- publicystyka: Co w młodości czytały staruchy?

publicystyka:

artykuły

Co w młodości czytały staruchy?

Poniższy tekst ukazał się drukiem w numerze lutowym Nowej Fantastyki z 2019 roku.

 

Czy literatura SF miała swoje dzieciństwo, młodość, wiek dojrzały? Wydaje się, że tak. Od Żuławskiego i Grabińskiego (dzieciństwa), przez Borunia czy Fiałkowskiego (reprezentujących młodość) aż do dzisiejszego okrzepnięcia, stabilizacji – czyli wieku dorosłego. Nie o wszystkich jej twórcach dziś pamiętamy, część ich dzieł wrzucając do worka z etykietą „książki zapomniane”. O niektórych chciałem przypomnieć, podzielić się moimi wspomnieniami o książkach, napisanych w młodości polskiej SF i przeznaczonych dla ludzi bardzo młodych i nieco tylko starszych.

 

Cóż to takiego te „książki zapomniane”? Dlaczego o nich zapominamy? Czy  rzeczywiście słusznie? O większości zapewne tak – bo wtórne, bo źle napisane, bo moda na nie przeminęła. Tak dzieje się również na poletku fantastyki. Na łamach „NF” Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz przypominają takie dzieła z końca XIX i początku XX wieku. Zapomniane, bo anachroniczne, napisane niedzisiejszym językiem.

Chciałbym przybliżyć te lektury, o których mało kto pamięta. Pochłaniałem je jako człek niezwykle młody, a sprawiły one, że moją pasją stało się czytanie opowieści fantastycznych Sięgnąłem do czasów późniejszych, lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, i do  tego specyficznego rodzaju fantastyki – przeznaczonej dla ludzi młodych. Żeby jednak nie udawać, że gruntownie i do ostatniej książki przerobiłem ten temat, postanowiłem skupić się na jednym, przykładowym czytelniku. O kompletnie średnim guście, kompletnie niewyróżniających się preferencjach, idealnym „przeciętniaku” i „średniaku” – sobie.

Zanim jednak zacznę, posłużę się zdaniem z jednego z artykułów Tomka Kołodziejczaka, zdaniem, które bardzo mi się spodobało – „internet wtedy nie istniał, ale nie, nie jeździliśmy już powozami”. Co to znaczy w kontekście książek wydawanych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych? Znaczy to, że dostępność nowych tytułów, ba, nawet informacji o nich, była szczątkowa, by nie rzec – żadna. Jeśli coś nie trafiło do niedalekiej księgarni lub pobliskiej biblioteki (na czas niedługi, bo zmorą było nieoddawanie wypożyczonych książek, szczególnie tych poszukiwanych), po prostu nie istniało.

Wobec tego – co było dostępne? Książki autorów polskich bądź z tak zwanych „demoludów” (ZSRR, NRD, Czechosłowacja, Bułgaria itp.) Od nich też zaczynałem wchodzenie w świat literatury fantastycznej. A zaczęło się…

 

„Wszystkie jego marzenia obracały się wokół lotów w kosmos”

 

…od „Porwania” Marty Tomaszewskiej. Nie wiem, jak ta książka, a właściwie książczyna, bo to zaledwie 57 stron, trafiła w moje ręce. Wydała ją w roku 1974 Krajowa Agencja Wydawnicza. Ale ta książka miała w sobie to COŚ! A to coś nazywało się – kosmiczna przygoda!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bohater książki, sześcioletni Darek (imiennik, od razu mi się spodobało!), nade wszystko lubi psuć windy. Darek idzie za przykładem znajomego, Wieśka, który wyśmiał Darkowe marzenia o kosmosie. I pewnego dnia, za sprawą Febe, córki Ajustora, obcych przybyłych z Pulsara Jedenaście, zostaje porwany na zamieszkiwaną przez kosmitów stację kosmiczną. Stacja ta, i jej załoga, ma za zadanie uratować Ziemię przed klęską ekologiczną. Wrogiem Ajustora jest Szalony Bi, który przeszkadza w próbie zneutralizowania katastrofy – wycieku ropy z tonącego tankowca. Darek oczywiście pomaga bitwę wygrać, czym zdobywa uznanie kosmitów. Ci ukazują mu skutki chuliganerii (mama Darka nie potrafi wejść po schodach na dziesiąte piętro) i skruszony chłopak wraca w te pędy na Ziemię, przy okazji mówiąc kilka słów prawdy Wieśkowi.

Banał. I paskudny dydaktyzm! Ano tak. Ale dla kilkuletniego chłopca, jakim byłem, to była KOSMICZNA przygoda! Stacje orbitalne, bitwy, wspaniały pojazd – cyberlot!

 

 

I te przepiękne ilustracje pani Krystyny Michałowskiej. Jedno trzeba PRLowi przyznać – szaty graficzne książek z reguły były przepiękne!

To wszystko robiło wrażenie na młodocianej wyobraźni. Wszak wtedy świat (i młodzi ludzie też) żył lotami statków Apollo na Księżyc czy tak reklamowanym prze stronę radziecką wspólnym lotem Sojuz-Apollo w 1975 roku.

Skoro już zacząłem od twórczości pani Tomaszewskiej, to czas na…

 

„Na Ziemi oprócz naszego Międzygwiezdnego Bractwa mieszkają Ludzie”

 

…Tapatiki. A właściwie tetralogię o ich przygodach: „Wyprawa Tapatików” (wydaną w 1974 roku przez Krajową Agencję Wydawniczą), „Tapatiki na Ziemi” (1976 r.), „Tapatiki kontra Mandiable” (1976 r.) oraz „Powrót Tapatików” (1984 r.). Losy Tapatików rozpocząłem poznawać od tomu trzeciego, kilka lat zajęło mi dotarcie do dwóch pierwszych, a tom ostatni ukazał się, gdy już uważałem się za zbyt dorosłego na tego typu literaturę. Ot, takie uroki PRLu!

 

 

Ale wróćmy do książek. Tapatiki to skrzaty zamieszkujące Tapatię. Ze starej księgi dowiadują się, że prawdopodobnie pochodzą z Ziemi. Aby to sprawdzić, na Ziemię udaje się wyprawa badawcza: Dziadek, Babcia, ich wnukowie – Tapatik i Tapati, przedstawiciel „kuzynów” – Gurul, robot kuchenny XL oraz pewien podróżnik na gapę. Na domiar złego po drodze dowiadują się, że Ziemi zagrażają złowrodzy Mandiable – Pożeracze Kwitnących Planet. Mandiable na zdobywanych planetach manipulują pogodą oraz posługują się dywersją: stworzeniami zwanymi Faboklami.

Na Ziemi Tapatiki odnajdują ziemskie skrzaty; są przyczyną ogromnego zamieszania przyłączając się do ich akcji pomocy Ludziom (co jest głównym zajęciem skrzatów ziemskich); przypadkowo trafiają na wenezuelską mesę, gdzie muszą pomóc załodze i pasażerom rozbitego samolotu; biorą do niewoli jednego z przywódców Mandiabli i wymuszają z nimi pokój. Naprawdę, sporo się dzieje! A występują jeszcze tak niepoślednie postaci drugoplanowe, jak skrzaty Piastek, Zgryzik, Kociuba i Chochla, a także Kot Niepowszedni, mędrzec Anandariszi, okropna chustka w żółte grochy i nawet załoga ziemskiej stacji orbitalnej. Wszystko to okraszone sporą dawką humoru i celnych obserwacji o życiu rodzinnym. Jako młody człowiek chłonąłem przygody Tapatików z otwartymi ustami! Do dziś uważam, że to jedne z lepszych książek dla młodych czytelników, nie mające odpowiednika w literaturze zachodniej (a właściwie – ja takowego nie znam).

 

 

Jedno z głównych starć Tapatików (a właściwie mędrca Anandarisziego i Kota Niepowszedniego) z Mandiablami (a właściwie Faboklami), ma miejsce na Księżycu, pora zatem przejść do…

 

„Siedząc już w rakiecie włączyłem radio na falę szkolną”

 

”Mojego księżycowego pecha” Jerzego Broszkiewicza, wydanego w 1970 roku przez „Naszą Księgarnię” w słynnej ówcześnie serii wydawniczej „Klub siedmiu przygód”. Broszkiewicz proponuje nam opowieść o Pawle Kostalu, nie całkiem przeciętnym czternastoletnim chłopcu. Paweł wybiera się na najzwyklejszą w świecie wycieczkę szkolną. Ale – skoro to świat przyszłości, reszta już tak zwykła nie jest. Wycieczka udaje się na Księżyc, a Paweł, wskutek gapiostwa domowego robota, spóźnia się na kosmobus. I cała reszta jest już ciągiem dość zwariowanych przygód. Goniąc wycieczkę swoją prywatną rakietą, Paweł ratuje ofiarę awarii statku kosmicznego (dość podejrzanej zresztą), która później okazuje się słynnym badaczem Saturna. Niestety, droga na Księżyc jest zablokowana z powodu rajdu, i jedynym sposobem, by dostać się na naszego satelitę, jest wziąć w nim udział. Po dotarciu na Księżyc Paweł w pośpiechu wybiera najkrótszą trasę turystyczną, która okazuje się piekielnie trudna, a na dodatek towarzyszący mu starszy pan okazuje się znanym profesorem, pokonującym ją po raz pięćsetny. Podczas przejścia tej trasy przez obu turystów kręcony jest poglądowy film, i nasz młodzieniec zostaje niechcący gwiazdorem filmowym. Nie dogoniwszy wycieczki, Paweł wraca na Ziemię, dowiaduje się, że w jego rakiecie zamontowano eksperymentalną SI, i z jej pomocą ratuje ofiary awarii kosmobusa. Dużo przygód jak na jeden dzień.

 

 

Jerzy Broszkiewicz znany jest chyba najlepiej z książki „Wielka, większa i największa” (1960 r.), która przez pewien czas była nawet lekturą szkolną. Ona także zawiera w sobie motyw fantastyczny, bo trzecia, największa przygoda bohaterów tej opowieści, Iki i Groszka, traktuje o spotkaniu z obcą cywilizacją. Również w innych dziełach Broszkiewicza („Mister Di”, „Bracia Koszmarek, magister i ja” czy „Kluska, Kefir i Tutejszy”) pojawiają się elementy fantastyczne. Ale ja zatrzymam się jeszcze przy…

 

„Awaria kosmolotu na skutek zagarnięcia go przez rzekę meteorów”

 

…”Tych z Dziesiątego Tysiąca”, książce wcześniejszej, bo z 1962 roku, wydanej również przez „Naszą Księgarnię”. Co tutaj proponuje nam Broszkiewicz?

Otóż Ziemia stoi u progu wysłania pierwszej wyprawy międzygwiezdnej, do układu Centauri. Przeprowadza więc próbę generalną – wysyła pomniejszoną kopię międzyukładowego gwiazdolotu, mechanoplanetę Pierwszy Zwiadowca, na najdalsze poznane rubieże kosmosu: Dziesiąty Tysiąc, czyli rejon kosmosu oddalony o dziesięć tysięcy milionów kilometrów od Słońca. Ponieważ wyprawa na Centauri ma trwać kilkanaście lat, na Pierwszym Zwiadowcy znajdują się też dzieci (a właściwie – młodzież): Ziemianie Alek i Alka Roj oraz Saturnianin Ion Soggo wraz z Robotem Opiekuńczym Robikiem. Dorośli, prowadzący badania w głębokiej przestrzeni, zostają pochwyceni przez rzekę meteorów o nieznanych, a groźnych, cechach fizycznych. I młodzież musi udać się na ratunek. Co gorsza – spotkają się z czymś, co wygląda na bunt robotów. Czy muszę dodawać, że wszystko skończy się dobrze, a trójka bohaterów zostanie uhonorowana legendarnym orderem ratowników kosmicznych – Gwiazdą Solarną? I że znajdzie się wśród załogi „Ziemi”, kosmolotu zmierzającego ku Centaurowi?

 

 

Kolejne przygody Rojów i Soggo pisarz opisał w „Oku Centaura”, które wydane zostało w 1964 roku.

Pozostańmy w kręgu kosmicznych przygód. Bo czas na…

 

„Cała planetoida numer dziewięćset sześćdziesiąt trzy zamieniła się nagle w rozpędzony kosmiczny statek”

 

…na Bohdana Peteckiego, niekoronowanego króla młodzieżowej powieści SF czasów słusznie minionych. Wydał tych powieści kilka (m.in. „Wiatr od Słońca”, „Prosto w gwiazdy”, „Bal na pięciu księżycach”), ale za to dość często były one wznawiane, do tego w sporych nakładach. Zresztą łatka „pisarza dla młodzieży” mocno zaciążyła na ocenie jego „dorosłych” powieści SF, które wielu traktowało niepoważnie, jako kolejne „bajki dla dzieci”. Nawet fantaści potrafią stworzyć własne getto…

Ale – do meritum. Spomiędzy tych paru powieści Peteckiego wybrałem „X-1, uwolnij gwiazdy”, a to za sprawą genialnych ilustracji, które do tej książki stworzył Bohdan Butenko. Butenko to jedna z wielkich postaci polskiej grafiki, z własną manierą i kreską, twórca wielu doskonale znanych postaci – by wspomnieć Gucia i Cezara czy Gapiszona.

 

 

O czym traktuje „X-1, uwolnij gwiazdy”? O przygodach Darka (znowu!) Ryski, pochodzącego z Ganimedesa początkującego „dziecięcego aktora” (jak powiedzielibyśmy dzisiaj). Podczas kręcenia filmu o szalonych kosmicznych przygodach (scenografią jest plac budowy nowego miasta, umieszczonego w pasie planetoid), nasz bohater zostaje wplątany w aferę kryminalną. Pojawia się fantomatyka (czyli po naszemu virtual reality), zastępująca ludziom narkotyki, a także cudowny wynalazek – technologia pozwalająca rejestrować ludzkie marzenia. Oraz dwie piękne dziewczyny: Sonia, partnerka z planu, i Anna – córka głównego dyspozytora kosmicznej budowy.

 

 

Na marginesie, dodam, że z tej książki dowiedziałem się po raz pierwszy, że istnieje coś takiego jak holografia i holowizja. I te pojęcia zawsze będą mi się kojarzyć z tą książką.

Na koniec zostawiłem sobie największa gwiazdę mojego jakże subiektywnego zestawienia. Bo oto…

 

„Przed nimi rysował się sporych rozmiarów regularny sześcian!”

 

…sam Janusz Zajdel i jego debiutancka powieść – „Lalande 21185” z 1966 roku. Przyznam, że „Lalande…” czytałem nie wiedząc jeszcze, kto zacz jest ów Zajdel. Ale wryło mi się w pamięć. I przeżyłem szok, gdy odkryłem, że tę książkę napisał autor „Limes inferior” czy „Paradyzji”. Bo przecież – mówimy „polska fantastyka”, a mówimy – Lem i Zajdel. A tu powieść dla młodzieży?

 

 

Ano tak. Ale powieść to nie byle jaka. Ziemska wyprawa (z młodymi ludźmi w składzie), udaje się do bliskiego Ziemi układu gwiazdy Lalande 21185. Dlaczego tam? Bo odkryto, że gwiazda ta posiada układ planetarny, a w nim dwie planety typu ziemskiego: pustynną Orfę i porośniętą dżunglą Florę. Flora zamieszkana jest przez tubylców, będących na poziomie rozwoju mniej więcej neandertalczyka. Za to na Orfie (a później i na Florze), Ziemianie odkrywają budowle, pozostawione przez rozwiniętą cywilizację, która kiedyś odwiedziła i Ziemię, i Florę, i Orfę. Skąd wiadomo, że Ziemię? A stąd, że na ekspedycję czeka… zahibernowany Ziemianin. A cel pozostawienia tych budowli? Odkrywcy sądzą, że była to próba przyśpieszenie „cywilizowania” Floryjczyków, w obawie przed tym, iż zniszczy ich kiedyś zaborcza, destrukcyjna ziemska cywilizacja. To przynajmniej jeden z kierunków, w których Ziemianie mogli się, według przybyszów z Kosmosu, rozwinąć. Całkiem ciekawe problemy, jak na nastoletniego czytelnika, prawda? Do tego nie każdą tajemnicę udaje się rozwikłać. A wszystko to okraszone sporą ilością przygód i garścią niebanalnych przemyśleń autora. Prawdziwa to perełka!

 

 

Pora na kilka słów podsumowania – patrząc z perspektywy dzisiejszego czytelnika, wymienione przeze mnie książki wydają się naiwne, czasem afektowane, nieskomplikowane, z trafiającymi się tu i ówdzie błędami logicznymi i merytorycznymi.

Zgadzam się – z perspektywy dzisiejszego czytelnika. Ale z perspektywy ówczesnego młodego czytelnika były wspaniałym oknem na kompletnie nieznany świat, powiewem wielkiej przygody, frapującymi zagadkami, jakie tylko nauka i fantazja stworzyć mogą razem. Nietrudno chyba zauważyć, co łączy te książki. Oczywiście – fascynacja kosmosem. Takie to były czasy – kogóż nie interesowało lądowanie na Księżycu, stacje orbitalne Skylab czy Salut, rychłe założenie baz na Księżycu i lądowanie na Marsie (jak wtedy sądzono). Ludzie zadzierali głowy w niebo zachłannie, z nieposkromioną ciekawością.  Choć i ze strachem; mocarstwa atomowe trzymały palce na czerwonych guzikach. Ale i ten strach rodził nadzieję. Że może tam, w Kosmosie, jakoś się dogadamy? Dziś widzimy, jak dziecinne były to marzenia. A zarazem – jak piękne. I wszystkie te nadzieje, sny, oczekiwania brzmią gdzieś w opisanej przeze mnie literaturze.

A teraz muszę się przyznać do małego oszustwa. Na samym początku tego artykułu nazwałem wyżej opisane książki „zapomnianymi”. To oczywista nieprawda!

Ja ich nigdy nie zapomnę.

 

PS. Wszystkie śródtytuły są oczywiście cytatami z omawianych książek.

PS2. Przepraszam za jakość ilustracji. Jednak wszystkie obrazy powyżej zamieszczone są skanami moich książek, które wykazują już poważny syndrom zaczytania. Bo były czytane nie raz, nie dwa, a wiele razy :)

Nowa Fantastyka