- Opowiadanie: Łukasz Kuliński - Przygoda wesoła i niebezpieczna Pupca Sierotki

Przygoda wesoła i niebezpieczna Pupca Sierotki

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Przygoda wesoła i niebezpieczna Pupca Sierotki

Dzwonki, dzwoneczki rozdzwonione, bądźcie zawsze na czapce tego ludzika, albowiem królestwo pomyślności do błaznów należy.

Charles de Coster Przygody Dyla Sowizdrzała

 

W pewną majową noc, gdy księżyc świecił w pełni, w mieście Dunport, przyszedł na świat Gilbert, syn Mateusa i Ewy. 

Narodzinom jego towarzyszyły magiczne znaki, które świadczyły o niezwykłym przeznaczeniu dziecięcia.

Po pierwsze, dobijał się do chatki, stukając w szybę, lelek kozodój, o którym powszechnie wiadomo, że jest zwiastunem niesamowitości. Co prawda ptaszek ten bywał w domu codziennie, był bowiem przez mieszkańców dokarmiany, lecz pewne rzeczy należy przemilczeć dla dobra historii.

Po drugie, wyły psy, a odbierająca poród akuszerka, kobieta pełna ludowej mądrości, orzekła że zawodziły tej nocy wyjątkowo paskudnie, a wręcz szyderczo.

Po trzecie zaś, i to należy chyba uznać za najważniejsze, Gilbert nie narodził się, jak to zwykli czynić inni w jego położeniu, to jest głową do przodu, lecz zupełnie odwrotnie – wyszedł tą stroną, którą niepolitycznie wystawiać na widok publiczny, chyba że się jest noworodkiem – wyszedł pupą.

Wzbudził tym, już w pierwszych chwilach swego życia, śmiech. Śmiała się kobieta odbierająca go na świat, mówiąc, że niechybnie chłopiec wyrośnie na głupka, kogo bowiem bogowie wypchnęli z łona matki tyłem do przodu, ten musi być pomylony. Sprawiła tym przykrość rodzicom. Pochylił się więc nad dzieckiem Mateus, człek poczciwy i dobroduszny, mówiąc:

 – Nie troskaj się złośliwym rechotem, mój synku. Wypnij się nań!

Słowa ojca okazały się dla Gilberta prorocze.

O rodzicach właściwie nie można powiedzieć już nic więcej. Spełnili swoje skromne przeznaczenie i zmarli pięć lat później, gdy miasto naszła zaraza. Dziecko przeżyło i wiodło od tego czasu smutny żywot sieroty. Wychowywane w przytułku, wyśmiewane i wytykane ze względu na niezwykłe okoliczności narodzin, doczekało się nowego imienia.

Wołali na chłopca Pupiec Sierotka.

Choć ojca pamiętał mgliście, to bardzo go kochał i wziął sobie do serca przekazaną mu mądrość. Każdy śmiech pogardliwy, który słyszał, wzbudzał w nim wesołość i odwracał się doń pupą właśnie, za którą chował się jak za tarczą. Pupą byli dla niego krnąbrni koledzy, pupą złośliwe nauczycielki, które ćwiczyły go rózgą i pupą było życie.

Gdy dożył lat piętnastu, zaczął kraść.

Najpierw ukradł majtki pani burmistrzowej, które chciał później odsprzedać w porcie jako płótno dla żaglowców. Zabrał też cygara pana burmistrza, na ich miejsce wkładając do wytwornego puzderka kozie bobki, znalezione na łące. I może uszłoby mu to płazem, zrzucone na karb młodzieńczego buntu i trudnego dzieciństwa, gdyby nie dopuścił się zbrodni najgorszej.

Ukradł cnotę córki pana burmistrza i bardzo prędko wylądował w areszcie.

Pierw chciano go przećwiczyć batem, aby tym sposobem wytłuc zeń wszelkie defekty podłej natury. Gdy jednak próbowali zakuć go w dyby, cwany złośliwiec nadepnął na stopę jednego ze strażników, ugodził drugiego między nogi i sam wskoczył w przygotowane kleszcze – lecz nie głową, jak to zwykli czynić inni w jego położeniu, ale stroną zupełnie odwrotną.

Wywołał tym powszechną wesołość. Zbierał się na placu lud Dunportu i śmiano się, przekazując wiadomość:

– Pupiec Sierotka znów dokazuje!

A gdy rozeźlona straż wymierzała tęgie razy, zostawiając czerwone pręgi na wystawionych dumnie, obfitych półdupkach, Gilbert piszczał lub wył tak uciesznie, że szybko zaprzestano kaźni. Wymyślono zatem inną karę, którą podsunął ktoś z tłumu. Posłano umyślnego do ratuszowych piwnic, gdzie w zakurzonym kufrze, umieszczonym tam w dawno zapomnianych czasach, spoczywał strój błazna.

Ubrano w niego Sierotkę.

Kostium okazał się pasować wybornie i prezentował się doskonale. Czerwone pantalony wysadzane błyszczącymi cekinami, wygodne, miękkie baletki, kurteczka wyszyta w różnobarwne trójkąty oraz rzecz najważniejsza – czapka. Zakończona trzema oślimi uszami, z których zwisały jak pąki kwiatów metalowe dzwoneczki, pobrzękując wesoło przy każdym ruchu.

Udekorowany w ten sposób nieszczęśnik zamknięty został w dużej klatce na środku rynku. Od tej pory krnąbrny błazen żył w niewoli, wystawiony na widok publiczny, dzień i noc znosząc podłości i śmiech dobrych mieszkańców Dunportu.

Cierpiał przez rok. Gdy się zaś nadarzyła okazja, otworzył drzwi więzienia, posługując się w tym celu ukradzioną spinką i uciekł. Nim opuścił miasto, nie omieszkał podziękować mieszczanom na różne wymyślne sposoby. Przez całą noc sikał na wycieraczki, malował na murach, a samemu burmistrzowi odcisnął na drzwiach zacną podobiznę swej tylnej fizjonomii. A skoro świtało, wkradł się do stajni i zabierając osiołka o mądrym i rezolutnym wyrazie pyska, zbiegł, witając się z przygodą.

***

Tymczasem w Fangorii, królewskim mieście bez króla, na środku areny ubitej z żółtego piasku i kości dzielnych nieszczęśników, stał Olbrzym.

Mókł. Z nieba leciał deszcz, który odbijał się od metalowej powierzchni jego pancernej skóry. Wielkolud nie przejmował się tym jednak, gdyż nie potrafił. Zamiast tego kłębiła mu się w głowie, w takt magicznych wyładowań, jedna myśl. Nie była to myśl skomplikowana. Brzmiała:

STAĆ

Na razie tyle wystarczyło. Ciemna sylwetka twórcy przyjrzała się słowu, zacierając ręce. Gdy zaś nacieszyła się już własną podłością, wzięła do ręki kawałek białej kredy i dopisała kolejne, które natychmiast rozjaśniło się bladą łuną niebieskiej energii.

Słowo nie było jeszcze aktywne. Ale to miało zmienić się niedługo.

***

– Rusz się, ty zwyrodnialcu!

Osiołek nie posłuchał. Zamiast tego spojrzał na błazna pogardliwie i prychnął oślim sposobem, opryskując rozeźlonego adwersarza śliną. Ten rozjuszył się nie na żarty. Złapał za uzdę i zapierając się nogami o solidny kawał skały, szarpnął. Bez efektu.

– Wygląda na to, że naprawdę potrzebujesz pomocy.

 Na wysokim siodle, uśmiechając się przyjaźnie, siedział rycerz. Świadczyły o tym niezawodnie: zbroja, hełm z fantazyjnym, szerokim pióropuszem oraz kropierz pięknie haftowany w żółte pszczoły, którym okryty był jego koń. Mężczyzna był pulchny i zaróżowiony od słońca. Nie sprawiał wrażenia tęgiego wojownika. Wyglądał raczej jakby, co najwyżej, gotów był wygrać w jednym z tych konkursów, w których musisz zjeść jak najwięcej pączków.

– Pupiec Sierotka, wędrowny błazen, do usług!

Gilbert puścił oślą uzdę i wywinął hołubca, zakończonego głębokim ukłonem, podzwaniając przy tym wesoło dzwoneczkami.

– Czy szanowny pan rycerz nie posiada przypadkiem garści bobu?

Zbrojny podrapał się po spoconym policzku i wydął mięsiste wargi.

– Dziwne nosicie imię, panie błaźnie. A na cóż wam bób?

– Dla mego towarzysza, Pitagorasa, oczywiście. Jest on osłem tyleż upartym, co wybrednym i jada wyłącznie ten przysmak. Zastała nas w drodze pora posiłku i zwierzak nie ruszy się, póki nie zje obiadu.

Mężczyzna popatrzył, przekręcając głowę. Osiołek uczynił dokładnie to samo.

– Istotnie, mogę was poratować…

Kwadrans później jechali już razem, koń w osła.

– Wasze miano, wybawicielu?

 – Tulio de Ramirez Galvando y Navarra, ze słonecznej Fangorii – przedstawił się rycerz.

– Po stokroć dzięki ci, szlachetny Tulio de Ramirezie Galvando y Navarra, ze słonecznej Fangorii!

– Wystarczy Tulio.

– Po stokroć ci wystarczy, Tulio!

– Zabawny z ciebie człowieczek.

Jechali przez chwilę w milczeniu. Jedynie zwierzęta pomlaskiwały i parskały, patrząc na siebie z ukosa.

– Zmierzasz na arenę, panie błaźnie?

Sierotka spojrzał na towarzysza i wzruszył ramionami.

– Nic mi nie wiadomo o żadnej arenie, wasza szacowność. Jadę tam, gdzie mnie poniosą nogi Pitagorasa. Ktoś będzie walczył?

Zbrojny zagwizdał.

– Jeśli nie wiesz, będzie chyba najlepiej jeśli po prostu to zobaczysz.

***

Olbrzym poczuł, że nadszedł czas.

Błyskawica magicznej energii narodziła się we wnętrzu jego przepastnej głowy. Wpadła w wydrążone ścieżki starodawnych zaklęć i pomknęła w dół. Przedarła się przez kark, zajaśniała w piersiach i przez wyryte dłutem trzewia weszła do nogi. Warcząc i sypiąc niebieskimi iskrami, ożywiła kolano i zmusiła je do powolnego wznoszenia.

Olbrzyma wypełniała tylko jedna, całkiem radosna myśl.

DEPTAĆ

***

Herold chrząknął i zaanonsował.

– A teraz, wystąpi przed wami szacowny przedstawiciel Galandriańskich Królestw Środka. Powitajmy gromkimi brawami dzielnego markiza de Pompon!

Rycerz wyjechał. Udekorowany był w barwy swego kraju – niebieskie lilie. Przejechał wzdłuż trybun, uśmiechając się szeroko i machając ręką do wiwatującego tłumu. Szybko zaskarbił sobie sympatię głodnego widowiska ludu. W przeciwieństwie do poprzedników nie płakał, a na arenę nie trzeba było wypychać go widłami, co zawsze stanowiło dla Fangorczyków miłą odmianę. Więcej – pierwszy raz zdarzyło się, żeby zawodnik gwiazdorzył.

Sierotka i Tulio siedzieli na jednej z ław. Nie patrzyli jednak na markiza.

Po drugiej stronie areny stał jego przeciwnik. Wzrostem górował nad trybunami, tak że nawet ci siedzący w najwyższych rzędach musieli zadzierać czoła, aby na niego spojrzeć. Głowę zrobioną miał z żelaznego dzwonu, pierś szeroką jak burta okrętu, a pięści skonstruowane z przymocowanych do rąk kowadeł.

Golem.

Stał cierpliwie w słońcu, znosząc panującą wokół wrzawę z filozoficznym spokojem. Nie przeszkadzał mu wrzeszczący tłum, nie przejmował się piekącym żarem, nie zareagował nawet, gdy odpięto mu z rąk i nóg grube łańcuchy. Czekał.

Kiedy rycerz nacieszył się już chwilą sławy, ustawił się do ataku i ruszył. Oglądający zarzekali się później, że była to piękna szarża, a można im wierzyć, gdyż widzieli ich już wiele. Markiz poprowadził konia według wszelkich prawideł sztuki, jego ramię nie zadrżało, gdy opuszczał kopię, a okrzyk bojowy poniósł się szerokim echem, zapewniając scenie odpowiednią dramaturgię.

Potem Olbrzym uniósł stopę i opuścił ją, powodując ciche mlaśnięcie.

***

– Możemy mówić swobodnie? – zapytał karczmarz, stawiając trzy wypełnione po brzegi kufle.

Tulio nie odpowiedział od razu, poświęcając pierwej uwagę zaspokojeniu pragnienia. Potem otarł malutkie wąsiki z piany i spojrzał pytająco.

– Ach, on? Tak, spotkałem go na szlaku. Jest w porządku. 

Starszy mężczyzna popatrzył z powątpiewaniem i pokręcił głową z dezaprobatą.

– Musisz uważać, kogo tu sprowadzasz, przyjacielu! Jeśli Jonasz dowie się o nas, nałoży mi na lokal takie podatki, że wszyscy bogowie…

Sierotka siedział między rozmawiającymi, obracając spojrzenie raz w prawo, raz w lewo, przysłuchując się z zaciekawieniem, acz bez zrozumienia, a dzwoneczki na czapce pobrzękiwały przy każdym ruchu. Trafili do tego miejsca zaraz po turnieju. Gdy walka się skończyła, herold ogłosił zwycięzcę, a rozochocona publiczność szalała jeszcze przez jakiś czas. Potem Gilbert zaobserwował jak czterech mężczyzn, ubranych w czarne stroje pogrzebowe, wybiegło na arenę i pomagając sobie szpachelkami, sprzątnęli resztki walecznego markiza do gustownej trumienki.

Sam Olbrzym wrócił zaś do poprzedniej pozycji, czekając na kolejnego śmiałka.  

Błazen chciał wypytać o szczegóły całego zajścia, ale pulchny towarzysz nie nadawał się do rozmowy. Wyglądał właściwie jakby był w szoku. Siedział osłupiały i nie odzywał się słowem, nawet gdy Gilbert machał mu ręką przez oczami i dłubał w uchu poślinionym palcem. Po jakimś czasie Tulio oprzytomniał jednak na tyle, iż zdołał wydusić z siebie, że potrzebuje się napić. Tak trafili do Wolnego Rynku, oberży schowanej za stajniami dla przyjezdnych.

– Czy szlachetni panowie wyjaśnią mi w końcu, o co tutaj chodzi?

– Masz jakieś konkretne pytania? – Joachim, właściciel przybytku, pochylił się nad stołem.

– No nie wiem, może na przykład, co to za chory pomysł, żeby walczyć z tym wielkim, stalowym bydlakiem!? – wybuchnął błazen i złapał się za dzwonki, które brzęknęły jak rozzłoszczone.

Karczmarz popatrzył na niego zdziwiony, a potem spojrzał na rycerza.

– To ten mały nic nie wie?

– Nic a nic – stwierdził Tulio – Mówiłem, że spotkałem go na szlaku, mocował się z osiołkiem. Pomogłem mu i poszliśmy razem obejrzeć walkę markiza. Przybył z daleka.

– No dobrze. – Starzec długo dumał nad czymś, nim zaczął objaśniać: – Czy znasz legendę o królu Arturze?

– Każdy zna historię o Arturze – żachnął się Gilbert.

– A tę o Jerzym i smoku? Kojarzysz?

– Tak, ale co to ma do…

– A legendy o królestwie Fangorii, znasz?

Sierotka spojrzał podejrzliwie i zastanowił się. I chociaż znał dużo opowieści, lubił bowiem bawić się ich słuchaniem, a często wymyślaniem, nie potrafił przytoczyć żadnej o tym konkretnym miejscu. Coś tam niby słyszał. Było to malutkie królestwo, wciśnięte między Galadrię a Północną Truvię, którego jakimś trafem nie podbił nigdy żaden z bogatych sąsiadów. Fangoria była – i w zasadzie niewiele więcej.

Karczmarz poczekał kilka sekund i triumfalnie pstryknął palcami.

– Otóż to! Nic, prawda? Nawet malutkiej, przaśnej opowiastki. Nie ma legend o Fangorii.

– No dobrze – zgodził się Gilbert – nie ma. Ale wciąż nie rozumiem, co to ma do rzeczy.

– Widzisz, mały – podjął tamten – mieliśmy kiedyś w mieście króla. Takiego prawdziwie mądrego i zaradnego monarchę. Rządził bez mała pięćdziesiąt lat, tak jak jego ojciec i dziad przed nim. Nie wtrącał się za bardzo w życie mieszkańców, za cośmy wszyscy bardzo go lubili i udało mu się tak rozmawiać z sąsiadami, że nigdy nie zawędrowała do nas obca armia. Nazywał się Albert Zwyczajny.

– Zwyczajny?

– Tak. I tu go bolało. Bo widzisz, Albert bardzo pragnął, aby jego królestwo wykazało się czymś niesamowitym. Żeby opowiadano o nas legendy. Żebyśmy byli sławni. Pech chciał, że nic takiego nigdy się nie działo. Jesteśmy spokojnym ludem. Robimy dobre piwo. I tyle.

– I tu pojawia się Jonasz – wtrącił smutno Tulio. – Mogłeś zobaczyć go dziś po południu. To ten dziadyga z długimi pejsami i dziwną czapką, który rechotał, gdy Olbrzym zdeptał markiza.

Gilbert rzeczywiście widział kogoś takiego. Zasiadał w loży. Ciągle zacierał ręce i śmiał się, kiedy rycerz wyjechał na arenę, a gdy zginął, starzec mało nie udusił się z radości. Wyglądał na złośliwca.

– Jonasz jest kabalistą – wyjaśnił Joachim – czyli magiem. Nie wiadomo, kiedy pojawił się na dworze króla, ale wysłuchał jego narzekań i zaproponował rozwiązanie. Stworzył Olbrzyma, postać z legend. Niepokonanego, mitycznego stwora, który zgniecie każdego, kto ośmieli się stawić mu czoła.

Gdy król zobaczył bestię, nie posiadał się z radości. Wreszcie miał to, czego tak bardzo pragnął. Ogłosił zatem dekret, który mówi, że kto zwycięży potwora, ten zasiądzie na tronie.

– Fiu, fiu! Ale to i tak głupota, walczyć z czymś takim. Nie możecie napisać nowego dekretu? Albo inaczej wybrać króla? 

– Może i moglibyśmy, gdyby nie Jonasz. – Tulio złapał się za głowę i ciężko oparł łokcie na stole. – Teraz, kiedy umarł Albert, stary niepodzielnie włada miastem.

– Ledwo zipiemy – powiedział ponuro karczmarz. – Pejsaty drań nakłada mi na karczmę takie opłaty, że nie mogę normalnie prowadzić interesu. Akcyza od piwa, podatek od nieruchomości, podatek od klienta, należność dochodowa – zaczął wyliczać smutno. – Niedługo będę musiał zamknąć lokal. Wyląduję na ulicy, jeśli ktoś w końcu nie wygra walki.

Staramy się z Tuliem coś z tym zrobić. Nakłaniamy rycerzy z różnych stron, żeby zmierzyli się z golemem. Ale ostatnio jest coraz trudniej. Nikt już nie jest na tyle głupi, żeby się odważyć. Wszyscy wiedzą, jak to się kończy. – Tutaj sędziwy karczmarz uniósł rękę i uderzył otwartą dłonią w mokry od piwa blat stołu. Poniosło się charakterystyczne mlaśnięcie.

Zapadła długa cisza, przerywana jedynie siorbaniem.

– Jutro walczę z Olbrzymem – wyznał nagle rycerz.

– Co!? – Błazen wytrzeszczył oczy. – Zgłupiałeś? Zginiesz!

– Niechaj wszyscy wiedzą! – Tulio nieoczekiwanie podekscytował się i wszedł na stół. – Słyszycie, ludzie? Ogłaszam wszem i tego… wobec! Że ja, Tulio de Ramirez Galvando y Navarra, mąż niepośledniej odwagi, zmierzę się jutro z bestią i wyzwolę nasze ziemie spod opresji uzurpatora!

– Ucisz się, na litość bogów! – Gilbert szarpał go za ramię, ale było już za późno. Pulchny rycerz, podpity i niezdrowo rozgorączkowany, ciągnął przemowę. Najgorsze było jednak to, że znalazł słuchaczy. Kilku gości zaczęło potakiwać, a jakiś nadgorliwiec wyskoczył z wnętrza oberży i zaczął rozgłaszać nowinę na ulicy.

Po godzinie całe miasto wiedziało już, że nazajutrz odbędzie się walka.

***

– Podsadź mnie trochę wyżej!

Gilbert, uczepiony gzymsu, majtając bezradnie nogami, usiłował wspiąć się po ścianie budynku. Szło mu niezbyt zgrabnie, a chlipiący pod nim rycerz wcale nie pomagał.

– Nie rozumiem, co mnie opętało – lamentował. – Zginę tam na pewno. Umrę. To już koniec, rozumiesz?

– Przestaniesz się mazgaić, trąbo? Podsadź mnie, próbuję ci pomóc!

Byli pod rezydencją Jonasza Goldsztajna. Po tym jak Tulio wytrzeźwiał trochę i zorientował się co zrobił, próbowali z Sierotką ustalić, jak mu pomóc. Próbowali – to znaczy błazen myślał nad rozwiązaniem, a rycerz żalił się na chwilową niepoczytalność, której doświadczył.

Nie mając znikąd pomocy, gdyż Joachim wrócił do zarządzania interesem, Gilbert postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Tak oto znaleźli się przed domem arcywroga, a właściwie na jego tyłach, starając się dostać do małego, łaziennego okienka. Czego Sierotka miał nadzieję dokonać, kiedy już znajdzie się w środku, dokładnie nie wiedział. Miał natomiast pewność, że musi postąpić w taki właśnie sposób.

Chłopak miał bowiem tajemnicę, z której nigdy nikomu się nie zwierzył. Związana ona była ze strojem, z którym nie rozstawał się nigdy, chociaż nie miał już przymusu, aby go nosić. Był on magiczny. Gilbert dowiedział się tego jeszcze w Dunporcie i od tej pory skwapliwie korzystał z jego niezwykłych właściwości. A były one takie, że jeśli zaplanował coś złośliwego, śmiesznego lub zwyczajnie głupiego, kostium zapewniał mu pomyślność w przedsięwziętym działaniu. Im durniejszy i bardziej pokręcony planował figiel, tym większa była szansa, że się uda. Wystarczyło, że pomyślał o czymś, a jeśli przedziwny duch błazeństwa, który tkwił w czerwonych pantalonach i oślej czapce uznał to za ciekawe – dawał o tym znać brzęczeniem dzwoneczków.

Teraz zaś brzęczał jak dziki.  

Wreszcie Gilbert znalazł się na odpowiedniej wysokości. Złapał za uchyloną okiennicę, otworzył ją na oścież i po chwili był już w środku. Wyjrzał na zewnątrz. Tulio czekał na dole, nerwowo drepcząc w kółko.

– Psst…! – Świeżo upieczony włamywacz złożył dłonie w tubę i zawołał: – Idź do domu! Spotkamy się, kiedy skończę. Nic mi nie będzie.

Pulchny towarzysz niechętnie kiwnął głową i poczłapał w stronę miasta. Gilbert odetchnął. Zdecydowanie lepiej było iść dalej samemu, wiedząc, że rycerza nie będzie w pobliżu. Gotów byłby znowu zrobić coś głupiego. A nawet gdyby błazen wpadł w tarapaty i tamten chciał mu pomóc, cóż poradzi przeciwko magowi? 

W łaźni, do której właśnie wszedł Sierotka, nie było nikogo. Podszedł więc ostrożnie do drzwi i bardzo powoli uchylił je na szerokość jednego palca. Za nimi znajdował się korytarz, jak się okazało, również pusty. Wyszedł więc i stąpając ostrożnie, przeszedł po miękkim dywanie, zdobionym w czerwone kwiaty. Na ścianach, wzdłuż holu, znajdowały się obrazy. W większości były to portrety. Ludzie patrzący na skradającego się chłopaka podobni byli do właściciela domu. Mężczyźni uwiecznieni zostali w jednej pozycji – zacierając ręce – jakby gest ten nieodłącznie towarzyszył wszystkim pokoleniom Goldsztajnów, od początku ich istnienia. Mieli długie pejsy i często nosili gęste brody. Kobiety przedstawione na obrazach również wykazywały pewne wspólne cechy. Szczególnie okazałe nosy rzucały się w oczy.

Gdy zaszedł do końca korytarza, stanął przed półokrągłymi schodami. Wybór drogi okazał się jednak całkiem prosty, gdyż na dole dostrzegł światło. Nie chcąc spotkać się z gospodarzem, obrócił się na pięcie i powędrował na górę. Stanąwszy przed ciężkimi drzwiami, zaparł się mocno i pchnął.

Znalazł się w pracowni czarodzieja. I chociaż nigdy nie widział żadnej pracowni na oczy, o pomyłce nie mogło być mowy.

Zobaczył liczne półki, zapełnione po brzegi książkami. Gilbert nigdy nie widział naraz tak wielu tomów, a od kurzu i charakterystycznego zapachu zakręciło mu się w nosie. Z boku, pod malutkim, okrągłym okienkiem stało biurko. Leżało na nim mnóstwo papierów, pióro z kałamarzem, cyrkle i inne precyzyjne narzędzia, których przeznaczenia błazen nawet się nie domyślał. Nie to jednak stanowiło rzecz najdziwniejszą. Najdziwniejsza była postać na środku pokoju.

Golem. Identyczny z tym, który stał na arenie, jednakże znacznie mniejszy. Ulepiony, co Gilbert stwierdził po pobieżnym badaniu, z gliny. Wokół niego zaś, wyrysowane na podłodze, mieniły się niebieskawym blaskiem koła, pentagramy i geometryczne zawijasy rozmaitych kształtów. Trudno było nie zauważyć kunsztu i niespotykanego piękna, jakie przedstawiała sobą ta nietypowa plątanina rysunków – zdawały się żyć i przesuwać przed oczami. Hipnotyzowały. Sierotka stał i wpatrywał się w zjawisko z zachwytem.

Póki z odrętwienia nie wyrwał go nagły krzyk.

– Hej, ty!

***

– Ja? – palnął głupio i odwrócił się. Za plecami nie miał jednak nikogo. Pokój był pusty. Zamknął więc drzwi i rozejrzał się czujnie.

– A widzisz tu kogoś innego, ośle?

Tym razem udało się zlokalizować źródło dźwięku. Błazen zrobił kilka ostrożnych kroków i stanął przed… obrazem. Przedstawiał on Jonasza, choć dużo starszego i ubranego w długą, czarną szatę. Pod pachą trzymał księgę i uśmiechał się chytrze. Płótno było przedarte w połowie. Co ciekawe, mężczyzna ruszał się i zacierał ręce.

– Pożyczyć ci pieniądze? – zapytał i znieruchomiał.

Sierotka zdębiał. Potem niepewnie, pokręcił głową.

– To co, do cholery, robisz w mojej pracowni!? – ryknął nagle tamten i zaczął wymachiwać pięścią. – Wynoś się z tego domu, ty kupo błazeńskiego łajna!

– Ćśśś…! – syknął Sierotka i złapał się za głowę. – Błagam, uspokój się pan!

Ku jego uldze, postać z obrazu rzeczywiście zamilkła i spojrzała podejrzliwie.

– Co ty tu właściwie robisz, mały?

– Ja… Eee…

– Taak?

– Chodzę sobie. – Tutaj wyszczerzył się głupio. – Ty jesteś Jonasz Goldsztajn?

– Chyba zdurniałeś do reszty, chłopcze, że bierzesz mnie za tego rybiego chuja, tfu! – wrzasnęło malowidło w odpowiedzi. – Nie. Jestem jego dziadkiem, jeśli musisz już wiedzieć. Mam na imię Baltazar.

– A ja jestem Gilbert Sierotka, ale wołają na mnie Pupiec, gdyż wszystko mam w tyle. – Ukłonił się nisko, brzęcząc czapką.

Mag popatrzył na błazna, szarpiąc się za brodę. Lustrował go i mruczał coś do siebie, niezdecydowany. W końcu wycelował krogulczy palec i wycharczał:

– Właściwie to możesz mi pomóc, Gilbercie Sierotko. Zamknij się – warknął, gdy chłopak otworzył usta, aby coś odpowiedzieć. – Może i żyję na płótnie, ale nie jestem głupi. Wszedłeś tutaj w środku nocy. Mój upośledzony wnuk nigdy nie wpuściłby cię do pracowni, więc musisz być złodziejem. A skoro włamałeś się tutaj, możesz szukać tylko jednej rzeczy. Chcesz wygrać z Olbrzymem, co, gnojku?

Gilbert kiwnął tylko głową.

– Widzisz, ja i mój wnuczek nie dogadujemy się zbyt dobrze. Właściwie to wcale. Życzę mu wrzodów na dupie i stu lat nieszczęścia za to, co mi zrobił.

– A co takiego zrobił, wasza szacowność?

– Zabrał mi żonę – burknął Baltazar i wskazał na miejsce, w którym płótno zostało zerwane. – Schował ją gdzieś w posiadłości i nie chce oddać, mały zasraniec. Zaszantażował mnie, żebym powiedział, jak to zbudować. – Wskazał na glinianego golema. – A teraz trzęsie miastem i bawi się we władcę. Moim kosztem! – krzyknął rozwścieczony. – Jeśli ją znajdziesz, złodzieju, przyrzekam, że powiem ci jak pokonać bestię. Z przyjemnością utrę nosa mojemu wrednemu potomkowi.

***

Gdy Gilbert schodził półokrągłymi schodami, miał mieszane odczucia. Z jednej strony ciężko było mu uwierzyć we własne szczęście. Jeśli żona wulgarnego maga rzeczywiście jest gdzieś w domu, a wszystko wskazywało na to, że jest tak w istocie, to jego zadanie stało się nagle całkiem wykonalne. Znajdzie sposób na pokonanie golema i pomoże Tuliowi. Obawiał się jednak spotkania z gospodarzem. Nie miał ochoty spędzić reszty życia jako gadający obraz, a podobna perspektywa zdawała się być realna, jeśli da się złapać. Szedł więc bardzo ostrożnie.

Gdy dotarł na parter, stanął przed drzwiami spod których sączyła się linia światła. Co jakiś czas padał na nią cień, co znaczyło, że po drugiej stronie Jonasz chodził po pokoju. Gilbert przyłożył ucho do drzwi.

 – Podałeś mu eliksir, tak jak ci kazałem? – Usłyszał starcze rzężenie.

– Tak, panie. Zadziałał wybornie! – odpowiedział ktoś inny. Brzmiał znajomo. – Kiedy już napoiłem go naparem, sam zapragnął zmierzyć się z Olbrzymem. Stało się tak, jak chciałeś.

– Dobrze. Tłum pragnie igrzysk. Musimy zapewnić golemowi rycerzy.

– Oczywiście, mój panie. Czy dobrze się spisałem? – zaskomlał głos.

– Tak. O co chcesz mnie prosić?

– Malutką ulgę, mój dobrodzieju. Interes ledwo się trzyma, nie mogę już podnosić ceny piwa, klienci odchodzą! – żalił się człowiek. – Odpuść mi trochę, zacny Jonaszu. Daj żyć!

Gilbert odjął ucho od drzwi i popukał się po czole. Joachim! Wredny, mały oberżysta wlał do piwa eliksir, po którym Tulio wyzwał Olbrzyma na pojedynek. Cała afera od początku wydawała się podejrzana. Czy powinien powiedzieć o tym rycerzowi? A jeśli nie, to jak inaczej załatwić sprawę?

Rozmyślania przerwał dźwięk zbliżających się kroków. Sierotka rzucił się pod schody, trzymając za dzwoneczki na czapce. Drzwi otworzyły się i wyszli Jonasz z Joachimem. Pierwszy szedł przez korytarz energicznym krokiem, trzymając w dłoni lampę, drugi zaś wlókł się za nim, starając się równocześnie dotrzymać kroku i kłaniać się w pas.

Gdy tylko oddalili się na bezpieczną odległość, błazen wpadł do pomieszczenia i rozejrzał się uważnie. W pokoju znajdował się kominek, nad nim zaś wisiał obraz. Gilbert uśmiechnął się. Płótno było przerwane w połowie.

***

– Czemu tak długo zwlekałeś? – narzekała kobieta, trzymając się pod boki. – Pewnie dobrze ci było marnotrawić czas na lepieniu glinianych bałwanów, zamiast spędzać go z żoną, co?

– Na litość bogów, kobieto! – wybuchnął Baltazar. – Czy ty nigdy nie możesz docenić, kiedy coś dla ciebie robię? Trzeba było zostawić cię tam w cholerę. Bodaj byś zgniła nad tym kominkiem.

– Ooo, więc będziemy rozmawiać w taki sposób?

– Nie, nie będziemy, bo mam cię dosyć!

– Właśnie, że będziemy, Baltazarze, właśnie teraz mam ochotę porozmawiać. Powiedz mi, czyj to był durny pomysł, żeby mówić naszemu wnukowi…

– Em… przepraszam? – wtrącił niepewnie Sierotka.

– Tak, złociutki? – Kobieta obróciła się w jego stronę.

– Nie chcę państwu przeszkadzać. Na pewno macie dużo do przedyskutowania i w ogóle… Ale pan Baltazar… tego… obiecał mi powiedzieć jak zniszczyć golema. I jeśli można…

– Po prostu weź kredę i napisz coś w tym złotym kwadracie, pod znakiem אמת. Cokolwiek napiszesz, prawdziwy Olbrzym wykona. Baw się dobrze, kochanie.

Gilbert podziękował głębokim ukłonem i pochylił się nad wskazanym miejscem. Potem zmazał słowo, które tam znalazł i zastąpił je innym.

Zadowolony, brzęknął dzwonkami i wyszedł z pokoju.

***

 – Zaufaj mi, wszystko będzie dobrze.

Tulio siedział w siodle i trząsł się cały. Od areny dzieliła go zaledwie stalowa krata, która już podnosiła się z klekotem łańcucha. Spojrzał na Gilberta błagalnie.

– Masz, napij się. To eliksir siły, sprawi, że powalisz drania jednym kichnięciem.

Rycerz odebrał butelkę i pociągnął solidny łyk.

– Smakuje jak bimber.

– Nawarzyłem go tak, żeby bardziej ci smakował. A teraz pokaż im, bohaterze!

Klepnął konia po zadzie i nim jeździec zdążył ponownie zaprotestować, znalazł się na zewnątrz. Powitał go ryk tłumu, spragnionego krwi.

Herold zaczął anonsować.

Gdy skończył, roztrzęsiony rycerz złapał kopię, pochylił się nisko w siodle i rozpoczął szarżę. Ziemia zadrżała…

***

Tymczasem w głowie Olbrzyma zrodziła się błyskawica.

Wypadła z przepastnego czoła i powędrowała ścieżkami wzdłuż kręgosłupa. Stalowe ciało zajaśniało wewnątrz niebieską energią, a iskry posypały się kaskadami.

Magia wybrzmiała nieznanym dotąd słowem:

PUPA

***

Gdy czubek kopii dotknął stalowego pancerza, tłum zamarł. Golem przyjął uderzenie i przez kilka trwających w nieskończoność sekund, stał nieruchomo. Potem zaś przechylił się na pięty i z majestatem padającej góry lodowej, bardzo powoli usiadł.

W to, co się wydarzyło, nie wierzył nikt.

I być może trwaliby tak, zastygnięci w zdziwionej miniaturze: rycerz, tłum i pewien złośliwy kabalista, gdyby na arenę nie wyskoczył błazen. Podszedł do osłupiałego zwycięzcy, pogwizdując wesoło i co jakiś czas przeskakując figlarnie z nogi na nogę. Był wyraźnie zadowolony. Gdy zaś stanął obok Tulia, złapał jego opancerzoną rękę, uniósł ją i krzyknął:

– Niech żyje król!

Lud oszalał. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zdjęte zostały okowy zdumienia i ciszy. Naraz rozpętało się piekło, które później wspominane było jako największy festyn w dziejach Fangorii.

Legendarny festyn.

***

– Jesteś pewien, że to dobry pomysł?

Król stał ze skrzyżowanymi rękami i przyglądał się krytycznie Jonaszowi.

Ten zaś, ubrany w czerwone pantalony, miękkie baletki, wyszywaną w kolorowe trójkąty kurteczkę oraz oślą czapkę, szarpał za dzwonki na głowie i tupał ze złością. Tłum wył z uciechy, gdy biedak miotał się po niegdysiejszej arenie, teraz przebudowanej na teatralną scenę. Naprzeciwko niego stał zaś Joachim. Przebrany za stalowego golema, pobrzękiwał elementami zbroi i od czasu do czasu wymierzał błaznowi kopniaka, sądząc po włożonym w uderzenie entuzjazmie – całkiem solidnego.

– Tak – odpowiedział Gilbert i uśmiechnął się, przyglądając się zmaganiom.

– Nie zażądałeś wiele za to, czego dla mnie dokonałeś – stwierdził Tulio. – Możesz mieć, cokolwiek zechcesz.

– Dom wystarczy. – Chłopak uśmiechnął się i włożył do ust garść bobu. – Myślę, że będę tutaj całkiem szczęśliwy.

Koniec

Komentarze

Opowiadanko łatwe, lekkie i przyjemne. Nawiązania całkiem fajnie połączone (Don Kichot, golem). Większych błędów nie zauważyłem, a nie bawi mnie ślęczenie i wyszukiwanie literówek, czy brakujących przecinków. W tym się lepiej Reg sprawdza i nie zamierzam jej w tym wyręczać ;)

Konkursu pewnie nie wygrasz, bo historyjka trochę banalna, spodziewałem się więcej humoru zgodnie z zapowiedzią, a trochę go przymało, no a przy takiej opowiastce można było zaszaleć pod tym względem. Pewne nieścisłości (może trochę moje czepialstwo), bo napomknąłeś o cudownych właściwościach stroju błazna, a włamanie do Jonasza Goldstajna raczej żartem nie było. No chyba że ta pupa golema, ale gdzie tu rozdzwonione dzwoneczki. No i puenta lichutka.

Podsumowując, nie jest źle, ale mogło być lepiej.

Opowiadanko łatwe, lekkie i przyjemne.

Cieszę się zatem :). Takie miało być. 

Większych błędów nie zauważyłem

Jeśli widzisz mniejsze, to powiedz, poprawię. 

 

historyjka trochę banalna, spodziewałem się więcej humoru zgodnie z zapowiedzią, a trochę go przymało, no a przy takiej opowiastce można było zaszaleć pod tym względem.

Szkoda, że odebrałeś historię jako banalną, nie miała taka być. Może następnym razem będzie więcej humoru, jeśli uważasz, że go brakło :). 

 

Pewne nieścisłości (może trochę moje czepialstwo), bo napomknąłeś o cudownych właściwościach stroju błazna, a włamanie do Jonasza Goldstajna raczej żartem nie było.

No jak to, przecie upupił Jonaszowi golema, to największy żart jaki się w tym królestwie wydarzył od… zawsze :). 

 

No i puenta lichutka.

Pytam z ciekawości – jaka ona jest, według ciebie, i co w niej lichego? 

 

Podsumowując, nie jest źle, ale mogło być lepiej.

Dzięki, że przeczytałeś i skomentowałeś :).

Sympatyczny tekst. Bez szału, ale w porządku.

Bohaterowie trochę stereotypowi – błazen, błędny rycerz. Z drugoplanowych: karczmarz, burmistrz. Takie ucieleśnienie cech poszczególnych zawodów i nic ponadto. No, jeden Pupiec ma jakieś cechy szczególne.

Spodobało mi się nawiązanie do legendarnego golema (ciekawe podejście konkursowe). Doceniam też Don Kichota i Dyla Sowizdrzała, którego pełen tytuł również zaczyna się od słowa “legenda”. :-)

Mniej mi się podobał rasistowski wydźwięk. No, niby golem to żydowski wynalazek, ale mimo wszystko…

Fabuła też nie powala błyskotliwością, ale jest w normie. Taka solidna czwórka.

Napisane całkiem przyzwoicie, acz trafiają się drobiazgi.

Gilbert puścił oślą uzdę i wywinął hołupca,

I edytor tego nie podkreślał?

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarz, Finklo. 

 

Sympatyczny tekst. Bez szału, ale w porządku.

Skupię się na pierwszym zdaniu i powiem, że się cieszę :).

 

Mniej mi się podobał rasistowski wydźwięk.

Tekst nie jest rasistowski. 

 

I edytor tego nie podkreślał?

Nie! Dzięki za czujność :)

 

Zmień edytor. ;-)

Nie mówię, że jest rasistowski, ale takie jakieś miałam niemiłe wrażenie. Nie lubię obwiniania zewnętrznych sił za to, że źle się dzieje w krainie. Żydzi od wieków są wdzięcznym celem różnych zarzutów. Że zatruwają studnie, że lichwiarze, że spiskują, że prowadzą karczmy i rozpijają ludność. Wystarczy wypędzić/ zagazować i zrobi się tak pięknie… No, ile można w kółko tak samo? Fakt, ostatnio pojawiły się urozmaicenia: masoni, cykliści, wegetarianie… Wkurza mnie takie myślenie. A Twoim bohaterom jest do niego dziwnie blisko.

Babska logika rządzi!

Moi bohaterowie mają bardzo konkretny powód żeby obwiniać kabalistę. Ten powód jest wielki, stalowy i zabija każdego, kto próbuje zmienić porządek rzeczy ;).

Tak, to rozumiem. Znam nawet związek między Żydami a golemami, więc wybór antagonisty chyba musiał być taki. Dlatego nie czepiam się bardzo mocno. W końcu kliknęłam, nie?

Babska logika rządzi!

Wiem, dziękuję :). 

A tak na poważnie – nie piszę tekstów z podtekstami ideologicznymi, politycznymi czy światopoglądowymi. Mam poglądy, ale nie przekazuję ich w opowiadaniach. 

Fajny tekst, jak już napisano – lekki, zabawny, przyjemny. Błędów nie zauważyłem.

Puenta rzeczywiście mogłaby być lepsza. Trudno mi stwierdzić, co oznacza “lepsza”… Może gdyby nawiązywała do całej wcześniejszej historii Gilberta, a nie tylko zajścia z golemem? Nie ma w niej też niczego zaskakującego, takie ot, zwyczajne zakończenie. Ale to tylko takie moje spekulacje, w każdym razie pozostał mi pewien niedosyt.

Co do wspomnianego w komentarzach kabalisty – trochę zdziwiło mnie, że wrzuciłeś do świata fantasy postać o realnie istniejącej narodowości (nawet jeśli nie nazwałeś jej wprost ;)), zwłaszcza, że brak w tekście wzmianek o jakichkolwiek innych nacjach. Niby wiąże się z golemem, ale nie sądzę, żeby jakimkolwiek uchybieniem było wykorzystanie w opowiadaniu golema, nie odnosząc się do jego “pochodzenia”.

Tak czy inaczej – opowiadanie zasługuje na klika, którego właśnie zgłaszam.

 

Pewne nieścisłości (może trochę moje czepialstwo), bo napomknąłeś o cudownych właściwościach stroju błazna, a włamanie do Jonasza Goldstajna raczej żartem nie było.

Tutaj broniłbym autora, bo przecież:

A były one takie, że jeśli zaplanował coś złośliwego, śmiesznego lub zwyczajnie głupiego, kostium zapewniał mu pomyślność w przedsięwziętym działaniu.

Włamanie do Goldstajna spełnia co najmniej 2/3 warunki. ;)

 

Edit: miałem podobne niemiłe wrażenie jak Finkla, ale przyjmuję Twoje wyjaśnienia w komentarzach.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Pomysł, choć nie powala oryginalnością, okazał się na tyle niezły, że powstało całkiem przyjemne opowiadanie, a jego bohaterowie, mimo kłód rzucanych im pod nogi, potrafili nie tylko wybrnąć z opresji, ale przy okazji także rozbawić. ;)

 

Z nieba le­ciał sąż­ni­sty deszcz… –> Na czym polega sążnistość deszczu?

 

Na­sta­ła nas w dro­dze pora po­sił­ku… –> Na­sta­ła nam w dro­dze pora po­sił­ku… Lub: Za­sta­ła nas w dro­dze pora po­sił­ku

 

pierw­szy raz zda­rzy­ło się żeby za­wod­nik gwiaz­do­rzył. –> Gwiazdorzenie zupełnie mi tu nie pasuje, albowiem to słowo zbyt współczesne.

 

Oglą­da­ją­cy za­rze­ka­li się póź­niej, że była to naj­pięk­niej­sza szar­ża jaką oglą­da­li… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Tulio nie od­po­wie­dział od razu, po­świę­ca­jąc pierw­szą uwagę na za­spo­ko­je­nie pra­gnie­nia. –> Raczej: …po­świę­ca­jąc pierw­ej uwagę za­spo­ko­je­niu pra­gnie­nia.

 

Tak tra­fi­li do Wol­ne­go rynku, obe­rży scho­wa­nej… –> Tak tra­fi­li do Wol­ne­go Rynku, obe­rży scho­wa­nej

 

Na ścia­nach, wzdłuż całej dłu­go­ści holu… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

sta­nął przed pół okrą­gły­mi scho­da­mi. –> …sta­nął przed półokrą­gły­mi scho­da­mi.

 

Gil­bert nigdy nie wi­dział na raz tak wielu tomów… –> Gil­bert nigdy nie wi­dział naraz tak wielu tomów

 

Od areny dzie­li­ło go za­le­d­wie kilka me­trów chod­ni­ka… –> Skąd w tym świecie znano metry?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczna bajka! Stereotypowa, z pewnymi ciekawymi wariacjami (hm, pupa, Don Kichot). Trochę może wstęp przydługi. Bardzo sprawnie napisana, płynnie i gładko się czyta.

Moje uwagi:

– “Nastała nas w drodze pora posiłku i nie ruszy się, póki nie zje obiadu” pora posiłku się nie ruszy ;)? i raczej “zastała nas”;

– “przed pół okrągłymi schodami” – błąd: “półokrągłymi”, jeszcze gdzieś dalej też jest.

 

Ogólnie – nadaje się do zbioru przypowieści ludowych, ale daje sporą frajdę podczas czytania :)! 

 

EDIT: Bogini mnie ubiegła :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ey Lobo Muymalo, dziękuję za wizytę, klik i miły komentarz. Bardzo się cieszę, że tekst przypadł ci do gustu. Jeśli miło spędziłeś czas na lekturze, a przy okazji uśmiechnąłeś się parę razy to jestem bardzo zadowolony z efektu. 

 

Reg, jak zawsze miło, że zajrzałaś. Cieszę się, że uznałaś opowiadanie za przyjemne, a łapanka okazała się raczej krótsza, niż dłuższa. Zaraz na spokojnie przejrzę wszystkie wymienione usterki i wprowadzę poprawki, jeśli się z nimi zgodzę. Będę jedynie pyszczył przy słowie “gwiazdorzyć”. Przyjąłem przy pisaniu założenie, że jeśli słowo nie do końca zgadza się z konwencją fantasy, ale jest zabawne, to i tak należy je wprowadzić. Czasownik “gwiazdorzyć” uznaję za taki właśnie przypadek. 

 

Staruchu, mimo że Reg już zdążyła Cię ubiec, cieszę się, że nie tylko poświęciłeś czas na lekturę tekstu, ale jeszcze pochyliłeś się nad usterkami. Podziwiam wytrwałość w komentowaniu, przeczytałeś chyba wszystkie legendarne opki ;). Fajnie, że uznałeś tekst za ciekawy i sympatyczny. 

Łukaszu, to Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Łukasz, zapomniałem jeszcze dodać – podobał mi się też klimat przywodzący na myśl ludowe legendy, a fabułę skonstruowałeś ciekawie i miałem takie fajne odczucie, że wszystkie jej elementy były przemyślane i do siebie pasują (mimo mojej uwagi odnośnie zakończenia :)).

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Dziękuję :)

Fajne, lekkie, przyjemne :) Przyjemna lektura do obiadu, choć może niekoniecznie zostanie ze mną na dłużej. Jednak klika do Biblioteki jest definitywnie warta.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo dziękuje, NoWhereMan. :)

Dużo w tym ludowości. Może się podobać. Konkretne odwołanie do tematu.

Wpadły mi w oko przecinki: 

Więcej – pierwszy raz zdarzyło się[+,] żeby zawodnik gwiazdorzył.

– Możemy mówić swobodnie? – zapytał karczmarz, stawiając trzy[-,] wypełnione po brzegi kufle.

– Musisz uważać[+,] kogo tu sprowadzasz, przyjacielu!

Wyobraziłam sobie błazna skradającego się po domu maga – z “brzęczącymi jak dzikie” dzwoneczkami ;)

Dla mnie ten spisek karczmarza z Jonaszem w zasadzie nie jest w ogóle potrzebny. Ludzie pod wpływem alkoholu zachowują się dziwacznie sami z siebie przecież ;)

Ogólnie taka lekka, zabawna opowiastka.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Ale spisek stanowi dodatkowy smaczek – jeszcze mocniej życzy się bohaterom zwycięstwa, skoro ich łajza-karczmarz oszukał.

Babska logika rządzi!

Mi też się spisek podobał. Sam alkohol byłby wyjaśnieniem może wystarczającym, ale jednak odrobinę naciąganym (żeby się zaraz na śmierć pchać ;)).

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Finkla i El Lobo Muymalo – obrońcy spisku ;))))))

Mnie nie przeszkadzał, ale i nie był potrzebny. Musiałam się przecież odnieść do treści ;)

Znam tylko pięć liter ;)

No, ktoś musi być ten zły, żeby lepiej było widać, jaki protagonista jest szlachetny. ;-)

Babska logika rządzi!

double_mama, dziękuję, że przeczytałaś i zostawiłaś komentarz :). 

 

Anet, bardzo się cieszę, że wpadłaś. Co do spisku – myślę, że fabuła powinna od czasu do czasu skręcić w nieoczekiwanym miejscu, żeby utrzymać czytelnika na palcach. Poza tym, jak napisał El Lobo Muymalo, sam alkohol byłby chyba niezbyt zręcznym posunięciem, żeby pchnąć fabułę do przodu. Można się upić, ale żeby od razu pchać się na pewną śmierć, to chyba przesada :). Poza tym, jak napisała Finkla, łatwiej kibicować bohaterom, którzy zostali tak podle oszukani ;). Rozumiem, że piwo się chrzci trochę dla dobra interesu, ale żeby od razu magicznymi naparami? To już podłość :).

Dziękuję serdecznie za klik, bardzo się cieszę :).

Ja też się cieszę ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi:

 

Wycentruj gwiazdki i oddziel od tekstu ;)

Dziecko przeżyło i wiodło od tego czasu smutny żywot sieroty. Wychowywany w przytułku, wyśmiewany i wytykany ze względu na niezwykłe okoliczności narodzin, doczekał się nowego imienia. ← wychowywany nie pasuje ani do podmiotu, jakim jest dziecko, ani do sieroty. Brakuje nowego podmiotu lub zmiany formy.

Zakończona trzema oślimi uszami, z których zwisały jak pąki kwiatów metalowe dzwoneczki, które pobrzękiwały wesoło przy każdym ruchu.

Udekorowany w ten sposób nieszczęśnik zamknięty został w dużej klatce, którą umiejscowiono na środku rynku.

nie zareagował nawet(+,) gdy odpięto mu z rąk i nóg grube łańcuchy. ← przed gdy zawsze przecinek, podobnie tu:

jego ramię nie zadrżało(+,) gdy opuszczał kopię

co to za chory pomysł(+,) żeby walczyć z tym

między Galadrię, a Północną Truvię

– Widzisz(+,) mały – podjął tamten

a jeśli przedziwny duch błazeństwa, który tkwił w czerwonych pantalonach i oślej czapce(+,) uznał to za ciekawe

Mnóstwo było na nim papierów, pióro z kałamarzem, cyrkle i inne precyzyjne narzędzia, których przeznaczenia błazen nawet się nie domyślał. Nie to jednak było najdziwniejsze. Najdziwniejsza była postać na środku pokoju.

Był to golem. 

Potem niepewnie, pokręcił przecząco głową.

– To co(+,) do cholery(+,) robisz w mojej pracowni!?

Chyba zdurniałeś do reszty(+,) chłopcze, że bierzesz

Zamknij się – warknął, gdy chłopak otworzył usta, aby coś odpowiedzieć(+.) – Może i żyję

Chcesz wygrać z Olbrzymem, co(+,) gnojku?

że Jonasz po drugiej stronie, chodził po pokoju. ← że po drugiej stronie Jonasz chodził po pokoju

Pewnie dobrze ci było marnotrawić czas na lepieniu glinianych bałwanów, zamiast spędzać czas go z żoną, co?

Ooo(+,) więc będziemy rozmawiać w taki sposób?

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Podobało mi się bardzo, bardzo. Pupiec Sierotka (imię jest wspaniałe) to tak charakterystyczna postać, że aż nie da się jej nie lubić. Historia jest naprawdę sympatyczna, pozwala się wciągnąć. Zarzut do końcówki podzielam z poprzednikami, nie utrzymała poziomu reszty tekstu.

Styl przypadł mi do gustu. Czytało się lekko i z uśmiechem. Zdarzały mi się tylko zdania, jakby oderwane, nie pasujące do reszty. Np:

dawał o tym znać brzęczeniem dzwoneczków.

Teraz zaś brzęczał jak dziki.  

Powtórzenie, jak rozumiem, celowe, ale dziki brzęczą? Domyślam się, że to taki humorystyczny skrót myślowy, ale ani mi tu nie pasuje, ani nie trzyma klimatu reszty. Jednak to drobiazgi, bo sam tekst jest super.

Dodatkowo nie jestem przeczulony na temat dyskryminacji, rasizmu, ksenofobii i innych obii, więc Jonasz pasował bardziej niż bardzo. Pejsaty w pełnej stereotypowej krasie jest piękny. Można zachować dystans i po prostu dobrze się bawić podczas czytania. :)

Naz, dzięki za czujną lekturę. Czekam na komentarz fabularny :).

 

ac, dziękuję, że przeczytałeś, cieszę się mocno, że opowiadanie przypadło do gustu, jak również, że nie dałeś się ponieść powszechnej poprawności i zwyczajnie cieszyłeś z humoru ;). 

 

Co do zaznaczonego zdania, to brzęczał duch błazeństwa. A brzęczał jak dziki tzn. w dziki sposób. Leśne dziki się nie pojawiły :).

Bardzo fajne. Lekko napisane, toteż czytało się w trymiga. Filozofia życiowa Pupca wydaje się całkiem niegłupia. Do tego ciekawe motywy żydowskie, zabawa stereotypami. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

SzyszkowyDziadku, cieszę się zatem ;). Dzięki za wizytę i komentarz.

Jak nie przepadam za mottami w fantastyce (jakoś mi to przemieszanie porządków nie leży), tak sam fakt cytowania de Costera mnie ujął ;)

A opowiadanie całkiem sympatyczne jak na lekką fantasy, sowizdrzalstwo nawet nieźle wyszło, zabawa różnymi tradycjami też.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

drakaina, bardzo się cieszę. Fajnie, że ci się podobało i zostawiłaś komentarz. 

Bardzo fajne opowiadanie. Barwne, wciągające, zabawne i naprawdę bardzo sympatyczne, wywołało uśmiech na twarzy i już go na niej pozostawiło :) Mam wprawdzie jeden mały zarzut treściowy, ale to kiedy indziej, bo trwa konkurs. Póki co, pierdółki techniczne: “stanął pod drzwiami, spod których sączyła się linia światła” – zrozumiałe, o co chodzi, ale jednak nie bardzo mi to jakoś, językowo, ta sącząca się linia ;) Może trochę inaczej to ująć? I druga pierdółka: “trzymając za dzwoneczki na czapce”… może raczej np.:“przytrzymując dzwoneczki”, albo “chwytając dzwoneczki”?…

Blue_Ice, bardzo się cieszę, że opowiadanie wywołało uśmiech na twarzy. Twój komentarz uczynił to samo ;). 

Co do technikaliów: ze zdania o sączącej się linii światła jestem zadowolony, podoba mi się, wydaje mi się barwne. Dlatego zostawię. Jeśli chodzi o trzymanie i przytrzymywanie to nie widzę różnicy. :)

Dołączam do Blue_Ice – linia nie może się sączyć, światło czy poświata natomiast jak najbardziej.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@autor – no pomiędzy samymi tymi pojedynczymi słowami istotnie, różnica niewielka, ale też i mnie nie o tę różnicę chodziło. Nie będę jednak dalej argumentowała, rób jak uważasz :)

Pod drzwiami jest linia światła. Ta linia rozpływa się dalej, czyli sączy, rzucając światło na dalsza część podłogi. Sączy się samo światło, ale linia dalej jest, dlatego wyszło, że “sączy się linia światła”. Nie upieram się jakoś mocno, ale wciąż wydaje mi się, że nie ma tu niezręczności.

Linia jest, ale to nie ona się sączy, tylko światło. Jest linia i sączące się światło – ono już nie jest linią. I to nie linia się sączy, ale światło, które jak się sączy, to już nie jest linią. Nie wiem, jak jeszcze ująć tę ontologiczną kwestię ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jest linia, która jest światłem. Światło się sączy. A jeśli linia i światło są tym samym, to linia się sączy :).

Ten błąd rozumowania opisał już bodaj Arystoteles. Linia i światło nie są tym samym – linia jest tylko tym, jak światło widzimy, jego kształtem, powiedzmy. Jak światło się rozlewa/sączy, to przestaje być linią (=być widoczne jako linia), a staje się figurą geometryczną zazwyczaj czworokątną.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ale w takiej sytuacji jak w tekście, widoczna jest zarówno linia, jak i plama światła przed nią. 

Ale to tak czy siak nie linia się sączy, ale światło… Linia w ostateczności może się w coś rozlewać (w inny kształy), ale nie sączyć, nie ten frazeologizm. Choć i tak lepiej, żeby rozlewało się też po prostu światło. Sorry, taki mamy język.

 

Stanął pod drzwiami, pod którymi widniała linia światła, rozlewającego się na pokój. Stanął pod drzwiami, spod których sączyło się światło, widoczne jako jasna linia na tle mroku.

 

 

 

 

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo fajne, lekkie opowiadanko – ubawiłem się setnie!

To dlaczego gwiazdek dałaś tak mało? Tak z ciekawości pytam…

Babska logika rządzi!

Faktycznie za mało – poprawiłem się – naciskam te gwiazdki – strona miga i dostaję oczopląsów.

Czytam inne teksty konkursowe i przez niektóre z nich po prostu nie mogę się przebić. Zerknęłam do Twojego i wsiąkłam. Prosta humorystyczna historyjka, właśnie taka, jak lubię. Nieźle się bawiłam, czytając o perypetiach Pupca. Fajne nawiązanie do golema i chłopaków z pejsami. ;)

Zgrzytnęła mi tylko jedna rzecz:

Przez całą noc sikał na wycieraczki,

Pojemny miał pęcherz skubaniec. ;)

Tu parę kropel, tam parę i starczy… Nie żebym miał w tej kwestii doświadczenie.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

AQQ Ja bym się o to sikanie nie czepiał – jeśli starczyło mu na 2 wycieraczki przez całą noc, to już wyczerpuje liczbę mogą. To humanistyka jest nie będziemy każdej kropli liczyć :)

Ja się tam nie znam. Podobnie jak El Lobo nie mam w tej kwestii doświadczenia.

Zrozumiałam, że latał po całym mieście i sikał na wszystkie wycieraczki. A tak w ogóle, to czy oni tam mieli wycieraczki? ;P

 

Edit: Macit, zdecyduj się, czy jesteś w końcu facetem czy kobietą, bo jak zauważyłam komcie piszesz raz tak a raz tak, a w profilu stoi jak byk, że kobita. :P

Tak się zapisało przy rejestracji i nie potrafię tego zmienić. AQQ czy robi Ci to różnicę czy z kobitą czy facetem gadasz? Jeśli pisze z telefonu to najpierw słownik sugeruje rodzaj żeński i czasem to mogę przeoczyć. Na marginesie, czuje się przez to dyskryminowany przez jedną amerykańską firmę z niedojedzonym jabłkiem w logo.

W każdej chwili możesz edytować profil i zmienić płeć. ;)

AQQ, cieszę się, że opowiadanie odebrałaś jako ciekawe i przyjemne :). 

 

Tu parę kropel, tam parę i starczy… Nie żebym miał w tej kwestii doświadczenie.

Umarłem :D. Nie wiem, prawdę powiedziawszy, jak pojemny jest pęcherz Pupca, ale jeśli realizm nie zgadza się z humorem, to tym gorzej dla realizmu, a złośliwy błazen, latający po mieście z opuszczonymi pantalonami i sikający ludziom pod drzwiami, wydaje mi się zabawnym właśnie ;). 

 

Macit, cieszę się, że ci się podobało i że zostawiłeś komentarz. Telefon sugeruje najpierw rodzaj żeński? Ta poprawność :). 

Wy wiecie, jak wolno chodzi się z opuszczonymi portkami? Nie, żebym miała w tej kwestii doświadczenie… ;-)

Babska logika rządzi!

Chyba, żeby rzeczywiście latał, wtedy nawet mogłyby mu powiewać :P Nie tylko pantalony, zresztą ;)

– Finkla -Przecież jak się człowiek orientuje, że zabrakło papieru, to już zwykle jest po wszystkim. Pośpiech wtedy jest zbędny ;)

Ta jakoby prosta i zabawna historyjka nosi pod podszewką istotne przesłanie:  społeczeństwo przełknie każdą tyranię, jeśli tylko tyran zadba o zorganizowanie odpowiednio głupawej rozrywki. Dodatkowe punkty, jeśli owo igrzysko szarpnie za strunę zawistnego schadenfreude w duszach motłochu i obejmie barwny lincz na przedstawicielach elit. Gilbert i Tulio uczyli się od swych nieprzyjaciół i jak widać w epilogu, rzeletnie odrobili tą lekcję. Tak naprawdę opowiadanie jest dystopijną refleksją o cyklach władzy i mentalności rewolucyjnej. Autor kłamie w tytule. To smutna historia.

Wisielcu, dziękuję Ci za lekturę tekstu. Cieszy mnie, że znalazłeś nie tylko zabawną historyjkę, ale również coś więcej. 

Czytało się tę sympatyczną opowiastkę rzeczywiście gładko, płynnie i bez zgrzytów. Piszesz lekko i ze swobodą. Zaskakujesz in plus wieloma drobiazgami zarówno w fabule, opisach, jak i narracji. Lektura sprawiła mi przyjemność na poziomie stylu i języka, chociaż z czasem, pod koniec zwłaszcza, i styl i język, a nawet fabuła i dowcip narratora jakby leciutko straciły na jakości. Taka jakby obniżka formy czy może poziomu. Ale że startowałeś z naprawdę satysfakcjonującego dla czytelnika levelu to całość solidna i robi dobre wrażenie.

Podobnie jak Finkla miałem lekki zgryz z tym żydowskim negatywnym bohaterem i chociaż rozumiem logikę takiego doboru postaci (kabała, golem), to jednak odrobinę mi to zazgrzytało. Te opisy pejsów, zacierania rąk itd. To już mi leciutko trąciło satyrą z dziennika narodowców.

Ale sama historyjka, mimo że prosta i dosyć przewidywalna, broni się swoją bajkową sympatycznością, lekkością i delikatnym humorem. Autor mruga do czytelnika i bawi się zarówno konwencją, jak i treścią. Postacie dosyć stereotypowe, ale wcale im to nie przeszkadza. Doskonale wpisują się w klimat i odgrywają swoje role z gracją.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Fajnie, że zajrzałeś mr.marasie. Dzięki za komentarz i cieszę się, że lektura okazała się przyjemną. 

Musiałam czytać z przerwami, ale za każdym razem jak wracałam do tekstu, od płynęłam z historią Pupca Sierotki. Przyznam, że bardzo podobał mi się wstęp o narodzinach głównego bohatera – nadało świetny ton w dalszych częściach. 

Deirdriu, cieszę się zatem i dziękuję za komentarz :).

Bardzo fajnie wszedłeś, Łukaszu, w klimat opowieści sowizdrzalskiej. Do tego stopnia że byłem przekonany, że gdzieś już czytałem podobną scenę narodzin. Ale przyznaję – sięgnąłem na półkę i nie znalazłem. W ogóle w tych pierwszych fragmentach pobrzmiewa mi i “Kandyd” i “Kubuś Fatalista” i “Historia Toma Jonesa” i golemy od Pratchetta i nawet “Shrek”. Bardzo przyjemny koktajl.

Potem jest słabiej, bo odchodzisz od tej zabawy konwencją i nawiązaniami i przechodzisz do zwykłej przygodówki. Też zwróciłem uwagę na karykaturalne przedstawienie Jonasza. Ja rozumiem, że twórca golema powinien mieć pejsy, ale to chciwe zacieranie rąk, zwielokrotnione na obrazach i grube nosy to już faktycznie trąci “Protokołami mędrców Syjonu”. Nie spodobał mi się też fragment ujawniający właściwości stroju Pupca – nosi znamiona infodumpu, tyleż niezręcznego, co zbędnego. No i cały czas nie dawało mi spokoju, jak on się skradał z tymi brzęczącymi dzwoneczkami na czapce?

Sam pomysł na upupienie golema może nie najwyższych lotów, ale nawiązujący do życiowego motta głównego bohatera. Ostatnia scena nawet fajna, choć nigdzie wcześnie nie sygnalizowałeś, co jest życiowym marzeniem Pupca.

 

Bardzo fajnie wszedłeś, Łukaszu

heart

Ale przyznaję – sięgnąłem na półkę i nie znalazłem.

No wiesz Coboldzie, o plagiat mnie posądzasz :D. Zasmuciłeś mnie. 

 

Potem jest słabiej, bo odchodzisz od tej zabawy konwencją i nawiązaniami i przechodzisz do zwykłej przygodówki.

Rzeczywiście, może być to zarzut, z którym się po części zgodzę. Lecz ja lubię przygodowe opowieści, dlatego czuję, że gdybym sam był czytelnikiem tego tekstu, nie miał bym autorowi za złe podobnego zabiegu. Co kto lubi, jak sądzę. Ale rozumiem. 

 

Też zwróciłem uwagę na karykaturalne przedstawienie Jonasza.

Przewrażliwienie. Gdybym pokazał w opowiadaniu, bo ja wiem, pijanego sarmatę, co rzyga pod stołem, nikt by się nie zająknął. Gdyby ten sarmata był tłusty – zero reakcji, no może by się ktoś zaśmiał. Ale Żyd?! Aj waj, niedobrze. Gdyby był to Polak w klapkach? Chiński turysta z aparatem? Śmieszne. Ale np. gej, który straszy ludzi na ulicach biegając w skórzanych slipach? Homofobia. 

Ja się wzorem mojego bohatera, wypinam na podobne myślenie. 

Klapkami też bym się zraził, na Sarmatę ponarzekalbym, że mało oryginalny, ale Chinczyk już by mnie zaintrygował – zawsze myślałem, że ci z aparatami to Japończycy;)

Też bym obstawiała Japończyków. ;-)

Babska logika rządzi!

Gdybym pokazał w opowiadaniu, bo ja wiem, pijanego sarmatę, co rzyga pod stołem, nikt by się nie zająknął. Gdyby ten sarmata był tłusty – zero reakcji, no może by się ktoś zaśmiał.

Tak. Ponieważ skojarzyłoby mu się z Zagłobą czyli z memem o wydźwięku pozytywnym. To, jak dziś odbieramy stereotypy, zależy po części od ich oryginalnego kontekstu, po części od tego, jak były historycznie wykorzystywane, a po części od tego, jaki jest klimat hic et nunc.

Skądinąd ja na przykład sarmatyzmu nie znoszę jak mało czego, za Sienkiewiczem też nie przepadam, a jednak sama postać Zagłoby lokuje mi się w spektrum pozytywnym, oczywiście po części przez inne kulturowe powiązania, ale jednak.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Opowiadanie jest po prostu sympatyczne. Ale nic więcej. 

Oczekiwałem trochę więcej magii dzieciństwa po bajkowej otoczce. Jak w np filmie “Hook” Spielberga. Gdybym miał nadawać temu kategorię wiekową, to miałbym problem. To nie jest ani dla dzieci, ani dla dorosłych. 

Fabuła jest banalna, choć uśmiecha się pomysł magicznego kostiumu. Właściwie to postać Pupca Sierotki jest głównym atutem opowiadania i tworzy jego atmosferę. 

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Masz rację Drakaino, ale nie o to mi chodziło. Może sarmata nie był najszczęśliwszym przykładem. Chodziło mi o to, że taki mamy klimat, żeby nie dotykać tematu Żydów czy gejów inaczej niż pozytywnie, a lepiej – tolerancyjnie. I na ten stan rzeczy wypinam się jak Pupiec. 

 

Pietrku, jest to jednak opowiadanie dla dorosłych. Świadczy o tym chociażby powyższa dyskusja. Dzięki serdeczne za wizytę i komentarz. 

Całkiem sympatyczny i lekki tekst. Nie poczułem się rozbawiony, postacie są dość stereotypowe, a sama fabuła też nie należy do najbardziej wciągających. Opko jak najbardziej do przeczytania, ale też do zapomnienia. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Bardzo sympatyczne opowiadanie, Łukaszu. Napisane ładnie i z lekką nutą humorystyczną. Pierwsza część, będąca przedstawieniem Pupca, najbardziej mnie urzekła. Finałowy dowcip z golemem, choć dobrze wpasowuję się w całość, to jednak trochę za mało zaskakujący.

Reasumując – całkiem przyjemne opowiadanko. :-)

Soku, Teofilu, dzięki za nowe komentarze. 

Nadchodzę z uzupełnieniem/podsumowaniem swojego komentarza: dobrze napisane, barwne, świetna ksywa bohatera. Jest to tekst, owszem, typowo rozrywkowy, no ale w końcu główna przywołana postać to Dyl Sowizdrzał, a ten miał głównie figle w głowie :) Nie ma się tu do czego przyczepić (drobiazgi już wytknęłam za poprzednim tutaj pobytem). Miało być rozrywkowo i nie chybiło celu, a też i rodzaj zabawy przypadł mi osobiście do gustu. Czytałam z dużą przyjemnością, od początku do końca. Klarowny, wesoły “przygodowiec” ;)

Jest taki muzyczny utwór Richarda Straussa (niemiecki postromantyzm) “Ucieszne figle Dyla Sowizdrzała” – polecam posłuchać! :)

Dziękuję, Blue_Ice :).

Będę z tobą całkowicie szczera: z początku czytałam, bo konkursowe opko to chociaż zerknę. Tak do pierwszej gwiazdki trochę mi się nie chciało i jakbym nie była akurat w pracy, to chyba bym je porzuciła. Jednak cieszę się, że tego nie zrobiłam, bo jak przywykłam do całej tej “pupy”, czytało się smacznie. Sama lubię pisać raczej emocjonalnie i smutno, ale czytać wolę za to teksty lekkie i przyjemne, więc dobrze spędziłam te kilka minut i serio bardzo mi się podobało. Taki trochę Don Kichot. 

Przyczepić mogę się tylko do zakończenia, a konkretnie do ostatniego akapitu. Nie wiem, jak inaczej mogłoby się skończyć, ale czułam jakby zabrakło ci znaków – takie naprędce, byle jak najkrócej. Nie rozczarowuje, ale też nie podtrzymuje tego miłego uczucia towarzyszącego podczas lektury. 

No ale bądź co bądź tekst świetny. Powodzenia w konkursie, drogi Łukaszu! ;)

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Dziękuję LanaVallen. Cieszę się, że tekst jednak cię do siebie przekonał :).

Podobało mi się, bo takie lekkie, gawędziarskie, kojarzyło mi się z Pratchettem, zanim nie zapomniał, jak się pisze.

 

Nawet wydobyło ze mnie sensible chuckle w którymś momencie.

Podobał mi się portret i jego relacje z żoną, ale przerysowanie Żydów już mniej.

Wolałabym widzieć wyraźniejszą charakteryzację Pupca – bystrzejszego lub bardziej naiwnego, bo teraz jest taki letni trochę, ale swój urok ma ;)

Sama końcówka też bez szału – jakby nie-don-kichote po koronacji wymyślił drugiego, większego golema, to by miał Pupiec pole do popisu!

 

Fajne wielopoziomowe użycie legendy – i jej braku w wypadku królestwa.

I would prefer not to.

kojarzyło mi się z Pratchettem, zanim nie zapomniał, jak się pisze.

Przyznam bez wstydu, że mocno mi ten komentarz schlebił. 

Dziękuję za miły komentarz oraz nominację w głosowaniu :). 

Nowa Fantastyka