- Opowiadanie: AQQ - Umieracz

Umieracz

Mam ostatnio dość poważny kryzys. Nie jestem w stanie pisać, a nawet czytać. Mam jednak tekst, któremu nie powiodło się w Umieraniu, więc postanowiłam go tu wrzucić, bo raczej nic z nim już nie zrobię.

Bardzo dosłowne podejście do tematu konkursu.

Dzięki, Finkla. :D

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Umieracz

 

 Nie wiem, dlaczego wszyscy wyobrażają sobie śmierć, jako szkielet z kosą, przyodziany w długi czarny płaszcz z kapturem. Otóż nie. Śmierć wygląda zupełnie inaczej. Moja szefowa, bo o niej mowa, jest dojrzałą kobietą o klasycznej urodzie. Gdyby ktoś spotkał ją na ulicy, dałby jej najwyżej czterdzieści lat. Ma długie jasne włosy i wcale nie nosi czerni, tylko biel. Ostatnio gustuje w dopasowanych sukienkach i eleganckich garsonkach. Mówimy do niej End, choć to nie jest jej prawdziwe imię. Tego prawdziwego chyba ona sama już nie pamięta.

 Jestem umieraczem. Umieram ludzi. Nie zabijam, nie uśmiercam, tylko umieram. Wydaje mi się, że takie określenie pasuje do tego, co robię. Tak, to właśnie ja, albo któryś z moich kolegów z firmy przyjdziemy do was wcześniej czy później, aby przeciąć nić waszego życia. Nieważne, czy to będzie wypadek, morderstwo, choroba czy samobójstwo; to nie wy umieracie, bo tak naprawdę, to my was umieramy. Ci, którzy twierdzą, że w życiu nic nie jest pewne, a pewna jest tylko śmierć, mają rację.

 Zlecenia przyjmuję od niej, od End. Jestem sumienny, punktualny, pozbawiony empatii i twardy, co w moim zawodzie jest konieczne. Nigdy się nie zastanawiam, nie analizuję, czy ktoś powinien już odejść, czy może dać mu jeszcze szansę. Zapomniałem dodać, że od niedawna mam na imię Bill. Koledzy mówią na mnie Kill Bill. Wcześniej nosiłem inne imiona, ale ich zmiana urozmaica przynajmniej monotonię tej pracy.

 

***

 

 Sprawdziłem listę, którą dostałem od End. Miałem rozpocząć od nienarodzonego, którego matka leżała w szpitalu.  Drugi podobny przypadek był na końcu listy, a tamta dziewczyna przebywała w swoim mieszkaniu po drugiej stronie miasta. End rozdzielała nam pracę tak, żeby nie trzeba było się zbyt daleko przemieszczać między kolejnymi osobami i wszystko dało się załatwić w niewielkich odstępach czasu.

 Już po chwili byłem na szpitalnym korytarzu. Znałem dobrze to miejsce i muszę przyznać, że niezbyt je lubiłem. Pajęczyna pęknięć na ścianach, odchodząca od nich płatami żółta farba lamperii i wyraźne ubytki w czarno-białej szachownicy płytek na podłodze sprawiały przygnębiające wrażenie. Matkę odnalazłem w sali na parterze. Niebieskie światło bijące z włączonego telewizora rozpraszało mrok panujący w pomieszczeniu. Widziałem jej spuchnięte od płaczu oczy, wpatrujące się z nadzieją w kroplówkę podłączoną do wenflonu.

 Podszedłem powoli i położyłem swoją walizeczkę na wolnym łóżku. Wybrałem najmniejsze nożyczki i wsunąłem ręce przez powłoki brzuszne, aż do samej macicy i szybko przeciąłem nić życia niespełna trzymiesięcznej istotki. Kobieta nie poczuła nic. Nie poczuła mnie. Nie poczuła nawet, że nie jest już matką. Na to było jeszcze za wcześnie. Ja również nie czułem nic. Żadnego współczucia, czy wyrzutów sumienia. Wykonywałem po prostu swoją pracę, a takie rzeczy, jak tu, robiłem już tysiące razy.

 Zerknąłem znów na listę; następny był wypadek autokaru. Sprawdziłem lokalizację i okazało się, że to zaledwie pięćdziesiąt kilometrów od miejsca, w którym się znajdowałem. Chwilę później znalazłem się przy drodze biegnącej wzdłuż brzegu jeziora. Po jednej jej stronie było urwisko stromo wpadające do wody, a z drugiej zbocze góry gęsto porośnie drzewami. Miałem ponad godzinę do wypadku. Usiadłem i zbierałem siły na to, co za chwilę nastąpi. Księżyc był w pełni, a ja patrzyłem na srebrne plamki tańczące na lekko falującej powierzchni wody. Nie byłem w stanie sobie przypomnieć, ile razy musiałem umierać tonących ludzi. Zazwyczaj scenariusz był taki sam: młodzież, ognisko, alkohol… A później budziła się fantazja i brawura, a przy okazji głupota. Kąpiel w blasku księżyca i ja, czekający już z moją walizeczką. Tym razem jednak miało być inaczej.

 Z odrętwienia wyrwał mnie dźwięk silnika i oślepiające światło lamp samochodowych. Samochód jechał stanowczo za szybko. Kierowca nie widział nadjeżdżającego zza zakrętu autokaru. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Usłyszałem pisk opon, a potem straszliwy huk i dźwięk tłuczonego szkła. Patrzyłem, jak autobus wyłamuje barierkę ochronną i stacza się wzdłuż urwiska do wody.

 Błyskawicznie znalazłem się przy samochodzie. Skalpel trzymałem w pogotowiu, bo w zleceniu wyraźnie było napisane, że zgon ma nastąpić na miejscu. Musiałem działać szybko. Przód pojazdu był praktycznie zmiażdżony i ledwo dostrzegłem zakrwawione ciało kierowcy. W miejscu twarzy mężczyzny znajdowała się krwawa miazga i gdyby nie to, że zgodnie z informacją w dokumentach miał trzydzieści jeden lat, to nie byłbym w stanie określić jego wieku. Wyczułem wyraźnie bijącą od niego woń alkoholu. Nie było mi żal. Wcale. Jeden szybki ruch wystarczył, żeby pozbawić go przyszłości.

 Na miejscu pasażera siedziała dziewczyna. Była nieprzytomna, ale żyła. Nie miałem jej na liście, więc zostawiłem sprawę lekarzom.

 Popatrzyłem w stronę jeziora i zobaczyłem, jak autobus pogrąża się w wodzie. Ktoś bezskutecznie próbował otworzyć tylne drzwi, ktoś inny wydostać się przez przednie okno, gdzie nie było szyby, ale ja już byłem w środku i bezlitośnie umierałem pasażerów.

 Na pierwszy ogień poszedł kierowca i trzy osoby z najcięższymi obrażeniami: dwóch młodych chłopców i starsza kobieta. Tych załatwiłem niemalże jednocześnie. Obok mnie miotali się ludzie pragnący zaczerpnąć powietrza w wypełniającym się wodą wnętrzu autobusu. Ci, którym udało się wydostać, nie byli jednak do końca bezpieczni. Na liście miałem dwie osoby, które musiałem umrzeć na zewnątrz, jeszcze w wodzie, ale najpierw musiałem odciąć tych, którzy tonęli w środku. Wokół panowała ciemność, co nie stanowiło żadnego problemu, bo w każdych warunkach widziałem tak samo, ale otaczająca woda, która mieszała się z krwią rannych, po raz pierwszy wywołała u mnie obce uczucie zniesmaczenia.

 Kiedy uwinąłem się już z autokarem, odnalazłem pijaczka, śpiącego na ławce w parku, który był następny na liście. Odszedł cicho i bezboleśnie. Tak, jak lubię.

 Później namierzyłem karetkę, przewożącą mężczyznę z zawałem. Skróciłem mu męki jednym pociągnięciem skalpela.

 Na koniec został mi jeszcze jeden nienarodzony. Wysoka ciąża, bez zagrożeń. Matka spała, kiedy przecinałem nić. Przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy to nie jest pomyłka, ale dobrze wiedziałem, że w naszej branży nie zdarzają się pomyłki. Na koniec, z własnej inicjatywy, owinąłem pępowinę wokół szyi dziecka, żeby łatwiej było jej zrozumieć, dlaczego tak się stało. Zaczynałem mięknąć.

 

***

 

 Wróciłem do swojego mieszkania przed świtem i wykończony padłem na łóżko. Tak, ja też potrzebuję odpoczynku, bo umieranie to parszywa i wyczerpująca robota. Chyba zaczynałem się wypalać.

 Obudziłem się późnym popołudniem, ale wciąż byłem zmęczony. Nie musiałem jeść; czasami robiłem to dla rozrywki albo przyjemności, ale nie było to niezbędne. Do prawidłowego funkcjonowania potrzebowałem jedynie snu i prysznica od czasu do czasu. Ostatnio nawet sen nie wystarczał. Czułem, że potrzebuję urlopu.

 Rozejrzałem się i zauważyłem, że moja firmowa walizeczka leżała tam, gdzie ją wczoraj rzuciłem. Musiałem dbać o swoje narzędzia; nie lubiłem niespodzianek przy pracy, a kilka razy zdarzyło mi się, że nie mogłem przeciąć nici, bo ostrze było zbyt tępe, a człowiek rozpaczliwie walczył, z całych sił kurczowo trzymając się życia.

 Po godzinie wszystkie nożyczki, noże, skalpele były idealnie naostrzone, a w ich gładko wypolerowanej powierzchni mogłem dostrzec swoje odbicie. Przeczesałem włosy, przyjrzałem się krytycznie cieniom pod oczami, po czym odłożyłem sprzęt do odpowiednich przegródek w walizce, a na wierzch wrzuciłem plik dokumentów, których wypełnienie zajęło mi kilka minut. Porządek musiał być.

 

***

 

 Wieczorem, jak zwykle, ruszyłem do End po zlecenia na dzisiejszą noc. Pamiętam czasy, gdy siedziba firmy mieściła się w rzymskich katakumbach. Miejsce to być może miało swój klimat, ale ja za nim nie przepadałem. Było tam zbyt ciemno, a ja lubiłem słońce. Obecnie End zajmowała nowoczesne biuro na ostatnim piętrze biurowca w centrum. Twierdziła żartobliwie, że teraz przynajmniej jest bliżej Szefa. Z okien jej gabinetu roztaczał się niesamowity widok na panoramę miasta, a co najważniejsze było w nim jasno.

 End, jak zwykle była u siebie. Prawie zawsze widywałem szefową przy biurku. Nie potrzebowała snu ani odpoczynku. Obserwowałem ją chwilę przez przeszklone drzwi i zanotowałem w pamięci, żeby pochwalić nową koktajlową sukienkę bez rękawów. Nie, wcale nie musiałem się podlizywać; zresztą wyczułaby fałsz na kilometr. Po prostu ładnie wyglądała.

 – Witaj, Bill – rzuciła, nie odrywając wzroku od trzymanych w dłoni kartek. – Jak poszło w nocy?

 – W porządku – odparłem zdawkowo, wiedząc, że wcale nie jest ciekawa szczegółów. – Tu masz papiery. – Wyciągnąłem z teczki dokumenty i usiłowałem znaleźć na biurku kawałek wolnego miejsca, aby je położyć.

 – Bez niespodzianek?

 – Bez – powiedziałem i ostatecznie rzuciłem swoje kartki na stertę innych. – Ładnie wyglądasz; w perłach ci do twarzy. Słuchaj, End…

 – Tu masz zlecenia na dzisiejszą noc. – Podała mi listę z nazwiskami i miejscami zgonów. – Mówiłeś coś? – Dopiero teraz na mnie spojrzała.

 – Chciałem…

 – Co się dzieje? Marnie wyglądasz.

 – Jestem zmęczony. Ta parszywa robota mnie wykańcza. – Opadłem na fotel, stojący przed biurkiem.

 – Od przyszłego tygodnia masz dzienne zmiany, to może będzie lepiej. – Na jej idealnie wykrojonych ustach pokrytych szminką w kolorze burgunda pojawił się miły uśmiech.

 – Potrzebuję urlopu – westchnąłem.

 – Akurat teraz? Nadchodzi fala upałów, więc ludzie będą padać jak muchy, do tego epidemia sepsy na niespotykaną dotąd skalę, wakacyjne wyjazdy, wypadki samochodowe, utonięcia… – wymieniała bez końca.

 – Ostatni urlop miałem po wojnie – wszedłem jej w słowo. – Przypominam ci, że to było ponad siedemdziesiąt lat temu.

 – Bill, mam mało ludzi. Już i tak się nie wyrabiamy. – Pokręciła głową.

 – To przyjmij nowych. – W odpowiedzi wzruszyłem ramionami.

 – Szef mi nie da. Już go prosiłam.

 – Dziwne, myślałem, że odkąd antykoncepcja stała się popularna, to ci od zawiązywania nici życia mają mniej roboty. Zastanawiałem się nawet, czy by się tam przenieść? Praca lekka, łatwa i przyjemna. I co najważniejsze czysta.

 – Mówiłam ci, że nie da. Powiedział ostatnio, że ma jakieś plany i też potrzebuje ludzi.

 – Tydzień. – Popatrzyłem na End wzrokiem zbitego cocker-spaniela. – Tylko jeden tydzień.

 – Bill…

 – Proszę. Muszę odpocząć.

 End wstała i podeszła do okna. Długo patrzyła przed siebie, bawiąc się jednocześnie zawieszonym na szyi sznurem pereł. To był dobry znak; czułem, że rozważa moją prośbę. Kiedy się odwróciła i spojrzała na mnie tymi swoimi czarnymi, przeszywającymi oczami, wiedziałem, że wygrałem.

 – Jeśli możesz, to zostań do końca tygodnia. W piątek mamy katastrofę kolejową. Muszę tam posłać więcej chłopaków. Chciałabym, żeby poszło sprawnie, na miejscu, tak żeby nie trzeba było później gonić i szukać po szpitalach. Od soboty masz wolne.

 – Dziękuję, End. – Uśmiechnąłem się z wdzięcznością. – Może ty też powinnaś wziąć sobie urlop?

 – Uwielbiam twoje poczucie humoru, Bill – zaśmiała się serdecznie i kokieteryjnie odrzuciła włosy na plecy. – Ale teraz koniec żartów. Bierz się do pracy.

 – Tak jest. – Zasalutowałem, wstając z fotela. – Po urlopie zapraszam cię na kolację.

 – Bardzo śmieszne – prychnęła. – Idź już!

 

 Kiedy wychodziłem z budynku, poczułem jakby wyrosły mi skrzydła. To dziwne uczucie, bo przecież nie potrzebowałem skrzydeł. Mogłem się błyskawicznie przemieszczać do dowolnego miejsca na Ziemi, w zależności od potrzeb i aktualnego zlecenia. Nie ukrywam, że lubiłem spacery i jeśli była taka możliwość, to wolałem chodzić pieszo. Spojrzałem na zegarek; do północy miałem jeszcze dwie godziny, ruszyłem więc do pobliskiego pubu, w którym od czasu do czasu przesiadywaliśmy z chłopakami.

 Przy najdalszym stoliku dostrzegłem Bena. Pomachałem mu i podszedłem do baru zamówić piwo. Lubiłem tego olbrzyma o różowej cerze i świńskich oczkach. Imponował mi swoją wielką posturą i opanowaniem. Kiedy przysiadłem się do niego, uścisnął mi dłoń na powitanie. Ręce miał wielkie i silne. Chłopcy czasem żartowali, że nie potrzebuje żadnych narzędzi do umierania, bo nici życia może rozrywać palcami.

 – Cześć – rzucił. – Nocna zmiana?

 – Niestety – odparłem i pociągnąłem łyk piwa.

 – Parszywa robota – stwierdził sentencjonalnie.

 – Ano parszywa – przyznałem.

 Właściwie na tym temat pracy się skończył. Kiedy byliśmy młodzi, kilkaset lat temu, opowiadaliśmy sobie o szczegółach naszych zleceń, reakcjach klientów, przeszkodach, na jakie napotykaliśmy i niepowodzeniach. Teraz staraliśmy się mówić o pracy jak najmniej.

 – Od soboty mam urlop – pochwaliłem się.

 – Nie żartuj?! – Ben o mało się nie zachłysnął. – Od czterdziestu lat nikt w firmie nie miał urlopu.

 – Ja nie miałem od siedemdziesięciu.

 – To rzeczywiście ci się należy. – Pokiwał głową ze zrozumieniem. – I End zgodziła się bez problemu?

 – Nie bardzo chciała, ale w końcu się zgodziła.

 – Ona cię lubi. Nie każdy ma tyle szczęścia.

 – Rzeczywiście – przyznałem. – Zauważyłem, że od epidemii czarnej śmierci traktuje mnie dużo lepiej.

 – Pamiętam, jak wyrobiłeś wtedy normę za dziesięciu umieraczy. – Ben zaśmiał się gardłowo. – Nie ma się co dziwić, że cię lubi.

 – Młody wtedy byłem, ambitny. – Uśmiechnąłem się na wspomnienie starych dobrych czasów i machnąłem ręką. – Teraz nie mam tyle sił.

 – Co będziesz robił? Wybierasz się gdzieś? – zapytał.

 – Myślałem, żeby wyjechać gdzieś, gdzie jest dużo słońca i mało ludzi.

 – Jakaś mała wysepka na Karaibach? – Mrugnął porozumiewawczo.

 – Być może.

 

 

***

 

 Prywatna wyspa – niewielki skrawek lądu, otoczony białymi piaszczystymi plażami i oblewany lazurowymi wodami Morza Karaibskiego, udostępniany okazjonalnie osobom z zewnątrz, wydawał się przedsionkiem raju. O ile na co dzień nie potrzebowałem luksusów, to wakacje chciałem spędzić tak, żeby pamiętać je przez najbliższe pół wieku. Nie miałem problemu z zamieszkaniem w domku przy plaży. Takie rzeczy, dla nas umieraczy, nigdy nie stanowiły problemu. Ludzie mogli nas widzieć tylko wtedy, kiedy tego chcieliśmy i było nam to potrzebne do funkcjonowania w ich świecie, ale zaraz o nas zapominali, jak gdybyśmy nigdy nie istnieli. Mogłem więc korzystać ze wszystkich dobrodziejstw tego urokliwego zakątka, nie rzucając się w oczy.

 Leżałem na plaży, przesypując między palcami gorące ziarenka piasku. Czułem, jak promienie słońca dotykają mojej twarzy i rozgrzewają każdy milimetr ciała, wsłuchiwałem się w szum fal, monotonnie uderzających o brzeg. Byłem odprężony i zadowolony. Wreszcie, po tylu latach tej niewdzięcznej pracy, dostałem to, na co zasłużyłem.

 Z euforycznego stanu wyrwał mnie nagle cichy, miękki głos:

 – Można? Nie będę panu przeszkadzać.

 Wydawało mi się, że się przesłyszałem, i te słowa wcale nie były skierowane do mnie. Żeby się upewnić, uniosłem lekko powieki i kilka metrów dalej dostrzegłem młodą kobietę. Nikogo więcej na plaży nie było. Zaskoczyło mnie to, bo myślałem, że jestem niewidoczny dla otoczenia, ale ona jednak mnie widziała.

 – Proszę bardzo, skoro nigdzie indziej nie ma miejsca – odparłem niezbyt uprzejmie, po czym zamknąłem oczy i zacząłem intensywnie myśleć.

 To niespodziewane najście wytrąciło mnie z równowagi i zburzyło spokój. Nawet gdybym chciał, nie potrafiłbym wrócić do stanu błogości, który towarzyszył mi jeszcze kilka minut wcześniej. Usiadłem i kątem oka obserwowałem dziewczynę.

 – Ładnie tu – stwierdziła, rozwiązując pareo. Przez chwilę również mi się przyglądała.

 Była blada, niska, i dość zgrabna. Długie ciemne włosy spięła klamrą na czubku głowy i poprawiła okulary przeciwsłoneczne. Z torby plażowej wyjęła książkę, położyła się na brzuchu i zaczęła czytać, całkowicie mnie ignorując.

 – Ładnie – przyznałem, po czym wstałem i ruszyłem w stronę morza.

Ciągle nie dawało mi spokoju to, że dziewczyna mnie zauważyła. Rozmyślając, opłynąłem wyspę dookoła, a kiedy wróciłem, ona nadal leżała i czytała.

 – Już się o pana zaczynałam martwić. Długo pana nie było – powiedziała, nie odrywając wzroku od książki.

 – Bill. Na imię mam Bill – odparłem, kładąc się znów na piasku, tym razem bliżej niej. Nieznajoma zaczynała mnie intrygować.

 – Miło mi, Bill. Jestem Maria. – Rzuciła mi przelotne spojrzenie i wróciła do czytania. – Pewnie zastanawiasz się, jak to możliwe, że cię widzę?

 Nie odpowiedziałem nic. Po prostu nie wiedziałem, co powiedzieć.

 – Widziałam cię już wcześniej. Kilka razy. – Ton jej głosu był spokojny, jakby opowiadała mi, o tym, co wczoraj jadła na obiad.

 – Gdzie? – zapytałem.

 – W szpitalu – odparła. – Jestem pielęgniarką. Widziałam, jak przychodzisz po tych, dla których nie ma już szans, chociaż my do końca walczymy o ich życie. Widziałam, jak przecinasz tę nić, która trzyma ich tu, na ziemi. Widziałam też innych, którzy robią to samo co ty.

 – Jak? – Byłem zdruzgotany. – Jak to możliwe?

 – Nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Czasem widzę rzeczy, których nie powinnam widzieć. Ostatnio we śnie zobaczyłam numery, a na drugi dzień zagrałam na loterii i proszę! Myślisz, że byłoby mnie stać na urlop w takim miejscu z pielęgniarskiej pensji?

 – Rozmawiałaś z kimś o tym?

 – Nie. I tak nikt by mi nie uwierzył. Bez tego wszyscy uważają mnie za dziwaczkę. – Maria zamknęła książkę i usiadła. – Ludzie boją się śmierci, a ja, odkąd zobaczyłam ciebie, i to, co robisz, już się nie boję. Chciałabym tylko wiedzieć, czy później… no wiesz… czy coś tam jeszcze jest?

 – Tak. – Skinąłem.

 – Tak myślałam, bo w sumie, jaki to wszystko miałoby sens? – Uśmiechnęła się lekko. – Mam prośbę – dodała po chwili. – Czy jak przyjdzie na mnie czas, to będziesz przy mnie? Czy… ty mógłbyś to zrobić?

 – Tak, Mario.

 Na wyspie spotkałem Marię jeszcze raz, ale nie rozmawialiśmy więcej. Ona, jak zwykle czytała książkę, a ja leżałem obok niej i przesypywałem piasek między palcami. Nigdy, w czasie całej mojej kariery, nie zdarzyło się, żeby ktokolwiek mnie zobaczył przy pracy i nigdy nikomu o tym nie powiedziałem. Nie wiem, dlaczego Maria była wyjątkowa? Być może ci na górze poplątali coś, zawiązując nić jej życia w chwili narodzin, albo sama nić była wybrakowana? Tak czy inaczej poczułem z nią jakąś więź i myślałem, jak o cichej przyjaciółce.

 Wróciłem do pracy. Byłem pełen energii i chęci, a przynajmniej tak mi się wydawało. Dopiero po kilku latach znów spotkałem Marię. Miałem zlecenie w małym szpitalu w jakiejś zapadłej dziurze. Facet z raną postrzałową brzucha wykrwawiał się właśnie w otoczeniu skromnego personelu, który robił, co mógł, żeby uratować mu życie. Dostrzegłem Marię w zakrwawionym fartuchu, a kiedy ona również mnie zauważyła, zrozumiała, że ich wysiłek poszedł na marne. Cofnęła się nieco, jakby chciała zrobić mi przejście do pacjenta, a potem w geście kapitulacji zdjęła lateksowe rękawiczki. Kiedy umierałem tego człowieka i miałem świadomość, że Maria to widzi, poczułem się nieswojo. To było dla mnie nowe doświadczenie.

 – Straciliśmy go. – Rozległ się głos lekarza.

 

 Potem nigdy więcej jej nie spotkałem, chociaż bywałem nieraz w tym szpitalu. Myślę, że Maria zmieniła pracę. Była zbyt wrażliwa, by przyglądać się nie tylko umierającym, ale i temu, co robiliśmy my – umieracze. Ja jednak pamiętałem o swojej obietnicy i poprosiłem End o zlecenie, jeśli tylko się pojawi. Nie robiła problemów, a poza tym takie rzeczy w firmie się zdarzały. Ben kiedyś ubzdurał sobie, że to on, a nie kto inny, umrze starego Pauliego, z naszego ulubionego pubu, bo ten zawsze lał mu do pełna i nie oszukiwał.

 Lata mijały, pracowałem jak zwykle, ale wciąż towarzyszyło mi i narastało we mnie dziwne uczucie zniechęcenia. Właściwie już miałem prosić End o urlop, by zregenerować siły, gdy dostałem zlecenie.

 

***

 

 Szedłem wzdłuż plaży, czując jak fale delikatnie łaskoczą mi stopy, a promienie słońca parzą ramiona i plecy. Pewnie w innych okolicznościach byłbym najszczęśliwszą istotą na ziemi, ale nie dzisiaj.

 Dostrzegłem ją z daleka. Maria siedziała na piasku, obejmując ramionami podkurczone kolana. Patrzyła przed siebie, ale wiedziałem, że wyczuła moją obecność.

 – Witaj, Bill – powiedziała, nie odrywając wzroku od horyzontu.

 – Miło cię widzieć, Mario – odparłem i usiadłem obok niej, kładąc obok walizeczkę.

 – Nic się nie zmieniłeś. – Popatrzyła na mnie w końcu i uśmiechnęła się lekko.

 Zobaczyłem pajęczynę zmarszczek na jej twarzy o wyostrzonych rysach. Długie ciemne niegdyś włosy, teraz były krótkie i siwe. Blask jej oczu przygasł i widać w nich było rezygnację i brak woli życia.

 – Ty również, Mario.

 – Och, Bill… Bill… – Pokręciła głową, nie przestając się uśmiechać.

 Siedzieliśmy długo w milczeniu i wcale nam to nie przeszkadzało.

 – Powiedziałeś kiedyś, że tam coś jeszcze jest. Że śmierć, to nie koniec. Zgadza się?

 – Tak. – Skinąłem. – Nie bój się.

 – Nie boję się. A wiesz dlaczego?

 – Dlaczego?

 – Bo ty to zrobisz. Bo cię lubię i mam do ciebie zaufanie. I chociaż wiem, że to nie ma żadnego znaczenia, to myślę, że jesteś inny niż twoi koledzy po fachu. Bardziej ludzki.

 

 Zastanowiły mnie jej słowa. Sam zauważyłem, że coraz trudniej idzie mi umieranie ludzi. Częściej zaczynam się zastanawiać i mieć wątpliwości, czy to właściwy czas, aby ktoś przeszedł na drugą stronę. Momentami budziło się we mnie nawet współczucie, co utrudniało pracę. Chyba rzeczywiście stawałem się bardziej ludzki. Kiedy Maria mi to uświadomiła, podjąłem decyzję, nad którą, szczerze mówiąc, zastanawiałem się już od dłuższego czasu. Wiedziałem, że muszę to rzucić.

 – Jesteś gotowy? – przerwała moje rozmyślania.

 – Tak – potwierdziłem, chociaż nie było to prawdą. Pocieszała mnie jedynie myśl, że zrobię to ostatni raz.

 – Więc chodźmy – ruszyła w stronę morza. – Nie zapomnij zabrać sprzętu.

 Z leżącej na piasku walizeczki wyciągnąłem małe nożyczki. Wiedziałem, że są dostatecznie ostre; postarałem się o to. Ruszyłem za Marią, która była już w wodzie.

 – Nie musisz tego robić. – Próbowałem wpłynąć na jej decyzję, choć wiedziałem, że to niemożliwe.

 – Pamiętasz, jak mówiłam ci kiedyś, że widzę rzeczy, których nie powinnam widzieć? – zapytała, a ja przytaknąłem. – Wiem, że to stanie się tu i teraz, i wiem, że ty też to wiesz. Widziałam swoją śmierć.

 – Ale…

 – Nie utrudniaj. Żegnaj, Bill. Miło było cię poznać. Może jeszcze się kiedyś spotkamy? – powiedziała i zaczęła płynąć.

 – Może… Żegnaj, Mario.

 Płynąłem za nią dość długo, aż zobaczyłem, jak jej ruchy powoli stają się coraz słabsze i wolniejsze. W pewnym momencie znieruchomiała zupełnie i zaczęła opadać w stronę dna. Była spokojna, nie walczyła. Wiedziałem, że muszę zrobić to szybko, żeby zaoszczędzić jej niepotrzebnego bólu.

 Zanurkowałem, by ostatni raz spojrzeć w jej oczy koloru otaczającego nas morza, a potem jednym szybkim ruchem przeciąłem nić.

 

 Położyłem ciało Marii na plaży. Nie chciałem, żeby została tam na dnie, zdana na pastwę morskich zwierząt i prądów. Na jej twarzy malował się spokój i zadowolenie. Zazdrościłem jej i sam zapragnąłem wolności.

 

***

 

 Następnego dnia złożyłem prośbę o przeniesienie. End nie była zadowolona, a mnie również było przykro, że nie będziemy już współpracować. Lubiłem ją, i chyba tylko dlatego udało mi się tak długo wytrzymać. W końcu się zgodziła, a sam Szef również nie robił problemów. Podobno od dawna zastanawiał się nad wymianą i odmłodzeniem kadry.

 Od kilku lat pracuję jako życiodajny. Zawiązuję nici nowego życia. Praca jest lekka, łatwa i przyjemna, a co najważniejsze czysta.

 

Koniec

Komentarze

AQQ!

Z przyjemnością przeczytałem Twoje opowiadanie. Bardzo mi się podobało. Nie wiem, co to za konkurs, na który wcześniej wysłałaś ten tekst, lecz nie pojmuję, dlaczego nie został nagrodzony. 

 Siły i mnóstwa codziennych radości, AQQ:)

Corneliusie, bardzo si ę cieszę, że spodobało ci się to opowiadanie. Naprawdę niezmiernie mi miło. :)

A te kilka słów – życzeń siły i codziennych radości ma dla mnie ogromne znaczenie i przyjmuję je z wdzięcznością. Dziękuję i Tobie również życzę wszystkiego dobrego.

:)Właściwie to ja powinienem podziękować Tobie, AQQ. Bardzo mile spędziłem czas, czytając Twoje opowiadanie.

Samych jasnych myśli, AQQ! 

AQQ zepsułaś kolejną firmę ujawniając ich (przepraszam ICH) sekrety. Karygodne.

A tak poważnie to wbrew pozorom bardzo ciepły tekst. Nostalgiczny. Poruszający. I chociaż tematyka z lekka makabryczna to wcale się tego nie odczuwa.

Zatrudniłbym się tam, tylko coś kiepsko u nich z urlopamiwink

Błędów nie zauważyłem, zresztą specjalnie się ich nie spodziewałem.

Ładne opowiadanie.

Emocjonalne, ale w stonowany sposób, bez skaczących do oczu, rozwrzeszczanych dramatów. Historia toczy się powoli i gładko, raczej przewidywalnie – wiemy co się wydarzy i do czego to zmierza, decyzje Billa nie są żadnym zaskoczeniem. Ma to swój urok, bo pozostawia wrażenie takiej dojrzałej melancholii, jakby bohaterowie mówili – zbyt wiele widzieliśmy, za starzy już jesteśmy, żeby próbować szokować intensywnością emocji, czy walcować ciężarem smutku. Jest jak jest, kurde. 

Z drugiej strony chciałoby się, żeby tekst uciekł nieco od schematu zbyt ludzkiej, a przez to nie do końca pogodzonej ze swoim zadaniem Śmierci (pracownika Śmierci) / innego niż wszyscy, a przez to niezwykle fascynującego dla owej Śmierci człowieka. Nie zaproponowałaś jakiegoś świeżego punktu widzenia na ten związek człowiek – anioł śmierci, nie rzuciłaś nowego światła. Dlatego zachwycał się nie będę. Ale to bardzo dobry tekst. Gdzieś tam miałem wrażenie delikatnej byłozy, może jakieś mało wyraźne powtórzenie, ale czytało się zbyt dobrze, by rzecz miała znaczenie, by wymagała wyłowienia i poprawiać. Ogólnie, bardzo dobry tekst. Formalnie również. 

Oczywiście, jako że uwielbiam bawić się logiką przedstawionego świata, to nie mogę nie zapytać:

Rozumiem, że te wszystkie wypadki, samobójstwa, choroby i tak dalej, dzieją się niezależnie od Umieraczy, których to jedynym zadaniem było w odpowiednim momencie ciachnąć żyłkę (choć mieli tu drobne pole manewru). A co, gdyby kogoś, dajmy na to, zdekapitowała szyba rozbitego okna, a odpowiedzialny Umieracz skrewił? Spóźnił się, zaniedbał, przegapił, zarobiony przy katastrofie kolejowej w Indiach? Odcięta głowa będzie żyć samowolnie? Szlag trafi osnowę rzeczywistości, jak w przypadku pratchetowskich rolników, uprawiających zeszłoroczną pszenicę, gdy zapomną zasiać zboże, którego plon zebrali rok wcześniej? Ciekawa kwestia ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Spodobał mi się pomysł na bohatera. Naprawdę ładnie pasuje do konkursu – mamy faceta, dla którego umieranie faktycznie jest robotą.

Reszta, a zwłaszcza fabuła, już tak nie uwiodła – schemat raczej wyeksploatowany.

Babska logika rządzi!

AQQ, podejrzewam, że Umieracz nie odniósł sukcesu w konkursie, bo chyba nie spełniłaś jego założeń.

Twoje opowiadanie, mimo że Bill utyskuje na zmęczenie i pewien dyskomfort, wcale nie mówi o parszywej robocie – znalazłam tu raczej mnóstwo współczucia i chęci jak najlepszego wykonania ostatniego cięcia. Billowi to się udaje.

I ja bym chciała kiedyś tak jak Maria – spokojnie i bezboleśnie. Choć nie ukrywam, że kiedy zjawi się mój umieracz – tu sparafrazuję Woody’ego Allena – wolałabym, żeby mnie przy tym nie było.

Wykonanie całkiem niezłe, choć mogłoby być lepsze. Miejscami nadużywasz zaimków.

Mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo nie chciałbym zdejmować opowiadania z półki. 

 

Pa­ję­czy­na pęk­nięć na ścia­nach, od­cho­dzą­ca od niej pła­ta­mi żółta farba lam­pe­rii… –> Ze zdania wynika, że farba odchodziła od pajęczyny pęknięć.

 

srebr­ne plam­ki tań­czą­ce na lekko fa­lu­ją­cej po­wierzch­nię wody. –> Literówka.

 

wy­raź­nie było na­pi­sa­ne, że zgon ma na­stą­pić na miej­scu. Mu­sia­łem dzia­łać szyb­ko. Przód po­jaz­du był prak­tycz­nie zmiaż­dżo­ny i ledwo do­strze­głem za­krwa­wio­ne ciało kie­row­cy. W miej­scu twa­rzy męż­czy­zny była krwa­wa mia­zga i gdyby nie to, że w do­ku­men­tach było na­pi­sa­ne, że ma trzy­dzie­ści jeden lat, to nie był­bym w sta­nie okre­ślić jego wieku. Wy­czu­łem wy­raź­nie bi­ją­cą od niego woń al­ko­ho­lu. Nie było mi żal. –> Powtórzenie i byłoza.

 

co dla mnie nie sta­no­wi­ło żad­ne­go pro­ble­mu, bo w każ­dych wa­run­kach wi­dzia­łem tak samo, ale ota­cza­ją­ca mnie woda, która mie­sza­ła się z krwią ran­nych, po raz pierw­szy w całej mojej ka­rie­rze wy­wo­ła­ła u mnie obce uczu­cie znie­sma­cze­nia.

 Kiedy uwi­ną­łem się już z au­to­ka­rem, od­na­la­złem pi­jacz­ka, śpią­ce­go na ławce w parku, który był na­stęp­ny na mojej li­ście. –> Nadmiar zaimków.

 

wi­dy­wa­łem przy biur­ku. Nie po­trze­bo­wa­ła snu ani od­po­czyn­ku. Ob­ser­wo­wa­łem chwi­lę przez prze­szklo­ne drzwi i za­no­to­wa­łem w pa­mię­ci, żeby po­chwa­lić jej nową kok­taj­lo­wą su­kien­kę bez rę­ka­wów. Nie, wcale nie mu­sia­łem się pod­li­zy­wać sze­fo­wej; zresz­tą ona wy­czu­ła­by… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Ni­ko­go wię­cej na plaży nie było. Byłem za­sko­czo­ny… –> Czy to celowe powtórzenie.

 

Nigdy, w cza­sie całej mojej ka­rie­ry… –> Bill, przez kilka wieków, ciągle robi to samo. Czy można to nazwać karierą?

 

Wró­ci­łem do pracy. Byłem pełen ener­gii i chęci do pracy… –> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję wszystkim serdecznie. Do komentarzy odniosę się wieczorkiem, bo teraz jestem w pracy i na telefonie. :)

Dobrze napisane opowiadanie, chociaż nie bez potknięć. Brakuje mi trochę pazura, jakiegoś głębszego spojrzenia na temat, pieprznięcia, aż mi ekran popęka, bo pomysł na fabułę jest jak najbardziej ciekawy, ale trochę też oklepany (śmierć/pracownik śmierci/pomocnik śmierci, który nie potrafi oddzielić pracy od przyjemności/emocji/uczuć, któremu się przejadło). I nie mam z tym kłopotu, bo przecież mowa o przemijaniu i to ono jest “bohaterem” opowiadania. A przemijanie nie potrzebuje wartkiej akcji i pierdyliona twistów. Ma moc samą w sobie.

SPOILER z dodatkowym wymądrzaniem się :): przekwalifikowanie Kill Billa, w ostatnim akapicie, jest zbyt sztampowe. Nie wiem, czy potrzebne (AQQ, prawdopodobnie szukałeś silnego akcentu na The End, ale on już w zasadzie BYŁ – taki żarcik z nadużywania “być”, z którego łatwo się wyleczysz dzięki tego typu komentarzom! :) – trzy gwiazdki wyżej. Albo, ewentualnie, można w tym momencie rozwalić system i popuścić wodze wyobraźni, przy czym nie spuszczając wzroku z szalek (balans mustafa!; nie popaść w śmieszność, w patos itp.). Chodzi mi o to, że historia popłynęła przecież tym lekko oklepanym torem, ale wciągnęła czytelnika (w mojej skromnej postaci), pewnie i wzruszyła trochę, to aż prosi się o niesztampowość, o wyrwanie jej z koszyka tym podobnych opowieści, żeby została w pamięci na dłużej, a może na stałe, dopóki nas nikt nie ciachnie :) Niekoniecznie błagam o kolejne dna, ale o oryginalność, bez której nie złapiemy jurorów za źrenice :)

Klepię w bibliotekę, a powyższy wywód proszę potraktowac jako poradę, być może kiepską zresztą. Według mnie, jeżeli opanowało się już poprawne pisanie i potrafi się zaprzęgnąć do roboty emocje, a przy tym nie popadamy w patetyzm, to czas wyróżnić się z grona! Bo potencjał jest, AQQ. Dostrzegam go w każdej linijce (no, może oprócz tych wypunktowanych przez niezawodną regulatorzy, którą pozdrawiam przeserdecznie!)

A z konkursami różnie bywa.

I tylko śmierć jest pewna.

M.

 

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Och, wzruszyłeś mnie, Koiku. Dziękuję przepięknie i także pozdrawiam, najserdeczniej jak umiem. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

AQQ, mimo iż tekst niekoniecznie na przyjemny temat, to przeczytałam go z przyjemnością. Udało Ci się stworzyć ciekawego bohatera i umiejętnie opisać targające im podczas jakby nie było trudnej “roboty” emocje. Plus również za nostalgiczno-melancholijny klimat. Klikam :)

Bardzo fajne opowiadanie. Korporacyjna instytucja śmierci bardzo mi się podoba, a rozmowa o urlopie – jakbym słyszał moją szefową ;)

Zakończenie, mimo, że trochę sztampowe to fajnie pasuje do całości. W końcu każdego “korposzczura” dotyka kiedyś  wypalenie zawodowe. 

Corneliusie – jeszcze raz wielkie dzięki. :)

Enderku – cieszę się, te tekst ci się podobał. Pisałam go dość dawno temu i dopiero niedawno znów przeczytałam. Tak jakbym na nowo go odkrywała. Dopiero teraz zauważyłam, że rzeczywiście jest nostalgiczny i wszystko tak sobie powoli i spokojnie płynie, a przy okazji poznajemy sekrety pewnej firmy. ;)

Thargone – Tak, wiem, że brakowało jakiegoś pierdolnięcia, ale dopiero teraz to widzę. Tekst napisany prawie rok temu, a od tego czasu wiele się nauczyłam. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet teraz czytam go z przyjemnością i pomimo braków wciąż mi się podoba (co jest u mnie rzadkością). A emocje? Kurde, chyba to moja najmocniejsza strona. Chyba zacznę pisać romanse. :D

A co, gdyby kogoś, dajmy na to, zdekapitowała szyba rozbitego okna, a odpowiedzialny Umieracz skrewił? Spóźnił się, zaniedbał, przegapił, zarobiony przy katastrofie kolejowej w Indiach? Odcięta głowa będzie żyć samowolnie?

Wiadomo, że wypadki przy pracy się zdarzają. Umieracze oczywiście wiedzieli co, gdzie i kiedy, a jak coś poszło nie tak, to… Już wiesz skąd się biorą te wszystkie artykuły w brukowcach, o różnych dziwnych i niewyjaśnionych przypadkach? ;)

Dzięki za klika i cieszę się, że zajrzałeś. :)

Finkla – tak, wiem, znam Twoją opinię. Nawet romana się tu doszukałaś. :) Cieszę się, że przynajmniej pomysł na bohatera przypadł ci do gustu. Dzięki. :D

Reg – nie udało się w konkursie, ale to raczej było oczywiste. Może rzeczywiście za proste to wszystko i zbyt emocjonalne. Podobnie jak ty chciałabym tak jak Maria – spokojnie i bezboleśnie, ale do tego trzeba by się zakumplować z jakimś umieraczem. ;)

Bardzo dziękuję odwiedziny, komentarz i za wskazanie usterek. Wprowadzę je później, już na spokojnie, tak żebyś nie musiała ściągać z półki, jeśli na nią trafi. :)

Cierpisz na bezsenność? ;)

Koiku – Opowiadanie napisane prawie rok temu. Wtedy zupełnie inaczej patrzyłam na pewne sprawy. Myślę, że teraz napisałabym je zupełnie inaczej; z pieprznięciem, pokręconą akcją i bardziej wyrazistymi bohaterami, którym pokomplikowałabym życie. Mimo wszystko cieszę się, że mimo braku oryginalności i drugiego dna, udało mi się wywołać lekkie wzruszenie. Granie na emocjach jest fajne. :)

Mimo iż ostatnio mam przestój w pisaniu, to mam nadzieję, że wkrótce coś się zacznie dziać i uda mi się jeszcze zaskoczyć. A jeśli chodzi o błędy, to nie nawet się nie łudzę, bo Reg ZAWSZE coś znajdzie. ;D

Dzięki za odwiedziny i klika.

Katiu – chyba obie lubimy te nostalgiczno–melancholijne klimaty. :) Bardzo się cieszę, że opowiadanie ci się spodobało mimo niezbyt przyjemnej tematyki. Dziękuję za odwiedziny i klika.

Ospały Leniwcu (Leniwcze?) – nie ma to jak kolejny zadowolony czytelnik. :) A jeśli do tego dostrzega podobieństwa do codziennych sytuacji, to tym bardziej się cieszę. Mam nadzieję, że w końcu dogadasz się z szefową i nie wypalisz się zbyt szybko. :D

Dzięki za odwiedziny i komentarz.

Chyba zacznę pisać romanse. :D

Czytałbym! Najlepiej solidnie nasączone fantastyką i z rozbudowanymi wątkami bliskich kontaktów :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

AQQ, bardzo się ciesze, że mogłam się przydać. :)

Nie, nie cierpię na bezsenność. Przesypiam należytą i zalecaną liczbę godzin, tyle że w bardzo różnych porach. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Thargone, a wiesz, że mam taki tekst. :D

 

Reg – Poprawione. :)

OK :D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem ładne opowiadanie. Podobają mi się szczegóły pracy umieracza. W ogóle to słowo super brzmi. :) Dobrze wypadł też pomysł na ludzi wykonujących tę odwrotną pracę. Wydaje mi się, że trochę za często tekst bardzo prosto z mostu podaje temat konkursu. Bo to, że robota jest parszywa dowiadujemy się z tekstu chyba trzy razy. ;) Z uwag to jeszcze zastanawiam się, czy jest jakaś istotna różnica między pracą umieracza a pracą typowej spersonifikowanej w przeróżnych tekstach śmierci. I przez to główny motyw opowiadania wydał mi się średnio oryginalny.

Ale tak czy siak czytało się przyjemnie, opowiadanie ma ładny nastrój, postacie wyszły ciekawie, także cyk i do biblioteki. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Szyszkowy Dziadku, podoba mi się określenie “ładne opowiadanie”, które pojawia się już po raz kolejny w komentarzach. W sumie, to ono takie miało właśnie być: ładne, emocjonalne, nastrojowe. Jeśli wyszło i do ego dobrze się czytało, to bardzo się cieszę.

Zaznaczyłam, że to bardzo dosłowne podejście do tematu konkursu. Miałam taki pomysł, kiedy tylko go zobaczyłam. Może rzeczywiście zbyt często jest to podkreślone w tekście. Zerknę jeszcze i ewentualnie poprawię.

Dzięki za wizytę i klika. :)

Napiszę wprost – wzruszyłam się. Piękny tekst na temat przemijania i nawet nie ma znaczenia czy odgrzewa się znane motywy. Chodzi o atmosferę i emocje, które udało Ci się AQQ wzbudzić i szczerze? Twoje opowiadanie wykorzystałabym do celów terapeutycznych (piszę bardzo poważnie) – trudny temat jest przedstawiony bardzo subtelnie i pokazuje, że są rzeczy z którymi powinniśmy się pogodzić. I jest też wielka siła w tym, że Maria pytała się Billa o to czy coś jest po drugiej stronie – krótko i zwięźle, ale tknęło jakąś strunę we mnie.

Ładne :)

Podoba mi się tytuł i w ogóle słowo “umieracz”. Nastrojowe, dobrze mi się czytało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Może to nie zabrzmi najlepiej, Deirdriu, ale cieszę się, że udało mi się ciebie wzruszyć. Jeśli po przeczytaniu mojego tekstu śmiałabyś się do łez, to również byłabym zadowolona. Myślę, że najważniejsze, to nie pozostawić czytelnika obojętnego i jak widać udało mi się to. Jeśli uważasz, że opowiadanie może spełniać funkcję terapeutyczną, to niczego więcej do szczęścia mi nie potrzeba. A odpowiedź na pytanie, czy później jest coś jeszcze pewnie wszyscy ostatecznie kiedyś poznamy. Bardzo ci dziękuję za tak piękny komentarz.

 

Anet – Bardzo serdecznie dziękuję. :)

A mi czegoś w tym tekście zabrakło. Dopasowanie do wymogów konkursu wydało mi się wciskane na siłę (to tłumaczenie z “umieraniem kogoś”, później próba przemycenia “parszywej roboty” – choć z tekstu wcale ta parszywość nie wynika). W pierwszym przypadku mnie ugryzło, że Bill skupił się na matce dziecka – a co go matka obchodzi? – a docelowej ofierze nie poświęcił nawet jednej myśli. Zero refleksji nad kruchym życiem, które jeszcze na dobre się nie zaczęło, żadnego spostrzeżenia, że małe, otoczone ciemnością, wsłuchane w bicie serca matki chciałoby żyć, a tu sorry. Inne (dorosłe) ofiary opisywał, tych nienarodzonych nie, a właśnie tu mogłaś walnąć młotkiem w oczy :)

Czemu “End rozdzielała nam pracę tak, żeby nie trzeba było się zbyt daleko przemieszczać między kolejnymi osobami i wszystko dało się załatwić w niewielkich odstępach czasu.” skoro “Mogłem się błyskawicznie przemieszczać do dowolnego miejsca na Ziemi, w zależności od potrzeb i aktualnego zlecenia.” ?

Rozmowa o urlopie jest zbyt długa, za to postać Marii pojawia się zbyt późno i trochę tak upchnięta na siłę. Serio, kobieta widzi uosobienie śmierci i zamienia z nim cztery zdania i woli czytać książkę? :) Zabrzmiało, jakbyś nie miała pomysłu na ten wątek. A mogłaś go ładnie wpleść, rozrzucając opowiadanie bardziej w czasie i wplatając Marię np. najpierw jako niemowlaka w szpitalu, potem przewijającą się gdzieś pielęgniarkę czy coś w ten deseń. Wtedy spotkanie na rajskiej plaży nabrałoby więcej ładunku i nie sprawiało wrażenia wątku wciśniętego na siłę.

Końcówka mi się nie podobała. Pójście na łatwiznę, w dodatku bez łupnięcia. Jakby umarł sam siebie, to mogłabyś się wykazać dużo zgrabniejszym wykorzystaniem konkursowego motywu ;)

Pomarudziłam, bo pewnie jak każdy autor zadajesz sobie pytanie “czemu nie wygrałam konkursu”, a opinie zadowolonych czytelników odpowiedzi w tej kwestii Ci nie dadzą :P

Wiesz, Bello, ja akurat nie miałam żadnych złudzeń co do wygranej w konkursie. Jak już wyjaśniałam wcześniej w komentarzach, to tekst sprzed niemalże roku i właściwie pierwszy konkursowy. Właściwie początki mojego pisania. Chciałam się po prostu sprawdzić. Nie wiedziałam tego, co wiem teraz.

Fajnie, że w komentarzach pojawiają się uwagi, bo to daje jeszcze bardziej do myślenia. A jeśli znajdują się zadowoleni czytelnicy, to moja satysfakcja też jest ogromna, bo daje świadomość, że nie do końca sknociłam zadanie. :)

Dziękuję za odwiedziny, poświęcony czas i wskazanie niedociągnięć. Wszystkie zastrzeżenia będę miała na uwadze przy pisaniu kolejnych tekstów.

Ładny, emocjonalny tekst. Umiesz pisać o uczuciach, dlatego i tutaj mnie to wciągnęło. Jednak jeśli zeskrobie się tę warstwę, raczej nie widać tutaj nic odkrywczego – firma, jej zadanie, czy personifikacja samej Śmierci.

Podobnie czuję, że niektóre sceny za mocno się dłużyły, jak choćby ta z urlopem. Końcówka nie jest zła, ale definitywnie bez przytupu, bez czegoś, co oprócz emocji pomogłoby przykryć średniość samej fabuły.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mój pociąg zamiast jechać 30 minut, jechał 90, więc zajrzałem tutaj, bo to aktualnie najnowsza biblioteka. I nie wiem, czy bardziej mnie znudziła ta niekończąca się podróż, czy ten tekst… Mimo że do samego końca czekałem na coś zachwycającego, nadzieja okazała się płonna. :c

Według mnie szwankuje tutaj sam pomysł. Główny bohater odcina duszę od ciała, no dobra. Ale że bez jego działania nie sposób umrzeć? W tekście miga postać z “twarzą zamienioną w miazgę” wskutek wypadku drogowego. Jeśli komuś mózg wycieka z pękniętej czaszki, to nie jest w stanie sam umrzeć, tylko musi czekać na “pomocnika”? A jeśli pomocnik z jakiegoś powodu nie dotrze, to jak taka osoba miałaby nawet nie funkcjonować, ale wegetować? Poronienie, nagła śmierć łóżeczkowa, nawet reanimacja pacjenta – ok. Ale tu bym zakończył rozwijanie wachlarza możliwości popleczników End, bo mi się to wszystko zwyczajnie przestało trzymać kupy. Wracając do przykładu z wyciekającym mózgiem – nie da się tak żyć, bo sepsa, bo wgłobienie migdałków, bo cała kupa innych letalnych powikłań. Fantastyka fantastyką, ale nie można zapominać o logice. Jeśli rzeczywiste, logiczne zależności zastąpimy fantastycznymi, ale pozbawionymi wewnętrznej logiki, wyjdzie z tego wszystkiego dość odstręczająca pulpa.

Postaci. Każda jest po coś i niespecjalnie się nawet kryjesz z tym faktem. Bohater zrobi swoje i znika. Że Bill i Maria spotykają się na rajskiej plaży, to tak cudowny zbieg okoliczności, że aż do przesady. Finałowa scena nijak nie zaskakuje swą sztampą i pozostawia z mocnym niedosytem. Wszystko leci jak po sznurku.

Do tego cała masa drobniejszych błędów w logice. Na przykład narrator mówi, że “nie uśmierca, a umiera”. Nie da się kogoś umrzeć, można go uśmiercić. Jeśli bardzo chciałaś wpisać się w tematykę konkursu, to myślę, że czytelnikowi należą się dwa zdania odróżniające od siebie oba te pojęcia, bo “umrzeć kogoś” to ewidentny neologizm, a funkcjonuje w znaczeniu identycznym do “uśmiercić kogoś”, chociaż narrator wyraźnie zaznacza, że to różne pojęcia. Dalej, chyba ze trzy razy na początku pada określenie “parszywa robota”, co dla mnie jest przesadą, bo raz to fajny smaczek, dwa razy to przeoczenie, a przy trzech już się robi nieco żenująco. Przy czym de facto robota wcale parszywa nie jest, gdyż postać sobie lata i macha skalpelem i ze dwa razy może wspomniała, że ach, jakie to męczące. Ekspozycja tego elementu, IMO, leży.

Nie mam, niestety, nic dobrego do dodania, bo uważam, że to opowiadanie jest kiepskie. Byłaś już nominowana do piórka i spodziewam się po Tobie po prostu czegoś więcej. Trzymaj się!

Jaśniepanie, a ten facet, któremu pręt wbił się w głowę?

Nie dyskutuję tu z koniecznością odcięcia duszy, tylko przeżycia mimo kontaktu mózgu z powietrzem i innymi świństwami.

Babska logika rządzi!

Był tu taki? :p

Wskazuję tylko na wszechmoc umieraczy, a jestem zdania, że wprowadzenie ograniczeń tylko dodaje smaku. Stąd sugestia wyłączenia spod ich jurysdykcji nagłych zgonów. Chyba, że wolna wola w tym uniwersum nie istnieje i faktycznie każdy zgon został zaplanowany – wtedy to ma rację bytu, ale znowu dokłada kolejne możliwości wysłannikom śmierci i coraz mniej mi się to podoba.

W tekście nie, ale w historii neurologii się znalazł. Chodziło mi o Phineasa Gage’a. Aż sprawdziłam, jak się nazywał.

Babska logika rządzi!

NWM – Tak, wiem, emocje bez przytupu. :) Cóż mogę poradzić, że jak skupię się na uczuciach, to reszta gdzieś ginie. Cieszę się, że przynajmniej ładnie wyszło. Dziękuję.

 

Panie Brightside – no z tego to się pewnie nie wybronię, bo argumentów brak, a poza tym jestem wykończona. Już podkreślałam we wcześniejszych komentarzach, że to początki mojego pisania i nie zwracałam uwagi na pewne rzeczy. Miało być emocjonalnie i to przynajmniej chyba się udało.

Wysmarowałeś taki piękny, długi komentarz, a ja po prostu nie wiem co odpisać poza zwykłym, ciepłym “dziękuję”. :)

 

Finkla – zerknęłam na tego Phineasa. Kurczę, spory ten pręt. :D

Ach, Finklo! Jak nam kiedyś na neurochirurgii zaczęli pokazywać ludzi z powbijanymi kijami w głowę, którzy do nich trafili, to myślałem, że nie skończą! To nie jest wcale takie rzadkie! Mi natomiast chodzi o taki ewidentny zgon, typu urywa komuś głowę. :p

A mnie o to, że czasami ci ewidentnie zabici jednak żyją. Jak to mówią, “czasami medycyna jest bezsilna”. ;-)

Babska logika rządzi!

Jestem pod dużym wrażeniem. Dla mnie największym plusem są emocje, które wzbudza ten tekst. Podobał mi się też pomysł z przedstawieniem śmierci jako End.

Powiem tak: zaparło mi dech w piersiach. Nie znajduje słów, żeby opisać, jak bardzo mnie wciągnęło. Po raz pierwszy odkąd zaglądam do NF po dwóch przeczytanych akapitach wiedziałem, że nie mogę przerwać i muszę czytać jednym tchem do samego końca, a na końcu łza spłynęła po policzku i żałowałem, że to już koniec, a przecież zamierzałem tylko tak sobie przeglądnąć tekst. 

Czytając poczułem, że to ja jestem umieraczem.  W życiu zawodowym wiele razy widziałem śmierć tragiczną, głupią i niepotrzebną. Widziałem ból, cierpienie …  Przechodziłem różne etapy emocjonalne, zaczynając od silnych emocji poprzez znieczulicę do zwykłego zmęczenia psychicznego. Zmęczenia, które przeżywał Twój umieracz.  Zmęczenia, które wręcz boli. Zmieniłem stanowisko, przenieśli mnie. Teraz siedzę sobie za biurkiem i obserwuje swoich ludzi, którzy przechodzą to co ja. Wiesz co jest najgorsze oprócz widoku śmierci dzieci? To, że nikt cię nie rozumie, kto tego nie przeżył. Nikt. Ani rodzina, ani znajomi, przyjaciele.Nikt. Nawet nie próbowałem im tego tłumaczyć. Nie było sensu. Wszystko zostawiałem w sobie , gdzieś głęboko, dusiłem jak robala, chowałem jak skarb . No i się rozbeczałem. Dziękuję AQQ.

ps. Nie jestem lekarzem. 

ANDO – Bardzo mi miło, że spodobał ci się pomysł na śmierć i bardzo się cieszę, że udało mi się wzbudzić emocje. Dziękuję. :)

 

Tomaszu – ty wzruszyłeś się czytając mój tekst, a ja rozkleiłam się, czytając Twój komentarz. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale opinie o tym opowiadaniu są bardzo różne. Może się mylę, ale myślę, że wynika to w głównej mierze z tego, jakie sami mamy doświadczenia ze śmiercią, a także z naszej konstrukcji wewnętrznej i stopnia empatii. Niedługo po napisaniu tego tekstu dowiedziałam się o chorobie bliskiej osoby. Patrzyłam na niewyobrażalne cierpienie i byłam wobec niego bezsilna. W myślach błagałam, żeby zjawił się jakiś umieracz i skończył to wszystko. Podobnie jak ty, przeżyłam taki stan i wiem, że trudno to zrozumieć, jeśli samemu się go nie doświadczy. Ale tak na prawdę, to my, jako żywi jesteśmy tylko obserwatorami i póki co czekamy w kolejce na nasze osobiste spotkanie z umieraczem i End. Oby przebiegło ono cicho i spokojnie.

Dziękuję, Tomaszu. Bardzo ci dziękuję.

 

Ładne opowiadanie. Spokojne. Może zbyt spokojne, bo momentami może się dłużyć. Ale nie wszystko musi opierać się na fajerwerkach i gnającej do przodu akcji.

 

Większość uwag już została napisana, nie będę ich powtarzać.

 

Dodam tylko drobną korektę:

Chwilę później, znalazłem się przy drodze

→ Chwilę później znalazłem się przy drodze

więc ludzie będą padać, jak muchy

← więc ludzie będą padać jak muchy

Ludzie mogli nas widzieć, tylko wtedy, kiedy tego chcieliśmy

→ Ludzie mogli nas widzieć tylko wtedy, kiedy tego chcieliśmy

Kiedy umierałem tego człowieka i czułem na sobie wzrok Marii czułem się nieswojo.

← jedno czułem bym wywaliła lub zmieniła na inny wyraz

Nie chciałem, żeby została tam na dnie, zdana na pastwę morskich zwierząt i prądów. Na jej twarzy malował się spokój i zadowolenie. Zazdrościłem jej i sam też chciałem być wolny.

← jak wyżej, np.: i sam tez pragnąłem być wolny/wolności.

Hydrozagadko, cieszę się, że nie powtarzałaś uwag. :D

No, jest spokojnie i bez fajerwerków, ale ładnie. Właściwie, to płynie się tu, jak Maria przez ocean. Ale czy to źle?

Dziękuję za wyłapanie kolejnych baboli. Poprawie wieczorkiem.

Nie mówię, ze źle :) Jak napisałam, nie wszystko musi opierać się na fajerwerkach i gnającej do przodu akcji. :-)

Cieszę się, że mamy podobne zdanie. :)

Babole poprawione. Dziękuję!

Hmm. Nie będę grzebać w przecinkach i następstwie czasów (chyba, że mnie o to poprosisz), powiem tylko ogólnie, że tekst jest dobry, a nawet zły. Dobry – bo emocjonalnie nośny, zły – bo filozoficznie bardzo młody, co w tym kontekście nie znaczy odkrywczy, a wręcz przeciwnie. Dobry, bo postacie dają się dotknąć, zły – bo pod ich ciepłą skórą jest tylko powietrze. Dlaczego właściwie psychopomp miałby żałować ludzi, skoro przeprowadza ich do lepszej rzeczywistości? Czy żałuje tylko tych złych, dla których płacz i zgrzytanie zębów?

Tekst świadczy raczej o stanie Twojej psychiki (to nie jest opinia profesjonalisty), więc oto pocieszający gif:

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnino, przede wszystkim dzięki serdeczne za przytulaśnego gifa. Od razu lepiej mi się zrobiło. :D

O grzebanie w przecinkach i innych babolach nie będę cię prosić, bo mam nad Tobą litość.

powiem tylko ogólnie, że tekst jest dobry, a nawet zły.

Wiesz, to chyba najwłaściwsze podsumowanie. Mam świadomość, że emocjonalnie jest nośny, jednak bohaterom brakuje głębi, a sam fabuła nie jest specjalnie odkrywcza.

Ja nie wiem, czy Bill żałuje tych, których “umiera”. On raczej wypalił się w tej robocie i ma jej dość. To stopniowy proces i dopiero po przypadku Marii, która w jakimś sensie stała się mu bliska, dochodzi do wniosku, że dłużej już nie wytrzyma. Takie zmęczenie materiału.

Jeszcze raz dziękuję. :)

 

 

Dobry tekst, spodobało mi się, jak wielowymiarową postacią uczyniłaś bohatera. Napisane ładnie, fabuła dość absorbująca.

Dziękuję, Zygfrydzie. Bardzo się cieszę, że tekst przypadł ci do gustu, bo opinie na jego temat były dość skrajne. :)

Doskonały pomysł. I taka “dojrzała [ta] melancholia”, jak już ktoś napisał. Gratuluję! I mam nadzieję, że… jest już po kryzysie (czego Ci życzę). :)

 

Cieszę się, Maćku, że dostrzegłeś i doceniłeś melancholię i sam pomysł. Kryzys niestety wciąż trwa, ale chyba słabnie. Dziękuję bardzo. :)

Ładny, nastrojowy tekst. Nie będę dywagować, dlaczego nic nie ugrał w konkursie, bo tam po prostu było bardzo mało miejsc i na pewno wiele dobrych opowiadań odpadło.

Zgadzam się z tymi, którzy mówią, że zabrakło jakiegoś zaskoczenia, przełamania czy jak to tam nazwać. Sama to zresztą najlepiej określiłaś, pisząc Mam świadomość, że emocjonalnie jest nośny, jednak bohaterom brakuje głębi, a sam fabuła nie jest specjalnie odkrywcza. 

Tak właśnie jest. Tekst nie musi mieć “pieprznięcia”, jeśli broni się w znacznym stopniu innymi elementami. W Twoim opowiadaniu zabrakło jakiegoś naprawdę mocnego akcentu. Ale czytałam go z zainteresowaniem i przyjemnością, a to również bardzo ważne. :)

Ocho, zainteresowanie, a przede wszystkim przyjemność, jaką odczuwa czytelnik, to chyba najważniejsze dla autora. Chyba już wszystkie braki tego opowiadania zostały wytknięte, więc tym bardziej cieszy, że mimo wszystko znajdują się zadowoleni czytelnicy. Bardzo dziękuję i jest mi niezmiernie miło. :)

Odkurzam opowiadania z kolejki, a niektóre chwilę czekały. Cieszę się, że dotarłem i tutaj. To specyficzny tekst. Nie ze względu na temat, ale jego realizację. Piszesz o umieraniu jak co najwyżej o zwolnieniu z pracy. Musiałem się przez chwilę przyzwyczajać do takiej fabuły, ale konsekwentnie utrzymujesz ten ton do końca opowiadania i to jest duży plus.

Gdy czytałem zdanie:

Nigdy się nie zastanawiam, nie analizuję, czy ktoś powinien już odejść, czy może dać mu jeszcze szansę.

Myślałem, że wydarzy się właśnie coś przeciwnego, że Twój bohater nie będzie chciał umrzeć kogoś, ale dobrze to rozegrałaś, tak życiowo, historia z Marią brzmi bardzo naturalnie i przekonująco.

To kawałek dobrej literatury, i choć zdanie wyrwane z kontekstu zabrzmiałoby dziwnie, ale podobało mi się to umieranie.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ładne opowiadanie :P (wiem, wiem, każdy tak mówi, ale to prawda).

Choć chciałoby się ciut innego zakończenia, cały ten fach “umieracza” opisany ładnie i nastrojowo. Taki tekst do wieczornej kawy i wygodnego fotela.

Przyczepiłbym się tylko do:

– “gęsto porośnie drzewami” – miało być chyba “porośnięte”?;

– “nowoczesne biuro na ostatnim piętrze biurowca” – może wysokościowca albo drapacza chmur?

 

W każdym razie – czyta się!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Miło mi, Darconie, że wziąłeś się za porządki i wpadłeś odkurzyć stary tekst. :)

Piszesz o umieraniu jak co najwyżej o zwolnieniu z pracy.

Myślę, że pomimo całego dramatyzmu i rozpaczy towarzyszących śmierci, każdy ma świadomość, że jest ona nieunikniona i wcześniej czy później nastąpi. Jest właściwie tak naturalna, jak zwolnienie z pracy. Cieszę się, że udało mi się właśnie w ten sposób to pokazać.

Czasem jest tak, że gdy wracam do jakiegoś starego tekstu, to nie podoba mi się on. Tutaj mam tak, że pomimo wielu uwag i dość skrajnych opinii, to nic bym nie zmieniła. Lubię to opowiadanie.

Dziękuję i również pozdrawiam.

 

No, ładne, ładne, Staruchu. Chyba już to gdzieś czytałam. :P

Teraz już wiem, że moje teksty dzielisz na takie do kawy i wygodnego fotela, takie na leżaczek z malibu w łapce, albo takie do czytania przy kuflu korzennego półtoraka. Fajnie, że łączysz przyjemności. :)

Cieszę się, że spodobał ci się nastrój i… czytało się!

Babolki poprawię, jak poczuję się lepiej i literki przestaną mi skakać przed oczami z powodu gorączki.

Dzięki, Staruchu. :)

Nowa Fantastyka