- Opowiadanie: Tensza - Dziecko Rewolucji

Dziecko Rewolucji

Tekst osadzony w czasie Wielkiej Rewolucji :) Niby horror, ale jak to u mnie bywa z grozą – nie ma jej za wiele. Zapomniałam, że mam opko w kopiach roboczych i dodałam jeszcze raz, przez co na moim profilu istne cuda się działy. Usunęłam duplikaty, dodałam wszystko od nowa – mam nadzieję, że teraz nie będzie problemów z lekturą. I że nikogo tekst nie wynudzi!

Chciałam też podziękować swoim kochanym betom: bemik, Sirinowi i Diriadowi.

Ilustracja do tekstu użyta za zgodą autora.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Dziecko Rewolucji

rys. Dawid Boldys

 

Daremnie prosiła o dodatkowy koc. A gdy mimo przeszywającego na wskroś zimna i przygniatającego pierś niepokoju zdołała wreszcie zasnąć, zaraz ją obudzili, by zaciągnąć przed oblicze kolejnej z marionetek Robespierre’a. Armand spoglądał na nią z pogardą właściwą ludziom święcie przekonanym o słuszności swoich czynów. Właściwą rewolucjonistom.

Ze stoickim spokojem, wręcz obojętnie, wysłuchała zarzutów oskarżyciela. Większość z nich znała już na pamięć.

Czy potajemnie przekazywała pieniądze bratu? Oczywiście, że nie. Czy knuła spisek przeciwko Francji? Nigdy. To może uczestniczyła w legendarnej orgii październikowej? Ależ skądże.

Na koniec spytali, czy życzy sobie mieć adwokata. Szubrawcy dali jej niepotrzebną nadzieję, a ona naprawdę chciała żyć, chociaż cały czas czuła to coś, co powoli zżerało ją od środka.

Następnego dnia, ledwie słońce wysunęło się znad horyzontu, została zaprowadzona do komnaty, w której ongiś król odczytywał edykty. Swoją obecnością wywołała natychmiastowe poruszenie w zgromadzonym na sali tłumie. Każdy z rozradowanych widzów chciał zobaczyć siwe włosy, o których mówiły plotki, i bladą twarz o ściągniętych rysach, tak odmienną od oblicza zapamiętanego przez większość.

Dla nich była austriacką wilczycą, z lubością obwieszającą się drogimi klejnotami. Na karykaturach przedstawiali ją jako strusia o twarzy harpii, nie jako zmęczoną kobietę w znoszonej, wiele razy łatanej sukni żałobnej. Ze względu na stan zdrowia przesłuchiwanej, mimo protestów stłoczonych za barierami przekupek, Trybunał zezwolił, by po złożeniu przysięgi usiadła. A potem znowu przyszło jej odpowiadać na długą listę oskarżeń.

Czy…? Nie pamiętam. To może…? Nie sądzę. Ale przecież…? Nie mam nic do powiedzenia na ten temat.

Dopiero na widok wprowadzanego do komnaty chłopca poczuła, że ucisk w piersi nasila się. Jej syn wyraźnie podupadł na zdrowiu, miał podkrążone oczy i blade lico. A gdy usłyszała, jakie według zeznającego w jego imieniu Héberta są powody tego osłabienia, z trudem powstrzymała się przed zgłoszeniem sprzeciwu.

– Matka i ciotka nauczyły go nieprzyzwoitego plugawienia – powiedział twardo żurnalista. – Oskarżoną i syna łączyła nie tylko czysta miłość rodzicielska, ale również ohydny związek…

Wzrok jej twardniał, gdy wysłuchiwała niedorzecznych insynuacji dziennikarza, a serce miękło, kiedy kolejne potwierdzenia padały z ust małego Ludwika.

Milczała, toteż oskarżyciel spytał, dlaczego nie zaprzecza zarzutom Héberta.

– Sama natura odmawia odpowiedzi na takie kalumnie wysunięte przeciwko matce – rzekła, a po krótkiej pauzie dodała z rozmysłem: – Zwracam się o zrozumienie do wszystkich matek, które mogą być obecne na sali.

Zadziałało. Raptem zmienne w nastrojach przekupki, które jeszcze niedawno żądały, by dla nich stała, zaczęły przekrzykiwać się w wyrazach współczucia i oburzenia.

– Jak tak można?! Co za paskudne oszczerstwa!

– Przerwać proces! Przerwać!

– Biedna kobieta… Każda matka ją zrozumie.

– Patrzcie, chłopiec się boi!

Bez złości, bez żalu spojrzała w błyszczące wilgocią oczy. Nie obwiniała syna o żadne z okropności, które wypowiedział. Była świadoma, kto mu je włożył w usta.

Po czterdziestym świadku przyszła wreszcie kolej na ostatnie przesłuchanie. Jej przesłuchanie. Czuła się wyczerpana, ale nie pozwoliła ramionom opaść ani głosowi osłabnąć. Nie znając tajnego zalecenia Héberta, które tenże skierował do Konwentu, mówiła wyraźnie i pewnie, a z czasem coraz śmielej, gdyż w tłumie zaczęły pobrzmiewać szepty aprobaty.

Nic to jednak nie znaczyło. Wszakże los jej głowy był z góry przesądzony.

 

***

 

Nie pamiętała, jak z powrotem trafiła do celi. Ktoś ją chyba podtrzymywał, gdy szła, ktoś inny coś do niej mówił.

Rozejrzała się po skromnym pomieszczeniu. Jak zawsze w kącie czuwało dwóch żandarmów – milczący, o ponurych obliczach, obserwowali ją bez ustanku, jakby jakimś cudem mogła jeszcze uciec. A ona leżała tylko na posłaniu, wciąż w tej samej sukni, którą nosiła podczas rozprawy. Wpatrzona w okratowane okno, dotykała z niedowierzaniem policzka, jakby chciała sprawdzić, czy jest jeszcze żywa, czy może już umarła.

Nagle poczuła znajomy, ostry ból w podbrzuszu, a ciepła wilgoć spłynęła jej po udzie. Znowu miała krwotok. Widać żyjący w niej potwór odgryzał kolejne kęsy ciepłego ciała, nie bacząc, iż lepka czerwień spływa mu po brodzie i dalej, na łono żywicielki.

Nic dziwnego, że apetyt jej nie dopisywał, kiedy Rosalie przyniosła posiłek. Za namową służącej wypiła trochę bulionu, ale nic więcej nie zdołała przełknąć. Potem poprosiła dziewczynę o osłonę przed oczami żandarmów, by mogła się przebrać. Wciśnięta w niewielkie zagłębienie między ścianą a łóżkiem, zaczęła ściągać z siebie szatę, gdy jeden z mężczyzn podszedł bliżej i zaczął jej się przyglądać.

– Monsieur – podjęła, zakrywając chustą ramiona – przez wzgląd na przyzwoitość, pozwól mi zmienić strój na osobności.

Ale żandarm tylko prychnął wzgardliwie.

– Nie będę łamał wydanych mi rozkazów dla jakiejś Capet.

Popatrzyła na szczerby między jego zepsutymi zębami, na triumfalny uśmiech wykrzywiający brzydkie usta i już wiedziała, że mężczyzna miał za zadanie ostatecznie ją upokorzyć.

Westchnęła, w duchu żegnając się z resztkami godności, i na oczach mundurowca wyciągnęła spod siebie zakrwawiony materiał, który zaraz wepchnęła w szczelinę muru. Następnie, najskromniej jak potrafiła, zamieniła czarną suknię na białą.

Niedługo później Charles Sanson, kat w czwartym pokoleniu, przyszedł, by ostrzyc jej cienkie włosy. Nożyce, które trzymał w wielkich jak bochny chleba łapskach, sprawiały wrażenie wystarczająco ostrych i długich do ścięcia głowy. Spostrzegłszy je, Rosalie zastąpiła drogę mężczyźnie, jakby obawiała się, że ten zamierza wykonać wyrok tu i teraz.

– Spokojnie, dziecko. Przecież nie zrezygnują z widowiska.

– Ależ, pani… – jęknęła rozpaczliwie służka, odwracając ku niej oblicze. W oczach o kształcie migdałów czaił się słabo skrywany lęk, obsiane punkcikami piegów lico ściągał grymas trwogi.

– Zasmakowałam już rewolucyjnej sprawiedliwości, w której werdykty są z góry ustalone, a procesy robione na pokaz – uspokoiła dziewczynę. – Nic gorszego nie może mnie już spotkać, drogie dziecko.

Po wyjściu kata skryła szare, krzywo przycięte kosmyki pod lnianym czepkiem i podeszła do żandarmów, oznajmiając swoją gotowość. Ci jednak stwierdzili, że muszą jej jeszcze związać ręce.

– Z Ludwikiem tego nie robiliście – zaprotestowała, ale bez przekonania. Nie sądziła bowiem, by sprzeciwami mogła cokolwiek osiągnąć.

Miała rację. Mundurowcy zachowali się, jakby nie usłyszeli ani słowa. Kazali jej skrzyżować nadgarstki za plecami, a kiedy wykonała polecenie, jeden z mężczyzn złapał ją za ramiona i odgiął boleśnie do tylu. Już niedługo, pomyślała, gdy zaczął wiązać powróz.

Tym razem się jednak myliła.

 

***

 

Została posadzona na wozie jak zwykła zbrodniarka, plecami do ciągnących go perszeronów. Powolna, acz mająca zakończyć się szybką śmiercią procesja była niczym spektakl teatralny dla gawiedzi zebranej wzdłuż drogi wiodącej na Plac Rewolucji.

– Oto haniebna Austriaczka! Już po niej, przyjaciele! – głosił jadący na czele orszaku aktor, stając w strzemionach i wymachując szablą.

– I gdzie teraz są twoje ciastka, Messalina!? – szydziła z niej znajomo wyglądająca przekupka.

– To koniec, Madame Deficyt! – ryknął jakiś mężczyzna.

– Giń, Capet! Giń, wdowo! – krzyczało roześmiane dziecko uniesione na rękach matki.

W ciżbie znajdowały się również smutne oblicza ci-devant. Byli arystokraci zaciskali usta w bezsilności, nie okazując wyrazów sympatii względem skazanej, a jedynie wodząc pociemniałymi oczami za jej wiotką i białą niczym duch postacią.

Ale ona nie wyglądała na przestraszoną, wręcz przeciwnie – była spokojna, nawet szczęśliwa. Tylko raz w czasie procesji zachwiała się, zdradzając emocje – widok ogrodów Tuileries przyniósł jej wspomnienia słodkiej przeszłości, ukochanych dzieci i drogich przyjaciół, a oczy same wypełniły się łzami.

Zanim orszak dotarł pod szafot, opanowanie znów zagościło w jej rysach i nowa siła wstąpiła w serce, dodając ciału niewidzialnych skrzydeł.

Zeszła z wozu niemalże bez niczyjej pomocy. Mimo związanych rąk, krocząc lekko, ruszyła na spotkanie śmierci. Po drodze zatrzymała się tylko na krótki moment, by przeprosić kata, gdyż w euforii przydeptała mu stopę.

Potem skwapliwie ułożyła szyję w objęciach świętej gilotyny rewolucjonistów, opiekunki patriotów. Nie czuła już bólu skrępowanych nadgarstków ani ugryzień żerującego w trzewiach plugastwa. Gdy drewniana rama zatrzasnęła się na jej karku, Maria Antonina przymknęła powieki i z uśmiechem powitała dźwięk opadającego ostrza.

 

***

 

Pracownicy cmentarza przy ulicy d'Anjou nie mogli narzekać na brak zajęć. Wozy przyjeżdżały codziennie, czasami nawet kilkukrotnie w ciągu doby, po wierzch wyładowane zdekapitowanymi symbolami sprawiedliwości ludowej. Obcięte głowy zazwyczaj docierały na cmentarz razem z ciałami, często jednak były niesparowane – w takich przypadkach grabarze musieli dopasowywać części nieboszczyków.

Benjamin nawet lubił to zajęcie. Miało w sobie namiastkę jego dziecięcych marzeń, w których, jako cieszący się powszechnym poważaniem konsyliarz, składał okaleczonych i połamanych ludzi do kupy. Jako dorosły, niespecjalnie poważany grabarz, mógł chociaż przyszywać głowy ofiarom rewolucji. Starał się więc, by ściegi były równe i nie szpeciły zmarłych podczas ich ostatecznego spoczynku, a za usługę nie doliczał nawet jednego sous. W końcu wykonywał ją z dobrej woli, której nikt chyba poza martwymi nie potrafiłby docenić. A już na pewno nie Jean.

Benjamin nie rozumiał, co kobiety widziały w chudym blondynie o wiecznie smutnych, wodnistych oczach. Nie przepadał za chłopakiem, nie tylko dlatego, że podczas pracy ten przechwalał się swoimi nocnymi podbojami, wyliczając, ile już złamał niewieścich serc. Jean nie krył się również z faktem, że trupy znaczą dla niego tyle samo co śmieci – najchętniej wrzucałby je do jednego dołu, a nie składał w trumnach i każdemu kopał osobny grób. Nie potrafił nawet docenić piękna przybyłej tego popołudnia la tête royale.

– Paskudna – prychnął tylko, odkrywając ciało ułożone na poczerniałych od krwi deskach. W przeciwieństwie do mniej ważnych osobistości arcyksiężna miała cały wóz dla siebie.

– Mhm – mruknął Benjamin.

Oczywiście nie zgadzał się z towarzyszem, co nie znaczyło, że zamierzał cokolwiek mówić. Wolał przyglądać się głowie kobiety – jej ostrym wciąż rysom, woskowej cerze i niemalże białym włosom. Co ciekawe, sine usta wykrzywiał lekki, a jednak wyraźnie widoczny uśmiech.

– Pora na obiad – stwierdził wpatrzony w bezchmurne niebo Jean. – Idziesz ze mną? – dodał pytająco, ale nie czekając na odpowiedź, okręcił się na pięcie.

– A zmarła?

– Przecież nigdzie nie ucieknie.

Benjamin znowu spojrzał na twarz nieboszczki, wzdrygnął się i zamrugał gwałtownie, myśląc, że wzrok go mami. Jednak kilka uderzeń serca później wargi Austriaczki wciąż były szeroko rozwarte, jak do krzyku.

– Nie, idź sam… – powiedział bardziej do siebie, gdyż Jean był już daleko.

Potem poszedł szukać zwłok jakiejkolwiek kobiety wśród tych dostarczonych na innych wozach. To nie było wcale proste – rewolucyjne żniwa zbierały zdecydowanie więcej męskich głów, toteż Benjamin zmitrężył trochę czasu. Zaczął nawet żałować, że wpierw nie schował zwłok arcyksiężny, a dopiero później nie wziął się za poszukiwania. Tylko jak wytłumaczyłby brak ciała, jeśli Jean zdążyłby wrócić?

Gdy wreszcie znalazł kobiece truchło, i to nawet odziane w biel, włożył je do trumny przygotowanej dla byłej królowej, po czym szybko zakrył wiekiem. Ręce mu się trzęsły i okrutnie pociły, ledwie zdołał utrzymać młotek, gdy wbijał gwoździe. W tym czasie arcyksiężna spoglądała na niego z wozu.

Znowu się uśmiechała.

 

***

 

Rozedrgane płomyki świec zalewały duszne wnętrze grobowca ciepłym, kojącym światłem. W pomieszczeniu znajdowały się dwie bliźniaczo podobne tumby – męża i żony, dawno zmarłych i zapomnianych przez świat. Na jednym Benjamin ułożył narzędzia, na drugim głowę oraz ciało arcyksiężnej. Potem ostrożnie, niemal pieszczotliwie dotknął pergaminowej skóry jej dłoni i przyjrzał się pociemniałym paznokciom. Jeden z palców drgnął nieznacznie.

Z dreszczem ekscytacji przebiegającym po plecach Benjamin odwrócił się na chwilę, by sięgnąć po leżące na kamiennej płycie nożyce. Ręce znowu mu drżały, gdy rozcinał biały materiał sukni i pośpiesznie ściągał go ze zwłok. Jednak momentalnie uspokoiły się, kiedy chwycił igłę i zaczął przeciągać nić przez wąskie oczko.

Zazwyczaj najpierw obmyłby ciało, ale tym razem czuł, że nie może marnować czasu. Pierwsze nakłucie wykonał bardzo powoli, ponieważ zimna skóra okazała się nienaturalnie ciągliwa, a niemalże czarna krew – wbrew prawom rządzącym martwymi – popłynęła z malutkiej rany.

Benjamin wpadł w trans. Wsłuchany w kapanie wody, łapczywie wciągał wilgotne powietrze, a światło płomieni tańczyło w jego rozszerzonych euforią źrenicach. Gdy pracował igłą, gruba nić mieniła się złocistymi refleksami, na powrót łącząc równo przeciętą szyję, zaś ciemna posoka zdawała się ożywać, dodatkowo spajając tkanki.

Przytrzymaj, wbij, przewlecz. Przytrzymaj, wbij, przewlecz. Przytrzymaj…

Grabarz nie potrafił powiedzieć, ile czasu minęło. Kiedy skończył swoje dzieło, duma rozpierała mu pierś i unosiła zwykle zgarbione ramiona.

Nigdy nie wykonał równie pięknego ściegu.

 

***

 

Było ciemno. Tak strasznie ciemno.

Nie czuła już ani zimna, ani gorąca; ból również przestał dla niej istnieć, a jednak odnosiła wrażenie, że zostaje uniesiona, chociaż jednocześnie leży na mokrych deskach. Czyjeś palce chciwie obmacywały jej twarz, uradowane głosy wdzierały się do uszu, a metaliczny zapach krwi wypełniał nozdrza, mimo że nie była w stanie zaczerpnąć powietrza. Na dobrą sprawę nie była w stanie nic zrobić. Uwięziona w klatce własnego ciała, przekazywana z rąk do rąk, mogła tylko pytać Boga, czy trafiła do piekła i modlić się o łaskę zbawienia.

Bóg milczał, lud wznosił okrzyki. Wolność, równość, braterstwo!

Szczęśliwie świadomość rozpływała się w mroku, świat tworzył chaotyczną mieszaninę dźwięków i zapachów, aż wreszcie wszystko zniknęło. To był koniec. A raczej miał być.

Nagle poczuła czyjś dotyk, potem lekkie szarpnięcie. Jedno, drugie, trzecie… Głos całkiem uwiązł jej w gardle, nie potrafiła wydobyć z siebie choćby najlżejszego westchnienia. Próbowała unieść powieki, ale coś musiało je zlepiać, trwała więc bezczynnie, zatraciwszy poczucie czasu. A gdy w końcu otworzyła oczy, była pewna, że nie zrobiła tego z własnej woli. Coś kontrolowało ją, jak zwykłą marionetkę.

Z przerażeniem dostrzegła pochylającego się nad jej nagim ciałem mężczyznę. Prezentował się bardzo przeciętnie, a zarysowująca granicę kędzierzawych włosów łysina i krzywy, płaski nos nadawały mu poczciwego wyglądu. Jednak nigdy tak nie przestraszyła się zwykłego człowieka.

– I co? Żaden docteur nie byłby w stanie uleczyć zmarłej… – mruczał pod nosem, zmywając wilgotnym gałganem zaschniętą krew z jej piersi. A gdy zauważył, że jest obserwowany, zrobił szybki krok w tył, poślizgnął się i upadł. – Ja… Wasza Miłość… – mamrotał pobladły, wpatrując się w szyję kobiety.

Uniosła się na łokciu i podążając za wzrokiem nieznajomego, wolną dłoń położyła na gardle. Nadal nie mogła wydusić słowa. Nie wiedziała też, czy ma władzę nad swoim ciałem, czy jednak podąża za pociągnięciami niewidzialnych sznurków.

– Przyznaję, że nie jestem rojalistą, Wasza Wysokość – podjął na nowo mężczyzna, powoli zbierając się z ziemi. – Ale nie rozumiem, jak można zabijać tak piękne i delikatne istoty, jakimi są kobiety. Zawsze kupuję dla nich najlepsze nici. Przyniosłem również świeżą suknię dla Waszej Miłości. To znaczy, najświeższą, jaką zdołałem znaleźć wśród…

Nie zrozumiała do końca o czym, ale mówił długo i chaotycznie. Nie wiedziała również, dlaczego obsypywał ją tymi wszystkimi tytułami. Nagle uświadomiła sobie, że zupełnie nie pamięta, kim jest. Niemniej jednak nie zapomniała twarzy tych wszystkich ludzi, którzy chcieli jej głowy. Nie zapomniała bolesnych oszczerstw, poniżających gestów i doznanego cierpienia. Nie zapomniała okrzyków ludu.

Wolność, równość, braterstwo. To wszystko można odnaleźć w śmierci.

 

***

 

Benjamin dawno nie czuł się taki szczęśliwy. Na dobrą sprawę, odkąd przestał być dzieckiem i dotarło do niego, że nie zdoła spełnić żadnego ze swoich marzeń.

Od dłuższego czasu odnosił również wrażenie, iż nie jest potrzebny nikomu poza zmarłymi. Ale teraz to się zmieniło. Poniekąd.

Nie mógł nazwać arcyksiężnej ani żywą, ani martwą. Wydawała się tkwić w swoistym zawieszeniu między tym a tamtym światem: niema, chłodna w dotyku, aczkolwiek nie zimna jak trup, z zastygłym w bezruchu sercem, lecz z pulsującymi życiem trzewiami. Benjamin czuł promieniujące z brzucha kobiety ciepło, gdy oczyszczał jej ciało, zaś od czasu do czasu coś poruszało się pod szarą skórą, delikatnie muskając mu palce.

Ku własnemu zaskoczeniu tym razem nie zląkł się, a jedynie zawiódł, pojąwszy, że to nie w jego drogich niciach i idealnym ściegu tkwiła przyczyna cudownego ożywienia Austriaczki. Niebawem się jednak rozpogodził, gdy już nocą zasunął sztabę ciężkich, zaśniedziałych drzwi prowadzących do grobowca.

Przecież znalazł wreszcie kobietę, która będzie na niego czekać.

 

***

 

Było głodne. Tak strasznie głodne. Żerowało w jej wnętrznościach, a gdy te obumarły, jako lalkarz domagało się od niej świeżego pożywienia. Nie wiedziała skąd, nie wiedziała jak, ale była tego pewna.

Pogrążona w całkowitych ciemnościach, leżąc na twardej płycie nagrobnej, nie potrafiła myśleć o niczym innym.

 

***

 

Następnego dnia słońce świeciło jakby jaśniej, dzięki czemu Benjamin zaczął dostrzegać rzeczy, których dotąd nie zauważał. Szary, ponury cmentarz zapłonął barwami narodowymi: błękitne niebo rozpościerało się nad umrzykami, czerwień ich krwi wsiąkała w deski wozów, a ciała bieliły się od sypkiego wapna.

Oczywiście Jean musiał zakłócić tę wspaniałą harmonię swoim niedbalstwem.

– No, skończyłem – oznajmił, układając w trumnie ostatnie z dostarczonych zwłok i nic nie robiąc sobie z faktu, że ułożył głowę ciemnowłosej kobiety o ustach niczym płatki róż przy barczystym karku przechodzącym w kudłatą pierś i wydatne brzuszysko.

– Ale… przecież… – Benjamin wskazał palcem na rozsypane w nieładzie pukle, na czarne oczy pusto wpatrzone w firmament i westchnął. – Proszę, zajmij się kopaniem, a ja tu dokończę.

Blondyn rzucił mu ponure spojrzenie, ale zastosował się do prośby. Po jego odejściu Benjamin rozpoczął pracę – odbił wieka trumien i uporządkował ciała, opierając się pokusie, by zabrać ciemnowłosą do grobowca. Mógłby tym urazić arcyksiężną, a może nawet wywołać w niej zazdrość?

Ta myśl sprawiła, że zatęsknił do kobiety.

 

***

 

Usłyszawszy dźwięk odsuwanej sztaby, odwróciła głowę i zmrużyła oczy. Snop światła wdarł się do wnętrza krypty, a pospieszne kroki odbijały pustym echem od kamiennych schodów i ścian, potęgując narastający w niej lęk.

Zmusiła się, by popatrzeć na mężczyznę. Poczuła jednocześnie ulgę oraz rozczarowanie.

Ulgę, gdyż wbrew własnym obawom nie rzuciła się na niego w szaleństwie głodu. Rozczarowanie, bo choć żołądek dawno przysechł jej do kręgosłupa, widok piętki czerstwego chleba i miski z polewką nie przyniósł żadnej radości.

– Wybacz, pani, jestem tylko skromnym grabarzem… – powiedział z zawstydzeniem mężczyzna, podając jej naczynie.

Postarała się uśmiechnąć i chociaż pieczywa nie tknęła, to wzięła kilka łyków zupy. Zaraz zemdliło ją, więc odstawiła miskę. Nie chodziło o to, że posiłek był skromny, po prostu żyjąca w niej istota potrzebowała czegoś zgoła odmiennego do przetrwania. Ale czego?

Spojrzała w rozświetlone uwielbieniem oczy mężczyzny, jakby szukając w nich odpowiedzi, i nagle zasłabła.

– Coś się stało, pani? – spytał, podtrzymując ją. – Jedzenie ci nie odpowiada?

Pokręciła głową, potem przytaknęła. Wreszcie poruszyła wargami w niemym podziękowaniu. Nie wiedziała, jak ma bez słów opisać swoje rozterki.

Najwyraźniej mężczyzna zdołał odczytać część emocji wymalowanych na jej obliczu. Gdy tylko położyła się z powrotem, ruszył do wyjścia, żarliwie zapewniając:

– Już rozumiem, pani. Już wszystko rozumiem!

Znowu cisza i ciemność zapanowały w jej świecie. Nie miała pojęcia, ile czasu minęło, ale senne otępienie zdążyło na dobre zagłuszyć głód i po raz kolejny to mógł być koniec. Jednak coś w niej drgnęło na dźwięk obcego głosu.

– Nie rozumiem, czemu jakieś nietoperze miałyby przeszkadzać umarlakom. A pewna gorąca kuchareczka tęskni za…

– To nie potrwa długo, Jean.

Chwilę później zobaczyła obu mężczyzn. Grymas niezadowolenia na twarzy pierwszego ustąpił wyrazowi czystego oszołomienia. Młodzieniec rozwarł szeroko usta, jednak zamiast krzyku w zatęchłym powietrzu rozbrzmiało głuche uderzenie łopaty roztrzaskującej czaszkę. Dopiero wtedy dostrzegła podłużne narzędzie w rękach drugiego grabarza.

Tym razem nie uwielbienie, a zła radość rozświetlała mu oczy.

– Proszę, pani, to dla ciebie… Tego potrzebujesz, prawda? – spytał, odkrywając przed nią swe szaleństwo.

Tak, czuła jego nienawiść. Jego zazdrość. Niczym zahipnotyzowana uniosła się z kamiennej płyty, a stopy same poniosły ją w stronę mężczyzny. Widząc to, rozpromienił się radośnie. Kiedy ujęła stylisko łopaty w kościste palce, posłusznie oddał jej narzędzie.

Ale gdy wzięła zamach, uśmiech spełzł mu z ust.

 

***

 

Wreszcie ujrzała marionetkowe sznurki. Czarne niczym otchłań wychodziły z wnętrz jej dłoni i wślizgiwały w ranę na czole grabarza.

Mężczyzna wciąż żył. Wpatrywał się w nią. Łzy swobodnie spływały mu po policzkach, broda drżała w bezsilności.

Tak jak ona nie był w stanie się poruszyć. Tak jak ona należał już do lalkarza.

Czarne pnącza gęstą siecią oplotły poczciwe oblicze, łapczywie wyciągając na wierzch najgorsze z ludzkich emocji. Grymas zazdrości. Nienawistne skrzywienie warg. Spojrzenie pełne gniewu.

Aż wreszcie w mężczyźnie pozostał tylko żal za utraconym życiem.

– Przepraszam – ułożyła usta w słowo, które tak bardzo chciała wypowiedzieć, podczas gdy sznurki lalkarza na powrót chowały się pod skórą.

Potem zaczęła biec. Jej ciało na złudny moment znów słuchało się woli; nowa siła wypełniała członki.

Na zewnątrz było całkiem widno, a księżyc wyszedł słońcu na spotkanie. Mimo to potykała się o kamienie, o własne stopy grzęznące w spulchnionej ziemi, aż któregoś razu upadła na kolana. Bezdźwięcznie łkanie wstrząsnęło jej piersią, gdy w duchu spytała Niebiosa, za co została tak okrutnie ukarana.

Popatrzyła na swoje dłonie, na zarys poczerniałych żył i omiotła nekropolię spłoszonym spojrzeniem, wsłuchując się w zawodzenie wiatru. Na razie towarzyszyli jej tylko martwi, lecz czym prędzej podniosła się z ziemi. Musiała znaleźć jakieś okrycie.

Po chwili już ściągała poszarpaną kapotę ze znalezionego nieboszczyka, a zmówiwszy krótką modlitwę za jego duszę, nałożyła płaszcz na siebie i naciągnęła głęboko kaptur. Skoro Bóg wciąż milczał, gdzie indziej musiała szukać odpowiedzi.

Wraz ze zmierzchem opuściła cmentarz. Dopóki była pośród świeżych grobów i oczekujących na pochówek ciał, dopóty wszechobecny zapach śmierci wydawał jej się czymś naturalnym. Jednak im bardziej oddalała się od ulicy d'Anjou, smród zepsucia zamiast zelżeć gęstniał i przybierał na sile. Niesiony podmuchami wiatru, wymieszany z cuchnącą wonią szczurzych odchodów i wylewanych na trotuar ekskrementów, zduszony obecnością chylących się ku ziemi budynków i ciasnotą wijących się między nimi przejść, niczym wartka rzeka zalewał Paryż.

A przecież w jej mglistych wspomnieniach stolica była piękna, pachniała świeżymi kwiatami i wytwornym jedzeniem, rozbrzmiewała muzyką fortepianu i perlistym śmiechem dzieci. Jednakże, klucząc wąskimi uliczkami, dostrzegała tylko ściągnięte głodem, brudne oblicza, słyszała dalekie odgłosy kłótni, chrapliwe rzężenie gruźliczego kaszlu i kwilenie niemowlęcia skrytego w objęciach żebrzącej kobiety. Widziała dziewczynę, która ledwie odrosła od ziemi, a już wystawiała swoje ciało na sprzedaż. Długo spoglądała na chłopca, który z rozpalonymi gorączką oczami bawił się pośród śmieci.

Dopiero gdy rozchlapała kałużę, zauważyła krople drobnego deszczu skapujące z nagle zachmurzonego nieba. Szybko wpadła w ślepy zaułek. Spękany mur zastawił jej drogę, z czerwonych cegieł spoglądał struś o twarzy harpii. Nie miała wątpliwości, że karykatura przedstawiała ją, więc kiedy odczytała wymalowane białą farbą napisy, zadrżała z obrzydzenia. Czy naprawdę zrobiła to własnemu synowi? Czy potwór, który żył w jej trzewiach, był owocem tego ohydnego grzechu?

Nie, to niemożliwe.

Uciekła stamtąd, nie oglądając się za siebie. Otoczył ją świat szarych smug, siekącego deszczu i chlupoczącego błota. Nie wiedziała, czy po policzkach spływają jej tylko krople wody, czy dołączyły do nich łzy.

Nie, powtarzała w duchu. To niemożliwe. Nigdy bym tego nie zrobiła.

W ślepym amoku dotarła na Plac Rewolucji – poza szumem ulewy słyszała teraz ciche łkanie i wielogłos złośliwych śmiechów. Zamarła na widok stojących pod szafotem ludzi, ledwie dostrzegając odcinające się na tle mroku bielą gołej skóry, szeroko rozłożone stopy, których podrygi wymuszały brutalne pchnięcia męskich lędźwi.

– Kurewka arystokratów – wydarł się któryś z gapiów.

– Teraz ja! – krzyknął drugi.

Mogła tylko patrzeć, jak kolejni mężczyźni wspinają się na szafot, by dać upust swoim żądzom. I nagle do jej myśli wsączyły się wspomnienia, przed którymi próbowała uciec jeszcze za życia. Pamięć pierwszego upokorzenia, które nie zostało zaplanowane z bezlitosną precyzją jak wszystkie inne, a zrodziło się ze zwierzęcej chuci i pierwotnego pragnienia dominacji. O tamtej nocy wiedzieli tylko ona i dwaj żandarmi.

Pochyliła głowę, dłonie złożyła na brzuchu. Czekała. Niebo zdążyło się rozpogodzić, na granatowym firmamencie zalśniły srebrzyste punkciki gwiazd. A gdy wreszcie zbiorowisko nasyciło się cierpieniem zgwałconej dziewki, porzucając ją na mokrych deskach niczym znoszony płaszcz, podeszła bliżej i przyjrzała się udręczonemu ciału. Nagie piersi unosił płytki, urywany oddech, oczy w kształcie migdałów skrzyły się od nienawiści i bólu.

Z czułością przyłożyła dłoń do wilgotnego policzka, a czarny bluszcz oplótł piegowatą twarz, przebił skórę i zatopił się w przesiąkniętym bezsilnym gniewem umyśle. Potem delikatne rysy stężały na moment, by w ostatniej sekundzie życia wygładzić się w wyrazie smutnej rezygnacji.

Antonina przymknęła powieki ongiś drogiej jej sercu dziewczynie i wstając powoli, rozejrzała się po zalanym deszczem placu. Jeszcze wiele razy miała odwiedzić to miejsce, by skryta w tłumie obserwować egzekucje kolejnych bojowników o wolność. By odprowadzić wzrokiem Héberta i Robespierre’a i tak jak teraz złożyć dłoń na swoim pęczniejącym brzuchu, w duchu prosząc Niebiosa o przebaczenie dla jej ludu. Bowiem wiedziała już, że to nie Bóg jest ojcem żyjącej w niej istoty. Wiedziała, że nosi w łonie dziecko Wielkiej Rewolucji.

Dziecko człowieka.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam w Histerii i wydawało mi się, że zostawiłam komentarz w wątku Pochwal się, ale jednak nie. 

Jak zawsze w Twoim przypadku, bardzo ładnie napisane. Mroczne. Historykiem nie jestem, ale na tyle ile z lekcji pamiętam, to elegancko splecione są tu motywy – historyczny i fantastyczny. 

Przepraszam, że tak krótko, ale ostatnio cierpię na kosmiczne braki czasu. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Historycznie powinno się w miarę zgadzać (nie licząc oczywiście wątku zmartwychwstania), bo sobie poczytałam z ciekawości biografię MA. To był mój główny “motywator” do napisania tekstu.

Zwięzłość komentarza wybaczam :)

Tylko nie "Tęcza"!

Bardzo lubię fantastykę historyczną, a to co przedstawiłaś w pełni wpisuje się w moje gusta.

Tekst jest mroczny, makabryczny, klimatyczny, niejednoznaczny . Bardzo dobrze napisany, czytało się jednym tchem. Doskonale wplotłaś historyczne wydarzenia i postaci w fabułę. Szczególnie sceny na cmentarzu zapadają w pamięć.

Ode mnie wielki plus i lecę nominować :)

Mnie najbardziej ujęły sceny spoza cmentarza. Śliczne.

Dobrze byłoby podać imię i nazwisko twórcy ilustracji.

Pozdrówka.

Przecież są podane. Przeczytam wkrótce. :)

Belhaju – aż chce się pisać, czytając takie komentarze. Dziękuję!!

Badi – tobie też dziękuję :) 

Rogerze – podpisałam ilustrację tak, jak w magazynie była podpisana. Teraz dodałam jeszcze link do profilu autora w przedmowie (w sumie z góry chciałam to zrobić, jednak szukanie czegoś na fejsie to dla mnie zawsze mordęga…).

Ocho – trzymam za słowo :>

Tylko nie "Tęcza"!

Sorry, nie zwróciłem na to uwagi. Po prostu –  jestem przyzwyczajony do innego sposobu podawania nazwiska autora ilustracji. Ale ten, oczywiście, też jest wlaściwy.

Bardzo dobre i klimatyczne opowiadanie. Pozazdrościć…

Pozdrówka.

A ja mam mieszane uczucia. Napisane jest bardzo dobrze, początek mnie zaciekawił. Ale potem to poszło w taką stronę, gdzie naprawdę trudno już o coś specjalnie interesującego, hmm… świeżego. ;) Taka retro makabreska o zombiaku. Może po prostu nie moje klimaty. Ale bibliotekę klikam bez wyrzutów.

Rogerze – dzięki :)

Ocho – w tekście stawiałam raczej na warsztat/klimat i rzetelne tło historyczne. Szczególnie to ostatnie było dla mnie ważne – lubię sobie nasmarować od czasu do czasu coś, co ma ręce i nogi w kwestiach historycznych, a potem wracam do tych swoich magicznych lub SF bajek. Taka odskocznia do rzeczywistości :D Dzięki za punkt!

Tylko nie "Tęcza"!

Warsztat Ci wyszedł bez wątpienia, tło historyczne pewnie też. Klimat mi się udzielił w kilku miejscach, tych niezombiakowatych. ;)

Ja od początku śledziłam proces rodzenia. Komentarz belhaja może robić za mój. Klimatyczne, mroczne i na dodatek z przesłaniem. A tekst kompletny – od początku do końca przemyślana kompozycja. Warsztat – jak to u Tenszy – nie ma się do czego przyczepić. I też lecę nominować.

Edith: – drugi punkt w bibliotece to ja, choć mnie nie widać. Ja się kiedyś wykończę przez to czarowanie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ocho  – no, to chociaż tyle :D Ale to zombie to sobie wypraszam. W końcu nie karmię bohaterki mózgami, a czymś nieco odmiennym.

Bemik – ty sama wiesz, że dziękuję po stokroć. I za niewidzialny punkt też. Powiem, że miałam zaskok xD Patrzę “o, punkt, ciekawe kto go dał”, potem zerkam w rubrykę na górze opka i… nikt? Szybko jednak przypomniałam sobie, że to pewnie ty. Bo kto inny takie cuda na NF wyczynia? :D

Tylko nie "Tęcza"!

Przyznam, że początek nie zaciekawił.  Rozumiem, że pierwsze akapity to budowanie postaci i zabawa z czytelnikiem w odkrywanie personalii bohaterki, ale mi się dłużyły te fragmenty. Później zrobiło się nawet ciekawie, choć pomysł żywych trupów jest już leciwy i oczekiwałem jakiegoś nietuzinkowego zagrania. Duży plus za morał – prosty, czytelny, ponadczasowy – to lubię.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Człowiek napisze jakieś niby ambitne smęty i się potem za nim wlecze opinia nietuzinkowości :P

Ale to nic – nie tylko pochwałami się żyję. Dzięki za czytanie, Nazgulu!

Tylko nie "Tęcza"!

Patrzę “o, punkt, ciekawe kto go dał”, potem zerkam w rubrykę na górze opka i… nikt?

Jak to nikt? Przecież klepałam… ale chyba nie klepnęłam, co teraz nadrabiam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

O, chyba pierwszy raz komuś zasadziłam decydującego kopa do biblioteki :))

Również przeczytałam już jakiś czas temu w Histerii i się zbierałam i zbierałam, żeby Ci gdzieś skomentować i finalnie nie wyszło. Dobrze, że się tu przypomniałaś :) 

Z tych rewolucyjnych tekstów Twój spodobał mi się najbardziej. Świetny, naprawdę świetny klimat. Jest mrocznie, ale nie jest kiczowato. Czuć grozę i czuć napięcie, postaci pojawiają się po coś, warsztatowo klasa. Podoba mi się! :)

 Czło­wiek na­pi­sze ja­kieś niby am­bit­ne smęty i się potem za nim wle­cze opi­nia nie­tu­zin­ko­wo­ści :P

laugh

Czy to źle, że pamiętam Twoje bardziej ambitne teksty? Gdy raz poczęstuje się słodkim jabłkiem to później kręci się nosem na mniej smaczną śliwkę. ;)

A, dla jasności, opko uważam za dobre, warte lektury. 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Śniąca – mi chodziło o niewidzialny punkt od bemik. Na liście opowiadań wyświetlał się, a nad opkiem nie było napisane, kto go wlepił. Ale cieszę się, że z tej konfuzji wyszło twoje klepnięcie :D (jak to brzmi, to nie powiem…).

Werweno – dzięki za kopa decydującego. Takie kopy to ja mogę zbierać :D

Nazgulu – nie, nie źle. Ale problem z ambitnymi tekstami jest taki, że się chce od nich czasami odpocząć :) Teraz usiadłam nad SF, u podstawy którego ma czaić się wątpliwość we własne istnienie, i idzie mi to jak krew z nosa. Aż zaczynam wątpić, czy ten tekst się doczeka rzeczonego istnienia ;[

Tylko nie "Tęcza"!

E tam, ambitne-nieambitne. Ja tam lubię też te prawie czysto rozrywkowe. Ale cóż poradzić, że – moim zdaniem – Tobie te ambitne wychodzą po prostu lepiej. ;p

Ja również czytałam w Histerii i zostało w pamięci jeszcze do tej pory. Klimatyczne i ciekawie napisane, mimo że krew nie leje się strumieniami. Swoją opinię już pisałam, także tylko przypomnę się autorce, że bardzo mi się. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ocho – cieszę się, że tak sądzisz, bo ja dla równowagi zawsze mam uczucie, że w tych ambitnych pierdziele jak potłuczona i wrzucam na czytelnika za dużo patosu :P

Morgiano – autorka pamięta i bardzo dziękuje :)

Tylko nie "Tęcza"!

Bardzo porządnie napisane opowiadanie, świetnie łączące fakty historyczne z posępnymi wydarzeniami podyktowanymi fantazją Autorki. Dziecko Rewolucji zaciekawiło mnie  od samego początku, a jako że umiejętnie oddałaś klimat kolejnych scen, nie szczędząc przy tym realistycznych opisów, lekturę zakończyłam z dużą satysfakcją.

 

i cho­ciaż pie­czy­wa nie tknę­ła, to wzię­ła kilka łyków zupy. – Jak bierze się łyki?

Może: …i cho­ciaż pie­czy­wa nie tknę­ła, to wypiła kilka łyków zupy.

 

poza szu­mem ulewy sły­sza­ła teraz ciche łka­nie i zło­śli­wy śmiech wie­lo­gło­sów. – Co to są wielogłosy?

Może raczej: …i wie­lo­gło­s złośliwych śmiechów. Lub: …i złośliwy, wielogłosowy śmiech.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytałam w Histerii i tak się zabierałam za pisanie komentarza, że… no wstyd.

Ale z przyjemnością przeczytałam jeszcze raz. Świetnie napisane, mroczne i klimatyczne, z ładnie zarysowanymi realiami historycznymi oraz wiarygodnie przedstawioną, niejednoznaczną bohaterką. Sprawiłaś, że podobało mi się opowiadanie o zombi, a zwykle mam na nie alergię, więc chylę czoła. Widzę, że Biblioteka przyklepana, ale z nominacja przynajmniej zdążę:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Mam mieszane uczucia, całkiem jak Ocha. Oczywiście, warsztat w porządku, mocne osadzenie opowieści w interesującym okresie historycznym przemawia do wyobraźni. Research imponujący. Ale zombiaki?

Biblioteka na pewno tak, pewnie sama bym kliknęła. A nad piórkiem to się jeszcze będę musiała zastanowić.

Babska logika rządzi!

reg – dzięki za łapankę, twoje sugestie zmian mi się podobają (szczególnie “wielogłos złośliwych śmiechów”). I oczywiście cieszę się bardzo, że lekturę zakończyłaś z satysfakcją :)

Alex – też mam problem z czasem, więc rozumiem, że się wówczas do komentarza nie zebrałaś. I przyznaję, że jestem mile zaskoczona, jak wiele osób tekst przeczytało jeszcze w magazynie, ale się po prostu nie przyznało ;) Dzięki za nominację!

Finklo – no to dumaj :) Już mówiłam, na co postawiłam w opku i przynajmniej ta część potwierdzona jest jako “udana”. Dzięki za czytanie.

 

PS. Przestańcie z tym zombie :P Dopóki nie ma zjadania mózgów, dopóty się nie przyznaję! Chociaż zastanawiałam się nad definicją zombiaka z voodoo. I przeczytałam takie oto cudo:

“kapłani – houngan, mambo lub bokor – mogą uśmiercić człowieka, a w kilka dni po jego pogrzebie znowu przywrócić go do pozornego życia. W rzeczywistości nie jest to jednak żywy człowiek, a jego ciało zamieszkane przez jednego z duchów śmierci Guédé. Taki bezwolny żywy trup (nazywany na Haiti także cadavre – zwłoki) jest używany do różnych prac w polu i gospodarstwie. Jeżeli zombie zje sól lub słoną potrawę, wówczas uświadamia sobie, że w rzeczywistości nie żyje i wraca na cmentarz, gdzie zakopuje się we własnym grobie.”

 

To dopiero pomysł na opowiadanie. Zombiak zostaje zagoniony do uprawy ziemniaków, a na koniec tragiczna scena samozakopywania się :D

Tylko nie "Tęcza"!

Brains! Hungry! :) A był film o zombie-służących. Ale nie dokonywali samozakopania. "Fido" było mu.

Czy można wziąć kilka łyków? Oczywiście, że można. “Wziąc” ma chyba ze trzynaście znaczeń, bardzo ciekawych. Można nawet wziąć kierunek, nie mówiąc o przykładzie, Można nawet wziąć odwet.

Bardzo ładny zwrot”wziąć kilka łyków”. mieszczący się w zakresie znaczeniowym tego wyrazu. A że rzadko już stosowany? Tensza go bardzo ładnie przypomniała, przy okazji umiejętnie wplatając w językową stylizację opowiadania.

Podobnie jest z “wielogłosem” – ciekawy i ładnie brzmiący wyraz.,Rozległ się Wielogłos jęków, lamentów i zawodzeń. gdy sędzia ogłosił wyrok. 

Pozdrówka.

 

Ja nawet skomentowałam gdzie indziej, ale nabiję licznik komentarzy, bo kto zabroni? Najbardziej podobała mi się część historyczna – napisana zajmująco. Trzeba też docenić niebanalny pomysł na owo “dziecko rewolucji”. Te dwie rzeczy – koncepcja i tło – sprawiają, że opowiadanie jest czymś więcej niż ot, takim sobie horrorkiem o zo… żywych trupach :P

 

Zabił mnie komentarz Ochy. Tak, w temacie zombie trudno o coś świeżego ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Zombiak z okolic koła podbiegunowego? Dobrze schłodzony? ;-)

Babska logika rządzi!

Tylko świeży i dobrze schłodzony, inaczej można wyczuć podstęp!

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

A ja myślę, że temat zombie nie jest jeszcze do końca wyekploatowany (co między innymi udowadnia Tensza). Po prostu przyzwyczajeni jesteśmy do stereotypów związanych z żywymi trupami które wyznaczają filmy i seriale o tej tematyce. Robert Kirkman wprowadził do opowieści o zombie ludzki element (walka o przetrwanie, zezwierzęcenie itp.) ale można jeszcze wnieść do tematu powiew świeżości. Sam mam rozgrzebane dwa projekty o tej tematyce. 

Oj, tam. Sądzę, że można by nawet jakieś “świeże” trupy ogarnąć :D Może jakieś SF, w którym zombie odkryły jak przeżyć na syntetycznych mózgach i powstrzymać proces rozkładu?

Rogerze – dzięki za obronę, choć propozycja reg z wielogłosami nadal wydaje mi się lepiej brzmieć :) Ale branie łyków zostawię, bo nawet w PWN sprawdziłam i jest faktycznie poprawna (choć niektórzy marudzą, że to zapożyczenie, a przecież nie brakuje w języku polskim słów np. wyciągniętych z niemieckiego).

Mirabell – fajnie, że zajrzałaś, chociaż już czytałaś :) (hmmm, rymuję? ble)

belhaju – wydaje mi się, że z każdym “zużytym” elementem fantastyki da się jeszcze coś zrobić; wymyślić coś nowego. Trzeba tylko pokombinować.

Tylko nie "Tęcza"!

Też oczywiście uważam, że z zom… żywych trupów da się wycisnąć coś świe… interesującego. Podobnie jak z wampirów, wilkołaków czy nawet elfów, jeśli zapomni się o Tolkienie. Tylko, właśnie jak napisała Tensza – trzeba pokombinować.

Ale w sumie jest to też trochę ryzykowane. To, co może się autorowi wydawać oryginalne, innym z kolei nie musi. Szczególnie jeśli znajdzie się jakiś wyjadacz, który przypomni wszystkim, że w numerze X, na stronie Y, czasopisma Z, już taki “oryginalny” pomysł na wilkołaka, wampira czy elfa został wykorzystany. A wówczas dostaje się po tyłku za wykorzystanie ogranego motywu, jakim jest wilkołak, wampir czy elf… ;]

Tylko nie "Tęcza"!

A może się też okazać, że powiewem świeżości będzie odarcie wszelakich stworów ze śladów popkultury i powrót do korzeni. Hm, trudna sprawa

Jak widać z wywiązującej się dyskusji możliwości manewru jest sporo.

Wystarczy tylko ruszyć głową :)

Mroczne i klimatyczne – takie pochwały już tu padały, ja również podpisuję się pod nimi obydwoma rękami. Jest to, Tenszo, pierwsze Twoje opowiadanie, które przeczytałem i muszę przyznać, że jestem w pełni usatysfakcjonowany. Język zarazem leniwy i dynamiczny, wprawnie prowadzona fabuła, barwnie opisane wydarzenia.

Jean – zaskakująco wyrazisty, jak na trzecioplanową postać ;)

Zombie? Niby tak, ale żeby był w ciąży, to dla mnie nowość, wyszło cokolwiek makabrycznie :D

 

Mam jeszcze pewne wątpliwości:

Ależ skądże

Nie powinno być: “Ależ skąd”, bądź “Skądże”?

w wielkich jak bochny chleba

Konieczne jest dodawanie słowa “chleb”? Może być bochen czegokolwiek innego?

 

Tak czy inaczej, opowiadanie bardzo mi się podobało, miło spędziłem przy nim czas. Dzięki!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

CountPrimagenie (dobrze odmieniam?) – bardzo się cieszę, że opowiadanie ci się spodobało. Jako że jest to pierwszy tekst mojego autorstwa, który przeczytałeś (a nie jest koniecznie ostatnim) chciałam cię tylko uprzedzić – zazwyczaj piszę co innego ;) W sumie na początku pisania broniłam się przed tworzeniem SF, bo mi się z robotą kojarzy, a ostatnio zauważyłam, że jeśli chodzi o opowiadania – piszę głównie SF… Taka ironia losu.

Więc polecam się na przyszłość, o ile SF ci nie straszne :) A za propozycje poprawek dziękuję – zastanowię się nad nimi.

Tylko nie "Tęcza"!

Oczywiście, że SF mi nie straszne! Asimov i Simmons w pełni przekonali mnie do tego gatunku, więcej Twoich tekstów również chętnie przeczytam :) Szczególnie, że z tego co widzę, idziesz raczej na jakość, niż ilość :)

Z robotą się kojarzy? Siedzisz w fizyce lub astronomii?

 

I dla Ciebie wystarczy Primagen ;P

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Chciałabym iść i na jakoś i na ilość, ale czasu coś nie starcza na takie cuda.

A siedzę w informatyce :) Z astronomią nie mam wiele wspólnego, natomiast fizyka na polibudze straszyła przez trzy semestry :D

Tylko nie "Tęcza"!

Grabarzy dało się trochę lepiej zarysować, bo jakoś nie żal mi było ich śmierci, a to mogła być mocna scena.

Wiele ciekawych zdań świetnie “puentujących” akapity. Duży plus za opis zaczynający się od zdania “Wraz ze zmierzchem opuściła cmentarz.“

Klimat mroczny, ale jak dla mnie zbyt przygnębiający, szczególnie w porównaniu do “Dziecka Rosemary”, do którego, jak rozumiem, się odnosiłaś. Tam ciągła niepewność bohaterki była głównym motorem budowania napięcia, tu czegoś takiego mi zabrakło.

No proszę, informatyka też jest świetna :)

W takim razie jest to nie ironia, a dar od losu, gdyż z taką wiedzą można wykreować naprawdę niesamowite historie ;)

Trzymam kciuki za kolejne dzieła :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Mr_D – to fajnie wygląda, jak się każdemu w tekście coś nieco odmiennego podoba “szczególnie” :D Postaci zarysowałam, na ile zdołałam w narzuconym limicie. Akurat “Dzieckiem Rosmery” świadomie się nie inspirowałam. Tak jakoś wyszło… Dzięki za czytanie! :)

Primagenie – dzięki :D

Tylko nie "Tęcza"!

Świadomie zostawiłam Twój tekst z mojego dyżuru na koniec, bo przecież zawsze najlepsze konsumuje się na końcu. Taki mniam, mniam, deserek.

I co? No i co tu dużo gadać, fabryka Tensza Inco. działa.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

A przyznam, że wyczekiwałam twojej wizyty, Em.

Fabryka Tensza Inco. dziękuje i poleca się na przyszłość :D

Tylko nie "Tęcza"!

Czytałem w Histerii i mimo, że nie moje klimaty, to wciągnęło mnie po same uszy. Przeczytałem jednym tchem. Klimatyczne i zaskakujące. Gratuluję.

Dziękuję, Blackburnie :) Bardzo mi miło.

Tylko nie "Tęcza"!

Kopiuję z innego wątku, żeby móc nominować (leniuch!):

Tenszo, ciekawe to “Dziecko Rewolucji” – gratuluję podium! Mam nieodparte wrażenie, że mocno je ciachałaś, szczególnie koniec wydał mi się nagły, ucięty, przy jednocześnie dosyć mocno rozbudowanym początku (np. scena sądu – zastanawiam się dlaczego zdecydowałaś się ją dosyć szczegółowo opisać, skoro wyrok był znany właściwie od początku opowiadania?). Intrygujący pomysł z ciążą nieznanego pochodzenia (jestem w rozterce, czy dobrze, że sprawa się wyjaśniła, czy też lepiej by było dla tekstu, gdyby wątpliwości pozostały – mnie mocno poruszyła scena, gdy bohaterka zastanawia się, czy mogłaby dopuścić się pedofilii). Podobało mi się spokojne tempo opowieści, senny amok oglądanej przez potwora Rewolucji i oczekiwanie na rozwiązanie.

rooms – a ja wybaczam pozorne lenistwo i dziękuje pięknie za nominację :D Przecież nie musiałaś się fatygować wcale.

Tylko nie "Tęcza"!

Mnie również się podobało, choć pod koniec chyba nie udało mi się odczytać wszystkiego, co chciałaś przekazać. Ale język, klimat i tło historyczne pierwsza klasa.

Zastanawiam się, jak Francuzi mogą obchodzić swoje święto narodowe w rocznicę rozpoczęcia czegoś tak… powiedzmy że moralnie niejednoznacznego.

Wiesz, Amerykanie mają Dzień Kolumba i Święto Dziękczynienia :D Nie ma to jak uczcić pamięć mordercy i radować się z wybicia niemalże całej kultury.

Dzięki, że wpadłeś, zygfrydzie :)

Tylko nie "Tęcza"!

Bardzo umiejętnie pozszywałaś różne wątki, Tenszo. 

Twoja Antonina jest żywa ( ^^’) i przekonująca. Najbardziej urzekły mnie jej rozterki po przemianie. Tekst ma mroczny nastrój i czyta się bardzo płynnie.

 

Moje dwie przyczepki? 

Nie przemawia do mnie osiemnastowieczny Paryżanin o imieniu Benjamin. To starotestamentowe imię, które upowszechniło się w niektórych krajach Europy po Reformacji. Jeżeli byli we Francji w tamtej epoce ludzie, którzy tak nazywali dzieci, to najprawdopodobniej niedobitki protestantów po Edykcie z Fontainebleau.

Oczywiście możesz się ze mną nie zgodzić, to bardziej intuicja, niż udokumentowane stanowisko, jeżeli tematyka imion Cię pasjonuje, możemy poszukać razem ;-).

 

Brakuje mi słowa “bękart” w ostatnich zdaniach! To kaprys, ale uważam, że powinno tam być. 

To by było na tyle, dzięki i gratuluję zasłużonej biblioteki ^ ^. 

 

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Tenszo, często piszesz pod moimi tekstami, że warsztatowo jest „tylko ok.” Wcale się nie dziwię, bo widzę, jak wysoko sobie stawiasz poprzeczkę.

Opowiadanie czyta się bardzo płynnie. Niesamowity nastrój wciąga. Nim się człowiek obejrzy jest już koniec. I to jaki. Bardzo dobra puenta.

Zostaje mi zatem pogratulować talentu i kolejnego dobrego opowiadania.

empatia

Nevazie – byłam przekonana, że odpisałam na twój komentarz, cholera, nawet tego bękarta zastanawiałam się, jak dodać. Co do imion – wszystkie wzięłam z biografii Antoniny (tak, tak lenistwo), więc jakiś tam Benjamin musiał się przewinąć. Choć z drugiej strony przyznaje, że specjalnie to imię wyciągnęłam stamtąd, bo umiem je po prostu wymówić, czego nie można powiedzieć o wielu innych występujących w tej biografii krzakach…

Tematyka imiona mnie interesuje i zabija. To ILE czasu się zastanawiam nad każdym imieniem przekracza granice rozsądku. Jeśli od razu mi jakieś imię nie podpasuje, to potem mogiła…

Dzięki piękne, że wpadłeś i przepraszam za ten poślizg w odpowiedzi. Jestem prawie pewna, że komentarz napisałam, ale chyba musiało mi zmulić stronę czy cuś…

empatio – jak miło cię widzieć :) Szczerze powiedziawszy, mam do swojego warsztatu tyle zastrzeżeń, że głowa boli. Ale to już nie kwestia pisania, ja ze wszystkim sobie ustawiam poprzeczkę nieco chyba za wysoko. Żebyś widział, jak się wkurzam, kiedy mi nie idzie w Scrabble :P Dziękuję za miłe słowa!

Tylko nie "Tęcza"!

Tenszo

 

Ładnie popleciona fantastyka z historią – tak lubię.

Ale ożywienie zmarłych wydało mi się zbyt zgranym motywem. Niezależnie od tego, co rodziła w sobie MA od początku, po prostu reakcja była “O – zombie czy wampirek czy « the Thing » ?” . Liczyłem też na jakąś mniej metaforyczną konkluzję tego straszliwego bytu, co to do zaświatow nei dał ofiarom Rewolucji dojść.

 

Czytało się dobrze, ale ten, jak to powiedzieć, nie zrobiłaś mi dobrze do końca… :-D Przyjemnie spędziłem czas, choć efektu “wow” nie było. Za to bardzo spodobało mi się nienachalne przypomnienie postaci MA i ówczesnych realiów.

 

 

Ocha:

A był film o zombie-służących. Ale nie dokonywali samozakopania. "Fido" było mu.

Dobry był! ;-) Estetyka lat ‘50 w USA dodawała mu świetnego smaczku :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przyznam szczerze, że zobaczywszy gwiazdkę przy tym tekście razem z twoim nickiem, nie uradowałam się należycie. Znam twój gust chyba całkiem nieźle i po prostu wiedziałam, że będzie to głos raczej na “nie”. I jeszcze Kańtoch akurat czytam, a ta kobieta swoim pięknym stylem zawsze wprawia mnie w kompleksy :P (ale warto jej twórczość poznać, choćby samokrytyka miażdżyła płuca i serce). 

Dziękuję, że wpadłeś, Rybko. Żywię nadzieję, że następny tekst, który tu zamieszczę będzie dla ciebie bardziej “wow”. Choć ostatnio akurat na portalu mam chyba tendencję spadkową :P

 

Tylko nie "Tęcza"!

No, masz pecha, bo ja te twoje naprawdę dobre SF znam :-) Technicznie, “Dziecko…” jest napisane dobrze, ale nie ma tej iskry, którą mają twoje dłuższe opowiadania. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Sajko, przyznam się, że dopiero po jakimś czasie w trakcie oglądania zorientowałam się, że to współczesny film. :)

 

Tenszo, a co Kańtoch czytasz?

Rybo – ja czasami mam dosyć tych swoich SF :P nie chciałam pisać SF, bo mi się z robotą kojarzy, a teraz całe moje pisanie SFem stoi (czego na portalu w sumie nie widać, ale jak już się nigdzie z tym SF nie dostanę to dopiero będziecie mieli zalew :D).

Teraz akurat czytam “Dusze w maszynach” (niby opowiadanie, ale ponad 50 stron, więc tak niezupełnie). A jak skończę sagę Narrentum, to zabieram się za pierwszy tom “Przedksiężycowych” :) 

Tylko nie "Tęcza"!

W jednym ze zdań tego opowiadania został użyty wyraz “sparowani”, dokładniej – w scenie na cmentarzu, gdy Benjamin zabiera się za przyszywanie głowy.

Wyszło śmiesznie. Rozumiem, w jakim kontekście użyto tego wyrazu – połączenia w parę. Wyraz  w znaczeniu współczesnym i bardzo kolokwialnym. Dlaczego śmiesznie? Bo wyraz ”parować” ma wiele znaczeń – przede wszystkim, generalnie oznacza zamienianie w parę. Występuje też określenie “parować ziemniaki”. I jeszcze – “parować” znaczy odbijać pchnięcia, cięcia w szermierce i w ogóle odbijać cios, atak.

Nie byli sparowani? Czyli co  – nie zostali zamienieni w parę albo ugotowani w wrzątku? Hmm… 

Źle, że ten lapsus językowy się ostał.

Pozdrówka.

PS. Z wielu względów przeczytałem tekst jeszcze raz. 

No, Rogerze, nie spodziewałam się tutaj znowu. Ale dziękuję za uwagę – zapamiętam. Jakoś mi tak “Sparowani” Unfalla utknęli w głowie, że nawet nie pomyślałam o innym znaczeniu tego słowa.

Pozdrawiam :)

Tylko nie "Tęcza"!

Mówiąc szczerze, bardzo jaram się fantastyką historyczną, jak to się ładnie nazywa. Wszystkie te historie alternatywne i ufantastycznianie rzeczywistych faktów historycznych to miód na moje serce. Toteż nie ma się co dziwić, że tekst bardzo mi się spodobał. Nie dość, że oddaje ducha epoki i sprawia wrażenie wiernego wizji historycznej, to jeszcze jest świetnie napisany. A co najważniejsze, nie poddałaś się pokusie stworzenia kolejnego okołorewolucyjnego potworka bazującego jedynie na emocjach i naturalizmie (bo na takie teksty przeważnie trafiam w tym temacie). Poszłaś o krok dalej i chwali ci się to niezmiernie.

Oj, wyczuwam piórko.

Dziękuję pięknie, vyzarcie :) Bardzo miło mi to czytać. Tło historyczne i warsztat były dla mnie najważniejsze podczas tworzenia tego tekstu i fajnie, jak ktoś właśnie na tych elementach się skupia ^^

Tylko nie "Tęcza"!

Nie komentowałem opowiadania, jak długo mogłem tego nie robić, lecz nominacja…

Ujmę lakonicznie. Nic mnie do tego tekstu nie przekonało. Przemiana MA, przyszywanie głów, finałowe dziecko rewolucji i człowieka –nic. Tło historyczne OK., wymowa całości taka, jaka mi się nasuwa też OK., ale emocjonalnie – niemal pustka. Bynajmniej nie dlatego, że zombie, zaręczam. Innego wyjścia, że tak napiszę, Autorka nie miała, bo trzymała się faktów, na ile mogła i musiała. Być może wspomniany bezemocjonalny odbiór wynika właśnie z obioru czasu, miejsca i osoby, trzech elementów ocenionych i osądzonych na wszelkie sposoby, więc założenie, iż mniejsza wierność wobec rzeczywistości wyszłaby opowiadaniu na zdrowie, uważam za uprawnione, przynajmniej z mojego punktu widzenia – lecz w obecnej postaci tekst nie nasuwa mi żadnych nowych skojarzeń, ocen tamtych czasów i wydarzeń. Tak więc, chociaż z przykrością, ale NIE popieram…

Mnie opowiadanie również nie wciągnęło. Całość, fakt faktem, jest technicznie porządnie napisana, ale początek wydaje się być nieproporcjonalnie przydługi, a dalsze sceny – również nazbyt rozciągnięte. Wydaje mi się, że tekst opiera się jednak przede wszystkim na puencie, a w związku z tym nadmierna objętość nie służy opowiadaniu. 

Myślę również, że przydałoby się jakoś ustosunkować do tego dziecka rewolucji – może jakoś je nazwać, rzucić autorską interpretację rewolucji ; )

Moje – podkreślam subiektywne – wrażenie jest nadto takie, że o ile opowiadanie w sferze wydarzeń ładnie wpasowuje się w historię, o tyle w sferze obrazowania zupełnie nie czuć, że to rewolucyjny Paryż. 

I po co to było?

No to chyba właśnie piórko popłynęło ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Maria Antonina nigdy nie była arcyksiężną (= żoną arcyksięcia), jedynie arcyksiężniczką na dworze austriackim, następnie delfiną Francji, następnie królową. W tamtych czasach nikt by takiego błędu nie popełnił i nie nazywał jej arcyksiężną.

 

Poza tym ciekawiej by było, gdyby punktem wyjścia nie było ckliwe współczucie dla biednej Marii Antoniny, jakby żywcem z książki Fraser/filmu S. Coppoli, ale bardziej krytyczne do niej podejście (ba, może nawet sugestia, że w tym procesie o kazirodztwo jest ziarno prawdy) – wtedy zakończenie byłoby ciekawsze i mocniejsze.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A mnie, szczerze mówiąc, rozczarowało. Napisane i owszem, wzorowo, styl tęczowo piękny, realia historyczne oddane chyba uczciwe (choć, ja tam klimatu tamtej epoki czy samej rewolucji jednak za bardzo nie czuje), ale fabuła… Ciężko powiedzieć, że mi się podobała bądź nie, bo po prostu nie zrozumiałem, o co be.

Z jednej strony mamy Benjamina, który wyraźnie jest przyzwyczajony do tego, że “naprawia” trupy, z drugiej zaskok, że to nie on wskrzesił Marychę (Ku własnemu zaskoczeniu tym razem nie zląkł się, a jedynie zawiódł, pojąwszy, że to nie w jego drogich niciach i idealnym ściegu tkwiła przyczyna cudownego ożywienia Austriaczki.), z drugiej mamy coś w brzuchu stra(/ą)conej królowej, co niby jest czymś bardzo niezwykłym, a generalnie niby czymś czym być powinno, i to chyba żre ale nie rośnie i nie zamierza wyskoczyć stamtąd, gdzie siedzi, skoro Maryja Matka wraca i wraca i wraca na Plac Rewolucji… Generalnie takie to trochę pogmatwane i niejasne i ie wiem, co o tym myśleć. Na pewno został srogi niedosyt.

 

Peace!

 

P.S.

Na początku masz zwrot “ależ skądże”, który zdzielił mnie w czachę obuchem. Tak sobie dumam, że nie jest on nieprawidłowy czy błędny w żaden sposób, ale brzmi bardzo nienaturalnie, nigdy się z podobnym nie spotkałem. Jak dla mnie, to: “ależ skąd” albo po postu “skądże”. Wydaje mi się, że oba te wyrazy – “ależ” i “skądże” – służą podkreśleniu znaczenia danej wypowiedzi, w tym wypadku negacji, więc po połączeniu dostajemy już przesyt.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

drakaino, Cieniu – dzięki za odwiedziny :) Już ten tekst mocno przemyślałam i stwierdzam, że ja i limity znaków nigdy nie dojdziemy do porozumienia.

Sprzeciwię się jednak stwierdzeniu, że “ależ skądże” jest niespotykane. Widywałam w książkach, a poza tym wpisz sobie to sformułowanie w google – wyników duuuuużo.

Tylko nie "Tęcza"!

Wierzę na słowo, ale, generalnie, tej pory jakoś nie spotykało to mnie (albo nigdy nie zwróciłem na to uwagi, a potem nagle, znikąd, coś przeskoczyło i voila – nowe, osobliwe coś w moim życiu), i brzmi w cieniouszach… no dziwnie.

 

W walce z limitami masz we mnie najwierniejszego sojusznika na śmierć, życie i dożywocie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Obrazek na początku zdradza, moim zdaniem, zbyt wiele. ;) Postaci grabarzy bardzo mi się spodobały, natomiast do samej Marii Antoniny nie zapałałem większą sympatią. Po lekturze naszła mnie również refleksja, że może ten tekst dałoby się ugryźć mniej dosłownie. To znaczy – jedyną “manifestacją” ożywienia Marii po jej dekapitacji jest śmierć grabarzy, a przecież jeden z nich był szalony, mógł zabić towarzysza, a później siebie. Wszystko, co działo się od jej śmierci, obserwował jej duch. Chociaż może się zapędzam.

Pozdrawiam!

O, dzięki, że wpadłeś :D Tekst jest tak stary i tak bardzo nie wiążę z nim żadnej przyszłości, że już ledwo go pamiętam xD Ale fajnie, że grabarze ci się spodobali – oni byli najbardziej “mojszy” w tym tekście.

Tylko nie "Tęcza"!

Czytałam w Histerii chwilę temu i teraz przeczytałam sobie raz jeszcze. Eeeh, jak ja bym chciała tak pisać. Chylę czoła.

Dziękuję :D Ale do grozy to ja już długo wracać nie będę raczej.

Tylko nie "Tęcza"!

Przyznam szczerze, że grozy to ja tu za wiele nie poczułam, jeśli w ogóle :P Ale historia nie musiała straszyć, by można się nią było zachwycić ;)

Właściwie racja. Bo ja się do grozy nie nadaje :D

Tylko nie "Tęcza"!

A jeszcze mam pytanie.

 

– I gdzie teraz są twoje ciastka, Messalina!?

 

Zawsze byłam przekonana, że najpierw idzie pytajnik, a potem wykrzyknik, i to jest stała kolejność, w której zawsze wystepują. Jak to jest?

PsychoFish, dziękuję! Całe życie w niewiedzy :D

Nowa Fantastyka