy na mnie z góry łagodnym wzrokiem i uśmiechał się z aprobatą. Podziękowałem Gordianowi za komplementy i przeprosiłem, chcąc jak najprędzej poprawić to, co jeszcze nie było perfekcyjne. Mój niepohamowany zapał do dalszej pracy nie mógł mu umknąć, gdyż szybciutko zszedł mi z oczu i nawet nie zauważyłem, kiedy opuścił pracownię.

Dokończyłem ten obraz, a zaraz potem zabrałem się za kolejny i za jeszcze jeden. Wir twórczej pracy wciągał mnie głębiej i głębiej, a ja wcale nie miałem zamiaru się mu opierać. Odgrodzony ścianą ciemności od zewnętrznego świata, zupełnie zapomniałem o koncepcie upływającego czasu. Dni zaczęły zlewać się ze sobą, tylko po to, by przepoczwarzyć się w końcu w jedną, długą noc szaleńczego malarstwa. Oprócz krótkich wypadów do pobliskich straganów z nabiałem i pieczywem, oraz niespokojnych drzemek nierzadko w środku dnia, praktycznie nie wychodziłem z pracowni, a moim jedynym gościem był Gordian, który co jakiś czas zjawiał się jakby znikąd. Pieczołowicie doglądał mojej sztuki i krytykował jej mankamenty, których z początku w ogóle nie dostrzegałem. Karmił mnie również cennymi wskazówkami, a ja musiałem być jego radom posłuszny, wszak był ze mnie coraz bardziej zadowolony. Po pewnym czasie przestał nawet komentować moje notoryczne problemy z anatomią. Uznałem więc, że i w tym elemencie malarstwo, które uprawiałem musiało wspiąć się na wyższy szczebel. Wszystko szło dobrze, Ludwiku. Obcowanie ze sztuką mistrza, stymulowało mnie bardziej, niż zastrzyk z ulubionym roztworem jakiegoś brudnego kokainisty, którego obecnie coraz bardziej przypominam. I Bóg jeden wie jak długo trwałyby jeszcze te nauki, gdyby nie dzień, który przeklinam niemal tak bardzo, jak ten, w którym po raz pierwszy przekroczyłem próg domu Gordiana Monde.

 

Nie pamiętam, kiedy dokładnie to się stało. Tak jak wspomniałem, zatraciłem jakiekolwiek poczucie czasu i dopiero gdy na końcu wybiegłem z tamtej przeklętej piwnicy, krzycząc wniebogłosy, dziękowałem opatrzności, że był to słoneczny poranek.

Tamtego dnia moje żarliwe natchnienie, które zdawało się mieszkać razem ze mną w pracowni, po prostu zniknęło. Zostawiło mnie samego przed gołym płótnem, nie dbając o to, jak bolesne było to dla mnie rozstanie. Początkowo myślałem, że to tylko chwilowe zmęczenie. Sprawdzonym sposobem zacząłem więc kreślić losowe kształty na brudnoszarym, jednolitym tle w poszukiwaniu punktu zaczepienia, jednak tym razem zdało się to na nic. Przeświadczenie, że namalowałem już wszystko i że już nigdy nie będę w stanie stworzyć obrazu, który spotkałby się z aprobatą mistrza, pełzło w górę mojego ciała niczym jadowity wąż – a potem ukąsiło. Spanikowałem, przyjacielu. Tak bardzo nie chciałem go zawieść!

W jednej chwili poczułem się jak pospolity dyletant, a strach, przed tym, że rozczaruję Gordiana przesiąkał przeze mnie jak rozwodniona farba przez arkusz papieru. Mijały kolejne bezowocne minuty. Miotałem się po pracowni z kąta w kąt, aż na skórze poczułem wilgoć potu. Potem do mych nozdrzy dotarł jego kwaśny zapach. Poplamionymi farbą dłońmi rwałem sobie włosy z głowy, w której to zaczynały już pojawiać się wizje Gordiana wyrzucającego mnie ze swego domu.

W poszukiwaniu natchnienia zacząłem chwytać się absurdalnych rzeczy. Przetrząsnąłem do reszty komodę z naiwną nadzieją, że znajdę tam jakieś świeże pomysły, ale moje drżące ręce strąciły jedynie buteleczkę z czerwoną farbą, która roztrzaskała się o twardą podłogę, malując na niej połyskujące wykwity. Katastrofa! Zdarłem z siebie fartuch i użyłem go jak ścierki, jednak udało mi się tylko rozmazać tę rdzawą kałużę. Po chwili wyglądała już jak plama zaschniętej krwi i dam sobie rękę uciąć, że kolor mojej twarzy przybrał wówczas podobny odcień. Chwyciłem za masywną komodę, która w przypływie emocji wydała mi się nadzwyczaj lekka, i przesunąłem ją tuż nad plamę, tak aby mój gospodarz, broń Boże, nie spostrzegł tego, że rozbiłem jedną z jego cennych, malarskich mikstur.

Stanąłem jeszcze raz przed pustym płótnem i w amoku zacząłem rozlewać na palecie różnorakie farby, a następnie mieszać je ze sobą z dodatkami sykatyw, olejów i terpentyn, tworząc kombinacje nieznane sztuce malarskiej. Marzyłem o nowych odcieniach i teksturach, jednak jedyne co uzyskałem to paleta ociekająca szarawą, lepką masą. Cisnąłem ją o podłogę. Kolejne minuty bezczynności przyprawiały mnie o szaleństwo.

Wziąłem kilka głębszych wdechów stęchłego powietrza i postanowiłem, że jeszcze raz przestudiuję obrazy mistrza. Nie przerażały mnie już tak, jak podczas mojego pierwszego dnia w pracowni Gordiana. Można by rzec, że się z nimi zaprzyjaźniłem, a groza z nich bijąca przeobraziła się w źródło nieprzebranych inspiracji. Potrafiłem już wtedy bardzo trafnie zidentyfikować finezyjne techniki, którymi posługiwał się Monde, malując owe obrazy. Nie kłamię, przyjacielu, Monde nauczył mnie wiele. I choć wówczas wydawało mi się, że spędziłem tam zaledwie kilka dni, na końcu okazało się, że tkwiłem tam prawie pięć miesięcy!

Resztkami woli udało mi się uspokoić oddech i drżenie rąk. Stanąłem jeszcze raz przed Baalem w chwale, by wśród precyzyjnych konturów i bogatych światłocieni dostrzec być może coś, co na powrót zainspiruje mnie do tworzenia. Harmonijne pociągnięcia pędzla, idealny balans między ogółem, a detalem i ta cudnie uwypuklona dominanta w postaci wilczego wzroku demona – wszystko współgrało ze sobą, jak dobrze zestrojona orkiestra. Niestety. Wrażenie, że mój ostatni obraz był rzeczywiście ostatnim, jaki w życiu namalowałem, nie osłabło ani o krztę. Oczy zaszły mi łzami i już godziłem się z tym, że mój mistrz lada moment pozbędzie się mnie jak kota, który nie potrafi złowić myszy, gdy wtem dostrzegłem moją ostatnią nadzieję. Otóż z głębi pomieszczenia wyłaniał się blady zarys tkaniny narzuconej na wielką, prostokątną ramę. Naraz przypomniałem sobie słowa Gordiana przestrzegającego mnie przed podglądaniem jego niedokończonych obrazów, jednak w tamtym momencie wydały mi się one bez znaczenia. Czułem, że choćby przelotne spojrzenie na owo dzieło na powrót roznieci we mnie żar, a twórcza niemoc rozpłynie się niczym zły sen.

Na palcach podszedłem bliżej do zasłoniętego płótna, nasłuchując jakichkolwiek dźwięków, które mogłyby zdradzić obecność gospodarza. Oprócz miarowego kapania w jednym z rogów pomieszczenia, nie usłyszałem niczego. Z bliska okazało się, że płótno jest naprawdę pokaźnych rozmiarów. Musiałem zrobić pięć sporych kroków, by przejść z jednego jego końca na drugi. Obraz był również wysoki. Dopiero wspinając się na palce, mogłem sięgnąć górnej krawędzi. Niezdrowy dreszcz ekscytacji przebiegł po moim grzbiecie. Rozejrzałem się nerwowo dookoła, chwyciłem za grubą kotarę, która zdawała się przygniatać dzieło i szarpnąłem.

Ludwiku, reszta mych wspomnień rozmywa się, niczym zbyt rozcieńczona farba i choćbyś przypalał mnie ogniem, nie będę w stanie rozstrzygnąć, czy to, co się potem wydarzyło było jawą, czy jakimś piekielnym złudzeniem. Wiedz tylko, że kolejną rzeczą, którą z pewnością pamiętam to fakt, że wybudziłem się w szpitalu sióstr salezjanek w Dachau. Nie wiem jak się tam znalazłem, ale mówiono mi, że wbiegłem do miasta główną ulicą, boso i w podartych spodniach, a potem padłem na twarz, mamrocząc coś pod nosem. Wiem też, że w nocy szprycowano mnie morfiną, ponieważ panikowałem, gdy tylko gasło światło. Zapewne już dawno umieściliby mnie w jakimś przytułku dla obłąkanych, gdybym pewnego wieczoru nie uciekł stamtąd w obawie przed kolejną nocą w ciemnym pomieszczeniu.

A teraz wysłuchaj mnie uważnie, gdyż nawet nie zdajesz sobie sprawy jak silną wolą muszę się teraz wykazać, aby wrócić wspomnieniem do tamtej chwili, gdy kotara zasłaniająca obraz opadła ciężko na podłogę. Przez wzgląd na naszą przyjaźń, spróbuję jednak opisać to, co majaczy w mej pamięci ze wszystkimi, paskudnymi detalami.

Czerwienie ognia tak jaskrawe, że zdawały się bić gorącem po twarzy; głębokie czernie bezkresnych odmętów, w których głos kapiącej gdzieś wody odbijał się echem; posępne sklepienie domykające tę piekielną komnatę i ONI – nieprzebrany tłum humanoidalnych demonów splątanych w jakiejś nieopisanej orgii. Gąszcz obślizgłych ciał pokrytych łuskami, wijących się po marmurowej posadzce niczym plugawe robactwo. Wężowe twarze wykrzywione w grymasie perfidnej ekstazy, która zdawała się przykrywać głębsze emocje potępieńców – nieludzkie cierpienie i niewysłowiony wręcz żal. Wszystko to na wyciągnięcie ręki i tak realne, że niemal czułem odór ich spoconych cielsk. Ta panorama zezwierzęcenia zaatakowała mnie jako pierwsza i nadkruszyła skorupę obojętności na piekielne pejzaże, którą wyhodowałem, pracując u Monde. Jednak prawdziwy horror dopiero nadchodził.

Gdy w geście obrzydzenia i najczystszej zgrozy odwróciłem głowę, dostrzegłem, że przy prawej krawędzi płótna znajduje się rosnące podwyższenie, które zgodnie z zasadami kompozycji prowadziło mój wzrok ku górze. Niczym w zwolnionym tempie dostrzegałem kolejne elementy owego malowidła: pojawiające się wyżej szerokie stopnie, na których prężyły się nagie nałożnice, purpurowy płaszcz, spływający kaskadą po tychże schodach, aż w końcu, u ich szczytu zauważyłem krojony w paskudne ornamenty tron. Na początku nie rozpoznałem postaci na nim siedzącej, gdyż najpierw mą uwagę przykuła czarna, szyta złotogłowiem tunika, w którą przyodziana była owa postać. Złote nici rysowały na jedwabnej tkaninie bluźniercze wzory – odwrócone krzyże, pentagramy, a na piersi bogato zdobiony symbol koźlej głowy. Potem mój wzrok powędrował wyżej, ku twarzy króla. I nie wiem, czy ziemia się wówczas naprawdę zatrzęsła, czy to mi zawirowało w głowie. Pamiętam, że niezdarnie oparłem się o moją sztalugę, strącając z niej czyste płótno, które miało stać się moim kolejnym obrazem, gdy okazało się, że na tronie zasiadał sam Gordian Monde!

Czułem na sobie jego wzrok. Hipnotyzował swym nienawistnym spojrzeniem i choć chciałem się odwrócić i po prostu uciec – nie mogłem. Jakaś nieznana siła pilnowała, aby nasze spojrzenia pozostawały w nierozerwalnym splocie. Jego wykrzywione w szydzącym uśmiechu usta odkrywały ociekające śliną spiczaste zęby, a spłaszczony nos przypominał nozdrza jakiegoś kopytnego zwierza. Oprócz tego dostrzegłem jeszcze jeden zwierzęcy, a może powinienem powiedzieć diabelski atrybut. Tak, Ludwiku, zapewne dobrze domyślasz się, że z gładkiej czaszki Gordiana wyrastały spiczaste wyrostki!

Wciąż próbuje się łudzić, że wówczas zemdlałem i to, co stało się potem było tylko koszmarem. Czy istnieją jednak sny tak realne, by pozostawić na ciele śniącego fizyczne ślady? Nauka nigdy nie była moją miłością, choć mówi się, że ludzka psychika jeszcze nie raz zaskoczy uczonych. Niestety, każdy dzień przynosi więcej dowodów na to, że nie był to tylko koszmar.

Twarz Gordiana skupiła na sobie całą moją uwagę i po chwili widziałem już tylko ją. Wszystko, co znajdowało się dookoła tej diabelskiej postaci zaszło mgłą, a sam Gordian zdawał się rosnąć. Wydawało mi się, że dzieląca nas odległość zmniejsza się z każdą sekundą i ku mojej nieopisanej zgrozie, nie było to tylko wrażenie! Prawa strona potężnego płótna uwypukliła się niczym nadmuchany pęcherz, a błona dzieląca mnie od tamtego świata stawała się coraz cieńsza. W końcu pękła, a wraz ze smrodem zgnilizny, przed moimi oczyma pojawił się żywy Gordian Monde, lub tak przynajmniej wówczas myślałem.

Strach sparaliżował mnie do reszty. Obserwowałem tylko jak ta upiorna postać zbliża się do mnie, płynąc nad podłogą. Jego wzrok wciąż wiercił otwory w moim umyśle. Odór psującej się padliny stawał się nie do zniesienia, a swoje apogeum osiągnął, gdy ON stanął tuż przede mną. Błyskawicznym ruchem chwycił mnie za kołnierz i bez najmniejszego wysiłku uniósł. Dusiłem się i w naturalnym odruchu złapałem za jego obślizgłą rękę. Przysunął mnie do swojej twarzy, a potem przemówił. Ludwiku, gdyby niedźwiedź potrafił mówić, brzmiałby jak owa postać o wyglądzie Gordiana Monde.

„Nędzny padalcu! Nawet tę sukę Ewę musiałem zwodzić, by złamała nałożone na nią zakazy. Ty zrobiłeś to z najczystszej próżności i strachu. Jesteś gorszy niż ona! Miałeś do dyspozycji wszelkie dobrodziejstwa tego miejsca, a jednak musiałeś zaglądać w miejsca dla ciebie nieprzeznaczone. Głupcze! Zdepczę cię za to nieposłuszeństwo, jak robaka!”

Zwierzęcy ryk ogłuszał, a śmierdząca ślina, obryzgująca moją twarz, paliła jak kwas. Wisiałem kilkanaście centymetrów nad podłogą, miotając bezwładnie stopami i walczyłem o każdy płytki oddech. A gdy uścisk zelżał na moment, udało mi się zaczerpnąć z najgłębszych pokładów odwagi, by krztusząc się, wycedzić:

„Kim jesteś? Czy to pan, panie Monde?”.

Postać wykrzywiła usta w bezczelnym uśmiechu i obnażając żółtawe kły, bez wysiłku cisnęła mną o przeciwległą ścianę. Wisząca przy niej gruba kotara na szczęście zamortyzowała upadek i chyba tylko dzięki niej nie straciłem przytomności. Upadłem z hukiem na podłogę i zanim zdołałem wyostrzyć wzrok, przeszywający śmiech rozerwał powietrze. Oparłem się niezdarnie na łokciu i obserwowałem jak postać sunie bezszelestnie w powietrzu niczym łowny ptak.

„Pytasz czy jestem Gordianem Monde? Doprawdy nie sądziłem, że jesteś aż tak ślepy. Ten głupiec zdechł ponad rok temu, a jego truchło leży tu w jakimś zapomnianym zakamarku. Weź głęboki oddech, a na pewno poczujesz jeszcze ten cudny zapach gnijącego mięsa”.

Zaciągnął się powietrzem niczym aromatem najpiękniejszych perfum i kontynuował:

„Specjalnie dla ciebie przyjąłem tylko wygląd tego padalca. Wiedz, że beze mnie nikt by o nim nie usłyszał, a ten niewdzięcznik nie raczył nawet słowem podziękować, gdy schodził z tego świata. Mam nadzieję, że moi bracia dobrze się nim teraz opiekują”.

„A teraz przejdźmy do ciebie, mein Freund. Wybacz, że się nie przedstawiłem, ale obawiam się, że muszę cię rozczarować. Strasznie nie lubię dzielić się moim imieniem. Wielu bezskutecznie próbowało je poznać, nie łudź się więc, że zdradzę je tobie. By jednak nie pluć w twarz dobrym manierom, przyjmijmy, że jestem… legendą. Może być? Legendą o siedmiogłowym smoku, o wężu w rajskim ogrodzie i o sześcioskrzydłym aniele – jak wolisz? Jest tego całkiem sporo. A skoro o legendach mowa… Jak myślisz? Czyją sprawką było to, że taka człeczyna jak Monde wzbiła się na legendarne poziomy? Ha! Doskonale pamiętam jak ten parszywiec skomlał, będąc gotowym oddać mi wszystko w zamian za talent, którego tak bardzo mu brakowało. Ty, jako największy koneser jego sztuki, musisz przyznać, że prośbę tę spełniłem nad wyraz należycie”.

Z ogromnym trudem podźwignąłem się na nogi. W uszach miałem szum, jednak ryk bestii z łatwością docierał do mojego zatrwożonego umysłu.

„Skoro już sobie tak sympatycznie rozmawiamy, powiem ci, chłopcze, dlaczego w ogóle cię tu zaprosiłem. Wiedz, że gdy Monde zdechł, poczułem próżnię, która domagała się, by ją wypełnić. Oczywiście ten kundel nic dla mnie nie znaczył, jednak obrazy, które tworzył… Ach, sam je przecież widziałeś! Każde z jego dzieł wysławiało mnie na sposoby, których nie doświadczałem od wieków. Ta niezmącona kreacja mojej osoby i alegorie moich wiekopomnych dokonań. Poezja! Nawet Bosch mi się tak nie podlizywał. Znasz mnie już trochę i wiesz, że skromność nie jest moją domeną. Uwielbiam, gdy ludzie tworzą obrazy na moje podobieństwo, a Monde, tworzył je w sposób wybitny. W ostatnich miesiącach życia wpadł na ten genialny pomysł malarstwa w ciemności. Pomogłem mu nieco w zdobyciu odpowiednich składników do farb, ale muszę przyznać, że to on sam wyszedł z tą jakże oryginalną inicjatywą. Rozpieszczał mnie i gdy wyzionął ducha, potrzebowałem zastępstwa. Próbowałem, co prawda sam malować, ale mimo że poziom mojej sztuki wykraczał poza ramy człowieczego rozumu, to nie odczuwałem tej samej satysfakcji. Rozumiesz, to jak poklepywanie się samemu po plecach. Potrzebowałem kogoś, kto zrobi to za mnie. I wtedy dostrzegłem ciebie. Talentu do malarstwa nie miałeś za grosz, za to w twej marnej sztuce dostrzegałem pewną obietnicę. I nie myliłem się. Pięknie się rozwinąłeś pod moją opieką. Cóż, weźmy na przykład twoje ostatnie płótno. To, na którym przedstawiłeś nieprzebrane tłumy czekających na śmierć dzieci, kobiet i starców w pasiastych piżamach. Pustka ich spojrzeń ekscytuje mnie na samo wspomnienie. Sam nie wiem skąd w twym umyśle pojawił się ten obraz, ale była to bardzo inspirująca impresja”.

Położył mi rękę na ramieniu, jednak tym razem niespodziewanie delikatnie. Jego spiczaste rysy twarzy złagodniały nieco i wyglądał teraz dokładnie, jak ten Gordian Monde, który miesiące temu przywitał mnie drinkiem.

„Jak widzisz możemy jeszcze wiele dla siebie zrobić. Przykro mi, że na początku się tak uniosłem. Przecież takie drobne nieposłuszeństwo, to w końcu nie tak wielki grzech. Musisz wiedzieć, że nie jestem jak TEN DRUGI. Ja nie każę ludziom kajać się za swoje błędy lub szeptać o swoich występkach jakiemuś błaznowi w złotym ornacie. Przecież wszyscy mamy czasem chwilę słabości. No już. Stań prosto. No właśnie! A teraz wysłuchaj mnie uważnie, mein Freund. Oto moja propozycja”.

Przełknąłem głośno ślinę i spojrzałem mu w oczy. W ogóle nie przypominały tego nienawistnego spojrzenia, które ciskało gromy w moją stronę jeszcze kilka minut wcześniej. Majaczące przede mną oblicze złagodniało do postaci poczciwego staruszka. Rozciągnął usta w sympatycznym uśmiechu i szepnął:

„Jeśli chcesz, sprawię, że staniesz się artystą, którego dzieła zrobią furorę w największych muzeach, a domy aukcyjne zapłacą fortuny za twe najprostsze szkice. Twoje nazwisko na zawsze zapisze się w annałach sztuki malarskiej, a kolejne pokolenia będą uczyć się o tobie, tak jak ty uczyłeś się o Rembrandcie i Blake’u. Będziesz zamożnym człowiekiem, a ściany pięknego domu, w którym zamieszkasz, będą zdobiły dzieła najznamienitszych artystów. Jeśli chcesz, wszystko to ziści się niczym najpiękniejszy sen. Wystarczy tylko, że padniesz na kolana, oddasz mi pokłon i ucałujesz pierścień. Przecież to tak niewiele w zamian za życie, którego pozazdrościliby królowie”.

Nie pamiętam swoich myśli. Najprawdopodobniej ich natłok spowodował, że żadna z nich nie potrafiła znaleźć drogi do mojej świadomości. Tkwiłem w bezruchu, niezdolny do wykonania jakiegokolwiek gestu, a on się niecierpliwił.

„No dalej, mein Freund, uklęknij i muśnij ustami mą dłoń, a jeszcze dziś wyślemy twoje obrazy do paryskich i londyńskich galerii. Zobaczysz. Będą zachwyceni. Będą błagać o więcej, a ty stworzysz im dziesiątki arcydzieł i każde z nich będzie lepsze od poprzedniego. Powstaną o tobie legendy. Ba, to ty staniesz się legendą. Przecież oboje wiemy, że od zawsze o tym marzyłeś”.

Nie łudzę się, że Bóg mi to wybaczy, ale na te słowa na dnie mojego umysłu zaczęła majaczyć ochota, by paść przed nim i wykrzyknąć gromkie TAK! Wizje tłumów zbierających się, by podziwiać moją sztukę kusiły. Czułem tysiąc dłoni poklepujących mnie z aprobatą po plecach, a w uszach rozbrzmiewały wypowiadane tysiącem głosów gratulacje. Coś jednak nie pozwalało mi się ruszyć i stałem tam nadal jak sparaliżowany, a wtedy on ryknął:

„Na kolana, psie! A jeśli nie zgniotę cię jak padalca. Jeszcze dziś spotkasz się ze swym ukochanym stryjem! Wiesz, że nie padł na zawał, jak zapewniała cię ciotka? Powiesił się na gałęzi tej samej jabłoni, na którą tak lubiłeś się wspinać jeszcze kilka lat temu. Nie wierzysz? Zatem sam go zapytaj. Giń głupcze!”.

Gdy wykrzykiwał ostatnie zdanie, jego oblicze znów przepoczwarzyło się w tę ohydną maskę nienawiści i odrazy. Wrzask wyrwał mnie z letargu, a to, co stało się potem zawdzięczam tylko boskiej opatrzności, która mimo mych słabości musiała nade mną czuwać. Ryk bestii poraził mnie jak grom, a ja w naturalnym odruchu chwyciłem za kotarę wiszącą za moimi plecami i przewróciłem się, zrywając ją z zaczepów. Runąłem z grubą tkaniną na podłogę, a przez niewielkie okienko u góry ściany, do wnętrza piwnicy wlało się zbawienne światło. Gruby snop biało-żółtej poświaty, niczym młot uderzył postać, która wówczas nie przypominała już Gordiana. To diabelskie monstrum zawyło przeraźliwie, tak że z sufitu posypał się pył. Powietrze zadrgało, a cienista sylwetka postaci pozbawionej twarzy czmychnęła ku najciemniejszemu zakamarkowi piwnicy.

Więcej nie pamiętam Ludwiku, a kolejne wydarzenia znam tylko z opowieści innych. Ludzie ze szpitala twierdzili, że przez pierwszą dobę nie mogli rozszyfrować mojego bełkotu. A gdy im się to w końcu udało, postanowili wybrać się do domu Gordiana Monde. Twierdzili potem, że znaleźli ciało malarza w znacznie posuniętym stanie rozkładu, leżące w jednym z piwnicznych zakamarków. Nie znaleźli za to żadnych obrazów, a samo pomieszczenie wyglądało na od dawna niezamieszkane.

Zapytałbym Cię, Ludwiku, co Ty o tym myślisz, ale obawiam się, że nie będzie mnie już wśród żywych, gdy Twój list dotrze do mojego domu. Opadłem zupełnie z sił. Śpię tylko w blasku dnia, a nocami rozpalam wszelkie lampy oraz świece, jakie posiadam i czuwam. Coraz częściej kątem oka dostrzegam cienie przemykające między meblami, a do mych uszu dochodzą szepty, których nie jestem w stanie zidentyfikować. On o mnie nie zapomniał. Czuję jego obecność, która każdego dnia staje się coraz bardziej namacalna, a mój skołowany umysł już tego nie wytrzymuje. Mam już przygotowany rzemień i upatrzoną belkę. Stryjenka Maria mówiła, że znalazła swojego świętej pamięci męża w sadzie. Twierdziła, że leżał twarzą do ziemi i trzymał się za serce, ale teraz, gdy przypominam sobie jej słowa, wiem, że kłamała.

On wie wszystko. Wie również, że nie można przed nim uciec, a ja nie mam już sił, by biec dalej, czując ten cuchnący oddech na plecach. Nie mam pojęcia jak długo jeszcze będę w stanie zachować resztki władz umysłowych, ale wiem, że w końcu się poddam. Dlatego żegnaj, przyjacielu, i wybacz! Pomódl się czasem za mą duszę, choć obawiam się, że do miejsca, gdzie spędzę resztę wieczności, modlitwy nie trafiają.

B.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam. Teoretycznie wszystko w moich klimatach (temat sztuki, prawdopodobnie epoka, nastrój), ale mam bardzo mieszane uczucia, głównie dlatego, że o co plus minus będzie chodzić w opowiadaniu, domyśliłam się już po tytule, a konkretnie po imieniu i nazwisku bohatera. Mam wrażenie, że następnie dużo za wcześnie wprowadzasz bardzo oczywiste tropy (krew, odór), w związku z czym czyta się bez suspense’u, bez zainteresowania szczegółami zagadki. Na dodatek rozwiązanie jest nie tylko przewidywalne, ale i w sumie dość banalne. Czytając miałam nadzieję, że będzie to bardziej oryginalna wariacja na temat Doriana G. z jednej strony, a demonów z drugiej.

Resztę uwag, bardziej szczegółowych, mogę dorzucić, jeśli zdradzisz, w jakich czasach (raczej co do dekady, nie wieku) w intencji autorskiej dzieje się to opowiadanie, ponieważ w zależności od tego te uwagi mogą być różne.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Coś w klimatach M.R. Jamesa, Edgara Poe, a może i szczypta Lovecrafta się trafi…

…czyli – klimat fajny. Niestety reszta – dość przewidywalna, język też czasem wyboisty. Plus za malarstwo jako temat przewodni i ciekawostki o tymże.

Czasami stosujesz słowa niekoniecznie zgodnie z ich sensem.

No to – krzywe maźnięcia ;):

– “zaraz po otrzymaniu od Ciebie wspomnianego listu” – zdaje się, że narrator wspomina tylko o liście wysyłanym, a o odbieranych mówi nader ogólnie (chyba, że przeoczyłem);

– “Okolica, w której zaległ dom artysty” – domy nie zalegają;

– “towarzystwie rzędów przystarych” – co to jest “przystary”?;

– “mojej zwalistej walizy” – niby “zwalista” teoretycznie pasuje, ale tego słowa tu nie użyłbym;

– “klamka się opuściła” – klamki się opuszczają?; przekręcają, zapadają, poruszają ale opuszczają?;

– “niedościgniętym wzorem” – niedościgłym;

– “skąpani byliśmy w absolutnych ciemnościach. Jedynym źródłem światła był wątły płomień naftowej lampy” – jak można być skąpanym w ciemnościach? jakie to ciemności absolutne, skoro lampa świeci?;

– “Z trudem odkleiłem od siebie powieki” – to też brzmi kulawo, jakby powieki od pleców odklejał, raczej “rozkleiłem powieki”; 

– “Przesunęliśmy się kilkanaście metrów wzdłuż ściany” – strasznie wielka ta pracownia;

– “z racji obskurnej tematyki” – tu “obskurna” nie pasuje;

– “podziwiać ów dzieło” – owe;

– “Demony bezwstydnie manifestowały swoją obecność, a ja bałem się (…) nie wpaść do tej piekielnej otchłani, którą zamieszkiwali” – skoro demony, to zamieszkiwały;

– “czy to ów niecodzienne okoliczności” – owe;

– “proszę wziąć wgląd na to” – raczej “mieć wzgląd”;

– “krzycząc się w niebogłosy” – wniebogłosy;

– “Ostatkiem silnej woli udało mi się uspokoić oddech” – ostatkiem sił albo resztkami woli;;

– “brzmiałby jak ów postać” – owa;

– “uczyłeś się o Rembrandcie i Blake’u” – Rembrandtcie.

 

Czyli – jest klimat, jeszcze tylko popracować trzeba nad niebanalną treścią.

 

@Drakaina – jest dokładna data napisania listu?

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Dziękuję bardzo za komentarze.

@drakaina – list napisany w 1897r. Owszem, z perspektywy czasu rzeczywiście może tu brakować suspense’u. Chyba wprowadzam za dużo wskazówek, z obawy przed tym, że czytelnik nie połączy jakichś faktów. Jak widać, zupełnie niepotrzebnie. 

“Mam wrażenie, że następnie dużo za wcześnie wprowadzasz bardzo oczywiste tropy (krew, odór)”

O krwi chyba niczego nie było?

“o co plus minus będzie chodzić w opowiadaniu, domyśliłam się już po tytule, a konkretnie po imieniu i nazwisku bohatera” 

Jak to zrobiłaś? Czyżby przez Doriana Graya? Może rzeczywiście niefortunnie wybrałem imię Gordian dla bohatera, ale decydując się na nie, kompletnie zapomniałem, że istniał ktoś taki jak Dorian. No i opowieść o nim też w jakimś stopniu traktowała o malarstwie. 

@Staruch – Dzięki za wyłapanie językowych potknięć. Trochę się tego nazbierało… blush

Jak to zrobiłaś? Czyżby przez Doriana Graya? Może rzeczywiście niefortunnie wybrałem imię Gordian dla bohatera, ale decydując się na nie, kompletnie zapomniałem, że istniał ktoś taki jak Dorian. No i opowieść o nim też w jakimś stopniu traktowała o malarstwie. 

Ależ jeślibyś celowo nazwał tak bohatera, żeby wywołać takie skojarzenia, nie byłoby to żadnym grzechem ani przestępstwem, a trochę mi się w te tłumaczenia nie chce wierzyć. Problem nie w tym, że tytuł się kojarzy i podpowiada, o czym będzie tekst – taki zabieg bywa fajny. Problem w tym, że rozwinięcie jest mało oryginalne i przewidywalne. Każdy, nawet zgrany motyw można wykorzystać twórczo, a taki tytuł może być zmyłką. Na pocieszenie mogę dodać, że najpierw rozszyfrowałam nazwisko Monde.

 

Istotnie, nie zauważyłam daty nad listem (skądinąd w XIX w. częściej umieszczano datę na końcu listu).

Jest ona o tyle istotna, że wyklucza aspirynę (zsyntetyzowana w 1897, nazwa handlowa weszła do użytku później). Poza tym termin nadrealizm (surrealisme) po raz pierwszy został użyty przez Apollinaire’a w XX w., a w malarstwie nie przyjął się od razu. W XIX w. de Nerval używał terminu “super naturalisme”, ale to nie to samo, a poza tym dla literatury.

Określenie narkotyk, narkotyczny w odniesieniu do opiatów i innych podobnych uzależniaczy też dwudziestowieczne. W XIX w. mówiło się opiumista, morfinista, potem kokainista, ale nie narkoman, nie było zbiorczej nazwy na te używki.

Whisky nie wydaje mi się trunkiem najbardziej typowym dla epoki i miejsca.

“W środku leniwie przelewała się gęsta ciecz, a na etykiecie, zamiast tradycyjnego opisu koloru, znajdował się amarantowy kleks (…) uderzył mnie w twarz dobrze znany mi zapach oleju lnianego i żywicy. Pod spodem jednak majaczyła inna, obca mym nozdrzom woń.“ → tu skojarzyło mi się z krwią. Skądinąd zapachy uderzają w nozdrza, a nie w twarz.

Do oczywistych tropów należy też światłowstręt oraz stęchłe jedzenie.

 

Poza tym czepialstwo:

 

“Zsunąwszy z głowy kaptur poplamionej farbą, malarskiej peleryny, dostrzegłem grubo ciosane rysy twarzy artysty” – chyba Monde go zsunął, a nie narrator?

 

“Pod nimi wyczuwałem delikatniejszą, acz zdecydowanie bardziej nieprzyjemną woń, (…) drobinki kurzu płynące leniwie poprzez to cuchnące powietrze“ – albo woń jest delikatna, ledwie wyczuwalna, albo cuchnie.

 

“Co prawda jego sztuka, z racji obskurnej tematyki, wywoływała wiele kontrowersji” – obskurnej? Dla mnie by to znaczyło, że malował nędzę, a nic na to dalej nie wskazuje, a w ogóle mi ten termin do sztuki nie pasuje, obskurny bywa dom, pokój, wnętrze itd. (SJP PWN: obskurny «nędzny, zaniedbany, brudny», to nie jest synonim angielskiego obscure, ale klasyczny false friend)

 

“w jednym z madryckich muzeów” – obstawiam, że w 1897 w Madrycie było jedno muzeum z malarstwem (Prado), ponieważ dwa pozostałe zostały założone w XX w., a zbiory Academia Real też chyba udostępniono niedawno. Mam wrażenie, że nawet w Paryżu nie funkcjonowało wówczas jeszcze kilka muzeów malarstwa (galerie czy domy aukcyjne, tak), ale nie chce mi się sprawdzać.

 

“Zrobiliśmy kilka kroczków” – kroków?

 

“nawet jeśli miała się ona zacząć o 5 nad ranem“ → o piątej nad ranem

 

“Nie zacząłeś malować wczoraj Ludwiku” – to brzmi jak zarzut, że Ludwik wczoraj nie zabrał się za malowanie, a chodzi chyba o “malujesz nie od wczoraj, Ludwiku”

 

“Skoro już sobie tak sympatycznie gaworzymy“ – gaworzą małe dzieci, chodziło chyba o gwarzymy, choć ono tu też średnio pasuje, rozmawiamy byłoby zupełnie wystarczające

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ciekawie się czytało.

Fakt, że fabuła mocno przewidywalna. Tym bardziej, że nadałeś tekstowi formę listu i praktycznie we wstępie wyłupałeś, jak się skończy. IMO, to odarło historię z niepewności co do zakończenia.

Bohaterowie interesujący, uczeń wydaje mi się wiarygodny.

Legendę w tekście zawarłeś. Wprawdzie pewnie dałoby się ją bez problemów wyciąć, ale niech będzie.

Duży plus za tematykę malarską i to nasyconą szczegółami – jak na przykład wybór pędzla, zapachy werniksów i takie tam.

W wykonaniu czasami coś mi zgrzytało. Interpunkcja, problem z “owym”.

możemy podziwiać ów dzieło.

“Ów” odmienia się przez rodzaje i przypadki.

Babska logika rządzi!

@drakaina – Jeśli chodzi o wybór imienia i nazwiska antagonisty – brzmienie imienia ‘Gordian’ po prostu wydało mi się zgodne z duchem epoki i adekwatne do bohatera, a ‘Monde’ od tyłu (biorąc pod uwagę sylaby), to ‘demon’ i dlatego na takie nazwisko się zdecydowałem. Pozostałe podobieństwo do innych postaci fikcyjnych jest przypadkowe.

Widać, że znasz się na XIX-wiecznych realiach. Dzięki za wytknięcie błędów dot. aspiryny i surrealizmu. yes

 

@Finkla – cieszę się, że znalazłaś kilka plusów w opowiadaniu i przykro mi, że moja fabuła była tak oczywista do przewidzenia. Trzeba będzie nad tym popracować w przyszłości. enlightened

Jak już zaznaczyłam, choć nie wprost, to, że Monde to Demon, rzuciło mi się w oczy, zanim skończyłam czytać pierwszy akapit. Między innymi dlatego, że imię Gordian jest kompletnie nie z tej epoki (jedyne znane Gordiany to trzej trzeciowieczni, niezbyt ważni rzymscy cesarze; Gordon – prędzej, choć nie wiem, jak dla fin de siecle’u), więc natychmiast rzuciło mi się w oczy, a że nie pasowało do francuskiej interpretacji nazwiska (bo wtedy musiałoby brzmieć Gordien), to przyjrzałam się nazwisku… Ale nie przejmuj się, u mnie to zboczenie zawodowe.

 

Pozostałe podobieństwo do innych postaci fikcyjnych jest przypadkowe.

A szkoda, bo pogranie wydanym w 1897 Draculą, że o wcześniejszych wcieleniach wampirów nie wspomnę, byłoby bardzo na miejscu. Baal chyba jednak też celowy ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Całkiem zgrabna wersja XIX wiecznej powieści grozy. Przeczytałem całość, lez Dorian / Gordian nieco mi wadził, a zapaszek na początku ukierunkował mnie na finał, więc zaskoczenia nie było. Poza tym diabeł był mieco zbyt odbustowy i prosty. Niestarannie spersonalizował wersję demo do targetu?;)

 

Fajne :)

Na wstępie – stworzony klimat jest naprawdę fajny. Początek dobrze nastawił do reszty opowieści. A ta niestety tak od połowy zaczęła już się dłużyć – nie wiem, czym było to spowodowane, po prostu coraz trudniej i mozolniej było mi czytać. Przez to dotarłem do zakończenia lekko znużony.

Sama końcówka niestety przewidywalna do bólu, ja się łatwo wszystkiego domyśliłem już na wstępie (głównie przez tytuł). Tematyka malarska na duży plus, zwłaszcza za szczegóły.

Samo czytanie nie było najgorsze, nietrafione słownictwo nie kuło mnie w oczy, ale też i nie jestem specjalistą od stylizacji ;)

Podsumowując: klimatyczny koncert fajerwerków, ale od połowy zaczął siadać, by ostatecznie nie wyrobić w końcówce. Zaczęło się jednak naprawdę dobrze.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

Wspaniale, że konkurs zachęcił cię do opublikowania swojego tekstu :)

 

Uwagi:

 

nadużyłem Twojej cierpliwości, gdyż minęły miesiące od naszej ostatniej korespondencji. Nie gniewaj się, wszak wydarzyło się wiele i niech usprawiedliwi mnie prosty fakt, że jestem bliski, by ze sobą skończyć. Jedynie kolejne dawki nadużywanego przeze mnie opium

I daj mi wiarę(+,) Ludwiku,

Te – po bliższych oględzinach, – okazały się

Wiem(+,) Ludwiku, że wybaczysz

Mimo, że przed pójściem spać

wyzierał wizerunek czarta, lub innego

możemy podziwiać ów dzieło. ← owo?

Mam nadzieje, że one również ← nadzieję

Nie zacząłeś malować wczoraj(+,) Ludwiku(+,) i zapewne znasz to uczucie

Wszystko szło dobrze(+,) Ludwiku. Obcowanie ze sztuką mistrza, stymulowało mnie bardziej,

Nie kłamię(+,) przyjacielu, Monde nauczył

Tak(+,) Ludwiku, zapewne dobrze domyślasz się

sukę Ewę musiałem zwodzić(+,) by złamała nałożone

powiem ci(+,) chłopcze, dlaczego w ogóle cię tu zaprosiłem.

Zapytałbym Cię(+,) Ludwiku, co Ty o tym myślisz

Dlatego żegnaj(+,) przyjacielu(+,) i wybacz!

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia!

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dzięki za kolejne komentarze i cieszę się, że akurat klimat wypadł według Was na plus. Może się nie znam, ale wydaje mi się, że łatwiej będzie mi pracować nad językiem i nad tym, by opowiadania były mniej przewidywalne, niż nad ewentualnym brakiem klimatu. 

Wciągające, mroczne opowiadanie w stylu lovecraftowskim. Nawiązania do epoki, narzucający się Dorian Grey, nieźle Ci się to udało. I jeszcze raz Lovecraft. U niego też często wszystko wiadomo od początku, a klimat potrafi zbudować. Malarstwo nie jest moją mocną stroną, ale tu stanowi tylko dobrze zarysowane tło. Forma listu – o ile zarzucałem niektórym “​blokowość”​ tekstu, mało przerywników, u Ciebie to nie męczy. Jakieś błędy jeszcze się trafiają, ale sorry, nie mam w zwyczaju zaznaczać je sobie w trakcie czytania, a brakuje mi czasu na dokładniejszą analizę. Jeszcze ze 40 tekstów przede mną, a nie 39 – znowu Naz coś wykosiła. Aż mnie kusi zerknąć też na te wywalone z konkursu – jak starczy czasu ;)

Podsumowując – dobra robota ;)

Dzięki! Ciesze się, że Ci się podobało. Co do Lovecrafta – gdyby nie jego twórczość, pewnie w ogóle nie próbowałbym pisać swoich opowiadań. ;)

Już nie można poprawiać tekstu, ale i tak wtrącę swoje trzy grosze ;)

 

Drzwi głównemu bohaterowi otwiera sam Gordian. Czy nie powinien zrobić tego służący? Jeżeli to był taki sławny artysta, wypadałoby mieć służącego, a że był demonem – jakiś pomniejszy czart wystarczyłby.

Biorąc pod uwagę epokę, chyba osoba służącego byłaby na miejscu (Drakaino, jakie jest Twoje zdanie w tej materii?). Oczywiście, mogła to być ekscentryczna decyzja samego Monde, ale wtedy, główny bohater powinien zasygnalizować swoje zaskoczenie.

 

była 4:30

Nie powinno być słownie? Chyba, że w liście można zapisać liczbami. Może ktoś bardziej światły ode mnie się wypowie :)

 

Uwielbiam czytać o pracy artystycznej, a zwłaszcza malarstwie. Nie mam ku temu żadnego talentu, ale lektury z tej tematyki czy biografie malarzy niezwykle mnie pociągają. Dlatego też wybaczam Ci przewidywalność, a pozostaje mój zachwyt nad sztuką w opowiadaniu. Z wielką przyjemnością czytałam te fragmenty. Dodatkowo, dobrze oddałeś klimat opowiadania grozy w starym stylu. Tylko dodać więcej wiedzy z danych epok i jesteś gotowy do serwowania takich historii ;)

Tak, to prawda, realistycznie powinien otworzyć służący, a następnie wprowadzić gościa do jakiegoś odpowiedniego pomieszczenia, gdzie będzie czekał malarz. Ale ponieważ jakkolwiek oczywiste dla mnie było, że GM będzie postacią demoniczną, z początku sterowałam bardziej w kierunku Draculi (skądinąd jakkolwiek też zgrany, chyba bym wolała niż kolejnego przysłowiowego “asyryjskiego demona”), więc na śledzenie realizmu nałożyła mi się pewnie scena zwłaszcza z Coppoli, gdzie Hrabia osobiście wita Harkera w swoim zamku.

Konwencja przysłoniła mi realizm, ale masz stuprocentową rację. Zwłaszcza że rzecz dzieje się w dużym mieście, a nie gdzieś na peryferiach cywilizacji ;)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nieźle opowiedziana historia malarza, zręcznie utrzymana w klimatach dziewiętnastowiecznych mrocznych powieści. Czytało się całkiem dobrze, choć uważam, że poczynienie pewnych skrótów dobrze by zrobiło tej historii.

Wykonanie też mogłoby być lepsze.

 

Do Mo­na­chium wy­ru­szy­łem zaraz po otrzy­ma­niu prze­ze mnie wspo­mnia­ne­go listu… –> Wystarczy: Do Mo­na­chium wy­ru­szy­łem zaraz po otrzy­ma­niu wspo­mnia­ne­go listu

 

i wą­skich ale­jek wień­czo­nych mgli­sty­mi ry­necz­ka­mi… –> Czy ryneczki mogą wieńczyć alejki?

 

oka­za­ły się być za­sło­nię­te jakąś ciem­ną za­sło­ną. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

izo­lu­je się od świa­tła z po­wo­du cho­ro­by, na jaką cier­pi. –> …izo­lu­je się od świa­tła z po­wo­du cho­ro­by, na którą cier­pi.

 

Kła­dąc mi rękę na ra­mie­niu, po­pro­wa­dził mnie do znaj­du­ją­ce­go się na prawo od przed­sion­ka sa­lo­nu. Po­wie­sił lampę na ha­czy­ku, a mi kazał roz­siąść się w fo­te­lu i od­po­cząć po po­dró­ży. Na­stęp­nie prze­pro­sił na chwi­lę, dając mi mi­nu­tę czy dwie, aby mój wzrok mógł przy­zwy­cza­ić się do pa­nu­ją­cych ciem­no­ści. –> Czy wszystkie zaimki są niezbędne? Miejscami nadużywasz zaimków.

 

by zro­bić z nich uży­tek w wy­chod­ku” –> Brakuje kropki na końcu zdania.

 

jed­nak na te słowa wzią­łem więk­szy łyk cie­płej whi­sky… –> …jed­nak na te słowa upiłem/ wypiłem więk­szy łyk cie­płej whi­sky

 

Doj­rzeć p r a w d ę skry­tą głę­bo­ko przed wzro­kiem igno­ran­tów… –> Przed słowem napisanym rozstrzelonym drukiem, i za nim, dałabym dodatkowe spacje.

 

Od­sta­wił pustą szklan­kę na sto­li­ku… –> Od­sta­wił pustą szklan­kę na sto­li­k… Lub: Po­sta­wił pustą szklan­kę na sto­li­ku

 

Wiem, wiem…. –> Wiem, wiem

Po wielokropku nie stawia się kropki!

 

ze­ga­ra, sto­ją­ce­go w któ­rymś z oka­la­ją­cych salon po­miesz­czeń… –> W jaki sposób pomieszczenia okalały salon?

 

le­piej pod­kre­ślał tru­pio-sza­rą po­świa­tę księ­ży­ca… –> …le­piej pod­kre­ślał tru­pio sza­rą po­świa­tę księ­ży­ca

 

Jest pan pierw­szym go­ściem, ja­kie­go tu przyj­mu­ję”. –> Jest pan pierw­szym go­ściem, którego tu przyj­mu­ję”.

 

Zro­bi­łem kilka nie­pew­nych kro­ków w kie­run­ku po­sta­ci ma­ja­czą­cej w głębi po­miesz­cze­nia. Bez lampy, z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem czu­łem… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Asta­ro­tha – księ­cia za­chod­nich ot­chła­ni. De­mo­ny bez­wstyd­nie ma­ni­fe­sto­wa­ły swoją obec­ność, a ja bałem się do nich zbli­żyć, by przy­pad­kiem nie wpaść do tej pie­kiel­nej ot­chła­ni… –> Jak wyżej.

 

Pro­szę pójść do swo­je­go po­ko­ju, przy­odziać ma­lar­ski far­tuch… –> W co miał przyodziać fartuch???

Można się w fartuch przyodziać/ odziać, można się w niego ubrać, można go włożyć lub założyć, ale nie można fartucha przyodziać!

Zdanie winno brzmieć: Pro­szę pójść do swo­je­go po­ko­ju, przy­odziać się w ma­lar­ski far­tuch

 

A gdy na­cie­szy­łem już oko, zła­pa­łem za pła­ski, szcze­ci­no­wy pę­dzel… –> …zła­pa­łem pła­ski, szcze­ci­no­wy pę­dzel

 

by z czy­stym umy­słem za­brać się za twór­czą pracę. –> …by z czy­stym umy­słem za­brać się do twórczej pracy.

 

lo­so­we kształ­ty na brud­no-sza­rym, jed­no­li­tym tle… –> …lo­so­we kształ­ty na brud­nosza­rym, jed­no­li­tym tle

 

wbie­głem do mia­sta głów­ną ulicą, boso i z po­dar­ty­mi spodnia­mi… –> …wbie­głem do mia­sta głów­ną ulicą, boso i w podartych spodniach

Bo nie wydaje mi się, by biegł ze spodniami np. w ręce…

 

Wy­krzy­ku­jąc ostat­nie zda­nie jego ob­li­cze znów prze­po­czwa­rzyło­ się w tę ohyd­ną maskę nie­na­wi­ści i od­ra­zy. –> Czy dobrze rozumiem, że ostatnie zdanie wykrzyczało oblicze?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Moje dwa grosze:

 

Fajny klimat, choć czasem jakby wypadasz ze stylizacji językowej (mnie ubodła mapka w liście, taszczenie waliz, tarzanie). Bardzo Poe. 

Od początku wiadomo, że na końcu czeka jakieś przedwieczne ZŁO, co samo w sobie nie jest wadą, ale to zło nie dorosło do moich oczekiwań – taki jakiś bez polotu ten szatan. 

Spodziewałam się, że coś ciekawego jest w tych farbach, ale wątek wygląda na zarzucony.

 

Wychodząc z pracowni zabrałem ze sobą lampę i w drodze na górę zapaliłem ją, by nie nabić sobie guza na schodach. Starałem się jednak mrużyć oczy, żeby po powrocie mój wzrok nie musiał się ponownie oswajać z ciemnością.

Po co była mu tam ta lampa? 

 

Ta panorama zezwierzęcenia zaatakowała mnie jako pierwsza i nadkruszyła skorupę obojętności na piekielne pejzaże, którą wyhodowałem, pracując u Monde.

Wyhodowałem to chyba nie to słowo.

 

Bardzo mi się podoba koncepcja trialu przed sprzedaniem duszy ;)

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

:) W sumie skoro wzrok oswoił się już z ciemnością, to i bez lampy dałby sobie pewnie radę. Dzięki za Twoje “dwa grosze”. Powodzenia w konkursie. 

To dobry tekst, z porządną stylizacją i płynną narracją. Czytałem już po wprowadzeniu poprawek, więc tym bardziej nie mam do czego się przyczepić :-) Do tego znakomicie znasz się na tym, o czym piszesz, a to zawsze duży plus.

Być może istotnie, fabuła przewidywalna, żadnych tłistów ni zaskoczeń, a Diabeł też jakiś taki jednowymiarowy… Ale czy to aby na pewno tak źle? W gruncie rzeczy, byłby to element konsekwentnej stylizacji. Nie znam się co prawda specjalnie na dziewiętnastowiecznej literaturze, ale nie sądzę, by ówczesne straszenie przypominało dzisiejsze – liczyła się raczej atmosfera zagrożenia (klimat świetnie zresztą oddaleś), zło nie musiało koniecznie wyskakiwać zza rogu, ani meandrować piętrową przewrotnością, a samo spotkanie z Diabłem wystarczy za przerażającą puentę. Przy czym Diabeł ów może być po prostu paskudny i diabelski, nie musi przypominać Ala Pacino śpiewającego piosenki z musicali. 

Zatem – kawał solidnej roboty. I jeszcze jeden plus za smaczki, jak ten o pasiastych pidżamach chociażby. Co prawda zachwycać się nie będę, bo nie jestem miłośnikiem takiego pisania, no i nie wszystko jest tu idealne. Ale talentu odmówić Ci nie można. Być może jesteś trochę jak B. Jak se znajdziesz odpowiedniego Mistrza, to ło ho ho… 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

@thargone – dzięki za bardzo budujący komentarz. Przyznam, że przydałby mi się taki gość typu Monde, z którym mógłbym popracować. (Mam nadzieję, że tym komentarzem nie sprzedałem duszy diabłu. ;) )

Kupiłeś mnie początkiem i już do końca byłem zadowolony. Dla mnie suspensem w tekście byli bohaterowie, i atmosfera zagrożenia, którym kończy się opowiadanie. Napięcie cały czas rośnie, kolejne działania bohatera postępują od mało ryzykownych do ryzykownych. Miejscami kojarzyło mi się z “Dokręcaniem śruby”, Jamesa, szczególnie klimatem. Forma eleganckiego listu pasuje do takich opowieści.

Narrator ma swój język. Fabuła jest w porządku. Opowieść dostarczyła mi tego, co Marlow lubi najbardziej.

 

Bardzo dobry tekst, według mnie jeden z najlepszych w konkursie. 

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Wow, dzięki Marlow! To moje pierwsze punkty i od razu 5. surprise Bardzo się cieszę, że Ci się podobało i że elementy, na których mi najbardziej zależało (czyt. klimat i atmosfera grozy) zdają się tu “robić robotę”. Pozdrawiam i powodzenia w konkursie! 

Ech, wróciłam tutaj, bo uzgodniłam ze sobą, że kliknięcie Biblioteki będzie dobrym posunięciem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@ regulatorzy – to druga dobra wiadomość dzisiejszego dnia. Let’s celebrate! ;)

Dobrych wiadomości nigdy dość, Psychoreaperze. Mam nadzieję, że to dzisiaj nie ostatnia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Brawo! Jestem bardzo zadowolony z lektury. Konsekwentnie budowany klimat, aż bałem się, że nie starczy go na finał, ale starczyło. Motywacja demona, jego przemiany, scena kuszenia i nawet sposób w jaki bohater zdołał wyrwać się z opresji (ale co ważne, nie do końca) – nie wyczułem tutaj fałszywej nuty. Sugestia, że tekst będzie wariacją na temat “Portretu Doriana Graya” wyraźna, ale koniec końców okazuje się fałszywym tropem – i to też na plus. Bardziej zresztą dostrzegam inspirację historią Sinobrodego. Świetne tytuły obrazów obu malarzy. Fajne wstawki o rzeczywistych twórcach, zwłaszcza spodobały mi się te zdania o uczniach i pomocnikach wielkich mistrzów. No i Blake! Ale:

musiał uczyć się pan o freskach Mantegany

Językowo, całkiem udana stylizacja (począwszy od formy listu). Trafiają się pojedyncze anachronizmy i niezgrabności. Brakuje pewnie z kilkudziesięciu przecinków, zwłaszcza przy wtrąceniach.

Marsz do biblioteki!

 

Dzięki cobold! Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu, no i dzięki za wepchnięcie mnie do biblioteki. Tym samym mój główny cel został osiągnięty. Teraz może już być tylko lepiej. ;) Podziękowania również dla pozostałych członków loży, którzy uznali, że tekst się nadaje. yes

Według mnie jest nieźle, a mogło być bardzo dobrze. Szkoda, że nie utrzymałeś poziomu do końca. Pierwsza część naprawdę interesująca – zapowiedź niepokojących wydarzeń, wgłębienie w tematykę (tak, te wszystkie malarskie szczegóły na duży plus) i styl pisania listu pasujący do autora-artysty dużo obiecywały. Niestety, dalsza część to już ubranie starego pomysłu w nowe szaty, zabrakło mi świeższego spojrzenia na wybrane motywy.

Zostawiasz też czytelnikowi za dużo śladów (w szczególności „zakazany obraz” pozwala przewidzieć dalszą część).

Ale ogólnie czytałem z zaciekawieniem i jestem zadowolony z czasu spędzonego z tekstem. Następnym razem postaw na coś trochę bardziej oryginalnego, albo nawet weź stare motywy, ale spróbuj spojrzeć na nie od innej strony niż reszta autorów. Pierwsza część pokazuje, że stać Cię na coś dobrego.

Z uwag językowych: nadużywasz zaimków, co bardzo psuje styl. Proponuję na przyszłość zastanawiać się częściej, czy zaimek, którego chcesz użyć, naprawdę jest potrzebny. Przykład, niestety już na samym początku:

Wiem, że nadwyrężyłem Twoją cierpliwość, gdyż minęły miesiące od naszej ostatniej korespondencji. Nie gniewaj się, wszak wydarzyło się wiele i niech usprawiedliwi mnie prosty fakt, że jestem bliski, by ze sobą skończyć. Jedynie kolejne dawki nadużywanego przeze mnie opium, pozwalają mi czasami zasnuć samobójcze myśli chmurą otumanienia.

Dzięki Perrux za poświęcony czas i trafny, moim zdaniem, komentarz. Tak w ogóle jest to moje drugie opowiadanie w życiu, więc nie spodziewajmy się, że wszystko będzie idealne. ;)

A propos zaimków – też zauważyłem, że mam tendencję do ich nadużywania, ale nie znalazłem jeszcze sposobu, by się ich pozbyć, zachowując odpowiedni styl i sens zdania. Może jakieś wskazówki na podstawie fragmentu, który cytowałeś? Byłbym bardzo wdzięczny za wszelkie porady w tej materii. 

W podanym przykładzie trudno wyrzucić konkretne zaimki – pewnie bardziej trzeba byłoby przebudować treść. Według mnie lepiej zwracać uwagę na zaimki na bieżąco, podczas pisania. Wtedy łatwiej napisać coś innymi słowami niż później poprawiać gotowe już zdania, usuwając zaimki.

Nie uważam się za językowego specjalistę i na portalu jest dużo osób na poziomie technicznym o wiele wyższym od mojego, ale postaram się coś podpowiedzieć na podstawie przykładów z tekstu.

Jeśli wyjdzie obok siebie kilka zaimków, warto zastanowić się, czy zwyczajne wyrzucenie któregoś z nich nie będzie najprostszą receptą:

 

Do Monachium wyruszyłem zaraz po otrzymaniu przeze mnie wspomnianego listu i na miejsce dotarłem kilka dni później.

Moim zdaniem gdyby wyrzucić „przeze mnie”, zdanie nic by na tym nie straciło.

Głowiłem się w jaki sposób mam dostrzec owe obrazy, skoro ledwie widziałem koniec wyciągniętej przed siebie dłoni.

W takich zdaniach zawsze możesz pozbyć się „przed siebie”. Wyciągnięta dłoń jest nawet częściej używana w literaturze niż Wyciągnięta przed siebie dłoń.

 

Wymamrotałem tylko pod nosem „Dobranoc, panie Monde” i w następnej sekundzie ryglowałem już drzwi swojego pokoju.

Tutaj „swojego” można wyrzucić, albo zamienić np. na jakiś przymiotnik opisujący ten pokój.

 

Gdy jednak prowadził mnie pośród tych lepkich ciemności do jednej z zasłoniętych tkaniną sztalug, by przedstawić mi swój nowy obraz,

Trzy zaimki – gdyby pozbyć się „mi”, były by dwa. Sens zdania zachowany (wiadomo, że nie chciał pokazać obrazu nikomu innemu).

 

…ale bardzo podoba mi się sposób, w jaki przelewa pan na płótno swoje emocje.

„Swoje” nie jest tutaj niezbędne. Wiadomo, że Gordianowi nie chodziło o przelewanie czyichś emocji.

 

Niestety, każdy dzień przynosi mi więcej dowodów na to, że nie był to tylko koszmar.

Tutaj podobnie, wyrzucenie „mi” nie burzy zdania.

Rzeczywiście. Wielkie dzięki za podanie przykładów! Będę musiał poświęcić więcej uwagi tym zaimkom w przyszłości. Tak w ogóle bardzo fajne to Wasze forum. Można się naprawdę sporo nauczyć. yes

No ba!

I “naprawdę”. ;-p

Babska logika rządzi!

Przepraszam, jeśli się wtrącam, ale w przykładzie cytowanym przez Perruxa, udało mi się pozbyć kilku zaimków.

Moja propozycja: Wiem, że nadwyrężyłem Twoją cierpliwość, gdyż minęły miesiące, od chwili kiedy wymieniliśmy ostatnią korespondencję. Nie gniewaj się, wszak wydarzyło się wiele i niech usprawiedliwieniem będzie prosty fakt, że jestem bliski, by ze sobą skończyć. Jedynie kolejne dawki nadużywanego opium, pozwalają czasami zasnuć samobójcze myśli chmurą otumanienia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Finkla: Być może kiedyś przestanę mylić napewno z na prawdę :P

@regulatorzy: I tak to powinno brzmieć od samego początku – zgrabnie i ze smakiem. :)

Jakże się cieszę, Psychoreaperze, że propozycja przypadła Ci do gustu. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na prawdę albo inne piękno, to możesz przysięgać. ;-)

Babska logika rządzi!

Parę miesięcy temu napisałem tekst o podobnej tematyce :)

Nie przepadam za opowiadaniami, w których narracja jest poprowadzona za pomocą listu, dziennika itp. Przeważnie przypomina to bardziej sprawozdanie, wyparte z jakichkolwiek emocji. U Ciebie odniosłem podobne wrażenie. Sama historia również mnie nie porwała. Tożsamość tytułowego bohatera jakoś szczególnie ani nie zaskakuje, ani nie satysfakcjonuje. Przede wszystkim zabrakło mi jakichś większych emocji, czegoś, co by mnie zachęcało do dalszej lektury. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Dzięki za opinię soku. yes Czy ten tekst o podobnej tematyce jest gdzieś w portalu? Chętnie rzuciłbym okiem. :)

Dokładnie o takiej to nie ma, ale o dziwacznych obrazach to coś się znajdzie. Kliknij na tag “sztuka” na górze opowiadania i szukaj na liście. Ale nie wszystkie dotyczą obrazów, a zwłaszcza magicznych.

Babska logika rządzi!

Hmm… Chyba soku nie dał tagu “sztuka”, bo nie mogę zidentyfikować tamtego tekstu…

Nie, opka nigdzie nie publikowałem, bo nie uważam go za dostatecznie dobre :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Opowiadanie naprawdę sprawia wrażenie napisanego w XIX wieku. A ja lubię tamte opowiadania. Odwzorowanie stylu, klimatu, sposobu prowadzenia akcji, rodzaju fabuły i wszystkich tego typu szczegółów robi wrażenie. Padły zarzuty o przewidywalność. Ale ja mógłbym nawet nazwać to… zaletą.

Historie napisane w tamtych czasach właśnie takie były. Oddają to częste wtrącenia o tym, że to było straszne, makabryczne i w ogóle najlepiej to zapomnieć. Już mi się przypomina rozpoczęcie każdego opowiadania o Sherlocku Holmesie, w którym dr John Watson pisze, że ta sprawa jest najstraszniejsza, najbardziej zagadkowa, najtrudniejsza, itp.

Poza tym, fabuła i wątek malarski naprawdę mi się spodobały. Widać, że wiesz, o czym piszesz. Oceny obrazów są napisane fachowym językiem. Intrygowały mnie opisy obrazów Gordiana Monde. Może cała piekielna tematyka jest sztampowa, ale klimat i atmosfera, które udało Ci się stworzyć, czynią lekturę przyjemną i intrygującą.

Niemniej jednak, przez całe opowiadanie nie podobał mi się styl mówienia Gordiana Monde. Albo ktoś mówi “mój przyjacielu”, albo zwraca się per pan. To połączenie wyszło jakoś nieudolnie. Ale to jedyny mankament, który jakoś rzeczywiście zabolał.

Jest to jedno z najlepszych opowiadań nadesłanych na konkurs i znalazło się wśród moich faworytów. Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Dzięki Pietrek! Bardzo przyjemnie czyta się takie komentarze i cieszę się, że trafiłem w Twój gust mein Freund. ;) A propos tego wtrącenia, chciałem nim zaznaczyć, że bohaterowie posługują się językiem niemieckim, którego brzmienie według mnie buduje klimat xix-wiecznej opowieści. Pisząc, zastanawiałem się, czy bohaterowie mają zwracać się do siebie per “ty” i zdecydowałem, że forma pan/pani będzie jednak bardziej pasować do opowiadania stylizowanego na tamte czasy. No i wyszło jak wyszło. ;)

Język nie gra roli, a wg mnie nie tworzy klimatu. Równie dobrze mógłby to być angielski i też byłby klimat XIX-wiecznych dżentelmenów.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Trochę wody w Primazonce upłynęło, jednak w końcu i ja trafiłem do tego rodzynka w konkursowej stawce.

Dobry horror. Klimacik gęsty i przytłaczający, opisy obrazów mistrza i ucznia bardzo, ekhm, obrazowe, a tempo odpowiednio leniwe. Dla niektórych może za wolne, ale przy dobrze utrzymywanym napięciu, taka zawiesinka świetnie się sprawdza. Warsztatowo na poziomie, ilustracja i tytuł też spoko.

Jedyne, co psuje mi wrażenia z lektury, to zakończenie nauki u mistrza. To, że w końcu zajrzy pod płótno było oczywiste, jednak znacznie bardziej nie pasowała mi ta rozmowa z Szatanem. W tym jego “Giń, padalcze!” i całej zapalczywości, z jaką poprowadziłeś ten dialog, gubiła mi się gdzieś dostojność i groza demona. Wydał mi się zwyczajnie nieudolny. A szkoda, bo generalnie wszystko szło po jego myśli.

Niemniej, opowiadanie z pewnością godne uwagi. Stanowi dobry kontrapunkt dla tych lżejszych konkursowych propozycji.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki hrabio Primagenie! ;) Sądząc po nicku, avatarze i przede wszystkim po sporym horrorowym dorobku mamy podobne gusta. Różnica jest jednak taka, że podczas gdy Ty masz już na koncie kilka opierzonych opowiadań, ja dopiero raczkuję i tym bardziej cieszę się, że portalowy ‘horrorysta’ docenił klimat i opisy. Przyznam się bez bicia, że nie czytałem jeszcze Twoich opowiadań, ale na pewno wkrótce nadrobię zaległości i zrewanżuję się komentarzem! Do przeczytania!

Nowa Fantastyka