- Hydepark: Kto nam dał skrzydła

Hydepark:

inne

Kto nam dał skrzydła

(oczywiście oprócz pewnego znanego napoju)

 

Pewnie każde z nas brało kiedyś udział w jakiejś dyskusji typu “Najlepsze SF / fantasy”, “Co trzeba przeczytać” itd. Chciałabym zaproponować inną, choć nieco podobną rozmowę. Jakie powieści i opowiadania – ale też filmy, gry, dzieła muzyczne. dowolne inne dzieła kultury – wywarły największy wpływ na to, jakimi AUTOR(K)AMI jesteście? Nie chodzi tylko o wasze ulubione – chodzi o te, które was, jako osoby tworzące fantastykę ukształtowały (1).

 

(1) bo ja np. uwielbiam “Ślepowidzenie” Wattsa, wpiszę tę powieść na każą listę ulubionych, ale na moje pisanie miała ta powieść wpływ niewielki, nie umiem tak pisać i nie mam nawet ambicji, żeby akurat to robić).

 

Proponuję w formie albo krótkiej listy, albo wymienienia, najlepiej z uzasadnieniem – co w tym dziele sprawiło, że stało się dla Was jako dla pisarzy/-ek ważne.

Komentarze

obserwuj

Tak sobie myślę, zresztą, że tego typu dyskusja, przemyślenie tego, może też stać się przyczynkiem do rozmowy o pisaniu i ocenianiu pisania – co cenimy w literaturze i kulturze, gdzie są nasze wzorce, jak je przerabiamy, adaptujemy, naśladujemy we własnym pisaniu.

To może ja pierwszy. Nie zaczynałem pisania od fantastyki, więc mogę zaskoczyć inspiracjami i autorytetami spoza tego kręgu :P

 

Virginia Woolf – “Fale”, jak i inne utwory, w tym zwłaszcza listy – bardzo mnie uduchowiły, otworzyły na różne formy narracji, oczywiście niesamowity język i sposób przekazu, ale także po prostu po ludzku mnie uwrażliwiły. 

 

Marcel Proust – “W poszukiwaniu straconego czasu” – tutaj zwłaszcza słynne magdalenki jako sposób wyciągania z najmniejszych, najdrobniejszych rzeczy całego szeregu różnorakich skojarzeń i wspomnień. Do tego znów uwrażliwienie.

 

Yoko Ogawa – “Grobowa cisza, żałobny zgiełk” – nieodmiennie jestem pod wrażeniem geniuszu wiązania z sobą kolejnych opowiadań w sposób tak lekki i subtelny, a jednocześnie wyraźny i dostrzegalny od pierwszej chwili. Wzór, do którego jeszcze mi bardzo daleko.

 

Leopold Tyrmand – “Zły”, jak i inne utwory – dialogi, dialogi, dialogi i fantastyczne opisy lokali, w których aż chciałoby się usiąść. Nieudolnie dążę :)

 

William Hjortsberg – “Harry Angel” – zawsze sięgam do niego pamięcią, jak mam ochotę napisać kryminał.

 

A z fantastyki:

 

Stary dobry Andrzej Sapkowski, chociaż sagę lubię gdzieś do 5 tomu, to jednak wzdychało się za dzieciaka, więc i wzorzec się w głowie utrwalił.

 

Brandon Sanderson – “Droga Królów” i “Słowa Światłości” – światotwórstwo, sposób kreacji bohaterów, dalekosiężne planowanie fabuły

 

Edgar Allan Poe – tu chyba nie potrafię wskazać, co konkretnie próbuję z niego czerpać, ale gdzieś w podświadomości figuruje razem z Lovecraftem.

 

I pewnie wiele innych, których sobie teraz nie przypomnę :P

 

O filmach się wypowiem później, bo lista będzie stokroć dłuższa.

 

Super wątek, ninedin!

 

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Egipcjanin obserwacyjny.

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Jeśli miałbym wymienić książki, które wywarły wpływ na moje pisanie i które śmiało mogę polecić pod kątem podpatrzenia jakichś trików, to byłoby to:

“Uciekinier” Kinga – pod kątem wywoływania i podtrzymywania napięcia.

“Pachnidło” Suskinda – pod kątem rozbudowania zasobu słownictwa, jakim można opisywać wrażenia.

“Droga” McCarthy’ego – pod kątem wywoływania i podtrzymywania przygnębiającego nastroju a także kreowania wiarygodnej dramaturgii.

“Call me by your name” Acimana – pod kątem kreowania tym razem przyjemnego nastroju, a także budowania romansu.

 

Mało która fantastyczna, damn it. :c

Bardzo ciekawe pytanie ;)

 

Długo zajęła mi odpowiedź na to pytanie, bo wcale łatwe nie jest ;)

Nie wszystkie pozycje z wymienionych mogę polecić, ale czytałam je w czasach podstawówki/gimnazjum, a to był okres, w którym mniej więcej zafascynowałam się fantastyką i zechciałam napisać coś własnego, stąd miały na mnie ogromny wpływ. 

Dużo tego jest, rzucę więc tylko kilka najważniejszych.

Wszystko co tu przytoczę cenię głównie na specyficzny, niepowtarzalny klimat.

 

Może najpierw  z gier:

 

– Fable – świetna gra łącząca baśń z bardziej mrocznymi wątkami, z doskonałym soundtrackiem ;)

– Wiedźmin 2 – bo 3 wtedy jeszcze nie było ;) Głównie za humor, z którego potem czerpałam garściami.

– Undertale – coś nowszego, ale ciekawe podejście do utartych, growych ścieżek.

 

Jeśli chodzi o filmy/seriale to były to głównie anime:

 

– FullMetal Alchemist – jak dla mnie arcydzieło, które zachęciło do rysowania własnego komiksu, a przy tym tworzenia opowieści ;) 

– Soul Eater – może nie idealne, wiele wątków jak dla mnie do poprawy, ale kilka ciekawych motywów i znowu świetny, szaleńczy klimat.

– Gintama – no xD Znowu coś co skłoniło mnie do rysowania komiksów, bo choć tasiemiec ogromny i odcinki bardzo nierówne, to absurdalny humor bardzo mi podszedł.

– Ciekawy przypadek Benjamina Buttona – świetny film, poruszający wiele ważnych dla mnie motywów, prowadzony niespiesznie, a jednak wciągający od początku do końca ;)

 

I wreszcie, książki:

 

– Eragon – seria którą czytałam z ogromną radością, zakochana w smokach i epickich walkach. Nie wiem, czy teraz też by mi tak podeszła, raczej wolę nie sprawdzać, ale wtedy, była dla mnie inspiracją ;)

– Zwiadowcy – świetna młodzieżówka z ciekawymi postaciami.

– Córka dymu i kości – jak nie lubię romansów (ten jeszcze ambitny nie był), tak kiedyś zachwyciłam się oryginalnym konceptem i światem przedstawionym. Pewnie po latach nieco bym się skrzywiła, ale kiedyś ujęła mnie ta emocjonalność .

– Wiedźmin – za świetne dialogi i bardzo dobre postacie. Nadal wzór ;)

– Książki Glukhovsky’ego – Za opisy, wciągające i bardzo emocjonalne.

– Książki Orwella – wymusiły sporo rozkmin ;)

I wiele, wieele książek popularnonaukowych za zamianę sposobu myślenia i patrzenia za pozornie zwykłe rzeczy. Uczą spojrzenia na zjawiska, a nawet siebie samego z perspektywy trzeciej osoby i ciekawości świata, która bardzo się w pisaniu przydaje ;)

 

I jeszcze komiksy z Kaczorem Donaldem, bo nauczyły mnie czytać, więc też zafascynowały opowieściami ;) Pewnie gdyby nie one, nie wpadłabym na pomysł czytania książek ;)

No to ja, ale ponieważ robię n rzeczy na raz, będę pisać ten komentarz w odcinkach.

 

Za fakt, że często zdarza mi się tworzyć albo retellingi mitologiczne, albo narracje związane z mitologią, niewątpliwie odpowiada fakt, że uwielbiam swoją pracę i dość wcześnie miałam zainteresowania, które mnie do niej doprowadziły. To z kolei oznaczało, że na pewnym etapie czytałam po parę razy (i nieraz w oryginałach) Homera, Hezjoda, Wergiliusza, Owidiusza, tragików greckich, a później, już podczas pracy naukowej – rzeczy mniej znane, takie jak opowiadający wydarzenia między “Iliadą” a “Odyseją” epos “Posthomerica” Kwintusa ze Smyrny, hellenistycznych sielankopisarzy, rzymskiego poetę Stacjusza itd.  Do tego prędko (jeszcze w czasie studiów) doszły lektury tekstów źródłowych z innych tradycji mitologicznych, europejskich i nie tylko – tu chyba pierwszą (pierwszą źródłową, a nie podręcznikiem do mitologii / opracowaniem) był polski przekład “Kalevali”.

Razem z lekturą współczesnych autorów, którzy odwołują się do mitu nie tyle w fabułach, co w sposobie konstruowania swoich światów – Tolkien i Neil Gaiman (głównie w Sandmanie) przychodzą mi do głowy jako przykłady wzorcowe – to doświadczenie czytelnicze było wyjątkowo ważne dla tego, jak chciałabym pisać.

Taktyczny obserwator

 

 

 

http://altronapoleone.home.blog

Co na mnie wpłynęło, hm...

Autora/twórcę/wykonawcę podaję tylko w przypadku utworów moim zdaniem mniej znanych.

Z literatury (wliczając komiksy):

– o pisaniu w ogóle zacząłem myśleć po przeczytaniu późniejszych tomów ,,Opowieści z Narnii”. Bardzo spodobało to, jak autor rozwijał historię i mitologię świata, od jego stworzenia aż po apokaliptyczny koniec, no i przeplatanie się współczesnych (w Narnii) wydarzeń z legendą. Te książki uważam za najważniejsze dla mnie jako twórcy.

cykl o Hellboyu – nie-sa-mo-wi-ty klimat, tyle w temacie.

,,Bohater o tysiącu twarzy” – zachęcił mnie do świadomego umieszczania mitycznych wzorców w tekstach.

,,Player One”, Ernest Cline – dziwne, bo nienawidzę tej książki serdecznie, a przeczytałem ją kilka razy i zdarza mi się do niej zaglądać, żeby sprawdzić, jak autor rozwiązał jakiś problem (dużo się w niej dzieje, więc jest uniwersalna). Ale dzięki niej trochę odważniej przeplatam różne motywy.

I wstyd się przyznać, ale miałem też etap fascynacji mało ambitnym historical fiction (Dan Brown to czubek góry lodowej). W tej chwili to dla mnie taki antywzorzec jak nie pisać.

 

Z filmu:

seria z Indianą Jonesem – po części humor, po części schemat opowieści.

,,Joker” – bardzo mocno zmienił moje myślenie o tym, jaki może być protagonista.

 

Z muzyki (mój gust jest podobno specyficzny, więc...):

,,Different World”, Alan Walker – płyta, przez którą zainteresowałem się postapo (i trochę cyberpunkiem).

,,The Phoenix”, NIVIRO – po długim okresie, w którym fantasy poszło u mnie w odstawkę, ten kawałek z jakiegoś powodu mi o nim przypomniał. I uświadomił, że inspiracja przychodzi czasami z nieoczekiwanych miejsc...

 

Z gier (komputerowych i nie tylko):

seria ,,Heroes of Might & Magic” – pierwsze świadome zetknięcie z fantasy, które poniekąd doprowadziło mnie do...

– … uniwersum Warhammera – drugie świadome zetknięcie z fantasy, chyba najmocniej wryło mi się w pamięć. Niesamowicie urzekło mnie bogactwo tego świata. W pierwszych wymyślanych przeze mnie uniwersach starałem się na nim wzorować.

Cyberpunk (system RPG) – pierwsze świadome zetknięcie z... no, to dość oczywiste. ;)

seria ,,Civilization” i jej młodsza siostra ,,Humankind” – niesamowicie poszerzyły moją wiedzę, a rzeczy, które wyczyniam w czasie gry, bywają zaczątkiem naprawdę pokręconych pomysłów, głównie ze steampunku i historii alternatywnej.

 

Cholera, znowu się rozgadałem. A lista i tak wybiórcza.

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Skoro parę osób pisze w odcinkach, to ja też w odcinkach, ale zacznę chronologicznie, tzn. od lektur dzieciństwa, które we mnie siedzą do dziś. Mogłoby tych książek być n+1, ale ograniczę się do kilku najważniejszych, zapamiętanych z absolutnie najwcześniejszego dzieciństwa

– “Mały Książę”, A. de Saint-Exupéry

– “Kubuś Puchatek”, A. A. Milne

– “Takie sobie bajeczki”, R. Kipling (”Księga dżungli” na drugim miejscu, jeśli chodzi o tego autora)

– “W krainie czarnoksiężnika” Oza, L. Frank Baum (konkretnie ten tom serii)

– Podróże Alicji, K. Bułyczow

– “Wiersze o kotach”, T. S. Eliot

– “Alicja w Krainie Czarów / Po drugiej stronie lustra”, L. Carroll (traktuję to jako całość)

 

c.d.n.

 

http://altronapoleone.home.blog

Myślę, że największy wpływ mają książki z młodości. Wtedy kształtuje się charakter, jak również system wartości człowieka. Większa jest też wrażliwość takiego odbiorcy. Trylogię, “Quo Vadis” czy “Medaliony” inaczej odbiera się w szkole niż później.

Dlatego przewrotnie napiszę, że wszyscy mamy podobne “skrzydła” wynikające z lektur szkolnych. Lista trochę się zmieniała na przestrzeni lat, ale fundamenty pozostały te same. Oprócz książek, istotna jest również poezja, która kształtuje wrażliwość. Znaczenie ma też kontekst kulturowy.

 

Sądzę, że najbardziej ukształtowały mnie jako pisarkę różnorodne doświadczenia życiowe i obserwacja ludzi, ich problemów, znalezienie się blisko osób w trudnych sytuacjach.

Jeśli chodzi o książki, na pierwszym miejscu wymienię podręczniki z psychologii. Myślę, że bez znajomości przynajmniej podstaw tej dziedziny trudno tworzyć wiarygodne postacie oraz relacje między ludźmi.

Kolejna pozycja to pamiętniki i powieści wspomnieniowe z czasów II wojny światowej. Żadne inne książki nie przyniosły mi tylu emocji.

Przeczytałam bardzo dużo powieści, każda z nich coś mi dała, np. mogłam podpatrzeć sposób narracji, charakterystykę bohatera, albo zastanawiałam się, dlaczego daną pozycję tak trudno doczytać do końca. Z pewnością ważne były książki Orwella, Dostojewskiego, Tołstoja oraz “Władca Pierścieni” i cykl o Wiedźminie.

Kiedyś moją pasją był teatr, zwłaszcza w połączeniu ze współczesnym dramatem, to również wpłynęło na sposób pisania.

Lubię kryminały, czasem stosuję w opowiadaniach narzędzia z tego gatunku. Mogłabym wymienić wiele nazwisk: Agatha Christie, Marek Krajewski i mnóstwo innych. Dużo dała mi konieczność robienia riserczu. 

I ostatnia pozycja – romanse oraz książki obyczajowe, a także powieści z pogranicza gatunków. Nie tylko literatura popularna, również klasyka. Próbuję niektórych rozwiązań w swoich tekstach. Staram się pisać “z rozmachem”, pokazując nie tylko relację między jednostkami, ale również szersze tło. 

 

Ode mnie klasycznie:

*Tolkien i Martin – dzięki pierwszemu czytam, dzięki drugiemu piszę (tak się w życiu złożyło).

*Dick – w gimnazjum czytałem wiele jego utworów (pewnie niewiele zawyżę mówiąc o dziesięciu powieściach i stu opowiadaniach). Poza tym, że czasem mnie ciąga w jego klimaty, to czasem biorę któryś z tych jego pomysłów i na jej bazie tworzę coś “swojego” (chociaż oczywiście nie wszystkie się do tego nadają).

*Le Guin i Lovecraft – od nich po prostu czasem sięgam po inspirację

 

To tak z głównych:P Było jeszcze kilku fantastycznych autorów, których dużo czytałem – ot, choćby Pratchett czy Herbert – ale z mniejszym wpływem. Chyba więcej upatrywałbym w doświadczeniu życiowym, rozważaniach na tematy wszelakie oraz wykształceniu fizycznym (z dodatkiem astronomii, której się nauczyłem na olimpiadę). No i rodzinie, z której prawie każdy czyta/czytał z nadreprezentacją fantastyki.

Слава Україні!

To wobec tego mój ciąg dalszy, zanim dojdę do fantastyki, która mnie inspiruje:

 

ALEKSANDER DUMAS OJCIEC.

 

Dla mnie prywatnie ważniejszy od Sienkiewicza. Absolutnie nie pisałabym tak, jak piszę, gdyby nie lekcja pt. wielokrotna lektura przede wszystkim  “Trzech Muszkieterów” i ich kontynuacji oraz “Hrabiego Monte Christo”. Ta ostatnia powieść dała mi literacką obsesję, której do tej pory nie zrealizowałam – złożona, wielowątkowa historia z pozornie niewiele mającymi ze sobą opowieściami o postaciach, gdzie powoli wyłania się jeden wspólny, łączący te historie wątek. Dała mi też miłość do postaci złożonych, niejednoznacznych moralnie, dwuznacznych w zachowaniach bohaterów – też chyba jeszcze nie udało mi się takiego bohatera napisać w pełni, co nie znaczy, że nie będę próbować. Z “Muszkieterów” wyniosłam poczucie, że tak, można zabić ważną postać tuż pod koniec powieści i zamiłowanie do pewnego typu kobiecych czarnych charakterów.  A w “Wicehrabim de Bragelonne” Dumas nauczył mnie, że możesz mieć pozytywnego bohatera w części I i zrobić go głównym złolem w części III. Byłam smarkata, jak to czytałam pierwszy raz i była to dla mnie potężna lekcja literatury.

Kto dał mi skrzydła? Pojawił się tutaj Skryba. 

Skrzydła dają mi sny, czasem akceptowane, częściej odrzucane przez otoczenie jako głupoty. 

 

Przez wiele lat czytałem bardzo mało, bo sądziłem że jestem za głupi na zrozumienie tego co czytam. Zmienił to, i piszę z pełną świadomością kontrowersji, ale piszę szczerze – Jacek Komuda, w powieści “Ostatni Honorowy”. Przypadkowo złożyło się, że ta książka zwróciła mi wiarę w możliwość zrozumienia literatury jakiejkolwiek. 

Wrócę do skryby – dwunastoletni ja nie zdzierżył sceny erotycznej w filmie Asteriks i Kleopatra. Zdenerwowało mnie to strasznie. Dwunastoletni Olgierd Glista (teraz fizycznie jestem trochę starszy) nie chciał ciągle oglądać scen erotycznych, a zwłaszcza w filmie na podstawie komiksu uniwersalnego, ale jednak w dużej mierze przeznaczonego dla młodszego czytelnika. Postanowił więc, że będzie tworzyć historie bez takich scen. Wiele lat później postanowienie złamał, ale w ramach osobnych historii które zawartości tego typu nie ukrywają. 

No ale na razie niewiele z tego przedstawiłem. Trzeba zaufać nowemu na deklarację, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

To i ja coś napiszęsmiley.

Cykl Ani z Zielonego Wzgórza sprawił, że pokochałam czytanie (choć teraz chyba nie potrafiłabym się tak cieszyć lekturą ze względu na przegadanie i przesłodzenie, ale sentyment jest smiley).

 

Grobowce Atuanu Ursuli K. Le Guin i cykl Amberu Zelaznego otworzyły dla mnie świat fantastyki, która stała się moim przeznaczeniem cheeky. Również dzięki Zelaznemu polubiłam czytanie i pisanie w pierwszej osobie smiley.

Natomiast nie potrafię inspirować się czyimś stylem, więc w tym względzie żaden autor nie wywarł na mnie wpływu.

Tolkien natomiast sprawił, że zafascynowałam się  high fantasy i zostało mi to do tej porysmiley.

Chyba nie ma jednej odpowiedzi, wszystko mnie kształtowało, z oczywistości to Sapkowski, Tolkien, Sheckley. 

 

A tak z mniej oczywistych, których u nikogo nie widziałam:

 

Dragon Ball

– dokładniej to jeden bohater, którego życie śledziłam w najmniejszych detalach, którego teksty studiowałam słowo po słowie, którego charakter wybebeszałam raz po raz w celu wydobycia kwintesencji postaci. Doszło do tego, że lepiej niż autor znałam bohatera i miałam swoje zdanie na temat pewnych momentów, które sama uważałam za niekanoniczne. He he. 

 

„Kwiaty zła” Baudelaire'a

– przez tą pozycję wsiąkłam w poezję, a poezja dała mi inną wrażliwość w spojrzeniu na pewne rzeczy, dała mi też mnogość perspektyw. 

 

Podsumowując, DB nauczyło mnie studiowania szczegółów i skupienia się na dialogach, „Kwiaty zła” pokazały, że pisanie może być czymś więcej, czymś wykraczającym poza zwykły kadr. A Sapkowski, Tolkien, Rowling dali światy, które mnie zachwycały. Sheckley dał mi dużo humoru, Dumas dał mi świetnego bohatera, Wharton dał mi piękne historie... Długo można by tak wymieniać, ale wtedy pewnie zacznę powtarzać po innych, więc skończę... :)

Literatura:

Ślepowidzenie Wattsa, Księga Całości Kresa, Ziemiomorze Le Guin

I, co może być dziwne, stare opowiadanie, którego tytułu nie pamiętam, z zina “Necronomicon”, technicznie słabe, za to klimat mające niesamowity

 

Muzyka:

Post Regiment, Dead Can ance

 

Teatr:

Femina Apartu (teatr ruchu)

 

No to ja wrócę do fantastyki.

Moja lista ulubionych powieści fantastycznych liczy jakieś 120 pozycji. Ale nie wszystkie z nich wpłynęły na mnie jako na autorkę – małe szanse miał np. Stephenson, nie jestem ścisłowcem i czegoś takiego, jak wielbiony przeze mnie skądinąd “Cryptonomicon” nie napiszę w życiu.

Ale topka – na chwilę obecną – fantastów byłaby taka:

TOLKIEN (za samą ideę kreowania światów – ja go czytałam gdzieś w ejtisach, przed eksplozją fantasy w PL); tu dorzucam druga kluczową pod tym względem inspirację, STAR WARS, też poznane w zdecydowanie młodym wieku

“Hyperion” DANA SIMMONSA, za szalenie twórcze wykorzystywanie literackich skojarzeń z klasyką.

“Gwiazdy moim przeznaczeniem” ALFREDA BESTERA, bo ta książka mi w ogóle w gustach ustawiła bardzo wiele, czytałam ją kilkanaście razy (i w ogóle nie mam na blogu prawie 100 000 znaków artykułu o niej, wcale nie XD). Bester mnie nauczył nie bać się kłopotliwych, antypatycznych i skomplikowanych moralnie bohaterów

“Lewa ręka ciemności ”URSULI k. LE GUIN, bo mi pokazała, że SF może być o osobach i ich relacjach, nie tylko o technologii

“Jonathan Strange i pan Norrell” SUSANNY CLARKE, bo mi dał taką urban fantasy, jakiej chciałam: bez milionów istot magicznych i -łaków formy dowolnej, bez pyskatej bohaterki i bez jej romansu z przystojnym wampirem, za to wyciszoną, historyczną, stylizowaną, mocno osadzoną w literackiej tradycji

ANNA BRZEZIŃSKA, którą z kolei czytałam późno i którą bardzo cenię za dbałość o oddanie w historycznej fantasy koncepcji i realiów zgodnych z epoką, co w pewnych tekstach jest bardzo ważne (ale nie zawsze!!). A jak już tu jestem: GUY GAVRIEL KAY, za to, jak przetwarza historię w fikcję.

Obecna fala nowej space opery / science fantasy (Arkady Martine, Ann Leckie, Tamsyn Muir, Martha Wells i inni), bo bardzo często te kreacje światów odwołują się niekoniecznie do nauk ścisłych, konstruując space operowe światy na przykład inspirowane historią albo językami. Tu jest moment na wyznanie, że ja KOCHAM space operę i nigdy nie wierzyłam, że bym ją mogła pisać (ja, cholera, łacinniczka-grecystka-hebraistka, no weźcie) – a ta fala daje mi wiarę, że się da, i to da się tak, żeby mnie samej się to podobało

Last but not least, ADA PALMER, bo ona pisze z założenia dla niewielkiej grupy czytelników, nie boi  się robić rzeczy absolutnie wbrew pisarskiemu zdrowemu rozsądkowi i trafia jakoś w 99% moich niekoniecznie ze sobą spójnych obsesji. Co z tego mam, poza czytelniczą miłością? Ano lekcję, że można łączyć rzeczy na pozór sprzeczne, i jak się to zrobi dobrze, to wyjdzie.

 

Pewnie jeszcze wrócę do nie-fantastyki na chwilę, bo jednego bardzo ważnego autora zgubiłam :D

Wilku, włączyłam sobie Post Regiment, jak mi huknęło w słuchawkach! Warto ostrzec ludzi, że trzeba ustawiać głośność trochę ciszej. :D 

Słucham „Kolory”, no na pewno nie zachce mi się spać, dobre to jest i ma moc, może poleć coś ulubionego z tego zespołu? Fajnie byłoby posłuchać coś jeszcze.

 

Za to jak przerzuciłam się na „Opium” Dead Can Dance to po prostu odpłynęłam... Tego mi było trzeba. Dzięki. Czuję, że też da mi inspirację przy pisaniu. :)

 

 

 

włączyłam sobie Post Regiment, jak mi huknęło w słuchawkach

U nich jak się porówna demo, pierwszą, druga i trzecią płytę, to trzy różne światy ;-) Choć 

Ale teksty, teksty mają bardzo przemyślane i mocno inspirujące do snucia wokół nich opowieści, zwłaszcza na pierwszej płycie (klik) – “Czarzły”, “Wycieczka na pustynię”, “Konie”... No, mam nawet w pliku z pomysłami kilka idei opowiadaniowych powstałych właśnie przy słuchaniu tych piosenek :)

 

Dzięki, wilku, na pewno sobie odsłucham, na razie katuję “Opium”, bo mnie dobrze nastraja na noc. :)

 

Post Regiment jutro odpalę, żeby mieć dzień rozpoczęty z mocą. :D

Ograniczę się do książek fantastycznych, a i tak będzie przydługo i chronologicznie. Moim trzecim ulubionym autorem w czasach podstawówki był Juliusz Verne:  Wokół Księżyca, 20 000 mil podmorskiej żeglugi i Tajemnicza wyspa (jeśli ktoś uważa, że ta ostatnia jest za mało fantastyczna, służę argumentami). Tak samo jak wszyscy wtedy miałem przeczytane Limes inferior Janusza Zajdla i Stanisława Lema: Solaris, Niezwyciężony i Kongres Futurulogiczny. W związku z tym, że Bajki robotów były szkolną lekturą, na podstawie wymienionej próbki sądziłem, że ten pisarz jest raczej dęty. Dopiero socrealistyczny Obłok Magellana (wycofany wtedy z bibliotek, znalazłem w piwnicy) przekonał mnie, że Lem umie pisać. Katar i Tajemnica chińskiego pokoju (dużo później) już mnie zachwyciły.

Liceum nie było najlepszym czasem na czytanie czegokolwiek, bo okazało się, że da się bawić również z dziewczynkami, próbowałem latać na wszystkim, co ma skrzydła (fizyczne czyli oftop), jeździłem na rowerze, a do tego (o zgrozo!) wypadało się czegoś nauczyć. Czasu nieco brakowało. Kiedy okazało się, że mój organizm nie jest tak kozacki jak myślałem i dostałem zapalenia płuc po wyścigu w grudniu, wpadłem w panikę. Obawiałem się, że nie doprowadzę się do stanu użyteczności przed nartami i do tego miałem przeczytane wszystko w domu, łącznie z dwunastotomową encyklopedią PWN (nie polecam, spoiler: wątpliwe informacje). Uratowała mnie koleżanka, przynosząc trochę paperbacków, a wśród nich Pierścień Larrego Nivena. Przedstawienie świata i akcja mnie tak urzekły, że zacząłem kupować Fantastykę (już chyba Nową) miesiąc w miesiąc. Z prozą Roberta A. Heinleina zetknąłem się pierwszy raz w tym czasopiśmie: Obcy w obcym kraju. Z Wiedźminem Sapkowskiego – też.

Bardzo wtedy chciałem przeczytać coś Tolkiena o elfach i krasnoludach, ale mimo pasji do uprawiania rugby, zbyt mała znajomość sportów walki nie dawały mi technicznych szans na wejście do księgarni, kiedy sprzedawano jego książki.

Władcę Pierścieni przeczytałem dopiero na studiach, za to bez specjalnej przerwy tzn. w trakcie lektury nie chadzałem spać. Oczywiście ówczesne wydania miały problemy z przypisami, co było skrajnie irytujące.

Historia skrzydeł byłaby niepełna bez Starship Troopers również Roberta A. Heinleina. W Polsce na ekrany trafił dobry wizualnie film „Żołnierze kosmosu” Paula Verhoevena, wykonany w konwencji nieco pastiszowej, ale do przeczytania książek tego autora mnie zachęcił. Szczególnie polecam The Moon Is a Harsh Mistress (Luna to surowa pani).

Kiedy zacząłem pisać? W liceum. Na czytanie może nie być czasu, ale na pisanie jest zawsze. Nie, nie pokażę!

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Moją pierwszą wielką fascynacją SF była saga filmów o Obcym. Te filmy są już na tyle wkomponowane w mój mentalny krajobraz, że trudno mi podejść do nich czysto analitycznie, ale myślę, że najmocniej oddziałuje na mnie w nich łączenie kontrastów: przestrzeń i klaustrofobia, futurystyczne realia i pierwotne lęki, mechaniczne i organiczne. Poza tym Ellen Ripley jako ulubiony archetyp żeńskiej bohaterki.

W tej samej kategorii umieściłabym przeczytanego jakiś czas później „Frankensteina”, który oprócz tego, że jest powieścią gotycką (tak jak „Obcy” horrorem) i klasykiem SF, jest też nowoczesnym mitem, zadaje pytania zarówno o pochodzenie człowieka, jak i o przyszłość nauki. I taki, myślę, wizerunek gatunku SF ze mną pozostał.

 

Pozostając w dość mrocznych klimatach, bardzo duże znaczenie miał dla mnie gatunek dystopii. Szczególnie wyróżniłabym „Lot nad kukułczym gniazdem” (koniecznie książka!) i „Nowy wspaniały świat” – pierwsze bardziej za formę, drugie za całokształt wizji. Po moich tekstach chyba na razie tego wpływu nie widać, ale cały czas jest obecny. Na pewno dystopie ukształtowały we mnie pewną nieufność do formy czy narratora (zresztą w ogóle do świata), dlatego między innymi nie przepadam za narratorem wszechwiedzącym, „złotymi myślami”, narzuconymi przesłaniami, a wolę narratorów o ograniczonej perspektywie, swobodę interpretacji, grę z czytelnikiem, dekonstrukcję.

 

Z klasyki fantastyki wymieniłabym też „Kroniki Diuny” i „Ziemiomorze” – za świadome, krytyczne spojrzenie na mit bohatera (wspomniana dekonstrukcja), buddyjskie (Herbert), taoistyczne i jungowskie (Le Guin) inspiracje, nacisk na podbudowę intelektualną opowieści, niekoniecznie emocje.

 

Duży wpływ wywarły na mnie „Jądro ciemności” i „Czas apokalipsy” – przede wszystkim pozostała ze mną potrzeba dążenia w twórczości do docierania jak najgłębiej, poruszania najbardziej fundamentalnych zagadnień. Nie mniej ważna była antykolonialna wymowa obu tytułów.

 

Dalej – „Watership Down” (książka i animacja), „The Plague Dogs” (książka i animacja) i „Zwierzęta z Zielonego Lasu” (animacja). Zawsze bardzo ceniłam, że nie unikały realizmu, ukazywania nieprzyjaznej rzeczywistości pełnej przemocy („Zwierzęta...” mają wręcz reputację „Gry o tron” dla dzieci), a jednocześnie stawiały jej pewien opór, nawet jeśli bohaterowie byli skazani na porażkę.

Obok tych tytułów wymieniłabym też „Baśnie” Andersena – pozostawiły we mnie bardzo podobne wrażenie.

 

Niezmiennie inspiruje mnie proza Schulza, a więc „Sklepy cynamonowe” i „Sanatorium pod klepsydrą” – skutecznie wybiła mi z głowy, że najważniejsza w tekście literackim jest fabuła (ewentualnie postacie), a pokazała, jaką różnicę może zrobić styl sam w sobie i jak można wykorzystywać potencjał słowa pisanego.

 

Przy okazji wymieniłabym też serial anime „Mononoke” (nie mylić z „Księżniczką Mononoke”) – tutaj zachwyciła mnie niekonwencjonalna, śmiała oprawa wizualna (jednocześnie mocno zakorzeniona w sztuce japońskiej), niezwykle efektowne opowiadanie obrazem. Animacja nie dąży tu do realistycznego odwzorowania postaci, miejsc i przedmiotów, a bardziej do stylizacji i abstrakcji. Piękny przykład japońskiego łączenia tradycji z nowoczesnością, ale też wykorzystywania potencjału medium przekazu.

 

Z reżyserów wyróżniłabym Hasa, za teatralność i przepych scenograficzny, Kobayashiego, za precyzję formy i głęboki humanizm, i Tarkowskiego, za uchwycenie szczególnego stanu umysłu między wiarą a zwątpieniem.

 

Z gier – „Planescape: Torment”, „Pathologic”, „The Void”. Tutaj mogłabym się bardzo długo rozpisywać, ale tak w dużym skrócie – „Tormenta” cenię głównie za szalone pomysły światotwórcze i przełamywanie schematów obecnych w fantasy/RPG, a „Pathologic” i „The Void” za niesamowity metafizyczny nastrój i złożoność wizji artystycznej (która jest przy całej tej złożoności w pełni spójna).

 

Na koniec ulubiony zespół: Phideaux (część portalowiczów może kojarzyć z „Hałasów ze strychu”). Prog rock, a więc concept albumy i długie, złożone kompozycje; przy tym prog rock bardzo przystępny, melodyjny i refleksyjny. W ich utworach przewijają się w sumie wątki charakterystyczne dla SF (opresyjny system, zniszczenie środowiska), a przy tym są podane bardzo subtelnie i pozostawiają wiele przestrzeni dla słuchacza.

 

Oglądałam serial „Mononoke”, chyba dawniej niż 13 lat temu... Pamiętam, że też mi się podobał i wciąż mam w głowie obraz pewnej strasznej kobiety... Brrr...

Jak się domyślam, mowa o czwartym segmencie (“Nue”). :)

Mój ulubiony to “Nopperabō”.

Teraz to mnie zaintrygowałyście. Da się to gdzieś obejrzeć?

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Na początku swojej przygody z pisaniem, jeszcze za czasów liceum, próbowałem imitować Tolkiena, no i nie wyszło mi to na dobre. Później Lema, ale kiepsko mi szło. Gdy już byłem starym koniem, zaczęło mnie ciągnąć do baśni (Grimmów, Andersena, Wiecherta i innych) oraz tego, co lubię nazywać literaturą międzypokoleniową – czyli taką, którą z przyjemnością mogą czytać i dzieci, i dorośli, która promuje uniwersalne wartości, wrażliwość moralną i ukazuje pewne podstawowe, proste prawdy o świecie i ludziach, oczyszczając je z patyny cynizmu i wulgarności. Duży wpływ na moje pisarstwo wywarła trylogia fantastyczna Astrid Lindgren (“Mio, mój Mio”, “Bracia Lwie Serce”, “Ronja, córka zbójnika”), podoba mi się też styl pisania C. S. Lewisa z jego żarcikami, dygresjami i zwrotami do czytelnika – czytając go, mam wrażenie, że słucham opowieści dziadka siedzącego w fotelu i pykającego fajkę.

 

Ogólny klimat, w jaki celuję w swojej twórczości, idealnie oddaje to intro do “Baśni braci Grimm” od Nippon Animation: https://www.youtube.com/watch?v=KUjZVhG26YA

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Teraz to mnie zaintrygowałyście. Da się to gdzieś obejrzeć?

Ja oglądałam wieki temu, więc nie jestem w stanie powiedzieć, ale może po wpisaniu w google coś wyskoczy. W każdym razie nietypowa animacja. ;)

OK. :)

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Mnie z kolei bardzo intryguje jedna z autorek, o których wspomniała ninedin. Trzeba będzie w końcu przeczytać “Pamięć zwaną Imperium”. :)

Bardzo ciekawy temat. Dziękuję Autorce za jego założenie. :)

Proponuję w formie albo krótkiej listy, albo wymienienia, najlepiej z uzasadnieniem – co w tym dziele sprawiło, że stało się dla Was jako dla pisarzy/-ek ważne.

 

Niestety, żadnej listy nie umiem podać, ponieważ moją wyobraźnię ukształtowały głównie obrazy filmowe z lat 60/70-tych, które zapamiętałam mgliście z lat dziecięcych. Jako dziecko uwielbiałam horrory, kryminały, baśnie, filmy fantastyczne, rzadziej melodramaty czy thrillery. Im coś bardziej nieprawdopodobnego, tym lepiej. smiley Dzięki nim do dzisiejszego dnia bardzo lubię te gatunki filmowe, dodając do nich jeszcze komedie. Moje pierwsze, ogromnie niedoskonałe blush teksty, pisałam właśnie dzięki obejrzanym w dzieciństwie horrorom. Do teraz pamiętam szereg scen, urywanych obrazów, jakichś postaci, twarze bohaterów, wątki... smiley Z wielką przyjemnością czasem odkrywam na portalach filmowych informacje o nich (biorąc udział w dyskusjach forumowych), czasem poszczęści mi się nawet obejrzeć jakiś w TVP. :) 

Pecunia non olet

To podaj, proszę, kilka tytułów, jeśli masz ochotę podyskutować – dla mnie to kino, które dało się obejrzeć w TV w latach 80. i wczesnych 90., też było ważne i chętnie bym porównała skojarzenia :)

To podaj, proszę, kilka tytułów, jeśli masz ochotę podyskutować – dla mnie to kino, które dało się obejrzeć w TV w latach 80. i wczesnych 90., też było ważne i chętnie bym porównała skojarzenia :)

Bardzo chętnie. :) 

Długo poszukiwane tytułem “Stukostrachy”, poza tym: “Omen”(pierwszy), “Egzorcysta”, “Duch”, “Ptaki”, “Rój”, “Psychoza”, “Opowieści z krypty”, “Christine”, “Ósmy – obcy pasażer Nostromo”, całe “sobotnie kina grozy”laugh, “Pochwała zawodnika/Krew bohaterów”, “Miasteczko Twin Peaks”, “Wehikuł czasu” (pierwszy), “Blair Witch Project”, “Sierociniec”, “Pokój dziecięcy”, “Gabinet figur woskowych”, “Doczekać zmroku”, “Chudszy/Przeklęty”. laugh

Widzę, że mogłabym edytować tak bez końca. :))

Pecunia non olet

O, ja z czasów dzieciństwa pamiętam Opowieści z krypty, Ptaki i Miasteczko Twin Peaks (choć już nie pamiętam o czym było smiley). Oprócz tego bardzo lubiłam oglądać Archiwum X i Czynnik PSI.

Monique.M, o, tak, “Archiwum X” też było świetne. :)

 Kojarzę jeszcze horror, oglądany w kinie w latach 90-tych, a nawiązujący do wspomnianego serialu – “Z Archiwum X”. 

Z “Miastecka...” pamiętam wiele, bo mocno przeżywałam całą fabułę, szczególnie w pamięci utkwiła mi twarz mordercy, zachowanie ojca ofiary oraz taniec karła i zakończenie. :) Klimat tego serialu i melodia czołówki nadawały wyjątkowego smaczku całemu horrorowi. laugh

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Nie myślę o sobie, jako o autorce. Nie wiem jaki styl jest mój, nie wiem jaki gatunek itd. Odkrywam ten świat od niedawna.

Gdyby miała wskazać, które dzieła zainspirowały mnie do myślenia o pisaniu, to na liście znalazłyby się:

– Walentyna Żurawlowa “Śnieżny most nad przepaścią” – przeczytałam to opowiadania będąc smarkatą nastolatką, ale siedzi we mnie do dziś. Historia o tym, że można połączyć artystyczne pasje z naukami ścisłymi.

– Od zawsze były dla mnie ważne baśnie, bajeczki, legendy. Zaczęło się od babci, która wychowała się w miejscu zderzenia bardzo różnych kultur (obecnie południowa Ukraina), a potem książki, filmy, płyty (miałam całą kolekcję winyli z najróżniejszymi opowieściami). A potem zdarzył się “Wiedźmin” i pozostałe opowiadania Andrzeja Sapkowskiego –  pierwsze przeczytałam po kryjomu (rodzice nie pozwalali mi czytać Fantastyki, ponieważ po przeczytaniu Piaseczników nie mogłam spać przez kilka nocy ze strachu).

– Robert A. Heinlein “Luna to surowa pani” – uwielbiam tę książkę, jej nienachalny humor, nieco gorzkie zakończenie, kolekcja ciekawych i dających się lubić, mimo wad, bohaterów.

– Janusz A. Zajdel – dzięki niemu pokochałam krótkie formy na nowo, zwłaszcza “Relacja z pierwszej ręki”.

– Muzyka z serialu Battlestar Galactica, kompozytor Bear McCreary – o ile sam serial nie jest pozbawiony wad, to soundtrack jest doskonały, wracam do niego częściej niż do samego serialu, który lubię, ale bez przesady.

 

Pozdrawiam :)

Ninedin, cholipciuś, odesłałaś mnie do przeszłości, jakbym się rozdwoiła na tu i tam.

Wreszcie odzyskałam osobisty laptop, na którym miałam zapisane wspomnienie w reakcji na założony przez Ciebie wątek. Opłacała się długa naprawa i w dodatku mam nową roczną gwarancję. ;-) Całość kompa zarchiwizowano i przywrócono, super, ponieważ uważałam, że się nie uda.

 

*

Ulubionych i ulubieńszych pisarzy mam wielu, lecz pytasz o źródła, o coś sprzed wielu lat, tajemniczego i nieuformowanego. Zachłystnięcie się dziecka mocą słowa. Przemożne zdumienie połączone z respektem i lękiem, że czarne litery na papierze układają się w prawdziwe historie, które stają się tak realne, że przeżywa się je na jawie pomimo napominania bliskich: „Przestań już, przecież to tylko fikcja!”. W pewnym momencie biblioteka i półki z książkami stały się dla mnie miejscem niebezpiecznym. Wzmagałam czujność, przechodząc opodal, bo a nuż coś z niej wyskoczy i zagarnie. Jednocześnie przyciągała. Teraz wiem, że nie wyskoczy, ale wtedy nie. Światy przeczytane nie odróżniały się od bieżącego życia. ;-)

Ok, tylko się nie śmiejcie, bo wspomniane pozycje należą do bardzo starych książek, wygrzebywanych z biblioteki dorosłych.

Piorunujące wrażenie wywarła na mnie "Lilla Wenda". Tak, ten a nie inny – Słowacki, który niezmiennie stoi w jasnobrązowej płóciennej okładce, na którejś z moich półek. Wlokę te tomy za sobą od lat, od mieszkania do mieszkania. Swoje ważą. Drugim są opowiadania Salingera „Wyżej podnieście strop cieśle", “Franny i Zooey”, “Dziewięć opowiadań” (bez “Buszującego w zbożu”, nie zachwyciło). Te za to lekuśkie, mały format. Odczytywałam je jako bliskie, dalej nie dopowiem. 

Ostatnimi książkami wygrzebanymi z pamięci są dwa rozpadające się tomy Sniegowa. Klejone. Nie zajmują wiele miejsca. Format też mini, czerń i aksamitne okładki. Takie jakby welurowe. Piękne. Długo żyłam w nieświadomości, że Sniegow napisał trylogię. Kiedy po latach zobaczyłam w antykwariacie trzeci tom – nie uwierzyłam. “Na stojaka” przeczytałam prawie jedną czwartą książki. Antykwariusz zaproponował mi herbatę i podsunął krzesło na dokończenie czytania. Gwałtownie zaprotestowałam i czym prędzej uiściłam półtora dolara za ten skarb. 

Do rzeczy, o których piszę nie wracałam od lat. Przyjmowałam wszystko jak "leci" i poszłam w czytanie Feynmana, a potem wszystko się skomplikowało. Młodzieńcze fantazje się rozpadały, inne wybuchały fajerwerkami, czasami pożałowałam, choć dużo czasu na to nie miałam.

Ostatnią silną inspiracją, którą pamiętam z przeszłości, było odkrycie muzyczne – zespół „Heroes del Silencio” (album„Senderos de traición” i „Avalancha”).

A dalej już rozpoczęło się dorosłe życie. Czytałam, lecz nie namiętnie. Studziłam samą siebie, odeszłam. Kilka lat temu powróciłam do czytania już świadomie, ponieważ nic mi się w tej rzeczywistości nie zgadzało. 

 

Edytka: Odniosę się do komentarzy.

Pachnidło i Droga McCarthy'ego, ogromne wrażenie na mnie zrobiły, Jasny.

Wiedźmina i Gluhowskiego poznałam i doceniłam, gdy małolata się zaczytywała, Gruszel.

Indiana Jones i Joker, tak, były też dla mnie ważne, SNDWLKR.

Christie, uwielbiam, Ando.

Dick i Prachett są super, Golodh.

Dumas, tak, i ja czytałam, Ninedin. Skończy się na tym, że pewnie z domu rodzinnego przeniosę do swojego. Nie mogę się rozstać z tą opowieścią. Tolkien i Clarke – też podzielam, podobnie z Brzezińską i pierwszym tomem Leckie.

"Kwiaty zła" mnie odrzuciły i chyba do tej pory się z nimi wadzę, Sheckleya lubię, Ananke. 

Le Guin, kocham bezrozumnie, Wilku, choć niektóre jej pozycje nie wchodzą mi tak gładko jak Ziemiomorze.

Limes inferior i Żołnierze kosmosu,  Radku – i mnie porwały. Heinlena też odkryłam dla siebie. :-)

O, kurcze, z książek podobnie, muzy nie znam – przesłucham, black_cap

Na "Blair witch project" też się załapałam i Twin Peaks, Bruce, a Archiwum X oglądałam namiętnie, bruce.

Maleena, wspomniałaś Battelstar Galactica, tak, i Heinlen też dobry.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Na razie jestem ptakiem nielotem pewnie (czasem człowiek w życiu otrzepuje głowę po wyciągnięciu jej z piasku), natomiast skrzydła mi dano dość dawno. Nie zainspirowała mnie żadna książka, a człowiek, który czytał. Wśród dość prostej młodzieży, zobaczyłem, że ktoś mówi bardzo składnie, zwraca na siebie uwagę i ma wiele pomysłów. Chciałem być jak on, wcześniej próbując różnych dziwnych rzeczy, które robili inni (budowanie modeli, malowanie etc.).

 

Zacząłem łączyć kropki i zrozumiałem skąd się bierze jego lotność. Wiem, ze gość potem odleciał faktycznie na swój sposób, ale nie był to objaw szaleństwa, co raczej rozsądku. W każdym razie uważam, że człowiek może zainspirować, bo jest jakimś wynikiem każdego dzieła, z którym miał styczność. Kultura powinna zawsze ożywać w ludziach, jeśli tak się nie dzieje, to coś jest nie tak. Jeśli się tak dzieje, to tylko czerpać, a nadmiar przekazywać dalej (nie tylko dosłownymi tworami).

Asylum, polecam zacząć od albumu “Doomsday Afternoon” (ogólnie dobrze słuchać całymi albumami, bo dopiero wtedy widać, jak przeplatające się i powracające motywy układają się w całość). :)

Asylum... heartkiss

 

Dodam jeszcze do mojej listy filmy-horrory, które pokazują błyskawiczne rozprzestrzenianie się tajemniczego wirusa czy epidemii. Niby to fantastyczne opowieści, traktowane przeze mnie dotąd jako przeciekawy wymysł wyobraźni autorów scenariuszy, nieco pograniczne z horrorami thrillery (czasem nawet komediowe), lecz  w obliczu ostatnich wydarzeń, związanych z pandemią, teraz spoglądam na nie całkiem inaczej. Wymieniłabym tutaj część odcinków wspomnianej już serii “Archiwum X”, a także “Ewolucję”, “Epidemię”, “Śmiertelną odwilż”, “Coś” z 1982 r. z Kurtem Russelem. Niektóre z nich pozostawiają sporo do życzenia i są dość marne, jeśli chodzi o samą realizację filmową, lecz ogólnie pomysł uważam za znakomity. 

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka