- Opowiadanie: Finkla - Nowy gracz na rynku many

Nowy gracz na rynku many

“Niegawariaszczim” wyjaśniam, że “Obłast’ Użasa” oznacza “Obszar Koszmaru”. Pozostałe rosyjskie słowa to na ogół przekleństwa, które można zrozumieć, bo są bliźniaczo podobne do polskich, albo domyślić się z kontekstu. Nie trzymam się sztywno reguł transliteracji, raczej  staram się oddać wymowę. Wydaje mi się, że hiperpoprawność przy wulgaryzmach wygląda dziwnie.

Zapraszam do lektury. :-)

I zniechęcam do zaczynania od komentarzy – już się namnożyło spoilerów...

Bardzo dziękuję betom. Za pozostałe w tekście błędy odpowiadam ja.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Nowy gracz na rynku many

1. Nadejście chudych miesięcy

 

Wołodia, przywódca „Obłasti Użasa”, krążył po gabinecie jak wietrzący juchę tygrys po klatce. Haakon nie odrywał oczu od tatuażu rozmówcy – najlepszego indykatora samopoczucia szefa. W tej chwili dziara miała kolor krwi i kształt kałasznikowa. Powędrowała od okularów w dół i rozpierała się na prostokątnej szczęce. Drugi w hierarchii dyskretnie przesunął się w stronę drzwi. Pewne rzeczy są straszne nawet dla gangsterów.

– Ile? – warknął Wołodia.

– Czternaście procent. Z hakiem. – Zastępca nieświadomie potarł protezą dwudniowy zarost. – A gdyby puścić jakąś nową plotkę?

– Już to, bliadź, zrobiłem. W zeszłym tygodniu. Że malinowy jogurt dla dzieci zawiera jakieś rakotwórcze diermo.

– I mimo to wpływy spadają? Co jest? Ludzkość wymiera, szefie? – Za plecami Wołodię nazywano Gruchotem, ale nikt nie pozwalał sobie na takie wyskoki w bezpośredniej rozmowie. A już na pewno nie Haakon.

– Ktoś, albo Suka, albo Gówniarz, olał ubiegłoroczne postanowienia i wjebałsja się na nasze terytorium.

– Prędzej Suka – zasugerował zastępca. – Ona potrafi zrobić coś durnego z nudów. Gówniarz by nie podskoczył, zna konsekwencje.

– Jego ludzie mogą prowadzić jakieś wewnętrzne rozgrywki, nawet w tajemnicy przed bossem…

Tatuaż przyblakł i powędrował na czoło. Bezpośrednie niebezpieczeństwo minęło, jednak Haakon nie chciałby znaleźć się w skórze kretyna, który zadarł z „Obłastią Użasa”.

 

***

 

Komórka Haakona rozjazgotała się, akurat kiedy kombinował, skąd wytrzasnąć dowody przeciwko dowcipnej koleżance. Oraz które instrumenty z bogatego arsenału sprawiłyby jej najwięcej bólu. O Suce mowa, a Suka tu.

– Co wy mi odpitalacie, straszydełka słodkie? – odezwała się, zanim wiceszef „Obłasti” zdążył rzucić „Halo”.

– Świetnie się składa, że dzwonisz, Sekai…

– No, chyba nie oczekiwałeś, że pozwolę wam przejąć moje wpływy i jeszcze zamerdam ogonkiem!

– Ale…

– Przelewacie mi wszystko, co zachachmęciliście, dokładacie jeszcze pół tego tytułem strat moralnych i zastraszania moich ulubionych ludzików.

– Ale co…

– Milcz! – Sekai po raz kolejny nie dała Haakonowi szansy. – Jeszcze nie skończyłam! Macie czas do końca tygodnia. I wyjątkowo nie żar…

– Zamknij się wreszcie! To przecież ty złamałaś postanowienia i przejęłaś część naszych wpływów!

– Posłuchaj mnie uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzać, ty przerośnięta przynęto na szprotki z haczykami w gratisie. Od robienia głupich kawałów to w naszym uroczym towarzystwie jestem ja.

– Mówię poważnie, Sekai. A Wołodia jest jeszcze poważniejszy. Śmiertelnie poważny, rzekłbym. W porównaniu z poprzednim miesiącem nasz strumyczek many skurczył się o czternaście i dwie dziesiąte procenta.

– Pierdzielisz… Mój o osiemnaście.

– Uuuu, współczuję.

– Nie wmówisz mi, że to Gówniarz. – Nawet dziwne bulgoty i szmery w telefonie nie mogły zagłuszyć niedowierzania w głosie Suki.

– Wątpię. Jest za cienki w uszach, żeby przyatakować ciebie lub nas. Musiałby całkiem ześwirować, żeby rzucić się na obu pozostałych triumwirów. A to ja jestem od świrowania w naszej bandzie.

– Toteż właśnie.

– Chyba powinniśmy znowu się spotkać.

– Stary wariat Haakon… Ale chyba masz rację. Tam, gdzie ostatnio?

 

2. Spotkanie triumwiratu

 

Ruiny “Legend Rocka” idealnie nadawały się na spotkanie trojga przywódców. Położony w szemranej dzielnicy klub taneczny spłonął dwa lata temu, a śledztwo dotychczas nie wyjaśniło przyczyn pożaru. Każde z triumwirów mogło poczuć się jak u siebie. Dodatkowo, wśród okolicznych mieszkańców krążyły plotki o światłach pojawiających się na piętrze i towarzyszących im gniewnych głosach. Pomimo grubych antab na wszystkich wejściach i rdzewiejących na nich kłódek. Chyba głównie aura nawiedzonego domu zapobiegła przekształceniu budynku w ogólnodostępną melinę.

Jak zazwyczaj, pojawili się w gabinecie niegdyś należącym do właściciela lokalu. We własnym towarzystwie nie potrzebowali iluzji, pokazali się w rzeczywistych ludzkich postaciach. Przy okazji rozwiali ewentualne wątpliwości co do łamania kontraktu – po każdym było widać, że przywykł do większej ilości many. Duma Suki, biszkoptowe włosy o odcieniu nie występującym wśród ludzi, zazwyczaj lśniące i zadbane, teraz poszarzały i przylgnęły do czaszki jak nasączone olejem. Dredy Runara zwanego Gówniarzem wcale nie wyglądały lepiej. Jego plecak też się odbarwił, a prawa szelka sprawiała wrażenie, że za moment pęknie. Wyprofilowane jak przednia szyba samochodowa okulary Wołodii pokryły się rysami, brylanty w stylizowanych na lusterka zawiasikach raczej przypominały cyrkonie. Tatuaż tak wyblakł, że z trudem dało się go zobaczyć. Protezy Haakona zmatowiały i chyba nawet zaczęły rdzewieć na czubkach.

Właściwie to miało być spotkanie triumwiratu, więc Świr nie powinien się tu zjawiać, lecz Wołodia nie chciał nigdzie się ruszać bez zastępcy. Wice jako wariat był po prostu niezastąpiony – na podstawową osobowość seryjnego mordercy z hakami zamiast rąk mógł nałożyć dowolną szaloną jaźń: imbecyla, wyrafinowanego lekarza ze słabością do ludzkiego mięsa, geniusza z zespołem Aspergera… Za milczącym porozumieniem czwartego uczestnika rozmów tolerowano, ale nie miał prawa głosu. W zamian pełnił rolę wielofunkcyjnego pomocnika.

– Widzę, blin s sobakoj, że wam też nie powodzi się najlepiej – zagaił Wołodia, moszcząc się w częściowo stopionym fotelu za szczątkami biurka. – Kto w takim razie podbiera naszą manę?

– Ktoś nowy. – Gówniarz wzruszył ramionami i klapnął na wypchany plecak.

– Ale kto się nie bał? – syknęła Sekai, z dezaprobatą zlustrowała pokrytą sadzą i kurzem podłogę, po czym stanęła przy oknie.

– Któryś z mitycznych wraca do łask? – zasugerował nieśmiało Świr stojący przy drzwiach.

Wołodia i Runar jednocześnie pokręcili głowami.

– Wyczułbym, gdyby jakiś mudak zastraszał śmiertelników.

– A ja usłyszałbym plotki o epifanii. To musi być całkiem nowy gracz.

– Ludzie w cokolwiek jeszcze wierzą? – zdziwił się Haakon.

– Niewidzialna zajebataja ręka rynku? – podsunął Gruchot. Jego tatuaż przemieścił się na skroń i przybrał kształt pytajnika.

Suka parsknęła:

– Daj spokój. Bożki ekonomiczne są jeszcze słabsze niż Święty Mikołaj!

Nagła kakofonia sprawiła, że wszyscy drgnęli. To cztery komórki oznajmiły nadejście SMS-ów. Synchronizacja była tak nietypowa, że każdy wydobył swój aparat, aby odczytać wiadomość wysłaną z zastrzeżonego numeru: „Zimno, zimno, mroz trzaskajacy! I nie chodzi mi o tego dziadka z laponii XD”.

– Co za bliadin syn to wysłał? Runar? – warknął Wołodia.

Nastolatek już od kilkunastu sekund wpatrywał się w smartfona i próbował prześledzić drogę SMS-a. Końcowy wynik dociekań sprawił, że tylko potrząsnął głową w niedowierzaniu.

– Daj mi swój aparat. – Wyciągnął rękę w stronę Haakona. – Sprawdzę.

Świr podszedł do chłopaka i przekazał mu telefon.

– No i? Powiedz coś! – niecierpliwiła się Sekai.

– Wygląda na to, że wiadomość do mnie wysłałaś ty, a do Haakona ja.

– Ale przecież…

Gówniarz zbył jej protesty machnięciem ręki.

– Oczywiście, że nie. Gdybym sprawdził pozostałe aparaty, wyjdzie, że SMS-y wysłali również Wołodia i Haakon. Żadne z nas nie dotykało wcześniej telefonu. Niby mogliśmy przygotować tekst zawczasu, ale nikt nie wiedział, kiedy padnie hasło „Święty Mikołaj”. Chyba że objawiły się wam zdolności profetyczne…

– No to co to za fignia?! – Gruchot rąbnął pięścią w resztki blatu, aż podniósł się obłoczek popiołu.

– Ktoś nas podsłuchuje – burknął ciągle stojący nad nastolatkiem Świr.

– Jak?!

– Kotwice – odpowiedział spokojnie Runar.

To wiele tłumaczyło. Zwane kotwicami kawałki własnego ciała stanowiły niezwykle wygodny sposób podróżowania – wystarczyło zapragnąć, aby przenieść się w pobliże ukrycia któregokolwiek z nich. Każde z triumwirów miało odrobinki siebie pochowane po najróżniejszych zakamarkach kuli ziemskiej. Właśnie tak dostawali się do zaryglowanego budynku. Ale jeszcze nie opracowano technologii bez wad. Jeśli ktoś dobrał się do kotwicy, choćby jednej z setek, mógł bez przeszkód podsłuchiwać i podglądać właściciela.

– I co robimy teraz? – szepnęła Suka cichutko, jakby to mogło uchronić ją przed inwigilacją.

Haakon dla odmiany w ogóle nie wyglądał na przejętego. Najwidoczniej przybrał osobowość z Aspergerem albo nawet autyzmem.

– Przeanalizujemy geograficzną strukturę wpływów many. Spotkamy się tam, gdzie spadki były najmniejsze. Wcześniej każdy polikwiduje swoje pozostałe kotwice. A teraz, im wcześniej się rozdzielimy, tym lepiej. Ale będziemy w kontakcie.

Nikt nawet nie pisnął, że Świr nie powinien się odzywać, a już na pewno nie spodziewano się po nim wydawania poleceń.

 

3. Azja – dobrze znana, ale nie odkryta

 

Nie dało się znaleźć jednej dziedziny lub miejsca, skąd mana uciekałaby w całości. Analizy na najniższym poziomie agregacji sugerowały, że wszędzie znika po odrobinie, jakby ktoś nałożył na triumwirów podatek i odkrawał sobie po plasterku. Cieńszym po wsiach, grubszym w miastach.

Stosunkowo najlepiej wyglądała sytuacja w Afryce – tam napływ many zmalał średnio o niecałe trzy procent. Ale krajem, w którym dochody okazały się najstabilniejsze, a nawet minimalnie wzrosły, były Chiny. Czteroosobowy triumwirat spotkał się więc w Szanghaju, wielkim i dostojnym mieście na styku Morza Wschodniochińskiego i Azji, metropolii o niemal dwudziestu pięciu milionach mieszkańców i historii sięgającej milenium.

Wszyscy doskonale się czuli, dryfując w potokach ludzi przepychających się chodnikami. Wieżowce o fantazyjnych kształtach, szum miliona rozmów, klaksony, smog – te elementy tworzyły środowisko naturalne czworga podróżników.

Umówili się w hotelu. Nie najdroższym, choć pieniądze nigdy nie stanowiły problemu dla triumwirów – chodziło o nieprzyciąganie zbędnej uwagi. Okres świetności tego budynku minął wraz z komunizmem – fronton zdobiły smoki i pantery trzymające puste tarcze. Kiedyś musiały na nich widnieć sierpy, młoty i pięcioramienne gwiazdy. Ale nie brakowało i innych, czysto chińskich akcentów – na każdym piętrze przy windach stała donica z bambusami tak powiązanymi i posplatanymi, aby przypominały ideogramy odpowiednich liczb.

Spory wpływ na wybór miejsca miał również wygląd triumwirów, mocno odbiegający od standardów biznesmenów, którzy bez ciemnego garnituru czuli się nieprzyzwoicie nadzy, a po zdjęciu krawatu dostawali ataku duszności. W powoli podupadającym hoteliku na obrzeżu Minhangu nikogo nie szokowały obcisłe dżinsy i modnie porozdzierany top Suki, czarne skórzane kurtki Gruchota i Świra ani nawet sfatygowany plecak i wysmarowany dziesiątkami sosów o bliżej nieokreślonej liczbie smaków T-shirt Gówniarza. Wszyscy przyciemnili karnacje i skorygowali kształt oczu, aby nie wyróżniać się zbytnio wśród tubylców. Sekai z bólem serca zrezygnowała z biszkoptowego koloru włosów na rzecz lśniącej czerni, Runar rozstał się z dredami. Inkorporacja kotwic świetnie zrobiła uczestnikom spotkania. Mimo wciąż kurczącego się napływu many, nabrali zdrowego i silnego wyglądu – już nie musieli marnować energii na utrzymywanie połączeń między częściami siebie.

Wynajęli salkę konferencyjną. Kiedy już lekko spóźniona Suka przekroczyła próg, a Świr podał wszystkim filiżanki z kawą, Runar zapytał:

– Co takiego jest w Chinach, że mana nie spada?

– Liczba ludności? Jej napływ do miast? – zasugerował Haakon. – Choćby tu, w Szanghaju w ciągu ostatnich lat przybyły miliony mieszkańców.

– Konserwatywne społeczeństwo szanujące przodków i smoki bardziej niż hamburgery wujka Sama? – podsunęła Sekai.

– Triady trzymające wszystkich mudaków za mordy!

Nagle rzutnik na środku ogromnego stołu ożył, na ekranie zawieszonym na ścianie pojawił się wizerunek szczupłego mężczyzny w drucianych, prostokątnych okularach i koszuli w kratkę. Nieznajomy miał wyjątkowo bladą cerę i worki pod oczyma.

– Proszę, proszę! – przemówił. – Słynny triumwirat zebrał się gdzieś na końcu świata, aby odgadnąć, kim jestem.

Świr zanurkował pod stół, po chwili wylazł z końcem przewodu od rzutnika dyndającym na prawym haku. Projektorowi brak energii w niczym nie przeszkodził; snop światła nadal padał na ekran.

– Jak mówicie o sobie za plecami, Suka, Gruchot, Świr i Gówniarz. – Facet z ekranu po kolei spoglądał na zebranych. – Albo najsilniejsi przedstawiciele obozów skupionych wokół humoru, strachu i tajemnicy. Czyli mamy tu zebrane elementy, bez których nie sposób zbudować dobrej opowieści.

– Kim ty, do jebannoj matieri, jesteś?! – Wołodia zacisnął kułaki, jego tatuaż poczerwieniał i przybrał kształt bomby.

– Bytem o rząd wielkości potężniejszym niż wy. Wy jesteście legendami miejskimi, a ja jestem legendą globalną! – Obcy uśmiechnął się triumfalnie i nieżyczliwie. – Możecie mi mówić „Siata”.

– Internet! – syknął Runar.

– Brawo dla Gówniarza! – Siata zaklaskał bezgłośnie, nie odkładając tabletu. W rogu ekranu wyświetlił się filmik z fajerwerkami. – Skoro już wszystko jasne, to ustalmy, jaką daninę będziecie odprowadzać na moje konto w zamian za nieagresję.

– Zagalopowałeś się, pizdatyj rekieterze! Zwolnij, bo jak ci się koń potknie, rozsmarujesz mózg po glebie – warknął Wołodia. – „Obłast' Użasa” nikomu nie płaci haraczu! Z jakiej niby racji?

– A z takiej, że in-for-ma-cja to siła potężniejsza niż strach, humor i tajemnica razem wzięte. Najlepszy dowód, że odpowiednio dozując dane, zmanipulowałem was do stawienia się tutaj. Będziecie spełniać moje życzenia, świadomie czy nie…

Gruchot schował ręce pod blat. Po chwili rzucił Sekai zwiniętą karteczkę wyrwaną z notesu. Dziewczyna delikatnie rozłożyła papier, aby nikt nie widział wiadomości, po czym długo wpatrywała się w nabazgrane po omacku słowa:

 

Spieprzajmy stąd! Gdzieś, gdzie nie ma Internetu. Na wieś.

 

– Ale jak? – zapytała oszołomiona. – Przecież…

– Fizycznie – odburknął Haakon, któremu wszystko wyjaśnił zielony samochodzik jeżdżący po policzkach szefa.

Wołodia ruchem głowy przypomniał Suce, żeby przekazała kartkę Runarowi. Faktycznie, była tam jeszcze linijka adresowana specjalnie do niego:

 

Młody, ogarnij się trochę, bo jak mi tapicerkę uświnisz, to pożałujesz.

 

Świr podniósł się.

– Miło było cię poznać, ale na nas już czas – ogłosił, uśmiechając się debilnie.

Obydwoma hakami pociągnął ramiona Sekai i Runara. Ostrożnie, żeby nikogo nie skaleczyć, wypchnął ich z pokoju. Wołodia pobiegł przodem.

 

***

 

Serwery muliły, strony wieszały się bez przerwy, dane w chmurach kotłowały się, jakby grasowały tam tornada… To Siata chichotał, aż dostał czkawki.

Uwielbiał subtelnie sterować ludźmi. Poradniki psychologiczne, teoria gier… Miał to wszystko na małym serwerze. Najbardziej lubił model duopolu Stackelberga, w którym prawie całą śmietankę z rynku spijało to przedsiębiorstwo, które potrafiło przewidzieć reakcje konkurenta. A triumwirowie okazali się przeraźliwie, wręcz obraźliwie, przejrzyści i podatni na sugestie. Manipulować kimś, ostrzegając: „Uważaj, manipuluję tobą!” – to dopiero źródło prawdziwej satysfakcji.

 

4. Wsi straszliwa, wsi nieznana

 

Wołga już czekała przed hotelem, kiedy Sekai, Haakon i Runar wypadli ze środka. Świr obiegł samochód i wskoczył za kierownicę. Już w windzie przerobił swoje protezy. Prawa przybrała kształt dłoni ułożonej w miseczkę i obleczonej w czarną rękawiczkę. Idealnie pasowała do dźwigni zmiany biegów. Lewa, chwilowo wyglądająca jak metalowe szczypce ogromnego homara, zakleszczyła się na kierownicy. Suka usiadła z przodu, z tyłu rozwalił się Gówniarz.

Ruszyli z piskiem opon, ledwie trzasnęły ostatnie drzwi.

– W lewe ucho jebany sukinsyn. Żeby mu jaja pokryły się wrzodami, a fiut zarósł grzybem – mamrotał Haakon monotonnie, nie podnosząc głosu, bez intonacji, jakby czytał tekst w obcym języku. – Wielbłądzim chujem po procesorze walony kalkulator. Żeby mu głęboko w dupie wybuchła bomba elektromagnetyczna. Niech zdycha w nudzie, bólu i bezsilności, zatopiony we flegmie własnych pierdolonych śrubek…

– Wyłącz tę koprolalię! – zbuntowała się Sekai. – Uszy mi więdną jak liście sałaty po tygodniu w upale!

Świr posłusznie zamilkł i chyba pogrążył się w depresji – posmutniał, przygarbił się, przestał obserwować drogę.

Ponury nastrój musiał być zaraźliwy, bo po kwadransie Sekai zapytała takim tonem, jakby ledwo hamowała łzy:

– Ale naprawdę mówicie na mnie Suka? Jesteście podli. Męskie szowinistyczne świnie.

– Uważasz, że Świr albo Gruchot to komplementy? – odburknął Haakon.

– Przestańcie – poprosił Runar. – Jemu właśnie o to chodzi.

Silnik zamruczał głośniej, jakby twierdząco. Dalej już jechali w ciszy, pogrążając się w ponurych myślach.

A krajobrazy podsycały je bezustannie. Odkąd triumwirat minął jezioro Tai Hu, cywilizacja zaczęła ustępować pola… polom. Wzrok, pozbawiony swojskiej perspektywy ujętej w ramy budynków, błądził bez celu. Napotykał głównie błoto, inne rodzaje brudu i zieleń. Roślinność świetnie sprawdzała się jako tło przy grillu w podmiejskim ogródku, ale w takim stężeniu przytłaczała. Liście i gałęzie drzew ciągle kołysały się na wietrze, wywołując mdłości i przypominając legendom, jak mało dzieli ich od wrogich żywiołów. Tylko ścianki wozu i wąski korytarzyk asfaltu, niczym przyjacielska nitka rzucona do środka zielonego labiryntu. Temperatura na zewnątrz skakała, jak chciała, nieujarzmiona klimatyzacją. A do tego śmierdziało. Co jakiś czas przejeżdżali przez obszary przesiąknięte zwierzęcym fetorem – siarkowodorem i amoniakiem, jak ująłby to wyedukowany człowiek. Jednym słowem – dzicz.

– I co dalej, blin, robimy? – odezwał się GPS głosem Wołodii.

– Myślałam, że to ty masz jakiś wspaniały plan, skoro wyciągnąłeś nas z Szanghaju w te ostępy…

– Cicho! – rozkazał Świr, wypadając ze stuporu. – Szefie, stań gdzieś z dala od budynków i cywilizacji. Tam się naradzimy.

 

Wołga po dłuższych poszukiwaniach zatrzymała się na gruntowej drodze, właściwie podwójnej ścieżce wyjeżdżonej między polami. Haakon znalazł większy kamień, położył na nim telefon, stanął na komórce, kilka razy podskoczył. Plastik rzucił w trawę, a elektroniczne szczątki do kałuży.

– Jazda! Zróbcie to samo!

Gówniarz już niszczył swój aparat, ale Gruchotowi pomysł nie przypadł do gustu:

– Ty ochujał? Zmień schizę, towaru szkoda.

– Siata podsłuchiwał nas przez Internet, nie używał kotwic!

– Czyli bez sensu, że się ich pozbyliśmy… – marudziła Sekai. – Jeśli cokolwiek wyrzucisz, od razu będziesz tego potrzebować. Prawo Richarda. Zobaczycie, znowu się sprawdzi… – Skrzywiła się i wyjęła komórkę. – I tak nie ma zasięgu. Bądźcie tak mili, ja mam nieodpowiednie buty…

– Dobra, podsłuch chyba wyłączyliśmy. Szefie, kiedy znowu zamienisz się w samochód, będę ci musiał odciąć GPS od Internetu.

Tatuaż Wołodii przybrał formę wyprostowanego środkowego palca. Świr z protezami w kształcie śrubokrętów dostarczał mechanizmom tyle przyjemności, co pacjentom pijany dentysta z awersją do znieczuleń. Ale nie było innego wyjścia.

– Tylko zostaw mi możliwość mówienia. I poczekaj, aż zaktualizuję sobie mapę Chin.

– A teraz, żeby wykluczyć mikrofony ukryte w trawie, porozmawiamy tam! – Świr wskazał środek pola zalanego wodą.

– Haakon, kurde, uwielbiam te twoje epizody paranoiczne! Tam jest samo błoto! – awanturowała się Sekai. – I jeszcze jakaś trawa z niego wyrasta!

– Jak myślisz, skąd ludzie biorą ryż? – zapytał Gówniarz.

– Ze sklepu!

Mężczyźni pobrnęli przez wodę. Na szczęście niezbyt głęboką. Westchnąwszy rozdzierająco, Suka zmieniła swoje lśniące szpilki w kalosze. Też czerwone, ale w czarne grochy. Po krótkim namyśle dołożyła oczka i dwucentymetrowe czułki na noskach, a potem poszła za towarzyszami. Wreszcie ustawili się w kółko, objęli, przybliżyli głowy do siebie i rozpoczęli szeptaną naradę.

– Tylko klasyczne sposoby, żadnej elektroniki.

– Nawet z naszymi ludźmi nie możemy się porozumieć.

– Wszystko by podsłuchał, pizdun jeden!

– Znacie jakieś legendy, które można wykorzystać przeciwko niemu?

– Nic nie pamiętam. Za daleko od kolebki. Jak pijane dzieci we mgle…

– Przeszukajcie azjatyckie. Musi coś być.

– To, co wszędzie: nawiedzony autobus, niewyjaśnione wydarzenia…

– Mam! Jeszcze sukin syn pożałuje, że z nami zadarł! Kojarzycie japońską legendę o Czerwonym Pokoju?

Haakon coś mętnie pamiętał, pozostała dwójka nie znała, więc Wołodia streścił.

– To ma szanse powodzenia… – wymamrotał Świr.

– Kiedy zaczynamy? – spytał Gówniarz.

– Zanim dotrzemy do cywilizacji, sklepy będą zamknięte… Ale jutro od rana. Nie ma co żdać princa s chrustalnymi jajcami!

 

5. Czerwony Pokój

 

Następnego ranka pojechali do najbliższego większego miasteczka. Kupili prosty notebook, a potem wynajęli pokój w hotelu.

Świr przybrał osobowość Elliota Aldersona, serialowego hakera cierpiącego na fobię społeczną. Zaczął od wyproszenia pozostałych legend. Już w ciszy i spokoju, usunął z komputera wszelkie urządzenia zdolne do łączenia się z Internetem. Potem przekształcił protezy w coś podobnego do szkieletu rąk Terminatora, tylko z kilkudziesięcioma palcami, po jednym dla każdego potrzebnego klawisza. Wreszcie położył dłonie na notebooku i zaczął naparzać w klawiaturę z prędkością nieosiągalną dla żadnego człowieka, tworząc wirusa, który miał współdziałać z opowieścią o Czerwonym Pokoju.

Tymczasem bezceremonialnie wywalony z hotelu triumwirat chodził po uliczkach i rozpowszechniał podrasowany wariant legendy.

 

Sekai kręciła się po sklepiku z odzieżą. Wywęszyła, że sprzedawczyni pachnie małym dzieckiem – zapewne wnuczkiem – a teraz udawała, że ogląda bluzki, czekając, aż kobieta przestanie trajkotać przez telefon. Kiedy to wreszcie nastąpiło, podeszła do niej z zielonym jedwabnym ciuszkiem w ręku.

– Dziwię się, że tak beztrosko rozmawia pani przez smartfon. W moim miasteczku prawie nikt już tego nie robi, odkąd wydarzyła się ta straszna historia.

– Jaka historia?

– Nic pani nie wie? Gazety cały miesiąc pisały tylko o tym. Wprawdzie głównie lokalne, a ja mieszkam w innej prowincji, może tutaj wieści nie dotarły.

– Nic nie słyszałam! – Przed południem sprzedawczyni nie miała zbyt wielu klientek; pracowały lub przygotowywały w domu obiady, kobieta ewidentnie nudziła się i chętnie pogadałaby na dowolny temat.

– To się przydarzyło pewnemu młodemu mężczyźnie, przyjacielowi mojego znajomego. Chłopak miał malutką, dwuletnią córeczkę. Pracował jako informatyk w międzynarodowej firmie. Codziennie spędzał wiele godzin przy komputerze. Mieli jakiś program, który blokował wyskakujące okienka, ale mimo to pewnego dnia na monitorze pojawił się spot o maszynkach do golenia. I ta reklama… – Sekai ściszyła głos – miała złowieszcze czerwone tło. Wtedy nikt jeszcze tego nie wiedział, ale połączenia tego młodego człowieka z Internetem były policzone…

 

Wołodia opowiadał dopiero co poznanym nad kufelkiem zimnego piwa tsingtao kumplom:

– Większość znajomych ostrzegała tego mudaka, że po reklamie z czerwonym tłem trzeba natychmiast wyrzucić komputer. Ale on nie słuchał, no i się doigrał… Dokładnie trzy miesiące później na smartfonie wyskoczyło mu czerwone okienko, ale takie naprawdę czerwone, koloru krwi buchającej z tętnicy, z czarnym napisem „Czy…?”, a to dopiero był początek jego chrienowoj śmierci. Tej reklamy nie dało się wyłączyć. Ani telefonu… O, dzięki, następną kolejkę ja stawiam. – Z przyjemnością siorbnął piwa. – Ale wróćmy do tego gościa. Połnaja chujnia, bo za każdym razem, gdy próbował zamknąć okienko, do napisu dochodził kolejny znak. Kiedy treść była już kompletna, to znaczy „Czy podoba ci się Czerwony Pokój? Chcesz do niego trafić?”, telefon się wyłączył i nie dało się go ponownie uruchomić. I od tej pory facet szanse na przeżycie miał nol' cjełych i chuj dzjesjatych. Bo następnego dnia znaleziono go martwego w pokoju. W ciele nie miał ani kropli krwi…

 

Runar relacjonował zebranym w parku nastolatkom obserwującym kolegów grających w ping-ponga:

– To wszystko jest bardzo tajemnicze. Nikt nie wie, na ile połączeń z Internetem może sobie pozwolić, kiedy już zobaczy reklamę z czerwonym tłem. Jedni mówią, że tysiące, inni, że tylko dziesięć, jeszcze inni, że każdy człowiek ma własną liczbę. Podobno jeszcze można się uratować, kiedy wyskoczy to okienko z pytaniem o Czerwony Pokój. Trzeba tylko natychmiast zepsuć i wyrzucić cały sprzęt: komputer, smartfon, tablet, empetrójkę, czytnik… Wszystko, co łączy się z siecią. No, nie wiem, czy można w to wierzyć. Ależ piękna ścina! Jasne, wolałbym, żeby to była prawda, ale brzmi zbyt cudownie… A najdziwniejszy jest sposób, w jaki ofiara pokrywa własną krwią pokój. Wszystko: ściany, sufit, podłogę… Równiusieńką warstwą, jak sprejem. Nikt tego nie rozumie, bo przecież cała krew zostaje wykorzystana, do ostatniej kropelki. I pokój zamknięty na klucz od środka, policja sprawdziła… Ja nie mogę! – Gówniarz aż podskoczył z wrażenia. – Jak on to wybronił?! Normalnie talent! Ojciec tego mojego kumpla, co wam na początku wspominałem, mówił, że sypialnia ucznia wyglądała gorzej niż rzeźnia. Cała czerwona. I wszędzie cuchnęło krwią.

 

Ponownie spotkali się wieczorem w hotelu. Świr wręczył Runarowi pendrive'a.

– Jak uzgodniliśmy. Wirus, który po losowym czasie od zainstalowania, ale co najmniej dziesięć dni i nie więcej niż sto, wyświetla na monitorze pytanie o Czerwony Pokój – tłumaczył jak idiocie. Pewnie Haakonowi w tej chwili plan wydawał się niezmiernie skomplikowany. – W języku użytkownika. Obrazka nie da się zamknąć, a wszelkie próby prowadzą do odkrycia kolejnych znaków napisu. Programik nie rozsyła się przez Internet, przenosi własne kopie wyłącznie na materialnych nośnikach. Dlatego rozpowszechnia się bardzo wolno i musisz go zainstalować na jak największej liczbie komputerów. Jesteś pewien, że dasz sobie radę?

– Heloł! Przecież to Znikający Autostopowicz! – prychnęła Sekai.

– Racja. Potrafię wysiąść z każdego samochodu. Wsiąść też. Prędkość nie ma znaczenia.

– Gdzie chcesz zacząć? – wtrącił się Wołodia.

– Najlepiej dorwać biznesmenów wybierających się za granicę. Może tam przekażą komuś prezentację na pendrivie albo wypalą płytę. I zasięg akcji automatycznie się zwiększy.

– Czyli, blin, gdzie?

Gówniarz wyjął z górnej kieszeni plecaka wielką płachtę mapy Chin.

– Najbliższe duże lotnisko mamy tutaj, w Hefei.

 

6. Poszukiwani, poszukiwana

 

Kolejnego ranka znowu ruszyli w drogę. Jeden pas autostrady właśnie malowano, więc korek zaczął się kilkanaście kilometrów przed lotniskiem. Gówniarz skorzystał z okazji i rozpłynął się w powietrzu, ściskając pendrive'a w garści.

Wrócił po jakiejś półgodzinie. Mimo przyciemnionej karnacji było widać, że pobladł.

– Wołodia, daj znać, że mnie słyszysz – wychrypiał.

– A mam, marskoj blin, inne wyjście?

– Jeny, Runar, co ci się stało? – Sekai wierciła się, próbując zajrzeć na tylne siedzenie. – Jesteś blady jak córka młynarza, która zobaczyła ducha białaczki. – Dziewczyna dla odmiany zaczęła grzebać w torebce. – Chcesz cukierka na poprawę samopoczucia? Ecstasy czy zwykłe landrynki?

– Wołodia, nie rób żadnych gwałtownych ruchów.

– Co to, bliadź, jest? Napad? – warknął GPS. – Zrobić ci zwarcie i zdrowo kopnąć?

– A było ryzyko, że w tym cholernym korku nagle włączy silniki odrzutowe i wystartuje pionowo w górę? – zainteresowała się Suka.

– Przy najbliższej okazji zjedź z autostrady, na jakieś mało ważne drogi, najlepiej wiejskie szosy. – Runar nie zwracał uwagi na docinki. – Unikaj monitoringu i fotoradarów.

– Powiesz nam wreszcie, do kurwy nędzy, co się stało?! – wrzasnął Haakon, wygrażając Gówniarzowi protezą w rękawiczce. – Sami zagadki nie rozwiążemy!

– Wskoczyłem na chwilkę do samochodu glin. Przed paroma minutami dostali informację, że jesteśmy poszukiwani za szpiegostwo. Siata wie, dokąd jedziemy.

Job jewo elektricieskuju mać!

– Na pewno wie? Mógł wysłać do wszystkich jednostek – łudził się Świr.

Autostopowicz pokręcił głową.

– Wątpię. Podał, jak jesteśmy ubrani. Właśnie, zmieńcie kolor ciuchów, ale dopiero jak wyjedziemy poza zasięg kamer.

– Myślicie, że ten pidoras poznał nasz plan?

– Mam nadzieję, że nie. Mógł po prostu podejrzewać, że chcemy wylecieć z Chin. Poczekajcie, poskaczę po wozach policyjnych, może czegoś się dowiem.

 

Wrócił po dwudziestu minutach.

– Nie jest źle. Siata uprzedził, że prawdopodobnie będziemy próbowali odlecieć w nieznanym kierunku. Chyba chce nas odciąć od reszty świata.

– A gdybyśmy wyjechali pociągiem? – zapytał Haakon.

– Daj spokój! – prychnęła Suka. – Kiedy ostatnio widziałeś dworzec bez monitoringu? Zwłaszcza w tym cholernym, totalitarnym kraju?

– Racja. Jesteśmy uwięzieni w Chinach.

– A mówiłam, żeby nie pozbawiać się tak lekkomyślnie kotwic!

– Nic takiego nie mówiłaś! – odparł Świr.

– Spokój! Jeśli zaczniemy żreć się między sobą, to już jesteśmy ugotowani! – Gówniarz próbował zażegnać kłótnię, Wołodia poparł go delikatnym bluzgiem. – Lepiej zastanówmy się, dokąd uda nam się dostać.

Ni w pizdu, ni w Krasnuju Armiu!

W Krasnuju Armiu… – powtórzyła Sekai w zamyśleniu.

– Hej! – Haakon szturchnął koleżankę w żebra. – Echolalia to moja działka!

– Możemy stąd uciec! – Dziewczyna rozpromieniła się. – Ja mogę!

– Ale jak? – Świr całkiem odwrócił się w stronę pasażerki.

– A fizycznie! – odparowała Suka, szczerząc radośnie zęby. – Młody, pokaż jeszcze raz tę mapę!

 

W końcu stanęło na ucieczce do Rosji, przez kawalątek granicy między Kazachstanem a Mongolią, w Ałtaju. Wołodia klął, że to prawie cztery tysiące kilometrów po chińskich drogach, ale zakrzyczano go. Jeśli zamierzali wrócić do Europy, unikając dworców i lotnisk, to i tak musieli te kilometry przejechać. Poza tym, okrążając mongolskie stepy i pustynie od wschodu, wrąbaliby się w silnie zurbanizowane okolice Pekinu. Do czego to doszło, żeby miejskie legendy bały się stolic…

– A w ogóle pamiętałeś o tym, żeby rozprzestrzeniać mojego wirusa?

– Jasne. – Runar zastanawiał się przez moment. – Zlokalizowałem trzydziestu sześciu podróżujących biznesmenów z laptopami. I trzy kobiety. Z tego sześcioro jechało taksówkami i niemal nie wypuszczało komputerów z rąk, siedmioro trzymało je na siedzeniu pasażera i też nie mogłem nic zrobić. Ale cztery osoby położyły bagaż z tyłu, a reszta elegancko w bagażniku. Tym grupom mogłem zainstalować niespodziankę.

– Potrafisz, cziernożopyj, pracować w środku bagażnika? – zdziwił się GPS.

– Widzisz, gangsterze, przerośnięte bice nie rozwiążą każdego problemu – odpyskowała Sekai. – A wiele nowych autek ma duże bagażniki… Jak właściwie włamujesz się do tych komputerów?

– Wystarczy, że dotknę sprzętu i już mogę poznać hasło. – Gówniarz wzruszył ramionami.

– Wow! Nie wiedziałam, że tak potrafisz! – Suka popatrzyła na nastolatka z podziwem.

 

7. Powtórka z Długiego Marszu

 

Podróżowali wyłącznie nocami, aby utrudnić Siacie rozpoznanie Wołgi na jakiejś zabłąkanej kamerze. Miało to wiele zalet: ruralistyczne krajobrazy w ciemnościach nie stresowały mieszczuchów tak bardzo jak za dnia, a pasażerowie większość czasu przesypiali. Gdyby nie to, Suka pewnie pogryzłaby Haakona, który coraz bardziej grał jej na nerwach, zanim zmęczeni utarczkami i obrażeni na cały świat zapadali w drzemkę. W zamkniętej kapsule samochodu atmosfera podgrzewała się jak w szybkowarze. Wołodia jeszcze podjudzał Sekai i zawsze opowiadał się po stronie Świra. Runar nie mógł łagodzić sporów, bo polował na laptopy zamknięte w bagażnikach.

Po trzech wieczorach jazdy obok „chamidła, które twarde ma tylko haki” Suka sięgnęła do swojego arsenału imprezowiczki. Morfina, jak sama nazwa wskazuje, usypia aż miło.

Dnie spędzali w maleńkich miasteczkach lub – co za upadek! – wioskach. Wołodia odpoczywał. Jeśli udało się wynająć pokój bez zostawiania papierowych śladów (które prędzej czy później zamieniłyby się w elektroniczne), odsypiał w łóżku. W przeciwnym wypadku – jako samochód, ukryty pod wiatą lub rozłożystym drzewem, aby nie pchać się pod soczewki Google Earth. W tym czasie pozostałe legendy, jak co rano zmieniwszy nieco wygląd i ubranie, włóczyły się po miejscowości i opowiadały napotkanym bajeczkę o Czerwonym Pokoju.

Droga na północny zachód ciągnęła się chyba jeszcze bardziej niż żołnierzom Mao Zedonga pokonującym podobną trasę przed mniej więcej stu laty. Noce były krótkie, drogi prawie nigdy nie prowadziły dokładnie w wymarzonym kierunku, a ich nawierzchnie składały się głównie z dziur, kolein i wybojów, asfalt stał się luksusem. Miało to i dobre strony – w coraz uboższych okolicach i monitoring spotykało się coraz rzadziej. Triumwirowie cieszyli się, jeżeli do świtu udało się przybliżyć do celu o pięćset kilometrów.

Całe szczęście, że ludzie ciągle powtarzali sobie miejskie legendy, a niektórzy nawet w nie wierzyli, więc mana napływała. Dzięki temu Wołodia nie potrzebował paliwa. Ale poirytowana ciągłymi pogróżkami gangsterów Sekai fantazjowała, jak to Gruchot w ludzkiej postaci zakrada się na stację benzynową, wkłada sobie końcówkę dystrybutora do ust i zaczyna połykać oktany. Z każdą kłótnią wizje wzbogacały się o nowe elementy: a to pistolet wcale nie lądował w ustach, a to po pochłonięciu pięćdziesięciu litrów Wołodia wybuchał z przeraźliwym hukiem…

 

***

 

Siata od czasu do czasu – co najmniej dwa razy na minutę – przeglądał dane w poszukiwaniu śladów triumwiratu. Ostatni raz mignęli mu w okolicach Hefei, później jakby zapadli się pod ziemię. Był pewien, że nie odlecieli. Prawie pewien, że nie wsiedli do żadnego pociągu. Zresztą, postęp Internetu w Chinach jakby przyhamował. Część ludzi – niewielka, ale dostrzegalna – rezygnowała z dobrodziejstw sieci. Zaraza wydawała się najszybciej rozprzestrzeniać w kierunku zachodnim. To sugerowało, że miejskie legendy zmierzają w stronę Europy, rozpuszczając jakieś podłe plotki. Zgodnie z przewidywaniami.

Siata specjalnie zwabił ich do Chin – pozornie wielkiego i ludnego kraju, ale ze słabo rozwiniętym przemysłem komputerowym i centralnie sterowanym Internetem. Jeśli chcieć odizolować wirusa, to najlepiej w tej komórce. Czuwał więc, aby nie uciekli i czyhał na okazję, by – zgodnie z poradnikami na temat psychologii i negocjacji – złożyć drugą, właściwą ofertę, na którą powinni rzucić się z ulgą. Obce środowisko musiało dawać im się we znaki.

Właściwie wcale nie potrzebował many pobieranej od legend rozpowszechnianych przez sieć. Traktował ją jak deser – danie smaczne, lecz niekonieczne do przetrwania. I bez tego czuł się silniejszy niż czwórka więźniów. Ilu ludzi wierzyło w moc Internetu, ilu składało mu hojną daninę z czasu? Siata był czymś więcej niż półprawdziwą legendą, był faktem.

Miał nadzieję, że przeciwnicy się nie rozdzielą. To strasznie utrudniłoby śledzenie istot, dla których zmodyfikowanie wyglądu jest prostsze niż dla śmiertelników zmiana stroju. Dopóki kwartet poruszał się razem, rozpoznanie algorytmów interakcji nie stanowiło problemu.

 

***

 

Gdzieś w pobliżu słonego jeziora Kuku-nor po raz pierwszy zdarzyło się, że napotkany człowiek – padło na starego Tybetańczyka – już znał legendę o Czerwonym Pokoju. Ten szczerbaty dziadek wlał nadzieję w serca triumwirów; historia żyła własnym życiem!

Kiedy pod wieczór spotkali się przy samochodzie i Gówniarz powtórzył towarzyszom rozmowę ze staruszkiem, wszystkim poprawił się humor. Wyjątkowo nie kłócili się, tylko puścili muzykę (Król Popu okazał się akceptowalny dla każdego) i ryczeli teksty do wtóru głośnikom. W końcu mężczyźni umilkli, by – płacząc ze śmiechu – przysłuchiwać się zmodyfikowanym słowom wywrzaskiwanym przez Sekai:

 

Village inn

Knot my lava.

She dressed a girl.

Cleanser ioned the wine.

The cheetahs mugged my son.

Jesus ioned the wine…

 

Zwłaszcza Runar nie spuszczał roziskrzonych oczu z koleżanki.

 

***

 

Kolejnego dnia Haakon postanowił na swój sposób uczcić wieść o nowych wyznawcach Czerwonego Pokoju. Zamiast powtarzać historię przypadkowo spotkanym ludziom, znalazł chłopaka, który siedział sam w otwartym domu i grał na komputerze.

Seryjny morderca musi od czasu do czasu kogoś zabić. Świr jako jedyny z podróżującej czwórki potrafił tak zadać śmierć, aby wzmocnić rodzącą się legendę. Co za problem zamknąć dom, a potem pokój dzieciaka od środka, przekształcić haki w strzykawki, wyciągnąć z żył grubo ponad trzy litry krwi, aby w końcu spryskać nią pomieszczenie, zostawić na monitorze pytanie o Czerwony Pokój i przenieść się do kotwicy czekającej w pobliskim parku?

O dziwo, triumwirat nie okazał zachwytu ani wdzięczności. Mniejsza o Sukę, ta ujadała jak zawsze. Ale tym razem Gówniarz poparł ją bardziej energicznie. Nawet Wowa powarkiwał…

 

8. Drogi się skończyły, zaczęły się góry

 

– Koniec trasy! – obwieścił GPS. Wszyscy momentalnie się rozbudzili. – Dalej po nocy po tych wertepach nie jadę! Tiemno kak u niegra w żopie!

– Myślałam, że ty jesteś od straszenia, a nie od trzęsienia portkami. – Głos Sekai wręcz ociekał miodem z lekką domieszką arszeniku.

– Jak to niektóre kobiety mają kompletnie pusto pod fryzurami… – powiedział w przestrzeń Świr.

– Jak taka jesteś dzielna, to zasuwaj z przodu i wypatruj miejsc, gdzie mogę przejechać, blia!

– Jak ty na mnie powiedziałeś?!

– Uspokójcie się – poprosił ze znużeniem Runar. – To było do przewidzenia, Wołodia i tak daleko dotarł po tych bezdrożach. – Ukradkiem pogłaskał Sekai po ramieniu, aby złagodzić przesłanie.

– No, ale co dalej zrobimy? – płaczliwie dopytywał Świr. Powieką co chwilę trzepotał mu tik. – Do granicy jeszcze daleko. Chyba ze sto kilometrów, co Wowa? I żadnego miasta po drodze…

– Raczej sto pięćdziesiąt – odburknął Gruchot.

– Będziemy jechać za dnia. Tu już żaden ubliudok kamer nie ustawiał.

– A jak nas satelita wypatrzy? – Haakon nie wydawał się przekonany.

– Proponuję jechać tylko wtedy, gdy będzie jasno, ale pochmurno. Przy ładnej pogodzie będziemy wędrować pieszo, jak turyści. – Na tak obrzydliwy pomysł mógł wpaść tylko Gówniarz. – A w nocy będziemy spać.

– Niby gdzie?! – wrzasnęła nerwowo Sekai.

Runar pogładził plecak:

– W namiocie. No, wysiadamy i szukamy odpowiedniego miejsca na biwak. Piękna, zmień te szpilki w coś bardziej sportowego.

– Bo sobie te białe ząbki wychlaśniesz – dodał Świr.

 

***

 

Spali w namiocie, gotowali nad ogniskiem przyniesioną ze strumienia wodę, którą zalewali porcje liofilizowanego jedzenia wyciągane z plecaka Autostopowicza… Od prawdziwych turystów wędrowców odróżniała wyłącznie żarliwa nienawiść do otaczającej przyrody.

Tu było o wiele gorzej niż na wsi. Granitognejsy czy skały osadowe wyglądały nawet miło, ale przyjmowały rozbuchane, niepowtarzalne kształty zamiast schludnych prostopadłościanów. Porozrzucane byle jak kamienie wymuszały nieregularny krok. Miały ostre krawędzie, tylko czyhające na potknięcie wyczerpanego marszem triumwira. Gdzie nie sterczały kamienie, tam gromadziło się błoto albo pleniło zielsko. Błoto przyklejało się do butów i ubrań, drastycznie zmniejszało przyczepność podeszew, a czasami cuchnęło, co najbardziej dawało się we znaki Sekai. Zielsko śmierdziało zawsze, w dotyku było zimne i wilgotne, gniło oraz przyciągało chmary insektów. Większość z nich gryzła i chyba nigdy nie słyszała o sprejach przeciwko owadom, którymi Suka próbowała je odstraszać. Ohydne pasożyty nie bały się nawet gangsterów.

Wszędzie panował hałas, jakże odmienny od klaksonów, rozmów i dźwięków fabryk – wodospady huczały bez rytmu, liście szumiały bez melodii, wiatr gwizdał bez sensu… Ani spokojnie porozmawiać, ani się zrelaksować, ani wyłowić z tej kakofonii przydatne informacje…

I jeszcze zmienna temperatura. Za dnia wędrowcy oblewali się potem, wieczorami dygotali z zimna w śpiworach. Może nawet nie tyle z powodu chłodu, co świadomości, że tak nikczemnie mało oddziela bezbronnych śniących mieszczuchów od dzikiej natury – raptem dwie warstwy cieniutkiej tkaniny z poliestru. A na szczytach gór zalegał śnieg, prawdopodobnie nigdy nie tknięty pługiem.

Jak na złość ciągle utrzymywało się bezchmurne niebo, niekiedy tylko urozmaicane garstką cumulusów. Taka pogoda może cieszyć, kiedy pływa się w basenie albo beztrosko popija drinka na brzegu, ale nie kiedy trzeba zmuszać zmęczone nogi do kolejnego kroku pod górę, koszulka przylepia się do pleców, a najbliższy prysznic jest oddalony o setki kilometrów. O ukryciu samochodu przed satelitami nawet nie ma co marzyć… Żeby chociaż robili jakieś widoczne postępy. Ale nie! Okolica ciągle pozostawała dzika i odpychająca. Tutaj nie dało się iść prosto, jak po promenadzie, wszystko było pokręcone. Przez cały dzień kluczyli po ścieżkach pnących się zakosami, szli, szli i szli, a wieczorem Runar mówił, że przybliżyli się do granicy o nędzne dwanaście kilometrów.

Koszmar. Sekai i gangsterzy obawiali się, że po powrocie do wytęsknionej cywilizacji będą musieli poszukać dobrego psychoanalityka, żeby ta trauma nie zwichnęła im osobowości.

Niby nie mieli sił ani tchu na gadanie, ale do wybuchu kłótni nadawał się każdy pretekst: ochlapanie kogoś podczas przeprawy przez strumień, zajęcie upatrzonego miejsca, chrapanie w nocy… Tylko Gówniarza nikt nie śmiał się czepiać – on dźwigał wielki plecak, co w tych warunkach zdawało się bohaterstwem – lecz pozostała trójka żarła się między sobą bez przerwy.

 

***

 

Wreszcie piąty poranek w górach powitał triumwirów życzliwym sufitem ze stratocumulusów rozciągniętym tak nisko, jakby opierał się na wierzchołkach gór. Niektóre nawet go dziurawiły.

Legendy z ulgą zapakowały się do samochodu. Pomruk silnika mógł zastąpić każdą, choćby najlepiej dobraną do nastroju, muzykę. Wprawdzie w tych ciężkich warunkach Wołga wlokła się niewiele szybciej od piechura, ale o ile lepiej poczuli się oddzieleni od obmierzłych żywiołów karoserią! Wiatr i temperatura na zewnątrz przestały mieć znaczenie, hałas przycichł, smród butwiejących roślin nie potrafił przebić się przez szyby… Komfort i wyrafinowanie.

Teren zrobił się bardzo urozmaicony, co chwila musieli wysiadać i przedzierać się przez przeszkody nieprzebyte dla kół – zbyt wąskie dróżki, głazy na trasie, potoki… Ale mimo to humory dopisywały.

Niestety, po południu się rozpadało. Po sforsowaniu zagajnika Wołodia obrzucił towarzyszy krytycznym spojrzeniem i oznajmił, że tak ubłoconych ludzi nie wpuści do auta. Pozostał nieugięty w obliczu strumienia inwektyw energicznie tryskającego z trzech źródeł. Sekai podejrzewała nawet, że pilnie się mu przysłuchuje, próbując wzbogacić własny leksykon. Tatuaż dziwnie przypominał pełen satysfakcji uśmiech.

Musieli kontynuować marsz na piechotę. Dopiero teraz przekonali się, jak zdradliwie śliskie potrafią być mokre liście, jak szybko wzbierają rzeczki, jak bardzo przeszkadzają mokre buty i ubranie…

 

***

 

Którejś nocy resztki chili con carne rzucone na ziemię przez Haakona zwabiły jakiegoś wielkiego cętkowanego kocura. Gówniarz mówił potem, że to był irbis śnieżny. Zwierzak tak szeleścił torebką, że wszystkich pobudził. Wołodia wyskoczył z namiotu, odbezpieczając pistolet, Świr wyleciał tuż za nim, wysuwając do przodu metalowe szpony. Razem zrobili tyle hałasu, że drapieżnik uciekł.

– Kurde! – pieklił się Runar na widok porzuconego opakowania. – W górach nie wolno śmiecić. Kto jadł chili?

– Odwal się – zaproponował Haakon. – Choćbym został tu na sto lat i nic nie robił, tylko żarł, nie zdołam zasypać śmieciami tych cholernych skał!

– No to włącz sobie tryb paranoiczny i zastanów się, co będzie, jeśli jakiś nawiedzony blogger napisze o europejskich brudasach zaśmiecających piękne azjatyckie góry! Tu jest podana Francja jako kraj produkcji, idioto!

Mimo peror Autostopowicza Świr najbardziej wydawał się żałować tego, że irbis mu uciekł.

 

***

 

Następnego ranka Suka nie miała ochoty na wędrówkę. Nigdy nie miała, ale tego dnia buty zrobiły się wyjątkowo ciężkie, powietrze wyjątkowo zimne, kamienie wyjątkowo chybotliwe, gangsterzy wyjątkowo wkurzający… Wlokła się za mężczyznami, z trudem przestawiając nogi.

Wkrótce dołączył do niej Runar dopytujący, czy nic się nie stało. Dziwne, ale ten facet jej nie denerwował. Nawet z ulgą powitała możliwość rozmowy bez uszczypliwości.

Na zmianę to przerzucali się uwagami o Siacie, towarzyszach podróży lub Czerwonym Pokoju, to zgodnie milczeli. W końcu dziewczyna zdecydowała się poruszyć temat, który od dobrej godziny nie dawał jej spokoju:

– Runek, czy w twoim plecaku nie znalazłby się drugi namiot?

– W moim plecaku jest wszystko, czego możesz potrzebować. – Autostopowicz rozważał przez chwilę implikacje pytania. – Jedno‑ czy dwuosobowy?

Sekai poczuła, jak jej policzki robią się gorące.

– Dwuosobowy.

W oczach Runara coś wesoło błysnęło.

– Znajdzie się, ale malutki. Będziemy musieli spać baaardzo blisko siebie.

– Najlepiej warstwami! – zarechotał Świr, wychodząc zza głazu i przy pomocy namagnesowanych haków dopinając rozporek. – Dziecko humoru i tajemnicy! Jeśli jeszcze wychowa je wujek Wołodia, nauczy posługiwać się każdą bronią… Siata będzie zwiewał, aż sobie zafajda koszulkę w kratę… Już wiecie, jak dacie dzidziusiowi na imię?

– Ty…! – Sekai aż się zapowietrzyła. Stanęła, podparła się pod boki, ewidentnie czekając, aż przeciwnik odda pole. – Sprawdź, czy cię nie ma koło Gruchota! A jeśli wydostanie się z prezerwatywy, a potem jeszcze przedrze przez moje bariery chemiczne, to nazwiemy go MacGyver!

Haakon wreszcie wygrał potyczkę z rozporkiem i odszedł, rżąc z radości. Brzmiało to jak krztuszący się silnik autobusu.

Autostopowicz powiedział nieśmiało:

– Wiesz, on wcale nie mówił tak głupio. Jeśli Czerwony Pokój zawiedzie, to możemy potrzebować nowych pomysłów. Jeszcze nikt nigdy nie próbował stworzyć legendy w sposób tak… mało mający wspólnego z mówieniem. Nowy gracz na rynku many, dziedziczący twoje i moje zdolności może nieźle namieszać…

Kobieta wzruszyła ramionami.

– I tak w ostatecznym rozrachunku wszystko zależy od ludzi. Albo stworzą sobie nowego boga, albo zostaną przy starych sprawdzonych bodźcach: strachu, tajemnicy i humorze…

 

9. Górska granica

 

W końcu, niekiedy jadąc, częściej maszerując, dotarli w pobliże jeziora Akekule. Gangsterów wysłali po opał, a Suka i Gówniarz usiedli na plecaku i pochylili się nad mapą Ałtaju.

– Popatrz, tu jest to jezioro, które widać na wschodzie. – Runar najpierw zasuszoną trawką wskazał miejsce na płachcie, a potem machnął w stronę niedalekiej tafli. – A tu masz granicę. Już ci dużo nie zostało. Ze trzy kilometry do Rosji, potem pewnie ze drugie tyle, aż znajdziesz odpowiednie miejsce. Najlepiej, jeśli pobiegniesz tą doliną, widzisz?

– Aha. To jest wysoko, prawda? – Dziewczyna już nie wydawała się tak zachwycona pomysłem jak kilka tygodni wcześniej.

– Prawda. Na przełęczy, o tutaj, na pewno będzie leżał śnieg. Dasz radę, Sek?

– Dam. Tylko zmęczę się jak koń podczas kręcenia westernu.

Wołodia i Haakon przydźwigali dwie wiązki chrustu. Runar cofnął się do niedawno mijanego źródełka po czystą wodę, wybrał najbardziej kaloryczny posiłek, jaki mógł wymyślić. Kiedy Sekai zjadła, wcisnął jej jeszcze trzy czekoladowe batoniki. Wreszcie preteksty do odkładania przemiany się wyczerpały.

Na wszelki wypadek wyszukali miejsce, w którym nawis skalny zasłaniał ich od góry.

– Sek, a jak któryś pogranicznik cię zauważy i zastrzeli? – troszczył się Gówniarz.

– Też wydumał, dołbanutyj… I kitajce, i Rosjanie muszą się gęsto tłumaczyć z każdej wystrzelonej kulki.

– Nie przejmuj się, Runek. Niech sobie strzelają. W zwierzęcej postaci jestem bardziej martwa niż kotek Schrödingera. Odsuńcie się trochę.

– I przestańcie się gapić! – napomniał Autostopowicz. Podczas przemiany pierwsze znikało ubranie.

Wołodia prychnął pogardliwie, ale stanął bokiem do dziewczyny.

– Jakbym nigdy w życiu nie widział grubej żopy! Żeby ona chociaż…

Runar nie wytrzymał i rzucił się z pięściami na gangstera. Kiedy Sekai skończyła transformować się w bernardyna, Świr trzymał od tyłu Autostopowicza, a Gruchot okładał go kułakami. Suka bez namysłu wcisnęła się między walczących, podniosła łapę i obsikała czarne spodnie.

Wołodia odskoczył jak oparzony.

Paszła won, stierwa!

Sekai warknęła na Haakona i postarała się zaprezentować jak najwięcej kłów. Brzydziła się ugryźć gada, ale jeśli zaraz nie puści Runka… Puścił. Jak na kogoś z podbitym okiem i krwawiącą wargą, Gówniarz miał wyjątkowo rozradowaną minę. Suce również mało ogon nie odpadł od merdania. Poturbowany poprawił ubranie i powiedział:

– Nie traćmy czasu bez sensu, zaraz południe. Kotwice.

Wołodia zdjął okulary, rzadko widoczne, zaczerwienione oczy łypnęły ponuro. Odłamał część szkła, przekształcił w blaszkę. Wykrzywił wargi w parodii uśmiechu i na ciemnobrązowej powierzchni pojawiły się białe chińskie ideogramy oznaczające „wredna sucz”. Dorobił otworek na górze i podał wisiorek zastępcy. Ten uformował koniuszek protezy w haczyk, przewlekł przez dziurkę, zagiął, wreszcie dodał pierścień z drugiej strony i odłamał całość od ręki. W międzyczasie Runar oderwał troczek od plecaka i przerobił go na parcianą obrożę. Dołączywszy kotwice gangsterów, zapiął ją na szyi Sekai. Przy okazji delikatnie podrapał koleżankę za uszami.

 

O dziwo, psi nos polubił wstrętne zapachy natury. Z przyjemnością obracał się w tę stronę, w którą pobiegło stadko dzikich owiec czy koziorożec. Łapom nie przeszkadzał wysiłek – niestrudzenie trawersowały łagodnie nachylone zbocze.

Kiedy Sekai obwąchiwała słupek graniczny wmurowany na przełęczy, miała ogromną ochotę „zgubić” przy nim blaszkę razem z haczykiem. W tym miejscu bywali żołnierze – czuła skórzane buciory regularnie smarowane pastą, liczne przepocone stopy… O tutaj, przy wypalonej zapałce oparła się o ziemię kolba karabinu – zapach metalu z silną domieszką prochu i smaru. Ależ byłoby zabawnie, gdyby gangsterzy zmaterializowali się tuż przed muszką zaskoczonego szweja! A najlepiej, między rosyjskim i chińskim patrolem… Za taki widok Suka oddałaby sporo. Z trudem oparła się pokusie – potrzebowali Wołgi, żeby dotrzeć do Europy, podwładnych i cywilizacji w tajemnicy przed Siatą. Starannie osikała słupek i potruchtała dalej. Zresztą, szychy z „Obłasti Użasa” na pewno zostawiły gdzieś w Chinach swoje kotwice i w razie zagrożenia po prostu by się do nich przeniosły.

 

Po dłuższym biegu wzdłuż jakiegoś meandrującego strumienia znalazła miejsce o tyle przyjemne, że nie pokryte śniegiem. Kto to słyszał, żeby leżał tak długo po zimie? Żadnego ładu w tej naturze…

Granica już dawno schowała się za blokami skalnymi, do porostów zaczęły dołączać trawy, a nawet krzaczki. Słońce ciągle jeszcze stało dość wysoko. Sekai postanowiła się zdrzemnąć. Wybrała wygodną i nagrzaną kępkę trawy, pokręciła się po niej, udeptując legowisko, po czym ułożyła się i przymknęła oczy.

 

10. From Russia with Love

 

Obudził ją dotyk obcej dłoni na łbie i słowa wypowiadane po rosyjsku:

– Jaki śliczny piesek. Gdzie twój pan? Taki czysty piesek musi mieć swojego pana. Nazar! Chodź, zobacz, co znalazłem!

Żołnierz. A z góry już schodził drugi. Suka przeklęła własną głupotę i lenistwo. Ale w sumie faceci też mogli szybciej teleportować się do kotwic, a nie czekać na… Kotwice! Czy ich nie zgubiła? Czy Rosjanie ich nie zabrali? Nerwowo sięgnęła łapą do szyi. Wyczuła obrożę Runara. Podrapała się, aż zawieszka zaczęła pobrzękiwać na haku. Wszystko w porządku. Prawie.

– Chodź, piesku. Noga! Zaprowadzimy cię do ciepła, damy jeść…

– Sierioża, zwariowałeś?

– No przecież nie zostawimy tu psiny! Zaraz się ściemni, biedactwo zamarznie w nocy. Pewnie uciekł właścicielowi. Popatrz, zadbany, czysty… Nasz sąsiad miał kiedyś bernardyna, bardzo podobnego. Miłe i przyjacielskie psy. O, to dziewczynka jest! Przecież nie porzucisz samotnej dziewuszki na mrozie?

– Ty widziałeś krzaki na blaszce? Kitajcom uciekła.

– No to zaprowadzimy ją do bazy, a potem zadzwonimy do Chinoli i spytamy, czy coś o niej wiedzą. A w międzyczasie przerobimy na agentkę.

Sierioża podał towarzyszowi manierkę, kazał nalać sobie do złączonych dłoni, podsunął tę miseczkę Suce pod nos. Nie chciała pić z rąk obcego faceta, ale chłodna woda pachniała tak smakowicie… Skusiła się.

– Masz… – Przekonany Nazar wygrzebał z kieszeni kawałek sznurka i podał koledze, który przywiązał go do obroży.

– Chodź, niedaleko mamy samochód, ogrzejesz się, odpoczniesz. Ale najpierw musimy tam dojść. No, wstawaj! Nazwę cię „Dwojnaja”, od podwójnej agentki.

Chcąc nie chcąc, Sekai podreptała za „wybawcami”.

 

Po półgodzinie dotarli do łazika. Sierioża otworzył przed Suką tylne drzwi i zachęcająco poklepał siedzenie. W końcu wskoczyła.

„Baza” okazała się kilkoma barakami ogrodzonymi siatką zwieńczoną drutem kolczastym. Wracający z nieoczekiwanym łupem patrol przyciągnął kilku żołnierzy. Najbardziej zachwycił się Suką niski czarnowłosy chłopak. Od razu zaimprowizował miskę z pudełka po czekoladkach, które przysłała mu narzeczona. Pobiegł po wodę, a potem wycyganił od kucharza wielką puszkę tuszonki i pół wyłożył na wieczko. Suka jadała już o wiele lepsze rzeczy, ale po długim biegu nawet wojskowa konserwa smakowała nieźle.

Wybuchła dyskusja, gdzie powinna zamieszkać Dwojnaja. I Sierioża, i brunet upierali się przy własnych barakach. Ktoś zaproponował teren wspólny. Wydawało się, że szopa, w której garażował łazik, wszystkich pogodzi, ale tak w niej cuchnęło olejem, że Sekai odmówiła wejścia. Urządzono jej tymczasowe posłanie w magazynie, a chłopcy obiecywali, że jutro zmajstrują elegancką budę.

Po capstrzyku zamknięto psa w najsolidniejszym budynku w całej bazie. Wreszcie została sama. Niby mogła przybrać ludzką postać, ale ciągle miała na sobie kotwice pozostałych legend. Mimo wielu prób, nie udało się ich zsunąć. Czy bernardyn aby na pewno ma grubszą szyję niż człowiek? Nie miała pojęcia, nigdy wcześniej nie zamieniała się w tę rasę, a lusterka niedomyślni szweje jej nie przynieśli. Bo gdyby obce, odporne na transformację, elementy stały się częścią jej ciała… Zwykłą obrożę, a nawet smycz, mogłaby pochłonąć i przekształcić w ubranie, ale nie cząstkę innej legendy. Nikt nigdy tego nie próbował, ale zapewne nienaruszona kotwica zagłębiłaby się w organizm, może nawet dając właścicielowi władzę nad nosicielem. Suka na pewno nie zamierzała skończyć z częścią Wołodii tuż przy sercu. Brrrr!

Teoretycznie mogła zamienić się w coś mniejszego – na przykład w ratlerka. Wtedy obroża po prostu by z niej spadła. Ale nigdy wcześniej nie próbowała transformacji ze zwierzęcia w zwierzę. Bała się.

Nie dano jej wiele czasu na rozterki – po kwadransie między wieżami ze skrzyń, beczek i kanistrów zjawiło się trzech mężczyzn.

– Skończona idiotka! – szeptał Wołodia. W półmroku jego tatuaż połyskiwał czerwienią. – Położiła chuj na robotę i zaczęła się łasić do żołnierzy! Widać Gówniarz słabo się sprawdza, żeś pomocy u sołdatów szukała.

– Zamknij się! – syknął Runar. – Trzeba było skoczyć na tę stronę granicy, ledwo się Sekai położyła, a nie najpierw czekać, aż się woda zagotuje, aż wszyscy zjedzą, aż się wysikają…

– Przeziębiłem sobie pęcherz w tym zapchlonym namiocie! – awanturował się Haakon.

Oczywiście, pokłócili się między sobą, zamiast wreszcie uwolnić ją od tych przeklętych kotwic. Suka warczała cichutko, starając się wytłumaczyć durnym facetom, co jest najważniejsze.

Wreszcie Runar zdjął jej obrożę. Teraz jednak w magazynie zrobiło się zbyt ciasno, by mogła wrócić do ludzkiej formy. Autostopowicz zamknął oczy i dotknął zamka. Po chwili wytłumaczył Świrowi, jaki kształt powinien nadać protezie. Haakon przekręcił klucz i ostrożnie uchylił drzwi. Z odległego baraku po lewej dochodziły dźwięki akordeonu i śpiew. Niestety, dwóch wartowników zachowało czujność, a cały teren jednostki był doskonale oświetlony. Po szeptanej naradzie wyklarował się plan.

Gówniarz dostał się do łazika. Po chwili wrócił do Świra z kolejnym zamówieniem. Z kotwicą-kluczykiem do stacyjki w garści znowu wskoczył do wojskowego samochodu. Tym razem otworzył od środka wrota szopy, po czym wyjechał. Zanim skamieniali ze zdziwienia wartownicy zdecydowali, czy mają strzelać do własnego wozu, czy zawiadomić kaprala, Runar staranował bramę. Tego już było dla żołnierzy za wiele; jeden puścił serię za oddalającym się łazikiem, drugi pognał po dowódcę już wyskakującego (w niepełnym mundurze, lecz z bronią w rękach) z baraku. W powstałym zamieszaniu legendy wybiegły z magazynu. Wołodia i Sekai transformowali się. Po chwili Czarna Wołga z dwojgiem pasażerów wypruła z piskiem opon przez zniszczoną bramę. Runar wjechał do rowu, wyszarpnął kluczyki i zmaterializował się w mijającym go samochodzie.

– Dzięki wielkie, jebnutaja idiotko! – warczał GPS. – Jeśli wyślą maila wierchuszce, Siata o wszystkim się dowie. I cała cholernie męcząca podróż w pizdu!

– Nie cała – łagodził Autostopowicz. – Wyrwaliśmy się z chińskiej pułapki. Jesteśmy w twojej ojczyźnie. Tutaj po drogach jeździ mnóstwo wołg, z łatwością wtopisz się w tłum. I nie sądzę, że pogranicznicy zawiadomią górę. Raczej dojdą do wniosku, że nie zaciągnęli ręcznego i łazik stoczył się z górki. Samochód pusty, nikt z niego nie wysiadał, nic im nie zginęło… Wyciągną wóz z rowu, naprawią bramę i nikomu słowa nie pisną. A ciebie uznają za zwidy.

– Tak czy siak, mam już dosyć tej kretynki. A jej jojczenia i marudzenia mam do chuja i bolsze! Nawet Haakon w słabszych momentach nie zachowuje się aż tak duracko. Żeby tak sobie wziąć i się zdrzemnąć w środku wykonywania zadania…

– Ja też mam was dosyć, cholerne prymitywy! – wrzasnęła Sekai. – Nic, tylko myślicie o zabijaniu! Potraficie współpracować co najwyżej z karabinem! Macie mniej empatii niż sznurówki tych ruskich żołnierzyków! Świr niepotrzebnie zabijał dzieciaka! O tym Siata na pewno się dowiedział, ale wtedy jakoś ci to nie przeszkadzało! Jeszcze Haakon czasami wrzuci jakiegoś spokojnego Aspergera i da się z nim porozumieć, ale ty masz za mało szarych komórek, żeby cię posłać po flaszkę! Dwa wielkie macho-gówna!

– Uspokójcie się – prosił Runar, ale nikt nie zwracał na niego uwagi.

Wołodia zahamował, aż pasażerami miotnęło do przodu.

– Jeśli sądzisz, że towarzystwo diermowyje, to nikt cię tu siłą nie trzyma. Ubirajsja k ciertowoj matuszkie!

– Czekajcie, tylko razem mamy jakąś szansę przeciwko Internetowi – apelował Gówniarz. – Pojedynczo…

– A żebyś wiedział, że pójdę!

Sekai szarpnęła za klamkę i wyskoczyła. Wołga natychmiast trzasnęła drzwiami i odjechała. Po chwili przy dziewczynie pojawił się Gówniarz.

– No i koniec współpracy triumwiratu… – westchnął.

– Dzięki, że ze mną zostałeś. Jakoś przyjemniej być udupionym na Sybirze we dwójkę.

– Jeszcze nie jesteśmy udupieni. Mogę wskoczyć do pierwszego lepszego samochodu i wywieźć twoją kotwicę, dokąd tylko będziesz chciała.

 

Epilog

 

Zataczająca coraz szersze kręgi opowieść o Czerwonym Pokoju osłabiła Siatę, ale nie zdołała go pokonać.

Po roku gdzieś w odludnym zakątku południowej Syberii przyszło na świat dziecko. Pierwszy potomek dwóch legend spłodzony, a nie wymyślony i opowiedziany. Śliczna, lecz niespotykanie silna istotka swobodnie czerpiąca z humoru i tajemnicy. Zrodzona po pełnej emocji podróży przez pół Azji.

Ojciec nazwał dziewczynkę Lubow. Rosła błyskawicznie – niejedna wytwórnia filmowa, wspierana przez legion pisarzy, pracowała na jej siłę. Już po sześciu latach dziecko było gotowe do spotkania z wrogiem rodziców.

Ale jak Siata zareagował na Miłość Od Pierwszego Wejrzenia, to już zupełnie inna historia…

Koniec

Komentarze

Lodzio modzio! Uśmiałem się setnie. Najlepsze opowiadanie konkursu jak na razie. Gratki!:D

 

Dziękuję, Rybaku. :-)

Miło mi, że się tekst spodobał i miodny wyszedł.

Babska logika rządzi!

Z czepialstw, to w kilku miejscach brakuje przecinków. Nie chcę uchodzić za autorytet. ;) Poza tym błędów nie wyłapałem, ale mniejsza z tym!

Czyta się płynnie i szybko. Bohaterowie bardzo żywi i konkretni. Akcja rwie, nawet, gdy nic się nie dzieje, to cały czas coś się dzieje. Jest ciekawie. No i sam pomysł jest super. Świr z milczącego pomagiera, szybko został nieformalnym szefem. No ale widocznie przybrał osobowość lidera. Haakon zdecydowanie postać numer jeden w opowiadaniu. Gruchot też niczego sobie.

Co mi się bardzo podoba, to że wszystko ze sobą gra i jest powiązane. Bardzo dobry tekst, który pomimo swej objętości nie dłużył mi się w ogóle.

Bardzo Finklowe :). Czyli – napisane śpiewająco, pomysł oryginalny… Jedyny problem, że – nie wciągnęło. Jakoś nie mogłem się z tymi dupkami z triumwiratu zaprzyjaźnić, a skoro ich los był mi obojętny, to i całe opowiadanie trochę – letnie. 

Standardowo, parę uwag:

– “pracowały lub przygotowywały w domu obiady, ewidentnie nudziła się i chętnie pogadałaby na dowolny temat” – kto tu jest podmiotem, bo się zgubiłem?;

– “drogi prawie nigdy nie prowadziły dokładnie w wymarzonym kierunku, a ich nawierzchnia” – skoro drogi, to i nawierzchnie;

– “znalazł chłopaka, który siedział w pustym otwartym domu” – skoro był tam chłopak, to dom nie był pusty ;)?:

– “zalegał śnieg, prawdopodobnie nigdy nie tknięty pługiem” – najpierw myślałem, że jakąś orkę na tym śniegu przygotowują, a tobie chodziło o pług śnieżny? może ratrak brzmiałby lepiej?;

– “koń podczas westernu” – konie filmy oglądają i to je tak męczy? może “rodeo” lepsze?

Oraz – suczki sikają inaczej niż pieski i ciężko byłoby bernardynce obsikać słupek. Internet też czasem chyba powinien być z małej litery, a nie wielkiej, ale tu pewności nie mam.

Poza tym, moim zdaniem niepotrzebnie legendy są stylizowane na ruskich bandytów. A już wtręty z rosyjskiego w chińskiej knajpie to wyższy stopień surrealizmu.

Reasumując – doceniam maestrię, ale szału nie było.

 

PS. Miłość od Pierwszego Wejrzenia zdaje mi się starsza od Internetu, czyż nie ;)?

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Dziękuję, Ac. :-)

To gdzie te przecinki? Może faktycznie coś przepuściłam, a może będę pyskować.

Miło mi, że aż tyle zalet znalazłeś. :-)

Polubiłeś Haakona i Wołodię? No popatrz, a betom bardziej przypadła do gustu Suka.

Szefostwo Haakona – jeśli przywódca większość czasu spędza w nieludzkiej postaci, ktoś musi przejąć obowiązki. ;-)

Babska logika rządzi!

Fragmenty moich opinii z bety:

 

Witaj,

 

Twój tekst czytało mi się bardzo dobrze.

Zarysowywujesz świat, masz wyrazistych bohaterów, wszystko okraszone przynajmniej kilkoma bardzo dobrymi pomysłami, ciekawe, wciągające i momentami zaskakujące.

Ksywki, imiona, zdolności – to wszystko mi się podobało.

Szczególnie Sekai i genialna w tym wypadku "Suka".

Bo będzie kontynuacja tak?

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dziękuję, Staruchu. :-)

No i mamy pierwszego niezadowolonego klienta. ;-)

Jak nie wciągnęło, to trudno. Rozumiem, że bohaterowie nie są nadmiernie sympatyczni i mogą wkurzać.

Śnieg i pług. To są miejskie legendy. Po mieście (o ile mi wiadomo) jeżdżą pługi i inne piaskarki. Ratraki raczej w górach.

Koń i western – jest takie powiedzonko “zmęczony jak koń po westernie”. Oglądać nie oglądają, ale grają… A rodeo bardziej mi się kojarzy z bykami.

Sikanie suczek. Nie znam się, ale zostawię. Zawsze mogę się bronić, że ta jest wyjątkowa i obsikanie słupka to dla niej pikuś.

Rosyjskim bandytą jest tylko Wołodia. I tutaj będę się upierać, że ma to sens. Haakon jest bandytą innej narodowości, ale czegoś się przy szefie nauczył.

Resztę zaraz grzecznie poprawię.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Mytriksie. :-)

Za nominacje też. :-)

Babska logika rządzi!

To ja też wklejam fragmenty pierwszego komentarza z bety:

A teraz pierwsze wrażenia i od razu zaznaczam, że prosty człowiek jestem, więc absolutnie nie musisz nawet rozważać tego, co napiszę.

Język – uprościłabym go trochę. Były takie momenty, w których niektóre słowa zaburzały mi płynność czytania. Możesz to zrzucić na karb mojej ignorancji, ale np: koprolalię musiałam wyguglać. O rosyjskich zwrotach już była mowa, ale też przyznam, że nie wszystkie zrozumiałam.

Bohaterowie – najbardziej wyrazista wydaje mi się Suka. Te jej porównania, choć niekiedy irytujące, mają swoje uzasadnienie. Humor, to humor.

Na początku trochę się pogubiłam, nie wiedząc kto jest kim. Oprócz imion wszyscy mają ksywki i to wprowadza lekki zamęt.

Przyznam, że podróż przez Chiny dłużyła mi się. Właściwie nic się nie dzieje poza sprzeczkami i wzajemnym graniu sobie na nerwach. No może delikatnie zarysowuje się wątek rodzącego się uczucia między Suką i Runarem.

Znalazłam też kilka nawiązań. Pierwsze do filmu The Ring o morderczej taśmie video. Drugie do Pottera. To ukrywanie się Twoich bohaterów, przypomniało mi, jak Harry, Ron i Hermiona również się ukrywali, kiedy poszukiwali horkruksów. Plecak Runara był prawie jak torebka Hermiony. :D

Końcówka trochę mnie rozczarowała. Spodziewałam się chyba większego BUM. Niby jest perspektywa, że pojawi się nowy gracz o ponadprzeciętnych zdolnościach, ale…

Sam pomysł bardzo mi się podobał, ale muszę to jeszcze przetrawić na spokojnie.

 

Po zmianach, które wprowadziłaś, zwłaszcza w końcówce, uznaję lekturę za satysfakcjonującą. :D

 

Sikanie suczek. Nie znam się, ale zostawię. Zawsze mogę się bronić, że ta jest wyjątkowa i obsikanie słupka to dla niej pikuś.

Toż mówiłam, że Suka powinna zamienić się w psa i podnieść nogę, jak sika. :)))

 

 

 

Жребий брошен.

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Finklo – pług w mieście rozumiem. Ale u ciebie są górskie szczyty (”na szczytach gór zalegał śnieg, prawdopodobnie nigdy nie tknięty pługiem”), stąd moje zdziwienie.

Powiedzenia o westernie nie znałem.

A sikanie psów – panowie podnoszą łapę, a panie grzecznie kucają (przynajmniej tak robiły wszystkie te, które miałem do tej pory).

 

No i – zazdraszczam pióra (widać, nie ;)?)

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Dzięki, AQQ. :-)

Toż napisałam, że podnosi nogę – i masz. Teraz muszę walczyć za równouprawnienie suk. ;-)

Spasiba bolszoje, Mytryksie. :-)

Staruchu, tak, to są górskie szczyty, ale oglądane oczyma miejskich legend. Oni są przekonani, że taki luzem leżący śnieg to jakiś pług powinien zgarnąć. Bo inaczej robi się syf, bałagan i ślisko jest. ;-)

Sikanie psów. No, zasadniczo chyba masz rację. Dziewczynki kucają. Ale fabularnie potrzebuję tego sikania z zadartą łapką – wcześniej Sekai olewa Wołodię. W kucki tego nie zrobi. Mogę się tylko upierać, że ta suczka ma ludzki mózg i jeśli się uprze, żeby sikać jak chłopiec, to to zrobi. Tak jak ja potrafiłabym sikać na stojąco, gdyby było mi to potrzebne.

Ty nie zazdraszczaj, tylko sam trenuj. :-)

Babska logika rządzi!

Tak jak ja potrafiłabym sikać na stojąco, gdyby było mi to potrzebne.

Zgadzam się z Tobą w stu procentach. Kto bogatemu zabroni? ;)

Sikanie to rozrywka dostępna nawet biednym. ;-)

Babska logika rządzi!

Finkla, moje uwagi co do przecinków dotyczyły w znacznej mierze imiesłowów przymiotnikowych (musiałem poguglać), takich jak:

– Ktoś nas podsłuchuje – burknął ciągle stojący nad nastolatkiem Świr.

Sądziłem, że przed “stojący” powinien się znaleźć przecinek. Przeglądając pobieżnie jeszcze raz Twoje opowiadanie (nie wynotowałem sobie wcześniej), znalazłem tylko takie, ale konsekwentnie w takich sytuacjach przecinków nie stosujesz, więc mogłem się mylić. :) Zwracam honor i idę sobie posiedzieć na karnym jeżyku.

Suka nieco mnie irytowała, ale humor stanowił jej atrybut, który był dla mnie troszeczkę męczący. Może dlatego, że znam te żarty. Natomiast wice-szef mafii o osobowościach i dłoniach, które mógł wymieniać zależnie od potrzeby, ale z wiodącą seryjnego mordercy jest bohaterem jakiego było mi trzeba. ;)

Przy imiesłowach przymiotnikowych przecinki są potrzebne, jeśli to wtrącenie. Gdyby tak potraktować “ciągle stojący nad nastolatkiem”, nie byłoby to błędem IMO. Ale w końcu zaczęłam się liczyć ze znakami. :-)

Bez przesady z tym karnym jeżykiem. Nie męcz zwierzątka bez potrzeby. ;-)

Lubię humor pod niemal każdą postacią, więc mnie Suka nie gryzła. Ja też znałam jej żarciki, ale co zrobić? ;-)

Zgadzam się, że Haakon to postać z olbrzymim potencjałem. Kto wie, może jeszcze kiedyś coś o nim napiszę.

Babska logika rządzi!

Świr zdecydowanie zasługuje na osobną historię. ;)

Toteż nie mówię nie. :-)

Ale research mnie przeraża.

Babska logika rządzi!

Ten nowy gracz bardzo mi przypomina Crane’a z “Kłamcy”, tylko że tam ten bóg naszych czasów zajął się nieco inną sferą “wierzeń” :)

 

Generalnie opowiadanie bardzo mi się podobało i, nie ukrywam, wciągnęło, choć odczuwałem czasem zgrzyty w kwestii bohaterów. Ale chyba się nie za bardzo w tej kwestii wczytałem, bo najpierw myślałem, że to Suka jest tajemnicą, a Gówniarz humorem, dopiero z komentarzy wyczytałem, iż się mylę. To chyba przez to, że strach i humor są rodzaju męskiego, a tajemnica żeńska ;)

Z kolei Świr denerwował trochę zmianami postaw, najpierw trząsł portkami przed szefem, potem zakatrupił chłopca, żeby na końcu zacząć wyrastać na lidera. Ale to zapewne część tego jego świrostwa i zamierzony efekt.

Jeszcze zgrzyt odczułem przy rozmowie w “Legendach Roka”. Takie słowa jak “epifania” i “zdolności profetyczne” średnio pasują do gangsterów, czy też postaci kreujących się na gangsterów, tym bardziej, jeśli sąsiadują z rosyjskimi wiąchami.

 

Reasumując, z niecierpliwością czekam na kontynuację. No i co z legendami wiejskimi? Przecież dzicy bimbrownicy nie wzięli się znikąd i na pewno upomną się o swoją many :D

Dziękuję, Światowiderze. :-)

Dezyderiusz Crane, powiadasz? Hmmm. Może i coś tam podświadomość przemyciła, ale nie myślałam o nim podczas pisania. Szczęście chociaż, że dziedzina faktycznie całkiem inna.

Fajnie, że opowiadanie wciągnęło i się spodobało. Nieeee, Znikający Autostopowicz jest bardziej tajemniczy niż śmieszny.

Tak, zmienność Świra zamierzona. Wyrastanie na lidera już nie. To tylko prawa ręka szefa, za bardzo niestabilna, żeby sięgnąć po władzę.

“Epifanii” i “profetyzmu” używał Runar, czyli tajemnica. Jemu wypada znać mało popularne słowa. Wołodia już takich trudnych wyrazów nie używa.

Raczej będziesz musiał uzbroić się w cierpliwość, bo jeszcze nawet nie planuję następnej opowieści z tego uniwersum.

A legendy wiejskie to też piękny temat. To będzie to samo co klechdy? ;-)

Babska logika rządzi!

A legendy wiejskie to też piękny temat. To będzie to samo co klechdy? ;-)

Klechdy zaliczyłbym raczej do wspomnianych w opowiadaniu mitycznych, którzy wypadli z gry. Bardziej “nowoczesnych” legend też nie brakuje, wystarczy przejechać się wiejskimi autobusami i dobrze nadstawić uszu. Co prawda, dziś to głównie zupełnie fantastyczne nowinki z życia wójta albo księdza proboszcza :D Ale np. mój wywodzący się spod Torunia tata opowiadał mi, że kiedy w okolicy zaczęli osiedlać się warszawiacy i budowali sobie porządne domy, to wieść gminna niosła, iż ich materiałem są płyty nagrobne z odzysku :D Moim zdaniem to legenda mogąca spokojnie rywalizować z Czerwonym Pokojem ;D

No, nieźle, nieźle. Siadaj i pisz. :-)

A tak poważniej – wydawało mi się, że legendy miejskie to takie bajki, tylko rozgrywające się w środowisku miejskim. Niby prawie mogły się zdarzyć. Jak na wsi prawie można znaleźć kwiat paproci, a książę może poślubić Kopciuszka…

Babska logika rządzi!

A tak poważniej – wydawało mi się, że legendy miejskie to takie bajki, tylko rozgrywające się w środowisku miejskim. Niby prawie mogły się zdarzyć. Jak na wsi prawie można znaleźć kwiat paproci, a książę może poślubić Kopciuszka…

Tak, tylko środowisko wiejskie też się zmienia. Kiedyś po cmentarzach łaziły strzygi i wąpierze, a dzisiaj warszawiacy ;P

Cholera wie, które gorsze… ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Liderka konkursu nam się pojawia. Gratuluję Finklo pomysłu i wykonania. 

A’​propos ratraków nie wiem czy na zapyziałej granicy rosyjsko – ​chińskiej wiedzą co to takiego ;) Tam chyba czekają aż wiosna przyjdzie ;)

A sposób sikania? Jak to już gdzieś wcześniej cytowałem i tak “​babska logika rządzi”​, a przy takich zdolnościach bohaterki to taki mały pikuś, Pan Pikuś ;) To mi wygląda na takie drobne uszczypliwości.

Pomysł interesujący, wykonanie palce lizać, czyta się szybko i nie przewija żeby sprawdzić jak długo jeszcze. Nawet taki niby szczegół jak papierek po chili – ​wątek edukacyjny. Jakby jeszcze była jakaś walka na miecze świetlne, albo smoki (w końcu to Chiny) byłoby wszystko ;))) Nie, nie, bez przesady, jest dobrze, a nawet bardzo dobrze.wink

 

Dziękuję, Ederku. :-)

Cieszę się, że tekst przypadł do gustu.

Tubylcy pewnie ratraków nie znają. Ale nikt ich nie pyta… Akurat w Ałtaju to nawet wiosna nie pomaga – najwyższe szczyty są pokryte śniegiem non stop. I nikt go nie zgarnia. Zgroza! ;-)

Miło, że popierasz mnie w kwestii suczkowego sikania. Ta jest bystra i jak będzie miała kaprys, żeby obsikać słupek albo nogawkę, to obsika. :-)

Walki na miecze tudzież smoki nie dowieźli. Musi wystarczyć podgryzanie przeciwnika przy pomocy legend/ plotek. Sorry, taki mamy konkurs. ;-)

Babska logika rządzi!

Poniżej co milsze fragmenty z betowania.

 

Pierwsze wrażenia, bo od strony technicznej to musiałbym się baaardzo uważnie przyjrzeć, żeby coś wyłapać u Finkli.

Jest znowu finklowsko. Na bogato, zakręcenie i w stylu jaki już dobrze znamy. Dynamicznie, opisowo. Sporo detali i sporo rzadkich słów. Dużo elementów wrzuconych do jednego kotła. Ale z dosyć prostą tym razem fabułą.

To opowiadanie ze świetnie zarysowanym tłem. Z miejsca miałem skojarzenia z "Amerykańskimi Bogami", tam starzy bogowie też się obawiają bogów nowoczesności.

Twoi "bogowie" są równie ekscentryczni, jak Thor czy Anansi u Gaimana. Barwni, pstrokaci.

 

Elementy humorystyczne – podobają mi się te momenty. Lubię takie wrzutki, trochę się w nich specjalizujesz i zazwyczaj są to fragmenty, bon moty, one-linery czy porównania, które robią tekst i zostają w pamięci po lekturze. Taki znak firmowy. Masz lekkość i łatwość w wymyślaniu takich sekwencji.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki, Marasie. :-)

Miło z Twojej strony, że wybrałeś co milsze fragmenty. ;-)

Babska logika rządzi!

A mnie zastanawiają te szóstki i piątki i jednoczesny brak głosów do biblioteki od tych oceniających.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marudzisz. Mytrix zrobił, co mógł, teraz jego głos czeka na wolną chwilę jakiegoś lożownika. A Enderek jeszcze nie ma uprawnień.

Babska logika rządzi!

A faktycznie marudzę.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Więcej wiary w ludzi, optymizmu i takich tam… ;-)

Babska logika rządzi!

Ja nie mam mocy bibliotecznej, a opko zgłosiłem :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Wiem, widziałam. :-)

Babska logika rządzi!

Finkla, tekst od wczoraj, a już ponad 160 komentarzy, AQQ przejęła dyskusje z szałtboksa, ale wiedzę, że Ty masz szansę na 1000 komentarzy do końca konkursu ;)

:-) Bez przesady. Grubo ponad setka komciów pochodzi z okresu bety.

Babska logika rządzi!

Pierwszy komentarz z 05.04.18, g. 18:57 :) Czy przy odbetowaniu aktualizuje się data komentarzy?

Nie rozumiem pytania.

Zwykli śmiertelnicy nie widzą komentarzy z okresu bety.

Babska logika rządzi!

A, to sprawa jasna :-)

No to teraz napisz coś o tekście. :-)

Babska logika rządzi!

Finkla, tekst od wczoraj, a już ponad 160 komentarzy, AQQ przejęła dyskusje z szałtboksa, ale wiedzę, że Ty masz szansę na 1000 komentarzy do końca konkursu ;)

Jak nie na 1000, to przynajmniej to biblijne 666 ;)

Do mnie już tylko zbłąkane owieczki trafiają, więc nie dobiję.

AQQ, na 666 też bym nie liczyła.

Ale jeszcze do Ciebie mogą dotrzeć dziesiątki jurorów. Toż niemal każdy może głosować na najlepsze teksty.

Babska logika rządzi!

O tekście napisze jutro, bo teraz mogę tylko zerknąć, a zamierzam przeczytać w całości :-)

AQQ, szóstki to pod innym opowiadaniem, półmetek już tam jest :P

No to czekam grzecznie, aż przyjdzie Wilk. ;-)

Babska logika rządzi!

Mr.marasie trochę mi brakuje stażu na promowanie tekstów, wiem że jest jakaś opcja pośrednia zgłaszania, ale też jest tam potrzebne ze 30 komentarzy, co gorsza jakichś merytorycznych, a nie wiem czy moje fajne – ​niefajne się na to kwalifikują ;) Jak sobie pomyślę że mam analizować tekst linijka po linijce i zaznaczać brakujące przecinki … Zdaje się że od tego jest Word ;))) No i raczej cieszę się jak znajdę czas na jedno dwa opowiadanka dziennie, w weekendy trochę więcej. Dalej niektóre części stronki są dla mnie niedostępne i nawet nie wiem czy po spełnieniu jakichś minimalnych wymagań nagle dostąpię “objawienia”​ ;))) Tak że puki co ograniczam się do gwiazdeczek.

Enderku, spokojnie, nikt się nie czepia.

Jest potrzebne 50 skomentowanych tekstów, jeszcze trochę Ci brakuje.

Jak już spełnisz warunki, to wyjaśniam: nie jest tak strasznie z wymogami merytoryczności. Twój pierwszy komentarz w zupełności by wystarczył.

Niedostępne części strony to dziwna sprawa. Tak nie powinno być (pomijam tajne wątki Loży i inne drobiazgi). Ale możliwe, że coś się posypało. Gdzie nie możesz wejść, a uważasz, że inni mogą?

Babska logika rządzi!

Jak zwykle u Ciebie świetnie napisane i oparte na rewelacyjnym pomyśle. I ten Finklowy humor… Naprawdę go zazdroszczę :) Bardzo podobały mi się ksywki i pełne detali opisy. Bohaterowie też w moich oczach wypadli interesująco i wyraziście. Struktura opowiadania też na plus – przejrzysta i czytelna. Mimo długości tekst w ogóle mi się nie dłużył :) Przeczytałem z dużą przyjemnością.

Gratuluję warsztatu i pomysłów :) I idę nominować…

Dzięki, Katiu. :-)

Miło mi, że znalazłaś w tekście aż tyle zalet.

Humor w większości niezamierzony. Miał być tylko w wypowiedziach Sekai, ale jakoś zaanektował więcej literek. ;-/

Dobrze, że tekst na prawie 60 kilo się nie dłuży.

Babska logika rządzi!

Ach, u mnie nawet jak humor zamierzony to wychodzi coś gorzkiego… :) Nie wiem, może trzeba mieć większy dystans do tego, co się pisze… :)

Wygląda na to, że jesteśmy na przeciwnych krańcach skali. ;-)

Babska logika rządzi!

Coś w tym jest. Tylko ten Twój kraniec dużo bardziej mi się podoba :) Miłej nocy i powodzenia w konkursie :)

 

 

Kwestia gustu. Na pewno weselszy. ;-)

Co do pierwszego – nawzajem. Co do drugiego – kiedy Twój tekst?

Babska logika rządzi!

Finkla, myślałam i myślałam nad legendą i nic nie wymyśliłam, więc stwierdziłam, że na siłę nie ma sensu nic wrzucać… 

Jeszcze nie wszystko stracone. Jak Cię znam, to tydzień w zupełności wystarczy Ci na napisanie. Tylko jakiegoś pomysła upoluj i pójdzie. :-)

Babska logika rządzi!

Zobaczymy… Ostatnio obiecałam pisać wolniej :), ale jak mi coś wpadnie do głowy, to oczywiście spróbuję :)

No to czekam. :-)

Babska logika rządzi!

Chyba faktycznie chciałem się wbić na tajne spotkania loży, ale to raczej przez komentarze ze strony głównej ;) 50 komentarzy powiadasz, to muszę się brać za robotę żeby móc zagłosować na najlepsze legendy ;) Ach, muszę się wziąć za “Martwe pole” Rybaka, bo go sprowokowałem do przeróbek ;)

A jest tyle fajnych starych tekstów w bibliotece (Smurfy były niedocenione;))) Generalnie sporo Was się udzielało tutaj i fajnie popatrzeć jak to się z czasem rozwijaliście, i z każdym kolejnym opkiem ;)

Lożę chciałeś podglądać? Nieładnie… ;-)

Przy jurorowaniu w “Legendzie” chyba są jakieś inne wymagania i nie pamiętam jakie. Zajrzyj do zasad.

No, jak sprowokowałeś, to teraz czytaj.

Czyżbyś czytał moje Smurfy? Miło. :-) Tak na przyszłość: jak już coś przeczytasz, to zostaw komentarz. Autorowi na pewno będzie miło, a i Tobie licznik będzie się kręcił.

No, na ogół idzie się do przodu. ;-)

Babska logika rządzi!

Zakulisowe zagrywki są najciekawsze. Na tym się opiera cała polityka ;) Sekrety loży – no teraz to rozbudziłaś moje zainteresowanie. I pewnie nie tylko moje ;))) Niezły temat na szorcik ;)

Niektórych opowiadań nie da się tak z miejsca skomentować. Wymagają “przespania się z tematem”​. Nieraz pomagają komentarze innych albo wyjaśnienia autora tekst. Są takie, o których wszystko już zostało powiedziane, a komentarz w stylu “zgadzam się z przedmówcami” , albo “tu byłem Józef Tkaczuk” to raczej lepiej sobie odpuścić;) Ale postaram się ślad po sobie zostawiać.

Wiesz że nabijamy do 666 ;)))

 

No to albo musisz żyć z tym zainteresowaniem, albo dostać się do Loży, albo zhakować system. ;-)

Zostawiaj ślad, zostawiaj. Zawsze da się coś wymyślić. Choćby “podobało mi się, a najbardziej…”.

Eeee, do trzech szóstek raczej nie dociągniemy. Ale próbować zawsze można.

Babska logika rządzi!

Wydaje mi się, że na kilka ostatnich Twoich tekstów kręciłem nosem. Że w sumie jakby najbardziej cacy, ale…

Tym razem żadnych alów. Pomysł znakomity, kiedy zorientowałem kim są członkowie triumviratu, uśmiech gęby mej nie opuszczał, ba, poszerzał sie nawet. Świetnie to wszystko zaplanowane, poprowadzone, mimo wewnętrznego szaleństwa spójne logiczne, oraz opisane ze swadą i humorem. No i ta dbałość o szczegóły – Wołodia ma okulary profilowane jak szyby samochodu, a Sekai zastanawia się co stanie się z obrożą, po przemianie w człowieka… 

Nie do końca rozumiem co prawda motywację Siaty, poza megalomańskim "ja tu, kurna, rządzę". Zwłaszcza, że wydawało mi się, iż po upowszechnieniu się Internetu, legendy miejskie przeżywają nowy rozkwit. W swojej niemal wszechwiedzy nie przewidział też, że stosunkowo łatwo będzie można urwać się jego wiele widzącemu oku.

Ale miało nie być alów. Bo jeśli tekst ma jakieś minusy, to mało zauważalne i mało istotne. Bardzo chciałem się przyczepić, na takiej samej zasadzie, na jakiej Jean Claude Van Damme niegdyś oberwał w jakimś kalifornijskim klubie od gości z motocyklowego gangu:

"O, Van Damme! Dołóżmy mu!"

"A po co?" 

"Bo to Van Damme!" 

Ale mimo szczerych chęci, nie zdołałem znaleźć powodów, by dołożyć, nawet "bo to Finkla". Za dobry tekst.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję, Thargone. :-)

Miło mi, że nie ma alów, a pomysł się spodobał. A tak z ciekawości: kiedy się zorientowałeś, kim oni są?

Motywacja Siaty. A po co milionerzy zdobywają kolejne taczki szmalu, skoro i tak nie zdążą wydać tego, co już mają? Chęć władzy, dominacji, rywalizacji, sprawdzenia się, pokazania sąsiadowi, że ma się droższy basen… Masz rację, po początkowym internetowym “opodatkowaniu” many, jej napływ wzrośnie. Ale pierwszy szok był bardzo niemiły. A wiedza Internetu… Hmmm, wystarczy wpisać w googlarkę jakieś słowo z błędem. Na pewno dostaniesz mnóstwo trafień. No, informacje są fajne, ale trzeba jeszcze umieć je analizować i nie jestem pewna, że algorytmy Google wystarczą. Ale to poczucie, że “wiem wszystko”… Może upić szybciej niż szampan.

Ech, niełatwo być Van Dammem. I te szpagaty… Aua! ;-)

Babska logika rządzi!

Zorientowałem się w momencie, gdy opisywałaś owe okulary Wołodii. Zastanowiłem się wtedy, czy to taki nowoczesny, rosyjski gangster, spod znaku mercedesa, czy też tradycyjny post-bezpieczniak, herbu Czarna Wołga. I zaskoczyło. To znaczy zacząłem kombinować w stronę personifikacji dobrze znanych opowieści i wszystko w swoim czasie ładnie się ułożyło :-)

Swoją drogą – imiona. Wołodia to wiadomo, Haakon (wyjątkowo mrocznie brzmiące imię) też, bo od haków. Co prawda jest to imię norweskich monarchów, więc cały czas miałem przed oczami obraz ichniego następcy tronu, ale co tam ;-) 

Ale dlaczego Sekai? I w dodatku pies? Rozumiem, że humor, ale Sekai to po japońsku "świat" albo coś w tym stylu… Pewnie nie znam zbyt wielu legend miejskich i coś mi uciekło ;-) 

Aha, jeszcze przykład mojej genialnej nadinterpretacji – imię Runar pojawiło się sporo wcześniej, niż Autostopowicz. Ale od razu pomyślałem o klasycznym, opartym na miejskiej legendzie thrillerze z lat osiemdziesiątych, w którym Rutger Hauer grał psychopatycznego autostopowicza. Brzmienie obu nazwisk mi zagrało i co? Okazało się, że Runar to Autostopowicz. W innym nieco stylu, co prawda, ale w latach osiemdziesiątych nastoletni hakerzy nie czaili się jeszcze za każdym winklem. 

Cóż, to wszystko dowodzi, że bawiłem się niezmiernie, wyszukując (albo i czasem wymyślając) te wszystkie smaczki i odniesienia. I tym bardziej czapki z głów, że tak udatnie (i nienachalnie – Twój tekst to nie korowód postmodernistycznych skeczów) wbudowałaś je w fabularną linię opowiadania.

Aha, byłbym zapomniał – Miłość Od Pierwszego Wejrzenia zdegradowana do roli miejskiej legendy… Jakież to smutne. I okrutnie nieromantyczne. Chlip.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

A to błyskawicznie poszło. Gratuluję. :-) Mój plan był taki, żeby Czytelnik odgadywał tożsamość Wołodii dopiero przy GPS-ie.

No tak, po polsku Haakon kojarzy się z hakiem (i ja tą fonetyczną drogą szłam), a gdzie indziej to zacne, monarsze imię…

Sekai to podobno południowoafrykańskie imię żeńskie. Oznacza coś zbliżonego do “mająca dobry humor”. No i podobne do Suki, uzasadnia ksywę.

Runar. Cząstka “run” oznacza “sekretną wiedzę”. Thrillera oczywiście nie znam, kombinowałam inaczej, ale Twój tok rozumowania też ciekawy. :-)

To zaskakujące, ile ludzie potrafią w tekście zobaczyć…

Edytka: Ty w moim tekście romantyzmu szukasz? No coś Ty! Żeby nie ująć tego na modłę Wołodii… ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo ciekawy pomysł z tymi legendami i siatą. Błędów nie ma, a jak są, to nie zwróciłem uwagi, czyli to tak, jakby nie było. :)

Mimo fajnego pomysły niezbyt mnie wciągnęło. Brakło mi czegoś, co by pozwoliło wczuć się w sytuację bohaterów. Na początku też nie zawsze wiedziałem kto jest kto, bo nagle pojawiły się 4 postacie, z dodatkowymi ksywkami, a do tego zmieniające swój wygląd czy wręcz osobowość. 

Z postaci najfajniejsza była Suka, Wołodia kojarzy mi się z jednym wielkim przekleństwem, a Haakon i gówniarz czasem mi się mylili, który jest który. ;)

Ciekawy był wątek rodzącego się romansu i to chyba on sprawił, że zasadniczo druga część tekstu była dla mnie ciekawsza.

 

Koń i western – jest takie powiedzonko “zmęczony jak koń po westernie”.

Potwierdzam, jest jest, aczkolwiek jak to znam w formie mniej cenzuralnej. 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Dziękuję, El Lobo. :-)

Czyli masz jak Staruch – są jakieś plusy, ale nie wciągnęło. Widać nie można mieć wszystkiego ani wszystkich. ;-/

Na nadmiar ksywek już bety zwracały uwagę, ale się uparłam.

Przekleństwa Wołodii. No, rosyjski mat jest słynny w niektórych kręgach. Jak już miałam ruskiego bandziora, to nie mogłam się powstrzymać.

Haakon to ten z hakami. A Gówniarz to nastolatek podróżujący stopem.

Rodzący się romans Cię zaciekawił? Cóż, bywa i tak.

Różne są wersje, ale moja Suka klnie delikatnie.

Babska logika rządzi!

Oczywiście że tak. To znaczy – że nie. Nawet [tu wstaw nazwisko autora, którego uważasz za najlepszego na świecie] nie zawsze każdemu pasuje.

Same ksywki nie są złe, tylko dużo informacji do przyswojenia na dzień dobry.

Zdaje mi się, że nie tylko Haakon ma haki, ale też chciałeś ułatwić lekturę nazywając Gówniarza, podróżującego autostopem – Autostopowiczem. :)

Różne są wersje, owszem, można np. być zmęczonym, jak aligator po “Zwierzętach Świata”.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Nawet on? Nieee, niemożliwe. ;-)

Haki zamiast rąk ma tylko Haakon.

Tak, Gówniarza czasami nazywam Autostopowiczem. Bywa, że dwa synonimy to za mało. :-)

A tego nie znałam. “Zwierząt Świata” też nie…

Babska logika rządzi!

Za dużo ksywek? Jak się czyta trzeci… czwarty… raz, to już wiesz kto jest kim. Nie czepiaj się, El Lobo. :D

Dzięki, AQQ. :-)

El Lobo, słyszałeś? Nie marudź, tylko przeczytaj opko jeszcze kilka razy. ;-)

Babska logika rządzi!

Na głos…

 

Finkli przez Skype’a…

 

Niskim, seksownym głosem…

 

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

:-)

I koniecznie barczystym. ;-)

Bez przesady, lubię swoje opowiadania, ale nie aż tak.

Babska logika rządzi!

Haki zamiast rąk ma tylko Haakon.

Ja wiem o tym, nawet po pierwszym czytaniu, tylko tak mi się niegramatycznie napisało, że wyszło, jakbym myślał inaczej.

Kurczę, nie bardzo mam jak czytać niskim głosem, bo musiałbym zejść do piwnicy, a tam nie mam internetów. :(

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

To nie wiem, co chciałeś napisać.

Ależ ja się wcale nie upieram przy czytaniu na głos. Ale jeśli potrzebujesz tego do szczęścia, to może wydruk? ;-)

Babska logika rządzi!

Coś dzisiaj mam problem ze skupieniem, ale generalnie Siata powinien być słabszy nie tyle w Chinach, co w Turcji, tam mają zaskakująco dużo pomysłów “kontrolnych”. To jednak szczegół. Wykorzystanie legend jako motywu w konkursie “jestem legendą” – niezła incepcyjna ironia ;)

 

Czteroosobowy triumwirat

Kwartet, kwartet :)

Co zresztą pasowałoby do konwencji, bo różne “potężne" kwartety przewijały się w popkulturze :-)

 

Dziękuję, Wilku. :-)

Chiny mi się obiły o uszy, a o Turcji nic nie wiedziałam. A co takiego wyrabiają?

Jaka ironia? Moi bohaterowie po prostu są legendami. I już.

Kwartetu też używam. Ale triumwiratu będę bronić: to jest porozumienie najsilniejszych legend z grup strachu, tajemnicy i humoru. Haakon tak na doczepkę.

Ano, trafiają się. I tria, i kwartety. Czwórka może w przerwach w brydża pograć. ;-)

Babska logika rządzi!

W Chinach z jednej strony cenzura, z drugiej nie polega ona tylko na blokowaniu usług, ale tez na zastępowaniu ich usługami kontrolowanymi. Turcja dla odmiany mocno walczyła z VPNami i torem, była tez jednym z pierwszych państw, które już w czasach wszechobecnej sieci na poważnie rozważała stworzenie równoległego, “wewnętrznego” internetu.

 

A ironia oczywiście względem samego konkursu :-) Taka pozytywna ironia :-)

No, dawno temu czytałam coś o chińskiej cenzurze Internetu. Że nawet Google się ugiął, bo juany nie śmierdzą… Turcja też by się nadawała, egzotyczny kraj. Tylko chyba psów nie lubią.

Ja tam ironii nie widzę, ale skoro pozytywna, to nie będę się kłócić. ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo, bardzo dobre opowiadanie.

Zdania piękne, rytmiczne, fabuła również niczego sobie. Bardzo odpowiada mi Twój styl pisania, jest taki… reporterski? Takie określenie pasuje mi najbardziej. ;)

Ubawiłam się czytając. Humor to zdecydowanie mocna strona Twoich opowiadań. :) 

 

Dziękuję, Rosso. :-)

Miło mi, że tekst się spodobał.

Na rytmie się nie znam. Jakoś samo tak wychodzi. Reporterski? Hmmm, nie jesteś pierwszą osobą, która tak mój styl określa. Ale wydawało mi się, że próbuję odchodzić od reporterskości. Widać niedaleko. ;-)

Humor to poważna sprawa jest. ;-)

Babska logika rządzi!

Wybacz, wczoraj nie zauważyłam, że Twoje opowiadanie wciąż nie trafiło do biblioteki. Żeby nikt nie zarzucił mi zbyt krótkiego komentarza, dopiszę, że dialogi wyszły absolutnie fantastycznie. Obcojęzyczne wstawki wydają się bardzo naturalne, dla mnie – nieznającej rosyjskiego – są zupełnie zrozumiałe. 

 

A co reporterskości… Według mnie to zaleta. Styl pisarski jest trochę jak logo – ważne, by dało się je rozpoznać i dobrze się kojarzyło. Moim zdaniem marka Finkli to bardzo dobra marka i chętnie kupię jej kolejny produkt. :D

Ależ nie ma problemu. :-) Jakoś bibliotekarze omijają tekst. Jednego zaprosiłam do betowania, to kliknął. ;-) Nie to żebym się dziwiła – sama mam opóźnienia przy tej ilości (świadomie) konkursowych znaków.

Fajnie, że dialogi dobrze wyszły, a bluzgi okazały się zrozumiałe.

No, rozpoznawalny styl jest niezły, ale dobrze móc go odstawić i spróbować czegoś innego. ;-)

A do produktów zapraszam. Mamy szeroki wachlarz z poprzednich sezonów. Od dribbla do pełnowartościowego, piórkowego tekstu. Wszystkie gatunki i rodzaje. A czego dokładnie pani szuka? ;-)

Babska logika rządzi!

Niezły pomysł, świetne wykonanie, miejscami całkiem zabawnie, więc zachodzę w głowę, co sprawiło, że opowiadanie wlekło mi się niemożebnie, nużyło i z utęsknieniem wyglądałam końca. A ponieważ Nowy gracz na rynku many spodobał się chyba wszystkim dotychczasowym czytelnikom, podejrzewam, że może ze mną jest coś nie tak, jak być powinno…

 

– Ale jak? –Świr cał­kiem od­wró­cił się w stro­nę pa­sa­żer­ki. –> Brak spacji po półpauzie.

 

– Jedno czy dwu­oso­bo­wy? –> – Jedno- czy dwu­oso­bo­wy?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak to u Ciebie – świetnie napisane. Jest humor, są ciekawe postacie posiadające swoje charakterystyczne elementy (tatuaż jest tu szczególnie fajnym elementem). Stworzyłaś też oryginalny świat opierający się na personifikowanych legendach miejskich. Te wszystkie plusy składają się na klik do Biblioteki :)

Co do zaś samej lektury – miałem wrażenie, że od połowy wszystko zwolniło. Tak mniej więcej w połowie, zarzucony kolejnymi elementami, poczułem znużenie. To na pewno nie Twoja wina, miałem męczący dzień, ale tym niemniej w pewnym momencie akcja zwalnia i jakoś nie mogłem potem wrócić do początkowego zachwytu. Coś przez to spowolnienie uciekło i nie wróciło. Jednak nie sądzę, byś się musiała tym zbytnio przejmować.

Podsumowując: solidny, Finklowy tekst, wart Biblioteki. 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję nowym komentatorom. :-)

 

Reg, szkoda nie podpasowało i się dłużyło. Dobrze, że chociaż zalety widać. W całej rozciągłości. ;-)

Spację zaraz dołożę. A co jedno-… Ty to wiesz i ja to wiem, ale edytor wie lepiej i furt mi poprawia na półpauzę. :-(

 

NoWhereManie, miło, że widzisz tyle plusów. Szkoda, że w połowie jakby zanikają…

Mnie też się ruchomy tatuaż jako indykator samopoczucia podoba. :-)

Możesz mieć rację, że podróż przez Chiny trwa trochę długo. Ale to duży kraj jest, a bohaterowie mają pewne ograniczenia. Przynajmniej starałam się urozmaicić tę drogę.

 

Dzięki wszystkim za kliki. :-)

Babska logika rządzi!

No cóż, skoro edytor uważa się za wielepieja… ;(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zdecydowanie się uważa. I nie da sobie wytłumaczyć, że jest w błędzie.

Babska logika rządzi!

Finklo, spróbuj przekleić do tekstu zdanie z komentarza.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, ja już to cholerstwo dwa razy poprawiałam. I zapewniam Cię, że w tekście kopiowanym na portal był dywiz. Zwróć uwagę, że jeśli ktoś zapomina o spacjach przy myślnikach, to przy otwarciu wypowiedzi zostaje dywiz, ale przy drugiej kresce spacja za nią automatycznie zmienia dywiz w półpauzę. Musiałabym wywalić spację, żeby zachować dywiz. Ale przecież nie o to chodzi.

Babska logika rządzi!

No to trudno, skoro się nie da, to znaczy, że się nie da. :(

Nie mam żadnych doświadczeń z edytowaniem tekstu. Korzystam tylko z okienka do komentowania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla, ja sugestie dywiz w edytorach ignoruję… Bo nie za bardzo to wszystko kumam :( I zostawiam tak jak jest. Dywizy, półpazy – ​dla mnie to czarna magia… Tak czy inaczej w moich oczach dobry tekst na tym nie traci. Hmm… Miłej nocy :)

Reg, możemy jeszcze w tej sprawie pisać do Brajta. Na Berdyczów…

Katiu, ja rozróżniam i to wcale nie jest takie trudne. Młodaś jeszcze, ale my tu nie o takie rzeczy potrafimy koty drzeć. ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałem ale niestety nie podeszło. 

Opowiadanie napisane bardzo sprawnie, humor jest, zwroty akcji są, ale mimo tego musiałem podejść do całości trzy razy, gdyż zwyczajnie mnie nie ciekawiło. Sam pomysł wydał mi się dziwny i prawdopodobnie nie zrozumiałbym go, gdybym nie wiedział co jest tematem konkursu. Postacie były charakterystyczne ale zupełnie nie mogłem się z nimi zżyć i polubić ich, a przez to, że czytałem tekst w trzech podejściach pod koniec nie pamiętałem już, kto jest kim.  

Dziękuję, Łukaszu. :-)

Przykro mi, że nie podeszło. Będę się pocieszać i dziwności pomysłu nie uznam za wadę.

Rozumiem, że nie tak łatwo polubić dwóch gangsterów, w tym jednego seryjnego mordercę.

Babska logika rządzi!

Wykonanie wyśmienite i łapałam się na tym, że bardziej czytałam dla formy niż treści. Pewnie dziwnie to brzmi, ale tak rzeczywiście było.

Twoje wiązanki to prawie poezja, a zwłaszcza inwektywy Haakona do Siaty. Tylko, że nie za bardzo poczułam same opowiadanie. Słowa układały się niesamowicie, ale ciut za dużo słownych zagrywek bohaterów. Humor sprawiał wrażenie naciąganego, jakby za chwile miała zostać przekroczona granica, a rozbawienie zastąpiłaby irytacja. Ile Suka nawymyślała porównań, co mnie w połowie tekstu zaczęło po prostu wkurzać. 

Dziękuję, Deirdriu. :-)

Czyli forma przerosła treść. Hmmm, możliwe.

Aaaa, bo co interesującego jest we wtrącaniu “kurwa" zamiast przecinków? Wydaje mi się, że coś takiego bardzo źle wygląda na piśmie i musi nudzić odbiorcę. Mnie nudzi.

Czym mają się posługiwać legendy, jeśli nie słowami? ;-) Haakon przynajmniej kogoś zabija. A Suka musi się wygłupiać, taka rola.

Przykro mi, że nie bardzo wyszło. :-(

Babska logika rządzi!

Fajne :)

Dzięki, Anet. :-)

Babska logika rządzi!

>>> Jedno‑ czy dwuosobowy? <<<

Skopiuj sobie. TEN dywiz edytor powinien zostawić w spokoju.

 

Przepraszam, Finklo, nie przeczytałem całego opowiadania. Nie podeszło. Chodzi o sposób pisania: masz ten swój specyficzny styl, który nie zawsze jest dla mnie strawny. Niemniej jednak – jak widać – wielu osobom on odpowiada, więc generalnie nie namawiam do zmiany.

Przeczytawszy natomiast większą liczbę Twoich tekstów, mogę Ci poradzić, żebyś nie unikała tak usilnie powtarzania oznaczeń postaci (imion). Przesadnie z tym kombinujesz, przez co często trudno się połapać, kto jest kim w danej scenie. Najgorzej, kiedy wprowadzasz kilku bohaterów jednocześnie, po czym od razu zaczynasz żonglować ich ksywkami, funkcjami, mutacjami imion oraz omówieniami. Nieraz dosyć dziwnymi, czasem niejasnymi. Może lepiej nie komplikować?

Popatrz, jak piszą różni uznani autorzy. Zajrzyj na przykład do Rowling i Tolkiena (doceniona klasyka, dobre tłumaczenia i porządne wydawnictwa). Harry to po prostu Harry, nawet do kilkunastu razy na stronę, nie przedzierzga się co chwila w (dajmy na to) Henryczka albo voldemortowego pogromcę. Zauważ, że te synonimy brzmią zabawnie, a z moich obserwacji wynika, że stosujesz podobne nawet w opowiadaniach, co do których chciałabyś, aby odbierano je poważnie, a nie jako komedie. Tolkien częściej niż Rowling używa określeń synonimicznych, ale przeczytaj choćby pierwszy rozdział Trylogii: profesor literatury angielskiej nawala Bilbem i Bagginsem ile wlezie.

Postępowanie Tolkiena i Rowling (oraz ich tłumaczy) jest po prostu przyjazne dla czytelnika. Nie ma w nim nic niewłaściwego ani niezręcznego. Jeżeli Cię to nie przekonuje, bo pisarze anglojęzyczni, równie dobrze możesz przewertować książki znanych autorów polskich.

Nie mówię, żeby w ogóle nie zwracać uwagi na powtórzenia czy redundancje, nie zawsze jednak są one problemem, czasem zaś okazują się wręcz najlepszym rozwiązaniem. Dlatego szanowani pisarze wcale nie unikają ich jak ognia.

 

Co jeszcze mogę dodać… Doceniam wycieczki na teren obcego języka, zawsze to jakieś urozmaicenie.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dziękuję, Jerohu. :-)

Skopiowałam magiczny dywiz. Edytor faktycznie go nie ruszył. Co mu zrobiłeś?

Szkoda, że nie podeszło. No ale nie to nie.

OK, postaram się używać trochę więcej imion, zwłaszcza przy wprowadzaniu postaci. Docierają do mnie Twoje argumenty, że to utrudnia identyfikację bohaterów, ale nie przekonałeś mnie przykładami. Zgadza się, Harry jest Harry, ale Snape mówi o nim Potter, pojawia się również “chłopiec, który przeżył”…

Powiadasz, że to śmieszne? Ludzie mają dziwne poczucie humoru… Ale z drugiej strony – pamiętam Twój tekst o papierosie. No i to nie był poważny szort.

Ale z trzeciej strony, czy synonimy nie pomagają podać więcej informacji o bohaterach? Jeśli raz napiszę o człowieku “Józek”, a chwilę potem “belfer”, to chyba wiadomo, że Ziutek jest nauczycielem?

Babska logika rządzi!

Dywiz – znalazłem w tabeli kodów UTF-8. Ten jest akurat niełamliwy, co tutaj w niczym nie przeszkadza.

Snape mówi o nim Potter, pojawia się również “chłopiec, który przeżył”…

Oczywiście, różne postacie wyrażają się o nim różnie. Ale nie narrator. Pewnie i jemu zdarzają się wyjątki, jednak w narracji główny bohater ciągle jest Harrym.

 

Z trzeciej strony. Zgodzisz się ze mną, że informacja nie może być jedyną braną pod uwagę sprawą. Jeżeli sposób podania informacji rozwala nastrój albo niepotrzebnie utrudnia nadążanie za fabułą, to należy przemycić dane jakoś inaczej.

W niektórych sytuacjach “belfer” i “Ziutek” będą w porządku. Kiedy jednak takich zamienników używa narrator, wtedy mamy do czynienia ze stylem komediowym. Sam “Józek” również nie brzmi specjalnie serio, ale przejdzie i w tekście poważnym. Ten “Józek” może być właściwy z różnych powodów. Natomiast nagromadzenie swawolnych określeń spowoduje, że tekst stanie się jednoznacznie “śmiechowy”. I nadal możemy szukać wyjątków, jednakże wybieglibyśmy już poza meritum.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Aha, żeby narrator zawsze wyrażał się o bohaterze tak samo. Hmmm. Trudno będzie. Ale może warto.

Informacja kontra nastrój. Cholera, nie umiem grać nastrojem (chyba że tym komediowym, który tworzy mi się samorzutnie), więc nie bardzo potrafię poznać, kiedy informacja go niszczy.

Ale chyba rozumiem, o co chodzi z belfrem i Ziutkiem.

Babska logika rządzi!

Aha, żeby narrator zawsze wyrażał się o bohaterze tak samo.

Myślę, że niekoniecznie zawsze, bo niektóre zamienniki nie przeszkadzają. Tylko należy dobierać je z rozwagą. Po prostu zastanów się nad tym trochę. No wiesz, nie chcę narzucać Ci sposobu pisania, ale naprawdę uważam, że mogłabyś go nieco skorygować – ku większej chwale Twoich przyszłych opowiadań :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Sporo się dzieje, spójna historia obejmująca dość szeroki przedział czasu i interesujący pomysł na legendy. Taki… dosłowny. Jednak nie jestem do końca usatysfakcjonowany, bo Twoje poprzednie teksty wciągnęły mnie bardziej. Dlaczego? Trudno powiedzieć, bo na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się na miejscu, a i sam proces czytania był szybki i przyjemny.

Jak tylko zacząłem czytać o Siacie, z jakiegoś powodu miałem przed oczami ostatnie dokonania Cambridge Analitica ;D Tak więc temat jak najbardziej aktualny i warty wzięcia na tapetę ;)

Bohaterowie – początkowo mieszali mi się ze sobą dość mocno, ale później bardzo dobrze pokazywałaś cechy każdego z nich. Na pewno pokazanie cech przez zachowanie wyszło fajnie i było skuteczne.

Nie do końca mnie przekonał motyw Czerwonego Pokoju. Pokój sam w sobie fajny, ale już rozprzestrzenienie legendy na pół Rosji w dość krótkim czasie w kilka osób wydało mi się trochę przesadzone. Rozumiem, jakby wspomagali się co jakiś czas takimi wydarzeniami jak to z chłopakiem grającym na komputerze. A oni tylko gadali i gadali, a historia z niewiadomych względów wyjątkowo chętnie i szybko się rozprzestrzeniała. Chyba poszło trochę zbyt gładko.

No i zakończenie… zdecydowanie nie przypadło mi do gustu, ale pewnie miałaś świadomość, że nie dogodzisz nim wszystkim czytelnikom ;)

Aha, jeszcze jedno – rozumiem, że ruski wplatany w dialogi budował klimat, ale niestety bardziej zapamiętałem go z utrudniania lektury.

 

Marudzenia trochę było, ale to pewnie dlatego, że od Finkli oczekuję dużo, a akurat to opowiadanie nie do końca trafiło w mój gust. Kilka pomysłów naprawdę znakomitych, ale czegoś jednak zabrakło.

Jerohu, bez przesady tak od razu wszystkich synonimów narratorowi nie odbiorę. Nie ma mowy, za bardzo lubię się popisywać znajomością słów. To już odruch. ;-) I chyba jednak łatwiej wciskać różne trudne słowa w gębę wszechwiedzącego narratora niż ograniczonego bohatera.

 

Perruksie, dziękuję, że zajrzałeś. :-)

Ech, kolejny niezadowolony. :-(

Dlaczego nie wciągnęło? Zaczynam podejrzewać, że kłopoty moich bohaterów są za mało kłopotliwe, żeby legendy budziły współczucie. Że trochę dochody spadły, że ktoś ich uwięził w jednym kraju… Bywają gorsze tragedie. Ech, nie ma to jak skrzywdzić dziecko dla zagrania na emocjach.

Afery Cambridge Analitica nie śledziłam, ale miło z ich strony, że się dostosowali i uaktualnili mój tekst. ;-)

To nie tyle pokazanie cech przez zachowanie, ile trzymanie kart przy orderach, coby zaskoczyć odbiorcę w odpowiedniej chwili. ;-)

Legenda o Czerwonym Pokoju naprawdę krąży po Azji. I ja, i moi bohaterowie bazowaliśmy na istniejących zasobach. Trochę tylko trzeba było zmodyfikować na potrzeby chwili. Czy ona naprawdę rozprzestrzenia się zbyt szybko? Siata myśli o “niewielkiej, ale dostrzegalnej” części ludzi. Nie wiem, ile to może być dla kogoś, kto ma doskonały dostęp do aktualnych danych. Promil? Dopiero później wpływ legendy rośnie, ale do tego czasu mijają lata. A Haakon pewnie będzie powtarzał akcje.

Zakończenie. Możesz mi wierzyć, że w pierwotnej wersji było gorzej i to wszystko, co mam na swoje usprawiedliwienie.

Rosyjski. No, miałam rosyjskiego gangstera. I Wołodia musiał być Rosjaninem, nie ma innej opcji. Trudno, żeby taki bandzior mówił “motyla noga”. ;-) Dałam mu bluzgi w mowie ojczystej, bo sama nie przepadam za wulgaryzmami po polsku (co będę język zaśmiecać). No i to łatwy sposób na stylizowanie języka. Rzucić “bladź” od czasu do czasu i wiadomo bez didaskaliów, kto to powiedział. :-)

Co zrobić. A marudzić zawsze można, te marudne komentarze są najbardziej wartościowe.

Babska logika rządzi!

Finklo – nie drąż!

Że pisać umiesz – wiedzą wszyscy. Że tworzysz wciągające historie i prawdziwe postacie – takoż. Ale akurat w tym opku – czegoś zabrakło. Nie wiem czego. Może Cień potrafiłby to wyłuszczyć w pięćdziesięciu tysiącach znaków, ale konkluzja jest jasna – nie zażarło. Bywa i tak!

W każdym razie – poziom opowiadania, które (moim zdaniem) jest nie całkiem udane, plasuje się w stratosferze moich dokonań. Zazdraszczam ponownie :)!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Eeee, mam wrażenie, że jeszcze nie wszyscy słyszeli. :-) Za to z podtrzymywania dyskusji pod tekstem jestem znana. To muszę drążyć, nie? ;-)

Prawdziwe postacie – to nawet dla mnie nowość. Nie przypominam sobie, żeby ktoś o tym mówił. Tym bardziej, że prawie każda zmyślona. ;-)

Chcę ustalić, gdzie dałam ciała, żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo wystąpienia problemu w przyszłości. Stratosfera czy nie – mogło być lepiej.

Dziękuję, zawoalowany komplemenciarzu. :-)

Babska logika rządzi!

Dobra dobra – nie kryguj się jak pensjonarka :).

Szwejk też był zmyślony. Do tego nieprawdopodobny. Ale jaki prawdziwy!

Mogło być lepiej – owszem. Sam zachodzę w głowę, co sprawiło, że to opowiadanie było “letnie”? Bohaterowie, fabuła, legenda?

I – na koniec – prawda nie jest komplementem :D!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Że trochę dochody spadły, że ktoś ich uwięził w jednym kraju… Bywają gorsze tragedie. Ech, nie ma to jak skrzywdzić dziecko dla zagrania na emocjach.

 Ja tam słupek “wciągalności” porównuję z innymi Twoimi tekstami, a z tego co pamiętam nie lubisz taniego grania na emocjach. Więc chyba jednak chodzi o coś innego – czy nie jest zdecydowanie trudniej utrzymać czytelnika w zaciekawieniu, kiedy opowiadanie rozgrywa się w szerokim przedziale czasowym? Według mnie może coś w tym być.

O, legenda o czerwonym pokoju istnieje, zaskoczyłaś mnie ;) Podczas czytania miałem wrażenie, że stworzenie nowej legendy jest w sumie dość proste – „Dajcie mi pięciu ludzi i pół roku, a po Rosji będzie krążyła nowa legenda. I to wszystko niemal wyłącznie przez opowiadanie ludziom historii.” Może trochę przesadzam, ale mam nadzieję że wiesz, o co mi chodzi.

A co do rosyjskiego – przekleństwa brzmią często rzeczywiście lepiej i w niektórym fragmentach ruskie słowa są ok. Ale już zdania takie jak te poniżej osobiście utrudniają mi lekturę, bo zwyczajnie ich nie rozumiem i mimowolnie zatrzymuję się przy nich na dłużej:

No to co to za fignia?!

Ubirajsja k ciertowoj matuszkie!

Nie ma co żdać princa s chrustalnymi jajcami!

 

EDIT:

I – na koniec – prawda nie jest komplementem :D!

Staruchu, sugerujesz, że jak powiem “ładnie wyglądasz” do kogoś, kto ładnie wygląda, to wtedy komplement nie jest komplementem? ;D

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu. Nie znalazłam nic, do czego koniecznie chciałabym się przyczepić. Ot, jakieś tam szyki być może, ale nie uznałam, by nadawało się to do wyłuszczenia. Wbrew jakiejś opinii powyżej nie znalazłam wad w przecinkach. Acz nie jestem zawodową korektorką.

Opinia o fabule po głosowaniu. Życzę powodzenia! :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Staruchu, kiedy to (też) prawda. Mam sporo dystansu do siebie i (chyba) swoich tekstów, ale na pewno nie jestem obiektywna. Skąd mam wiedzieć, czy podobają mi się, bo są fajne, czy bo są moje? Potrzebuję feedbacku.

Podejrzewam, że Szwejk to duch narodu. Hmmm. Mam nadzieję, że właśnie nie naurągałam całemu narodowi, bo ta postać mówiła o sobie: “Ja sem blb” (jak to pięknie brzmi w oryginale!).

Daj znać, jak dojdziesz do jakichś wniosków. Bardzo mnie to ciekawi. :-)

 

Perruksie, święta prawda, że nie lubię. Przy tanich chwytach przewracam oczyma. Ostatnio w kryminałach pojawił się jakiś taki sentymentalny nurt. Fuj!

Ale ten przedział czasowy chyba nie jest aż tak szeroki? No, jadą długo przez Chiny, ale to duży kraj jest, a ja nie pokazuję każdego dnia podróży. No, epilog kilka lat później, ale to już króciutkie streszczonko. Diabli wiedzą…

A skąd się biorą legendy, jeśli nie przez opowiadanie historii? ;-) Jakieś tam nagięcie faktów, przeinaczenie, ubarwienie, proste wytłumaczenie albo na odwrót – zamotanie. I gotowe.

I moi bohaterowie najpierw robią burzę mózgów i wynajdują pasującą legendę. No i kto jak kto, ale oni są specami od rozprzestrzeniania legend.

No to co to za fignia?!

“Fig” to delikatniejszy synonim chuja. Jak u nas kij. Więc “fignia” znaczy…

Ubirajsja k ciertowoj matuszkie!

A to mój ulubiony zwrot. My posyłamy wrogów do diabła, a Rosjanie – do damskiej części jego rodziny. Istnieją wersje z matką i z babką. Dosłownie znaczy: zabieraj się do czarciej mamusi!”.

Nie ma co żdać princa s chrustalnymi jajcami!

Nasz odpowiednik tego powiedzenia to: “czekać na księcia z bajki”, tylko nieco bardziej wulgarny. Dosłownie: “czekać na księcia z kryształowymi jajami”. Podejrzewam, że może mieć związek z pantofelkiem Kopciuszka.

Babska logika rządzi!

O, i Naz przeczytała. Dziękuję. :-)

Cieszę się, że nie przyłapałaś mnie na żadnym poważniejszym byku.

No to czekam na głosowanie i opinię “fabularną”. ;-)

Babska logika rządzi!

Pomysł i fabuła całkiem ciekawe. Podobnie jak bohaterowie opowiadania. Relacje między grupką istot wzajemnie się nieznoszących, a zmuszonych do współpracy, wiarygodnie opisane. No i humor jest. Zabrakło mi tylko jakiegoś przytupu na zakończenie. Poza tym lektura zacna i przyjemna.

Dziękuję, Straferze. :-)

Miło, że coś się spodobało. Zgadza się, próbowałam sobie wyobrazić, co czują konkurenci zmuszeni do współpracy i jeszcze regularnie zamykani w niewielkim samochodzie.

Przytup na końcu. Wiem, że szału nie ma, ale pierwotne zakończenie było jeszcze gorsze.

Babska logika rządzi!

Powoli opowiadań z kolejeczki ubywa i pojawiam się u Ciebie.

Nie lubię rosyjskich klimatów, więc od razu zmarkotniałem, ale po przeczytaniu stwierdzam, że ciekawie ujęłaś powiązania i wulgaryzmy. Sensownie i zaskakująco dobrze to brzmiało. Nie powiem, kilka pomysł czytałem po raz pierwszy. Kotwice pierwsza klasa.

Co do samej treści, podobało mi się wejście. Od razu akcja, bez ględzenia, po pięciu minutach jesteś w jej środku i czekasz, co się stanie. Dalej też jest dobrze, nawet opowieść drogi, ostatnio modna ;), się pojawiła. Trochę nie pasował mi globalny zasięg czwórki bohaterów. Nie wiem dlaczego, ale “widziałem” strefy ich wpływu jako lokalne, coś, powiedzmy w granicach państwa, może nawet województwa, albo w ogóle wielkiej, jednej, aglomeracji. Antagonista za mało dla mnie rozwinięty. Wciągają bardziej wzajemne relacje bohaterów i ich przystosowanie się do nowej sytuacji, niż sama “walka z wrogiem”.

Fajne opowiadanie, masz już ten poziom, poniżej którego nie schodzisz. Zaglądam do Ciebie, bo lubię spojrzeć na dobry warsztat, ale coś czuję, że Nagrody Wojownika v.2 to się już nie doczekam.

Pozdrowionka.

 

Dziękuję, Darconie, miło, że zajrzałeś. :-)

No, jeśli miałam rosyjskiego gangstera, to trudno, żeby wyrażał się jak znawca Tołstoja. ;-)

Mam nadzieję, że pomysły oryginalne, w końcu sama je powymyślałam.

Ja też nie przepadam za opisami przyrody na wstępie, za infodumpami. Lubię to, co robi Dukaj – rzuca czytelnika na głęboką wodę i trzeba sobie radzić. Kluczowe pojęcia potrafi wyjaśnić dopiero w połowie książki.

Opowieść drogi wynikała z fabuły, jaką udało mi się wykombinować dla takich półboskich bohaterów. Bo przecież zabić się nie mogą, a jakieś problemy muszą mieć. ;-)

Zasięg. W dobie globalizacji… Zdaje się, że o znikającym autostopowiczu to jakiś film nakręcili. Czarna Wołga już chyba jest bardziej ograniczona. Ale skoro legenda krążyła u nas, to i pewnie w innych krajach socjalistycznych mogła się pojawić. I tak dalej… Ale to europejskie legendy i w tę stronę próbują uciekać.

Nie będę polemizować, że antagoniście poświęciłam bardzo mało miejsca. Internet, jaki jest, każdy widzi.

Drugiej “Nagrody” raczej nie napiszę. Ale może kiedyś uda się stworzyć coś równie zapadającego w pamięć.

I ja pozdrawiam.

Babska logika rządzi!

Pamiętam kilka Twoich opowiadań, ale wiesz, jakie sam piszę. Dlatego powtarzam się z Nagrodą. Może zbyt często, ale w dobrej wierze. :)

A czy ja narzekam? Fajnie, że “Nagroda” Ci się spodobała. Nie liczę na to, że każdy mój tekst przypadnie do gustu każdemu. Toż to niemożliwe.

Babska logika rządzi!

Wszystkim nie, ale coś dla Jurka możesz napisać. ;)

Dla Jurka konkursowego to pewnie napiszę. Zbyt ciekawy konkurs, żeby nie. ;-)

Babska logika rządzi!

To Twój pierwszy tekst, jaki czytałam, ale opowiadanie zachęciło mnie do sięgnięcia po kolejne. Ciekawe językowo i stylistycznie, dobrze się dzięki temu czytało. Fabularnie jest trochę, jak na mój własny gust, momentami niejasne: żeby się połapać w tym, kto jest kim, musiałam do pewnych fragmentów wracać. W sumie najbardziej to bym chciała ciąg dalszy, zasugerowany w finale :)

Dziękuję, Ninedin. :-)

Miło mi, że tekst się spodobał. Oczywiście, zapraszam do innych tekstów. Jest z czego wybierać. ;-)

No, już miałam sygnały, że zbyt wiele postaci naraz wprowadzam, ale wydawało mi się, że wyjaśniam, kto jest kim i jakie ma cechy.

Ciąg dalszy, powiadasz? Ciężko będzie, bo mam alergię na romansidła.

Babska logika rządzi!

Ten ciąg dalszy wyobraziłam sobie raczej w tak “romansowym” tonie, jak motywy powiedzmy-miłosne u Tarantino :D. A mówiąc poważnie, właśnie czytałam (i komentowałam) kolejne teksty – podoba mi się Twoje pisanie.

Nie oglądam filmów, więc porównanie niezbyt wiele mi mówi (to, że w ogóle kojarzę nazwisko, to jakiś cud ;-) ), ale domyślam się, że facet nie kręci kolejnych odcinków seriali o kucykach.

Bardzo mi miło, że styl przypadł do gustu. :-) Widziałam i na wszystkie komentarze odpowiadałam w miarę na bieżąco. Dzięki. :-)

Jeśli już myślę o dalszej eksploatacji tego świata, to raczej wrzuciłabym na warsztat Haakona. On stwarza nieograniczone możliwości. Tylko research musiałby być morderczy…

Babska logika rządzi!

Ponieważ obiecałam wypowiedź o brzytwie Lema, to ją wrzucam. Od razu się zastrzegam, że to nie moje klimaty, ale opowiadanie jest bardzo sprawnie napisane, ale świat jest na tyle mało odmienny od naszego, że za pierwszym czytaniem dostrzegłam w nim głównie opowieść o wojnie gangów, dopiero za drugim zauważyłam gadżety wskazujące na nieco inne realia. I w kontekście Twoich własnych uwag o brzytwie Lema mam wrażenie, że mogłabyś nią spokojnie wyciąć nimi własne opowiadanie, które doskonale obroniłoby się jako opowieść o rywalizacji o uran, rzadki minerał niezbędny do produkcji podzespołów czy też cokolwiek, co może powodować takie konflikty. Bo np. wędrujący tatuaż jest wyłącznie gadżetem, całkiem fajnym, ale dla fabuły nieistotnym – raczej tworzącym świat. Przyjmowanie osobowości – wiem, że twierdzisz, że nie oglądasz filmów, ale ponieważ na szczęście nie żyjemy w świecie twojego solipsyzmu, one nie przestają od tego istnieć – to w sumie tylko krok dalej niż “Memento” Nolana. Nie mówiąc już o tym, że realnym przestępcom udawało się przyjmować wiele osobowości bez pomocy technologii, więc to mógłby być sztafaż dla zmylenia przeciwnika.

I tu dochodzimy do fetyszyzacji brzytwy Lema – jeśli potraktować ją radykalnie, to większość literatury fantastycznej można nią wyciąć i przerobić na realistyczną. Czyli chyba jednak musimy przyjąć wersję słabszą: jeśli dla kreacji świata kluczowy jest element fantastyczny plus występują gadżety tworzące ten świat, który jest jednym z “bohaterów” tekstu, to jednak fantastyka jest. Jeśli gangi walczą o coś, co do realnego świata nie należy – fantastyka; jeśli bohater uzyskuje coś dzięki nadprzyrodzonej sile lub magii – fantastyka. Nawet jeśli dałoby się to wszystko przepisać na realistyczne bez szkody dla fabuły. Zauważ, że prawie nikt nie ma zastrzeżeń do fantastyczności tekstów (nie mówię o tym forum, ale w ogóle), które dzieją się w “innym” świecie w sensie świata fantasy, z powymyślanymi mapami, krajami, nacjami i nazwami, nawet jeśli taki świat jest poza tym naszym światem z jego problemami, okraszonymi dającą się łatwo z tego wyjąć magią. Setting wystarcza, może co najwyżej być nudny i przewidywalny.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

„Amerykańscy bogowie”, ale po finklowemu – czyli tak na wesoło, z dystansem, a nie na poważnie. Gruchot kojarzył mi się bardziej ze Złomkiem z „Aut” niż ze złowrogą czarną wołgą z dzieciństwa, a Haakon z kapitanem Hakiem, dlatego scena morderstwa wywołała spory dysonans i opowiadanie od tego momentu jakoś rozjechało mi się emocjonalnie.

Technicznie super – jest flow w opowieści, podobały mi się podrzucane w tekście wcześniej sugestie (okulary Wołodii, rodząca się chemia między Suką i Gówniarzem). Wstawki po rosyjsku fajniejsze nawet niż te śląskie w NF-owym tekście. Bardzo fajny akapit zaczynający się od słów „A krajobrazy podsycały je bezustannie”. Tożsamości Sekai nie rozgryzłem, ale to nie przeszkadza, bo nie wszystkie legendy trzeba znać.

Zazgrzytało pospieszne zakończenie (limit?) – wcześniej Siata zapowiadał wdrożenie jakiegoś właściwego planu B i ten pomysł umarł w opowieści. Skutki projektu „Czerwony Pokój” opisałaś w jednym zdaniu epilogu – widać ten pośpiech. Zgubiłaś też na syberyjskich bezdrożach dwójkę Wołodia/Haakon.

Dziękuję nowym Czytelnikom. :-)

 

Drakaino, będę pyskować.

Tak, to jest wojna o rzadkie dobro. Ale nie gangów. Tylko Gruchot i Świr są gangsterami. I many nie dałoby się tak łatwo zastąpić uranem. Siata może niepostrzeżenie pobierać swoją “opłatę” od historyjek rozpowszechnianych przez Internet i dowolnie manipulować danymi. Z wydobyciem uranu już by tego nie zrobił – musiałby gdzieś pojawić się fizycznie, wysłać tam ludzi, którzy zabiorą skrzynki. Przestać być wyłącznie Internetem i informacją.

Owszem, ruchomy tatuaż jest nieistotny dla fabuły. Tak samo jak przekształcanie szpilek w kalosze siłą woli. Ale zamiana w samochód, w psa, podrzucanie wirusa do samochodów – już tak. Będę się upierać, że bez tych elementów fabuła zmieniłaby się nie do poznania.

Wiem, że filmy istnieją. Nie neguję tego. Ale uprzedzam, że masz marne szanse na wyjaśnienie mi czegoś przy pomocy filmowych odwołań. Nie wiem, o czym jest “Memento”. Mogę pogadać o “Seksmisji”. ;-)

Realni przestępcy mogą przyjmować różne tożsamości, zgoda. Ale genialny haker nie zmieni się nagle w świetnego księgowego. Albo w Newtona. A mój Haakon to potrafi.

Rozróżnijmy jeszcze ogólną ocenę opowiadania i konkursową. W zasadach konkursu jest brzytwa Lema. Rozumiem ją po swojemu, może nieortodoksyjnie albo w jakiś inaczej niewłaściwy sposób. Nie wiem. Ale nie będę zmieniać tej definicji w połowie konkursu, kiedy już kilkadziesiąt tekstów zdążyłam przeczytać i ocenić.

 

Coboldzie, nawet nie myślałam o “Amerykańskich bogach”, ale nie jesteś pierwszym człowiekiem używającym tego porównania. Że na wesoło? Ech, cokolwiek bym nie pisała, wyjdzie śmiesznie. Sekai musiała być zabawna, nawet na siłę, ale reszta to już jakoś sama podstępnie wlazła…

Coś w tym jest – scenę z zabójstwem dopisałam później, po uwagach bet, że jest śmiesznie. Chciałam dołożyć nieco powagi. Możliwe, że wyszedł dysonans.

Złomka oczywiście nie znam. :-) Tak, Kapitan Hak należał do inspiracji.

No, nie bez powodu Rosjanie uważają swoje bluzgi za bogate. Gdzie tam angielskim shitom i fuckom do tej finezji i bogactwa odczuć. ;-)

Nie jestem pewna, czy historyjka Sekai należy do miejskich legend. Ja byłam przekonana, że tak (co więcej, to była jedyna bohaterka, którą wymyśliłam wyłącznie na podstawie własnej wiedzy, reszta jest z researchowej łapanki), ale nie bardzo mogę ją znaleźć na różnych listach najpopularniejszych legend.

Skrótowe zakończenie to nie tyle limit (dałoby się coś po drodze wyciąć), co moja niechęć do romansideł. No, przecież nie będę opisywać randki Siaty i Luby. ;-)

Wołodia i Haakon już nic istotnego dla opowieści nie robią. Owszem, rozprzestrzeniają legendę o Czerwonym Pokoju w Rosji, ale to nie może zbytnio zaszkodzić Siacie. Ot, taki katar – psuje samopoczucie, odrobinkę osłabia, ale żadnego zagrożenia dla życia. Natomiast Lubow… Ona ma siłę. Tak mówią. ;-)

Babska logika rządzi!

Początek bardzo mi się spodobał, dużo niecodziennych osobników, jest trochę dziwnie. Fajne pomysły z rynkiem many i kotwicami. Ale gdzieś tak w Chinach moje zainteresowanie zaczęło spadać i osiągnęło średni poziom, pozostając takie do samego zakończenia. Bo jest sobie ten konflikt triumwiratu z Siatą, ale wszystko wyszło takie pośrednie, podjazdowe. Legendy chowają się przed satelitami, pojawia się ciekawy plan ze spreparowaniem Czerwonego Pokoju, tylko, że tu też zabrakło mi jakiejś kulminacji.

Napisane, jak to u Ciebie, lekko i przyjemnie. I dowiedziałem się, co to jest model Stackelberga. :)

 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dziękuję, Szyszkowy. :-)

Czyli znowu nie nadaję się na prawdziwego mężczyznę, bo nie kończę dobrze. Hmmm.

Legenda o Czerwonym Pokoju naprawdę istnieje. Moi bohaterowie tylko ją wykorzystują i nieco przekształcają. No, gdyby to spektakularnie zadziałało, to szlag by trafił Internet i historia stałaby się niewiarygodna. Tak źle i tak niedobrze. :-(

Nie miałeś na studiach modelu Stackelberga? Może i nie był Ci potrzebny…

Babska logika rządzi!

Widzisz, ja nie uważam, że twoje opowiadanie nie jest fantastyczne. To była raczej zabawa intelektualna, mająca pokazać, że przy odrobinie wysiłku da się obalić fantastyczność każdego tekstu. Bo nawet jeśli weźmiemy przykład Siaty, to on może być realnym człowiekiem, który ukrywa się w internecie i pobiera opłaty wyłącznie w sieci… I wtedy wojna czy rywalizacja może być o absolutnie cokolwiek, od bitcoinów poczynając. To jest do zrealizowania przez fizycznego człowieka, nie ruszającego się ze swojego gabinetu, ba, nawet np. sparaliżowanego. Oglądałam ostatnio dokument o chłopaku bez rąk i nóg, który doskonale radzi sobie z komputerem i właśnie studiuje informatykę. Obecne możliwości nie są już tak bardzo daleko od tego, co może Siata. Co więcej, nie chodziło mi o wydobycie uranu, ale o handel uranem – żeby na tym zarabiać nie musisz nigdzie fizycznie się ruszać.

I mimo że jak już wielokrotnie to podkreśliłaś, nie oglądasz filmów, to jednak czasem warto. Np. Catch Me If You Can. Na faktach. O genialnym przestępcy, który idealnie wcielał się w różne osoby. Cały numer polega na tym, że są ludzie, którzy to potrafią.

I żeby było jasne: nie zamierzałam z początku negować fantastyczności twojego opowiadania, bo nie uważam go za niefantastyczne, ale stosując mocną wersję brzytwy wobec innych tekstów, sama mnie sprowokowałaś do tego, żeby się tak zabawić….

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Aha. OK, można Siatę zastąpić genialnym hakerem. I z prowizji handlowych łatwiej sobie kawałek odciąć niż od fizycznego uranu.

Wartość filmów. No, może i niektóre są w porządku. Tylko jak je rozpoznać? Ocenom ogółu nauczyłam się nie ufać. Zbyt rzadko hasło “zobaczysz, będziesz zachwycona” się sprawdza. Jednak wolę w tym czasie poczytać książkę. Jesteście z Ninedin nowe, to uprzedzam. ;-)

Wierzę, że można się wcielać. Tak jak dobry aktor potrafi zagrać Newtona. Ale rzadko kto jest w stanie opracować teorię grawitacji, prawa dynamiki i takie tam. ;-)

Cieszę się, że jednak mój tekst jest fantastyczny. A przynajmniej nie jest niefantastyczny. ;-)

Babska logika rządzi!

@Finkla: od tej pory w rozmowach z Tobą, w razie potrzeby, będę się wobec tego odwoływać do przykładów literackich, nie filmowych, będzie się łatwiej porozumieć – bo zakładam, że tego dotyczy uprzedzenie? :)

I o to chodzi. :-)

O filmach sobie ze mną nie pogadasz, szkoda języka strzępić na próby.

Babska logika rządzi!

Finkla, przyznaj się, że oglądałaś "Seksmisję" ;)

Do “Seksmisji” się przyznaję. Jeszcze do kilku innych filmów, zazwyczaj sprzed kilkunastu lat. ;-)

Babska logika rządzi!

Napisane po “finklowsku”, fajny pomysł, dobre wykonanie, nawet mnie wciągnęło, chociaż momentami odczuwałem znużenie, szczególnie w drugiej połowie tekstu. Całościowo jednak wychodzi na plus :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Dziękuję, Soku. :-)

Finklom trudno uciec od finklowskiego pisania. ;-)

Dobrze, że ogólnie plusy przeważają.

Babska logika rządzi!

Zwalnia jeszcze przed połową. Nie jak stara lokomotywa, rupieć, ale jak obładowany złotymi zastawami,  jajkami Fabergé , samowarami i słojami z przednimi konfiturami, ekspres, którym Car mógłby wybrać się do swojej daczy. Nie wiem, czy to robił. Wiem, że ja bym tak robił, gdybym był Carem.

 

Nie będę powtarzał przedpiśców. Chciałem tylko dorzucić łyżkę konfitur do tej imprezy ; D

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Dziękuję, Marlowie. :-)

Cóż, gdybym ja była carem, poprosiłabym inżynierów o silnik wystarczająco mocny, żeby mógł uciągnąć wszystkie moje skarby niezbędne w podróży. ;-/

Konfitury z radością przyjmuję. Ummm, takie, jakie lubię, kwaskowe. ;-)

Miło, że zajrzałeś.

Babska logika rządzi!

Nie moje klimaty, ale… szacun :)

Jak tylko spiszę jakiś konkretny komentarz to go wrzucę. Ach te terminy, człowiek nie daje rady, musi się ratować “nogą w drzwiach” ;)

 

Czwartkowy Dyżurny

Dziękuję, Blacktomie. :-)

Fajnie, że szacun. OK, przytrzymam dla Ciebie otwarte drzwi, żeby Ci nogi nie przycięły. Wracaj z bardziej rozbudowanym komciem, jak się obrobisz. ;-)

Babska logika rządzi!

Tym razem zaliczam się to tych nielicznych, którym nie podeszło. Może to kwestia późnej godziny nocnej (komentarz jest zaległy), a może jeszcze czegoś innego. Trochę chwilami gubiłem się w imionach, ksywkach i ich alternatywnych wersjach. W każdym razie skoro wiele jest głosów zachwytu, to nie należy niczego zmieniać. Wszystkich nie zadowolisz, a grupa usatysfakcjonowanych czytelników jest spora.

Co ciekawe, na drugi dzień nakreśliłem znajomej zarys fabuły i stwierdziła: “Fajne to!”. (Ale czytać łobuz nie chciał).

Następnym razem spróbuję podejść do Twojego opowiadania o bardziej ludzkiej godzinie. ;-)

Powodzenia w konkursie.

Dziękuję, Teofilu. :-)

No, nie podeszło, to trudno. Wcale nie jesteś w tym taki odosobniony. ;-/

Już bety się skarżyły na zamieszanie z ksywkami, ale dołożyłam wyjaśnień i wydawało mi się, że powinno wystarczyć. Podobno przy czwartym czytaniu nie ma już żadnych problemów. ;-)

Jeśli jeszcze masz ochotę na następny raz, to zapraszam. :-)

Babska logika rządzi!

A mi podeszło.

Początek rzuca na głęboką wodę, ale szybko zacząłem się jakoś odnajdywać. Dobrze, że nie wprowadziłaś wszystkich bohaterów naraz, bo to mogłoby się źle skończyć. Jak już się połapałem w bohaterach, to mi się spodobało. Pomysł na kotwice – przedni. Podobnie z samymi legendami, fajnie balansowałaś na granicy tego, co znane, i tego, co Twoje. Dodatkowy plus za motywy współczesne, związane z Internetem. Dla mnie połączenie Internetu i fantasy to wciąż świeżość. 

Całość utrzymana jest w Finklowym duchu. Sorry Winnetou, od tego już chyba nie uciekniesz ;) Ale nie wiem, po co miałabyś uciekać. Lepiej dopracować do perfekcji. Fajną obserwację miał Jeroh; dodam jeszcze, że czasem nadmiar synonimów prowadzi do powtórzeń na poziomie znaczeń. Ogólnie trzymasz fajny rytm narracji, urozmaicasz ją o ciekawe szczegóły; dbasz, żeby było barwnie. 

Bardzo spodobało mi się, jak triumwirat zabrał się do “robienia” Czerwonego Pokoju.

Właściwie moim jedynym większym zastrzeżeniem jest to, że niepotrzebnie rozciągnęłaś podróż, szczególnie na etapie bezsamochodowym. Mogłaś to pominąć i zamiast tego rozpisać zakończenie. A teraz wygląda trochę tak, jakbyś miała tekst na 70k, po czym zamiast ciachać w środku, streściła nadmiarowe 10k w paru zdaniach. 

Mimo to lektura dostarczyła mi sporej satysfakcji. Czytałem z zaciekawieniem, spodobali mi się bohaterowie (dobrze wyszło z tymi przekleństwami po rosyjsku!), a pomysły mnie urzekły. 

Jestem na TAK, czyli :)

 

PS Nie wierzyłem, że nie ma drogi z Chin do Rosji na tym kawałku, który opisujesz, a tu spojrzenie w Google Maps i zdziwienie…

Szacun za rzetelny research geograficzny ;)

Dzięki, Fun. :-)

Cieszę się, że podeszło.

Starałam się bohaterów wprowadzać stopniowo. Przy czwórce naraz zrobiłby się zbyt duży mętlik. I tak wielu Czytelników narzekało.

Kotwice. Gdybym po prostu wysłała ich do Chin samolotem, to byłoby jakoś dziwne. Nie pasowało mi to do nich. A skoro powiedziało się “a”, to trzeba było później wykombinować powód, żeby bohaterowie się ich pozbyli i nie mogli wrócić. A jak już miałam wykombinowane kotwice, to później jakoś same zaczęły prosić, żeby Sekai je przeniosła przez granicę. I tak to szło… ;-)

Od Finklowego ducha uciekać chyba nie będę. Ale jakichś wycieczek, na przykład w stronę Emocjonowa Górnego, to chętnie bym spróbowała. ;-)

O uwagach Jeroha pamiętam. Ale że tak powtórzenia puszczać? I tak będzie lepiej? <kręci z niedowierzaniem głową>

Legenda o Czerwonym Pokoju istnieje. Tylko trochę ją do spółki z triumwirami poprawiłam na potrzeby opowieści. Tak, tak, połączenie fantasy i Internetu nie jest takie nowe, jak się wydaje.

Bezsamochodowa podróż. Wydawało mi się, że pokazanie stosunku miejskich legend do dzikich gór będzie ciekawe. Na pewno ciekawsze niż “żyli długo (w końcu są w zasadzie nieśmiertelni, więc jakże by inaczej?) i szczęśliwie (czemu nie? Sympatyczni ludzie, okoliczności ich zbliżyły) i mieli dużo dzieci (całe jedno). Nadal upieram się, że opisywanie czegoś takiego to dopiero nudna porażka. Pierwotnie tekst kończył się dużo wcześniej, ale taki finisz był do luftu, więc dopisałam kawałek. Nic nie cięłam.

Przekleństwa. Pamiętam, pod jednym tekstem pisałeś, że Ty byś to ujął dużo ostrzej. No, nie lubię zaśmiecać języka ojczystego. Ale trudno mi wyobrazić sobie gangstera który mówi “motyla noga”, kiedy się wkurzy. A skoro i tak Wołodia musiał być Rosjaninem… Stanęło na (nie)sławnym russkom macie.

Droga przez granicę. Wiesz, tam są góry, dość wysokie. U nas też chyba żadna szosa nie prowadzi przez Tatry na południe.

Czyżby ktoś tu mnie małpował? ;-) A małpuj sobie, dobrze wiedzieć, że już nie przegram do zera. :-)

Babska logika rządzi!

Podobało mi się. Czy pomysł na legendy w Twoim wydaniu jest oryginalny? Średnio. Czy pomysł zrobienia legendy z internetu jest oryginalny? Już bardziej. Czy pomysł na walkę inną legendą nest oryginalny? Nie do końca, ale wykorzystałaś go we w miarę oryginalny sposób. Czy fabuła “Nowego gracza na rynku many” jest oryginalna? Hmm… Niezła, ale bardziej ujęły mnie iskrzące relacje pomiędzy bohaterami. Sama historia jakoś w pamięć chyba nie zapadnie. 

Czy byłaś w opisywanych przez siebie lokacjach? Takie odniosłem wrażenie, ponieważ opisałaś je bardzo realistycznie, co zrobiło na mnie wrażenie. Opowiadanie jest jak zwykle świetnie napisane, ale nad tym nie będę się rozwodził,  bo piszę to pod każdym Twoim tekstem.

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Dziękuję, Pietrku. :-)

Miło, że się podobało.

Średnio oryginalnie? Hmm, liczyłam na więcej, ale nie można mieć wszystkiego.

Relacje między bohaterami to dla mnie raczej coś pobocznego, ale nie zamierzam Ci dyktować, co ma Ci się podobać. ;-)

Nie, nigdy nie byłam w Chinach. Mój kumpel był jakiś czas temu w Szanghaju, pokazywał zdjęcia. Przy opisach wykorzystałam garść szczegółów z mongolskiego hotelu, w którym kiedyś mieszkałam. Ale z bambusami splatanymi w ideogramy ściemniałam – widziałam tylko konstrukcje geometryczne – warkoczyki i okrągłą klateczkę z ukośnymi pręcikami.

No, teraz już nie wypada pisać niepoprawnie. Jak człowiek raz pokaże, że robi mało błędów… ;-)

Babska logika rządzi!

Jeśli nie byłaś, to podwójne gratulacje za opisy. A, i zapomniałem jeszcze o rosyjskim. Podobały mi się te nienachalne wstawki. Lubię, kiedy mogę się dowiedzieć czegoś z lektury.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Miło mi. :-) Jakby co, to uprzedzam, że w rosyjskim jest jeszcze mnóstwo przyzwoitych słów. ;-)

Babska logika rządzi!

Tak, zauważyłem przy lekturze Pilipiuka ;)

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

To jeszcze ciągle nie jest pełne spektrum. ;-)

Babska logika rządzi!

Domyślam się. Pewnie Rosjanie mają tak szeroki zasób wulgaryzmów jak Polacy?

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Tak na oko – porównywalny. Mają “jebać”, ale chyba nie mają odpowiednika “pierdolić”.

Babska logika rządzi!

Czyli chyba od Polaków nie ma lepszych w wulgaryzmach…

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Tego nie wiem. Za to mają “gowno” i “dermo”. I całą rodzinę pochodnych od “pizdy”. A my tylko jedno skromne “piździć”… “Żopoliz” wydaje się świadczyć o pewnej fantazji. ;-) Nie podejmuję się odpowiedzieć, kto ma bogatsze słownictwo.

Babska logika rządzi!

Ale że tak powtórzenia puszczać? I tak będzie lepiej? <kręci z niedowierzaniem głową>

Poczytaj sobie Twardocha ;) Zasada unikania powtórzeń jest jedną z tych zasad, które sprawny pisarz może łamać, by osiągnąć ciekawy efekt. 

Przekleństwa. Pamiętam, pod jednym tekstem pisałeś, że Ty byś to ujął dużo ostrzej. No, nie lubię zaśmiecać języka ojczystego. Ale trudno mi wyobrazić sobie gangstera który mówi “motyla noga”, kiedy się wkurzy. A skoro i tak Wołodia musiał być Rosjaninem… Stanęło na (nie)sławnym russkom macie.

Metoda Tolkiena? On wymyślał przekleństwa w języku orków. 

Dla mnie delikatne przekleństwa to często mocny zgrzyt, który w sumie widuję tylko w starych książkach i opowiadaniach amatorów. 

Czytałam. Powtórzenia, powtórzenia, powtórzenia… Powtarzanie słów, powtarzanie zdań, powtarzanie w kółko tych samych informacji. Zrozumiałam za pierwszym razem, więc wszystkie pozostałe to była masakra. Nie, dziękuję, to nie dla mnie.

Za leniwa jestem na Tolkiena. Wzięłam gotowe. :-)

Babska logika rządzi!

Wracam z komentarzem piórkowym.

Wahałem się.

Warsztat i ogólny pomysł są bez zarzutu – jak to u Ciebie :) Problem miałem, bo po tylu innych tekstach muszę przyznać, że nic nie zapamiętałem poza początkiem i końcem. Bo wejście masz mocne, końcówkę, choć z lekka pospieszną, także. Ale kurcze środek… Pamiętam Chiny, pamiętam podróż i coś o Czerwonym Pokoju. Musiałem więc sobie to powtórzyć.

I po powtórce nadal mam te same problemy, co poprzednio – że środek niepotrzebnie przeciąga i nuży. Ale zarazem technicznie nie mogę mu nic zarzucić.

Więc siedzę i się waham. Technicznie – okej. Fabularnie – no, czegoś brakuje. Z tego powodu niestety muszę dać NIE. Było blisko, ale niestety nie teraz.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

OK, dziękuję NoWhereManie. :-)

Może następnym razem. Dam jeszcze Loży szansę. ;-)

Najważniejsze zapamiętałeś. ;-)

Chiny to duży kraj jest, podróż musi trochę trwać.

Babska logika rządzi!

Sorry, W…, Finklo, ale nie mogę uczciwie kliknąć TAK-a. Upłynęło trochę czasu odkąd przeczytałem i ciągle mam wrażenie niespójności klimatu i zachwianej kompozycji. Płynna narracja, pomysły i żywy język nie są ich w stanie przeważyć. Dlatego również muszę Cię prosić o kolejną szansę ;)

Dzięki, Coboldzie. :-)

No trudno, nie będę Cię zmuszać do nieuczciwego zachowania. Ale jak dorwę w realu… ;-)

Dam Wam jeszcze kolejne szanse, spoko… Przez weekend nie miałam netu, to napisałam pół tekstu na Cyberpunk. Ale nawet nie liczę na nominację, to nie ten kaliber.

Babska logika rządzi!

Y!

 

Ogólne wrażenie zdecydowanie pozytywne, szczególnie po niejasnym i raczej niezbyt obiecującym początku, który trochę mnie nastraszył – jacyś tani gangsta, suki, gówniaki – ale czy jest to opowieść wzbudzająca konieczny w tej robocie zachwyt?

No cóż, niekoniecznie.

Z jednej strony mamy tu naprawdę fajną historię drogi zakotwiczoną w ciekawym i niezwykle oryginalnym pomyśle na legendę – a raczej legendy – lecz z drugiej strony mamy taki sobie humor (szczególnie niektóre pyskówki mi nie siadły), mocno rozczarowujący finał i trochę dłużyzn, które spokojnie można by ciachnąć. Niekoniecznie, że trzeba, ale można by.

Z Twoich bohaterów rozpoznałem tylko Człowieka-Wołgę i Znikającego Autostopowicza (czemu jednak ma on odpowiadać za humor, to nie wiem), przez co pewnie nieco smaczku mi umknęło z opowieści, ale to się już mówi trudno. Polubiłem natomiast tak naprawdę chyba tylko tego drugiego. Suka w sumie sympatyczna, ale ani mnie grzała (ech… ;), ani ziębiła. Natomiast gangsterska brać, w sumie, to głównie irytowała (choć też mieli swoje momenty).

Niemniej za pomysł i tak, generalnie, szacuneczek.

Kolejny plus za, standardowo, sprawny język i lekkie piórko – lektura czytnęła się sama.

Gorzej, że zakończenie zupełnie, ale to zupełnie nijakie. Po kilkudziesięciu kilogramach wleczenia się przez Chiny – a właśnie: dodatkowy punkcik za orientalny klimat – i rozsiewania propagandy, w wielkim finale dostajemy… no w sumie, to nic nie dostajemy. A apetyt na jakąś fajną konfrontację i rozpierduchę był ogromny. I to jest chyba największy minus tego tekstu. Wiem, że limit i tak dalej, ale spokojnie można by wyciąć kilka zbędnych pyskówek i z pozyskanym miejscem zrobić coś, dla czego warto byłoby telepać się starym, nomen omen, gruchotem, przez całe Państwo Środka. A tymczasem okazuje się, że w literaturze, jak w życiu, sama podróż była o niebo nad Hawajami przyjemniejsza niżli tej podróży ostateczny cel.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki, Cieniu. :-)

A możesz powiedzieć, co uważasz za dłużyzny? Bo pyskówki, zasadniczo, były mi potrzebne, żeby pokazać, że Sukę wkurzają gangsterzy (z wzajemnością) i może liczyć wyłącznie na Runara. Sojusz między nimi jakoś sam się zawiązuje pod wpływem okoliczności.

Eeee, Autostopowicz ma odpowiadać za tajemnicę. Od humoru jest Suka – sama przyznaje w rozmowie telefonicznej, że to jej działka i to ona bez przerwy rzuca żarcikami.

Haakon – to legenda miejska o psychopacie/ seryjnym mordercy z hakiem zamiast ręki, który uciekł ze szpitala wariatów.

Sekai – nie jestem pewna, czy ta historia jest oficjalnie uznawana za legendę. Ale kiedy wymyślałam fabułę, byłam święcie przekonana, że tak. To o gościu, który ma się opiekować psem, ale mocno zaniedbuje obowiązki.

Uważasz, że zakończenie jest nijakie? Ciesz się, że nie czytałeś pierwotnego – po prostu ucieczka z Chin kończyła się sukcesem i tyle. Nie mogłam zabić bohaterów, bo są z grubsza nieśmiertelni. Nie mogłam wykończyć Siaty, bo to by było niewiarygodne – toż Internet działa, każdy widzi… Nie miałam wielu opcji. Lepsiejszej do dzisiaj nie wymyśliłam.

Babska logika rządzi!

Docieram i tutaj, niczym do finałowego bossa w tym kwietniowym maratonie. I warto było, bo kto by się spodziewał, że zobaczę u Finkli serialowe odniesienie. :p

Całkiem mi się podobało. Leciutko napisane. Postaci stworzyłaś interesujące, każda jest inna, każda ma swój charakterek, swoje wady, natręctwa, przyzwyczajenia, przez co zapadają w pamięć, nie mieszają ze sobą i paradoksalnie dają się polubić, choć pokazujesz każdego raczej w negatywnym świetle. Jedyny zarzut mam tutaj do Siaty, bo gdy się pojawił – wszystko spoko, chce namieszać, no ok. Ale czekałem i czekałem by poznać jakieś jego głębsze motywacje i w sumie się nie doczekałem.

Miałem obawy, że mana będzie tylko pretekstem, taką para-fantastyką, raczej elementem scenografii, który śmiało można by zamienić na przykład na narkotyki bez szkody dla fabuły, ale na szczęście wyprowadziłaś mnie z błędu. O ile dobrze zrozumiałem, to raczej paliwo, które napędzało te szalone transformacje bohaterów. (Czarna wołga <3)

Za połową tempo trochę siada. Podróż do granicy w pewnym momencie zaczyna nużyć, bo nie wnosi wiele ponad dość toporny wątek romansowy. Z kolei motyw Czerwonego Pokoju był szalenie ciekawy i rozczarowało mnie, że tak pobieżnie rozwiązałaś tę kwestię w samiutkiej końcówce. Proporcja pomiędzy tymi dwoma elementami powinna być raczej odwrócona, bo podróż, choć świetnie opisana, mało kogo raczej obchodzi, zaś wirus, jako jeden z jaśniejszych punktów opowiadania, wręcz przeciwnie.

Podsumowując, nie jest to Twój najlepszy tekst, ani opowiadanie idealne, jednak jak dla mnie plusy przeważają nad minusami. Jest sensowny motyw fantastyczny, świetni bohaterowie, dialogi-igła. Podobało mi się.

Dziękuję Jaśniepanu. ;-)

Serialowe odniesienie. Nie jestem pewna, do czego pijesz z tym serialem. Kojarzę świadome odniesienia, ale do filmów, a nie seriali. Czekaj, czekaj… Poszło o “Allo, allo”? No cóż, taka tematyka, że musiałam ździebko się przełamać i sięgnąć do popkultury. A gdzie ona występuje w czystszej postaci niż w filmach? ;-)

Mimo pojawiających zarzutów do tej czy tamtej postaci, bohaterów uważam za mocną stronę. Też łajdaków polubiłam, zwłaszcza Sekai i Runara. A Haakon ma taki potencjał, że grzech go jeszcze gdzieś nie wykorzystać…

Mana. To coś, co zapewnia im niemal boski status. Oni potrzebują many, potrzebują wiary w nich i powtarzania legend, żeby mogli istnieć. Tak, mana napędza transformacje i przekształca się w żarcie w plecaku Autostopowicza albo paliwo w baku.

Motyw Czerwonego Pokoju ciekawy, nie przeczę, ale niezupełnie mój. Wykorzystałam już istniejącą legendę – jak Czarną Wołgę i pozostałe. Wolałam rozwijać te motywy, przy których nie można mi zarzucić plagiatu. A sam wirus (to już moja modyfikacja) niewiele robi, tylko wyświetla obrazek.

Miło mi, że Ci się podobało.

Babska logika rządzi!

Odniesienie do Mr.Robota – świadome czy nie – bardzo misię. Już myślałem, że ktoś Cię siłą do krzesła przywiązał i zmusił do obejrzenia choćby paru odcinków, ale coś czuję, że to jednak wujek Google poszedł w ruch. :p

Właśnie zapomniałem zapytać, czy motyw pokoju sama wymyśliłaś, czy zapożyczyłaś. E tam, plagiat. Retelling znanych historii cieszy się przecież sporym powodzeniem, zwłaszcza ostatnio.

Eeee? Jakiego Mr.Robota? Aaaa, to tytuł filmu od hakera? Coś Ty?! Nie oglądałam. Nawet za słabo ogarniam temat, żeby zadać wujkowi sensowne pytania. To mi Portal podpowiedział w wątku z pomocą merytoryczną. :-)

Pokój zapożyczony. I nawet niewiele w nim zmieniałam, głównie dołożyłam reklamę z czerwonym tłem. No, podkręciłam elementy, które mogły sprawić, żeby ludzie porzucali Internet w panice. Obawiam się, że to za mało, żeby uznać za retelling.

Babska logika rządzi!

Mówisz, że to Suka była od humoru? Dziwne, dziwne, bo to Gówniarz był tym wiecznie uśmiechniętym (nawet, kiedy go ziomki pobili), łagodzącym spory i generalnie, pozytywnie zakręconym typem, natomiast Suka, w mojej błazeńskiej przecież opinii, nie odznaczała się jakimś wybitnym poczuciem humoru. A poza tym kto, lepiej niż kobieta, nadaje się na synonim tajemniczości?^^

 

Co do dłużyzn, to ogólnie droga; można by, na przykład, spokojnie ciachać niektóre opisy wędrówki, zwłaszcza przez góry, czy spotkanie z ruskimi trepami, i zamiast tego pocisnąć trochę w Czerwony Pokój albo – co byłoby jeszcze lepsze – w konkretniejszy finał.

Mówisz, że w tej materii nie wymyśliłaś nic lepszego, więc może trochę podpowiem: ostatnia scena z Internetem i oczojebna sugestia, że gość ma dla triumwiratu jakąś łagodniejszą propozycję. Osobiście byłem pewien, że w swoim czasie dowiem się, jaka to propozycja i byłem jej cholernie ciekaw.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Oj tam, oj tam. Tak strasznie go znowu nie pobili, utrzymał się na nogach. Za to na oczach kobiety, na której mu zależało i w obronie jej honoru…

Gówniarz był od tajemnic. Wiedział, że Siacie zależy na skłóceniu przeciwników, więc starał się przeciwdziałać. Zniknięcie autostopowicza z jadącego samochodu jest tajemnicze, ale co w tej legendzie śmiesznego? Pewnie, że chłopak jest pozytywny. To w końcu autostopowicz (kto by wziął na pokład antypatycznego?), turysta, wyluzowany facet…

Propozycja Siaty to nic ciekawego – że będzie im zabierał mniej niż dotychczas z legend przekazywanych przez Internet, a w zamian oni oficjalnie dopuszczą go do triumwiratu jako czwartego. Zwykłe biznesowe przepychanki. To by dopiero było nudne…

Babska logika rządzi!

Tak czy inaczej, coś poszło nie tak, skoro ja, mimo informacji z pierwszej ręki, nadal uważam, że rolę “Humoru” znacznie lepiej wkomponował się Gówniarz, który – tak swoją drogą – wcale nie jest jakoś bardziej tajemniczy niż czarna wołga bez klamek, typ z hakami zamiast rąk albo baba, która w rzeczywistości była chłopem (jeśli dobrze zrozumiałem Twój komentarz), a o której ja, powiedzmy, że entuzjasta legend miejskich, nigdy wcześniej nie słyszałem.

To, że wiedział, iż Siata zechce ekipę skłócić, też, moim zdaniem, bardziej podchodzi pod humor niż tajemnicę – bo co to za tajemnica w sumie? Humor natomiast to naturalny środek zapobiegawczy w takich chwilach.

Propozycja Siaty to nic ciekawego(…)

A czyja to wina?^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Gówniarz i tajemnica. Trochę próbuje być tajemniczy, ale w ramach współpracy musi odpowiadać na pytania reszty, która niewiele kuma.

I nie tylko tajemniczy, ale jeszcze zdolny do okrywania tajemnic – laptopy i zamki w drzwiach załatwia na dotyk.

Ech, nie ma co iść na skróty z legendą Suki. No to czytaj:

Facet ma pod nieobecność prawdziwych opiekunów zadbać o psa. Doga, powiedzmy. Na działce albo w domku z ogródkiem. Zajmował się już tym wcześniej, ma świadomość, że dog nie cierpi małego zwierzaka sąsiadów (królik, mały piesek – różnie słyszałam). Ale pogoda kiepska, więc facet rozgrzewa się trunkami. Potem, nieźle narąbany, zamiast iść z dogiem na spacer, po prostu go wypuszcza. Pies znika na długo, wreszcie pod wieczór wraca z truchłem zwierzaczka w pysku. Truchło jest w złym stanie. Facet momentalnie trzeźwieje, zaczyna bać się konsekwencji (pozew sąsiadów, te rzeczy). W celu ich uniknięcia postanawia udać, że maluch zdechł śmiercią naturalną we własnym legowisku. Przez pół nocy czyści mu futro i w ogóle doprowadza do eleganckiego wyglądu. Drugie pół włamuje się do sąsiadów, żeby podrzucić zwierzaczka. Wreszcie ledwo żywy wali się spać. Wkrótce po przebudzeniu spotyka bladego sąsiada, a ten opowiada, jak to w zeszłym tygodniu pochowali ukochaną Miziunię pod lasem, a dzisiaj rano wstaje, patrzy – a ona leży we własnej budzie/ klatce jak żywa!

Suka jest tym zwierzątkiem.

A czyja to wina?^^

Internetu! Bo sam z siebie nic ciekawego nie wymyśli. To tylko ogromna ilość zer i jedynek. ;-)

Babska logika rządzi!

Świetnie napisane, Finklo. Takie bardzo “twoje”. Tak naturalnie ci to przychodzi, że czułam się, jakbym czytała powieść :) Ta powieściowość jest komplementem do stylu, ale niestety już nie do fabuły, bo nie czułam w tym opowiadania. Dłużyło mi się od drugiej połowy, bo wydawało mi się, że opko nie zmierza do końca.

Ale to dopiero od drugiej połowy, bo ta pierwsza jest po prostu rewelacyjna. Znakomicie zarysowani bohaterowie (choć trochę mi się na początku mylili), szczególnie Sekai. Mocno oryginalny świat.

No więc do połowy byłam pod ogromnym wrażeniem i już myślałam, że znalazłam konkursowego faworyta. Niestety potem podobało mi się już mniej, ale jedynie pod względem fabuły, bo styl trzymał klasę.

Powodzenia w konkursie! :D

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Dziękuję, Lano. :-)

Dobrze, że chociaż pierwsza połowa całkiem dobra. I że styl daje radę.

Nie jesteś, niestety, osamotniona w tym krytykowaniu spowolnienia. Uwagi o “finklowości” tekstu też były. Tak, to ja napisałam. ;-)

Edytka: Ha! Napisałaś komentarz #300. Coś długo nikt nie mógł się na to odważyć. ;-)

Babska logika rządzi!

To Siata naprawdę myślał, że informacją pokona humor, strach i tajemnicę? ;)

 

Warsztatowo bez zarzutu. Dopracowane postacie, dobre dialogi, mocny początek. Relacje między bohaterami też dobrze zarysowane. Co prawda pod koniec fabuła nieco się rozmyła, napięcie spadło podczas mozolnej wędrówki przez Chiny, ale summa summarum bardzo dobrze mi się to czytało.

 

Szkoda, że nie wyciągnęłaś z tego tematu nieco więcej, koncentrując się bardziej na postaciach niż na tym, co reprezentują. Ja akurat lubię grę znaczeń i doszukiwanie się drugiego, piątego i ósmego dna, więc trochę mi tego brakowało.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dziękuję, Mirabell. :-)

A czemu nie miałby tak myśleć? Ludzie są skłonni sporo płacić za informację. Więcej niż za bilet na horror czy do zamku duchów. ;-)

Taak, wiele osób twierdzi, że wędrówka trwa zbyt długo. Pewnie mają rację. Ale co zrobić, to spory kraj.

Babska logika rządzi!

Jak tak postawić sprawę, to rzeczywiście. Mnie chodzi o to, że moim zdaniem ludzie niespecjalnie cenią rzetelne informacje, przynajmniej większość ludzi. W samym internecie lepiej rozpowszechniają się właśnie legendy niż konkrety. Jak się wygrywa wybory np, bo przecież nie programem opartym na rzetelnych wyliczeniach? Ośmieszaniem przeciwnika, graniem na strachu i wściekłości, licytowaniem się w obietnicach.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Hmmm. O rzetelności internetowych informacji nie pomyślałam. A szkoda, bo to interesujący wątek… Faktycznie, mogłam pociągnąć w tę stronę…

Babska logika rządzi!

Oj, ty to sobie potrafisz szczegóły ogarnąć… Porządnie osadzić opowieść, uwiarygodnić fantastykę. :) Może kiedyś i ja ogarnę…

Bardzo ciekawy pomysł na bohaterów i całe opowiadanie, oczywiście świetnie napisane, dlatego z zaciekawieniem leciałem do końca.

Finklo, dzięki za lekturę i niezmienny, wysoki poziom wielu aspektów, z których składa się pisanie. Dla mnie lektura Twoich tekstów to część tego kursu, na który się tu zapisałem.

Pozdrawiam!

 

P.S. Takie miałem skojarzenie, że ta Azja to dla bohaterów taki “Czerwony Pokój” w większej skali. :)

Dziękuję, Majku. :-)

O tym, że w ogóle warto ogarniać szczegóły, dowiedziałam się tutaj, więc jesteś na dobrej drodze. Bo przecież diabeł tkwi w szczegółach, to one pozwalają odróżnić ukochaną żonę od milionów podobnych kobiet. Dla mnie przykładem znakomicie rozegranych szczegółów jest King. Ale do moich tekstów oczywiście też zapraszam. :-)

Taaak, musiałam się zastanowić, jak to zrobić, żeby moje legendy potrafiły wejść do zaryglowanego domu, ale nie mogły uciec z Chin…

Miło mi, że aż tyle zalet znalazłeś. :-)

No, Czerwony Pokój to horrorowata miejska legenda. A moich bohaterów nie da się zabić. Przynajmniej nie tak łatwo.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka